Bogowie otchłani - Andrea Stewart - ebook + audiobook

Bogowie otchłani audiobook

Stewart Andrea

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Świat nie upadł w jednej chwili - najpierw pękło niebo, przeciążone zdradą, potem ziemia ugięła się pod krokami boga, który przyszedł upomnieć się o długi.

Hakara nie chciała zostać wojowniczką ani bohaterką. Była siostrą. Chciała przeżyć. Uciec. Uratować młodszą siostrę, zanim przemienią je w coś nieludzkiego. Ale świat nie zna litości. A bóg, któremu ludzkość sprzedała duszę w zamian za ocalenie, nie zapomina swoich wierzycieli.

Kiedy siostry zostają rozdzielone, rozpoczyna się opowieść o zdradzie i wierności. O ciele, które przestaje być ludzkie, i magii, która powstaje z bólu. O wojnie, która musi się rozpocząć w ciszy i samotności, zanim przemówi krzykiem.

Bo gdy twoje serce bije w rytm wojennego bębna - jedynym wyjściem jest bunt. Nawet jeśli przyjdzie ci stawić czoła bogu.

Andrea Stewart powraca z opowieścią o świecie złamanym przez boskie układy i ludziach, którzy nauczyli się z tych zgliszcz czerpać moc.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 19 godz. 8 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

Cykl PUSTE PRZYMIERZE

Bogowie otchłani – tom 1

The War Beyond – tom 2

w przygotowaniu – tom 3

 

 

Moim rodzicom, których związek od zawsze stanowił dla mnie wzór dojrzałej, wzajemnej i bezinteresownej miłości.

1 Hakara

561 lat po Rozbiciu

Kaishan, Zatoka Batabiańska

Śmiertelni zniszczyli ten świat. Karmili swe machiny żywym drewnem Numinarów, by wykraść ich magię. Niegdyś ogromne gałęzie tych świętych drzew sięgały samych niebios. Każdy Numinar był sam w sobie małym światem, domem niezliczonych istnień. Ludzie wycięli jednak prawie wszystkie, a świat uległ przemianie. Winowajcy próbowali naprawić szkody, które wyrządzili, ale nie byli w stanie zapobiec końcowi. Kiedy niebo przesłonił popiół, a powietrze zrobiło się gorące, śmiertelnik imieniem Tolemne zstąpił w głębiny, aby prosić bogów o łaskę i wsparcie.

Lecz bogowie, którym dobrze żyło się w otchłani drugiego świata, odmówili pomocy. Nie przejmowali się tym, co działo się na powierzchni, niestraszne były im żar i popiół. Pozostali głusi na błagania pielgrzyma.

Wszyscy poza jednym.

Maman skłamała, kiedy powiedziała mi, że w oceanie mieszkają duchy. Zimna woda naciskała na moje bębenki, a ciepły oddech wypełniał płuca napięte niczym papierowe lampiony. Z mętnej toni wyłaniały się kształty majaczących w podmorskim mroku wież. Strzępy wodorostów kołysały się pośród gruzów i zbutwiałego drewna, szarpane przez niewidoczne głębinowe prądy, raz w jedną, raz w drugą stronę, w rytmie oddechu morskiego dna. Nie było tu żadnych duchów, tylko objedzone przez padlinożerców kości wymarłego świata. Skarciłam się w myślach. Musiałam się uspokoić, jeśli chciałam, by oddechu starczyło mi na dłużej.

Nade mną, bliżej powierzchni, przepłynął rekin. Jego cień przesunął się po mojej twarzy. Unosiłam się w miejscu obok ściany jednej z zatopionych wież, zahaczywszy ramieniem o otwór dawnego okna. Na widok rekina zacisnęłam mocniej wargi, aby nie wyrwał się spomiędzy nich nawet jeden bąbelek powietrza. W lewej dłoni trzymałam oderwanego od podwodnej skały uchowca, a w prawej tępy nóż, którym go podważyłam. Morski ślimak skurczył się wewnątrz swojej obłej, podobnej do kamienia muszli. Nieopodal krążyła lśniąca ławica niewielkich ryb. Ich srebrzyste łuski mieniły się jak wyrzucone za burtę łodzi monety. Próbowałam siłą woli nakłonić je do odpłynięcia. „Nie ma tu niczego ciekawego! Niczego do jedzenia! Sio!”

Rasha tymczasem czekała w milczeniu w naszym rozbitym na plaży namiocie.

Kiedy pierwszy raz szłam nurkować, siostra błagała mnie, bym została na lądzie. Ujęłam wtedy jej twarz obiema dłońmi, otarłam kciukami łzy, po czym nacisnęłam na policzki, aż jej usta otworzyły się niczym rybi pyszczek.

– Bul-bul – zaśmiałam się. Zawtórowała mi, a ja szybko wstałam i wyszłam z namiotu, żeby nie zdążyła ponownie zaprotestować. – W głębinach mieszkają smaczne ryby i mięczaki. Nałowię ich. Czego nie zjemy, sprzedamy. Morze to spiżarnia i skarbiec w jednym. O nic się nie bój. Wrócę, obiecuję – dodałam, zaglądając z powrotem do namiotu, a potem ruszyłam w stronę wody.

Zawsze powtarzałam jej, że wrócę, by nigdy o tym nie zapominała.

Oczyma wyobraźni widziałam, jak Rasha krząta się po naszym namiocie, rozpala ogień i przyrządza skromny posiłek z kaszy i suszonej ryby. Ostatnimi czasy połowy nie były zbyt owocne, kończyły nam się zapasy żywności, lecz teraz miałam w garści uchowca większego niż dwie moje dłonie. Los w końcu się do nas uśmiechnął. Musiałam jednak jeszcze wrócić na brzeg cała i zdrowa.

Gdybym zginęła w głębinach, utonęła albo gdyby pożarł mnie rekin, Rasha nie przeżyłaby sama. Nie miałaby nikogo, kto by się nią opiekował i bronił jej przed niebezpieczeństwem. Odliczałam w głowie mijające sekundy, a moje serce biło coraz szybciej. Aż dudniło mi od tego w uszach. Miałam nadzieję, że rekin wkrótce odpłynie. Czułam ucisk w gardle i ból w klatce piersiowej. Kończył mi się czas. Potrafiłam wstrzymywać oddech dłużej niż większość nurków, ale nie bez końca.

Musiałam odwrócić uwagę morskiego drapieżcy. W głębinie pode mną z murów ruiny wystawały pozostałości zniszczonego balkonu. Rozważyłam dostępne opcje – pozbyć się noża czy uchowca? Ten ślimak był nam potrzebny! Tak trudno było je w dzisiejszych czasach znaleźć. Za jednego można było kupić zapas prowiantu na tydzień. Jeśli jednak chciałam jeszcze w przyszłości ruszyć na połów, potrzebowałam noża do odrywania mięczaków od skał. Podjęłam decyzję. Jedyną logiczną. Jeden uchowiec nie był wart mojego życia. Wypuściłam go i powolutku opłynęłam wieżę.

Skorupa ślimaka uderzyła z trzaskiem o spękany występ w murze, a rekin rzucił się w jego kierunku.

Odbiłam się nogami od muru i popłynęłam w górę. Musiałam jak najszybciej wypuścić powietrze z płuc, lecz nie nazbyt wcześnie, by nie utonąć. Powierzchnia, tafla migotliwego blasku, wydawała się naraz tak bliska i tak daleka. Zaczęłam szybciej poruszać nogami, licząc na to, że rekin zajął się uchowcem i odpłynął w głębiny. Kiedy w końcu się wynurzyłam, spomiędzy moich rozedrganych warg wyrwał się strumień powietrza.

Podpłynęłam szybko na wydechu do najbliższej skały, starając się przy tym nie pluskać i nie rozbryzgiwać wody. Wiedziałam, że bestia z morskiej toni w każdej chwili mogła mnie dopaść i zacisnąć szczęki na mojej nodze. Wody zatoki, jeszcze przed momentem tak gościnne, wydały mi się nagle obcym światem, rozległym i niepojętym. Wygramoliłam się na skałę, nie bez trudu, bo cała się trzęsłam, a dłonie ześlizgiwały mi się z porośniętego algami i pąklami kamienia. Udało się jednak. Mogłam odetchnąć. Było blisko, ale podobne przygody już mi się wcześniej zdarzały. Opodal, na brzegu, inny nurek sposobił się, by skoczyć do wody.

– Rekin w ruinach! – ostrzegłam go.

Machnął na mnie lekceważąco ręką.

– Jasne. Wam, dzieciakom, zawsze się wydaje, że widzicie rekiny, kiedy was strach obleci.

Czy myślał, że tylko dlatego, że byłam młoda, moje oczy nie działały poprawnie? Co za bezsens. To dorośli mieli coraz gorszy wzrok.

– A proszę cię bardzo. – Sama machnęłam ręką, ale w kierunku morza. – Bądź sobie dzielnym dorosłym i daj się zjeść.

Mężczyzna wykonał w moim kierunku obraźliwy gest, przymocował torbę do paska i zeskoczył z przybrzeżnych skał do wody. Nie była to roztropna decyzja, podejrzewałam jednak, że był równie zdesperowany co reszta poławiaczy, w tym ja sama. Moje nozdrza wypełnił ponownie przykry zapach wybrzeża. Odór gnijącej na słońcu morskiej flory, fauny uwięzionej w skalistych nieckach, uprażonych na wiór wodorostów i bielejącego na skałach guana.

Przysiadłam i objęłam ramionami kolana, patrząc, jak nurek znika pod powierzchnią. Oddychałam przez usta, żeby uspokoić kołaczące serce. Fale rozbijały się o kamienisty brzeg, a światło wschodzącego słońca tworzyło miniaturowe tęcze pośród niewidocznych gołym okiem kropelek wody nad skałami. Powietrze pachniało solą i dymem z ogniska. Dzień nie zaczął się zbyt obiecująco, ale dni w Kaishan już tak miały. Koszulka i przepaska biodrowa przylgnęły mi do ciała, zaś spływające z nich strużki wody łaskotały moją skórę. Uznałam, że odczekam trochę, aż się upewnię, że rekin odpłynął albo przynajmniej pożarł niepomnego mojej przestrogi mężczyznę, po czym ponownie zanurkuję. Najedzony żarłacz nie powinien mi już zagrażać. Tak czy owak, wiedziałam, że muszę wrócić pod wodę. Nie z heroicznej głupoty, a ze zwykłej konieczności.

