Blues o krwi i trawie - Paweł Ciećwierz - ebook + audiobook
Opis

Nadię Wid i Ryszarda Zwierza połączyła sprawa zaginionej dziewczyny, która na krótko pojawiła się w życiu każdego z nich. On, mężczyzna z przeszłością, były bokser, obecnie mało znaczący śląski handlarz ziołem. Ona, kobieta z przyszłością, kiedyś najlepsza dziennikarka śledcza, obecnie celebrytka.

Czy poradzą sobie na śląskiej „ulicy”, na której seks, przemoc i narkotyki spotyka się częściej niż bezpłatne miejsca parkingowe? Czy są w stanie zaufać sobie na tyle, żeby wmieszać się w najbrudniejsze interesy? Co zmieni się, kiedy sprawa zaginionej dziewczyny nabierze kontekstu politycznego, a bardzo wielu ludzi poczuje się zagrożonych ich dociekliwością?

Istnieją miejsca, które piętnują duszę i serce. Istnieją zbrodnie, których nie można wybaczyć i zasady, których nie można złamać!

Ryszard i Nadia mogą ostatecznie liczyć tylko na siebie. Czy tyle wystarczy? Wierność ma w końcu swoją cenę, nieszczególnie wysoką w świecie dilerów i dziennikarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 267

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 40 min

Lektor: Paweł Ciećwierz

Popularność


Sandrze

Pierwsza zwrotka

To nie miejsce dlaniego.

Morgi pozbyły się śląskiego charakteru, przypominają bardziej przedmieścia Warszawy. Architekci i dizajnerzy prześcigają się tu w pomysłowości, nikt nie liczy kasy wydanej na metr kwadratowy. Morgi są dzielnicą ludzi z seriali – nawet tonąc w deszczu, sprawiają wrażenie lepszego miejsca. Mieszkańcy podzielają tę opinię, przyglądając się światu zza panoramicznych szyb. Ich czas to początek lat dziewięćdziesiątych, złoty okres dla cwaniaków ze znajomościami po obu stronach zdychającego systemu. Dziś dawni ubecy i cinkciarze wysyłają swoje dzieciaki do prywatnych szkół albo za granicę, gdzie starają się one nie mówić popolsku.

Ktoś taki jak Rysiek mógł się znaleźć w tym miejscu tylko w jednym celu. Teraz jest mocno rozczarowany. Przez godzinę tłukł się autobusem, bo miał nadzieję na więcej. Więcej życia w tych marmurowych wnętrzach. Wszyscy pozostali uczestnicy imprezy są o dwadzieścia lat młodsi od niego. Chodzą do tego samego liceum i tylko to ich łączy. Wymalowane dziewczyny wyglądają naprawdę dobrze, a chłopcy wyglądają jak dziewczyny. Ktoś robi zdjęcia na Insta i przez parę sekund wszyscy udają, że się dobrze bawią. Rysiek ma lekarstwo na takie dolegliwości. Jest, niejako z zawodu, naprawdę miłym gościem. Dostarczycielem dobrego nastroju. I ma dla wszystkichlekarstwo.

Diluje tylko zioło. Halucynogeny są nieopłacalne, amfetamina to same kłopoty. Handel zielem jest właściwie pracą społeczną – nie ma innej branży w tym kraju, która od dwudziestu lat nie uległa inflacji. Jest i było trzy dychy zagram.

Dosiada się do stołu, zarośnięta twarz odbija się w ekranie plazmowego telewizora. Salon jest większy niż całe jego mieszkanie. Uśmiecha się do spiętych dzieciaków, jego uśmiech mówi, że nie ma się czego bać. Na wszelki wypadek, gdyby już coś o nim wcześniej słyszeli. Dziś jest dla nich Świętym Mikołajem, taką ma pracę. Bez słowa roluje blanta, stuka nim o szkło blatu, żeby ubić zmieszany z tytoniem towar. Bez pytania puszcza go w obieg i bierze się do następnego. Nawet niepalący krztuszą się dymem, żeby nie wyjść na frajerów przy reszcie. Nikt nie liczy wydanych pieniędzy rodziców. Rysiek częstuje na kredyt. Rozliczą się przy wyjściu, tego akurat jestpewien.

Diler wyższej klasy prócz zioła zapewnia też rozrywkę. Każe wyłączyć dyskotekowe gówno i podaje dzieciakom płytę Tricky’ego. Kiedy alkaloidy THC przedostają się do krwiobiegu, opowiada parę bytomskich motywów. Wszyscy śmieją się z jego ulicznych historii, chociaż, Rysiek wie o tym dobrze, sami posraliby się ze strachu w mieście po zmroku. „I don’t feel really real”, szepcze z głośników Tricky. Rysiek to rozumie. Powietrze robi się ciężkie od dymu, dziewczyny ruszają biodrami w ospałym rytmie, makijaż rozmazuje się pod wpływem potu. Indyjski rum przelewa się ze szklanek na puchaty dywan. Teraz jestdobrze.

– Podobno kiedyś byłeś bokserem? – pyta chłopiec z grzywką na oczach. – Znam się trochę na sporcie, gram wgolfa.

– Pasjonujące – odpowiadadiler.

– Nie wiedziałem, że Mała zna takich ludzi jak ty – przyznaje niechętnie młody. W normalnych okolicznościach, gdyby nie było z nimi obcego, pełniłby pewnie rolę samcaalfa.

– Ona też długo nie zdawała sobie z tegosprawy.

Rysiek nie pamięta okoliczności, w których poznał organizatorkę imprezy. Mała to chyba ta czarna, która wygląda na młodszą od reszty i rzadko się odzywa. Kiedyś wyrośnie z niej piękna kobieta. Na razie przygląda się światu wielkimi orzechowymi oczyma osadzonymi jakby na wyrost w bladej buzidziecka.

– Kto by pomyślał – mówi dalej młody z grzywką. Chyba założył, że to może być początek pięknej przyjaźni, albo chce mieć w znajomych bytomskiego handlarza narkotyków. – W szkole to jeszcze jedna mysz, jeśli wiesz, o czym mówię. Nigdy wcześniej nie zapraszała do siebie megaspoko ludzi. My też do niej nie przychodziliśmy. Fajnie, że mogliśmy się dzięki niej tupoznać.

– Znaczy, my? – pyta zdziwiony Rysiek. – Ano tak, rzeczywiście.

Potem tłumaczy, że nie pamięta swojego numeru telefonu i nie ma e-maila, ale z pewnością się jakoś do niego odezwie. Odbiera wizytówkę. Kiedyś coś razem zapalą i pójdą grać w golfa. Już nie może się tego doczekać. Kończąc rozmowę, przygląda się nastoletnim japiszonkom, bo po to tu przyjechał. Żadna ze skazanych na życiowy sukces dziewczynek nie chciałaby mieć z nim na co dzień nic wspólnego. Dziś jednak spotykają się na imprezie. Rzeczywistość na jedną noc zakłada rogatą maskę. Ryś roluje kolejnego blanta i uśmiecha się dowszystkich.

– Starzy się nie wkurwią? – pyta Małą. – Ktoś już obrzygał kibel na piętrze, a gość w kuchni przybija widelcem kanapki dościany.

– Może nie powinieneś im dawaćzioła?

– Racja. Niektórzy są za głupi na narkotyki. Jeśli chcesz, to ja tego wkuchni…

– Nie trzeba. – Dziewczynka kręci głową. – Tak naprawdę to rodzice namówili mnie, żebym tu wszystkich zaprosiła. Specjalnie wyjechali na weekend, nawet zobowiązali się potem wszystkoposprzątać.

– Bezstresowe wychowanie i w ogóle? – dziwi się Rysiek. Ekshipisów zwykle nie stać na takierezydencje.

– Nie, ale się o mnie martwią. Pani psycholog powiedziała, że mam niezdolność nawiązywania relacji społecznych i nie potrafię się skupić na rzeczach, które mnie nieinteresują.

– O kurwa. – Ryś kręci głową. – Mam tak chyba odurodzenia.

– Ale twoi starzy nie mieli korporacyjnego poczuciawiny.

– Mojemu staremu przydałoby się trochę jakiegokolwiek poczucia winy. Co masz namyśli?

– Byli bardzo zajęci w pracy. Dopiero po szesnastu latach zarejestrowali, że majądziecko.

Rysiek wspomina przez chwilę własnych rodziców i dom, w którego okolicach się wychował. Dopija rum, powstrzymuje się odkomentarza.

– Na pierwszy rzut oka wydajesz się całkiem w porządku – mówi. – Inteligentna i w ogóle. Rozmawiamy już chwilę, jest między nami dwadzieścia lat różnicy i wcale tego nieodczuwam.

Dziewczynka patrzy na niegokrytycznie.

– To nie kwestia dojrzałości. I działa w dwiestrony.

Śmieją się. Diler lubi złośliwedziewczyny.

– Od dawna zajmujesz się sprzedażą narkotyków? – pyta Mała poważnymtonem.

– Nigdy w ten sposób o to nie pytaj. Powinnaś powiedzieć: „Dawno już dilujesz?”. To są właściwe słowa, ale ich też lepiej nie używać. Większość kolegów z branży nie lubi opowiadać o sobie. Każdy dwunastolatek z centrum Bytomia to rozumie. Tu, na strzeżonych osiedlach, brakuje wamobycia.

– Powiedział czterdziestoletni przestępca spędzający sobotni wieczór na imprezie znastolatkami.

– Trzydziestodziewięcioletni. Bywanie na imprezach to mój zawód. Mogło być gorzej. Trudno dziś utrzymać się tylko z godzin trenerskich. Kiedyś tozrozumiesz…

– Nigdy cię nie złapali? – pyta Mała tonem postaci z serialu BreakingBad.

– Kto miałby na mnie donieść? Przecież miły ze mnie koleś. I przydatny. Jak pani w nocnym. Jej nikt sądził niebędzie.

– Tak sobieracjonalizujesz?

Rysiek czuje, że bawi go ta rozmowa. Mała pasuje do tego środowiska jeszcze mniej niż on. Tymczasem impreza wokół się rozkręca, potrwa pewnie jeszcze ze dwie godziny, zanim chłopcy w obcisłych spodniach się porzygają, a dziewczynki zaczną robić rzeczy, których potem nie będą pamiętać. Ma jeszcze trochęczasu.

– I co z tymi twoimi rodzicami? Zaprowadzili cię do psychologa, bo nie pasujesz do wystrojuwnętrza?

Mała kiwagłową.

– Zobacz, jesteś od wszystkich o dwadzieścia lat starszy, a i tak rozmawiali więcej z tobą niż ze mną. Dzieci lekarzy, które będą lekarzami. Życie zaplanowane aż do emerytury w domu rodziców. Nie wydaje ci się toprzerażające?

– Widywałem zdecydowanie bardziej przerażające rzeczy, ale brzmi cholernie nudno. Jeden z nich nawet gra w golfa, wiesz? A ty próbujesz być sprytniejsza i szukasz w życiu planuB?

– Właśnie.

– Za parę lat się zakochasz i dojdziesz do wniosku, że droga, którą wytyczyli ci rodzice, nie jest wcale taka zła. Że można jej przez chwilę spróbować. Zanim się obejrzysz, będziesz miała własne biuro projektowe i dwójkę dzieci. Dla nich też sama zdefiniujesz szczęście. I będziesz się śmiać z tego, co terazgadasz.

– Może i tak. A może nie. Prawdziwy z ciebie myśliciel. Encefalopatiabokserska?

