Bezmiar żalu - Kasia Magiera - ebook

Bezmiar żalu ebook

Kasia Magiera

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Podkomisarz Ewa Piórkowska po trudnym i rozczarowującym śledztwie w rodzinnych Nowinach przenosi się do Kielc i zaczyna pracę w wydziale kryminalnym. Ta zmiana jest jej potrzebna, a wsparcie prokuratora Dawida Zygadło pomaga jej odzyskać równowagę. Pewnego dnia policja otrzymuje zgłoszenie o zbrodni w elitarnej szkole w Chęcinach. Na boisku prestiżowej placówki znaleziono martwą Zuzannę Seweryn – uczennicę ostatniej klasy, szkolnej gwiazdy i liderki. Ewa wraz z Dawidem otrzymuje tę sprawę. Okazuje się, że Zuzanna nie była tak lubiana, jak mogło się wydawać. Za perfekcyjnym wizerunkiem kryły się konflikty, manipulacje i upokorzenia. Lista podejrzanych rośnie z każdym dniem. Jakby tego było mało, chłopakiem ofiary jest Konrad Mochocki, siostrzeniec Marka i Andrzeja – ludzi, którzy kiedyś sprawili, że zarówno Piórkowska, jak i Zygadło zaczęli wątpić w sprawiedliwość. Kto naprawdę miał powód, by zabić szkolną gwiazdę? Ilu ludzi skrywa sekret, który może wszystko zniszczyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 516

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­jekt okładki: Vavog Woj­ciech Wawoczny Zdję­cie wyko­rzy­stane na okładce: © by Shut­ter­stock / Irina Bg

Redak­cja: Kata­rzyna Sza­jow­ska Korekta: Olga Smo­lec-Kmoch

Tekst © Copy­ri­ght by Kasia Magiera, War­szawa 2026 © Copy­ri­ght for this edi­tion by Melanż, War­szawa 2026

Wszyst­kie prawa zastrzeżone. Żadna część niniej­szej publi­ka­cji nie może być repro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źródło danych i prze­ka­zy­wana w jakiej­kol­wiek elek­tro­nicz­nej, mecha­nicz­nej, foto­gra­ficz­nej lub innej for­mie zapisu bez pisem­nej zgody posia­da­cza praw.

ISBN 978-83-6701-332-1 War­szawa 2026 Wyda­nie I

MELANŻ ul. Raj­skich Ptaków 50 02-816 War­szawa +48 602 293 363, +48 602 630 508 wydaw­nic­[email protected] www.melanz.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Kiedy wyru­szasz na drogę zemsty, wykop dwa groby.

Kon­fu­cjusz

12 września, piątek 2008 roku, Chęciny

– Super, że jesteś! Wszy­scy na cie­bie cze­kają! – zawo­łała rudo­włosa dziew­czyna z sze­ro­kim uśmie­chem w stronę blon­dynki, która wła­śnie wkro­czyła do ogrodu z gra­cją kogoś, kto zawsze przy­ciąga uwagę. Jej dłoń spo­czy­wała w ręku przy­stoj­nego nie­bie­sko­okiego chło­paka. Razem wyglą­dali jak żyw­cem wyjęci z reklamy luk­su­so­wego życia – ide­alni, pewni sie­bie, nie­re­alni. – Dziew­czyny już cze­kają, są pod­ja­rane – dodała z oży­wie­niem.

– Sorry, ale zatrzy­mała nas pilna potrzeba – odparła blon­dynka, mru­ga­jąc poro­zu­mie­waw­czo do swo­jego towa­rzy­sza. On zaśmiał się na jej alu­zję.

– Chce­cie coś do picia? – zapy­tała ruda, z entu­zja­zmem popra­wia­jąc włosy, które opa­dały jej na ramiona w luź­nych falach.

– Jeśli masz coś lep­szego niż piwo z beczki, to chęt­nie – powie­działa blon­dynka z pogardą w gło­sie, roz­glą­da­jąc się po roz­le­głym ogro­dzie.

Wokół, przy bla­sku lam­pio­nów, mło­dzi ludzie bawili się w rytm muzyki dobie­ga­ją­cej z gło­śni­ków.

– Jasne! Moi rodzice mają barek pełen naj­lep­szych alko­holi – zaświer­go­tała rudo­włosa i bez cze­ka­nia na odpo­wiedź znik­nęła w głębi domu, pozo­sta­wiw­szy ich samych.

Blon­dynka przy­glą­dała się bawią­cym się rówie­śni­kom.

– Coraz wię­cej prze­cięt­nia­ków przyj­mują do tej szkoły – wyszep­tała niby do sie­bie, choć dosko­nale wie­działa, że nie­bie­sko­oki ją sły­szy.

– Chło­paki z dru­żyny z chę­cią pomogą ci w eli­mi­na­cjach. – Pochy­lił się ku niej. W jego gło­sie pobrzmie­wała nuta roz­ba­wie­nia.

– Świet­nie, na to liczy­łam – odpo­wie­działa, nawet na niego nie patrząc, jakby to, co powie­dział, było rów­nie oczy­wi­ste jak to, że była w cen­trum uwagi.

Rudo­włosa wró­ciła bły­ska­wicz­nie z dwoma kie­lisz­kami wypeł­nio­nymi kolo­ro­wym alko­ho­lem. Z dumą podała je blon­dynce i jej towa­rzy­szowi, ocze­ku­jąc słów uzna­nia, które nie padły.

– Zaczy­najmy. – Blon­dynka unio­sła kie­li­szek, patrząc na tłum z wyż­szo­ścią.

Ruda gospo­dyni odwró­ciła się w stronę zgro­ma­dzo­nych, z rękami w górze, by przy­cią­gnąć ich uwagę.

– Halo, uwaga! – zaczęła. – Wszyst­kie dziew­czyny, które zgło­siły się do eli­mi­na­cji do dru­żyny che­er­le­ade­rek, pro­szę podejść tutaj! – zawo­łała dono­śnie, prze­krzy­ku­jąc muzykę i gwar roz­mów.

Jej głos prze­bił się przez hałas imprezy. To był moment, na który wszy­scy cze­kali.

Zain­te­re­so­wane dziew­czyny zaczęły gro­ma­dzić się w grupkę, liczącą około dwu­dzie­stu osób. Część z nich szep­tała ner­wowo, inne stały wypro­sto­wane, aby od razu zro­bić jak naj­lep­sze wra­że­nie. Blon­dynka sta­nęła przed nimi, uśmie­cha­jąc się non­sza­lancko.

– Jak dobrze wie­cie, bycie che­er­le­aderką to przede wszyst­kim dobra pre­zen­cja – mówiła sta­now­czym tonem. Chciała stwo­rzyć wra­że­nie, że wygła­szała ważną prze­mowę. – Nikt nie chce patrzeć na brzyd­kie albo grube dziew­czyny. – Jej słowa zawi­sły w powie­trzu. Wśród dziew­czyn poja­wiło się kilka spe­szo­nych spoj­rzeń, a grupka mło­dych męż­czyzn sto­ją­cych z boku par­sk­nęła śmie­chem. Blon­dynka kon­ty­nu­owała: – Bycie w mojej dru­ży­nie to genialny wygląd, wyczu­cie rytmu i ela­stycz­ność. Dla­tego każdy z tych ele­men­tów zosta­nie dziś prze­te­sto­wany. A na końcu zostaną te dwie dziew­czyny, które naprawdę zasłu­gują na miej­sce w dru­ży­nie.

– Zawsze myśla­łam, że pom­po­niara powinna po pro­stu machać pom­po­nami – rzu­ciła dziew­czyna z asy­me­tryczną fry­zurą. Jej ton był prze­sy­cony sar­ka­zmem i natych­miast przy­cią­gnął uwagę całego towa­rzy­stwa. Bez­ce­re­mo­nial­nie spoj­rzała na blon­dynkę. Kon­trast mię­dzy nimi był ude­rza­jący. Tamta pre­zen­to­wała nie­na­ganny, dopra­co­wany w każ­dym detalu wygląd, pod­czas gdy ona ema­no­wała non­sza­lan­cją w spor­to­wych szor­tach i luź­nym topie na ramiącz­kach. – W sumie małpa też by dała radę – dodała i uśmiech­nęła się szy­der­czo.

Zapa­dła pełna napię­cia cisza, która bły­ska­wicz­nie wytrą­ciła rudo­włosą z rów­no­wagi.

– Ej, skąd się tu wzię­łaś? – wyce­dziła. – Nikt cię nie zapra­szał.

Nato­miast blon­dynka, ku zdzi­wie­niu zgro­ma­dzo­nych, uśmiech­nęła się i zmie­rzyła bun­tow­niczkę lodo­wa­tym spoj­rze­niem.

– Po co tu przy­szłaś? Podobno nami gar­dzisz.

Bun­tow­niczka wzru­szyła ramio­nami, ale w jej oczach poja­wił się błysk eks­cy­ta­cji.

– Rok w rok ta sama szopka. Gno­isz nowe laski, uda­jesz, że to rekru­ta­cja, a tak naprawdę jarasz się tym, że możesz się nad kimś pastwić. Musisz czuć wła­dzę, bo bez tego jesteś nikim – powie­działa ostro. – Nie daj­cie się wkrę­cić – mówiła gło­śno, spo­glą­da­jąc dookoła. – Ona nie szuka żad­nych kan­dy­da­tek. Potrze­buje ofiary, aby pod­nieść sobie samo­ocenę.

Twarz blon­dynki stę­żała, a w jej oczach bły­snęła wście­kłość.

Rudo­włosa rów­nież już kipiała ze zło­ści i w końcu nie wytrzy­mała:

– To moja impreza. Spa­daj, Saro!

Nasto­latka uśmiech­nęła się lekko. Osią­gnęła cel.

– Z wielką przy­jem­no­ścią – odparła i odwró­ciła się na pię­cie. Zanim ruszyła do wyj­ścia, dodała jesz­cze przez ramię: – Dziew­czyny, nie daj­cie się. Ona chce was tylko wyko­rzy­stać.

Kiedy mijała blon­dynkę, ta nachy­liła się do niej i syk­nęła cicho:

– Jesteś żało­sna i zawsze będziesz sama.

Sara zatrzy­mała się, patrząc jej w oczy. Miała sta­now­cze spoj­rze­nie.

– Wolę być sama, niż dawać ci poczu­cie, że jesteś naj­lep­szym, co mnie w życiu spo­tkało – wyszep­tała. – Uda­jesz liderkę, ale wciąż jesteś małą dziew­czynką, która chce zaim­po­no­wać tatu­siowi.

Ostat­nie słowa były wypo­wie­dziane tak cicho, by tylko blon­dynka mogła je usły­szeć. Twarz liderki napięła się w gnie­wie.

– Kon­rad, pokaż jej, gdzie są drzwi – rzu­ciła, nawet nie zer­ka­jąc na chło­paka. Jej wzrok był utkwiony w Sarze, toczyły nieme star­cie, w któ­rym słowa były zbędne.

Chło­pak auto­ma­tycz­nie ruszył w stronę bun­tow­niczki. Sta­nął przed nią, suge­ru­jąc kie­ru­nek wyj­ścia.

– Ty też kie­dyś przej­rzysz na oczy – stwier­dziła Sara, mija­jąc go z unie­sioną głową.

Kon­rad otwo­rzył sze­roko drzwi i cze­kał, aż wyj­dzie, a następ­nie zatrza­snął je z impe­tem.

– Skoro śmieci się już wynio­sły, możemy zaczy­nać – oznaj­miła blon­dynka z zado­wo­le­niem, spo­glą­da­jąc po zgro­ma­dzo­nych. Jej głos był teatralny. Reszta impre­zo­wi­czów natych­miast zare­ago­wała, okla­ski i śmie­chy prze­to­czyły się przez tłum, jakby opo­wie­działa naj­lep­szy żart wie­czoru. – Pierw­sze zada­nie jest pro­ste. Musi­cie przejść od jed­nego końca basenu do dru­giego w samej bie­liź­nie. Jury, czyli ja i kole­dzy z dru­żyny piłki noż­nej, oce­nimy, czy się nada­je­cie, czy nie – przed­sta­wiła plan z uśmie­chem, dając ilu­zję, że to ma być nie­winna zabawa.

Wśród dziew­czyn chcą­cych dołą­czyć do dru­żyny che­er­le­ade­rek roz­le­gły się pełne nie­po­koju szepty. Jedne patrzyły na sie­bie zdez­o­rien­to­wane, inne wymie­niały ukrad­kowe spoj­rze­nia, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, czy to na pewno nie żart. Po chwili dwie wyco­fały się i bie­giem opu­ściły rzą­dek, w któ­rym stały.

– Cenię samo­kry­tykę i reali­styczne spoj­rze­nie na wła­sne moż­li­wo­ści – rzu­ciła blon­dynka chłodno, spo­glą­da­jąc za odcho­dzą­cymi. – Zostało was więc osiem­na­ście, a ja mam tylko dwa miej­sca w dru­ży­nie. Lepiej pokaż­cie, na co was stać.

Jej słowa wywo­łały mie­szankę emo­cji – prze­ra­że­nie, wstyd i deter­mi­na­cję.

Dziew­czyny, wyraź­nie spięte, powoli zaczy­nały przy­swa­jać zasady gry. W tłu­mie sły­chać było gwizdy i komen­ta­rze chło­pa­ków, a blon­dynka stała jak kró­lowa, cze­ka­jąc na pierw­szą odważną.

Świa­tła imprezy tań­czyły na powierzchni basenu, nada­jąc miej­scu kli­mat jak z fil­mo­wej sce­no­gra­fii. Ale dla uczest­ni­czek ten obraz miał smak wyroku.

Blon­dynka roz­sia­dła się w samym cen­trum na leżaku, oto­czona kole­gami z dru­żyny pił­kar­skiej. W dłoni obra­cała drinka, a jej spoj­rze­nie prze­szy­wało uczest­niczki niczym lód.

