Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Poruszająca historia na podstawie bestsellera Wybór. Przetrwać niewyobrażalne i żyć
W 1944 roku szesnastoletnia balerina Edith trafia do Auschwitz. Przechodzi przez niewyobrażalne doświadczenia, a po wyzwoleniu obozu zostaje odnaleziona ledwie żywa, wyciągnięta ze stosu ciał.
Wiele lat później Edith Eger – światowej sławy terapeutka ocalała z Holokaustu – porusza serca milionów czytelników swoja niezwykła opowieścią o sile i przetrwaniu w bestsellerowej książce Wybór.
W tej poruszającej historii Edith powraca do swoich wojennych przeżyć, ukazując je z perspektywy nastoletniej dziewczyny.
Dzięki temu nowemu spojrzeniu autorka przybliża wstrząsające wydarzenia czytelnikom w każdym wieku, niosąc przesłanie nadziei, które sprawi, ze jej historia nigdy nie zostanie zapomniana.
Jej historia zmieniła mnie na zawsze. Oprah Winfrey
Niezwykła… pozostanie w twojej pamięci na długo po przeczytaniu. Bill Gates
Jedna z tych rzadkich i ponadczasowych historii, których nie chcesz kończyć. Desmond Tutu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 201
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 35 min
Lektor: Monika Wrońska
Dziękuję mojemu wnukowi, Jordanowi Engle’owi, który nie pozwolił mi porzucić pomysłu napisania książki dla młodzieży, który był przewodnikiem i opiekunem tego projektu i promuje moją pracę i moje dziedzictwo.
Dedykuję tę książkę pięciu pokoleniom mojej rodziny:
mojemu ojcu Lajosowi, który nauczył mnie się śmiać;
mojej matce Ilonie, która pomogła mi odnaleźć w sobie to, czego potrzebowałam;
moim pięknym, niesamowitym siostrom Magdzie i Klarze;
moim dzieciom: Marianne, Audrey i Johnowi;
ich dzieciom: Lindsey, Jordanowi, Rachel, Davidowi i Ashley;
i ich wnukom: Silasowi, Grahamowi, Hale, Noah, Dylanowi, Marcosowi i Rafaelowi.
Od autorki
Drogi Czytelniku! Piszę tę książkę od prawie osiemdziesięciu lat. Kiedy jako szesnastolatka przeżyłam horror Holokaustu, kiedy patrzyłam, jak dorastają moje dzieci, potem wnuki i prawnuki, kiedy byłam nauczycielką w szkole średniej i zostałam psycholożką specjalizującą się w leczeniu traumy, nawiązując więzi z ukochanymi pacjentami i słuchaczami na całym świecie – wtedy już w głowie pisałam do ciebie. Pragnęłam pokazać ci narzędzia, które pomogły mi przeżyć niewyobrażalne, pragnęłam, byś poznał historię o tym, do jakiego zła jest zdolny człowiek, i historię o tym, jak nieugięcie my umieliśmy mieć nadzieję.
Czuję odpowiedzialność, żeby podzielić się swoją historią. Opowiedzieć o tym, co się stało, żebyśmy nigdy nie zapomnieli, a także podzielić się dziedzictwem nadziei i woli życia, żeby śmierć moich rodziców i milionów innych ludzi nie poszła na marne. Chcę, by trwał triumf i celebracja życia.
Czuję, że wreszcie nadszedł ten moment. Niecały rok temu, tuż przed setnymi urodzinami, zmarła moja siostra Magda. Uświadomiłam sobie wtedy, że jeśli teraz nie napiszę dla ciebie tej książki, to mogę stracić tę szansę. Motywuje mnie więc własna śmiertelność.
Motywuje mnie też twoje życie. Widzę wielkie wyzwania, jakim stawiasz czoła w dzisiejszym świecie, niepokojące zjawiska, takie jak przemoc z użyciem broni palnej, nękanie w sieci, zmiana klimatu, globalna pandemia, szokująco wysoki odsetek osób żyjących z lękiem, depresją, w rozpaczy, wskaźniki dotyczące liczby samobójstw. Chcę wykorzystać swoje prawie dziewięćdziesięciosześcioletnie istnienie na tej planecie, niemal wiek życia, przemiany i uleczenia, by zostać twoją cheerleaderką i obrończynią. Chcę zaproponować ci emocjonalny i duchowy wzorzec radzenia sobie z nieuniknionym cierpieniem i problemami, jakie w życiu napotkasz. Chcę przekazać ci coś na piśmie właśnie w chwili, kiedy dorastasz, akceptujesz swoje dziedzictwo i doświadczenia, uczysz się swojej siły i prawdy o sobie, decydujesz o tym, jak ukształtować życie, którego pragniesz.
