banał. możesz być sobą i nie musisz płacić za to wstydem - Białasiewicz Piotr - ebook + audiobook + książka

banał. możesz być sobą i nie musisz płacić za to wstydem ebook

Białasiewicz Piotr

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

witam, tutaj zbiór banałów. jeśli czujesz za dużo, myślisz za bardzo i boisz się, że nie pasujesz – spokojnie, nie jesteś sam/sama. i tak, brzmi to banalnie, ale to właśnie w banałach kryje się najskuteczniejsza forma przemocy: te wszystkie „nie przesadzaj, inni mają gorzej”, które po cichu mordują twoją autentyczność pod przykrywką dobrych rad.

widzisz, będzie tu trochę o tobie.

„banał” to nie poradnik i nie recepta na szczęście. to raport z wnętrza człowieka, który pół życia udawał, że ogarnia, a nie wiedział nawet, jak bez instrukcji włączyć pralkę. to książka o przedszkolach produkujących znerwicowanych, o szkołach uczących wstydu i o dorosłości, która wymaga ogarniania zus-u przy jednoczesnym płaczu w poduszkę, bo ktoś nie odpisał na messengerze i twoje poczucie własnej wartości nagle umarło.

czytając, możesz się zaśmiać, możesz poczuć ściskanie w brzuchu – bo nagle zobaczysz w tym tekście kawałek siebie. i o to chodzi. żeby przestać udawać, że wszystko jest „cacy”. bo prawda jest taka, że każdy z nas jest trochę kosmitą w piaskownicy.

wsiadaj na pokład, weź głęboki wdech i bądź sobą.

Piotr Białasiewicz – muzyk, producent, autor, twórca wizualny, „człowiek renesansu” współczesnych mediów. To głos, który znacie z popularnego podcastu „banał”. W swojej twórczości Białasiewicz staje po stronie tych, którzy czują za dużo i myślą za głośno. Jest przewodnikiem po świecie wewnętrznych rozterek i udowadnia, że wcale nie jesteś sam z tym wszystkim, co w tobie siedzi. Poza prowadzeniem „banału” komponuje, pisze, rapuje, produkuje muzykę, a także maluje, płynnie łącząc różne formy sztuki w celu wyrażania siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 266

Data ważności licencji: 1/28/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Piotr Białasiewicz

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Michał Misiorek

Redakcja tekstu: Karolina Macios

Korekta: CHAT BLANC Anna Poinc-Chrabąszcz

Promocja i marketing: Martyna Dziadek

Projekt okładki: Małgorzata Drabina

Fotografia autora: archiwum prywatne Piotra Białasiewicza

ISBN 978-83-8399-527-4

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków. Wydanie I, 2026

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Dla tych, którzy próbowali być normalni. I do dziś się z tego nie otrząsnęli.

No to słuchaj, bo to też o tobie.

Ta książka nie jest „historią o mnie”. To raport z wnętrza człowieka, który przez pół życia próbował nie być sobą – aż w końcu się tym znudził, jak oglądaniem polskich seriali. I zgadnij co. Ty pewnie także odstawiasz ten sam teatrzyk. Udajesz, że wszystko jest cacy, że wiesz, o co chodzi w tej grze zwanej życiem, a tak naprawdę nie masz pojęcia, jak bez instrukcji obsługi włączyć pralkę. I dlatego zapnij pasy, bo to będzie jazda bez trzymanki przez bagno twoich własnych lęków.

Zaczyna się od przedszkola. Nie z sentymentu, bo kto pamięta przedszkole inaczej niż jako poligon doświadczalny dla przyszłych nerwic? Tam po raz pierwszy usłyszałem, że coś we mnie „nie pasuje”. Ten moment, kiedy inne dzieciaki bawią się w piaskownicy, a ty stoisz z boku i czujesz się jak kosmita na wycieczce szkolnej. A potem? Potem jest to samo. Szkoła, w której uczysz się mówić tylko wtedy, gdy jesteś pewien, że brzmisz wystarczająco pewnie, bo każde zająknięcie się to publiczna egzekucja. Liceum, czyli jeden wielki konkurs, kto szybciej znajdzie sens życia w cytacie z piosenki, podczas gdy nikt nie ma odwagi powiedzieć, że sens życia polega na znalezieniu działającego pilota do telewizora. Studia? To już próba generalna dorosłości: grasz w odpowiedzialność, choć w środku dalej płaczesz, bo ktoś nie odpisał ci na Messengerze, a świat wali ci prosto między oczy: bądź dorosły, bo inaczej zje cię ZUS!

Opowiadam o tym, bo to nie są etapy, które mijasz jak stacje metra. To są warstwy, które się na ciebie nakładają. Każda zostawia ślad. Bliznę. I ją nazywasz potem charakterem. Albo zaburzeniami osobowości, jeśli akurat masz kasę na terapeutę. Albo tym dziwnym napięciem w karku, który próbujesz rozmasować, oglądając tutoriale na YouTube.

