Biały Szkwał - Katarzyna Grochowska - ebook
NOWOŚĆ

Biały Szkwał ebook

Grochowska Katarzyna

5,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Alicja, młoda dziennikarka z Warszawy, przyjeżdża do Popielna na Mazurach w celu opisania historii, która wydaje się zbyt fantastyczna, by była prawdziwa. Mówi się, że kiedy przed osiemnastu laty Śniardwy pustoszył biały szkwał, z mgły wyłonił się siwy koń, sprowadzając tragedię na mieszkańców jednego z pobliskich pensjonatów. By poznać dramatyczną tajemnicę jego właścicielki, Alicja musi przedrzeć się przez milczenie, plotki i kłamstwa. A im głębiej wnika w przeszłość Judyty, tym szerzej otwierają się jej osobiste rany. I w końcu stoi przed niełatwym wyborem: czy ważniejsza jest kariera, czy prawda.

Biały Szkwał to opowieść o miłości, poczuciu winy i sekretach, które są równie niszczycielskie jak huragan. W książce pojawiają się bohaterowie bestsellerowej trylogii Dolina marzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewelina2611

Nie oderwiesz się od lektury

Biały szkwał” jest książką pełną emocji, subtelnych napięć i niedopowiedzeń. To historia, która nie krzyczy, lecz stopniowo zaciska się wokół czytelnika, dokładnie jak nadciągająca w tej historii burza. Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy cenią powieści obyczajowe z tajemnicą, głębią psychologiczną i silnym związkiem z naturą. Tutaj zakończenie nie jest proste,ale czytelnik rozumie postępowanie bohaterów. Odkryjcie tajemnice, które domagają się ujawnienia.
00



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Redakcja

Agnieszka Luberadzka

Zdjęcia na okładce

© Hanna, Crafterd | stock.adobe.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Aleksandra Wrońska

Magdalena Gonta-Biernat

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I w edycji „większej litery”, Katowice 2026

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

tekst © Katarzyna Grochowska

ISBN 978-83-68674-22-4

Prawdziwemu chłopowi z Mazur – mojemu świętej pamięci Tacie

Rozdział 1

Lazurowa woda rozciągała się aż po horyzont, tworząc idealny obraz wakacyjnego raju. Alicja nie miała pojęcia, w jaki rejon świata przeniosła ją podświadomość, ale mogłaby tu zostać na zawsze. Siedziała przy stoliku ustawionym na białym piasku, prażyła się na słońcu i raz za razem beztrosko przesuwała palcem po ekranie komórki, wyłączając irytująco natrętną melodię. Zerknąwszy zza ciemnych okularów, machnęła ręką w stronę baru, a na horyzoncie błyskawicznie pojawiła się jej szefowa. Podeszła do Alicji, by wręczyć jej kolejnego drinka z palemką.

– Wyłączyłaś już wszystkie budziki? – odezwała się dziwnie męskim barytonem, a to pytanie w ułamku sekundy teleportowało Alicję z egzotycznej plaży do mieszkania na warszawskim Mokotowie.

Otworzyła jedno oko, spojrzała na nachylonego nad nią Oskara i jęknęła, mocniej otulając się kołdrą.

– Ali. Pytam, czy wyłączyłaś już wszystkie jedenaście budzików?

– Osiem… – wymamrotała sennie. – Zawsze wstaję przy ósmym…

– Liczyłem i dam sobie rękę uciąć, że twój alarm w telefonie brzęczał już jedenaście razy.

Alicja uniosła głowę, a resztki snu momentalnie uleciały z jej ciała, gdy zobaczyła godzinę widniejącą na zegarku.

– Zaspałam!!! – wrzasnęła rozpaczliwie, zrywając się z łóżka.

Przez kolejne minuty biegała po mieszkaniu w jedną i drugą stronę. W ekspresowym tempie wcisnęła w siebie jogurt, wyszorowała zęby, a potem zatrzymała się przed lustrem w salonie i zawzięcie wygładziła swoje brązowe, sięgające do ramion włosy, które sterczały nastroszone we wszystkie strony. Z nerwowego pośpiechu drżały jej dłonie. Trzy razy wyjechała szminką poza kontur ust, aż w końcu skapitulowała i użyła wyłącznie tuszu do rzęs. Na sam koniec zdjęła z wieszaka klasyczną czarną sukienkę, po czym zaklęła, gdy z trudem wciągnęła na siebie obcisły materiał.

