Baśnie japońskie. Tom 2 - Yei Theodora Ozaki, Lafcadio Hearn, Basil Hall Chamberlain - ebook
lub
Opis

Drugi tom "Baśni japońskich" ponownie wprowadzi czytelnika w świat duchów, demonów, dzielnych wojowników, szlachetnych dam i niezwykłych zwierząt. Znajdują się w nim takie znane w Japonii opowieści, jak "Śnieżna dama", "Issunboshi" (czyli japoński Tomcio Paluch) czy "Magiczny imbryk" oraz wiele, wiele innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 201


Opracowanie graficzne i elektroniczne:

Krzysztof Wosiński

Copyright © for Polish translation by Adrianna Wosińska

© for Polish edition by Wydawnictwo Kirin

Wydawca, sprzedaż hurtowa i wysyłkowa:

Wydawnictwo Kirin

tel. 51 636-78-55

www.kirin.pl

e-mail: kirin@kirin.pl

Księgarnia internetowa:

www.sklep.kirin.pl

www.ksiegarniajaponska.pl

Wydanie I elektroniczne

Bydgoszcz 2017

ISBN 978-83-62945-63-4

Autorzy: baśnie 1, 2, 5, 6, 11, 12, 16, 22, 23, 25 – William Elliot Griffis; 3, 9, 10, 13, 14, 15, 19, 20, 26, 28 – James Grace; 4, 18, 24 – Yei Ozaki; 7 – Teresa Peirce Williston; 8, 17 – Lafcadio Hearn; 21 – Algernon Mitford; 27 – Basil Hall Chamberlain.

I. Gwiezdni kochankowie

Jedno z najważniejszych japońskich świąt przypada siódmego lipca, dawniej określanego jako „siódmy dzień siódmego miesiąca”. W kalendarzach data ta zaznaczona jest na czerwono, a dzieci wyczekują jej nadejścia z błyszczącymi oczami, klaszcząc w dłonie i odliczając na palcach każdy kolejny wieczór, który przybliża je do tej jednej nocy. W tym czasie w domach piecze się rozmaite ciasta i przygotowuje najróżniejsze potrawy z owoców i warzyw. Chłopcy ścinają pędy bambusa, a na ich gałęziach zawieszają kolorowe wstążki, dzwoneczki i długie paski papieru, na których zapisuje się wiersze.

Tego wieczoru matki modlą się o bogactwo, szczęście, mądrość i dobre dzieci, a dziewczynki proszą o talent do robótek ręcznych. Każdego roku można sobie zażyczyć tylko jednej rzeczy, więc jeśli ma się wiele pragnień – zdrowia, majątku, zręcznej ręki czy rozwagi – potrzeba lat, aby je wszystkie spełnić. Co gorsza, deszcz tego dnia może wszystko popsuć. Za dobry znak uważa się za to, jeśli zobaczy się pająka snującego sieć na melonie lub jeśli po włożeniu go do sześciennego pudełka uplecie on okrągłą pajęczynę.

Wszystkie te przygotowania mają na celu umożliwienie spotkania parze gwiezdnych kochanków: Wolarzowi i Prządce, którzy tylko w ten jeden dzień roku są w stanie przekroczyć Drogę Mleczną, by się połączyć. Gwiazdy te należą do gwiazdozbiorów Koziorożca i Lutni, ale Japończycy w jednej z nich widzą młodzieńca z wołem, a w drugiej pannę z czółenkiem. Oto, jak przedstawia się ich historia:

Dawno temu nad brzegiem Srebrnej Rzeki (którą my nazywamy Drogą Mleczną) mieszkała piękna dziewczyna, córka samego króla Słońca. Na imię miała Shokujo. W przeciwieństwie do swoich rówieśniczek nie zajmowała się błahymi rozrywkami i zawsze ubierała się skromnie, unikając strojenia się czy folgowania próżności. Była też bardzo pracowita i całe dnie spędzała na tkaniu ubrań dla innych. Była tak oddana swej pracy, że zyskała sobie nawet przydomek Księżniczki-Prządki.

Tymczasem ojca dziewczyny, Słońce, martwiło poważne usposobienie córki i jej natura samotnika. Starał się na wszelkie sposoby nakłonić ją do innego rodzaju rozrywek – na próżno. W końcu wpadł na pomysł, aby wydać ją za mąż.

Jako że w gwiezdnym królestwie małżeństwa były zazwyczaj aranżowane przez rodziców, a nie przez lekkomyślnych kochanków, król, nie pytając o zdanie córki, wybrał dla niej kandydata na męża. Młodzieniec, któremu oddał jej rękę, miał na imię Kingin i pasł bydło nad brzegiem niebiańskiej rzeki. Od dawna byli dobrymi sąsiadami ze Słońcem, w dodatku mieszkali po tej samej stronie rzeki, więc król uznał, że świetnie nadaje się na zięcia. Miał nadzieję, że małżeństwo sprawi, iż jego córka stanie się bardziej pogodna i zajmie się innymi sprawami oprócz pracy.

Ledwie małżeństwo stało się faktem, a charakter księżniczki rzeczywiście się zmienił – niestety, na gorsze. Król z niepokojem obserwował, jak jego córka staje się kłopotliwym przypadkiem tadashiku suguru – czyli „za wiele dobrego”. Dziewczyna bowiem nie tylko poweselała i ożywiła się – rozrywki zaczęły wypełniać jej życie do tego stopnia, że niemal kompletnie porzuciła wrzeciono i igłę. Całe dnie i noce spędzała na czczych rozrywkach, zachowując się gorzej niż najbardziej lekkomyślny podlotek.

Król poczuł się urażony takim obrotem spraw i całą winą za tę sytuację obarczył męża dziewczyny – postanowił więc rozdzielić kochanków. Wydał rozkaz, aby Wolarz przeniósł się na drugą stronę gwiezdnej rzeki i oznajmił mu, że odtąd tylko raz w roku, siódmego dnia siódmego miesiąca, będzie mu wolno spotykać się z żoną.

Następnie Słońce wezwał do siebie tysiące srok i nakazał im utworzyć most na niebiańskiej rzece. Ptaki posłusznie ustawiły się w rzędzie, a Kingin przeszedł po ich skrzydłach tak, jakby kroczył po stałym gruncie. W ten oto sposób z żalem pożegnawszy tonącą we łzach żonę, Wolarz już wkrótce znalazł się po drugiej stronie rzeki. Ledwie dotknął stopą brzegu, a sroki poderwały się do lotu i odfrunęły z głośnym skrzeczeniem.

Zrozpaczeni kochankowie jeszcze długo stali w miejscu, z tęsknotą wpatrując się w przeciwległy brzeg. W końcu jednak każde odwróciło się w swoją stronę – Wolarz odszedł paść swoje krowy, a Prządka tkać pilnie ubrania dla mieszkańców niebiańskiego królestwa. Poprzez pracę starali się zapomnieć o smutku rozłąki, a król mógł ponownie cieszyć się z pracowitości córki.

Gdy jednak zapadała noc, a w niebie zapalano wszystkie lampy, rozdzieleni małżonkowie schodzili nad brzeg rzeki, by choć z daleka popatrzeć na ukochaną osobę, z niecierpliwością wyczekując nadejścia siódmego dnia siódmego miesiąca.

Tak minął rok i upragniona data była już blisko, lecz wtedy księżniczkę ogarnął strach: a co jeśli spadnie deszcz? Na samą myśl o tym jej serce ściskał lęk. Niebiańska rzeka zawsze pozostawała pełna aż po brzegi i jedna kropla wystarczyłaby, żeby wystąpiła z koryta i zerwała każdy most – nawet taki utworzony z ptasich skrzydeł.

Tej nocy jednak nie padało. Gdy nadszedł siódmy dzień siódmego miesiąca, niebo było bezchmurne. Ponownie zjawiła się chmara tysięcy srok, które utworzyły na rzece wąziutki most – w sam raz taki, by zmieściła się na nim drobna stopa księżniczki. Drżąc ze szczęścia bardziej, niż owa kładka z piór, Prządka przebiegła na drugą stronę, by paść w ramiona męża.

Odtąd co roku Wolarz czeka po swojej stronie rzeki, aż Prządka przejdzie do niego po sroczym moście. Jedynie w czasie deszczu kochankowie nie mogą się połączyć, więc Japończycy zawsze modlą się o dobrą pogodę tej nocy, bez względu na wiek radośnie świętując spotkanie zakochanych.

Wolarz i prządka – drzeworyt Tsukioki Yoshitoshiego (1886 r.)

II. Szata z piór

Postać księżycowej panny, która spłynęła miękko z niebios na ziemię, połyskiwała perłowo, przypominając chmurę zstępującą z wysokiego nieboskłonu. Była to jedna z piętnastu świetlistych dziewic, które usługiwały Księżycowi w jego posiadłości. Spoglądając pewnego dnia w dół ze swego domu na ziemię, zachwyciła się scenerią nadmorskiego wybrzeża w prowincji Suruga i zapragnęła wykąpać się w błękitnych wodach oceanu. Tego ranka skoro świt, gdy Księżyc, zmęczony po całej nocy oświetlania świata, udawał się na spoczynek, wymknęła się z pałacu i udała na ziemię.

Jasne i czerwone słońce właśnie wyłaniało się zza morza na wschodzie, barwiąc na różowo szczyty gór, a fioletem powlekając doliny. Na roziskrzonych falach unosiło się kilka łodzi, a rybacy na nich zarzucali swe sieci.

Była wczesna wiosna i powietrze przesycone było zapachem kwitnących śliw, a wiatr powiewał tak delikatnie, że ledwie wprawiał w drżenie liście bambusa i popychał lekko maleńkie fale, by cichutko szumiały, uderzając o srebrzysty piasek plaż.

Księżycowa panna była tak oczarowana ziemskimi krajobrazami, że marzyła o tym, by znaleźć się nieco bliżej i samotnie się nimi napawać. Sunąc niespiesznie w powietrzu, skierowała się w stronę sosnowych zagajników, które okalają cieśninę w pobliżu przylądka Miwo.

Położony u stóp góry Fuji, której śnieżna korona góruje ponad wszystkim dookoła, z drugiej strony graniczący z oceanem, którego modre równiny falują aż po widnokrąg, gdzie stykają się z niebem, półwysep Miwo słynął szeroko ze swych przepięknych pejzaży.

Uszczęśliwiona niebianka sięgnęła po flet i poczęła grać najsłodszą muzykę, której dźwięki szybko wypełniły powietrze, w uszach ziemian brzmiąc niczym krople deszczu spadające na spragnioną glebę. Jej ciało wydzielało słodką woń, a gdy szła, z jej szat sypały się kwiaty. Choć nikt jej nie widział, wszyscy przeczuwali jakąś boską obecność i zachodzili w głowę, co to może oznaczać.

Tymczasem księżycowa panna dotarła do wyjątkowo urokliwego miejsca nad brzegiem morza, zstąpiła więc na ziemię i zatrzymała się u stóp sosny. Położyła swój niebiański flet na skale nieopodal i zdjąwszy skrzydła oraz utkaną z piór szatę, zawiesiła je ostrożnie na gałęzi. Następnie zeszła na plażę, by zanurzyć świetliste stopy w morskiej wodzie.

Zbierając muszelki, nie mogła się nadziwić bogactwu ich barw, które w swej niewinności uważała za piękniejsze niż jakikolwiek kolor w księżycowym świecie. Szczególnie zachwyciła się wielką, gładką skorupką małża, bo na jednej połówce odkryła żółtą, okrągłą cętkę, a na drugiej – białą.

– Jakie to dziwne! – rzekła do siebie. – Tu jest słońce, a tu księżyc. Nazwę więc tę muszlę tsuki-hi-kai, „muszlą słońca i księżyca” – to powiedziawszy, schowała ją sobie za pas.

Tak się złożyło, że nieopodal sosnowego zagajnika, przy którym zatrzymała się niebianka, mieszkał pewien samotny rybak. Schodził właśnie na brzeg, kiedy podmuch wiatru przywiał w jego stronę słodką woń, jakiej nigdy dotąd nie czuł. Co to mogło być? Wiejąca z zachodu wiosenna bryza wydawała się być przepełniona tym pięknym zapachem.

Zaciekawiony, poszedł jej śladem. Kiedy znalazł się nieopodal rosnącej nad brzegiem sosny, uniósł wzrok i ujrzał wiszącą na gałęzi szatę z piór. Oczy zalśniły mu z radości. Zatańczył w miejscu ze szczęścia, po czym zdjął ją ostrożnie i zaniósł do wioski, by pokazać sąsiadom. Wszyscy byli nią zachwyceni, lecz jeden staruszek orzekł, że z pewnością musi należeć do jakiejś niebiańskiej istoty i poradził rybakowi, by ją natychmiast odszukał.

Mężczyzna, wciąż trzymając szatę, wrócił na plażę i wypatrzył drzewo, na którym znalazł swój skarb. Nie musiał długo czekać, nim zjawiła się przepiękna istota o białej, świetlistej cerze i smukłym ciele.

– Proszę, oddaj mi moją szatę z piór! – poprosiła najczystszym, lecz smutnym głosem.

– Nie, to najświętszy ze skarbów, pamiątka po niebiańskim gościu na tej ziemi, zatrzymam ją i oddam do świątyni, by wszyscy mogli ją podziwiać! – odparł rybak.

– Och, niegodziwcze! Czyż można postąpić bardziej podle i niegodnie, niż pozbawiając niebiańską istotę szaty, dzięki której się przemieszcza? Jak mam teraz wrócić do domu? – załamała ręce niebianka. – O, dzikie gęsi, których klucze przecinają tarczę księżyca, niestrudzenie dążąc wiosną ku lodowym wybrzeżom, a wracając do domu jesienią – użyczcie mi skrzydeł!

Ale dzikie gęsi na drzewie ponad głową niewiasty tylko zaskrzeczały w odpowiedzi, dalej dziobiąc niewzruszenie sosnowe gałązki.

– O wy, krążące wkoło mewy, pożyczcie mi na jeden dzień skrzydła, bo jestem tu uwięziona! – zaszlochała zrozpaczona niebianka. Ale mewy zakołowały tylko wdzięcznie i odleciały w głąb morza.

– O wietrze, który wiejesz, gdzie tylko zapragniesz! O przyboju, który bijesz o brzeg i wycofujesz się w otchłań oceanu do woli! Wszyscy wy możecie udać się, gdzie tylko zapragniecie i tylko ja, pozbawiona skrzydeł, stałam się więźniem tego miejsca! Och, śmiertelniku, ulituj się i oddaj mi moją szatę! – zaklinała rybaka księżycowa panna, składając błagalnie dłonie.

Widząc jej rozpacz i łzy spływające po policzkach, mężczyzna wreszcie zmienił zdanie.

– Oddam ci skrzydła, jeśli zatańczysz i zagrasz dla mnie – oznajmił.

– Dobrze, z radością. Zatańczę i zagram, lecz musisz mi wpierw oddać szatę, bo bez niej nie mam siły się ruszyć.

– A pewnie! – zadrwił rybak. – Ja ci oddam szatę, a ty zaraz umkniesz do nieba!

– Cóż to?! Czy nie potrafisz zawierzyć słowu mieszkańca niebios? Zaufaj mi, a niczego nie stracisz.

Tak zganiony rybak oddał niebiance jej szatę, a ta wsunęła ją szybko na siebie i rozpoczęła taniec. Z fletu, który przyłożyła do ust, popłynęły tak piękne dźwięki, że mężczyzna, zapatrzony i zasłuchany, miał wrażenie, iż sam znalazł się w niebie. Następnie niewiasta zaśpiewała, a jej pieśń mówiła o rozkoszach życia w księżycowym królestwie.

Rybak był tak zachwycony, że zapragnął zatrzymać niebiankę przy sobie. Błagał ją, by została i zamieszkała z nim na ziemi – na próżno. Gdy skończyła taniec, wzbiła się w powietrze. Nagły podmuch wiatru, marszcząc powierzchnię morza, uniósł świetlistą pannę ponad sosnowymi wzgórzami i rysującą się za nimi górą Fuji. Niebiańska muzyka rozbrzmiewała w powietrzu dopóty, dopóki sylwetka niewiasty nie stała się tak mała, że choć rybak wytężał wzrok w stronę pokrytego świeżym śniegiem czubka Fuji, nie mógł odróżnić jej od bielutkich, pierzastych chmurek na niebie.

Dumając nad tym niezwykłym zjawiskiem, mężczyzna postanowił upamiętnić w jakiś sposób miejsce, w którym niebianka dotknęła stopą ziemi. Nakłonił więc ludzi ze swej wioski, by pomogli mu ułożyć kamienne ogrodzenie wokół sosny – uznanej teraz za święte drzewo.

Odtąd codziennie przyozdabiał jego pień girlandami ze skręconej słomy ryżowej. Wiele lat później, gdy wreszcie stare drzewo, mimo podpór i opasek, zmęczone zmaganiem się z kolejnymi burzami i wichurami, upadło niczym stary człowiek, któremu nie dane już będzie więcej wstać, wdzięczni potomkowie rybaka oczyścili to miejsce i postawili na nim kapliczkę, która po dziś dzień stoi w cieśninie Suruga, gdzie niegdyś przed śmiertelnikiem zatańczyła niebiańska istota.

Taniec niebianki – drzeworyt Nishimury Shigenagi (XVIII w.)

III. Magiczny tłuczek

Dawno temu żyli sobie dwaj bracia. Obaj byli rolnikami i obaj ciężko pracowali, czy to w porze siania, czy w czasie żniw. Stali po kolana w wodzie i schylali się po tysiąc razy na godzinę, sadząc młody ryż; w skwarze żęli sierpami i nawet gdy deszcz strumieniami lał się z nieba, oni nadal, opatuleni w słomiane peleryny, nie opuszczali swoich pól – bowiem na każdy kęs strawy, jaki brali do ust, musieli się nielicho napracować.

Starszy z braci miał na imię Chō. Swą ciężką harówką dorobił się niemałej fortuny. Już od dziecka wykazywał smykałkę do interesów i dzięki temu odłożył sporo pieniędzy. Miał duże gospodarstwo i rok po roku zbierał obfite plony z ryżu i hodowli jedwabników, wypełniając po brzegi swoje spichrze i magazyny. Nie czyniło go to jednak szczęśliwym, a w każdym razie nic na to nie wskazywało. Był bowiem skąpym, chciwym człowiekiem, który nie miał nawet dobrego słowa czy czarki herbaty dla wędrowca ani garści ryżu czy ciastka dla żebraka. Jego własne dzieci kuliły się ze strachu, kiedy koło nich przechodził, a i los jego żony był nie do pozazdroszczenia.

Młodszy z braci nazywał się Kane. Ile by nie pracował, zawsze pozostawał biedny. Nie miał szczęścia – jego jedwabniki pomarły, a pola ryżowe nie chciały obrodzić. Mimo to był pogodnym człowiekiem, kawalerem, który lubił sobie pośpiewać przy pełnej czarce sake. Chętnie także dzielił się z każdym tym, co miał – własnym dachem, fajką czy skromną kolacją. Miał najskorszy język do żartów i najlepsze serce na całym świecie. Lecz choć trudno to przyznać, i zaprzeczyć nie sposób: samą miłością i śmiechem żyć się nie da, więc w pewnym momencie Kane znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

– Nie ma rady – rzekł do siebie. – Czas schować dumę do kieszeni i zobaczyć, czy mój brat Chō nie wsparłby mnie jakoś, choć jak go znam, nie będzie to wielkie wsparcie.

Pożyczył więc od przyjaciela ubrania, żeby miał w czym złożyć bratu wizytę i podśpiewując sobie dla animuszu, ruszył w stronę domu Chō w bardzo schludnych spodniach hakama, w których prezentował się jak prawdziwy szlachcic.

Gdy zobaczył Chō, który akurat stał przed swoim domem, w pierwszej chwili wziął go za demona, bo jego brat miał na sobie stare, podarte łachy. Szybko jednak opamiętał się i zawołał:

– Wcześnie jesteś na nogach, Chō!

– Ty też, Kane – odparł starszy z mężczyzn.

– Czy mogę wejść na małą pogawędkę? – spytał młodszy.

– Tak – odrzekł Chō – ale muszę cię uprzedzić, żeby oszczędzić ci zawodu: o tej porze nie znajdziesz u mnie nic do jedzenia ani do picia.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział Kane. – Tak się składa, że nie przyszedłem prosić o jedzenie.

Gdy już weszli do środka i rozsiedli się na matach, Chō zauważył:

– Masz na sobie całkiem niezłe ubrania, musi ci się dobrze powodzić. Mnie nie stać na to, żeby przechadzać się po błotnistych drogach ubranym jak książę. Czasy są ciężkie, bardzo ciężkie.

Mimo iż ten początek nie wróżył nic dobrego, Kane zebrał się na odwagę i roześmiał się na te słowa.

– Słuchaj, bracie – rzekł – to są pożyczone ubrania, bo ja sam ledwie wiążę koniec z końcem. Moje pole ryżowe nie obrodziło, a wszystkie jedwabniki pomarły. Nie mam nawet jednego rin[1], żeby kupić nowe nasiona czy larwy. Nie wiem, co robić, dlatego przyszedłem do ciebie. Przez wzgląd na naszą matkę, która przecież urodziła nas obu, błagam cię, daj mi garść ziaren ryżu do posadzenia i kilka jajeczek jedwabników.

Gdy Chō to usłyszał, zrobił minę, jakby miał zaraz zemdleć z wrażenia.

– Biada, oj biada! – zawołał. – Jestem biedakiem, doprawdy, biedakiem! Czy na to mi przyszło, odejmować ostatni kęs od ust mojej żonie i mym nieszczęsnym dzieciom? – i tak użalał się nad sobą jeszcze przez pół godziny. Nie przytaczając jednak całej jego tyrady, dość rzec, że w końcu stwierdził, iż tylko i wyłącznie ze względu na synowskie oddanie względem matki, która powiła ich obu, jakoś przebieduje i odda Kane kilka jajek jedwabników i garść ryżu.

Jak obiecał, tak zrobił, jednak to, co dał bratu, to było ledwie kilka martwych larw i kupka spleśniałych nasion.

„Z tego nie miałby pożytku ani człowiek, ani zwierz” – zaśmiał się w duchu, ale na głos rzekł:

– Proszę, Kane. Daję ci najlepsze jaja jedwabników i najlepszy ryż z mojej nędznej spiżarni, choć wcale nie stać mnie na takie podarki. Niech mi bogowie wybaczą, że rabuję własną biedną żonę i dzieci.

Kane podziękował bratu z całego serca za jego wielką hojność, kłaniając mu się po trzykroć aż do ziemi. Następnie pożegnał się z nim, chowając jaja jedwabników i ryż do rękawa. Całą drogę podskakiwał z radości na myśl, że wreszcie szczęście się do niego uśmiechnęło – tylko tam, gdzie droga była bardziej błotnista, szedł ostrożnie, podwijając hakamę, bo w końcu rzeczy, które miał na sobie, były pożyczone.

Kiedy dotarł do domu, zebrał wielką górę zielonych liści morwy, aby larwy jedwabnika miały gdzie się wylęgnąć. Następnie usiadł przy nich i czuwał długo, aż wreszcie – o dziwo! – gąsienice wykluły się, choć jaja, które dostał od brata, z całą pewnością były martwe. Małe jedwabniki były przy tym bardzo żywotne. Pożerały liście morwy w mgnieniu oka i nie tracąc ani chwili, zaraz zaczynały snuć jedwabne kokony.

Widząc to, Kane był bardzo szczęśliwy. Natychmiast poszedł opowiedzieć o tym sąsiadom – i to była pierwsza nierozsądna rzecz, jaką zrobił. Potem złapał pewnego domokrążcę, który właśnie robił obchód w okolicy, i poprosił go, aby przekazał jego bratu najserdeczniejsze pozdrowienia i podziękowania, bowiem jedwabniki sprawowały się nadzwyczajnie dobrze. Była to kolejna rzecz, której nie powinien był robić.

Nietrudno się domyślić, że wieść o tym, jak się powiodło bratu, nie ucieszyła Chō. Zaraz zawiązał sobie na stopach słomiane sandały i udał się do gospodarstwa Kane. Nie zastał go, ale bynajmniej się tym nie przejął, nie szukał bowiem jego, tylko swoich jedwabników. Chciał tylko ujrzeć je na własne oczy, ale gdy zobaczył, że rzeczywiście właśnie poczęły zawijać się w kokony – tak piękne, jak tylko można sobie wyobrazić – wyjął nóż i poprzecinał larwy na pół, po czym wrócił do siebie – taki był z niego nikczemnik!

Gdy Kane wrócił i zajrzał do swoich jedwabników, pomyślał, że wyglądają trochę dziwnie. Podrapał się po głowie i rzekł do siebie:

– Wyglądają, jakby były poprzecinane na pół. I wyglądają na nieżywe.

Mimo to znów zebrał sporą kupkę liści morwowych i położył na nich swoje jedwabniki – a wtedy te, choć z całą pewnością jeszcze przed momentem nie żyły, znów zabrały się za jedzenie, a było ich przy tym dwa razy tyle, co poprzednio!

Kiedy Chō o tym usłyszał, pobiegł zaraz do swoich jedwabników i je też poprzecinał na pół. Nic mu to jednak nie dało, bo czego by potem nie zrobił, jego larwy więcej się nie poruszyły i pozostawały nieugięcie martwe. Następnego ranka jego żona pozbierała ich truchła i wyrzuciła.

Tymczasem Kane zabrał się do siania ryżu, który dostał od brata, a gdy źdźbła wzrosły, posadził je na polu z wielką troską. Sadzonki przyjęły się znakomicie i już wkrótce obrodziły kłosami.

Pewnego dnia nad pole ryżowe Kane przyleciała wielka chmara wróbli.

– Sio, sio! – wołał mężczyzna, klaskał głośno i walił w ziemię bambusowym kijem. Ptaki wzbiły się w powietrze, ale już po dwóch minutach obsiadły pole z powrotem.

– Sio, sio! – znów wołał Kane i hałasował ile się dało, by przepłoszyć ptaki. Dopiął swego tylko na chwilę; po dwóch minutach znów wróciły.

Sytuacja powtórzyła się dziewięć razy.

– To im już wchodzi w nawyk! – stwierdził Kane, ocierając twarz ręczniczkiem tenugui. W tej samej chwili wróble przyleciały na jego pole po raz dziesiąty.

– Sio, sio! – zawołał, po czym zaczął je gonić po wzgórzach i dolinach, żywopłotach i rowach, polach ryżowych i morwowych, aż wreszcie znikły mu z oczu, a on sam znalazł się w porośniętej mchem dolinie, w cieniu sosnowego gaju. Jako że był zmęczony tą gonitwą, rozciągnął się jak długi na mchu i zasnął głęboko.

Przyśnił mu się dziwny sen. Zdawało mu się, że na ową omszoną polankę przyszła grupka dzieci. On sam w tym śnie również tam był. Dzieci igrały tu i tam między sosnowymi pniami, piękne jak kwiaty lub motyle. Wszystkie tańczyły boso, miały długie, kruczoczarne, rozpuszczone włosy, a ich skóra była biała jak kwiat śliwy.

– A niech mnie licho! – rzekł Kane do siebie. – To muszą być dzieci leśnych duchów!

W tej samej chwili dzieci przestały tańczyć i usiadły w kole na polanie.

– Przywódco, przywódco! – zawołały. – Przynieś nam tłuczek!

Na to wstał najstarszy i najwyższy chłopiec w gromadce, śliczny czternasto- czy piętnastolatek, podszedł do miejsca, gdzie odpoczywał Kane i podniósł omszony kamień tuż przy jego głowie. Pod nim leżał zwykły mały tłuczek z jasnego drewna. Chłopiec chwycił go i wrócił do swoich towarzyszy. Zaśmiał się i zawołał:

– Co chcecie tym razem?

– Latawiec, latawiec! – zawołało jedno z dzieci.

Chłopiec potrząsnął tłuczkiem i zaraz wypadł z niego wielki latawiec z ogonem i szpulką sznurka.

– Coś jeszcze? – spytał.

– Paletkę i lotki dla mnie! – poprosiła mała dziewczynka i zaraz dostała śliczną paletkę do gry i dwadzieścia lotek, pięknie opierzonych i pozłacanych.

– Coś jeszcze? – spytał chłopiec.

– Górę słodyczy!

– Ale jesteś zachłanny! – zawołał przywódca gromadki, ale potrząsnął tłuczkiem i zaraz wysypały się z niego słodycze.

– Czerwoną krepową szatę i brokatowe obi!

– Oj, ty próżna panno! – rzekł chłopiec, ale i to wytrząsnął należycie z tłuczka.

– Książki, książki z bajkami!

– No, to już lepiej! – przyznał chłopiec i zaraz z tłuczka wypadło coś koło tuzina książek, a każda otwarta na stronie z ładnym obrazkiem.

Kiedy już zachcianki wszystkich dzieci zostały spełnione, przywódca dzieci odłożył tłuczek na jego miejsce pod omszonym kamieniem. Jakiś czas jeszcze bawili się na polanie, po czym zmęczyli się i już za chwilę ich kolorowe ubranka zniknęły w mroku lasu, a ich śliczne głosiki umilkły gdzieś w oddali. Na polanie znów zapadła cisza.

Kane obudził się i stwierdził, że słońce już zaszło i powoli zapada zmrok. Tak jak we śnie, tuż obok dostrzegł omszony kamień. Uniósł go i znalazł tłuczek.

– No proszę! – rzekł do siebie, podnosząc go. – Wybaczcie, dzieci leśnych duszków, że ośmielę się pożyczyć go od was.

Schował tłuczek do rękawa i wrócił do domu, gdzie spędził przyjemnie wieczór, wytrząsając z niego złote monety, sake, nowe ubrania, narzędzia rolnicze, instrumenty muzyczne i nie wiadomo co jeszcze.

Nietrudno się domyślić, że szybko stał się najbogatszym i najszczęśliwszym rolnikiem w okolicy. Choć już wkrótce nabrał ciała, a jego wygląd stał się nienaganny, w głębi serca pozostał równie dobroduszny, co wcześniej, a nawet jeszcze bardziej.

Co się zaś działo w sercu Chō, gdy o tym usłyszał? To dobre pytanie. Pozieleniał ze złości; stał się dosłownie zielony jak trawa!

– Też zdobędę taki magiczny tłuczek! – postanowił. – I też w mgnieniu oka się wzbogacę! Dlaczego tylko temu głupiemu rozrzutnikowi miałoby się poszczęścić?

Udał się więc do brata, żeby pożyczyć od niego nieco ryżu, a ten podzielił się z nim ze szczerego serca. Następnie zasiał ziarna i czekał niecierpliwie, aż zboże wzrośnie. Gdy już obrodziło, zleciała się chmara wróbli, chętna stołować się na dobrym ziarnie.

– Sio, sio! – zawołał Chō, klaszcząc głośno i śmiejąc się ze szczęścia. Gdy ptaki wzbiły się w powietrze, pogonił za nimi. Gonił je po wzgórzach i dolinach, żywopłotach i rowach, polach ryżowych i morwowych, aż wreszcie stracił je z oczu i znalazł się w porośniętej mchem dolinie, położonej w cieniu sosnowego gaju. Rozejrzał się wokół.

– To musi być tu – stwierdził. Położył się więc i czekał, jedno oko zamykając, ale drugim łypiąc czujnie dookoła.

A któż to się zjawił w tej dolinie, jeśli nie dzieci leśnych duszków? W jednej chwili wyłoniły się zza sosnowych pni.

– Przywódco, przywódco! Przynieś nam tłuczek! – zawołały.

Znów wystąpił najstarszy chłopiec i podniósł omszony kamień, a tam – niestety! – tłuczka nie było! Na to dzieci okropnie się rozzłościły. Tupiąc gniewnie malutkimi stopami, podniosły krzyk i poczęły biegać wściekle po całej polanie, lamentując z powodu utraconego skarbu.

– Wiecie co? – zawołał wreszcie przywódca gromadki. – Widzicie tego starego, brzydkiego człowieka, o tam? To pewnie on ukradł nasz tłuczek. Wyciągnijmy mu za to nos!

Na to dzieci rzuciły się na Chō z przenikliwym wrzaskiem, poczęły go szczypać, szarpać, szturchać i zatapiać ostre ząbki w jego skórze, aż darł się z bólu. Najgorsze jednak było to, że chwyciwszy jego nos, poczęły go ciągnąć i ciągnąć, aż stawał się dłuższy i dłuższy – już po chwili sięgał mu do brody, a w następnej aż do stóp! Ależ się przy tym śmiały! Ponaigrywały się z nieszczęśnika, po czym uciekły, znikając wśród drzew jak niesione wiatrem liście.

Chō wzdychał, jęczał, przeklinał i pomstował, ale nic to nie dawało – jego nos pozostawał wciąż tak samo długi. W końcu zrezygnowany podniósł go oburącz i powlókł się do domu Kane.

– Kane, jestem bardzo chory – poskarżył się bratu.

– Widzę – stwierdził ze współczuciem Kane. – Spotkało cię straszne nieszczęście. Jak to się stało?

Był przy tym tak miły, że nie tylko nie śmiał się z nosa Chō, ale nawet się nie uśmiechnął. Zamiast tego w jego oczach błysnęły łzy litości nad nieszczęściem brata. Na ten widok serce Chō stopniało i opowiedział mu całą historię – o tym, jak dał mu martwe jaja jedwabnika i o całej reszcie, niczego nie tając. Wreszcie błagał Kane, by mu przebaczył i by mu jakoś pomógł.

– Poczekaj