Myślę, że Maman chciała mnie nastraszyć opowieścią o duchach. Niezbyt jej to wyszło. Spodziewała się zapewne, że wybałuszę oczy z przejęcia i do końca życia będę unikać oceanu, a nie, że zapytam, zafascynowana, czy podmorskie zjawy żywią się rekinami albo ludzkimi duszami. Muszę przyznać, że kiedy zmuszona do tego przez głód zanurkowałam po raz pierwszy pomiędzy ruiny starożytnego miasta, nieobecność duchów trochę mnie rozczarowała. Miałam wiele pytań do przodków, lecz musiały one pozostać bez odpowiedzi.

Maman nie było już wśród nas, nie mogła kazać mi zawrócić, a nasza Mimi oddała ducha rok wcześniej. Nie miałyśmy już z Rashą rodziców. Kim zresztą była Maman, by ostrzegać mnie przed niebezpieczeństwem? Mowa w końcu o kobiecie, która weszła w barierę oddzielającą Kaishan od Cressimy. Przynajmniej Mimi nie zginęła z własnej winy.

Czasami gdy nurkowałam, w tyle mojej głowy rozlegał się głos Maman, a ja zaczynałam swobodnie opadać w głębiny.

„Nie wypływaj za daleko. Nie forsuj się zbytnio. Uważaj na siebie”.

Ilekroć ją słyszałam, pozostawałam nieco dłużej pod powierzchnią, aż zaczynało mnie palić w piersi i czułam, że umrę, jeśli nie wezmę znów oddechu. Nie wolno mi się było wsłuchiwać w ten omam. Rasha na mnie polegała, miała tylko mnie. A Mimi kazała mi się opiekować siostrą. Nie musiała tego robić, przecież nie porzuciłabym Rashy. Z jakiegoś powodu jednak ostatnie słowa Mimi wybrzmiały wyjątkowo mocno. Na samo ich wspomnienie niemal czułam na ramieniu dotyk jej dłoni.

O tej porze roku, kiedy popołudniowe słońce nagrzewało wodę niczym palenisko imbryk, uchowce, w których połowie się specjalizowałam, odpełzały w głąb morza ku chłodniejszym rejonom. Większe przywierały do murów ruin, a mniejsze kryły się w szczelinach. Trudno było je odróżnić od podwodnych skał. Głębiej, na samym dnie, połyskiwały metalowe elementy starożytnych machin, zniszczonych reliktów minionej epoki. Dno morza zasłane było bezużytecznymi szczątkami technologii o niejasnym przeznaczeniu. Gdyby pośród przedwiecznego złomu dało się jeszcze wpaść na coś wartego zachodu, nie zajmowałabym się połowem morskich ślimaków, lecz wyławianiem artefaktów. W końcu zawsze napatoczyłby się jakiś majętny naiwniak zafascynowany cywilizacją sprzed Rozbicia.

Mogłyśmy się z Rashą żywić rybami, a uchowca sprzedać. I na mięso, i na muszlę znaleźliby się kupcy. A kiedy ma się dziecko pod opieką, zawsze są wydatki. Powtarzałam sobie, że im jestem starsza, tym mniej potrzebuję do szczęścia, choć muszę przyznać, że w wieku piętnastu lat byłam chuda i wymizerowana jak wyschnięta brzózka. Rasha miała jednak dziewięć lat, a ja czułam się w obowiązku zapewnić jej zabawki, ciepłą odzież, książki, warzywa i owoce – wygody, których nie brakło nam, póki Maman i Mimi jeszcze żyły. Każdy kolejny rok był trudniejszy. Nadchodziły coraz gorsze upały, a powodzie i pożary zdarzały się coraz częściej. Wierni wyznawcy Kluehnna modlili się o odnowę. Błagali boga, by tchnął nowe życie w Kaishan i jego mieszkańców, tak jak to zrobił z innymi krainami. „Teraz pora na nas” – mawiali.

Przyznam, że niezbyt cieszyłam się na myśl o tym, że miałoby mnie spotkać przeistoczenie. Raczej próbowałabym przed nim uciec. Gdyby padło na Kaishan i faktycznie przyszła do nas odnowa, zabrałabym Rashę na granicę z Langzu, nie oglądając się za siebie. Wyznawcy Kluehnna powiedzieliby, że to tchórzostwo, ale nie miałam nic przeciwko byciu tchórzem, jeśli miało to oznaczać, że zachowałabym swoje ciało w niezmienionym kształcie i w jednym kawałku.

Popatrzyłam znów w kierunku linii brzegowej i zmarszczyłam brwi. Kamienista plaża ustępowała w oddali pożółkłej trawie i więdnącym drzewom. W okolicy było podejrzanie pusto. Normalnie o tej porze wszyscy nurkowie już nie spali i szykowali się do skoku w odmęty. Zawsze pierwsza wstawałam i pierwsza byłam w wodzie, ale z reguły nie musiałam długo czekać, aż zjawi się reszta poławiaczy. Zwykle zaraz po wschodzie słońca przepychali się już i ścigali w drodze na brzeg, by zaklepać sobie najlepsze łowiska.

Tego dnia konkurencja była tak mała, że po powrocie do wody udało mi się znaleźć jeszcze trzy uchowce. W ruinach widziałam tylko jedną poławiaczkę. Zaczęłam odruchowo roztrząsać możliwe przyczyny tego stanu rzeczy. Czyżby do obozowiska zbliżył się pożar? Rasha na szczęście wiedziała, co robić w podobnych sytuacjach. Może więc ktoś przyniósł ze sobą zarazę? Może nawiało morowego powietrza? W przeszłości już się to zdarzało. Zaniepokoiłam się i wróciłam na brzeg, choć planowałam dłużej nurkować. Ruszyłam boso do namiotu po dobrze wydeptanej ścieżce zasłanej miękką wysuszoną morską trawą.

Nasze schronienie stanowiło część niewielkiego obozowiska namiotów, prowizorycznej osady nad wodami Zatoki Batabiańskiej. Kiedy dotarłam na miejsce, ku swemu zdziwieniu spostrzegłam trzy plamy spłaszczonej, poblakłej trawy tam, gdzie jeszcze przed wschodem słońca, gdy wybierałam się na połów, stały namioty naszych sąsiadów.

Rasha zdążyła rozpalić ogień. Znad paleniska dobiegła mnie stęchła woń suszonego łajna, które służyło nam za opał. Nad płomieniami wisiał żeliwny kociołek, w którym bulgotało już śniadanie. Rasha podbiegła i niemalże na mnie wskoczyła. Uścisnęła mnie tak energicznie, że prawie straciłam równowagę.

Odwzajemniłam uścisk, może nawet odrobinę przesadziłam, ale Rasha nie narzekała. Jej długie, czarne włosy pachniały czymś nieokreślonym. Dla mnie był to po prostu zapach domu. Jakby nad naszym namiotem i ubraniami unosił się duch Maman i Mimi, jakbyśmy same przeszły ich wonią, a może po prostu wspomnieniami o nich. Z zamyślenia wyrwał mnie ostry swąd dymu z ogniska. Puściłam Rashę, stanęłam po zawietrznej stronie paleniska i wskazałam dłonią opustoszałe obozowisko.

– Co tu się stało?

Rasha wzruszyła ramionami.

– Kiedy się obudziłam, byli już spakowani. Zebrali dobytek i sobie poszli.

Przeczesałam palcami włosy siostry, odgarniając je z jej twarzy. Złapałam się na tym, że robię to już zupełnie odruchowo. Starałam się ją w ten sposób uspokajać, ilekroć się o coś martwiła. Martwienie się było bowiem moją działką, nie jej.

– Niczego nie zostawili? – spytałam.

Rasha uśmiechnęła się nieśmiało i przyniosła mi grzebień i lalkę z końskiego włosia. Wzięłam od niej grzebień, by lepiej mu się przyjrzeć. Nasi sąsiedzi musieli go zgubić, czegoś takiego się tak po prostu nie wyrzuca. Zrobiony był z szylkretu, a w jego rączce wyryto podobiznę Lithuas, martwej bogini ze starego panteonu. Rzemieślnik, który go wykonał, bardzo się postarał. Włosy prabogini płynnie przechodziły w gładkie, wypolerowane zęby grzebienia. Znalezisko powinno było mnie uradować, zamiast tego jednak poczułam niepokój, który wezbrał niczym fala przyboju. Pakując dobytek, większość osób trzy razy by się upewniła, że ma ze sobą wszystko. Przeszukałaby uważnie obozowisko, aby znaleźć tego rodzaju zgubę. Mieszkańcy osiedla namiotów nie mieli grosza przy duszy, ten grzebień musiał więc być swego rodzaju rodowym skarbem przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nikt już od wieków nie rzeźbił w domowych przyborach podobizn starszych bogów.

Pokazałam Rashy uchowce w mojej torbie z rybackiej sieci.

– Ja też coś znalazłam.

Jej oczy rozbłysły, a mina, którą zrobiła na widok połowu, pomogła mi odeprzeć na moment przypływ niepokoju.

– Tyle nam wystarczy? – spytała.

Udałam zaskoczenie.

– Wystarczy? Do czego? Co masz na myśli?

Rasha się zaśmiała, po czym grubym rozwidlonym kijem zdjęła kociołek znad paleniska.

– Oj, wiesz przecież.

– Jestem niemal pewna, że niedawno powiedziałaś, że jestem głupia, a głuptasy mają bardzo słabą pamięć.

– Żartowałam!

– O tak, znakomity żart, tak kogoś wyzywać.

– Powiedziałam wtedy: „Nie bądź głupia!”, a nie, że jesteś! Chodziło mi o to, żebyś nie szła do kopalni. Nie wolno!

Poczochrałam jej włosy.

– Na jedno wychodzi. Poza tym, jeśli w oceanie zabraknie uchowców, będę musiała się rozejrzeć za inną pracą. Może w lejach mi się uda. Muszę rozważyć taką możliwość.

Rasha nałożyła nam do misek kaszy z miną, jakby nagle uświadomiła sobie, że biała papka będzie naszym ostatnim posiłkiem.

– Nie musisz – żachnęła się skwaszona.

Jednym zdaniem zepsułam atmosferę. Byłam w tym całkiem niezła. Rozwiałam wątłe nadzieje Rashy z wdziękiem małego dziecka, które nieopatrznie zadeptuje gniazdo morskiego ptaka.

– Na razie mam tyle, ile nam potrzeba. Poza tym umiem nurkować głębiej niż reszta poławiaczy. Nie ma co teraz o tym myśleć. Zresztą mamy to. – Pomachałam szylkretowym grzebieniem. – Pójdę na targ, sprzedam grzebień i uchowce. Zobaczymy, może nam się uda z tym ogródkiem.

