Bożek - Milena Gajewska - ebook
NOWOŚĆ

Bożek ebook

Milena Gajewska

0,0

Opis

Tajemnicza śmierć. Stare drzewo. Legenda. I miasteczko, które skrywa więcej, niż mogłoby się wydawać.

Adam Dębowski ucieka od dotychczasowego życia do niewielkiej Lipówki Zielonej na Podlasiu. Ma nadzieję, że z dala od wszystkiego, co znał, uda mu się poukładać własne życie. Szybko okazuje się jednak, że miasteczko ma swoje tajemnice.

 

Podczas święta ku czci legendarnego opiekuna miejscowego lasu zostaje odnalezione ciało osiemnastoletniego Jakuba Skrzypka. Wkrótce Adam poznaje Kamilę, dziewczynę zamordowanego chłopaka. Oboje próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, którego nikt w Lipówce nie chce zadać.

 

Czy śmierć Kuby ma związek z dawnymi wierzeniami mieszkańców?

 

Im głębiej zaglądają w przeszłość miasteczka, tym więcej odkrywają historii o tajemniczych rytuałach, zniknięciach i krwawych ofiarach. A legenda, która przez lata była jedynie opowieścią, zaczyna niepokojąco przypominać rzeczywistość.

Bo niektóre sekrety powinny pozostać pogrzebane.

 

Zwłaszcza te, w które ktoś wciąż wierzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka książki „Bożek” autorstwa Mileny Gajewskiej

Milena Gajewska

Bożek

 

Copyright © Milena Gajewska 2026

Copyright © Wydawnictwo M-art 2026

Redakcja:

Adrian Gawin

Korekta:

Wydawnictwo M-art

Projekt okładki:

Wydawnictwo M-art

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku:

Wydawnictwo M-art

Wydanie I

ISBN 978-83-969650-3-5

Prolog

Trzask gałęzi rozległ się echem pośród szmaragdowej kniei. Zbyt głośne kroki zdradzały chłopaka, który próbował się ukryć pomiędzy pniami drzew głębokiego lasu. Jego ciało drżało, a oddech stał się nieznośnie nierównomierny. Czuł, że w płucach brakuje mu powietrza, jednak nie potrafił go nabrać w dostatecznej ilości. Miał wrażenie, że się dusi. Próbował się uspokoić na tyle, by choć odrobinę otrzeźwić wstrząśnięty umysł, lecz łomoczące serce zagłuszało każdą myśl. Zadziałał więc instynkt – pierwotna potrzeba przetrwania, która kazała mu uciekać.

Nie tak wyobrażał sobie tę noc.

Podobnie jak inni dostał zaproszenie do Kręgu miesiąc po osiemnastych urodzinach. Dziś miał zostać wtajemniczony, powitany wśród tych, którzy powinni stać jego braćmi. Zaprowadzili go do świętego drzewa, na którego gałęziach od setek lat zawieszano kolorowe wstążki, aby przypodobać się bóstwu rzekomo tam mieszkającemu.

Bożkowi, w którego tak naprawdę wszyscy tu wierzyli.

W końcu czuli jego obecność, słyszeli jęki w trakcie burzy. To on chronił i dbał, aby dzieci nie gubiły się w lesie. Każdy mieszkaniec nosił w sobie własną historię o tym, jak bożek mu pomógł.

Ale nie wszyscy wiedzieli, że należało go czcić, że ta łaska miała swoją cenę. Członkowie Kręgu wiedzieli. I chłopak też miał poznać te wszystkie tajemnice.

Niedoszli bracia, ubrani w ciemne szaty, z twarzami zakrytymi maskami z sarnich i kozich czaszek, otoczyli go. Żerca odmówił nad nim błogosławieństwo, a potem zamieszał sztyletem w misie wypełnionej uświęconym płynem. Działo się to o zmierzchu, gdy słońce już znikło, a niebo przybrało antracytowy odcień. Powietrze zdążyło stać się rześkie, choć dzień był upalny.

Żerca podał chłopakowi misę, a ten upił kilka łyków mistycznej mikstury. Wcześniej napił się każdy ze zgromadzonych.

Kiedy substancja zaczęła działać, chłopak usłyszał zieleń trawy, posmakował szelestu liści i zobaczył głos, który, jak sądził, należał do samego bożka. Zamknął oczy, pozwalając się pochłonąć niezwykłym wrażeniom.

Przez moment mu się wydawało, że ktoś go otula, lecz zaraz potem poczuł ucisk na gardle. Otworzył powieki i dostrzegł, że niedoszli bracia się do niego zbliżają. Maski stały się ich głowami, na których wyrosły piekielne rogi, a ciemne szaty zostały zastąpione przez cienie powstałe z mrocznej czeluści. To już nie byli ludzie, tylko istoty z innego świata. Dusze potępieńców pragnące jego krwi.

Spojrzał na Żercę, ale ten również przemienił się w ślepego demona, z którego pustych oczodołów spływała krew. Wciąż trzymał sztylet, lecz tym razem mierzył nim w chłopaka.

Za łaskę opiekuna lasu się płaciło, a zapłatą okazała się ofiara.

Ofiara z młodego człowieka.

Chłopak zerwał się do biegu. Z impetem odepchnął dwie napierające na niego dusze i ruszył pędem przed siebie. Udało mu się wyrwać z Kręgu, lecz wiedział, że mu nie odpuszczą, że będą go szukać. Chciał się udać w stronę miasta, ale przecież nie mógł wrócić zwykłą ścieżką. Zbyt łatwo by go znaleźli. Jednak w gęstwinie krzewów sam zaczął się gubić. Czuł, że coś go drapie, coś czepia się ubrania. Zupełnie jakby bestie lasu próbowały go zatrzymać. Jakby sam bożek zastawił na niego pułapkę.

Im dalej biegł, tym bardziej nie wiedział, gdzie się znajduje. Tym bardziej nie widział wyjścia.

Może wyjścia już nie było? Tylko nieskończony las i polujące na niego dzikie potwory, słudzy okrutnego bóstwa, które żądało krwi niewinnego.

Niewinnego… A może nie był tak niewinny, jak mu się zdawało? Ale czy zasłużył na śmierć? Czy zrobił coś aż tak złego?

Nie chciał jeszcze umierać. Na pewno nie w imię jakiegoś przeklętego diabła.

Zaświszczało mu w płucach, a po chwili zaniósł się kaszlem. Ostre ukłucie zgięło go wpół. Zakręciło mu się w głowie i wbrew swojej woli padł na kolana pośród niewzruszonego runa. Próbował wstać, lecz jego ręce zdawały się zbyt małe, a przez to i zbyt słabe, aby móc podnieść jego ciężar.

Z pewnością to była klątwa, jakieś zaklęcie, które pozbawiło go władzy nad ciałem.

Wtem ktoś chwycił go za ramiona i pociągnął po mchu jak upolowane zwierzę. Pragnął się wyrwać, walczyć, ale klątwa odbierała mu siły.