Po chwili w końcu pierw­sza odważna wyszła na „wybieg” przy base­nie. Miała na sobie pro­stą baweł­nianą bie­li­znę, która akcen­to­wała jej krą­głe kształty. Zanim zdą­żyła się ruszyć, roz­legł się rechot i jeden z chło­pa­ków wtrą­cił:

– Lepiej paso­wa­ła­byś na maskotkę dru­żyny, na przy­kład miśka!

Tłum wybuchł śmie­chem. Blon­dynka prze­wró­ciła oczami, teatral­nie wes­tchnęła i zabrała głos:

– Uwa­żasz, że ktoś chce patrzeć na wie­lo­ryba? Szu­kam che­er­le­ade­rek, a nie osób, które mogą rekla­mo­wać obóz dla gru­ba­sów.

Oce­niana zaci­snęła wargi, ale zanim coś odpo­wie­działa, blon­dynka mach­nęła ręką.

– Następna!

Kolejna dziew­czyna, wysoka i szczu­pła, pode­szła do zada­nia z więk­szą pew­no­ścią. Jed­nak zanim zdą­żyła przejść połowę drogi, jeden z chło­pa­ków zawo­łał szy­der­czo:

– Nogi jak precle!

Blon­dynka spoj­rzała na uczest­niczkę z per­fid­nym uśmie­chem i powie­działa:

– Nie dość, że masz krzywe nogi, to jesz­cze wyglą­dasz, jak­byś przez tydzień nie cze­sała wło­sów. Kosz­mar!

Śmie­chy nara­stały, a kan­dy­datka spu­ściła wzrok, chcąc znik­nąć z pola widze­nia. Blon­dynka jed­nak nie pozwo­liła jej odejść bez ostat­niego ciosu:

– Zrób sobie przy­sługę i wbij sobie do głowy, że jesteś brzydka.

Następne dziew­czyny szły jak na ska­za­nie. A blon­dynka wyty­kała każdą nie­do­sko­na­łość – zaokrą­glony brzuch, mało wyra­zi­sty biust, zbyt dużą ilość pie­gów na twa­rzy.

– Czy my orga­ni­zu­jemy casting do hor­roru? Spójrz­cie na tę twarz! Co to ma być, cha­rak­te­ry­za­cja na Hal­lo­ween? – rzu­ciła w stronę kolej­nej dziew­czyny, która nie zdo­łała powstrzy­mać łez i wybie­gła z ogrodu.

Tłum wiwa­to­wał, śmiał się i kla­skał. Dru­żyna pił­kar­ska prze­ści­gała się w kąśli­wych komen­ta­rzach, a każda kolejna uwaga blon­dynki była przyj­mo­wana jak żart wie­czoru.

– Czy w tej szkole są w ogóle ładne dziew­czyny? Następna! – zawo­łała z pod­łym uśmie­chem.

Dla niej to była gra, zabawa, spo­sób na poka­za­nie, kto tu rzą­dzi. A dla uczest­ni­czek, które się przed nią prze­cha­dzały, to była trauma. Każda z nich została upo­ko­rzona.

Po przej­ściu wszyst­kich dziew­czyn blon­dynka unio­sła kie­li­szek:

– Zostały te, które mogą spoj­rzeć w lustro. Cza­sami bru­talna szcze­rość to naj­lep­sza przy­sługa, jaką można komuś wyświad­czyć.

Śmie­chy znów wypeł­niły ogród, a blon­dynka, zado­wo­lona ze swo­jego „spek­ta­klu”, opa­dła na leżak. Nie dostrze­gała, że na obrze­żach tłumu nie­które dziew­czyny stały w mil­cze­niu z oczami peł­nymi łez i gniewu. Upo­ko­rzone wie­działy, że tej nocy nie zapo­mną ani słów blon­dynki, ani jej szy­der­czego śmie­chu, który odbi­jał się w ich gło­wach jak echo znie­wagi.

Po chwili kró­lowa cere­mo­nii znów się ode­zwała:

– Czas na rundę drugą – oznaj­miła. Wstała z leżaka i pew­nym kro­kiem prze­cha­dzała się przed dziew­czy­nami, które prze­trwały pierw­sze zada­nie. – Zostało was dzie­sięć, więc osiem musi odpaść. Teraz spraw­dzimy wasze poczu­cie rytmu. Każda z was pokaże sek­sowną solówkę do wybra­nego utworu.

Te słowa wywo­łały nową falę nie­po­koju wśród dziew­czyn. Kilka z nich ner­wowo popra­wiło włosy, inne zaci­snęły dło­nie na bio­drach, pró­bu­jąc dodać sobie odwagi. W tle roz­brzmie­wała muzyka, taneczne hity, z domi­nu­ją­cymi basami, które pod­kre­ślały rosnące napię­cie.

– No, co tak sto­icie? Rusz­cie się! I pamię­taj­cie, że w che­er­le­adingu liczy się show. Jeśli nie potra­fi­cie tań­czyć, to jak zamier­za­cie roz­grze­wać tłumy na sta­dio­nie? – fuk­nęła blon­dynka, prze­wra­ca­jąc oczami. Wyglą­dała per­fek­cyj­nie – od ide­al­nie uło­żo­nej fry­zury po maki­jaż. Była jak wzór nie­do­ści­gnio­nego stylu.

Pierw­sza kan­dy­datka, drobna bru­netka, nie­śmiało wyszła na śro­dek. Wybrała popu­larny popowy hit Brit­ney Spe­ars i zaczęła się poru­szać, ale była zde­ner­wo­wana, widać było, że tań­czy w stra­chu.

– To ma być solówka czy pró­bu­jesz roz­grzać się przed gim­na­styką korek­cyjną? – sko­men­to­wał jeden z chło­pa­ków, a tłum wybuchł śmie­chem.

Blon­dynka unio­sła rękę, uci­sza­jąc ich, i spoj­rzała na dziew­czynę z prze­sad­nym współ­czu­ciem.

– Taki taniec to jak prośba o jał­mużnę pod kościo­łem. Następna!

Bru­netka szybko ucie­kła na bok, wal­cząc z łzami.

Jako następna wyszła wysoka blon­dynka o mode­lo­wej syl­wetce. Jej pew­ność sie­bie była wyczu­walna, choć widać było, że obser­wuje tłum, spo­dzie­wa­jąc się jakiejś zło­śli­wej uwagi. Wybrała dyna­miczną laty­no­ame­ry­kań­ską pio­senkę i zaczęła tań­czyć z wyczu­ciem. Jej ruchy były płynne i pełne wdzięku. Wyda­wało się, że robi dobre wra­że­nie, gdy znów jeden z chło­pa­ków prze­rwał jej występ gło­śnym gwiz­dem:

– Co tak się szcze­rzysz, to nie reklama pasty do zębów!

Blon­dynka zaśmiała się gło­śno

– Jesteś sztuczna jak z Pho­to­shopa – rzu­ciła. – Tra­ge­dia.

Dziew­czyna zbla­dła i zaci­snęła wargi, sta­ra­jąc się nie poka­zać, jak bar­dzo ją to dotknęło. Bez słowa wró­ciła na swoje miej­sce, pró­bu­jąc ukryć emo­cje, które w niej wzbie­rały.

Kolejne uczest­niczki rów­nież pró­bo­wały swo­ich sił, ale żadna nie unik­nęła ostrza kry­tyki. Niska sza­tynka, która wybrała ener­ge­tyczny utwór disco, dała z sie­bie wszystko. Brak natu­ral­nej gra­cji nad­ra­biała ener­gią i pew­no­ścią sie­bie, ale to nie wystar­czyło.

– To ma być taniec czy dziwne rytu­ały ple­mienne? – zadrwił ktoś z tłumu, wywo­łu­jąc falę śmie­chu.

– Myśla­łaś, że to było sek­sowne? – wtrą­ciła blon­dynka. Jej ton był pełen znie­cier­pli­wie­nia. – To nie aero­bik dla senio­rów, tylko selek­cja che­er­le­ade­rek. Następna!

Każda dziew­czyna wcho­dziła na śro­dek jak owca pro­wa­dzona na rzeź. Blon­dynka bez­li­to­śnie pozba­wiała je pew­no­ści sie­bie komen­ta­rzami, które tra­fiały z chi­rur­giczną pre­cy­zją.

– Z takim poczu­ciem rytmu nawet mio­tła mia­łaby więk­sze szanse na wej­ście do dru­żyny.

– Może spró­buj w zespole coun­try. Taniec na linie bar­dziej by ci paso­wał.

– Nie wiem, co było gor­sze: twój taniec czy ten kosz­marny strój. W czymś takim wsty­dzi­ła­bym się poka­zać nawet na zadu­piu w ciemną noc.

Kąśliwe słowa blon­dynki padały jedno po dru­gim, wywo­łu­jąc mie­szankę śmie­chu i zaże­no­wa­nia wśród zgro­ma­dzo­nych. Gdy ostat­nia kan­dy­datka skoń­czyła swoją próbę, liderka wstała z leżaka, klasz­cząc powoli.

– Wygląda na to, że z dzie­się­ciu kan­dy­da­tek zostały tylko cztery – oznaj­miła. Spoj­rzała na wybrane dziew­czyny z zado­wo­le­niem. – A więc przed wami ostat­nia kon­ku­ren­cja – ogło­siła. – Naj­trud­niej­sza, ale poka­zu­jąca, jak bar­dzo chce­cie być w dru­ży­nie.

Jej słowa zabrzmiały zło­wiesz­czo, a w oczach dziew­czyn, które prze­trwały poprzed­nie rundy, poja­wił się lęk. Kan­dy­datki zer­kały ner­wowo to na sie­bie nawza­jem, to na blon­dynkę, która prze­cią­gała moment mil­cze­nia, celowo budu­jąc napię­cie.

– Che­er­le­aderka musi być nie tylko ładna, zgrabna i ryt­miczna, ale także… ela­styczna – powie­działa z prze­sło­dzo­nym uśmie­chem. Ale w jej spoj­rze­niu kryło się coś nie­ludz­kiego. – I w tej kon­ku­ren­cji pomogą mi kole­dzy.

Chłopcy z dru­żyny pił­kar­skiej, dotąd roz­ło­żeni na leża­kach, rzu­cili sobie poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Wysoki bru­net z zuchwa­łym uśmie­chem uniósł brwi w pyta­ją­cym geście, a blon­dynka ski­nęła głową, potwier­dza­jąc coś, co pozo­stało nie­wy­po­wie­dziane.

– Każda z was pój­dzie z jed­nym z chło­pa­ków na górę do sypialni – pole­ciła tonem, jakby pro­po­no­wała coś zupeł­nie zwy­czaj­nego. – Tam będzie­cie miały szansę poka­zać, na co was stać. Moi przy­ja­ciele oce­nią, czy jeste­ście wystar­cza­jąco zaan­ga­żo­wane, żeby dołą­czyć do dru­żyny.

Słowa zawi­sły w powie­trzu, a po nich zapa­dła cisza. Część impre­zo­wi­czów spoj­rzała po sobie, zmie­szana, ale nikt nie odwa­żył się ode­zwać. Byli uczest­ni­kami gry, którą pro­wa­dziła blon­dynka. Gry, w któ­rej ona usta­lała zasady. W gło­wach nie­któ­rych tłu­kło się uspra­wie­dli­wie­nie: „To prze­cież tylko zabawa”.

– To jakiś żart – prze­rwała ciszę jedna z dziew­czyn.

Blon­dynka zmie­rzyła ją chłod­nym wzro­kiem. Patrzyła na nią niczym na wadliwy pro­dukt. Po krót­kiej chwili odparła z iro­nicz­nym uśmie­chem:

– Jeśli uwa­żasz, że to żart, to nie powin­naś tu być. W tej dru­ży­nie nie ma miej­sca dla tych, które nie wie­dzą, jak wal­czyć o swoje. Jeśli chcesz zre­zy­gno­wać, droga wolna. Che­er­le­ading to dys­cy­plina dla odważ­nych, a nie dla tchó­rzy. – Zro­biła dra­ma­tyczną pauzę, po czym dodała: – Zosta­jesz?

Jeden z chło­pa­ków wstał, przy­cią­ga­jąc uwagę bru­netki.

– Chodź, spraw­dzimy, czy jesteś tak giętka, jak się wydaje – rzu­cił z drwią­cym uśmie­chem i wycią­gnął do niej rękę.

Bru­netka spoj­rzała na niego, a potem na blon­dynkę. Na jej twa­rzy poja­wiła się mie­szanka gniewu i upo­ko­rze­nia. Zro­biła krok do tyłu, uno­sząc dum­nie głowę.

– Nie. Nie będę w tym uczest­ni­czyć.

Blon­dynka wes­tchnęła teatral­nie i roz­ło­żyła ręce w geście prze­sad­nego współ­czu­cia.

– Szkoda. W takim razie żegnamy cię. Pamię­taj tylko, że suk­ces wymaga poświę­ceń. Ale nie każdy ma w sobie odwagę, by się poświę­cić – dodała z cynicz­nym uśmie­chem.

Bru­netka zmie­rzyła ją wzro­kiem peł­nym nie­na­wi­ści, zanim odwró­ciła się na pię­cie i znik­nęła w tłu­mie. Jej zde­cy­do­wany krok mówił wię­cej niż jakie­kol­wiek słowa.

Wokół zapa­no­wała cisza, a reszta dziew­czyn, które pozo­stały, ner­wowo zer­kała na sie­bie. Toczyły wewnętrzną walkę, co zro­bić. Blon­dynka unio­sła brew, widząc ich waha­nie.

– No i co? Macie zamiar stać tu całą noc? – zapy­tała. – Czyżby i was to prze­ro­sło? – spy­tała z wyzwa­niem w gło­sie. – Jeśli tak, to może zakończmy tę farsę i prze­stańmy mar­no­wać czas.