Oddaję ci tę książkę z wdzięcznością i nadzieją, że przeczytasz moją historię i poczujesz, że nie jesteś sam w tej dziwnej sztuce, jaką jest bycie człowiekiem. Z nadzieją, że przeczytasz moją historię i pomyślisz: „Skoro ona dała radę, to ja też dam!”. Oddaję ci tę książkę, abyś ty też mógł dokonać przemiany syndromu ofiary i postanowił, że przetańczysz życie, i to nawet w piekielnych okolicznościach. Oddaję ci moją opowieść, aby zachęcić cię, byś został ambasadorem pokoju i byś dokonywał wyborów w swoim życiu. Oddaję ci tę książkę, abyś mógł żyć w taki sposób, który pozwoli ci być sobą – cennym i wolnym.
Z najserdeczniejszym pozdrowieniem
Edie
październik 2024 roku
Prolog
Gdybym miała skondensować całe moje życie do jednej chwili, jednej migawki, wyglądałaby tak: trzy kobiety w ciemnych wełnianych płaszczach, objęte, stoją na wydeptanej ziemi. Są wycieńczone. Mają zakurzone buty. Czekają w długiej kolejce.
Te trzy kobiety to moja matka, moja siostra Magda i ja. To nasza ostatnia wspólna chwila. Jeszcze tego nie wiemy. Nie chcemy o tym myśleć. A może jesteśmy zbyt zmęczone, żeby snuć scenariusze przyszłości. To moment oddzielenia – matki od córek, dotychczasowego życia od tego wszystkiego, co nastąpi. Ale dopiero z perspektywy czasu można nadać mu to znaczenie.
Widzę naszą trójkę od tyłu, tak jakbym była następna w kolejce. Dlaczego umysł rysuje wspomnienie tyłu głowy mojej matki, a nie jej twarzy? Długie włosy ma misternie zaplecione i spięte nad czołem. Jasnobrązowe włosy Magdy opadają falami na jej ramiona. Swoje ciemne włosy schowałam pod szalikiem. Matka stoi w środku, Magda i ja tulimy się do niej po bokach. Nie można jednak odgadnąć, czy to my podtrzymujemy ją w pionie, czy jest na odwrót, jej siła stanowi filar, na którym my się opieramy.
Ten moment to próg, po którego przekroczeniu doznałam w życiu ogromnych strat. Przez osiemdziesiąt lat wciąż wracam do tego obrazu. Przyglądam się mu tak, jakbym mogła, jeśli bardzo się postaram, odzyskać coś cennego. Jakbym mogła odzyskać życie, które istniało przed tamtą chwilą, życie sprzed straty. Tak jakby coś takiego istniało. Tak jakby możliwy był powrót do tego momentu, kiedy jesteśmy objęte i przynależymy do siebie nawzajem. Widzę zarys naszych ramion. Kurz trzymający się dołów naszych płaszczy. Moją matkę. Moją siostrę. Mnie.
Rozdział 1
Ta mała
Chcieli mieć chłopca, ale urodziłam się ja.
Dziewczynka. Trzecia córka, najsłabsza w rodzinie.
„Cieszę się, że jesteś mądra, bo urodą nie grzeszysz” – często powtarza mi matka. Może chodzi jej o to, że nigdy nie będę piękna. A może to ukryty pod płaszczykiem krytyki komplement, który ma mnie zachęcić do nauki. Motywacja wyrażona jako przestroga. Może jest jakiś nieznany mi los, którego chce mi oszczędzić. Może chce, żebym lepiej zrozumiała, kim mogę się stać. „Kiedy indziej nauczysz się gotować” – odpowiadała, kiedy prosiłam ją, żeby nauczyła mnie zaplatać chałkę, smażyć kurczaka czy robić dżem wiśniowy, który latem zamyka w słoikach i chowa na resztę roku. „Wracaj do szkoły”.
Dzisiaj stoję przed lustrem w łazience w naszym mieszkaniu, myję zęby, szykuję się do szkoły. Przyglądam się swojemu odbiciu. Jestem tancerką i gimnastyczką, mam szczupłe, umięśnione ciało. Podobają mi się moje pofalowane brązowe włosy, ale to Magda, moja najstarsza siostra, jest ładna. Kiedy widzę w lustrze swoje oczy, zagłębiam się w tę tajemniczą, a jednocześnie znajomą błękitno-zieloną toń, nie potrafię powiedzieć, co widzę. Jakbym patrzyła na swoje życie z zewnątrz, zaglądała do środka, obserwowała siebie jak jakąś postać z powieści; nie znam jej losu, jej serce i ona sama wciąż się rozwijają.
Właśnie skończyłam czytać jedną z książek matki, Nanę Emila Zoli, podkradłam ją z regału i pochłonęłam w ukryciu. Wciąż mam przed oczami ostatnią scenę. Nana, ta piękna, szykowna artystka, której pożądało tak wielu mężczyzn, leży, załamana, chora, jej ciało pokrywają małe krosty po ospie. W opisie jej ciała jest coś przerażającego. Nawet przed ospą, wtedy, kiedy była wciąż śliczna i urocza, jej ciało było niebezpieczne. Stanowiło broń. Było groźne, było czymś, czego należy się strzec.
Mimo to była pożądana. Ja pragnę podobnej miłości. Żeby postrzegano mnie i uważano za skarb. Żeby ktoś mnie adorował, smakował jak wykwintne danie.
Zamiast tego muszę uczyć się ostrożności.
– Mycie siebie jest jak mycie naczyń – powiedziała mi mama. – Zaczynaj od kryształów, a potem przejdź do garnków i patelni.
Najbrudniejsze rzeczy na końcu. Nawet własne ciało jest podejrzane.
Magda, zmęczona czekaniem na swoją kolej, stuka w drzwi łazienki.
– Przestań marzyć, Dicuka – karci mnie. Zwraca się do mnie przezwiskiem, jakie wymyśliła dla mnie matka. Dicu-ka. Te niemające sensu sylaby zazwyczaj kojarzą mi się z ciepłem. Dzisiaj brzmią surowo, brzęczą.
Kiedy mijam zirytowaną siostrę, kierując się ku naszej wspólnej sypialni, wciąż myślę o tej dziewczynie z lustra, tej, która pragnie miłości. Być może taka miłość, o jakiej marzę, jest niemożliwa. Od trzynastu lat splatam wspomnienia i doświadczenia w opowieść o sobie i wychodzi mi z niej, że jestem ułomna, nikt mnie nie pragnie, nie mam swojego miejsca.
Tak jak tego wieczora, kiedy miałam siedem lat, a moi rodzice zaprosili gości na kolację. Wyszłam z pokoju, bo poprosili mnie, żebym uzupełniła wodę w dzbanku. Z kuchni słyszałam, jak żartują.
– Tę mogliśmy sobie już darować.
Mieli na myśli to, że zanim przyszłam na świat, rodzina była już pełna. Mieli Magdę, która grała na fortepianie, i Klarę, cudowne dziecko skrzypiec. Ja nie dodawałam niczego nowego. Byłam niekoniecznie potrzebna, niewystarczająco dobra. Nie było dla mnie miejsca.
Sprawdziłam prawdziwość tej teorii, kiedy miałam osiem lat i postanowiłam uciec z domu. Chciałam się przekonać, czy rodzice w ogóle zauważą, że mnie nie ma. Zamiast do szkoły pojechałam trolejbusem do babci. Ufałam moim dziadkom – ojcu i macosze matki – nie wydaliby mnie. Ciągle walczyli z matką w imieniu Magdy, chowając jej w szufladzie z ubraniami ciastka. Byli dla mnie synonimem bezpieczeństwa. Kojarzyli mi się tylko i wyłącznie z beztroską – zapachem antrykotu i pieczonej fasoli, słodkich bułek, czulentu, gęstego gulaszu, który w szabat babcia brała do piekarni, aby tam go podgrzać, bo zgodnie z ortodoksyjną praktyką nie wolno jej było korzystać z własnego pieca.
Dziadkowie na mój widok ucieszyli się. Dla ich miłości i akceptacji nie musiałam niczego udawać. Dawali mi je za darmo. Spędziliśmy cudowny poranek w kuchni, jedząc bułki orzechowe. Potem jednak zadzwonił dzwonek do drzwi. Dziadek poszedł otworzyć. Chwilę później wbiegł do kuchni i trochę za głośno ostrzegł mnie:
– Chowaj się, Dicuka! Twoja matka przyszła!
Próbując mnie ochronić, wydał mnie.
Najbardziej bolał mnie wyraz twarzy mojej matki, kiedy zobaczyła mnie w kuchni dziadków. Nie chodziło tylko o to, że była zdziwiona, widząc mnie tam, ale że wydawała się jakby zaskoczona tym, że w ogóle istnieję. Tak jakby wolała – albo spodziewała się – ujrzeć kogoś innego.
A jednak często jestem jej towarzyszką, siedzę z nią w kuchni, kiedy tato wyjeżdża w podróż służbową do Paryża, pakując wcześniej do walizek jedwab – prowadzi zakład krawiecki. Kiedy wraca, matka patrzy na niego surowo, bacznie, martwi się, czy nie wydał za dużo pieniędzy. Nie zaprasza przyjaciół. W salonie nie słychać swobodnych rozmów, nie ma dyskusji o książkach czy polityce. To mnie matka powierza swoje tajemnice. Cenię sobie czas, który spędzam z nią sama.
Pewnego wieczoru, kiedy miałam dziewięć lat, siedziałyśmy same w kuchni. Owijała resztki strucli. Wcześniej obserwowałam, jak rozcina ciasto i układa je jak ciężki len na stole jadalnianym.
– Poczytaj mi – powiedziała, a ja wzięłam zniszczony egzemplarz Przeminęło z wiatrem z jej szafki nocnej. Kiedyś już całą tę książkę przeczytałyśmy. Zaczynamy od początku. Zatrzymuję wzrok na tajemniczym napisie po angielsku na tytułowej stronie przetłumaczonej książki. Ktoś napisał tu coś odręcznie, ale to nie jest charakter pisma mojego ojca. Matka powie tylko, że książkę dostała w prezencie od mężczyzny, którego poznała, pracując w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, zanim spotkała ojca.
Siedziałyśmy na krzesłach przy piecyku na drewno. Kiedy razem czytałyśmy, z nikim nie musiałam się nią dzielić. Zanurzałam się w słowach, w opowieści i w uczuciu, jakie wywoływało we mnie przebywanie w świecie tylko z nią. Scarlett wraca do Tary po wojnie i dowiaduje się, że jej matka nie żyje, a ojciec pogrążony jest w żałobie. „Bóg mi świadkiem – mówi Scarlett – że nigdy więcej głodna nie będę”1. Matka zamknęła oczy i oparła głowę o oparcie krzesła. Chciałam wspiąć się jej na kolana. Chciałam oprzeć głowę na jej piersi. Chciałam, żeby jej usta dotknęły moich włosów.
– Tara… – powiedziała. – Ameryka, chciałoby się ją zobaczyć.
Chciałabym, żeby moje imię wypowiadała z takim samym uczuciem, z jakim wymawia nazwę kraju, w którym nigdy nie była. Wszystkie zapachy kuchni mojej matki to dla mnie dramatyczne połączenie głodu i uczty – zawsze, nawet podczas uczty, pojawia się tęsknota. Nie wiem, czy jest jej, czy moja, czy też nasza wspólna.
Siedzimy, a między nami płonie ogień.
– Kiedy byłam w twoim wieku… – zaczęła.
Teraz, kiedy mówiła, bałam się poruszyć, bałam się, że jeśli to zrobię, ona zamilknie.
– Kiedy byłam w twoim wieku, młodsze rodzeństwo spało razem, a ja i matka spałyśmy w jednym łóżku. Pewnego ranka obudziłam się, bo wołał mnie ojciec: „Ilonka, obudź matkę. Nie zrobiła jeszcze śniadania i nie przygotowała mi ubrań”. Odwróciłam się do leżącej obok mnie pod kołdrą matki. Ale ona się nie ruszała. Nie żyła.
Chciałam poznać każdy szczegół tej chwili, gdy córka budzi się obok matki, którą właśnie straciła. Chciałam też odwrócić wzrok. Myślenie o tym było zbyt przerażające.
– Tamtego popołudnia, kiedy ją pochowali, myślałam, że złożyli ją do grobu żywą. Wieczorem ojciec powiedział, żebym przygotowała rodzinną kolację. Tak też zrobiłam.
Czekałam na dalszy ciąg tej historii. Na morał albo na pocieszenie.
– Czas spać – tylko tyle powiedziała. Pochyliła się, by zebrać popiół spod piecyka.
W korytarzu za drzwiami usłyszałyśmy kroki. Zanim ojciec przekręcił klucz w zamku, czułam już zapach jego tytoniu.
– Drogie panie – zawołał – jeszcze nie śpicie?
Wszedł do kuchni w swych błyszczących butach i eleganckim garniturze, z szerokim uśmiechem i małym woreczkiem w dłoni. Wręczył mi go i głośno pocałował mnie w czoło.
– Znów wygrałem – pochwalił się.
Zawsze kiedy grał z przyjaciółmi w karty lub w bilard, dzielił się ze mną wygraną. Tamtego wieczoru przyniósł ciasteczko z różowym wzorkiem. Gdybym była moją siostrą Magdą, matka, która zawsze martwi się jej wagą, wyrwałaby mi łakoć z ręki, ale w moją stronę kiwnęła głową, pozwalając mi zjeść ciastko.
