Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 223

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Być kimś być sobą - Jarosław Podsiadlik

Krzysiek to zwykły chłopak w wieku gimnazjalnym żyjący w rodzinie bez wsparcia i wzorca. Trudna sytuacja, problemy alkoholowe i przemoc to podstawowe elementy jego życia, z którymi zdążył się już pogodzić. Jedynym miejscem w którym odnajduje spokój jest jego własny pokój. Z czasem jednak i on staje się więzieniem, gdzie monotonia i pytania bez odpowiedzi coraz mocniej oddziaływają na chęć zmian. Alternatywą staje się muzyka.

 

„Być kimś, być sobą” to podróż po siedmiu kolejnych dniach z życia bohatera w których niezwykłe zwroty akcji i na pozór banalne sytuacje zmieniają jego sposób postrzegania świata.

 

Mocna, prawdziwa książka o przemyśleniach młodych ludzi, przemocy i trudach życia, walce z samym sobą i marzeniach, które dają siłę, by walczyć.

Opinie o ebooku Być kimś być sobą - Jarosław Podsiadlik

Cytaty z ebooka Być kimś być sobą - Jarosław Podsiadlik

Dziś patrzysz w moje oczy, wiem, chętnie byś mi je wydłubał, Ale gdybyś chciał to zrobić, na złość bym ci mrugał. Fałszywa przyjaźń, hipokryzja nie herezja, Chrystusowy symbol na drogę możesz się przeżegnać. Dziś zrzucam sen z powiek, palę za tobą znicze, Palę, ale dmucham w knoty, żeby zgasły szybciej. Zawiść do każdego serca dziś zagląda, Adrenalina prosto w gardło, możesz się przyglądać. Dziś wiem o co chodzi, fejm to już jest chore, Chcą ssać fiuta nawet przez zapięty rozporek. Obudź się w porę, zanim zaczniesz pukać w wieko dumy, Co było a nie jest zwykle bywa częścią trumny. Wiesz, ogarnij się, proszę cię, zobacz, Na jednej z twoich dróg stoi krzyż, wbity na opak. Przyjaźń, przekleństwem życia, sam na siebie jesteś zdany, Nie ma szans, byś zabliźnił rozdrapane rany. Ref.: Przyjaciel wróg, przyjaciel brat, kto kim dziś jest, choć znasz ich od lat? Prawda kontra fałsz, choć dobrze patrzy z oczu, Dziś szacunek na ulicy, jutro kurwa na poboczu.
Dziś wiem o tym, że chciwość przysłania oczy, Myślisz, że widzisz wszystko, ale prawda cię zaskoczy. Zgubiony w myślach, sam na sam z własną osobą, Będziesz błądził razem z tymi, co chcieli, a już nie mogą. Dziś rzucasz im wyzwanie, słuchasz głuchej ciszy, Rzucasz, ale liczysz na to, że nikt cię nie usłyszy. Słodka prawda, oni wiedzą lepiej, Adrenalina wzrasta, wiem, że mocny jesteś w gębie.
Wciąż tylko o tym słyszysz, gwarantują prawdę, Wciąż tylko o tym mówią, znają słowa każde. Patrzą prosto w oczy, łzawią one krzywdą, Widzą twoje usta, wiem, że twoje myśli krzyczą. Pełne obaw serce, zapocone dłonie, Nie masz jak się bronić, strach dopisał własny koniec. Słuchasz i łykasz słowa, krążąc pośród nocy, Mówisz: ten przyjaciel, a on mówi, że ty obcy. Trudna decyzja, ciężko jest ci przyznać, Nawet jak mu wierzysz, on i tak dziś ciebie wyda. Obudzisz się samotny z ręką w nocniku, Uwierz, za dużo jest kłamstw na kontach śmiertelników. Dobro czy zło, wybór zawsze kwestia nasza, Zbyt wiele razy jednak słyszałeś już przepraszam. Nie pozostawiaj złudzeń, wróg zostanie wrogiem, Mimo szczerych chęci niech pluje krwią na co dzień. Ref.: Prawdziwa szczerość, współczesny syndyk, chamstwo wyryte, nieczułość krzywdy. Obojętność, widzisz wroga w lustrze, Przyjrzyj się dokładnie, ta twarz niedługo umrze. Honor na sznurze z zaciśniętą pętlą, Mówią, że niewinny, argumenty bledną. Nie licz na litość, nieczułość krzywdy, Wybaczenie – współczesny syndyk.

Fragment ebooka Być kimś być sobą - Jarosław Podsiadlik

Okładka

Strona tytułowa

Jarosław Podsiadlik

Być kimś, być sobą

PIERWSZE 7 DNI

Strona redakcyjna

Redakcja: Aneta Tkaczyk

Korekta: Aleksandra Tykarska

Okładka: Artur Kowalski

Skład: Monika Burakiewicz

© Jarosław Podsiadlik i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-935-4

Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Być kimś, być sobą. Pierwsze 7 dni

Tego dnia nie mogłem zasnąć. I choć nie było to nic nadzwyczajnego w wypadku dorastającego małolata, próbującego sobie wytłumaczyć (w oczekiwaniu na chwilę relaksu przy filmie dla dorosłych w komercyjnej TV blisko północy), dlaczego życie jest takie ciężkie, ta niemoc mojego snu miała w sobie coś, czego nie umiałem do końca nazwać ani wytłumaczyć.