Trzy dziew­czyny wymie­niły nie­pewne spoj­rze­nia, a chłopcy, sie­dzący na leża­kach, cze­kali, która pierw­sza odważy się speł­nić żąda­nie blon­dynki. Atmos­fera gęst­niała. Tłum obser­wo­wał sytu­ację w ciszy. Nie było wia­domo, czy to jesz­cze gra, czy już coś, co prze­kro­czyło gra­nice akcep­to­wal­nego zacho­wa­nia.

Twa­rze trzech dziew­czyn, które pozo­stały w „grze”, wyra­żały nie­pew­ność. Żadna z nich jed­nak nie chciała być tą, która się podda. Blon­dynka zaśmiała się, roz­ko­szu­jąc się wido­kiem ich walki wewnętrz­nej. Potem kla­snęła w dło­nie.

– Tro­chę deter­mi­na­cji! Tego ocze­kuję od człon­kiń mojej dru­żyny! – powie­działa, roz­glą­da­jąc się po twa­rzach zgro­ma­dzo­nych.

Wska­zała na wyso­kiego blon­dyna o aro­ganc­kim uśmie­chu.

– Blaze, ta jest twoja – oznaj­miła, kiwa­jąc głową w stronę rudo­wło­sej dziew­czyny, która odru­chowo spu­ściła wzrok. Nie­pew­nie pode­szła do niego, pró­bu­jąc ukryć drże­nie dłoni.

– Misiek ty weź tę – dodała, wska­zu­jąc na drugą dziew­czynę, która stała z zaci­śnię­tymi pię­ściami.

Trze­cia z dziew­czyn, wysoka bru­netka, spoj­rzała na blon­dynkę nie­mal bła­gal­nym wzro­kiem, ale ta tylko uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

– A twoim part­ne­rem będzie Kubi – oznaj­miła, wska­zu­jąc na musku­lar­nego chło­paka z fry­zurą na kla­sycz­nego pił­ka­rza.

Nasto­la­tek puścił do dziew­czyny oko z bez­czel­nym uśmie­chem.

Blon­dynka ponow­nie roz­sia­dła się wygod­nie na leżaku i dodała:

– Macie dwa­dzie­ścia minut. Liczę na szcze­gó­łowe raporty.

Słowa te zawi­sły w powie­trzu jak osta­teczny wer­dykt, a dziew­czyny z tru­dem powstrzy­my­wały łzy, gdy pod­cho­dziły do przy­dzie­lo­nych im chło­pa­ków.

A oni, uśmie­cha­jąc się w spo­sób, który jed­no­znacz­nie zdra­dzał ich inten­cje, ruszyli na górę z dziew­czy­nami, pro­wa­dząc je jak tro­fea. W tłu­mie roz­le­gały się szepty, wymie­niano poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Atmos­fera sta­wała się nie­przy­jemna, wszy­scy wyczu­wali, że gra­nica jed­nak została prze­kro­czona.

Tylko blon­dynka wyglą­dała na zado­wo­loną. Czuła się kró­lową, patrzącą na pod­da­nych posłusz­nie wyko­nu­ją­cych jej roz­kazy. Miała na twa­rzy uśmiech pełen samo­za­do­wo­le­nia, w jej oczach błysz­czała wyż­szość, któ­rej nikt nie miał odwagi zakwe­stio­no­wać.

Po upły­wie wyzna­czo­nego czasu na scho­dach poja­wiły się dwie pary. Blaze i Misiek pro­wa­dzili swoje towa­rzyszki, które wyglą­dały na zmie­szane, ale sta­rały się zacho­wać twarz. Blaze, z sze­ro­kim uśmie­chem, pod­szedł do blon­dynki i ode­zwał się gło­śno, tak by wszy­scy sły­szeli:

– Ta mała ma w sobie ducha walki. Nie tylko jest ela­styczna, ale i pełna ini­cja­tywy.

Misiek zaś, kle­piąc swoją part­nerkę po ple­cach, rzu­cił z roz­ba­wie­niem:

– Zde­cy­do­wa­nie zasłu­guje na miej­sce w dru­ży­nie. Poka­zała, że potrafi dać z sie­bie wszystko.

Blon­dynka kla­snęła w dło­nie i uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem.

– Wła­śnie tego ocze­ki­wa­łam! Gra­tu­la­cje, dziew­czyny. Witamy w dru­ży­nie che­er­le­ade­rek!

Z tłumu roz­le­gły się brawa i wiwaty, ale po chwili uwaga wszyst­kich sku­piła się na Kubim, który scho­dził na dół sam.

– Co się stało? – Blon­dynka unio­sła brew z zain­te­re­so­wa­niem.

Kubi wzru­szył ramio­nami.

– Roz­pła­kała się, jak tylko zaczą­łem ścią­gać spodnie. Wybie­gła z pokoju, zanim cokol­wiek zdą­ży­łem zro­bić.

Blon­dynka zaśmiała się gło­śno, bez cie­nia współ­czu­cia.

– Cóż, nie każdy ma to, co trzeba, by być w dru­ży­nie. Lepiej, że wyszło to teraz. – Obró­ciła się w stronę zgro­ma­dzo­nych, uno­sząc ręce w trium­fal­nym geście. – Tylko dwie dziew­czyny miały odwagę i deter­mi­na­cję, by przejść wszyst­kie próby. Okla­ski dla nich!

Tłum posłusz­nie kla­skał, choć na twa­rzach nie­któ­rych malo­wał się nie­smak. Blon­dynka jed­nak zda­wała się zupeł­nie nie zauwa­żać mie­sza­nych reak­cji. Zbli­żyła się do nowo przy­ję­tych człon­kiń dru­żyny i objęła je ramio­nami.

– Ciesz­cie się tą chwilą, bo to był przed­smak tego, co was czeka. – W tych sło­wach pobrzmie­wała słodko-gorzka nuta iro­nii.

23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce

Od ponad ośmiu mie­sięcy pod­ko­mi­sarz Ewa Piór­kow­ska miesz­kała i pra­co­wała w Kiel­cach. Cał­kiem dobrze pora­dziła sobie z przej­ściem do więk­szej jed­nostki niż ta w Nowi­nach. Począt­kowo oba­wiała się, jak przyjmą ją nowi kole­dzy, lecz jej pozy­tywne nasta­wie­nie, bystrość i pra­co­wi­tość szybko zyskały uzna­nie zespołu. Współ­pra­cow­nicy doce­nili jej opa­no­wa­nie i umie­jęt­ność radze­nia sobie w naj­bar­dziej wyma­ga­ją­cych sytu­acjach, co pomo­gło jej płyn­nie wto­pić się w rytm pracy komendy w Kiel­cach.

Nie przy­dzie­lono jej sta­łego part­nera, dla­tego uczest­ni­czyła w róż­nych akcjach, wspie­ra­jąc tych, któ­rzy aku­rat potrze­bo­wali pomocy. Taka róż­no­rod­ność obo­wiąz­ków jej odpo­wia­dała. Każde nowe zada­nie było oka­zją do nauki i zdo­by­cia cen­nego doświad­cze­nia. Praca w Kiel­cach otwo­rzyła przed nią moż­li­wość anga­żo­wa­nia się w sprawy, które w Nowi­nach były rzad­ko­ścią lub nie zda­rzały się wcale, co dodat­kowo moty­wo­wało ją do dzia­ła­nia.

Naczel­nik Paweł Misz­kiel wzbu­dzał w Ewie respekt i sza­cu­nek. Od początku zauwa­żyła, że dbał o swo­ich ludzi i sta­rał się, aby każdy czuł się czę­ścią zespołu. Pro­ku­ra­tor Dawid Zyga­dło, z któ­rym Ewa się zaprzy­jaź­niła, potwier­dził jej spo­strze­że­nia. Według niego Misz­kiel był czło­wie­kiem, który zawsze wycią­gał pomocną dłoń, pod warun­kiem że ktoś dzia­łał uczci­wie i zgod­nie z zasa­dami. Ta świa­do­mość dopin­go­wała Ewę do pracy. Chciała udo­wod­nić, że jej miej­sce w wydziale nie było przy­pad­kowe, lecz wyni­kało z umie­jęt­no­ści i zaan­ga­żo­wa­nia.

Jak każ­dego poranka Piór­kow­ska wła­śnie zmie­rzała w stronę miesz­ka­nia pro­ku­ra­tora, bo mieli razem jechać do pracy. Biuro Dawida mie­ściło się nie­da­leko komendy, więc wspólne dojazdy były wygodne. Po prze­pro­wadzce do Kielc Ewa wyna­jęła dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w bloku, które znaj­do­wało się zale­d­wie dwie klatki od miesz­ka­nia Zyga­dły. To on zapro­po­no­wał jej tę loka­li­za­cję. Chciał, aby czuła się pew­niej w nowym mie­ście.

Poznali się pod­czas wspól­nej sprawy w Nowi­nach. W ciągu ostat­nich ośmiu mie­sięcy ich rela­cja stała się bli­ska, ale ni­gdy nie poja­wiły się żadne roman­tyczne uczu­cia. Oboje czuli, że nie cią­gnie ich do sie­bie w tym sen­sie. Lubili spę­dzać razem czas, jed­nak ich więź miała wyłącz­nie cha­rak­ter przy­ja­ciel­ski.

Już na początku prze­dys­ku­to­wali temat swo­jej rela­cji. Spro­wo­ko­wała ich do tego suge­stia byłej dziew­czyny Dawida, Ady, która wyje­chała z jego syn­kiem w podróż dookoła świata. Ada suge­ro­wała, że Ewa i Dawid mogliby stwo­rzyć udany zwią­zek. Jed­nak ani jedno, ani dru­gie nie widziało sie­bie w takim ukła­dzie. Dawid nie był gotowy na coś sta­łego. Wolał nie­zo­bo­wią­zu­jące spo­tka­nia z młod­szymi kobie­tami. Ewa nato­miast chciała part­nera, który wie­działby, czego chce od życia, i miałby podobne prio­ry­tety jak ona.

Osta­tecz­nie zgo­dzili się, że płasz­czy­zna przy­jaźni zupeł­nie im odpo­wiada. Dziś Ewa bez waha­nia mogła powie­dzieć, że Dawid jest jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, i czuła się z tym dobrze. Rela­cja z nim była dla niej waż­nym wspar­ciem w nowym miej­scu, zarówno w pracy, jak i poza nią.

Naci­snęła przy­cisk dzwonka i chwilę cze­kała, aż drzwi miesz­ka­nia pro­ku­ra­tora się otwo­rzą. Ku jej zdzi­wie­niu w progu zamiast Dawida poja­wiła się blon­dynka ubrana jedy­nie w krótki T-shirt i figi. Widok ten zasko­czył ją, ponie­waż Zyga­dło zazwy­czaj pozby­wał się swo­ich towa­rzy­szek nie­mal od razu po upoj­nych chwi­lach. Kobiety nie zosta­wały u niego do rana.

– Słu­cham? – zapy­tała nie­pew­nie, wbi­ja­jąc w Ewę oce­nia­jący wzrok.

– To ja słu­cham – odpo­wie­działa z obu­rze­niem Piór­kow­ska. – Kim pani jest i co pani robi u mnie w miesz­ka­niu? – dodała sta­now­czym tonem. Kobieta zamarła, a na jej twa­rzy poja­wiło się prze­ra­że­nie. – Gdzie jest mój mąż? – Ewa uda­wała ziry­to­waną żonę.

Liczyła, że Dawid doceni jej małą impro­wi­za­cję, zwłasz­cza że naj­praw­do­po­dob­niej nie zamie­rzał się już z tą kobietą spo­tkać.

– Dawid jest pani mężem? – Blon­dynka chwy­ciła spodnie leżące na komo­dzie i zaczęła je ner­wowo wkła­dać.

– Od dzie­się­ciu lat. – Ewa skrzy­żo­wała ręce na pier­siach i obser­wo­wała, jak dziew­czyna w panice zbiera swoje rze­czy.

– Nie mówił, że jest żonaty – tłu­ma­czyła się tamta, narzu­ca­jąc na sie­bie kurtkę.

– Zaraz mu o tym przy­po­mnę – fuk­nęła Ewa. – A dla pani lepiej będzie, jeśli opu­ści pani moje miesz­ka­nie.

Dziew­czyna kiw­nęła głową i wybie­gła na klatkę scho­dową, wcią­ga­jąc na nogi buty typu emu. Zabawne było to, że dziew­czyny nie zdzi­wiło, iż Ewa zadzwo­niła do drzwi, zamiast otwo­rzyć je wła­snym klu­czem, skoro tu miesz­kała.

Gdy drzwi zamknęły się za kobietą z hukiem, Piór­kow­ska wybu­chła śmie­chem. Młode kobiety, z któ­rymi spo­ty­kał się Dawid, były naiwne. Dobre na chwilę, ale z żadną z nich ani on, ani Ewa nie zna­leź­liby wspól­nego języka na dłuż­szą metę.

Dawid zgry­wał bez­tro­skiego hedo­ni­stę, lecz Ewa podej­rze­wała, że tęsk­nił za Adą. Wie­dział, iż ich ponowny zwią­zek jest mało praw­do­po­dobny. Był reali­stą i rozu­miał, że to, co łączyło go z Adą, należy już do prze­szło­ści.

Weszła do kuchni i od razu włą­czyła eks­pres do kawy. Znała poranne rytu­ały Dawida, dla­tego zawsze poja­wiała się u niego przy­naj­mniej pół godziny wcze­śniej, zanim mieli wspól­nie jechać do pracy. Pro­ku­ra­tor nie ruszał się z domu bez kubka czar­nej kawy i cze­goś na ząb, co zwy­kle przy­no­siła ze sobą. Oboje szybko przy­zwy­cza­ili się do tej rutyny, która z cza­sem nabrała natu­ral­no­ści. Patrząc na nich z boku, ktoś mógłby pomy­śleć, że są dobrym mał­żeń­stwem, które zna się na wskroś i doga­duje bez słów.

– Zaraz muszę wycho­dzić. Nie wiem, czy zdążę ci zro­bić kawę – usły­szała jego głos z przed­po­koju.

Kilka sekund póź­niej Zyga­dło poja­wił się w kuchni, miał na sobie tylko ręcz­nik owi­nięty wokół bio­der. Wyglą­dał atrak­cyj­nie. Jego świetna syl­wetka i ujmu­jąca apa­ry­cja tłu­ma­czyły łatwość przy­cią­ga­nia mło­dych kobiet. Był szar­mancki, a czter­dzie­ści lat i dosko­nała forma dzia­łały na jego korzyść. Posia­dał kla­syczną urodę: syme­tryczną twarz z mocno zary­so­waną szczęką i zaro­stem, który doda­wał mu męsko­ści. Jasne, prze­ni­kliwe oczy przy­cią­gały uwagę, kon­tra­stu­jąc z ciem­niej­szymi, sta­ran­nie uło­żo­nymi wło­sami.

– Ewa?! Co tutaj robisz? – rzu­cił zasko­czony, gdy w pół­mroku kuchni dostrzegł przy­ja­ciółkę, a nie kobietę, z którą spę­dził ostat­nią noc. – Gdzie ona jest? – zapy­tał czuj­nie.

– Jeśli mi powiesz, jak miała na imię, to wyja­śnię, co z nią zro­bi­łam – oświad­czyła roz­ba­wiona Ewa, kła­dąc dło­nie na bio­drach.

Dawid spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem, a potem wypu­ścił powie­trze z rezy­gna­cją.

– Nie wiem, ale liczy­łem na seks przed pracą – odpo­wie­dział żar­to­bli­wie.

Ewa zaczęła się śmiać. Fakt, że nie zada­wał sobie nawet trudu, by zapa­mię­tać imiona dziew­czyn, z któ­rymi sypia, zawsze ją bawił.

– No cóż, zamiast seksu będą pyszne świeże pasz­te­ciki – zako­mu­ni­ko­wała, wykła­da­jąc na talerz wypieki kupione w osie­dlo­wej pie­karni.

– Też dobrze – odparł z uśmie­chem. – Tylko coś na sie­bie włożę.

Pięć minut póź­niej wró­cił do kuchni w błę­kit­nej koszuli z kra­wa­tem i w gra­na­to­wych spodniach gar­ni­tu­ro­wych. Wyglą­dał jak z okładki maga­zynu o praw­ni­kach. Usiadł naprze­ciwko Ewy i się­gnął po pasz­te­cik.

– Gdzie ty je znaj­du­jesz? – Patrzyła na niego z roz­ba­wie­niem. – Ta dzi­siej­sza w ogóle była peł­no­let­nia? – Nie mogła powstrzy­mać się od uszczy­pli­wo­ści.

– Mam taką nadzieję – rzu­cił z uśmie­chem, a Ewa prze­wró­ciła oczami. – Gdy mam wolny wie­czór i nie chce mi się wysi­lać, wcho­dzę na wideo czaty. Zawsze znaj­dzie się jakaś, która chęt­nie pój­dzie na kola­cję i skusi się na dobry seks – wyja­śnił, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Ewa nie mogła się nadzi­wić, z jaką lek­ko­ścią pod­cho­dził do tych spraw. Sama była na trzech rand­kach, odkąd prze­pro­wa­dziła się do Kielc, i tylko jedna z nich zakoń­czyła się czymś wię­cej niż kola­cją. Spo­tkała się z tym męż­czy­zną dwa razy, poszli do łóżka, ale osta­tecz­nie uznała, że to nie to. Dla­tego myśl o kolej­nych rand­kach sta­no­wiła dla niej wyzwa­nie, które nie­ła­two było pod­jąć.

Dawid śmiał się z jej podej­ścia i twier­dził, że za dużo ana­li­zuje, zamiast po pro­stu cie­szyć się chwilą. Ale ona wie­działa, czego chce. Zale­żało jej na czymś wię­cej niż tylko na zaspo­ko­je­niu fizycz­nym. Chciała zna­leźć kogoś, kto podzieli jej war­to­ści i stwo­rzy z nią trwały zwią­zek. Dawid tego nie rozu­miał, ale akcep­to­wał jej wybory, a ona akcep­to­wała jego. Taka przy­jaźń była dla nich ide­alna.

– Mam cie­ka­wostkę – oznaj­mił Dawid, się­ga­jąc po kolejny pasz­te­cik. Ewa unio­sła brew.

– Że na obsza­rze stu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych nie ma już laski, któ­rej byś nie zali­czył? – rzu­ciła z roz­ba­wie­niem, gry­ząc pasz­te­cik.

– To też – odparł z sze­ro­kim uśmie­chem. – Ale tym razem cho­dzi o cie­bie.

Ewa zmarsz­czyła brwi, sku­pia­jąc na nim wzrok.

– Wczo­raj był u mnie z doku­men­tami aspi­rant Lech Szaro – zaczął Zyga­dło, a Piór­kow­ska natych­miast wes­tchnęła. Lech, choć sym­pa­tyczny, był naj­więk­szym plot­ka­rzem w ich wydziale. Nawet kobiety nie inte­re­so­wały się tak innymi jak on.

– I co tym razem wymy­ślił? – zapy­tała ze znu­że­niem.

– Powie­dział, że Tymon Nadol­ski się w tobie pod­ko­chuje.

Ewa prze­wró­ciła oczami.

– Lech chyba cią­gle myśli, że jest w liceum – burk­nęła.

– Tymon ci się nie podoba? – dopy­ty­wał Dawid.

– Jest moim kolegą z wydziału – wyja­śniła rze­czowo. – Nie inte­re­sują mnie romanse w pracy. Wiesz o tym. – Spoj­rzała na niego zna­cząco.

– Ja go lubię – stwier­dził Dawid. – Robi swoje i jest cał­kiem nie­zły z wyglądu.

Ewa rzu­ciła mu kpiące spoj­rze­nie.

– To się z nim umów. – Wyszcze­rzyła zęby w teatral­nym uśmie­chu. – Zdo­bę­dziesz nowe doświad­cze­nia.

Dawid zaśmiał się pod nosem.

– Ejjj, chcę dla cie­bie dobrze.

– Pora­dzę sobie sama – zapew­niła i urwała temat. – Zbie­ramy się? Mam tro­chę papier­ko­wej roboty do nad­ro­bie­nia.

– Ja też. – Dawid wstał od stołu. – Zapy­taj naczel­nika, czy koło połu­dnia puści cię do Tymań­skiego. Mam mieć wyniki sek­cji z wczo­raj­szego zabój­stwa.

– Jasne, chęt­nie wezmę w tym udział. Cze­goś takiego jesz­cze nie widzia­łam – odparła Ewa, wkła­da­jąc ostat­nie naczy­nia do zmy­warki.

Ruszyli do wyj­ścia. Dopiero gdy jechali w stronę komendy, Ewa się ode­zwała:

– Masz jakieś plany na wie­czór?

– Nie – odpo­wie­dział bez zasta­no­wie­nia.

– Pój­dziesz ze mną do rodzi­ców na kola­cję? Mama ma imie­niny – wyja­śniła i dodała: – Rodzice cię lubią, a kiedy jesteś ze mną, to nie wypy­tują o moje pry­watne sprawy.

Dawid na nią spoj­rzał.

– A będzie twoja sio­stra? – zapy­tał.

Ewa wyczuła w jego pyta­niu dziwną nadzieję, która nie do końca jej się spodo­bała. To nie było zwy­kłe neu­tralne pyta­nie; w jego tonie kryło się coś, co brzmiało pra­wie jak ocze­ki­wa­nie.

Wes­tchnęła ciężko. San­dra, jej młod­sza sio­stra, była jej cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Wysoka, smu­kła, z ide­alną figurą mimo trójki dzieci, wyglą­dała jak modelka. Ewa, w porów­na­niu z nią, miała bar­dziej kobiece kształty, peł­niej­szy biust, zaokrą­glone bio­dra, które kie­dyś, w młod­szych latach, były jej kom­plek­sem. Czę­sto porów­ny­wała się z San­drą, zasta­na­wia­jąc się, jak to moż­liwe, że jej sio­stra wyglą­dała, jakby miała oso­bi­stego tre­nera i die­te­tyka, pod­czas gdy ona sama musiała się sta­rać, by osią­gnąć zado­wa­la­jący efekt. Kie­dyś zazdro­ściła San­drze syl­wetki. Z bie­giem lat jed­nak nauczyła się akcep­to­wać swoje ciało.

– Będzie – odparła w końcu, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać nie­po­ko­jącą myśl o ocze­ki­wa­niach Dawida wobec jej sio­stry. – Nie mie­szaj jej w gło­wie – dodała sta­now­czo. – Poza tym będzie z nią Arek – przy­po­mniała o mężu San­dry. – Więc raczej jej nie zba­je­ru­jesz – zażar­to­wała, pró­bu­jąc zła­go­dzić ton, choć w jej gło­sie wciąż pobrzmie­wała nuta czuj­no­ści.

Lubili Arka oboje, dobrze się z nim doga­dy­wali. Był zabawny i bez­pre­ten­sjo­nalny. Ewa była pewna, że Arek nie zda­wał sobie sprawy, jakie wra­że­nie Dawid robi na jego żonie. Choć Zyga­dło ni­gdy nie prze­kro­czył gra­nicy przy­zwo­ito­ści, jego natu­ralny urok, pew­ność sie­bie i nie­winne kom­ple­menty nie pozo­sta­wały bez wpływu na San­drę. Przy nim czuła emo­cjo­nalną burzę.

– Obie­cuję, będę wzo­ro­wym gościem – oznaj­mił Dawid z szel­mow­skim uśmie­chem.

Zapar­ko­wał na par­kingu przed komendą, wysie­dli i każde ruszyło w swoją stronę.

– Do zoba­cze­nia w połu­dnie w kry­mi­nałce1 – zawo­łał jesz­cze za Ewą, kiedy wcho­dziła przez drzwi. Poki­wała tylko głową na znak, że usły­szała.

1. Kry­mi­nałka – slan­gowe okre­śle­nie pro­sek­to­rium w śro­do­wi­sku poli­cyj­nym lub medycz­nym. [wróć]

15 września, poniedziałek 2008 roku, wieczór, Chęciny

Nor­bert zapu­kał do drzwi pokoju Diany. Wie­dział, że o tej porze nie powi­nien się tu poja­wiać, ale nie potra­fił pocze­kać do jutra. Wcze­śniej dzwo­nił do przy­ja­ciółki wie­lo­krot­nie, lecz bez skutku. Domy­ślał się, dla­czego nie odbie­rała. Dla­tego nie chciał zosta­wiać jej samej z tym, co się wyda­rzyło. A gdyby ktoś go tu przy­ła­pał, wytłu­ma­czy się tro­ską o kole­żankę i jej stan psy­chiczny. Był pewien, że mu uwie­rzą.

Stał przed drzwiami, a nie­po­kój nara­stał z każdą sekundą. Cisza za nimi była nie­na­tu­ralna, duszna, aż czuł, jak żołą­dek ści­ska mu się w bole­snym skur­czu. Dopiero po trze­ciej serii natar­czy­wego puka­nia roz­legł się meta­liczny szczęk zamka. Drzwi uchy­liły się powoli, nie­pew­nie, jakby z dru­giej strony ktoś wal­czył ze sobą, czy w ogóle je otwo­rzyć. W szcze­li­nie uka­zała się twarz Diany – blada, z oczami czer­wo­nymi od łez, a jej spoj­rze­nie było prze­peł­nione smut­kiem.

– Cześć, mogę wejść? – Sta­rał się, by jego głos brzmiał łagod­nie. – Widzia­łem, co Zuzanna zro­biła – dodał.

Diana zawa­hała się, ale w końcu kiw­nęła głową i uchy­liła drzwi sze­rzej. Nor­bert szybko wsu­nął się do środka i zamknął za sobą drzwi.

Dowie­dział się, co się stało, z kla­so­wego maila. Zuzanna nie tylko upo­ko­rzyła Dianę, ale zro­biła to w wyjąt­kowo podły spo­sób.

– Jak się trzy­masz? – zapy­tał, spo­glą­da­jąc na nią z tro­ską.

Dziew­czyna wes­tchnęła głę­boko, pró­bu­jąc opa­no­wać emo­cje. Jej dło­nie drżały, a spoj­rze­nie wędro­wało gdzieś w bok, uni­ka­jąc jego wzroku.

– Jestem taka głu­pia – powie­działa w końcu. – Myśla­łam, że dla mnie będzie inna. Chyba mnie zaćmiło. Sądzi­łam, że nie jest aż tak wredna.

– Kiedy to się stało? – Nor­bert nie ukry­wał nie­po­koju w gło­sie.

– Pod koniec waka­cji. Była impreza… – zaczęła cicho. – Chcia­łam się dostać do dru­żyny. Wie­dzia­łam, że Zuzanna o tym decy­duje. Powie­działa, że muszę udo­wod­nić, że mam odwagę.

Diana prze­łknęła ślinę, ramiona jej się zatrzę­sły.

– Kazała mi wejść na stół, tań­czyć, jak­bym była w klu­bie go-go, żeby „udo­wod­nić, że mam odwagę i nie jestem sztyw­niarą”, a potem wcią­gnęła w to chło­pa­ków. Dwóch. Powie­działa przy wszyst­kich, że jeśli naprawdę chcę być w dru­ży­nie, mam im poka­zać, że potra­fię „zado­wo­lić face­tów”. Naj­pierw myśla­łam, że żar­tuje, ale oni zaczęli mnie obła­piać, a ona to nakrę­cała. Inni stali dookoła i patrzyli. A ja… ja nie potra­fi­łam się sprze­ci­wić. Byłam w szoku, chcia­łam, żeby to się skoń­czyło. – Głos Diany się zała­mał, łzy popły­nęły stru­mie­niami. – Teraz każdy w szkole o tym wie.