Wstała, kierując się w stronę zlewozmywaka. Ojciec zatrzymał ją, podniósł jej dłoń, by okręcić ją wokół siebie. Matka pozwoliła mu na to, ale była przy tym sztywna, nie uśmiechnęła się. Przyciągnął ją do siebie, objął, jedną rękę trzymając na plecach, drugą przykładając jej do piersi. Matka go odepchnęła.
– Twoja matka jest mną rozczarowana – powiedział do mnie półgłosem, kiedy wychodziliśmy z kuchni. Czy chciał, żeby to usłyszała, czy też była to tajemnica przeznaczona tylko dla mnie? Tak czy inaczej, zapisałam to w pamięci do przemyślenia na później. A jednak rozgoryczenie w jego głosie wywołało we mnie lęk.
– Co wieczór chciałaby chodzić do opery, prowadzić wytworne życie kosmopolitki. A ja jestem tylko zwykłym krawcem. Krawcem, który gra w bilard.
Zrezygnowany ton głosu ojca zaniepokoił mnie. Jest w naszym mieście dobrze znany i lubiany. Zabawny, uśmiechnięty, zawsze wydaje się w dobrym nastroju, ludzie lubią jego towarzystwo. Spotyka się z licznymi przyjaciółmi. Uwielbia jeść (zwłaszcza szynkę; czasem przemyca ją do naszego domu i zjada nad gazetą, w którą jest zawinięta, wpychając mi do ust kawałki zakazanej wieprzowiny i znosząc oskarżenia matki, że kiepski z niego wzór do naśladowania). Jego zakład krawiecki zdobył dwa złote medale. Nie jest zwykłym rzemieślnikiem, który szyje równe szwy. Jest mistrzem szycia na miarę. Tak poznał matkę – przyszła do jego zakładu, bo potrzebowała sukni, a on cieszył się wielką renomą. W młodości chciał jednak zostać lekarzem, nie krawcem, lecz ojciec mu to odradził, a rozczarowanie samym sobą co jakiś czas powracało.
– Nie jesteś zwyczajnym krawcem, tato – zapewniłam go. – Jesteś słynnym projektantem sukni!
– A ty będziesz najlepiej ubraną panną w całych Koszycach – odpowiedział, klepiąc mnie po głowie. – Masz idealną figurę, ubrania dobrze na tobie leżą.
Wydaje się, że już znów zepchnął swoje rozczarowanie w cień. Przez chwilę staliśmy jeszcze razem w korytarzu, żadne z nas nie chciało odejść.
– Wiesz, chciałem, żebyś była chłopcem – powiedział ojciec. – Gdy się urodziłaś, to trzasnąłem drzwiami, taki byłem wściekły, że mam kolejną córkę. Ale teraz tylko z tobą mogę porozmawiać. – Pocałował mnie w czoło.
Uwielbiam, kiedy ojciec obdarza mnie uwagą. Tak jak w przypadku matki jest ona cenna… i nietrwała. Jakby to, czy jestem warta ich miłości, miało mniejszy związek ze mną samą, a większy z ich samotnością. Jakby moja tożsamość nie wynikała z tego, kim jestem czy co mam, a była jedynie miarą tego, czego brakuje każdemu z moich rodziców.
Kiedy dołączam do reszty rodziny przy śniadaniu, moje siostry witają mnie piosenką, którą wymyśliły dla mnie, kiedy miałam trzy lata i zaczęło mi zezować oko na skutek źle wykonanego zabiegu.
– Jesteś taka brzydka, wątła taka – śpiewają. – Męża nigdy nie znajdziesz.
Przez całe lata chodziłam ze spuszczoną głową, żeby nie widzieć, jak ludzie patrzą na moją oszpeconą twarz. Kiedy miałam dziesięć lat, miałam operację korygującą zeza i teraz powinnam już chodzić z uniesioną głową i uśmiechać się do nieznajomych, ale tamto zawstydzenie wciąż mi towarzyszy, a złośliwości ze strony sióstr tylko je wzmacniają.
Magda ma dziewiętnaście lat, zmysłowe usta i loki. W naszej rodzinie to ona jest żartownisią. Kiedy byłyśmy młodsze, pokazała mi, jak rzucać winogrona z okna naszej sypialni, żeby trafiały do filiżanek z kawą osób siedzących na tarasie na dole. Klara, środkowa siostra, jest cudownym dzieckiem skrzypiec. Kiedy miała pięć lat, nauczyła się grać koncert skrzypcowy Mendelssohna.
Jestem przyzwyczajona do bycia tą cichą, niewidzialną siostrą. Tak bardzo wierzę w to, że jestem gorsza, że rzadko przedstawiam się własnym imieniem. Mówię: „Jestem siostrą Klary”. Nie zdaję sobie sprawy z tego, że Magda może mieć dość odgrywania roli klauna, a Klara może nie znosić bycia cudownym dzieckiem. Ani na sekundę nie wolno jej przestać być niezwykłą, inaczej może wszystko stracić – podziw, do którego przywykła, całą swoją tożsamość. Magda i ja musimy pracować, żeby coś dostać, i wiemy, że nie dostaniemy tego wystarczająco dużo. Klara musi się martwić, że w każdej chwili może popełnić kardynalny błąd i wszystko stracić. Gra na skrzypcach, odkąd żyję, od trzeciego roku życia. Często stoi przy otwartym oknie i ćwiczy, tak jakby nie mogła cieszyć się w pełni swoim talentem, dopóki nie przyciągnie uwagi przechodniów, którzy go doświadczają. Wydaje się, że dla niej miłość nie jest nieograniczona, ale uwarunkowana – umawiasz się na to, że dostaniesz nagrodę za występ. Za bycie kochanym trzeba zapłacić – staranie o to, by ktoś cię akceptował i podziwiał, ostatecznie oznacza w pewnym sensie znikanie.
Jemy bułki z pobliskiej piekarni, posmarowane masłem i brzoskwiniowym dżemem mojej matki, bardziej słodkim niż kwaśnym. Nalewa kawy i rozkłada na stole jedzenie. Ojciec już ma na szyi miarę krawiecką, a w kieszonce na piersi kawałek kredy do rysowania na tkaninach. Magda czeka, aż matka zaproponuje wszystkim drugą bułkę.
– Weź, bo ja ją zjem – namawia mnie, kiedy nie chcę wziąć.
Klara chrząka i wszyscy zwracają się ku niej, żeby usłyszeć, co chce powiedzieć.
– Muszę odpowiedzieć temu profesorowi w sprawie zaproszenia na studia w Nowym Jorku – mówi, smarując ciepłą bułkę miękkim masłem.
– Mamy w Nowym Jorku rodzinę – mówi ojciec, w zamyśleniu mieszając kawę. Ma na myśli swoją siostrę Matyldę, która mieszka w żydowskiej dzielnicy imigranckiej o nazwie Bronx.
– Nie – odpowiada matka. – Już o tym rozmawialiśmy. Ameryka jest za daleko.
Myślę o tym dawno minionym wieczorze, kiedy mówiła o Ameryce z taką tęsknotą. Być może na tym polega życie – jest ciągłym wahaniem między rzeczami, których nie mamy, a chcielibyśmy mieć, i tymi, które mamy, a wolelibyśmy nie mieć.
Klara zaciska szczękę.
– Jeśli nie Nowy Jork – mówi – to w takim razie Budapeszt.
Zbierając naczynia ze stołu, matka smutnieje. Wesprzeć ulubione dziecko w rozwoju kariery oznacza je stracić. A może nie chodzi o to, że Klara ma wyjechać z domu, może chodzi o jej własne nieprzejednanie. Może matka jest na siebie zła za to, że mówi „nie”, choć chciałaby powiedzieć „tak”.
Wiecznie dobry nastrój ojca nie ustaje z powodu ciężaru decyzji Klary czy zmartwienia, z jakim przyjęła ją matka.
– Porozmawiamy o tym – mówi, rozładowując ponurą atmosferę, która znów zapanowała przy naszym stole. – Dicuka – mówiąc to, podaje mi kopertę – zanieś pieniądze do szkoły, czas opłacić czesne.
Trzymam w ręce tę kopertę, czując, jak ważne jest zaufanie, którym mnie obdarzył. A jednak przekazując mi tę odpowiedzialność, jednocześnie mnie napomina. Tyle właśnie kosztuję rodzinę. A ile przynoszę w zamian, to pytanie bez odpowiedzi. Pakując się do szkoły, ściskam w dłoni kopertę, tak jakby ten uścisk miał mi pomóc ustalić, na ile się liczę, a na ile nie, tak jakby miał mi pomóc naszkicować mapę ukazującą wymiary i granice mojej wartości. Najlepiej się czuję, kiedy jestem sama, mogę zatopić się we własnym świecie, dlatego cenię sobie spacer do prywatnej żydowskiej szkoły, do której uczęszczam. Ćwiczę kroki do układu do Nad pięknym modrym Dunajem, moja klasa baletowa wystąpi z nim podczas festiwalu nad rzeką.
Myślę o moim baletmistrzu i jego żonie, o tym, co czuję, kiedy po dwa, trzy schody na raz wchodzę do studia, odrzucam szkolne ubranie, wkładam body i rajstopy. Uczę się baletu, odkąd skończyłam pięć lat, a matka wyczuła, że nie jestem muzykiem, że mam inne talenty. (Rodzice próbowali zainteresować mnie starymi skrzypcami Klary, ale matka szybko zaczęła wyrywać mi je z ręki, mówiąc: „wystarczy”). Balet pokochałam jednak od pierwszej chwili. Ciocia i wujek podarowali mi tutu, którą włożyłam na pierwszą lekcję. Jakimś cudem w studiu nie byłam nieśmiała. Podeszłam prosto do pianisty, który grał muzykę do tańca, i zapytałam, co planuje grać.
– Idź, tańcz, kochanie – odpowiedział. – Ja się zajmę fortepianem.
W wieku ośmiu lat chodziłam już na zajęcia baletowe trzy razy w tygodniu. Lubiłam mieć coś swojego, coś innego od tego, co robiły moje siostry. Dobrze czułam się w swoim ciele. Lubiłam ćwiczyć szpagat, baletmistrz powtarzał nam, że siła i elastyczność są ze sobą nierozerwalnie związane – żeby jeden mięsień mógł się napiąć, inny musi się rozciągnąć. Aby osiągnąć gibkość i wytrzymałość, musimy mieć silne kręgosłupy. Powtarzałam sobie w głowie te zasady jak modlitwę. Schodziłam w dół, kręgosłup prosty, napięte mięśnie brzucha, nogi rozciągają się na boki. Pamiętałam o oddechu, zwłaszcza w chwilach, kiedy poczułam, że się zatrzymałam. Wyobrażałam sobie, że moje ciało rozciąga się jak struny skrzypiec mojej siostry, odnajdując ten dokładnie moment naprężenia, dzięki któremu cały instrument zaczyna wydawać dźwięk. I już byłam na dole. Udało się. Pełny szpagat.
– Brawa! – Baletmistrz zaklaskał dla mnie. – Teraz się nie ruszaj.
Podniósł mnie z podłogi, uniósł ponad głowę. Trudno było mi utrzymać nogi w pełnym szpagacie bez podłogi, o którą mogłam się oprzeć, ale przez chwilę czułam się jak złożona w ofierze. Jak czyste światło.
– Editke – nauczyciel zwrócił się do mnie – wszelka ekstaza w twoim życiu będzie się brała z wnętrza.
Nie rozumiem jeszcze tak naprawdę, co miał na myśli. Wiem jednak, że umiem oddychać, obracać się, kopać i schylać. Że kiedy moje mięśnie rozciągają się i wzmacniają, każdy ruch, każda poza woła: „Jestem, jestem, jestem. Jestem mną. Jestem kimś”.
Porywa mnie fantazja, tańczę już swój własny taniec, o tym, jak spotkali się moi rodzice. Odgrywam obie role. Matka wchodzi do pokoju, ojciec błaznuje, udając niedowierzanie. Ona obraca się prędzej, podskakuje wyżej. Całe moje ciało to radosny śmiech. Nigdy nie widziałam, żeby matka się radowała, nigdy nie słyszałam, żeby śmiała się naprawdę szczerze, ale we własnym ciele odczuwam nieograniczone źródło jej szczęścia.
Idę do szkoły, a tam okazuje się, że zniknęły pieniądze, które tato dał mi na opłacenie czesnego za cały kwartał. W tanecznym zapomnieniu gdzieś je zgubiłam. Sprawdzam każdą kieszeń i każdą plisę w ubraniach, ale pieniędzy nie ma. Przez cały dzień strach przed ujawnieniem tego ojcu jest jak palący lód w żołądku.
Tego wieczora w domu czekam, aż będzie po kolacji, żeby zebrać się na odwagę i powiedzieć ojcu, co zrobiłam. Nie może na mnie patrzeć, kiedy podnosi pięść i bierze do ręki pas. Po raz pierwszy w życiu mnie bije, nigdy żadnej z nas jeszcze nie zbił. Kończy i nie odzywa się do mnie.
Wcześnie idę do łóżka, nie skończyłam jeszcze zadania domowego, wciąż pieką mnie plecy i pośladki. Bardziej niż świeże ślady po uderzeniu na skórze boli mnie poczucie, że coś jest ze mną nie tak. Wkrótce przekonam się, że to samotne miejsce w moim wnętrzu, do którego się udaję, to mój zasób, narzędzie przetrwania, ale dziś wieczorem moja wyobraźnia wydaje mi się aberracją. Okropną wadą.
Pod kołdrę wciągam lalkę. Ma na imię Malutka. Ma długie, kręcone, ciemne włosy i zielone oczy, które się otwierają i zamykają. Zielone oczy, jak ojciec. To piękna lalka, najlepsze, co mam. Szepczę do jej gładkiego porcelanowego ucha.
– Chciałabym umrzeć, żeby cierpiał za to, co mi zrobił – mówię ze ściśniętymi w ciemnościach powiekami.
Malutka nie odpowiada, jakby zastanawiała się nad tą obezwładniającą mnie złością na ojca – i na siebie samą. Nie powstrzymuję tego gniewu. Rośnie we mnie coraz bardziej. Mówienie najgorszych rzeczy sprawia przyjemność.
– Nie – szepczę do lalki głosem zmienionym przez łzy – chciałabym – napięcie rośnie – chciałabym… – Powiem to, to najgorsze, najbardziej brutalne coś, co jestem w stanie wymyślić. To zdanie tak straszne, że nigdy nie będę mogła go odwołać, które, choć jeszcze tego nie wiem, będzie mnie prześladować, będzie wybrzmiewać w mojej głowie podczas o wiele gorszych nocy, w znacznie gorszych czasach. – Chciałabym, żeby ojciec umarł – mówię.
Dziś Malutka nie odpowiada, w ciemności jej oczy są zamknięte, jak kurtyna miękko opadająca na scenę.
Rozdział 2
Bezpieczni w naszych umysłach
Przed pierwszą wojną światową region, w którym się urodziłam, był częścią Austro-Węgier, dużego cesarstwa z silnie rozwiniętym przemysłem i drugą największą w Europie siecią kolei. Jednak po pierwszej wojnie, w 1918 roku, czyli niecałe dziesięć lat przedtem, zanim się urodziłam, ustanowiono nowe państwo: Czechosłowację. Moje miasto, węgierska Kassa, stało się Koszycami w Czechosłowacji. A moi rodzice zaczęli stanowić podwójną mniejszość. Etnicznie byliśmy Węgrami żyjącymi w kraju, gdzie większość stanowili Czesi, a po drugie byliśmy Żydami.
Nie podlegaliśmy segregacji. Nie tworzono dla nas gett, nie zmuszano nas do życia osobno, jak to miało miejsce w przypadku wielu Żydów mieszkających w różnych europejskich miastach (i to dlatego moja rodzina mówiła tylko po węgiersku, a nie w jidysz). Korzystaliśmy z wielu możliwości, jeśli chodzi o edukację, rozwój zawodowy czy kulturę. Spotykaliśmy się mimo to z uprzedzeniami, czasem domyślnymi, czasem wyrażanymi wprost. Antysemityzm nie był wymysłem nazistów, istniał na długo przed nimi. Dorastając, nabrałam przekonania, że bezpieczniej jest się asymilować, wmieszać w tłum, nigdy się nie wyróżniać.
W dzieciństwie zdarzały się jednak chwile, kiedy odczuwałam dumę z powodu tego, kim byłam. W listopadzie 1938 roku, kiedy miałam jedenaście lat, Węgry ponownie zaanektowały Koszyce i wydawało się, że dom znów stał się domem. Matka stała na balkonie naszego dużego mieszkania przy głównej ulicy miasta, znajdowało się w starym budynku zwanym Pałacem Andrássy’ego, przebudowanym na cele mieszkalne. Mieszkaliśmy na trzecim piętrze. Matka przewiesiła przez balustradę balkonu stary orientalny dywan. Nie czyściła go, świętowała. Tego dnia przyjechał Jego Wysokość król regent Węgier Miklós Horthy, by formalnie przywitać nasze miasto w swoim kraju. Byłam podekscytowana i dumna. Przynależeliśmy!
Po południu sama też przywitałam Horthy’ego tańcem. Miałam na sobie tradycyjny strój węgierski – bogato wyszywaną w kwiaty jasną wełnianą kamizelkę i spódnicę, bufiastą bluzkę z białymi rękawami, wstążki, koronki, czerwone kozaki. Kiedy wykonałam wymach z podskokiem nad rzeką, Horthy bił brawo. Tancerze mu się podobali. Ja mu się podobałam. Poczułam, że mogę coś podarować mojej rodzinie i mojemu krajowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem, przeł. Celina Wieniewska, Czytelnik, Warszawa 1991, t. 2, s. 97. [wróć]