Stojący w przejściu gotowy do wyjścia Oskar, wpatrywał się nonszalancko w ten obraz chaosu i rozpaczy, a w Alicji aż zabulgotało, gdy natrafiła na jego spojrzenie w odbiciu lustra.

– No nie poganiaj mnie! – warknęła na niego, próbując wepchnąć za dekolt miseczki stanika.

– Przecież nic nie mówię.

– Ta cholerna kiecka skurczyła się w praniu! Mam ją na sobie drugi raz! Nie zdążę uprasować niczego innego – kwiliła. – To niesprawiedliwe, że wy, faceci, ledwie zwleczecie się z łóżka, zarzucicie na siebie pierwszy lepszy ciuch zgarnięty z podłogi, trzy razy przesuniecie grzebieniem po włosach, ogolicie się albo i nie, i już jesteście gotowi do wyjścia! – Z trudem obciągnęła ciasną sukienkę i wyprężyła się przed lustrem, starając się nie brać zbyt głębokich wdechów. – Jak wyglądam?

– Jak larwa, na której jeszcze nie pękła wylinka.

– Oskar!

– Bardzo piękna larwa. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zbliżywszy się, odwrócił Alicję przodem do siebie, by móc złożyć na jej ustach pocałunek. – Masz ten awans w kieszeni. A kiedy wrócisz, to będziemy świętować. Zjemy kolację, napijemy się wina i ustalimy jakiś plan na urlop. Od jutra mam trzy tygodnie wolnego.

Alicja wlepiła w niego zaskoczone spojrzenie.

– Naprawdę? Mówiłeś, że w sezonie wakacyjnym nie dasz rady wziąć urlopu.

– A jednak się udało. Rok temu przejąłem od kolegi dodatkowe zmiany, więc teraz to on jest mi winny przysługę. – Mrugnął, a twarz Alicji w momencie rozjaśnił szeroki uśmiech.

– Cudownie! – zaświergotała z myślą, że jej dzisiejszy sen miał w sobie jednak coś proroczego. – Ale teraz w drogę, bo to najważniejszy dzień w mojej karierze!

*

Siedziba redakcji pisma „Hera” mieściła się na siódmym piętrze nowoczesnego biurowca w Śródmieściu. Alicja do dziś pamiętała, jak wielka radość ogarnęła ją w chwili, gdy otrzymała pracę w tym babskim czasopiśmie, które zdecydowanie było jednym z najpopularniejszych i najrzetelniejszych w porównaniu z konkurencją. Radość potęgował fakt, iż przydzielono jej stanowisko tak zwanej opiekunki czytelniczek, a po ukończonych studiach z psychologii taka posada była dla Alicji spełnieniem marzeń. Jej głowa pękała od rozmaitych fantazji. Wyobrażała sobie stosy listów od zatroskanych, udręczonych kobiet, dzielących się z nią problemami, które ona, z pełnym zaangażowaniem, będzie próbowała rozwiązać. I owszem, poniekąd tak właśnie było. Różnica polegała jednak na tym, iż zamiast bolączek natury psychologicznej, korespondencja od czytelniczek obfitowała w zapytania dotyczące doboru lakieru do paznokci, modowych trendów czy też porad, w jaki sposób wykonać idealne zdjęcie na Instagrama. Sfrustrowana Alicja szybko zdała sobie sprawę, w czym tkwi problem. Redakcyjny dział opiekunki czytelniczek, zamiast skupiać się na poważnych, życiowych tematach, miał w sobie za dużo chaosu, infantylności, nie wspominając już o tym, że pod jej nazwiskiem nie widniał jakikolwiek dopisek, sugerujący, iż z zawodu jest psychologiem. Żadnej z kobiet nie przyszło na myśl, by poszukiwać w niej powierniczki trosk.

Gdy po pierwszych, najtrudniejszych miesiącach Alicja przestała być nowicjuszką i ugruntowała swoją pozycję w redakcji, zapalił się w niej pomysł, by stworzyć nowy, osobny dział, przeznaczony dla czytelniczek poszukujących wsparcia, wysłuchania, ukierunkowania na właściwą drogę. Niestety, jej propozycja zderzyła się wówczas ze ścianą. Redaktor naczelna „Hery” zrobiła kwaśną minę, kwitując wszystko słowami: „Będzie smętnie i zbyt poważnie”, lecz jednocześnie dała podwładnej nadzieję, obiecując, iż weźmie to w przyszłości pod uwagę.

Dlatego gdy wczorajszego wieczora szefowa poprosiła, by Alicja stawiła się u niej nazajutrz o ósmej, dość znacząco sugerując, że chodzi o kwestię awansu, Ali niemal odfrunęła ze szczęścia. Miała dwadzieścia siedem lat, listę celów do osiągnięcia przed trzydziestką i wiedziała, że jeden z nich zostanie dziś odhaczony. Ten wymarzony dzień właśnie nadszedł. Zapracowała sobie na to.

Jej żołądek zaciskał się ze stresu. Raz za razem spoglądała na zegarek i dygotała na każdych czerwonych światłach, które złośliwie ich spowalniały. Gdy Oskarowi udało się wreszcie przebić przez centrum i dowieźć ją pod redakcję, Alicja wyskoczyła z auta tak gwałtownie, że kilkoro przechodniów zastanowiło się zapewne, czy właśnie nie uciekła porywaczowi. Wpadła do budynku, lecz nie miała już czasu, by czekać na windę. Wbiegła więc na siódme piętro, pokonując po dwa stopnie naraz, po czym czerwona na twarzy pędem ruszyła przez dużą salę, przeciskając się pomiędzy stanowiskami pracowników redakcji. Po drodze poślizgnęła się na pomiętej kartce, którą ktoś nie trafił do kosza, zgubiła szpilkę i przez chwilę skakała na jednej nodze, wciskając buta z powrotem na miejsce. Zabierając ze sobą kilka zdumionych spojrzeń, minęła swoje biurko i zerknęła na ustawioną na blacie plakietkę „Alicja Werner – opiekunka czytelniczek”. Już niedługo, pomyślała z radością. Dotarła do końca sali, odgarnęła z mokrego czoła kosmyk włosów i o godzinie ósmej cztery weszła za oszklone drzwi gabinetu szefowej.

Paula Godera, redaktor naczelna „Hery”, siedziała za biurkiem odziana w jedną ze swoich markowych garsonek, które posiadała w niemal każdym kolorze. Dziś padło na ognistą czerwień, idealnie komponującą się z jej kruczoczarnymi włosami, zaczesanymi gładko i upiętymi w kok. Była elokwentną, majestatyczną kobietą, niekiedy zołzowatą, lecz wśród podwładnych cieszyła się uznaniem i sympatią. Na niczym nie zależało jej tak bardzo, jak na zgranym zespole. Dbała o relacje, na bieżąco rozwiązywała konflikty, a z każdym, kto dołączał do redakcyjnego grona, od razu przechodziła na „ty”. Jak sama mawiała, posiadała tylko dwa uzależnienia. Pierwszym z nich była praca, drugim – preparaty walczące z upływem czasu: maseczki, eliksiry i kremy peelingująco-ujędrniająco-przeciwzmarszczkowe, pieszczące jej skórę i skrupulatnie tuszujące wiek. Istniały pewne przesłanki, iż Paula Godera przekroczyła już czterdziestkę, a być może nawet zbliżała się do pięćdziesiątki, lecz bez względu na wszystko witalności mogłaby jej pozazdrościć niejedna dwudziestolatka.

– Przepraszam za spóźnienie… Były straszne korki… – wysapała Alicja, stanąwszy w progu jej gabinetu. Mimo łączącej ich nici sympatii wolała nie dodawać, że zaspała, ponieważ ciężko było jej wyrwać się z objęć snu, w którym szefowa podstawiała jej pod nos drinki.

– Nic nie szkodzi. – Redaktorka zbagatelizowała to machnięciem ręki i z uśmiechem zaprosiła ją do biurka. – No, no, no. Szykownie dziś wyglądasz, kochana. Stosownie do sytuacji, prawda?

Serce Ali szaleńczo załomotało. Usiadła, nie zapominając o wciągniętym brzuchu, choć materiał sukienki i tak niebezpiecznie napiął się na jej ciele.

– Domyślasz się zapewne, po co cię wezwałam… – zagadnęła Paula, a Ali przytaknęła. Starała się nie okazywać nadmiernej ekscytacji, ale kąciki jej ust same powędrowały ku górze. – Pracujemy ze sobą już trzy lata. Bardzo doceniam twoje zaangażowanie w tworzenie naszego pisma. Jesteś ambitna, kreatywna. Czytelniczki bardzo cię lubią.