Miałam nadzieję, że Rasha odpowie mi z chytrą miną: „Czyli jednak pamiętałaś!”, ale jej zepsuty nastrój trudniej było naprawić niż mój. Marzyła o własnym ogródku, choć wiedziała równie dobrze jak ja, że takie przedsięwzięcie miało nikłe szanse na powodzenie. Nasiona mogłam kupić, miałyśmy zapas wody, lecz pogoda była nieprzewidywalna. Aby plonów przed zbiorami nie zniszczył upał albo powódź, rolnicy musieli stawiać na szybkorosnące odmiany zbóż i bylin. Przyspieszyć wzrost roślin można było wyłącznie dzięki bożym klejnotom, kamieniom nazywanym tak z uwagi na ich wielką wartość i magiczną moc, nie jubilerskie szlify. Ja jednak nie zamierzałam ryzykować zakupów na czarnym rynku.

Magia nie była dla takich jak my.

Aczkolwiek może udałoby nam się chociaż wysiać trochę ziół lub liściastych warzyw, które mogłybyśmy transportować w doniczkach i garnuszkach. Zajadałam się mamałygą, cmokając i wzdychając, jakby był to najlepszy posiłek, jaki w życiu jadłam, aż w końcu Rasha znów się uśmiechnęła. Upiłam się kiedyś sfermentowanym mlekiem klaczy. Znalazłam niepilnowany bukłak, którego jakiś przejeżdżający przez nasze okolice podróżny zapomniał schować do namiotu, kiedy kładł się spać. Ilekroć udawało mi się rozweselić Rashę, przypominało mi się, jak się wtedy czułam. Jak wszystko mnie wtedy bawiło i jak zapomniałam o wszelkich troskach. Ale uśmiech na twarzy mojej młodszej siostry był lepszy od upojenia. Wiązał się nie z pulsującym bólem głowy następnego ranka, lecz z cichą satysfakcją z faktu, że udało mi się spełnić siostrzany obowiązek i choć na moment odwrócić uwagę małej od szaroburej egzystencji. Miałam w takich chwilach poczucie, że moje życie ma sens.

Dobre chwile mają jednak to do siebie, że błyskawicznie przemijają. Kiedy dotarłyśmy na targ, odkryłyśmy, że on również opustoszał. Na placu zostały tylko dwa stragany.

Nigdy nie wrosłam w lokalną społeczność w takim stopniu, w jakim zapewne powinnam. Miałyśmy z Rashą tylko siebie. Nie chciałam ryzykować dopuszczenia blisko kogoś, kogo mogłam wszak mylnie ocenić. Nie było nas stać na takie pomyłki i na ufanie byle komu. Byłyśmy młode i choć moja siostra nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie czyhały na nas zagrożenia, ja miałam ich pełną świadomość. Wystarczyłoby, żeby ktoś zorientował się, gdzie trzymamy zapasy żywności. Poradziłybyśmy sobie może jeszcze z jednym grabieżcą, ale już z dwojgiem raczej nie. Zwłaszcza jeśli byliby uzbrojeni. Splądrowaliby naszą prowizoryczną spiżarnię, a nas pewnie po krótkim namyśle zabili. Na obrzeżach cywilizacji prawo niewiele znaczyło. Miałyśmy siebie nawzajem i to nam wystarczało. Kiedyś tak było, a przynajmniej ja w to wtedy wierzyłam.

Położyłam torbę z uchowcami przed kramarką, która stała ze splecionymi dłońmi i błogim wyrazem twarzy przy jednym z dwóch niezwiniętych straganów. Rasha kurczowo trzymała się brzegu mojej koszulki, nerwowo zaciskając palce i pociągając za materiał. Czułam, że się boi. Zaniepokoiło mnie to w znacznie większym stopniu, niż powinno.

– Babciu, gdzie są wszyscy? – spytałam starej handlarki, zerkając to na nią, to na uchowce, niepewna, czy kobieta zechce je ode mnie kupić.

Staruszka zdawała się ich w ogóle nie zauważać.

– Kluehnn się do nas uśmiechnął – wyszeptała, a jej oczy wręcz świeciły.

Zjeżyły mi się włoski na karku. Podświadomie zdałam sobie sprawę z tego, co się działo, ale przytomna, logiczna część mnie usiłowała znaleźć alternatywne wyjaśnienie, uparcie szukając luk w intuicyjnym rozumowaniu, które sugerowało najgorsze. Odnowa przychodziła ostatnio coraz częściej. Ostatnią krainą, która jej uległa, była Cressima. Zaszło to stosunkowo niedawno. Wszystko działo się zbyt szybko. Nie byłam na to gotowa. Rasha to jeszcze dziecko. Obie byłyśmy zbyt młode.

– Co też mówicie, babciu? Jedyny prawdziwy bóg wyjrzał spod ziemi i dał wszystkim wolne?

Kramarka uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. Siwe kosmyki jej włosów unosiły się na wietrze niczym strzępy pajęczej sieci.

– Nie. Podróżni widzieli czarną falę. Ludzie pognali się przygotować. Odnowa omiata już Kaishan, przyszła nasza kolej. Pora na nasze przeistoczenie.

Serce zabiło mi szybciej niż wtedy, kiedy zauważyłam rekina. Jedną rękę zacisnęłam na torbie z uchowcami, drugą na dłoni Rashy i zerwałam się do biegu.

2 Hakara

561 lat po Rozbiciu

Kaishan, na granicy z Langzu

Historycy są zgodni co do tego, że Numinary palono, by pozyskać ich magię. Magię, która posłużyła przedwiecznym, naszym przodkom, do czynienia cudów i uwznioślenia egzystencji ponad to, co powinno być możliwe dla śmiertelników. Relikty Rozbicia, które udało się odnaleźć w późniejszych latach, wymykają się naszemu zrozumieniu: fragmenty przedmiotów wykonanych z nieznanych materiałów, malowidła przedstawiające miasta, których zabudowa zdaje się przeczyć logice i rzucać wyzwanie wyobraźni, prastare grawiury opisujące magiczną broń, z której pomocą krainy toczyły między sobą wyniszczające wojny.

Uciekałyśmy przed czarną falą, ruchomą ścianą cienia. Posiadałyśmy tylko jedną parę butów, które kazałam włożyć Rashy. Pod moimi obolałymi bosymi stopami chrzęścił żwir i szeleściła sucha trawa. Ludzie wokół nas krzyczeli i płakali ze strachu i ekstazy, wyli jak dzikie zwierzęta, głośno się modlili. Rasha oddychała szybko i nerwowo, wbijając we mnie swoje wielkie, brązowe oczy.

Pochyliłam się nad nią i przytknęłam usta do jej włosów. Choć wiedziałam, że nie usłyszy mojego głosu, wyszeptałam:

– Oddychaj powoli, mała. Spokojnie. Nic nam nie będzie. Po prostu oddychaj.

Posłuchałam własnej rady, by samej nie zemdleć z przejęcia. Nozdrza wypełniła mi woń ściany cienia. Magiczna fala pachniała dymem i wilgocią. Z zamkniętymi ustami nuciłam kołysankę, którą śpiewała nam Mimi. Przytuliłam Rashę do piersi, licząc na to, że usłyszy melodię. Otaczający nas tłum falował. Ludzie potrącali się i rozpychali. Pot perlił się na twarzach, a białka oczu migotały pośród kotłowaniny niczym gwiazdy na ciemniejącym niebie. Morze przerażonych dusz wzbierało gniewnie. Co rusz rozbijała się o nas żywa fala. Zasłaniałam Rashę własnym ciałem, żeby nikt jej nie potrącił ani nie przewrócił. Musiałam odpychać od niej ludzi, miejscami zrobił się bowiem taki ścisk, że trudno było złapać oddech. Zaryzykowałam i zerknęłam w dół wzgórza.

Ściana kłębiących się czarnych chmur pędziła przed siebie jak lawina, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Krainę zasnuwała ciemność. Widziałam uciekających przed nią ludzi. Biegli, póki starczało im sił, niosąc na rękach dzieci i dobytek. Widziałam też tych, którzy rezygnowali z ucieczki, zmęczeni, pokonani. Przystawali, padali na ziemię i znikali pod czarną falą odnowy. Nie mogłyśmy się zatrzymywać. Nie mogłam pozwolić, by Rasha dołączyła do tych nieszczęśników.

Naszego namiotu już nie było. Całe obozowisko przykryły łakome obłoki cienia. Mogłam jedynie zgadywać, co się spod nich wyłoni, kiedy odnowa się dopełni. Bezkresna chmura przemian mogła przy okazji pochłonąć cały ocean i nieodwracalnie zmienić wszystkie żyjące w nim zwierzęta. Tak właśnie działała. Po jej przejściu pustynne krainy znów się zieleniły, jak w legendach. Choć odnowa pochodziła od boga, nie tworzyła nowych roślin i istot z niczego, lecz przeistaczała to, co wchłonęła. Połowa populacji Kaishan miała zniknąć. Mieliśmy zostać przetworzeni, a nasza kraina odbudowana i zregenerowana kosztem naszego życia. Na takich warunkach przodkowie zawarli pakt z Kluehnnem. Coś za coś. Życie za życie.

Ja się na nic podobnego nie zgadzałam.

Żwir wbił mi się nieprzyjemnie w kolano, gdy przyklękłam obok Rashy i wskazałam dłonią buty. To ja miałam rozmawiać z urzędnikami na granicy, musiałam więc zadbać o to, by zrobić dobre wrażenie, a bez butów na nogach miałam na to marne szanse. Młoda szybko je zdjęła, ja zaś wyjęłam z nich pakuły, które wepchnęłyśmy do środka, żeby wygodniej jej się chodziło. Wciągnęłam buty na swoje spuchnięte, posiniaczone i pokaleczone stopy i natychmiast tego pożałowałam. Kiedy je sznurowałam, każdy mocniejszy ruch sprawiał, że moje nogi przeszywał ból.

