Bałtyk - Tor Eystein Øverås - ebook

Bałtyk ebook

Tor Eystein Øverås

0,0
51,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Bałtyk. Podróż literacka Tora Eysteina Øveråsa to fascynująca wyprawa przez wielokulturowy region Morza Bałtyckiego. Autor, pokonując samotnie trasę z Norwegii do Danii, odwiedza Szwecję, Finlandię, Estonię, Łotwę, Litwę, niewielką część Rosji, Polskę i Niemcy. Po drodze przybliża nam bogatą historię, tradycje i literaturę tych krajów, ze szczególnym uwzględnieniem tła społecznego i politycznego, które kształtowało tamtejszych twórców. Fascynacja niejednoznacznością państwowych granic stanowi kluczowy motyw narracji. Øverås podkreśla, że mają one charakter także mentalny i kulturowy, co sprawia, że jego wyprawa staje się również podróżą wewnętrzną, pełną refleksji nad tożsamością i przynależnością.

Bałtyk. Podróż literacka to opowieść o wspólnych i unikalnych doświadczeniach narodów nadbałtyckich, ich dążeniach, marzeniach i codziennych zmaganiach. Dzięki tej książce odkrywamy, że wędrówka przez krajobrazy literackie może być równie fascynująca co podróż przez krainy geograficzne, a każda przeczytana strona to krok w głąb nas samych.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 677

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wychodzę z domu, w którym dorastałem, i zamykam za sobą drzwi. Wsiadam na rower, kilka razy mocno naciskam na pedały, a potem zjeżdżam po wyasfaltowanych stromych zboczach w kierunku miasta. Jest maj 2002 roku, pierwszy dzień miesiąca. Na twarzy czuję powiew słonego wiatru. Potem słyszę dźwięk instrumentów dętych i bębnów orkiestry Bodø Janitsjar. Na ulicy Parkveien widzę tłum maszerujący w moją stronę. Transparenty się wydymają i łopoczą na wietrze. Ci bardziej doświadczeni powycinali dziury w materiale między hasłami. Mężczyźni w pochodzie przytrzymują ręką denka kapeluszy. Burmistrz kiwa głową w stronę chodnika po lewej stronie, po prawej, znowu po lewej.

Bodø. Wieje wiatr.

Stoję na chodniku, póki nie minie mnie długi rząd wędrujących ludzi. Potem zaczynam pedałować wzdłuż ścian domów, pod jeszcze bezlistnymi gałęziami, mijam spacerujących ludzi, wolno jadące samochody, kieruję się w stronę morza. Docieram do porośniętego murawą placu, na jego skraju znajduje się kilka nagrobków tworzących półkole, za nimi widnieją pomalowane na czerwono szopy rybackie, jeszcze dalej można dostrzec kilka pagórków, a za nimi rozciąga się morze. Najwyższy kamień nagrobny ma formę obelisku. Próbuję odczytać napis wyryty w chropowatym granicie: wklęsłe litery już prawie znikły, muszę podejść krok bliżej. Czy to wiatr je zatarł? A może deszcz? Spaliny? Albo liczne palce, które przesuwały się po nich na przestrzeni lat?

Może nie tak wiele palców.

Mrużę oczy i odcyfrowuję: Pelle Molin. Poeta z Ådalen. • Multra w Szwecji 8-7-1864. † w Bodø 26-4-1896.

Można powiedzieć, że to kwintesencja historii literatury w Bodø. Literatura Bodø: nieżyjący Szwed.

Ta sieć potencjalnych powiązań, te osobiste mapy, które można stworzyć.

Długo nie miałem pojęcia, kim był Pelle Molin. Wiedziałem natomiast całkiem sporo o krajobrazie jego dzieciństwa: Ådalen w północnej Szwecji. Poznałem Ådalen za sprawą – oto kolejne powiązanie – 1 maja wiele lat temu. W norweskiej telewizji NRK panowała wówczas tradycja nadawania filmów fabularnych nawiązujących do określonych dat i akurat tamtego 1 maja puścili film Bo Widerberga Ådalen 31[1].

