Arka odkupienia - Alastair Reynolds - ebook + książka
NOWOŚĆ

Arka odkupienia ebook

Alastair Reynolds

4,0

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Pięćdziesiąt lat temu interwencja ludzi obudziła obcą, uśpioną od wieków strukturę, stworzoną dawno temu po to, by ostrzegała o pojawieniu się istot inteligentnych w tym rejonie galaktyki. Teraz nastąpi reakcja. Kiedyś Clavain uciekł, by walczyć po stronie Hybrydowców - pewnego odłamu ludzi, uczestników zbiorowej świadomości, zbudowanej na modłę ula. Czterysta lat później, w końcowej fazie brutalnej wojny międzyplanetarnej, coś wywołało panikę wśród tajnego kierownictwa Hybrydowców. Gdy zrozumiano przyczynę nowego zagrożenia, Clavain planuje ponowną ucieczkę. Szuka dawno zaginionej infernalnej broni, która może wpłynąć na bieg wydarzeń. Wraz z grupą sprzymierzeńców Clavain leci na Resurgam - kolonię archeologiczną, która przeżywa kryzys. Dla dobra ludzkości zamierza odzyskać broń. Jego rozgoryczona rywalka Skade postawiła sobie inny cel i by go zrealizować, gotowa jest zmienić nawet samą rzeczywistość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 938

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0



PROLOG

Mar­twy sta­tek miał w sobie jakieś obsce­niczne piękno.

Skade oble­ciała go po spi­ral­nej pseu­do­or­bi­cie. Sil­niki kor­wety szybko bęb­niły serią impul­sów korek­cyj­nych. Za stat­kiem wiro­wały gwiazdy; słońce układu ule­gało zaćmie­niu i odsła­niało się przy każ­dej pętli spi­rali. Skade odro­binę za długo przy­glą­dała się słońcu i teraz poczuła w krtani zło­wiesz­czy ucisk – nad­cią­gała cho­roba loko­mo­cyjna.

Skade było to zupeł­nie nie­po­trzebne.

Ziry­to­wana zwi­zu­ali­zo­wała swój mózg w całej prze­zro­czy­stej, trój­wy­mia­ro­wej zło­żo­no­ści. Jakby obie­rała owoc, zdej­mo­wała war­stwy nowej kory i odrzu­cała nie­in­te­re­su­jące ją aku­rat teraz czę­ści wła­snego mózgu. Sre­brzy­sta wiązka implan­to­wa­nej sieci – geo­me­trycz­nie iden­tyczna z orga­niczną sie­cią synap­tyczną Skade – migo­tała aktyw­no­ścią neu­ro­nową, gdy pakiety infor­ma­cji bie­gły z pręd­ko­ścią kilo­me­tra na sekundę, dzie­sięć razy więk­szą od peł­za­nia bio­lo­gicz­nych sygna­łów. W isto­cie Skade nie widziała ruchu sygna­łów – to by wyma­gało przy­śpie­szo­nej per­cep­cji, co z kolei wymu­si­łoby jesz­cze szyb­szą komu­ni­ka­cję mię­dzy neu­ro­nami – ale mimo to obraz poka­zy­wał, które frag­menty zmo­dy­fi­ko­wa­nego mózgu wyka­zują najwięk­szą aktyw­ność.

Skade powięk­szyła obraz pew­nej szcze­gól­nej czę­ści mózgu zwa­nej polet­kiem ostat­nim, pra­daw­nej plą­ta­niny obwo­dów neu­ro­nal­nych, odpo­wie­dzial­nych za roz­wią­zy­wa­nie kon­flik­tów mię­dzy widze­niem a rów­no­wagą. Ucho wewnętrzne czuło stały nacisk przy­śpie­sze­nia kor­wety, ale oczy postrze­gały cyklicz­nie zmie­nia­jący się widok wiru­ją­cego za stat­kiem tła. Sta­ro­dawna część mózgu potra­fiła pogo­dzić tę sprzecz­ność tylko w taki spo­sób, że uzna­wała dozna­nia za prze­jaw halu­cy­na­cji. Wysłała więc sygnał do innej czę­ści mózgu, wyspe­cja­li­zo­wa­nej w toku ewo­lu­cji w ochro­nie ciała przed przy­swa­ja­niem sub­stan­cji tru­ją­cych. Skade wie­działa, że nie ma sensu winić mózgu za mdło­ści. Sko­ja­rze­nie halu­cy­na­cje-tru­ci­zna dosko­nale słu­żyło przez miliony lat, pozwa­la­jąc ludziom bez­piecz­nie eks­pe­ry­men­to­wać z poży­wie­niem i roz­sze­rzać dietę. Teraz jed­nak, w tym zim­nym, nie­bez­piecz­nym rejo­nie innego układu sło­necz­nego, zupeł­nie się nie spraw­dzało. Pomy­ślała, że warto usu­nąć ten mecha­nizm, spryt­nie prze­trans­for­mo­wać geo­me­trię połą­czeń. Znacz­nie łatwiej to powie­dzieć niż zro­bić. Mózg był holo­gra­ficzny i zawiły jak bez­na­dziej­nie pogma­twany pro­gram kom­pu­te­rowy. Skade wie­działa, że wyłą­cza­jąc jedną część mózgu, odpo­wie­dzialną za mdło­ści, wpływa na funk­cjo­no­wa­nie innych jego obsza­rów, korzy­sta­ją­cych z tych samych połą­czeń neu­ro­no­wych. Nie przej­mo­wała się jed­nak – już z tysiąc razy przed­tem robiła podobne rze­czy i jej per­cep­cja rzadko dozna­wała poważ­niej­szych skut­ków ubocz­nych.

Jest. Obszar-wino­wajca zapul­so­wał na różowo i wypadł z sieci. Mdło­ści ustą­piły. Skade poczuła się znacz­nie lepiej.

Pozo­stała w niej złość na samą sie­bie, na wła­sną bez­tro­skę. Dzia­ła­jąc w tere­nie, robiąc czę­ste wypady na tery­to­rium wroga, nie pozwo­li­łaby sobie na cze­ka­nie do ostat­niej chwili z tak drobną korektą neu­ro­nalną. Sta­wała się nie­dbała, a to nie­wy­ba­czalne, zwłasz­cza teraz, gdy sta­tek wró­cił, co dla Mat­czy­nego Gniazda mogło się oka­zać nawet waż­niej­sze od ostat­nich kam­pa­nii wojen­nych.

Poczuła się żwa­wiej. Znów była dawną Skade. Po pro­stu potrze­bo­wała cza­sem odku­rze­nia i wyostrze­nia.

[Skade, bądź ostrożna. Temu stat­kowi przy­da­rzyło się coś bar­dzo dziw­nego.]

Głos, który sły­szała, był gło­sem kobiety, cichym, zamknię­tym tylko w jej czaszce. Odpo­wie­działa sub­wo­kal­nie:

Wiem.

[Ziden­ty­fi­ko­wa­łaś go? Wiesz, który to z tam­tych dwóch?]

Galiany.

Skade oble­ciała go cał­ko­wi­cie i teraz miała w oko­li­cach wzro­ko­wych kory mózgo­wej trój­wy­mia­rowy obraz statku, oto­czony ejde­tycz­nymi obja­śnie­niami, prze­su­wa­ją­cymi się, gdy z kadłuba statku wycią­gano coraz wię­cej infor­ma­cji.

[Galiany? Tej Galiany? Jesteś tego pewna?]

Tak. Ist­niały drobne róż­nice kon­struk­cyjne mię­dzy tymi trzema, które razem wyle­ciały. Cechy, które roz­po­zna­jemy, świad­czą, że to jej sta­tek.

Obec­ność, jak się to cza­sami zda­rzało, potrze­bo­wała chwili na udzie­le­nie odpo­wie­dzi.

[My też doszli­śmy do takiego wnio­sku. Ale nie sądzisz, że naj­wy­raź­niej coś przy­da­rzyło się temu stat­kowi od czasu, gdy opu­ścił Mat­czyne Gniazdo?]

Moim zda­niem przy­da­rzyło mu się wiele.

[Zacznijmy od przodu i cofajmy się. Jest tu ślad uszko­dze­nia, poważ­nego uszko­dze­nia. Roz­dar­cia i roz­cię­cia, wydaje się, że całe frag­menty kadłuba usu­nięto i wyrzu­cono, jak chorą tkankę. Może to zaraza, nie sądzisz?]

Skade pokrę­ciła głową. Pamię­tała swoją ostat­nią podróż do Chasm City.

Widzia­łam z bli­ska skutki par­cho­wej zarazy. To wygląda ina­czej.

[Zgoda. To coś innego. Mimo to należy pod­jąć środki ostroż­no­ści, wdro­żyć kwa­ran­tannę jak przy zara­zie. Może mamy do czy­nie­nia z czyn­ni­kiem zakaź­nym. Możesz sku­pić swoją uwagę na rufie statku?]

Głos nie przy­po­mi­nał innych gło­sów, jakie sły­szała u Hybry­dow­ców; brzmiał teraz zde­cy­do­wa­nie, pouczał, jakby znał już odpo­wiedź na zada­wane pyta­nia.

[Skade, co to są według cie­bie te regu­larne struk­tury zanu­rzone w kadłu­bie?]

Tu i tam widziała roz­miesz­czone przy­pad­kowo sku­pi­ska czar­nych sze­ścia­nów róż­nych roz­mia­rów i o róż­nej orien­ta­cji. Spra­wiały wra­że­nie wci­śnię­tych w kadłub jak w świeżą glinę, ich ściany były czę­ściowo ukryte pod zewnętrzną war­stwą kadłuba. Ema­no­wały z nich mniej­sze sze­ściany o ele­gancko wygię­tych frak­ta­lo­wych tra­jek­to­riach.

Według mnie gdzieś usi­ło­wali je wyciąć i zabrać, ale nie zdą­żyli usu­nąć wszyst­kich.

[Rozu­miemy. Nie wiemy, kim są, trzeba ich jed­nak trak­to­wać z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, choć może teraz są nie­ak­tywni. Może Galiana zdo­łała powstrzy­mać ich roz­prze­strze­nia­nie. Jej sta­tek dotarł aż tutaj, choć może wra­cał na auto­pi­lo­cie. Jesteś pewna, Skade, że na pokła­dzie nie ma nikogo żywego?]

Nie jestem pewna. Dopiero gdy otwo­rzymy sta­tek, będę wie­działa. Ale nie wygląda mi to obie­cu­jąco. W środku nie wykry­wam żad­nego ruchu, żad­nych wyraź­nie cie­płych miejsc. Kadłub jest za zimny, by dzia­łały jakie­kol­wiek pro­cesy pod­trzy­my­wa­nia życia, chyba że napę­dzają je sil­niki krio­aryt­me­tyczne.

Skade mil­czała przez chwilę, uru­cho­miła w gło­wie, jako pro­cesy w tle, kilka dodat­ko­wych symu­la­cji.

[Skade…?]

Być może jest tu kilku oca­la­łych, ale więk­szość załogi to naj­wy­żej zamro­żone trupy. W naj­lep­szym wypadku może uda się wyson­do­wać kilka pamięci.

[Skade, nas w isto­cie inte­re­suje tylko jeden trup.]

Nawet nie wiem, czy Galiana jest na statku. Ale nawet gdyby była i gdy­by­śmy zro­bili wszystko, by przy­wró­cić ją do życia… to może nam się nie powieść.

[Rozu­miemy. Czasy są prze­cież trudne. Suk­ces byłby wspa­niały, ale porażka będzie czymś o wiele gor­szym niż zanie­cha­nie wszel­kich prób – przy­naj­mniej w oczach Mat­czy­nego Gniazda.]

Czy to prze­my­ślana opi­nia Rady Noc­nej?

[Wszyst­kie nasze opi­nie są prze­my­ślane. Jaw­nej porażki nie można tole­ro­wać. Ale musimy zro­bić wszystko, co w naszej mocy. Jeśli Galiana jest na pokła­dzie, zro­bimy wszystko, by ją nam przy­wró­cić. Ale należy to wyko­nać w cał­ko­wi­tej tajem­nicy.]

Dokład­nie jak cał­ko­wi­tej?

[Przed resztą Mat­czy­nego Gniazda nie da się ukryć wia­do­mo­ści o powro­cie statku. Możemy im jed­nak zaosz­czę­dzić bólu nadziei. Zosta­nie podana infor­ma­cja, że Galiana jest mar­twa, bez szansy na oży­wie­nie. Niech ból naszych roda­ków roz­bły­śnie jasno i na krótko, jak super­nowa. Skłoni ich to do jesz­cze więk­szego wysiłku w walce z wro­giem. Tym­cza­sem będziemy nad nią pra­co­wać pil­nie i z miło­ścią. Jeśli przy­wró­cimy ją do życia, zosta­nie to uznane za cud. Wybacz nam, że tu i ówdzie nagniemy prawdę.]

Skade powstrzy­mała wybuch śmie­chu.

Nagi­na­nie prawdy? Dla mnie to brzmi jak jawne kłam­stwo. A jak zamie­rzasz zagwa­ran­to­wać, że Cla­vain pod­trzyma waszą wer­sję?

[Dla­czego uwa­żasz, Skade, że z Cla­va­inem będą pro­blemy?]

Odpo­wie­działa pyta­niem na pyta­nie:

Chyba nie zamie­rzasz ukryć fak­tów rów­nież przed nim?

[To wojna, Skade. Ist­nieje pra­stare powie­dze­nie o woj­nie i ofia­rach, ale nie będziemy cię tym teraz zaprzą­tać. Jeste­śmy jed­nak pewni, że rozu­miesz, o co cho­dzi. Cla­vain to nasz naj­więk­szy atut tak­tyczny. Ma spo­sób myśle­nia nie­po­dobny do reszty Hybry­dow­ców i dla­tego stale mamy prze­wagę nad wro­gami. Pogrąży się w bólu jak inni, lecz na krótko. Będzie to wielka roz­pacz. Ale szybko wróci do sie­bie, aku­rat gdy będzie nam naj­bar­dziej potrzebny. Przy­znasz, że to lepiej niż ska­zy­wać go na długą nadzieję, po któ­rej – co praw­do­po­dobne – doznałby destruk­cyj­nego roz­cza­ro­wa­nia.]

Głos zmie­nił się; ktoś wyczuł, że powi­nien zabrzmieć jesz­cze bar­dziej prze­ko­nu­jąco.

[Cla­vain to czło­wiek bar­dziej od nas emo­cjo­nalny. Był stary, gdy do nas przy­szedł, w sen­sie neu­ro­lo­gicz­nym star­szy od wszyst­kich rekru­tów, jakich kie­dy­kol­wiek przy­ję­li­śmy. Jego umysł na­dal grzęź­nie w sta­rych spo­so­bach myśle­nia. Zawsze powin­ni­śmy o tym pamię­tać. Cla­vain jest deli­katny i wymaga naszej tro­ski, jak cie­plar­niany kwiat.]

