Wojownicy dawnej Japonii i inne opowiadania - Yei Theodora Ozaki - ebook
lub
Opis

To pierwszy na polskim rynku zbiór legend dotyczących najsłynniejszych japońskich wojowników – łuczników Tametomo i Yorimasy, generałów Raikō i Yoshitsune, wiernego i walecznego mnicha Benkeia, ale także i mniej znanych podań sławiących odwagę wojowników, mądrość i elokwencję arystokratów oraz oddanie i cnotę kobiet z obu tych warstw społecznych. Ich bohaterowie staczają walki zarówno z wrogimi klanami, jak i różnej maści demonami. Pamięć o tych postaciach przetrwała do dziś nie tylko w postaci przytoczonych opowiadań, lecz także w tradycjach, które mają zapewnić pokoleniom Japończyków przymioty dawnych bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 227


Tytuł oryginału:

Warriors of old Japan and other stories

Opracowanie graficzne:

Krzysztof Wosiński

Opracowanie elekroniczne:

Marta Szyler, Krzysztof Wosiński

Autor drzeworytu na okładce:

Utagawa Kuniyoshi

Copyright © for Polish translation by Adrianna Wosińska

© for Polish edition by Wydawnictwo Kirin

Wydawca, sprzedaż hurtowa i wysyłkowa:

Wydawnictwo Kirin

tel. 51 636 78 55

www.kirin.pl

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa:

www.sklep.kirin.pl

www.ksiegarniajaponska.pl

Wydanie I elektroniczne

Bydgoszcz 2016

ISBN 978-83-62945-52-8

I. Hachirō Tametomo

Dawno, dawno temu żył w Japonii człowiek imieniem Hachirō Tametomo [1], który zasłynął jako najlepszy łucznik w całym cesarstwie. Hachirō znaczy po japońsku „ósmy” i tak właśnie zwano młodzieńca, jako że był ósmym synem [2] generała Tameyoshiego z rodu Minamoto. Yoshitomo, który również jest znaną postacią w japońskiej historii, był jego starszym bratem. Tametomo był zatem wujem późniejszego szoguna Yoritomo oraz słynnego wojownika Yoshitsune, o których będzie mowa w dalszych rozdziałach. Historia jego rodu była więc barwna.

Już jako dziecko Hachirō zapowiadał się na siłacza, a gdy dorósł, w pełni spełnił pokładane w nim nadzieje – przynajmniej w zakresie sprawności fizycznej. Przejawiał zamiłowanie do łucznictwa, a że jego lewe ramię było o dziesięć centymetrów dłuższe niż prawe, nikt nie był w stanie napiąć łuku lepiej i posłać strzały dalej niż on. Hachirō był jednak z natury impulsywny; chłopak nie znał strachu ani zahamowań i wciąż chciał wyzywać swoich starszych braci na pojedynki. Z wiekiem dzikość jego serca się pogłębiała, aż w końcu stał się tak grubiański i nieposłuszny, że nawet jego własny ojciec nie był w stanie nad nim zapanować.

Gdy Hachirō skończył trzynaście lat, miało miejsce pewno wydarzenie. Do cesarskiego pałacu przybył uczony imieniem Fujiwara no Shinsei, aby przedstawić mieszkańcom dworu pewną książkę. Gdy o niej mówił, wtrącił w pewnym momencie, że w całej Japonii próżno szukać łuczników lepszych od Kiyomoriego, głowy rodu Taira, oraz Yorimasy z rodu Minamoto. Uczony postawił więc w jednym rzędzie członków wrogich klanów. Usłyszawszy te słowa Hachirō zaśmiał się ile sił w płucach i oznajmił tak głośno, że nie szło go nie usłyszeć, iż może Shinsei ma rację co do Yorimasy, lecz nazywanie jego wroga, tchórzliwego Kiyomoriego, zręcznym łucznikiem dowodzi jedynie głupoty przybysza.

Te grubiańskie słowa, jakże godzące w japoński zwyczaj okazywania grzeczności każdemu, nakazujący młodym milczeć pokornie i z szacunkiem w obecności starszych, rozgniewały Fujiwarę. Gdy skończył swoją mowę, posłał po Tametomo i zrugał go za jego zachowanie, lecz ten, zamiast okazać skruchę za swoje zachowanie i paść na kolana, przepraszając uczonego, nie chciał nawet go słuchać i tak uparcie trzymał się swojego zdania, że mężczyzna w końcu porzucił nadzieję na przywołanie młodzieńca do porządku.

Tymczasem ojciec Tametomo, Tameyoshi, usłyszawszy co się stało, rozzłościł się na syna, że śmiał dyskutować ze starszymi i godniejszymi, zwłaszcza na terenie cesarskiego pałacu. Jego gniew był tak wielki, że oznajmił, iż nie chce nigdy więcej go na oczy oglądać ani trzymać dłużej pod swoim dachem; wygnał go więc na odległą wyspę Kiusiu.

