Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
Lisa i jej kilkuletnia córeczka Anouk mieszkają na uboczu. Któregoś dnia w ich domu pojawia się nieproszony gość, a wtedy życie zamienia się w koszmar. Kim jest obcy mężczyzna? Czego od nich chce? Każda kolejna godzina odsłania coraz bardziej przerażającą prawdę, a dom, wydawałoby się, bezpieczne schronienie, staje się więzieniem…Lisa za wszelką cenę pragnie chronić swoją córkę. Światełko nadziei daje jej świadomość, że ktoś widział, co się stało w jej domu. Dlaczego jednak świadek nie poinformował policji?
Zdaje się, że nie ma ucieczki z tej matni…
Milion sprzedanych egzemplarzy w Holandii.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna in. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 210
Rok wydania: 2014
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Blauw Water
Przekład: Aleksandra Górska
Redakcja: Maria Stęplewska
Korekta: Top Level Edit
Skład: Norbert Młyńczak
Druk: Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Copyright © for the text Simone van der Vlugt, 2008
Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo JK, 2013
ISBN 978-83-7229-363-3
Wydanie I, Łódź 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.
Wydawnictwo JK ul. Krokusowa 1-3, 92-101 Łódź tel.: 42 676 49 69, fax: 42 646 49 69 w. 44www.wydawnictwofeeria.pl
Dostrzega go w ostatniej chwili. Wiesza pranie na suszarce obrotowej w ogrodzie, gdy nagle mężczyzna wyłania się zza trzepoczących prześcieradeł. Lisa z krzykiem upuszcza na trawę prześcieradło, które trzyma w dłoniach. Intruz wygląda tak przerażająco, że kobieta się cofa i wpada na stojący za nią stolik. Kosz z praniem upada na ziemię, klamerki do ubrań razem z nim.
Przygląda się jej spod zmrużonych powiek. Wygląda niechlujnie, ma czarne włosy ścięte na jeża, na twarzy co najmniej dwudniowy zarost, na nogach znoszone kowbojki, a ubranie powalane plamami od trawy. Jednak Lisę przyprawia o dreszcz głównie jego lodowate spojrzenie.
Podmuch wiatru wprawia w ruch suszarkę i mężczyzna na chwilę znika za łopoczącym praniem. Lisa korzysta z okazji i rzuca się w kierunku kuchennych drzwi. Mężczyzna omija suszarkę, ramionami rozgarnia na bok uderzające go prześcieradła i idzie za nią. Gdy Lisa jest już krok od progu, rzuca się za nią biegiem. Kobieta zatrzaskuje mu drzwi przed nosem, ale zanim zdąża zasunąć zamek, mężczyzna je otwiera i pakuje się siłą do środka. Swoją obecnością wypełnia całą kuchnię.
Oczy Lisy biegną do noży wiszących na pokrytej kafelkami ścianie nad blatem, ale kobieta wie, że nie zdąży po nie sięgnąć. Przesuwa się wolno cal po calu do tyłu w kierunku otwartych drzwi do bawialni. Dolatują zza nich przenikliwe dźwięki programu telewizyjnego, który ogląda na sofie jej pięcioletnia córka Anouk.
Lisa zamiera i czeka. Intruz podobnie i jakiś czas mierzą się wzrokiem. Dopóki Anouk się nie zorientuje, dopóki się nie ruszy, pochłonięta kreskówką.
Mężczyzna nie sprawia wrażenia muskularnego, ale jest bardzo wysoki i Lisa wie, że bez trudu, z palcem w nosie, obali ją na ziemię. Nie próbuje się łudzić, że dałaby mu radę, ale może nie dopuścić, by zauważył jej córkę.
Dociera do niej, że jeszcze nie odezwał się słowem. Nie potrafi go wyczuć - kim jest i czego chce.
Kiedy rusza w jej kierunku, Lisa cofa się i przykleja do framugi, ale mężczyzna podchodzi do blatu. Są na nim pozostałości ich lunchu: pół bochenka razowca na desce do chleba, paczka krakersów i trochę czekoladowych wiórków. W zlewie stoi na wpół opróżniona szklanka mleka Anouk. Dzisiaj nie chciała zjeść nic więcej, a Lisa wołała jej nie zmuszać. Pewnie i tak znowu by wszystko wypluła.
Mężczyzna chwyta szklankę i dopija mleko. Potem zgarnia torbę z chlebem, ignoruje supeł, na który Lisa ją zawiązała i rozdziera foliowe opakowanie, z którego wypadają kromki. Wpycha jedną do ust, nie zawracając sobie głowy dodatkami na blacie. Je, nie spuszczając oka z Lisy.
Ta obserwuje scenę zdumiona. Mężczyzna ewidentnie umiera z głodu. Patrząc, jak łapczywie pochłania chleb, Lisa bije się z myślami. Gdyby była sama, już dałaby nogę. Ale z Anouk nie ucieknie daleko. Najlepsze, co może zrobić, to pokazać mu, że nie jest jego wrogiem, że chce mu pomóc.
Otwiera drżącymi rękami lodówkę i sięga do środka. W tej samej chwili jego wielka łapa zaciska się na jej ramieniu i agresywna twarz przysuwa się bardzo blisko, jednak kiedy mężczyzna widzi, że Lisa trzyma pudełko z jajkami, odpręża się.
- Po... pomyślałam, że usmażę panu jajecznicę - jąka się Lisa. - Ma pan ochotę?
Pełen niepokoju, uległy ton, jaki słyszy w swoim głosie, nie bardzo jej się podoba, ale mężczyzna puszcza jej ramię.
Kobieta boi się, że nogi odmówią jej posłuszeństwa, jednak dociera jakoś do blatu i otwiera szafkę. Najspokojniej jak potrafi, unikając nagłych ruchów, wyciąga patelnię i zabiera się do dzieła.
Za blisko, mężczyzna stoi za blisko niej. Dłonie Lisy chwytają paczkę masła. Powinna odkroić kawałeczek, ale woli nie prowokować go widokiem noża.
Masło jest zimne i twarde: musi się nieźle natrudzić, żeby usunąć papier i oderwać kawałek. Rzuca go na patelnię i wyciera palce o dżinsy.
Tłuszcz skwierczy na patelni. Chwilę później dołączają do niego jajka. Rozbiła je tak niezręcznie, że musi teraz wyławiać kawałki skorupek. Na dodatek sypnęła za dużo soli i pieprzu. Złości ją, że nie panuje nad dłońmi. Tymczasem musi się uwijać i sprawiać wrażenie, że zachowuje spokój.
Powoli, bardzo niespiesznie podchodzi do lodówki i tym razem mężczyzna nie interweniuje. Na jajkach, których żółtka powoli się ścinają, lądują ser i szynka. Lisa może już wyłączyć gaz i teraz już tylko od czasu do czasu podważa danie łyżką. Dobrze jest trzymać w dłoni coś, co może posłużyć za broń, nawet tak nieporęczną i mało skuteczną.
Mężczyzna gapi się na jajka. Wdycha woń potrawy i nagle brutalnie odsuwa Lisę na bok, chwyta patelnię i zrzuca jej zawartość na deskę do krojenia. Rozsmarowuje jajka na dwóch kawałkach chleba i pożera na stojąco.
Lisa obserwuje go przyklejona plecami do pokrytej kafelkami ściany. O żesz, ile ten gość może zjeść. Jeśli tylko będzie pochłaniał większe kęsy, zadławi się.
Ale udaje mu się połknąć wszystko bezpiecznie do ostatniego okruszka. Potem rzuca się w jej stronę. Lisa wydaje stłumiony okrzyk, jednak on tylko otwiera lodówkę, żeby wyjąć karton mleka. Przykłada go do ust i żłopie łapczywie, płyn ścieka mu po nieogolonym podbródku i ubraniu.
Szok wywołany sytuacją zapiera nagle Lisie dech w piersiach. Przyciska się mocniej do ściany. Co teraz? Uda jej się wyjść z kuchni i zadzwonić po kogoś albo opuścić dom razem z Anouk? Nie, musi wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby sprowokować jego agresję. Dom stoi za daleko od głównej drogi, by ryzykować. Samej by się jej udało, ale nie z chorym dzieckiem.
Jedyna nadzieja w tym, że zdoła wykonać telefon. Komórka leży na toaletce. Musi tylko wybrać 112.
Odkleja się powoli od ściany, ale intruz natychmiast wyrasta przed nią jak spod ziemi.
- Nie ruszaj się stąd.
Rozkaz brzmi bardzo spokojnie, co tylko dodaje mu grozy. Lisa zastyga w bezruchu.
Mężczyzna rzuca pusty karton po mleku na blat i zagląda przez otwarte drzwi do bawialni. Anouk spogląda na niego z sofy przestraszonym wzrokiem. Nie przepada za obcymi. Nawet osoby, które zna, ją onieśmielają, jeśli jakiś czas ich nie widziała. Zdarzało się, że stała godzinami w korytarzu, nie śmiejąc wejść w gwar urodzinowego przyjęcia. Dopiero gdy nikt nie patrzył, nieśmiało się zakradała i w końcu jej skrępowanie powoli znikało.
Teraz siedzi w swojej fioletowej piżamce i gapi się na nieznajomego w drzwiach. Rzuca matce spanikowane spojrzenie i wargi zaczynają jej drżeć.
- Mamusiu?
Lisa przeciska się szybko obok mężczyzny i staje jak bufor między nieproszonym gościem a córką. Jeśli bydlak zamierza zrobić coś Anouk, najpierw będzie musiał uporać się z nią. Nie przyjdzie mu to z trudem, ale liczy się każda sekunda, na którą zdoła zatrzymać go w kuchni.
- Nie bój się, kochanie - woła Lisa uspokajająco.
- Kto to? - pyta Anouk bojaźliwie.
- Ten pan był bardzo głodny. Zrobiłam mu coś do jedzenia.
- Ale kto to? - obstaje przy swoim Anouk z uporem pięciolatki.
- Odpowiedź nie potrafi przejść Lisie przez gardło. Mężczyzna odpychają na bok i przeczesuje wzrokiem jadalnię połączoną z salonem. Wygląda na to, że sam nie bardzo wie, co dalej.
Potem jego wzrok znowu spoczywa na Lisie i w oczach pojawia się błysk wyrachowania.
- Do środka - rzuca ostro.
Podświadomie miała wcześniej nadzieję, że mężczyzna pójdzie sobie, gdy już napełni żołądek. Ten jednak nadal kręci się po domu i myszkuje: podnosi fotografie, wysuwa szuflady, zagląda do szafek. Lisa nie zamierza mu przeszkadzać: może wziąć sobie, co mu się żywnie podoba, byleby tylko zostawił je w spokoju.
- Śliczny dom.
- Dziękuję. - Brzmi to idiotycznie, jakby rozmawiała ze znajomym przybyłym z grzecznościową wizytą, a nie intruzem, ale to jedyna rzecz, która przychodzi jej do głowy. Nie prowokuj go, żeby nie wiem co, nie prowokuj go. Czekaj spokojnie na to, co zrobi dalej, a w międzyczasie chroń Anouk.
Dzięki Bogu, mała siedzi cicho na sofie, przyciskając do siebie pluszową małpkę, jakby wyczuwała, że najlepiej nie rzucać się w oczy, siedzieć cichutko jak trusia.
- I ładnie urządzony. - Mężczyzna przesuwa dłonią po antycznym kredensie, pstryka palcem o krawędź kryształowego kieliszka do wina. Lisa cofa się w stronę kuchni i dyskretnie pokazuje córce, by zrobiła to samo, ale zanim Anouk zsuwa się z sofy, intruz pojawia się w bawialni.
Obchodzi stolik ze wzrokiem wbitym w duży barwny obraz nad sofą. Namalował go Mark w roku, w którym się poznali, i dla Lisy jest bezcenny.
- Sztuka - mówi mężczyzna, jakby wskazywał na latający talerz.
Powinna coś powiedzieć czy lepiej zachować milczenie? Nie dowierzając głosowi, wybiera to drugie.
Spojrzenie mężczyzny zatrzymuje się na Anouk. Nachyla się niespodziewanie i wyciąga do niej rękę. Lisa rzuca się w jego stronę potykając się, a dziewczynka zaczyna krzyczeć i kopać.
W oczach mężczyzny pojawia się dzikość.
- Przestań! Cicho! Dość!
Anouk zaczyna płakać i biegnie do matki. Lisa próbuje ją uspokoić, ale cała się trzęsie. Jeśli mają jakąś szansę ucieczki, to właśnie teraz.
Nie spuszczając mężczyzny z oka, uwalnia się delikatnie z uścisku córki. I rzuca się do ucieczki.
Ciągnie Anouk za sobą i wybiega do kuchni, a potem na zewnątrz, do ogrodu. Gdy tylko błyska jej nadzieja, że może im się uda, ktoś chwyta ją za włosy i obala na ziemię.
- Uciekaj, Anouk! Biegnij do cioci Rose! - krzyczy Lisa.
Anouk zastyga w pewnej odległości, z wyraźnym wahaniem. Sąsiadka mieszka dość daleko i normalnie małej nie wolno tam chodzić. Jej twarz jest teraz jednym wielkim znakiem zapytania, konsternacja miesza się na niej z niechęcią do zostawienia matki.
Mężczyzna brutalnie ciągnie Lisę z powrotem do kuchni ze wzrokiem wbitym w Anouk.
- Zostań tutaj!
- Mamusiu! - Głos dziewczynki nabrzmiały jest łzami.
- Biegnij, Anouk! Biegnij, ile sił w nogach! - krzyczy Lisa, zanim znika w kuchni.
Żwir na ścieżce chrzęści pod stopami Anouk. Na sekundę Lisie spada kamień z serca, potem widzi zbliżającą się do jej twarzy pięść. Sufit i podłoga zamieniają się miejscami w eksplozji bólu. Posadzka w kuchni jest twarda, ale to wrażenie trwa krótko. Po nim następuje miękka ciemność.
Kiedy odzyskuje przytomność, leży na sofie. Słychać wiadomości w telewizji. Do uszu Lisy dolatują też pochlipywania.
- Mamusiu, mamusiu, obudź się. Nos ci krwawi, mamusiu. - Anouk delikatnie ściera krew z jej twarzy rękawem piżamy.
Głowa jest jedną wielką kulą bólu, ale Lisa natychmiast odzyskuje czujność.
- Gdzie on jest? - pyta szeptem.
Anouk wskazuje głową kuchnię.
- Pozamykał wszystkie drzwi i okna - mówi drżącym głosem. - I pochował wszystkie noże z kuchni.
- Te ze ściany?
- I te, którymi jemy.
Lisa zamyka oczy z cichym jękiem. Wygląda na to, że drań ma zamiar dłużej tu zabawić. Muszą jakoś uciec. Ale jak wydostać się z domu z pozamykanymi drzwiami i oknami?
Przenosi wzrok na córkę.
- A góra? Był też na górze?
- Wszędzie. Biegał dokoła.
Wygląda na to, że nie marnował czasu, gdy ona była nieprzytomna. To zły znak. A gdzie jest telefon stacjonarny? Baza słuchawki jest pusta.
- Przynieś moją komórkę. Leży na toaletce - mówi Lisa cicho.
Anouk kręci nieznacznie głową.
- Włożył ją sobie do kieszeni. I zwykły telefon też.
Lisa opada przybita z powrotem na sofę i łamie sobie głowę nad tym, jak wykorzystać fakt, że on nie wie, że się ocknęła, i może znowu podjąć próbę ucieczki.
Garaż. Jeśli zdołają się tam dostać, będą uratowane. Stoi tam jej samochód z kluczykami w stacyjce. Drzwi do garażu są w pralni i nie można ich zamknąć: klucz zapodział się wieki temu, a ona nigdy nie zawracała sobie głowy dorabianiem nowego. Jeśli mężczyzna opuści kuchnię, będą mogły się tam wślizgnąć.
- Anouk - szepcze.
Córka natychmiast zbliża twarz tak, że ich nosy się stykają.
- Tak? - odpowiada szeptem.
- Będę udawała, że nadal śpię, żeby dał nam spokój. Nie pokazuj po sobie, że jestem przytomna, dobrze?
- Dobrze.
- Powiedz mi tylko bardzo cichutko, kiedy wyjdzie z kuchni, okej?
- Okej.
Lisa zamyka oczy.
- Mamusiu?
- Ciii.
Anouk siedzi obok matki cichutko jak myszka i Lisa z trudem panuje nad wzruszeniem. Jej słodka, duża, dzielna córeczka. Jakim trzeba być draniem, żeby robić coś takiego dziecku? Bez względu na to, co się stanie, nie pozwoli, żeby Anouk włos spadł z głowy, nawet jeśli musiałaby wydrapać oczy gnojowi.
Odgłos kroków na drewnianej podłodze. Wrócił. Przez kilka sekund nic się nie dzieje. Prawdopodobnie na nią patrzy. Lisa uchyla na milimetr powieki, ale widzi tylko niewyraźny kształt. Co się maluje na jego twarzy? Co zamierza zrobić? Dotyk pleców Anouk na jej brzuchu jest ciepły i znajomy, wzmaga macierzyński instynkt, ale też ogromną świadomość zagrożenia. Potem kroki mężczyzny się oddalają, idzie w stronę jadalni i korytarza. Lisa czuje, jak Anouk odwraca się do niej nieznacznie.
- Mamusiu, poszedł sobie.
W korytarzu otwierają się drzwi do ubikacji i niedługo potem słychać stukot deski sedesowej. Lisa siada ostrożnie i stawia stopy na ziemi.
- Szybko - mówi cichuteńko.
Ale „szybko” nie wchodzi w grę. Kiedy Lisa próbuje wstać, ma wrażenie, że ściany dokoła falują. Opiera dłoń na ramieniu Anouk, dziewczynka rzuca jej zaniepokojone spojrzenie.
- Już wszystko dobrze. Chodź szybko do samochodu.
Możliwie jak najciszej przebiegają na paluszkach do kuchni. Mężczyzna spuszcza wodę w toalecie.
Lisa ciągnie córkę za rękę do pralni i otwiera drzwi do garażu. W pomieszczeniu jest ciemno, ale nie odważa się zapalić światła. Gestem pokazuje córce, żeby wsiadła do auta, sama po omacku idzie do wrót. Ciężkie skrzydła ustępują ze zgrzytem, po kolejnym pchnięciu otwierają się z łoskotem. Do środka wlewa się światło słoneczne i świeże powietrze. Potem w zasięgu wzroku pojawia się para ciężkich butów, rozdarte dżinsy i dłoń trzymająca duży nóż.
Od samochodu dzieli ją tylko kilka kroków. Lisa odwraca się i rzuca biegiem do drzwiczek. Otwiera je i opada na siedzenie. Jeden rzut oka wystarcza, by się zorientować, że kluczyków nie ma już w stacyjce. Wyskakuje z powrotem z auta, klnąc. Ma wrażenie, że mężczyzna wypełnia sobą całą przestrzeń i wysysa powietrze.
- Mamusiu!
- Wysiadaj, wysiadaj! – krzyczy do córki i biegnie do regału na tyłach garażu. Spodziewa się, że lada moment zostanie złapana, ale słyszy tylko skrzyp wrót garażowych, gdy pomieszczenie powoli spowija znowu mrok. W pośpiechu wyciąga palce w stronę regału. Wymacuje pudełko na narzędzia i grzebie w nim, dopóki nie natrafia na młotek. Odwraca się na pięcie, rozglądając za córką i mężczyzną, ale w ciemnościach nic nie może dostrzec
- Anouk!
Nagle zapala się jarzeniówka, najpierw miga z wahaniem, potem zalewa garaż ostrym, oślepiającym światłem. Mężczyzna stoi koło samochodu, Anouk siedzi na tylnym siedzeniu. Przesuwa się pospiesznie na jego drugi koniec i szarpie bezradnie za blokadę drzwi.
Nie marnując chwili, Lisa otwiera drzwiczki i jednocześnie unosi młotek wysoko w górę.
- Tylko się zbliż, a przysięgam, że zatłukę cię na śmierć – krzyczy łamiącym się głosem.
Mężczyzna obchodzi auto, wyciąga Anouk ze środka i wlecze ją na tył, w najciemniejszą część pomieszczenia, skąd nie ma jak uciec.
Lisa błyskawicznie zasłania sobą córkę, chcąc ją chronić, i zamachuje się...
- Rzuć to, suko! - Mężczyzna unosi rękę i dźga ją nożem.
Młotek opada na dół, krzyk intruza sugeruje trafienie, ale gdy Lisa podejmuje atak na nowo, czuje przeszywający ból w ręku. Ciepła ciecz moczy rękaw jej swetra i mija chwila, zanim Lisa uświadamia sobie z niedowierzaniem, że to krew. W następnej chwili duża dłoń zaciska się na jej ramieniu i wykręca je na plecy. Młotek wypada z ręki.
W następnej chwili Lisa leży już na zimnej betonowej posadzce z nożem przyciśniętym do gardła. Słyszy wołanie Anouk z tyłu, ale zachowuje niezwykły spokój. Uświadamia sobie, że nie ma szans w starciu z intruzem. Z chorym dzieckiem i zranioną ręką jest podwójnie osłabiona i jeśli będzie dalej się opierać, postawi na szali życie nie tylko swoje, ale też córki.
Wędruje spojrzeniem do oczu napastnika i zmusza się, by nie odwrócić wzroku.
- Proszę, nie - mówi z trudem. - Zrobię wszystko, czego chcesz, tylko nas nie zabijaj.
Mężczyzna wisi nad nią i dyszy z wysiłku z niemal histeryczną miną. Nóż wrzyna się jej w skórę.
- Proszę - szepcze Lisa. - Przepraszam.
- Cicho! Wstawaj! - Stawia ją na nogi i wywleka z garażu. Anouk biegnie za nimi jak spłoszona sarenka za matką. Jęcząc z bólu, Lisa daje się zaciągnąć do pralni, a stamtąd przez kuchnię do pokoju, gdzie intruz ciska ją na sofę. Krew kapie na parkiet. Telewizor nadal gra.
Anouk podbiega do matki i Lisa obejmuje ją niezranioną ręką. Zupełnie jakby wcześniej się umówiły, żadna nie podnosi głowy, obie tulsię do siebie z oczyma wbitymi w krew na podłodze. Mężczyzna staje przed nimi, bierze się pod boki. Stoi tak jakiś czas, mierząc je wzrokiem, aż w końcu Anouk zaczyna chlipać. Wtedy intruz opada na brzeg stolika, ale nie wypuszcza zakrwawionego noża z dłoni.
- Dobra - mówi spokojnie. - Teraz uzgodnimy sobie parę zasad.
W tym momencie program telewizyjny przerywa serwis informacyjny.
Zbiegły przestępca sprawcą zabójstwa. Po raz trzeci w ciągu ostatnich miesięcy w Holandii niebezpieczny kryminalista ucieka na wolność. Czterdziestotrzyletni Mick Kreuger zniknął w niedzielę po południu podczas dozorowanej dziennej przepustki z więzienia psychiatrycznego, gdzie został osadzony zaledwie dwa lata temu za kilka zabójstw. Policja wdrożyła ogólnokrajową akcję poszukiwawczą, ale jak do tej pory nie zdołała zlokalizować zbiega. Kreuger jest bardzo niebezpieczny, od chwili ucieczki pozbawił już życia jedną osobę. Pod żadnym pozorem nie wolno się do niego zbliżać.
Cała trójka słucha komunikatu: Anouk z okrągłymi oczyma, które przeskakują z ekranu na mężczyznę i z powrotem, Lisa z zawrotem głowy, Mick Kreuger w pełnym napięcia skupieniu. Kobieta porównuje zdjęcie z telewizji z rzeczywistym wyglądem intruza. To się nie dzieje naprawdę, myśli. Nie mogło się przydarzyć jej, w jej własnym domu. Oddech Lisy przyspiesza, usta robią się suche, ale jakimś cudem udaje jej się wziąć w karby.
Kreuger siada na sofie i kiedy na antenie pojawia się ponownie wcześniejszy program, zaczyna przerzucać kanały w poszukiwaniu innego serwisu. Na RTL 4 podają najświeższe informacje na temat ofiary zabójstwa, która zginęła od uderzenia w głowę ciężkim narzędziem. Według świadka, podejrzany sprawca odpowiada rysopisowi Kreugera.
Ekran wypełnia ta sama fotografia wysokiego, chudego mężczyzny z czarnymi, ogolonymi włosami i ciemnymi oczyma, które patrzą bez śladu emocji.
Lisa czuje, jak cierpną jej ręce i nogi, chłód dociera aż do koniuszków palców. Dłoń rwie boleśnie i nadal krwawi. Zdjęła skarpetkę i owinęła nią ranę, ale wie, że potrzebuje bandaża. Przyciska kciuk i resztę palców do rozcięcia, by możliwie zbliżyć jego brzegi i trzyma rękę w górze.
Próbuje jednocześnie myśleć. Teraz, gdy siedzi na sofie potulna jak baranek, Mick Kreuger nie zwraca na nią uwagi i Lisa chce, by tak zostało.
Kiedyś oglądała program o napadach z bronią w ręku. Psycholog sądowa radziła widzom, by w przypadku podobnego zagrożenia wykonywali wszystkie polecenia napastnika, który jest z reguły równie spięty i zdenerwowany jak ofiara, a przyparty do muru może zachować się nieprzewidywalnie. Jeśli nie możemy się bronić, lepiej jest zachować bierność i nie pogarszać sytuacji.
Lisa zastanawia się, czy rady pani psycholog płynęły z autopsji, czy były to czysto teoretyczne wskazówki zaczerpnięte z któregoś z podręczników. Mimo to widzi w nich sens. Rzuca Kreugerowi ostrożne spojrzenie. Mężczyzna zrywa się nagle i zaczyna kląć, na czym świat stoi.
Biega po pokoju jak oszalały, z nożem w ręku. Lisa się kuli, nie ma pojęcia, jak odważyła się podjąć wcześniej próbę ucieczki. Mógł bez mrugnięcia okiem poderżnąć gardła im obu. Przy tym jak dotąd prawie w ogóle się nie odzywa, to aż dziwne - ewidentnie ma nie po kolei w głowie.
Najlepsze, co mogą zrobić, to zachować spokój do chwili przybycia pomocy. To uciekinier z zakładu psychiatrycznego, nie mógł przecież rozpłynąć się w powietrzu bez śladu. Policja z pewnością podąża jego tropem i lada moment się tu zjawi. Do tego czasu Lisa nie może tracić z oczu tego, co najważniejsze: bezpieczeństwa swojego i Anouk.
Przykłada córce dłoń do czoła. Jest ciepłe. Cieplejsze niż rano. Przydałby się ventolin. Ale inhalator znajduje się na górze.
Kreuger siedzi na brzegu sofy i gapi się pustym wzrokiem przed siebie. Postukuje nożem o wnętrze dłoni: puk, puk, puk.
Ciszę przerywa kaszel Anouk. Lisa przykłada jej dłoń do pleców, dopóki atak nie mija.
- Co z nią? - Pierwszy raz Kreuger odzywa się normalnym tonem, choć minę ma nadal wrogą.
- Napad astmy. - Lisa próbuje zachować spokój w głosie.
- Potrzebuje lekarstwa?
- Pomógłby jej inhalator, ale jest na górze.
Zapada chwila ciszy. Kreuger mierzy ją wzrokiem.
- No to idź i go przynieś.
Zalewa ją fala wdzięczności i ulgi, którą słychać w głosie, gdy zwraca się do córki
- Mamusia przyniesie ci ventolin. Zaraz wracam.
Anouk rzuca Kreugerowi podejrzliwe spojrzenie.
- Ten pan nic ci nie zrobi - zapewnia Lisa delikatnie. - Wracam za chwilkę.
Oczy Anouk błagają, by została, ale zaraz pojawia się nowy atak kaszlu.
Lisa biegnie na górę do sypialni Anouk. Znajduje się tam gniazdko telefoniczne i telefon, ale intuicja jej podpowiada, że to jest test. Jeśli podniesie słuchawkę z widełek, Kreuger może odegrać się na Anouk. Prawdopodobnie stoi teraz na dole ze słuchawką przyciśniętą do ucha i czeka, by Lisę wydało kliknięcie.
Nie może zatem zadzwonić, nie może nawet rozejrzeć się za czymś do obrony. W pokoju jest cała masa rzeczy, które mogłaby wykorzystać w tym celu: nożyczki, scyzoryk, obluzowana klepka z wystającymi gwoździami, mnóstwo ciężkich przedmiotów. Ale dopóki Kreuger jest z Anouk, ona nie może niczego ze sobą zabrać. Ani ryzykować rewizji osobistej.
Chwyta inhalator i pojemnik ventolinu ze stolika nocnego. Z wysiłku ręka zaczyna jej znowu krwawić. Idzie do łazienki, do szafki na lekarstwa, po bandaże, watę i płyn odkażający. Kiedy się odwraca, Kreuger stoi w drzwiach.
Chociaż jest szczupły, jego wysoka postać wypełnia wejście i sprawia, że pomieszczenie wydaje się przytłaczająco małe. Lisa tłumi krzyk, cofa się odruchowo i rozpłaszcza na ścianie.
Kreuger patrzy na rzeczy, które trzyma.
- Co tam masz?
- Muszę zabandażować rękę. Nie chce przestać krwawić.
Mężczyzna ruchem głowy pokazuje jej, żeby poszła za nim, i Lisa posłusznie idzie. Gdy wskazuje na sypialnię, waha się przez chwilę, ale wchodzi do środka.
- Siadaj.
W pokoju nie ma krzesła. Może mu chodzić tylko o łóżko. Lisa przysiada spięta na brzeżku. Kreuger opuszcza swoje długie ciało tuż obok. Blisko niej, za blisko.
Bierze jej rękę, rzuca skarpetkę na podłogę, wciera trochę płynu odkażającego w ranę i umieszcza na niej sterylny gazik. Następnie przykłada watę i zaczyna obwiązywać ranę. Najwyraźniej zna się na rzeczy. Dwie minuty później ręka jest fachowo zabandażowana.
- Dziękuję. - Lisa nie wie, gdzie podziać oczy, mierzi ją intymność tej sytuacji.
Kreuger nie odpowiada. Podnosi się i Lisa odruchowo robi to samo.
Stoją naprzeciwko siebie obok podwójnego łóżka, w którym spędziła z Markiem tyle pełnych uniesień godzin. Na tę myśl Lisa oblewa się potem. Byleby on tylko nie... Proszę, popatruje na łóżko. I na nią. Musi jakoś odwrócić jego uwagę.
- Widać, że ma pan w tym wprawę. Zupełnie jakby opatrzył mnie lekarz.
- Robiłem kurs pierwszej pomocy - pada szorstka odpowiedź.
- O, no tak, nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda.
- Bez tego ani rusz, gdy ma się dzieci. A to połkną zabawkę, a to wpadną do wody albo się skaleczą.
Lisa kiwa głową w odpowiedzi. Zatem gość ma dzieci. Za które czuje się tak odpowiedzialny, że zrobił kurs pierwszej pomocy.
- Mamusiu! - Anouk woła płaczliwie z dołu.
Ich spojrzenia się spotykają: Lisa patrzy pytająco, Kreuger z irytacją.
Ale kiwa głową, a ona rzuca mu przelotny uśmiech na znak wdzięczności. Tak właśnie się sprawy mają: musi prosić o zgodę na zejście na dół we własnym domu i być wdzięczna, gdy ją otrzyma, myśli, schodząc po schodach.
Kreuger idzie tuż za nią.
- Pić mi się chce! - mówi słabym głosem Anouk, gdy tylko wchodzą do pokoju.
- Przyniosę ci wody. Zresztą i tak już pora na lekarstwa.
W kuchni Lisa napełnia szklankę wodą z kranu i udaje, że nie widzi, jak Kreuger obserwuje ją z bawialni. Wraca do Anouk i podaje jej łyżkę antybiotyku w syropie, potem naczynie z wodą. Gdy mała kończy pić, przykłada jej do ust inhalator. Jedno wciśnięcie uwalnia strumień ventolinu do dróg oddechowych Anouk.
Kreuger obserwuje je bez słowa. Nagle Lisa zaczyna czuć się pewniej. Gdyby zamierzał je zamordować, z pewnością już by to zrobił.
Właśnie kiedy zastanawia się, co dalej, ciszę przerywa przenikliwy dźwięk dzwonka u drzwi.
Nie chciała tego przyznać przez ostatnie pół godziny, ale dłużej już nie ma co się oszukiwać: zabłądziła. I bez sensu jest tak jeździć dokoła. Senta wzdycha i otwiera schowek na rękawiczki, by wyjąć mapę. Nie żeby się spodziewała, że jej to pomoże, skoro nie ma nawet bladego pojęcia, gdzie jest. Ale może uda jej się ustalić, gdzie pojechała źle, i wrócić dzięki temu tą samą drogą.
Rozłożona mapa zakrywa większość deski rozdzielczej i kierownicy. Senta studiuje ją sceptycznie. Tak naprawdę już się domyśla, gdzie pobłądziła: na tamtym rondzie, powinna była wtedy skręcić na Appeltern, a pewnie zjechała zbyt wcześnie. Wydawało jej się, że zna drogę, ale nagle podniosła się mgła i zasłoniła drogowskazy. Jesienna pogoda bywa tak absurdalnie zmienna o tej porze, w jednej chwili cudowne słońce, w drugiej deszcz lub zamglenie.
No i teraz utknęła na jakiejś wyboistej drodze biegnącej Bóg jeden wie dokąd. Włącza przednie światła. Jaskrawy snop ledwo przedziera się przez gęste mleko.
Senta bierze głęboki oddech. Co teraz? Zawrócić i spróbować dojechać z powrotem do ronda czy telepać się dalej w nadziei, że dotrze do jakiejś normalnej drogi? Otwiera okno i wystawia głowę. Rozgląda się dokoła nieufnie. Czy w ogóle zdoła tu zawrócić? Po obu stronach drogi mogą być rowy. Ale nie ma jakoś ochoty wysiadać, żeby sprawdzić. Bóg jeden wie, gdzie jest. Lepiej jechać dalej. Nawet drogi gruntowe gdzieś prowadzą.
Zatem jedzie przed siebie ostrożnie. Nawierzchnia jeszcze się pogarsza, koła zapadają się w głębokich koleinach. Okolica dokoła zieje szarością i pustką, jakby Senta zbliżała się do końca świata. Po jakiś pięciu minutach telepania się słyszy płaczliwe zawodzenie, w gęstych oparach po prawej stronie beczy owca, chwilę później przyłączają się do niej kolejne.
A może jedzie przez pole?
Jeśli nawet, to niewiele może teraz na to poradzić. Ostrożnie wciska gaz i jedzie dalej. Wieczorem, kiedy już się bezpiecznie usadowi w domu na sofie, będzie się jeszcze śmiała z tej przygody. Jej trójka dzieci będzie się śmiała z matki, a Frank rzuci jej zmęczone spojrzenie i jakiś komentarz o babach za kółkiem.
Może lepiej jednak się tym nie chwalić.
Nagle koła peugeota łapią lepszą przyczepność, a wertepy znikają: wjechała na utwardzoną nawierzchnię.
Otwiera drzwiczki. Widzi kamienną drogę, a przed sobą zarysy domu w oddali. Prawdopodobnie jest na terenie prywatnym, ale przy takiej pogodzie nikt nie będzie jej winił. Przynajmniej ma taką nadzieję.
Rusza dalej, mija jakiś dom, droga biegnie w stronę kanału. Dodaje jeszcze trochę gazu i jest już na nabrzeżu. Kiedy dojeżdża do rozwidlenia, wciska hamulce.
Co teraz? Intuicja podpowiada jej, by skręcić w prawo, ale już raz jej zaufała i nie wyszła na tym najlepiej. Po krótkim wahaniu postanawia wrócić do domu, który właśnie minęła, by spytać o wskazówki. W chwili jasności umysłu przypomina jej się, by włączyć światła awaryjne. Wysiada, zamyka auto i wspina się stromym podjazdem.
Dom sprawia wrażenie cichego i opustoszałego. Pasma mgły kłębią się dokoła spadzistego dachu, spowijają mlekiem donice i krzewy bukszpanu w ogrodzie przed domem.
Żwir chrzęści pod jej stopami, gdy podchodzi do drzwi frontowych. Wciska dzwonek i staromodny tryl wypełnia przestrzeń.
