Bajanki i Bajadurki - Mirosław Pisarkiewicz - ebook

Bajanki i Bajadurki ebook

Mirosław Pisarkiewicz

0,0

Opis

Bajanki i Bajadurki są wyborem bajeczek, bajek, legend i opowieści groteskowych zbliżonych do fantasy i wszelkiej zdefiniowanej i niezdefiniowanej baśniowości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 62

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mirosław Pisarkiewicz

Bajanki i Bajadurki

Projektant okładkiEwa Golińska - Pisarkiewicz

© Mirosław Pisarkiewicz, 2021

© Ewa Golińska - Pisarkiewicz, projekt okładki, 2021

Bajanki i Bajadurki są wyborem bajeczek, bajek, legend i opowieści groteskowych zbliżonych do fantasy i wszelkiej zdefiniowanej i niezdefiniowanej baśniowości.

ISBN 978-83-8221-649-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Mojemu pluszowemu Misiowi z dzieciństwa — gdziekolwiek jest …

„Kadr II”

„Kadr II”

Malowany

w 2016 roku akrylami na płótnie obraz Ewy Golińskiej — Pisarkiewicz.

Wstęp

Teksty zawarte w tym zbiorze, podzieliłem na trzy części: Bajanki (dla dzieci) i Bajadurki (dla ...starszych dzieci), ale … może powinienem zrobić odwrotnie? W części trzeciej są natomiast trzy utwory rymowane.

Bajanki

Pajacyk i Pajacynka

Pajacynkę i Pajacyka zrobił stary lalkarz, którego niektórzy nazywali Mistrzem. Niegdyś pracował w teatrze, gdzie zajmował się kostiumami. Sam je wymyślał i robił. Teraz był już bardzo stary. Mieszkał daleko od teatru, ale nadal lubił robić kostiumy. Tyle, że dla lalek. Lalki także tworzył. I kolorowe pajacyki. Raz w tygodniu stawał z wielką walizą ubranek i lalek na skraju targowiska. Dzieci ciągnęły wtedy swoje mamy, które kupowały na straganach owoce i warzywa, do staruszka. Często prosiły:

— Kup mi lalkę mamo, kup, taka jest śliczna!

Pajacynka i Pajacyk powstali w pewien letni dzień. Najpierw ona, później on. Ale tych kilka godzin patrzenia, jak Mistrz tworzy Pajacyka, napełniło Pajacynkę taką czułością, że gdy tylko Pajacyk był gotów i znalazł się na półeczce obok niej, powiedziała:

— Dobrze, że już jesteś. Bardzo na Ciebie czekałam.

Mistrz przyglądał się obojgu z zadowoleniem i uśmiechał pod siwym wąsem. Byli tacy ładni i kolorowi. Pasowali do siebie. Mrużył oczy za okularami i cieszył się, jakby spotkało go coś miłego.

Początkowo wszystko układało się pomyślnie. Spędzali całe dnie na półeczce rozmawiając, trzymając się za ręce i obserwując pracę Mistrza. A wieczorami, gdy Mistrz zasypiał, bawili się wspólnie z lalkami. Były bale i przyjęcia. Nawet pająk, który mieszkał w lampie pod sufitem, dołączał się czasem do zabawy. Tkał specjalną pajęczynę i grał na niej, jak na harfie, przecudne koncerty.

Pewnego dnia wszystko się skończyło. Mistrz zabrał pajacyki do walizki razem z lalkami i ubrankami i poszedł na targ. Gdy otworzył wieko walizki, wszyscy jej podróżnicy z zaciekawieniem patrzyli na tłum ludzi, konie i wozy. Podziwiali stosy ułożone z różnokolorowych jabłek, błyszczących czereśni i zielonych ogórków. Pajacykom najbardziej podobały się pomidory, bo miały kolor podobny do ich czapeczek.

Gdy tak rozglądali się dookoła, do Mistrza podeszła dziewczynka z tatą.

— Jakie śliczne pajacyki. Kup mi jednego tatusiu. Proszę bardzo, bardzo! Kup!!

Pajacyki i lalki Mistrza były tak śliczne, że rodzice prawie nigdy nie odmawiali dzieciom. Tak stało się i tym razem. Tato dziewczynki wyjął portfel i po chwili dziecko porwało uradowane Pajacynkę krzycząc:

— Jaka piękna! Tato jesteś taki kochany! Nazwę ją … Pajacynką!!!

Pajacynka przecież nie mogła mieć inaczej na imię.

Zrozpaczony Pajacyk nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Krzyczał:

— Nie zabierajcie jej!

Ale w zamieszaniu targowiska nikt go nie słyszał. Nieprzytomna ze strachu Pajacynka widziała, jak bezsilne łzy kapią mu po policzkach.

— Będzie ci dobrze w Domu nad Strumieniem. — Powiedziała dziewczynka i odeszła razem z tatą.

Pajacynka patrzyła tylko z rozpaczą na, coraz mniejszego, Pajacyka. Szeptała bezgłośnie:

— Pajacyku, Pajacyku.

— Znajdę Cię!! — Usłyszała jeszcze z oddali. — I więcej nie pamiętała już nic.

Lalki próbowały pocieszać Pajacyka, ale wkrótce i one powędrowały do różnych dzieci. Pajacyk skorzystał z zamieszania i wysunął się z walizki.

— Znajdę Cię. — Postanowił. — Choćbym miał przeszukać wszystkie kąty świata.

Długo kręcił się wokół straganów, ale Pajacynki nigdzie nie było. W pewnej chwili mocno zabiło mu serce.

— Pajacynka!

Ruszył do kolorowych pudeł ułożonych na wielkiej płachcie na ziemi. Były tam lale i misie i był … jakiś inny pajacyk. Próbował spytać go o Pajacynkę, ale nie rozumiał w jakim języku odpowiada mu obcy pajacyk.

Długo kręcił się po targowisku pytając napotkane wróble i gołębie.

— Czy nie widzieliście mojej Pajacynki?

Ale słyszał tylko w odpowiedzi:

— Nie wiemy, gdzie ona jest. Nie widzieliśmy jej.

Zrozpaczony wdrapał się na wóz z głowami kapusty, by z góry rozejrzeć się po targowisku. Tak zmęczyła go wspinaczka i hałas i żal, że gdy potknął się o zieloną kulę i upadł, nie próbował wstać. Wtulił się między leżące na dnie wozu kapuściane liście i zasnął.

Obudziło go stukanie kopyt. Okazało się, że gdy spał, targ się skończył i wóz z resztą kapusty wyruszył w drogę. Pajacyk poczekał na moment, gdy na chwilę się zatrzymał. Kiedy woźnica poprawiał coś przy uprzęży, zsunął się z wozu. Po chwili koń ruszył dalej, a Pajacyk został sam na drodze. Za drogą rozciągała się widoczna z nasypu łąka. Stał tak i patrzył na ogromny świat, gdy przyfrunął do niego kolorowy motylek.

— Nie znam Cię. Co tu robisz na skraju łąki? — Zapytał. — Ja jestem Kolorowy Motylek i mieszkam na tej łące, a Ty?

— Jestem Pajacyk z Miasta i szukam mojej Pajacynki.

— A gdzie Ona jest?

— Kupiła ją dzisiaj na targu dziewczynka z Domu nad Strumieniem. Ale nie wiem gdzie to jest…

— To straszne. Pomogę Ci. — Powiedział Kolorowy Motylek. — Chodź za mną, będę leciał górą i poprowadzę Cię w stronę Strumienia.

— Dziękuję Ci Kolorowy Motylku. Dziękuję! — Zawołał Pajacyk.

— Ależ to nic wielkiego. Po prostu trochę pofruwam nad Tobą.

Ruszyli przez pachnącą łąkę. Motylek mówił Pajacykowi, jak nazywają się mijane rośliny, opowiadał o łące, a czasami razem pozdrawiali spotykane stworzenia. Motylek zajmował rozmową Pajacyka i czas mijał im szybko. Nagle wśród trawy zaczął szybko poruszać się jakiś groźny kształt.

— To Polna Mysz! — Krzyknął Motylek — Uciekaj Pajacyku!

Posłuchał natychmiast i rzucił się przed siebie, ale zwierzę było coraz bliżej.

— Dmuchawiec Pajacyku! Dmuchawiec!! — Krzyknął Motylek.

Zdyszany od biegu zatrzymał się nie wiedząc, co począć z dmuchawcem.

— Dmuchaj w niego! Dmuchaj! Mocno! I nagnij go, gdy Mysz się zbliży!

Pajacyk dmuchnął i obłok zarodników poszybował wprost do otwartego pyska Polnej Myszy. Przygiął za radą Motyla dmuchawiec i … mysz oberwała prosto w nos. Pajacyk z radością zobaczył, że zwierzę zaczęło oddalać się w drugą stronę. Pomachał Motylkowi.

— Dziękuję Motylku! Uratowałeś mi życie.

— To nic wielkiego, tylko krzyknąłem. — Powiedział Motylek. — Muszę już wracać do domu. Idź cały czas prosto, a dojdziesz do Strumienia.

Pajacyk pomachał Motylkowi jeszcze raz i ruszył na poszukiwanie Pajacynki.

— Na pewno ją znajdzie. — Powiedział cicho patrząc za nim Kolorowy Motylek.

Zbliżała się noc. Słońce przybrało niepokojąco czerwoną barwę, gdy Pajacyk doszedł wreszcie do Strumienia. Łamał sobie głowę, jak przedostać się na drugą stronę, gdy odpowiedź podsunął mu Wiatr, który potrząsnął gałęziami i strząsnął liście na drugi brzeg. Przyjrzał się uważnie drzewu i wspiął się wysoko na konary.

— To dla Ciebie Pajacynko. — Szepnął.

Wybrał dwa największe wysuszone liście. Zerwał je i stanął z nimi, jak ze skrzydłami, na gałęzi wysuniętej w kierunku rzeki. Czekał na Wiatr. Gdy przyszedł, podmuch uniósł go lekko w górę, zakręcił dwa razy nad wodą.

— Frunę, frunę! — Krzyczał uradowany. — Przefrunąłem, wylądowałem! — Krzyczał jeszcze głośniej, gdy Wiatr zawiał go bezpiecznie na łąkę po przeciwnej stronie.

Nim ochłonął po lotniczej przygodzie znalazł się niespodziewanie w pysku wielkiego, kudłatego psa. Przerażony patrzył, jak świat w pędzie zlewa się w rozmazany obraz.

— To już koniec Pajacynko. Nigdy już Cię nie ujrzę! — Zapłakał przerażony.

Pies tymczasem wbiegł do domu i … położył Pajacyka na dywanie. Liznął go ozorem, przyjacielsko trącił łapą i pobiegł do swoich psich spraw.

Pajacyk leżał tak, jak go zostawiło zwierzę przez dłuższą chwilę, bojąc się poruszyć. Wreszcie otworzył oczy. Zobaczył pokój, który z pewnością należał do dziecka. Kolorowe meble stały pod ścianami wyklejonymi tapetą w puchate niedźwiadki. Na półkach stały grzecznie różnobarwne książki i wesołe maskotki.

— Nie widzieliście mojej Pajacynki? — Zapytał z nadzieją.

Pytanie przerwał pełen zdziwienia i radości krzyk:

— Pajacyk! Kochany Pajacyk!! — Pajacynka szybko zsunęła się z półeczki i przytuliła do Pajacyka. — Tak bardzo za Tobą tęskniłam.

— A ja Ciebie tak bardzo szukałem. Nie mogłem Cię tak zostawić. Kocham Cię Pajacynko!

— Ja Ciebie też. — Szepnęła.

Gdy tak tulili się szczęśliwi do siebie, do pokoju weszła dziewczynka. Zdziwiona zobaczyła dwa kolorowe pajacyki na podłodze.

— Skąd się wziął ten drugi? — Powiedziała zaskoczona. — Nieważne! — Nie zastanawiała się długo. — Tak pięknie wyglądają razem. Będzie im we dwoje weselej.

Odtąd Pajacyk i Pajacynka mieszkali razem z dziewczynką, jej rodzicami i psem w Domu nad Strumieniem. Stary Mistrz zaś, zanim położył się spać tego dziwnego dnia, uśmiechnął się wesoło na myśl o swoich Pajacykach, jakby wiedział, że szczęśliwie odnalazły siebie.

Legenda o Białym Jeziorze

Działo się to w czasach, kiedy na tych terenach nikt nie nadawał minionemu nazw. Dziwnych znaków, dla różnych chwil, używali tylko kupcy ciągnący niekiedy między tutejszymi mokradłami w stronę morza po jantar.

Wodnych rozlewisk było tyle, że większość z nich nie posiadała imion. Ot, mówiło się „woda koło starego dębu”, albo „woda Wandów” — to od starego Wandy i jego synów, którzy ciągnęli z toni ryby.

Tylko duże wody miały nazwy strzegących je bóstw — Narie, Ewingi i Druzy pilnowały bogactw, z których żyli miejscowi, dopuszczani do wodnego świata po złożeniu zapłaty z darów ziemi dla panów wody.

Niedaleko Zantyra, pośród leśnych ostępów mieszkała w niewielkim siole gromadka bartników. Dobrzy to byli ludzie. Zwierząt nie krzywdzili, więc i one były z nimi w pokoju. Drzew nie spuszczali, a brali tyle z powalonych, ile im było trzeba. Żywili się owocami kniei i tym, co uzyskali od polnych ludzi w zamian miodu.

Była między nimi dziewczynka, na którą wołali Resynka. Śliczne z niej było dziecko i dobre. Szczególnie lubiły ją okoliczne lasy. Zawsze chodziła po zwierzęcych duktach uśmiechnięta i często nuciła wesoło.

Zwierzaki garnęły się do niej, bo i umiała z nimi rozmawiać i wiele razy temu opatrzyła skaleczoną nogę, a innemu wyciągnęła kolec, ptakowi podwiązała skrzydło, a małe włożyła do gniazda. Kochała leśny świat i on o tym wiedział.

Pewnego jesiennego wieczora, gdy zasiedziała się niemal do mroku z zającami, niespodziewanie z gęstwiny wyjechali konno dwaj przedziwnie ubrani na biało jeźdźcy w skrzydlatych hełmach. Nie widziano tu takich nigdy, chociaż różni wędrowali przez tę krainę.

Resynka nagle znalazła się między dwoma białymi ludźmi na potężnych koniach. Przerażona rzuciła się do ucieczki. Jeźdźcy popędzili za nią, jeden nawet próbował schwytać ją na arkan. Resynka biegła szybko chcąc ostrzec bartników. Las jej pomagał. Krzaki odchylały gałęzie, by zamknąć się ścianą, gdy przebiegła. Powoje wtulały się w ziemię, by szarpać po chwili końskie nogi jeźdźców w skrzydlatych szyszakach. Gdy wojownicy dopędzili dziewczynę w pobliżu jeziorka, opodal którego mieszkali bartnicy, pomógł Resynce Stary Dąb, który zrzucił na konnych z wysoka ciężki konar. Biali jeźdźcy razem z rumakami stoczyli się do wody, która natychmiast się nad nimi zamknęła.

Resynka ostrzegła bartników przed obcymi, a i las ochronił swoich przyjaciół i nie wpuścił innych jasnych ludzi w pobliże sioła.

Jeziorko w kniei zaczęto nazywać Wodą Białych Wojów, a z czasem po prostu Białym.

Woda, od zatopionych jeźdźców, przybrała świetlistą barwę. Nawet w pogodne dni ma niepokojąco biały kolor. A wieczorami, gdy opary tulą się do jej powierzchni, niektórzy widzą próbujących wyrwać się z toni białych jeźdźców. Dęby rosnące przy brzegu — potomkowie Starego Drzewa, które pomogło dziewczynce — napinają wówczas swoje gałęzie.