Legendy Rodowa - Mirosław Pisarkiewicz - ebook
Opis

Legendy Rodowa to zbiór opowiadań z pogranicza fantasy, które powstały częściowo w oparciu o historię okolic miasta Prabuty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 106

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mirosław Pisarkiewicz

Legendy Rodowa

opowiadania

© Mirosław Pisarkiewicz, 2016

© Ewa Golińska-Pisarkiewicz, ilustracje, 2016

Legendy Rodowa to zbiór opowiadań z pogranicza fantasy, które powstały częściowo w oparciu o historię okolic miasta Prabuty.

ISBN 978-83-65236-34-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Kilka zdań zamiast Wstępu

Legendy Rodowa zaczęły pisać się same z siebie w 2006 roku w … Rodowie. Miałem na plenerze rysować a … niespodziewanie pojawił się Rodo.

Uczestniczyliśmy z Ewą — malującą piękne obrazy moją żoną, począwszy od 1994 roku do 2015, w 20 międzynarodowych plenerach malarsko — rzeźbiarskich „Pole Sztuk” w Rodowie koło Prabut. Łącznie było 25 plenerów. Dużo. I dużo się działo. W 2003 roku (roku naszego ślubu) podczas pleneru odbyło się nasze „wesele” dla plenerowiczów. A to był tylko event jeden z wielu jakie zdarzyły się w Rodowie — Wiosce Cudów przez te wszystkie lata.

Legend zaczęło przybywać.

Prof. Mariusz Białecki (ASP w Gdańsku), wieloletni organizator pleneru „Pole Sztuk” w Rodowie, któregoś roku wpadł na pomysł aby haftować Legendy Rodowa i stworzyć coś w rodzaju procesyjnego płótna. Podjęła się tego mieszkanka Rodowa Jadwiga Krasińska. Powstały bodaj dwie haftowane części Legendy.

Szkoła w Rodowie, w której mieszkali zawsze uczestnicy pleneru, organizowała także przez szereg lat konkurs plastyczny na ilustrację Legend Rodowa anonsowany na plenerowych plakatach. Któregoś roku doszło nawet do zabawnej sytuacji, gdy szkołę miała nieoficjalnie odwiedzić minister edukacji Katarzyna Hall a na korytarzu szkolnym wisiały dziecięce ilustracje do legend, lecz …. na jednej z nich niezorientowane dziecko zamiast nazwać jedną z postaci Skurgwą … podpisało ją jako skurw … la. Trzeba było szybko przerobić napis.

Legendy ukazywały się na łamach „Gazety Prabuckiej” i „Koziegorynku”, w jednym z katalogów poplenerowych a także na stronach almanachu literackiego opublikowanego w …… wydawnictwa św. Macieja Apostoła.

Teksty oparte częściowo o kroniki krzyżackie i opowieści mieszkańców w większości nie są jednak odzwierciedleniem lokalnej historii czy podań ale raczej są przetransponowaniem realnych zdarzeń z pleneru w świat realizmu magicznego.

R o d o

Powiadają, że przed wiekami w ogromnej puszczy, która ciągnęła się po obu stronach Vistuli, aż do morza zwanego Bałtyk, mieszkał potężny mężczyzna, ostatni z rodu olbrzymów. Na imię mu było Rese, co w języku olbrzymów oznaczało piorun. Tak go nazwano, bo podobno przy jego porodzie piorun zabił rodzącą go olbrzymkę. Niektórzy gadali, że tak wrzeszczała przy rozwiązaniu, że wszechmocny Perun nie wytrzymał i rąbnął ją swoim ognistym berłem.

Jak było naprawdę, nikt nie wiedział. Rese włóczył się po lasach z maczugą nabijaną krzemieniami i żył z tego, co upolował. Czasem zaglądał do osad i wymieniał cenne skóry za chleb i potrzebne drobiazgi. Nie wiadomo było gdzie mieszka. Widywano go to tu, to tam.

Pewnego dnia Rese zawędrował na wzgórze, gdzie mieszkał wróż Liwieniec ze swoją córką. Gdy Rese ujrzał dziewczynę serce zabiło mu mocno, a serce miał wielkie. Większe niż normalni ludzie, bo przecież był z rodu olbrzymów. Córka Liwieńca miała na imię Liwa. Była piękna i smukła. Rese nie mógł się napatrzeć na jej błękitne oczy, które zdawały się łączyć w jedno z niebem, gdy się w nie spojrzało głęboko. Rese zaczął codziennie zaglądać do wróża. A to przyniósł mu złapanego w sidła ptaka, a to jakieś drobne zwierzątko. Ziół nazrywał na wywary na odległych mokradłach. Drew narąbał. Ale najbardziej lubił siedzieć na skraju wzgórza i patrzeć, jak Liwa czesze rozpuszczone włosy.