Patrzył więc jedynie na przesuwające się ponad koronami drzew ciemne chmury. Wciąż trwała noc, choć przecież tak długo biegł. Na pewno minęło kilkanaście godzin, odkąd zaczął uciekać. Mimo to dopadli go. Mimo to wciąż nie nastał dzień.

Przeciągnęli go z powrotem pod święte drzewo. Gruby pień stał nieruchomo, chociaż liście drżały, a wstążki falowały za sprawą delikatnych podmuchów wiatru.

Znów otoczyły go ohydne dusze potępieńców, którym przewodził zakrwawiony demon.

Zabrzmiał pomruk. Niby pieśń śpiewana przez bestie oraz wtórujące im duchy lasu, ukryte pośród zdradzieckich krzewów i ścieżek.

…A nas Szczerzyk ustrzeże.

Sztylet demona zabłysnął, kiedy w ostrzu odbił się ogień pochodni.

 

Rozdział 1. Miasteczko

Drzwi zaskrzypiały, jak gdyby zapraszały nowego lokatora, który sekundę wcześniej przekręcił klucz i nacisnął klamkę. Przekraczając próg, wciągnął za sobą walizkę, po czym rozejrzał się po raz pierwszy po skromnej kawalerce. Ściągnął buty w czymś, co chyba powinien nazwać maleńkim przedpokojem, a już po chwili wszedł do pomieszczenia, gdzie pod ścianą stała wysłużona kanapa przykryta zielonkawą narzutą. Nad nią wisiał obraz z namalowanym bukietem kwiatów i kilka ramek z rodzinnymi zdjęciami. Naprzeciw zaś stała klasyczna meblościanka jakimś cudem wepchnięta w ciasne pomieszczenie.

Przy każdym kroku z grubego dywanu wzbijały się drobiny kurzu. Stare mieszkanie domagało się natychmiastowego sprzątania.

Adam spojrzał na brudne zasłony i od razu zmarkotniał. Nie miał ochoty na porządki, był zmęczony podróżą i najchętniej uciąłby sobie drzemkę. Czuł jednak, że jeśli poszedłby teraz spać, to z pewnością obudziłby się z silną wysypką. Przetarł więc zamykające się oczy, a następnie odszukał pozostawione kiedyś w kuchennej szafce środki czystości.

Kawalerka nie była zniszczona, po prostu od dawna nikt tu nie przebywał. Dawniej należała do ciotki matki Adama, która zmarła dwa lata wcześniej. Niedługo przed śmiercią zapisała mieszkanie ulubionej siostrzenicy. Początkowo rodzice chłopaka zamierzali sprzedać lokum, jednak wciąż z tym zwlekali. Wreszcie w jego życiu niespodziewanie zmieniło się kilka spraw. Postanowił więc wykorzystać okazję i spędzić jakiś czas w tym opuszczonym miejscu. Miał trochę rzeczy do przemyślenia, a nieduże, otoczone lasem miasteczko wydawało się idealne dla kogoś, kto potrzebował się odciąć od wszystkiego, co znał do tej pory.

To nie tak, że uciekał przed dotychczasowym życiem. W każdej chwili mógł wrócić i zacząć na nowo, tyle że nie wiedział, co właściwie chciałby zaczynać. Jeden rozdział swojego życia właśnie zamknął, a na kolejny nie miał żadnego pomysłu.

Poniekąd cała ta sytuacja wiązała się z faktem, że czuł się zagubiony. Zupełnie jak gdyby to, co myślał do tej pory na swój temat, było jedynie narzuconą projekcją, która właśnie upadła. Dotąd wydawało mu się, że zna swoje cele i uparcie do nich dążył, ale potem nagle coś w nim pękło i zwątpił we wszystko, w co wierzył. Zwątpił także w samego siebie.

Dlatego się przeprowadził.

Nachalne wspomnienia ostatnich miesięcy wciąż do niego powracały, ale on usilnie się starał je ignorować, skupiając wzrok na brudnej podłodze i czarnej wodzie w wiaderku.

Minęła jedna godzina, a potem druga i trzecia. Zadziwiające, jak wiele brudu może się kryć w tak małym mieszkaniu. Zbliżała się pora obiadowa, więc postanowił przerwać sprzątanie i przejść się w stronę rynku. Tam miał nadzieję natknąć się na jakiekolwiek miejsce, gdzie mógłby coś zjeść. Zresztą i tak musiał zrobić zakupy, a przy okazji zamierzał trochę zwiedzić miasteczko.

Po krótkim spacerze dotarł do kwadratowego rynku otoczonego przez zabytkowe kamienice, ponad dachami których wystawała iglica niewielkiego kościoła. Chociaż była sobota, nie kręciło się tam wiele osób. W zasadzie nawet centrum Lipówki wydawało się niemal opuszczone.

Przy jednej z kamienic Adam zauważył szyld, który sugerował, że w środku można znaleźć coś do jedzenia. Wszedł do małego baru i usiadł przy stoliku, tuż obok włączonego wiatraka. Uśmiechnął się, poczuwszy chłodny powiew na twarzy.

– Jak chce pan coś zamówić, to pan tu podejdzie. – Niska kobieta w średnim wieku wyjrzała zza lady.

Adam wstał z krzesła i powoli ruszył w jej kierunku, jednocześnie rozczytując nazwy dań napisane kredą na czarnej tablicy.

– Poproszę pomidorową i pierogi.

– Kompot?

– Może być. – Wyciągnął gotówkę.

– A pan tu w odwiedzinach u kogoś? – zagadnęła właścicielka lokalu.

– Nie. Mam tu mieszkanie.

– Mieszkanie? Dziwne. Nie kojarzę pana. – Przyjrzała się młodemu mężczyźnie.

Na oko miał około dwudziestu lat. Nie nosił zarostu, a przydługie mysie włosy lekko kręciły się tuż nad czołem. Wyraz dużych, nieco podkrążonych, piwnych oczu kojarzył się kobiecie ze spojrzeniem wiernego psa. Poza tym przybysz ubrany był zwyczajnie: ani biednie, ani bogato. Jednak wyróżniał się tym, że zupełnie nie pamiętała jego twarzy.

– Dziś się wprowadziłem – wyjaśnił, a gdy się zorientował, że kobieta intensywnie go lustruje, dodał: – Ciocia mojej mamy dawniej tu mieszkała. Zmarła jakiś czas temu, a ja akurat potrzebowałem gdzieś zamieszkać, więc trochę tutaj pobędę.

– A jak się ta ciocia nazywała?

– Leszczyk.

– Aa. – Kobieta pokiwała głową. – Stara Leszczykowa to już dawno zmarła.

– Dwa lata temu.

– Nie wiedziałam, że miała jakąś rodzinę… – zamyśliła się.

– To ja już usiądę przy stoliku. – Adam postanowił zakończyć rozmowę. Nie miał specjalnie ochoty na pogawędki o swojej sytuacji z kobietą, która nie wydała mu się zbyt miła, za to zdecydowanie wścibska.

Właścicielka baru przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, co zaczęło go już odrobinę irytować, ale wreszcie poszła na zaplecze przygotować dania.

Po kilku minutach dostał porcję zupy i pierogów, po czym zajął się jedzeniem, które okazało się słabo doprawione. Niestety na stoliku nie stała nawet solniczka, a z kobietą zza lady nie chciał dłużej dyskutować, więc starał się połykać wszystko jak najszybciej, byleby nie czuć zanadto żadnego smaku.

Nagle drzwi się otworzyły i do lokalu weszła jeszcze jedna osoba. Dziewczyna. Zerknęła na Adama, jednak nie poświęciła mu szczególnej uwagi. Podeszła do kobiety za ladą.

– Dzień dobry, pani Zosiu – przywitała się. – Widziała pani może Kubę?

– Kubę… którego Kubę?

– Skrzypka. Mojego chłopaka.

– Aa, tego Kubę. – Zastanowiła się. – Nie. Ostatnio go nie widziałam.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, po czym drżącą dłonią wyciągnęła z torby na ramię jakiś papier.

– Może pani gdzieś tu to wywiesić? – poprosiła, wręczając właścicielce kartkę.

Kobieta przeczytała napis na otrzymanym ogłoszeniu.

– A gdzieżby tam zaginął! – Machnęła ręką. – Pewnie uciekł. Do wujka lepiej z tym idź.

– Pani Zosiu… – dziewczynie łamał się głos – …jego rodzice nie mają z nim kontaktu, ja też nie. A wujek już wie, ale no… Wie pani, jaki on jest.

– Ech, niech ci będzie. Proszę. – Niedbale przyczepiła do tablicy kartkę ze zdjęciem chłopaka. – Ale mówię ci, że prędko sam się znajdzie. O ile będzie chciał.

Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością, bąknęła ciche „dziękuję” oraz „do widzenia”, a następnie szybkim krokiem wyszła z baru. Adam odprowadził ją wzrokiem. Wydawała się trochę od niego młodsza. Pomimo upału nosiła długie spodnie oraz czarną koszulkę, na którą opadały kosmyki potarganych czekoladowych włosów. Sprawiała wrażenie miłej dziewczyny i pewnie dlatego od razu zapałał do niej sympatią.

Ale już jej tu nie było.

Przełknął ostatni łyk chyba wiśniowego kompotu, po czym spojrzał na wiszącą na tablicy kartkę. Duże litery informowały o tym, co i tak już zdążył podsłuchać: zaginął chłopak. Kiedy oddawał naczynia, zdołał jeszcze przeczytać, że poszukiwany Jakub Skrzypek miał osiemnaście lat i zniknął ledwo wczoraj. Czarno-białe zdjęcie, wydrukowane prawdopodobnie na taniej domowej drukarce, przedstawiało radosnego nastolatka w sportowej podkoszulce.

– Znajdzie się – rzuciła właścicielka baru, gdy spostrzegła jego zainteresowanie. Ona najwyraźniej zupełnie nie przejmowała się tą sytuacją.

Być może on też nie powinien? W końcu to nie była jego sprawa, nie znał tych ludzi ani tego miejsca.

***

Kiedy Adam wrócił pod swój blok, trwało późne popołudnie. Po drodze zrobił zakupy, obiecując sobie, że będzie sumiennie gotował, żeby tylko więcej nie zostać zmuszonym do stołowania się w barze u pani Zosi. Niezbyt też się spieszył z powrotem, mając na uwadze, że w kawalerce wciąż czeka na niego sprzątanie.

Na klatce schodowej było równie duszno jak na zewnątrz. Nim zdołał wejść na trzecie piętro, po raz kolejny tego dnia cały się spocił, co sprawiło, że poczuł się jeszcze bardziej zmęczony. Zostały mu do pokonania cztery stopnie, gdy drzwi sąsiedniego lokum się otworzyły, a w progu pojawiła się staruszka w długiej spódnicy.

– Pan tu się wprowadził? – zapytała.

– Tak.

Staruszka przekroczyła próg i wlepiła zaciekawiony wzrok w nowego sąsiada.

– Kupił pan to mieszkanie?

– Nie. Odziedziczyłem. Tak jakby.

Sąsiadka zmrużyła oczy, poprawiła okulary, wciąż się w niego wpatrując, a potem uśmiechnęła szeroko.

– Adaś? Helcia tyle o tobie opowiadała, póki żyła!

– Tak, to ja – mruknął. Nie sądził, że ciotka mogła o nim komukolwiek mówić, skoro miał z nią przecież dość słaby kontakt. Najwyraźniej jednak matka regularnie plotkowała, rozpowiadając historie na jego temat pośród wszystkich członków rodziny.

– Pewnie nie pamiętasz, ale widziałam cię, jak miałeś pięć lat i przyjechałeś tu z rodzicami. Kiedy to było… Aleś wyrósł. Pamiętasz, kto ja jestem?

– Niezbyt – przyznał Adam. Nawet się nie wysilił, żeby poszukać w odmętach pamięci jakiegokolwiek wspomnienia ze staruszką.

– Pani Basi nie pamiętasz?

– Niestety.

– No nic. Ale skoroś teraz mój sąsiad, to chodź na kawę i ciasto – zaprosiła go bez większych ceregieli.

Spojrzał na sąsiadkę, a potem na drzwi swojej kawalerki, która z pewnością nie posprzątała się sama.

– Może na chwilę – powiedział lekko zakłopotany.

Uszczęśliwiona pani Basia odsunęła się, by wpuścić go do mieszkania, które okazało się większe niż to Adama. Poza tym było zdecydowanie bardziej zadbane.

Staruszka nakazała mu usiąść na sofie w salonie. Sama na moment zniknęła w kuchni, skąd następnie prędko wyszła, niosąc ze sobą tacę, na której stały dwie filiżanki z sypaną kawą oraz dwa talerzyki z sernikiem.

– Może ja pani pomogę? – zaoferował się.

– Siedź. Mąż zmarł, wnuków i dzieci już dawno u mnie nie było, więc każdy gość w moim domu jest mile widziany. Zwłaszcza taki przystojny.

Adam odchrząknął, czując, jak na twarzy pojawia mu się lekki rumieniec, bynajmniej niespowodowany słoneczną spiekotą.

– Dziękuję – mruknął zmieszany, gdy tuż przed nim stanął talerzyk z porcją ciasta.

– No jedz. Boś chudy taki.

Niepewnie chwycił widelczyk i wbił go w sernik.

– No opowiadaj, co tu robisz? – zapytała, zupełnie jakby znali się od dawna. – Podobno byłeś w seminarium. Przyjechałeś tu na wakacje?

– Tak, na wakacje – potwierdził wymijająco.

– A nie lepiej by ci było pojechać gdzieś na plażę ze znajomymi?

– Całe życie mieszkałem w Gdańsku, więc plaża nie jest dla mnie żadną atrakcją.

– To góry?

– Byłem w zeszłym roku. – Wzruszył ramionami. – Tu jest w porządku.

– Do Lipówki turyści nie przyjeżdżają, bo nie ma co tu robić – zauważyła pani Basia. – Zazwyczaj.

– Zazwyczaj?

– A bo czasem nawet i tu są potańcówki.

– Potańcówki?

– A i owszem. Już niedługo będzie nasze lipówkowe święto. Słyszałeś o nim?

Adam pokręcił głową. Pani Basia wydawała się niezwykle szczęśliwa, że może z kimś porozmawiać, więc chętnie jej słuchał. Nawet jeśli nieszczególnie interesowało go, co miała do powiedzenia.

– A o Szczerzyku słyszał?

– Też nie.

– Pewnie, że nie słyszał, bo Szczerzyk tylko u nas w Lipówce Zielonej siedzi.

– Więc co to jest ten Szczerzyk?

– Diabelstwo takie. A może i nie diabelstwo. Taka legenda miejscowa. I co roku na jego cześć są tutaj tańce. Panny zakładają wianki, niektóre i stroje ludowe, a chłopcy ogniska palą. Dawniej tańcowaliśmy na polanie, ale teraz władze zarządziły, że koncerty na rynku będą.

– To pewnie niezła zabawa.

– Oj niezła. Zwłaszcza za moich czasów była. – Pani Basia na moment gdzieś odpłynęła myślami. – Ale może i teraz młodzież pójdzie po rozum do głowy i zorganizuje coś na polanie. Bo te koncerty… – Zrobiła skwaszoną minę. – Burmistrz wszędzie swoją córkę wciśnie, a ta fałszuje niemiłosiernie. Ma głos jak zepsute skrzypce albo i gorszy. Drze się, jakby ją kto ze skóry obdzierał. No i co z tego, że ładna dzieweczka, jak takie beztalencie.

– Tylko ona śpiewa?

– Gdzież tam! Ale ona mogłaby przestać. Że też nikt jej nie powie, że najpiękniejsza jest, gdy milczy.

– Więc nie warto iść na te obchody? – dopytywał rozbawiony Adam.

– A nie! – zaoponowała sąsiadka. – Warto, warto! Pięknie wtedy wszystko przystrojone i ludzie się zbierają. Czasem nawet ktoś z pobliskiej wioski przyjedzie. To jedyny dzień w roku, gdy nasza Lipówka jakoś się prezentuje.

– Moim zdaniem to urocza miejscowość.

– Urocza? – prychnęła seniorka. – Tu każdy zna każdego i każdy każdego obgaduje.

– Ale jest spokój, cisza…

– Spokój i cisza? Chłopcze, ile ty masz lat?

– Dwadzieścia trzy.

– Dwadzieścia trzy lata ma i chce spokoju i ciszy. – Pokręciła głową z dezaprobatą. – A kiedy się wyszaleje, co?

– Ja chyba nie potrzebuję…

– Jak będziesz w moim wieku – przerwała mu – to będziesz sobie żył w ciszy i spokoju. Zaufaj mi. Przygłuchniesz, to i świat cichszy się zrobi. Znajomi się zbiorą z tego padołu, to i spokoju więcej. A teraz korzystaj z życia, póki reumatyzm ci nie dokucza.

– Ale ja naprawdę…

– A, bo ty na księdza – przypomniała sobie. – Dobrze pamiętam?

– Już nie – odparł cierpko. Liczył w duchu, że staruszka nie będzie dopytywać.

– No i bardzo dobrze! – zawołała. – Byś się marnował, a tak pannę znajdziesz i rodzicom wnuka zrobisz.

Adam wbił wzrok w resztkę kawy, zaciskając dłonie na filiżance. Nie szukał żadnej miłości, nie planował zakładać rodziny, nigdy nawet o tym nie myślał. To nie perspektywa celibatu nakłoniła go do zmiany swojej życiowej ścieżki.

– Oj, chłopcze – kontynuowała pani Basia, nie zważając na jego zmieszanie – gdybym tylko znów mogła być w twoim wieku… A coś ty tak zmarkotniał? Gderaniem starej baby się przejmujesz?

Znów go rozbawiła.

– Nie, to nie tak… – zaczął się nieśmiało tłumaczyć.

– Adasiu – przerwała mu po raz wtóry – niczym się nie przejmuj, tylko idź za radą starszej kobiety i pozwól sobie na trochę zabawy.

– Dobrze – zgodził się. – Kiedy ma być ta zabawa?

– Ano zdaje się, że dokładnie za tydzień. – Przyklasnęła zadowolona. – Tylko weź zatyczki do uszu, bo jak córka burmistrza zacznie wycie…

– Dobrze. – Przytakiwał z nieznacznym uśmiechem.

Spojrzał na wiszący nad framugą zegar. Robiło się coraz później, a na niego wciąż czekało wiele pracy, ale nie chciał być nieuprzejmy wobec gadatliwej sąsiadki. Nieświadomie przesuwał opuszkami kciuków po brzegu filiżanki, gdy niespodziewanie kobieta dotknęła jego dłoni.

– Mogę?

Bez słowa oddał jej porcelanę, sądząc, że po prostu chciała ją zabrać, lecz ona, zamiast odnieść brudne naczynia do kuchni, położyła filiżankę na spodeczku dnem do góry, po czym ponownie ją uniosła. Popatrzyła na resztkę fusów, które rozłożyły się nierówno na ściankach.

– Chcesz wiedzieć? – zapytała.

– Co takiego?

– Co zobaczyłam.

– Czy to nie jakieś zabobony? – powątpiewał.

Ale kobieta wydawała się poważna.

– Proszę. – Machnął ręką, jakby chciał zaznaczyć, że wszystko mu jedno.

– Dziewczę zaprowadzi cię do celu.

– Do jakiego celu?

– A to już sam musisz wymyślić – Z impetem odłożyła filiżankę, która chyba tylko cudem nie pękła.

Adam pokiwał głową, choć jego twarz zdradzała, że nieszczególnie się przejął słowami sąsiadki.

– Pozwoli pani, że już wrócę do siebie? Muszę jeszcze posprzątać.

– No, najwyższa pora! Zastanawiałam się, jak długo zamierzasz tu siedzieć. Zaraz się mój serial zaczyna.

– W takim razie: do widzenia. – Podniósł się z sofy.

– No, idź już! Chyba pamiętasz, gdzie są drzwi? – pośpieszała go.

– Tak, pamiętam. Do widzenia! – pożegnał się rozbawiony.

***

Znów stał w pustej kawalerce. Odstawił zakupy do kuchni i wrócił do salonu, gdzie włączył odkurzacz. Szum urządzenia nie uciszył jednak jego myśli.

Cel. Naprawdę żadnego nie miał. Już nie.

I te zabobony. Powinien je potępić, zwłaszcza że przecież niedawno chciał nauczać ludzi o Bogu, prowadzić ich przez życie. Ale jak ktoś, kto sam się zgubił, mógłby prowadzić innych?

Jak mógłby nauczać o Bogu, w którego już chyba nie wierzył?

Chyba w nic już nie wierzył. W zabobon tym bardziej.

Wraz z tą utratą wiary rozpadł się jego poukładany świat, a on nie potrafił się odnaleźć. Tylko wciąż czuł, że musi odkryć swoją nową drogę – cokolwiek, co by sprawiło, że ta pustka w środku duszy zniknie.

Zmęczony wyłączył odkurzacz, usiadł na kanapie i zapatrzył się w przestrzeń.

W ciszy jego myśli zdawały się krzyczeć.

Włączył muzykę.

 

Rozdział 2. Święto Szczerzyka

Już w piątkowy wieczór Lipówka Zielona nabrała nietypowych dla niemal wyludnionego miasteczka kolorów. W dodatku atmosfera stała się żywsza, jakby to wymierające miejsce dokonało swoistego zmartwychwstania. Ulice i domy przyozdobiono kwiatami i wstążkami. Szczególnie rynek, zwykle okropnie zaniedbany, w tamten weekend zmienił się nie do poznania. Nawet stare kamienice utraciły swój wygląd nibyruin. Zdawało się, że ich grube mury także przeniknął radosny duch świętowania, który z pewnością wprowadził się na krótki czas do serc mieszkańców.

W sobotnie popołudnie, gdy upał już nieco zelżał, zakończono budowę tymczasowej sceny. Choć zmrok jeszcze nie zapadł, to zapalono sztuczne pochodnie, będące pamiątką po ogniach, które płonęły w trakcie dawnych obchodów święta. Te pochodnie nieznośnie raziły Adama tym, że odbierały całemu wydarzeniu autentyczność. Zresztą pani Basia też spojrzała na nie z dezaprobatą.

Do samego końca liczył, że uda mu się znaleźć jakąś wymówkę, która zadowoliłaby jego sąsiadkę. Ta jednak nieustępliwie go namawiała, aby towarzyszył jej w obchodach święta lub żeby przynajmniej odprowadził ją na rynek. Nie chciał wyjść na gbura, a i zauważył, że staruszka miewała problemy z chodzeniem, więc sumienie nakazało mu się zgodzić.

– Piękne te nasze panny – rzuciła sąsiadka.

Wtedy też Adam rozejrzał się dookoła. Kilka tutejszych kobiet założyło tradycyjne podlaskie stroje ludowe. Wiele dziewcząt nosiło na głowach wianki, które nadawały im wygląd kwietnych boginek.

Pani Basia wskazała na ławkę, do której kazała się odprowadzić. Usiedli na niej i przyglądali się napływającym pod scenę mieszkańcom. Ludzie powoli wypełniali przestrzeń otoczoną starymi kamienicami. Nad nimi unosiły się różnokształtne balony z helem, co jakiś czas któryś uciekał swojemu właścicielowi i znikał hen za koronami drzew. Niektóre dzieci biegały pomiędzy nogami dorosłych, a inne stały spokojnie, zajadając się watą cukrową. Wybrzmiały pierwsze muzyczne nuty i rozległy się dźwięki ludowych przyśpiewek.

Adam przyglądał się spektaklowi, jaki tworzyli zebrani mieszkańcy miasteczka. Jego towarzyszka z uśmiechem przytupywała nogą, z pewnością wspominając obchody święta z czasów swojej młodości.

Tylko te sztuczne pochodnie do niczego tutaj nie pasowały.

Wtem Adam dostrzegł pośród tłumu znajomą postać. Ubrana w jasną koszulę, czarną, ozdobioną u dołu kolorowym pasem spódnicę do ziemi i z pełnym czerwonego kwiecia wiankiem na głowie dziewczyna przemykała pomiędzy bawiącymi się ludźmi. Jej warkocz kołysał się przy każdym kroku. Ona jedna nie wyglądała na zaaferowaną świętowaniem. Twarz miała poważną, a ruchy pełne niewypowiedzianego niepokoju.

Nie pasowała do radosnej atmosfery; tak jak te sztuczne pochodnie. Podobnie jak one wydawała się elementem oderwanym od historii tego wieczoru. Czymś zupełnie obcym.

– To Kamila – powiedziała sąsiadka, gdy zauważyła, kogo śledził wzrok Adama. – Jej wujek jest naszym komendantem. Dobra dziewczyna zawsze z niej była. Taka pomocna, nad każdą zgubą się ulituje. Tylko ten jej chłopak, Kuba, jakiś taki… nie taki.

– Nie taki?

– Ano, zawsze się w kłopoty pakował. Nie jest zły, tylko zawsze się wepcha tam, gdzie nie trzeba, i ma przez to problemy.

– Podobno zaginął – przypomniał sobie Adam.

– Zaginął? – zdziwiła się. – Ciekawe, że akurat teraz.

– To znaczy?

– Ano, dawniej, to już będzie z sześćdziesiąt lat temu, też zaginął chłopaczek tuż przed świętem Szczerzyka. Pamiętam, że go wtedy szukaliśmy z rodziną, ale nie było po nim śladu. Do tej pory nikt nie wie, co się z nim stało. Chodziły słuchy, że to sam Szczerzyk go porwał.

– Dlaczego bożek miałby go porywać?

– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Są tu różne legendy, których nie ma nigdzie indziej.

– Bzdury – mruknął Adam z pobłażliwością.

– Może i bzdury, a może i prawda, kto to wie?

***

Słońce powoli obniżało się nad horyzontem, a niebo zmieniało kolor na brzoskwiniowy. Ludzie kołysali się w rytm muzyki, która z ludowej przeszła z czasem we współczesną. Na nadgarstkach zgromadzonych zaczęły się pojawiać neonowe bransoletki, a pod stopami śmieci. Przez to wszystko festyn utracił nieco na swojej wyjątkowości.

Pani Basia zostawiła Adama samego i wróciła do domu, odprowadzona przez znajomego staruszka. Mimo że jej młody sąsiad chciał pójść wraz z nią, to nakazała mu jeszcze, chociaż godzinę, pobawić się na rynku. Zupełnie zignorowała przy tym fakt, że on właściwie przez cały czas jedynie siedział przy niej na ławce, a świętowanie obserwował z boku. Równie dobrze mógłby zostać w domu i obejrzeć film.

Nieco już znużony wszechobecnym hałasem, dostrzegł, że ludzie w podobnym mu wieku co jakiś czas, w mniejszych grupach i parami, znikali w jednej z bocznych uliczek. Początkowo myślał, że po prostu wracają do domu, jednak po kilku minutach uznał za niemożliwe, żeby wszyscy szli tą samą drogą.

Ciekawość w końcu przeważyła nad lenistwem i Adam także udał się w tamtą stronę. Szedł za jakąś pięcioosobową grupą, której członkowie nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. Zresztą on również dbał o to, żeby nie przyciągać niczyjego wzroku. Jego krok był spokojny i zanadto niczemu się nie przyglądał, zupełnie jakby sam doskonale znał okolicę.

Tamci, śmiejąc się, szli ulicą, która w pewnym momencie zakręcała, jakby dawniej była jakąś ścieżką, a nie wytyczoną przez architekta trasą. W jednym miejscu z brukowanej zmieniała się w asfaltową, a kilkaset metrów dalej rzeczywiście kroczyło się już leśną dróżką. Ta z kolei początkowo dość szeroka stopniowo się zwężała, tak że nawet grupa nieznajomych postanowiła iść gęsiego.

A on nie spuszczał ich z oczu.

W obcym lesie o zmierzchu niebezpieczeństwo zdawało się czyhać na swoje ofiary. Choć echo muzyki z festynu dobiegało nawet tutaj, to brzmiało bardziej jak pomruk z innego świata niż radosne przyśpiewki.

Ścieżka wychodziła na polanę, na której środku stało drzewo o niesamowicie grubym pniu. Mimo że nie było szczególnie wysokie, jego szerokość świadczyła o tym, że musiało pamiętać najdawniejsze dzieje tego regionu. Wokół unosił się przyjemny słodkawy zapach, a więc zapewne była to lipa, od której pobliska miejscowość wzięła swoją nazwę.

Do gałązek przyczepione były wstążki. Niektóre musiały tam wisieć od lat, sądząc po tym, jak wysoko się znajdowały. Żółte, czerwone, niebieskie – skrawki materiałów we wszelkich kolorach pstrzyły się pośród zielonych liści starego drzewa.

Świętego drzewa.

Po chwili lipowy zapach zniknął pochłonięty przez woń palącego się drewna. Ktoś postanowił rozpalić na polanie ogniska, które buchały jasnymi płomieniami, rozświetlając twarze zgromadzonych. Zewsząd słychać było radosne śmiechy. Ktoś inny włączył wesołą muzykę i niektórzy zaczęli tańczyć.

Ta ciepła noc wydawała się niemal magiczna.

Nagle czyjś krzyk wszystko przerwał. Jakaś dziewczyna przybiegła na polanę cała rozdygotana. Prawie się potknęła o wystającą gałąź, nim dopadła do swojej koleżanki. Dookoła niej zrobiło się zamieszanie.

– Co się tam stało? – zapytał chłopak stojący niedaleko Adama.

Pomiędzy zgromadzonymi przeszedł pomruk niosący odpowiedź na to pytanie, jednak słowa, które się rozeszły brzmiały dość niedorzecznie. I przerażająco.

Czarodziejska atmosfera natychmiast się ulotniła, a płomienie ognisk przygasły. Muzyka ucichła, za to pośród zebranych pojawił się popłoch. Ktoś zadzwonił na policję.

Odnaleziono ciało.

***

Radosne święto zostało przerwane przez coś tak upiornego jak odnalezienie trupa. Do Adama wciąż to nie docierało, chociaż siedział na krześle w komisariacie, czekając, aż ktoś go wezwie i zacznie się jego przesłuchanie. W końcu był jednym ze świadków, nawet jeśli niewiele wiedział.

Ktoś naprawdę zabił tamtego chłopaka. Możliwe, że to właśnie nieboszczyk był tym zaginionym.

Szare drzwi do pokoju przesłuchań się otworzyły.

– Pan Adam Dębowski? Proszę…

Słysząc swoje nazwisko, chłopak natychmiast zareagował. Pomieszczenie, do którego wszedł, nie miało okien i było równie szare jak wszystko, co dotąd widział w tym budynku. Na środku stało stare biurko, przy którym kazano mu usiąść.

– Proszę dokumenty – zakomenderował policjant chwilę po tym, gdy sam się przedstawił.

Adam bez słowa mu je podał. Nerwowo zaczął się bawić palcami. Nie podobało mu się to miejsce, tak jak i cała ta sytuacja. Nie mógł też w niczym pomóc, nikogo tu nie znał, a już na pewno nie zamordowanego.

– Zameldowany jest pan w Gdańsku?

– Tak.

– Więc co pan tu robi?

– Moja ciocia miała tu mieszkanie, a ja… Potrzebowałem odpocząć – tłumaczył ogólnikowo.

– Ciekawe – mruknął policjant. – Co pan wie o całym zdarzeniu?

– Niewiele. Ludzie się bawili, jakaś dziewczyna znalazła ciało, i tyle.

– Nic więcej? Nic nie zwróciło pana uwagi?

– Poza ogromną lipą obwieszoną wstążeczkami? – nieudolnie próbował zażartować. – Nie. Nic.

– Mhm. Nie znał pan zmarłego?

– Nie. Widziałem tylko te ogłoszenia o jego zaginięciu.

– A od kiedy pan tu mieszka?

– Tydzień.

– Bardzo ciekawe – mamrotał do siebie policjant. Zaczął coś zapisywać i na dłuższą chwilę zapadła cisza, która coraz intensywniej drażniła Adama.

– Czy to już wszystko? – spytał chłopak z nadzieją.

– Nie. Co pan robił w dniach od jedenastego do czternastego lipca?

Adam się zamyślił.

– Byłem w Gdańsku, a trzynastego tu przyjechałem.

– Może ktoś to potwierdzić?

– Moi rodzice. A zaraz po przyjeździe poznałem moją sąsiadkę, panią Basię. Przepraszam, ale nie pamiętam nazwiska.

Policjant popatrzył na niego podejrzanie.

– Ktoś jeszcze poza sąsiadką?

– Tylko ją tutaj znam.

– No to kiepskie ma pan alibi.

– Alibi? – Poczuł, jak krew uderza mu go głowy. Od nagłego przypływu gorąca zrobiło mu się aż słabo. Ta rozmowa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej niepokojąca.

– Przez lata w naszym miasteczku nic się nie działo. Nagle przyjeżdża jakiś obcy, który nikogo nie zna, a w tym samym czasie ginie młody chłopak. Tydzień później znajdujemy jego ciało.

– Zaraz… Co mi pan sugeruje? – Adam uśmiechnął się nerwowo.

– Myślę, że pan doskonale wie co.

Chłopak całkowicie nie dowierzając w to, co się właśnie dzieje, spojrzał na przesłuchującego go policjanta. Był to postawny mężczyzna o kanciastej twarzy oprószonej lekkim zarostem. Pozostawał dziwnie obojętny wobec całej tej sytuacji, co wydawało się szczególnie uderzające. Zupełnie jakby niespecjalnie się przejął śmiercią nastolatka. Choć może było to jedynie złudne wrażenie.

– Przecież to są jakieś insynuacje…

– Zapewne dowody się znajdą.

– Ale ja nic nie zrobiłem! – Adama zaskoczył własny podniesiony głos.

– To się okaże.

– Aresztujecie mnie? Przecież nie macie żadnych podstaw! – Popatrzył na policjanta z przestrachem.

– Póki co nie. Ale niech pan uważa. I proszę nigdzie stąd nie wyjeżdżać. Biorąc pod uwagę dotychczasowe ustalenia, jest pan głównym podejrzanym.

– Jakie ustalenia? Przecież to bez sensu…

– Może pan na razie odejść – oznajmił mundurowy oschłym tonem.

Adam powoli podniósł się z krzesła i wyszedł z pokoju przesłuchań. Odnosił wrażenie, że pogrążył się w przedziwnym śnie, z którego nie umiał się obudzić.

Nawet nie pamiętał, jak wrócił do mieszkania, a gdy już tam się znalazł, usiadł na starej kanapie i swoim zwyczajem zapatrzył się w przestrzeń. To wszystko było niedorzeczne. Łącznie z tym, że czuł się okropnie zmęczony, ale wiedział, że nie potrafiłby teraz usnąć. Oskarżenia policjanta wciąż do niego powracały i pobudzały jego myśli.

Bzdury. To wszystko to były bzdury.

***

Wieczorem usłyszał dzwonek do drzwi. Nie poruszył się od razu. Dźwięk jednak uporczywie wybrzmiewał w mieszkaniu, więc Adam wreszcie wstał, aby sprawdzić, kto go nęka.

Może już po niego przyszli?

Uchylił drzwi. Nawet w prostym geście naciśnięcia klamki widoczna była jego obojętność na własny los.

– Okropnie tu duszno. – Do środka wparowała pani Basia. – Przewietrz trochę.

Nie czekając na reakcję chłopaka, sama podeszła do okna i otworzyła je na oścież.

Adam w tym czasie ponownie usiadł na kanapie. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie powinien zaproponować sąsiadce czegoś do picia, lecz ta myśl szybko wyleciała mu z głowy.

– Adasiu, co się stało? Nic się dziś nie odzywasz. Podobno wczoraj policja była na potańcówce koło lipy. Byłeś tam? – zapytała z troską, gdy dostrzegła jego osobliwy stan.

– Byłem.

– I co?

– Ten chłopak nie żyje.

– Jaki chłopak? – drążyła.

Westchnął i popatrzył za okno. Pogoda się zmieniała. Po kilku dniach męczącego upału na niebie zaczęły się zbierać ciemne chmury zwiastujące burzę.

– Ten zaginiony. Ktoś znalazł jego ciało niedaleko tego drzewa, tam, gdzie była ta nieoficjalna zabawa. Byłem dziś przesłuchiwany.

Staruszka zakryła usta dłonią.

– I co? Wiedzą, kto to zrobił?

– Twierdzą, że to ja – wymamrotał.

– Ty?

– Ale ja nic nie zrobiłem. Nie znałem go. Nigdy nie widziałem – tłumaczył Adam.

– Dlaczego twierdzą, że to ty?

– Nie wiem – odpowiedział łamiącym się głosem. – Bo… Bo pojawiłem się akurat wtedy, gdy on zginął. Bo podobno mam kiepskie alibi. Ale ja go naprawdę nie znałem, naprawdę go nie zabiłem.

Pani Basia usiadła obok chłopaka i odciągnęła jego dłoń od szyi, na której zdążyły już się pojawić czerwonawe ślady. Raz po raz się drapał, chociaż sam raczej tego nie zauważał.

– Biedaku, widzę przecież, żeś niewinny. – Trzymała go za rękę.

Adam się zgarbił.

– Oni twierdzą inaczej…

– A mają jakieś dowody? Może i jestem stara i głupia, ale nawet ja wiem, że do kicia wsadzają, jak coś na człowieka policjanty znajdą.

– Chyba nie.

– No to głowa do góry! Pewnie stary Oleńczuk cię straszył, bo w życiu takiej sprawy nie miał – pocieszała.

– Oleńczuk?

– Komendant. Już ja znam tego gagatka. Za młodu chuligan był najgorszy, a po wojsku postanowił psem zostać i się nagle świętoszek z niego zrobił. Pewnie siostrzenica mu w domu płacze po chłopaku, to on na każdego gotów naskoczyć.

– Rzeczywiście, chyba tak się nazywał.

Adam z trudem przypominał sobie nazwisko przesłuchującego go policjanta. W ogóle słabo zapamiętał cały swój pobyt na komisariacie. Z wyjątkiem oskarżenia.

– To wujek tej dziewczyny? – upewniał się.

– Kamili, tak. Pewnie i ona w szoku. Biedaczka. Szukała chłopaka, a tu trup.

– Biedna – przytaknął ze współczuciem.

– Rozmawiałeś już z kimś o tym? Do rodziców dzwoniłeś? – dopytywała pani Basia

– Nie. Nie mam ochoty na razie z nimi rozmawiać – oznajmił. – Poza tym nie wiem, co miałbym im powiedzieć.

– Zadzwoń – radziła. – Dobrze porozmawiać z bliskimi. Pocieszą, a ty poczujesz się lepiej.

– Może zadzwonię – odparł dla świętego spokoju.

Nie miał jednak wcale zamiaru kontaktować się z rodzicami ani z nikim innym. Nie wiedział, jakiej reakcji mógłby się spodziewać, a nie chciał nikogo martwić. Zresztą wcale nie był pewien, czy naprawdę matka i ojciec by go wsparli. W końcu oni również uważali, że od jakiegoś czasu zachowuje się dziwnie. Może nie powiedzieli mu tego wprost, ale to wyczuwał. Wyłapywał te pełne wątpliwości aluzje w wypowiadanych przez nich półsłówkach. Ale wcale nie miał im tego za złe. Sam myślał o sobie podobnie.

Zrobił się dziwny.

– Blady jakiś jesteś. Jadłeś coś dzisiaj? – Pani Basia przyłożyła dłoń do jego czoła, jakby sprawdzała, czy nie dostał gorączki.

– Chyba nie – odrzekł. Zapomniał nawet o tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Może to dlatego, że niespecjalnie czuł dziś głód. A może dostatecznie najadł się stresem.

– Mam jeszcze trochę zupy, zaraz ci przyniosę – oznajmiła sąsiadka. – Nie możesz tak się zaniedbywać!

Wróciła do swojego mieszkania, a niedługo potem znów zjawiła się w kawalerce Adama i postawiła przed nim talerz, nad którym unosiła się para.

– Jedz, jedz – poganiała.

Popatrzył na sąsiadkę z wdzięcznością. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak się nim opiekowała, szczególnie że znali się zaledwie tydzień. Miał ogromne szczęście, że w tym momencie swojego życia spotkał tak dobrą osobę.

Kiedy przełknął ostatnią łyżkę zupy, zabrała od niego talerz.

– Słabo wyglądasz, Adasiu. Jakbyś chorował. Połóż się już może – poradziła.

Firanki poruszyły się niepokojąco, a chłodny podmuch wkradł się do pokoju. Pani Basia zamknęła okno. A potem wróciła do siebie.

Adam w końcu wstał z kanapy, ale jedynie po to, żeby wyciągnąć z jej skrzyni koc oraz poduszkę. Po czym położył się skurczony i przykrył od szyi w dół.

Za oknem niebo przecięła pierwsza błyskawica. Rozświetliła pokój niebieskawym światłem, jednak on nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Zignorował też krople, które coraz rzęsiściej uderzały w szyby. Jedynie zaakceptował hałas stwarzany przez te zjawiska.

Nic dziwnego, że wyglądał na chorego, skoro faktycznie czuł się chory. Tyle że nie bardzo wiedział, na czym ta choroba miałaby polegać i skąd się wzięły jego dolegliwości.

W ogóle mało wiedział, a już najmniej o samym sobie.

Na zewnątrz burza rozpętała się na dobre.

 

Rozdział 3. Znajoma dziewczyna

Nocna ulewa zdążyła już się uspokoić, jednak poranek bynajmniej nie był słoneczny. Z szarych chmur okrywających niebo sączyła się mżawka. Mimo to wcale nie zrobiło się chłodniej. Po ostatnich upalnych dniach wszystko zdawało się parować. Wilgoć i zaduch ogarnęły całą leśną miejscowość.

Duszno było także w mieszkaniu Adama. Chociaż on akurat odczuwał chłód.

Obudził się wcześnie rano, ale jeszcze kilka godzin przeleżał w łóżku. Nie miał ochoty wstawać. Przysłuchiwał się odgłosom rzeczywistości dookoła. Za oknem raz po raz warczały silniki samochodów. Ktoś coś krzyknął do kogoś innego.

A w pokoju tykał zegar.

Wskazówki przesuwały się po tarczy. Mijały sekundy, minuty, godziny. Ani szybko, ani wolno. Czas po prostu szedł swoim tempem. Nie biegł ani się nie wlókł.

Możliwe, że Adam momentami przysypiał, ale sam tego nie zauważał.

Około dziesiątej usłyszał dzwonek do drzwi. Nie były zamknięte, więc zaraz wparowała przez nie sąsiadka.

– Jak się dziś czujesz, biedaczku? – zapytała z troską.

– Lepiej – skłamał.

Usiadł na łóżku, podpierając się rękami.

– Jadłeś coś?

– Tak – skłamał ponownie.

– Takiś blady… Może idź na spacer?

– Wyjdę. Tak. Wyjdę zaraz, tylko się odświeżę – zapewnił. Wreszcie mówił szczerze.

Pani Basia, najwyraźniej zadowolona z odpowiedzi, zapytała go o jeszcze kilka rzeczy. Przytakiwał jej ze słabym uśmiechem, wyczekując momentu, gdy da mu spokój. Wreszcie sobie poszła.

Wstał z łóżka i udał się do małej łazienki. Wziął szybki prysznic, ale zrezygnował z golenia. Na to już nie miał siły. Potem założył przypadkowy ciemny podkoszulek, jeansy i adidasy. Ta ostatnia czynność przyszła mu z ogromnym trudem.

Musiał chwilę odsapnąć.

Było już po jedenastej.

Doczłapał do drzwi. Zamknął je za sobą na klucz i wolnym krokiem zszedł po schodach.

Na zewnątrz oddychało się gorzej niż w środku.

Ruszył przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd właściwie zmierza. Nie miał parasola, więc jego ubranie szybko przemokło. Na to również nieszczególnie zwracał uwagę.

Zawędrował gdzieś na obrzeża miasta. Stało tam kilka sporych domów, które otaczały wysokie płoty. W końcu i zabudowań zabrakło, za to wciąż były drzewa rosnące wzdłuż drogi. Samochody przejeżdżały tuż obok niego, kiedy szedł poboczem. Nagle dostrzegł pomazaną różnokolorowymi sprejami wiatę.

Na przystanku, na ławce siedziała dziewczyna. Ta, którą widywał co jakiś czas. Ta, której chłopaka zamordowano.

Zawahał się, ale podszedł do niej.

– Cześć – przywitał się, zerkając na zwilgotniałą kartkę, którą trzymała w dłoniach.

Ogłoszenie o zaginięciu. Takie samo jak to, które przyniosła wtedy do tutejszego baru. Adam zauważył, że miało postrzępione brzegi. Zapewne i tutaj je zawiesiła, ale dziś postanowiła zerwać ten kawałek papieru, który jeszcze kilka dni temu dawał nadzieję… A ledwo wczoraj stał się bezwartościowy.

– Cześć – odpowiedziała odruchowo, ale zaraz spojrzała na niego pytająco.

Pewnie on zwrócił na nią uwagę, lecz ona na niego już nie.

– Przepraszam, widziałem, jak roznosiłaś te plakaty. To był twój chłopak? – zapytał, jakby już tego nie wiedział.

– Tak. Był – odrzekła, po czym pociągnęła nosem. Dopiero teraz się zorientował, że jej oczy i policzki były zaczerwienione, a w dłoni, oprócz mokrej kartki, ściskała zmiętą chusteczkę higieniczną.

– Przykro mi.

Usiadł obok niej. Siedzieli tak kilka minut w ciszy, choć wiata nie chroniła najlepiej przed wszechobecną mżawką.

– Jedziesz gdzieś? – zagadnął.

– Nie wiem… Miałam taki zamiar, ale chyba nie mam już na to ochoty.

– Rozumiem – mruknął. – Też dziś na nic nie mam ochoty.

Dziewczyna zerknęła na niego nieufnie.

– Przepraszam, ale chyba cię nie znam. Chcesz czegoś ode mnie? – Jej głos wciąż drżał od emocji, które starała się w sobie dusić.

– A, tak, wybacz. Mam na imię Adam. Niedawno się tu przeprowadziłem. Mieszkam w domu po ciotce. Jeszcze nie wiem, czy zostanę na dłużej.

– Ludzie raczej stąd wyjeżdżają, a nie przyjeżdżają – zauważyła.

– Widocznie robię wszystko na odwrót. – Nieznacznie się uśmiechnął.

– Jestem Kamila.

– Wiem – przyznał z pewnym zakłopotaniem. – Mam taką sąsiadkę, panią Basię, która postanowiła mi opowiedzieć o co ciekawszych mieszkańcach Lipówki Zielonej.

– Ciekawszych?

– Tajemnicza dziewczyna ubrana na czarno i roznosząca jakieś plakaty to zdecydowanie ktoś ciekawy.

– Nie jestem tajemnicza – odrzekła, ale również lekko się uśmiechnęła.