Nie ma tu żadnych wielkich przełomów, o których piszą w tych wszystkich książkach w stylu „Jak zostać milionerem w trzy dni, sprzedając kurz z odkurzacza”. Nie znajdziesz tu złotych rad, jak odkryć siebie w siedem dni, medytując na worku z ziemniakami. Jest tylko seria mikropęknięć, z których składa się psychika człowieka. Ten moment w podstawówce, kiedy na WF-ie nikt nie wybrał cię do drużyny i czujesz się jak ostatni przegryw, taki, co to nawet pies sąsiada nie chce go obwąchać. Ta dziewczyna, która powiedziała: musimy pogadać, a ty wiesz, że to koniec świata i zaraz będziesz musiał zmienić status na Face­booku na „to skomplikowane”. Ten jeden raz, kiedy zebrałeś się na odwagę, żeby być sobą – i od razu pożałowałeś, bo świat pokazał ci, że bycie sobą to sport ekstremalny bez ubezpieczenia.

Jeśli to brzmi banalnie – świetnie. Bo właśnie banały są najskuteczniejszą formą przemocy domowej, jaką społeczeństwo funduje naszym emocjom pod przykrywką dobrych rad i troski. Nieważne, małe, nie przesadzaj, inni mają gorzej. Te słowa to cichy morderca autentyczności, działający skuteczniej niż dieta kapuściana.

Ta książka jest o tym, co się dzieje, gdy człowiek nie potrafi już dłużej wmawiać sobie, że wszystkie te „nieważne rzeczy” tak naprawdę go nie ukształtowały. Nie zrobiły z niego tego, kim jest teraz. Przestraszonego dorosłego, który udaje, że ogarnia życie, a w rzeczywistości nie wie, jak zapłacić rachunki bez instrukcji z internetu.

Piszę o przeszłości nie po to, żeby ją rozdrapywać. Piszę, żeby odzyskać teraźniejszość. Tę, w której nie musisz już nosić maski „wszystko jest super”, nawet gdy w środku masz armagedon. Tę, w której możesz po prostu być sobą – nawet jeśli oznacza to bycie trochę dziwnym.

Nie będę ci niczego tłumaczył, nie mam żadnych porad ani złotych myśli do powieszenia nad łóżkiem. Mam tylko opowieść, która może cię uwierać jak źle dobrana bielizna. Może zobaczysz w niej kawałek siebie. Kawałek swojego lęku, swojego wstydu, swojego cichego krzyku o to, żeby ktoś w końcu zauważył, że jesteś. Po niej poczujesz się trochę mniej jak kosmita.

Wszystko to banał. Ale jak dobrze się wsłuchasz – to słychać krzyk. I to jest, kurczę, twój krzyk.

wszyscy jesteśmy Luckiem

To nie ja byłem dziwny. To oni spali.

Czas zwalniał. Mijała zaledwie minuta, a ja już wierzyłem, że wychowawczyni ukryła papiery adopcyjne. Tłukła łyżką o garnek z zupą, jakby to był gong zwołujący na moją egzekucję. Nikt nie chciał tej zupy. Nawet muchy od niej odlatywały. Zresztą kto normalny chciałby jeść zupę mleczną bez pistoletu przy głowie?

Ale musiałem jeść. Zasady to zasady. „Nie odejdziesz od stołu, dopóki nie zjesz”. Ktoś uznał, że traumę da się wymieszać z kaszą manną. Spojrzenie w okno nabierało statusu nielegalnego marzenia. Tam gdzieś była mama. Albo już nie. Poszła do sklepu. Albo do ratusza podpisać dokument o zrzeczeniu się praw. Wykreślili mnie z rodziny i z grupy Żabki. Spytałem raz:

– A jak rodzice po mnie nie wrócą?

– To się dzwoni po odpowiednie służby – odpowiedziała pani Teresa z uśmiechem tak szerokim, jakby naprawdę na to liczyła.

Od tego czasu miałem plan ucieczki. Sprawdzałem codziennie, jak dużo czasu zajmuje mi założenie butów. Mój rekord: czternaście sekund. Wystarczająco, żeby zniknąć, zanim znowu będzie zupa.

Pewnego dnia mama spóźniła się dziesięć minut. To już nie było spóźnienie. To był sabotaż. Czułem, że lada moment wejdzie pracownica z opieki społecznej i powie: Jesteś teraz własnością państwa. Masz nowe imię: Obywatel 84-067.

Zacząłem szlochać. Cicho, bardzo cicho. Jak w instrukcji: nie płacz za głośno, bo dorośli się wkurzą. Dzieci, które milczą, są wygodne. Dorośli, którzy milczą, są przegrani. Ale między jednym a drugim jest długa droga – w sam raz, by nauczyć się, że każdy dźwięk może być użyty przeciwko tobie.

Pani Teresa dała mi rysunek do pokolorowania i czarny flamaster. Miałem dorysować mamie uśmiech. Dorysowałem wąsy – z zemsty. Za to, że nie przyszła. A pani Teresa dalej się uśmiechała. Tego dnia nauczyłem się, że lepiej kłamać markerem niż pokazać swój ból. I że dorosłym jest to całkiem na rękę. Nikt nie uczy dzieci, jak mówić o tym, że coś boli. Za to wszyscy uczą, jak ładnie się uśmiechać. Potem bardzo się to przydaje – zwłaszcza gdy nie chcesz, żeby ktoś zobaczył, jak się rozpadasz.