Liwa była piękna, ale wewnątrz zupełnie pusta. Podobno jakieś złośliwe dydko zabrało jej większość duszy i ukryło pod leśnym kamieniem, żeby ukarać wróża, który mieszał się w sprawy przerastające ludzi.

Liwa była jak pusty dzban z odrobiną wilgoci na dnie. Przeczuwała świat, ale żyła w nim jak we śnie.

Liwieniec wiele razy prosił bóstwa o duszę córki, ale dydko się uparło i nie chciało wyjawić, gdzie ją ukryło. Bóstwa wiedziały dobrze, gdzie jest dusza Liwy, ale godność nie pozwalała oddać jej bez zgody dydka, a dydko nie chciało oddać i już…

Rese coraz bardziej przywiązywał się do wróża i jego córki. Zastanawiał się, jak odmienić dziewczynę, która nie zwracała na niego uwagi większej, niż na wróble kręcące się często wokół chaty.

Któregoś dnia Rese poszedł głęboko w knieję. Zmęczony przysnął pod drzewem. Gdy się zbudził zobaczył dydko kręcące się opodal. Dydko najwyraźniej go nie widziało. Rese już miał wstać, gdy usłyszał, jak dydko podśpiewuje:

Pod ciemnym lasem kamień zamszowy

Tam dydko skrywa skarb liwieńcowy

Gdy przyjdzie pora w deszczu pochodzie

Skarb się odsłoni w przejrzystej wodzie

Rese cicho odszedł w głąb lasu i zaczął się zastanawiać nad piosenką. Coś mu mówiło, że nie usłyszał jej przypadkiem. Wrócił do chaty wróża na skłonie wzniesienia. Usiadł i zapatrzył się w rozczesywane na wietrze włosy Liwy. Nagle zerwał się i pobiegł w dół w stronę odległego lasu. Na jego skraju było głazowisko. Omszałe kamory były rozrzucone na dużej przestrzeni. Olbrzym zaczął podnosić głazy. Przerzucił ich kilkadziesiąt i … nic nie znalazł. Zastała go noc.

Rano Rese poszedł w knieję szukać dydka. Nawoływał je przez całe przedpołudnie. Raz czy dwa zobaczył nawet dydko gdzieś między drzewami, jakby się z nim bawiło w ciuciubabkę. Wreszcie znudziło mu się chyba, bo nagle pojawiło się na zwalonym pniu niedaleko olbrzyma.

— Czemu mnie wołasz Rese?

— Oddaj duszę dziewczyny.

— A czemu? — zainteresowało się dydko.

— Bo ją kocham.

— No to masz problem. — Skwitowało dydko.

— Zrobię co zechcesz!! — Krzyknął Rese, widząc, że dydko chce zniknąć.

— A… to co innego. — Powiedziało dydko.

— Zrobię co zechcesz. — Powtórzył Rese.

Dydko rozmyślało przez chwilę i wreszcie odezwało się do olbrzyma.

— Oddam duszę dziewczyny, ale ty musisz podarować mi swoje imię.

— Po co ci moje imię? — Zdziwił się Rese.

— Wiesz, ja nie mam żadnego imienia. Jestem dydkiem, a nam nie dają imion. Czasem tylko jakieś nazwy. Mój kuzyn znad jeziora, zwany jest Dydkiem na Słomianych Nogach. Kuzyn z polany leśnej wołany jest Łagodnym Dydkiem. A ja jestem mały dydko bez imienia. Dasz mi swoje imię?

— Dam. — Odparł bez namysłu Rese.

— Dobrze. — Rzekło dydko. — Ale to nie wszystko. Musisz jeszcze wnieść wszystkie głazy spod lasu na wzgórze koło chaty wróża i ułożyć je w okrąg. Gdy to się stanie powiem ci jak odzyskać duszę Liwy.

Rese, już bez imienia, wrócił do chatki wróża. Zostawił swoją maczugę opartą o ścianę i poszedł na głazowisko. Przez wiele dni znosił kamienie mozolnie pnąc się z każdym głazem do góry. Układał je w okrąg, który powoli otaczał obręczą wzgórze. Wróż patrzył na niego jak na takiego, który postradał zmysły. Widział jak Rese spogląda na Liwę i wiedział, że olbrzym się zakochał, ale nigdy nie zamienili ze sobą ani słowa, więc nie wiedział czemu Rese znosi głazy na wzgórze.

W końcu olbrzym przeniósł wszystkie kamienie. Wtedy pojawiło się dydko.

— Witaj bezimienny. — Powiedziało.

— Witaj Rese. — Odpowiedział bezimienny zwany niegdyś Rese.

— Posłuchaj mnie uważnie. — Powiedziało dydko. — Więcej się nie zobaczymy. Zrobisz tak. Za wzgórzem w głębi lasu jest jezioro. Znasz je. Przekopiesz od niego rów. Ma być kręty. Taki, żeby z góry patrząc układał się w moje imię. Rese. Gdy rów dotrze do polany poniżej wzgórza, na którym mieszka wróż, woda wleje się w pustą przestrzeń i powstanie jezioro. Gdy się napełni, pójdziesz tam, gdzie było głazowisko i przy największym drzewie na skraju lasu wykopiesz rów. Woda ruszy i zrodzi się rzeka. Będziesz czekał do wieczora. Gdy słońce zacznie zachodzić, spadnie deszcz. Na wodzie powstaną pęcherze powietrza. Patrz uważnie. W jednym z nich będzie dusza Liwy. Weźmiesz go do ręki i dmuchniesz. Wtedy dziewczyna będzie twoja. Ale pamiętaj. Za szczęście trzeba płacić.

Dydko Rese zniknął. Olbrzym ruszył nad leśne jezioro i zaczął budować kanał. Gdy po wielu dniach doszedł do polany, zaczęła wlewać się za nim woda. Liwa spokojnie obserwowała jak niebo zeszło do jej doliny. Liwieniec nadal nie mógł zrozumieć co wyprawia olbrzym. Zakradł się na skraj lasu i obserwował go. Gdy bezimienny zobaczył, że jezioro jest pełne, zaczął przerywać brzeg. Woda runęła gwałtownie porywając wróża. Porwała też Liwę, która niepostrzeżenie przywędrowała za ojcem. Nigdy ich więcej nie widziano.

Zrozpaczony bezimienny olbrzym, który widział porwanych przez wodę, próbował ich ratować, ale jezioro tak gwałtownie wlewało się w leśny jar, który zamienił się w rwący strumień, że nie miał żadnych szans. Długo płakał na brzegiem jeziora, aż skończył się dzień. Spadł deszcz. Wypłynęły na powierzchnię wody bąble powietrza. W jednej z nich ujrzał duszę Liwy. Dmuchnął w błyszczący srebrzyście pęcherz. Dusza wypłynęła na zewnątrz, zawisła nad woda i powoli zaczęła szybować przed siebie wzdłuż brzegu wody. Bezimienny olbrzym poderwał się i pobiegł za nią. Po wielu godzinach nocnej wędrówki dotarł na rozległą polanę. Na jej środku było wzgórze. Zobaczył, że dusza powędrowała w tamtą stronę i zatrzymała się pod szczytem. Poszedł do tego miejsca i zobaczył leżące w zawiniątku dziecko. Dusza krążyła chwilę nad nim i nagle wskoczyła do środka. Dziecko obudziło się i rozpłakało. Bezimienny wziął je na ręce i uciszył.

Dydko, który obserwował wszystko z ukrycia, uśmiechnął się podparty o maczugę olbrzyma.

— Daj mu na imię Rodo, bo rodzi się nowe. I przetrwa przez wieki i będzie dobre. Nazwij go Rodo.

— Nazwę cię Rodo. — Wyszeptał bezimienny olbrzym.

Chłopiec zasnął w jego ramionach.

Klątwa Szarlejki

Najstarsi powiadali, że mieszkająca na skraju wsi Rodowo, w miejscu zwanym Rudawa, wiedźma Szarlejka jest ostatnią krewną założyciela tej krainy zwanej Rezją. Ale Najstarsi, jak to Najstarsi lubili wszystko mieszać i raz mówili, że jej praszczur nazywał się Reze a raz Rodo. Kto by zorientował się jak było naprawdę.

Sama Szarlejka głośna była w całej Rezji. Sława jej docierała nawet za jej granice, hen poza kraje pomezańskie, do ziem Galindów, Warmów, Bartów i Natangów. Znali ją z ziół, które pierwszorzędnie mieszała, maści, korzeni do naparów, z nalewek, syropów, wyciągów.

I z tego, że rozmawiała z duchami, od których i przyszłe sprawy czasami potrafiła przepowiedzieć ze skutkiem. Mieszkała w starej chacie pamiętającej chyba owego Rodo czy Reze. Drewniane bale zapadły w ziemię, a na dachu wyrosły brzozy i grzyby. Jakiś zając w zmurszałej strzesze wygrzebał sobie otwór i mieszkał tam, nie zważając na kocury i oswojonego kruka Panaka. Szarlejka uszanowała wybór zająca i dała mu spokój.

Popatrz — Mówiła do Panaka, który słuchał z przekrzywionym łebkiem. — Kicaty nas zaszczycił, a to dobra wróżba.

Pewnego dnia znalazła zająca na progu chaty. Był zimny.

Idzie Zły, Panak. Idzie Zły. — Zagadała do ptaszydła. ­– Kicatego zabrał.

*

Wilhelm z Modeny siedział przy prostym drewnianym stole i pisał piórem na karcie pergaminu zwykłym inkaustem. Gdy skończył, kazał słudze wezwać brata Chrystiana.

Wzywałeś mnie Wielebny Panie. — Chrystian rzekł w pokłonie.

Czasu mało. — Odpowiedział legat. — Wojna w całej pruskiej ziemi. Dziś na mszy otrzymasz misję biskupią. Będziesz tych biednych ludzi sprowadzał do Chrystusa — zgodnie ze swoim imieniem. Wybierzesz miejsce na stolicę. Dam ci ludzi. Niewielu na początek. Ale poradzisz sobie z Bożą pomocą.

Tak się stanie Panie. Bóg pomoże.

*

Pierwszy biskup pomezański Chrystian jechał na czele niewielkiego orszaku. Zza zakrętu leśnej drogi wyłonił się nagle widok na jezioro i położone za nim rozległe, płaskie wzgórze. Jeźdźcy i wozy pociągnęli w tamtą stronę. Po niecałej godzinie dotarli na miejsce.

Wspaniałe. — zawołał biskup. — W sam raz na założenie miasta. Jeziora dadzą ryby i wodę. I ochronę przed pogańskimi Prusami.

W tym czasie słudzy przywlekli ubranego w płócienny strój pasterza. Rzucili go na kolana przed Chrystianem. Człowiek zrobił znak krzyża niezgrabnie mówiąc: „In nomine Patris et lipis”.

Filis. Filis synu. — Poprawił go Chrystian. — Jak to miejsce się nazywa? — zapytał.

Jedni mówią Resin, a inni Prejbut Panie.

Chrystian rozglądał się po płaskiej przestrzeni między jeziorami. — Skąd tu te wielkie głazy człowieku? Wyglądają, jakby ktoś je tu specjalnie zniósł.

Powiadają, że olbrzym tu mieszkał o imieniu Rese, co oczadział dla białogłowy i Dydko kazało mu te głazy tu przytargać. A po co, to nikt nie wie i nie pamięta kiedy to było. Dawno było. Bardzo dawno.

Te kamienie przydadzą się do budowy. Tu stanie miasto. Zaczniemy od murów obronnych i katedry. A katedrę od wieży. To będzie nasz zamek, zanim stanie reszta burgu i warownia. — Chrystian zamyślił się. — Nazwiemy je na pamiątkę tego Rese. Miłował to miejsce to i nam sprzyjał będzie. Damy miastu imię Riesenburg a w godle umieścimy olbrzyma z maczugą — niech nas ochrania. Kiedyś było na świecie wiele olbrzymów i wiele miast ma ich w herbach. A póki co rozbijmy obóz. Z pomocą Pana naszego wszystko się ułoży. Stąd głosić będziemy Boże Słowo.

I tak Chrystian zaczął budowę Riesenburga na nadjeziornym wzgórzu. Powoli rosły mury miasta i wieża katedry. Kamienie przydźwigane niegdyś przez Resego posłużyły do fundamentów.

*

Jakieś dwie godziny konnej drogi od Riesenburga mieszkał nad jeziorem, w miejscu zwanym Stążki, władyka Stange. Wiedział, że przychodzi nowe, więc ze swoimi ludźmi przyjął chrzest z rąk biskupa pomezańskiego porzucając wiarę ojców. Nawet rodową sadybę nazwał po nowemu — Stangeberg. Czasem, gdy przejeżdżał obok chaty Szarlejki zachodził do niej i pytał o to i owo. A i zioła od niej brał nie skąpiąc żywności. Pytał czarownicę, czy dobrze zrobił. Bał się, że kto porzuca wiarę przodków, ten będzie przeklęty przez ich duchy. A ona milczała i warzyła mikstury.

Któregoś razu niespodzianie zaczęła mówić:

— Słuchaj Stange. Dobrześ zrobił. Nowy czas przyszedł i stare duchy coraz słabsze. Ale nie uratujesz ani siebie, ani swoich. Wilk przyszedł w te strony i zawita do ciebie. Na wilka nie ma rady. Albo go zabijesz, albo on ciebie. Z wilkami się nie ułożysz.

*

Bentheim