Przepychałam się w stronę langzuańskich namiotów, których szereg rozbito na granicy między krainami. Kiedy tłum nie chciał ustąpić, pomagałam sobie łokciami i kolanami. Byłyśmy z siostrą dostatecznie małe, by prześlizgiwać się pomiędzy ludźmi, o ile tylko nie stali zbici jak wiązka chrustu. Przed nami wzbijała się w niebo oddzielająca krainy magiczna bariera z tumanów pyłu. Resztki populacji Kaishan znalazły się między dwiema pulsującymi ścianami chmur. Im bardziej zbliżałyśmy się do namiotów, tym mocniej biło mi serce. Nie miałam pieniędzy, żeby zapłacić przewodnikowi, który przeprowadziłby nas bezpiecznie przez barierę. Nie byłam medyczką, zdolną rzemieślniczką ani nikim ważnym, nikim godnym uwagi. Miałam tylko sfałszowane dokumenty i desperacką determinację szczura w potrzasku. Nawet gdyby udało się nam przedostać na drugą stronę, nie miałam pojęcia, co mogło tam na nas czekać i co powinnyśmy zrobić. Łatwiej było mi nie myśleć o przyszłości, a zamiast tego skupiać się wyłącznie na przetrwaniu. Na wstrzymywaniu oddechu, aż poczułam pieczenie w piersi. Na ciężarze napierającej na moje plecy wody. Na nożu, którym odrywałam uchowce od podmorskich skał, żeby moja młodsza siostra miała co jeść. Na teraźniejszości. Ale tamto życie właśnie się skończyło. Nie liczyło się już nic.

Nic poza Rashą.

Przywiązany opodal langzuańskich namiotów koń uderzył mocno kopytem o ziemię i potrząsnął łbem. Gdybym zamknęła oczy i zatkała uszy, byłabym może nawet w stanie sobie wmówić, że ten poranek nie różnił się niczym od wszystkich innych poranków mojego życia. Wyobrazić sobie, że zrzucam z siebie koc, ubieram się i spieszę na plażę, żeby zanurkować, zanim na wody zatoki wypłyną rybackie łodzie.

Na przybrzeżnych skałach wzięłabym wtedy w skupieniu kilka głębokich oddechów, za każdym razem zatrzymując powietrze w płucach nieco dłużej, a potem wskoczyłabym w lodowatą toń i poczuła w ustach smak soli, zaś moje włosy tańczyłyby w zimnej wodzie.

Nie miałam pojęcia, czy jeszcze kiedyś będzie mi dane popływać w morzu. Aby kupić sfałszowane dokumenty, musiałyśmy sprzedać prawie cały nasz dobytek. To, czego nie sprzedałyśmy, zmieściło się w kilku niewielkich torbach. Ściana cienia pełzła po wzgórzach i równinach, pochłaniając Kaishan, na szczęście jednak na tyle wolno, że każdej nocy byłyśmy w stanie poświęcić kilka godzin na sen. Kiedy się budziłyśmy, uczucie grozy powracało. Czarna fala magicznego dymu nie była złym snem. Nie rozwiewała jej noc. Zbliżała się nieubłaganie, zasnuwając krainę złowieszczą magią.

– Nie mamy przewodnika – zmartwiła się Rasha.

Złapałam ją za rękę i mocno uścisnęłam jej dłoń.

– Dotarłyśmy aż tu. Damy sobie radę. Zobaczysz.

Posłała mi wątły uśmiech, ale to wystarczyło, by dodać mi pewności siebie. To ja powinnam była podnosić Rashę na duchu. Moje serce zabiło żywiej. Nie mogłam być jak Maman. Nie mogłam się poddać. Tak myślałam o tym, co zrobiła. Weszła w barierę pomiędzy krainami, pewna, że zdoła przedostać się do Cressimy i odnaleźć swoją rodzinę. Zostawiła nas. Sama nie byłam pewna, czy mocniej odczuwałam żal i rozpacz, czy gniew.

Na pograniczu panował chaos. Czas naglił, a ludziom łatwo udzielała się panika. Razem z resztą najbiedniejszych uchodźców ustawiłyśmy się w kolejce do namiotów. Po naszej prawej stronie szereg zbrojnych gwardzistów odpędzał plebejuszy i przepuszczał tych, których stać było na prywatne eskorty i przewodników.

Obok nas przecisnął się mężczyzna okutany w szarą szatę ozdobioną na plecach białym haftem w kształcie wielkiego oka. Podnosząc głos, zbliżył się do najzamożniejszych Kaishańczyków.

– Ucieczka przed odnową to oznaka słabości! – krzyczał. – Doświadczcie przeistoczenia lub pozwólcie, by materia waszych ciał posłużyła odbudowie naszej krainy. Takie są warunki paktu, który ludzkość dobrowolnie zawarła z Kluehnnem! Wszystkie krainy zostaną odnowione, wszyscy ludzie przeistoczeni lub przetworzeni. Zamierzacie uciekać czy przyjmiecie błogosławieństwo jedynego prawdziwego boga?

Ktoś opluł kaznodzieję, lecz ten zignorował afront. Za plecami strażników dostrzegłam kryte lektyki, których pasażerowie wiązali sobie na twarzach barwne chusty. Jakby nędzne skrawki materiału miały im jakkolwiek pomóc podczas przekraczania pasa gęstego eteru i wściekłej kurzawy. Trudno było ich jednak za to winić, każdy chciał przetrwać. Mogłam wszelako winić ich za to, że nie używali swych bogactw, aby pomagać tym, którym mniej się w życiu poszczęściło. Jedną taką ozdobną lektykę mogłabym wymienić na tyle butów, że do końca życia nie musiałabym się martwić o to, iż będę chodzić boso.

W końcu podeszłyśmy na tyle blisko jednego z namiotów, by dostrzec stojące wewnątrz biurko i pochylonego nad nim langzuańskiego urzędnika. Po obu stronach biurokraty stali zbrojni strażnicy w zmatowiałych łuskowych zbrojach. Miecze trzymali w rękach, obnażone, w każdej chwili gotowi do ataku. Nie musieli nikomu nakazywać zachowania dystansu. Ludzie rozumieli to bez słów.

– Mam papiery! – zawołałam po langzuańsku, wyjmując dokumenty zza pazuchy. – Mamy prawo przekroczyć granicę!

Urzędnik zmierzył nas wzrokiem ponad metalowymi oprawkami okularów i ściągnął wargi w sposób, w który osoby dobrze wychowane okazują powątpiewanie lub zniecierpliwienie. Gestem dłoni zaprosił nas do namiotu. Liczni uchodźcy wokół zareagowali oburzeniem i szeptanymi klątwami, ale zupełnie się nimi nie przejmowałam. Zależało mi wyłącznie na przedostaniu się do Langzu, gdzie nic nie zostało jeszcze odnowione.

Przecisnęłyśmy się na przód kolejki, a ja podałam mężczyźnie papiery. Rasha nie puszczała mojej ręki i wtulała się we mnie, starając się ustawić tak, by zza biurka nie widać było jej bosych stóp. Biurokrata omiótł nas jednak bardzo sceptycznym spojrzeniem, a ja w lot pojęłam, co wzbudziło jego podejrzenia. Nasz ojciec pochodził z Cressimy, nasza Mimi z Kaishan. Kaishańczyk mógł jeszcze ujść za osobę urodzoną w Langzu, ale ktoś z Cressimy już nie. Serce podchodziło mi do gardła, a skronie aż pulsowały od bólu głowy, lecz opanowałam się i wyprostowałam. Starałam się stać nieruchomo, z godnością, i mimo że to naiwne, wydać się choć trochę wyższa, by nieco bardziej przypominać kobietę, dla której wystawiono nasze dokumenty podróżne.

– Jesteś uczoną? – zapytał urzędnik po kaishańsku.

Uczucie gorąca pełzło w górę mojego kręgosłupa. Z nerwów zesztywniał mi kark. Ewidentnie mój langzuański nie brzmiał zbyt przekonująco.

– Tak – potwierdziłam jednak w języku biurokraty. – Pobierałam nauki tutaj i w Langzu. Moja siostra nie jest uczoną, ale towarzyszyła mi i pomagała, i również mówi obydwoma językami. – Zacisnęłam zęby w nadziei, że nie postanowi sprawdzić, czy aby nie kłamię. Liczyłam na to, że będzie się spieszył, widząc, jak mało czasu ma w obliczu zbliżającej się ściany cienia.

Mężczyzna ledwie zauważalnie skinął głową i odnotował coś w opasłym rejestrze, który leżał przed nim na blacie biurka.

– Macie zatem pieniądze na przeprawę – rzekł.

Otworzyłam usta i poczułam, jak moje wyschnięte wargi pękają w kilku miejscach. Dotarłyśmy do punktu zwrotnego. Do ostatniej próby.

– Nie, niestety nie mamy. Zostałyśmy obrabowane, kiedy podróżowałyśmy w stronę granicy. Jesteśmy młode, bezbronne, a ludzie tutaj są naprawdę zdesperowani. – Jakbym sama nie była desperatką, która od kilku dni ćwiczyła tę kwestię jak aktorka, by zabrzmieć przekonująco na granicy. – Ale jesteśmy z siostrą bardzo, bardzo pracowite. Opłacimy przeprawę. Odpracujemy jej koszt w Langzu albo uiścimy zapłatę w urzędzie, kiedy tylko coś zarobimy.

Urzędnik westchnął głęboko i przeciągle, jakby słyszał podobne zapewnienia od co drugiej osoby w kolejce. Poczułam, że drzwi się przed nami zamykają. Szansa na ucieczkę, na ocalenie, się oddalała.

– Proszę – jęknęłam błagalnym tonem, próbując wziąć biurokratę na litość. Wtem ktoś popchnął mnie na tyle mocno, że straciłam na moment równowagę. Zbyt późno sobie uświadomiłam, że przemówiłam po kaishańsku, nie po langzuańsku. Zdradził mnie język.

Urzędnik rzucił mi pełne dystansu, zrezygnowane spojrzenie.

– Nie macie pieniędzy na opłacenie przeprawy, nie przekroczycie bariery. Następny!

Chciałam zaprotestować, ale stojący najbliżej nas strażnik zrobił pół kroku naprzód. Wyciągnęłam dłoń, by przynajmniej odebrać sfałszowane dokumenty podróżne, lecz urzędnik wsunął złożony papier pod rejestr i ponaglił nas gestem.

– Kto następny? – zawołał.

Grunt uciekł mi spod nóg. Czułam, jakbym unosiła się na powierzchni wody i obserwowała samą siebie z oddali, z wnętrza własnej głowy. Moje serce zamarło na moment, jak gdybym w jego miejscu miała w piersi zaciśniętą pięść.

– Hakaro… – Głos Rashy brzmiał cicho, trwożliwie.

Na powrót dotknęłam stopami ziemi. Próbowałam przegnać panikę, miarowo oddychając. Zmusiłam się do przyznania przed samą sobą, że oficjalna droga na drugą stronę bariery stała się dla nas niedostępna. Gdybym się rzuciła na strażników, zginęłabym na miejscu. Odciągnęłam Rashę na bok, z dala od ścisku i hałasu.

– Zrobiłaś, co mogłaś – pocieszała mnie młoda. Mówiła cichutko, a w jej głosie pobrzmiewała zbolała rezygnacja. – Kiedy przyjdzie już po nas odnowa… nie puszczaj mnie, dobrze? Nie chcę być sama.