Ale kła­mać mu na temat Galiany…

[Może ni­gdy do tego nie doj­dzie. Wyprze­dzamy fakty. Naj­pierw musimy zba­dać sta­tek – prze­cież Galiany może tam w ogóle nie być.]

Skade przy­znała rację.

Tak byłoby chyba naj­le­piej? Wtedy wie­dzie­li­by­śmy, że pozo­stała gdzieś tam, w kosmo­sie.

[Tak, ale wów­czas musie­li­by­śmy poru­szyć drobną kwe­stię, co się stało z trze­cim stat­kiem.]

Po dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu latach od wybu­chu par­cho­wej zarazy Hybry­dowcy wiele wie­dzieli na temat postę­po­wa­nia ze ska­że­niami. Nale­żeli do jed­nego z ostat­nich odła­mów ludz­ko­ści, jakiemu udało się zacho­wać cenną tech­nikę sprzed zarazy, więc bar­dzo poważ­nie trak­to­wali kwa­ran­tannę. W okre­sie pokoju naj­bez­piecz­niej i naj­ła­twiej byłoby zba­dać sta­tek na miej­scu, tam gdzie dry­fo­wał w kosmo­sie na skraju układu. Ist­niało jed­nak zbyt duże ryzyko, że zauważą to Demar­chi­ści, i inspek­cję nale­żało prze­pro­wa­dzić po kry­jomu. Dosko­nale się do tego nada­wało Mat­czyne Gniazdo – było odpo­wied­nio wypo­sa­żone do przyj­mo­wa­nia ska­żo­nych stat­ków.

Przed­tem jed­nak nale­żało zacho­wać ostroż­ność, wyma­ga­jącą spo­rej pracy w otwar­tym kosmo­sie. Naj­pierw ser­wi­tory usu­nęły sil­niki, odci­na­jąc lase­rem dźwi­gary mocu­jące je po obu stro­nach zwę­ża­ją­cego się stoż­ko­wato kadłuba świa­tło­wca. Źle pra­cu­jący sil­nik mógł znisz­czyć Mat­czyne Gniazdo; nie można było do tego dopu­ścić, więc dopóki nie zosta­nie wyja­śniona przy­czyna kata­strofy statku, Skade nie chciała ryzy­ko­wać. Rów­no­cze­śnie Skade kazała rakie­tom-cią­gni­kom przy­ho­lo­wać kawał czar­nego, nie­sub­li­mo­wa­nego lodu kome­tar­nego, potem ser­wi­tory obło­żyły nim kadłub war­stwą metro­wej gru­bo­ści. Szybko się z tym upo­rały, a przy tym ani przez chwilę nie dotknęły bez­po­śred­nio kadłuba. Począt­kowo sta­tek był ciemny – teraz stał się nie­sa­mo­wi­cie czarny.

Skade wystrze­liła w lód zaczepy, zako­twi­cza­jąc w wielu miej­scach kadłuba rakiety-cią­gniki. Ponie­waż pod­czas holo­wa­nia statku lód miał wytrzy­mać wszyst­kie naprę­że­nia, Skade musiała przy­cze­pić tysiąc cią­gni­ków, by nie dopu­ścić do prze­dziu­ra­wie­nia lodo­wej war­stwy. Gdy wszyst­kie rakiety zostały odpa­lone, powstał zachwy­ca­jący widok – tysiąc zim­no­nie­bie­skich pło­my­ków wystrze­liło z czar­nego, skrę­co­nego w spi­ralę rdze­nia dry­fu­ją­cego statku. Skade utrzy­my­wała nie­wiel­kie przy­śpie­sze­nia, bar­dzo dokład­nie wyli­czone: potrzebna była tylko jedna wspólna korekta przed koń­co­wym przy­by­ciem do Mat­czy­nego Gniazda. Odpa­le­nie sil­ni­ków korek­cyj­nych zsyn­chro­ni­zo­wała ze śle­pymi plam­kami pokry­cia sen­so­rycz­nego Demar­chi­stów. Demar­chi­ści w ogóle nie podej­rze­wali, że Hybry­dowcy wie­dzą o tych śle­pych plam­kach.

W Mat­czy­nym Gnieź­dzie kadłub został odho­lo­wany do sze­ro­kiego na pięć kilo­me­trów doku wyło­żo­nego war­stwą cera­miczną. Przy­go­to­wany spe­cjal­nie na przy­ję­cie stat­ków opa­no­wa­nych zarazą, dok mógł aku­rat pomie­ścić świa­tło­wiec z usu­nię­tymi sil­ni­kami. Cera­miczne ściany miały trzy­dzie­ści metrów gru­bo­ści, a wszyst­kie urzą­dze­nia w doku uod­por­niono przed zarazą. Gdy sta­tek zna­lazł się w środku, dok szczel­nie zamknięto wraz z wyse­lek­cjo­no­wa­nym przez Skade zespo­łem inspek­cyj­nym. Dok miał skromne moż­li­wo­ści prze­sy­ła­nia danych do pozo­sta­łej czę­ści Gniazda, więc zespół przy­uczono do dzia­ła­nia w izo­la­cji od miliona Hybry­dow­ców w Gnieź­dzie. Te wyma­ga­nia sprzy­jały selek­cji ope­ra­to­rów, któ­rzy nie zawsze byli naj­bar­dziej sta­bilni, ale Skade nie mogła narze­kać. Nale­żała do naj­rzad­szego rodzaju Hybry­dow­ców, potra­fią­cych dzia­łać w zupeł­nej samot­no­ści w głębi tery­to­rium nie­przy­ja­ciela.

Sta­tek zabez­pie­czono, komorę wypeł­niono argo­nem pod ciśnie­niem dwóch atmos­fer. Deli­katną abla­cją usu­nięto pra­wie cały lód, zosta­wia­jąc tylko cienką war­stwę, którą sta­piano przez sześć dni. Sen­sory uno­siły się nad kadłu­bem jak stado mew, węsząc, czy w argo­nie nie ma obcej mate­rii, ale poza wió­rami mate­riału kadłuba nic szcze­gól­nego nie odkryły.

Skade nie śpie­szyła się. Dzia­łała z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, nie doty­kała statku, chyba że było to abso­lut­nie nie­zbędne. Wzdłuż statku wiro­wały pier­ścienne gra­wi­to­me­try obra­zu­jące; bada­jąc jego wewnętrzną struk­turę, uka­zy­wały roz­myty widok wnę­trza. Skade widziała to, co już znała ze szki­ców kon­struk­cyj­nych statku. Dostrze­gła jed­nak rów­nież dziwne rze­czy, któ­rych nie powinno tam być: wydłu­żone czarne kształty wkrę­ca­jące się i roz­dwa­ja­jące w środku statku. Przy­po­mi­nało to tory kul na zdję­ciach z sek­cji zwłok lub wzorce czą­ste­czek sub­a­to­mo­wych prze­cho­dzą­cych przez komorę mgłową. W miej­scu, gdzie czarne kształty docie­rały do zewnętrz­nej powłoki, Skade zawsze odkry­wała na wpół zako­pane sze­ściany.

Na statku zostało jed­nak sporo miejsc, w któ­rych ludzie mogli prze­żyć, choć wszystko wska­zy­wało na to, że żywych tam nie ma. Radar neu­tri­nowy i ska­no­wa­nie pro­mie­niami gamma ujaw­niły wię­cej ele­men­tów kon­struk­cyj­nych, jed­nak Skade na­dal nie widziała istot­nych szcze­gó­łów. Nie­chęt­nie prze­szła do następ­nego etapu badań – kon­taktu fizycz­nego. Przy­cze­piła kil­ka­dzie­siąt mło­tów uda­ro­wych w róż­nych miej­scach kadłuba oraz przy­le­piła setki mikro­fo­nów. Gdy młoty waliły w kadłub, Skade sły­szała w swoim ska­fan­drze dud­nie­nie prze­no­szone przez argon. Brzmiało to tak, jakby w odle­głej kuźni tru­dziła się armia kowali. Fale aku­styczne mknęły przez sta­tek, a mikro­fony nasłu­chi­wały echa metalu. Jeden ze star­szych pro­gra­mów neu­ro­nal­nych Skade wyła­wiał infor­ma­cję zawartą w opóź­nie­niach echa i ukła­dał tomo­gra­ficzny pro­fil gęsto­ści obiektu.

Skade zoba­czyła to w wid­mo­wych sza­ro­zie­lo­nych bar­wach. Obraz nie dostar­czył danych sprzecz­nych z tym, co Skade już wcze­śniej wie­działa, choć dał jej dokład­niej­szy wgląd w pewne obszary. By dowie­dzieć się wię­cej, musiała wejść do środka, a to nie było łatwe. Wszyst­kie śluzy zostały od wewnątrz zamknięte plom­bami ze sto­pio­nego metalu. Skade ner­wowo i sys­te­ma­tycz­nie prze­ci­nała uszczel­nie­nia lase­rem i hiper­dia­men­to­wymi wier­tłami, czu­jąc strach i roz­pacz załogi. Otwo­rzyła pierw­szą śluzę i posłała na zwiady oddział zabez­pie­czo­nych ser­wi­to­rów-kra­bów o cera­micz­nych pan­cer­zach, wypo­sa­żo­nych aku­rat w tyle inte­li­gen­cji, by wyko­nać swe zada­nie. Prze­słały widoki wnę­trza do czaszki Skade.

Widoki prze­ra­ża­jące.

Załoga była zma­sa­kro­wana. Nie­któ­rzy zostali roze­rwani na strzępy, zgnie­ceni, pozba­wieni koń­czyn, spra­so­wani, pocięci na kawałki. Inni byli spa­leni, udu­szeni, zamro­żeni. Rzeź musiała trwać dość długo. Obser­wu­jąc pobo­jo­wi­sko, Skade odtwa­rzała sobie prze­bieg wyda­rzeń: sto­czono serię bitew i bro­niono redut w róż­nych miej­scach statku, gdzie załoga wzno­siła naprędce bary­kady prze­ciw agre­so­rom. Sam sta­tek roz­pacz­li­wie pró­bo­wał ochro­nić swój ludzki ładu­nek, prze­bu­do­wu­jąc wnę­trze tak, by powstrzy­mać wroga. Pewne obszary zalał pły­nem chło­dzą­cym lub wypeł­nił powie­trzem pod dużym ciśnie­niem i tam Skade dostrze­gła zwłoki dziw­nych, nie­zgrab­nych maszyn – kon­glo­me­ra­tów tysiąca czar­nych geo­me­trycz­nych kształ­tów.

Bez trudu sfor­mu­ło­wała hipo­tezę.

Sze­ściany przy­le­piły się do statku Galiany, zaczęły się roz­mna­żać, absor­bu­jąc i prze­twa­rza­jąc jego powłokę. W tym sen­sie zacho­wy­wały się jak zaraza. Ale par­chowa zaraza była mikro­sko­pijna, gołym okiem nikt ni­gdy nie widział jej poje­dyn­czego zarod­nika. W spo­so­bie repli­ka­cji ta cho­roba miała cechy bar­dziej bru­talne i mecha­ni­styczne, nie­mal faszy­stow­skie. Zaraza przy­naj­mniej prze­sy­cała strans­for­mo­waną mate­rię czymś z jej wcze­śniej­szych cech, pro­du­ku­jąc chi­me­ryczne fan­ta­zmy maszy­nowo-cie­le­sne.

Nie, powie­działa sobie Skade, na pewno nie mamy tu do czy­nie­nia z par­chową zarazą, co w obec­nej sytu­acji byłoby pocie­chą.

Sze­ściany wgry­zły się do statku i sfor­mo­wały oddziały żoł­nie­rzy-napast­ni­ków, któ­rzy mor­do­wali, sunąc powoli od miejsc infek­cji. Sądząc po ich szcząt­kach, mieli budowę guzo­watą i asy­me­tryczną, bar­dziej przy­po­mi­nali gęste roje szer­szeni niż indy­wi­du­alne jed­nostki. Potra­fili chyba prze­ci­snąć się przez naj­mniej­szą dziurkę, a potem zre­kom­bi­no­wać po dru­giej stro­nie. Bitwa zajęła im jed­nak wiele czasu. Skade oce­niała, że mogło upły­nąć wiele dni, a nawet tygo­dni, nim cały sta­tek uległ.

Ta wizja wywo­łała u Skade dreszcz.

Dzień po wkro­cze­niu na sta­tek ser­wi­tory Skade zna­la­zły kilka pra­wie nie­na­ru­szo­nych ludz­kich kor­pu­sów, choć głowy tkwiły w czar­nych heł­mach stwo­rzo­nych z sze­ścia­nów. Obce maszyny spra­wiały wra­że­nie bez­wład­nych. Ser­wi­tory usu­nęły część heł­mów i zoba­czyły, że wypustki maszy­no­wego odro­stu się­gają w głąb cza­szek przez oczo­doły, otwory uszne i nosowe. Dal­sze bada­nia wyka­zały, że wypustki wie­lo­krot­nie się roz­dwa­jały, aż osią­gnęły skalę mikro­sko­pową. Dotarły w głąb mózgów i stwo­rzyły połą­cze­nia z pier­wot­nymi implan­tami Hybry­dow­ców.

Teraz zarówno maszyny, jak i ciała-gospo­da­rze były mar­twe.

Skade usi­ło­wała zro­zu­mieć, co się stało. Zapisy statku zostały sta­ran­nie znisz­czone. Wyda­wało się jasne, że Galiana spo­tkała istoty wro­gie, ale dla­czego nie uni­ce­stwiły statku jed­nym ata­kiem? Sze­ściany wni­kały w niego powoli, skru­pu­lat­nie, co mia­łoby sens jedy­nie wów­czas, gdyby zamie­rzały jak naj­dłu­żej zacho­wać sta­tek w sta­nie nie­na­ru­szo­nym.

Był prze­cież jesz­cze inny sta­tek – prze­cież kon­ty­nu­owały wyprawę dwa – i co się z nim stało?

[Masz jakiś pomysł, Skade?]

Tak, ale to nic weso­łego.

[Myślisz, że sze­ściany chciały zebrać jak naj­wię­cej infor­ma­cji?]

Tylko takie wyja­śnie­nie przy­cho­dzi mi do głowy. Zało­żyły pod­słuch w ich mózgach, odczy­ty­wały ich maszy­ne­rię neu­ralną. Sze­ściany to wywia­dowcy.

[Tak, zga­dzamy się. Te sze­ściany na pewno wiele się o nas dowie­działy. Musimy je uwa­żać za zagro­że­nie, choć nie wiemy, gdzie znaj­do­wała się Galiana, gdy ją odna­la­zły. Sądzisz, że jest iskierka nadziei?]

Skade nie dostrze­gała tej iskierki. Ludz­kość od wie­ków poszu­ki­wała obcej jed­no­znacz­nej inte­li­gen­cji i dotych­czas zna­la­zła tylko zwod­ni­cze przy­kłady: Żon­gle­rów Wzor­ców, Całun­ni­ków, arche­olo­giczne szczątki ośmiu czy dzie­wię­ciu wymar­łych cywi­li­za­cji. Ni­gdy nie napo­tkano inte­li­gen­cji uży­wa­ją­cej maszyn, porów­ny­wal­nej z ludźmi.