Przedszkole. Fabryka małych obywateli. Zasada jest prosta: nie płacz, nie mów za dużo, nie podchodź do okna bez pozwolenia. Zabawa kończy się o szesnastej. Potem siedzisz i gapisz się na zegarek, zastanawiając się, czy zostaniesz tu do osiemnastki. Wtedy nie znałem jeszcze słowa „represja”. Wiedziałem jedynie, że zupa mleczna to nie jedzenie, tylko kara, i że jeśli mama spóźni się więcej niż pięć minut, to zostanę tu na wieki. A jeśli dziesięć – trafię do systemu. Ale przychodziła. Zawsze.

Tu miałem więcej zabawek niż w domu. Tyle że w domu był różowy królik, który mówił wyłącznie do mnie. Jeździł ze mną na sankach, układał klocki i jako jedyny nigdy nie kazał mi czekać na moją kolej. Teraz leży na strychu, w kartonie, między zimowymi kurtkami i pudłem z klockami, które „jeszcze się przydadzą”. Mój jedyny sojusznik. Zamknięty jak dowód rzeczowy. Niektóre kawałki siebie chowamy tak głęboko, że zaczynamy wierzyć, iż to tylko dziecięce zabawki. Ale one dalej mówią. Nawet z kartonu.

Trzeba obalić system. Przedszkole to poligon społecznej uległości. Miejsce, gdzie uczysz się siedzieć prosto i nie pytać, czemu pani patrzy tak, jakby już miała dość. Zamiast tego proponuję anarchistyczny model edukacji. Dzieci uczą się, kiedy chcą i jak chcą. Rodzice wchodzą tylko z kanapkami z Nutellą i dostawą czipsów. Ale nie. W rzeczywistości rewolucja kończy się na „Posprzątaj pokój, bo nie dostaniesz czipsów”. I sprzątasz. Bo przecież czipsy są tego warte. Zwłaszcza jeśli masz do wyboru: być sobą albo dostać paprykowe za bycie miłym. No to jesteś miły – i chrupiesz swój kompromis. Zamiast akceptacji dostajesz nagrodę. Zamiast prawdy – transakcję. A potem przez całe życie gromadzisz paprykowe dowody na to, że jesteś wystarczająco grzeczną osobą, by zasłużyć na miłość. I nawet gdy nikt już nie trzyma paczki czipsów nad twoją głową, dalej się starasz. Bo system już dawno cię zainfekował.

Ale czy w przedszkolu naprawdę było aż tak źle? Nie zrobiłem żadnej rewolucji, nie podpaliłem tej budy, nikt mnie stamtąd nie wyrzucił. Nie, nie o to chodzi. Tylko o to, że było wystarczająco, żeby zapamiętać. Na zawsze. Po prostu bawiłem się, siedziałem i czekałem, aż mama mnie odbierze. Albo w końcu wszyscy wyjdą i umrę z nudów i tęsknoty. A przedszkolanka… Wtedy myślałem, że ma z pięćset lat i zna najskrytsze tajemnice życia. Że jak spojrzy, to już wszystko wie. A ona pewnie chciała jedynie wrócić do siebie, zjeść coś ciepłego i obejrzeć serial. Powiedzieć: „Dajcie mi spokój, dzieci. Od tych wrzasków pęka mi głowa”. Ale nie mówiła. Uśmiechała się tylko, jakby za każdy uśmiech płacili jej pięćset złotych. Wyobraź to sobie: jeden nie lubi naleśników, drugi nie chce leżakować, trzeci pyta, czemu niebo jest niebieskie i kiedy umrze pies, reszta biega w kółko, a ty po prostu stoisz. Chcesz wybuchnąć, krzyknąć, zawołać: „Wszyscy won!”, ale nie możesz. Musisz zachować zimną krew. Być wykształconym, empatycznym dorosłym wśród stada obcych dzieci. I pamiętać o uśmiechu.

Byłem tym dzieckiem, które nie chce leżakować. Kminiłem, jak ją oszukać, jak się wymigać od tego przykrego obowiązku. Spać mi się nie chciało, wolałem coś porysować, ale prycze już rozstawione, pościel złożona w kostkę, ubrania na kupce, buty od linijki. Czekałem na musztrę. Na sprawdzenie legowisk. Starsza oficer podchodzi:

– Dlaczego na twoim posłaniu leży plastikowy dinozaur?

– Yyy… to nie mój… znaczy mój, ale tylko chciałem się nim pobawić, jak inni też będą udawać, że śpią.

Dinozaura skonfiskowano. Porządek musiał być. Teraz mnie to nie dziwi, ale wtedy? Wtedy byłem gotów wzniecić rebelię swoimi małymi rączkami i tupać w proteście.

Oczywiście, że nie tupałem. Po prostu się położyłem. Może właśnie tak zaczyna się to całe „dopasowanie”. Najpierw oddajesz dinozaura, potem siebie. Byle tylko nie robić kłopotu. Zamknąłem oczy, liczyłem barany. Nie pomagało. To się wierciłem. Też nie pomagało. Najważniejsze: nie dać po sobie poznać, że nie śpisz. Wtedy oficer odpuszczał i można było spokojnie fantazjować, co będę robił, jak wstanę. Od tego właśnie się zaczyna. Od jednej uchylonej powieki podczas leżakowania. A kończy się tym, że przed każdą rozmową zastanawiasz się, co powiedzieć, żeby nie przesadzić.

Oj, jakie ja wtedy miałem fantazje… Pościgi samochodowe po przedszkolnym dywanie, takim z narysowanymi ulicami i domami. Dywanowe miasto. Rysunek dinozaura atakującego przedszkolankę. Gdybym w tamtym czasie prowadził pamiętnik, Netflix już dawno by to zekranizował, a ja siedziałbym na jakiejś wyspie i patrzył z dumą, jak moje fantazje zmieniają świat. Ale pisać nie umiałem, a najbardziej lubiłem sobie wyobrażać, jak w końcu odwijam się przedszkolance za to, co mi kiedyś powiedziała.

Któregoś dnia robimy szlaczki. Laboratorium ciszy. Każdy przy swoim biurku, jakbyśmy szyfrowali plan ewakuacji z przedszkola. Trójkąty, zygzaki, fale – egipskie hieroglify dla dzieci. Gdyby Tutenchamon wstał z grobu, przeraziłby się, że rozszyfrowano jego notatki.

Siedzę skupiony. Ołówek ściskany w ręku jak skalpel chirurga. Dolna warga przygryziona. Czoło zmarszczone. A szlaczki – perfekcja. Jak wycięte laserem. Czasem rysujesz równo nie dlatego, że lubisz. Tylko dlatego, że chcesz pokazać: ogarniam, mam kontrolę. Nie pytaj, co czuję – zobacz, jak idealnie prowadzę linię. Kolega obok? Jego rysunek przypomina życie po trzydziestce – niby się starasz, a i tak wszystko się rozjeżdża. I wtedy podchodzi ona. Oficerka systemu. Buty stukają jak metronom opresji. Bach. Batutą w stół.

– Pięknie to robisz. Jak dziewczynka.

Zastygam. Jak dziewczynka? Czyli co, za dobrze? Za ładnie? Za czysto? Przecież jestem chłopakiem. Z plastikowym dinozaurem w plecaku. Stanąłem na baczność.

– Tak jest, pani kapitan.

Ale już odeszła, nie czekała na odpowiedź. To nie była rozmowa. To był rozkaz. Usiadłem z powrotem i rysowałem dalej. Jeszcze równiej. Jeszcze czyściej. Jakby od tego zależała moja tożsamość. Bo czasem wystarczy jedno słowo, żeby dzieciak zaczął się zastanawiać, czy w ogóle ma prawo być sobą.

Koniec końców przestałem się starać. Gryzmoliłem, ściskałem ołówek inaczej, bardziej jak hydraulik niż chirurg. Bazgroliłem teraz jak prawdziwy chłopak – jeszcze tylko brakowało, żebym biegał, rozrabiał, powiesił plakat z gołą babą i remontował starego golfa w garażu z kolegami, co mówią „dawaj, kurła”.

Liczę, że miała w tym cel. Bo inaczej zostałbym z nikomu niepotrzebną sztuką rysowania szlaczków z dokładnością karto­grafa. Zostałbym szlaczkografem. Albo, co gorsza, kaligrafem. Musiałbym wyjechać do Tokio, oglądać anime i jeść ramen z kubka. Czyli po prostu byłbym bezrobotny.

Uratowała mnie. Ale i tak z tym samym perfekcyjnym szaleństwem poprawiam każde zdanie, pisząc tę książkę. Nie za miękko, nie za twardo. Tak, żeby nikt się nie przyczepił. Nawet jak piszę o buntowniku, to w ładnych liniach. Szkoda, że nie pamiętam, jak miała na imię. Wysłałbym jej kwiaty. Wtedy jej nienawidziłem. Jak mogłaś, ty… – brzydkie słowa cisnęły się na usta, chociaż ich jeszcze nie znałem. Pewnie więc tylko patrzyłem z wściekłością i myślałem: Ty żabo jedna!

Czasem wystarczy jedno słowo, żeby dzieciak zaczął się zastanawiać, czy w ogóle ma prawo być sobą.

Teraz jestem dorosły. Drzewa nie zasadziłem, ale monsterę mam. Czasem patrzę na tego małego mnie i mówię: „Rysuj, jak chcesz. Tu masz ścianę. Wal po całości”. Wołam panią z przedszkola. „Zobaczy pani. Artysta jak się patrzy”.

Przygląda się, a ja wiem, co myśli. Że przecież niebo nie jest różowe. Ale mam to gdzieś. Bo ten dzieciak jest mój i już nie musi mieścić się w liniach.

Najtrudniejsze w byciu dorosłym? Nie stać się kolejną przedszkolanką dla siebie samego. Dziecko w nas chce po prostu poczuć, że może być sobą. Dorosły w nas za wszelką cenę pilnuje, żeby nie narobić wstydu. I to nie zawsze jest dobra para do życia.

Lecz to nie ja byłem buntownikiem. Byli odważniejsi ode mnie. Prawdziwi rebelianci. Jeden z nich to Lucek – jedyny, którego zapamiętałem z przedszkola. Inni rozmyli się jak sen. Lucek dosłownie wyjmował fujarę na cały ten system zbudowany przez przedszkolankę. Nie chciał leżakować, ale nie mówił po prostu „nie”. To byłoby zbyt grzeczne.

Wszyscy już przebrani, prycze gotowe, a on – jak rakieta – przelatuje przez salę, leci do łazienki.

– Lucek, mówiłam, żebyś nie biegał na waleta!

A on dalej biegnie. Bez gaci.

To był przedszkolny prorok. Chciał nam pokazać, że leżakowanie jest dla frajerów, że należy walić panią oficer. Ja jednak tak nie potrafiłem. Udawałem, że śpię. Jedną powiekę miałem lekko uchyloną. No co? Można powiedzieć, że brałem udział w rewolucji jako uśpiony agent.

Dobrze go pamiętam. Był wszystkim, czym ja wtedy nie umiałem być. Albo tylko legendą, którą sobie stworzyłem, żeby łatwiej dało się przeżyć ciszę. Nawet jeśli – to najlepsza legenda, jaką mam. Lepsza nawet niż fakty. Może teraz Lucek wciąż przekazuje prawdę, oświeca ludzi. To do niego jeżdżą do Indii albo na Bali i wracają z mantrą. A ja chodziłem z nim do przedszkola. Też był na waleta, jak guru mają w zwyczaju.

I właśnie za to ci, Lucek, dziękuję.

Jestem wystarczający. I co to za pytanie, czy pasuję do grupy? To ja jestem grupą. Można się nie zgodzić. Nie odezwać. Wyjść. Albo zostać, ale bez zgody w oczach. Można nie klaskać, gdy wszyscy klaszczą. Można nie mieć racji, lecz mieć siebie. Można się nie śmiać z żartów, które nie są śmieszne. Można nie chcieć grać w głuchy telefon z rzeczywistością, która nie rozumie twojego języka. Można po prostu siedzieć z boku. Tak mówię temu dziecku, które nie chciało leżakować, ale musiało. Które myślało: Czy ja na pewno tu pasuję? Czy ze mną wszystko jest okej?

Tak, pasujesz. I wszystko z tobą okej.

Wiele lat później spotykam faceta. Przypadkiem. Bezdomny? Obywatel świata? Nie wiem. Przysięgam, to był Lucek, ale w innym wcieleniu. Lucek – to znaczy ten facet – pyta:

– Panie, którędy pod Pałac Kultury?

Pokazuję mu ręką kierunek.

– W lewo, potem w prawo. Zobaczy pan, nie da się przeoczyć.

Już prawie wsiadam na rower, a on wyciąga pogiętą paczkę czerwonych szlugów.

– Palisz?

Odpalam, choć nie palę, a on gada i gada. Francja – „w Paryżu to ludzie mają inne tempo, ale wszędzie śmierdzi”. Afganistan – „nigdy nie mów nigdy, dopóki nie jadłeś koźlaka z rąk pasterza, co znał trzy słowa po rosyjsku i jedno po angielsku: »fuck«”. Rwanda – „a tam, młody, to dopiero jest spokój, ale taki, że się boisz oddychać”. Tylko na Księżycu nie był.

– Ale znam kogoś, kto był – dodaje, zaciągając się głęboko. – I mówi, że z góry to wszystko wygląda jak jeden wielki dowcip.

Milknie na chwilę. Patrzy gdzieś obok mnie, jakby widział coś, czego ja nie widzę.

– Młody, pamiętaj. Największe rzeczy dzieją się tam, gdzie jest cisza jak na pustyni.

A ja słucham, stoję z papierosem w ręce, który już dawno się wypalił, i nie wiem, co mnie bardziej wciąga – jego historia czy to, że brzmi, jakby opowiadał moją.

– Młody, masz telefon?

Kiwnąłem głową.

– To puść Budkę Suflera.

– Co konkretnie?

– No jak to co? Jest taki samotny dom.

Włączam. Dźwięk leci z głośnika w telefonie, cicho, trochę metalicznie. A on zamyka oczy. Przez chwilę obaj milczymy. Myślę: no fajnie, sentymentalna podróż. Złapał mnie za ramię, spojrzał mi w oczy. O nie, zaraz zacznie ryczeć nad utraconymi czasami. A ja? Co ja wtedy zrobię? Poklepię go? Przytulę? Zapytam, czy ma pieniądze na terapię? Niezręcznie. Dwóch obcych facetów w środku nocy przytula się przy Budce Suflera. Nie wiem, co ludzie myśleli. Może dziadek z wnuczkiem? Czułem się jak w windzie z obcym, tylko że bez muzyki w tle. A wtedy on pstryka palcami i zaczyna śpiewać:

„A po nocy przychodzi dzień,

A po burzy spokój”.

Śpiewa cicho, prawie szeptem, ale bez wstydu. Jakby to było jedyne, co jeszcze trzyma się kupy w tym świecie.

– Ja to napisałem – mówi nagle.

Uśmiecham się krzywo. I już nawet nie wiem, czy kłamie, czy żartuje. Lecz wiem jedno: to naprawdę jest jego dom. A ja, nie wiadomo czemu, też w nim jestem. Uliczna mądrość – zapewne to on kiedyś szeptał do Mickiewicza podczas pisania Pana Tadeusza. A dziś szeptał do mnie. I przez chwilę wszystko miało sens. Ty, ja, Lucek. Cisza. A potem:

– Czym się zajmujesz w życiu?

Patrzy mi prosto w oczy. Bez ironii, bez testowania. Naprawdę go to obchodzi.

Odpowiadam. Nie silę się na żadną mądrość, mówię wprost, na co on kiwa głową.

– To włóż w to całe serce, rozumiesz? Nie pół. Całe. Bo inaczej szkoda życia.

Mówi tak, jakby właśnie wręczył mi jakieś tanie, rozdarte, przesiąknięte dymem objawienie. Ale prawdziwe. I w tej jednej chwili, tym jednym zdaniem, otworzył mi oczy. Nie musiałem jechać do dżungli, nie musiałem medytować, nie musiałem kupować książek z działu „rozwój osobisty”. To wszystko wydarzyło się na ulicy, między szlugiem a końcówką piosenki. W środku Warszawy. Dałem mu pięć dych i poszedł. Nieważne, czy to był mistyk, oszust czy pijaczek. Coś we mnie zmienił.

Lucek, dziękuję.

Jest w nas ten Lucek. Pytanie tylko, czy w końcu pozwolimy mu wyjść z sali do leżakowania. Bo to już nie system każe nam się dostosować. To my sami codziennie poprawiamy sobie kocyk i szepczemy: „Nie przesadzaj”.

Największa rewolucja? Nie wykrzyczeć prawdę, ale przestać ją w sobie dławić – nawet jeśli wciąż drży nam głos. Wszyscy jesteśmy Luckiem. Tylko nie każdy ma odwagę znowu wyjść na waleta.

to nie nieśmiałość, to filtr ochronny

Znowu to samo. Krzesła szurają o podłogę, wszyscy biegają, krzyczą, ktoś udaje dinozaura albo samochód. Siedzę w kącie. Jestem niewidzialny. Pochylam się nad kartką, aż zlewam się z blatem. Jeszcze tylko zasłonię oczy i zniknę. Nie trzeba tłumaczyć, nie trzeba niczego psuć. Po prostu znikasz i masz święty spokój. Bo bywa, że spokój to po prostu brak świadków. Z czasem uczysz się znikać na różne sposoby – zasłaniasz się pracą, ironią, „u mnie spoko”, ale mechanizm zostaje ten sam. I wtedy pani Teresa triumfalnie oznajmia:

– Dzieci, teraz będziemy się bawić w głuchy telefon!

O nie. Uciec? Najlepiej przez okno. Jak żółwie ninja – wyskok, przewrót, lądowanie w krzakach i dalej kanałami do wolności. Szybka analiza: drugie piętro, sześć lat na karku, brak skorupy ochronnej. Chyba się nie uda.

– Wszyscy na środek do kółeczka – słyszę i jeszcze bardziej wtapiam się w blat.

Już prawie mnie nie ma, zostały tylko czerwone uszy. Zakryłem oczy. Nie pomogło. Nie wystarczy nie patrzeć, żeby zniknąć, mimo to próbuję. Wszyscy tak robimy, aż wchodzi nam to w krew. Jak ona mnie zauważyła? W bajkach przecież działało: zakrywasz oczy i cię nie ma. Tymczasem wzrok pani Teresy był jak skaner: przeszywał powieki i blat.

– Piotruś, chodź do kółka, wszyscy razem się bawimy!

Nie mam wyjścia. Szur, szur bucikami po linoleum, głowa spuszczona. Zajmuję miejsce między Mają a chłopakiem, który zawsze je klej. Siedzimy w kółku. Ziewam. Czekam na swoją kolej. On zbliża się do mojego ucha, jakby miał zdradzić sekret stulecia. I przez chwilę naprawdę mam nadzieję, że powie coś istotnego. Na przykład, gdzie chowają żelki. A on szepcze:

– Baba Jaga.

Przez sekundę mam ochotę przekazać „Gargamel z gołą pupą”, ale nie, tłumię bunt, powtarzam jak trzeba. Baba Jaga krąży. Od ucha do ucha. Traci sens z każdą nową wersją. Baba Jaga. Baga Jaba. Jaba Dżin. Jabłecznik. W końcu Maja krzyczy: „Baba jajko!”, i to jest oficjalna wersja końcowa. Pani Teresa w ekstazie woła: „Brawo, dzieci, świetna zabawa!”, a ja pytam w myślach: Gdzie są moje żelki?

– Świetnie, dzieci! Jeszcze raz! – pada z ust starszej oficer.

I wtedy mówię z resztką nadziei w głosie:

– Mogę już iść rysować?

Robię nawet maślane oczy, ale ona tylko kręci głową.

– Trzeba się bawić razem. To bardzo ważne. Wyrabiamy normę, jesteś częścią zespołu. Bez ciebie zespół nie da rady, są KPI. Świetny kwartał, wnosisz pozytywnego ducha do zespołu.

Patrzę na ścianę. W przyszłym kwartale to ja zgarnę dyplom. Pracownik miesiąca, najlepszy w głuchym telefonie. Na razie jednak jestem w przedszkolu i już wiem, że coś tu nie gra. Nie chodzi o zabawę. Nie chodzi o innych. Po prostu mnie to męczy. Może na tym właśnie polega najbardziej niedoceniona forma odwagi – umieć nie lubić czegoś głośnego w świecie, który krzyczy: Masz to lubić! Nie wszyscy są stworzeni do bycia razem w każdej sytuacji i nie każdy chce w kółko to udowadniać. Za głośno, za blisko, za bardzo razem. Mam sześć lat i jedynego wiernego przyjaciela – pluszowego królika. Wszystko we mnie krzyczy: idź rysować! A ja tkwię w kółku. Jeszcze nie wiem, jak to nazwać.

Wspomnienia mają to do siebie, że nie zawsze przychodzą same. Czasem trzeba je sklejać ręcznie. Kadr za kadrem już trochę przetartym na brzegach. Odtwarzam stare VHS-y, przewijam, zatrzymuję, znów przewijam. Może gdzieś tam jest ta klatka, ta jedna, w której coś się zacięło. Albo po prostu przestało iść dalej.

Z czasem łatwiej było przyjąć, że jestem typem od siedzenia z boku. Że po prostu tak mam. Nie muszę więc podchodzić, zagadywać, kombinować. Liczyć oddechów przed wypowiedzeniem zdania, które i tak pewnie nikogo nie obchodzi. W razie czego mogę zamilknąć. Albo wyjść do łazienki. Albo się nie pojawić. By nie ryzykować tej niezręcznej ciszy, gdy wszyscy nagle przestaną się śmiać, a ja będę się zastanawiał, czy to moje jedno zdanie zepsuło całą atmosferę. Miło było wierzyć, że to świat mnie ukształtował, wcisnął w jakąś formę i to w nim coś się posypało, nie we mnie. Bo jak wina jest zbiorowa, to kara się rozmywa. W podstawówce mówiłem, że chcę być jak Da Vinci – człowiek od wszystkiego. Nauczycielka westchnęła. „Ale na tym nie zarobisz”, powiedziała i wtedy pierwszy raz pomyślałem, że świat już wszystko ustalił za mnie. Że miejsce zostało mi przydzielone. I nie będzie to gabinet z oknem, tylko kółko z głuchym telefonem.

Najtrudniejsze nie jest to, że ktoś cię nie rozumie. Najtrudniejsze jest to, że zaczynasz w to wierzyć. A potem otwierasz usta i momentalnie coś w tobie milknie.

Piękna wymówka, prawda?

Dlaczego nie napiszesz książki?

A daj spokój, ja? Nie mam nic ciekawego do powiedzenia.

Może warto poznawać ludzi?

Ale po co? Żeby znowu tłumaczyć, czemu nie lubię imprez, czemu milczę przy stole? Zresztą jak się odezwę, to i tak wyjdzie niezręcznie. Albo za cicho, albo nie w porę. Dlatego lepiej nawet nie zaczynać.

Zrób coś ze sobą.

A niby co? Przebiorę się za kogoś, kto umie działać? Kogoś, kto nie analizuje w nieskończoność każdego swojego ruchu, zamiast go wykonać? Przecież i tak nie będzie mnie w tym widać. Nie ma sensu.

To są dobre wymówki. Dbają o mnie, mówią: Zostań w domu, Tutaj jest bezpiecznie. Po co się narażać?, a ja im wierzę. Bo brzmią jak troska. I mają rację – do momentu, aż człowiek się udusi własnym bezpieczeństwem.

I tak to noszę – całe to „nie ma sensu” – jak dobrze skrojony sweter. Niby kaszmir, ale z metką „100% poliester”. Miękki, dopóki nie zacznie gryźć w kark. Z czasem nawet samotność potrafi leżeć na człowieku jak ubranie szyte na miarę. Tylko pytanie: Kto cię mierzył? Czy dano ci wybór? Czy ci się podoba? Bo jak długo można nosić coś niewygodnego, aż uzna się to za swój styl? I czy da się jeszcze odróżnić strój, w którym dobrze się czujesz, od tego, który ktoś ci wybrał i wmówił, że świetnie leży?

Nie ma wielkiego pęknięcia, jest tylko seria mikrorys. Tak cienkich, że nie widać ich gołym okiem, to przez nie jednak przecieka codzienność.