Obejrzałem go.

A potem zrobiłem to jeszcze raz. I jeszcze raz. I kolejny raz.

Co takiego było w Ådalen 31, co wywarło na mnie aż taki wpływ i dlaczego nadal jestem pod wrażeniem tego filmu?

Pod moimi stopami rośnie młoda, rzadka trawa. Chmury wiszą nisko. Odwracam się plecami do nagrobka Pellego Molina. Powierzchnia morza jest niespokojna, fale odcinają się bielą na niebieskim tle, poniżej czerwonych ścian szop rybackich wiatr targa kępę niskich roślin; późnym latem rozwiną się w palmy z Tromsø. Tak jest nazywany barszcz perski, dorastający do wysokości człowieka (jeżeli nie zjawi się ogrodnik miejski z piłą lub sekatorem). Patrzę ponad dachami domów na Bodø. Po przeciwnej stronie miasta pokryte lasami wzgórza pną się ku wschodowi. Za nimi, od strony Szwecji, widnieją niebieskawe góry.

W zasadzie góry często są niebieskawe.

Wokół mnie, pode mną i nade mną: krajobraz, w którym dorastałem. Oto świat taki, jakim poznałem go na początku. Stoję tutaj, na pokrytej trawą równinie przy brzegu morza, w okręgu Nordland w Norwegii, pod przesuwającymi się ciężkimi chmurami. Stoję tu ze swoim ciałem, swoją świadomością, swoimi uczuciami i myślami, a wokół mnie rozciąga się krajobraz i ten krajobraz jest dla wszystkich ludzi taki sam. Możemy różnie go odbierać, patrzeć na niego w odmienny sposób, zwracać uwagę na inne zjawiska, przypisywać mu rozmaite nastroje, może on nam się podobać lub nie, ale krajobraz jest i pozostanie taki sam. Krajobraz jest. By go dotykać. Zanurzyć się w nim. Przystanąć w nim. Przemierzać go.

Wybieram się w długą podróż.

Ta podróż ma preludium.

Wiosną 1999 roku wyruszam do Rygi. Zamierzam odwiedzić przyjaciela, który uczy tam norweskiego. Parę dni przed wyjazdem stoję w księgarni przy ulicy Karla Johana i przeglądam przewodnik turystyczny zatytułowany Scandinavian & Baltic Europe. Przewodnik zawiera informacje o krajach skandynawskich oraz trzech krajach bałtyckich: Estonii, Łotwie i Litwie. Redakcja postanowiła włączyć do Scandinavian & Baltic Europe także Petersburg i Kaliningrad. Kartkuję książkę. Jak zwykle trudno mi podjąć decyzję, rzucam okiem na inne przewodniki na półce. Może kupić ten? Albo ten? A może tamten żółty? Oglądam mapę zamieszczoną w przewodniku, tę mapę Europy Północnej widziałem nieskończenie wiele razy. Wpatruję się w nią nieobecny duchem, myślę o czymś innym i widzę więcej. Nagle dostrzegam coś. Coś, czego wcześniej nie widziałem. Mapa Bałtyku jest taka sama, nie zmieniła się, ale w przypływie nagłego wglądu zmieniło się moje postrzeganie; widzę na niej wzorce i powiązania, których przedtem nie zauważałem. Patrzę na mapę w sposób literacki, kontempluję geografię z punktu widzenia literatury. Widzę nie tylko krajobraz fizyczny, dostrzegam też ten literacki.

Doświadczyłem czegoś takiego kilka razy w życiu: rozmyślasz nad czymś długo, być może przez całe lata, a potem się zdarza, że drobny szczegół, przypadek, można powiedzieć: szczęście, nagle sprawia, że zarysowuje się wzór, dzięki któremu rozumiesz, że to tutaj zmierzałeś, że szukałeś właśnie tego.

To ma sens. Wiedziałem.

Bo przecież ma, prawda?

Ta tęsknota za powiązaniami, wzorcami, znaczeniem.