Na podłodze w kuchni rozwala się coś szklanego, jeden z chłopaczków śmieje się opętańczo, któraś z dziewczyn krzyczy. Rysiek wzdychaciężko.

– Załatwię to. Ciebie i tak nieposłuchają.

To był ten od golfa. Teraz bez mrugnięcia okiem zbiera rozbitą zastawę. Kiedy to robi, Rysiek przygląda się jego koleżance albo dziewczynie. Wydaje się starsza od Małej, na oko osiemnastoletnia, z rudymi włosami i zielonymi szkłami kontaktowymi. Dzięki Bogu za zumbę i dancehall, jej ciało wygląda świetnie. Ma duże piersi, które tylko u nastolatek są jeszcze takie jędrne. Diler patrzy jej w oczy ponad plecami schylonego golfisty i natychmiast zapomina o rozmowie zMałą.

Pyta o imię, zawód rodziców, żartuje na temat znanego piosenkarza. Czubkami palców muska jej rękę, nalewając wódkę z sokiem. Dziewczyna się nie cofa. Przed chwilą się przedstawiła, ale muzyka była zbyt głośna i teraz Rysiek musi się do niej zwracaćbezosobowo.

– Mam trochę marokańskiego haszu na specjalne okazje – mówi z uśmiechem. – Poszukamy sobie jakiegoś pokoju napiętrze?

Udaje, że się zastanawia. Czuje jej zapach, kiedy znikają dyskretnie w korytarzu. Ruszają się powoli, odurzeni ziołem, nerwy wyczulone na zmysłowe bodźce jak seksualne sejsmografy. W tym stanie trafiają do pokoju rodziców. Bez słowa lądują na sztruksowej narzucie. Ze zdjęć patrzy na nich z białym uśmiechem szczęśliwa rodzinaMałej.

Całują się, aż nie zaschnie im w ustach. Potem dziewczyna odwraca się plecami, rude włosy opadają na buzię, zaciska palce na ramie łóżka. Jak na licealistkę, zna się na rzeczy. Błyskawicznie zrzucają ubrania. Pozostaje chwilę z ustami przy jej piersiach. Oddychają szybko. Makijaż rozmazał się trochę, orientalne rysy wydają mu się przez to jeszcze bardziej podniecające. Dziewczyna gryzie go w ramię, kiedy jej dotyka. Potem siada mu na twarzy. Rysiek ma teraz łechtaczkę przy swoich wargach, palce zatapia głęboko. Robi się wilgotna. Zapach haszyszu miesza się z zapachem perfum. Pierdolą się od tyłu, ignorując skrzypienia łóżka i znaczące chichoty z dołu. Jej ręce wędrują z własnych piersi na biodra mężczyzny, narzucająctempo.

– Mocniej.

Zioło dobrze wpływa na seksualną wydajność, kochają się prawie godzinę. Kończy na jej piersiach i twarzy, dziewczyna śmieje się, pot i sperma spływają wraz z resztkami makijażu. Potem długo leżą razem, pogrążając się w niebycie, smakując ostatnie chwile tego przypadkowego spotkania, które, co do tego oboje nie mają wątpliwości, musi się wkrótce skończyć. I nigdy się niepowtórzy.

*****

Nadia Wid czeka na Małą. Właściwie aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest w stanie czekać na kogokolwiek. Do tej pory Mała pojawiała się sama, czy trzeba, czy nie trzeba, absorbując uwagę i zajmując miejsce, ale od tygodnia jej nie było, a telefon przestał odpowiadać. Ostatnie tłuste lata sprawiły, że Nadia Wid wysoko sobie ceni swój czas, dlatego jest na smarkulę wściekła. Powie jej i jej starym, co myśli o takim wychowaniu. Dlatego czeka, ale nie ma zamiaru robić tegobezczynnie.

*****

Przez parę kolejnych dni Ryszard Zwierz jest zbyt zajęty, żeby wracać myślami do imprezy. Zapomina imiona, ma w tym sporą wprawę. Jest miłym gościem, ale nie przywiązuje się do myśli, twarzy i miejsc. Oduczył siętego.

Z brezentowej torby wyciąga rękawice, owijki, strój i ochraniacz na szczękę. Rytualizuje drobne gesty w szatni, czerpie z nich przyjemność. W jego życiu rozmieszczenie przyrządów w torbie i godzina osiemnasta piętnaście w sali na placu Sikorskiego to jedyne powtarzalne elementy. Intymna resztka porządku w świecie kierowanym zasadą entropii. Bez niej byłby tylko jeszcze jednym dilerem w mieście kurew ibandytów.

Na sali widzi kilka nowych twarzy. To dobrze. Siłownie w centrach handlowych stopniowo odbierają mu klientów. Ludzie dzisiaj mają słabość do chromowanych dodatków i panoramicznych szyb. Lubią dobrze wyglądać, ćwicząc, a to akurat z jego sportem ma naprawdę niewiele wspólnego. Jego sport od zawsze śmierdział przepoconymi rękawicami, krwią i śliną. Ludzie mogą grać w golfa albo w tenisa, ale nikt nie gra w boks, prawda?

– Kim jest ten duży? – pyta Cygana, z którym w swoim czasie i na lewo zarobił, a potem przejebał więcej kasy, niż jest dziś warta cała ichfirma.

Cygan wzruszaramionami.

– Duży, bardzo silny, mało skoordynowany, coś tam kiedyś ćwiczył – streszcza.

– Pytałem raczej o imię – krzywi sięRysiek.

Właśnie przez takie instrumentalne podejście ubywa im klientów. Cygan na wieść o tym, że ktoś na sali złamał nos, zwykł mawiać, że to dobrze, bo za drugim razem mniejboli.

– Nie znam jego imienia. Dobry jest. Może zagrzeje tu sobiemiejsce.

– Niesądzę.

Po zakurzonych szybach ścieka wiosenny deszcz. Spocone ciała to nikną, to wychodzą z cienia. Słychać ciężki oddech, uderzenia i zgrzyt łańcuchów, na których podwieszono worki. Nowy próbuje za wszelką cenę się pokazać. Ewidentnie ma doświadczenie w biciu ludzi, co jednak nie musi łączyć się zboksem.

– Zmiana w parach – zarządzaCygan.

Sparring ma być na trzydzieści procent. Nowy uderza z całej siły cepami, rozbijając gardę. Brutalność skutecznie zastępuje technikę. Krew z rozbitych ust partnera drobnymi kroplami pstrzy mu koszulkę. Ryś z uwagą przygląda się twarzy zwycięzcy. Spływającej potem, nalanej, zadowolonej z siebie. Nowy rechocze i bez słowa odwraca się do kolejnego przeciwnika. Rysiek zna takich ludzi. Znał ich przez całe swojeżycie.

„Morda, szmato. Tylko na siebie popatrz. Nie pierdol, że boli. Bądź ciszej, bo dzieciakusłyszy”.

Ryszard Zwierz dawno już nie wspomina takich rzeczy. Nie jest zbyt rodzinnym człowiekiem. Nowy nie traktuje go jak trenera, w jego mniemaniu pod względem umiejętności są sobie równi. Dycha za każdego takiego frajera i Rysiek przestanie sprzedawaćnarkotyki.

– Poruszamy się? – pytagrzecznie.

Nowy nie traci czasu na wyczuwanie dystansu. Wchodzi w niego na chama dwoma sierpami, które mają za zadanie raczej przebić obronę, niż ją ominąć. Nie jest bokserem, ale napierdalacz z niego niezły. Zwierz widzi pracę szczęk, grube żyły pulsują na skroniach jak robaki. Schodzi głową w lewo skos przed prostym. Rękawice opiera o czoło, bo przy tej różnicy masy tylko tak utrzyma gardę. Zbija łokciem drugi strzał. Potem unika rotacyjnie, żeby przerwać bitą na ślepo serię przeciwnika. Odskakuje, wychodzi z dystansu. Do tej pory nie zadał jeszcze żadnegociosu.

Łatwo można przeszarżować w walce z mańkutem – nowy nadziewa się na kontrę. Stopuje go proste uderzenie z prawej. Bokser rusza się bez przerwy, pilnuje wykrocznej nogi na zewnątrz. Pozornie bez wysiłku, balansem ciała unika serii trzech cepów. Markowanym prostym ustawia przeciwnika i wkręca zdradzieckiego haka w wątrobę, narusza go podbródkowym, unika klinczu i sierpem kończy swojąkombinację.

Ma go. Pojedynek zawodowca z amatorem potrwał jakieś sześćdziesiąt sekund i Rysiek jest rozczarowany. Skoro już wypuścił bestię, należy jej się dłuższy spacer. Dobija kombinacją prostych i sierpów. Popisuje się, kończąc walkę bez gardy. Nowy zostaje na kolanach z ustami czerwonymi jak dojrzałe wiśnie. Zasłużył sobie. Sam się o to prosił, prawda? Cygan kręci sceptycznie głową na widok krwi, Ryś wzruszaramionami.

Kiedy wraca do szatni po długim i ciepłym prysznicu, nie ma tam już nikogo. Nowy zwinął się najwcześniej z twarzą obłożoną lodem jak ryba wsupermarkecie.

– Ze wszystkich twoich głupich pomysłów w ostatnim czasie… – zaczyna Cygan przy wyjściu zklubu.

– Daj spokój. – Rysiek uśmiecha się niewinnie. Bestia śpi głębokim snem. – Facet rozrabiał, popisywał się, robił krzywdę początkującym. Nie potrzebujemy tu takiego elementu, prawda? To był dobry uczynek. Przynajmniej nie zażądał zwrotuskładki.

– Myślisz, że mówisz mi coś, o czym nie wiem? Powinienem do was podejść, zanim zrobiłeś mu z ryjamielone.

– Podaćkaski?

– Kurwa mać, stary, przecież to był gliniarz. Chłopcy go rozpoznali. Nie mam pojęcia, czy przyszedł tu się czegoś o tobie dowiedzieć, czy tylko poboksować, ale gwarantuję, że po dzisiejszym treningu dobrze cięzapamięta.

*****

Nadia Wid po raz pierwszy od bardzo długiego czasu martwi się o kogoś, chociaż nie powinna. Mała była dla niej tylko utrapieniem. Ceną, którą płaci się za sławę, jeśli nie chce się zostać kompletnym warszawskim dupkiem. Prawie codzienne wizyty stanowiły haracz spłacany sumieniu. Tak, mam sporo forsy, jestem popularna, dawno już zapomniałam o rzetelnym dziennikarstwie, ale pomagam małym dziewczynkom pisać eseje i w ogóle. Ostatnio trochę brakowało im rozmów, Mała stopniowo zamykała się w sobie, ale to się przecież zdarza nastolatkom. Większość opornie godzi się ze świadomością, że ludzie jako gatunek mają więcej powodów do wstydu niż do dumy, a złe rzeczy w życiu wydarzają się nieuchronnie, podczas kiedy dobre tylko przypadkiem. Nadia myśli o tym wszystkim i trochę się martwi, chociaż niepowinna.

Rodzice Małej poszli na policję dopiero po paru dniach. Młode i ładne dziewczyny ginęły na Śląsku nader często. Znajdowały się potem na wysypiskach śmieci albo w niemieckich burdelach. Nadia pisała o tym, kiedy jeszcze była prawdziwądziennikarką.