Aż do tej pory.

I co zro­biła ta uma­szy­no­wiona inte­li­gen­cja? Pod­kra­dła się, prze­nik­nęła i urzą­dziła rzeź, a potem doko­nała inwa­zji cza­szek.

To nie jest naj­bar­dziej owocne bli­skie spo­tka­nie pierw­szego stop­nia, doszła do wnio­sku Skade.

Nadzieja? Mówi­cie poważ­nie?

[Tak, Skade. Nie jeste­śmy pewni, czy sze­ściany zdo­łały prze­słać infor­ma­cje tam, gdzie miały je prze­słać. Prze­cież sta­tek Galiany dotarł do domu, musiała go tu przy­pro­wa­dzić, a nie zro­bi­łaby tego, gdyby uznała za nie­bez­pieczne wska­zy­wa­nie wro­gom drogi. Cla­vain byłby na pewno dumny. Cały czas myślała o nas, o Mat­czy­nym Gnieź­dzie.]

Ale zary­zy­ko­wała…

Głos Rady Noc­nej gwał­tow­nie prze­rwał jej roz­my­śla­nia.

[Sta­tek to ostrze­że­nie. Galiana to miała na myśli i w ten spo­sób musimy to rozu­mieć.]

Ostrze­że­nie?

[Że musimy się przy­go­to­wać. Oni na­dal tam są i w końcu ich spo­tkamy.]

Brzmi to tak, jak­by­ście ocze­ki­wali ich przy­by­cia.

Ale Rada Nocna na to nie odpo­wie­działa.

* * *

Galianę zna­leźli dopiero po tygo­dniu, gdyż sta­tek był prze­pastny i wnę­trze ule­gło wielu zmia­nom utrud­nia­ją­cym poszu­ki­wa­nia. Skade weszła do środka oso­bi­ście w towa­rzy­stwie zespołu. Wszy­scy mieli na ska­fan­drach próż­nio­wych cięż­kie cera­miczne zbroje, impre­gno­wane pan­ce­rze ogra­ni­cza­jące swo­bodę ruchów, chyba że uprzed­nio ruchy te sta­ran­nie prze­my­ślano. Skade sporo czasu stra­ciła na zma­ga­niu ze ska­fan­drem – kilka razy utknęła w pozy­cji, z któ­rej mogło ją wydo­stać tylko mozolne powta­rza­nie wstecz sekwen­cji ruchów. Potem napi­sała naprędce łatę pro­gra­mową dla poru­sza­ją­cego się ciała w zbroi i umie­ściła ją na gru­pie bez­czyn­nych obwo­dów neu­ro­nal­nych. Tro­chę jej to uła­twiło życie, choć miała nie­przy­jemne wra­że­nie, że jest ste­ro­wana przez swą wła­sną wid­mową kopię. Skade zapa­mię­tała, żeby póź­niej zmo­dy­fi­ko­wać skrypt, tak by pro­ce­dury ruchu mogła odczu­wać jako cał­ko­wi­cie pod­le­głe jej woli, bez względu na to, jak ilu­zo­ryczne byłoby to wra­że­nie.

Do tego czasu ser­wi­tory zro­biły wszystko, co potra­fiły. Zabez­pie­czyły znaczne obszary statku, pokry­wa­jąc szczątki obcych maszyn masą epok­sy­dową z włók­nami dia­men­to­wymi, oraz pobrały próbki DNA z więk­szo­ści ciał w zba­da­nych rejo­nach. Wyniki ana­lizy mate­riału gene­tycz­nego porów­nano z listą załogi w Gnieź­dzie zacho­waną od wylotu statku; w spi­sie pozo­stało jed­nak wiele nazwisk, do któ­rych DNA na­dal trzeba będzie dopa­so­wać.

Dla pew­nych osób Skade ni­gdy nie znaj­dzie odpo­wied­ni­ków. Gdy do domu powró­cił pierw­szy sta­tek – ten z Cla­va­inem na pokła­dzie – Mat­czyne Gniazdo dowie­działo się, że w kosmo­sie, kil­ka­dzie­siąt lat świetl­nych stąd, pod­jęto decy­zję o roz­dzie­le­niu eks­pe­dy­cji: nie­któ­rzy ludzie chcieli wra­cać, usły­szaw­szy pogło­ski o woj­nie z Demar­chi­stami; uznali rów­nież, że należy już prze­ka­zać dane, któ­rych zebrano zbyt wiele, by można je było prze­słać do domu drogą radiową.

Podział odbył się bez gory­czy. Z żalem i smut­kiem, lecz bez poczu­cia praw­dzi­wego roz­dar­cia. Po nor­mal­nym okre­sie dys­ku­sji, typo­wej u Hybry­dow­ców we wszyst­kich pro­ce­sach podej­mo­wa­nia decy­zji, uznano roz­dzie­le­nie za rzecz naj­bar­dziej logiczną w danej sytu­acji. Eks­pe­dy­cja mogła kon­ty­nu­ować misję, a rów­no­cze­śnie dotych­czas zdo­byte infor­ma­cje miały bez­piecz­nie tra­fić do domu. Skade wie­działa wpraw­dzie, kto posta­no­wił zostać w kosmo­sie, ale zupeł­nie nie wie­działa, co wyda­rzyło się póź­niej, domy­ślała się tylko na pod­sta­wie komu­ni­ka­tów wymie­nia­nych mię­dzy pozo­sta­łymi dwoma stat­kami. Tym aku­rat stat­kiem dowo­dziła Galiana, ale prze­cież Galiana nie musiała nim lecieć, więc Skade przy­go­to­wała się na ewen­tu­alne roz­cza­ro­wa­nie.

Gorzej – byłoby to roz­cza­ro­wa­nie dla całego Mat­czy­nego Gniazda. To prze­cież Galiana, ich sym­bo­liczny przy­wódca, stwo­rzyła Hybry­dow­ców czte­ry­sta lat temu, jede­na­ście lat świetl­nych stąd, w gru­pie labo­ra­to­riów pod powierzch­nią Marsa. Opu­ściła Gniazdo pra­wie dwa wieki temu. W tym cza­sie jej postać nabrała cech mitycz­nych. Gdy Galiana prze­by­wała w Gnieź­dzie, zawsze się temu sprze­ci­wiała. A teraz wró­ciła – o ile rze­czy­wi­ście leciała tym stat­kiem – gdy Skade peł­niła wachtę. I nie miało zna­cze­nia to, że praw­do­po­dob­nie nie żyła, jak pozo­stali zało­ganci. Skade wystar­czy­łoby spro­wa­dze­nie jej szcząt­ków do domu.

Zna­la­zła nie tylko szczątki.

Miej­sce spo­czynku Galiany – jeśli tak można to nazwać – znaj­do­wało się daleko od cen­tral­nej czę­ści statku. Zabez­pie­czyła się opan­ce­rzoną bary­kadą, z dala od reszty załogi. Dokładne bada­nia kry­mi­na­li­styczne wyka­zały, że łącza danych mię­dzy Galianą a pozo­stałą czę­ścią statku zostały celowo uszko­dzone od wewnątrz – kobieta usi­ło­wała się odizo­lo­wać, odci­na­jąc swój umysł od umy­słów innych Hybry­dow­ców na statku.

Czy to samo­po­świę­ce­nie, czy samo­obrona? – zasta­na­wiała się Skade.

Galiana prze­by­wała w zim­nym śnie, ozię­biona do tem­pe­ra­tury, w któ­rej ustają wszyst­kie pro­cesy meta­bo­liczne. Mimo to czarne maszyny ją dopa­dły. Przedarły się przez pan­cerną powłokę kasety snu i wtło­czone w prze­strzeń mię­dzy cia­łem Galiany a wewnętrz­nymi ścian­kami kasety, utwo­rzyły wokół kobiety ide­al­nie czarną sko­rupę niby-mumii. Nie było wąt­pli­wo­ści, że to Galiana: ska­no­wa­nie przez kokon ujaw­niło struk­turę szkie­letu ide­al­nie pasu­jącą do jej układu kost­nego; w ciele nie wykryto żad­nych uszko­dzeń czy zepsu­cia, które mogłyby powstać pod­czas lotu, a czuj­niki prze­chwy­ciły wątłe sygnały z sieci implan­tów Galiany – sygnały zbyt słabe na usta­no­wie­nie łącza mię­dzy dwoma mózgami, ale w koko­nie wyraź­nie tkwiło coś, co było zdolne do myśle­nia, i sta­rało się prze­ka­zać jakieś infor­ma­cje na zewnątrz.

Teraz bada­nia skon­cen­tro­wały się na samym koko­nie. Ana­liza che­miczna sze­ścia­nów niczego nie wyka­zała – nie były zro­bione z cze­goś „kon­kret­nego”, nie posia­dały też żad­nej ato­mo­wej struk­tury. Ściany sze­ścia­nów były płasz­czy­znami czy­stej siły, prze­zro­czy­ste dla nie­któ­rych rodza­jów pro­mie­nio­wa­nia; bryły bar­dzo zimne, a jed­nak aktywne, jak żadne inne dotych­czas spo­tkane maszyny. Poszcze­gólne sze­ściany dawały się oddzie­lić od więk­szego sku­pi­ska, ale wtedy bły­ska­wicz­nie się kur­czyły do roz­mia­rów mikro­sko­pij­nych. Ratow­nicy z zespołu Skade pró­bo­wali skon­cen­tro­wać ska­no­wa­nie na samych sze­ścia­nach, usi­ło­wali zoba­czyć, co kryje się pod ich ścia­nami, ale zawsze się spóź­niali: w miej­scu, gdzie przed chwilą znaj­do­wał się sze­ścian, wykry­wali parę mikro­gra­mów dymią­cych popio­łów. Naj­praw­do­po­dob­niej w sze­ściany wbu­do­wano mecha­nizm samo­de­struk­cji, uru­cha­miany w pew­nych sytu­acjach.

Gdy ratow­nicy usu­nęli war­stwę zarazy, prze­nie­śli Galianę do spe­cjal­nego pomiesz­cze­nia zagnież­dżo­nego w ścia­nie han­garu. Pra­co­wali w wiel­kim zim­nie, by nie pogłę­biać już ist­nie­ją­cych szkód. Cier­pli­wie, z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, zdej­mo­wali ostat­nią war­stwę maszyn.

Teraz, gdy zmniej­szono powłokę obcej destruk­cyj­nej mate­rii, wyraź­niej ryso­wał się obraz tego, co stało się z Galianą. Czarne maszyny rze­czy­wi­ście przedarły się do jej głowy, ale inwa­zja oka­zała się łagod­niej­sza niż u pozo­sta­łych człon­ków załogi. Implanty Galiany zostały czę­ściowo roz­mon­to­wane przez agre­so­rów, by uto­ro­wać drogę maszy­nom, nie było jed­nak oznak poważ­nych uszko­dzeń pod­sta­wo­wych struk­tur mózgu. Skade doszła do wnio­sku, że sze­ściany ćwi­czyły inwa­zję cza­szek na innych zało­gan­tach i dotarł­szy do Galiany, wie­działy już, jak to robić bez zabi­ja­nia gospo­da­rza.

Skade doznała przy­pływu opty­mi­zmu. Czarne struk­tury były skon­cen­tro­wane i bez­władne. Wyko­rzy­stu­jąc odpo­wied­nie med­ma­szyny, da się – to nawet banalne – roz­mon­to­wać sze­ścian po sze­ścianie.

Zdo­łamy przy­wró­cić Galia­nie jej poprzed­nią postać.

[Ostroż­nie, Skade. Nie mów hop.]

Rada Nocna, jak się oka­zało, słusz­nie zacho­wy­wała ostroż­ność. Zespół Skade zdej­mo­wał ostat­nią war­stwę sze­ścia­nów, zaczy­na­jąc od stóp Galiany. Z rado­ścią stwier­dzili, że skóra pod spodem nie jest w zasa­dzie uszko­dzona. Kon­ty­nu­owali pracę w górę ciała, aż do karku. Doszli do wnio­sku, że zdo­łają ją ogrzać do nor­mal­nej tem­pe­ra­tury ciała, choć może się to oka­zać trud­niej­sze od zwy­kłego oży­wie­nia z zim­nego snu. Gdy jed­nak odsło­nili twarz Galiany, prze­ko­nali się, że to nie koniec pracy.

Sze­ściany nie­spo­dzie­wa­nie się prze­su­nęły. Śli­zgały się i prze­ska­ki­wały przez sie­bie, kur­czyły gwał­tow­nie i ostat­nia część kokonu wnik­nęła w ciało Galiany jak żywa plama oleju. Czarna fala wnik­nęła w jej usta, nos, uszy i oczo­doły, roz­pły­nęła się wokół gałek ocznych.

Skade ujrzała Galianę wła­śnie taką, jaką miała nadzieję zoba­czyć: pro­mienną kró­lową wra­ca­jącą do domu; nawet jej dłu­gie czarne włosy pozo­stały nie­tknięte, teraz wpraw­dzie zamro­żone i kru­che, ale dokład­nie takie, jakie Galiana miała, wyru­sza­jąc w podróż. W jej gło­wie jed­nak usa­do­wiły się czarne maszyny, dołą­cza­jąc do wcze­śniej roz­lo­ko­wa­nych tam for­ma­cji. Ska­no­wa­nie na­dal nie stwier­dzało poważ­niej­szych naru­szeń ory­gi­nal­nej tkanki mózgo­wej, choć dal­sze ele­menty jej implan­to­wa­nego mecha­ni­zmu zostały roze­brane, by uto­ro­wać drogę inwa­zji. Czarne paso­żyty wyglą­dały jak kraby roz­cią­ga­jące cze­pliwe odnóża do roz­ma­itych obsza­rów jej mózgu.

Powoli, przez wiele dni przy­wra­cano Galia­nie tem­pe­ra­turę ciała nieco poni­żej nor­mal­nej. Rów­no­cze­śnie zespół Skade moni­to­ro­wał agre­sora, ale ten nie wyka­zy­wał zmian, nawet gdy pozo­sta­wione jesz­cze implanty Galiany zaczęły się roz­grze­wać i pod­jęły współ­pracę z tającą tkanką mózgową.

Może jed­nak zwy­cię­żymy? – myślała Skade z nadzieją.

Jak się oka­zało, pra­wie się nie myliła.

* * *

Usły­szała głos. Głos czło­wieka, kobiety, pozba­wiony barwy – lub raczej mający boski brak barwy – takie głosy miały na ogół źró­dło w jej czaszce. Nato­miast ten głos powstał w ludz­kiej krtani i roz­szedł się w powie­trzu, na kilka metrów, po czym został zde­ko­do­wany przez ludzki układ słu­chu, gro­ma­dząc po dro­dze wszel­kiego rodzaju drobne usterki. Już bar­dzo dawno nie sły­szała takich gło­sów.