Jeśli jednak myślał, że wymierzy w ten sposób niepokornemu młodzieńcowi karę, to się pomylił. Tametomo, będąc osobą krnąbrną i swawolną, nie przejął się zbytnio owym wygnaniem, wręcz przeciwnie – poczuł się niczym ogar spuszczony ze smyczy i począł cieszyć się wolnością, nawet jeśli zyskał ją kosztem sprawienia ojcu zawodu.

Dotarłszy na Kiusiu, udał się do prowincji Higo i osiedlił się na równinie Kumamoto. Tam mógł być wolny jak nigdy dotąd i nic już nie powstrzymywało jego żądzy walki. Szybko zgromadził wokół siebie bandę podobnych sobie zawadiaków i począł wyzywać na pojedynki ludzi z sąsiednich prowincji. W dwudziestu potyczkach, jakie stoczył, nikt nie był w stanie go pokonać, tak był silny i tak sprytnie kierował swymi ludźmi. W pewnym sensie przypominał larwę jedwabnika żerującą na morwie: tak, jak ona zjada liść po liściu, wolno, lecz nieubłaganie, tak i Tametomo stopniowo podbijał okoliczne prowincje, aż w końcu stał się panem całej wyspy. Miał wówczas osiemnaście lat, a pod sobą wielką bandę opryszków, jak on odznaczających się szaleńczą odwagą. Jako że z ich pomocą zawładnął Kiusiu, które leży na zachodniej części archipelagu japońskiego, poczęto przezywać go „Chinsei”, bowiem chin oznacza „podbijać”, a sei – Zachód.

W owych czasach wieści rozchodziły się powoli. Nie było jeszcze poczty ani środków komunikacji i jedynym sposobem przekazywania informacji było korzystanie z usług pieszych posłańców. Nic więc dziwnego, że upłynęło sporo czasu, nim władze dowiedziały się, co Tametomo wyprawia na Kiusiu. Natychmiast wysłały zastęp wojowników, by położyć kres jego swawoli, lecz Chinsei posiadał nie tylko własną silną i nieustraszoną armię, lecz również niebywały talent, by nią mądrze kierować, więc ze wszystkich potyczek – a było ich niemało – wyszedł zwycięsko. Wreszcie cesarscy wojownicy poddali się i porzucili nadzieję, że kiedykolwiek go pojmą – wyglądało bowiem na to, że nikt i nic nie jest w stanie go pokonać i zmusić do złożenia broni. Generał dowodzący armią cesarza wrócił jak niepyszny do stolicy i przyznał się do porażki. Zdecydowano wówczas zatrzymać i ukarać ojca banity, Tameyoshiego, aby w ten sposób zwabić przestępcę.

Nawet tak niepokorny osobnik, jakim był Tametomo, nie mógł pozostać obojętnym wobec wieści, co z jego powodu spotkało jego ojca. Choć z natury sprzeciwiał się wszystkiemu i wszystkim, w głębi serca żywił poczucie obowiązku wobec swojej rodziny i właśnie na to liczyli jego przeciwnicy. Wiedział, że jeśli pozwoli, by jego ojca ukarano za jego przewinienia, będzie to czyn niewybaczalny. Bez wahania porzucił więc ziemie Kiusiu, które z takim trudem podbijał wiele lat i zabrawszy ze sobą tylko dziesięciu ludzi, udał się spiesznie do stolicy. Dotarłszy na miejsce, zaraz napisał list, prosząc władze o wybaczenie i błagając o wolność dla ojca. Pismo to podpisał własną krwią i odtąd czekał tylko spokojnie na wyrok.

Gdy przedstawiciele władz ujrzeli ten wyraz synowskiego oddania, a także usłyszeli o jego stosownym zachowaniu w tak tragicznej sytuacji, nie mieli serca karać go srogo.

- Człowiek, który zdawał się demonem, potrafi żywić takie uczucia do swego ojca! – dziwili się i ograniczywszy się do udzielenia mu surowej nagany, wypuścili jego ojca na wolność.

