18 osób interesuje się tą książką

Opis

Początek piekielnie gorącego lata 2019. 15 dni spędzonych w drodze, 4872 kilometry na liczniku. Setki miasteczek, wsi, wiosek i przysiółków. Drogi, ale częściej bezdroża.

Wykładowca UJ i bywalec literackich knajp pewnego dnia znika z Krakowa. Omijając duże miasta, zabytki, kościoły, muzea, jedzie przez krainy kebabów, pizzerii i nieczynnych barów. Przemierza Polskę powiatową, gubiąc się na leśnych żwirówkach i polnych szutrówkach. Z premedytacją nie używa GPS-u, przez co błądzi i nierzadko wraca do miejscowości, w których już był. Zapisuje, co widzi, relacjonuje spotkania z mieszkańcami. Fotografuje przydrożne atrakcje: szyldy, małą gastronomię, geesy, cepeeny, ogródkowe instalacje z opon samochodowych. O tej Polsce opowiada w rozmowach telefonicznych swojej narzeczonej, która razem z kotami została w Krakowie.

Skwar leje się z nieba i nic się nie dzieje. Tylko na Instagramie pojawia się #on_the_road, ale zamiast Route 66 jest w najlepszym razie droga 816.

„Śledziłem Twoją podróż po Polsce na Facebooku, najbardziej podobały mi się komentarze pod zdjęciami. A w tej opinii na okładkę książki to sobie napisz, co tam sobie życzysz.” Pan Piotr z Pogwizdowa

„Przeczytałem 6 stron Twojej książki i przygotowuję trzy opinie. To sobie jedną wybierzesz. Ale muszę mieć więcej czasu.” Pan Stefan ze Święcan

„Jechołeś przez Szerzyny i żeś do nos nie wstompił? No wiysz co! No jak to tak?” Pani Maria z Szerzyn

„Od czasu Białoszewskiego nic mi takiej radości czytania nie dało. Przecież to jest lepsze niż Białoszewski połączony z reportażem typu „byliśmy głupi”. Piotr Marecki pojechał w Polskę w ramach wieczoru kawalerskiego, zniknął, wrócił po dwóch tygodniach i napisał najważniejszą książkę o Polsce od dawna. Czytam i czytam, i nie mogę się oderwać. I super zdjęcia też. To będzie hit.” Ziemowit Szczerek

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 134

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Piotr Marecki

Polska przydrożna

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu © by Piotr Marecki

Copyright © by Piotr Marecki, 2020

Autor składa podziękowania Arturowi Sobieli i Jakubowi Michalczeni.

Redakcja Marta Syrwid, Ewa Polańska

Korekta Paweł Kusiak, Magdalena Jakubowska, Magdalena Adamek

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-024-8

Oli i naszym kotom Cukrowi i Miszy

 

Ola zabrania mi kupować nowe rzeczy na road trip. „To nie jest eko, a my żyjemy less waste” – mówi. Pisze na Samopomocy Chłopskiej i Babskiej na Facebooku: „Hejo! Czy ktoś chciałby pożyczyć mojemu narzeczonemu mały namiot na wakacje?”. Odzywa się Paweł z Krowodrzy, że chętnie pożyczy. Ma dwa. Mogę przyjechać i któryś sobie wziąć. Umawiamy się, jadę odebrać namiot. Pakuję go do bagażnika.

Mamy spotkanie władz Fundacji z Kasią i Patrycją. Mówię, że w drugiej połowie czerwca nie będzie mnie w Krakowie i będę się starał w ogóle nie pracować. Nawet nie odpowiadać na e-maile. Nie będę też mógł podpisywać dokumentów. W razie potrzeby proszę o zastępstwo. Zamierzam jeździć po Polsce tylko lokalnymi drogami, bez GPS-u. Z Olą umówiliśmy się, że to taki mój „wieczór kawalerski” – ta rozciągnięta na dwa tygodnie podróż. Po prostu pojeżdżę sobie sam po Polsce. Ola ma deadline na tłumaczenie, więc wyjazd we dwoje i tak nie wchodzi w rachubę.

– Po ślubie nigdy już nie będzie takich road tripów – mówię.

Do Oli, że obudowa lusterka do opla, którą niedawno kupiłem, jednak nie pasuje. Myślę, żeby zwrócić, ale chyba nie mam teraz na to ani czasu, ani energii. Więc lusterko lewe, to od strony kierowcy, będzie bez obudowy.

– Trzyma się, ale wygląda futurystycznie. Gorzej z prawym, niby jest, ale tak zamocowane, że ciągle spada. No ale ma obudowę – mówię.

Ola pyta, jak poza tym. Odpowiadam, że wszystko okej, auto się nie psuje, ale do mechanika nie udało mi się go odstawić. No, jest problem z jedną sondą w silniku… Ale poza tym powinno być okej.

Na Konarskiego. Likwiduję bagażnik. Składam tylne siedzenia i kładę na nie długą cienką dyktę. Wchodzę, zamykam drzwi i układam się jak do snu. Leżę wyprostowany. Nogi mam przy przednich siedzeniach, głowę w tyle auta. Nad głową tylna szyba opla. Układam wszystkie rzeczy, które trzymałem w bagażniku, po jednej stronie tego łóżka, a resztę zostawiam jako przestrzeń do spania. Wracam do domu. Do Oli, że zrobiłem sobie noclegownię z opla.

– Jeśli nie znajdę noclegu, mogę spać w aucie. Nogi mam wyciągnięte, uruchomię aplikację z parkingami całodobowymi. Mogę też sprawdzać parkingi w atlasie samochodowym albo spać w lesie czy nad jeziorem.

Dzwoni Yerzmyey. Mówi, że nie dojedzie na kampus, bo upały. Źle na niego wpływają, więc się nie rusza z domu. Mówię, że mam klimatyzację w oplu i że po niego wyjadę. Prosi, żeby pod Bagatelę. Ja, że aż tam nie można podjeżdżać, a już tym bardziej stawać. Umawiamy się na Jabłonowskich. Dzwoni, że wyszedł z pracy i idzie. Zapalam auto, włączam klimatyzację i jadę po niego. Stoi pod drzewem. Wsiada i nachyla się nad otworami, z których dmucha zimne powietrze. Mówię mu, żeby nie zwracał uwagi na ten tył. Jadę na road trip po Polsce i pewnie będę spał w samochodzie.

– Chcę pod obwodem kaliningradzkim pojeździć – dodaję.

Yerzmyey, pochylony nad tą klimatyzacją, macha rękami do tych otworów z zimnym powietrzem, jakby się wachlował.

– O, to ciekawe. Ale tam na pewno w ryj można dostać. Uważaj. Ja bym się bał.

Żeby przypadkiem niczego nie zapomnieć, znoszę do samochodu najważniejsze rzeczy: aparat z dwiema kartami 32 GB i czapkę z daszkiem z napisem „Black Mountain North Carolina”, kupioną w Black Mountain. Do kieszeni w drzwiach od strony kierowcy wkładam nóż przywieziony ze Stanów oraz dwie tradycyjne chusteczki… Nóż przejechał ze mną całą Amerykę, a chusteczki kupiła Ola, żeby nie używać higienicznych, bo te są nieekologiczne. Na siedzeniu obok kierowcy kładę aparat cyfrowy i cztery aparaty Lomo. Przykrywam je poduszką, żeby przez noc nie zainteresowały potencjalnych złodziei. Na tył rzucam drugą poduszkę, dwa śpiwory i cienki dmuchany materac.

W mieszkaniu pakuję do walizki resztę rzeczy: ubrania na dwa tygodnie, kurtkę przeciwdeszczową, kosmetyki. Sprawdzam, czy na swoim miejscu leżą okulary przeciwsłoneczne – hipsterskie, kupione w Portland w Oregonie.

O dwudziestej idziemy na kolację z niemieckimi wydawcami. Jest dobrze ponad trzydzieści stopni. Z wszystkich się leje. Siedzimy w restauracji, na zewnątrz, w miejscu, w którym pachnie substancją do trucia komarów. Jemy. Ze wszystkich wciąż się leje. Ola, która wzięła opcję wegetariańską, hejtuje innych gości:

– Nie ma to jak plasterki wędliny w trzydziestoczterostopniowym upale.

Gadamy o tym, że planeta ginie, o less waste i żeby nie używać plastiku. Rafał K. wyjmuje z torby plastikową reklamówkę i pokazuje, że używa jej jako torby wielokrotnego użytku. Hejtuje postawę eko, ale za chwilę przestaje, bo wszyscy hejtują jego, że tą reklamówką zabija planetę. Opowiadam, że jutro zbieram się na przedłużony wieczór kawalerski, mam zamiar spać w samochodzie, w namiocie, nad jeziorami, na parkingach. Będę wrzucał zdjęcia na Instagrama. Wszyscy mówią, że są już za starzy na takie tripy à la Ziemowit Szczerek. Odpowiadam, że Szczerek to jaśniepanicz z Radomia i na tę Polskę to z góry patrzy. Poza tym on się na tych sieciówkach non stop zatrzymuje i kupuje napoje kolorowe w plastiku. Więc planetę niszczy.

Kolacja się kończy. Z niemieckimi wydawcami, Olą i MLB, który do nas dołączył, idziemy do Bazy, ale jest zamknięta, więc zabieramy ich do Feniksa. Spływająca potem pani chce od nas po dwadzieścia złotych za wstęp, ale mówię, że mamy niemieckich wydawców, więc ona że chętnie weźmie więcej, bo oni przecież mają pieniądze. Ostatecznie udaje mi się stargować na dziesięć złotych od osoby. W Feniksie nie ma klimatyzacji. Pomimo upału duża grupa ludzi tańczy, inni siedzą przy stolikach i patrzą na tańczących. Jest za głośno, żeby rozmawiać. Mówię do Floriana:

– Tutaj jest ze czterdzieści stopni, ale nie przeszkadza to ludziom jeść roztopionej galaretki z wieprzowiny, wędlin i sałatki z dużą ilością rzadkiego majonezu.

– Polacy byli tacy zawsze. Jak byłem w Polsce w latach osiemdziesiątych, to też tańczyli, nie zważali na sytuację polityczną. Pili wódkę i tańczyli – odpowiada.

Ola kupuje wszystkim piwo, ja nie chcę, bo rano jadę.

Staję z boku i patrzę, jak ludzie tańczą. Zaczyna się część wieczoru z muzyką na żywo. Na scenę wychodzi wielki mężczyzna. Jest spocony, gruby, ubrany w koszulkę z napisem „Forever Feniks”. Resztki długich włosów niedbale zaczesał do tyłu. Śpiewa Ukradła Cyganka kurę. Intonuje bardzo powoli. Przy refrenach zachęca spoconych ludzi, żeby śpiewali z nim. Wyciąga do nich ręce, naśladuje padający deszcz. Cała sala, bardzo wolno sylabizując, śpiewa o płaczącym deszczu. Niemieckim wydawcom tłumaczę, że chodzi o to, że są takie upały i Polacy na pewno chcieliby, żeby spadł deszcz. Stąd wybrali tę piosenkę. Żeby nas obmył. Żebyśmy się nie topili w pocie. Dodaję też, że oryginalnie ta piosenka jest szybsza, ale być może te upały sprawiły, że gość śpiewa to tak powoli, „po lynchowsku, surrealnie, jak w Blue Velvet”.

Podchodzi do mnie jeden z wydawców. Patrzę na kelnera – właśnie niesie krokiety i gorący barszcz dla gości przy stoliku, koło którego stoję. Kelner, rozstawiając dania, pomija kobietę siedzącą w rogu, więc reszta jej znajomych ma ubaw, że ona nie dostała tego barszczu i krokieta. Niemcowi mówię, że bardzo współczuję im picia gorącego barszczu w takiej temperaturze. I że nawet kibicowałem tej pani, żeby nie dostała. Wygrałaby na tym. Spocony Niemiec stoi ze mną chwilę, zachwyca się polską swojskością, a potem gdzieś idzie.

Wracam do naszego stolika, a tam przepraszanie zachodnioniemieckiego wydawcy:

– Po tylu latach muszę cię przeprosić… Bo kiedy obalono mur, podsłuchałem taką rozmowę, agenci ubezpieczeniowi mówili: „Chodźmy kolonizować tych idiotów ze wschodu, oni nie wiedzą, jak działa system, więc wszystko da się im wcisnąć”. No i chciałem cię za to przeprosić.

– Nie przepraszaj – mówi Florian. – Ja wtedy po raz pierwszy poczułem się wolny.

Ola za to dodaje:

– A my to cieszymy się, że kapitalizm dotarł do Polski tak późno, bo na przykład mniej lasów mamy wyciętych, mniej zniszczona jest przyroda. Maro będzie mógł się prawdziwie nią cieszyć podczas tripu.

Żegnamy się z nimi, jest już koło trzeciej nad ranem. MLB jeszcze pisze po plakacie z Tischnerem – odgraża się za szkalowanie homoseksualistów.

W domu robię pranie na wyjazd. Do pralki wrzucam spodnie i koszulę z dzisiaj. Zasypiam, ale budzę się nad ranem. Rozwieszam pranie i kładę się spać ponownie.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2020

Wydanie I