Balerina z Auschwitz - Edith Eger - ebook + audiobook + książka

Balerina z Auschwitz ebook i audiobook

Eger Edith

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Poruszająca historia na podstawie bestsellera Wybór. Przetrwać niewyobrażalne i żyć

W 1944 roku szesnastoletnia balerina Edith trafia do Auschwitz. Przechodzi przez niewyobrażalne doświadczenia, a po wyzwoleniu obozu zostaje odnaleziona ledwie żywa, wyciągnięta ze stosu ciał.

Wiele lat później Edith Eger – światowej sławy terapeutka ocalała z Holokaustu – porusza serca milionów czytelników swoja niezwykła opowieścią o sile i przetrwaniu w bestsellerowej książce Wybór.

W tej poruszającej historii Edith powraca do swoich wojennych przeżyć, ukazując je z perspektywy nastoletniej dziewczyny.

Dzięki temu nowemu spojrzeniu autorka przybliża wstrząsające wydarzenia czytelnikom w każdym wieku, niosąc przesłanie nadziei, które sprawi, ze jej historia nigdy nie zostanie zapomniana.

Jej historia zmieniła mnie na zawsze. Oprah Winfrey

Niezwykła… pozostanie w twojej pamięci na długo po przeczytaniu. Bill Gates

Jedna z tych rzadkich i ponadczasowych historii, których nie chcesz kończyć. Desmond Tutu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 201

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 35 min

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Podziękowania

Dzię­kuję mojemu wnu­kowi, Jor­da­nowi Engle’owi, który nie pozwo­lił mi porzu­cić pomy­słu napi­sa­nia książki dla mło­dzieży, który był prze­wod­ni­kiem i opie­ku­nem tego pro­jektu i pro­muje moją pracę i moje dzie­dzic­two.

Dedykacja

Dedy­kuję tę książkę pię­ciu poko­le­niom mojej rodziny:

mojemu ojcu Lajo­sowi, który nauczył mnie się śmiać;

mojej matce Ilo­nie, która pomo­gła mi odna­leźć w sobie to, czego potrze­bo­wa­łam;

moim pięk­nym, nie­sa­mo­wi­tym sio­strom Mag­dzie i Kla­rze;

moim dzie­ciom: Marianne, Audrey i Joh­nowi;

ich dzie­ciom: Lind­sey, Jor­da­nowi, Rachel, Davi­dowi i Ash­ley;

i ich wnu­kom: Sila­sowi, Gra­ha­mowi, Hale, Noah, Dyla­nowi, Mar­co­sowi i Rafa­elowi.

Od autorki

Od autorki

Drogi Czy­tel­niku! Piszę tę książkę od pra­wie osiem­dzie­się­ciu lat. Kiedy jako szes­na­sto­latka prze­ży­łam hor­ror Holo­kau­stu, kiedy patrzy­łam, jak dora­stają moje dzieci, potem wnuki i pra­wnuki, kiedy byłam nauczy­cielką w szkole śred­niej i zosta­łam psy­cho­lożką spe­cja­li­zu­jącą się w lecze­niu traumy, nawią­zu­jąc więzi z uko­cha­nymi pacjen­tami i słu­cha­czami na całym świe­cie – wtedy już w gło­wie pisa­łam do cie­bie. Pra­gnę­łam poka­zać ci narzę­dzia, które pomo­gły mi prze­żyć nie­wy­obra­żalne, pra­gnę­łam, byś poznał histo­rię o tym, do jakiego zła jest zdolny czło­wiek, i histo­rię o tym, jak nie­ugię­cie my umie­li­śmy mieć nadzieję.

Czuję odpo­wie­dzial­ność, żeby podzie­lić się swoją histo­rią. Opo­wie­dzieć o tym, co się stało, żeby­śmy ni­gdy nie zapo­mnieli, a także podzie­lić się dzie­dzic­twem nadziei i woli życia, żeby śmierć moich rodzi­ców i milio­nów innych ludzi nie poszła na marne. Chcę, by trwał triumf i cele­bra­cja życia.

Czuję, że wresz­cie nad­szedł ten moment. Nie­cały rok temu, tuż przed set­nymi uro­dzi­nami, zmarła moja sio­stra Magda. Uświa­do­mi­łam sobie wtedy, że jeśli teraz nie napi­szę dla cie­bie tej książki, to mogę stra­cić tę szansę. Moty­wuje mnie więc wła­sna śmier­tel­ność.

Moty­wuje mnie też twoje życie. Widzę wiel­kie wyzwa­nia, jakim sta­wiasz czoła w dzi­siej­szym świe­cie, nie­po­ko­jące zja­wi­ska, takie jak prze­moc z uży­ciem broni pal­nej, nęka­nie w sieci, zmiana kli­matu, glo­balna pan­de­mia, szo­ku­jąco wysoki odse­tek osób żyją­cych z lękiem, depre­sją, w roz­pa­czy, wskaź­niki doty­czące liczby samo­bójstw. Chcę wyko­rzy­stać swoje pra­wie dzie­więć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nie ist­nie­nie na tej pla­ne­cie, nie­mal wiek życia, prze­miany i ule­cze­nia, by zostać twoją che­er­le­aderką i obroń­czy­nią. Chcę zapro­po­no­wać ci emo­cjo­nalny i duchowy wzo­rzec radze­nia sobie z nie­unik­nio­nym cier­pie­niem i pro­ble­mami, jakie w życiu napo­tkasz. Chcę prze­ka­zać ci coś na piśmie wła­śnie w chwili, kiedy dora­stasz, akcep­tu­jesz swoje dzie­dzic­two i doświad­cze­nia, uczysz się swo­jej siły i prawdy o sobie, decy­du­jesz o tym, jak ukształ­to­wać życie, któ­rego pra­gniesz.

Oddaję ci tę książkę z wdzięcz­no­ścią i nadzieją, że prze­czy­tasz moją histo­rię i poczu­jesz, że nie jesteś sam w tej dziw­nej sztuce, jaką jest bycie czło­wie­kiem. Z nadzieją, że prze­czy­tasz moją histo­rię i pomy­ślisz: „Skoro ona dała radę, to ja też dam!”. Oddaję ci tę książkę, abyś ty też mógł doko­nać prze­miany syn­dromu ofiary i posta­no­wił, że prze­tań­czysz życie, i to nawet w pie­kiel­nych oko­licz­no­ściach. Oddaję ci moją opo­wieść, aby zachę­cić cię, byś został amba­sa­do­rem pokoju i byś doko­ny­wał wybo­rów w swoim życiu. Oddaję ci tę książkę, abyś mógł żyć w taki spo­sób, który pozwoli ci być sobą – cen­nym i wol­nym.

Z naj­ser­decz­niej­szym pozdro­wie­niem

Edie

paź­dzier­nik 2024 roku

Prolog

Pro­log

Gdybym miała skon­den­so­wać całe moje życie do jed­nej chwili, jed­nej migawki, wyglą­da­łaby tak: trzy kobiety w ciem­nych weł­nia­nych płasz­czach, objęte, stoją na wydep­ta­nej ziemi. Są wycień­czone. Mają zaku­rzone buty. Cze­kają w dłu­giej kolejce.

Te trzy kobiety to moja matka, moja sio­stra Magda i ja. To nasza ostat­nia wspólna chwila. Jesz­cze tego nie wiemy. Nie chcemy o tym myśleć. A może jeste­śmy zbyt zmę­czone, żeby snuć sce­na­riu­sze przy­szło­ści. To moment oddzie­le­nia – matki od córek, dotych­cza­so­wego życia od tego wszyst­kiego, co nastąpi. Ale dopiero z per­spek­tywy czasu można nadać mu to zna­cze­nie.

Widzę naszą trójkę od tyłu, tak jak­bym była następna w kolejce. Dla­czego umysł rysuje wspo­mnie­nie tyłu głowy mojej matki, a nie jej twa­rzy? Dłu­gie włosy ma mister­nie zaple­cione i spięte nad czo­łem. Jasno­brą­zowe włosy Magdy opa­dają falami na jej ramiona. Swoje ciemne włosy scho­wa­łam pod sza­li­kiem. Matka stoi w środku, Magda i ja tulimy się do niej po bokach. Nie można jed­nak odgad­nąć, czy to my pod­trzy­mu­jemy ją w pio­nie, czy jest na odwrót, jej siła sta­nowi filar, na któ­rym my się opie­ramy.

Ten moment to próg, po któ­rego prze­kro­cze­niu dozna­łam w życiu ogrom­nych strat. Przez osiem­dzie­siąt lat wciąż wra­cam do tego obrazu. Przy­glą­dam się mu tak, jak­bym mogła, jeśli bar­dzo się posta­ram, odzy­skać coś cen­nego. Jak­bym mogła odzy­skać życie, które ist­niało przed tamtą chwilą, życie sprzed straty. Tak jakby coś takiego ist­niało. Tak jakby moż­liwy był powrót do tego momentu, kiedy jeste­śmy objęte i przy­na­le­żymy do sie­bie nawza­jem. Widzę zarys naszych ramion. Kurz trzy­ma­jący się dołów naszych płasz­czy. Moją matkę. Moją sio­strę. Mnie.

Rozdział 1. Ta mała

Roz­dział 1

Ta mała

Chcieli mieć chłopca, ale uro­dzi­łam się ja.

Dziew­czynka. Trze­cia córka, naj­słab­sza w rodzi­nie.

„Cie­szę się, że jesteś mądra, bo urodą nie grze­szysz” – czę­sto powta­rza mi matka. Może cho­dzi jej o to, że ni­gdy nie będę piękna. A może to ukryty pod płasz­czy­kiem kry­tyki kom­ple­ment, który ma mnie zachę­cić do nauki. Moty­wa­cja wyra­żona jako prze­stroga. Może jest jakiś nie­znany mi los, któ­rego chce mi oszczę­dzić. Może chce, żebym lepiej zro­zu­miała, kim mogę się stać. „Kiedy indziej nauczysz się goto­wać” – odpo­wia­dała, kiedy pro­si­łam ją, żeby nauczyła mnie zapla­tać chałkę, sma­żyć kur­czaka czy robić dżem wiśniowy, który latem zamyka w sło­ikach i chowa na resztę roku. „Wra­caj do szkoły”.

Dzi­siaj stoję przed lustrem w łazience w naszym miesz­ka­niu, myję zęby, szy­kuję się do szkoły. Przy­glą­dam się swo­jemu odbi­ciu. Jestem tan­cerką i gim­na­styczką, mam szczu­płe, umię­śnione ciało. Podo­bają mi się moje pofa­lo­wane brą­zowe włosy, ale to Magda, moja naj­star­sza sio­stra, jest ładna. Kiedy widzę w lustrze swoje oczy, zagłę­biam się w tę tajem­ni­czą, a jed­no­cze­śnie zna­jomą błę­kitno-zie­loną toń, nie potra­fię powie­dzieć, co widzę. Jak­bym patrzyła na swoje życie z zewnątrz, zaglą­dała do środka, obser­wo­wała sie­bie jak jakąś postać z powie­ści; nie znam jej losu, jej serce i ona sama wciąż się roz­wi­jają.

Wła­śnie skoń­czy­łam czy­tać jedną z ksią­żek matki, Nanę Emila Zoli, pod­kra­dłam ją z regału i pochło­nę­łam w ukry­ciu. Wciąż mam przed oczami ostat­nią scenę. Nana, ta piękna, szy­kowna artystka, któ­rej pożą­dało tak wielu męż­czyzn, leży, zała­mana, chora, jej ciało pokry­wają małe kro­sty po ospie. W opi­sie jej ciała jest coś prze­ra­ża­ją­cego. Nawet przed ospą, wtedy, kiedy była wciąż śliczna i uro­cza, jej ciało było nie­bez­pieczne. Sta­no­wiło broń. Było groźne, było czymś, czego należy się strzec.

Mimo to była pożą­dana. Ja pra­gnę podob­nej miło­ści. Żeby postrze­gano mnie i uwa­żano za skarb. Żeby ktoś mnie ado­ro­wał, sma­ko­wał jak wykwintne danie.

Zamiast tego muszę uczyć się ostroż­no­ści.

– Mycie sie­bie jest jak mycie naczyń – powie­działa mi mama. – Zaczy­naj od krysz­ta­łów, a potem przejdź do garn­ków i patelni.

Naj­brud­niej­sze rze­czy na końcu. Nawet wła­sne ciało jest podej­rzane.

Magda, zmę­czona cze­ka­niem na swoją kolej, stuka w drzwi łazienki.

– Prze­stań marzyć, Dicuka – karci mnie. Zwraca się do mnie prze­zwi­skiem, jakie wymy­śliła dla mnie matka. Dicu-ka. Te nie­ma­jące sensu sylaby zazwy­czaj koja­rzą mi się z cie­płem. Dzi­siaj brzmią surowo, brzę­czą.

Kiedy mijam ziry­to­waną sio­strę, kie­ru­jąc się ku naszej wspól­nej sypialni, wciąż myślę o tej dziew­czy­nie z lustra, tej, która pra­gnie miło­ści. Być może taka miłość, o jakiej marzę, jest nie­moż­liwa. Od trzy­na­stu lat spla­tam wspo­mnie­nia i doświad­cze­nia w opo­wieść o sobie i wycho­dzi mi z niej, że jestem ułomna, nikt mnie nie pra­gnie, nie mam swo­jego miej­sca.

Tak jak tego wie­czora, kiedy mia­łam sie­dem lat, a moi rodzice zapro­sili gości na kola­cję. Wyszłam z pokoju, bo popro­sili mnie, żebym uzu­peł­niła wodę w dzbanku. Z kuchni sły­sza­łam, jak żar­tują.

– Tę mogli­śmy sobie już daro­wać.

Mieli na myśli to, że zanim przy­szłam na świat, rodzina była już pełna. Mieli Magdę, która grała na for­te­pia­nie, i Klarę, cudowne dziecko skrzy­piec. Ja nie doda­wa­łam niczego nowego. Byłam nie­ko­niecz­nie potrzebna, nie­wy­star­cza­jąco dobra. Nie było dla mnie miej­sca.

Spraw­dzi­łam praw­dzi­wość tej teo­rii, kiedy mia­łam osiem lat i posta­no­wi­łam uciec z domu. Chcia­łam się prze­ko­nać, czy rodzice w ogóle zauważą, że mnie nie ma. Zamiast do szkoły poje­cha­łam tro­lej­bu­sem do babci. Ufa­łam moim dziad­kom – ojcu i maco­sze matki – nie wyda­liby mnie. Cią­gle wal­czyli z matką w imie­niu Magdy, cho­wa­jąc jej w szu­fla­dzie z ubra­niami ciastka. Byli dla mnie syno­ni­mem bez­pie­czeń­stwa. Koja­rzyli mi się tylko i wyłącz­nie z bez­tro­ską – zapa­chem antry­kotu i pie­czo­nej fasoli, słod­kich bułek, czu­lentu, gęstego gula­szu, który w sza­bat bab­cia brała do pie­karni, aby tam go pod­grzać, bo zgod­nie z orto­dok­syjną prak­tyką nie wolno jej było korzy­stać z wła­snego pieca.

Dziad­ko­wie na mój widok ucie­szyli się. Dla ich miło­ści i akcep­ta­cji nie musia­łam niczego uda­wać. Dawali mi je za darmo. Spę­dzi­li­śmy cudowny pora­nek w kuchni, jedząc bułki orze­chowe. Potem jed­nak zadzwo­nił dzwo­nek do drzwi. Dzia­dek poszedł otwo­rzyć. Chwilę póź­niej wbiegł do kuchni i tro­chę za gło­śno ostrzegł mnie:

– Cho­waj się, Dicuka! Twoja matka przy­szła!

Pró­bu­jąc mnie ochro­nić, wydał mnie.

Naj­bar­dziej bolał mnie wyraz twa­rzy mojej matki, kiedy zoba­czyła mnie w kuchni dziad­ków. Nie cho­dziło tylko o to, że była zdzi­wiona, widząc mnie tam, ale że wyda­wała się jakby zasko­czona tym, że w ogóle ist­nieję. Tak jakby wolała – albo spo­dzie­wała się – ujrzeć kogoś innego.

A jed­nak czę­sto jestem jej towa­rzyszką, sie­dzę z nią w kuchni, kiedy tato wyjeż­dża w podróż służ­bową do Paryża, paku­jąc wcze­śniej do wali­zek jedwab – pro­wa­dzi zakład kra­wiecki. Kiedy wraca, matka patrzy na niego surowo, bacz­nie, mar­twi się, czy nie wydał za dużo pie­nię­dzy. Nie zapra­sza przy­ja­ciół. W salo­nie nie sły­chać swo­bod­nych roz­mów, nie ma dys­ku­sji o książ­kach czy poli­tyce. To mnie matka powie­rza swoje tajem­nice. Cenię sobie czas, który spę­dzam z nią sama.

Pew­nego wie­czoru, kiedy mia­łam dzie­więć lat, sie­dzia­ły­śmy same w kuchni. Owi­jała resztki strucli. Wcze­śniej obser­wo­wa­łam, jak roz­cina cia­sto i układa je jak ciężki len na stole jadal­nia­nym.

– Poczy­taj mi – powie­działa, a ja wzię­łam znisz­czony egzem­plarz Prze­mi­nęło z wia­trem z jej szafki noc­nej. Kie­dyś już całą tę książkę prze­czy­ta­ły­śmy. Zaczy­namy od początku. Zatrzy­muję wzrok na tajem­ni­czym napi­sie po angiel­sku na tytu­ło­wej stro­nie prze­tłu­ma­czo­nej książki. Ktoś napi­sał tu coś odręcz­nie, ale to nie jest cha­rak­ter pisma mojego ojca. Matka powie tylko, że książkę dostała w pre­zen­cie od męż­czy­zny, któ­rego poznała, pra­cu­jąc w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych, zanim spo­tkała ojca.

Sie­dzia­ły­śmy na krze­słach przy pie­cyku na drewno. Kiedy razem czy­ta­ły­śmy, z nikim nie musia­łam się nią dzie­lić. Zanu­rza­łam się w sło­wach, w opo­wie­ści i w uczu­ciu, jakie wywo­ły­wało we mnie prze­by­wa­nie w świe­cie tylko z nią. Scar­lett wraca do Tary po woj­nie i dowia­duje się, że jej matka nie żyje, a ojciec pogrą­żony jest w żało­bie. „Bóg mi świad­kiem – mówi Scar­lett – że ni­gdy wię­cej głodna nie będę”1. Matka zamknęła oczy i oparła głowę o opar­cie krze­sła. Chcia­łam wspiąć się jej na kolana. Chcia­łam oprzeć głowę na jej piersi. Chcia­łam, żeby jej usta dotknęły moich wło­sów.

– Tara… – powie­działa. – Ame­ryka, chcia­łoby się ją zoba­czyć.

Chcia­ła­bym, żeby moje imię wypo­wia­dała z takim samym uczu­ciem, z jakim wyma­wia nazwę kraju, w któ­rym ni­gdy nie była. Wszyst­kie zapa­chy kuchni mojej matki to dla mnie dra­ma­tyczne połą­cze­nie głodu i uczty – zawsze, nawet pod­czas uczty, poja­wia się tęsk­nota. Nie wiem, czy jest jej, czy moja, czy też nasza wspólna.

Sie­dzimy, a mię­dzy nami pło­nie ogień.

– Kiedy byłam w twoim wieku… – zaczęła.

Teraz, kiedy mówiła, bałam się poru­szyć, bałam się, że jeśli to zro­bię, ona zamilk­nie.

– Kiedy byłam w twoim wieku, młod­sze rodzeń­stwo spało razem, a ja i matka spa­ły­śmy w jed­nym łóżku. Pew­nego ranka obu­dzi­łam się, bo wołał mnie ojciec: „Ilonka, obudź matkę. Nie zro­biła jesz­cze śnia­da­nia i nie przy­go­to­wała mi ubrań”. Odwró­ci­łam się do leżą­cej obok mnie pod koł­drą matki. Ale ona się nie ruszała. Nie żyła.

Chcia­łam poznać każdy szcze­gół tej chwili, gdy córka budzi się obok matki, którą wła­śnie stra­ciła. Chcia­łam też odwró­cić wzrok. Myśle­nie o tym było zbyt prze­ra­ża­jące.

– Tam­tego popo­łu­dnia, kiedy ją pocho­wali, myśla­łam, że zło­żyli ją do grobu żywą. Wie­czo­rem ojciec powie­dział, żebym przy­go­to­wała rodzinną kola­cję. Tak też zro­bi­łam.

Cze­ka­łam na dal­szy ciąg tej histo­rii. Na morał albo na pocie­sze­nie.

– Czas spać – tylko tyle powie­działa. Pochy­liła się, by zebrać popiół spod pie­cyka.

W kory­ta­rzu za drzwiami usły­sza­ły­śmy kroki. Zanim ojciec prze­krę­cił klucz w zamku, czu­łam już zapach jego tyto­niu.

– Dro­gie panie – zawo­łał – jesz­cze nie śpi­cie?

Wszedł do kuchni w swych błysz­czą­cych butach i ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, z sze­ro­kim uśmie­chem i małym worecz­kiem w dłoni. Wrę­czył mi go i gło­śno poca­ło­wał mnie w czoło.

– Znów wygra­łem – pochwa­lił się.

Zawsze kiedy grał z przy­ja­ciółmi w karty lub w bilard, dzie­lił się ze mną wygraną. Tam­tego wie­czoru przy­niósł cia­steczko z różo­wym wzor­kiem. Gdy­bym była moją sio­strą Magdą, matka, która zawsze mar­twi się jej wagą, wyrwa­łaby mi łakoć z ręki, ale w moją stronę kiw­nęła głową, pozwa­la­jąc mi zjeść ciastko.

Wstała, kie­ru­jąc się w stronę zle­wo­zmy­waka. Ojciec zatrzy­mał ją, pod­niósł jej dłoń, by okrę­cić ją wokół sie­bie. Matka pozwo­liła mu na to, ale była przy tym sztywna, nie uśmiech­nęła się. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, objął, jedną rękę trzy­ma­jąc na ple­cach, drugą przy­kła­da­jąc jej do piersi. Matka go ode­pchnęła.

– Twoja matka jest mną roz­cza­ro­wana – powie­dział do mnie pół­gło­sem, kiedy wycho­dzi­li­śmy z kuchni. Czy chciał, żeby to usły­szała, czy też była to tajem­nica prze­zna­czona tylko dla mnie? Tak czy ina­czej, zapi­sa­łam to w pamięci do prze­my­śle­nia na póź­niej. A jed­nak roz­go­ry­cze­nie w jego gło­sie wywo­łało we mnie lęk.

– Co wie­czór chcia­łaby cho­dzić do opery, pro­wa­dzić wytworne życie kosmo­po­litki. A ja jestem tylko zwy­kłym kraw­cem. Kraw­cem, który gra w bilard.

Zre­zy­gno­wany ton głosu ojca zanie­po­koił mnie. Jest w naszym mie­ście dobrze znany i lubiany. Zabawny, uśmiech­nięty, zawsze wydaje się w dobrym nastroju, ludzie lubią jego towa­rzy­stwo. Spo­tyka się z licz­nymi przy­ja­ciółmi. Uwiel­bia jeść (zwłasz­cza szynkę; cza­sem prze­myca ją do naszego domu i zjada nad gazetą, w którą jest zawi­nięta, wpy­cha­jąc mi do ust kawałki zaka­za­nej wie­przo­winy i zno­sząc oskar­że­nia matki, że kiep­ski z niego wzór do naśla­do­wa­nia). Jego zakład kra­wiecki zdo­był dwa złote medale. Nie jest zwy­kłym rze­mieśl­ni­kiem, który szyje równe szwy. Jest mistrzem szy­cia na miarę. Tak poznał matkę – przy­szła do jego zakładu, bo potrze­bo­wała sukni, a on cie­szył się wielką renomą. W mło­do­ści chciał jed­nak zostać leka­rzem, nie kraw­cem, lecz ojciec mu to odra­dził, a roz­cza­ro­wa­nie samym sobą co jakiś czas powra­cało.

– Nie jesteś zwy­czaj­nym kraw­cem, tato – zapew­ni­łam go. – Jesteś słyn­nym pro­jek­tan­tem sukni!

– A ty będziesz naj­le­piej ubraną panną w całych Koszy­cach – odpo­wie­dział, kle­piąc mnie po gło­wie. – Masz ide­alną figurę, ubra­nia dobrze na tobie leżą.

Wydaje się, że już znów zepchnął swoje roz­cza­ro­wa­nie w cień. Przez chwilę sta­li­śmy jesz­cze razem w kory­ta­rzu, żadne z nas nie chciało odejść.

– Wiesz, chcia­łem, żebyś była chłop­cem – powie­dział ojciec. – Gdy się uro­dzi­łaś, to trza­sną­łem drzwiami, taki byłem wście­kły, że mam kolejną córkę. Ale teraz tylko z tobą mogę poroz­ma­wiać. – Poca­ło­wał mnie w czoło.

Uwiel­biam, kiedy ojciec obda­rza mnie uwagą. Tak jak w przy­padku matki jest ona cenna… i nie­trwała. Jakby to, czy jestem warta ich miło­ści, miało mniej­szy zwią­zek ze mną samą, a więk­szy z ich samot­no­ścią. Jakby moja toż­sa­mość nie wyni­kała z tego, kim jestem czy co mam, a była jedy­nie miarą tego, czego bra­kuje każ­demu z moich rodzi­ców.

Kiedy dołą­czam do reszty rodziny przy śnia­da­niu, moje sio­stry witają mnie pio­senką, którą wymy­śliły dla mnie, kiedy mia­łam trzy lata i zaczęło mi zezo­wać oko na sku­tek źle wyko­na­nego zabiegu.

– Jesteś taka brzydka, wątła taka – śpie­wają. – Męża ni­gdy nie znaj­dziesz.

Przez całe lata cho­dzi­łam ze spusz­czoną głową, żeby nie widzieć, jak ludzie patrzą na moją oszpe­coną twarz. Kiedy mia­łam dzie­sięć lat, mia­łam ope­ra­cję kory­gu­jącą zeza i teraz powin­nam już cho­dzić z unie­sioną głową i uśmie­chać się do nie­zna­jo­mych, ale tamto zawsty­dze­nie wciąż mi towa­rzy­szy, a zło­śli­wo­ści ze strony sióstr tylko je wzmac­niają.

Magda ma dzie­więt­na­ście lat, zmy­słowe usta i loki. W naszej rodzi­nie to ona jest żar­tow­ni­sią. Kiedy były­śmy młod­sze, poka­zała mi, jak rzu­cać wino­grona z okna naszej sypialni, żeby tra­fiały do fili­ża­nek z kawą osób sie­dzą­cych na tara­sie na dole. Klara, środ­kowa sio­stra, jest cudow­nym dziec­kiem skrzy­piec. Kiedy miała pięć lat, nauczyła się grać kon­cert skrzyp­cowy Men­dels­sohna.

Jestem przy­zwy­cza­jona do bycia tą cichą, nie­wi­dzialną sio­strą. Tak bar­dzo wie­rzę w to, że jestem gor­sza, że rzadko przed­sta­wiam się wła­snym imie­niem. Mówię: „Jestem sio­strą Klary”. Nie zdaję sobie sprawy z tego, że Magda może mieć dość odgry­wa­nia roli klauna, a Klara może nie zno­sić bycia cudow­nym dziec­kiem. Ani na sekundę nie wolno jej prze­stać być nie­zwy­kłą, ina­czej może wszystko stra­cić – podziw, do któ­rego przy­wy­kła, całą swoją toż­sa­mość. Magda i ja musimy pra­co­wać, żeby coś dostać, i wiemy, że nie dosta­niemy tego wystar­cza­jąco dużo. Klara musi się mar­twić, że w każ­dej chwili może popeł­nić kar­dy­nalny błąd i wszystko stra­cić. Gra na skrzyp­cach, odkąd żyję, od trze­ciego roku życia. Czę­sto stoi przy otwar­tym oknie i ćwi­czy, tak jakby nie mogła cie­szyć się w pełni swoim talen­tem, dopóki nie przy­cią­gnie uwagi prze­chod­niów, któ­rzy go doświad­czają. Wydaje się, że dla niej miłość nie jest nie­ogra­ni­czona, ale uwa­run­ko­wana – uma­wiasz się na to, że dosta­niesz nagrodę za występ. Za bycie kocha­nym trzeba zapła­cić – sta­ra­nie o to, by ktoś cię akcep­to­wał i podzi­wiał, osta­tecz­nie ozna­cza w pew­nym sen­sie zni­ka­nie.

Jemy bułki z pobli­skiej pie­karni, posma­ro­wane masłem i brzo­skwi­nio­wym dże­mem mojej matki, bar­dziej słod­kim niż kwa­śnym. Nalewa kawy i roz­kłada na stole jedze­nie. Ojciec już ma na szyi miarę kra­wiecką, a w kie­szonce na piersi kawa­łek kredy do ryso­wa­nia na tka­ni­nach. Magda czeka, aż matka zapro­po­nuje wszyst­kim drugą bułkę.

– Weź, bo ja ją zjem – nama­wia mnie, kiedy nie chcę wziąć.

Klara chrząka i wszy­scy zwra­cają się ku niej, żeby usły­szeć, co chce powie­dzieć.

– Muszę odpo­wie­dzieć temu pro­fe­so­rowi w spra­wie zapro­sze­nia na stu­dia w Nowym Jorku – mówi, sma­ru­jąc cie­płą bułkę mięk­kim masłem.

– Mamy w Nowym Jorku rodzinę – mówi ojciec, w zamy­śle­niu mie­sza­jąc kawę. Ma na myśli swoją sio­strę Matyldę, która mieszka w żydow­skiej dziel­nicy imi­granc­kiej o nazwie Bronx.

– Nie – odpo­wiada matka. – Już o tym roz­ma­wia­li­śmy. Ame­ryka jest za daleko.

Myślę o tym dawno minio­nym wie­czo­rze, kiedy mówiła o Ame­ryce z taką tęsk­notą. Być może na tym polega życie – jest cią­głym waha­niem mię­dzy rze­czami, któ­rych nie mamy, a chcie­li­by­śmy mieć, i tymi, które mamy, a wole­li­by­śmy nie mieć.

Klara zaci­ska szczękę.

– Jeśli nie Nowy Jork – mówi – to w takim razie Buda­peszt.

Zbie­ra­jąc naczy­nia ze stołu, matka smut­nieje. Wes­przeć ulu­bione dziecko w roz­woju kariery ozna­cza je stra­cić. A może nie cho­dzi o to, że Klara ma wyje­chać z domu, może cho­dzi o jej wła­sne nie­prze­jed­na­nie. Może matka jest na sie­bie zła za to, że mówi „nie”, choć chcia­łaby powie­dzieć „tak”.

Wiecz­nie dobry nastrój ojca nie ustaje z powodu cię­żaru decy­zji Klary czy zmar­twie­nia, z jakim przy­jęła ją matka.

– Poroz­ma­wiamy o tym – mówi, roz­ła­do­wu­jąc ponurą atmos­ferę, która znów zapa­no­wała przy naszym stole. – Dicuka – mówiąc to, podaje mi kopertę – zanieś pie­nią­dze do szkoły, czas opła­cić cze­sne.

Trzy­mam w ręce tę kopertę, czu­jąc, jak ważne jest zaufa­nie, któ­rym mnie obda­rzył. A jed­nak prze­ka­zu­jąc mi tę odpo­wie­dzial­ność, jed­no­cze­śnie mnie napo­mina. Tyle wła­śnie kosz­tuję rodzinę. A ile przy­no­szę w zamian, to pyta­nie bez odpo­wie­dzi. Paku­jąc się do szkoły, ści­skam w dłoni kopertę, tak jakby ten uścisk miał mi pomóc usta­lić, na ile się liczę, a na ile nie, tak jakby miał mi pomóc naszki­co­wać mapę uka­zu­jącą wymiary i gra­nice mojej war­to­ści. Naj­le­piej się czuję, kiedy jestem sama, mogę zato­pić się we wła­snym świe­cie, dla­tego cenię sobie spa­cer do pry­wat­nej żydow­skiej szkoły, do któ­rej uczęsz­czam. Ćwi­czę kroki do układu do Nad pięk­nym modrym Duna­jem, moja klasa bale­towa wystąpi z nim pod­czas festi­walu nad rzeką.

Myślę o moim balet­mi­strzu i jego żonie, o tym, co czuję, kiedy po dwa, trzy schody na raz wcho­dzę do stu­dia, odrzu­cam szkolne ubra­nie, wkła­dam body i raj­stopy. Uczę się baletu, odkąd skoń­czy­łam pięć lat, a matka wyczuła, że nie jestem muzy­kiem, że mam inne talenty. (Rodzice pró­bo­wali zain­te­re­so­wać mnie sta­rymi skrzyp­cami Klary, ale matka szybko zaczęła wyry­wać mi je z ręki, mówiąc: „wystar­czy”). Balet poko­cha­łam jed­nak od pierw­szej chwili. Cio­cia i wujek poda­ro­wali mi tutu, którą wło­ży­łam na pierw­szą lek­cję. Jakimś cudem w stu­diu nie byłam nie­śmiała. Pode­szłam pro­sto do pia­ni­sty, który grał muzykę do tańca, i zapy­ta­łam, co pla­nuje grać.

– Idź, tańcz, kocha­nie – odpo­wie­dział. – Ja się zajmę for­te­pia­nem.

W wieku ośmiu lat cho­dzi­łam już na zaję­cia bale­towe trzy razy w tygo­dniu. Lubi­łam mieć coś swo­jego, coś innego od tego, co robiły moje sio­stry. Dobrze czu­łam się w swoim ciele. Lubi­łam ćwi­czyć szpa­gat, balet­mistrz powta­rzał nam, że siła i ela­stycz­ność są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane – żeby jeden mię­sień mógł się napiąć, inny musi się roz­cią­gnąć. Aby osią­gnąć gib­kość i wytrzy­ma­łość, musimy mieć silne krę­go­słupy. Powta­rza­łam sobie w gło­wie te zasady jak modli­twę. Scho­dzi­łam w dół, krę­go­słup pro­sty, napięte mię­śnie brzu­cha, nogi roz­cią­gają się na boki. Pamię­ta­łam o odde­chu, zwłasz­cza w chwi­lach, kiedy poczu­łam, że się zatrzy­ma­łam. Wyobra­ża­łam sobie, że moje ciało roz­ciąga się jak struny skrzy­piec mojej sio­stry, odnaj­du­jąc ten dokład­nie moment naprę­że­nia, dzięki któ­remu cały instru­ment zaczyna wyda­wać dźwięk. I już byłam na dole. Udało się. Pełny szpa­gat.

– Brawa! – Balet­mistrz zakla­skał dla mnie. – Teraz się nie ruszaj.

Pod­niósł mnie z pod­łogi, uniósł ponad głowę. Trudno było mi utrzy­mać nogi w peł­nym szpa­ga­cie bez pod­łogi, o którą mogłam się oprzeć, ale przez chwilę czu­łam się jak zło­żona w ofie­rze. Jak czy­ste świa­tło.

– Editke – nauczy­ciel zwró­cił się do mnie – wszelka eks­taza w twoim życiu będzie się brała z wnę­trza.

Nie rozu­miem jesz­cze tak naprawdę, co miał na myśli. Wiem jed­nak, że umiem oddy­chać, obra­cać się, kopać i schy­lać. Że kiedy moje mię­śnie roz­cią­gają się i wzmac­niają, każdy ruch, każda poza woła: „Jestem, jestem, jestem. Jestem mną. Jestem kimś”.

Porywa mnie fan­ta­zja, tań­czę już swój wła­sny taniec, o tym, jak spo­tkali się moi rodzice. Odgry­wam obie role. Matka wcho­dzi do pokoju, ojciec bła­znuje, uda­jąc nie­do­wie­rza­nie. Ona obraca się prę­dzej, pod­ska­kuje wyżej. Całe moje ciało to rado­sny śmiech. Ni­gdy nie widzia­łam, żeby matka się rado­wała, ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby śmiała się naprawdę szcze­rze, ale we wła­snym ciele odczu­wam nie­ogra­ni­czone źró­dło jej szczę­ścia.

Idę do szkoły, a tam oka­zuje się, że znik­nęły pie­nią­dze, które tato dał mi na opła­ce­nie cze­snego za cały kwar­tał. W tanecz­nym zapo­mnie­niu gdzieś je zgu­bi­łam. Spraw­dzam każdą kie­szeń i każdą plisę w ubra­niach, ale pie­nię­dzy nie ma. Przez cały dzień strach przed ujaw­nie­niem tego ojcu jest jak palący lód w żołądku.

Tego wie­czora w domu cze­kam, aż będzie po kola­cji, żeby zebrać się na odwagę i powie­dzieć ojcu, co zro­bi­łam. Nie może na mnie patrzeć, kiedy pod­nosi pięść i bie­rze do ręki pas. Po raz pierw­szy w życiu mnie bije, ni­gdy żad­nej z nas jesz­cze nie zbił. Koń­czy i nie odzywa się do mnie.

Wcze­śnie idę do łóżka, nie skoń­czy­łam jesz­cze zada­nia domo­wego, wciąż pieką mnie plecy i pośladki. Bar­dziej niż świeże ślady po ude­rze­niu na skó­rze boli mnie poczu­cie, że coś jest ze mną nie tak. Wkrótce prze­ko­nam się, że to samotne miej­sce w moim wnę­trzu, do któ­rego się udaję, to mój zasób, narzę­dzie prze­trwa­nia, ale dziś wie­czo­rem moja wyobraź­nia wydaje mi się aber­ra­cją. Okropną wadą.

Pod koł­drę wcią­gam lalkę. Ma na imię Malutka. Ma dłu­gie, krę­cone, ciemne włosy i zie­lone oczy, które się otwie­rają i zamy­kają. Zie­lone oczy, jak ojciec. To piękna lalka, naj­lep­sze, co mam. Szep­czę do jej gład­kiego por­ce­la­no­wego ucha.

– Chcia­ła­bym umrzeć, żeby cier­piał za to, co mi zro­bił – mówię ze ści­śnię­tymi w ciem­no­ściach powie­kami.

Malutka nie odpo­wiada, jakby zasta­na­wiała się nad tą obez­wład­nia­jącą mnie zło­ścią na ojca – i na sie­bie samą. Nie powstrzy­muję tego gniewu. Rośnie we mnie coraz bar­dziej. Mówie­nie naj­gor­szych rze­czy spra­wia przy­jem­ność.

– Nie – szep­czę do lalki gło­sem zmie­nio­nym przez łzy – chcia­ła­bym – napię­cie rośnie – chcia­ła­bym… – Powiem to, to naj­gor­sze, naj­bar­dziej bru­talne coś, co jestem w sta­nie wymy­ślić. To zda­nie tak straszne, że ni­gdy nie będę mogła go odwo­łać, które, choć jesz­cze tego nie wiem, będzie mnie prze­śla­do­wać, będzie wybrzmie­wać w mojej gło­wie pod­czas o wiele gor­szych nocy, w znacz­nie gor­szych cza­sach. – Chcia­ła­bym, żeby ojciec umarł – mówię.

Dziś Malutka nie odpo­wiada, w ciem­no­ści jej oczy są zamknięte, jak kur­tyna miękko opa­da­jąca na scenę.

Rozdział 2. Bezpieczni w naszych umysłach

Roz­dział 2

Bez­pieczni w naszych umy­słach

Przed pierw­szą wojną świa­tową region, w któ­rym się uro­dzi­łam, był czę­ścią Austro-Węgier, dużego cesar­stwa z sil­nie roz­wi­nię­tym prze­my­słem i drugą naj­więk­szą w Euro­pie sie­cią kolei. Jed­nak po pierw­szej woj­nie, w 1918 roku, czyli nie­całe dzie­sięć lat przed­tem, zanim się uro­dzi­łam, usta­no­wiono nowe pań­stwo: Cze­cho­sło­wa­cję. Moje mia­sto, węgier­ska Kassa, stało się Koszy­cami w Cze­cho­sło­wa­cji. A moi rodzice zaczęli sta­no­wić podwójną mniej­szość. Etnicz­nie byli­śmy Węgrami żyją­cymi w kraju, gdzie więk­szość sta­no­wili Czesi, a po dru­gie byli­śmy Żydami.

Nie pod­le­ga­li­śmy segre­ga­cji. Nie two­rzono dla nas gett, nie zmu­szano nas do życia osobno, jak to miało miej­sce w przy­padku wielu Żydów miesz­ka­ją­cych w róż­nych euro­pej­skich mia­stach (i to dla­tego moja rodzina mówiła tylko po węgier­sku, a nie w jidysz). Korzy­sta­li­śmy z wielu moż­li­wo­ści, jeśli cho­dzi o edu­ka­cję, roz­wój zawo­dowy czy kul­turę. Spo­ty­ka­li­śmy się mimo to z uprze­dze­niami, cza­sem domyśl­nymi, cza­sem wyra­ża­nymi wprost. Anty­se­mi­tyzm nie był wymy­słem nazi­stów, ist­niał na długo przed nimi. Dora­sta­jąc, nabra­łam prze­ko­na­nia, że bez­piecz­niej jest się asy­mi­lo­wać, wmie­szać w tłum, ni­gdy się nie wyróż­niać.

W dzie­ciń­stwie zda­rzały się jed­nak chwile, kiedy odczu­wa­łam dumę z powodu tego, kim byłam. W listo­pa­dzie 1938 roku, kiedy mia­łam jede­na­ście lat, Węgry ponow­nie zaanek­to­wały Koszyce i wyda­wało się, że dom znów stał się domem. Matka stała na bal­ko­nie naszego dużego miesz­ka­nia przy głów­nej ulicy mia­sta, znaj­do­wało się w sta­rym budynku zwa­nym Pała­cem Andrássy’ego, prze­bu­do­wa­nym na cele miesz­kalne. Miesz­ka­li­śmy na trze­cim pię­trze. Matka prze­wie­siła przez balu­stradę bal­konu stary orien­talny dywan. Nie czy­ściła go, świę­to­wała. Tego dnia przy­je­chał Jego Wyso­kość król regent Węgier Miklós Hor­thy, by for­mal­nie przy­wi­tać nasze mia­sto w swoim kraju. Byłam pod­eks­cy­to­wana i dumna. Przy­na­le­że­li­śmy!

Po połu­dniu sama też przy­wi­ta­łam Hor­thy’ego tań­cem. Mia­łam na sobie tra­dy­cyjny strój węgier­ski – bogato wyszy­waną w kwiaty jasną weł­nianą kami­zelkę i spód­nicę, bufia­stą bluzkę z bia­łymi ręka­wami, wstążki, koronki, czer­wone kozaki. Kiedy wyko­na­łam wymach z pod­sko­kiem nad rzeką, Hor­thy bił brawo. Tan­ce­rze mu się podo­bali. Ja mu się podo­ba­łam. Poczu­łam, że mogę coś poda­ro­wać mojej rodzi­nie i mojemu kra­jowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mar­ga­ret Mit­chell, Prze­mi­nęło z wia­trem, przeł. Celina Wie­niew­ska, Czy­tel­nik, War­szawa 1991, t. 2, s. 97. [wróć]