Na co patrzę? Patrzę na krajobraz, na jego geografię, na północną Europę, która rozpościera się wokół morza, dużego, zamkniętego morza – Bałtyku. Ten krajobraz, w którym morze stanowi centrum, można postrzegać jako jedno długie, kręte wybrzeże, krajobraz o jednorodnym klimacie i świetle, ale przez ten krajobraz przebiegają granice, granice między narodami, a co to oznacza? Składają się na niego jednolite masy lądu, powiązane ze sobą lasy, powiązane ze sobą łańcuchy gór, równiny przechodzące jedna w drugą, długie linie brzegowe, morska toń rozkołysana pomiędzy tymi brzegami. Ale przez ten krajobraz, razem z jego kontekstami i powiązaniami, przebiegają granice, granice dzielące go na kawałki, tu jeden naród, tam inny: jakie ma to znaczenie dla literatury tworzonej w tym krajobrazie? Czym jest naród? Granice oddzielające narody przecinają pejzaż, tną lasy i góry, dzielą na pół rzeki, a po każdej stronie, być może w odległości zaledwie kilku metrów lub kilometrów od granicy, skazuje to mieszkańców na sytuacje historyczne tak odmienne, że aż trudno to pojąć. A granice w dodatku nie są niezmienne. Przesuwano je i zmieniano. W latach wojen granice falowały tam i z powrotem przez krajobraz niczym niespokojne wstęgi. Narody pojawiały się i znikały, i potem pojawiały się ponownie. Zawiązywały się i kończyły unie. Ziemia należąca do jakiegoś narodu nagle zaczynała należeć do innego. Rzeki i jeziora, góry i miasta zmieniały nazwy.

Drżenie przebiegające ciało, gdy zrozumiałem, że Kaliningrad to dawny Königsberg, a Gdańsk to dawny Danzig.

Wschód to Wschód, Zachód to Zachód, nigdy się nie spotkają. Jednak na mapie widzę, że Wschód spotyka się z Zachodem, że wybrzeże Bałtyku rozciąga się zarówno na „Wschodzie”, jak i na „Zachodzie”, że granica między „Wschodem” a „Zachodem” nie była zawsze taka sama, krajobraz zaś, który bynajmniej nie jest niezmienny, i tak pozostaje bardziej niezmienny i trwały niż narody, które w różnych czasach zgłaszały swoje prawa do tych terenów, mówiąc: To należy do nas.

Kilka lat temu zadałem koledze pytanie: Czy to nie fascynujące, że Thomas Mann, pochodzący z Lubeki, starego miasta hanzeatyckiego, jest prawie Skandynawem? Kolega nie uznał tego za fascynujące. Moja wypowiedź wydała mu się dziwnie ograniczona. Jakie ma znaczenie fakt, że Mann jest prawie Skandynawem? Ale mnie chodziło o to, choć być może wyraziłem się niezbyt zgrabnie, żeby spróbować przenieść Thomasa Manna w inny kontekst, szerszy od kontekstu jego własnego narodu. A zarazem wynieść swój własny naród, swoją Norwegię, ponad nią samą i osadzić ją w kontekście innym, szerszym niż tradycje oraz związki istniejące w obrębie granic, które obecnie ją wyznaczają. Hanza stanowiła sieć handlową scalającą tereny nad Bałtykiem, tak jak wcześniej robili to wikingowie podróżujący szlakami wodnymi. Mann napisał lubecką powieść o domu handlowym Buddenbrooków, ale wcześniej przeczytał zapewne stavangerską powieść Alexandra Kiellanda o domu handlowym Garman & Worse.

Patrzę na krajobraz, który jest cały, nie podzielony.

Nie ja pierwszy to widzę.

Zaczynam czytać. Byłem przyzwyczajony do myślenia, że morza i rzeki wyznaczają podziały, że rzeki to granice, ale historycznie rzecz ujmując, jest dokładnie przeciwnie; morza i rzeki jednoczyły, stanowiły najprostsze drogi transportowe, łączyły ludzi; to Bałtyk ich łączył ze sobą. Być może to raczej góry wyznaczają podziały. Patrząc z tej perspektywy, Norwegia i Szwecja są zwrócone do siebie plecami.

