Baśnie japońskie - Yei Theodora Ozaki - ebook
lub
Opis

Niepublikowany dotąd na rynku polskim zbiór najpopularniejszych japońskich baśni i legend, takich jak Momotarō (Brzoskwiniowy Chłopiec), Opowieść o zbieraczu bambusa i księżycowej księżniczce, Kintarō (Złoty chłopiec) czy demon z bramy Rashōmon. Są to opowieści, które zna w Japonii każde dziecko, ale ich lektura okaże się pouczająca także dla dorosłych. Dla osób zainteresowanych kulturą Japonii, w której opowieści te są głęboko zakorzenione, a aluzje do nich znaleźć można w rozmaitych współczesnych mediach, znajomość tego kanonu japońskich podań jest po prostu nieodzowna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 280

Popularność


Tytuł oryginału:

Japanese Fairy-Tales

Opracowanie graficzne:

Krzysztof Wosiński

Opracowanie elekroniczne:

Marta Szyler, Krzysztof Wosiński

Copyright © for Polish translation by Adrianna Wosińska

© for Polish edition by Wydawnictwo Kirin

Wydawca, sprzedaż hurtowa i wysyłkowa:

Wydawnictwo Kirin

tel. 51 636-78-55

www.kirin.pl

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa:

www.sklep.kirin.pl

www.ksiegarniajaponska.pl

Wydanie I elektroniczne

Bydgoszcz 2016

ISBN 978-83-62945-51-1

1. Zbieracz bambusa i księżycowe dziecię

Dawno, dawno temu żył sobie stary zbieracz bambusa. Był bardzo biedny, a przy tym i nieszczęśliwy, bowiem niebiosa nie raczyły obdarować go choćby jednym dzieckiem, aby umilało mu jesień życia. W sercu staruszka nie było więc cienia nadziei na odpoczynek od pracy aż do dnia, kiedy umrze i zostanie złożony w cichym grobie. Każdego ranka wyruszał do lasu lub na wzgórza, gdziekolwiek bambus wznosił swe gibkie, zielone pióropusze liści. Kiedy już wybrał odpowiednią roślinę, ścinał ją, rozszczepiał wzdłuż łodygi lub w poprzek przy kolankach, po czym zanosił do domu, gdzie wykonywał z nich różne przedmioty codziennego użytku, z których sprzedaży utrzymywali wraz z żoną swoje małe gospodarstwo.

Pewnego ranka staruszek jak zwykle udał się do pracy, a znalazłszy dorodną kępę bambusów, zabrał się za ich ścinanie. Nagle zielony zagajnik zalało jasne, łagodne światło, jakby w miejscu tym wzeszedł księżyc w pełni. Rozglądając się wokół z zaskoczeniem, mężczyzna dostrzegł, że lśnienie to dobywa się z jednego pędu bambusa. Zdumiony opuścił topór i podszedł bliżej. Wtedy dostrzegł, że owo światło prześwieca przez szczelinę w zielonej łodydze i w dodatku otacza ono maleńką ludzką istotę, wzrostu zaledwie dziesięciu centymetrów, a przy tym nieziemsko piękną.

– Musisz być dzieckiem zesłanym mi przez bogów, skoro znajduję cię tutaj, wśród bambusów, gdzie codziennie pracuję – rzekł staruszek i wziąwszy malutką istotkę w ręce, zaniósł ją do domu, by jego żona zajęła się jej wychowaniem. Dziewczynka była tak śliczna i tak drobna, że kobieta nosiła ją ze sobą w koszyku, aby nic jej się przypadkiem nie stało.

Od tej pory staruszków przepełniało szczęście, bowiem całe życie żałowali, że nie mogą mieć własnego potomstwa i teraz z radością obdarzyli całą miłością, na jaką ich tylko było stać, owo dziecko, które powierzono ich opiece w tak niespotykany sposób.

Ponadto od tego dnia starzec co rusz rąbiąc bambusy znajdował w ich łodygach złoto i drogocenne klejnoty, stopniowo więc para bogaciła się. Mężczyzna wybudował dla swojej rodziny wspaniały dom i wkrótce z biednego zbieracza bambusa stał się zamożnym człowiekiem.

Minęły trzy miesiące i w tym czasie, ku zdumieniu wszystkich, znaleziona w bambusie dziewczynka błyskawicznie dorosła, tak że jej przybrani rodzice zaczęli upinać jej włosy i ubierać ją w piękne kimona. Była przy tym tak piękna, że sadzali ją za parawanami jak księżniczkę, aby nikt nie mógł jej oglądać, a usługiwali jej osobiście. Jej postać zdawała się być stworzona ze światła, bowiem za sprawą jej obecności cały dom wypełniał się delikatnym blaskiem, tak że nawet w nocy nie było tam całkiem ciemno. Miała także dobry wpływ na wszystkich wkoło. Kiedy tylko starzec czuł się przygnębiony, wystarczyło, aby spojrzał na swoją przybraną córkę, a jego smutki wnet znikały i przepełniała go radość jak za młodzieńczych lat.

Wreszcie nadszedł czas, by nadać dziecku imię, więc staruszkowie wezwali słynnego mędrca, który oznajmił, że dziewczynka powinna nazywać się Kaguya-hime, czyli Księżniczka Księżycowego Światła, ponieważ jej ciało emanowało takim czystym i jasnym blaskiem, jakby była córką samego boga księżyca. Po ceremonii nadania imienia świętowano jeszcze trzy dni, a uroczystościom towarzyszyły pieśni, tańce i muzyka. Zjawili się wszyscy przyjaciele i krewni staruszków, ciesząc się wraz z nimi z tej podniosłej okazji. Każdy, kto tylko ujrzał dziewczynkę, przyznawał, że nigdy wcześniej nie widział podobnej piękności; przy niej bladł powab najznakomitszych dam, jak Japonia długa i szeroka – tak mówili.