Przez parę tygodni bezskutecznie próbuje zapomnieć się w pracy. Zdążyła zauważyć, że im wyżej się wspina, tym mniej jest do roboty. Poznała już paru ludzi z samego szczytu. Tam wystarczy po prostu być, fotografując się na ściankach, jedząc darmowe kolacje w restauracji Magdy Gessler, chwaląc się znajomościami w Sejmie i stosując się do jeszcze paru innych zasad gadziego ekosystemu. Teraz jedzenie staje w gardle, napięcie rośnie, adrenalina robi swoje. Trudno stłumić atawistyczny odruch uruchomiony zaginięciem Małej. Nadia nie jest pewna, czy rzeczywiście chodzi jej odziewczynkę.

Dlatego teraz ogląda Morgi zza zalanej deszczem szyby samochodu. Lato tego roku było chłodne, przyniosło za sobą komary, reumatyzm i powodzie. Wycieraczki ślizgają się po szkle, willa rozpływa się w mroku, na podjeździe marznie długowłosy chłopak. Nadia przybyła tu właśnie do niego, ale instynkt każe jej pozostać w samochodzie i obserwować rozwójwydarzeń.

Nie było go na imprezie. Wtedy jeszcze siedział w Paryżu na jakieś zagranicznej wymianie organizowanej przez szkołę. Nie wrócił na wieść o nieszczęściu. Dopiero kiedy czas wyjazdu minął, poznał szczegóły dotyczące zaginięcia swojej dziewczyny. I razem z jej rodzicami „pogrążył się w żałobie”. Nadia nie wie właściwie, co spodziewa się od niego usłyszeć. Nie było go tu przecież. Rozpoczyna swoje prywatne śledztwo tak jak kiedyś, na czuja, bo układanka nie pasuje do obrazka. Osiemnastoletni Adam nie wygląda na zrozpaczonego. Żałoba to ciężka praca wykonywana w samotności. Chłopak zdecydował się jednak podzielić się z kimś swoim cierpieniem. Na podjeździe towarzyszy mu dziewczyna, razem wchodzą do samochodu. Jeśli dobrze pamięta ich rozmowy i szkolne zdjęcia Małej, ruda jest jakąś jej przyjaciółką. Żałoba musi rzeczywiście zbliżać do siebie ludzi, bo dzieciaki w aucie nie mogą się od siebie odkleić. Ich przednia szyba też spływa deszczem, mieszając czerń i czerwień we wnętrzuwozu.

Nadia wycofuje się. Włącza światła, dopiero kiedy dom znika za drzewami. Czuje się jak podglądaczka. Tyle już czasu minęło, odkąd wypadła z zawodu. Brakowało jej tegouczucia.

*****

Spokojny oddech, regularny rytm kroków, w słuchawkach Pearl Jam. Kiedy akurat nie ćpa albo nie pije, lubi sobie pobiegać. Są jeszcze na świecie ludzie, którzy nazywają go trenerem – czuje się zobowiązany. Może tylko to różni go od starego, beznadziejnego alkoholika odkręcającego gaz nie zawsze po to, żeby zagotować wodę na kawę. Szósta rano – nastoletnie prostytutki z rozmazanym makijażem wracają o tej porze do domu, pijacy wyją żałośnie, budząc się rano w parkach, bo od ziemi ciągnie zimno jak cholera. Miasto leczy kaca. Mimo to drzewa wyglądają świeżo, powietrze jest rześkie, czasem nawet mija ludzi spacerujących tu z psami. Pod warunkiem, że są duże i groźne. Krok za krokiem, ręce nawykowo dopasowują się do rytmu, markując bloki i uderzenia. Krok za krokiem, Zwierz uświadamia sobie, że pod stopami ma cienką warstwę ziemi ponad opustoszałymi pokładami kopalni. Szkody górnicze. Cały Bytom stanowi zastygłą skorupę ponad kilometrami pustych korytarzy, które zapadają się czasem, przypominając o sobie głuchymi wstrząsami w środkunocy.

Trzy kilometry i trzy utwory dalej, gdzieś między Daughtera Rats, ściera z czoła pierwsze krople potu, po prawej stronie mija wysoki płot strzeżonego osiedla. Widoczny ponad równo przyciętym żywopłotem biały marmurowy dworek należy do byłego prezydenta miasta. Zwierz widział człowieka raz w życiu, na otwarciu hali sportowej na Szombierkach. Jedenasta rano, a gościa trzeba było podpierać z dwóch stron przy przecinaniu wstęgi. Teraz mieszka sobie tutaj ze świtą i z rodziną, bardzo dbając o to, żeby żaden wyborca nie zawieruszył się przypadkiem po drugiej stroniepłotu.

Pomiędzy tym wszystkim ci, którzy próbują żyć, jakby świat był w porządku. Piekarze, sprzedawczynie, pielęgniarki, nauczyciele. Coraz ich mniej w ostatnich czasach. W oczach Zwierza wszyscy są lokajami polerującymi srebra na Titanicu. Nawet w Al-Jazeerze mówią, że Bytom to patologia. Dla spokoju sumienia stara się nie zastanawiać zbyt długo nad własną rolą w tym cyrku. Bicie ludzi i narkotyki. Jego pozytywny wkład w życie społeczne ogranicza się do niechętnego płacenia podatków za działalnośćklubu.

Krok za krokiem, zimna kropla potu spływa między łopatkami, koszulka lepi się do ciała. „How much difference does it make?”, śpiewa Eddie Vedder. Za parę godzin na placu zabaw pojawią się dzieciaki. Wieczorem park będzie należał już do jego klientów. Jutro rano znów przyjdzie tutaj pobiegać. Bytom to dziwne miasto. Kiedyś pęknie i zapadnie się jak kra wiosną na powierzchni stawu. Były bokser wyobraża sobie to przez chwilę. Od razu lżej mu siębiegnie.

*****

Kolejny logiczny krok to rozmowa z rodzicami. Zaginięcie jest pod pewnymi względami gorsze niż śmierć. Rodzice Małej pewnie wyobrażają ją sobie teraz we wszystkich burdelach świata, krzywdzoną w taki sposób, że śmierć może wydawać się wyzwoleniem. Nadia nie ma dziś na toczasu.

Hotel Monopol w Katowicach zrobił, co mógł, by stanąć na wysokości zadania. Premiera filmu zasłużonego reżysera połączona z akcją dobroczynną na rzecz zmarłego w wypadku dziennikarza (Krzyż Zasługi, kondolencje prezydenta). Grunt to odejść z hukiem. Pojechała. Nie było innegowyjścia.

Przekąski (oczywiście Magda Gessler), tłum dziennikarzy, drogie suknie i buty (Louboutin albo podróby) oraz oblepiona celebrytami ścianka. Fragment rzeczywistości jakby żywcem wyrwany z LA. Robi wrażenie, jeśli się go odpowiednio wykadruje. W głównej sali znany piłkarz opowiada jej o problemach ze sponsorami. Wspomina, że na Śląsku jest po raz pierwszy, sam. Nie wie, gdzie się obrócić, co można tu zobaczyć oprócz kopalni. I jest sam. Bez żony. Nadia przy pierwszej okazji pozwala się ponieść fali gości. W tym tkwi tajemnica bywania na takich imprezach. Dobrze wyczuć wewnętrzne napięcie tłumu. Dryfować.

Wygląda świetnie w czarnej koktajlowej sukni i szpilkach z paskami na kostce. Na tle pozostałych – całkiem skromnie. W telewizji uczyniła z tego swój atut. Wszyscy czekają w napięciu, aż wreszcie się skurwi. Pan Reżyser zgadza się udzielić wywiadu, co samo w sobie jest towarzyską nobilitacją. Dyskretnym sygnałem uznania dla jej zawodowych wyborów. Mniej depresyjnych reportaży, więcejoptymizmu.

– Celem tego filmu jest nawiązanie kontaktu z młodym pokoleniem. My, doświadczeni w socjalizmie, urodzeni w latach czterdziestych… – „Zaraz będzie Solidarność”, myśli sobie Nadia. – My, pokolenie Solidarności, mamy swego rodzaju moralny obowiązek przekazać im wypracowany w trudnych czasach system wartości. Może jesteśmy ostatnią generacją, która jest to w staniezrobić.

Lubi słuchać własnego głosu. Wywiady z nim to robota głupiego. I tak mówi to, na co maochotę.

– Zadanie nie jest łatwe. Młodzi dzisiaj mają inne zajęcia. Internet, pornografia, narkotyki… Mam nadzieję, że mój film do nich dotrze. To posłannictwo, które…

Wymyka się, zanim piłkarz zrobi się nachalny, a najebany Pan Reżyser zaśnie na stole. Wychodząc, mija pomieszczenia telekonferencyjne. Studenci dziennikarstwa oglądają przebieg fety na dużych ekranach i piszą na zaliczenie sprawozdania do uczelnianej gazety. Na salę nie wejdą, bo drzwi są zamknięte. W środku mają herbatę w plastikowych kubkach iciasteczka.

Następnego dnia znowu jedzie na Morgi. Dom rodziców jest pusty, straszy pozamykanymi oknami, we framudze pulsuje czerwone światło alarmu antywłamaniowego. Sąsiadka, jedna z tych, które zza zasłon widzą wszystko i o wszystkim wiedzą, czeka na nią przy samochodzie. Gdyby Nadia nie była panią z telewizji, kobieta pewnie nigdy nie odważyłaby się do niej podejść. Na strzeżonych osiedlach zwykle nie gada się z nieznajomymi. Ciekawość okazuje się jednak silniejsza odstrachu.

– Państwo Dunikowscy wyjechali – stwierdza.

Nadia zastanawia się, czy kobieta cały dzień siedzi w domu w makijażu, czy może zdążyła się teraz błyskawicznie pomalować, na wypadek gdyby dziennikarka pojawiła się tu zkamerą.

– No, najwyraźniej – odpowiada, zapalając papierosa. Częstuje, ale sąsiadka odmawia. – Chciałam z nimi porozmawiać o zaginięciu ich córki. To w sumie sprawa prywatna. Trochę się z Małąznałyśmy.

– Bardzo miła dziewczyna – podpowiada usłużnie rozmówczyni. – Nigdy nie było tu z nią żadnychproblemów.

W lepszych dzielnicach słowo „miły” jest synonimem słowa „niewidzialny”.

– Zaginięcie dziecka musiało być dla państwa Dunikowskich wielkim szokiem – stwierdza odkrywczo Nadia. Chyba wyszła z wprawy, jeśli chodzi o przeprowadzaniewywiadów.

– To prawdziwy dramat. Nigdy dotąd nikomu z moich znajomych nie przytrafiło się nic podobnego – mówi kobieta z ledwie skrywaną satysfakcją w głosie. – Przez pierwszy tydzień z panią Dunikowską było naprawdę ciężko. A ten Dunikowski to chodził blady jak upiór i do nikogo się nie odzywał. No, niech pani sobie wyobrazi, co się teraz może dziać z tą dziewczyną. Wyrzucali sobie przy świadkach, że wtedy wyjechali na weekend. Że pozwolili małej zrobić tę prywatkę. Ale kto to mógł wiedzieć, droga pani, kto to mógłwiedzieć?

– Zniknęła zaraz po… prywatce? – pyta dziennikarka, testując słowo z kategorii wymarłych. – Dunikowscy wyjechali dawnotemu?

– Miesiąc po zaginięciu córki, to będzie ze dwa tygodnie temu. Prosili, żebym zwróciła uwagę na dom. Ale wtedy już wcale tak źle nie wyglądali. Trochę imprzeszło.