– Nie.

– Nie? – Wyraźnie zbierało jej się na płacz. Chciała być silna. Nie pokazywać, jak się boi. Moja kochana siostrzyczka, która opatrywała złamane skrzydła morskich ptaków i płakała, kiedy zaszlachtowałam naszego starego wielbłąda, żebyśmy nie pomarły z głodu.

Przyjrzałam się uważnie pulsującej zaporze, jakbym miała w niej wypatrzyć szczelinę. Uwięziony wewnątrz bariery eter wzbijał w powietrze pył i piach. Ich kłęby kotłowały się i wirowały, uniemożliwiając dojrzenie tego, co znajdowało się po drugiej stronie. Magiczne bariery tego rodzaju oddzielały od siebie wszystkie krainy. Kluehnn wzniósł je, by nie musieć odnawiać całego świata naraz, co wymagałoby potęgi niedostępnej nawet bogom. Dzięki zaporom z eteru miał za każdym razem czas na to, żeby uzbierać dosyć magicznej mocy, by odnowić krainy jedną po drugiej.

– Musi istnieć inny sposób. Nie damy się pochłonąć, za daleko zaszłyśmy – zapewniłam Rashę. – A co, jeśli jedna z nas nie wyjdzie cało z odnowy? Jeśli jedna z nas zniknie? – Gdybym miała gwarancję, że obie zostaniemy przeistoczone, ale przeżyjemy przemianę, nie buntowałabym się. Nic nie było jednak pewne. Jedna z nas, nawet obie, mogła rozpłynąć się w czarnej mgle. Nie wiem, której alternatywy bałam się bardziej. Tego, że Rasha mogłaby zniknąć, czy tego, że mogłoby to spotkać mnie. Ilekroć dopuszczałam do siebie podobne rozważania, w serce wbijał mi się lodowaty szpikulec strachu.

Kapłani Kluehnna powiadali, że odnowa jest krokiem tyleż koniecznym, co chwalebnym. Procesem, w ramach którego połowa z nas miała zostać przetworzona, a połowa przeistoczona. Jedni mieli stać się częścią odnowionych ziem, a drudzy przyjąć nowe formy pozbawione typowych dla śmiertelników słabości. Formy, które miały im zagwarantować przetrwanie. Słyszałam historie o Cressimie sprzed odnowy i po niej. Mówiło się, że ongiś zimną i jałową krainę porasta teraz bujna roślinność.

Ale dla nas, jak i dla zgromadzonych na pograniczu uchodźców z Kaishan, koszt odnowy był zbyt wielki.

Dlaczego ludzie mieli oddawać życie, by świat mógł ulec naprawie? Dlaczego mieli się zmieniać? Czemu nie mogli pozostać sobą?

Nie miałam jednak czasu na to, by roztrząsać to zagadnienie. Ściana cienia zbliżała się niepowstrzymanie. Myśl! – rozkazałam samej sobie. Musiałam znaleźć wyjście. Z urzędnikiem się nie udało, lecz z pewnością istniały inne sposoby na przebycie bariery. Przecież do jej przekroczenia sposobiły się liczne grupy, nie tylko bajecznie bogaci. Siłą rzeczy musieli tu być ludzie, którzy za ostatnie pieniądze wynajęli prywatnych przewodników, bo wiedzieli, że po drugiej stronie zapory czeka na nich nowe życie, rodzina, praca. Mogłyśmy spróbować się przyłączyć do jednej z takich grupek. Byłam silna i szybka, musiało istnieć coś, co mogłabym zaoferować w zamian za zgodę na wspólną przeprawę.

– Chodź. – Pociągnęłam Rashę za rękę i oddaliłyśmy się od langzuańskich namiotów.

Widziałam, jak samotni desperaci po drugiej stronie granicznego obozu odrywają się od tłumu, biorą głębokie oddechy i wchodzą w zjadliwe powietrze bariery. Jak znikają pośród tumanów pyłu. Nikt ich nie powstrzymywał, choć było jasne, że nie przeżyją przeprawy. Większość miało udusić toksyczne powietrze. Część miała wpaść w szczeliny, które otwierały się w ziemi pod trującym eterem. Aby przetrwać wewnątrz bariery, należało zatrudnić przewodnika. Kogoś, kto znał drogę, potrafił wstrzymać oddech na tyle długo, by dotrzeć na drugą stronę, i kto posiadał wrodzoną odporność na eter.

Jeśli miałyśmy z Rashą ocaleć i nie poddać się odnowie ani nie ulec złowrogiej magii bariery, musiałyśmy znaleźć kogoś takiego. Tłum uchodźców zbierał się wzdłuż granicy na całym widocznym jej odcinku. Znów przeciskałyśmy się pomiędzy łkającymi matkami, bladymi ze zgrozy dziećmi i nieszczęśnikami, którzy w ostatniej chwili doznawali nagłych nawróceń i padali na kolana, żeby wznosić modły do Kluehnna. Uchylałyśmy się, by nie wpaść na tych, którzy zawracali spod bariery, porzuciwszy nadzieje na jej przebycie, i z otwartymi ramionami biegli na spotkanie odnowy.

Niczym wypuszczona z łuku strzała pędziłam przed siebie w jednym jedynym celu.

Żadna z grup, które mijałyśmy, nie wydawała mi się dobra. Najemnicy by nas ze sobą nie wzięli. Hodowcom koni, których wierzchowce były dwakroć większe od zamieszkujących kaishańskie pobrzeże krępych kuców, nie miałam niczego do zaoferowania. W końcu, kiedy zaczynałam już zgrzytać zębami z desperacji, dostrzegłam górników.

Byli odziani w liche stroje, a ich dłonie były czarne od pracy w lejach krasowych. Twarze mieli szczupłe i zasępione, zaś ich mięśnie przypominały napięte liny. Doliczyłam się jedenaściorga, dwanaściorga ze sztygarem, który właśnie negocjował z przewodnikiem. Nieparzysta liczba oznaczała, że kogoś stracili. Górnicy z lejów zawsze pracowali parami.

Mieli zatem wakat, a my szansę.

Grupę otaczali zdesperowani uchodźcy, którzy napierali na nią ze wszystkich stron. Błagali górników, by ci zabrali ich ze sobą lub pomogli chociaż ich żonom i dzieciom. Górnicy odpychali natrętów, a niektórych musieli wręcz odpędzać przemocą. Zrzuciłam z pleców wór z dobytkiem i zwróciłam się ku Rashy.

– Zaczekaj tu na mnie. Zaraz wrócę.

Oczy mojej siostry, brązowe jak moje, ale jaśniejsze, napełniły się łzami.

– Hakaro, nie idź. Nie zostawiaj mnie tu. Ja nie…

– Cicho. – Przeczesałam dłonią jej ciemne włosy. – Nigdy bym cię nie zostawiła. Ale górnicy to twardzi ludzie, a ja chcę, żebyś była bezpieczna. Mamy jeszcze trochę czasu, więc spróbuję z nimi porozmawiać. Wrócę po ciebie, obiecuję. Myślisz, że złamałabym dane słowo? Czy kiedykolwiek to zrobiłam? – spytałam.

Na jej rozedrganych wargach zakwitł wątły uśmiech.

– Nie – odparła.

Poklepałam ją po ramieniu i ruszyłam po kamieniach w stronę grupy. Praca górników, którzy w lejach krasowych wydobywali boże kamienie, była wymagająca i niebezpieczna. Leje zamykały się często równie niespodziewanie, co otwierały, pochłaniając tych, którzy w nich drążyli. Górnicy musieli przekraczać pierwszy próg powietrzny, pierwszą aeroklinę, i zagłębiać się w eter, to samo toksyczne powietrze, z którego usnute były bariery pomiędzy krainami. Jeśli ktoś nie potrafił wstrzymać oddechu dostatecznie długo, by zdążyć wykopać ze ściany leja cenne boże kamienie, umierał. Nurkowanie w oceanie było bezpieczniejszym zajęciem.

Gdybym dostała pracę w kopalni, nie mogłabym z czystym sumieniem obiecać Rashy, że nic mi się nie stanie, ale przynajmniej dostałybyśmy się do Langzu. Obie byśmy przeżyły.

Zaczynałam panikować. Przyglądałam się sztygarowi, lecz z nerwów szczegóły jego wyglądu docierały do mnie jakby w oderwaniu od reszty. Jak gdybym zapalała ustawicznie gasnącą świeczkę i była w stanie dostrzec w mroku tylko fragmenty portretu. Podbródek brygadzisty porastał kilkudniowy zarost. Mężczyzna miał szeroką twarz, której rysy podkreślały smugi czarnego pyłu, łysy czubek głowy, a ręce równie muskularne co nogi. Chyba nie zauważył, kiedy do niego podeszłam. Gwar zmieszanych głosów i krzyków musiał zagłuszyć moje kroki. Nieznajomy nie odwrócił się jednak do mnie, nawet gdy przemówiłam bezpośrednio do niego.

– Brakuje wam jednej osoby.

– Reszta, kiedy przejdziemy na drugą stronę – powiedział sztygar, lecz nie do mnie, a do przewodniczki, wysokiej, barczystej kobiety ze zwojem liny na ramieniu, której wręczył garść monet.

– Hej! Słyszał mnie pan? Brakuje wam w brygadzie jednej osoby do szychty.

Mężczyzna rzucił mi chmurne, zmęczone spojrzenie. Jego oczy przypominały dwie mroczne jaskinie ziejące pod nawisem łuku brwiowego. Przez chwilę wydawało mi się, że mnie uderzy, on jednak nakazał tylko gestem członkom swojej brygady, by ustawili się gęsiego, podczas gdy przewodniczka zaczęła rozwijać linę. Byłam zbyt młoda, zbyt mała, żeby uznał mnie za zagrożenie.

Na to liczyłam.

Trzymałam się blisko sztygara, nie odstępując go na krok, i tylko co jakiś czas zerkałam z powrotem w stronę głazu, przy którym czekała Rasha. Ludzie przepychali się dookoła nas, lecz byłam w stanie dostrzec czubek jej głowy.

– Wiem, że młodo wyglądam, ale od lat nurkuję. Poławiam uchowce, ślimaki morskie, perły, wszystko, co można znaleźć na dnie morza. Poza tym jestem lżejsza niż większość pana górników, łatwiej będzie mnie utrzymać i wciągnąć, jak się opuszczę w głąb leja.