Wkrótce wieść o urodzie Kaguyi rozniosła się szeroko, więc szybko zaczęli pojawiać się chętni do jej poślubienia – albo chociaż do ujrzenia jej na własne oczy. Zalotnicy z bliskich i dalekich stron zbierali się pod domem księżniczki i robili dziury w ogrodzeniu w nadziei, że uda im się choćby rzucić na nią okiem, kiedy będzie przechodziła z pokoju do pokoju po okalającej budynek werandzie. Przesiadywali tam dniami i nocami, nawet kosztem snu, byle tylko ją zobaczyć – na próżno. Próbowali też dostać się do domu i porozmawiać z przybranymi rodzicami dziewczyny albo chociaż ze służącymi, lecz nigdy nie spełniono prośby żadnego z nich. Mimo tych rozczarowań trwali pod jej domem dzień za dniem, noc za nocą, nic sobie z tego nie robiąc – tak bardzo pragnęli ujrzeć Kaguyę.

Wreszcie jednak jeden po drugim pretendenci do ręki księżniczki, widząc, że ich trud jest nadaremny, tracili nadzieję i zapał i wracali do domu. Wkrótce zostało tylko pięciu książąt, których gorliwość i determinacja nie malały wobec przeszkód, lecz przeciwnie – narastały. Tych pięciu mężczyzn odmawiało sobie porządnych posiłków, jedząc tylko to, co im przynoszono, byle tylko móc bez ustanku trwać przy bramie domostwa. Pozostawali na miejscu bez względu na pogodę, w skwarze i słocie.

Czasem pisywali do księżniczki listy, ale żaden z nich nigdy nie doczekał się odpowiedzi. Kiedy listy okazały się nieskuteczne, poczęli pisać do niej wiersze, opowiadając jej o swojej beznadziejnej miłości, która nie pozwalała im spać, jeść, odpoczywać, a nawet wrócić do domu. Kaguya nadal jednak nie dawała najmniejszego znaku, że chociażby otrzymała ich wiadomości.

W ten sposób minęła zima. Śnieg i mróz ustąpiły stopniowo miejsca łagodnemu ciepłu wiosny. Potem nadeszło lato i słońce świeciło jasno, prażąc niebo i ziemię, a wierni książęta wciąż trzymali straż i czekali. I wreszcie, po owych długich miesiącach, wezwali do siebie starego zbieracza bambusa, by błagać go, aby zlitował się nad nimi i pokazał im księżniczkę. Ten jednak odparł tylko, że nie jest jej prawdziwym ojcem i że nie może oczekiwać od niej, by była posłuszna jego życzeniom.

Usłyszawszy tę odpowiedź, mężczyźni wrócili do swoich domów, by tam rozmyślać nad najlepszym sposobem, w jaki mogliby przemówić do dumnego serca Kaguyi i nakłonić ją, aby choć zechciała udzielić im audiencji. Chwyciwszy w dłonie buddyjskie różańce, uklęknęli przed domowymi ołtarzami, zapalili cenne kadzidła i poczęli modlić się do Buddy, by spełnił ich życzenie. W ten sposób minęło parę dni, po czym nie mogąc usiedzieć w miejscu, wyruszyli raz jeszcze do domu zbieracza bambusa.

Tym razem starzec wyszedł im na powitanie, a ci zapytali go wprost, czy to rzeczywiście postanowienie samej księżniczki, by nigdy nie spotkać się z żadnym mężczyzną. Uprosili go też, żeby wstawił się u niej za nimi, opowiedział jej o głębi ich miłości do niej, o tym, jak długo czekali w chłodzie zimy i skwarze lata, bez snu, bez dachu nad głową, bez jedzenia i bez odpoczynku, w żarliwej nadziei, że skruszą jej serce i o tym, że uznają to długie czuwanie za przyjemność, jeśli tylko da im szansę przedstawienia jej swojej sprawy.

Starzec wysłuchał ich z uwagą, ponieważ w głębi serca było mu żal tych wiernych adoratorów i miał nadzieję ujrzeć kiedyś swoją uroczą przybraną córkę wychodzącą za mąż za jednego z nich. Udał się więc do Kaguyi i przemówił do niej z szacunkiem:

– Choć zawsze uważałem cię za niebiańską istotę, podjąłem się trudów wychowania cię jak własnego dziecka, ty zaś ochoczo przyjęłaś mój dom za swoje schronienie. Czy zatem odmówisz mi teraz spełnienia mojej prośby?

Księżniczka Kaguya odpowiedziała, że nie ma rzeczy, której by dla niego nie zrobiła, że czci go i kocha jak prawdziwego ojca i że sama w istocie nie pamięta chwili, kiedy przyszła na ten świat.

Serce staruszka przepełniło się radością na dźwięk tych pełnych oddania słów. Wówczas wyjawił jej, jak bardzo pragnął przed śmiercią zobaczyć ją szczęśliwą mężatką.

– Jestem starym człowiekiem, mam przeszło siedemdziesiąt lat i każdy dzień może być moim ostatnim. Spotkanie się z tymi pięcioma adoratorami i wybranie jednego z nich to zarówno konieczność, jak i właściwa droga.

– Och, ależ dlaczego muszę to robić? – odrzekła strapiona księżniczka. – Nie mam zamiaru wychodzić teraz za mąż.

– Wiele lat temu znalazłem cię, kiedy byłaś maleńką, ledwie dziesięciocentymetrową istotką, otoczoną pięknym, białym światłem. Światło to tryskało z bambusa, w którym byłaś ukryta, co przywiodło mnie do ciebie. Zawsze uważałem, że nie jesteś zwykłą śmiertelniczką. Póki żyję, możesz pozostać niezamężna, jeśli takie jest twoje życzenie, ale kto się tobą zaopiekuje, kiedy mnie zabraknie? Zaklinam cię więc, spotkaj się z każdym z tych pięciu dzielnych młodzieńców z osobna i wybierz jednego z nich na męża!