Terapeuci mówią, że trzeba szukać w przeszłości. Przekopujesz ją więc, ale znajdujesz jedynie kolejne warstwy pytań. Nie ma co naprawiać. Nic się nie zepsuło. I właśnie to jest najgorsze – że nie ma winnego. Nie ma wielkiego pęknięcia, jest tylko seria mikrorys. Tak cienkich, że nie widać ich gołym okiem, to przez nie jednak przecieka codzienność.

Do dziś męczą mnie duże grupy. Nie dlatego, że nie lubię ludzi. Po prostu każde spojrzenie to jak znikający procent baterii, a ja nigdy nie wiem, ile będzie mnie kosztować bycie sobą. Ale nie tylko ja tak mam. Na weselach, szkoleniach, spotkaniach zawsze ktoś znika na papierosa, siedzi w kiblu, scrolluje, jakby od tego zależało życie. Wszyscy niby razem, lecz osobno. Jakby każdy w głowie miał swój mały pokój paniczny, w którym może się schować. I najgorsze jest to, że inni nie mają o tym pojęcia. Ludzie widzą jedynie, że siedzisz. Nie widzą, ile wysiłku musisz włożyć w to, żeby nie wstać i nie wyjść.

Ja? Niby mam swoje sposoby. Mówię, że wychodzę, kiedy chcę. Że nie piję, bo nie muszę. Że dbam o siebie. I to wszystko prawda. Tak samo jak to, że kolekcjonuję eleganckie formy ucieczki. Takie, które nie wzbudzają podejrzeń. Garnitur z metką „introwertyk” leży na mnie idealnie, no, może jest trochę za ciasny w klatce.

Słyszałem to milion razy: Jest nieśmiały, nie poradzi sobie. Tyle że nie chodzi o nieśmiałość. Nie chce mi się gadać, bo większość rozmów i tak jest o niczym. Small talk to tortura w odcinkach. Teraz rozumiem, czemu Steve’owi Jobsowi zależało na tym, żeby iPhone był aż tak przydatny. Dzięki niemu mamy gdzie się schować. I nie musimy patrzeć sobie w oczy.

Przerywam pisanie. Drapię się po karku, jakby naprawdę coś mnie swędziało. Podchodzę do okna. Pędzi tramwaj, dzwoni na gościa wpatrzonego w komórkę. Ten przechodzi na czerwonym, nawet nie podnosi głowy. Nie słyszy albo ma to gdzieś. Już otwieram usta, już napinam mięśnie, żeby uderzyć w szybę, ale nic się nie dzieje. Ręka jest nieruchoma, tramwaj hamuje, gość znika za rogiem. Ktoś na przystanku się krzywi, lecz nikt nic nie mówi. Przez chwilę mam ochotę ich policzyć – ilu jest takich jak ja? Ale nie liczę. Może to właśnie różni dzieci od dorosłych – dzieci chowają się pod kocem, dorośli pod kalkulacją.

Wracam do pisania, choć kark nie przestaje mnie swędzieć.

jak spieprzyć dziecko w pięciu prostych krokach (i nie ponieść żadnych konsekwencji)

Krok 1. Mów: Nie marudź

Gdy płacze, boli, krzyczy – nie tłumacz, nie pytaj. Po prostu każ przestać. Ból? Przejdzie. Emocje? Miną. Trzeba się hartować. Tylko słabi płaczą. Tylko histerycy mówią, co czują. A przecież nie chcesz mieć histeryka. Chcesz mieć małego funkcjonariusza, który wie, kiedy siedzieć prosto i nie robić scen.

Krok 2. Wprowadzaj zasady, ale nie tłumacz po co

„Bo tak trzeba”. „Wszyscy tak robią”. Jeśli zapyta dlaczego – zig­noruj. Jak się uprze – powiedz, że nie dyskutuje się z dorosłymi. Najważniejsze, żeby zrozumiało, że świat nie jest po to, by je rozumieć. Świat ma być wygodny dla innych.

Krok 3. Chwal, ale tylko wtedy, gdy zrobi coś „jak trzeba”

Nie za próbę. Nie za kreatywność. Nie za emocje. Chwal za zgodność ze wzorem. Rysujesz pięknie? Ale czemu różowe niebo? Rysuj jak człowiek sukcesu. Rysuj tak, żeby podobało się na Instagramie.

Krok 4. Wpychaj do grupy

Nie chce brać udziału w zabawie? Za karę nie będzie rysować. Nie lubi głuchego telefonu? Będzie siedziało tak długo, aż polubi. Zmuszanie do kontaktów społecznych to najlepsza forma treningu relacyjnego. I nie ma co mówić o granicach. Jego granice to twoje zasady. Bo przecież nie może „po prostu nie chcieć”.

Krok 5. Wklejaj etykiety jak naklejki do zeszytu

„On to taki nieśmiały”. „Zamknięta w sobie”. „Specyficzne” – mów to przy ludziach. Przy rodzinie. Przy nauczycielach. Przy nim. Niech wie, że już zostało rozpoznane. Zdefiniowane. Sformatowane. A potem zdziw się, że nie chce się otworzyć, gdy dorasta.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

wszyscy jesteśmy Luckiem

to nie nieśmiałość, to filtr ochronny

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie