Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Andrzej Barański tworzy kino o niekonwencjonalnej dramaturgii. Reżyser programowo unika sensacyjnych wątków i zaskakującej intrygi. Kładzie nacisk na to, co dzieje się między zdarzeniami i z pietyzmem traktuje każdy szczegół. Jak sam mówi, jego filmy należy mierzyć w centymetrach, nie metrach. Barański najczęściej opowiada historie prostych ludzi, fascynują go prowincja i codzienność oraz mikrokosmosy niewielkich społeczności.
O sukcesie nigdy nie marzyłem i nie marzę. Zawsze, od samego początku, interesowało mnie tylko tworzenie filmów o doskonale mi znanych małych miasteczkach i ludziach stamtąd. A o sukcesie myślałem tylko tyle, żeby pomógł mi zrobić następny mój film. Z klęskami jakoś daję sobie radę. Kiedy dzisiaj myślę o moim niedoszłym udziale filmu „Księstwo” na Festiwalu w Gdyni, nawet dostrzegłem w tym wszystkim jakieś piękno. Mój pierwszy film, debiut „Wolne chwile”, też nie znalazł się w konkursie. Teraz razem z filmem „Księstwo”, tworzą idealną ramę dla całej mojej twórczości, ramę zbudowaną z dwóch zdyskwalifikowanych filmów: pierwszego i ostatniego. Czy jest coś piękniejszego, niż taka idealna symetria?
Fragment książki
Andrzej Barański (1941) – reżyser filmowy, scenarzysta. Pochodzi z Pińczowa. Absolwent technikum budowlanego w Kielcach. Studiował w Gliwicach, współtworzył Studencki Teatr Politechniki gdzie poznał Tadeusza Różewicza z którym później utrzymywał wieloletnią znajomość. Podczas studiów w PWSTiF w Łodzi współpracował ze Zbigniewem Rybczyńskim. Przed debiutem filmowym był asystentem Kazimierza Kutza w którego Zespole też zrobił swój pierwszy film: “W domu” (1975). Wyreżyserował filmy fabularne m.in.: “Kobieta z prowincji”, “Kramarz”, “Nad rzeką, której nie ma”, “Dwa księżyce”, “Parę osób, mały czas”, “Braciszek”, “Księstwo”. Realizował też filmy krótkometrażowe, reżyserował spektakle Teatru Telewizji. W roku 2015 za wybitne osiągnięcia artystyczne otrzymał „Platynową Taśmę”, Nagrodę Specjalną polskiej sekcji Stowarzyszenia Krytyków Filmowych FIPRESCI przyznaną z okazji 40. edycji Festiwalu filmowego w Gdyni. W roku 2020 na 45 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni otrzymał „Platynowe Lwy” za całokształt twórczości. W roku 2024 został laureatem Złotego Medalu Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”.
Publikacja została dofinansowana ze środków Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 373
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Piotr Marecki, Barański. Rozmowa-rzeka, Kraków 2026
Copyright © by Piotr Marecki Copyright © by Andrzej Barański, 2026 Copyright © for this edition by Wydawnictwo Ha!art, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67713-76-4
Redakcja · Justyna Adamus
Korekta · zespół
Okładka · według projektu Agaty Biskup
Zdjęcie na okładce · Andrzej Barański na planie filmu W domu, 1977, z zasobów Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego (FINA), autor: nieznany
Projekt typograficzny · Marcin Hernas
Skład i łamanie · By Mouse | www.bymouse.pl
E-book · eLitera s.c.
Publikacja została dofinansowana ze środków Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej
569. publikacja wydawnictwa
Wydawnictwo Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 795 124 [email protected]
Wydawnictwo Ha!art
@wydawnictwohaart
@wydhaart
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
PIOTR MARECKI: Pamięta pan kiedy po raz pierwszy zetknął się z twórczością Stanisława Czycza? Trafił pan na „Życie Literackie”, opowiadanie w „Przekroju”, czy może którąś z książek? Mieszkał pan jeszcze w Pińczowie, czy już studiował w Gliwicach?
ANRZEJ BARAŃSKI: Pierwszy raz z literaturą Czycza zetknąłem się chyba w piśmie „Zebra”. Mieszkałem w Pińczowie, niektórzy moi starsi koledzy studiujący w Krakowie mieli zapędy artystyczne i przez nich docierały do mnie różne pisma, m.in. wspomniana „Zebra” z jego wierszami. To mogło być w okolicach roku 1956. Poza tym docierały do mnie różne opowieści z życia cyganerii w Krakowie, w których przewijało się nazwisko Czycza. Później trafiłem na stworzoną przez niego fikcyjną postać fotoamatora i opowiadania w „Przekroju”. Czytałem to oczywiście w latach 60. Pamiętam, że później, w latach 80., kiedy pisałem scenariusz do Nad rzeką, której nie ma, miałem pierwsze wydanie Nim zajdzie księżyc z ’68.
W „Przekroju” zwróciłem uwagę także na wiersze i rysunki Adama Macedońskiego, który przez wiele lat mieszkał z Czyczem. Kiedy studiowałem w Gliwicach, urządzałem w klubie spotkania z poetami i przyjechał tam m.in. Macedoński. Zapytałem wtedy Tadeusza Różewicza, wówczas mieszkańca Gliwic, którego z młodych mam zaprosić na spotkanie. Różewicz wskazał Czycza. Uważał, ze to najciekawszy młody poeta. Moja fascynacja Czyczem nabrała więc urzędowej mocy – była opatrzona pieczątką Różewicza.
Udało się zorganizować spotkanie?
Niestety, nie. Wcześniej upadła idea spotkań. Komuś się to nie podobało, albo ja ustałem w wysiłkach – już nie pamiętam.
Kolejne opowiadania Czycza, które ukazywały się w „Przekroju”, były komentowane w pana środowisku? Czy zauważał je pan na własny rachunek?
W moim kręgu politechnicznym raczej nie. To była zawsze prywatna przygoda. Inna sprawa, że „Przekrój” był wówczas czytany przez wszystkich. Tak na marginesie – ten tygodnik odegrał wielką rolę w mojej edukacji artystycznej. Gdzie ja bym się dowiedział o istnieniu Arcimbolda, Saula Steinberga, Karlheinza Stockhausena, Malapartego, Buzzatiego? „Przekrój” drukował fragmenty wszystkiego, co najciekawsze w światowej literaturze, wytrwale lansując przy tym kilku polskich wybrańców, wśród nich Czycza. Kiedy zdawałem do szkoły filmowej sięgnąłem do prywatnego albumu, który był wycinany właśnie z „Przekroju”. Jednak ci lansowani przez „Przekrój” pisarze nie wszystkim się podobali. Pamiętam, że oniemiałem z oburzenia, kiedy z ust pewnej bardzo oczytanej pani usłyszałem, że nie trawi Czycza i Stoberskiego.
Czycz był wówczas jednym z najbardziej rozpoznawalnych autorów „Przekroju”.
Kojarzyłem go przede wszystkim jako autora, który był mi bliski. Przypominam sobie opowiadanie Myszka – wszystko było dziwnie znajome, i chłopaki, i dziewczyny podrywane na przystanku PKS-u. To była literatura o mnie, o moich kumplach. Ceniłem delikatność Czycza i jego dowcip. Od razu złapałem np. humor fotoamatora. Kilka osób mówiło mi, że czytało tę rubrykę w poszukiwaniu jakichś porad i, co ciekawe, znajdowali je. „Przekrój” potrafił świetnie, dowcipnie opakować każdy fragment tekstu, pojawiający się na łamach tygodnika.
Poznał pan Czycza osobiście?
Nigdy. Zawsze miałem pod ręką jego książki, wracałem do nich, czytałem po wielokroć. Łączyło nas małomiasteczkowe braterstwo – on urodził się koło Krzeszowic, ja w Pińczowie. Okazuje się, że Czycz przyjeżdżał do Pińczowa. Pisał o tym w Nie wierz nikomu. Inna rzecz, że jakoś nigdy nie miałem specjalnej ochoty poznawać autorów. Wystarczyły mi dzieła.
Kiedy po raz pierwszy pomyślał pan o adaptacji opowiadań Czycza?
Scenariusz zacząłem pisać w latach 80. Praca potoczyła się szybko, mimo że w zespole filmowym Czycz nie wzbudzał entuzjazmu. Obawiano się, że jego stylu pisania nie da się przenieść na ekran.
Aleksander Jackiewicz uczył, że literatura Czycza jest niefilmowa. Może pańscy koledzy pamiętali to ze szkoły?
Muszę przyznać słuszność temu rozpoznaniu. Tak naprawdę dla kina najlepszym pokarmem jest literatura XIX wieku, klasycznie skrojona opowieść – to najchętniej kupuje widownia. Ciągle najlepiej sprzedaje się XIX wiek w dzisiejszym kostiumie. A to, co wyprawiał Czycz, praktycznie się do kina nie nadawało. W pewnym momencie, żeby sfinalizować realizację filmu, dopuściłem się przestępstwa. Poprosiłem jednego z moich kolegów reżyserów o ekspertyzę scenariusza, chciałem się nią podeprzeć. Kolega przejął się swoją rolą i zamiast po prostu wychwalać pod niebiosa mój scenariusz, uczenie dywagował. Wyrzuciłem jego wyważone wypracowanie i sam napisałem pean, o jaki mi chodziło. Bez jego wiedzy złożyłem pod swoim tekstem „jego” zamaszysty podpis.
Toczyłem zacięty bój o tytuł. Szef literacki zespołu upierał się, że Nad rzeką, której nie ma to tytuł enerdowski. Wymyśliłem więc 100 tytułów, wszystkie niby dobre, ale gołym okiem było widać, że Czycza jest bezkonkurencyjny – i o to chodziło.
Konsultował pan z nim wizję filmu? Wiem, że panowie korespondowaliście.
Zaraz na początku spytałem go, czy chce współpracować – odmówił. Miał przyjechać na premierę, ale nie przyjechał. Odniosłem wrażenie, że nie chce się ze mną spotykać. Miał wówczas ogromną depresję i czasami z trudem odczytywałem jego listy. Nigdy się nie spotkaliśmy. Może to dobrze, że nie dotarł na premierę, bo nie wyszła ona najlepiej. Podczas projekcji przez pół filmu słychać było podwójny dźwięk. To było okropne. Biegałem do kabiny projekcyjnej, żeby coś z tym zrobić. Okazało się, że mikrofon, który był na scenie nie został wyłączony i zbierał dźwięk z ekranu. Na szczęście przyjęcie filmu było bardzo dobre.
Na festiwalu w Gdyni wprowadzono wówczas hollywoodzki system nominacji i dostaliśmy ich kilka. Wyróżniono jednak tylko aktorów: Trzepiecińską, Bukowskiego i Mastalerza. Jakiś czas potem jeden z członków komisji wyznał mi, że podczas pokazu i dyskusji nie dostrzeżono w tym filmie nic specjalnego – ot taka sobie wakacyjna opowiastka, których jest w kinie na kopy. Podczas festiwalu jury złamało regulamin i przyznało filmowi Nad rzeką, której nie ma nagrodę za scenariusz. Złotych Lwów nie otrzymał wówczas żaden film. We wszelkich omówieniach imprezy podkreślano, że był to główny kandydat do nagrody, ale nie mógł jej dostać, bo go nie nominowano.
Pańska adaptacja jest „twórczą zdradą” oryginału. Pamięta pan reakcję pisarza?
Pisał mi w liście, że gdy zobaczył film, przeżył wstrząs. Szybko jednak zaakceptował tę wizję.
Czemu nie chciał pan kręcić filmu w Krzeszowicach? Metoda etnograficzna zawsze była cechą rozpoznawalną pana stylu.
Nawet kiedy miałem realizować Dwa księżyce, broniłem się sam przed sobą, żeby nie kręcić tego w Kazimierzu. Odbierałem to jak wchodzenie w gotowe dekoracje. Dla mnie miejsce jest żywym uczestnikiem. Niełatwo jest podłączyć potem to, co nowe, do tego, co autentyczne. Trzeba zespolić różne naczynka włoskowate tak, żeby obraz ożył, żeby przyszyta ręka na powrót zaczęła poruszać palcami. Dlatego wolę zaczynać wszystko w nowym miejscu, od początku.
Ale przecież na plan filmu W domu przywoził pan wersalkę, konkretny numer czasopisma, ocalał pan od zapomnienia konkretne przedmioty. Dlaczego zrezygnował pan z tego, pracując nad adaptacją Czycza?
Czycz zrobił to przede mną. Pominął dom, matkę. U mnie w centrum byli matka, ojciec, dom i wszystko inne kręciło się wokół tego. Różnica między Nad rzeką, której nie ma, a innymi moimi filmami polegała na tym, że tym razem nie musiałem szukać obrazu świata w drobinkach, w kropli wody i wersalce. Czycz nie pisał książki wspomnieniowej. Poeta zostawił nam świat już opisany, uchwycony. Nie musiałem więc budować przestrzeni. Moje zadanie polegało na stworzeniu klimatu, który jest w książce i który znałem z Pińczowa.
A nie chciał pan pokazać Pińczowa? Nie myślał pan o wpisaniu prozy Czycza w pańską mitologię?
Kiedy realizowałem Kobietę z prowincji według Siemińskiego, wybrałem geograficzny środek Polski – miejscowość Piontek. Siemiński spisał historię swojej ciotki, mieszkanki Kazimierza Dolnego, ale Kazimierz jest miasteczkiem jedynym w swoim rodzaju, a ja chciałem czegoś przeciętnego, miasteczka jakich wiele. Tutaj przeszkoda była inna. Realizacja filmu według Czycza w Pińczowie groziła co krok zderzaniem się z moimi, podobnymi do Czyczowych, przygodami w tym miejscu. Mogło powstać coś w rodzaju syntezy dwóch narracji albo antologia, czyli wybór co lepszych kawałków zebranych z różnych poletek. Starałem się tego uniknąć.
Jestem metafizycznie ostrożny, kiedy mam do czynienia z prawdziwymi historiami. Nawet jeśli chodzi o przesunięcie kamienia, który od lat leży przy drodze. Dlaczego leży akurat tutaj, a nie pięć metrów dalej? Może zapewnia pewien stan równowagi, o której nie mamy pojęcia? Może przesunięcie go na nowe miejsce spowoduje powstanie jakiejś sprzeczności kosmicznej, która wprowadzi fałsz do mikroscenki, jaką chcemy w tym miejscu nakręcić? Oczywiście, taką metafizykę dozuję we właściwych proporcjach. To jest luksus zabawnego myślenia idealistycznego, na który mogę pozwolić sobie nawet przy najniższym budżecie filmu, bo nic nie kosztuje.
Ostatecznie nakręcił pan film głównie w Wielkopolsce.
Miejscowość nazywała się Żerków. Reżyser na podstawie zdjęć wykonanych przez scenografa wybiera kilka miejscowości, które chce zobaczyć. Akurat Żerków znałem sprzed lat. Teraz, dzięki tekstowi Czycza, zobaczyłem go na nowo. Pewne zależności są dwustronne, obiekt zdjęciowy niekiedy wydobywa coś ze scenariusza. Myślenie kategoriami potrzeb topograficznych w pewnej chwili kończy się i przy wyborze kieruję się wrażeniem, przeważnie nieokreślonym. W filmie wystąpił nie tylko Żerków. Na miasteczko Doboszów złożyło się kilka obiektów i plenerów w różnych regionach Polski.
Były jakieś większe partie, które nie weszły do filmu?
Myślałem o jeszcze jednym koledze z paczki. Chciałem, żeby zagrał go Janek Frycz. Miał być trochę starszy od reszty – zdążył się już ożenić, ale ciągnie go do tych luzaków, a tu nagle żona wpada i wyciąga go z Turystycznej. Chyba jest gdzieś taki gość u Czycza. Poza tym chciałem zrobić historię malowania kapliczki z opowiadania Jest było będzie.
Planowałem ponadto realizację kolejnego filmu według tekstu Czycza – pracowałem nad Nie wierz nikomu. Zebrałem sporą korespondencję między mną a Czyczem poświęconą tej powieści. Niestety, nie potrafiłem przekonać decydentów. Nie wierz nikomu było według nich napisane w jeszcze radykalniejszej poetyce. Chociaż niektóre recenzje były bardzo życiowe – pamiętam, że ktoś napisał: „co on (bohater) tak długo naprawia tę maszynę?”.
Przypomniałem sobie jeszcze jeden projekt. W jednym z listów Czycz proponował, żebym połączył dwa opowiadania, a może to był jeden tekst. Pamiętam tylko, że po przeczytaniu zastanawiałem się, czy właśnie takie kino jest mu najbliższe? To było bardzo specyficzne opowiadanie. Nie potrafię przywołać szczegółów, ale zapadł mi w pamięć nastrój.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Scenariusz na podstawie powieści Bogdana Loebla o tytule Śpiąca jasnowłosa
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Przypisy są dostępnetylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