– Dziękuję. Miło mi to słyszeć.

– Wiem jednak, że obecne stanowisko nie do końca cię satysfakcjonuje… Wcale mnie to nie dziwi. Ile można odpowiadać na te denne, błahe pytania i prośby o pomoc w wyborze farby do włosów… Dlatego mam dla ciebie miłą niespodziankę… – ucięła, a serce Alicji przeszło na najwyższe obroty. – Dostajesz awans, kochana! Od teraz oficjalnie możesz nazywać się dziennikarką „Hery”!

Szeroki uśmiech Alicji zastygł na jej ustach, by po dwóch sekundach zniknąć zupełnie. Pierwsze zdanie zrozumiała bardzo dokładnie. Co do końcówki drugiego miała wrażenie, że się przesłyszała.

– Zostaję… kim?

– Dziennikarką. Będziesz pisać artykuły. Wspaniale, prawda?

Ali machinalnie nabrała do płuc haust powietrza, a wielkie plany i ambicje rozerwały się jak szew sukienki, która w tej samej chwili pękła na jej plecach. Paula spojrzała na Alicję w taki sposób, jakby wzięła odgłos prującego się materiału za coś zupełnie innego.

– Chcesz wyjść do toalety?

– Nie… – wydukała czerwona jak burak. – Jakie artykuły…? O czym? – Resztkami nadziei chwytała się myśli, że będą to rzetelne wpisy, w których inne kobiety odnajdą siebie, swoje życie i problemy, a być może nawet drogowskazy na zawiłych ścieżkach codzienności. Ale w głębi duszy wiedziała, że są to już tylko mrzonki.

– O tym, co atrakcyjne – odparła żywo Paula. – Najnowsze sensacje, niusiki ze świata celebrytów, pikantne ploteczki… Będziesz opisywać wszystko, co kobiety czytają z wypiekami na twarzach. To zawsze się sprzedawało i będzie się sprzedawać. Ludzie po prostu wolą życie innych od swojego.

– To nieprawda… Przesadnie interesujemy się cudzym życiem wtedy, kiedy nie radzimy sobie z własnym… – ośmieliła się sprzeciwić.

– Tak… Wiem, do czego zmierzasz. Pamiętam, jak wyszłaś z propozycją, by uruchomić dział porad psychologicznych, ale to jest… nudne. Od rozwiązywania problemów są gabinety psychologów, a nie nasze pismo.

– Wiele kobiet nie ma śmiałości, by umówić się na wizytę u psychologa. Chciałyby z kimś szczerze porozmawiać, ale anonimowo… A inne chętnie by takie anonimowe rozmowy przeczytały. Zrozumiałyby, że nie są osamotnione w problemach…

Paula przerwała jej z głośnym westchnieniem.

– Alicjo, żeby była jasność: nie zamierzam otwierać tego działu, a opiekunka czytelniczek od września przestanie istnieć. Stanowisko dziennikarki jest jedynym, które mogę ci w zamian zaproponować, i robię to tylko dlatego, że darzę cię sympatią i doceniam twój dotychczasowy wkład w „Herę”. Bardzo nie chciałabym się z tobą rozstawać, ale oczywiście do niczego cię nie zmuszę. Zapytam więc krótko: przyjmujesz tę posadę czy nie?

– Przyjmuję – odpowiedziała szybko, a jej podbródek silnie zadrżał z goryczy. Oszołomiła ją świadomość, że otrzymując awans, jednocześnie została postawiona przed wizją całkowitej utraty pracy.

– No i wspaniale! Zobaczysz, że ci się spodoba i nie będziesz żałować. – Redaktorka klasnęła w dłonie, a Alicja zmusiła się, by znów przybrać na ustach coś na kształt uśmiechu. Musiała szybko zebrać się w sobie, stanąć przed nowym wyzwaniem, bez względu na to, jak dalekie było ono od jej marzeń.

– Dziękuję za tę propozycję… Doceniam, że chciałaś znaleźć dla mnie coś innego… Tylko… zupełnie nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać… O czym mam napisać pierwszy artykuł?

– O to nie musisz się martwić. Już przygotowałam dla ciebie coś specjalnego. – Uśmiechnęła się tajemniczo. – Wspominałaś kiedyś, że lubisz konie, prawda? Znasz się na nich?