Siedząc na brzegu łóżka, szukałem w głowie odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie, co ja tu kurwa właściwie robię. Noc wydawała się wyjątkowo cicha i spokojna. Tę ciszę przerywało jedynie stłumione echo wrzasków dobiegających zza ścian mojego pokoju, od czasu do czasu bez ostrzeżenia wdzierające się w mój mały świat. Pamiętam, że kiedyś starałem się zatykać uszy, aby wulgarne słowa nie skaziły mojego młodzieńczego umysłu, ale z czasem stało się to dla mnie normą. Podszedłem do otwartego okna, by chwilę odetchnąć i dać odetchnąć płucom, które każdego dnia czuły trud pracy, niezbędnej, by utrzymać mnie przy życiu.

– Mój mały świat... – wyszeptałem sam do siebie.

Niby te same cztery ściany, które od lat otaczały moją marną egzystencję i zapewne znały mnie i życie mojej rodziny lepiej niż ja sam. Ściany, których kolor dawno już wyblakł, które niczym otwarta księga zmagazynowały wszystkie „kurwy” lecące z ust matki na ojca, kiedy wracał do domu totalnie zalany, jakby nigdy nie pamiętał, że ma rodzinę. Do domu, który dla niego był tylko słowem gubiącym gdzieś tam po drodze między mózgiem a gardłem swoje prawdziwe znaczenie. „Kurwy” lecące z ust ojca na matkę – za wszystkie krzywdy tego świata, za brak chleba w chlebaku, za to, że nie ma obiadu na stole albo że znów miał ciężki dzień w pracy, nawet za katastrofę w Smoleńsku jej się obrywało, jakby to ona była winna śmierci elity tego kraju.

Często zamykałem się sam w pokoju, obiecując sobie, że moje dorosłe życie nigdy nie będzie tak wyglądało, że wartości, o których dawno już wszyscy zapomnieli, staną się moją siłą. Ale, do wszystkich świętych, ja też potrzebowałem i potrzebuję wzorców! Może byłem zbyt słaby i nieprzygotowany na to, co mnie otaczało, ale na chwilę obecną dobroć serca chciałem zostawić na inne miejsca i dla ludzi innego pokroju. Dobrze, że ściany nie potrafią mówić, inaczej spaliłbym się ze wstydu przed całym światem.

Stałem tak chwilę, nie zastanawiając się szczególnie nad wszystkimi myślami kłębiącymi się w mojej podświadomości. Odszedłem od okna. Rozejrzałem się po pokoju. Pokój jak pokój. Pod południową ścianą stało stare drewniane łóżko, od lat to samo, obok – stara drewniana szafa na ubrania, stary dywan, którego splot włókien dawno już nie przypominał wzoru sprzed lat, stare biurko, które dostałem po jednej z wizyt mojej matki w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, na nim stara lampa i zeszyty, które przypominały mi, że rano będę musiał wstać i iść do szkoły. Ta właśnie myśl – dla większości moich rówieśników prawdopodobnie źródło wielkiego utrapienia – stanowiła sens mojej porannej pobudki. Czekałem, byle tylko otworzyć zaspane jeszcze oczy, wyjść z tego miejsca zwanego domem i zapomnieć o tym, że będę musiał znów tu wrócić. Może to dziwne, że odczuwałem taki wstręt, ale czy to moja wina... Chciałem żyć jak inni, ale jak można zignorować wbite w stopy szkła po stłuczonych butelkach po tanim winie, kiedy szedłem do toalety, jak zignorować widok i zapach zarzyganej podłogi w przedpokoju, jak zignorować wszystko to, na co nie powinienem patrzeć i czego nie powinienem słuchać?

– Wiem, kurwa, takie życie... – powiedziałem do siebie pod nosem, wbijając wzrok w podłogę.

Podszedłem do biurka, wiedziałem, że ta złość, która tliła się we mnie od lat, kiedyś wybuchnie, wiedziałem, że muszę podjąć jakąś decyzję, która w końcu coś zmieni. Z jednej strony bałem się tego, a z drugiej – sam nie wiem – miałem już dość. Chęć ucieczki od tej monotonii była zbyt silna. Przychodziły mi do głowy różne rozwiązania, głównie te z porąbanych filmów czy seriali, gdzie ludzie zwyczajnie wymiękali i poddawali się, kończąc swoją marną egzystencję i nie pozostawiając nic po sobie (w sumie dlaczego nigdy nie pokazują, jak sobie radzić z taką sytuacją, tylko wprowadzają tragiczne zakończenia?). Miałem ochotę się wyżalić, wypłakać, wykrzyczeć cały ten syf, który się we mnie odłożył. Samotność mnie dobijała, była jak zardzewiały nóż, który mimo szczerych chęci i wkładanej siły nie chciał wbić się w ciało: sprawiał ból, ale też nie robił żadnej poważniejszej krzywdy.

Usiadłem przy biurku i położyłem przed sobą białą kartkę. Siedziałem przed nią w ciszy, nie wiedząc do końca, dlaczego to zrobiłem. O dziwo, dobiegające raz po raz zza ścian mojego pokoju krzyki rodziców także ucichły, jakby wyczuły powagę sytuacji. Nie wiem, jak długo to trwało – starałem się skupić, ale najwyraźniej liczba uderzeń dzwonu bijącego z wieży pobliskiego kościoła uszła mojej uwadze. Wziąłem długopis do ręki i zacząłem pisać, swobodnie, naturalnie. Z każdym słowem nabierałem pewności siebie, na cichym dnie swojej duszy chciałem odnaleźć wdzięczność do ludzi i kolory samego bytu w tej szarej codzienności.

Spisane myśli miały być odpowiedzią, a zarazem karą, miały otworzyć mi oczy. Starałem się z całych sił, by słowa miały jakikolwiek sens. Jednak pierwsze linie okazały się zwykłym bełkotem, bez ładu i składu, niczym tafla wody zmącona przez wrzucony kamień. Ale czy to miało znaczenie? Nie przestawałem. Pisałem dalej i z każdym słowem czułem, że pozbywam się złych emocji, które niszczyły moje życie. Uśmiechałem się, a po chwili kapały mi z oczu łzy.

– Czy ja oszalałem? – zapytałem samego siebie, choć miałem świadomość, że rozmowa z samym sobą już jest oznaką choroby, którą trzeba leczyć.

Takie zmiany emocji nie są chyba normalne. Pisałem jednak dalej, a pisząc, co chwilę rzucałem na głos wulgaryzmami, wyładowując całą swoją frustrację... Wszystko inne dookoła nie miało większego znaczenia – do czasu. W pewnym momencie chyba przesadziłem. W pokoju pojawiła się matka, która zwabiona moją poprawną łaciną, z wielkim zaangażowaniem sforsowała drzwi do mojego pokoju.

– Co to za wrzaski?! – wykrzyczała od progu.

– Mamo, spokojnie – odparłem, nie ukrywając zdziwienia.

Powtórzyła z jeszcze większą furią:

– Co to za wrzaski?! Czy ty wiesz, która jest teraz godzina?!

Jej głos lekko mnie sparaliżował, wstrzymałem na chwilę oddech. Starałem się zgadnąć, skąd w tej wątłej, zaspanej kobiecie bierze się taka siła. Nigdy jej tego nie mówiłem, ale naprawdę ją podziwiałem. Była jedyną osobą, która mimo iż nie do końca mnie rozumiała, zawsze trzymała moją stronę.

– Mamo, spokojnie, to nie tak. Uspokój się – wyszeptałem łamiącym się głosem.

Wzięła głęboki oddech, a jej czerwona ze złości twarz nabrała zwykłego wyglądu.

– Przepraszam, kochanie. Dlaczego jeszcze nie śpisz?

Jej oczy otworzyły się szeroko, patrzyła na mnie badawczo. Tym razem jej głos złagodniał, był miły i ciepły, taki jak zwykle, kiedy rozmawiała ze mną. Wiedziała, że jest dla mnie wszystkim i że tylko w niej mam oparcie, że dzięki niej jeszcze nie zwariowałem.

– Nie mogę zasnąć – odparłem jak gdyby nigdy nic.

– Jest już pierwsza w nocy – zakomunikowała.

Spojrzałem na zegarek stojący tuż obok mojego łóżka. Wskazówki nieubłaganie poruszały się do przodu po określonej trajektorii, wskazując 1:23.

– Jak ten czas leci... Przepraszam, nawet nie zauważyłem – powiedziałem.

– Co właściwie robisz?

– Tak właściwie to nic.

– Przecież widzę, że coś jest nie tak.

– Mamo!

– Coś się stało? – upierała się.

– Mamo! Naprawdę nic! – Wypowiadając te słowa, ręką przesunąłem kartkę na prawą stronę biurka, tak aby nie zauważyła, że ostatnie chwile skupiałem się właśnie na niej.

– Już dobrze, kładź się spać. Jutro masz chyba ciężki dzień w szkole? – zabrzmiało to dość ironicznie.

Chwilę patrzyłem na nią, nie udzielając żadnej odpowiedzi. Chyba pomyślała, że zgrywam idiotę, choć słowo „idiota” było w tej sytuacji tylko diagnozą. Spojrzała jeszcze raz proszącym wzrokiem i wyszła. Sam nie wiem dlaczego, ale odetchnąłem z ulgą. Ponownie zacząłem się przyglądać już w dużej części zabazgranej słowami kartce. Były one jak poranna filiżanka herbaty dla damy, jak przejażdżka luksusowym samochodem dla bogacza, jak namoknięty deszczówką papieros dla kloszarda... Nie wiedziałem, czy te słowa to moja zasługa, czy zasługa mojego życia, ojca, który tak naprawdę miał mnie w dupie i nie umiał okazać, że jestem dla niego ważny (a może zwyczajnie to ja nie rozumiałem ojcowskiej miłości?).

Uniosłem kartkę na wysokość oczu, szepcząc pod nosem słowa linijek:

Rodzimy nadzy się, słyszymy matki krzyk,

To przestroga przed tym, jak mamy żyć.

Nikt nie mówił przecież, że będzie tak łatwo,

Kolejny dzień oczy oślepia nam światło.

W głodzie żyjemy, w chłodzie się rodzimy,

Sami dla siebie po odcięciu pępowiny.

Nie szukam odpowiedzi, szukam tylko przyczyn,

Polak katolik, ojciec skurwysyn.

Zasada prosta: kredyt trzeba spłacić,

Wódka przy łóżku, dziecko na nią patrzy.

Chłonie opary, płuca są jak gąbka,

Serce blisko płuc, obojętność wsiąka.

Nienawiść do ludzi wyssana z mlekiem matki,

Brud i syf to synonim adoracji.

Gdzie jest to jutro, słowa to nie czyny,

Pierwsze kroki po kałużach z uryny.

Ref.:

Ty pozwoliłaś mi żyć,

wydając mnie na świat.

Zupełnie godząc się z tym,

że nie mam nic na start.

Taki niewinny, oszukany,

że to szczęścia łyk.

Taki niewinny, bezbronny,

i bez sił jak Ty.

– Fajne życie – skomentowałem krótko.

Mimo że nie czułem zmęczenia, nie chciałem narażać się na furiackie zachowania kolejnych członków mojej rodziny. Gdyby tym razem do mojego pokoju pofatygował się ojciec...

– Gdyby tym razem nie wypił – uśmiechnąłem się do siebie szyderczo, jednocześnie ściągając stare, przetarte dżinsy.

Położyłem się. Długo patrzyłem w sufit, nie myśląc o niczym, chciałem już tylko zasnąć, ale jak zwykle, im bardziej się czegoś pragnie, tym trudniej to osiągnąć – ironia losu. Na szczęście powieki robiły mi się coraz cięższe, aż w końcu połączyły się za sobą, zamieniając widok pożółkłego sufitu na wszechogarniającą czerń.

– Boże! – tylko tyle zdołałem wykrztusić na przeraźliwy dźwięk budzika rozchodzący się po pokoju. Nieskoordynowanym ruchem ręki starałem się zlokalizować źródło niemiłosiernego hałasu, i jak zwykle próba przyniosła więcej kłopotów niż korzyści: – Ja pierdolę, moja szisza! – wykrzyczałem, gdy dotarło do mnie, co się stało.

Ten dzień nie mógł zacząć się lepiej. Jedyna pamiątka, która każdego dnia imitowała nowoczesny element wystroju pokoju, kryjąc swoje prawdziwe zastosowanie, która miała dla mnie jakiś sens i sentymentalną wartość, właśnie leżała rozbita obok mojego łóżka. Tyle wspomnień mieniło się przez kolorowe szkło, tyle chwil ukojenia rozbitych na możliwie najmniejsze kawałeczki... Wstałem, bacznie uważając na ostre krawędzie fragmentów przeszłości.

Moja droga do łazienki wydawała się nie mieć końca – ileż to człowiek musi przejść w swoim życiu, żeby móc się odlać, a jak już nadchodzi moment, kiedy ręka sięga po wymarzoną klamkę, łazienka zawsze jest zajęta. Tak było i tym razem. Stałem tak, zaspany, w przedpokoju, opierając się o marnie wykonaną szafkę na buty, w oczekiwaniu na swoją kolej. Szkoda, że nie ma numerków jak na poczcie, pomyślałem, uśmiechając się sam do siebie. Jakie by to było zajebiste ułatwienie, gdybym znał dokładny czas, gdy mogę skorzystać z kibla i jak długo mi to zajmie. Problem tylko z tym, żeby to jeszcze skoordynować z tym, kiedy się chce. Pęcherz nie dawał mi spokoju, walcząc zaciekle o dominację. W pewnej chwili drzwi od łazienki się otworzyły.

– Nareszcie – mruknąłem pod nosem.

Ojciec wyszedł, a bardziej wygramolił się z pomieszczenia o powierzchni metr na metr. Nawet na mnie nie spojrzał, jakby mnie nie zauważył. Nie wypowiedział żadnego słowa, nie wykonał żadnego najmniejszego gestu w moją stronę. Zwinął tylko w typowy dla siebie sposób nieaktualną od dawna gazetę i udał się do kuchni.

– No, to na razie – powiedziałem.

Tego także nie usłyszał lub udawał, że nie słyszy. Miałem ochotę wykrzyczeć coś do niego, ale mój zapał szybko stłumiło moje poczucie realizmu, które podyktowało zwyczajne w takich sytuacjach stwierdzenie: „Nie ma sensu”.

Sprawy fizjologiczne załatwiłem szybko, po czym wróciłem do swojego pokoju. Zacząłem się powoli ubierać – nie było to nic nadzwyczajnego. Od lat te same dżinsy, niebieska koszulka z napisem „fuck my problems” (jakby miała wyrazić i mnie samego, i moje poglądy), czarne skarpetki z lekko przetartymi piętami i moje ukochane adidasy pamiętające chyba czasy, kiedy jedzenie było na kartki. Nie miałem zbyt wielkiego wyboru, choć jasne, że wolałbym mieć wszystko nowe, wypicowane, takie kurwa na pokaz – tylko czy poczułbym się wtedy lepiej? Sam nie wiem, nie miałem okazji tego sprawdzić. Odkąd pamiętam, nie było nas stać na nowe markowe ubrania, ale i tak dziękowałem mamie, że zawsze były czyste.

Zabrałem plecak, telefon, na który sam zarobiłem, jeżdżąc w sezonie na zarobek (wiśnie, truskawki, bób), dwa zeszyty z biurka i portfel, w którym trzymałem moją legitymację szkolną. Zwykle w tym momencie rodzic daje dziecku drugie śniadanie zapakowane w jakieś eleganckie pudełeczko lub forsę, aby mogło sobie je zakupić i w kulturalny sposób skonsumować na jednej ze szkolnych przerw. Ja mogłem liczyć jedynie na samotne przejście przez przedpokój w stronę drzwi wejściowych – bez kanapek, bez pieniędzy, bez słowa na pożegnanie.

Szarpnąłem za klamkę i jednym ruchem otworzyłem drzwi. Wygląd klatki kamienicy nie różnił się jakoś znacząco od wnętrza mojego mieszkania. Wyblakłe ściany, zapach, którego nikomu nie życzyłbym wąchać, ślady moczu, które każdego dnia starałem się omijać. Wmawiałem sobie, że nie jest źle, mimo iż coraz częściej zadawałem sobie pytanie: „Ile razy jeszcze?”.

Wyszedłem na zewnątrz. Blask promieni słońca, które leniwie przedzierały się przez pobliskie drzewa, początkowo mnie oślepił. Przetarłem parokrotnie zaspane jeszcze oczy, którym ukazał się teraz wyraźny obraz mojego osiedla. Widok ten nie był wart szczególnego polecenia, ot, zwykła dróżka ułożona z kostki brukowej, parę krzaków, drzew, mały placyk zabaw dla dzieci, na którym żaden rodzic przy zdrowych zmysłach nie pozwoliłby się bawić swoim pociechom. Szczerze? Miałem to gdzieś – w końcu to nie ja miałem z niego korzystać i to nie moje dzieci miały się na nim bawić. Włożyłem ręce w kieszenie i ze spuszczoną głową ruszyłem w stronę przystanku autobusowego. Udało mi się zrobić parę kroków, gdy poczułem wibracje telefonu w lewej kieszeni spodni. SMS! Spojrzałem na treść:

Siemano, wariacie! Jakie plany na dziś? Może byśmy olali dzisiaj szkołę i ruszyli gdzieś w plener? Czekam na przystanku.

To Marcin, kolega ze szkoły i z osiedla. Nie będę odpisywał, pomyślałem, chowając telefon do plecaka. Do przystanku miałem jakieś cztery minuty drogi, a skoro pisze, że czeka, niech czeka, ja mu nie kazałem, zresztą i tak, znając moje dzisiejsze szczęście, nie mam pewnie nic na koncie, żeby odpisać, a nie miałem w planach roztrząsania o poranku kolejnej części serialu zatytułowanego Jak wykombinować kasę na doładowanie?

Marcin był dobrym chłopakiem, łączyło nas więcej, niż nam samym mogłoby się wydawać. Podobnie jak ja pochodził z, delikatnie mówiąc, „dziwnej” rodziny, gdzie zwykłą rozmowę zastępowano krzykami, gdzie często rezygnowano z obiadu, by starczyło na butelkę wina, ale cóż, rodziny się nie wybiera. Podobnie jak ja chciał uciec przed przykrą rzeczywistością, jak ja miał dość wszechogarniającej monotonii tego osiedla i jak ja szukał rozwiązań, by nie stać się takim samym skurwysynem jak nasi ojcowie. Obaj żyliśmy w przekonaniu, że mamy wpływ na to wszystko i że sami będziemy kierować swoim życiem, choć w jego oczach czasem dało się dostrzec niejakie zwątpienie czy rezygnację. Wiem, w tym wieku poczucie słuszności swoich racji jest nad wyraz mocne i uzasadnione, a zapał naprawdę dodaje skrzydeł. Nie wiem natomiast, dlaczego starsi ludzie często rezygnują z marzeń i poddają się fali wypadków, których mogliby uniknąć. Rezygnują z życia, które od zawsze chcieli poznać, bojąc się ryzyka i tłumacząc, że stracą wszystko, podczas gdy tak naprawdę nie mają nic.

Droga, którą szedłem, była prosta, jakby prowadziła donikąd, co chwilę krajobraz umilały gęsto posadzone krzewy porastające obie strony. W oddali widać było zarysy przystanku.

Zdziwiłem się, bo nie mijałem dziś żadnych twarzy, jakbym był ostatnią istotą chodzącą po Ziemi. Nie było pani Irenki, która zwykle z rana szła co środę do osiedlowego warzywniaka po chleb i zakupy na kolejne dni. Pana Zbyszka, który o tej porze wychodził do pobliskiej fabryki, by kolejne jedenaście godzin (jebane kolejne JEDENAŚCIE GODZIN) ze swojego życia zmarnować na tyranie przy jakichś durnych maszynach, których zastosowanie i nazwy były dla mnie całkowitą abstrakcją. Nie słyszałem żadnych ptaków, rozmów, nie dostrzegłem żadnych przejawów optymizmu ani oznak radości wynikających z nadejścia kolejnego dnia – choć te ostatnie i tak należały do zjawisk dość rzadkich.

Spojrzałem w niebo, promienie słońca znów mnie oślepiły.

– Krzysiek, dawaj, dawaj! – głos z oddali wyrwał mnie z odrętwienia.

– Chwila – wymamrotałem, przygryzając wargi.

Podbiegłem do przystanku, gdzie już od dobrych paru minut czekał na mnie blady jak ściana Marcin.

– Siemano. Co się stało, wariacie? – zapytałem zdyszanym głosem, oczekując jednoznacznej odpowiedzi.

– Nic, nie wyspałem się dzisiaj.

Wypowiadając te słowa, uśmiechnął się porozumiewawczo. Od razu poznałem, że dzisiejsza noc nie była dla niego miłym doznaniem, do którego wszakże zdążył się już zapewne przyzwyczaić. I wbrew opinii wszystkich specjalistów do spraw rodzinny i przemocy, którzy w swoich mądrych książkach starają się udowodnić na teoretycznych modelach, że psychika człowieka nie jest zdolna przyzwyczaić się do życia w przemocy, patologii – oświadczam: da się! Bo przecież trzeba mieć dużo odwagi, by powiedzieć „dość!”, a często właśnie na to nie mamy siły. Definicje tylko przybliżają problem naturalnego miejsca wychowania, jakim jest rodzina, ale nie są jego rozwiązaniem. Poza tym każda sytuacja wymaga indywidualnego podejścia, nie da się jednoznacznie określić uniwersalnych schematów postępowania, które sprawią, że będzie lepiej.

– Ojciec? – zapytałem.

– Szkoda gadać, przyjacielu, trochę krzyków, policja i spokój. A u ciebie?

– Policja? To musiało być grubo?

– Dzień jak co dzień – powiedział to tak spokojnie, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Rozumiałem go, choć z drugiej strony jego spokój mnie przerażał.

– Dzień jak co dzień?

– Daj spokój, nie ma o czym gadać. A u ciebie? – powtórzył.

– Powoli – odparłem.

Nie chciałem wchodzić w wydarzenia z ostatniej nocy, są pewne granice moich doznań, pragnień, których wolałbym nie przekraczać nawet w rozmowie z najlepszym przyjacielem. Mimo że mu ufam, jest we mnie coś, co powinno pozostać tylko dla mnie i nie widziałem w tym nic złego. Ot, taka druga strona mojej osobowości, o której tylko ja mogłem wiedzieć.

– Co to za SMS? Jakie plany na dzisiaj?

– Nie wiesz? – Spojrzał ze zdziwieniem. – Dziś środa: sprawdzian z matmy, biologia, wypracowanie z polskiego, no i na koniec WF.

– Co?! Kurwa, całkowicie zapomniałem!

– No widzisz, gdybyś nie miał gówna w głowie, pamiętałbyś.

– Ano – uśmiechnąłem się.

– Przyznajesz mi rację? Coś takiego, przyjacielu! Ty, taki zapatrzony w siebie uparciuch?

– Nie przesadzaj – odparłem.

– Przyznałeś mi rację! – wypowiadał te słowa z takim entuzjazmem, jakby wygrał na loterii.

– Trzeba długo żyć, przyjacielu, żeby cię poznać i zrozumieć, kiedy gadasz głupoty. Lepiej więc od razu przyznać ci rację i mieć to z głowy, niż wchodzić w dyskusję i słuchać tego paplania.

– Zobaczymy na zajęciach, czy to paplanie nie będzie ci czasem potrzebne – z uśmiechem zwycięzcy rzucił Marcin.

– A co, nie pomożesz koledze w potrzebie? – zapytałem.

– No, pomogę.

– No widzisz, i znów moje na wierzchu.

Marcin spojrzał na mnie spod oka.

– To twoje „na wierzchu” kiedyś się skończy, a wtedy zobaczymy, kto jest naprawdę przyjacielem, a kto tylko udawał.

– Na mnie możesz liczyć, wiesz o tym.

– Wiem, i dlatego damy radę.

Polski nie stanowił dla mnie żadnego problemu, z matematyką miałem jednak poważny kłopot. No bo, pytam się, po chuj mi obliczanie objętości ostrosłupa, liczenie jakiejś jebanej silni czy rachunku prawdopodobieństwa? Czy to przyda mi się kiedykolwiek w życiu? Dam sobie rękę uciąć, że nie! Gdyby to ode mnie zależał program nauczania tego gimnazjum, ułożyłbym go w taki sposób, aby każdy był zadowolony i każdy miał poczucie spełnienia, wiedząc, że uczy się tego, co naprawdę jest w życiu możliwe do wykorzystania.

– Wiesz, mam pomysł. Robimy tak: matmę olewamy, potem polski, biologia, WF – idziemy. OK? – zapytałem, nakreślając własną wizję dzisiejszego dnia.

– OK – odparł. Było mu to najwidoczniej obojętne.

– No, człowieku, nawet nie musiałem cię jakoś specjalnie namawiać, postaraj się!

– OK.

– Idiota.

W tym momencie podjechał autobus, a raczej to, co z niego pozostało – wyglądał, jakby przez ostatnie lata woził żołnierzy na poligon, i to pod ostrzałem. Brudny, odrapany, okna zabite, żeby przypadkiem nikomu nie wpadł do głowy pomysł, by je otworzyć. W sumie jaki przystanek, taki autobus.

Drzwi otworzył pan Roman, starszy gość, któremu wizja pracy do sześćdziesiątego siódmego roku życia kompletnie wisiała, bo już dawno przekroczył ten wiek. Pan Roman pracował w zawodzie odkąd pamiętam, pomarszczony, małomówny, zawsze można było wyczuć od niego zapach naftaliny, jakby każdego dnia szykował się na swoją ostatnią drogę. Oby tylko nie zabrał nas ze sobą.

– Dwa ulgowe – powiedziałem, podając pieniądze.

– Mhm – odburknął tylko, jakby był obrażony na cały świat, podając nam dwa bilety i kasując przy tym 5 zł.

– Dzięki – rzucił Marcin, jednocześnie przechodząc na tył autobusu.

Poszedłem za nim, zahaczyłem z biletami o kasownik, siedliśmy.

– Słyszysz? Co to, kurwa, ma być?! – Z uśmiechem spojrzałem na Marcina, pokazując palcem na jakiegoś kolesia wchodzącego właśnie do autobusu.

Chłopak wyglądał niesamowicie: oldskulowe fioletowe dresy ze streczu z trzema białymi paskami po bokach, do tego niebieska koszulka z napisem „HWDP”, i ulizane na żel włoski. Brakowało tylko grubego, srebrnego łańcucha i piórka w dupie, abym uznał to za najbardziej abstrakcyjny i szokujący widok, jaki miałem szansę zobaczyć w swoim życiu.

– Kurwa, skąd się biorą tacy ludzie? – zapytałem.

– Chuj z nim – odparł Marcin.

– No jak chuj? Chciałbyś wyglądać tak jak on?

– Rany, a musimy się zagłębiać w ten temat? Chłopak ma dużo czasu, więc stroi się na pajaca i nic nam do tego.

– No niby tak, ale weźmy na przykład sytuację, że to twój kolega. Nie wstydziłbyś się?

– Czego? Że tak siebie wyraża? Jakby zawracał mi dupę, wtedy bym mu coś powiedział, ale teraz nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, zatem też nic a nic mi nie przeszkadza.

– Jaki ty tolerancyjny się zrobiłeś, jaki wrażliwy.

– Nie o to chodzi. Niektórzy dbają o to, jak wyglądają, inni dbają o to, co robią i jakimi są ludźmi. Jedno z drugim się zresztą nie wyklucza. Więc – tak, bawi mnie jego wygląd, ale nie szokuje i kompletnie jest mi obojętny.

– A ty o co dbasz? – zapytałem

– O to, by godnie przeżyć kolejny dzień i daj już spokój z tymi pytaniami. Wiesz przecież, jak jest i jak to wszystko wygląda, prawda?

– Rozumiem, przyjacielu, ale widzisz, to jednak nie jest właściwe pytanie.

– Co masz na myśli?

– Powinieneś pytać: „Jak powinno być?”.

Marcin posmutniał, dobrze znał swoją sytuację, nie tylko rodzinną.

– Na takie pytania jeszcze przyjdzie czas – odparł, wkładając do ucha słuchawkę.

– Czego słuchasz?

– Kolega zgrał mi płytę PIH – Dowód rzeczowy nr 2. Słyszałeś?

– No jak miałem słyszeć, na czym?

– No jak na czym? Nie wiem, normalnie: radio, TV, net?

– Nie mam czasu na takie rzeczy – odparłem ironicznie.

Aż wstyd było się przyznać, ale nie miałem w domu możliwości zapoznawania się z nowościami ze świata muzyki, zresztą nie tylko muzyki. Wkurwiało mnie to, że nie mam jak inni komputera, porządnego sprzętu grającego i innych tego typu rzeczy. Zapewne gdyby pojawiły się w domu, zaraz padłoby masę pytań (skąd?, od kogo?), a docelowo zostałyby przehandlowane przez ojca w lombardach, a kasa skonsumowana także przez niego. Dobrze, że mam jeszcze swój telefon, pomyślałem.

– Dawaj jedną słuchawkę! – powiedziałem nagle, wyciągając rękę.

Marcin podał mi ją bez słowa sprzeciwu. Dźwięk przeszył mi głowę. Dobrane z niezwykłą precyzją linie melodyczne, uzupełnione wersami doskonale pasującymi do mojego życia, robiły wrażenie. Całość tworzyła niesamowitą kompozycję, jakby wszystkie doznania związane z dobrem i złem były zamknięte w każdym pojedynczym dźwięku, a słowa wbijały się niczym gwoździe, budując mocną konstrukcję pod przyszły fundament.

Słuchając, jechaliśmy dalej, co chwilę autobus zatrzymywał się na kolejnych przystankach, ludzie wsiadali i wysiadali, wszyscy tacy sami, bez wyrazu. Patrzyłem w okno przesuwającego się świata, a ten, najwidoczniej mając to zupełnie gdzieś, odkrywał wszystkie swoje karty. Porośnięte mchem mury bloków, przeplatające je ciemne uliczki niczym szal szyję staruszka, który klęcząc pod sklepem monopolowym, starał się uzbierać jakieś grosze na poranne „zachcianki”. Jedynym pozytywnym akcentem tej przygnębiającej przestrzeni, w którą mało kto spoza mieszkających tutaj ludzi miałby ochotę się zapuszczać, były mury – niegdyś szare, ale dziś widniały na nich artystyczne malowidła wykonane przez miejscowe grupy grafficiarzy. Ich talent był nie do opisania, jednak dostrzegali go tylko ci najbardziej wrażliwi i wybredni, dla reszty był to zapewne zwykły akt wandalizmu, zaś ludzi, którzy się tego aktu dopuścili, uważano za margines społeczny, któremu powinno się odebrać wszelkie warunki i prawa do bytu.

Myślenie tej większości mocno mnie już męczyło. Ile można z nimi walczyć, tłumaczyć? – pomyślałem, przecierając jednocześnie szybę. Przecież to w nas, młodych, powinno się wierzyć, dając nam możliwości nie tylko odnalezienia w sobie talentu, ale także jego rozwijania. Zresztą talent to jedynie małe ziarno sukcesu, najważniejsi są ludzie, których spotykamy na swej drodze, to oni dają szansę... ale potrafią też zniszczyć.

Na chwilę zawiesiłem swoje myśli. Światła przejeżdżającego z naprzeciwka samochodu odbiły się w mojej szybie, przywracając mnie nagle do rzeczywistości.

– Wysiadamy! – Szturchnąłem Marcina, który zasypiał już na siedzeniu.

W tym momencie autobus zatrzymał się na przystanku, na którym co dnia słyszałem zwykle niezliczoną ilość historii z życia znajomych ze szkoły, udających się na swoje „upragnione” zajęcia.

– Luzik – odparł Marcin, zrywając się do drzwi i wyszarpując jednocześnie słuchawkę z mego ucha.

– Pojebało cię?! Gdzie tak lecisz? – W głowie miałem to, co ustaliliśmy wcześniej.

– No jak gdzie? Chcę wyjść i idziemy na zajęcia.

– Przecież olewamy pierwszą godzinę, pamiętasz?

Marcin klepnął się w czoło, jakby to miało na stałe przywrócić do pracy jego zwoje mózgowe.

– No to po co tak panikujesz? – zapytał.

– Dobra, chodź.

Wysiedliśmy z autobusu. Staliśmy na przystanku przed naszym gimnazjum. Co chwila mijali nas ludzie z obrzydzeniem spoglądający na drzwi wejściowe do budynku.

– I co teraz będziemy robić? – zapytał Marcin.

– Sam nie wiem. Masz jakiś pomysł? Na pewno nie mam zamiaru stać godzinę na przystanku – odpowiedziałem jeszcze lekko zaspanym głosem.

– Idziemy do galerii?

– To wymyśliłeś! – odparłem.

Pomysł wydał mi się zupełnie nie na miejscu, w końcu nie miałem ochoty włóczyć się po jakiejś galerii bez grosza w kieszeni.

– No co? Popatrzymy na jakieś dupy, jak produkują się przy starcach, żeby tylko wysępić nowy błyszczyk – zaśmiał się Marcin.

– Galerianki? Stary, to tylko film, który widziałeś parę lat temu.

Swoją drogą zastanawiałem się, czy to prawda. Będąc w różnych galeriach w różnych miastach, nigdy nie widziałem galerianki, moi znajomi zresztą także nie.

– Ha, ha, ha – ironicznie zaśmiał się Marcin, ruszając w stronę centrum.

Niby krótki śmiech, ale wyczułem w nim nutę niespełnienia i głębokiej nadziei, że on w końcu jakąś spotka. Nastawiłem się więc na poszukiwanie cycatych gówniar w białych kozaczkach, mini zasłaniających jedynie gumkę od majtek, a nie całą dupę, z wielowarstwowymi tapetami na gębach uśmiechających się do wszystkiego, co choć odrobinę swoim wyglądem przypomina pieniądz. Choć oczywiście moje wyobrażenie było czysto stereotypowe.

– Pośpiesz się, nie mamy całego dnia. – Marcin nie dawał za wygraną.

– Fakt – odparłem niechętnie, w końcu nasza niezwykła wyprawa miała znaleźć swój finał w ciągu jednej godziny.

Do centrum mieliśmy kilkaset metrów. Jedno skrzyżowanie, jeden wiadukt. Na ulicach było zupełnie pusto, brak przejeżdżających samochodów, spacerujących ludzi. Totalna pustka, tylko my – dwaj debile w trakcie misji, której pomyślna realizacja miała podbudować zdeptane przez codzienność ego Marcina. Chwilę później widzieliśmy już zarys naszego docelowego punktu.

– Chcesz jednego? – zapytał Marcin, wyciągając z tylnej kieszeni pomiętą paczkę fajek.

– Dawaj.

– Bierz.

Wziąłem od niego szluga.

– Masz ognia?

– Jasne, że mam. Na chuj mi fajki bez ognia?

– No wiesz, jeśli chodzi o ciebie, to nigdy nic nie wiadomo – odpowiedziałem.

Siedliśmy na murku, zanurzając się w chmurach dymu. W głowie stale grała mi muzyka ze słuchawek, zacząłem w myślach układać słowa, jednocześnie nucąc sobie różne melodie.

– Co tam mamroczesz pod nosem? – zainteresował się Marcin.

– Aaa nic, takie tam.

– No, dawaj, mów, wyduś to z siebie.

– Stary, nic takiego. Masz już jakieś plany na weekend? – wypaliłem, byle tylko zmienić temat.

– Wiesz jak jest, pewnie dom. Nie mam kasy, żeby gdzieś wyjechać, żeby pójść sobie coś kupić czy pójść gdzieś się pobawić – odpowiedział, wciągając bucha w płuca.

– Skąd ja to znam...

– Nie pierdol, na pewno masz lepiej niż ja.

– Stary, to pozór. Ojciec chla i się czepia, matka nie daje rady, a we mnie pierdolona niemoc. Chciałbym jej jakoś pomóc...

Marcin nie znał w pełni mojej sytuacji rodzinnej i nie zależało mi, by ją poznał. To, co się dzieje w domu, uważałem za moją prywatną sprawę. Chciałem pozostać normalnym szarym chłopakiem z przeciętnej rodziny, za jakiego większość mnie uważała.

– No ale co my możemy? – zapytał.

– Sam nie wiem, po prostu chciałbym, kurwa, coś zmienić, dać coś sobie i innym, choćby głupią, ale nie złudną nadzieję, że będzie lepiej, wyrwać się stąd.

– Wiesz ile osób o tym marzy, zwłaszcza w tym zadupiu?

– Ziomek, marzy zapewne wiele, ale ile robi coś, by to zmienić, by faktycznie zamiast siedzieć na dupie, wstać i zrobić coś ze swoim życiem?

W tym momencie Marcin zadumał się mocno, wpatrując się w niezwykle wyrafinowany wzór na kostce brukowej:

– Niby masz rację, no, ale zapytam jeszcze raz: co my możemy?