– Witaj, Galiano – powie­dział głos.

Gdzie jestem?

Nie dostała odpo­wie­dzi.

Po kilku chwi­lach głos dodał uprzej­mie:

– Jeśli możesz, rów­nież musisz mówić. Wystar­czy, że spró­bu­jesz ufor­mo­wać dźwięki, a trał zrobi resztę: odbie­rze inten­cję prze­sła­nia sygna­łów elek­trycz­nych do krtani. Ale samo pomy­śle­nie odpo­wie­dzi nie zała­twi sprawy, gdyż nie ma bez­po­śred­nich połą­czeń mię­dzy twoim umy­słem a moim.

Wyda­wało się, że słowa napły­wają przez całą wiecz­ność. Gdy ktoś przez kilka wie­ków posłu­gi­wał się lin­kami neu­ral­nymi, język mówiony wyda­wał mu się strasz­nie powolny i liniowy, choć skład­nia i gra­ma­tyka były zna­jome.

Wyge­ne­ro­wała inten­cję mowy i usły­szała roz­brzmie­wa­jący swój wła­sny głos, wzmoc­niony.

– Dla­czego?

– Póź­niej do tego przej­dziemy.

– Gdzie jestem? Kim ty jesteś?

– Jesteś bez­pieczna i zdrowa. W domu. Znów w Mat­czy­nym Gnieź­dzie. Odzy­ska­li­śmy twój sta­tek i oży­wi­li­śmy cię. Nazy­wam się Skade.

Galiana zda­wała sobie sprawę tylko z ist­nie­nia sto­ją­cych nad nią mgli­stych postaci, ale teraz pomiesz­cze­nie poja­śniało. Leżała na ple­cach, pod pew­nym kątem do poziomu. Znaj­do­wała się w kase­cie bar­dzo podob­nej do kasety zim­nego snu, ale pozba­wio­nej pokrywy, i twarz miała wysta­wioną na wolne powie­trze. W polu widze­nia postrze­gała pewne obiekty, ale nie mogła poru­szyć żadną czę­ścią ciała, nawet oczami. Roz­ma­zana postać poja­wiła się przed nią, pochy­liła nad otwartą pasz­czą kasety.

– Skade? Nie pamię­tam cię.

– Nie możesz mnie pamię­tać. Sta­łam się Hybry­dow­cem dopiero po twoim odlo­cie.

Galia­nie cisnęły się na usta tysiące pytań wyma­ga­ją­cych odpo­wie­dzi, ale nie mogła ich wszyst­kich zadać jed­no­cze­śnie, zwłasz­cza uży­wa­jąc tego nie­zgrab­nego, prze­sta­rza­łego sys­temu łącz­no­ści. Od cze­goś jed­nak nale­żało zacząć:

– Jak długo byłam nie­obecna?

– Sto dzie­więć­dzie­siąt lat, pra­wie co do mie­siąca. Wyru­szy­łaś…

– W dwa tysiące czte­ry­sta pięt­na­stym roku – odparła szybko Galiana.

– Tak, a teraz mamy dwa tysiące sześć­set piąty.

Było wiele rze­czy, któ­rych Galiana sobie natych­miast nie przy­po­mniała, oraz wiele takich, któ­rych nie chcia­łaby pamię­tać. Zasad­ni­cze sprawy były jed­nak jasne. Dowo­dziła wyprawą trzech stat­ków z Mat­czy­nego Gniazda. Miały się zapu­ścić poza gra­nice zma­po­wa­nego przez ludz­kość kosmosu, zba­dać nie­odwie­dzone pla­nety i poszu­kać zło­żo­nych form obcego życia. Gdy do stat­ków dotarła wia­do­mość o wybu­chu wojny, jeden z nich zawró­cił do domu, a pozo­stałe dwa kon­ty­nu­owały podróż, obla­tu­jąc wiele nowych ukła­dów sło­necz­nych.

Choć usil­nie pró­bo­wała, nie mogła sobie przy­po­mnieć, co się stało z dru­gim stat­kiem, który kon­ty­nu­ował podróż. Miała tylko prze­ra­ża­jące poczu­cie straty, a w gło­wie pustkę wyma­ga­jącą wypeł­nie­nia gło­sami.

– Moja załoga?

– Przej­dziemy do tego – odparła znowu Skade.

– A Cla­vain i Felka? Dotarli w końcu? Poże­gna­li­śmy się z nimi w głę­bo­kim kosmo­sie. Mieli wra­cać do Mat­czy­nego Gniazda.

Nastą­piła okropna, prze­ra­ża­jąca prze­rwa, zanim Skade odpo­wie­działa:

– Udało im się wró­cić.

Galiana ode­tchnę­łaby, gdyby mogła ode­tchnąć. Tak zaska­ku­jące było uczu­cie ulgi. Dopiero gdy usły­szała wia­do­mość, że uko­chane osoby są bez­pieczne, zdała sobie sprawę, jak strasz­nego dozna­wała napię­cia.

Nastą­piły chwile bło­giego spo­koju i Galiana przyj­rzała się Skade. Pod wie­loma wzglę­dami kobieta przy­po­mi­nała Hybry­dowca z epoki Galiany. Miała na sobie pro­ste spodnie, jak od piżamy, i luźno prze­pa­saną czarną bluzę z jedwab­no­po­dob­nej tka­niny, pozba­wioną wszel­kich ozdób i oznak. Była asce­tycz­nie chuda i blada, wyglą­dała pra­wie na nie­do­ży­wioną. Jej woskowe, gład­kie obli­cze, nie było nie­atrak­cyjne, lecz bra­ko­wało mu linii i zmarsz­czek odda­ją­cych zwy­kły wyraz twa­rzy. Nie miała rów­nież wło­sów ani na gło­wie, ani na twa­rzy, co nada­wało jej wygląd nie­do­koń­czo­nej lalki. Te atry­buty nie pozwa­lały wyróż­nić Skade z tysięcy innych Hybry­dow­ców. Bez linku umysł-do-umy­słu, bez zwy­kłej chmury rzu­to­wa­nych fan­ta­zmów, nada­ją­cych cechy indy­wi­du­alne, trudno ich było odróż­nić.

Galiana jed­nak ni­gdy nie widziała takiego Hybry­dowca. Skade miała grze­bień – sztywny, wąski czub, który wyła­niał się z czoła dwa cen­ty­me­try nad nosem i zakrzy­wiał do tyłu pośrodku czaszki. Wąska górna powierzch­nia wyrostka była twarda i kości­sta, ale boki miały piękne, deli­katne, pio­nowe prążki, które mie­niły się wzo­rami dyfrak­cyj­nymi – jaskra­wo­nie­bie­skimi i poma­rań­czo­wymi, kaskadą tęczo­wych odcieni, zmie­nia­ją­cych się przy naj­mniej­szym ruchu głowy Skade. Galiana zauwa­żyła rów­nież falo­wa­nie roz­ma­itych barw wzdłuż grze­bie­nia, nawet wtedy, gdy ów się nie prze­chy­lał.

– Zawsze taka byłaś? – spy­tała.

Skade deli­kat­nie dotknęła grze­bie­nia.

– Nie, to jest nasza hybry­dow­ska mody­fi­ka­cja. Od two­jego wyjazdu, Galiano, wiele się zmie­niło. Naj­lepsi z nas myślą tak szybko, że aż trudno to sobie wyobra­zić.

– Naj­lepsi z was?

– Może źle się wyra­zi­łam… cho­dzi o to, że nie­któ­rzy osią­gnęli gra­nice prze­cięt­nego ludz­kiego orga­ni­zmu. Implanty w naszych gło­wach umoż­li­wiają nam myśle­nie dzie­sięć do pięt­na­stu razy szyb­sze niż nor­mal­nie, przez cały czas, ale kosz­tem zwięk­szo­nego wydzie­la­nia cie­pła. Moja krew jest pom­po­wana przez grze­bień, a potem przez układ bruzd, gdzie oddaje cie­pło. Budowa bruzd jest zop­ty­ma­li­zo­wana ze względu na mak­sy­ma­li­za­cję powierzchni. Bruzdy marsz­czą się, by zapew­nić cyr­ku­la­cję powie­trza. Efekt jest przy­jemny wizu­al­nie, tak mi mówiono, ale to zupeł­nie przy­pad­kowe. Prze­ję­li­śmy ten trik od dino­zau­rów. Nie były aż tak głu­pie, jak się uważa. – Skade znów pogła­skała swój grze­bień. – Nie ma powo­dów do nie­po­koju, Galiano. Nie wszystko się zmie­niło.

– Sły­sze­li­śmy, że wybu­chła wojna – powie­działa Galiana. – Byli­śmy pięt­na­ście lat świetl­nych stąd, gdy prze­chwy­ci­li­śmy raporty. Naj­pierw o zara­zie, a potem o woj­nie. Raporty nie brzmiały sen­sow­nie, mówiły, że wsz­czy­namy wojnę z Demar­chi­stami, naszymi sta­rymi sprzy­mie­rzeń­cami.

– To prawda – potwier­dziła Skade z lek­kim smut­kiem.

– Na Boga, dla­czego?

– Z powodu zarazy. Znisz­czyła spo­łe­czeń­stwo Demar­chi­stów, stwo­rzyła próż­nię wła­dzy wokół Yel­low­stone. Na ich prośbę wpro­wa­dzi­li­śmy się tam, by usta­no­wić zarząd tym­cza­sowy w Chasm City i jego sate­li­tar­nych wspól­no­tach. Lepiej my niż inny odłam ludz­ko­ści, tak rozu­mo­wano. Możesz sobie wyobra­zić, jakiego bała­ganu naro­bi­liby tam Ultrasi czy Pory­wa­cze? Trwało to kilka lat, ale potem Demar­chi­ści zaczęli odzy­ski­wać dawną potęgę. Nie odpo­wia­dało im to, że prze­ję­li­śmy kon­trolę nad ukła­dem, i nie zamie­rzali nego­cjo­wać poko­jo­wych warun­ków przy­wró­ce­nia swo­ich rzą­dów, więc wybu­chła wojna. Oni ją zaczęli, wszy­scy zga­dzają się co do tego.

Galiana czuła, jak mija jej rado­sny nastrój. Miała wcze­śniej nadzieję, że pogło­ski o woj­nie są prze­sa­dzone.

– Jed­nak, jak widać, zwy­cię­ży­li­śmy – powie­działa.

– Nie. W zasa­dzie nie. Rozu­miesz… wojna na­dal trwa.

– Ale to już…

– Pięć­dzie­siąt cztery lata – stwier­dziła Skade. – No tak, oczy­wi­ście były wzloty i upadki, zawie­sze­nia broni i krót­kie okresy odprę­że­nia. Ale się nie utrzy­mały. Znów odro­dziły się stare kon­flikty ide­olo­giczne, otwarły się jak świeże rany. W isto­cie oni nam ni­gdy nie ufali, a my uwa­ża­li­śmy ich za reak­cyj­nych ludy­stów, któ­rzy nie chcą zaak­cep­to­wać nowej fazy ludz­kiego roz­woju.

Po raz pierw­szy po prze­bu­dze­niu Galiana poczuła migre­nowy ucisk za gał­kami ocznymi, a wraz z nim burzę pier­wot­nych emo­cji, wyjącą z naj­star­szej czę­ści ssa­czego mózgu. To prze­ra­ża­jący strach przed pości­giem, przed zbli­ża­jącą się watahą ciem­nych dra­pież­ni­ków.

Maszyny, powie­działa pamięć. Maszyny jak wilki, które przy­szły z prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej i wcze­piły się w pło­mień wyrzu­cany przez twój sta­tek.

Nazwa­łaś je wil­kami, Galiano.

Ich.

Nas.

Dziwne wra­że­nie ustą­piło.

– Prze­cież przez długi czas tak dobrze ze sobą współ­pra­co­wa­li­śmy – powie­działa Galiana. – Na pewno znów znaj­dziemy płasz­czy­znę poro­zu­mie­nia. Są waż­niej­sze rze­czy od małost­ko­wej walki o to, kto zarzą­dza poje­dyn­czym ukła­dem.

Skade pokrę­ciła głową.

– Nie­stety za późno. Za dużo ludzi zgi­nęło, za wiele obiet­nic zła­mano, zbyt wiele popeł­niono okru­cieństw. Kon­flikt roz­sze­rzył się na inne układy, wszę­dzie, gdzie znaj­do­wali się Hybry­dowcy i Demar­chi­ści. – Uśmiech­nęła się, lecz był to uśmiech wymu­szony, i jej twarz natych­miast przy­brała neu­tralny wyraz, gdy tylko mię­śnie się odprę­żyły. – Sytu­acja nie jest aż tak roz­pacz­liwa, jak sobie wyobra­żasz. Szala zwy­cię­stwa prze­chyla się na naszą stronę powoli, lecz zde­cy­do­wa­nie. Cla­vain wró­cił dwa­dzie­ścia trzy lata temu i natych­miast zmie­nił bieg spraw. Przed jego przy­by­ciem bro­ni­li­śmy się, zła­pani w pułapkę dzia­ła­nia jak praw­dziwy zbio­rowy umysł. Dla­tego nasze posu­nię­cia były dla wroga bar­dzo łatwe do prze­wi­dze­nia. Cla­vain wyrwał nas z tego wię­zie­nia.

Galiana usi­ło­wała wyrzu­cić wilki ze swego umy­słu, wra­ca­jąc pamię­cią do czasu, gdy spo­tkała Cla­va­ina. Było to na Mar­sie, gdy wal­czył prze­ciw niej jako żoł­nierz Koali­cji na rzecz Czy­sto­ści Neu­ral­nej. Koali­cja sprze­ciwiała się eks­pe­ry­men­tom wspo­ma­ga­nia umy­słów i uznała, że jedy­nym akcep­to­wal­nym rezul­ta­tem jest osta­teczna ani­hi­la­cja Hybry­dow­ców.

Cla­vain postrze­gał to sze­rzej. Po pierw­sze, jako wię­zień Galiany uświa­do­mił jej, jak prze­ra­ża­jące są jej eks­pe­ry­menty dla reszty układu. Przed­tem nie zda­wała sobie z tego sprawy, dopóki Cla­vain, pod­czas dłu­gich mie­sięcy uwię­zie­nia, cier­pli­wie jej wszyst­kiego nie wyja­śnił. Potem, gdy go uwol­niono i wyne­go­cjo­wano warunki zawie­sze­nia broni, to wła­śnie Cla­vain wpro­wa­dził Demar­chi­stów jako neu­tralną trze­cią stronę. Demar­chi­ści przy­go­to­wali układ o zawie­sze­niu broni i Cla­vain dotąd nama­wiał Galianę, aż go pod­pi­sała. To mistrzow­skie posu­nię­cie sce­men­to­wało sojusz Hybry­dow­ców z Demar­chi­stami, który miał prze­trwać wieki. Koali­cja na rzecz Czy­sto­ści Neu­ral­nej nato­miast zasłu­żyła naj­wy­żej na drobną wzmiankę w histo­rii. Hybry­dowcy na­dal pro­wa­dzili doświad­cze­nia neu­ralne; tole­ro­wano je, a nawet do nich zachę­cano, pod warun­kiem, że Hybry­dowcy nie podejmą prób wchło­nię­cia innych kul­tur. Póź­niej Demar­chi­ści zaczęli wyko­rzy­sty­wać tech­niki neu­ro­nowe i sprze­da­wać je róż­nym odła­mom ludz­ko­ści.

Wszy­scy byli zado­wo­leni.

Ale w isto­cie Skade miała rację: przy­mie­rze ni­gdy nie było łatwe. W jakimś momen­cie wojna stała się nie­unik­niona, zwłasz­cza gdy poja­wił się nowy ele­ment – par­chowa zaraza.

Ale żeby to trwało aż pięć­dzie­siąt cztery lata? Cla­vain ni­gdy by cze­goś takiego nie tole­ro­wał, pomy­ślała Galiana. Wojnę uwa­żał za straszne mar­no­traw­stwo ludz­kich sił. Szu­kałby spo­so­bów osta­tecz­nego zakoń­cze­nia kon­fliktu albo przy­naj­mniej trwa­łego zawie­sze­nia broni.

Migre­nowy ucisk w gło­wie na­dal ją drę­czył, choć nieco zelżał. Miała nie­po­ko­jące wra­że­nie, że coś z wnę­trza czaszki patrzy przez jej oczy, jakby nie była ich jedy­nym użyt­kow­ni­kiem.

Zbli­ży­li­śmy się do two­ich dwóch stat­ków nie­śpiesz­nymi susami sta­ro­daw­nych zabój­ców, któ­rzy nie mają gatun­ko­wej pamięci porażki. Czu­łaś nasze umy­sły – czy­ste inte­lekty balan­su­jące na gra­nicy inte­li­gen­cji, rów­nie stare i zimne jak pył mię­dzy­gwiaz­dowy.

Czu­łaś nasz głód.

– Ale Cla­vain… – zaczęła.

– Co Cla­vain? – spy­tała Skade.

– Zna­la­złby jakiś spo­sób zakoń­cze­nia kon­fliktu. Dla­czego tego nie zro­bił?

Skade odwró­ciła się na chwilę i jej grze­bień wyglą­dał teraz jak wąski grzbiet usta­wiony kra­wę­dzią do Galiany. Gdy się znów odwró­ciła, miała dziwną minę.

Widzia­łaś, jak prze­ję­li­śmy twój pierw­szy sta­tek, dła­wiąc go falą docie­kli­wych czar­nych maszyn. Maszyny roz­szar­pały sta­tek na strzępy. Widzia­łaś, jak wybuchł, a eks­plo­zja wygra­we­ro­wała różo­wego łabę­dzia na two­jej siat­kówce, i czu­łaś, jak pękała sieć połą­czo­nych umy­słów, ode­bra­łaś to jak utratę tysiąca dzieci.

Pró­bo­wa­łaś się odsu­nąć, ale wtedy było już za późno.

Gdy dotar­li­śmy na twój sta­tek, postę­po­wa­li­śmy nieco ostroż­niej.

– To nie jest łatwe, Galiano.

– Co takiego?

– Sprawa Cla­va­ina.

– Powie­dzia­łaś, że wró­cił.

– Tak. Felka też wró­ciła. Ale z przy­kro­ścią muszę cię poin­for­mo­wać, że oboje zmarli. – Słowa napły­wały jedno po dru­gim, powoli jak odde­chy. – Jede­na­ście lat temu. Demar­chi­ści sku­tecz­nie zaata­ko­wali Gniazdo. Cla­vain i Felka zgi­nęli.

Galiana mogła zare­ago­wać tylko w jeden racjo­nalny spo­sób.

– Nie!

– Bar­dzo ci współ­czuję – powie­działa Skade. Jej grze­bień bły­snął ultra­ma­ryną. – Bar­dzo żałuję, że to się stało. Byli dla nas war­to­ścio­wymi akty­wami.

– Akty­wami?

Skade musiała odczuć wście­kłość Galiany.

– Cho­dzi mi o to, że ich kochano. Wszy­scy roz­pa­cza­li­śmy po ich stra­cie.

– Więc mi to udo­wod­nij. Otwórz swój umysł. Znieś zapory. Chcę w to wnik­nąć.

Skade stała obok kasety.

– Dla­czego, Galiano?

– Ponie­waż dopóki w to nie wniknę, nie będę pewna, czy mówisz prawdę.

– Nie kła­mię – oznaj­miła Skade łagod­nie. – Ale nie mogę pozwo­lić, by nasze umy­sły roz­ma­wiały. W two­jej gło­wie coś jest. Nie rozu­miemy, co to takiego, ale wiemy, że jest to praw­do­po­dob­nie obce i praw­do­po­dob­nie wro­gie.

– Nie wie­rzę…

Teraz ciśnie­nie za oczami stało się bar­dzo dotkliwe. Galiana miała par­szywe wra­że­nie, że odsu­nięto ją, stłam­szono, upchano w mały, nie­sku­teczny zaką­tek jej wła­snej czaszki. Coś nie­wy­obra­żal­nie złego i pier­wot­nego prze­jęło gospo­dar­stwo, przy­cup­nąw­szy za jej oczami.

Usły­szała swoją mowę:

– Masz na myśli mnie?

Skade tylko nie­znacz­nie drgnęła. Galiana podzi­wiała u niej zimną krew Hybry­dowca.

– Może. A kim ty wła­ści­wie jesteś?

– Mam tylko takie imię, jakie mi ona nadała.

– Ona? – spy­tała Skade z roz­ba­wie­niem, ale jej grze­bień migo­tał jasno­zie­lono, świad­cząc o prze­ra­że­niu, choć głos miała spo­kojny.

– Galiana – odpo­wie­działa istota. – Nim ją prze­ją­łem. Nazwała nas… mój umysł… wil­kami. Opa­no­wa­li­śmy jej sta­tek po znisz­cze­niu tam­tego dru­giego statku. Z początku nie­zbyt poj­mo­wa­li­śmy, czym oni są, ale potem otwo­rzy­li­śmy ich czaszki i wchło­nę­li­śmy ich cen­tralny układ ner­wowy. Dzięki temu wiele zro­zu­mie­li­śmy: jak myślą, jak się komu­ni­kują, co zro­bili ze swo­imi mózgami.

Galiana pró­bo­wała się poru­szyć, choć Skade już przed­tem wpro­wa­dziła ją w stan para­liżu. Usi­ło­wała krzyk­nąć, ale wilk – bo tak go nazwała – prze­jął cał­ko­witą kon­trolę nad jej gło­sem.

Przy­po­mi­nała sobie wszyst­kie wyda­rze­nia.

– Dla­czego jej nie zabi­łeś? – spy­tała Skade.

– To było zupeł­nie ina­czej – odparł wilk. – Powin­naś zapy­tać, dla­czego ona sama się nie zabiła, nim do tego doszło. Prze­cież mogłaby. Gdyby tylko pomy­ślała takie życze­nie, mogłaby znisz­czyć sta­tek wraz z całą załogą.

– Więc dla­czego tego nie zro­biła?

– Zawarła z nami ugodę, gdy wszyst­kich zabi­li­śmy i tylko ona została. Miała zanie­chać samo­bój­stwa pod warun­kiem, że pozwo­limy jej wró­cić do domu. Wie­działa, że to ozna­cza, że ja wniknę do jej czaszki i pobu­szuję w jej pamięci.

– Dla­czego wła­śnie ją wybra­li­ście?

– Była waszą kró­lową, Skade. Gdy tylko odczy­ta­li­śmy umy­sły zało­gan­tów, wie­dzie­li­śmy, że to wła­śnie jej potrze­bu­jemy naprawdę.

Skade mil­czała. Akwa­ma­ry­nowe i zie­lone prążki goniły się powol­nymi falami od czoła do karku.

– Nie zary­zy­ko­wa­łaby dopro­wa­dze­nia was tutaj.

– Prze­ciw­nie, jeśli doszła do wnio­sku, że prze­wa­żają korzy­ści zwią­zane z tym, że wcze­śniej was ostrzeże. To była ugoda. Dała nam czas na zebra­nie infor­ma­cji i nadzieję, że dowiemy się wię­cej. I dowie­dzie­li­śmy się.

Skade dotknęła pal­cem gór­nej wargi, a potem unio­sła go pio­nowo przed sobą, jakby badała kie­ru­nek wia­tru.

– Jeśli naprawdę jeste­ście wyż­szą obcą inte­li­gen­cją i wie­dzie­li­ście, gdzie jeste­śmy, już byście do nas dotarli.

– Słusz­nie, Skade. W pew­nym sen­sie masz rację. Nie wiemy dokład­nie, dokąd Galiana nas przy­wio­zła. Ja wiem, ale nie mogę tego prze­ka­zać swoim towa­rzy­szom. To jed­nak nie ma zna­cze­nia. Jeste­ście cywi­li­za­cją podróży kosmicz­nych. I choć jeste­ście podzie­leni na odłamy, to róż­nice są bez zna­cze­nia. Na pod­sta­wie tego, co upi­li­śmy z waszych pamięci, i tego, co na­dal z nich czer­piemy, potra­fimy w przy­bli­że­niu okre­ślić rejon zamiesz­ki­wa­nego przez was kosmosu. Roz­prze­strze­nia­cie się i gra­niczna powierzch­nia waszego obszaru eks­pan­sji wzra­sta geo­me­trycz­nie, więc stale zwięk­sza się praw­do­po­do­bień­stwo spo­tka­nia z nami. Już raz się to wyda­rzyło i mogło nastą­pić gdzie­kol­wiek, w innych punk­tach gra­nicz­nej sfery.

– Dla­czego mi to mówisz? – spy­tała Skade.

– Jak to po co? Żeby cię prze­stra­szyć.

Skade była jed­nak na to za sprytna.

– Nie. Musi być inny powód. Chcesz dać mi do zro­zu­mie­nia, że możesz być uży­teczny.

– Co takiego? – pomru­ki­wał z roz­ba­wie­niem.

– Mogę cię natych­miast zabić. Prze­cież ostrze­że­nie już zostało prze­ka­zane.

Gdyby Galiana mogła się poru­szyć, czy choćby mru­gnąć, wysła­łaby znak, że się na to zga­dza. Chciała umrzeć. Jaki cel mia­łoby teraz jej życie? Cla­vain odszedł. Felka ode­szła. Teraz to pewne. I pewne jest rów­nież to, że żadne sztuczki Hybry­dow­ców nie zdo­łają uwol­nić jej od tego paskudz­twa w gło­wie.

Skade miała rację. Galiana wyko­nała swoje zada­nie, speł­niła ostatni obo­wią­zek wobec Mat­czy­nego Gniazda. Gniazdo wie­działo, że wilki czy­hają i naj­praw­do­po­dob­niej zbli­żają się, czu­jąc ludzką krew.

Nie miało sensu trzy­ma­nie jej dłu­żej przy życiu. Wilk przez cały czas będzie cze­kał na oka­zję ucieczki z jej głowy, choćby Skade wyka­zała nad­zwy­czajną czuj­ność. Mat­czyne Gniazdo mogło czer­pać z tego jakąś naukę, dostać drobną wska­zówkę co do ich moty­wów czy sła­bych miejsc, ale potworne skutki takiej ucieczki prze­wa­żały ewen­tu­alne korzy­ści.

Galiana o tym wie­działa. Tak jak wilk miał dostęp do jej wspo­mnień, tak ona, za pomocą nie­znacz­nego i może spe­cjal­nie zaini­cjo­wa­nego pro­cesu wstecz­nej kon­ta­mi­na­cji, wyczuła część jego wła­snej histo­rii. Nic kon­kret­nego, nie potra­fi­łaby tego nawet zwer­ba­li­zo­wać. Wyczuła jed­nak odwieczną lita­nię chi­rur­gicz­nych ludo­bójstw, strasz­nych pro­ce­sów czysz­cze­nia etnicz­nego, prze­pro­wa­dza­nych wśród kolej­nych gatun­ków rozum­nych. Pamięci były prze­cho­wy­wane z biu­ro­kra­tyczną skru­pu­lat­no­ścią przez miliony lat czasu galak­tycz­nego, a każda nowa znisz­czona cywi­li­za­cja sta­no­wiła jedy­nie zapis księ­gowy. Galiana wyśle­dziła oka­zjo­nalne, gorącz­kowe wyma­zy­wa­nie, selek­cję zapo­cząt­ko­waną z nie­po­żą­da­nym opóź­nie­niem. Wyśle­dziła nawet rzad­kie przy­padki bru­tal­nej inge­ren­cji, gdy wcze­śniej­szych selek­cji nie prze­pro­wa­dzono zado­wa­la­jąco.

W żad­nym jed­nak miej­scu, ni­gdy, nie wyczuła więk­szej porażki.

Nagle, gwał­tow­nie, wilk ustą­pił, pozwo­lił jej prze­mó­wić.

– Skade?

– Co takiego?

– Pro­szę, zabij mnie. Zabij mnie natych­miast.

JEDEN

Anto­inette Bax obser­wo­wała, jak poli­cyjny proksy wynu­rza się ze śluzy. Maszyna, zbu­do­wana z pła­skiej czar­nej zbroi i ostrych prze­gu­bo­wych odnóży, przy­po­mi­nała rzeźbę skom­po­no­waną z wielu par nożyc. Była tru­pio zimna, gdyż przed­tem tkwiła na zewnątrz jed­nego z trzech poli­cyjnych kutrów, które obec­nie unie­ru­cha­miały sta­tek Anto­inette. Kor­pus maszyny pokry­wał żół­tawy szron paliwa rakie­to­wego, sub­li­mu­ją­cego teraz pięk­nymi spi­ral­kami.

– Pro­szę się odsu­nąć – powie­dział proksy. – Kon­takt fizyczny nie jest wska­zany.

Chmura paliwa cuch­nęła tok­sycz­nie. Anto­inette zatrza­snęła przy­łbicę swego hełmu, gdy proksy prze­my­kał obok.

– Nie rozu­miem, czego się spo­dzie­wa­cie po tym prze­szu­ka­niu – powie­działa. Szła za proksy w pew­nej odle­gło­ści.

– Nie wiem, póki nie znajdę – odparł proksy. Już usta­lił czę­sto­tli­wość, na jakiej pra­co­wało radio jej ska­fan­dra.

– Słu­chaj, nie zaj­muję się prze­my­tem. Nie za bar­dzo lubię być mar­twa.

– Wszy­scy tak mówią.

– Dla­czego ktoś miałby coś prze­my­cać do Hospi­cjum Idle­wild? To prze­cież banda asce­tów, maniacy reli­gijni, nie demony szmu­glu.

– A jed­nak coś pani wie na temat kon­tra­bandy.

– Nie mówi­łam prze­cież…

– Nie­ważne, pani Bax. Cho­dzi o to, że jest wojna i niczego nie można wyklu­czyć.

Proksy zatrzy­mał się i wygiął, z jego sta­wów i miejsc zała­ma­nia z trza­skiem odpa­dły płaty żół­tego lodu. W kor­pu­sie maszyny – czar­nym jaju z kry­zami i mnó­stwem wysta­ją­cych odnóży, z mani­pu­la­to­rami i bro­nią – nie było pilota, lecz tylko urzą­dze­nia utrzy­mu­jące łącz­ność z pilo­tem. Pilot na­dal tkwił w jed­nym z trzech kutrów. Był wtło­czony w kani­ster pod­trzy­my­wa­nia i życia, pozba­wiony orga­nów nie­istot­nych dla pracy.

– Jak chcesz, możesz spraw­dzić w Hospi­cjum – powie­działa.

– Już tam zasię­gną­łem infor­ma­cji. Ale przy­zna pani, że w spra­wach takich jak ta lepiej mieć cał­ko­witą pew­ność, że wszystko jest legalne?

– Przy­znam, co tylko chcesz, jeśli dzięki temu opu­ścisz mój sta­tek.

– Hmm. A dla­czego tak pani śpieszno?

– Bo wiozę sor­bet… to zna­czy pasa­żera krio­ge­nicz­nego, i nie chcę, żeby mi tu odta­jał.

– Bar­dzo bym chciał zoba­czyć tego pasa­żera. Można?

– Raczej trudno mi będzie odmó­wić. – Spo­dzie­wała się tego i cze­ka­jąc na przy­by­cie proksy, wło­żyła ska­fan­der próż­niowy.

– Dobrze. To potrwa minutkę i może pani lecieć dalej. – Po chwili mil­cze­nia maszyna dodała: – Zakła­da­jąc, oczy­wi­ście, że nie będzie żad­nych nie­pra­wi­dło­wo­ści.

– Tędy.

Anto­inette pchnęła panel, odsła­nia­jąc wąski tunel do głów­nej ładowni Burzyka. Prze­pu­ściła proksy przo­dem, posta­na­wia­jąc mówić jak naj­mniej i nie odzy­wać się bez zapro­sze­nia. Ktoś mógłby to uznać za prze­jaw uporu, ale więk­sze podej­rze­nia wywo­ła­łaby usłuż­nymi wyja­śnie­niami. Mili­cjanci Kon­wen­cji Fer­ri­svil­l­skiej nie cie­szyli się sym­pa­tią; wie­dzieli o tym i uwzględ­niali to, mając do czy­nie­nia z cywi­lami.

– Masz nie­zły sta­tek, Anto­inette.

– Dla cie­bie: panna Bax. Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby­śmy prze­cho­dzili na ty.

– Wobec tego, „panno Bax”. Moja uwaga pozo­staje jed­nak praw­dziwa. Pani sta­tek wygląda z zewnątrz dość zwy­czaj­nie, ale spra­wia wra­że­nie, że jest mecha­nicz­nie sprawny i zdolny do dale­kich podróży. Sta­tek o takiej kuba­tu­rze mógłby z zyskiem ope­ro­wać na wielu legal­nych tra­sach han­dlo­wych, nawet w naszych mrocz­nych cza­sach.

– W takim razie jaki inte­res mia­ła­bym w tym, by bawić się w prze­myt­nika?

– Żaden, ale zasta­na­wiam się, dla­czego traci pani takie moż­li­wo­ści, podej­mu­jąc się dziw­nych zle­ceń dla Hospi­cjum. Są wpły­wowi, ale, o ile wiemy, nie­zbyt zamożni. – Maszyna znów na chwilę zamil­kła. – Musi pani przy­znać, że to nieco zagad­kowe. Zamro­żeni zazwy­czaj zjeż­dżają na dół z Idle­wild, a nie wjeż­dżają do nich na górę. W ogóle rzadko się zda­rza trans­por­to­wa­nie zamro­żo­nych ciał. Zwy­kle są roz­mra­żane jesz­cze zanim opusz­czą Idle­wild.

– Nie do mnie należy zada­wa­nie pytań.

– Ale tak się składa, że należy to do mnie. Chyba już dotar­li­śmy na miej­sce?

W ładowni nie było teraz powie­trza, więc musieli poko­nać wewnętrzną śluzę obro­tową. Anto­inette zapa­liła świa­tło. Prze­pastna komora ziała pustką, wypeł­niona jedy­nie trój­wy­mia­rową sie­cią ste­laży do moco­wa­nia palet i pod­wie­sza­nia gon­doli. Proxy posu­wał się wśród tych rusz­to­wań z pedan­tyczną ostroż­no­ścią taran­tuli.

– Rze­czy­wi­ście leci pani z pustą ładow­nią. Nie ma tu żad­nego kon­te­nera.

– To nie prze­stęp­stwo.

– Tego nie twier­dzę, ale to nad­zwy­czaj dziwne. Żebracy muszą pani bar­dzo dużo pła­cić, skoro pokrywa to koszty takiej podróży.

– Oni usta­lają warunki, nie ja.

– Zdziw­niej i zdziw­niej.

Oczy­wi­ście proksy miał rację. Wszy­scy wie­dzieli, że Hospi­cjum trosz­czy się o zamro­żo­nych – bied­nych, ran­nych, z ter­mi­nalną amne­zją – któ­rych dopiero co wyła­do­wano ze stat­ków. Żebracy roz­mra­żali ich, oży­wiali, pod­da­wali reha­bi­li­ta­cji i opie­ko­wali się nimi, aż ci ludzie poczuli się na tyle dobrze, że mogli odle­cieć lub przy­naj­mniej wzno­wić pod­sta­wowe funk­cje życiowe. Nie­któ­rzy, ni­gdy nie odzy­skaw­szy pamięci, zamiesz­ki­wali w Hospi­cjum i po prze­szko­le­niu posta­na­wiali zostać Żebra­kami. Jed­nakże ruty­nowo Hospi­cjum przyj­mo­wało wyłącz­nie takich zamro­żo­nych, któ­rzy pocho­dzili ze stat­ków kosmicz­nych.

– Więc dobrze… – zaczęła. – Powie­dzieli, że nastą­piła pomyłka. Doku­menty tego czło­wieka pomy­lono pod­czas roz­ła­dunku statku. Pomy­lono go z innym zamro­żo­nym, który nie miał być roz­mra­żany, ale tylko zba­dany w Hospi­cjum. Tam­ten drugi męż­czy­zna miał dole­cieć zimny do Chasm City i zostać roz­mro­żony dopiero tam.

– To nie­zwy­kłe – stwier­dził proksy.

– Wygląda na to, że facet nie lubił podróży kosmicz­nych. Zro­bił się duży baj­zel. Gdy odkryto błąd, tam­ten zamro­żony był już w poło­wie drogi do Chasm. Poważna wpadka i Hospi­cjum chce to napra­wić, nim powsta­nie więk­szy bała­gan. Wezwali mnie, zabra­łam ciało z Pier­ście­nia Złomu i teraz pędzę z tym na Idle­wild.

– Ale po co ten pośpiech? Skoro jest zamro­żone, na pewno…

– Kaseta to zaby­tek muze­alny, a w ciągu ostat­nich dni trak­to­wano ją dość bru­tal­nie. Ponadto dwie rodziny zaczy­nają zada­wać nie­przy­jemne pyta­nia. Im szyb­ciej znów zamieni się ciała, tym lepiej.

– Rozu­miem, że Żebracy usi­łują zacho­wać w tej spra­wie dys­kre­cję. Nie­na­ganna repu­ta­cja Hospi­cjum dozna­łaby uszczerbku, gdyby wszystko wyszło na jaw.

– Wła­śnie. – Anto­inette pozwo­liła sobie na sła­biut­kie uczu­cie ulgi i przez chwilę towa­rzy­szyła jej nie­bez­pieczna myśl, by powró­cić do wystu­dio­wa­nego bier­nego oporu. Powie­działa jed­nak: – No to teraz, kiedy już wszystko rozu­miesz, może byś mnie wypu­ścił. Chyba nie chcesz iry­to­wać Hospi­cjum?

– Oczy­wi­ście, że nie, ale skoro już tak daleko zaszli­śmy, warto spraw­dzić pasa­żera.

– Rze­czy­wi­ście, warto.

Dotarli do kasety. Jed­nostka zim­nego snu, upchnięta na tyłach ładowni, wyglą­dała dość prze­cięt­nie. Mato­wo­sre­brzy­sta, miała w gór­nej czę­ści pro­sto­kątne okienko z dym­nego szkła. W środku, pod drugą płytą z dym­nego szkła, znaj­do­wał się zagłę­biony panel z kon­tro­l­kami i disple­jami para­me­trów.

– To dziwne miej­sce dla kasety, sam tył ładowni – zauwa­żył proksy.

– Dla mnie nie. Jest bli­sko spodnich drzwi. Szybko ją zała­do­wa­łam, a jesz­cze szyb­ciej wyła­duję.

– Racja. Nie ma pani nic prze­ciwko temu, że dokład­niej się przyj­rzę?

– Pro­szę się nie krę­po­wać.

Proksy przy­kuc­nął w odle­gło­ści metra od kasety, wysu­nął odnóża zakoń­czone czuj­ni­kami, ale nie dotknął kasety w żad­nym miej­scu. Postę­po­wał z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią, nie chcąc znisz­czyć wła­sno­ści Hospi­cjum ani zaszko­dzić ciału w kase­cie.

– Mówiła pani, że ten męż­czy­zna dopiero nie­dawno przy­był na Idle­wild.

– Wiem tyle, co mi powie­dzieli Żebracy.

Proksy w zamy­śle­niu pokle­pał się jedną ze swych koń­czyn.

– To dziwne, bo ostat­nio nie przy­le­ciał tu żaden więk­szy sta­tek. Teraz, gdy wia­do­mo­ści o woj­nie zdą­żyły dotrzeć do naj­dal­szych ukła­dów, Yel­low­stone nie jest tak popu­lar­nym celem podróży jak ongiś.

Anto­inette wzru­szyła ramio­nami.

– W takim razie poroz­ma­wiaj z Hospi­cjum, jeśli cię to nie­po­koi. Wiem tyle, że zała­do­wa­łam zmar­z­laka i mam go do nich dostar­czyć.

Proksy wysu­nął urzą­dze­nie, które Anto­inette uznała za kamerę, i umie­ścił je nad szybą kasety.

– Tak, to na pewno męż­czy­zna – stwier­dził, jakby komu­ni­ko­wał Anto­inette nowinę. – W głę­bo­kim zim­nym śnie. Pozwoli pani, że przy oka­zji odsunę okienko i spoj­rzę na odczyty? Gdyby się oka­zało, że wystą­piły jakieś pro­blemy, mógł­bym praw­do­po­dob­nie zor­ga­ni­zo­wać eskortę i dowieźć was do Hospi­cjum dwu­krot­nie szyb­ciej…

Nim zdą­żyła odpo­wie­dzieć czy zapro­te­sto­wać, proksy odsu­nął szybkę zasła­nia­jącą tablicę kon­tro­lek i displej para­me­trów. Usta­bi­li­zo­wał swój kor­pus, przy­trzy­mu­jąc się słupa kon­struk­cyj­nego palet, pochy­lił się nisko nad kasetą i zaczął prze­su­wać w lewo i w prawo okiem ska­nu­ją­cym po displeju. Od czasu do czasu wibro­wał.

Anto­inette pociła się. Displeje wyglą­dały dość prze­ko­nu­jąco, ale u kogoś, kto znał taj­niki zim­nego snu, musiały natych­miast wzbu­dzić podej­rze­nia. Nie były takie, jak być powinny, gdyby w kase­cie leżał zahi­ber­no­wany czło­wiek. Pierw­sze wąt­pli­wo­ści, potem docie­kliw­sze bada­nia, pogrze­ba­nie w ukry­tych opcjach disple­jów – wszystko to spo­wo­duje, że cała prawda wyj­dzie na jaw.

Proksy zba­dał odczyty i odchy­lił się od kasety, naj­wy­raź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wany. Anto­inette na chwilę zamknęła oczy… i zaraz tego poża­ło­wała. Proksy znów się zbli­żył do displeju, wysu­wa­jąc deli­katny mani­pu­la­tor.

– Na twoim miej­scu bym tego nie…

Proksy wkle­pał komendy w panel odczytu. Poja­wiły się roz­ma­ite wykresy, nie­spo­kojne jaskra­wo­nie­bie­skie sinu­so­idy i drżące histo­gramy.

– To nie wygląda pra­wi­dłowo – oznaj­mił proksy.

– Co?

– Tak jakby ten czło­wiek już nie ży…

– Niech panienka wyba­czy… – roz­legł się nowy, tubalny głos.

Anto­inette zaklęła w duchu. Kazała Bestii mil­czeć pod­czas swo­jej roz­mowy z prok­sym. Ale może powinna raczej poczuć ulgę, że Bestia nie posłu­chał aku­rat tego roz­kazu.

– Co jest, Bestio?

– Odbie­ramy trans­mi­sję, panienko. Skie­ro­wana wąskim pro­mie­niem pro­sto do nas. Z Idle­wild.

Proksy drgnął.

– Czyj to głos? Chyba mówiła pani przed­tem, że jest pani sama.

– Jestem sama – odparła. – To tylko Bestia, podo­soba mojego statku.

– Pro­szę jej powie­dzieć, żeby zamil­kła. A trans­mi­sja z Idle­wild nie jest do pani. To odpo­wiedź na pyta­nie, które wcze­śniej wysła­łem…

Bez­cie­le­sny głos znów zadud­nił:

– Trans­mi­sja, panienko…?

– Odtwórz ją. – Uśmiech­nęła się.

Proksy nie zwra­cał już uwagi na kasetę. Bestia prze­rzu­cił trans­mi­sję na szybę hełmu Anto­inette i dziew­czyna miała teraz wra­że­nie, że Żebrak stoi pośrodku ładowni. Przy­pusz­czała, że rów­nież pilot otrzy­muje dane tele­me­tryczne od jed­nego z kutrów. Żebraczką była kobieta, jedna z Nowych Star­szych. Anto­inette patrzyła, jak zwy­kle zaszo­ko­wana, na osobę auten­tycz­nie starą. Kobieta miała na sobie wykroch­ma­lony far­tuch i zakonny habit z moty­wem płatku śniegu – emble­ma­tem Hospi­cjum; jej wspa­niałe żyla­ste, star­cze dło­nie sty­kały się na brzu­chu.

– Prze­pra­szam za opóź­nie­nie, ale znów mie­li­śmy pro­blemy z route­rem sie­cio­wym – powie­działa zakon­nica. – Naj­pierw for­mal­no­ści: jestem sio­stra Ame­lia i chcia­ła­bym potwier­dzić, że ciało… zamro­żony czło­wiek… pod opieką panny Bax to tym­cza­sowa i uko­chana wła­sność Hospi­cjum Idle­wild i Świę­tego Zakonu Lodo­wych Żebra­ków, a panna Bax ma go nam jak naj­szyb­ciej dostar­czyć…

– Ale ciało jest mar­twe – stwier­dził proksy.

Sio­stra kon­ty­nu­owała:

– …i byli­by­śmy wdzięczni, gdyby wła­dze się w to jak naj­mniej mie­szały. Już poprzed­nio kil­ka­krot­nie korzy­sta­li­śmy z usług panny Bax i zawsze byli­śmy bar­dzo zado­wo­leni ze spo­sobu, w jaki wypeł­nia powie­rzone zada­nia. – Żebraczka uśmiech­nęła się. – Jestem pewna, że Kon­wen­cja Fer­ri­svil­l­ska doce­nia potrzebę dys­kre­cji w tej spra­wie. Cho­dzi prze­cież o naszą repu­ta­cję.

Wia­do­mość się skoń­czyła i sio­stra Ame­lia znik­nęła.

Anto­inette wzru­szyła ramio­nami.

– Widzisz, cały czas mówi­łam prawdę.

Proksy patrzył na nią jed­nym ze swo­ich osło­nię­tych czuj­ni­ków.

– Coś mi się tu nie zga­dza – oznaj­mił. – Ciało w kase­cie jest z medycz­nego punktu widze­nia mar­twe.

– Słu­chaj, mówi­łam już, że kaseta jest stara. Odczyty są nie­pra­wi­dłowe, i tyle. Chyba nie jestem taka głu­pia, żeby wozić trupa w kase­cie zim­nego snu.

– Jesz­cze z panią nie skoń­czy­łem.

– Może nie, ale w tej chwili skoń­czy­łeś. Sły­sza­łeś, co powie­działa miła pani Żebraczka. „Jak naj­szyb­ciej dostar­czyć”. Przy­znasz, że sfor­mu­ło­wała to ofi­cjal­nie i zde­cy­do­wa­nie? – Anto­inette wycią­gnęła rękę i zamknęła pokrywę na panelu wskaź­ni­ków.

– Nie wiem, co pani knuje, ale obie­cuję, że do tego dojdę – oznaj­mił proksy.

Uśmiech­nęła się.

– Zna­ko­mi­cie. Dzię­kuję. Miłego dnia. I spie­przaj z mojego statku.

* * *

Jesz­cze przez godzinę utrzy­my­wała ten sam kurs, chcąc dać poli­cji złu­dze­nie, że leci do Hospi­cjum Idle­wild. Potem gwał­tow­nie skrę­ciła, przy­śpie­sza­jąc tak ostro, że aż się sku­liła. Po godzi­nie zna­la­zła się poza ofi­cjalną jurys­dyk­cją Kon­wen­cji Fer­ri­svil­l­skiej, zosta­wiła za sobą Yel­low­stone i pas sate­li­tów komu­ni­ka­cyj­nych. Poli­cja nawet nie pró­bo­wała jej ści­gać, ale Anto­inette to nie dzi­wiło. Zupeł­nie im się to nie opła­cało. Musie­liby zużyć bar­dzo dużo paliwa, ponadto ofi­cjal­nie sta­tek Anto­inette znaj­do­wał się poza ich obsza­rem wpły­wów, a ponie­waż wle­ciała w strefę wojny, miała spore szanse, że w końcu i tak zosta­nie zabita. Zaj­mo­wa­nie się nią po pro­stu nie miało sensu.

Z tą rado­sną kon­klu­zją Anto­inette uło­żyła i wysłała zawo­alo­wane podzię­ko­wa­nia do Hospi­cjum. Była im wdzięczna za wspar­cie i – jak postę­po­wał jej ojciec w podob­nych oko­licz­no­ściach – obie­cała odwdzię­czyć się, gdyby kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wali jej pomocy.

Od sio­stry Ame­lii nade­szła odpo­wiedź: „Niech bogo­wie pro­wa­dzą i powo­dze­nia w misji, Anto­inette. Jim byłby z cie­bie dumny”.

Mam nadzieję, pomy­ślała Anto­inette.

Przez następne dzie­sięć dni nic szcze­gól­nego się nie wyda­rzyło. Sta­tek spra­wo­wał się dosko­nale, dzia­łał zupeł­nie bez­a­wa­ryj­nie. Jeden raz, na krań­cach zasięgu radaru dostrze­gła – jak jej się wyda­wało – parę ban­shee, sła­bych, ukrad­ko­wych sygna­tur uno­szą­cych się na gra­ni­cach jej moż­li­wo­ści detek­cyj­nych. Na wszelki wypa­dek przy­go­to­wała środki obronne, ale gdy zade­mon­stro­wała wzo­rzec ucieczki Burzyka, poka­zu­jąc ban­shee, jak trudno im będzie ostro zado­ko­wać przy jej statku, oba obiekty znik­nęły, wyco­fały się w cień, szu­ka­jąc innej ofiary. Ni­gdy już ich nie zoba­czyła.

To jedyny prze­lotny dresz­czyk. Nie miała nic do roboty poza jedze­niem i spa­niem, ale spać sta­rała się jak naj­mniej, tyle tylko, ile wyma­gał jej orga­nizm. Sny miała powta­rzalne i nie­po­ko­jące: co noc, z liniowca kur­su­ją­cego mię­dzy karu­ze­lami Pasa Złomu pory­wają ją w nie­wolę pająki; zabie­rają do jed­nej ze swych kome­tar­nych baz na skraju układu; tam z trza­skiem otwie­rają jej czaszkę i w miękką mia­zgę mózgu zanu­rzają błysz­czące urzą­dze­nia śled­cze; potem, gdy nie­mal prze­obraża się w pająka, gdy jej wspo­mnie­nia zostają pra­wie cał­ko­wi­cie wyma­zane, gdy jest napom­po­wana implan­tami, które miały ją powią­zać z ich zbio­ro­wym mózgiem, przy­by­wają zombi. Sta­dami kli­no­wa­tych stat­ków ata­kują kometę, kap­su­łami jak kor­ko­ciągi wwier­cają się w lód i pene­trują go, lód się topi, docie­rają w głąb, do cen­tral­nych labi­ryn­tów; tam wypusz­czają waleczne oddziały w czer­wo­nych zbro­jach; wojow­nicy mkną przez labi­rynt kome­tar­nych kory­ta­rzy, zabi­jają pająki z czło­wie­czą pre­cy­zją żoł­nie­rzy wytre­no­wa­nych tak, by nie tra­cić ani jed­nej kuli, ani jed­nego szrap­nela czy salwy ogniw amu­ni­cyj­nych.

Przy­stojny pobo­rowy zombi wyciąga ją z paję­czego pokoju prze­słu­chań i indok­try­na­cji, wypłu­kuje z jej mózgu maszyny-intruzy, repe­ruje jej czaszkę, wresz­cie wpro­wa­dza ją w stan rege­ne­ru­ją­cej śpiączki, na czas dłu­giej podróży do cywil­nego szpi­tala na pla­ne­cie wewnętrz­nej; gdy Anto­inette niosą na oddział zim­nego usy­pia­nia, trzyma ją za rękę.

Pra­wie zawsze prze­bie­gało to w ten sam cho­lerny spo­sób. Zombi zaszcze­pili jej pro­pa­gan­dowy sen i choć zasto­so­wała zale­caną aktywną pro­ce­durę wypłu­ku­jącą, nie mogła się go pozbyć cał­ko­wi­cie. Choć z dru­giej strony szcze­gól­nie jej na tym nie zale­żało.

Pew­nej nocy, gdy z jakie­goś powodu nie włą­czyła się pro­pa­ganda Demar­chi­stów, zamiast niej cały czas nawie­dzały ją smutne sny o ojcu.

Wie­działa, że pro­pa­ganda zombi jest prze­sadna, ale tylko co do szcze­gó­łów. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, jak Hybry­dowcy postę­pują z nie­szczę­snymi jeń­cami. Rów­no­cze­śnie była prze­ko­nana, że nie­wola u Demar­chi­stów to nie pik­nik.

Kon­flikt jed­nak toczył się bar­dzo daleko od niej, choć for­mal­nie znaj­do­wała się w stre­fie wojen­nej. Zapro­gra­mo­wała tra­jek­to­rię tak, by unik­nąć więk­szych bitew. Od czasu do czasu widziała odle­głe roz­bły­ski, świad­czące o tym, że godziny świetlne od niej toczą się jakieś tyta­niczne zma­ga­nia. Ciche bły­ski miały w sobie coś nie­re­al­nego i Anto­inette mogła sobie wyobra­żać, że kon­flikt się skoń­czył, a ona jest tylko w jakimś ruty­no­wym mię­dzy­pla­ne­tar­nym rej­sie. Z dru­giej strony nie było to dale­kie od prawdy. Wszy­scy neu­tralni obser­wa­to­rzy twier­dzili, że wojna wygasa i zombi tracą grunt na wszyst­kich fron­tach, a pająki z każ­dym mie­sią­cem stają się sil­niej­sze i prą na Yel­low­stone.

Jed­nakże, choć wynik kon­fliktu był teraz oczy­wi­sty, walki się jesz­cze nie skoń­czyły i Anto­inette, jeśli się zagapi, łatwo może się stać ich ofiarą. A wtedy zbada dokład­nie, jak pre­cy­zyjne są pro­pa­gan­dowe sny.

Roz­my­ślała o tym, wyco­fu­jąc się w kie­runku Man­da­ryn­ko­wego Marze­nia, naj­więk­szej jowi­szo­po­dob­nej pla­nety układu Eri­dani. Sil­niki Burzyka pra­co­wały z mak­sy­malną wydaj­no­ścią i sta­tek osią­gnął przy­śpie­sze­nie 3 g. Gazowy gigant, cię­żarny gra­wi­ta­cją, ryso­wał się zło­wiesz­czą bla­do­po­ma­rań­czową plamą. Prze­ciw­in­tru­zyjne sate­lity roz­miesz­czone wokół jowi­szowca i ich kie­run­kowe sygnały już ucze­piły się statku Anto­inette i zaczęły bom­bar­do­wać go coraz groź­niej­szymi ostrze­że­niami.

To Rejon Sporny. Naru­szasz…

– Panienko, jesteś pewna? Należy z sza­cun­kiem zauwa­żyć, że to nie­pra­wi­dłowa tra­jek­to­ria do wej­ścia na orbitę.

Skrzy­wiła się. Tylko na tyle mogła się zdo­być przy 3 g.

– Wiem, Bestio, ale jest powód. Nie zamie­rzamy wejść na orbitę. Wcho­dzimy w atmos­ferę.

– Panienko… W atmos­ferę?

– Wła­śnie.

Nie­mal sły­szała, jak wyska­kują trzpie­nie, gdy zaśnie­działe sub­ru­tyny uru­cha­miały się pierw­szy raz od dzie­się­cio­leci.

Podo­soba Bestii leżała w chłod­nej cylin­drycz­nej komo­rze o roz­mia­rach hełmu ska­fan­dra kosmicz­nego. Anto­inette widziała ją dwu­krot­nie, pod­czas grun­tow­nego prze­glądu i demon­tażu dzioba statku. Ojciec Anto­inette w cięż­kich ręka­wi­cach wyjął podo­sobę z zagłę­bie­nia i oboje przy­glą­dali się jej z naboż­nym podzi­wem.

– Powie­dzia­łaś „w atmos­ferę”? – powtó­rzył Bestia.

– Wiem, że nie jest to zupeł­nie nor­malna pro­ce­dura ope­ra­cyjna – stwier­dziła Anto­inette.

– Jesteś cał­ko­wi­cie pewna tego, co chcesz zro­bić, panienko?

Anto­inette wyjęła z kie­szeni koszuli skra­wek zadru­ko­wa­nego papieru. Miał owalny kształt, poszar­pane brzegi i skom­pli­ko­wany wzór, nary­so­wany jasno­zło­tym i srebr­nym atra­men­tem. Prze­su­nęła pal­cami po tym strzępku, jakby był tali­zma­nem.

– Tak, Bestio – odparła. – Ni­gdy niczego nie byłam tak pewna.

– Bar­dzo dobrze, panienko.

Bestia doszedł zapewne do wnio­sku, że dys­ku­sja nic nie da, i zaczął przy­go­to­wa­nia do lotu w atmos­ferę.

Sche­maty na panelu dowódcy uka­zy­wały wcią­ga­jące się wypustki i zaci­ski, luki, które roz­wie­rały się i zasu­wały, by zacho­wać nie­na­ru­szal­ność kadłuba. Cały pro­ces trwał kilka minut, a gdy się zakoń­czył, Burzyk wyglą­dał tylko nieco bar­dziej aero­dy­na­micz­nie niż przed­tem. Nie­które z wysta­ją­cych ele­men­tów praw­do­po­dob­nie prze­trwają lot w powie­trzu, ale na­dal pozo­stało kilka wypu­stek i zacze­pów do doko­wa­nia, które ule­gną znisz­cze­niu przy wej­ściu w atmos­ferę. Sta­tek będzie musiał się bez nich jakoś obyć.

– Posłu­chaj, gdzieś w tym twoim mózgu znaj­dują się pro­ce­dury wej­ścia w atmos­ferę – powie­działa Anto­inette. – Tata mi kie­dyś o tym wspo­mi­nał, więc nie uda­waj, że o tym nie wiesz.

– Postara się zlo­ka­li­zo­wać odpo­wied­nie pro­ce­dury jak naj­szyb­ciej.

– Dobrze – odparła Anto­inette pod­bu­do­wana na duchu.

– Ale czy mógłby zapy­tać, dla­czego o potrze­bie uru­cho­mie­nia tych pro­ce­dur nie wspo­mniano wcze­śniej?

– Bo gdy­byś się domy­ślił, co zamie­rzam, miał­byś czas, żeby mi to wyper­swa­do­wać.

– Rozu­mie.

– Nie obra­żaj się. Byłam tylko prak­tyczna.

– Jak sobie życzysz, panienko. – Bestia mil­czał przez chwilę, na tyle długo, by Anto­inette poczuła się nie­przy­jem­nie i miała wyrzuty sumie­nia. – Zlo­ka­li­zo­wało się pro­ce­dury. Zwraca się uwagę, że ostat­nio uży­wano ich sześć­dzie­siąt trzy lata temu, a od tam­tego czasu doko­nano pew­nych zmian syl­wetki, co może wpły­wać na efek­tyw­ność…

– Dobrze. Jestem pewna, że coś wymy­ślisz.

Nie­ła­two jed­nak nakło­nić ope­ru­jący w próżni sta­tek do wej­ścia w atmos­ferę, nawet jeśli cho­dziło o górne war­stwy gazo­wego giganta, a sta­tek był tak bogato wypo­sa­żony i opły­wowy jak Burzyk. W naj­lep­szym wypadku sta­tek wyj­dzie z tego z poważ­nie uszko­dzo­nym kadłu­bem, ale jakoś dobrnie do Pasa Złomu, w naj­gor­szym zaś ni­gdy wię­cej nie zoba­czy otwar­tego kosmosu.

I Anto­inette też już go nie zoba­czy.

Jest przy­naj­mniej jedna pocie­cha, pomy­ślała. Jeśli roz­walę sta­tek, nie będę musiała prze­ka­zy­wać złych wia­do­mo­ści Xavie­rowi.

Dzięki, Panie, i za to.

Z panelu dobiegł stłu­miony sygnał.

– Bestio…? Czy to jest to, co podej­rze­wam?

– Bar­dzo moż­liwe, panienko. Kon­takt rada­rowy, odle­głość osiem­na­ście tysięcy kli­ków, trzy stop­nie od naszego kursu, dwa stop­nie od pół­nocy eklip­tycz­nej.

– Cho­lera! Jesteś pewien, że to nie latar­nia albo plat­forma zbro­je­niowa?

– Za duże, panienko.

Nie musiała spe­cjal­nie głów­ko­wać, żeby zro­zu­mieć, co to zna­czy. Na dro­dze mię­dzy jej stat­kiem a gazo­wym gigan­tem znaj­do­wał się inny sta­tek, bli­sko atmos­fery pla­nety.

– Co o nim wiesz?

– Poru­szają się powoli, panienko, pro­sto w atmos­ferę. Pla­nują chyba podobny manewr, jaki ty chcesz prze­pro­wa­dzić, ale poru­szają się kilka kli­ków na sekundę szyb­ciej i wejdą pod więk­szym kątem.

– Czy to wygląda na zombi? – powie­działa szybko, mając nadzieję, że jest ina­czej.

– Nie ma sensu spe­ku­lo­wać, panienko. Wła­śnie skie­ro­wali na nas wąski pro­mień. Pro­to­kół wia­do­mo­ści jest rze­czy­wi­ście demar­chi­stow­ski.

– Dla­czego, do cho­lery, mie­liby się tru­dzić i prze­sy­łać nam wia­do­mość wąskim pro­mie­niem?

– Uprzej­mie się suge­ruje, żebyś to wyja­śniła.

Wąski pro­mień był nie­po­trzeb­nie pra­co­chłon­nym środ­kiem komu­ni­ka­cji, skoro statki znaj­do­wały się tak bli­sko. Wystar­czyłby pro­sty prze­kaz radiowy i sta­tek zombi nie musiałby pre­cy­zyj­nie kie­ro­wać lasera na znaj­du­ją­cego się w ruchu Burzyka.

– Przyj­mij, bez względu na to, kto to jest – pole­ciła. – Możemy im odpo­wie­dzieć rów­nież wąskim pro­mie­niem?

– Panienko, musie­li­by­śmy ponow­nie wysu­nąć pewne urzą­dze­nia, które z takimi pro­ble­mami wcią­ga­li­śmy do środka.

– Zrób to, ale nie zapo­mnij wcią­gnąć z powro­tem.

Usły­szała, jak maszy­ne­ria wypy­cha w próż­nię jeden z kol­ców. Roz­le­gło się szyb­kie ćwier­ka­nie pro­to­ko­łów komu­ni­ka­cji mię­dzy dwoma stat­kami i nagle Anto­inette miała przed sobą twarz jakiejś kobiety, która – o ile to moż­liwe – wyglą­dała na jesz­cze bar­dziej od niej zmę­czoną, zmi­ze­ro­waną i roz­draż­nioną.

– Cześć – powie­działa Anto­inette. – Czy ty mnie rów­nież widzisz?

Kobieta ledwo zauwa­żal­nie ski­nęła głową. Usta miała mocno zaci­śnięte, co suge­ro­wało nie­zmierne zapasy powstrzy­my­wa­nej wście­kło­ści, spię­trzo­nej jak woda za tamą.

– Tak, widzę cię.

– Nie spo­dzie­wa­łam się tu kogo­kol­wiek spo­tkać – zaczęła roz­mowę Anto­inette. – Doszłam do wnio­sku, że naj­le­piej odpo­wie­dzieć rów­nież wąskim pro­mie­niem.

– Nie musia­łaś się faty­go­wać.

– Nie musia­łam? – powtó­rzyła Anto­inette.

– Nie, bo twój radar już nas oświe­tlił. – Ogo­lona czaszka kobiety bły­snęła nie­bie­sko, gdy ta spoj­rzała na coś w dole. Nie była o wiele star­sza od Anto­inette, ale z zombi ni­gdy nic nie wia­domo.

– Noo… A to pro­blem, co?

– Tak, jeśli pró­bu­jesz się przed czymś ukryć. Nie wiem, po co tu jesteś, i, prawdę mówiąc, nie­wiele mnie to obcho­dzi. Suge­ruję, żebyś porzu­ciła swoje plany. Pla­neta jest Rejo­nem Spor­nym i mam pełne prawo natych­miast zestrze­lić cię z nieba.

– Nie mam pro­ble­mów z zom… z demar­chi­stami – stwier­dziła Anto­inette.

– Miło mi to sły­szeć. A teraz zawróć.

Anto­inette znów spoj­rzała w dół, na strzę­pek papieru, który wyjęła z kie­szeni bluzy.

Na rysunku męż­czy­zna w daw­nym ska­fan­drze kosmicz­nym, takim z har­mo­nij­ko­wymi złą­czami, trzy­mał butelkę na wyso­ko­ści oczu. Pier­ścień szyjny, który powi­nien łączyć hełm z kor­pu­sem, był zagiętą elipsą z błysz­czą­cego sre­bra. Męż­czy­zna uśmie­chał się, patrząc na butelkę z migo­czą­cym zło­tym pły­nem.

Nie, pomy­ślała Anto­inette. Czas wyka­zać zde­cy­do­wa­nie.

– Nie zawrócę – oznaj­miła. – Ale obie­cuję, że niczego nie ukradnę z pla­nety. Nie zamie­rzam zbli­żać się ani do waszych rafi­ne­rii, ani do innych tego typu insta­la­cji. Nie otwo­rzę nawet swo­ich czer­pa­ków. Chcę tylko wle­cieć i wyle­cieć, a potem już nie będę was nie­po­koić.

– Cie­szę się, że to sły­szę – odparła kobieta. – Pro­blem jed­nak polega na tym, że to nie mnie powin­naś się oba­wiać.

– A kogo?

Kobieta uśmiech­nęła się przy­ja­ciel­sko.

– Za tobą jest sta­tek, któ­rego chyba nie zauwa­ży­łaś.

– Za mną?

– Masz pająki na ogo­nie.

I wtedy Anto­inette zro­zu­miała, że jest w praw­dzi­wych tara­pa­tach.

DWA

Gdy uru­cho­mił się alarm, Skade tkwiła wkli­no­wana mię­dzy dwie czarne zakrzy­wione masy maszy­ne­rii. Jeden z jej czuł­ków wykrył zmianę w ata­ku­ją­cej pozy­cji statku, wzmoc­nie­nie stanu goto­wo­ści bojo­wej. Nie była to może sytu­acja kry­zy­sowa, ale wyma­gała natych­mia­sto­wej reak­cji.

Skade odłą­czyła swój komp­no­tes od maszy­ne­rii; pępo­wina z włókna optycz­nego trza­snęła w jego obu­do­wie jak bicz. Skade przy­ci­snęła do brzu­cha pustą płytkę komp­no­tesu – zgiął się i przy­cze­pił do wyście­ła­nej czar­nej tka­niny kami­zelki. Pra­wie od razu zaczął prze­sy­łać dane ze schowka na bez­pieczną par­ty­cję dłu­go­ter­mi­no­wej pamięci Skade.

Skade prze­czoł­gała się wąskim prze­smy­kiem mię­dzy czę­ściami maszyny, wygi­na­jąc się i wkrę­ca­jąc w naj­cia­śniej­szych miej­scach. Po dwu­dzie­stu metrach dotarła do końca i wysu­nęła się czę­ściowo przez wąski okrą­gły otwór, który przed chwilą otwo­rzył się w ścia­nie. Zasty­gła bez­gło­śnie, bez ruchu, znik­nęły nawet barwne fale na grze­bie­niu. Wiązki implan­tów w jej gło­wie nie wykryły innych Hybry­dow­ców w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu metrów i potwier­dziły, że żadne urzą­dze­nie moni­to­ru­jące w tym kory­ta­rzu nie zauwa­żyło jej wynu­rze­nia. Mimo to zacho­wy­wała ostroż­ność, zer­kała w lewo i w prawo, jak kot zapusz­cza­jący się na nie­znany teren.

W polu widze­nia nikogo nie było.

Skade wycią­gnęła całe swoje ciało z otworu i wydała myślowe pole­ce­nie zwie­ra­czowi, by się zamknął; na ścia­nie został tylko ślad uszczel­nie­nia, tak drobny, że nie­wi­doczny. Tylko Skade wie­działa, gdzie znaj­dują się te otwory wej­ściowe, a one ujaw­niały się tylko przed nią. Nawet gdyby Cla­vain odkrył obec­ność ukry­tych maszyn, to, żeby do nich dotrzeć, musiałby użyć bru­tal­nej siły, co z kolei spo­wo­do­wa­łoby ich samo­znisz­cze­nie.

Sta­tek na­dal spa­dał swo­bod­nie – Skade przy­pusz­czała, że przy­suwa się do wro­giego statku, za któ­rym gonił. Nie­waż­kość jej odpo­wia­dała. Skade mknęła kory­ta­rzem, ska­cząc na czwo­ra­kach od jed­nego punktu kon­tak­to­wego do dru­giego. Ruchy miała tak pre­cy­zyjne i oszczędne, że cza­sami wyda­wało się, że sunie we wła­snej bańce gra­wi­ta­cyj­nej.

[Skade, jakie wyniki?]

Ni­gdy dokład­nie nie wie­działa, kiedy Rada Nocna wysko­czy w jej gło­wie, ale już od dawna nie reago­wała zasko­cze­niem na ich nagłe poja­wia­nie się.

Pro­ble­mów nie ma. Nawet nie zaczę­li­śmy się dogrze­by­wać do tego, co ta maszyna potrafi, ale dotych­czas wszystko działa tak, jak prze­wi­dy­wa­li­śmy.

[Dobrze. Oczy­wi­ście pożą­dane byłyby wni­kliw­sze testy…]

Skade poczuła przy­pływ iry­ta­cji.

Już mówi­łam. Nale­ża­łoby doko­nać sta­ran­nych pomia­rów, by wykryć oddzia­ły­wa­nie tych maszyn. To zna­czy możemy prze­pro­wa­dzić tajne testy pod płasz­czy­kiem ruty­no­wych ope­ra­cji mili­tar­nych.

Skade wsko­czyła na roz­wi­dle­nie i odbiła się w stronę mostka. Regu­lu­jąc che­mię swo­jej krwi, zmu­siła się do spo­koju.

Zga­dzam się, że musimy zro­bić wię­cej, nim będziemy w sta­nie wypo­sa­żyć flotę, ale gdy roz­sze­rzymy testy, ryzy­ku­jemy, że rozej­dzie się wia­do­mość o naszym odkry­ciu. Nie tylko w Gnieź­dzie Macie­rzy­stym.

[Słuszna uwaga, Skade. Nie musisz nam przy­po­mi­nać. Usta­la­li­śmy tylko fakty. Nawet gdyby to było nie­wy­godne, trzeba prze­pro­wa­dzić testy, i to jak naj­prę­dzej.]

* * *

Minęła Hybry­dowca zmie­rza­ją­cego do innej czę­ści statku. Zaj­rzała do jego umy­słu i zoba­czyła na powierzchni mie­sza­ninę ostat­nich doświad­czeń i emo­cji. Nie zain­te­re­so­wały jej, nie miały tak­tycz­nego zna­cze­nia. Poni­żej tej papki leżały war­stwy głęb­szej pamięci, struk­tury mne­mo­niczne zanu­rza­jące się w nie­prze­ni­kalną ciem­ność niczym wiel­kie zato­pione pomniki. Musiała to wszystko prze­su­nąć i zba­dać, ale to też jej nie zain­te­re­so­wało. Na naj­głęb­szym pozio­mie Skade odkryła u męż­czy­zny par­ty­cje pamięci, które – według Hybry­dowca – nie powinny się dać odczy­tać. Przez chwilę miała ochotę doko­nać edy­cji jego pry­wat­nych zabez­pie­czeń i blo­kad i odsło­nić kilka maleń­kich, pie­lę­gno­wa­nych wspo­mnień. Nie zro­biła tego; wystar­czyła jej sama świa­do­mość, że może to zro­bić.

Umysł męż­czy­zny zare­ago­wał, wysy­ła­jąc sondy wywia­dow­cze do jej umy­słu. Potem rap­tow­nie je wyco­fał, napo­tkaw­szy zde­cy­do­waną odmowę dostępu. Jak wyczuła, męż­czy­zna był zacie­ka­wiony, dla­czego ktoś ze Ści­słej Rady wszedł na ten sta­tek.

Roz­ba­wiło ją to. Męż­czy­zna wie­dział o ist­nie­niu Ści­słej Rady i miał może jakieś wia­do­mo­ści o super­taj­nym cen­trum Rady, Wewnętrz­nym Sank­tu­arium, ale Skade była pewna, że nawet nie podej­rze­wał ist­nie­nia Rady Noc­nej.

Minął ją, a ona podą­żała swoją drogą.

[Jakieś obiek­cje, Skade?]

Oczy­wi­ście mam obiek­cje. Bawimy się ogniem samego Boga. Takich spraw się nie popę­dza.

[Skade, Wilki nie będą na nas cze­kały.]

Skade nastro­szyła się. Nie trzeba jej było przy­po­mi­nać o wil­kach. Strach to uży­teczny bodziec, ale nie mógł jej już sil­nie zdo­pin­go­wać. Jak mówiło stare porze­ka­dło: nie od razu stwo­rzono Pro­jekt Man­hat­tan. A może cho­dziło o Rzym? W każ­dym razie miało to zwią­zek z Zie­mią.

Pamię­tam o wil­kach.

[Dobrze, Skade, my też. I nie wąt­pimy, że wilki rów­nież o nas nie zapo­mniały.]

Poczuła, że Rada Nocna wyco­fuje się do maleń­kiej, nie­da­ją­cej się zlo­ka­li­zo­wać kie­szonki w jej gło­wie, gdzie poczeka do następ­nego razu.

Skade przy­była na mostek Noc­nego Cie­nia świa­doma tego, że jej grze­bień pul­suje żywą czer­wie­nią i szkar­ła­tem. Mostek – sfe­ryczne, pozba­wione okien pomiesz­cze­nie wewnątrz statku – mógł swo­bod­nie pomie­ścić pię­ciu czy sze­ściu Hybry­dow­ców. Teraz byli tu tylko Cla­vain i Remon­to­ire, jak wtedy, gdy stąd wycho­dziła. Obaj leżeli w hama­kach akce­le­ra­cyj­nych zawie­szo­nych pośrodku sfery; pod­łą­czeni do szer­szego sen­so­rycz­nego śro­do­wi­ska Noc­nego Cie­nia oczy mieli zamknięte. Z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach spra­wiali absur­dalne wra­że­nie ludzi zre­lak­so­wa­nych.