– Przeszło? Coś takiego może w ogóle kiedyśprzejść?

– Wie pani, w małżeństwie układało się tak sobie już od dłuższego czasu. Oboje dużo pracowali. Często widywałam, jak Dunikowski wraca do domu o północy i rano znowu do firmy. Takie teraz czasy… A nieszczęścia zbliżają ludzi dosiebie.

– Co pani powie. – Nadia przeciąga rozmowę. Sąsiadka nie zdążyła jej się nawet przedstawić, ale w pracy nauczyła się doceniać ludzi jej pokroju. Takich, którzy z braku własnego życia noszą w głowach klasery cudzychwspomnień.

– Wyjechali na długo, bo wiadomo, nigdy nie brakowało im pieniędzy. Ta sprawa z córką. Wydawało się, że przeszli przez to razem, że znowu zaczęli siędogadywać.

Nawykowo prosi o numer telefonu, a potem jak najszybciej się żegna i wraca do śródmieścia tą samą co wczoraj drogą. Tym razem ulice są suche, ale sine chmury nad miastem nabrzmiewają wilgocią, jakby lato w tym roku zostało odwołane. Państwo Dunikowscy podobno wyjechali do ciepłych krajów. Może postanowili cierpieć w hamakach nad brzegiem morza? Można i tak. Nadia ma sposoby, żeby tosprawdzić.

Telefon oddzwania przy czwartym drinku. Plazmowy telewizor z wyłączonym dźwiękiem oświetla jej bladą twarz. Dzięki Bogu za komórki, nie ma teraz nawet siły ruszyć się zfotela.

– Siema, skarbie. – Głos w słuchawce zaczyna tak, jak informatycy wyobrażają sobie, że należy zaczynać rozmowę z dziewczynami. – Co u ciebie słychać? Może zamiast pić w samotności, wpadniesz czasem do nas do stolicy nadrinka?

– Koniecznie – obiecuje Nadia. W zamian dostaje informacje, na których jejzależało.

Ślad wydanych pieniędzy ciągnie się za Dunikowskimi jak śluz za ślimakiem. Tak to już dzisiaj wygląda. Im więcej masz, tym trudniej cizniknąć.

– Karty kredytowej używano wielokrotnie w Paryżu i Londynie. Zapłacono z niej też za podróż z Heathrow do Palermo. Jutrzejszym lotem. Wybierasz się może do ciepłych krajów, piękna?

– Nie sądzę – odpowiada Nadia – ale dzięki ci bardzo, kochanie. Jak zawsze robisz za mojego anioła stróża w nieprzyjaznej otchłaniinternetu.

– Szkoda, że cię teraz nie widzę. – Głos w słuchawce się śmieje. – Jesteś piękna, kiedykłamiesz.

– Skądwiesz?

– Widziałem wtelewizji.

Dziennikarka robi sobie piątego drinka, zalewając wódkę wyciskanym sokiem z pomarańczy. Teraz proporcje wynoszą już pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Na ciekłokrystalicznym ekranie hiperrealne twarze bohaterów telenoweli prowadzą w pełnym zbliżeniu jakąś dramatycznąrozmowę.

– Wy-pier-da-lać – sylabizujegłośno.

Nawet nie chciała tej cholernej plazmy. Maciek zostawił, kiedy sięwyprowadzał.

– Łaskawca pierdolony – mruczy do siebie Nadia i robi jej się od tegolepiej.

Przez chwilę rozważa możliwość, że Dunikowscy zwyczajnie sprzedali swoją córkę i dlatego teraz tak szastają forsą. Niedorzeczny pomysł. Nie licząc zwykłych problemów okresu dojrzewania, relacje Małej ze starymi układały się dobrze. Kochali ją całą resztą sił, które pozostawały im po powrocie z pracy. Była dla nich ważna. Dobrze się uczyła, nie popadła w narkotyki, wciąż była dziewicą, w dodatku znalazła sobie uczciwego chłopaka w swoim wieku. No i proszę. Nawet dwa miesiące nie minęły i okazuje się, że świat równie sprawnie kręci się bez niej. Że porządną, dobrze wychowaną dziewczynkę zawsze da się zastąpić inną dobrze wychowaną dziewczynką, ziemia jest lżejsza o jedno istnienie, Caritas wzbogaci się o parę markowych ciuchów i nie będzie można nawet nikogo za to obwinić. Rodzice zrobili, co mogli, chłopak też pewnie wypłakał swoje. Wszyscy doskonale poradzili sobie w trudnej sytuacji. To niczyja wina, że Mała była dobrym człowiekiem, a mimo to bez niej wszyscy wydająsię…

– Wydają się szczęśliwsi – dopowiada swoje myślidziennikarka.

Odbija jej się niestrawionym alkoholem. Bezskutecznie maca wokół siebie w poszukiwaniupilota.

*****

W innych okolicznościach pomyślałby, że jest ładna, ale tym razem prawie tego nie spostrzegł, bo nie lubił klubów i nie lubił dziennikarzy. Było za głośno, siedzieli przy jedynym wolnym stoliku, tuż przy kiblach. Z każdym otwarciem drzwi na skraju pola widzenia pojawiali się szczający do pisuarów goście. Mieszanina dźwięków nazywa się chyba dubstepem i męczy jak ból zęba. Takie miejsca odwiedza tylko w interesach, w dodatku kobieta nalegała na spotkanie tak mocno, że zrobił siępodejrzliwy.

– Bardzo się cieszę, że znalazłeś czas, żeby się ze mną zobaczyć – zaczyna dziennikarka. Używa tego swojego poufałego tonu, którym w telewizji rozmawia się z ludźmi z głębokiej prowincji. Czyżby aż tak źlewyglądał?

– Okropne miejsce. – Przeciskający się do kibla potrącają go co jakiś czas. Mruga i trze oczy. Halo stroboskopu osadza się na źrenicach. Kraków nocą jest cholernieprzereklamowany.

– Nie zastanawiałam się nad wyborem knajpy. Wydawało mi się, że z racji zawodu poczujesz się tu jak u siebie – mówi Nadia. I to już jest o parę słów zadużo.

– Z racji zawodu? Co masz namyśli?

– Przepraszam – wycofuje się dziewczyna. – Nie chciałam niczego insynuować. I absolutnie nie dlatego nalegałam naspotkanie.

Bokser kręci w zadumie głową. Dziennikarstwo telewizyjne schodzi na psy. Zastanawia się, ile metrów bieżących loda musiała zrobić ta pani, żeby pojawić się w ramówce. Wygląda egzotycznie, trochę jak Brazylijka. Ma ciemną oprawę oczu i ironiczny uśmiech, ale jest dziennikarką, więc w biosferze miasta naturalnym wrogiem ludzi takich jak on. Żadnych paktów znajeźdźcą.

Nadia też przygląda się mu uważnie. Jest od niej o prawie dziesięć lat starszy. Zgarbiony zawodnik, kolejny w korowodzie ludzi, którzy przepasowali swoje pięć minut. Siwieje, ma pionowe zmarszczki na zarośniętych policzkach i oczy koloru zastałej wody morskiej. „Bandyta”, przypomina sobie Nadia. „Teraz to zwykły bandyta”. Umówili się w knajpie blisko dworca, bo nie stać go nawet nasamochód.

– Tak jak już wspominałam przez telefon, chodzi mi o młodą Dunikowską. Spotkałam się z jej przyjaciółmi po zniknięciu. Twierdzą, że mogłeś być ostatnim człowiekiem, który z nią rozmawiał. Policja nie próbowała się z tobąkontaktować?

– Nie w tej sprawie. Znam wielu ludzi, ale chyba nikogo o nazwiskuDunikowski.

– Impreza w wielkim domu na Morgach, parę tygodnitemu?

– Aha. To była ta ruda zdużym…

Nadia bez słowa podaje mu zdjęcie. Znają się zaledwie kwadrans, ale już zdążyła go znielubić. Muzyka dudni w uszach, sala dla palących nie ma klimatyzacji i jej lśniące od olejku arganowego włosy już przesiąkły dymem. Nie trzeba szukać lepszego lokalu, to nie potrwadługo.

– Pamiętam, to była impreza w domu jej starych. Kumaty dzieciak. Rozmawialiśmy chwilę o nieważnych rzeczach, więcej jej nie widziałem. Bardziej ci nie pomogę. Skarżyła się na rodziców. Pewnie zwiała z domu. Takie rzeczy zdarzają się nawet w bogatych rodzinach, conie?

– Maja nigdy by czegoś podobnego niezrobiła.

– Możesz to stwierdzić z całą pewnością, jako dziennikarka i w ogóle? – Ryś uśmiecha siękrzywo.

– Mogę to stwierdzić, bo znam ją już od paru lat i rozmawiałam z nią pewnie częściej niż własna matka. Dobrze sięrozumiemy.

– Gdybyście się dobrze rozumiały – odpowiada obojętnym głosem bokser – wiedziałabyś, gdzie terazjest.

Halogenowe światło pada na twarz mężczyzny, oczy pozostają w cieniu. Pije gorzką żołądkową na lodzie. Szkło maskujegrymas.

– Pewnie masz rację. W końcu to tylko panienka z dobrego domu, prawda? Nie ma się czym przejmować. Nie sprzedajesz czasem GHB, przyjacielu? – Nadia zaciska usta, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Jest tu sama i nie wie, jak on zareaguje na pytanie. GHB jest składnikiem czynnym tabletekgwałtu.

Twarz Ryszarda Zwierza tężeje, ale tylko na chwilę. Potem kręcigłową.

– Wybacz mi – mówi. – Nie znam ciebie i nie znam tej dziewczynki. W chuj nie powinienem gadać o waszych sprawach. I nie, nie sprzedaję GHB, nie ruszam tego gówna. Każdy, kto tym handluje, ma u mnie przesrane. Tak jest, chociaż nie musisz miwierzyć.

– Zaufać dilerowi? – krzywi siędziennikarka.

– Zaufać dziennikarce? – krzywi siędiler.

– Nie mogę tak tego zostawić. Za długo ją znałam. Nie chciałbyś mi trochę pomóc w poszukiwaniach? – pyta kobieta. – Jeśli Mała zaginęła albo została porwana, ktoś z twojego środowiska może coś o tym wiedzieć. Takie rzeczy zdarzają się przecieżczęsto.

– Za często. Ale egzystując w tym, jak to nazwałaś, środowisku, o niektóre sprawy pytać nie należy. Tkwię w bagnie wystarczająco głęboko, więcej mi nie trzeba. Nie mam wygodnego apartamentu w stolicy, do którego będę się mógł zwinąć, kiedy zrobi się zbyt gorąco, rozumiesz?

Nadia patrzy na niego w milczeniu, dopijając drinka. Tchórz. Wokół nich zaćpani ludzie bawią się do hałaśliwej muzyki. Obok siedzą weseli kibice Wisły ze swoimi „świniami”. Żadna się nie obraża. Przecież nie ma oco.

– Nie, Ryszardzie. – Po raz pierwszy zwraca się do niego po imieniu. – Nierozumiem.

– To dziwne. Akurat ty powinnaś wiedzieć, że w pewnych środowiskach prawda może być tak samo niebezpieczna jak pigułkigwałtu.

Chyba właśnie powiedzieli sobie wszystko. Nadia zabiera z oparcia kurtkę, nie chce, żeby ją odprowadzać. Rysiek zostaje jeszcze chwilę. W milczeniu dopijadrinka.

Siedzący obok kibice już się zorientowali, skąd jest. W jego głosie łatwo wysłyszeć śląski akcent. Któryś próbuje zagadać. Prężąc się przed swoją dziewczyną, zaznacza teren. Reszta śmiechem zagrzewa go do akcji. Rysiek wstaje, odsuwa krzesło. Patrzy prosto w oczy prowodyrowi, potem pozostałym. Po kolei spuszczają wzrok. Jest szczuplejszy i starszy od nich wszystkich, ale żaden z „hodowców świń” jakoś nie ma teraz ochoty spróbować z nim szczęścia. Coś w jego sylwetce, nieuchwytnego jak rys zgarbionych ramion, przekonuje, że nie warto. Awantura z nieznajomym Ślązakiem jest kiepskim sposobem na rozkręcenie wieczoru. Coś w jego spojrzeniu sugeruje, że gdy przyjdzie co do czego, będą go musieli zabić, bo nie odpuści. Akurat ci kibice Wisły nie są jeszcze na togotowi.

Wciąga w płuca nocne powietrze. Ostatni bus do Katowic odjeżdża o 23.00. Załapuje się na niego. Przysypia, kiedy wloką się w kolejce do bramek na żałosną namiastkę autostrady A4. Oparty o szybę przygląda się przejeżdżającemu obok chevroletowi. Rozpoznaje kobietę za kierownicą. Odbicia w szkle między nimi tworzą lustrzany tunel, rozmazujący się powidok twarzy. Teraz są zgodni – oboje patrzą w drugąstronę.

*****

Kiedyś jako nieznanej nikomu dziennikarce śledczej było jej trudniej docierać do informacji. Teraz wielu ludzi chce z nią gadać, każdy ma nadzieję na swoje pięć minut w świetle reflektorów. Miasto takie jak Bytom kiepsko strzeże swoich tajemnic. Ma w nim wielu znajomych, którzy są jej winni przysługi. Uczciwych, ciężko pracujących znajomych. Nadia zwleka dwa dni, potem decyduje sięzadzwonić.

Starszy sierżant Lewandowski przywykł do tego miejsca, tak jak do myśli, że nie należy do ludzi, którzy mogliby sobie poradzić gdzie indziej. Wieczory spędzane przed telewizorem niczym medytacja utwierdzająca go w przekonaniu, że świata zmienić się nie da. Na swój sposób był porządnym człowiekiem, tak zwykła mawiać jego żona, kiedy jeszcze byli razem. Porządnym gliną. Sam uznałby się pewnie za bojownika przeciwko siłom entropii, gdyby znał tosłowo.

Blade światło ekranu uwydatnia sińce na grubo ciosanej twarzy. W ciągu ostatnich paru dni sporo o nich myślał. Bicie ludzi nie jest dla niego pierwszyzną – pełniąc obowiązki stróża prawa w mieście takim jak Bytom, pewne rzeczy trzeba sobie wpisać w koszta zawodu – ale obrywanie stanowi dla niego wciąż stosunkowo nowe doświadczenie. Radzi sobie z nim kiepsko. Ten cały Ryszard Zwierz to zawodowiec. Gdyby Lewandowski wiedział przed sparringiem, sprawy z pewnością potoczyłyby się inaczej. Nie zlekceważyłby go w taki sposób. Myśli o tym, wpatrując się w ekran, ale nie ma się z kim podzielić wnioskami, bo mieszkanie jest ciche i nieme już od dwunastu miesięcy i pięciu dni. Nie żeby to jakoś specjalnie liczył. Po prostuwie.

Ryszard Zwierz – trener na pół etatu w gymie Solo. Lewandowski od paru dni próbował się o nim dowiedzieć czegoś więcej, ale chłopcy z tego środowiska nie gadali z policją. Niejasne znajomości, podejrzane okolice, zbyt wiele zbiegów okoliczności – starszy sierżant nie otrzymał swojego stopnia za mistrzostwo w sztuce dedukcji. Zbyt wiele niepowiązanych ze sobą końców tylko powiększało jego frustrację. A potem, zupełnie jak w filmach, w słuchawce rozległ się znajomygłos.

*****

Pada już od wielu dni. Deszcz okrywa miasto jak prześcieradło. Kamienice przy ulicy Dworcowej to pomniki zaprzepaszczonych szans, sypią się secesyjne zdobienia, płatami łuszczy się farba. Światła neonów odbijają się w kałużach. Protekcjonalne uśmiechy na banerach reklamowych wyglądają tu jak z innego świata. Chłopaki w bramach czekają na swojego Godota, żeby go zdziesionować i wreszcie się napić. Zakapturzeni, cierpliwi mnisi przemocy. Realne bezrobocie wynosi tu czterdzieści procent, zamykają się kopalnie, w cieniach centrów handlowych bankrutują sklepy. Tylko trzy rzeczy są w śródmieściu dostępne całodobowo: seks, używki i wpierdol. Miasto wyspecjalizowało się więc w dilerce, szkołach tańca i klubach walki. Dostosuj się lub giń. Ewolucja i entropia działają bez zarzutu. Na domiar złego nie przestajepadać.

Handel dragami nie jest wcale tak łatwy, jak się wydaje. To biznes opleciony siecią zależności. Wolni strzelcy kończą z połamanymi nogami albo szczając w spodnie na komisariacie po uprzejmym donosie kolegi. Bandycki honor istnieje tylko w filmach. Ryśkowi udawało się zachować niezależność, bo znał sytuację i był dogadany z chłopakami z Gliwic. Tymi z mercedesów, których problemem było to, że broń automatyczna kiepsko się mieści pod dresową bluzą. Cholera, trenował kiedyś paru z nich, więc teraz zostawiali go w spokoju. Na ogół. Tyle że znajomości tego typu wymagają okazjonalnychprzysług.

Dlatego teraz chroni się przed deszczem w podcieniu zrujnowanej kamienicy, wkurwiony, z papierosem w kąciku ust. W zajezdni nieopodal mokną autobusy. Tylko przeżarty fetą mózg mógł wybrać godzinę spotkania. Trzecia w nocy to najgorsza pora na takie transakcje – każdy ruch rzuca się w oczy na opustoszałych ulicach. Nawet koty w tym mieście oglądają się za siebie o trzeciej w nocy. Torba treningowa z trzema kilogramami amfetaminy nieprzyjemnie ciąży w łapie, no a klient, kurwa jego mać, oczywiście sięspóźnia.

Mokre cienie ślizgają się między gałęziami drzew, Rysiek zaciera ręce. Wolałby być gdzie indziej. Stara beemka oświetla go, przejeżdżając wolno w stronę centrum. Kierowca zwalnia na chwilę, Rysiek stara się coś dojrzeć przez pogrążoną w mroku szybę. Samochód niespiesznie toczy siędalej.

– Kurwa mać – mruczy bokser. – Wy na prostej, ja na skręcie. Nigdy się niedogadamy.

Nie ufa feciarzom i tyle. Ma powody. Beemka już nie wraca, zamiast niej cień najbliższego autobusu wypluwa dyskretnie trzy mniejsze cienie, a brzydkie volvo blokuje ulicę od stronyśródmieścia.

Nie tak miało to wyglądać. Zgarbiony podbiega do przerdzewiałej wiaty kiosku ruchu. Na razie jest tam niewidoczny, ale plamy cienia przemieszczają się wzdłuż taboru. Zajezdnia o trzeciej w nocy. Powinien był się domyślić. Zarzuca torbę na ramię. Przebiega ulicę do zaparkowanego samochodu, w ostatniej chwili skręca w stronę wąskiego gardła placu klasztornego. Zna miasto lepiej od nich, oni tu tylko mieszkają. Strome schody doprowadzą go pod katedrę. Frontalną ścianę z łukami oporowymi w kształcie zębów i zmokniętymi aniołami zabezpieczono przemysłową siecią, bo nie ma pieniędzy na renowację obiektu. Sąsiednia przecznica rezonuje hałasem silnika. Obstawia w ciemno, że to volvo. Stukot obcasów o spękany bruk. Miasto wydaje się opuszczone, ale ktoś z pewnością obserwuje. W Bytomiu zawsze się ktoś takiznajdzie.

Gdyby mniej jarał, byłby teraz szybszy. Powietrze pali w płucach jak dym z dopalaczy. Rysiek przylega do ściany, próbując rozeznać zagrożenie. Ilu i z której strony? Ryczy syrena, po ceglanych murach prześlizgują się kolorowe światła. Oni też przestaliudawać.

Okrąża katedrę, z drugiej strony zaczyna się labirynt ulic, zaułków, bram i podwórek. Zanim tam dotrze, na drodze wyrasta mu zwalisty typ. To dziwne, ale większość gliniarzy, których spotkał, idealnie wpisuje się w stereotyp tłuściocha zwąsem.

– Policja polska – przedstawia się na wyrost policjant. – Proszę się zatrzymać iokazać…

Ton głosu – coś między księdzem a dentystą. Rysiek nie ma ochoty słuchać dalej. Napad na funkcjonariusza to śliska sprawa, łatwiej zrobić zwód ciałem i wyminąć przeciwnika. Zyskał parę kroków przewagi, ale gliniarz ma radio. Bokser przeskakuje niewysoki murek, pozostałość secesyjnej kamienicy, buty ślizgają się na gruzie i prawie traci równowagę. Pochyla się. Halogenowe światło punktowego reflektora wyrywa go z mroku, osiada na ciele jak plwocina. Przez cały ten czas nie miał okazji pozbyć się torby, w której dźwiga od trzech do pięciu lat pozbawienia wolności. Od strony ulicy Piekarskiej zbliża się korowód światła i dźwięku. Dwa radiowozy. Może już uciekać wyłącznie w stronę rynku zwanego, nie bez przyczyny, placem czerwonym. Przestrzeń, światła, monitoring. Nie schowa się tam nigdzie, nie ma takiej możliwości. Ale biegnie, bo w życiu jak do tej pory sprawdzała się zasada, że lepiej z impetem pakować się w kłopoty niż stać wmiejscu.

Funkcjonariusze wyruszają na polowanie. Już nie potrzebują kawy i pączków, nie chce im się spać. Instynkt pościgu za czymś słabszym i wystraszonym mają w genach. Teraz Rysiek mógłby być nawet świętym, byleby uciekał. Dwaj umundurowani wyskakują z samochodu, ci w cywilu nadbiegają od strony zajezdni. Skutecznie się rozlokowali. Jutro wszyscy będą na okładce „ŻyciaBytomskiego”.

Albo i nie. Rysiek pławi się w fontannie jak na wczasach w Szarm el-Szejk. W środku nocy wygląda to trochę surrealistycznie i sierżant Lewandowski, który triumfalnie wytoczył się z suki, traci punktodniesienia.

– Może już starczy? – pyta, podchodząc z ręką na kaburze. – Tu jest i tak więcej szczyn niżwody.

Rysiek poznaje go, uśmiecha się lekko i spluwa dofontanny.

– Szczyny w obiegu zamkniętym. Amoniak. Spróbujcie mi teraz udowodnić, że wsypałem tu coś nielegalnego – odpowiada, szczękając zębami. Gliniarze wyciągają po niego ręce, ale wcześniej sam wyskakuje z fontanny ciągnąć za sobą pustą brezentowątorbę.

Mieszkańcy okalających rynek czynszówek przyglądają się zza firan. Rysiek mierzwi mokre włosy i uśmiecha się do gliniarzy, którzy targają go między sobą bez pomysłu codalej.

– Co to, kurwa, miało być, panie trener? - pytaLewandowski.

– Próba samobójcza – odpowiadaZwierz.

Resztę łatwo przewidzieć. Grypa ma czterdzieści osiem godzin, żeby inkubować w bytomskim areszcie, Rysiek na zimno kalkuluje sytuację. Może to nie był wcale taki cwany ruch? Może trzeba było jednak iść do pierdla? Gliny to pół biedy. Właśnie stracił trzydzieści tysięcy złotych. Pamięta, kto mu powierzył tękasę.

Patrzą na siebie w mdłym świetle zawieszonej na kablu żarówki. Obok pancernej szafy stoi zakurzony i odłączony od prądu komputer. Podłoga się lepi. Od wielu lat nic się nie zmieniło. Komisariat na Rostka. Sprawiedliwość wczołguje się tu, żebyzdechnąć.

– I co nam powiesz nowego? – zagaduje Lewandowski, chociaż w ciągu ostatnich pięciu godzin usłyszał już wszystko wielerazy.

– Nie wiem, o co wam chodzi z tymi narkotykami. W torbie nie było żadnych narkotyków – odpowiada Zwierz szczęśliwy, że trzy kilogramy fety nie zostały podzielone na porcje dilerskie. Trudniej byłoby je rozsypać w tak krótkimczasie.

– Wiesz, że po analizie toksykologicznej wody w fontannie twoja bajeczka się nieutrzyma?

– Blefujesz – odpowiada spokojnie Ryszard. – CSI Bytom. Nie wierzę, że stać was na takie testy, i znam się trochę na chemii. Też chodziłem dopodstawówki.

– Rynek jest monitorowany całądobę.

– Jasne. Dlatego tyle tam rozbojów. Każde dziecko w śródmieściu wie, że kamery to atrapa. Może działały dziesięć lattemu.

– Taki jesteś pewny, cwaniaczku? – Lewandowski prawie traci panowanie nadsobą.

Prawie. Zwierz nie jest zwykłym bytomskim żulem albo nastoletnią prostytutką. Nie można go ot tak, po prostu skatować. W tym miejscu funkcjonariuszowi kończą siępomysły.

– Jestem. Widocznie znam swój zawód lepiej niż wy. Ile wam jeszcze zostało z tych ustawowych czterdziestu ośmiu godzin? To była męczącanoc.

– Straciłeś od chuja kasy, koleżko. Ktoś będzie chciał się z tobą rozliczyć. Może współpraca z nami to jedyny sposób, żeby uratowaćtyłek?

Bokser głośno śmieje się, chociaż boli go wysuszone na wiórgardło.

– Poważnie sądzisz, że będę z wami współpracował, bo się boję kolegów? Ile ja mam lat? Dwanaście?

Starszy sierżant Lewandowski, wściekły, niemal podnosi się z krzesła. W ostatniej chwili rezygnuje. Taka gnida jak Zwierz pewnie marzy o tym, żeby tu i teraz dostać wpierdol. Dobry adwokat wyciągnąłby potem od bytomskiej policji równowartość utopionejsumy.

– Nie zgrywaj przede mną debila – warczypolicjant.

– O ile mi wiadomo, głupota nie jest jeszcze nielegalna w tymkraju.

*****

Nadii Wid z oczywistych względów tam nie ma. Jutro zapłaci komu trzeba i przeczyta sobie stenogram z przesłuchania. Zrobi to z uśmiechem, bo telefon, który wykonała równo tydzień temu, odniósł skutek. Dawno przekonała się, że kierunkowanie przepływu informacji zmienia rzeczywistość. Na tym polega jej praca. Redakcyjni hakerzy zapomnieli więcej, niż tutejsi gliniarze kiedykolwiek się dowiedzą. Dzięki temu życie Ryszarda Zwierza stało się teraz o wiele bardziejskomplikowane.

Nie czeka, aż zadzwoni. Zna ten typ, Zwierz prędzej by zdechł, niż poprosił o pomoc dziennikarkę. Nazajutrz sama sięga potelefon.

– Dobra, możemy pochodzić, popytać – słyszy.

Nadia jest przekonana, że bokser musi teraz żyć w wielkim napięciu, ale w głosie tego nie słychać. Dziewczyna nie ma względem niego żadnych wyrzutów sumienia. Ryszard Zwierz to diler, handlarz narkotyków. Ten jeden raz ma szansę zrobić w życiu coś dobrego. Dziennikarka nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że mogą już nie mieć kogo szukać. Że Mała mogła zginąć, zostać zabita. Jej na ogół racjonalny umysł nie bierze pod uwagę takiejmożliwości.

– Piątek wieczorem – sugeruje Ryszard. – Wtedy wszyscy będą na mieście. Ktoś mógł coś słyszeć, ale nie obiecuj sobie za wiele. Czegokolwiek byśmy się dowiedzieli, kasa i tak trafia na konto. Dziesięć tysięcy, drugie tyle powszystkim.

Nadia uśmiecha się do słuchawki. Gdyby jednak miała moralniaka, teraz zniknąłbybezpowrotnie.

– Oczywiście – odpowiada. – Zaraz wyślę przelew. Ani przez chwilę nie oczekiwałam, że pomożesz mi zadarmo.

Długie milczenie. Ryszard wzdychaciężko.

– Wiesz, ile niewinnych dziewczynek ginie w kraju co miesiąc? Nie muszę ci mówić, sama zrobiłaś na tym karierę. Pamiętam szczególnie jeden reportaż, płacz rodziców i tę twoją zatroskaną minę, kiedy w kulminacyjnym momencie okazywało się, że kolejna nastolatka trafiła do burdelu w Hamburgu z bliznami na ciele i duszy. Pamiętam, że sprawa wyszła na jaw, gdy jeden z klientów okazał się członkiem rodziny dziewczynki. Wywiady z nim potem to była doskonała robota. Zakłopotane spojrzenia, łzy i twój karzący głos: „Jak pan mógł, w takiej sytuacji…”, i tak dalej. Pamiętasz tenodcinek?

– Dostałam za toWiktora.

– Wiktora?

– Nagrodę telewizyjną. Zwykle Tomasz Lis wręcza ją Żakowskiemu albo odwrotnie, ale ten materiał to była bomba. Dzięki niemu rozpoczęła się moja kariera. Tym razem jest inaczej. Poszukiwanie Małej to dla mniesprawa…

– …osobista, wiem. Jak w amerykańskim filmie. Nie wątpię też, że wzięłaś za tamten materiał pieniądze. Tak jak ja teraz od ciebie za pomoc w poszukiwaniach dziewczynki. Ale odcinek z Hamburga, cały dramatyczny zbieg okoliczności, to było wszystko ustawione, prawda?

Po drugiej stronie w słuchawce zalegacisza.

– No właśnie. Wszystko wyreżyserowane. Pewnie wiele osób o tym wiedziało, ale nikt nie wypruł się telewidzom. Ręka rękę myje – zrobiliście na tym materiale kariery. Nie masz za bardzo podstaw do rzucania we mnie kamieniem, koleżanko.

– Tak jak mówiłam – odpowiada zimnym głosem Nadia – tym razem to sprawaosobista.

– Dla ciebie. Każda sprawa jest dla kogoś osobista. Nie jestem tak głupi jak ludzie przed telewizorami, nie wierzę w twoją bezinteresowność. Pomogę ci, ale wiem, że tym razem też robisz to wyłącznie dlasiebie.

*****

Dyskoteka błyszczy, cała w kolorach, fluorescencjach i ultrafioletach, z selekcją przy wejściu i erekcją przy wyjściu stara się udawać klub muzyczny, ale nadal jest tylko wiejską dyskoteką, która przypadkiem mieści się w centrumKatowic.

Rysiek popytał trochę i posłuchał plotek. Jedno nazwisko pojawiało się w nich częściej niż inne. Spotykają się tu już od paru tygodni. Zwierz świadczy swoje małe, narkotyczne uprzejmości człowiekowi, którego miesiąc temu jeszcze nie znał. Zwykle bywa ostrożniejszy, lecz okoliczności zwykłe nie są. Jest w plecy od chujakasy.

Pan Oko reaguje na Ryśka powściągliwie, co w jego przypadku i tak jest osiągnięciem. Dobrze reaguje wyłącznie na siebie. Nadal goli się na łyso, ale z dresów już wyrósł. Nosi najdroższe garnitury z Vistuli, jeździ maybachem. Ma kontakty w bankach, urzędzie miejskim i prokuraturze, nikt nie szuka z nim zwady. Sam mógłby być bankowcem, politykiem, adwokatem. Jednym z tych ludzi, dla których nadwaga jest symbolem statusu społecznego i którzy do każdego zwracają się per ty. Tak się jednak składa, że nic nie unieważnia statusu społecznego szybciej niż zaciśnięta pięść przytwarzy.

To nie jest najlepszy dzień dla pana Oko. Zdążył zapomnieć, że na śląskiej ulicy można zostać zwyczajnie opierdolonym z kasy przez gości, dla których niebezpieczeństwo odwetu za tydzień znaczy mniej niż możliwość zaspokojenia głodu alkoholowego już dziś. Ochroniarze z knajpy stoją przy głównym wejściu, mrok przelewa się okiennicami, ceglana brama znajduje się zaledwie dziesięć metrów dalej i jest to co najmniej o dziewięć zbyt dużo. Pan Oko mimo swojej postury nie ma charakteru wojownika. Do tej pory w życiu bijał tylkokobiety.

– Wyskakuj z kasy, gruby pedale. Kluczyki też możeszoddać.

Jeden z żuli przewraca go, kiedy stara się dostać do samochodu. Zaułek pustoszeje. Na parę minut stanie się teatralną sceną, okiem miejskiego cyklonu, bo poważna przemoc, taka z nożami i butem na szczęce, zawsze dokonuje się bezświadków.

Pierwszy unieruchamia go na ziemi, drugi kopie metodycznie dwa razy w nerki i dwa razy w twarz. Woda z kałuży jest słona jak krew i śmierdzi moczem. Jeśli się nad tym zastanowić, człowiek w środku jest cały słony i wilgotny. Pan Oko zaraz się o tymprzekona.

Wtedy nadchodzi czas bohatera – z braku innych kandydatów z podcienia kamienicy wyłania się Ryszard Zwierz. Ręce przy brodzie. Nauczył się, że w takich przypadkach podstawowe rozwiązania są najlepsze. Prawy – lewy prosty, nie ma co kombinować. Unik przed nieskładnym cepem wyprowadzonym przez drugiego żula. Pięść prześlizguje się po czaszce – boks zakłada optymalizację ruchów. Cofa się tylko tyle, ile trzeba, potem oddaje sierpem z pełną rotacją bioder, skręcając się i wyrzucając bark do przodu. Tworząc mały wir, który wyładowuje energię kinetyczną na zdziwionej twarzy. Pierwszy zbiera się z ziemi i dostaje kopniaka, drugi próbuje się odczołgać. Pan Oko dochodzi do siebie na tyle, żeby na to nie pozwolić. Leje po łbie w dosiadzie, aż knykcie zaczynają krwawić i trzeba go odciągać. W oddali rozlega się dźwięk syreny policyjnej kończącej scenę. Biegną obok siebie, pan Oko wskazuje kierunek. Zatrzymują się dopiero pod drzwiami agencji towarzyskiej. Alfons może się tu czućbezpieczny.

– Znajdę tych skurwieli. Znajdę ludzi, którzy ich wywiozą do lasu. Jeszcze będą mieli okazję poczuć smak własnych jąder – obiecuje zwodniczo spokojnym głosem. – Uratowałeś mi tyłek, dziękuję – mówi jeszcze doZwierza.

Ten kiwa głową. Czekał na okazję od miesiąca. Takie teksty sprawiają, że czuje sięniezręcznie.

Obaj kończą w barze daleko od śródmieścia. Oko płaci za wódkę. Kiedy wyjmuje portfel, Ryszard rzuca okiem na zdjęcia dwóch małych dziewczynek. Jakoś nigdy nie przypuszczał, że stręczyciele też noszą przy sobie zdjęciabliskich.

– Piękne, prawda? – pyta Oko, podając muportfel.

– Nie sądziłem, że jesteś rodzinnymczłowiekiem.

– Każdy człowiek jest. Toinstynktowne.

– Dziwne, że akurat ty tomówisz…

– Bo co? Jestem bandytą? Znasz jakiś inny sposób na dostatnie życie w naszym pięknym mieście? Daleko od stolicy, znajomości i wielkiej kasy radzisz sobie tak, jak od wieków radzili sobie ludziepogranicza.

– Poeta zciebie.

– Niepowiedziałbyś?

Ryszard Zwierz kręcigłową.

– Zazdroszczę. Ja poza ringiem potrafię tylko dryfować. To takametafora.

– Skumałem.

Noc się starzeje, a im się dobrze gada. Decyzja o rozpoczęciu ostrego picia zapadasamoistnie.

– Widziałeś jakieś filmy Polańskiego? – pyta pan Oko, zwieszając opuchniętą twarz nad blatem. Zwierz wie, że sam nie wygląda lepiej. O jeden most za daleko. Jutro przyjdzie mu toodchorować.

– Ten gość od tego filmu z tymaktorem?

– No właśnie. Taki mały, z nosem. Wiesz, że facet nie ma wjazdu do StanówZjednoczonych?

– Głośno o tym było kiedyś. Zgwałcił dziewczynkę czy cośtakiego.

– Tak właśnie zrobił – opowiadaOko.

Język mu się trochę plącze. Wokół nich barmani, ochroniarze i prostytutki zaczynają już niecierpliwie spoglądać nazegarki.

– Miała trzynaście lat. Podał jej narkotyki i alkohol, a potem zerżnął w odbyt w jacuzzi. Prawdziwyartysta.

– Dlatego nie lubię polskichfilmów.

– Wiesz, co mnie zawsze w tym wszystkim zastanawiało? – Oko pogrąża się na całego w pijackiej filozofii. – To, że nie musiała być potem hospitalizowana. Gwałt analny stwierdzono z całą pewnością, ale mała nie trafiła do szpitala. W wieku trzynastu lat, rozumiesz?

– Nie dokońca.

– Pomyśl sobie, jakiego małego fiuta musi mieć ten facet – puentuje alfons i obaj wybuchają śmiechem, jakby znali się już wielelat.

– Polański powiedział też wtedy dziennikarzom, że każdy facet skrycie chciałby pierdolić małe dziewczynki – dodaje Oko, kiedy przestają się śmiać – i tu akurat miał rację, przyjacielu. Kiedyś cipokażę.

*****

Później spotykają się jeszcze wiele razy. Ryszard zauważa, że zaczął alfonsowi ufać w kwestiach biznesowych. Interes kręci się na tyle dobrze, że może za parę tygodni uda mu się spłacić chłopaków z Gliwic bez pomocy Nadii Wid. Dziennikarka staje się ostatnimi czasy nieco nieprzewidywalna. Praca poszła w odstawkę, poszukiwania strzępków informacji i rozmowy z przyjaciółmi Małej zajmują całą jej uwagę. Pewnie ma swoje powody. Może chce w ten sposób uratować samą siebie? Ma dość ciągnięcia korporacyjnego druta i realizuje swój temat życia? Może czuje się winna? Zwierz nie zna jej aż tak dobrze – prawda go nieobchodzi.

Nadia wpada na pomysł pluskwy i podsłuchu pod podwoziem maybacha. Zadziwiające, co w dzisiejszych czasach można kupić w sklepach internetowych. Motyw z taniego dreszczowca działa. Ryszard Zwierz nie wierzy już, że znajdą Małą w jednym kawałku, ale przynajmniej będzie miał okazję zobaczyć, jak mieszka jego nowykumpel.

*****

Chmury wreszcie się rozeszły, nastały ciepłe dni. Ostatni raz, kiedy tu była, świat tonął w deszczu. Teraz widok za szybą kojarzy się z prześwietlonym filmem na starym VHS-ie. Kolory blakną, kontury zacierają się w słońcu. Dzieci grają w piłkę na podjeździe, uśmiechnięci rodzice machają z okien domów, pod trawnikiem kiełkują smoczezęby.

– Nieprawdopodobne, że po tym wszystkim wróciliśmy na Morgi. Trzy ulice od domu Małej. Oko nie musiał daleko szukać. W pewnym sensie go podziwiam, idzie przez świat jak przecinak – mówi Ryszard. Udaje mu się naprawdę wkurzyćdziennikarkę.

Łapie ją zaraz po wyjściu z samochodu i na siłę pakuje tam z powrotem. Brzuchaty gość w średnim wieku zerka w ich stronę zza żywopłotu. Obserwuje szamotaninę w aucie, jego twarz nie wyraża niczego. Zwierz odpowiada złowrogim spojrzeniem i sąsiadznika.

– Co, teraz nagle jesteś mścicielką? Pójdziemy mu powyrzynać rodzinę czy wolisz ich zabrać jakozakładników?

Uspokaja się. Razem przyglądają się ogrodzonej żywopłotem bryle ze szkła i stali. Rodzina Oka jest pewnie gdzieś w ogrodzie, słychać ją. Ktoś skacze do basenu. Dzieci się śmieją. Świat zastyga w kadrze gdzieś pomiędzy nieszczęściem, które się wydarzyło, i tym, które dopiero manadejść.

– Nie zasłużył sobie na to wszystko. – Nadia bębni palcami w kierownicę. – Mała też sobie na to niezasłużyła.

– Gdyby każdy dostawał, na co sobie zasłużył, toby nas w tym samochodzie już dawno nie było – przypominaRyszard.

Nadia nie chce ustąpić, cały wieczór szukają czegoś naOka.

Blady ekran oświetla ją z profilu. Zwierz wbrew sobie zauważa, że jest piękna, i odpędza od siebie tę myśl. Siedzą na skórzanej sofie o pierwszej w nocy, ekspres ciśnieniowy został włączony już trzeci raz. Rzetelność dziennikarki zaczyna przypominać obsesję, a Ryszard jest zmęczony. Kiedy analizowali trasy pana Oko z ostatnich kilku tygodni, dwie lokacje powtarzały się regularnie. Jedną z nich już sobie obejrzeli. Nadia zdecydowała, że drugiej przyjrzą się którejś nocy. Wkrótce.

– Nigdy cię nie zabrał do żadnego ze swoichburdeli?

Ryszard przez chwilę zastanawia się, czy skłamać, ale dziewczyna jest profesjonalistką. Zorientujesię.

– Byliśmy raz czy dwa razy w „Czwartej rano”. Skończyło się na drinku. Wielu drinkach. Towszystko.

– Nie musisz się tłumaczyć. Nie przypuszczałam, że masz w tym względzie jakieśskrupuły.

– Nie mam żadnych skrupułów. – Zwierz się obraża. – Skoro jednak nie bardzo wiemy, w jakich okolicznościach te młode dupy tam się znalazły, zdecydowałem się spasować. Nie jestemgwałcicielem.

– To są właśnie skrupuły, bokserze.

Ryszard kręcigłową.

– Nie. To tylko instynkt. Są takie uczynki, po których każdy ma prawo ci napluć w mordę. Chyba nie jestem jeszcze na togotowy.

– Sporo osób jest. Jego agencje towarzyskie cieszą się dużym wzięciem. Może trzeba było pogadać z którąś zdziewczyn?

– Żeby potem natychmiast sprzedała nas swojemu szefowi? Zbytryzykowne.

– Przynajmniej te ze Wschodu powinny dobrze wiedzieć, gdzie były szkolone, prawda?

– I raczej się z nami tą informacją nie podzielą. Te, które się zwierzały, już dawno są wziemi.

– Skądwiesz?

– Wszyscy w mieście wiedzą. Pan Oko zajmuje się takimi rzeczami, gliniarze i prokuratura biorą od niego pensję. Wszystko się doskonale bilansuje. Dlatego nawet jeśli to miejsce daleko poza centrum, do którego w ciągu ostatnich dni zaglądał, jest fabryką żywego towaru, nie dostaniemy się tam. A Małej nigdy nie uda się wyciągnąć. Minęło tyle czasu, że rzucili ją już pewnie do jakiegoś burdelu na Zachodzie. Temat zamknięty. Musisz się z tympogodzić.

Mówił złe rzeczy, patrząc prosto w oczy. Jakaś toporna część osobowości chciała ją złamać. Pokazać ważnej pani dziennikarce, gdzie jej miejsce. Udowodnić, że rzeczywistość rzadko miewa podnoszące na duchu puenty. Jeśli nawet ją to ruszyło, nie dała po sobie poznać. Zamiast tego wyjęła zdjęcie dziewczyny o dużych oczach i dziecięcejbuzi.

– Mówiłemci…

– To nie Mała. Długo szukałam podobnej. W starej redakcji przedrukowywaliśmy kiedyś zdjęcia roczników maturalnych. Kto by przypuszczał, że przydadzą się w takich okolicznościach. Oko jest twoim dłużnikiem. Pokażesz mu zdjęcie i powiesz, że szukasz kogoś w tym stylu. Wymyślisz jakieś zboczone uzasadnienie. Jeśli Mała znajduje się w fabryce, przy odrobinie szczęścia przetransportuje ją do jednego z burdeli specjalnie dla ciebie. Jesteście przecież od niedawna dobrymikumplami.

– Odrobina szczęścia może nie wystarczyć. Jak ty to sobie wyobrażasz? Przyprowadzi ją i co potem? Dam mu w ryj, obezwładnię ochroniarzy i przyniosę zawiniętą w koc aż do śródmieścia, tak?

– Jeśli tylko ją wyciągniesz, nagłośnię temat. Gliniarze będą musieli coś z tymzrobić.

– A Ryszarda Zwierza znajdą dwa dni później na torach z reklamówką z Tesco na głowie. Widzę, że wpisałaś mnie w koszta sprawy, dziennikarko.

– Mam dużo pieniędzy i dużo znajomości. Jestem w stanie pomóc ci stąd uciec. Chłopcy z Gliwic i tak ci nie odpuszczą, prawda? Więc w sumie na jednowychodzi.

Zwierz patrzy na nią długo. Wie, co powinien teraz zrobić: wstać i wyjść. Niech sobie znajdzie innego samobójczego frajera. W Bytomiu takich nie brakuje. Jego życie zaczęło się pierdolić prawie równo z dniem, kiedy poznał dziennikarkę. Może kres tej znajomości pozwoli trochę sprawy poukładać. Wie, co powinien zrobić, ale mimo to nie rusza się z miejsca. Okno jest otwarte, tłusta ćma przysiada na krawędzi ekranu monitora. Zwierz łapie ją błyskawicznym ruchem. Nadal ma refleks zawodnika. Trzepoczące skrzydełka łaskoczą wnętrzedłoni.

– Nie zabijaj – prosiNadia.

Ryszard wybucha śmiechem. Sięga w stronę okna i wypuszcza owada, który stabilizuje lot, zatacza łuk i przyciągany ślepym światłem znów odbija się odekranu.

– Po pierwsze: nie mamy pewności, czy ona w ogóle tam jest. Jeśli tak, chciałabyś ją wyciągnąć. Ryzykowne. Złożone strategie mają małe szanse powodzenia. Nie obawiasz się, dziennikarko, że zamiast tego sprzedam cię panu Oko, powiększając kredyt wdzięczności, jaki u mnie ma, a potem wykorzystam go do spłacenia chłopaków z Gliwic? Bez żadnych bijatyk, jak cywilizowanyczłowiek.

– Jasne, że się tego boję – odpowiada Nadia. Blask ekranu oświetla bladą twarz, pełne usta, brązowe oczy. Urodziła się, żeby robić dobre wrażenie w TV. – Ale ty wcale nie jesteś cywilizowanymczłowiekiem.

Trafiony.

– Będziemy potrzebować pomocy – mówi Zwierz. – Kogoś szalonego na tyle, że udzieli nam wsparcia. Znam człowieka, ale nie zrobi tego za darmo. Pięćdziesiąt kawałków, jaksądzę.

Nadia wzrusza ramionami. Jest powszechnie znienawidzoną przedstawicielką jednego procenta społeczeństwa, bogatą celebrytką z metropolii, ale nawet na niej taki wydatek powinien zrobić wrażenie. Zimna determinacja, z którą zaczyna traktować sprawę zaginionej dziewczynki, niepokoi Zwierza bardziej niż jej dotychczasowy wyrachowany cynizm. Może osobiste spotkanie z panem Kuklińskim pomoże pewne sprawy zrozumieć? Osobiste spotkania z panem Kuklińskim mają taki właśnie terapeutyczny wpływ na ludzi. Tych, którym udało się jeprzeżyć.

– Kim jest twój kosztowny przyjaciel? – pytadziennikarka.

– Stary kumpel. I najgorszy człowiek, jakiego zdarzyło mi się w życiu poznać – odpowiada szczerzeZwierz.

*****

Wieczorem, kiedy wraca do domu i myślami jest już z książką w łóżku, bardzo daleko od kołomyi, w którą się wpakował, pod klatką spostrzega merca z blachami zaczynającymi się od liter SG. Chowa klucze i sprawdza ochraniacz na zęby. Tak jakby w obecnej sytuacji miał mu on cokolwiekpomóc.

Bierze głęboki wdech, z rozmachem otwiera drzwi i pakuje się dowozu.

– Myślałem, że ustaliliśmy sobie termin spłat. Mam jeszcze miesiąc na zebranie resztykasy.

Łysi goście wewnątrz mogliby nosić dresy lub garnitury. Zasadniczo wychodziłoby na jedno. Jak bracia bliźniacy, nie do odróżnienia na policyjnychfotkach.

– I to się nie zmienia, Zwierzu – odpowiada kierowca. – Wpadliśmy tylko trochę wcześniej coś sobie wyjaśnić. Słyszeliśmy, że masz nową dupę, kogoś z prasy. To rodzipodejrzenia.

Zwierz siedzi spokojnie obok karka. W aucie śmierdzi – nieświeży oddech to skutek uboczny brania sterydów. Na tak małej przestrzeni, przy tej różnicy masy, mogłoby być ciężko. Niech więc będzieciężko.

– Masz mi coś do powiedzenia, pedale? – pyta spokojniekierowcę.

Wyczuwa konwencję językową chłopaków. „Pedał” równoważy sugestię bycia konfidentem. Gorszy byłby tylko „cwel”, ale za „cwela” natychmiast oberwałby kulę włeb.

– Jeśli twierdzisz, że na was donoszę, to mnie, kurwa, zabij. Tylko przestań na mnie sapać – dodajespokojnie.

Chłopcy tracą rezon. Nie ma z nimi nikogo ważnego. Ich szef, jeden z najgorszych skurwieli na Śląsku, Ludwik Szendera, się nie pofatygował, nie podejmą więc żadnej decyzji. Przyjechali tu straszyć i teraz ciężko im się odnaleźć w sytuacji. Do bicia też raczej ich nie upoważniono. Zwierz wie, że na razie dla gości z Gliwic jest wart więcej niż wszyscy trzej ochroniarze razem wzięci, dlatego się odpręża. To tylko wizytakurtuazyjna.

– Jeśli chociaż wzmianka o nas ukaże się wprasie…

Rozmowa wyraźnie się nie klei i Zwierz nie dowiaduje się niczego więcej. Na do widzenia przekazują mu pozdrowienia odLuda.

Dopiero kiedy zostaje sam, ociera zimny pot z czoła. Wraca myślami do pana Oko i lukratywnych biznesów, które na razie pozwalają mu trzymać Gliwice z daleka. Zwierz jest lub raczej był wojownikiem, ale nigdy bohaterem. Nikt nie ma prawa tego od niego wymagać, prawda? Z ciężkiego wieczornego nieba spadają pierwsze kropledeszczu.

*****

Już jej nie biją, bo już się nie stawia. Siniaki są złe dla biznesu. Dostaje posiłki trzy razy dziennie i trzy razy dziennie jest gwałcona. Przez więcej niż trzech mężczyzn, których twarze zacierają się jak zdjęcia na starych polaroidach. Całe jej dotychczasowe życie zaciera się wraz z nimi. Od miesiąca nie widziała słońca, prawie już o nim nie myśli. Na początku wołała w stronę metalowych drzwi, ale szybko ją tego oduczono. Nie wymawia żadnych imion. Swojego również. Imiona i nazwiska należą do świata przedtem. A świat przedtem, dobrze jej to wyjaśniono, skończył siębezpowrotnie.

Szuka radości w smaku krówek podrzucanych czasem do śniadania albo w długich i abstrakcyjnych snach. Wie, że nie jest tu jedyna. Jeszcze trochę potrwa, zanim pozna pozostałe dziewczyny. A kiedy już do tego dojdzie, żadna z nich nie będzie tą samą osobą. Nazwiska i osoby należą bowiem do świataprzedtem.

*****

Tłok w dyskotece męczy, oczy bolą od stroboskopów. Nie lubi takiej muzyki i nie lubi ludzi, którzy machają zbyt blisko łapami w białych rękawiczkach. Jest tu, bo Oko tujest.

– Masz szczęście. Będę miał coś dla ciebie za parę dni – mówi, oddając mu zdjęciedziewczynki.

Zwierz w życiu nie przypuszczał, że podstęp dziennikarki się uda. Chyba nawet miał nadzieję, że alfons zleje całą sprawę i powie, że nie było na składzie nikogo podobnego. Wtedy mogliby dalej spokojnie robić interesy, mroczna strona biznesu Oka pozostałaby dla niego miejską legendą. Jego nowy przyjaciel jednak naprawdę chce się odwdzięczyć. Nadia przewidziała, że tak będzie. Znowu okazała się od niegomądrzejsza.

– Nie miałeś jeszcze okazji poznać moich wspólników – mówi Oko, kiedy przenoszą się nazaplecze.

Czekają tam na nich dwaj smagli, obwieszeni złotem i bardzo do siebie podobni goście. Wybrylantynowane włosy, wygolony w wąziutkie paseczki zarost i pozbawione wyrazu spojrzenia. Ruskiakcent.

– Uważają się za prawosławnych – tłumaczy rozbawionym szeptem Oko – ale to chuj prawda. Żaden bóg nie chciałby mieć ich w swoimnarożniku.

Bokser kiwa głową. Wie, czym handlują Rosjanie. Jako diler kiedyś pogardzał takimi klimatami, ale teraz… Trudnostwierdzić.

– Przyjaciel Oko to nasz przyjaciel. – Jeden z Ruskich uśmiecha się złotymi zębami. – Duży biznes, duży zysk, dużaprzyjaźń.

Impreza się rozkręca. Kasa nie nauczyła ich klasy, dlatego zamiast koksu częstują fetą. Zwierz tego nienawidzi, ale nie ma za bardzo możliwości odmówić. Nie ma też czym oddychać. Światło rani jak wbite pod powieki okruchyszkła.

– Bardzo głośna była – tłumaczy na boku drugi Rosjanin, wycierając ręce. Oko słucha go z gospodarską troską. Na serwetce zostają śladykrwi.

Ryszard polewa wszystkim wódę, śmieją się. Ten, który lepiej mówi po polsku, opowiada jakieś wojenne historie. Coś o uciekających wieśniakach, wybuchającym moście. Zwierz uznaje to za zabawne. Jego popędzane amfetaminą myśli obijają się wewnątrz czaszki, ale nocne godziny mijają szybko i wraz z upływającym czasem, kolejnymi kreskami i kieliszkami jest tych myśli corazmniej.

W co ty mnie wplątałaś, kobieto? W co ty mnie, kurwa, wplątałaś?

*****

Nadia nigdy wcześniej nie słyszała nazwiska Kukliński. W jego zawodzie dobrze to o nim świadczy. Każdy kretyn może zostać Charlesem Mansonem, cała sztuka polega na tym, żeby nie dać się złapać. Zwierz zapytał go kiedyś nierozważnie. Kukliński był wtedy w dobrym nastroju, więc udzieliłodpowiedzi.

– Więcej niż dwustu – odparł. – Żadnych kobiet idzieci.

Na pytanie: „Dlaczego?”, wzruszył tylko ramionami. A Zwierz w duchu przysiągł sobie nigdy więcej nie pytać go oprzeszłość.

Nadia sądziła, że Ryszard powinien iść sam, lecz Kukliński przez telefon zdecydował inaczej. Był ciekawy. Chciał poznać panią ztelewizji.

Spodziewała się czegoś innego. Ma swoje podejrzenia co do profesji nowego współpracownika. Jak może mieszkać człowiek, który zawodowo robi ludziom krzywdę? Tak jak ona? Lepiej? Kukliński przyjmuje ich w biurze. Marokański dywan tłumi kroki, dębowe biurko lśni jak w reklamie. Nie ma na nim nic prócz laptopa. Dla dziennikarki jest jasne, że całe to miejsce to ściema, fasada, nikt nie siedzi tu po nocach, nie przepaca garnituru, nie walczy z fakturami, jak w normalnym biurze. Przeprowadza się tu interesy zupełnie innego rodzaju, a wszystkie mają coś wspólnego z siedzącym za biurkiemmężczyzną.

Gość wygląda na pięćdziesiąt lat i jest wielki jak góra. Gęsty zarost zasłania usta, spokojne szare oczy obserwują ich z rozbawieniem. Nie sprawia wrażenianiebezpiecznego.

– Cześć, Duży. – W głosie Zwierza nie słychać już ironicznych tonów. Czyżby bokser tracił rezon? Opłacało się tu przyjść, żeby tozobaczyć.

– Pani Wid, jak sądzę. – Kukliński uśmiecha się krzywo i wyciąga do niej rękę. – Na żywo wygląda pani nawet lepiej niż wtelewizji.

Rusza się flegmatycznie, jego głos jest zwodniczo spokojny. Wita się z Ryszardem i otwiera laptopa. Biedzi się z nim przez chwilę, jeżdżąc serdelkowatym palcem potouchpadzie.

– Nigdy sobie z tym nie radziłem – wyjaśnia zawstydzony. – Jestem jeszcze z tego pokolenia, które grało w piłkę i chadzało naryby.

Nadia chce powiedzieć coś pocieszająco, ale słowa więzną jej w gardle,