Norwegia jest otwarta na morze, na zachód, Szwecja na wschód. Norwegia zwraca się ku zachodowi. Gdybym jednak podróżował z Norwegii na zachód, zobaczyłbym tylko wodę. Gdybym pojechał na wschód, ujrzałbym ogromne obszary i poznał różne narody. Zmienia się moje postrzeganie geografii. Rozpada się to, co było powiązane. A woda, którą zawsze uważałem za granicę, przekształca się w element łączący.

Czuję, że chciałbym ustalić zależności istniejące w tym zakątku świata, w którym przypadkiem przyszło mi się urodzić. Chcę wyruszyć na wielką wyprawę, ale nie do Włoch czy Grecji, tylko do krajów ościennych, krajów położonych wokół Bałtyku.

Uczucie, że mało wiem o tym, co się dzieje w krajach ościennych. Uczucie, że dużo wiem o tym, co się dzieje w wielkim kraju oddalonym o transatlantycki lot na zachód.

Helsinki leżą bliżej Norwegii niż Los Angeles. Los Angeles jest bliższe Norwegii niż Helsinki.

Podróżuję palcem po mapie wokół Morza Bałtyckiego. Przejeżdżam przez obszar protestantyzmu, prawosławia, katolicyzmu i pozostałości niegdyś tak silnej kultury żydowskiej. Przejeżdżam przez krajobraz polityczny ukształtowany przez socjaldemokrację, liberalizm ekonomiczny, kapitalizm, komunizm i faszyzm. Myślę, że to historia XX wieku w pigułce. Myślę, jak wiele łączyło te kraje w toku dziejów. Oraz o tym, jak radykalnie zostały podzielone i rozdarte w minionym stuleciu.

Literatura i krajobraz, myślę. Literatura i naród. Dlaczego bardziej oczywiste wydaje się napisanie historii literatury norweskiej, historii literatury szwedzkiej albo rosyjskiej czy polskiej niż historii literatury krajów nadbałtyckich? Albo dlaczego nie ma historii literatury północnej, historii literatury północnoeuropejskiej lub fińsko-estońskiej?

Co sprawiło, że spojrzałem na mapę obszarów nad Bałtykiem „nowymi” oczami? Czy to, że Petersburg, a właściwie tradycja literacka tej metropolii została połączona z krajobrazem nordyckim, poszerzyła go i nagle może być postrzegana jako powiązana z literaturą nordycką, a nie jako obca literatura pisana innym alfabetem? Czy dlatego, że wycinek mapy pokazuje także wybrzeża Polski i Niemiec, jakby znosząc znaczenie granic narodowych, a wywyższając Bałtyk, jako płynne centrum, ku któremu rozciągają się kraje?

Dorastałem podczas zimnej wojny. Bałtyk był morzem, które dzieliło. Morzem, nad którym zestrzeliwano samoloty i w którym łodzie podwodne z jednego kraju szły na dno przy szkierach innego.

Nie mogę dostrzec granicy biegnącej pod wodą.

Pragnę odbyć podróż przez sztukę i literaturę wokół tego morza. Pragnę opuścić ten krajobraz, w którym w tym momencie stoję, porzucić widoki okręgu Nordland, krajobraz Knuta Hamsuna, i wyruszyć do Tromsø Cory Sandel, do Boden Eyvinda Johnsona, do Västerbotten Pera Olova Enquista, na Archipelag Sztokholmski Augusta Strindberga i do jego Czerwonego pokoju w Sztokholmie, na Gotlandię Ingmara Bergmana i Andrieja Tarkowskiego, do fińskich lasów Aleksisa Kivisa i do Helsingfors[2] Henrika Tikkanena, na Półwysep Karelski Edith Södergran, do Petersburga należącego do Gogola, Gonczarowa, Dostojewskiego, Vladimira Nabokova i Anny Achmatowej, do Rygi Siergieja Eisensteina, do Królewca (Königsberg) Immanuela Kanta, do Gdańska (Danzig) Güntera Grassa, do powieściowej krainy z Effi Briest Theodora Fontane gdzieś w okolicach Szczecina (Stettin), na Rugię Caspara Davida Friedricha, do Lubeki Thomasa Manna, do Husum Theodora Storma, do Seebull Emila Nolde, do Kopenhagi Toma Kristensena, do hamletowskiego Kronborga, do Malmö Bo Widerberga, do Kristianii[3] Amalie Skram, do Bergen Agnara Mykle, i wrócić wzdłuż północnych wybrzeży Norwegii opisywanych przez Pettera Dassa.

Na przykład.

*

Krótkie źdźbła trawy na równinie gwałtownie gną się na wietrze. Pozostawiam nagrobek Pellego Molina i zaczynam pedałować pod wiatr. Wieczorem, gdy już spakowałem plecak oraz mały plecak podręczny, oglądam na wideo swoją podniszczoną i ziarnistą kopię Ådalen 31.

Kolory i dźwięki północnoszwedzkiego lata. Oto Kjell, jego ojciec, matka, brat i młodsza siostra. Kjell i upodlony alkoholik. Kjell i jego kolega, który stara się zahipnotyzować dziewczynę, żeby ją rozebrać. Kjell po raz pierwszy siedzi nago przed dziewczyną i mówi titta inte[4]. Ona mówi, że mu stanął. Córka dyrektora i syn robotnika. Kjell po raz pierwszy przychodzi do domu dyrektora i może przeglądać albumy ze sztuką, a żeby nauczyć się poprawnej francuskiej wymowy, musi powtarzać za matką dziewczyny: Pierre-Auguste Renoir, Pierre-Auguste Renoir. Przestrzenie między ludźmi. Że zarówno robotniczą, jak i mieszczańską rodzinę przedstawiono z wnikliwością. Że wielki świat wdziera się do małego świata, a mały do wielkiego. Widok długiego, wąskiego pociągu z robotnikami, który wije się przez krajobraz kulturowy, łudząco przypomina obraz Eugène’a Janssona. Widerberg spotkał się z krytyką ze strony środowisk lewicowych, gdy w 1969 roku odbyła się premiera filmu.

Wypaczył przesłanie polityczne.

Północnoszwedzkie lato. Przedstawiony w filmie krajobraz to Norrlandia w Szwecji, Ådalen w prowincji Ångermanland, lecz są tam brzozy, jakie znam, jasne wieczory i letnie noce, jakie znam z miejsca położonego trochę bardziej na południowy wschód, po drugiej stronie granicy, w innym kraju, w Szwecji.

Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Nigdy wcześniej nie dostrzegałem tego powiązania. Nigdy nie śledziłem równoleżników, jedynie południki. Odkryłem, że budując powiązanie ku wschodowi, wzdłuż równoleżnika, do Szwecji, przebyłem taką samą, a może dłuższą drogę niż wzdłuż południka na południe lub na północ w swoim kraju, Norwegii.

Poza tym to właśnie wartość artystyczna Ådalen 31 uderzyła mnie niczym zaciśnięta pięść z zorzy polarnej. Sztuka filmowa z nieurodzajnej krainy skąpanej w zmieniającym się świetle, tuż za kołem polarnym. To jednak nie była pocztówka z Nordlandu ani pompatyczna adaptacja Hamsuna (taka jak pompatyczna adaptacja Victorii, którą nakręcił później sam Bo Widerberg; historia o synu młynarza i uczuciu ponad podziałami klasowymi opowiedziana raz jeszcze).

Gdy szukałem wytłumaczenia, czemu Ådalen 31 poruszył mnie bardziej niż inne filmy, z którymi można go porównywać, zacząłem stopniowo rozumieć, że nie stało się tak tylko dlatego, że to znakomite dzieło, ale również z tego powodu, że wychodzi naprzeciw mnie osobiście i moim doświadczeniom, ponieważ rozgrywa się na tej samej szerokości geograficznej, na której dorastałem. Bo ja i Ådalen 31 byliśmy sąsiadami. Ale tego sąsiada nikt mi nie przedstawił.

Zauważyłem, że również inne dziedziny sztuki, które wywarły na mnie wrażenie, zostały powołane do życia w tym północnym krajobrazie i spowijającym go świetle. Zobaczyłem to w adaptacji filmowej Powieści o Olofie autorstwa Eyvinda Johnsona, stworzonej przez Jana Troellsa. Dostrzegłem to w filmach Nikity Michałkowa Obłomow oraz Spaleni słońcem. Zadziwiłem się, że Dostojewski mógł nadać tytuł Białe noce swojemu opowiadaniu, którego akcja dzieje się w Petersburgu, mieście leżącym na tej samej szerokości geograficznej co Oslo. I poczułem się uszczęśliwiony, kiedy po raz pierwszy odkryłem na mapie, że Oslo, Sztokholm, Helsinki i Petersburg również leżą na niemal identycznej szerokości. Geografia stała się przyczyną, za sprawą której rysowały się przede mną nowe wzory. Trochę jak na tych kartkach pełnych czarnych punkcików, które dostawałem, będąc dzieckiem. Jeśli dobrze połączyłem je ołówkiem, z kartki wyłaniał się obraz.

Chciałem ruszyć w podróż między tymi punktami, odkryć nigdy wcześniej niedostrzeżone wzory.

Uczynić Norwegię mniejszą. I większą.

*

Skutvik, Hamarøy, sierpień 2001 roku.

Siedzę na przybrzeżnej skale i podążam wzrokiem za przyjacielem. Wędruje po jasnym piasku na plaży przy miejscowej gospodzie. Świeci słońce i jest ciepło, jak to często bywa w Nordlandzie w sierpniu; jedno z tych lat, które rozkwitają pod koniec. Morze lśni, a po drugiej stronie fiordu pną się w górę porośnięte lasem i wciąż zielone zbocza. Przyjaciel jest wysoki, chudy, trochę tykowaty – miękkimi, gibkimi ruchami przykuca na brzegu.

Robi to często.

Coś zobaczył.

W piasku.

Teraz nadal siedzi w kucki. Jego długie palce przegrzebują piasek, zatrzymują się, wyciągają coś, odkładają na bok, przyjaciel nabiera garść piasku i cedzi ziarenka między palcami, znajduje coś, unosi do oczu, przygląda się czemuś badawczo i wkłada to do kieszeni.

Pewnie muszelkę. Może kamyk. A może nawet skamielinę.

Gdy przyjaciel coś znajduje, z uśmiechem unosi wzrok.

Fascynuje mnie. Fascynuje, bo widzi rzeczy, których ja nie dostrzegam.

Za każdym razem, gdy przybój się cofa, na twarzy mojego przyjaciela pojawia się wyraz szczególnej czujności. On się zastanawia, czy fala nie zostawiła czegoś ciekawego.

Obwożę go po okręgu Nordland i pokazuję mu różne miejsca. Zatrzymujemy się za każdym razem, gdy dotrzemy do jakiejś plaży. Za każdym razem robimy to, co teraz: on chodzi tam i z powrotem wzdłuż linii wody, a ja siedzę na skale albo na kamieniu, patrzę na przyjaciela nieobecnym wzrokiem i rozmyślam. On wędruje ze wzrokiem wbitym w piasek i wodę, lecz gdy na niebie pojawia się orzeł, to on pokazuje go palcem, nie ja. Znajduje jeżowce, których nigdy wcześniej nie widział, är det möjligt[5]. Okładniczki. Znajduje kruche, białe jak kość, niemal przejrzyste muszle jeżowców bez kolców. Nikt ich wcześniej nie widział. Ani ja, ani moi koledzy z dzieciństwa. Gdy on znajduje jeżowca, który wciąż ma futerko, moja matka myśli, że to torebka owocu.

A to ja tu dorastałem, nie on.

Zaczynam wątpić, czy w ogóle dostrzegam mijany krajobraz.

Muszę nauczyć się patrzeć.

Drogą schodzą dwaj chłopcy z psem. Jeden z chłopców jest niski, drugi przewyższa go o głowę. Mają dziesięć lat, może dwanaście i szukają mnie wzrokiem. Gdy tylko docierają do plaży, pies pędem wbiega w fale. Mniejszy chłopiec woła do niego kilka razy surowym tonem: do mnie, do mnie, ale nie ma żadnego autorytetu. Chłopcy podchodzą do mnie. Pytają, czy się kąpałem.

– Nie – odpowiadam. – A wy?

– Nie dziś, ale wiele razy tego lata.

– Ile?

Nie, tego nie pamiętają.

– To nieźle – mówię – że można się tu kąpać tak często.

– Nie mogę narzekać – mówi ten wyższy.

Zastanawiam się, skąd zna ten zwrot. To wydaje się do niego nie pasować.

Pytają, co robi mój przyjaciel, czy czegoś szuka, czy coś zgubił.

– On szuka cały czas – wyjaśniam. – Nic nie zgubił, ale zawsze coś znajduje.

Teraz wyglądają na niezadowolonych. To były zbyt wyszukane słowa.

– Skąd jesteście?

– Z Bodø. A on – mówię, wskazując na przyjaciela – ze Sztokholmu.

Już lepiej. Trochę im to zaimponowało.

– Ze Sztokholmu – powtarza ten niższy. W jego ustach brzmi to, jakby Sztokholm leżał bardzo daleko.

Teraz już wiedzą i odwracają się do mnie tyłem. Śledzę wzrokiem drobne ciała drepczące na nagich stopach po żwirowej ścieżce pełnej kamyczków w stronę osiedla mieszkaniowego. Kilka razy odwracają się i wołają: do mnie, do mnie.

W końcu udaje im się skłonić psa do wyjścia z wody. Energicznie otrząsa futro i biegnie za nimi.

Robię sobie spacer na skraj morza. Lekka bryza na twarzy. Pagórki i małe zatoczki. W jednej z nich potykam się o kilka zardzewiałych gwiazdek, gryf od skrzypiec i kamienny pucharek. Przedmioty po prostu leżą rozrzucone po skale w zasięgu fal. Morze uderza w nie leniwie, cofa się i uderza ponownie. Są jak rozgwiazdy wyrzucone przez wodę na ląd. Jak gwiazdy, które spadły z nieba. Jak rzeczy z wraku. Jak złom, który rdzewieje na głazach na plaży.

Potykam się o nie całkiem niespodziewanie. Odczuwam gorącą radość. Znalazłem rzeźbę Steinara Christensena Stella Maris. Nie prowadzi do nich żadna oznakowana droga. Po prostu tam leżą.

Wołam przyjaciela.

W drodze przez Nordland w te sierpniowe dni zatrzymujemy się i oglądamy wiele rzeźb powstałych w ramach projektu Skulpturlandskap Nordland. Stopniowo przeradza się to w konkurencję sportową. Zaczynamy układać plan podróży pod kątem rzeźb. Zaczynamy nadkładać drogi. Okrężne drogi robią się coraz dłuższe. I jeszcze trochę dłuższe. W którymś momencie stają się bezdrożami.

A więc jesteśmy tam, gdzie chcemy być.

Ostatniego dnia pobytu mojego przyjaciela w Norwegii wiozę go do Narwiku. Ma pojechać pociągiem dawną trasą do przewożenia rudy żelaza przez Kirunę do Sztokholmu. Na moście przez fiord Efjorden patrzę na zegarek i mówię: do jasnej cholery, zdążymy. Za mostem skręcam w lewo i podążam wąską, pełną dziur drogą. Jadę, póki nie zobaczymy fiordu Vestfjorden. A gdy go widzimy, dostrzegamy też rzeźbę Inge Mahn. Kamienny portal. Mój pasażer zauważa, że wśród rzeźb jest wiele portali.

Portali, przez które można oglądać krajobraz?

Rzeźba Inge Mahn składa się z tego portalu, kamiennych kul oraz kręgów wyrytych w skalnym podłożu. Formy są proste i geometryczne. Wokoło wznoszą się góry. Vestfjorden rozpościera się jak wielki, mokry płaskowyż, a długi statek do transportu rudy wolno wypływa z Narwiku. Statek jest głęboko zanurzony w morzu. Kilka kutrów rybackich kołysze się spokojnie w miejscu.

Czerwone. I żółte.

Nad głowami mamy chmury – ani lekkie, ani ciężkie, po prostu szare.

Całkiem zwykły szary dzień.

Obchodzimy rzeźbę, przechodzimy przez nią, dotykamy jej, siadamy na niej. Odwracam się do niej tyłem i patrzę na krajobraz wokół. Zamyślam się. Nagle to widzę. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem, patrzę na krajobraz nowymi oczami, nowymi oczami widzę jego kształty i linie. Patrzę, jak te kształty i linie, które oglądałem już tyle razy, jawią się jako niemal obce, jako coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem. Powodem tego, że krajobraz jawi mi się jako coś obcego, czego jeszcze nigdy nie widziałem, jest to, że rzeźba Inge Mahn stoi tam, gdzie stoi, nad Vestfjorden. Patrzę na krajobraz nowymi oczami, bo dostrzegam, że rzeźba została umiejscowiona w relacji do krajobrazu. I gdy tylko pomyślałem tę myśl, dociera do mnie, jakie to oczywiste. Przecież za projektem Skulpturlandskapet kryje się cała koncepcja. Każdy rzeźbiarz umieszcza swoje dzieło w określonym miejscu w krajobrazie. Tego miejsca nie wybrano przypadkiem. Miejsce wpływa na rzeźbę, rzeźba wpływa na miejsce. Patrzę na krajobraz poprzez rzeźbę i na rzeźbę poprzez krajobraz. Fascynująca jest nie tyle rzeźba sama w sobie, ile sposób jej umiejscowienia. Rzeźby odcinają się od krajobrazu, są czymś innym niż on, pozostają jednak w relacji do niego i stanowią jego część. Jakbym został wrzucony z powrotem w krajobraz, a krajobraz został z powrotem narzucony na mnie.

W drodze do Narwiku mijamy wiele plaż, a mój pasażer chce, żebyśmy zatrzymywali się przy każdej z nich. Mówię, że nie, tak się nie da. Wtedy on zaczyna swoim nienagannym angielskim: I know not what I appear to the world, but to myself I seem to have been only like a boy playing on the seashore, and diverting myself in now and then finding a smoother pebble or a prettier shell, whilst the great ocean of truth lay all undiscovered before me[6].

To Newton.

Nie pierwszy raz podczas tej podróży przyjaciel wygłasza ten cytat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1]Ådalen 31 – szwedzki film z 1969 roku w reżyserii Bo Widerberga; nawiązuje do wydarzenia z 1931 roku, które w historii Szwecji symbolizuje największy przełom polityczny: wojsko otworzyło ogień do strajkujących robotników, zabijając pięć osób (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy).
[2] Helsingfors – szwedzka nazwa Helsinek, używana w Skandynawii.
[3] Kristiania – dawna nazwa Oslo.
[4]Titta inte (szw.) – Nie patrz.
[5]Är det möjligt (szw.) – Jak to możliwe.
[6]I know not what I appear to the world... (ang.) – Nie wiem, kim wydaję się dla świata, ale sam dla siebie byłem małym chłopcem, który bawi się na plaży, znajdując coraz to gładszy kamyk lub ładniejszą muszelkę, podczas gdy ocean prawdy leżał nieodkryty przede mną.
Tytuł oryginałuTIL: EN LITTERÆR REISE
Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech
Redaktor prowadzącyDominik Leszczyński
RedakcjaKrystyna Podhajska
KorektaTeresa Zielińska Anna Burger
Konsultacja literackadr Bartłomiej Siek
Copyright © Tor Eystein Øverås, Gyldendal Norsk Forlag 2005 Published by the agreement with Stilton Literary Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland Copyright © for the Polish translation by Ewa M. Bilińska, 2025 Copyright © for the Polish translation by Marta Petryk, 2025 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2025
ISBN 978-83-8360-261-5
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa
Konwersja: eLitera s.c.