Nor­bert poczuł, jak coś w nim pęka. Serce waliło mu w piersi, a pię­ści same się zaci­snęły.

– Jak ja się teraz pokażę w szkole? – wyszep­tała Diana. – Wszy­scy widzieli. Ona zro­biła ze mnie pośmie­wi­sko… i dziwkę.

– Nie jesteś dziwką – prze­rwał jej ostro, a w jego gło­sie drżała wście­kłość. – To ona cię do tego zmu­siła. To ona prze­kro­czyła wszyst­kie gra­nice.

Diana spoj­rzała na niego nie­pew­nie, a w jej oczach było coś wię­cej niż roz­pacz – czy­ste, palące poczu­cie wstydu.

– Przy­kro mi i wiem, że teraz już za późno na „a nie mówi­łem”. Ale nie możemy jej odpu­ścić. Nie pozwo­limy, żeby wygrała. Razem sobie z tym pora­dzimy – powie­dział, a jego głos był łagodny, pełen wspar­cia. – Prze­gięła i myśli, że wszystko jej wolno. Wmó­wiła ludziom, że jest lep­sza od nas, a to nie­prawda – nakrę­cał się Nor­bert. – Jeste­śmy w tej szkole, bo każde z nas jest w czymś dobre. Ona nie jest wyjąt­kiem, a sta­wia się na pie­de­stale. Za długo na to pozwa­la­li­śmy.

Diana spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem, nie była pewna, czy mówi serio. W jego oczach dostrze­gła jed­nak deter­mi­na­cję.

– Naprawdę mi pomo­żesz? – zapy­tała, na­dal łka­jąc.

– Oczy­wi­ście – zapew­nił ją Nor­bert. Uśmiech­nął się i objął ją ostroż­nie. – Zawsze.

Diana pozwo­liła się objąć. Czuła, że choć jej świat roz­padł się na kawałki, Nor­bert wciąż przy niej trwał. Wie­działa, że czeka ich bez­względna walka z Zuzanną, ale naj­waż­niej­sze było to, że nie była w niej sama.

23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce

Ewa spę­dziła przed­po­łu­dnie na mono­ton­nej pracy przy biurku, wypeł­nia­jąc kolejne doku­menty i raporty, które nie miały końca. Chwi­lami rozu­miała, dla­czego nie­któ­rzy z jej kole­gów przy­my­kali oko na drobne uchy­bie­nia lub pomi­jali nie­istotne szcze­góły – każde, nawet naj­mniej­sze zda­rze­nie ozna­czało dodat­kowy stos papier­ko­wej roboty.

Ale ona nie nale­żała do tych, któ­rzy odwra­cają wzrok. Ceniła porzą­dek i dokład­ność.

Nagle z wypeł­nia­nia kolej­nego for­mu­la­rza wyrwał ją męski głos:

– Cześć.

Pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła uśmiech­nię­tego Tymona Nadol­skiego.

– Dziś pra­cu­jemy razem – oznaj­mił.

– Miło – odparła, odwza­jem­nia­jąc uśmiech. Nie miała nic prze­ciwko współ­pracy z Tymo­nem. Nie był szcze­gól­nie roz­mowny, ale dzia­łał szybko i spraw­nie. Przy nim była pewna, że w razie akcji może na niego liczyć.

Przy­po­mniała sobie roz­mowę z Dawi­dem na jego temat, co skło­niło ją do przyj­rze­nia się kole­dze uważ­niej. Był wysoki i szczu­pły, z jasnymi blond wło­sami kon­tra­stu­ją­cymi z ciem­nymi oczami. Ta kom­bi­na­cja, w połą­cze­niu z jasną cerą, nada­wała mu cha­rak­te­ry­styczny wygląd. Jego uroda była ory­gi­nalna, choć zupeł­nie nie w jej typie.

Męż­czy­zna zauwa­żył, że mu się przy­gląda, bo odchrząk­nął i zapy­tał:

– Coś się stało?

To wyrwało ją z zamy­śle­nia.

– Nie, nic – wyja­śniła i zmie­niła temat. – W połu­dnie mam zamiar pójść do pro­sek­to­rium. Dok­tor Tymań­ski będzie oma­wiał przy­pa­dek wczo­raj­szego wypadku na budo­wie. Idziesz ze mną?

Tymon skrzy­wił się i pokrę­cił głową.

– O nie, dzięki. Chło­paki opo­wia­dały, że zastali ludzki szasz­łyk. Jeśli nie muszę, wolę tego nie oglą­dać.

Widok czło­wieka, który spadł z ósmego pię­tra wprost na wysta­jące pręty zbro­je­niowe, rze­czy­wi­ście nie nale­żał do przy­jem­nych. Jed­nak takie przy­padki były poucza­jące, zwłasz­cza gdy oma­wiał je ktoś tak kom­pe­tentny jak Tymań­ski. Uwiel­biała jego pre­cy­zję i spo­sób tłu­ma­cze­nia szcze­gó­łów.

Zresztą pato­log był w jej typie, ale zacho­wała to dla sie­bie. Nie wspo­mi­nała o tym nawet Dawi­dowi, bo zaraz pró­bo­wałby ją swa­tać z leka­rzem, a tego zde­cy­do­wa­nie chciała unik­nąć. Praca to praca, a mie­sza­nie do niej uczuć mogło pro­wa­dzić wyłącz­nie do pro­ble­mów.

– Spoko, rozu­miem – odpo­wie­działa i wró­ciła do raportu.

Tymon przez moment jesz­cze stał obok, jakby chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł zna­leźć odpo­wied­nich słów. W końcu cicho wes­tchnął i odszedł, pozo­sta­wiw­szy ją z wra­że­niem, że liczył na więk­szą ini­cja­tywę z jej strony, by pod­trzy­mać roz­mowę.

Pięt­na­ście minut przed dwu­na­stą Ewa zapu­kała do drzwi biura naczel­nika. Kiedy usły­szała krót­kie „pro­szę”, uchy­liła drzwi i wsu­nęła głowę do środka.

– Sze­fie, mam pyta­nie – zaczęła, przy­cią­ga­jąc uwagę siwo­wło­sego męż­czy­zny, który ode­rwał wzrok od moni­tora.

– Ewa, wejdź, wejdź – zachę­cił ją, ruchem dłoni wska­zu­jąc krze­sło naprze­ciwko biurka.

Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Pomiesz­cze­nie, choć nie­wiel­kie, było przy­tulne, jak na stan­dardy miej­skiej komendy. Jasne ściany kon­tra­sto­wały z ciem­nym, lekko pory­so­wa­nym biur­kiem, na para­pe­cie stał nie­wielki fikus, który doda­wał wnę­trzu odro­binę życia.

– Dok­tor Tymań­ski za kwa­drans będzie oma­wiał sprawę wczo­raj­szego wypadku na budo­wie. Mogła­bym pójść posłu­chać? – zapy­tała, a jej głos zdra­dzał entu­zjazm. – Na razie nie mamy z Tymo­nem żad­nej pracy w tere­nie, a raporty skoń­czy­łam – dodała, chcąc uprze­dzić ewen­tu­alne obiek­cje.

– Jasne, idź – pozwo­lił jej naczel­nik z pew­no­ścią w gło­sie, a w jego tonie pobrzmie­wała nuta zado­wo­le­nia. Cenił ludzi, któ­rzy z wła­snej ini­cja­tywy chcieli posze­rzać wie­dzę.

– Dzięki, sze­fie – powie­działa rado­śnie i już się odwra­cała, by wyjść, kiedy znów się ode­zwał:

– Wiesz co, Ewa? Dawno nie mia­łem takiego przy­padku jak ty.

Zatrzy­mała się i odwró­ciła głowę w jego stronę z zacie­ka­wie­niem.

– Co pan naczel­nik ma na myśli?

– Nie boisz się pracy w tere­nie, wyry­wasz się do naj­gor­szych zadań, chęt­nie idziesz do pro­sek­to­rium, a do tego ni­gdy nie kom­bi­nu­jesz, jak się zerwać wcze­śniej z pracy. To rzad­kość – wyja­śnił z uśmie­chem pod nosem.

Ewa unio­sła lekko pod­bró­dek, czu­jąc, jak jej serce rośnie z dumy.

– Lubię tę robotę – odparła z prze­ko­na­niem. – W Nowi­nach zwy­kle mało się działo, więc teraz nad­ra­biam, żeby nie odsta­wać od kole­gów.

– Jak tak dalej pój­dzie, to prze­go­nisz ich wszyst­kich – skwi­to­wał z apro­batą.

Słowa naczel­nika dodały jej pary. Naprawdę się sta­rała i chciała nad­ro­bić stra­cone lata, kiedy w jej poprzed­nim miej­scu pracy bra­ko­wało wyzwań. Praca w wydziale kry­mi­nal­nym była wyma­ga­jąca, cza­sem bru­talna, ale to wła­śnie napę­dzało ją do dzia­ła­nia. Lubiła jeź­dzić na zda­rze­nia z doświad­czo­nymi poli­cjan­tami, nie tylko dla­tego, że mogli ją wiele nauczyć, ale też dla­tego, że chęt­nie dzie­lili się obo­wiąz­kami, które dla nich były już rutyną.

– Dzię­kuję, sze­fie – powie­działa i ski­nęła głową na poże­gna­nie.

Wypa­dła z gabi­netu nie­mal bie­giem i się­gnęła po tele­fon. Na wyświe­tla­czu mignęła wia­do­mość od Dawida: „Cze­kam przed pro­sek­to­rium”. Przy­spie­szyła jesz­cze bar­dziej. Nie chciała się spóź­nić na spo­tka­nie z jed­nym z naj­lep­szych pato­lo­gów w mie­ście.

16 września, wtorek 2008 roku, Chęciny

– Hej, jak się trzyma Diana? – Sara przy­sia­dła się do Nor­berta, który sie­dział pod ścianą na kory­ta­rzu z książką w ręku. Od rana miał wra­że­nie, że każdy, kto go mijał, rzu­cał mu ukrad­kowe spoj­rze­nia. Wszy­scy wie­dzieli, że przy­jaźni się z Dianą, i naj­wy­raź­niej ocze­ki­wali od niego odpo­wie­dzi na pyta­nia, któ­rych nikt nie odwa­żył się zadać wprost. – Nie ma jej dzi­siaj, więc chyba nie­naj­le­piej – dodała, a w jej gło­sie pobrzmie­wała iry­ta­cja.

– Byłem u niej wczo­raj wie­czo­rem. Jest w roz­sypce – odpo­wie­dział ciszej, zer­ka­jąc na prze­cho­dzą­cych uczniów. Nie chciał, żeby ktoś usły­szał, że roz­ma­wiają o Dia­nie.

– Nic dziw­nego… – wes­tchnęła Sara. Przy­su­nęła się bli­żej i usia­dła obok niego.

– Hej, ale kicha z Dianą – dołą­czyła do nich Julita, przy­gry­za­jąc wargę. – Strasz­nie mi jej żal. Nie wiem, co bym zro­biła na jej miej­scu.

– Nie chce wyjść z pokoju – oświad­czył Nor­bert.

– Za kilka dni wszy­scy o tym zapo­mną – zapew­niła Sara, pró­bu­jąc go pocie­szyć, choć sama nie była tego taka pewna.

– Kiedy Zuzanna znaj­dzie sobie nową ofiarę – dodał Nor­bert przez zaci­śnięte zęby, nie kry­jąc gniewu.

Można było odnieść wra­że­nie, że jego słowa ją przy­wo­łały, bo chwilę póź­niej na kory­ta­rzu poja­wiła się sama spraw­czyni zamie­sza­nia. Jak zawsze ema­no­wała pew­no­ścią sie­bie, a jej usta zdo­bił wynio­sły uśmiech.

– Pro­szę, pro­szę… fra­jer­ska ekipa w kom­ple­cie – rzu­ciła szy­der­czo. – A gdzie Diana? Chło­paki o nią pytały. Chęt­nie sko­rzy­stają jesz­cze raz z jej usług.

– Spier­da­laj, Zuza. Jesteś popie­przona – wark­nęła Sara, nie kry­jąc gniewu.

Zuzanna zamarła na moment, zasko­czona jej reak­cją. Nie była przy­zwy­cza­jona, żeby ktoś odwa­żył się tak do niej ode­zwać.

– Co ty powie­dzia­łaś? – Spoj­rzała na Sarę spod unie­sio­nej brwi, jakby nie dowie­rzała wła­snym uszom. W jej oczach bły­snęła złość, ale uśmiech, zimny i iro­niczny, wciąż nie scho­dził jej z ust.

– Może zamiast cią­gle szu­kać nowych ofiar, któ­rym chcesz znisz­czyć życie, zaj­mij się wresz­cie sobą? – odparła Sara twardo. Jej głos brzmiał spo­koj­nie, ale każde słowo prze­sy­cone było deter­mi­na­cją. – A nie, cze­kaj… prze­cież ty lubisz, kiedy wszy­scy na cie­bie patrzą, twoje ego ledwo mie­ści się w tych kory­ta­rzach. A prawda jest taka, że jesteś tylko żało­sną mani­pu­lantką.

Twarz Zuzanny stę­żała. Było jasne, że nie tak to sobie wyobra­żała. To ona zwy­kle kon­tro­lo­wała sytu­ację, a nie odwrot­nie.

– Diana tylko chciała być w dru­ży­nie. Skoro jej nie chcia­łaś, to dla­czego nie powie­dzia­łaś jej tego wprost? – wtrą­cił się Nor­bert. – Po co ci to było? Co z tego masz? – dodał ze zło­ścią.

– Zabawę – wyja­śniła Zuzanna z uśmie­chem. – I chło­paki też ją miały – dodała, wska­zu­jąc na grupę kole­gów z dru­żyny pił­kar­skiej, któ­rzy stali nie­opo­dal i sły­szeli ich roz­mowę. Kilku z nich uśmiech­nęło się w odpo­wie­dzi.

– Zoba­czy­cie, że pew­nego dnia i wy obe­rwie­cie od niej – zwró­ciła się do nich Sara. – Jeste­ście jej mario­net­kami.

– Nam to nie prze­szka­dza – odparł z roz­ba­wie­niem krótko ostrzy­żony blon­dyn. – Słu­żyć do takich celów to sama przy­jem­ność.

– Idioci – par­sk­nęła Sara, rzu­ca­jąc chło­pa­kom pogar­dliwe spoj­rze­nie. Następ­nie znów sku­piła uwagę na Zuzan­nie. – Nie­długo twoje rządy się skoń­czą, a upa­dek będzie bole­sny.

– I niby ty to spra­wisz? – zapy­tała Zuzanna. Jej usta wykrzy­wił kpiący uśmiech, a dło­nią non­sza­lancko popra­wiła włosy.

– Może ja, a może ktoś inny – stwier­dziła Sara, jakby od nie­chce­nia. – Ale ktoś się znaj­dzie. A wtedy nawet tatuś ci nie pomoże.

Na policz­kach Zuzanny poja­wiły się czer­wone plamy. Temat ojca był jej piętą achil­le­sową, a Sara dosko­nale zda­wała sobie z tego sprawę.

– Dawno nie widzia­łam pana Mate­usza, a ostat­nim razem zapra­szał mnie na kawę. Może to dobry moment, żeby sko­rzy­stać z tego zapro­sze­nia – dywa­go­wała Sara z uda­waną lek­ko­ścią.

– Ojciec nie ma czasu na takie bzdury jak kawa z idiotką – syk­nęła Zuzanna przez zaci­śnięte zęby.

– Dla­tego nie uma­wia się z tobą, tylko ze mną – odbiła piłeczkę Sara z per­fid­nym uśmie­chem.

Zuzanna zbla­dła. Już miała rzu­cić się na Sarę, ale w ostat­niej chwili Kon­rad zła­pał ją w pasie.

– Wylu­zuj, wszy­scy patrzą – szep­nął cicho. Tyle wystar­czyło, by Zuzanna się opa­no­wała. Oswo­bo­dziła się z jego uści­sku, popra­wiła koszu­lową bluzkę i syk­nęła:

– Prze­gię­łaś. Nie daruję ci tego.

– Będę cze­kać – rzu­ciła za odcho­dzącą Zuzanną Sara.

– Po co się nara­żasz? – zapy­tała Julita, patrząc na nią z mie­szanką podziwu i nie­po­koju.

– Nic mi nie zrobi, za dużo o niej wiem – wytłu­ma­czyła Sara pew­nie. – Teraz naj­waż­niej­sze jest, by prze­ko­nać Dianę, że nie ma czego się wsty­dzić.

– No wła­śnie, może wy coś wymy­śli­cie, bo ja nie wiem, co jesz­cze mogę jej powie­dzieć, aby prze­stała się mar­twić i obwi­niać – oznaj­mił z cięż­kim wes­tchnie­niem Nor­bert. Po chwili dodał: – Pewny jestem tylko tego, że nie zamie­rzam mil­czeć w tej spra­wie. Mam dość tej laski.

23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce

Ewa, wcho­dząc do pro­sek­to­rium, od razu zauwa­żyła dwóch kole­gów z wydziału pro­wa­dzą­cych sprawę, o któ­rej mieli wła­śnie roz­ma­wiać.

– Pani pod­ko­mi­sarz, miło znów panią widzieć. Wie­dzia­łem, że mogę liczyć na pani obec­ność – przy­wi­tał ją Patryk Tymań­ski. Jak zwy­kle nosił wysoko upięty, luźny kok. Pato­log bar­dziej przy­po­mi­nał hip­ster­skiego muzyka niż leka­rza, co zawsze bawiło Ewę, a jego tatu­aże nie­zmien­nie przy­cią­gały jej uwagę.

Piór­kow­ska odpo­wie­działa mu uśmie­chem. Jego słowa spra­wiły, że poczuła się doce­niona. Był jed­nym z naj­lep­szych pato­lo­gów w regio­nie. Posia­dał grun­towne wykształ­ce­nie, sze­roką wie­dzę nie tylko z pato­mor­fo­lo­gii, ale rów­nież z kry­mi­na­li­styki i kry­mi­no­lo­gii. Jego ana­lizy i wnio­ski czę­sto sta­no­wiły klucz do roz­wi­kła­nia naj­trud­niej­szych śledztw.

– Nie prze­ga­pi­ła­bym takiej oka­zji – odparła z nutą entu­zja­zmu.

Prze­lot­nie zer­k­nęła na sto­ją­cego obok niej Dawida, bo uniósł kącik ust w cha­rak­te­ry­stycz­nym szy­der­czym uśmie­chu. Wie­działa, że zaraz nazwie ją „pry­mu­ską”. Zawsze tak robił, gdy anga­żo­wała się w dodat­kowe dzia­ła­nia, chcąc dowie­dzieć się cze­goś nowego.

Grupa zebrała się wokół stołu sek­cyj­nego, na któ­rym spo­czy­wały zwłoki męż­czy­zny. Widok był dra­styczny. Ciało pokry­wały liczne rany.

– Panie dok­to­rze, liczymy na mocne wska­zówki – ode­zwał się jeden z poli­cjan­tów w zabaw­nym T-shir­cie z napi­sem „Mam prawo… do kolej­nej kawy”. – Mamy grupę osób, które twier­dzą, że to był wypa­dek. A według nas to bzdura.

Patryk Tymań­ski uniósł brwi, po czym się­gnął po latek­sowe ręka­wiczki.

– Nie wiem, czy moje usta­le­nia pozwolą wam wska­zać kon­kretną osobę, ale przy­czyna śmierci na pewno uzu­pełni waszą wie­dzę – odpo­wie­dział rze­czo­wym tonem.

Ewa słu­chała w sku­pie­niu, jed­no­cze­śnie przy­glą­da­jąc się obra­że­niom na ciele denata.

– Józef Kaniow­ski, lat czter­dzie­ści osiem – zaczął pato­log. – Bli­zna na lewej łopatce, tatuaż na pra­wym przed­ra­mie­niu – wymie­nił pod­sta­wowe infor­ma­cje. – Brak wyrostka robacz­ko­wego, leczył się na wątrobę, a dodat­kowo zapewne cier­piał na czę­ste bóle żołądka, choć to nie one były przy­czyną śmierci – dodał dla pew­no­ści. – Obra­że­nia głowy: rana tłu­czona w czę­ści czo­ło­wej, o wymia­rach sześć na cztery cen­ty­me­try, z widocz­nym pęk­nię­ciem skóry i odsło­nię­ciem kości czo­ło­wej. Krwiak pod­skórny wokół rany, obej­mu­jący górne par­tie nosa i czoła. Zasi­nie­nie i obrzęk w oko­licy lewego oka.

Piór­kow­ska pochy­liła się nad cia­łem, by dokład­niej obej­rzeć obra­że­nia, o któ­rych mówił Tymań­ski.

– Obra­że­nia tuło­wia – kon­ty­nu­ował pato­log. – Pięć ran kłu­tych w dol­nej czę­ści klatki pier­sio­wej oraz brzu­cha, powsta­łych wsku­tek wbi­cia się w pręty zbro­je­niowe. Jeden z prę­tów prze­bił skórę, mię­śnie i wszedł do jamy opłuc­nej, uszka­dza­jąc lewe płuco. Drugi pręt spe­ne­tro­wał jamę brzuszną, uszka­dza­jąc jelita i naczy­nia krez­kowe, co spo­wo­do­wało masywny krwo­tok wewnętrzny.

Poka­zy­wał każde obra­że­nie z pre­cy­zją godną wykła­dowcy aka­de­mic­kiego.

– Pozo­stałe obra­że­nia to liczne otar­cia i powierz­chowne rany na koń­czy­nach, szcze­gól­nie na rękach i kola­nach. Wie­lo­odła­mowe zła­ma­nie pra­wej kości udo­wej oraz lewej kości ramien­nej wska­zują na upa­dek z dużej wyso­ko­ści – dodał.

– Upadł na pręty ple­cami. Czy spa­da­jąc, mógł gdzieś ude­rzyć głową? – prze­rwał mu Dawid.

– Uraz głowy to rana tłu­czona powstała w wyniku ude­rze­nia tępym przed­mio­tem jesz­cze przed upad­kiem z wyso­ko­ści – wyja­śnił pato­log. – W momen­cie upadku męż­czy­zna już nie żył.

– Czyli ktoś zadał mu śmier­telny cios w głowę? – upew­nił się Zyga­dło.

– Zde­cy­do­wa­nie – potwier­dził Tymań­ski. – Nastą­piło zła­ma­nie kości czaszki.

– Tak jak sądzi­li­śmy, to zabój­stwo – stwier­dził drugi z poli­cjan­tów.

Ewa zmru­żyła oczy w zamy­śle­niu.

– Może doszło do sprzeczki na tym ósmym pię­trze, z któ­rego spadł? – zasu­ge­ro­wała. – Ktoś ude­rzył denata w afek­cie, a potem zepchnął go na dół, żeby upo­zo­ro­wać wypa­dek.

Męż­czyźni spoj­rzeli na sie­bie i kiw­nęli gło­wami.

– To moż­liwe – przy­znał poli­cjant w zabaw­nym T-shir­cie.

– Warto wspo­mnieć, że stę­że­nie alko­holu ety­lo­wego we krwi denata wyno­siło dwa i dwie dzie­siąte pro­mila. To suge­ruje, że w chwili zda­rze­nia mógł być jesz­cze bar­dziej pijany – dodał Patryk.

– Kla­syczna pijacka sprzeczka – sko­men­to­wał drugi poli­cjant, krę­cąc głową.

– Teraz musi­cie usta­lić, kto i czym go ude­rzył. – Zyga­dło spoj­rzał na funk­cjo­na­riu­szy. – Świad­ko­wie wła­śnie stali się podej­rza­nymi.

– Pro­szę się nie mar­twić, panie pro­ku­ra­to­rze, przy­ci­śniemy ich – odpo­wie­dział ten w zabaw­nej koszulce. – Jak usły­szą, że każdy z nich może odpo­wia­dać za współ­udział, to szybko zaczną śpie­wać.

– Daj­cie znać, gdy cze­goś się dowie­cie – rzu­cił Zyga­dło.

Poli­cjant odpo­wie­dział mu sze­ro­kim uśmie­chem i prze­sad­nym, żar­to­bli­wym salu­tem.

Pro­ku­ra­tor wie­dział, że to nie było drwie­nie z niego. Miał dobre rela­cje z funk­cjo­na­riu­szami, z któ­rymi współ­pra­co­wał. Sza­no­wali go za to, że nie był typo­wym biu­ro­kratą, który zrzu­całby całą pracę na innych, zwłasz­cza na sta­ży­stów. Zyga­dło wolał dzia­łać sam.

– Pełny raport macie już w mailach – oznaj­mił Tymań­ski. – Pewne jest to, że nie był to wypa­dek.

Prze­dys­ku­to­wali różne hipo­tezy, lecz oczy­wi­ste było, że jedy­nie sprawca znał fak­tyczny prze­bieg wyda­rzeń.

Poli­cjanci ruszyli do wyj­ścia, rzu­ca­jąc na odchodne ogól­ni­kowe „do zoba­cze­nia”. Dawid rów­nież zamie­rzał już wyjść, ale zauwa­żył, że Ewa wciąż przy­gląda się ciału denata.

– Jeśli ma pani chwilę, mogę dokład­niej opi­sać i poka­zać obra­że­nia na prze­świe­tle­niu 3D. – Tymań­ski spoj­rzał na nią z uśmie­chem. – To jeden z tych rzad­kich przy­pad­ków, kiedy możemy zoba­czyć tak liczne i róż­no­rodne obra­że­nia.

Piór­kow­ska unio­sła wzrok na pro­ku­ra­tora, szu­ka­jąc jego apro­baty. Zyga­dło ski­nął głową, dając do zro­zu­mie­nia, że powinna zostać. Wie­dział, jak ceniła każdą moż­li­wość posze­rze­nia wie­dzy.

– Chęt­nie zostanę – odparła z entu­zja­zmem, który roz­ja­śnił jej twarz.

– Miłej zabawy – mruk­nął Zyga­dło z lek­kim uśmie­chem. – Do zoba­cze­nia póź­niej, pani pry­mu­sko.

Ewa prych­nęła roz­ba­wiona.

– Pa – rzu­ciła, patrząc, jak pro­ku­ra­tor macha ręką na poże­gna­nie i opusz­cza pomiesz­cze­nie.

Kiedy ponow­nie sta­nęli nad cia­łem, Ewa ucie­szyła się, że Tymań­ski zde­cy­do­wał się poświę­cić jej wię­cej uwagi, doce­nia­jąc jej nie­ga­snący zapał.

– Pani pod­ko­mi­sarz – ode­zwał się, wska­zu­jąc na moni­tor, na któ­rym wid­niał trój­wy­mia­rowy obraz obra­żeń. – Pro­szę spoj­rzeć na te pęk­nię­cia czaszki. To ślad wyjąt­kowo sil­nego ude­rze­nia. Możemy nawet odtwo­rzyć kształt narzę­dzia.

Ewa zbli­żyła się, wpa­tru­jąc się w ekran. Każdy szcze­gół zda­wał się opo­wia­dać swoją histo­rię, a ona chło­nęła ją z peł­nym sku­pie­niem. Ta chwila nie tylko posze­rzała jej wie­dzę, ale rów­nież przy­bli­żała do roz­wią­za­nia zagadki, która odpo­wia­dała za śmierć męż­czy­zny leżą­cego na stole.

6 października, poniedziałek 2008 roku, Chęciny

W szkol­nej sto­łówce roz­brzmie­wał typowy zgiełk. Długa prze­rwa obia­dowa dawała uczniom chwilę wytchnie­nia, którą każdy wyko­rzy­sty­wał na swój spo­sób – jedni zaja­dali się posił­kiem, inni wymie­niali plotki albo śmiali się gło­śno w gro­nie zna­jo­mych. Nie bra­ko­wało też tych pochy­lo­nych nad tele­fo­nami czy gorąco dys­ku­tu­ją­cych o zbli­ża­ją­cym się spraw­dzia­nie. Pano­wała zwy­czajna, prze­wi­dy­walna atmos­fera codzien­no­ści.

Jed­nak nagle gwar ucichł, jakby ktoś wyłą­czył dźwięk w fil­mie. Roz­mowy urwały się w poło­wie słów, widelce zawi­sły w powie­trzu, a spoj­rze­nia wszyst­kich skie­ro­wały się w jedno miej­sce. Przez salę prze­to­czył się prze­sy­cony sar­ka­zmem dziew­częcy głos, który wdarł się w ten upo­rząd­ko­wany chaos jak ostry nóż.

– No pro­szę, nasza nowa gwiazda! – Zuzanna pode­rwała się od sto­lika peł­nego zna­jo­mych. Jej gra­na­towo-biała sukienka zafa­lo­wała, kiedy teatral­nie roz­ło­żyła ręce. Mina mówiła wszystko – triumf zmie­szany z zadziorną zło­śli­wo­ścią. Uśmiech miała słodki, ale każdy widział, że kryje się w nim czy­sty jad. – Sły­sza­łam, że podobno jesteś nie do prze­bi­cia – rzu­ciła, mie­rząc spoj­rze­niem sto­jącą przed nią dziew­czynę.

W sto­łówce zro­biło się cicho jak przed burzą. Klau­dia zesztyw­niała, czu­jąc, że patrzą na nią wszy­scy. Twarz miała czer­woną jak burak, a oczy błą­dziły w panice po twa­rzach wokół.

Zaczęła ner­wowo bawić się rąb­kiem swe­tra, czu­jąc, jak pod pachami zbiera się wil­goć. Była jak ptak uwię­ziony w klatce, bez­radna i zagu­biona. Żołą­dek ści­snął się jej bole­śnie. Nie chciała być w cen­trum uwagi, a teraz cała sto­łówka wstrzy­mała oddech, cze­ka­jąc na jej reak­cję. Serce tłu­kło jej się w piersi jak osza­lałe. Tym­cza­sem Zuzanna z lubo­ścią prze­cią­gała ciszę, delek­tu­jąc się wido­kiem swo­jej ofiary.

– Sły­sza­łam, że masz jakiś super talent – prze­cią­gnęła Zuzanna każde słowo, uda­jąc, że mówi serio. – Tylko wiesz co? Jakoś go ni­gdy nie zauwa­ży­łam. Może dla­tego, że jesteś… – zmru­żyła oczy, jakby pró­bo­wała coś wypa­trzeć – …kom­plet­nie nie­wi­dzialna.

W sto­łówce roz­legł się chi­chot. Klau­dia przy­gry­zła wargę, żeby się nie roz­pła­kać.

– Ale hej, nie­wi­dzial­ność też może być spoko – cią­gnęła Zuzanna tonem peł­nym sztucz­nego współ­czu­cia. – Cho­ciaż łatwo to zmie­nić. Zacznijmy od… sty­lówki? – Zatrzy­mała na niej wzrok, prze­su­wa­jąc go demon­stra­cyj­nie od góry do dołu. – Za duże swe­try? Serio? Wyglą­dasz, jak­byś nie mogła się zde­cy­do­wać, czy jesteś chło­pa­kiem, czy dziew­czyną.

Kolejny wybuch śmie­chu wstrzą­snął salą. Zuzanna zaczęła cho­dzić wokół niej jak kot wokół myszy. Na ustach miała ten cha­rak­te­ry­styczny zło­śliwy uśmie­szek.

– Gwiazda musi błysz­czeć. Nie może być żało­sna, rozu­miesz? – rzu­ciła ostro.

Klau­dia opu­ściła wzrok. Serce waliło jej jak sza­lone, a palce coraz moc­niej ści­skały swe­ter. Chciała znik­nąć, roz­pły­nąć się, byle tylko nikt już na nią nie patrzył.

Zuzanna jed­nak dopiero się roz­krę­cała.

– Zgło­si­łaś się do kon­kursu talen­tów, nie? – Jej głos nagle pod­niósł się tak, żeby wszy­scy ją sły­szeli. – Podobno śpie­wasz lepiej niż Are­tha Fran­klin.

Sala natych­miast uci­chła. Klau­dia pobla­dła, jakby zie­mia miała się pod nią otwo­rzyć.

– To co, mała próbka? – Zuzanna uśmiech­nęła się fał­szy­wie, a pił­ka­rze przy jej stole zaczęli kla­skać, pod­ła­pu­jąc zabawę.

– Nie, nie… – Klau­dia pokrę­ciła głową, ale Zuzanna nie zamie­rzała odpu­ścić.

– No dawaj, nie wstydź się. W końcu nie boisz się publiki, skoro zgło­si­łaś się do kon­kursu? – Nachy­liła się bli­żej, a jej głos przy­brał słodko-tru­jący ton. – Albo… – dodała pół­gło­sem, ale tak, żeby każdy w pobliżu usły­szał – nie­które „talenty” robią karierę dzięki… spe­cjal­nym ukła­dom.

Cisza zawi­sła w powie­trzu, gęsta i przy­tła­cza­jąca.

Klau­dia wzięła głę­boki wdech i wyszep­tała:

– Nie muszę niczego udo­wad­niać.

Zuzanna wybu­chła śmie­chem, odchy­la­jąc głowę do tyłu, jakby odpo­wiedź Klau­dii była naj­śmiesz­niej­szą rze­czą, jaką kie­dy­kol­wiek usły­szała.

– No wła­śnie w tym jest pro­blem z takimi jak ty – rzu­ciła z wyż­szo­ścią. – Myśli­cie, że wystar­czy, że jeste­ście… i ludzie od razu was podzi­wiają. Sorry, to tak nie działa.

W sto­łówce wszy­scy mil­czeli, wpa­tru­jąc się w ten spek­takl. Ale nagle z końca sali dobiegł głos:

– A może poka­żesz, co umiesz, Zuza?

Głowy wszyst­kich odwró­ciły się w stronę Sary. Stała oparta o ścianę, ręce miała skrzy­żo­wane na pier­siach, a w oczach – błysk wyzwa­nia. Uży­cie formy „Zuza” było celowe. Sara wie­działa, że Zuzanna nie znosi tego zdrob­nie­nia. Brzmiało infan­tyl­nie, bez maje­statu i powagi, które Zuza tak sta­ran­nie budo­wała, by rzą­dzić w szkole.

– A może twoje „suk­cesy” też są wyni­kiem czy­jejś pomocy? Tatu­sia? A może… jakie­goś nauczy­ciela? – dodała iro­nicz­nie.

Te słowa ude­rzyły jak wystrzał. Na chwilę Zuzanna zanie­mó­wiła, cień zasko­cze­nia prze­su­nął się po jej twa­rzy, a pew­ność sie­bie lekko się zachwiała.

Po krót­kiej ciszy odwró­ciła się w stronę Sary. Uśmiech, który wykrzy­wił jej usta, był jak ostrze – zimny, pre­cy­zyjny i bole­sny.

– Zawsze musisz zgry­wać boha­terkę, co? – powie­działa, prze­cią­ga­jąc sylaby, aby pod­kre­ślić swoją wyż­szość. – A tak naprawdę liczysz, że ktoś cię zauważy. Jesteś żało­sna.

W powie­trzu uno­siło się napię­cie tak gęste, że można by je kroić nożem. Wszy­scy wstrzy­mali oddech, cze­ka­jąc na reak­cję Sary, która patrzyła na Zuzannę z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem, ale w jej oczach można było dostrzec błysk goto­wo­ści do dal­szej walki.

Chłopcy z dru­żyny pił­kar­skiej, jak na zawo­ła­nie, wybu­chli śmie­chem, a ich rado­sne okrzyki roz­brzmiały w całej sto­łówce. Wszy­scy patrzyli na Sarę, która nie zamie­rzała się cof­nąć. Jej oczy błysz­czały, a postawa pozo­stała nie­wzru­szona.

– Nie bar­dziej od cie­bie, Zuza – powie­działa pew­nie, uno­sząc głowę wyżej i igno­ru­jąc śmie­chy dookoła. – Możesz szy­dzić z innych, ale prę­dzej czy póź­niej wszy­scy zro­zu­mieją, że jesteś tylko pustym balo­nem. To nie Klau­dia powinna coś udo­wad­niać, ale ty.

Twarz Zuzanny stę­żała, a oczy zwę­ziły się w chłod­nym spoj­rze­niu. Jed­nak zamiast odpo­wie­dzieć, odwró­ciła wzrok, trak­tu­jąc Sarę jak pył w powie­trzu, nie­godny jej uwagi.

Klau­dia nie zamie­rzała włą­czać się do roz­mowy i korzy­sta­jąc z chwili zamie­sza­nia, zebrała się na odwagę, by spró­bo­wać nie­zau­wa­że­nie opu­ścić sto­łówkę.

– Ucie­kasz? – zawo­łała za nią Zuzanna z kpiną w gło­sie. – No cóż, nie każdy nadaje się do wiel­kich rze­czy!

Sara zaci­snęła pię­ści, pró­bu­jąc opa­no­wać nara­sta­jącą złość. Ruszyła za Klau­dią.

– Fra­jerki – rzu­ciła za nimi Zuzanna z zado­wo­le­niem. W jej oczach, skoro obie „ucie­kły”, ozna­czało to zwy­cię­stwo.

Po chwili w sto­łówce sły­chać było przy­tłu­mione szepty. Nie­któ­rzy spo­glą­dali na Zuzannę z nie­sma­kiem lub nie­pew­no­ścią, dostrze­ga­jąc drobne pęk­nię­cia w jej per­fek­cyj­nej fasa­dzie. Sama Zuzanna tego nie zauwa­żała albo po pro­stu zigno­ro­wała.

Wra­ca­jąc do swo­jego sto­lika, z wdzię­kiem popra­wiła włosy i usia­dła mię­dzy chło­pa­kami z dru­żyny, obda­rza­jąc ich pro­mien­nym uśmie­chem. Była pewna, że cała ta scena tylko utwier­dziła wszyst­kich w prze­ko­na­niu, kto tu naprawdę rzą­dzi. Jej pew­ność sie­bie pozo­stała nie­za­chwiana. W jej oczach to ona była mistrzy­nią tej gry, nie­za­leż­nie od tego, co myśleli inni.

23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce

Była dzie­więt­na­sta pięć­dzie­siąt, gdy Ewa i Dawid zmie­rzali w stronę miesz­ka­nia jej rodzi­ców. Piór­kow­ska cie­szyła się, że Zyga­dło towa­rzy­szy jej w tej wizy­cie. Obec­ność pro­ku­ra­tora zawsze dzia­łała kojąco. Jej mama od pierw­szego spo­tka­nia darzyła Dawida wyjąt­kową sym­pa­tią, co zna­cząco zmniej­szało napię­cie, które zazwy­czaj towa­rzy­szyło rodzin­nym spo­tka­niom.

Dawid potra­fił wpro­wa­dzić atmos­ferę lek­ko­ści i swo­body. Był zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wylu­zo­wany niż Ewa i to wła­śnie ta cecha spra­wiała, że w jego towa­rzy­stwie łatwo było poczuć się kom­for­towo. Jego urok oso­bi­sty dzia­łał na kobiety w każ­dym wieku, od nasto­la­tek po seniorki. Ewa, obser­wu­jąc to, odczu­wała mie­szankę podziwu i roz­ba­wie­nia. Przy­ja­ciel wie­dział, jak odpo­wied­nio daw­ko­wać swój wdzięk. Wyko­rzy­sty­wał go wtedy, gdy sytu­acja tego wyma­gała, co dawało poczu­cie, że zacho­wuje pełną kon­trolę nad każdą sytu­acją.

– Kiedy zdą­ży­łeś jesz­cze kupić kwiaty? – zapy­tała, rzu­ca­jąc krót­kie spoj­rze­nie na tylną kanapę, gdzie leżał duży, sta­ran­nie uło­żony bukiet.

– W dro­dze do domu zatrzy­ma­łem się w naszej osie­dlo­wej kwia­ciarni – wyja­śnił z uśmie­chem. – Nie mogłem prze­cież przyjść z pustymi rękami.

Ewa wes­tchnęła. Już wie­działa, że mama bar­dziej ucie­szy się z tych kwia­tów niż z per­fum, które sama dla niej wybrała.

– Tymań­ski widzi twój poten­cjał – rzu­cił nagle Zyga­dło. Ewa spoj­rzała na niego pyta­jąco, prze­czu­wa­jąc, że to dopiero począ­tek jego wywodu. – Może minę­łaś się z powo­ła­niem i powin­naś zostać pato­lo­giem – dodał.

– Może. – Wzru­szyła ramio­nami. – Ale nie dosta­ła­bym się na medy­cynę.

– Gdyby to Tymań­ski dawał ci kore­pe­ty­cje, zda­ła­byś naj­le­piej ze wszyst­kich – powie­dział z prze­kor­nym uśmie­chem.