Na to księżniczka odrzekła, że jest całkiem pewna, iż pogłoski znacznie wyolbrzymiły jej urodę i że jeśli zgodzi się wyjść za któregoś z tych mężczyzn, którzy przecież wcale jej nie znają, być może jej wybranek poczuje się rozczarowany jej prawdziwą postacią. Skoro więc nie jest pewna stałości uczuć owych książąt, mimo zapewnień ojca o ich szlachetności, nie jest przekonana, czy to dobry pomysł, aby się z nimi spotykać.

– To, co mówisz, jest bardzo rozsądne – odparł staruszek. – Ale z kim zatem mogłabyś się spotkać? Nie nazwałbym niestałymi tych pięciu mężczyzn, którzy czekają na ciebie od miesięcy. Stali tu, przed twoim domem, zimą i latem, odmawiając sobie jedzenia i snu, byle tylko cię zdobyć. Czego jeszcze możesz żądać?

Na to Kaguya odpowiedziała, że musi ich miłość wystawić na jeszcze jedną próbę, zanim spełni ich życzenie i spotka się z nimi. Każdy z tych pięciu wojowników musi dowieść siły swojego uczucia przynosząc jej z odległych krajów przedmiot, którego sobie zażyczy.

Tego samego wieczoru zalotnicy stawili się znowu i poczęli na zmianę grać na fletach i śpiewać skomponowane przez siebie pieśni, opowiadające o ich wielkiej i niestrudzonej miłości. Zbieracz bambusa wyszedł do nich i wyraziwszy swój podziw dla ich cierpliwości i trudów, które zadają sobie, by zdobyć serce jego przybranej córki, przekazał im jej wiadomość, że zgodzi się wyjść za tego, komu uda się przynieść jej pożądany przedmiot. Miała to być dla nich próba.

Młodzieńcy zgodnie przyjęli wyzwanie i uznali to za doskonały plan, bowiem pozwalał im uniknąć uczucia zawiści względem zwycięzcy.

Wówczas Kaguya przesłała pierwszemu z książąt wiadomość, że życzy sobie, aby przywiózł jej z Indii kamienną misę, która niegdyś należała do Buddy.

Drugiego z książąt posłała na górę Hōrai [1], która jak mówią, położona jest na wschodnim morzu. Rośnie na niej ponoć drzewo, którego korzenie są srebrne, pień złoty, a w konarach rodzą się owoce w postaci białych klejnotów. Gałęzi z tego właśnie drzewa zażyczyła sobie księżniczka.

Trzeci książę został posłany do Chin, by złowił ognistego szczura [2] i przyniósł Kaguyi jego skórę.

Czwartemu księciu rozkazała, by odnalazł smoka noszącego na głowie kamień lśniący pięcioma kolorami i przyniósł jej ów klejnot.

Piątemu z książąt przekazała, iż życzy sobie muszli, która ukryta jest w trzewiach pewnej jaskółki.

Starzec pomyślał sobie, że to niezwykle trudne zadania i wahał się, czy je przekazać młodzieńcom, ale księżniczka ani myślała zmieniać warunki. Ostatecznie więc jej polecenia przekazano co do słowa. Gdy młodzieńcy usłyszeli, czego się od nich oczekuje, poczuli się rozczarowani i zdegustowani, że żąda się od nich niemożliwego. Zniechęceni wrócili jeden po drugim do swoich domów.

Po pewnym czasie jednak, kiedy pomyśleli o księżniczce, miłość do niej ożyła w ich sercach i postanowili przynajmniej spróbować spełnić jej życzenia.

Pierwszy książę posłał Kaguyi wiadomość, że wyrusza na poszukiwania miski Buddy i że ma nadzieję wkrótce ją odnaleźć i podarować księżniczce. Nie miał jednak odwagi udać się aż do Indii, bowiem droga do nich w owym czasie była trudna i pełna niebezpieczeństw. Wybrał się więc do jednej świątyni w Kioto, zabrał z ołtarza kamienną miskę, zapłaciwszy za nią uprzednio hojnie opatowi. Następnie owinął ją złocistą tkaniną i przeczekawszy w spokoju trzy lata, powrócił do starego zbieracza bambusa, by wręczyć mu swoje trofeum.

Księżniczka Kaguya zdziwiła się, że młodzieniec wrócił z misji tak szybko. Wysupłała miskę ze złocistego pakunku, spodziewając się, że wypełni pomieszczenie światłem – lecz kamienna misa ani trochę nie świeciła. Księżniczka poznała więc, że to nie jest prawdziwa miska Buddy. Zwróciła ją młodzieńcowi i odmówiła spotkania się z nim. Książę wyrzucił miskę i wrócił do domu w rozpaczy, porzuciwszy nadzieję na zdobycie serca Kaguyi.

Drugi książę powiedział swoim rodzicom, że ze względów zdrowotnych musi na jakiś czas zmienić otoczenie, bowiem wstydził się im wyznać, że to miłość do Księżniczki Księżycowego Światła była prawdziwym powodem, dla którego ich zostawiał. Następnie ruszył w drogę, posyłając księżniczce wiadomość, iż oto udaje się na górę Hōrai w nadziei, że uda mu się zdobyć dla niej gałąź z drogocennego drzewa, której tak pragnęła. Pozwolił swoim służącym towarzyszyć sobie do połowy drogi, po czym ich odesłał. Dotarł do portu, wsiadł na niewielki stateczek i spędziwszy na nim trzy dni, przybił ponownie do brzegu. Wynajął kilku cieśli, aby zbudowali dla niego dom, do którego nikomu nie udałoby się dostać od zewnątrz, zamknął się w nim z sześcioma uzdolnionymi złotnikami i zlecił im, by wykonali dla niego ze złota i srebra gałąź, która mogłaby uchodzić za pochodzącą z cudownego drzewa na górze Hōrai. Każdy bowiem, kogo o to pytał, zapewniał go, iż Hōrai jest jedynie legendą i w rzeczywistości nie istnieje.

Kiedy gałąź była skończona, powrócił do domu, starając się wyglądać na wycieńczonego daleką podróżą. Umieścił swój skarb w lakowanym pudełku i zaniósł go do zbieracza bambusa, błagając, aby przekazał go księżniczce.

Starzec dał się zwieść zszarganej odzieży i znużonemu obliczu księcia. Uwierzył, że młodzieniec właśnie powrócił z misji odnalezienia legendarnej góry. Próbował przekonać księżniczkę, aby zechciała się z nim spotkać, ale ona tylko posmutniała i nic nie odpowiedziała. Staruszek wyciągnął gałąź i począł chwalić ów skarb, jakiego próżno szukać w całym kraju. Następnie wyraził uznanie dla księcia, jego urody, a także odwagi, która pozwoliła mu podjąć się podróży w tak odległe strony, jak góra Hōrai.

Księżniczka wzięła do ręki gałąź i przyjrzała się jej uważnie. Następnie oznajmiła swojemu przybranemu ojcu, że to niestety niemożliwe, aby człowiek zdobył gałąź z drogocennego drzewa z góry Hōrai tak szybko i tak łatwo, więc z przykrością stwierdza, iż musi to być falsyfikat.

Na to starzec udał się do owego księcia, który czekał przed domem, i spytał go, gdzie znalazł tę gałąź. Młodzieniec bez skrupułów przedstawił mu zmyśloną historię:

– Dwa lata temu wsiadłem na statek i wyruszyłem na poszukiwania góry Hōrai. Płynąłem jakiś czas z wiatrem, po czym dotarłem do wschodniego morza. Wówczas zerwał się sztorm i przez wiele dni ciskał mną tu i tam, aż straciłem kompletnie poczucie kierunku. Wreszcie wylądowałem na brzegu nieznanej mi wyspy. Okazało się, że miejsce to zamieszkują demony, które natychmiast rzuciły się na mnie, by mnie zabić i zjeść. Udało mi się jednak zaprzyjaźnić z tymi okropnymi stworami, a one pomogły mi i moim marynarzom naprawić łódź. Wkrótce ruszyłem więc w dalszą drogę, ale skończyła nam się żywność, a wśród załogi zapanowała zaraza. Wreszcie, pięćsetnego dnia mojej wyprawy, ujrzałem na horyzoncie coś, co wyglądało na szczyt góry. Kiedy się do niej zbliżyliśmy, okazało się, że to wyspa, na środku której wznosi się wysoki szczyt. Przybiliśmy do brzegu i przez dwa czy trzy dni błąkaliśmy się po niej. W pewnej chwili dostrzegliśmy, że plażą zbliża się do nas jakaś świetlista istota, dzierżąca w dłoni złotą miskę. Podszedłem do niej i zapytałem, czy to przypadkiem nie jest góra Hōrai, na co padła odpowiedź: „Tak, to jest Hōrai!”.

Wspiąłem się więc z ogromnym wysiłkiem na szczyt, gdzie stało złote drzewo, zapuszczające w ziemi srebrne korzenie. Podobnych cudów w tej osobliwej krainie było wiele i gdybym zaczął teraz ci o nich opowiadać, być może nigdy bym nie skończył. Mimo pokusy, by zostać dłużej na wyspie, odłamałem gałąź z cudownego drzewa i pospieszyłem z powrotem tutaj. Choć gnałem jak wiatr, dotarcie z powrotem zajęło mi kolejne czterysta dni i jak widzisz, moje ubrania są wciąż jeszcze wilgotne od długiej morskiej podróży. Nawet się nie przebrałem, tak bardzo pragnąłem jak najszybciej podarować księżniczce tę drogocenną gałąź.

W tej samej chwili sześciu złotników, których książę zatrudnił do wykonania skarbu i którym nie zapłacił, zjawiło się pod domem księżniczki chcąc prosić ją, aby wstawiła się za nimi o wynagrodzenie za pracę, którą przecież wykonali. Oznajmili, że pracowali przez przeszło tysiąc dni, by wykonać dla niej złoty konar ze srebrnymi gałązkami i owocami z klejnotów, który właśnie otrzymała od księcia, lecz do tej pory nie dostali należnej im zapłaty.

W ten oto sposób podstęp księcia się wydał, a księżniczka, rada, że może pozbyć się kolejnego natarczywego zalotnika, z największą przyjemnością odesłała mu gałąź. Wezwała za to do siebie rzemieślników i zapłaciła im szczodrze, tak że odeszli uszczęśliwieni. Po drodze jednak dogonił ich rozczarowany młodzieniec, który za to, że wydali jego sekret, złoił ich tak, iż ledwie uszli z życiem. Następnie książę powrócił do swojego domu wściekły i zrozpaczony utratą szansy zdobycia Kaguyi, po czym porzucił życie towarzyskie i zaszył się w jakiejś górskiej samotni.

Trzeci książę z kolei miał przyjaciela w Chinach, więc wysłał mu list z prośbą, by zdobył dla niego skórę ognistego szczura. Cudowną właściwością tego zwierzęcia było to, że od nosa po ogon było ono całkowicie ognioodporne. Młodzieniec obiecał przyjacielowi dowolną kwotę, jaką tylko sobie ten zażyczy, jeśli tylko wystara się dla niego o pożądany przedmiot. Jak tylko doszły go wieści, że statek, na którym jego przyjaciel miał przybyć do Japonii, zawinął właśnie do portu, wskoczył na konia i jechał siedem dni, by się z nim spotkać. Wręczył mężczyźnie wielką sumę pieniędzy, za którą dostał od niego skórę ognistego szczura. Kiedy wrócił do domu, zapakował ją starannie do pudełka i udał się do domu księżniczki. Tam poprosił o przekazanie jej daru, a sam czekał na zewnątrz na jej odpowiedź.

Zbieracz bambusa przyjął od księcia pudełko i jak poprzednio, zaniósł córce, starając się ją przekonać, aby od razu spotkała się z młodzieńcem. Kaguya odmówiła, twierdząc, że musi wpierw włożyć ją w płomienie i sprawdzić, czy to rzeczywiście skóra ognistego szczura. Jeśli jest prawdziwa, nie spali się. Odwinęła więc krepę, w którą zawinięte było pudełko i otworzyła je, po czym rzuciła skórę w ogień. Ta zaskwierczała i spaliła się od razu, po czym księżniczka poznała, że i ten młodzieniec nie dotrzymał słowa. Tym samym trzeci książę także został odesłany.

Tymczasem czwarty książę był przebieglejszy od pozostałych. Zamiast wyruszyć na poszukiwanie smoka z pięciobarwnym klejnotem na głowie, zwołał wszystkich swoich poddanych, nakazując im szukać tego zwierzęcia po całej Japonii i Chinach. Surowo zakazał im też wracać, póki nie odnajdą tego, co im polecił.

Poddani i służący, których książę miał wielu, wyruszyli od razu i rozproszyli się na wszystkie strony. Żaden jednak tak naprawdę nie miał zamiaru słuchać rozkazu, który uważali za niedorzeczny. Po prostu zrobili sobie wolne, udając się wspólnie w przyjemniejsze miejsca i narzekając na nierozsądność swojego pana.

Tymczasem książę, uznawszy, że słudzy z pewnością wypełnią powierzoną im misję, zaszył się w swoim domu, przygotowując go na przyjęcie księżniczki – tak pewien był swojej wygranej.

Minął rok niecierpliwego wyczekiwania, a mimo to żaden z jego ludzi nie powrócił ze smoczym klejnotem. Książę wpadł w panikę. Nie mógł dłużej czekać, więc zabrawszy ze sobą tylko dwóch ludzi, wynajął statek i nakazał kapitanowi wyruszyć na poszukiwania smoka. Kapitan i jego załoga początkowo odmówili przyjęcia tak niedorzecznego polecenia, ale książę ostatecznie zmusił ich do wypłynięcia na pełne morze.

Gdy już żeglowali od paru dni, dopadł ich wielki sztorm, który trwał tak długo, iż gdy już nastała cisza, książę stracił wszelką ochotę na szukanie jakichkolwiek smoków. Wreszcie miłościwy wiatr popchnął ich ku wybrzeżom, bowiem metody nawigacji były w owych czasach bardzo prymitywne. Wycieńczony podróżą i walką o życie, czwarty zalotnik oddał się wypoczynkowi. Złapał przy tym bardzo ciężkie przeziębienie i leżał w łóżku ze spuchniętą twarzą.

Na wieść o jego niedoli namiestnik zarządzający prowincją, do której trafił książę, wysłał do niego list z zaproszeniem do siebie. Korzystając z jego gościny młodzieniec rozmyślał o wszystkim, co go spotkało i wkrótce jego miłość do księżniczki przerodziła się w gniew. Winił ją za wszystkie nieszczęścia, które go spotkały. Przyszło mu nawet na myśl, że Kaguya od początku planowała go zabić, aby się go pozbyć i tylko dlatego, pod pozorem wypełniania jej życzenia, posłała go na niemożliwą do spełnienia misję.

Wtedy właśnie wrócili do niego słudzy, których wysłał wcześniej na poszukiwania klejnotu. Kiedy stawili się u niego w odwiedziny, ku ich zaskoczeniu zamiast zrugać ich, pochwalił ich i powiedział, że ma szczerze dość przygód i nie ma zamiaru więcej zbliżać się do domu księżniczki.

Podobnie jak pozostali, również piąty książę zawiódł – nie znalazł jaskółki, która miałaby w brzuchu muszlę.

W tym czasie sława urody Kaguyi doszła do uszu cesarza, który posłał jedną ze swych dam dworu, by sprawdziła, czy księżniczka rzeczywiście jest tak piękna, jak głoszą. Jeśli tak, miał zamiar wezwać ją do swego pałacu i uczynić jedną ze swych dwórek.

Kiedy dama dworu przybyła do domu zbieracza bambusa, Kaguya mimo nalegań ojca odmówiła spotkania się z nią. Starzec błagał ją, by zmieniła zdanie, podkreślając, że to rozkaz cesarza. Księżniczka Księżycowego Światła odrzekła na to, że jeśli zmusi ją do udania się do pałacu cesarza na jego rozkaz, zniknie z powierzchni ziemi na zawsze.

Gdy cesarz usłyszał o kategorycznej odmowie wypełnienia jego rozkazu i o groźbie księżniczki, że przy próbie nacisku odejdzie bez śladu, postanowił osobiście udać się do niej, by się z nią zobaczyć. Postanowił pod pozorem łowieckiej wyprawy znaleźć się w pobliżu domu zbieracza bambusa i w ten sposób ujrzeć Kaguyę na własne oczy. Uprzedził starca o swoich planach, a ten przystał na jego plan.

Następnego dnia cesarz wyruszył ze swoją świtą, którą niebawem zdołał wyprzedzić i zgubić. Odnalazł dom zbieracza bambusa i zsiadł z konia. Wszedł do środka i udał się wprost do pokoju, gdzie w towarzystwie służących siedziała Kaguya.

Nigdy nie widział tak pięknej niewiasty i teraz nie mógł oderwać od niej oczu. Była cudniejsza niż jakakolwiek ludzka istota, bowiem jej ciało emanowało własnym, delikatnym blaskiem. Kiedy Księżniczka Księżycowego Światła zorientowała się, że patrzy na nią obcy mężczyzna, próbowała uciec z pokoju, ale cesarz pochwycił ją i począł zaklinać, by wysłuchała, co ma jej do powiedzenia. Ona jednak w odpowiedzi jedynie schowała twarz w rękawie.

Cesarz zapałał do niej głęboką miłością i zaklinał ją, by udała się z nim na dwór, gdzie zapewniłby jej wszystkie łaski i bogactwa, jakich tylko by sobie życzyła. Był gotów od razu posłać po cesarski palankin, by zabrał ją jeszcze w tej chwili do pałacu, bowiem jej wdzięk i uroda winny być podziwiane we dworze, a nie pozostawać ukryte w chatce zbieracza bambusa.

Księżniczka jednak powstrzymała go. Odrzekła, że jeśli ma zamiar zmusić ją do udania się do pałacu, od razu przemieni się w cień – i jeszcze gdy to mówiła, jej kontury poczęły się zacierać, a sylwetka bladła z chwili na chwilę.

Na to cesarz obiecał zostawić ją w spokoju, jeśli tylko przybierze dawną postać, co natychmiast się stało. Sam musiał już wracać, bo słudzy z pewnością zamartwiali się o niego, zastanawiając się, gdzie mógł się podziewać tak długo. Pożegnał się więc z księżniczką i pogrążony w smutku wyszedł. Kaguya była dla niego najpiękniejszą kobietą na świecie i żadna inna nie mogła się z nią równać. Myślał o niej dniami i nocami, pisał wiersze, w których opowiadał jej o swej miłości i oddaniu i posyłał je do niej. I choć odmówiła ponownego spotkania się z nim, odpowiadała na nie licznymi własnymi wersami, tłumacząc mu delikatnie i uprzejmie, że nie może poślubić nikogo na tym świecie. Te niepozorne wiersze sprawiały władcy ogromną radość.

W tym samym czasie staruszkowie zauważyli, że noc w noc Kaguya siedzi na werandzie i godzinami wpatruje się w księżyc z wyrazem najgłębszego przygnębienia, co zawsze kończyło się napadem szlochu. Kiedy pewnej nocy starzec po raz kolejny zastał ją łkającą, jakby serce jej pękało, począł zaklinać ją, by wyjawiła mu powód swego smutku.

Łykając łzy, wyjaśniła mu, iż dobrze się domyślał, że nie jest stworzeniem z tego świata – że w rzeczywistości pochodzi z księżyca i że jej czas na ziemi dobiega końca. Piętnastego dnia ósmego miesiąca jej księżycowi przyjaciele zjawią się tu po nią i będzie musiała wrócić do siebie. Tam czekają na nią rodzice, o których zapomniała mieszkając na ziemi, a także cały księżycowy świat. Myśl o tym, że będzie musiała rozstać się ze swoimi przybranymi rodzicami i domem, w którym przeżyła tyle szczęśliwych dni, doprowadzała ją do łez.

Kiedy jej opiekunowie usłyszeli o tym, ich serca przepełnił smutek. Na myśl, że księżniczka już wkrótce ma ich opuścić, nie mogli jeść ani pić.

Wieści dotarły także do cesarza, który natychmiast wysłał do domu Kaguyi swoich ludzi, by potwierdzili, czy pogłoski te są prawdziwe. Stary zbieracz bambusa wyszedł im naprzeciw, aby ich powitać. Żałoba, jaka zapanowała w jego domu, odcisnęła na nim swoje piętno. Szybko się postarzał i wyglądał teraz na znacznie więcej niż swoje siedemdziesiąt lat. Płacząc gorzko odpowiedział dworzanom, że pogłoski te są niestety prawdziwe, ale że zamierza pojmać księżycowych wysłanników i zrobić co w jego mocy, by zapobiec powrotowi księżniczki do krainy, z której pochodzi.

Wysłannicy wrócili do cesarza i powtórzyli mu wszystko. Piętnastego dnia miesiąca władca wysłał dwa tysiące żołnierzy, by trzymali straż przy domu Kaguyi. Tysiąc z nich usadowiło się na dachu, kolejny tysiąc strzegł wszystkich wejść do domostwa. Wszyscy byli znakomitymi łucznikami, uzbrojonymi w łuki i strzały. Zbieracz bambusa wraz z żoną ukryli Księżniczkę Księżycowego Światła w jednym z wewnętrznych pokoi domu.

Starzec rozkazał, by nikt tej nocy nie kładł się spać. Wszyscy mieli pilnować bacznie księżniczki i być gotowi ją chronić. Podjąwszy te środki zapobiegawcze i mając wsparcie ludzi cesarza, żywił nadzieję, że uda im się odeprzeć wysłanników z księżyca, choć Kaguya zapewniała go, iż wszystko to na nic się nie zda i gdy przyjdą po nią, nic i nikt nie powstrzyma ich przed dopięciem swego, nawet ludzie cesarza będą bezsilni. Następnie dodała ze łzami, że jest jej bardzo, bardzo przykro, iż musi opuścić swoich ziemskich opiekunów, których nauczyła się kochać jak własnych rodziców i że gdyby tylko to od niej zależało, zostałaby z nimi aż do końca ich dni, starając się odwdzięczyć im za miłość i troskę, jaką jej okazali w czasie jej pobytu na ziemi.

Nadeszła noc i wraz z nią na niebo wzniósł się księżyc w pełni, zalewając pogrążony we śnie świat swoim złocistym blaskiem. W sosnowych i bambusowych zagajnikach zapanowała cisza, podobnie jak wśród tysiąca czuwających na dachu wojowników.

Kiedy już niebo zaczynało szarzeć, zapowiadając rychłe nadejście świtu, w serca wszystkich wlała się nadzieja, że niebezpieczeństwo minęło – że Księżniczka Księżycowego Światła jednak pozostanie na ziemi. Właśnie wtedy zauważyli, że wokół księżyca tworzy się chmura – i na ich oczach zaczęła przemieszczać się w stronę ziemi. Była coraz bliżej i bliżej; z trwogą dostrzegli, że kieruje się wprost do domu zbieracza bambusa.

Nie minęło wiele czasu, a już wypełniała całe niebo, aż w końcu spłynęła na domostwo, zatrzymując się zaledwie trzy metry nad ziemią. W samym środku chmury znajdował się latający powóz wypełniony świetlistymi istotami. Jedna z nich, wyglądająca jak król i najwyraźniej przewodząca pozostałym, wysiadła z powozu i, wciąż unosząc się w powietrzu, zawołała do starego zbieracza bambusa:

Księżniczka Kaguya zabrana z powrotem na księżyc. Drzeworyt Tsukioki Yoshitoshiego (1888 r.)

– Nadszedł czas, by Księżniczka Księżycowego Światła wróciła na księżyc, skąd pochodzi – rzekła. – Za swoje ciężkie przewinienie została ukarana zesłaniem na ziemię. Wiemy, jak doskonale się nią zaopiekowałeś i nagradzaliśmy cię za to, zsyłając ci skarby. To my umieszczaliśmy dla ciebie złoto w bambusach.

– Wychowywałem tę księżniczkę przez dwadzieścia lat i ani razu nie zrobiła nic złego, więc dama, której szukacie, to z pewnością nie ona – odrzekł na to staruszek. – Proszę zatem, szukajcie jej gdzie indziej.

Na to księżycowy wysłannik zawołał gromkim głosem:

– Księżniczko Księżycowego Światła, wychodź z tego podłego domostwa. Nie pozostawaj w nim ani chwili dłużej!

Na te słowa przesuwne drzwi do pokoju księżniczki same się rozsunęły, ukazując Kaguyę otoczoną własnym blaskiem, jaśniejącą i w pełni uroku.

Posłaniec wyprowadził ją i usadził w powozie. Obejrzała się jeszcze i z bólem serca dostrzegła rozpacz malującą się na twarzy staruszka. Starała się go pocieszyć, powtarzając mu, że opuszcza go wbrew swojej woli i że ma wspominać ją za każdym razem, kiedy patrzy na księżyc.

Zbieracz bambusa zaklinał księżycowe istoty, by pozwoliły mu towarzyszyć księżniczce – bezskutecznie. Wtedy Kaguya zdjęła swoją haftowaną szatę wierzchnią i podarowała mu ją na pamiątkę.

Jedna z księżycowych istot w powozie trzymała w rękach szatę z piór, a druga flakon z eliksirem życia, który podano do picia księżniczce. Ta wzięła mały łyk i zamierzała podać resztę staruszkowi, ale i na to jej nie pozwolono. Księżycowi posłańcy już mieli założyć jej szatę z piór, kiedy zawołała:

– Czekajcie! Nie mogę zapomnieć o moim dobrym przyjacielu cesarzu. Muszę napisać do niego ostatni, pożegnalny list, póki jeszcze jestem w ludzkiej postaci.

To powiedziawszy, zabrała się za pisanie, nie zważając na zniecierpliwienie towarzyszy. Gdy skończyła, załączyła do listu eliksir życia i wręczyła go staruszkowi z prośbą, by przekazał go cesarzowi.

Powóz ruszył w stronę księżyca i gdy jeszcze śledzili ze łzami w oczach odchodzącą księżniczkę, nadszedł świt i w różowym świetle dnia księżycowy powóz rozmył się wśród puszystych chmur, gnanych po niebie przez poranny wiatr.

List Księżniczki Księżycowego Światła dostarczono do pałacu. Jego Cesarska Mość bał się dotknąć eliksiru życia, więc posłał go wraz z listem na szczyt najświętszej góry w kraju, góry Fuji. Tam cesarscy wysłannicy spalili go o wschodzie słońca. Stąd właśnie po dziś dzień mówi się, że można zobaczyć strużkę dymu unoszącą się ze szczytu góry Fuji wprost do chmur.

[1] Według chińskich wierzeń jest to miejsce zamieszkiwane przez taoistycznych nieśmiertelnych (przyp. tłum).

[2] Chiń. huǒshǔ, jap. hinezumi – mityczne chińskie zwierzę zamieszkujące wulkany. Jego skóra jest ognioodporna (przyp. tłum).

2. Momotarō – chłopiec zrodzony z brzoskwini

Dawno, dawno temu była sobie para staruszków. Żyli z uprawy roli i musieli ciężko pracować całe dnie, by mieć co jeść. Mężczyzna ścinał trawę dla okolicznych chłopów, a w tym czasie jego żona dbała o gospodarstwo domowe i pielęgnowała ich własne maleńkie pole ryżowe.

Pewnego dnia staruszek udał się jak zwykle na wzgórza po trawę, a kobieta poszła nad rzekę robić pranie.

Zbliżało się lato i oboje mogli cieszyć się w drodze do pracy piękną, świeżą zielenią wkoło. Wierzby rosnące nad brzegiem rzeki potrząsały swoimi miękkimi witkami, a trawa przypominała szmaragdowy aksamit.

Wiała lekka bryza, raz po raz marszcząca gładką taflę i formująca na niej drobne fale. Delikatne podmuchy wiatru muskały policzki staruszków, którzy z niejasnych dla siebie przyczyn czuli się tego ranka wyjątkowo szczęśliwi.

Wreszcie kobieta znalazła dogodne miejsce nad brzegiem rzeki i postawiła swój kosz. Następnie zabrała się za pranie; jedna za drugą wyciągała kolejne sztuki odzieży, moczyła je w wodzie i szorowała o kamienie. Woda była przejrzysta jak kryształ, więc staruszka bez trudu mogła dostrzec śmigające tu i tam maleńkie rybki i spoczywające na dnie kamyki.

Kiedy tak prała w pocie czoła, nagle podpłynęła do niej z prądem rzeki wielka brzoskwinia. Kobieta przerwała pracę i podniosła głowę z zaskoczeniem. Miała już sześćdziesiąt lat, a mimo to nigdy w życiu nie widziała tak wielkiego owocu!

– Ależ ta brzoskwinia musi być pyszna! – rzekła do siebie. – Muszę koniecznie ją wyłowić i zanieść ją mężowi.

Wyciągnęła rękę i próbowała złapać owoc, ale był za daleko. Rozejrzała się za jakimś patykiem, lecz wkoło nie było żadnego. Bała się, że jeśli oddali się szukając czegoś, czym mogłaby przyciągnąć bliżej brzoskwinię, ta odpłynie gdzieś dalej i już jej nie znajdzie.

Zawahała się, co powinna zatem zrobić, kiedy nagle przypomniała jej się dziecięca wyliczanka. Zaczęła klaskać w dłonie w rytm podskoków brzoskwini w wartkim nurcie rzeki i śpiewać:

Daleka woda jest gorzka,

Bliska woda jest słodka.

Omiń daleką wodę,

Chodź do słodkiej wody.

O dziwo, kiedy tak powtarzała w kółko te słowa, brzoskwinia poczęła zbliżać się do brzegu, na którym stała staruszka, aż wreszcie zatrzymała się tuż przed nią, tak że kobieta mogła sięgnąć ją ręką. Staruszka była zachwycona. Tak ją to wydarzenie zaskoczyło i uszczęśliwiło, że nie myślała dłużej o pracy; zapakowała z powrotem wszystkie ubrania do kosza, który zarzuciła sobie na plecy i trzymając oburącz owoc, pospieszyła do domu.

Wydawało jej się, że minęły wieki, nim wreszcie wrócił jej mąż. Mężczyzna stanął w progu, gdy słońce chyliło się ku zachodowi; niósł na plecach wielką wiązkę siana – tak ogromną, że niemalże skrywała go całego, a kobiecina ledwo go spod niej widziała. Wydawał się bardzo zmęczony; opierał się na swojej kosie jak na lasce.

Ledwie staruszka go zobaczyła, wykrzyknęła:

– Ojii-san[1]! Nie mogłam się dziś doczekać twojego powrotu!

– Co się stało? Dlaczego tak się niecierpliwiłaś? – spytał staruszek, dziwiąc się jej niespotykanemu ożywieniu. – Czy coś się stało, kiedy mnie nie było?

– Nie, nie! Nic się nie stało – uspokoiła go kobieta. – Znalazłam tylko piękny prezent dla ciebie.

– To miło – rzekł jej mąż, po czym obmył w misce stopy i wyszedł na werandę.

Tymczasem staruszka pobiegła do małego pokoiku wewnątrz chatki i wyjęła ze spiżarki znalezioną rano wielką brzoskwinię. Zdawała jej się teraz jeszcze cięższa niż wcześniej. Pokazała ją mężowi ze słowami:

– Spójrz tylko na to! Czy widziałeś kiedy tak ogromny owoc?

Staruszek zdziwił się bardzo, kiedy zobaczył brzoskwinię. Rzekł do żony:

– To faktycznie największa brzoskwinia, jaką w życiu widziałem. Gdzie ją kupiłaś?

– Nie kupiłam jej – odparła staruszka. – Znalazłam ją w rzece, kiedy robiłam pranie – po czym opowiedziała mężowi całe zdarzenie.

– Bardzo się cieszę, że ją znalazłaś. Zjedzmy ją zatem teraz, bo jestem bardzo głodny.

Mężczyzna przyniósł nóż kuchenny i położywszy brzoskwinię na desce, już miał ją przeciąć, kiedy – o dziwo! – owoc sam rozpadł się na dwoje i z wnętrza rozległ się czysty jak kryształ głos:

– Czekaj, staruszku! – po czym z brzoskwini wyłonił się śliczny mały chłopiec.

Małżonkowie byli tak zaskoczeni, że aż usiedli z wrażenia. Na to dziecko przemówiło ponownie:

– Nie bójcie się. Nie jestem demonem ani duchem. Powiem wam prawdę. Niebiosa się nad wami ulitowały. Dzień w dzień i noc w noc rozpaczaliście, że nie macie żadnego potomka. Wasz płacz został usłyszany i oto zesłano wam mnie, abym stał się waszym dzieckiem w jesieni waszego życia!

Usłyszawszy to staruszkowie wielce się uradowali. Nieraz czy to w dzień, czy w nocy ubolewali nad faktem, że nie mają dzieci, które pomogłyby im w trudach ich wieku, a teraz, gdy ich modlitwy zostały wreszcie wysłuchane, z radości nie wiedzieli, co ze sobą począć. Wpierw mężczyzna wziął chłopca w ramiona, potem w jego ślady poszła kobieta. Postanowili nazwać go Momotarō, czyli „Brzoskwiniowy chłopiec” – bowiem z tego właśnie owocu się im narodził.