– No już! Żwawo! Nie mamy wiele czasu – ponaglił swoich ludzi sztygar. Każdy z górników chwytał po kolei za linę i oplatał ją sobie wokół nadgarstka, upewniając się przy tym, że pomiędzy nim a następną osobą w rzędzie będzie trochę luzu na wypadek, gdyby któryś z nich nawdychał się wewnątrz bariery zbyt dużo eteru i stał się niebezpieczny.

– Żeby pan potem nie żałował! Nie radzę przepuścić takiej okazji. Potrafię wstrzymać oddech dłużej niż którykolwiek z pana ludzi – kontynuowałam. Musiałam przynajmniej spróbować go przekonać. Moje serce napierało na żebra. Popychało mnie naprzód.

Sztygar w końcu raczył się odwrócić w moją stronę. Miałam go!

– Czyżby? – zapytał i spojrzał w kierunku zbliżającej się ściany cienia, po czym przykląkł obok mnie i zatkał mi usta i nos swoją wielką dłonią.

Nie dał mi czasu na przygotowanie się. Na rozgrzewkę, rozciągnięcie płuc. Przed skokiem do wody zwykle brałam jeden duży wdech, a potem kilka małych, by się upewnić, że nie zdołam już wtłoczyć w pierś więcej powietrza. Zanim czarna dłoń mężczyzny szczelnie zasłoniła mi dolną połowę twarzy, zdążyłam tylko poczuć woń popiołu i szorstka skóra przywierała już do moich policzków. Odruchowo chciałam strząsnąć z siebie jego brudne łapsko, wbić w nie paznokcie, aż popłynęłaby krew, a później uciec do Rashy i się rozpłakać.

Sztygar z niekłamaną satysfakcją przyjrzał się mojej wystraszonej minie.

– Puszczę, kiedy się poddasz.

Nie mogłam tego zrobić. Wzbierająca we mnie panika zastygła nagle niczym hartowana stal. Pomyślałam o zamykającej się nad moją głową tafli morskiej wody. O ciszy poranka i plusku fal uderzających o skaliste wybrzeże. Moje serce zaczęło wolniej bić.

To była moja ostatnia szansa na ucieczkę do Langzu, na ocalenie Rashy i samej siebie.

Złośliwa satysfakcja malująca się na obliczu sztygara ustąpiła wpierw niemej konsternacji, a następnie obawie.

– Poklep mnie po ramieniu, kiedy będziesz miała dość.

Spojrzałam mu w oczy, wyobrażając sobie, że wzrokiem wypalam mu dziurę w czaszce, po czym niespiesznie położyłam dłoń na jego nadgarstku, ale nie poklepałam go.

Czułam, jak jego tętno przyspieszało, podczas gdy moje zwalniało, i zdusiłam w sobie desperacką potrzebę wzięcia oddechu. Uciszyłam wewnętrzny głos, który tłumaczył mi, że jeśli nie poklepię sztygara w ramię, umrę na miejscu. Niejeden raz byłam już w podobnej sytuacji. Wiedziałam, że po tym odruchu da się jeszcze zachować przytomność i kontrolę nad ciałem. Że przed faktycznym końcem przychodził jeszcze moment ostatecznej mobilizacji organizmu.

Który w końcu nadszedł.

Przestałam panikować, choć poczułam, jak krew odpływa mi z palców u rąk i stóp.

Mimo to nadal się nie poddawałam.

– Zemdlejesz – ostrzegł mnie brygadzista niemalże błagalnym tonem.

Ja jednak nie zemdlałam. Wciąż patrzyłam mu w oczy, odliczając kolejne sekundy. Dostrzegłam jego zdziwienie. Niedowierzanie. Ilekroć spodziewał się, że nie wytrzymam ani chwili dłużej, zmuszałam się do zachowania przytomności. Musiałam. Dla Rashy.

Dopiero gdy moimi wnętrznościami szarpnął spazm bólu, a przed oczami zamigotały mi czarne plamki, uderzyłam w jego rękę. Wytrzymałam dłużej, niż wydawało mu się, że będę w stanie. Dużo dłużej.

Cofnął dłoń, a ja nabrałam powietrza. Nigdy jeszcze, choć cuchnęło potem i dymem, nie miało ono aż tak słodkiego smaku.

– No, nieźle, naprawdę nieźle – ocenił sztygar, po czym podrapał się w zamyśleniu po podbródku. Wiedziałam, że rachował w głowie, ile mógł dzięki mnie zarobić. – Dobra, przyznaję, przydasz nam się. Masz papiery?

– Zgubiłam. – Z trudem łapałam oddech. Moje płuca łaknęły tlenu. Język mi spuchł, a oczy odmawiały współpracy. Wyraźnie widziałam tylko to, co miałam przed nosem, czyli w tym momencie jego twarz. Nie dałam sobie jednak przerwać, nie chciałam mu dać czasu, by się rozmyślił. – Pójdę z wami, ale tylko jeśli pozwoli mi pan zabrać ze sobą siostrę. Bez niej się nie ruszę.

Sztygar wzruszył ramionami.

– W porządku.

Odwróciłam się na pięcie i próbowałam wypatrzyć głaz, przy którym kazałam Rashy czekać na mój powrót. Udało się! Teraz już tylko przeprawa przez barierę. Wiedziałam, że damy radę. Że zdołamy umknąć przed odnową i przedostaniemy się razem do Langzu.

Dokładnie w momencie, w którym udało mi się dojrzeć ponownie jej czarne włosy, coś uderzyło mnie w tył głowy, zrobiło mi się ciemno przed oczami i osunęłam się na ziemię.

3 Rasha

561 lat po Rozbiciu

Kaishan, na granicy z Langzu

Numinary spalano w machinach, które oddzielały magię od dymu i więziły ją, by można ją było później wykorzystać. Choć uczeni uważnie studiowali szczątki tych urządzeń, reliktów czasu sprzed Rozbicia, i latami głowili się nad zasadami ich działania, nikomu nie udało się przeniknąć myśli technologicznej przedwiecznych. Niektórzy mędrcy utrzymują, że bogowie wymazali niezbędną do tego wiedzę z historii, nikt nie wie jednak, jak tego dokonali.

Ściana czerni się zbliżała. Ludzkie krzyki zlały się w niemal jednostajny huk. Niektórzy kulili się ze strachu. Nieliczni znaleźli w sobie dość siły, by nie paść na kolana, i stawali na drżących nogach, jakby mieli dać odpór fali mroku. Garstka osób puściła się biegiem w stronę nadchodzącej odnowy, nie miałam jednak pojęcia, czy zrobiły to, żeby przyspieszyć nieubłagany koniec i nie musieć już się bać, czy dlatego, że nagle zmieniły nastawienie i uwierzyły w to, iż mogą się odrodzić. Przywarłam do głazu i miałam poczucie, jakby moje wnętrzności zmieniły się w kruche szkło. Hakara po mnie wróci. Hakara po mnie wróci.

Langzuańscy urzędnicy opuścili namioty, spakowali swoje wielkie księgi i zwoje pergaminu, po czym zniknęli wewnątrz bariery. Strażnicy podążyli za nimi między kłęby pyłu, wymachując mieczami, by odpędzić uchodźców, którzy chcieli ruszyć w ich ślady.

Ruchoma ściana cienia była coraz bliżej. Skuliłam się za głazem, jakby był mnie on w stanie przed nią ochronić, i zaklinałam rzeczywistość: Wróci. Siostra po mnie wróci.

Morena mroku była już prawie przy mnie. Wiatr wezbrał i docisnął do ziemi wyschniętą trawę. Niedaleko mnie odnowa pochłonęła kobietę w średnim wieku. Zanim zniknęła w kipiącej czerni, zdążyłam ujrzeć jej przerażoną twarz, białka szeroko otwartych oczu i rozwarte w niemym krzyku usta.

Udzielił mi się jej strach. Do tego momentu byłam w stanie trzymać lęk na wodzy, tłumić go, ale uległam, a serce podeszło mi do gardła. Hakara nie wróciła, nie trzymała mnie za rękę. Nie było jej tu. Dosięgła mnie za to fala odnowy. Górowała nade mną, zasłaniając słońce i chmury. Poczułam na twarzy podmuch wiatru, a potem cienie spadły na mnie i pochłonął mnie mrok. Niby niematerialny, bezpostaciowy, a jednak uderzył we mnie z siłą powodziowej fali. Nabrałam powietrza w płuca. I wtedy poczułam ból.

Przeraźliwy ból. Czułam, że płonę żywcem. Że jestem rozrywana na strzępy. Nie czułam rąk ani nóg, dłoni ani stóp, a jedynie ból. Zimny i gorący jednocześnie. Przenikliwy i upokarzający. Nie tak miał wyglądać ten dzień. Nic nie poszło zgodnie z planem, a teraz jedyne, o czym mogłam myśleć, to agonia, którą przeżywałam.

Wydaje mi się, że krzyczałam. W magicznym mroku nie rozchodziły się dźwięki. Na moment wszystko spowiła ciemność. Wygłuszyła wszelkie doznania, wsączyła się do wnętrza mojego umysłu, aż i tam zaległa cisza. Przerażenie ustąpiło nicości.

Po pewnym czasie odzyskałam czucie w rękach, potem nogach i twarzy. W płucach.

Nabrać powietrza. Wypuścić. Nabrać. Powtórzyć. Światło słońca padało wprost na moją twarz. Świeciło tak jasno, że przez zaciśnięte powieki widziałam czerwień. Wróciłam do istnienia. Odzyskałam ciało i umysł.

Kiedy zdołałam się zmusić do otwarcia oczu, ujrzałam połać niebywale intensywnej zieleni. A zatem to, co mówiono o odnowie, było prawdą. Świat uległ przemianie. Głaz, za którym próbowałam się ukryć, niegdyś czarny i wyschnięty, zielenił się od mchu i skrzył od rosy. Z licznych szczelin i pęknięć w kamieniu wyrastały rośliny. Gdy im się przyglądałam, przebiegł między nimi malutki owad nieznanego mi gatunku, który na szczycie głazu rozłożył skrzydełka jak dwa pryzmaty, zatrzepotał nimi i wzbił się w niebo.

Niebo, które ku mojemu rosnącemu zdumieniu nie było brudnożółte i zasnute mgiełką pyłu, lecz czyste i tak bardzo błękitne, że nie miałam go do czego porównać. Tam, gdzie z mojej perspektywy jeszcze przed chwilą rozciągały się płaskie, spalone słońcem stepy, teraz rósł gęsty las. Czy tak właśnie wyglądał świat, zanim zniszczyli go śmiertelnicy?

Słyszałam dookoła okrzyki zdziwienia i niepokoju. Znacznie mniej głosów, niż zanim przykryła mnie fala cieni. Część ze zgromadzonych na granicy osób nie wyłoniła się z powrotem z mroku. Zostały wchłonięte i przetworzone. Materia ich ciał zrodziła nowy świat.

Hakara na pewno tu jest. Znajdzie mnie. Wróci po mnie.

Uniosłam rękę i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie jest to już moja ręka. Nadal wykonywała polecenia mózgu i obróciła się, żebym mogła ją lepiej obejrzeć, jednak moje palce były teraz dłuższe, ich koniuszki poczerniały, a zamiast paznokci wieńczyły je podobne do ptasich szponów pazury. Serce biło mi w piersi, ale jakby obco, w innym rytmie. Może i serce miałam już nie swoje. Oblizałam wargi i wyczułam ostre zęby. Z każdym wykonanym ruchem dobitniej uświadamiałam sobie, że całe moje ciało uległo przemianie. Kończyny zrobiły mi się dłuższe, silniejsze i bardziej żylaste. Cała urosłam. Do niedawna luźne odzienie opinało się teraz na mnie. A na głowie…

Zawahałam się. Z mojej głowy wyrastała para rogów. Dotknęłam ich badawczo opuszkami palców. Wymacałam podstawy. Wyrastały spomiędzy włosów niewiele ponad moim czołem i zakrzywiały się niczym poroże barana.

Najpierw w panice pomyślałam, że Hakara mnie nie rozpozna. Jak niby miała po mnie wrócić i zabrać mnie stąd, skoro nie wyglądałam już jak ja?

– Hakaro! – wołałam. Mój głos dołączył do innych. Ocalali nawoływali bliskich, a wiatr niósł w dal płaczliwą litanię imion. Podźwignęłam się z soczyście zielonej trawy i zaczęłam rozglądać. Mijałam innych przeistoczonych, którzy, jak ja, snuli się nerwowo wzdłuż bariery oddzielającej Kaishan od Langzu. Ilekroć na kogoś wpadałam, oboje wzdrygaliśmy się na swój widok. Widziałam ludzi, którym z pleców wyrosły skrzydła, ludzi z jelenimi rogami na głowach, ludzi pokrytych futrem i takich, których policzki i ramiona porastały połyskliwe łuski.

Kiedy przechodziłam obok kobiety o czerwonej skórze i długim ogonie, w pobliskich krzakach rozległ się szelest. Zdążyłyśmy na siebie nawzajem popatrzeć, gdy spośród krzewów i drzew wyskoczył nagle bury, kudłaty stwór, wielki jak mój stary namiot, i rzucił się na ogoniastą. Jego zębate szczęki zacisnęły się na jej ciele.

Odwróciłam się i uciekłam, ignorując wrzaski pożeranej żywcem kobiety. Od pewnego czasu słyszałam prawie wyłącznie krzyki. Zdążyłam do nich przywyknąć, jeszcze nim pochłonęła mnie fala odnowy. Czymże była kolejna potworność w obliczu tego, co już przeszłam?

– Hakaro! – wołałam dalej, tym razem głośniej. – Hakaro! – Wreszcie i moje wołanie przerodziło się w krzyk, który niósł się pośród drzew, dopóki starczyło mi sił w płucach i dopóki nie zdarłam sobie gardła.

Poddałam się w końcu, choć słyszałam, że niektórzy z nawołujących nie ustali w poszukiwaniach. Opadłam na porośniętą mchem ziemię pogranicza, usiadłam, podkuliłam nogi i przyciągnęłam je rękami do klatki piersiowej. Zgubiłam się. Nie wiedziałam już, gdzie szukać głazu, przy którym miałam się spotkać z siostrą, ale nie mogłam przestać o nim myśleć, jakby na świecie nie istniało nic ważniejszego. Skoro nie mogłam go znaleźć, a Hakara mogła mnie nie rozpoznać, to skąd miała wiedzieć, kogo w ogóle szukać? Poczułam się, jakbym stała na piaszczystej plaży, którą jakaś potężna siła nagle wyrwała mi spod nóg, a ja, zamiast w wodę, zapadłam się w pustkę.

Zostawałam w namiocie, ilekroć Hakara szła nad morze, żeby nurkować. Mówiła, że jestem jeszcze za młoda, by iść w jej ślady i uczyć się fachu poławiacza. Nauczyłam się za to czyścić i patroszyć ryby, mięczaki i skorupiaki, które przynosiła, i gotować z nich posiłki. Nauczyłam się rozpoznawać monety i ich nominały, sortować je i oszczędzać. Obie nauczyłyśmy się żyć bez Maman i Mimi. Ale nie bez siebie nawzajem. Potrzebowałam mojej siostry.

W końcu zapadła noc. Pamiętam, że drżałam z zimna na wilgotnej ziemi, a w mroku rozlegały się obce odgłosy wydawane przez nieznane mi zwierzęta. Spałam bardzo niespokojnie, co rusz się budząc. Ilekroć zamykałam oczy, ożywała we mnie tęsknota za wonią niesionego wiatrem dymu i szumem morza, za skalistym wybrzeżem, odgłosami ogniska i sapaniem wielbłądów. Ilekroć otwierałam oczy, ukazywała mi się nowa, nieznajoma rzeczywistość. Nie znałam tego świata. Nie znałam samej siebie.

Mawia się, że serca pękają ludziom ze smutku i żalu. Wydaje mi się, że czasami zachodzi to natychmiastowo, niekiedy jednak ból wnika w serce niczym woda w pęknięcia w kamieniu, wypełnia je powoli, stopniowo, a kiedy zamarza, rozsadza je od środka. A potem się budzisz i ku własnemu zaskoczeniu odkrywasz, że coś się w tobie zmieniło. Coś w tobie umarło.

Po nocy nastał poranek, a wraz z nim przyszedł głód. Zapuściłam się w krzaki w poszukiwaniu owoców. Znalazłam jagody, których nie rozpoznałam, ale zignorowałam ryzyko i zjadłam kilka garści. Nie otrułam się wprawdzie, lecz w niedługim czasie rozbolał mnie brzuch. Drugiego dnia musiałam się zadowolić owadami, które wypatrzyłam na korze pobliskich drzew. Trzeciego dnia z kolei, w desperacji, spróbowałam schwycić przelatującego nieopodal mnie ptaka. Ku własnemu zaskoczeniu udało mi się go złapać.

Upiekłam go nad ogniskiem z suchych gałązek, co jeszcze przed odnową byłoby dla mnie nie do pomyślenia. Chrust należał wtedy bowiem do rzadkości i mało kogo było stać na używanie drewna jako opału. Zdołałam nasycić głód, a moje myśli natychmiast zaczęły błądzić. Gdzie była Hakara? Czy wchłonęła ją fala odnowy? Czy moja siostra również została przeistoczona? Czy zniknęła, unicestwiona przez ścianę cienia? Czy już jej nie było?

Nie. Kazała mi czekać. Obiecała, że po mnie wróci. Czekałam więc, aż straciłam rachubę czasu.

Kolejne poranki zlewały się ze sobą i mijały we właściwym sobie rytmie, lecz dla mnie jedynym znakiem upływu czasu stało się to, że coraz mniej głosów nawoływało w lesie swych utraconych bliskich. Widziałam przeistoczonych, którzy powolnym krokiem oddalali się od przygranicznego boru i bariery. Byli rozczarowani, przygnębieni, pogrążeni w żałobie. Wracali sami w rodzinne strony, które wszak również uległy przemianie. Jednego słonecznego popołudnia podeszłam na tyle blisko bariery, na ile pozwalała mi odwaga. Wpatrywałam się w tumany pyłu zmieszane z eterem i zastanawiałam się, ile kroków dzieli mnie od drugiej strony. Od Hakary, o ile faktycznie moja siostra postanowiła uciec do Langzu.

Bo przecież komuś musiała się udać ta przeprawa. Może, gdybym się naprawdę postarała, i ja zdołałabym dotrzeć na drugą stronę. Znając Hakarę, zapewne wzięłaby ona głęboki oddech, zacisnęła zęby, po czym bez zastanowienia wbiegła w barierę, tak szybko, zwinnie i brawurowo, jak co rano nurkowała w wodach oceanu.

Czy kiedy kazała mi zaczekać, planowała wrócić po mnie przed przeprawą, czy przedostać się na drugą stronę, a potem po mnie wrócić? Gdybym się oddaliła, siostra nie dałaby rady mnie znaleźć. Maman też nam kiedyś powiedziała, że wróci.

– Nie robiłabym tego na twoim miejscu. Bez odpowiedniego szkolenia nie da się tak po prostu wejść w barierę, a później z niej wyjść – rozległ się za mną kobiecy głos.

Odwróciłam się, obnażając kły i unosząc pazury.

Między drzewami stała kobieta o policzkach pokrytych czerwonymi łuskami. Miała na sobie workowatą szarą szatę ozdobioną na piersi białym haftem. Haft przedstawiał kilkoro oczu, choć mnie skojarzył się z kiścią dość upiornych winogron. Nieznajoma miała brunatne włosy i żółte tęczówki, a kształt oczu i twarzy kazał mi myśleć, że w jej żyłach płynie domieszka cressimskiej krwi.

Była kapłanką Kluehnna. Z Hakarą zawsze starałyśmy się unikać jej podobnych. Tak mnie zaskoczyła, a jej wygląd skonsternował, że z opóźnieniem zdałam sobie sprawę z tego, iż w jednej ręce trzyma pleciony koszyk, drugą zaś wyciąga ku mnie, wręczając mi związane sznurkiem zawiniątko.

– Jesteś głodna? Czy wolisz wejść w barierę?

– Ile za to chcesz? – spytałam. Zdziwiło mnie brzmienie mojego głosu. Mówiłam cicho, ale usłyszałam w nim jakby metaliczną wibrację. Pogłos, którego przed odnową zdecydowanie nie było.

– Nie chcę pieniędzy ani niczego innego. Jestem tu w imieniu Wielorękiego. Nasz pan troszczy się o tych, którzy stracili najbliższe osoby lub zostali przez nie porzuceni. Pragnie okazać im łaskę, a ja z pokorą spełniam jego wolę. – Kobieta mówiła łagodnie, ale dziwnie bezdźwięcznie, jakby próbowała uspokoić i obłaskawić spłoszone jagnię.

Kiedy poczułam woń świeżego pieczywa, głośno zaburczało mi w brzuchu. Zbliżyłam się ostrożnie do kapłanki i wzięłam od niej zawiniątko, do ostatniej chwili spodziewając się, że mnie odpędzi.

Kobieta jednak tylko się uśmiechnęła. Bardzo szeroko. Jej usta były znacznie szersze od ludzkich.

– Jestem Millani – przedstawiła się.

Nie odrywając od niej oczu, rozplątałam sznurek i rozwinęłam nawoskowane płótno. Zerknęłam szybko na zawartość zawiniątka. Były w nim podpłomyki, gomółka sera i słodko pachnące owoce, których nigdy wcześniej nie widziałam. Na sam widok pociekła mi ślinka.

Millani zachęciła mnie skinieniem, a ja wbiłam zęby w podpłomyk. Żadna przyprawa nie może się równać z głodem. W życiu nie miałam w ustach niczego, co pachniałoby równie apetycznie. Zaczęłam jeść szybko i łapczywie. Odgryzałam zbyt duże kęsy i zbyt krótko żułam, lecz choć rozbolał mnie przełyk, nie dałam sobie czasu na delektowanie się posiłkiem i wręcz pochłaniałam chleb, ser oraz owoce.

– Byłam kiedyś jak ty – oznajmiła kapłanka, przyglądając mi się, gdy jadłam. – Próbowałam uciec przed odnową z Cressimy do Kaishan. Ale urzędnicy i żołnierze nie wpuścili tu wielu uchodźców. Kaishan było gotowe przyjąć ich znacznie mniej niż Langzu. Myślałam już, że umrę. Zamknęłam oczy, czekając na koniec, na kres istnienia. Ale nie zginęłam. Zmieniłam się, jak ty. Dołączyłam do przeistoczonych. A kiedy czekałam na granicy na powrót swojej rodziny, nakarmił mnie kapłan Kluehnna. Moi bliscy jednak nie wrócili.

Jej cień padł na mnie, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że podeszła bliżej. Ujęłam zawiniątko oburącz, przycisnęłam je do piersi i zrobiłam krok do tyłu, w kierunku bariery.

Millani zatrzymała się i przekrzywiła głowę, wyraźnie coś rozważając.

– Jesteś bardzo młoda, prawda? Przeistoczenie dodało ci wzrostu i masy, ale twoja twarz…

Odwróciłam się, by uniknąć jej spojrzenia. Nie wiem czemu, lecz jej słowa spłoszyły mnie i zawstydziły.

– Mam dziewięć lat – przyznałam.

– Może chciałabyś pójść ze mną do przytuliska? Na pewno znajdziemy dla ciebie miejsce. Nakarmimy cię, damy ci dach nad głową i miejsce do spania. Jakieś zajęcie. – Wskazała dłonią otaczające nas drzewa. – Tu nie jest bezpiecznie.

Kapłanka podeszła jeszcze bliżej i przyklękła przede mną, po czym spojrzała mi w oczy, ale tym razem jej twarz była niżej niż moja. Uspokoiłam się nieco.

– Jak ci na imię?

– Rasha.

– Rasha – powtórzyła za mną. – Zwierzęta, które przed odnową zamieszkiwały Kaishan, również uległy przeistoczeniu. Niektóre są teraz bardzo niebezpieczne, ale my cię obronimy.

Zastanowiłam się, co w tej sytuacji powiedziałaby Hakara, i wstałam z mchu i trawy.

– Ja też potrafię być niebezpieczna.

Millani znów przyjrzała mi się z zainteresowaniem.

– Nie wątpię w to.

– Niepotrzebna mi twoja pomoc. Siostra po mnie wróci. Obiecała – powiedziałam łamiącym się głosem.

Kapłanka odczekała, aż zbiorę się w sobie.

– Moja mała, ludzie ciągle łamią obietnice. Tak wiele razy się sparzyłam. Teraz wiem, że danego słowa dotrzymuje tylko jedyny prawdziwy bóg. Kluehnn cię nie oszuka.

Wzbierający gniew aż zapiekł mnie w gardło.

– Nie znasz jej! Jak śmiesz tak mówić? Nic o niej nie wiesz! – Uniosłam szponiaste dłonie w geście groźby.

Millani podniosła się z ziemi.

– Wybacz, proszę. I przemyśl moją propozycję – rzekła, po czym zniknęła pośród drzew.

Reszta jedzenia, które od niej dostałam, była wilgotna i słona od moich łez. Wściekłam się na samą siebie, na swoją słabość. Hakara zmierzyłaby się z przeciwnościami losu ze swoją zwyczajową stoicką determinacją. Z pełnym brzuchem i pustką w sercu zwinęłam się w kłębek pośród korzeni drzewa.

W ciągu kilku następnych dni widziałam dwie osoby, które z kamiennymi twarzami weszły w kłębowisko pyłu i eteru na granicy krain. Żadna z nich już nie wróciła, a ja nie mogłam przestać myśleć o tym, że udusiły się trującym powietrzem. Przestałam wtedy fantazjować o zapuszczaniu się w głąb bariery.

Millani codziennie wracała do przygranicznego lasu. Za każdym razem miała w koszu mniej żywności. Coraz mniej przeistoczonych czekało na powrót swych bliskich. Miała mniej osób do nakarmienia. Hakara się jednak nie pojawiła.

– Rasho – zaczęła kapłanka łagodnie, kiedy czwartego dnia od naszego pierwszego spotkania znalazła mnie na pograniczu ubraną w podarte łachmany, w które do tego czasu zmieniła się moja przyciasna odzież – nie możesz czekać bez końca. Chcesz zmarnować dany ci czas? Skup się na sobie, dziewczyno. Żyj, nie czekaj.

Nagle powróciły do mnie wspomnienia wszystkich poranków, które spędzałyśmy z Hakarą, kiedy wracała znad morza. Ona suszyła włosy przy ognisku, a ja patroszyłam złowione przez nią ryby i mięczaki. Przypomniało mi się, że za każdym razem, zanim wyszła z namiotu, otulała mnie szczelniej kocem, myśląc, że nadal śpię, podczas gdy ja tylko udawałam. Zawsze odstępowała mi najsmaczniejsze, najtłustsze kawałki mięsa. A kiedy zabrakło Maman, kiedy zostałyśmy same na świecie, pocieszała mnie i przytulała.

– Ona już nie wróci, prawda? – spytałam. Nie byłam w stanie spojrzeć Millani w oczy.

– Tylko ty tu zostałaś, moja mała. Wszyscy inni sobie poszli, nikt już nie czeka. – Kapłanka wyciągnęła dłoń w moją stronę.

Hakara by na mnie zaczekała. Gdybym to ja zniknęła, siostra czekałaby na mnie do końca świata, bo taką właśnie była osobą, taka była jej natura. Ale zniknęła i nie wróciła. Nie było jej tu, byłam tylko ja. Odmawiałam spojrzenia prawdzie w oczy, lecz w końcu musiałam się pogodzić z faktem, że Hakara albo zginęła, albo złamała dane mi słowo i odeszła. Nie wiem, która z tych dwóch myśli była bardziej bolesna. Poza tym nie byłam Hakarą.

Millani czekała z wyciągniętą dłonią.

– Chodź ze mną, Rasho. Do nowego domu.

Chwyciłam ją za rękę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Podziękowania

Oto przed wami początek nowej trylogii. Nowa przygoda, w której biorę udział jednocześnie podekscytowana i nieco przerażona. Trudno mi wciąż uwierzyć, że powołałam do istnienia nowy świat z własną historią, który zaludniłam bohaterami i zapełniłam czekającymi na odkrycie sekretami. Nie zdołałabym tego wszystkiego jednak zrobić sama.

W pierwszej kolejności chciałabym podziękować mojemu mężowi, Johnowi, który słuchał mnie cierpliwie, kiedy zasypywałam go wyrwanymi z kontekstu pomysłami na zwroty akcji i rozwój postaci. John opiekował się dwójką naszych brzdąców, gdy wyjeżdżałam, i tylko dzięki jego rozsądnym radom nie przygniótł mnie stos zobowiązań, na które w przeciwnym razie bym się zgodziła, bo zwyczajnie nie umiem odmawiać.

Moi redaktorzy w Orbit Books, James Long i Brit Hvide, byli jak zawsze fantastyczni. James, dzięki, że wskazałeś mi wszystkie fragmenty, które wymagały przepisania. Chciałabym również podziękować całemu zespołowi Orbit Books. To profesjonaliści i ludzie z pasją, a współpraca z nimi była czystą przyjemnością. Jestem bardzo dumna z faktu, że moje powieści mogły się ukazać nakładem tak znakomitego wydawnictwa. Dziękuję również Jane Selley, adiustatorce, dzięki której ta książka stała się o wiele, wiele lepsza.

Moja agentka Juliet Mushens zasługuje na to, by wznosić na jej cześć peany, co niniejszym zobowiązuję się czynić aż po cieplną śmierć wszechświata. Juliet, dziękuję ci za pomoc w szlifowaniu pomysłów!

Z wdzięcznością ściskam też Kristen Stewart, moją siostrę (Nie tę aktorkę! Moja Kristen była pierwsza!) i osobę, która zawsze pierwsza czyta to, co napiszę, i odsiewa dobre pomysły od bzdurnych, pomaga mi przebrnąć przez pierwsze szkice i wyzbyć się obaw, że do niczego się one nie nadają.

Kiedy zaczęły mnie gonić terminy, rodzina bardzo mi pomogła, opiekując się dziećmi i przywożąc mi jedzenie. Jesteście dla mnie szalenie ważni! A teściów mam najlepszych na świecie. Kocham was i jestem wam ogromnie wdzięczna za wsparcie.

Nie mogę przy tym pominąć osób z Murder Cabin i The Bunker, moich „ludzi od literatury”, którzy udzielili mi wielu cennych rad i pomogli nie oszaleć. Dzięki, że słuchaliście mojego biadolenia. Przepraszam, że musieliście.

Swoim dzieciom i kotom chciałam zaś powiedzieć, że mnie rozpraszały, ale w najlepszy możliwy sposób, więc nie mam im za złe.

 

O autorce

Andrea Stewart jest Amerykanką chińskiego pochodzenia. Jako córka imigrantów dorastała w rozmaitych częściach Stanów Zjednoczonych. Od dziecka marzyła o tym, by zostać pogromczynią smoków, kiedy jednak okazało się to nieco zbyt ambitnym planem, postawiła na pisarstwo. Obecnie mieszka w słonecznej Kalifornii.

 

COPYRIGHT © BY Andrea Stewart, 2024COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

Tytuł oryginału: The Gods Below

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-114-6

Kod produktu: 4000653

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

TŁUMACZENIEJakub Bartoszewicz

REDAKCJAMirosław Ruszkiewicz

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

GRAFIKA NA OKŁADCE, PROJEKT OKŁADKI ORAZ MAPASzymon Wójciak

ILUSTRACJEPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]