Niedługo potem w kraju wybuchła wojna domowa, bowiem dwaj bracia, synowie nieżyjącego już byłego cesarza Toby, pokłócili się ze sobą o to, kto następny powinien zasiąść na tronie [3]. Starszy z braci, cesarz Sutoku, został zmuszony do abdykacji na rzecz faworyta ojca – młodszego brata, Go-Shirakawy. Na łożu śmierci były cesarz Toba (zwany też Cesarzem-Mnichem) przewidział, że między braćmi może powstać konflikt, więc na wypadek takiego zdarzenia pozostawił zapieczętowany dokument z instrukcjami. Gdy go otwarto, okazało się, że zawiera on rozkaz dla wszystkich generałów, by popierali Go-Shirakawę. W związku z tym głowa rodu Taira, Kiyomori, oraz najstarszy brat Tametomo – Yoshitomo, jak również wszyscy ważniejsi wojownicy w cesarstwie, poparli Go-Shirakawę. Tymczasem arystokraci, tacy jak Yorinaga czy Fujiwara no Shinsei, którzy nie mieli pojęcia o wojaczce, stanęli po stronie byłego cesarza Sutoku. O Yorinadze krążyły pogłoski, że nie potrafi nawet dosiąść konia. Jedynymi zdolnymi wojownikami wśród stronników Sutoku byli Tameyoshi i jego siedmiu młodszych synów, w tym buntownik Tametomo. Sutoku słyszał o sile tego ostatniego, a także o jego łuczniczych zdolnościach, więc nie minęło wiele czasu, a młodzieniec został wezwany, by stawić się przed obliczem samego byłego władcy.

Tametomo miał wówczas dwadzieścia lat; mierzył ponad dwa metry, a jego oczy patrzyły na świat bystro i przenikliwie, niczym źrenice jastrzębia. Po sposobie, w jaki się poruszał, można było poznać, że należy do wysoko postawionego rodu i że jest człowiekiem wielkiej dumy. Gdy tylko wszedł do cesarskiej sali audiencyjnej, Sutoku, widząc jak silnego i dzielnego wojownika ma przed sobą, zaraz poczuł do niego zaufanie i bez wahania powierzył mu sekrety nadchodzącego konfliktu.

Na to Tametomo opowiedział cesarzowi, jak po wygnaniu na Zachód przez ojca wiódł przez wiele lat życie banity i jak przez ten czas rzadko wypuszczał z dłoni broń, aż na całej wyspie nie pozostał nikt, kto by już nie próbował się z nim zmierzyć. Walka z tymi, którzy sprzeciwiali się jego władzy nad Kiusiu, była wówczas jego ulubioną rozrywką i sposobem spędzania wolnego czasu. Wyjawił też cesarzowi sekret zwycięstw jego bandy: zawsze bowiem atakowali w nocy. Teraz też, jak sądził, dobrym pomysłem byłoby zaatakowanie pałacu Go-Shirakawy po zmroku, podłożenie ognia z trzech stron i zaczajenie się z czwartej, by tam pojmać cesarza i jego ludzi, gdy będą uciekali z płomieni. Tametomo był pewien zwycięstwa.

Gdy jednak pomysł młodzieńca padł na zebraniu Rady zwołanej przez Sutoku, Yorinaga tylko potrząsnął głową z niedowierzaniem i skwitował plan Tametomo jako podły, dodając przy tym, że tylko tchórze atakują nocą, zaś prawdziwi wojownicy winni walczyć za dnia, jak to zwykło się robić.

Kiedy Tametomo dowiedział się, że jego plan został odrzucony przez Radę, opuścił pałac. Wrócił do domu i opowiedział swoim ludziom, co zaszło, dodając przy tym, że Yorinaga to zarozumialec, który nie ma pojęcia o walce, a mimo to śmie kwestionować strategię jego, Tametomo, który w ciągu całego swojego życia ani razu nie przegrał żadnej bitwy. Dawszy w ten sposób ujście swojemu rozczarowaniu, usiadł na macie, a gdy jego gniew zelżał, rzucił z westchnieniem:

- Obawiam się tylko, że Sutoku szybko zazna klęski!

Gdyby wówczas postąpiono zgodnie z radą Tametomo, historia Japonii zapewne potoczyłaby się inaczej, bo to właśnie Kiyomori i Yoshitomo wygrali tę potyczkę, stosując dokładnie taki sam plan, jaki proponował Tametomo. Jeszcze tej samej nocy, bez żadnego ostrzeżenia, napadli na pałac byłego cesarza.

Jedynie ostrożny jak zwykle Tametomo spodziewał się tego ataku, w związku z czym usadowił się przy Południowej Bramie, pełniąc straż. Ujrzawszy Kiyomoriego i jego ludzi zbliżających się do bramy, zawołał:

- Wy nędzne robaki! Ja wam zgotuję niespodziankę! – i sięgnął po łuk. Strzała, którą wypuścił w kierunku napastników, przebiła pierś jednego z wojowników, imieniem Itō Roku. Wystrzelił ją z taką siłą i wprawą, że grot przeszył na wylot ciało żołnierza i wyszedłszy na jego plecach, przebił rękaw Itō Go, młodszego brata zabitego, który jechał tuż obok. Ten, gdy dostrzegł, z jaką precyzją i siłą został oddany strzał, zrozumiał, że nie mają do czynienia ze zwykłym łucznikiem i natychmiast pospieszył do swego dowódcy, Kiyomoriego, by pokazać mu strzałę. Generał zbadał ją uważnie i dostrzegł, że drzewiec został wykonany z mocnego bambusa o grubości znacznie większej, niż w zwykłych strzałach i że grot był w istocie potężnym dłutem. Cóż za wspaniała broń! Była tak wielka, że bardziej przypominała oszczep niż strzałę i nawet nieustraszony wojownik, jakim był Kiyomori, zadrżał na jej widok.

- To bardziej przypomina strzałę demona, niż człowieka. Poszukajmy zatem innego miejsca, które moglibyśmy zaatakować i gdzie znajdziemy słabszych przeciwników! – rzekł, po czym zrezygnował z szarży na Południową Bramę.

Kiedy jednak usłyszał o tym brat Tametomo, Yoshitomo (popierający w tej chwili Kiyomoriego, choć później porzucił stronę Tairów), rzekł do siebie:

- Tametomo może jest szalony i może jego zdolności łucznicze nie mają sobie równych, ale przecież nie podniesie łuku przeciw własnemu bratu! – i to powiedziawszy, ruszył w kierunku Południowej Bramy, gdzie Tametomo niezachwianie trwał na posterunku. Zbliżywszy się do wielkiej, zadaszonej bramy, Yoshitomo zawołał do brata:

- To ty, Tametomo? Co cię pokusiło, żeby występować przeciw własnemu bratu? Otwieraj szybko bramę i wpuść mnie do środka! Słyszysz mnie, Tametomo? To ja, Yoshitomo! Wyłaź stamtąd!

Tametomo zaśmiał się w głos i odparł śmiało:

- Jeśli robię źle, podnosząc broń przeciw tobie, to co powiedzieć o tobie, który podnosisz broń wobec własnego ojca? – jak pamiętamy bowiem, Tameyoshi, ojciec obu młodzieńców, walczył po stronie byłego cesarza Sutoku.

Yoshitomo nie mógł znaleźć słów, by odeprzeć zarzut brata, więc zamilkł. Tametomo, dostrzegłszy go bez trudu bystrym okiem łucznika, nie mógł nie zauważyć, jak łatwym jest celem, stojąc tak tuż przy bramie. Kusiło go bardzo, by zastrzelić go na miejscu, lecz jednocześnie czuł, że choć wojna sprawiła, iż znaleźli się po przeciwnych stronach barykady, nie przestali być rodzeństwem, dziećmi tej samej matki, więc zabicie go teraz – a tak niewątpliwie by się stało, gdyby wziął go poważnie na cel – byłoby wbrew własnemu sumieniu. Nie mógł się jednak powstrzymać przed udowodnieniem Yoshitomo raz jeszcze, jak dobrym jest łucznikiem. Wycelował więc w hełm brata i wystrzelił, a strzała trafiła w sam środek zdobiącej go gwiazdy, przeszła na wskroś przez hełm i wbiła się na kilkanaście centymetrów w drewniany filar bramy.

Nawet Yoshitomo nie mógł wyjść z podziwu nad kunsztem brata, lecz mimo to poprowadził swych ludzi do ataku. Armia Sutoku była zbyt mało liczna, by mieć jakiekolwiek szanse wobec wroga, którego oddziały zapełniły pałac, a choć Tametomo walczył mężnie, jego siła i zręczność nie znaczyły wiele wobec tak wielu przeciwników. Ci centymetr po centymetrze spychali obrońców dalej, po kolei zdobywając wszystkie zakątki. Na domiar złego podłożyli pod pałac ogień, przez co zapanowało straszne zamieszanie. Były cesarz na próżno starał się zbiec w towarzystwie Yorinagi; zostali obaj złapani i uwięzieni. Widząc, że w zaistniałej sytuacji nie ma już czego ratować, Tameyoshi, Tametomo i jego wierni sprawie bracia zbiegli do prowincji Ōmi.

Tameyoshi miał już swoje lata i nie był w stanie długo znosić trudów banicji. Szybko pojął, że nie ma już gdzie uciekać, więc zwrócił się do synów mówiąc, że teraz, gdy cesarz został pojmany i nie ma szans, by jeszcze kiedykolwiek chorągiew cesarska załopotała na wietrze, nie pozostało im nic innego, jak tylko wrócić do stolicy i poddać się święcącym triumfy Tairom. Wszyscy bracia prócz Tametomo przychylili się do tego planu i udali się w drogę powrotną do Kioto.

Tametomo został sam, co jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że należy raz jeszcze podjąć walkę na rzecz ekscesarza Sutoku. Niezwłocznie wyruszył więc, pogrążony w smutku i determinacji po rozstaniu z ojcem i braćmi, w stronę wschodnich prowincji. Niestety, rana, którą otrzymał w czasie niedawnej potyczki, stawała się coraz bardziej dokuczliwa, aż wreszcie zmuszony był zatrzymać się po drodze w gorących źródłach, z nadzieją, że dobroczynny wpływ ich wody, która stanowi panaceum na wiele chorób Japończyków, pomoże mu rozwiązać ten problem. Gdy jednak poddawał się kuracji, jego wrogowie zaczaili się na niego i pojmawszy go, odesłali do stolicy.

Gdy Tametomo dotarł do Kioto, czekały go straszne wieści. Jego ojciec i bracia zostali straceni; jego samego miał spotkać ten sam los. Jednak odwaga budzi szlachetne uczucia w sercach wszystkich, bez względu na to, po której stronie barykady się znajdują, w związku z czym wrogowie Tametomo, posłyszawszy o jego wyczynach, uznali, że szkoda byłoby skazywać na śmierć tak dzielnego wojownika, z którym w dodatku nikt nie mógł się równać w sztuce łucznictwa. Postanowiono więc darować mu życie, lecz aby zapobiec sytuacji, kiedy jego łuk mógłby zwrócić się przeciw aktualnej władzy, podcięto mu w obu ramionach ścięgna, a następnie zesłano na wyspę Ōshima w prowincji Izumo. Aby nie uciekł po drodze, związano mu ręce i nogi i umieszczono go w palankinie. Orszak, który mu towarzyszył, składał się z pięćdziesięciu strażników i dwudziestu kulisów – tak wielki i ciężki był mężczyzna, którego przyszło im nieść.

Mimo wszystkich nieszczęść, jakie spadły na niego, Tametomo nie stracił ducha. Nawet teraz, na wygnaniu, nie opuściła go odwaga, radość życia i dzikość serca. Od czasu do czasu więc dla czystej rozrywki rzucał się w swoim palankinie, a dwudziestu niosących go mężczyzn potykało się i upadało na ziemię. Te przejawy siły i energii wielkoluda niepokoiły jego strażników, którzy obawiali się, że jeśli tylko zechce włożyć w swoje harce więcej determinacji, nie zdołają go powstrzymać. Traktowali go więc jak lwa czy tygrysa, starając się nie złościć go, a przy tym dbać o jego dobre samopoczucie.

Wreszcie dotarli do prowincji Izu i znaleźli się nad brzegiem morza, na którym leżała Ōshima. Wynajęli łódź i umieściwszy Tametomo bezpiecznie na pokładzie, odeskortowali go na wyspę i tam pozostawili samego. Choć był teraz banitą, jego wrogowie pozostawili mu wiele swobody. Nie był traktowany jak zwykły więzień, lecz jak bohater na wygnaniu. Mieszkańcy wyspy, prości ludzie, wnet dostrzegli w nim wielkiego człowieka i traktowali go z szacunkiem, słuchając go we wszystkim. Wiódł więc teraz wygodne, spokojne życie, wolny od wszelkich trosk, poza tą jedną, że jest banitą. Jednak natura obdarzyła go charakterem, który nie pozwalał mu trapić się długo jedną rzeczą, szczególnie z rodzaju tych, na które nic nie mógł poradzić.

Pewnego dnia Tametomo stał na brzegu, patrząc na morze i wspominając liczne przeszłe przygody i zastanawiając się, czy jeszcze kiedykolwiek nadejdzie w jego jakże spokojnym teraz życiu jakaś odmiana. Kiedy tak dumał, ujrzał nagle w oddali mewę. W pierwszej chwili jego bystre oczy dostrzegły tylko plamkę na horyzoncie, lecz plamka ta rosła i rosła, aż rozpoznał kształty ptaka. Przyszło mu więc do głowy, że zapewne gdzieś w tym kierunku znajduje się jakaś wyspa. Niewiele myśląc, wskoczył do łodzi i wyruszył, by sprawdzić swój domysł.

Dokładnie tak, jak się spodziewał, wiosłując od świtu do zmierzchu, dotarł do wyspy. Ku swemu zdumieniu odkrył, że było to miejsce zamieszkane przez stworzenia bardzo odmienne od ludzi. Miały one ciemne, czerwone twarze i sterczące, rude włosy, których pukle zasłaniały im czoła i oczy, słowem – wyglądały jak demony. Gdy Tametomo przybijał do brzegu, zbiegła się ich cała gromada. Na jego widok poczęły kłócić się ze sobą i żywiołowo gestykulować, raz po raz posyłając mu gniewne spojrzenia.

Tametomo zaraz zorientował się, że knują coś przeciwko niemu, lecz nie był typem, którego by to bardzo strapiło. Podszedł do wielkiej sosny rosnącej nieopodal i objąwszy ją ramionami, wyrwał ją z korzeniami, jakby była zwykłym chwastem. Zamachnął się nią potężnie i ryknął:

- Chodźcie no tu, demony, i stawajcie ze mną do walki! Jestem Chinsei Hachirō Tametomo, łucznik z wielkiego cesarstwa Japonii. Uznajcie mnie zaraz za swojego pana i służcie mi, albo zrobię z was miazgę!

Demony, ujrzawszy niespotykaną siłę Tametomo i jego odwagę, zadrżały ze strachu. Szybko przedyskutowały rzecz między sobą, po czym wódz stworów wystąpił naprzód, a za nim ruszyło jego plemię. Stanęli przed Tametomo, po czym oddali mu pokłon, poddając mu się co do jednego. Mężczyzna z dumą uznał więc swoje zwierzchnictwo nad wyspą demonów i ogłosił się jej władcą. Podbiwszy w ten sposób kraj tych dziwnych stworzeń, wrócił na Ōshimę, by pochwalić się swoim wyczynem. Ku jego radości, mieszkańcy wyspy nie szczędzili mu wyrazów podziwu.

Niedługo później Tametomo znów spacerował brzegiem morza, gdy ujrzał zbliżające się do brzegu dziwne stworzenie – był to malutki staruszek dryfujący na szczytach fal. Dostrzegłszy go, wojownik nie mógł uwierzyć własnym oczom, nigdy bowiem nie widział niczego takiego. Tarł powieki raz za razem, myśląc, że chyba śni, ale widok przed nim się nie zmieniał. Oto maleńki człowieczek, nie liczący wiele ponad trzydzieści centymetrów, płynął ku niemu na okrągłej, słomianej macie. Nie mogąc wciąż jeszcze wyjść z zaskoczenia, Tametomo ruszył ku niemu po piasku, a gdy staruszek znalazł się w zasięgu jego głosu, zawołał:

- Hej, ty! Kim jesteś?

- Jestem zarazą ospy – odparł karzełek.

- A dlaczegóż to, jeśli wolno spytać, przybywasz na moją wyspę? – drążył Tametomo.

- Nigdy tu jeszcze nie byłem, więc postanowiłem pozwiedzać okolicę, a przy tym posiąść we władanie jej mieszkańców – padła odpowiedź.

Ledwie Tametomo posłyszał te słowa, huknął ze złością:

- Ty przebrzydły duchu zarazy! Milcz, powiadam! Jestem Chinsei Hachirō Tametomo, we własnej osobie! Znikaj stąd zaraz, albo pożałujesz pomysłu, żeby się w ogóle tu wybrać!

Jeszcze kiedy mówił, duch zarazy począł kurczyć się, aż osiągnął rozmiary ziarnka groszku. Nie przestawał przy tym przepraszać i zapewniać, że nie wiedział, iż wyspa jest własnością Tametomo. Wreszcie odpłynął na swej słomianej macie tak szybko, jak przybył. Tak oto wyspa Ōshima pozostała wolna od epidemii ospy, a jej mieszkańcy po dziś dzień swoją odporność na tę chorobę przypisują wyczynowi Tametomo, który przepędził od nich zarazę.

Teraz, gdy podbił wyspę demonów i przegnał ducha straszliwej choroby, mieszkańcy wyspy uznali Tametomo za swojego króla. Oddawali mu wszelkie możliwe honory i padali na kolana, kiedy przechodził nieopodal. Wieści o takiej nobilitacji wojownika musiały w końcu dotrzeć do stolicy, podobnie jak musiały tam wywołać niezadowolenie. Minister Stanu zdecydował, że pozostawienie spraw swemu biegowi byłoby zbyt niebezpieczne. Tak potężny wojownik, w dodatku cieszący się sławą i poważaniem, stanowił nie lada zagrożenie dla władzy. Postanowiono, że łucznika Tametomo należy niezwłocznie zgładzić. Wydano stosowny edykt i wysłano do pana prowincji Izu, generała Shigemitsu, zapieczętowany list z rozkazem, by natychmiast udał się ze swymi ludźmi na Ōshimę i stracił dzielnego wojownika.

Tak oto pewnego dnia Tametomo stał nad brzegiem morza, jak mu się często zdarzało, i z przyjemnością obserwował szemrzące i migoczące w słońcu fale, gdy nagle na horyzoncie dostrzegł pięćdziesiąt okrętów bojowych płynących w stronę wyspy. Żołnierze na nich uzbrojeni byli w miecze, łuki i strzały, a ich ciała od stóp do głów pokrywały zbroje; bili w bębny i grali sygnały bojowe. Tametomo nie mógł powstrzymać się od uśmiechu na widok tej zbrojnej floty wysłanej specjalnie przeciw niemu, jednemu człowiekowi – coś bowiem podpowiadało mu, w jakim celu kierują się w stronę wyspy.

- No, wreszcie będę miał okazję raz jeszcze wypróbować moje łucznicze zdolności! – rzekł do siebie z zadowoleniem i ująwszy łuk, napiął go tak, iż przyjął kształt księżyca w pełni. Tametomo wycelował w najbliższy okręt i posłał strzałę prosto w jego dziób. W jednej chwili jego pokład zakołysał się, a żołnierze powpadali do morza.

Do tej chwili Tametomo obawiał się, że nigdy już nie będzie dobrym łucznikiem, skoro wrogowie podcięli mu ścięgna, lecz teraz jego wątpliwości rozwiały się. Nie tylko nie utracił nic ze swej siły, ale na dodatek teraz jego ramiona były jeszcze dłuższe, przez co był w stanie jeszcze mocniej napinać łuk. Klasnął w dłonie z radości na to odkrycie i zakrzyknął:

- A to dopiero dobra nowina!

Katsushika Hokusai, Tametomo na wyspie demonów, 1812 r.

W tej samej chwili jednak zdał sobie sprawę z tego, że jeśli będzie stawiał opór, sprowadzi tylko niebezpieczeństwo na mieszkańców wyspy, którzy byli dla niego tak mili i udzielili mu schronienia na wygnaniu. Przypomniał mu się prosty szacunek, jakim go darzyli, wielbiąc go prawie jak boga, i to, że obrali go na swojego pana i władcę. Nie, nie mógł i nie zamierzał odwdzięczać się im sprowadzeniem na nich wojny i kary, jaka niewątpliwie by ich spotkała z jego powodu. Porzucił więc zamiar podjęcia walki. W natłoku myśli, jakie cisną się człowiekowi w jego ostatnich chwilach, przywołał wspomnienie tego, jak miłosiernie go oszczędzono, gdy stał się jeńcem. Od tamtej pory było mu dane przeżyć ponad dziesięć spokojnych, szczęśliwych lat. Jako człowiek silny i odważny nie mógł tego teraz żałować. W swoim życiu zdołał podbić dwie wyspy i uczynić się ich królem, nie miał więc powodów, by odczuwać wstyd czy smutek z powodu tego, że przyjdzie mu umrzeć teraz, kiedy jest u szczytu chwały. W tej sytuacji naturalnym było, że podjął decyzję o tym, by zakończyć swe życie. Opuścił brzeg morza i udał się do siebie, gdzie rozciął sobie brzuch, by oszczędzić sobie dyshonoru, a mieszkańcom wyspy – problemów. W chwili śmierci miał trzydzieści dwa lata. Jego śmierć wielce zasmuciła wszystkich, którym był bliski. Jego chwała jednak nie przeminęła i ludzie do dziś pamiętają o nim i czczą go jak na wielkiego człowieka przystało.

Tak przedstawia się historia życia i śmierci Tametomo, lecz krążą też inne wersje legendy o nim, nie mniej interesujące. Jedna z nich głosi, że zamiast odbierać sobie życie, zbiegł z Ōshimy do prowincji Sanuki [4], gdzie odwiedził grób zmarłego cesarza Sutoku i złożył w jego intencji ofiary. Następnie, uznawszy, że nie jest już nikomu potrzebny, postanowił odebrać sobie życie. W tej samej chwili jednak, niczym we śnie, ukazał mu się sam cesarz, Yorinaga, Tameyoshi i wszyscy pozostali dzielni stronnicy Sutoku, którzy walczyli i ginęli po jego stronie w wojnie domowej lub zostali uwięzieni i straceni przez popleczników nowego cesarza. Pojawili się przed nim owici chmurami i gestem nakazali mu powstrzymać się przed tym gwałtownym krokiem. Gdy Tametomo wpatrywał się w nich urzeczony, dostrzegł, że oto bambusowa zasłona palankinu byłego cesarza unosi się. W tej samej chwili, gdy niczym cudowny blask, łaskawy uśmiech cesarza napełnił oczy wojownika światłem, z jego ręki wypadł miecz, a życzenie, by z jego pomocą zakończyć życie, wyparowało bez śladu. Zamiast więc rozciąć sobie brzuch, co początkowo było jego zamiarem, wojownik padł na kolana przed władcą i oddał mu pokłon. Gdy jednak uniósł głowę, po świętej jasności, która powstrzymała go od desperackiego czynu, nie pozostało ani śladu.

Ta wizja dokonała jednak przemiany w duszy Tametomo. Porzucił zamiar szukania śmierci i opuściwszy Sanuki, udał się na Kiusiu i zamieszkał na górze Kihara. Tam po raz kolejny zebrał wokół siebie bandę rozrabiaków, z którymi wsiadł na statek z zamiarem udania się do stolicy i podjęcia jeszcze jednej próby wymierzenia sprawiedliwości zarozumiałym, panoszącym się w kraju Tairom. Nie miał jednak szczęścia. Jego statek porwał sztorm i roztrzaskał na kawałki. Stracił też wszystkich swoich ludzi; przeżył tylko on jeden. Ostatkiem sił dotarł do wysp Riukiu, gdzie szalały właśnie zamieszki w związku z tym, że grupa buntowników powstała przeciw królowi [5] i dokuczała mu srodze. Tametomo zaraz ogłosił się wodzem lojalistów, uratował uwięzionego króla, rozgromił buntowników i przywrócił pokój na wyspach. Czyny te sprawiły, że król z ochotą adoptował go i nadał mu tytuł książęcy; wydał też za niego jedną ze swych córek. Wreszcie pewnego dnia, gdy Tametomo osiągnął piękny, starczy wiek, pędząc szczęśliwe i spokojne życie w chwale i poważaniu, udał się na spacer po przestronnych korytarzach pałacu. Wtem towarzyszący mu służący dostrzegli chmurę, spływającą ku niemu z nieba. Gdy tylko go dotknęła, mężczyzna począł unosić się w powietrzu, ku skrajnemu zdumieniu towarzyszy. Kiedy patrzyli na niego oniemiali, wojownik wciąż wznosił się wyżej i wyżej, aż wreszcie chmury zamknęły się wokół niego i stracili go z oczu. Taki właśnie piękny koniec przedstawia legenda o dzielnym łuczniku Tametomo, jednej z najciekawszych postaci w historii Japonii, który pokonawszy przeciwności losu w młodości, wywalczył sobie drogę do chwały i bogactw. Bohater pozostawił po sobie syna zwanego Shun-tennō, który w odpowiednim czasie został królem Riukiu.

[1] W historii figuruje jako Minamoto no Tametomo. Hachirō prawdopodobnie było jego pierwszym (młodzieńczym) imieniem (przyp. tłum.).

[2] Takie „numerowanie” dzieci do dziś nie jest w Japonii niczym niezwykłym. Pierwszy syn często nosi imię Ichirō, drugi – Jirō, trzeci – Saburō itd. W wysoce zhierarchizowanym społeczeństwie, jakim jest społeczeństwo japońskie, podkreśla to pozycję zajmowaną w rodzinie (a w konsekwencji określa potencjalne perspektywy młodej osoby), a więc takie imię pełni jednocześnie rolę tytułu rodowego (podobnie jak w dawnej Anglii „sir” czy „lady”) (przyp. tłum.).

[3] Primogenitura w dziedziczeniu cesarskiego tronu jest w Japonii stosunkowo młodym wynalazkiem. Przez całe stulecia kolejnym cesarzem zostawał przedstawiciel rodu wyznaczony przez poprzedniego władcę lub jego doradców; nie musiał być nawet synem cesarza. Imiona cesarzy podane w tekście to imiona pośmiertne, lecz pod tymi głównie są oni nam znani (przyp. tłum.).

[4] Na wyspie Sikoku (przyp. tłum.).

[5] Riukiu rzecz jasna nie należało wówczas do Japonii; stało się jej częścią dopiero w XIX wieku (przyp. tłum.).

II. Gen Sanmi Yorimasa

Dawno, dawno temu w Japonii żył nieustraszony wojownik zwany Gen Sanmi Yorimasa. „Yorimasa” to było jego imię, „Gen” pochodziło od nazwy klanu, do którego należał – Genji, czyli w innym czytaniu Minamoto – a „Sanmi” oznaczało, że jest arystokratą trzeciej rangi, bowiem san w tym słowie oznacza właśnie „trzy”.

Yorimasa jest tak znaną i popularną postacią z japońskiej historii, że po dziś dzień jego podobiznę maluje się na latawcach, które mali chłopcy puszczają w Nowy Rok, a jego wizerunek znajduje się w świątyni bogini miłosierdzia w dzielnicy Asakusa w Tokio. Z kolei z okazji Dnia Chłopców [1], który przypada piątego dnia piątego miesiąca, w każdej rodzinie posiadającej synów w pokoju gościnnym, na honorowym miejscu wystawia się figurki ulubionych dawnych bohaterów, a wśród nich często znaleźć można lalkę odzianą od stóp do głów w przepiękną zbroję, z ogromnym łukiem w ręku i kołczanem pełnym strzał na plecach – przedstawia ona właśnie Yorimasę.

Jednym z przodków Yorimasy był wielki wojownik Raikō [2]