– Dawniej trochę jeździłam. Moi przyjaciele mają przydomową stajnię i czasami im tam pomagam. Specjalistką nie jestem, ale co nieco wiem.

– Świetnie. Bo widzisz, tak się złożyło, że moja siostrzenica wróciła niedawno z obozu konnego na Mazurach i przywiozła mi stamtąd nietuzinkowy temat na artykuł, który może wywołać u naszych czytelniczek palpitacje serca. Opowiem ci teraz pewną legendę, którą od niej usłyszałam… – Wstała, zdjęła z półki notatnik, po czym przysiadła na rogu biurka. – Dwudziestego pierwszego sierpnia dwa tysiące siódmego roku nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi zerwał się nagły, huraganowy wiatr, który media określiły mianem białego szkwału. W ciągu kilku minut niebo stało się czarne, temperatura gwałtownie spadła, a fale zatapiały łodzie. Kilkadziesiąt osób wpadło do wody, nie wszystkich udało się uratować… Jednak ten żywioł nie był jedynym ewenementem, który się wówczas zdarzył… bo z zawieruchy, tuż nad brzegiem Śniardw, wyłonił się nagle biały koń… Sam, bez jeźdźca, jakby wyszedł prosto z mgły… – zrobiła krótką pauzę, a w jej oczach pojawił się tajemniczy błysk. – Ów koń do dzisiaj stacjonuje w pewnym gospodarstwie agroturystycznym, Folwarku Idylla w Popielnie. Trzyma się całkiem dobrze, ale nie każdy, kto miał z nim styczność, może tak o sobie powiedzieć…

– Zaraz, zaraz… – Alicja potrząsnęła głową, wyraźnie zbita z tropu. – To ten koń jest prawdziwy? Mówiłaś, że to legenda.

– Każda legenda opiera się na pewnych faktach, a biały szkwał naprawdę przeszedł przez mazurskie jeziora. Jeśli o nim nie słyszałaś, to w Internecie znajdziesz mnóstwo artykułów na ten temat. A teraz słuchaj dalej, bo najciekawsze dopiero przed tobą… – Postukała paznokciem o okładkę notatnika. – Nikt tak naprawdę nie wie, skąd ten koń wziął się wtedy nad jeziorem. Nie miał na sobie siodła ani tych… tych pasków na łbie. Jak to się nazywa?

– Ogłowie.

– O właśnie. – Pstryknęła palcami i spojrzała na Alicję w taki sposób, jakby miała już sto procent pewności, że będzie najodpowiedniejszą osobą do zbadania tej sprawy. – Prawdopodobnie nie uciekł z żadnego pobliskiego gospodarstwa, ponieważ nikt się po zgubę nie zgłosił. Chciano oddać go do fundacji, ale pewne małżeństwo przyjęło go do siebie… – Otworzyła zeszyt, po czym przeczytała na głos nazwisko z notatki: – Judyta Stelman. Tak nazywa się kobieta. Imienia mężczyzny nie znalazłam. Zginął w pożarze, który wybuchł w ich domu z niejasnych przyczyn, w środku nocy, kilka godzin po tym, jak przyjęli do siebie konia…

– Sugerujesz, że ktoś podłożył ogień celowo? Z powodu konia? – zaintrygowała się.

– Nie wiem, ale krążą pogłoski, że od tamtego czasu w Folwarku dzieją się niewytłumaczalne rzeczy. Słychać dziwne odgłosy, zwierzęta nietypowo się zachowują, a w oknie pokoju, w którym wybuchł pożar, niektórzy widują światło. Ten spalony budynek nadal tam stoi. Ludzie mawiają, że to właśnie koń sprowadził zło na gospodarstwo.

– Twoja siostrzenica też doświadczyła tam czegoś takiego?

– Nie. Była na obozie w innym ośrodku. Tylko usłyszała tę historię od kogoś z mieszkańców.

A zatem to wszystko bzdury, pomyślała kpiąco Alicja.

– Nie uważasz, że mogą to być plotki rozpuszczone przez konkurencję? – zasugerowała, na co Paula znacząco się uśmiechnęła.

– To już twoja działka, aby tam pojechać i to zbadać.

– Ty tak na poważnie? – Uniosła brwi. – Mam napisać artykuł o nawiedzonym koniu?

– Och, Ali, widzę, że musisz się jeszcze sporo nauczyć na swoim nowym stanowisku… – Redaktorka wywróciła oczami i głośno sapnęła. – Posłuchaj… Ani trochę nie obchodzi mnie, jaki tor obierzesz dla tej historii, a to, ile wpleciesz w nią prawdy, a ile własnej kreatywności, zależy już wyłącznie od ciebie. Ja podsunęłam ci temat, a ty masz stworzyć z niego coś, co zmiecie mnie z nóg. Rozumiesz?

– Rozumiem… – przytaknęła cicho, bo gorycz znów zacisnęła się na jej gardle. Coraz bardziej docierało do niej, na czym tak naprawdę ma polegać jej praca. Nie będzie w „Herze” żadną dziennikarką, lecz zwykłą pismaczką, która dostała właśnie pełne błogosławieństwo, by kłamać.

– Chciałabym, aby gotowy artykuł ukazał się w naszej gazecie dwudziestego pierwszego sierpnia, z okazji osiemnastej rocznicy przejścia białego szkwału przez Mazury. Masz zatem ponad dwa tygodnie na zebranie materiału i stworzenie tekstu. To bardzo dużo czasu, dlatego liczę, że mnie nie zawiedziesz. – Posłała podwładnej sugestywne spojrzenie, a potem dodała coś, co dobiło Alicję jeszcze bardziej: – Pamiętaj, że to twój pierwszy artykuł, twoja wizytówka. Musi być najlepszy, perfekcyjny, by równocześnie nie stał się twoim ostatnim.

*

Oskar zapiął ostatni guzik koszuli, przeczesał gęste kasztanowe włosy i z zadowoleniem przyjrzał się odbiciu w lustrze. Jeszcze dwa lata temu miewał kompleksy z powodu pucołowatej twarzy i zaokrąglonego brzucha, lecz obecnie nie mógł sobie niczego zarzucić. Zapisanie się na siłownię i ograniczenie spożywania fast foodów były jedynymi ze wszystkich noworocznych postanowień, które udało mu się spełnić i, co najważniejsze, konsekwentnie utrzymać. Podczas ćwiczeń miał ochotę wypluć płuca, a ślina gromadziła mu się w ustach za każdym razem, gdy jego współpracownicy z biura delektowali się kebabami, hamburgerami lub pizzą, jednak efekty, które mógł dziś podziwiać w lustrze, stanowiły satysfakcjonujący dowód na to, że jego poświęcenie nie poszło na marne.

Alicja również patrzyła na niego z podziwem, choć akurat ona nigdy nie narzekała na jego „misiowatą” posturę. Nie przyznał się nikomu, że zapragnął się zmienić przede wszystkim dla niej. Chciał stać się najlepszą wersją siebie, tak jak i ona była dla niego. Gdy poznali się kilkanaście lat temu, jeszcze jako dzieci, nie mógł nawet przypuszczać, że ich losy tak bardzo się ze sobą splotą. Dopiero w wieku nastoletnim poczuł coś irracjonalnego. Pewność, że to właśnie Alicja, mimo szeregu wad, z którymi już się pogodził, a nawet zjednoczył, jest dla niego tą jedyną. Wiele ciepłych wspomnień utkwiło mu w głowie. Pamiętał, jak uroczo irytowała się za każdym razem, gdy nazywał ją chochlikiem, a także jej wielkie zdumienie, kiedy ośmielił się wreszcie zaprosić ją na oficjalną randkę. Skakał ze szczęścia pod sufit, gdy po kilkunastu miesiącach weekendowych schadzek Alicja przeprowadziła się z rodzinnego Grębocina do Warszawy, by mogli wspólnie wynająć mieszkanie. Drobna, filigranowa, a wypełniła jego życie radością, ciepłem i miłością aż po brzegi. Nuda była ostatnią rzeczą, na którą mógłby przy niej narzekać.

To właśnie z tych i wielu innych powodów, mając w pamięci zarówno dobre, jak i złe chwile, które dźwigali razem, Oskar podjął męską, odpowiedzialną decyzję, by uczynić kolejny milowy krok na ich wspólnej drodze. Z dumą spojrzał na przygotowane przez siebie apetyczne spaghetti, czekające na zastawionym stole w salonie, a zaraz potem wyciągnął z kieszeni małe welurowe pudełeczko, by raz jeszcze zerknąć na znajdujący się w nim pierścionek. Jego widok działał jak cucące uszczypnięcie; dawał do zrozumienia, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Schowawszy pudełeczko, sprawdził godzinę, po czym przeszedł do przedpokoju i przystawił ucho do drzwi. Alicję zawsze dało się słyszeć już od parteru, dlatego gdy tylko na klatce schodowej rozległ się stukot jej obcasów, Oskar wbiegł z powrotem do salonu, zapalił świecę, rozlał wino do kieliszków i stanął na baczność niczym menedżer restauracyjnej sali, w napięciu wbijając wzrok w drzwi. Serce łomotało mu ze stresu i ekscytacji. Spodziewał się świergotu, okrzyku: „Mam to!”, jednak gdy Alicja weszła do domu ociężale, z rozdartą na plecach sukienką i spojrzeniem smętnie ulokowanym w podłodze, mina Oskara zrzedła.

– Och… – wydusiła tylko z siebie, gdy przystanęła w progu, zaskoczona widokiem zastawionego stołu i odświętnym wyglądem ukochanego.

– Co jest? Jak poszła rozmowa z szefową?

– Źle… Fatalnie…

– Nie dostałaś awansu?

– Dostałam… ale to wszystko nie tak… – Jej głos załamał się z emocji. Weszła do salonu, opadła na krzesło i ze łzami w oczach streściła Oskarowi przebieg spotkania z redaktor naczelną „Hery”. – Czuję się taka oszukana… – załkała pod koniec. – Ale nie mogę mieć do niej pretensji, bo to ja wyobraziłam sobie za dużo… Inni na moim miejscu skakaliby pod sufit z wdzięczności za otrzymaną posadę dziennikarki, a ja mam poczucie, że w ogóle się do tego nie nadaję… Gdybym chociaż mogła pisać rzetelne teksty mogące komuś pomóc, a nie takie brednie… I to o czym?! O duchach?!

– Co zamierzasz zrobić?

– To, czego Paula ode mnie oczekuje. Muszę napisać ten artykuł. I tak nie mam innego wyjścia. Mojego obecnego stanowiska już praktycznie nie ma. Bardzo dosadnie dała mi do zrozumienia, że albo wezmę to, co daje, albo zabraknie dla mnie miejsca w zespole – westchnęła z rozżaleniem i otarła oczy. Znów przeniosła wzrok na zastawiony stół z zapaloną świeczką. Oskar uprzedzał, że wieczorem wspólnie zjedzą kolację, ale nie spodziewała się tak wyjątkowej, romantycznej otoczki. Ciepło otuliło ją tak bardzo, że na chwilę odegnało smutek. – Przygotowałeś to wszystko z okazji mojego awansu? – Spojrzała na niego z rozczuleniem.

– Tak… – Oskar przełknął ślinę. Jego dłoń machinalnie powędrowała ku kieszeni z ukrytym pudełeczkiem, lecz w ostatnim momencie się zawahał. To nie był dobry czas na oświadczyny… Nie dzisiaj. Nie pośród żalu, w którym tonęła Alicja. Musiał znaleźć na to lepszą sposobność… i chyba wiedział już gdzie. – Pojadę tam z tobą – oznajmił nagle ożywiony, wywołując w Ali niemałe zdumienie.

– Na Mazury? Poważnie?

– Przecież nie puszczę cię samej na spotkanie z nawiedzonym koniem. Wiem, jak może się skończyć taka konfrontacja… Szkoda zwierzaka. – Mrugnął, szczerząc się. Choć Alicja zgromiła go wzrokiem, po chwili sama parsknęła śmiechem. – Mówiłem ci, że zaczynam urlop. Co prawda liczyłem, że uda nam się wyskoczyć gdzieś za granicę, ale nie ma tego złego. Pogoda w Polsce zapowiada się bajecznie, a Mazury podobno są piękne. Nigdy tam nie byłem, a ty?

– Ja też nie. A kiedyś bardzo chciałam.

– No widzisz? Połączymy przyjemne z pożytecznym. – Ucieszył się tak bardzo, że nawet i na nią, mimo podłego nastroju, przeskoczyła mała iskra entuzjazmu. – Trochę wypoczniesz, trochę popracujesz i wrócisz z zajebiście dobrym artykułem, który wystrzeli tę Paulę z kapci. Zobaczysz, że to będzie wyjątkowy początek nowej drogi w życiu… – dodał z tylko sobie znaną aluzją, myśląc o pierścionku, który skrywał w kieszeni.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja