29,99 zł
Budowa domu miała być spełnieniem marzeń.
Stała się testem charakteru, relacji i budżetu.
Ta książka nie jest poradnikiem.
Nie podpowie, jaki wybrać pustak ani jak negocjować z ekipą.
To bezlitosna, ironiczna i momentami niewygodna opowieść o tym, co naprawdę dzieje się między projektem a przeprowadzką.
O presji społecznej.
O kredycie jako cichym współwłaścicielu.
O ciszy, która kosztuje więcej niż hałas.
O zmęczeniu po wszystkim.
O iluzji, że dom naprawi życie.
Jeśli budujesz – poczujesz się zdemaskowany.
Jeśli planujesz – zaczniesz zadawać pytania.
Jeśli już zbudowałeś – będziesz się śmiał. Trochę nerwowo.
To książka o ścianach.
Ale jeszcze bardziej o ludziach w tych ścianach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 82
Rok wydania: 2026
Budowa domu zaczyna się od marzenia.
Od zdjęcia zapisanego w folderze „Inspiracje”, którego nigdy nie usuniesz.
Bo to nie jest folder.
To jest przyszłość.
Biała elewacja.
Czarna stolarka.
Duże okna.
Taras.
Dzieci biegające po trawie, której jeszcze nie ma, ale już czujesz jej zapach.
Myślisz, że budujesz dom.
W rzeczywistości budujesz swoją tożsamość w wersji murowanej.
Bo mieszkanie to kompromis.
Dom to deklaracja.
• Mieszkanie mówi: stać mnie na kredyt.
• Dom mówi: stać mnie na stres.
• Mieszkanie to ściany wspólne.
• Dom to samotność z ogródkiem.
• Mieszkanie to administracja.
• Dom to ty i YouTube.
Budowa domu to projekt, który zaczyna się od kalkulatora, a kończy na terapii małżeńskiej bez terapeuty.
Zaczyna się od „zrobimy to po swojemu”.
Kończy się na „zróbmy cokolwiek, byle skończyć”.
W pewnym momencie przestajesz mówić „nasz dom”.
Zaczynasz mówić „ta budowa”.
Jakby to była choroba.
Jakby to był ktoś trzeci w waszym związku.
I trochę jest.
Budowa domu to nie jest inwestycja.
To test.
Test cierpliwości.
Test relacji.
Test ego.
Test wyobrażeń, które karmiono cię od dziecka.
Bo dom jednorodzinny to w Polsce świętość.
Symbol.
Nagroda za dorosłość.
Dowód, że się udało.
• Masz dom - jesteś kimś.
• Wynajmujesz - jeszcze próbujesz.
• Mieszkasz z teściami - powodzenia.
Nikt nie mówi, że budowa to proces.
Wszyscy mówią, że to przygoda.
Przygoda jest wtedy, gdy masz plecak i możesz wrócić.
Tu masz kredyt.
I ekipę, która nie odbiera telefonu.
Budowa domu to moment, w którym zaczynasz rozumieć, dlaczego ludzie nagle siwieją.
To moment, w którym poznajesz nowe słowa:
Stan surowy otwarty.
Stan surowy zamknięty.
Stan emocjonalny nieznany.
Odkrywasz, że wszystko kosztuje „trochę więcej”.
Trochę więcej betonu.
Trochę więcej czasu.
Trochę więcej cierpliwości.
Trochę więcej pieniędzy, których już nie masz.
I najgorsze jest to, że przez cały ten czas musisz udawać, że to był twój pomysł.
Bo przecież to był twój pomysł.
Dom miał być wolnością.
Okazuje się, że jest zobowiązaniem z fundamentem.
Miał być spokojem.
Jest logistyką.
Miał być ciszą.
Jest młotem udarowym o siódmej rano.
Ta książka nie powie ci, jak budować.
Nie poda listy materiałów.
Nie da checklisty.
Bo checklistę już masz.
Masz też arkusz w Excelu.
Masz też trzy wyceny.
Masz też grupę na Facebooku.
Nie masz tylko spokoju.
Ta książka jest o tym, co dzieje się między fakturą a frustracją.
Między projektem a pretensją.
Między „zrobimy to sami” a „dlaczego my to zrobiliśmy”.
Jeśli budujesz - poczujesz się zdemaskowany.
Jeśli planujesz - poczujesz lekki niepokój.
Jeśli już zbudowałeś - będziesz się śmiał. Trochę nerwowo.
Bo dom to nie są ściany.
Dom to historia, którą opowiadasz sobie, żeby uzasadnić rachunki.
A budowa to moment, w którym ta historia zaczyna się sypać szybciej niż tynk bez gruntu.
To będzie brutalne.
Bo budowa domu nie jest romantyczna.
Jest ludzka.
Za bardzo ludzka.
Każda budowa zaczyna się od zdania:
„A może byśmy wybudowali dom?”
To zdanie brzmi niewinnie.
Jakby ktoś zaproponował wspólną wycieczkę.
Weekend w górach.
Nową kanapę.
Tymczasem to jest moment, w którym właśnie podpisałeś emocjonalny kredyt hipoteczny.
Jeszcze nie wiesz.
Jeszcze się cieszysz.
Jeszcze oglądasz projekty.
Wybierasz metraż.
Przeglądasz katalogi.
Masz ulubiony styl.
Nowoczesny.
Stodoła.
Klasyczny z nutą minimalizmu, czyli coś, czego nie umiesz nazwać, ale brzmi drogo.
• Chcesz dużych okien, bo światło to życie.
• Chcesz otwartej kuchni, bo tak mają szczęśliwi ludzie.
• Chcesz garderoby, bo zasługujesz.
• Chcesz garażu na dwa auta, choć masz jedno.
• Chcesz tarasu, na którym będziesz pił kawę, której i tak nie masz czasu wypić.
W tym momencie budujesz nie dom.
Budujesz narrację.
Opowieść o sobie.
O tym, że już nie jesteś „na dorobku”.
Że to jest ten etap.
Ten moment.
Ten upgrade.
Bo dom to upgrade życia.
Wersja 2.0.
Z ogrodem.
Z ciszą.
Z przestrzenią.
Z sąsiadem, który jednak też postawił dom dokładnie trzy metry od twojej działki.
Nagle zaczynasz patrzeć na ludzi przez pryzmat metrażu.
Nie mówisz tego na głos.
Ale myślisz.
I inni też myślą.
Dom to status.
Nie dlatego, że jest duży.
Dlatego, że jest własny.
Własność brzmi jak kontrola.
Budowa szybko pokazuje, że kontrola to mit.
Ale jeszcze nie teraz.
Teraz jesteś w fazie euforii.
Wyobrażasz sobie święta przy dużym stole.
Dzieci w ogrodzie.
Grilla latem.
Znajomych mówiących „wow”.
I to „wow” jest ważne.
Bardzo.
• Nie budujesz tylko dla siebie.
• Budujesz dla rodziny.
• Budujesz dla przyszłości.
• Budujesz, żeby nie żałować.
• Budujesz, żeby inni zobaczyli.
Nie przyznasz tego.
Ale gdy ktoś mówi „my zostajemy w mieszkaniu”, czujesz delikatną wyższość.
Jakbyś wybrał odwagę.
A oni wygodę.
Dom to w Polsce dowód dorosłości.
Ślub.
Dziecko.
Dom.
W tej kolejności albo w dowolnej, ale najlepiej wszystko.
Szybko.
Zanim trzydziestka zamieni się w presję.
Presja jest cicha.
Nie mówi wprost.
Ona siedzi przy rodzinnym stole.
Pyta:
„No i kiedy?”
„Macie już działkę?”
„A dzieci będą miały gdzie biegać?”
Działka.
Słowo, które brzmi niewinnie.
A oznacza hektary decyzji.
Lokalizacja.
Media.
Droga dojazdowa.
Sąsiedzi.
Grunt.
Grunt to osobna historia.
Możesz mieć marzenie.
Możesz mieć projekt.
Możesz mieć wizję.
Ale jeśli grunt jest gliniasty, budujesz na emocjonalnym błocie.
I nagle zaczynasz rozumieć, że dom to nie Instagram.
To matematyka.
Fizyka.
Prawo budowlane.
I człowiek, który mówi „to się nie da”.
Marzenie w wersji premium ma jedną cechę.
Nie ma limitu.
Bo skoro już budujesz, to może trochę większy salon.
Skoro już fundamenty, to może piwnica.
Skoro już dach, to może droższa dachówka.
Skoro już kredyt, to może trochę większy.
• To tylko kilka metrów więcej.
• To tylko lepsza izolacja.
• To tylko inteligentny system.
• To tylko rolety zewnętrzne.
• To tylko, tylko, tylko.
Budowa domu to ciąg decyzji, które zaczynają się od „tylko”.
Kończą się na „nie stać nas”.
Ale jeszcze jesteś przed tym momentem.
Jeszcze patrzysz na wizualizację.
Jeszcze widzisz siebie w salonie.
Jeszcze nie widzisz rachunków.
Jeszcze nie widzisz opóźnień.
Jeszcze nie widzisz, że dom będzie rósł szybciej niż twoja cierpliwość.
Marzenie jest czyste.
Proste.
Geometryczne.
Budowa jest krzywa.
Ludzka.
Pełna niedomówień.
Na tym etapie wierzysz, że wszystko da się zaplanować.
Masz harmonogram.
Masz budżet.
Masz plan.
Budowa domu kocha ludzi z planem.
Bo wie, że i tak go złamie.
I wtedy zaczyna się prawdziwa historia.
Nie ta z katalogu.
Ta z życia.
Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Na razie jesteś zakochany.
W projekcie.
W wizji.
W sobie, który to ogarnia.
Jeszcze nie wiesz, że dom to nie jest miejsce.
To proces, który powoli zdejmie z ciebie wszystkie iluzje.
I zostawi fundament.
Z betonu.
I z prawdy.
Kupno działki to moment, w którym zaczynasz wierzyć, że to już się dzieje.
Masz ziemię.
Twoją.
Własną.
Nawet jeśli bank ma inne zdanie.
Stoisz na niej pierwszy raz i patrzysz w dal.
Widzisz salon.
Taras.
Drzewo, którego jeszcze nie ma.
Nie widzisz błota po kostki.
Nie widzisz, że sąsiad pali plastik.
Nie widzisz, że dojazd zimą to test napędu na cztery koła i wiary w człowieka.
Widzisz potencjał.
Potencjał to najdroższe słowo w budownictwie.
• Potencjał oznacza, że jeszcze nic nie jest gotowe.
• Potencjał oznacza, że wszystko trzeba zrobić.
• Potencjał oznacza, że zapłacisz za rzeczy, których nie widać.
• Potencjał oznacza, że ktoś już wcześniej zrezygnował.
Zaczynasz analizować.
MPZP.
Warunki zabudowy.
Media w drodze.
Droga w planach.
Plan miejscowy brzmi jak coś stabilnego.
Dopóki nie odkryjesz, że plan zmienia się szybciej niż ceny materiałów.
Działka to obietnica.
Ale każda obietnica ma gwiazdkę.
Czasem ma kilka.
Czasem cały akapit drobnym drukiem.
Stoisz na tej ziemi i czujesz dumę.
Mówisz „tu będzie dom”.
Brzmi jak manifest.
Jeszcze nie wiesz, że ta ziemia zacznie cię testować.
Bo ziemia pamięta wszystko.
Wodę.
Mróz.
Poprzednich właścicieli.
Twoją naiwność.
Pierwszy szok przychodzi, gdy dowiadujesz się, że działka „uzbrojona” oznacza, że prąd jest 200 metrów dalej.
Gaz może kiedyś.
Woda w projekcie.
Kanalizacja w marzeniach.
• Myślałeś, że kupujesz grunt.
• Kupiłeś zobowiązanie.
• Myślałeś, że to formalność.
• To jest proces.
• Myślałeś, że to początek budowy.
• To jest początek papierologii.
Papierologia to osobna forma sportu.
Wymaga cierpliwości.
Braku złudzeń.
I umiejętności słuchania zdania „proszę przyjść za dwa tygodnie”.
Działka ma też sąsiadów.
Sąsiedzi to loteria.
Z jednej strony cisza.
Z drugiej strony pies, który szczeka od 6:00 do 23:47.
Z jednej strony starsze małżeństwo.
Z drugiej strony przyszły inwestor, który już planuje trzy bliźniaki.
Bo twój spokój to jego biznes.
I nagle zaczynasz rozumieć, że lokalizacja to nie tylko odległość do miasta.
To mentalność ludzi w promieniu 200 metrów.
Działka często jest kompromisem.
Bo idealna była za droga.
Bo tańsza miała „niewielkie ograniczenia”.
Bo blisko lasu.
Bo daleko od teściów.
Bo szybki dojazd, jeśli nie ma korków.
• Wybrałeś ciszę.
• Otrzymałeś izolację.
• Wybrałeś przestrzeń.
• Otrzymałeś dojazd przez pole.
• Wybrałeś naturę.
• Otrzymałeś komary.
Zaczynasz sprawdzać grunt.
Badania geotechniczne.
Odwierty.
Słowo „nośność” nagle staje się osobiste.
Bo nie chodzi już o ziemię.
Chodzi o to, czy twoje marzenie utrzyma ciężar rzeczywistości.
I wtedy ktoś mówi:
„Tu trzeba będzie więcej betonu.”
Więcej betonu to więcej pieniędzy.
Więcej pieniędzy to mniej snu.
Działka jest pierwszym momentem, kiedy budowa przestaje być wizualizacją.
Staje się fizyczna.
Brudna.
Mokra.
Nierówna.
Zaczynasz mierzyć wszystko.
Metry.
Granice.
Odległości od płotu.
Odległości od drogi.
Odległości od tego, jak blisko jesteś błędu.
Bo działka to decyzja, której nie cofniesz łatwo.
Dom możesz sprzedać.
Działkę trudniej.
Bo nikt nie kupuje czyjegoś błędu z entuzjazmem.
Na tym etapie wciąż jesteś podekscytowany.
Masz mapę do celów projektowych.
Masz wizję w głowie.
Masz przekonanie, że najgorsze już za tobą.
Bo kupiłeś.
Załatwiłeś.
Podpisałeś.
Nie wiesz jeszcze, że działka to dopiero fundament przyszłych napięć.
Bo każda decyzja, którą teraz podejmiesz, wróci.
W postaci kosztu.
W postaci opóźnienia.
W postaci zdania „trzeba było wtedy”.
I to zdanie będzie wracać często.
Zbyt często.
Budowa domu zaczyna się od ziemi.
Ale ziemia nie jest neutralna.
Ona testuje.
Twoją cierpliwość.
Twoją relację.
Twój budżet.
I twoją wiarę, że to wszystko ma sens.
Stoisz na tej działce i robisz zdjęcie.
Wysyłasz rodzinie.
„Zaczynamy.”
Tak.
Zaczynacie.