Ewa prze­wró­ciła oczami. Nie zamie­rzała cią­gnąć tego tematu. Oba­wiała się, że Dawid domy­śli się, że pato­log jej się podoba.

Kiedy zatrzy­mali się przed blo­kiem, w któ­rym miesz­kali jej rodzice, Ewa wzięła głę­boki oddech, jakby szy­ko­wała się na trudną roz­mowę.

– Stre­su­jesz się? – zapy­tał Dawid, gdy zauwa­żył jej napię­cie.

– Zaraz usły­szę, że źle wyglą­dam, że nie dbam o sie­bie, że powin­nam się bar­dziej malo­wać, lepiej cze­sać … – zaczęła wyli­czać z rezy­gna­cją.

– Prze­stań, wyglą­dasz świet­nie – zapew­nił ją.

Piór­kow­ska miała na sobie dopa­so­waną czarną sukienkę z głę­bo­kim dekol­tem, która pod­kre­ślała jej syl­wetkę.

– Taa… A potem usły­szę, że rzadko ich odwie­dzam, mimo że teraz miesz­kam rzut bere­tem – wes­tchnęła ciężko.

– Spo­koj­nie – odpo­wie­dział pew­nie, się­ga­jąc po bukiet z tyl­nej kanapy. – Zajmę się twoją mamą. Ani się obej­rzysz, a będzie roz­ma­wiać tylko ze mną.

Ewa nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu. Czuła, że z Dawi­dem u boku dzi­siej­sza wizyta u rodzi­ców będzie łatwiej­sza do prze­trwa­nia.

Ruszyli w stronę klatki scho­do­wej, a potem wsie­dli do windy, która zawio­zła ich na piąte pię­tro. Już na kory­ta­rzu usły­szeli docho­dzące zza drzwi hałasy. Typowe odgłosy dzie­cię­cej zabawy i roz­mów. Jej sio­stra już była ze swo­imi dzie­cia­kami.

Wes­tchnęła ponow­nie, pró­bu­jąc zebrać siły na nad­cho­dzącą wizytę. Dawid uśmiech­nął się na widok jej miny. Ewa wyglą­dała, jakby szy­ko­wała się na prze­słu­cha­nie, a nie na spo­tka­nie rodzinne.

– Trak­tu­jesz to jak tor­turę – zażar­to­wał pół­gło­sem.

Ewa nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć, bo drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie, a w progu poja­wił się roze­śmiany chło­piec.

– Cio­cia! – zawo­łał Maciuś, a jego głos roz­brzmiał echem na klatce scho­do­wej. Rzu­cił się, by objąć ją w pasie.

Ewa poczuła cie­pło w sercu. Cie­szył ją ten entu­zjazm, budził radość, ale też uświa­da­miał, jak bar­dzo bra­kuje jej kon­taktu z dzie­cia­kami. Jesz­cze osiem mie­sięcy temu miesz­kała w rodzin­nym domu w Nowi­nach i widy­wała dzieci sio­stry codzien­nie. Wypro­wadzka była trud­nym doświad­cze­niem dla nich wszyst­kich.

– Już, już, Maciu­siu, pozwól cioci wejść. – Zza ple­ców chłopca wyło­niła się pani Matylda, która deli­kat­nie odsu­nęła wnuka. – Miło mi, że zna­lazł pan czas, aby przy­je­chać z Ewą – zaświer­go­tała, spo­glą­da­jąc na Dawida.

– W tak wyjąt­ko­wym dniu nie mogłem pozwo­lić, żeby Ewa przy­szła sama – odparł. – Życzę zdro­wia, bo urodę i dobre życie już pani ma – dodał z uśmie­chem, po czym wrę­czył jej bukiet kwia­tów i poca­ło­wał w dłoń.

– Lizus – usły­szał za ple­cami szept Ewy, co tylko spra­wiło, że jego uśmiech jesz­cze się posze­rzył.

– Piękne kwiaty! Ależ się pan wykosz­to­wał. – Roz­anie­lona gospo­dyni przy­glą­dała się bukie­towi.

– Miło mi, że spra­wi­łem pani przy­jem­ność – powie­dział Dawid z uprzej­mo­ścią, prze­su­wa­jąc się w głąb przed­po­koju, by zdjąć płaszcz i zro­bić miej­sce Ewie.

– Ład­nie ci w tej sukience, ale nie sądzisz, że dekolt jest tro­chę za głę­boki? – rzu­ciła pani Matylda, obrzu­ca­jąc córkę kry­tycz­nym spoj­rze­niem. – I usta masz jakieś blade. Jesteś młoda, mogła­byś uży­wać bar­dziej wyra­zi­stych kolo­rów. Męż­czy­znom takie się podo­bają, prawda, panie Dawi­dzie?

– Męż­czyźni lubią kobiety, które dobrze się czują we wła­snej skó­rze – odparł Zyga­dło z uśmie­chem. – Według mnie Ewa wygląda pięk­nie.

– Pan zawsze taki szar­mancki – roz­pro­mie­niła się pani Matylda.

Ewa prze­wró­ciła oczami, wrę­cza­jąc mamie pre­zent bez słowa komen­ta­rza. Zamiast wda­wać się w dys­ku­sje, zło­żyła jej życze­nia i skie­ro­wała się do salonu.

W dużym pokoju, w swoim ulu­bio­nym fotelu, sie­dział ojciec Ewy. Wpa­try­wał się w tele­wi­zor, choć na ekra­nie wła­śnie leciała reklama. Arek, szwa­gier Ewy, stał przy oknie z nabur­mu­szoną miną, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby wolał być gdzie­kol­wiek indziej. Tym­cza­sem San­dra jak zawsze krzą­tała się przy stole, sta­ran­nie usta­wia­jąc pół­mi­sek wędlin, by wszystko wyglą­dało ide­al­nie.

Dawid przy­wi­tał się z męż­czy­znami uści­skiem dłoni, po czym skie­ro­wał się w stronę stołu do San­dry. Gdy się do niej zbli­żył, jej twarz roz­ja­śnił uśmiech. Naj­pierw uprzejmy, ale z każ­dym odde­chem coraz bar­dziej swo­bodny. Dawid ujął jej dłoń i z lek­kim ukło­nem poca­ło­wał ją w rękę, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

Ewa, obser­wu­jąc tę scenę, od razu dostrze­gła sub­telny flirt, który roz­gry­wał się tuż przed jej oczami. Dla­tego trą­ciła Dawida łok­ciem, aby go spro­wa­dzić na zie­mię.

– Usią­dziesz tam, na końcu? – zapy­tała, nada­jąc swo­jemu gło­sowi for­malny ton, który nie pozo­sta­wiał miej­sca na nego­cja­cje. Wska­zała miej­sce, dosko­nale wie­dząc, że San­dra zaj­mie krze­sło naj­bli­żej drzwi. Stam­tąd mogła nie tylko szybko dostać się do kuchni, ale rów­nież bły­ska­wicz­nie zare­ago­wać na hałasy kłó­cą­cych się o klocki dzieci.

Piór­kow­ska znała ten sce­na­riusz aż za dobrze. Nie­zli­czoną ilość razy była świad­kiem, jak jej sio­stra z wprawą balan­so­wała mię­dzy cha­osem dzie­cię­cego świata a rolą gospo­dyni, nie­ustan­nie gotowa inter­we­nio­wać i jed­no­cze­śnie dbać o porzą­dek przy stole.

– San­dra, włóż kwiaty od pana Dawida do wazonu – pole­ciła pani Matylda, poda­jąc młod­szej córce bukiet. San­dra ruszyła do kuchni, a matka usia­dła przy stole, zado­wo­lona z obec­no­ści wszyst­kich gości.

– Miło, że mimo ponie­działku udało wam się wpaść – zaczęła roz­mowę. – Chcia­łam, żeby­śmy spo­tkali się w week­end, ale dzie­ciaki mają przy­ję­cia uro­dzi­nowe u kole­gów, a Arek pra­cuje, więc nie dało się tego zgrać.

– Na wznie­sie­nie toa­stu za pani zdro­wie zawsze znaj­dzie się czas – stwier­dził Dawid z uśmie­chem.

Ewa spoj­rzała na niego z ukosa i powstrzy­mała się od prze­wró­ce­nia oczami. Wie­działa, że taki komen­tarz tylko pod­syci ślepy entu­zjazm jej matki. Po każ­dym spo­tka­niu z Dawi­dem pani Matylda nie mogła się nachwa­lić jego szar­manc­kiego zacho­wa­nia i wciąż żało­wała, że on i Ewa nie są parą.

Zasta­na­wiała się, jak zare­ago­wa­łaby matka, gdyby znała prawdę o życiu towa­rzy­skim pro­ku­ra­tora. Była nie­mal pewna, że mina by jej zrze­dła, gdyby usły­szała, że jej ulu­biony kan­dy­dat na zię­cia więk­szość week­en­dów spę­dza na nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym sek­sie z mło­dymi kobie­tami.

– San­dra już się wam chwa­liła? – zapy­tała pani Matylda, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie przy stole. W jej gło­sie pobrzmie­wała eks­cy­ta­cja, a spoj­rze­nie uważ­nie wędro­wało od jed­nej twa­rzy do dru­giej.

– Jest w ciąży? – rzu­ciła Ewa z uda­waną powagą, aku­rat w chwili, gdy sio­stra wra­cała z wazo­nem peł­nym kwia­tów.

– Kto? – zapy­tała San­dra, zdez­o­rien­to­wana, nie dosły­szaw­szy początku roz­mowy.

– Ty – odparła Ewa z roz­ba­wie­niem, obser­wu­jąc reak­cję sio­stry.

– Zwa­rio­wa­łaś – obru­szyła się San­dra, zer­ka­jąc w stronę Dawida. – Ja swoją normę wyko­na­łam, teraz czas na cie­bie – dodała z nutą zło­śli­wo­ści.

– Ty wyko­na­łaś normę za sie­bie i za mnie – skwi­to­wała Ewa, uci­na­jąc temat, po czym zwró­ciła się do matki: – To czym powinna się pochwa­lić San­dra?

– Dostała pracę – oznaj­miła pani Matylda.

– Świet­nie, gdzie? – zare­ago­wała z entu­zja­zmem Ewa, spo­glą­da­jąc na sio­strę. Ale znów odpo­wie­działa jej matka:

– U bur­mi­strza w Chę­ci­nach.

– U Mochoc­kiego? – Ewa zmru­żyła oczy i posłała Dawi­dowi wymowne spoj­rze­nie. Jego twarz natych­miast spo­waż­niała.

– Tak, na razie na pół etatu. Kiedy Gosia pój­dzie do szkoły, wsko­czę na cały – wyja­śniła San­dra z zado­wo­le­niem.

Ewa sta­rała się zacho­wać spo­kój, choć w jej gło­wie kłę­biły się nie­spo­kojne myśli. Nawet jeśli cho­dziło o Andrzeja Mochoc­kiego, a nie jego kuzyna Marka, obaj wzbu­dzali nie­po­kój. Ich nazwi­sko było spla­mione krwią nie­win­nych. Zarówno ona, jak i Dawid dobrze wie­dzieli, że ci męż­czyźni nie cofną się przed niczym, by dopiąć swego.

– Dodat­kowy zastrzyk gotówki się przyda. Nie mogę cią­gle wszyst­kiego dźwi­gać na swo­ich bar­kach – rzu­cił Arek bur­kli­wym tonem. Wyglą­dał na zmę­czo­nego, wręcz wyczer­pa­nego. Ewa spoj­rzała na sio­strę, zasko­czona jego sło­wami. Arek jed­nak mówił dalej: – Dzieci rosną, mają coraz więk­sze potrzeby. A dla San­dry to też dobra odmiana. Wyj­dzie do ludzi i nauczy się samo­dziel­no­ści finan­so­wej – dodał, lecz w jego tonie pobrzmie­wało coś jesz­cze, coś trud­nego do uchwy­ce­nia.

– Jesteś pewna, że chcesz pra­co­wać u Mochoc­kiego? Nie wiem, czy to dobry pomysł – stwier­dziła Ewa, ale zanim San­dra zdą­żyła odpo­wie­dzieć, wtrą­ciła się pani Matylda.

– Co ty ple­ciesz? Praca w urzę­dzie to sta­bilne zatrud­nie­nie, pewne pie­nią­dze. To nie jakaś firma, która może zban­kru­to­wać – powie­działa tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Podob­nie jak Arek, nie znała peł­nego obrazu wyda­rzeń sprzed ponad ośmiu mie­sięcy w Nowi­nach ani roli, jaką w tym dra­ma­cie ode­grała rodzina Mochoc­kich. Od kilku lat miesz­kała z ojcem w Kiel­cach i była pochło­nięta codzien­no­ścią życia na eme­ry­tu­rze. Gdy odwie­dzała San­drę, całą uwagę poświę­cała wnu­kom. W ich obec­no­ści roz­mowy o bru­tal­nych zbrod­niach były wyklu­czone.

– Przy­dzie­lono mnie do archi­wum – powie­działa San­dra. – Nie będę nawet widy­wała bur­mi­strza.

– Nie wiem, czy to gwa­ran­tuje bez­pie­czeń­stwo – rzu­ciła Ewa z powąt­pie­wa­niem.

– San­dra nie ma doświad­cze­nia zawo­do­wego, więc nie powinna wybrzy­dzać – znów ode­zwał się Arek. Jego twarz pozo­sta­wała nie­wzru­szona, a ton głosu nijaki.

Piór­kow­ska spoj­rzała na niego zasko­czona. Biła od niego obo­jęt­ność, któ­rej nie znała.

– A pan, panie Dawi­dzie, co o tym myśli? – Pani Matylda zwró­ciła się do Zyga­dły z wycze­ki­wa­niem. Ewa prze­wró­ciła oczami. Jej matka trak­to­wała go jak wyrocz­nię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki