Przestrzeń Objawienia (tom 1) - Alastair Reynolds - ebook

Przestrzeń Objawienia (tom 1) ebook

Alastair Reynolds

4,4

14 osób interesuje się tą książką

Opis

W dalekiej przyszłości ludzi zaprząta pytanie: dlaczego we wszechświecie jest tak mało cywilizacji? Przestrzeń objawienia zabiera czytelnika w zawrotną kosmiczną podróż również w czasie by doprowadzić go do niesamowitej odpowiedzi...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 794

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (64 oceny)
36
19
7
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
OlgSte97

Dobrze spędzony czas

Bardzo ciekawa powieść z nurtu twardego SF. Autorowi udało się uniknąć bajkopisarstwa, co bardzo sobie cenię. Wciągająca fabuła powoduje, że połyka się ją błyskawicznie. Ale za to tłumaczenie... Krótko mówiąc nie dotrzymuje kroku fabule, jest niespójne - jakby różne części tłumaczyły różne osoby. Przeszkadza w czytaniu. Stosowane słownictwo i składnia bywają udziwnione (eufemistycznie ujmując), czasem ograniczone, czasem z błędami gramatycznymi, literówkami. Czarę goryczy przelewa notoryczne stosowanie rzeczownika broń w liczbie mnogiej. Może to i dopuszczalne w piaskownicy, ale na pewno nie w literaturze z ambicjami.
20
abnormal

Nie oderwiesz się od lektury

to szczera prawda, nie oderwoesz się od lektury
10
Azazel6767

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna fabuła, oryginalne uniwersum, ciekawe pomysły. Bardzo dobrze poprowadzona narracja.
10
poczyk851

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna
10
aadrianaa

Całkiem niezła

3.5
00

Popularność




JEDEN

Sek­tor Man­tell, Pół­nocny Nekhe­bet, Resur­gam, układ Delty Pawia, 2551

Nad­cią­gała burza macze­towa.

Sylve­ste stał na skraju terenu wyko­pa­lisk i zasta­na­wiał się, czy owoce jego tru­dów prze­trwają tę noc. Odkrywka arche­olo­giczna miała struk­turę kla­sycz­nej kraty Whe­elera: skła­dała się z głę­bo­kich kwa­dra­to­wych szy­bów, oddzie­lo­nych ski­bami wydo­by­tej ziemi. Stud­nie, się­ga­jące dzie­siątki metrów w dół, wyło­żono prze­zro­czy­stym sza­lun­kiem z hiper­dia­men­to­wego włókna. Odsło­nięte war­stwy wytrzy­mały nacisk milio­nów lat histo­rii geo­lo­gicz­nej, ale wystar­czy jeden solidny opad pyłu, jedna porządna burza macze­towa, a stud­nie wypeł­nią się po brzegi.

– Potwier­dze­nie, pro­szę pana. – Jeden z człon­ków zespołu wyło­nił się ze spłasz­czo­nego pierw­szego peł­za­cza. Głos męż­czy­zny tłu­miła maska do oddy­cha­nia. – Przed chwilą Cuvier wydał ostrze­że­nie mete­oro­lo­giczne dla całego obszaru Pół­noc­nego Nekhe­betu. Radzą, by wszyst­kie zespoły pra­cu­jące na powierzchni wró­ciły do naj­bliż­szej bazy.

– To zna­czy, że mamy się pako­wać i jechać z powro­tem do Man­tell?

– Zapo­wia­dają naprawdę silną burzę, pro­szę pana. – Męż­czy­zna mani­pu­lo­wał przy koł­nie­rzu kurtki, usi­łu­jąc cia­śniej zapiąć się pod szyją. – Mam nadać roz­kaz ogól­nej ewa­ku­acji?

Sylve­ste spoj­rzał na kratę wyko­pa­li­ska: boki każ­dej studni były rzę­si­ście oświe­tlone przez roz­sta­wione na tere­nie bate­rie reflek­to­rów. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej Delta ni­gdy nie wzno­siła się wystar­cza­jąco wysoko, nie dostar­czała dość świa­tła. Teraz, gdy prze­sło­nięta wiel­kimi kota­rami pyłu obni­żała się za hory­zont, wyglą­dała jak rdzawa plama, na któ­rej jego wzrok nie potra­fił się sku­pić. Wkrótce przez Stepy Ptero przy­bie­gną w pod­sko­kach pyłowe dia­bły niczym zbyt mocno nakrę­cone żyro­skopy-zabawki. Po nich nad­cią­gnie główny atak burzy i ude­rzy jak czarny młot.

– Nie – odparł. – Nie musimy wyjeż­dżać. Tu mamy dobre schro­nie­nie. Na pewno zauwa­ży­łeś, że na ska­łach pra­wie nie widać śla­dów ero­zji. Jeśli burza będzie bar­dzo silna, scho­wamy się w peł­za­czach.

Męż­czy­zna spoj­rzał na skały i pokrę­cił głową, jakby nie wie­rzył wła­snym uszom.

– Pro­szę pana, Cuvier naj­wy­żej dwa razy do roku wydaje tak sta­now­czy komu­ni­kat… dziś burza ma o rząd wiel­ko­ści prze­wyż­szać wszystko, co dotych­czas prze­ży­li­śmy.

– Mów za sie­bie – powie­dział Sylve­ste. Zauwa­żył, jak męż­czy­zna mimo­wol­nie na uła­mek sekundy kie­ruje spoj­rze­nie na jego oczy, a póź­niej zmie­szany odwraca wzrok. – Słu­chaj mnie. Nie możemy sobie pozwo­lić na porzu­ce­nie tej odkrywki.

Męż­czy­zna znów spoj­rzał na sieć szy­bów.

– To, co już odko­pa­li­śmy, zabez­pieczmy płach­tami. Potem zako­piemy trans­pon­dery. Nawet jeśli pył pokryje wszyst­kie stud­nie, odnaj­dziemy to miej­sce i wró­cimy z pra­cami na obecny etap. – Za goglami prze­ciw­py­ło­wymi roz­bie­gane oczy męż­czy­zny miały bła­galny wyraz. – Gdy wró­cimy, posta­wimy kopułę nad całym tere­nem. To chyba lep­sze roz­wią­za­nie, pro­szę pana, niż nara­ża­nie tutaj ludzi i sprzętu.

Sylve­ste postą­pił krok ku męż­czyź­nie, tak że ten musiał się cof­nąć w kie­runku naj­bliż­szej studni wyko­pa­li­ska.

– Rób to, co ci teraz powiem: poin­for­muj wszyst­kie zespoły arche­olo­giczne, że mają pra­co­wać aż do odwo­ła­nia i że zabra­niam gada­nia o wyco­fa­niu się do Man­tell. Tym­cza­sem niech na pokład peł­za­czy wniosą tylko naj­bar­dziej wraż­liwe przy­rządy. Jasne?

– A co z ludźmi, pro­szę pana?

– Ludzie mają robić to, po co tu przy­je­chali: kopać.

Sylve­ste patrzył na swego roz­mówcę z wyrzu­tem, nie­mal pro­wo­ku­jąc go, by zane­go­wał roz­kazy, ale po dłu­giej chwili waha­nia męż­czy­zna odwró­cił się na pię­cie i pobiegł w labi­ryn­cie studni, poko­nu­jąc z wielką wprawą szczyty skib. Wokół wyko­pów roz­miesz­czono deli­katne gra­wi­to­me­try obra­zu­jące; przy­po­mi­nały skie­ro­wane w dół działa. Teraz koły­sały się lekko na sil­nym wie­trze.

Sylve­ste pocze­kał chwilę, potem ruszył podobną drogą, a gdy prze­szedł kilka oczek w głąb siatki, skrę­cił. W pobliżu cen­trum wyko­pa­lisk cztery szyby powięk­szono, robiąc jeden więk­szy otwór o boku trzy­dzie­stu metrów i nie­mal takiej samej głę­bo­ko­ści. Zszedł po dra­bi­nie w głąb szybu. W ciągu ostat­nich tygo­dni tyle razy odby­wał podróż w dół i do góry, że brak zawro­tów głowy bar­dziej go nie­po­koił niż samo scho­dze­nie. Poru­sza­jąc się przy osza­lo­wa­nej ścia­nie, mijał war­stwy epok geo­lo­gicz­nych. Dzie­więć­set tysięcy lat minęło od Wyda­rze­nia. Więk­sza część stra­ty­fi­ka­cji sta­no­wiła wieczną zmar­z­linę, typową dla pod­bie­gu­no­wych obsza­rów Resur­gamu. Wieczną zmar­z­linę, która ni­gdy nie roz­ma­rzała. Głę­biej – bli­sko samego Wyda­rze­nia – znaj­do­wała się war­stwa rego­litu, powstała pod­czas impak­tów, które nastą­piły po Wyda­rze­niu. Samo Wyda­rze­nie zazna­czało się poje­dyn­czą, cienką jak włos linią roz­dzie­la­jącą – popio­łem po spa­lo­nych lasach.

Dno wyro­bi­ska nie było poziome – scho­dziło zwę­ża­ją­cymi się tara­sami na koń­cowy poziom czter­dzie­stu metrów. W dole zain­sta­lo­wano dodat­kowe reflek­tory, by roz­świe­tlić mrok. Tam, w cia­snym obsza­rze, roiło się jak w ulu. Szyb cał­ko­wi­cie chro­nił od wia­tru. Kopiący pra­co­wali nie­mal w kom­plet­nej ciszy; klę­czeli na matach i ope­ro­wali narzę­dziami tak pre­cy­zyj­nymi, że w innej epoce mogłyby słu­żyć chi­rur­gowi. Trzy osoby z zespołu – stu­denci z Cuvier – uro­dziły się na Resur­ga­mie. Przy nich przy­czaił się ser­wi­tor, cze­ka­jąc na roz­kazy. Maszyny bar­dzo się przy­da­wały na wcze­snym eta­pie wyko­pa­lisk, jed­nak koń­cowych prac nie można było cał­ko­wi­cie im powie­rzyć. Przy gru­pie sie­działa kobieta z komp­no­te­sem balan­su­ją­cym na udach, uka­zu­ją­cym drzewo roz­woju cza­szek Ama­ran­ti­nów. Dopiero teraz zauwa­żyła Sylve­ste’a – zszedł bar­dzo cicho – wstała gwał­tow­nie i zatrza­snęła komp­no­tes. Miała czarne włosy i nosiła pro­stą grzywkę. Na ramiona zarzu­ciła pele­rynę.

– Mia­łeś rację – powie­działa. – Nie wiemy, co to jest, ale na pewno jest wiel­kie. I zadzi­wia­jąco dobrze zacho­wane.

– Pro­po­nu­jesz jakąś teo­rię, Pas­cale?

– To chyba twoje zada­nie. Ja mam to tylko sko­men­to­wać. – Pas­cale Dubois, młoda dzien­ni­karka z Cuvier, opi­sy­wała wyko­pa­li­ska od samego początku i czę­sto bru­dziła sobie ręce praw­dzi­wym kopa­niem, ucząc się facho­wego żar­gonu. – Te ciała są straszne, prawda? Choć to obcy, nie­mal czu­jemy ich ból.

Przy ścia­nie szybu, gdzie dno zaczy­nało opa­dać, odko­pali dwie wyło­żone kamie­niami komory grze­balne. Choć leżały tu przy­sy­pane zie­mią przez co naj­mniej dzie­więć­set tysięcy lat, były nie­mal nie­na­ru­szone, a kości wewnątrz znaj­do­wały się z grub­sza w pozy­cji odpo­wia­da­ją­cej uło­że­niu ana­to­micz­nemu żywej istoty. Były to typowe szkie­lety Ama­ran­ti­nów. Na pierw­szy rzut oka – jeśli ktoś aku­rat nie spe­cja­li­zo­wał się w antro­po­lo­gii – mogły ucho­dzić za szczątki ludz­kie, gdyż nale­żały do istot o wymia­rach prze­cięt­nego czło­wieka, mają­cych cztery koń­czyny, dwu­noż­nych, o pozor­nie podob­nej budo­wie szkie­letu. Obję­tość czaszki była mniej wię­cej taka jak u ludzi, a narządy zmy­słów, odde­chu i komu­ni­ka­cji znaj­do­wały się w podob­nych miej­scach. Jed­nakże czaszki obu Ama­ran­ti­nów miały wydłu­żony, ptasi kształt, z wydatną wypu­kło­ścią czo­łową, roz­cią­ga­jącą się mię­dzy głę­bo­kimi oczo­do­łami i bie­gnącą aż do podob­nej do dziobu gór­nej szczęki. Kości były pokryte gdzie­nie­gdzie mot­kami wygar­bo­wa­nej, suchej tkanki, która skrę­cała ciało, ścią­ga­jąc je – takie to spra­wiało wra­że­nie – do pozy­cji wyra­ża­ją­cej ból. Nie były to ska­mie­nia­ło­ści w zwy­kłym sen­sie: nie zaszły w nich żadne pro­cesy mine­ra­li­za­cji, a w komo­rach grze­bal­nych znaj­do­wały się tylko kości i tro­chę tech­nicz­nych arte­fak­tów, z któ­rymi pocho­wano ciała.

– Może cho­dziło o to, byśmy tak myśleli? – Sylve­ste dotknął jed­nej z cza­szek.

– Nie – odparła Pas­cale. – Gdy tkanka wyschła, pozy­cja ciała ule­gła znie­kształ­ce­niu.

– Albo pocho­wano je wła­śnie w ten spo­sób.

Poło­żył na czaszce dło­nie w ręka­wicz­kach, które prze­ka­zy­wały mu dane doty­kowe do koniusz­ków pal­ców. W tym momen­cie wspo­mniał żółty pokój wysoko w Chasm City, z akwa­tin­tami meta­no­wych lodo­wych czap na ścia­nach; mię­dzy gośćmi sunęły ser­wi­tory w libe­riach, czę­stu­jąc sło­dy­czami i alko­ho­lem. Dra­pe­rie z barw­nej krepy prze­sła­niały pyszne skle­pie­nie. W powie­trzu jaśniały blade entop­tyki – modne wów­czas anioły, che­ru­biny, koli­bry, cza­ro­dziejki. Pamię­tał gości: więk­szość z nich to były osoby zwią­zane z rodziną; ludzi tych albo ledwo znał, albo ich nie lubił, gdyż przy­ja­ciół miał wtedy nie­wielu. Ojciec jak zwy­kle się spóź­nił. Przy­ję­cie toczyło się w naj­lep­sze, gdy Calvin raczył się poja­wić. Ale to było nor­malne pod­czas ostat­niego, naj­więk­szego przed­się­wzię­cia Calvina – jego reali­za­cja sama w sobie była powolną śmier­cią, w tym samym stop­niu co samo­bój­stwo, które miał popeł­nić w kul­mi­na­cyj­nej fazie pro­jektu.

Sylve­ste wspo­mniał, jak ojciec podał mu szka­tułkę inkru­sto­waną frag­men­tami sple­cio­nych spi­rali kwa­sów rybo­nu­kle­ino­wych.

– Otwórz – pole­cił Calvin.

Sylve­ste pamię­tał, że wziął szka­tułkę w dło­nie, czuł, jaka jest lekka. Odchy­lił wieczko, zoba­czył pta­sie gniazdko z włók­niny do pako­wa­nia. W środku leżała cęt­ko­wana brą­zowa kopuła w takim samym kolo­rze co pudełko – górna część czaszki, naj­wy­raź­niej ludz­kiej, z bra­ku­jącą szczęką.

Wtedy w sali zapa­dła cisza.

– To wszystko? – spy­tał Sylve­ste na tyle gło­śno, by zebrani go usły­szeli. – Stara kość? Cóż, dzię­kuję, tato. Jestem doprawdy pod wra­że­niem.

– Powi­nie­neś być – odparł Calvin.

Pro­blem pole­gał na tym, że – jak Sylve­ste nie­mal natych­miast się zorien­to­wał – Calvin miał rację. Czaszka przed­sta­wiała nie­wia­ry­godną war­tość: wkrótce dowie­dział się, że nale­żała do kobiety z Ata­pu­erca w Hisz­pa­nii i miała dwie­ście tysięcy lat. Czas śmierci kobiety dało się łatwo osza­co­wać na pod­sta­wie towa­rzy­szą­cych zna­le­zi­sku obiek­tów, ale uczeni, któ­rzy ją wydo­byli, podali pre­cy­zyjną datę, uży­wa­jąc naj­bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych tech­nik, jak: dato­wa­nie pota­sowo-argo­nowe skał w jaskini pochówku, dato­wa­nie sze­re­gów ura­no­wych w zło­żach tra­wer­tynu na ścia­nach, ślady roz­padu ato­mo­wego w szkli­wie wul­ka­nicz­nym, dato­wa­nie ter­mo­lu­mi­ne­scen­cyjne spa­lo­nych odpry­sków krze­mie­nia. Z tych samych tech­nik – udo­sko­na­lo­nych, jeśli cho­dzi o dokład­ność i zakres zasto­so­wań – korzy­stali arche­olo­dzy na Resur­ga­mie. Fizyka roz­wi­nęła jedy­nie ogra­ni­czoną liczbę metod dato­wa­nia obiek­tów. Sylve­ste powi­nien to wszystko natych­miast dostrzec i poznać, czym jest ta czaszka – naj­star­szym ludz­kim obiek­tem na Yel­low­stone, przy­wie­zio­nym wieki wcze­śniej do układu Epsi­lon Eri­dani, a potem zagu­bio­nym pod­czas nie­po­ko­jów w kolo­nii. To, że Calvin ją odko­pał, samo w sobie sta­no­wiło cud.

A jed­nak powo­dem wstydu, jaki gwał­tow­nie odczuł, mniej była oka­zana nie­wdzięcz­ność niż to, że tak łatwo ujaw­nił wła­sną igno­ran­cję. Wszak bez trudu mógł ją ukryć. Posta­no­wił, że na podobną sła­bość ni­gdy już sobie nie pozwoli. Lata póź­niej czaszka pole­ciała z nim na Resur­gam jako przy­po­mnie­nie o tym ślu­bie.

Nie mógł teraz zawieść.

– Jeśli jest tak, jak twier­dzisz, to zna­czy, że nie pocho­wano ich w ten spo­sób bez przy­czyny – powie­działa Pas­cale.

– Może jako ostrze­że­nie – odparł Sylve­ste i zszedł do trzech stu­den­tów.

– Oba­wia­łam się, że coś takiego powiesz. – Pas­cale podą­żyła za nim. – A czego wła­ści­wie mia­łoby doty­czyć to straszne ostrze­że­nie?

Sylve­ste dosko­nale wie­dział, że pytała reto­rycz­nie. Dokład­nie rozu­miała jego poglądy na temat Ama­ran­ti­nów. Chyba lubiła to drą­żyć. Zmu­sza­jąc go, by cią­gle je powta­rzał, mogłaby w końcu spo­wo­do­wać, że w jego rozu­mo­wa­niu ujawni się jakiś błąd logiczny, który nawet on sam uzna za pod­wa­ża­jący całą teo­rię.

– Wyda­rze­nie. – Mówiąc to, Sylve­ste prze­su­nął pal­cem po cien­kiej czar­nej linii za sza­lun­kiem.

– Wyda­rze­nie przy­szło do Ama­ran­ti­nów nie­spo­dzie­wa­nie – odparła Pas­cale. – Nie mieli na nie wpływu. A poza tym nastą­piło szybko. Nie było czasu na roz­my­śla­nie, jak cho­wać ciała, prze­ka­zu­jąc zło­wro­gie ostrze­że­nie. Nawet jeśli czę­ściowo rozu­mieli, co się z nimi dzieje.

– Roz­gnie­wali bogów – stwier­dził Sylve­ste.

– Tak, chyba wszy­scy zga­dzamy się co do tego, że musieli inter­pre­to­wać Wyda­rze­nie w ramach swego sys­temu reli­gij­nego jako dowód boskiego nie­za­do­wo­le­nia. Nie było jed­nak czasu na wyra­że­nie tej wiary w jakiejś sta­łej for­mie, nim wszy­scy zgi­nęli, a już na pewno nie na pochó­wek dla przy­jem­no­ści przy­szłych arche­olo­gów z odmien­nych gatun­ków. – Nało­żyła kap­tur i zacią­gnęła wią­za­nia, ponie­waż lek­kie smużki pyłu zaczęły osia­dać w szy­bie i powie­trze nie było już tak spo­kojne, jak jesz­cze kilka minut temu. – Ale ty sądzisz ina­czej, prawda? – Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, nasu­nęła na oczy solidne gogle, które na chwilę zakłó­ciły jej widze­nie pery­fe­ryjne, i spoj­rzała na powoli odsła­niany obiekt.

Gogle Pas­cale pobie­rały dane z gra­wi­to­me­trów obra­zu­ją­cych roz­miesz­czo­nych wokół siatki Whe­elera i nakła­dały ste­reo­sko­powy obraz zako­pa­nej masy na nor­malny widok. Sylve­ste uzy­ski­wał ten sam efekt, wyda­jąc pole­ce­nie swoim oczom. Pod­łoże stało się szkli­ste, nie­ma­te­rialne – brą­zo­wawa krata, w któ­rej leżał zako­pany wielki obiekt. Był to obe­lisk – potężny blok wyrzeź­bio­nej skały, wło­żony z kolei w kilka kamien­nych sar­ko­fa­gów. Miał dwa­dzie­ścia metrów wyso­ko­ści. Wyko­pa­li­sko odsła­niało zale­d­wie parę cen­ty­me­trów z samej góry. Z jed­nej strony umiesz­czono jakiś napis w stan­dar­do­wym sys­te­mie zna­ków z póź­nej epoki kul­tury Ama­ran­ti­nów. Gra­wi­to­me­try obra­zu­jące nie potra­fiły jed­nak uzy­skać roz­dziel­czo­ści prze­strzen­nej potrzeb­nej do odczy­ta­nia tek­stu. Żeby się cze­go­kol­wiek dowie­dzieć, nale­żało obe­lisk odko­pać.

Sylve­ste kazał swoim oczom, by przy­wró­ciły mu nor­malne widze­nie.

– Pra­cuj­cie szyb­ciej – pole­cił stu­den­tom. – Nie szko­dzi, jeśli na powierzchni powstaną drobne rysy. Dziś wie­czór chcę mieć odsło­nięty przy­naj­mniej metr obe­li­sku.

Jeden ze stu­den­tów, klę­cząc, odwró­cił się do niego.

– Pro­szę pana, sły­sze­li­śmy, że trzeba porzu­cić wyko­pa­li­sko.

– A cze­muż to miał­bym je porzu­cać?

– Z powodu burzy.

– Do dia­bła z burzą.

Dość oschle wyszarp­nął się, gdy Pas­cale ujęła go za rękę.

– Dan, mają powody do nie­po­koju. – Mówiła cicho, tylko do niego. – Ja też sły­sza­łam pro­gnozę. Powin­ni­śmy wra­cać do Man­tell.

– I stra­cić to wszystko?

– Wró­cimy tu.

– Może się oka­zać, że już ni­gdy nie odnaj­dziemy tego miej­sca, nawet jeśli zako­piemy trans­pon­der.

Wie­dział, że ma rację: loka­li­za­cja wyko­pa­li­ska była nie­pewna, mapy tego rejonu nie grze­szyły dokład­no­ścią. Zesta­wiono je w pośpie­chu, gdy przed czter­dzie­stu laty Lorean przy­le­ciał z Yel­low­stone i okrą­żył pla­netę. Od czasu buntu, kiedy to znisz­czono pas sate­li­tów – a połowa kolo­ni­stów posta­no­wiła ukraść sta­tek i wra­cać do domu – nie ist­niał spo­sób dokład­nego okre­śle­nia poło­że­nia cze­goś na Resur­ga­mie. A wiele trans­pon­de­rów po pro­stu psuło się pod­czas burzy macze­to­wej.

– Mimo to nie warto ryzy­ko­wać ludz­kiego życia – stwier­dziła Pas­cale.

– Może być warte znacz­nie wię­cej. – Pstryk­nął na stu­denta. – Szyb­ciej. Jeśli trzeba, użyj­cie ser­wi­to­rów. Przed świ­tem chcę zoba­czyć szczyt obe­li­sku.

Sluka, jego dok­to­rantka, mam­ro­tała coś pod nosem.

– Jakiś komen­tarz? – spy­tał Sylve­ste.

Sluka wstała chyba po raz pierw­szy od wielu godzin. Widział w jej oczach zmę­cze­nie. Z dłoni dziew­czyny wysu­nęła się szpa­tułka i upa­dła przy butach ochron­nych, które Sluka miała na nogach. Zerwała z twa­rzy maskę, oddy­chała kilka sekund resur­gam­skim powie­trzem.

– Musimy poroz­ma­wiać.

– A o czym, Sluko?

Nim się ode­zwała, zaczerp­nęła powie­trza z maski.

– Igrasz z losem, dok­to­rze Sylve­ste.

– A ty igrasz na skraju prze­pa­ści.

Wyda­wało się, że go nie dosły­szała.

– Zro­zum, twoja praca jest dla nas ważna. Podzie­lamy twoje nadzieje. Dla­tego zgi­namy tu karki. Ale nie powi­nie­neś uwa­żać, że tak będzie stale i że nie musisz o nas zabie­gać. – Spoj­rzała na Pas­cale i jej oczy bły­snęły bia­łymi łukami. – Teraz potrze­bu­jesz wszel­kich sprzy­mie­rzeń­ców, dok­to­rze.

– Czy mam to trak­to­wać jak groźbę?

– Stwier­dze­nie faktu. Jeśli zwra­cał­byś więk­szą uwagę na to, co dzieje się w innych miej­scach kolo­nii, wie­dział­byś, że Girar­dieau pla­nuje ruch prze­ciw tobie. Krążą pogło­ski, że ten ruch nastąpi szyb­ciej, niż się spo­dzie­wasz.

Poczuł mro­wie­nie na karku.

– O czym mówisz? Co to zna­czy?

– A o czymże? O zama­chu! – Sluka prze­pchnęła się obok niego, by wejść po dra­bi­nie przy ścia­nie studni. Gdy posta­wiła stopę na pierw­szym szcze­blu, odwró­ciła się i powie­działa do dwóch stu­den­tów w sku­pie­niu odko­pu­ją­cych obe­lisk: – Pra­cuj­cie tak długo, jak chce­cie, tylko nie mów­cie potem, że nikt was nie ostrzegł. A jeśli macie wąt­pli­wo­ści, jak to jest, gdy zosta­nie się zła­pa­nym przez burzę macze­tową, przyj­rzyj­cie się Sylve­ste’owi.

Jeden ze stu­den­tów pod­niósł nie­śmiało wzrok.

– Dokąd idziesz, Sluko?

– Poroz­ma­wiać z innymi gru­pami. Może nie wszy­scy wie­dzą o tym ostrze­że­niu. Gdy je usły­szą, nie­wielu zechce tu pozo­stać.

Zaczęła się wspi­nać, ale Sylve­ste chwy­cił za jej obcas. Spoj­rzała w dół. Zało­żyła teraz maskę, ale mimo to Sylve­ste widział wyraz pogardy na jej twa­rzy.

– Jesteś skoń­czona, Sluko.

– Nie. – W dal­szym ciągu się wspi­nała. – Dopiero zaczy­nam. Na twoim miej­scu mar­twi­ła­bym się o sie­bie.

Sylve­ste prze­ana­li­zo­wał stan swego ducha i prze­ko­nał się, że jest zupeł­nie spo­kojny. Tego naj­mniej się spo­dzie­wał. Był to jed­nak spo­kój, jaki panuje w oce­anach meta­licz­nego wodoru wiel­kich pla­net gazo­wych daleko od Delty – spo­kój utrzy­my­wany tylko dzięki miaż­dżą­cemu ciśnie­niu z dołu i z góry.

– Co teraz? – spy­tała Pas­cale.

– Muszę z kimś poroz­ma­wiać – odparł.

***

Sylve­ste wszedł po ram­pie do swo­jego peł­za­cza. Druga maszyna była zapchana pudłami ze sprzę­tem i pojem­ni­kami z zebra­nym mate­ria­łem; hamaki stu­den­tów wci­śnięto w małe nisze wol­nej prze­strzeni. Musieli spać na pokła­dzie pojaz­dów, ponie­waż nie­które sta­no­wi­ska arche­olo­giczne w tym sek­to­rze – podob­nie jak to wyko­pa­li­sko – znaj­do­wały się w odle­gło­ści dnia drogi od Man­tell. Maszyna Sylve­ste’a była znacz­nie lepiej wypo­sa­żona: ponad jedną trze­cią miej­sca prze­zna­czono na jego pokój szta­bowy i kwa­tery; resztę wnę­trza zaj­mo­wały ładow­nie i parę skrom­niej­szych kwa­ter dla star­szych współ­pra­cow­ni­ków lub gości – w tej wypra­wie dla Pas­cale i Sluki. Teraz jed­nak Sylve­ste miał cały pojazd dla sie­bie.

Wystrój pokoju miał masko­wać fakt, że pomiesz­cze­nie to znaj­duje się na pokła­dzie peł­za­cza. Ściany wyło­żono czer­wo­nym aksa­mi­tem, półki zapeł­niono mode­lami przy­rzą­dów nauko­wych i pod­rób­kami arte­fak­tów; powie­szono rów­nież wiel­kie, wytwor­nie opi­sane mapy Resur­gamu w odwzo­ro­wa­niu Mer­ca­tora, z zazna­czo­nymi punk­tami naj­waż­niej­szych zna­le­zisk cywi­li­za­cji Ama­ran­ti­nów. W innych miej­scach powierzch­nię ścian pokry­wały powoli aktu­ali­zu­jące się tek­sty: arty­kuły naukowe w przy­go­to­wa­niu. Jego wła­sna symu­la­cja poziomu beta wyko­ny­wała obec­nie więk­szość ruty­no­wej pracy nad arty­ku­łami; Sylve­ste wytre­no­wał symu­la­cję do takiego stop­nia, że potra­fiła ope­ro­wać jego sty­lem dokład­niej niż on sam, zwłasz­cza że od pracy odcią­gały go bie­żące zaję­cia. Póź­niej, gdy czas pozwoli, miał spraw­dzić te tek­sty, ale teraz tylko na nie zer­kał, prze­cho­dząc do biurka. Ozdobny mebel był ude­ko­ro­wany mar­mu­rem i mala­chi­tem z japoń­skimi inkru­sta­cjami przed­sta­wia­ją­cymi wcze­sne pod­boje kosmiczne.

Sylve­ste otwo­rzył szu­fladę i wyjął kar­tridż symu­la­cji – nie­ozna­czony szary pro­sto­pa­dło­ścian, przy­po­mi­na­jący płytkę cera­miczną. W gór­nej czę­ści biurka znaj­do­wał się otwór. Wystar­czyło wsu­nąć kar­tridż, by wywo­łać Calvina. Jed­nakże Sylve­ste się wahał. Przy­naj­mniej mie­siąc upły­nął od poprzed­niego wywo­ła­nia Calvina z kra­iny zmar­łych i to ostat­nie spo­tka­nie prze­bie­gło wyjąt­kowo par­szy­wie. Sylve­ste obie­cał sobie wtedy, że ponow­nie przy­woła ojca tylko w sytu­acji kry­zy­so­wej. Ale czy teraz rze­czy­wi­ście miała miej­sce taka sytu­acja? To zale­żało od punktu widze­nia. I czy była dosta­tecz­nie trudna, by uspra­wie­dli­wić wywo­ła­nie? Pro­blem pole­gał na tym, że rady Calvina oka­zy­wały się sku­teczne tylko w poło­wie przy­pad­ków.

Sylve­ste wci­snął kar­tridż do biurka.

Pośrodku pokoju siły wróżki wywo­łały postać Calvina roz­par­tego w prze­past­nym, maje­sta­tycz­nym fotelu. Wyglą­dał real­niej niż jaki­kol­wiek holo­gram – widoczne były nawet sub­telne świa­tło­cie­nie – ponie­waż obraz wyge­ne­ro­wano, mani­pu­lu­jąc bez­po­śred­nio polem widze­nia Sylve­ste’a. Symu­la­cja poziomu beta przed­sta­wiała Calvina w jego naj­lep­szych cza­sach, ze szczy­to­wego okresu na Yel­low­stone, gdy miał zale­d­wie pięć­dzie­siątkę. To dziwne, ale wyglą­dał sta­rzej od Sylve­ste’a, choć wize­ru­nek Calvina był sie­dem­dzie­siąt lat młod­szy w sen­sie fizjo­lo­gicz­nym. Sylve­ste prze­kro­czył dwie­ście osiem lat, ale kura­cja dłu­go­wiecz­no­ści, jaką zaapli­ko­wano mu na Yel­low­stone, była sku­tecz­niej­sza od wszel­kich zabie­gów dostęp­nych w cza­sach ojca.

Poza tym budowę i rysy twa­rzy mieli nie­mal iden­tyczne, usta stale wygięte w figlarny łuk. Sylve­ste miał na sobie surowe ubra­nie poszu­ki­wa­cza, nato­miast Calvin nosił krót­sze włosy, a jego strój cecho­wało wyra­fi­no­wa­nie belle époque demar­chi­stów: powiewna koszula i spodnie w ele­gancką kratę, wetknięte w cho­lewy pirac­kich butów; na jego pal­cach poły­ski­wały dro­go­cenne kamie­nie i metal. Nie­na­gan­nie przy­cięta broda two­rzyła nieco ciem­niej­szą rudawą linię wzdłuż szczęki. Małe entop­tyki ota­czały sie­dzącą postać – sym­bole logiki boolow­skiej i trój­war­to­ścio­wej oraz dłu­gie ciągi zero-jedyn­kowe. Jedna dłoń gła­dziła szcze­cinę pod­bródka, druga spo­czy­wała na rzeź­bio­nym śli­maku na opar­ciu fotela.

Przez pro­jek­cję prze­śli­zgnęła się fala oży­wie­nia, blade oczy roz­bły­sły zain­te­re­so­wa­niem.

Calvin uniósł palce w leni­wym geście pozdro­wie­nia.

– Tak. Za chwilę wszy­scy zostaną obry­zgani gów­nem.

– Sporo zakła­dasz.

– Mój drogi, niczego nie muszę zakła­dać. Pod­łą­czy­łem się do sieci i dosta­łem do ostat­nich kilku tysięcy wia­do­mo­ści. – Wycią­gnął szyję, by obej­rzeć gabi­net. – Nie­złe gniazdko. A przy oka­zji, jak twoje oczy?

– Dzia­łają tak dobrze, jak można by tego po nich ocze­ki­wać.

Calvin ski­nął głową.

– Roz­dziel­czość nie jest nad­zwy­czajna, ale nic lep­szego nie mogłem osią­gnąć za pomocą narzę­dzi, jakie mia­łem do dys­po­zy­cji. Praw­do­po­dob­nie pod­łą­czy­łem na nowo tylko czter­dzie­ści pro­cent two­ich optycz­nych kana­łów ner­wo­wych, dla­tego wsta­wie­nie lep­szych kamer byłoby bez sensu. Gdyby na tej pla­ne­cie ponie­wie­rał się tro­chę lep­szy sprzęt chi­rur­giczny, mógł­bym spró­bo­wać cze­goś wię­cej. Ale nie ocze­kujmy, że Michał Anioł szczo­teczką do zębów wyma­lo­wałby wspa­niałą Kaplicę Syk­styń­ską.

– Dobrze, wypo­mi­naj mi.

– Nawet bym nie śmiał – odparł Calvin z cał­ko­wi­cie nie­win­nym wyra­zem twa­rzy. – Mówię tylko, że skoro już musia­łeś pozwo­lić Ali­cji zabrać Lore­ana, mógł­byś przy­naj­mniej namó­wić ją, by zosta­wiła nam tro­chę sprzętu medycz­nego.

Dwa­dzie­ścia lat temu jego żona prze­wo­dziła rebe­lii prze­ciw niemu. Calvin cią­gle mu o tym przy­po­mi­nał.

– Zatem zło­ży­łem sie­bie w ofie­rze i tyle. – Sylve­ste mach­nął ręką, by uci­szyć obraz. – Wybacz, Cal, ale nie przy­wo­ła­łem cię tutaj na poga­wędkę przy kominku.

– Wolał­bym, żebyś zwra­cał się do mnie „ojcze”.

Sylve­ste zigno­ro­wał ten komen­tarz.

– Wiesz, gdzie jeste­śmy?

– Przy­pusz­czam, że na wyko­pa­li­sku. – Calvin zamknął na chwilę oczy i pal­cami dotknął skroni, chcąc się skon­cen­tro­wać. – Tak, popa­trzmy. Dwa peł­za­cze eks­pe­dy­cyjne z Man­tell, w pobliżu Ste­pów Ptero… krata Whe­elera… nie­zwy­kle dziwne! Ale przy­pusz­czam, że dość dobrze służy twym celom. A tu co takiego? Sek­cja gra­wi­to­me­trów wyso­kiej roz­dziel­czo­ści… sej­smo­gramy… Rze­czy­wi­ście coś zna­la­złeś?

W tym momen­cie z biurka wysko­czyła wróżka stanu ogól­nego i oznaj­miła, że jest tele­fon z Man­tell. Sylve­ste uniósł dłoń ku Calvi­nowi, zasta­na­wia­jąc się, czy przy­jąć roz­mowę. Osobą usi­łu­jącą się z nim skon­tak­to­wać był Henry Jane­quin, spe­cja­li­sta od bio­lo­gii awia­nów i jeden z nie­wielu otwar­tych sojusz­ni­ków Sylve­ste’a. Jane­quin znał praw­dzi­wego Calvina, ale Sylve­ste był nie­mal pewien, że ni­gdy nie zetknął się z Calvi­now­skim beta-pozio­mem… a już na pewno nie pod­czas seansu, gdy syn zasię­gał ojcow­skiej rady. Przy­zna­nie się do tego, że Sylve­ste potrze­bo­wał pomocy Cala, że w ogóle wpadł na pomysł, by w tym celu wywo­łać symu­la­cję, mogłoby zostać uznane za objaw sła­bo­ści.

– Na co cze­kasz? – spy­tał Cal. – Odbierz.

– On nie wie o tobie… o nas.

Calvin pokrę­cił głową… i nagle Jane­quin poja­wił się w pokoju. Sylve­ste usi­ło­wał zacho­wać obo­jęt­ność, choć zro­zu­miał, co się stało: Calvin zna­lazł spo­sób na wysła­nie pole­ce­nia funk­cjom pry­wat­nego poziomu biurka.

Calvin był i pozo­stał prze­bie­głym dra­niem, pomy­ślał Sylve­ste. W końcu wła­śnie dla­tego jest na­dal uży­teczny.

Syl­wetka Jane­qu­ina była nieco mniej wyraźna od postaci Calvina, gdyż obraz Jane­qu­ina był prze­sy­łany z Man­tell przez dość dziu­rawą sieć sate­li­tów. A kamery zbie­ra­jące obraz pamię­tały chyba lep­sze czasy.

Jak więk­szość sprzętu na Resur­ga­mie, pomy­ślał Sylve­ste.

– Jesteś wresz­cie – powie­dział Jane­quin. W pierw­szej chwili zauwa­żył tylko Sylve­ste’a. – Przez ostat­nią godzinę usi­ło­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. Nie masz jakie­goś urzą­dze­nia, które dawa­łoby ci infor­ma­cje o nad­cho­dzą­cych roz­mo­wach, gdy jesteś na dole, w szy­bie?

– Mam – odparł Sylve­ste. – Ale je wyłą­czy­łem. Zbyt mi prze­szka­dzało.

– Aha – mruk­nął Jene­quin z ledwo zauwa­żal­nym roz­draż­nie­niem. – Naprawdę sprytne. Zwłasz­cza u osoby na twoim sta­no­wi­sku. Oczy­wi­ście wiesz, co mam na myśli. Zbie­rają się chmury, Dan, chyba więk­sze niż… – Jane­quin dopiero teraz dostrzegł Calvina. Przez chwilę w mil­cze­niu przy­glą­dał się postaci w fotelu. – Słowo daję, czy to ty?

Cal bez słowa ski­nął głową.

– Symu­la­cja poziomu beta – oznaj­mił Sylve­ste. Ważne wyja­śnie­nie przed dal­szą roz­mową. Alfa i beta to zasad­ni­czo odmienne symu­la­cje i ety­kieta Sto­ne­rów bar­dzo dro­bia­zgowo je roz­róż­niała. Sylve­ste popeł­niłby nie­wy­ba­czalną gafę, dopusz­cza­jąc, by Jane­quin myślał, że ma do czy­nie­nia z dawno utra­co­nym nagra­niem poziomu alfa. – Kon­sul­to­wa­łem się z nim… z tym…

Calvin zro­bił zna­czącą minę.

***

– W jakiej spra­wie? – spy­tał Jane­quin.

Był sta­rym czło­wie­kiem, naj­star­szym na Resur­ga­mie. Z każ­dym rokiem jego powierz­chow­ność stop­niowo zbli­żała się do jakie­goś mał­piego ide­ału. Siwe włosy, wąsy i broda ota­czały małą różową twarz niczym u egzo­tycz­nej uistiti. Na Yel­low­stone nie było bar­dziej uta­len­to­wa­nego eks­perta w dzie­dzi­nie gene­tyki spoza Mixma­ste­rów, a nie­któ­rzy cenili Jane­qu­ina znacz­nie wyżej od człon­ków tej sekty, za jego skromny geniusz, prze­ja­wia­jący się nie w bły­sko­tli­wych popi­sach, ale w wie­lo­let­niej sys­te­ma­tycz­nej, zna­ko­mi­tej pracy. Znacz­nie prze­kro­czył trzy­setkę i nakła­da­jące się war­stwy kura­cji dłu­go­wiecz­no­ści zaczy­nały się w widoczny spo­sób ście­rać. Sylve­ste sądził, że wkrótce Jane­quin zosta­nie pierw­szą osobą na Resur­ga­mie, która umrze ze sta­ro­ści. Myślał o tym ze smut­kiem. Choć w wielu spra­wach się nie zga­dzali, to zawsze oma­wiali w cztery oczy wszyst­kie ważne rze­czy.

– On coś zna­lazł – powie­dział Cal.

Oczy Jane­qu­ina poja­śniały, radość z nauko­wego odkry­cia odjęła mu lat.

– Naprawdę?

– Tak, ja…

Wtem nastą­piło coś dziw­nego. Pokój nagle znik­nął. Oni trzej stali na bal­ko­nie, wysoko ponad mia­stem – Sylve­ste natych­miast roz­po­znał, że to Chasm City. Znowu robota Calvina. Biurko poszło za nimi jak posłuszny pies. Jeśli Cal może się­gnąć do funk­cji poziomu pry­wat­nego, pomy­ślał Sylve­ste, potrafi rów­nież zro­bić taki trik, uru­cha­mia­jąc jedno ze stan­dar­do­wych śro­do­wisk biurka. A symu­la­cja była naprawdę dobra: nawet wiatr owie­wał twarz Sylve­ste’a, przy­no­sząc ledwo uchwytny miej­ski zapach, trudny do okre­śle­nia, ale jed­nak wyczu­walny, dzięki temu, że był nie­obecny w tań­szych symu­la­cjach.

Miał przed oczami mia­sto ze swego dzie­ciń­stwa ze szczy­to­wego okresu belle époque. Impo­nu­jące złote budowle odcho­dziły w dal jak rzeź­bione obłoki kipiące powietrz­nym ruchem. Poni­żej zachwy­ca­jące tarasy par­ków i ogro­dów scho­dziły ku zie­lon­ka­wej mgle buj­nej roślin­no­ści i świa­tłu, kilo­me­try pod bal­ko­nem, na któ­rym stali.

– Czy to nie wspa­niałe odwie­dzić stare kąty? – powie­dział Cal. – I myśleć, że mogły do nas nale­żeć… w zasięgu naszego klanu… Kto wie, jak to by wpły­nęło na bieg wyda­rzeń, gdy­by­śmy rzą­dzili mia­stem?

Jane­quin oparł się o barierkę.

– Pięk­nie, Calvin, ale ja tu nie przy­sze­dłem na wycieczkę. Dan, co zamie­rza­łeś mi powie­dzieć, zanim…

– …tak nie­grzecz­nie nam prze­rwano? – dokoń­czył Sylve­ste. – Mia­łem powie­dzieć Calowi, by wycią­gnął dane gra­wi­to­me­tryczne z biurka, ponie­waż, jak widać, potra­fił czy­tać moje pry­watne pliki.

– Naprawdę nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­nego dla osoby o mojej pozy­cji – stwier­dził Cal. Przez chwilę pobie­rał brą­zo­wawy obraz zako­pa­nego obiektu – przed nimi, za barierką tarasu, zawi­snął obe­lisk chyba natu­ral­nej wiel­ko­ści.

– O, bar­dzo inte­re­su­jące – zauwa­żył Jane­quin. – Naprawdę, bar­dzo inte­re­su­jące.

– Nie­złe – potwier­dził Cal.

– Nie­złe? – Sylve­ste był zdzi­wiony. – Jest więk­szy i lepiej zacho­wany od wszyst­kich szcząt­ków, jakie dotych­czas zna­leź­li­śmy. I to o rząd wiel­ko­ści. To dowód, że mamy do czy­nie­nia z bar­dziej zaawan­so­waną fazą tech­niki Ama­ran­ti­nów… może nawet fazą poprze­dza­jącą pełną rewo­lu­cję prze­my­słową.

– Przy­pusz­czam, że to bar­dzo zna­czące zna­le­zi­sko – powie­dział Cal zrzę­dli­wie. – A ty… masz zamiar to odko­pać?

– Tak, jesz­cze nie­dawno zamie­rza­łem to zro­bić. – Sylve­ste zamilkł na chwilę. – Ale wła­śnie coś się wyda­rzyło. Zosta­łem… dowie­dzia­łem się, że Girar­dieau chyba pla­nuje jakiś wrogi ruch, i to znacz­nie wcze­śniej, niż się oba­wia­łem.

– Nie może cię ruszyć bez popar­cia więk­szo­ści w radzie eks­pe­dy­cji – stwier­dził Cal.

– Nie, nie może – przy­znał Jane­quin. – Jeśli zamie­rza to zro­bić w ten spo­sób. Ale infor­ma­cje Dana są praw­dziwe. Zdaje się, że Girar­dieau pla­nuje akcję bar­dziej bez­po­śred­nią.

– To byłoby rów­no­znaczne z… zama­chem.

– Chyba tak to się dokład­nie nazywa – powie­dział Jane­quin.

– Jesteś pewien? – Calvin znów się skon­cen­tro­wał. Na jego czole poja­wiła się ciemna zmarszczka. – Tak, możesz mieć rację. Media wiele spe­ku­lo­wały na temat kolej­nego posu­nię­cia Girar­dieau oraz na temat tego, że Dan cały czas prze­bywa na wykop­kach, pod­czas gdy kolo­nia prze­żywa kry­zys przy­wódz­twa. Znacz­nie zwięk­szyła się ilość zaszy­fro­wa­nych komu­ni­ka­tów mię­dzy oso­bami uwa­ża­nymi za sprzy­mie­rzeń­ców Girar­dieau. Oczy­wi­ście nie potra­fię zła­mać kodu, ale z pew­no­ścią mogę snuć spe­ku­la­cje na pod­sta­wie zwięk­szo­nej wymiany kore­spon­den­cji.

– Coś rze­czy­wi­ście pla­nują – stwier­dził Sylve­ste.

Sluka miała rację, pomy­ślał. Zatem oddała mu przy­sługę, choć zagro­ziła opusz­cze­niem wyko­pa­li­ska. Gdyby nie jej ostrze­że­nie, ni­gdy by się nie zde­cy­do­wał na wywo­ła­nie Cala.

– Na to wygląda – przy­znał Jane­quin. – Dla­tego pró­bo­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. To, co Cal mówi o sym­pa­ty­kach Girar­dieau, potwier­dza tylko moje obawy. – Moc­niej zaci­snął dło­nie na barierce. Man­kiet kurtki wiszą­cej na jego chu­dym ciele miał wzo­rek w pawie oczka. – Sądzę, Dan, że nie ma sensu, bym tu pozo­sta­wał. Usi­ło­wa­łem utrzy­my­wać z tobą kon­takt, nie wzbu­dza­jąc podej­rzeń, ale mam wszel­kie pod­stawy przy­pusz­czać, że nasza roz­mowa jest pod­słu­chi­wana. Nie powi­nie­nem już nic wię­cej mówić. – Odwró­cił się tyłem do pano­ramy mia­sta. – Calvi­nie, cie­szę się, że po tak dłu­gim cza­sie mogłem cię znowu zoba­czyć.

– Dbaj o sie­bie. – Cal uniósł dłoń ku Jane­qu­inowi. – I powo­dze­nia z pawiami.

Jane­quin był naj­wy­raź­niej zdzi­wiony.

– Wiesz o moim pro­jek­ciku?

Calvin tylko się uśmiech­nął. Pyta­nie Jane­qu­ina było prze­cież zby­teczne, pomy­ślał Sylve­ste.

Sta­rzec mach­nął ręką – śro­do­wi­sko dzia­łało na pełną inte­rak­cję doty­kową – i wyszedł z zasięgu swej komory obra­zo­wa­nia.

Na bal­ko­nie pozo­stali tylko oni dwaj.

– No i co? – spy­tał Cal.

– Nie mogę sobie pozwo­lić na utratę kon­troli nad kolo­nią.

Sylve­ste na­dal był nomi­nal­nym dowódcą całej eks­pe­dy­cji na Resur­ga­mie, nawet po ucieczce Ali­cji. For­mal­nie ci wszy­scy, któ­rzy nie wró­cili z nią do domu, ale posta­no­wili pozo­stać na pla­ne­cie, powinni być jego sojusz­ni­kami, więc jego pozy­cja powinna się wzmoc­nić. Tak się jed­nak nie stało. Niektó­rzy zwo­len­nicy poglą­dów Ali­cji nie zdo­łali dostać się na pokład Lore­ana, nim sta­tek opu­ścił orbitę. A wśród tych, co zostali, poprzed­nio sym­pa­ty­zu­ją­cych z Sylve­ste’em, wielu sądziło, że źle – a nawet zbrod­ni­czo – postę­po­wał w kry­zy­so­wej sytu­acji. Jego wro­go­wie twier­dzili, że to, co Żon­gle­rzy Wzor­ców zro­bili mu z głową, jesz­cze przed jego spo­tka­niem z Całun­ni­kami, ujaw­nia się dopiero teraz. I są to pato­lo­gie gra­ni­czące z sza­leń­stwem. Na­dal pro­wa­dzono bada­nia nad Ama­ran­ti­nami, choć z coraz mniej­szym zaan­ga­żo­wa­niem, nato­miast róż­nice i nie­chęci poli­tyczne nara­stały i nie dawało się ich już zni­we­lo­wać. Osoby ze szcząt­kową lojal­no­ścią w sto­sunku do Ali­cji – główną posta­cią wśród nich był Girar­dieau – wto­piły się w Poto­pow­ców. Arche­olo­dzy Sylve­ste’a gorzk­nieli i w gru­pie zapa­no­wała atmos­fera oblę­żo­nej twier­dzy. Po obu stro­nach zda­rzyły się zgony, które nie­ła­two było uznać za zwy­kłe wypadki. Teraz sytu­acja osią­gnęła stan wyma­ga­jący dzia­łań i wła­śnie Sylve­ste musiał zna­leźć wyj­ście z kry­zysu.

– Ale nie mogę rów­nież wypu­ścić z rąk tego… – Sylve­ste wska­zał obe­lisk. – Potrze­buję two­jej rady, Cal. I wydo­stanę ją, bo zale­żysz ode mnie cał­ko­wi­cie. Jesteś kru­chy, pamię­taj o tym.

Calvin nie­spo­koj­nie poru­szył się na krze­śle.

– A więc wywie­rasz nacisk na swego sta­rego ojca. Uro­cze.

– Nie – odparł Sylve­ste przez zaci­śnięte zęby. – Mówię tylko, że jeśli nie udzie­lisz mi wska­zó­wek, możesz wpaść w nie­wła­ściwe ręce. Mówiąc try­wial­nie, jesteś jesz­cze jed­nym człon­kiem naszego zna­mie­ni­tego klanu.

– Ale ty nie­zu­peł­nie się z tym zga­dzasz, prawda? Według cie­bie jestem tylko pro­gra­mem, poja­wie­niem. Kiedy znów mi pozwo­lisz prze­jąć swoje ciało?

– Na twoim miej­scu nie ocze­ki­wał­bym tego z zapar­tym tchem.

Calvin uniósł palec w geście upo­mnie­nia.

– Nie bądź zło­śliwy, synu. To ty mnie wywo­ła­łeś, a nie ja cie­bie. Jeśli chcesz, scho­waj mnie znów do lampy. Ja jestem zado­wo­lony.

– Scho­wam, kiedy udzie­lisz mi rady.

Calvin pochy­lił się na krze­śle.

– Powiedz, co zro­bi­łeś z moją symu­la­cją poziomu alfa, a nie­wy­klu­czone, że roz­ważę twoją prośbę. – Uśmiech­nął się szel­mow­sko. – Do dia­bła, mógł­bym nawet opo­wie­dzieć parę nie­zna­nych ci histo­rii o Osiem­dzie­się­ciu.

– Zmarło sie­dem­dzie­siąt dzie­więć nie­win­nych osób – rzekł Sylve­ste. – Nie ma w tym żad­nej tajem­nicy. Nie obar­czam cię za to odpo­wie­dzial­no­ścią. To tak, jakby oskar­żać foto­grafa tyrana za prze­stęp­stwa wojenne.

– Dałem ci wzrok, ty nie­wdzięczny dra­niu. – Fotel okrę­cił się i tył solid­nego opar­cia był zwró­cony teraz do Sylve­ste’a. – Przy­znaję, że twoje oczy nie są naj­bar­dziej nowo­cze­sne, ale czego mogłeś ocze­ki­wać? – Fotel znów się okrę­cił. Calvin był ubrany tak jak teraz Sylve­ste, włosy miał uło­żone w ten sam spo­sób, a jego twarz odzna­czała się tą samą gładką kar­na­cją. – Powiedz mi coś o Całun­ni­kach. Powiedz mi, synu, o twych tajem­nych winach. Powiedz, co się naprawdę wyda­rzyło w Cału­nie Lasca­ille’a. I nie chcę kłamstw, które roz­sie­wasz od swo­jego powrotu.

Sylve­ste pod­szedł do biurka gotów wyjąć kar­tridż.

– Pocze­kaj – powie­dział Calvin, uno­sząc nagle dło­nie. – Chcesz mojej rady?

– No, naresz­cie do cze­goś docho­dzimy – odrzekł Sylve­ste.

– Nie możesz pozwo­lić, by Girar­dieau zwy­cię­żył. Jeśli grozi ci zamach, musisz wró­cić do Cuvier. Tam możesz zmo­bi­li­zo­wać resztki swo­ich zwo­len­ni­ków.

Sylve­ste spoj­rzał przez okno peł­za­cza na kratę wyko­pa­li­ska. Cie­nie kła­dły się na bruz­dach – pra­cow­nicy opusz­czali teren i w mil­cze­niu szli schro­nić się do dru­giego peł­za­cza.

– To może być naj­waż­niej­sze zna­le­zi­sko od naszego przy­by­cia na tę pla­netę.

– I nie­wy­klu­czone, że będziesz musiał je poświę­cić. Jeśli utrzy­masz Girar­dieau w ryzach, zosta­nie ci przy­naj­mniej ten luk­sus, że będziesz mógł tu wró­cić i pod­jąć poszu­ki­wa­nia. Ale jeśli Girar­dieau zwy­cięży, wszyst­kie twoje zna­le­zi­ska będą figę warte.

– Wiem – odparł Sylve­ste. Przez chwilę nie było mię­dzy nimi wro­go­ści. Rozu­mo­wa­niu Calvina nie mógł niczego zarzu­cić i uda­wa­nie, że jest ina­czej, byłoby niskie.

– Zatem posłu­chasz mojej rady?

Się­gnął po kar­tridż.

– Pomy­ślę o tym.

DWA

Na pokła­dzie świa­tło­wca, prze­strzeń mię­dzy­gwiezdna, 2543

Pro­blem z umar­łymi polega na tym, że nie mają poję­cia, kiedy się zamknąć, pomy­ślała Trium­wir Ilia Volyova.

Przed chwilą opu­ściła mostek i wsia­dła do windy, zmę­czona po osiem­na­stu godzi­nach kon­sul­ta­cji z roz­ma­itymi symu­la­cjami żyją­cych nie­gdyś postaci z odle­głej prze­szło­ści statku. Usi­ło­wała je na czymś przy­ła­pać, z nadzieją, że któ­reś z nich ujawni jakieś ukryte fakty na temat pocho­dze­nia kaza­maty. Wyczer­pu­jąca praca, gdyż star­sze oso­bo­wo­ści poziomu beta nie potra­fiły nawet mówić współ­cze­snym norte, a software, który je obsłu­gi­wał, z jakie­goś powodu nie chciał doko­nać tłu­ma­cze­nia. Pod­czas całej sesji Volyova paliła papie­rosa za papie­ro­sem, brnąc przez gra­ma­tyczne zawi­ło­ści śred­niego norte. Teraz na­dal napeł­niała sobie płuca dymem. Spięta po roz­mo­wie miała zesztyw­niały kark i bar­dzo był jej potrzebny papie­ros. Kli­ma­ty­za­cja windy nie­zbyt dobrze dzia­łała; po paru sekun­dach kabina wypeł­niła się dymem.

Volyova odsu­nęła man­kiet obra­mo­wa­nej wełną skó­rza­nej kurtki i mówiła do bran­so­lety na kości­stym nad­garstku.

– Poziom kapi­tana – zwró­ciła się do Nostal­gii za Nie­skoń­czo­no­ścią, która z kolei miała przy­dzie­lić mikro­sko­pijną cząstkę swej toż­sa­mo­ści do pry­mi­tyw­nego zada­nia ste­ro­wa­nia windą. Po chwili pod­łoga ruszyła w dół.

– Czy życzysz sobie muzyki pod­czas tran­zytu?

– Nie. Tysiąc razy przy podob­nych oka­zjach musia­łam ci przy­po­mi­nać, że chcę ciszy. Zamknij się i daj mi spo­koj­nie pomy­śleć.

Jechała pio­nem głów­nym – czte­ro­ki­lo­me­tro­wym szy­bem bie­gną­cym wzdłuż całego statku. Wsia­dła w pobliżu nomi­nal­nego szczytu szybu (miał co naj­mniej 1050 pozio­mów – o tylu wie­działa) i teraz opa­dała z pręd­ko­ścią dzie­się­ciu pokła­dów na sekundę. Kabina windy była pudeł­kiem o szkla­nych ścia­nach zawie­szo­nym w polu; od czasu do czasu wykła­dzina bez­szy­no­wego szybu sta­wała się prze­zro­czy­sta i Volyova bez spraw­dza­nia wewnętrz­nej mapy windy mogła oce­nić, gdzie się znaj­duje. Teraz zjeż­dżała przez lasy: tara­sowe ogrody roślin­no­ści pla­ne­tar­nej rosły dziko, zanie­dbane mar­niały, gdyż lampy ultra­fio­le­towe, dostar­cza­jące kie­dyś świa­tło sło­neczne, były teraz w więk­szo­ści popsute i nikt nie zada­wał sobie trudu, by je repe­ro­wać. Poni­żej lasów prze­mknęła jak duch przez osiem­set pokła­dów – roz­le­głe par­tie statku oddane do dys­po­zy­cji zało­dze, gdy ta liczyła sobie wiele tysięcy osób. Poni­żej poziomu 800 winda prze­je­chała przez wielką, a teraz nie­ru­chomą arma­turę roz­dzie­la­jącą obra­calny habi­tat statku i nie­obra­calne sek­cje tech­niczne, a potem opa­dła przez dwie­ście pozio­mów nisz prze­cho­walni krio­ge­nicz­nych; wystar­czy­łoby miej­sca dla stu tysięcy śpią­cych – teraz nie było tu nikogo.

Volyova prze­je­chała już ponad kilo­metr, ale śro­do­wi­skowe ciśnie­nie statku pozo­sta­wało stałe; sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia nale­żały do nie­licz­nych na­dal popraw­nie dzia­ła­ją­cych ukła­dów. Mimo to resztki instynktu pod­po­wia­dały jej, że wraz z przy­śpie­szo­nym spa­da­niem powinna czuć ucisk w uszach.

– Poziomy atrium – oznaj­miła winda, czy­ta­jąc od dawna zby­teczny zapis zamierz­chłego roz­kładu statku. – Służą roz­rywce i rekre­acji.

– Strasz­nie zabawne.

– Prze­pra­szam?

– Musisz mieć dość dziwną defi­ni­cję rekre­acji. Chyba że według cie­bie wypo­czy­nek polega na tym, by wło­żyć opan­ce­rzony kom­bi­ne­zon próż­niowy i zaży­wać środki prze­czysz­cza­jące pod­czas tera­pii anty­ra­dia­cyj­nej.

– Prze­pra­szam?

– Dajmy spo­kój. – Volyova wes­tchnęła.

Następny kilo­metr jechała przez rejony – tylko część z nich była napeł­niona powie­trzem. Czuła, jak jej cię­żar się zmniej­sza, i wie­działa, że mija sil­niki umiesz­czone poza kadłu­bem statku na ele­ganc­kich dźwi­ga­rach. Z roz­dzia­wio­nymi gębami wsy­sały maleń­kie ilo­ści mię­dzy­gwiaz­do­wego wodoru i pod­da­wały swój plon jakimś pro­ce­som zgod­nym z nie­wy­obra­żal­nymi pra­wami fizyki. Nikt – nawet Volyova – nie uda­wał, że rozu­mie, jak dzia­łają sil­niki Hybry­dow­ców. Ważne, że dzia­łały. I co rów­nie ważne, wytwa­rzały stały cie­pły żar pro­mie­nio­wa­nia czą­stek egzo­tycz­nych. Więk­szość z nich zmy­wała powłoka statku, część jed­nak prze­do­sta­wała się do środka. Dla­tego winda gwał­tow­nie przy­spie­szała przy sil­ni­kach, a potem zwal­niała do swej zwy­kłej pręd­ko­ści, gdy zna­la­zła się już poza nie­bez­pie­czeń­stwem.

Volyova prze­była dwie trze­cie drogi w dół. Ten rejon statku znała naj­le­piej spo­śród wszyst­kich człon­ków załogi; Sajaki, Hegazi i inni rzadko zjeż­dżali tak nisko, chyba że mieli jakiś szcze­gólny powód. Któż mógłby mieć do nich pre­ten­sje? Im niżej, tym bli­żej kapi­tana. Ona była jedyną osobą, któ­rej nie prze­ra­żała myśl o jego bli­sko­ści.

Nie, zupeł­nie nie bała się tego kró­le­stwa i uczy­niła zeń swe impe­rium. Na pozio­mie 612 mogła wysiąść, nawi­go­wać do komory paję­czej i wypro­wa­dzić ją na zewnątrz kadłuba, gdzie nasłu­chi­wała duchów nawie­dza­ją­cych mię­dzy­gwiezdną prze­strzeń. Kuszące – zawsze. Ale miała przed sobą zada­nie, jechała w okre­ślo­nym celu, a duchy i tak tu znaj­dzie innym razem. Na pozio­mie 500 minęła cen­tralę uzbro­je­nia, pomy­ślała o wszyst­kich zwią­za­nych z nią pro­ble­mach. Musiała oprzeć się poku­sie, bo chciała tu przy­sta­nąć i prze­pro­wa­dzić kilka nowych badań. Po chwili cen­trala została w górze i Volyova spa­dała przez komorę kaza­maty jedną z kilku olbrzy­mich, nie­wy­peł­nio­nych powie­trzem wnęk na statku.

Komora była olbrzy­mia, od krańca do krańca liczyła sobie pra­wie pół kilo­me­tra. Teraz jed­nak pano­wała w niej ciem­ność i Volyova musiała sobie wyobra­zić czter­dzie­ści spo­czy­wa­ją­cych tam obiek­tów. To ni­gdy nie spra­wiało jej trud­no­ści. Nie wszystko wie­działa o dzia­ła­niu i pocho­dze­niu tych obiek­tów, dosko­nale jed­nak znała ich kształty i wza­jemne poło­że­nie, jakby zna­la­zła się w meto­dycz­nie ume­blo­wa­nej sypialni osoby nie­wi­do­mej. Miała wra­że­nie, że nawet z windy mogłaby wycią­gnąć rękę i pogła­skać sto­pową łuskę naj­bliż­szego przed­miotu, by się prze­ko­nać, czy cią­gle jest na miej­scu. Od kiedy weszła do Trium­wi­ratu, pozna­wała te obiekty, poświę­ca­jąc im więk­szość czasu, ale na­dal czuła się przy nich nie­swojo. Zbli­żała się do nich ner­wowo jak nowa kochanka, świa­doma, że infor­ma­cje, które z mozo­łem dotych­czas zdo­była, są powierz­chowne i to, co leży głę­biej, może znisz­czyć wra­że­nie, jakie odnio­sła.

Kaza­matę opusz­czała zawsze bez więk­szego żalu.

Na pozio­mie 450 pędziła przez inną arma­turę, oddzie­la­jącą sek­cję tech­niczną i zwę­ża­jący się stoż­ko­wato ogon statku, który cią­gnął się jesz­cze przez kilo­metr. Znów przy­śpie­sze­nie, gdyż winda jechała przez strefę pro­mie­nio­wa­nia, a potem dłu­gie hamo­wa­nie. Winda sunęła przez drugą war­stwę pozio­mów pokła­dów krio­ge­nicz­nych – dwie­ście pięć­dzie­siąt pozio­mów zdol­nych prze­cho­wać sto dwa­dzie­ścia tysięcy ludzi, ale teraz oczy­wi­ście prze­by­wał tam tylko jeden śpiący – o ile stan kapi­tana można było miło­sier­nie nazwać snem. Teraz winda zwal­niała. Pośrodku pozio­mów krio przy­sta­nęła i przy­jaź­nie oznaj­miła, że dotarła do celu.

– Recep­cja poziomu krio­ge­nicz­nego dla pasa­że­rów – infor­mo­wała winda. – Speł­nia twoje wyma­ga­nia, doty­czące chłod­nego snu pod­czas lotu. Dzię­ku­jemy za sko­rzy­sta­nie z tej usługi.

Drzwi się otwo­rzyły, a Volyova prze­kro­czyła próg i przez lukę spoj­rzała w dół zbie­ga­ją­cych się oświe­tlo­nych ścian szybu. Prze­je­chała nie­mal całą dłu­gość statku (lub jego wyso­kość – sta­tek koja­rzył się z nie­zwy­kle wyso­kim budyn­kiem), a mimo to wyda­wało się, że szyb opada jesz­cze niżej w nie­skoń­czone głę­bie. Sta­tek był tak wielki – idio­tycz­nie wielki – że umysł nie ogar­niał tych roz­mia­rów.

– Dobrze, dobrze. Teraz się odchrzań z łaski swo­jej.

– Prze­pra­szam?

– Zjeż­dżaj.

Oczy­wi­ście winda i tak by tego nie zro­biła, przy­naj­mniej nie z jakie­goś rze­czy­wi­stego powodu, chyba tylko po to, żeby wpra­wić Volyovą w lep­szy humor. Musiała pocze­kać – nie miała nic innego do roboty. W ogóle tylko Volyova – jedyny roz­bu­dzony czło­wiek na statku – miała powody, by korzy­stać z windy.

Od szybu do miej­sca, gdzie znaj­do­wał się kapi­tan, musiała dość długo masze­ro­wać. Nie mogła iść naj­krót­szą drogą, gdyż całe sek­cje statku były nie­do­stępne, roiły się od wiru­sów powo­du­ją­cych roz­le­głe zakłó­ce­nia w funk­cjo­no­wa­niu statku. Nie­które rejony były zalane środ­kiem chło­dzą­cym, inne pod­dane inwa­zji zna­ro­wio­nych szczu­rów-woź­nych, jesz­cze inne patro­lo­wane przez boje obronne, które osza­lały i lepiej było ich uni­kać, chyba że miało się ochotę na tro­chę sportu. Nie­które wypeł­niał gaz tru­jący lub próż­nia, albo cha­rak­te­ry­zo­wały się zbyt wyso­kim pozio­mem pro­mie­nio­wa­nia. O innych mówiono, że nawie­dzają je duchy.

Volyova nie wie­rzyła w duchy (choć oczy­wi­ście posia­dała wła­sne, do któ­rych miała dostęp przez komorę paję­czą), ale pozo­stałe czyn­niki trak­to­wała naprawdę bar­dzo poważ­nie. Do niektó­rych czę­ści statku w ogóle nie wcho­dziła nie­uzbro­jona. Jed­nakże oto­cze­nie kapi­tana znała dość dobrze i nie były jej potrzebne dodat­kowe środki ostroż­no­ści. Było zimno, Volyova posta­wiła koł­nierz kurtki, moc­niej nacią­gnęła kap­tur, sia­tecz­kowa tka­nina szo­ro­wała po szcze­ci­nie na jej czaszce. Volyova zapa­liła następ­nego papie­rosa, zacią­gnęła się, likwi­du­jąc próż­nię w gło­wie, zastę­pu­jąc ją dziar­ską żoł­nier­ską goto­wo­ścią. Odpo­wia­dała jej samot­ność. Cie­szyła się na towa­rzy­stwo ludzi, ale bez wiel­kiego entu­zja­zmu. A już z pew­no­ścią nie wtedy, gdy cho­dziło o zaję­cie się pro­ble­mem Nagor­nego. Gdy dotrą do układu Yel­low­stone, zasta­nowi się nad obsa­dze­niem sta­no­wi­ska zbroj­mi­strza kimś nowym.

Wła­śnie, w jaki spo­sób kło­pot uciekł ze wszyst­kich par­ty­cji jej umy­słu?

Teraz nie cho­dziło jej o Nagor­nego, lecz o kapi­tana. I oto on, a przy­naj­mniej naj­bar­dziej zewnętrzne wypustki tego, czym stał się teraz. Volyova wzięła się w garść – potrze­bo­wała opa­no­wa­nia. To, co miała teraz zba­dać, zawsze przy­pra­wiało ją o mdło­ści. Dla niej było to gor­sze niż dla innych, jej wstręt był sil­niej­szy. Była bre­zgati1 – wraż­liw­sza niż inni.

To cud, że chłod­nia-spal­nia, w któ­rej znaj­do­wał się Bran­ni­gan, na­dal funk­cjo­no­wała. Kon­struk­cja była bar­dzo stara, solidna i cią­gle usi­ło­wała utrzy­mać jego komórki w rów­no­wa­dze, choć powłoka chłodni pokryła się wiel­kimi pre­hi­sto­rycz­nymi spęk­nię­ciami, a włók­ni­ste meta­lowe naro­śla wyle­wały się na zewnątrz, niczym grzyby wyra­stały z wnę­trza chłodni. To, co pozo­stało z Bran­ni­gana, znaj­do­wało się w samym sercu urzą­dze­nia.

W pobliżu chłodni pano­wało dotkliwe zimno. Volyova zaczęła drżeć. Miała jed­nak zada­nie do wyko­na­nia. Z kurtki wyjęła łyżkę chi­rur­giczną i pobrała drza­zgi naro­śli do ana­lizy. Po powro­cie do labo­ra­to­rium potrak­tuje je roz­ma­itymi bro­niami wiru­so­wymi, z nadzieją, że któ­raś z nich uzy­ska prze­wagę nad naro­ślą. Volyova wie­działa z doświad­cze­nia, że takie pro­ce­dury są prze­waż­nie jałowe – narośl posia­dała fan­ta­styczną zdol­ność nisz­cze­nia narzę­dzi mole­ku­lar­nych, wyko­rzy­sty­wa­nych przez Volyovą do badań. Spe­cjal­nego pośpie­chu nie było – chłod­nia utrzy­my­wała Bran­ni­gana w tem­pe­ra­tu­rze kil­ku­set mili­kel­wi­nów powy­żej zera bez­względ­nego, co chyba sta­no­wiło pewną prze­szkodę w roz­prze­strze­nia­niu się naro­śli. Z dru­giej strony Volyova wie­działa, że żadna istota ludzka nie prze­żyła oży­wie­nia z takiego zimna. To aku­rat wyda­wało się nie­istotne wobec kon­dy­cji kapi­tana.

– Otwórz mój plik dzien­ni­ków na haśle „kapi­tan” i dołącz tę nową notatkę – powie­działa szep­tem do bran­so­lety.

Bran­so­leta zaćwier­kała, sygna­li­zu­jąc goto­wość.

– Trze­cia kon­trola kapi­tana Bran­ni­gana po moim prze­bu­dze­niu. Wydaje się, że zakres roz­prze­strze­nia­nia…

Zawa­hała się, świa­doma, że złe sfor­mu­ło­wa­nie mogłoby roz­zło­ścić Trium­wira Hega­ziego, choć zbyt­nio się tym nie przej­mo­wała. Czy odwa­ży­łaby się nazwać to „Par­chową Zarazą” teraz, gdy Yel­low­sto­nersi nadali jej nazwę? Chyba nie byłoby to zbyt roz­ważne.

– …cho­roby pozo­staje nie­zmienny od ostat­niego zapisu. Posu­nęła się naj­wy­żej kilka mili­me­trów. Jakimś cudem funk­cje krio­ge­niczne na­dal dzia­łają. Sądzę jed­nak, że powin­ni­śmy liczyć się z tym, że w przy­szło­ści nastąpi nie­unik­niona awa­ria jed­nostki chło­dzą­cej.

Pomy­ślała, że jeśli awa­ria nastąpi, a oni zawczasu nie prze­niosą kapi­tana do nowej chłodni (pyta­nie „w jaki spo­sób?” pozo­sta­wało bez odpo­wie­dzi), wów­czas ubę­dzie im jeden pro­blem. Miała szczerą nadzieję, że zakoń­czy­łoby to rów­nież pro­blemy kapi­tana.

– Zamknij dzien­nik – powie­działa do bran­so­lety. Potem, ogrom­nie żału­jąc, że nie może w tej chwili zacią­gnąć się papie­ro­sem, dodała: – Ogrzej mózgowy rdzeń kapi­tana o pięć­dzie­siąt mili­kel­wi­nów.

Doświad­cze­nie pod­po­wia­dało jej, że było to mini­malne nie­zbędne zwięk­sze­nie tem­pe­ra­tury. Poni­żej tej war­to­ści mózg kapi­tana pozo­sta­wałby w sta­nie zmro­żo­nego bez­ru­chu, powy­żej zaraza zaczę­łaby go prze­kształ­cać zbyt szybko jak na gust Volyovej.

– Kapi­ta­nie? – powie­działa. – Sły­szysz mnie? To ja, Ilia.

***

Sylve­ste wyszedł z peł­za­cza i ruszył na teren wyko­pa­li­ska. Kiedy roz­ma­wiał z Calvi­nem, wiatr znacz­nie się wzmógł. Sylve­ste czuł, jak kłuje go w policzki. Pie­cze­nie zdzie­ra­nej przez pył skóry było niczym piesz­czota wiedźmy.

– Mam nadzieję, że poga­wędka się przy­dała. – Pas­cale odsu­nęła maskę i ryk­nęła, prze­krzy­ku­jąc wiatr. Wie­działa o Calvi­nie, choć ni­gdy nie roz­ma­wiała z nim bez­po­śred­nio. – Zgo­dzi­łeś się posłu­chać głosu roz­sądku?

– Daj mi Slukę.

Nor­mal­nie mogłaby nie posłu­chać podob­nego pole­ce­nia, teraz jed­nak, widząc, w jakim Sylve­ste jest nastroju, wró­ciła do dru­giego peł­za­cza, a po chwili wyło­niła się stam­tąd wraz ze Sluką i kil­koma innymi pra­cow­ni­kami.

– Zakła­dam, że jesteś gotów nas wysłu­chać. – Sluka stała przed nim. Na wie­trze jej włosy sma­gały raz po raz gogle. Od czasu do czasu czer­pała powie­trze z maski, którą trzy­mała w dłoni. Drugą dłoń oparła na bio­drze. – Jeśli tak, prze­ko­nasz się, że potra­fimy być roz­sądni. Wszy­scy liczymy się z twoją repu­ta­cją. Po powro­cie do Man­tell nikt z nas nie wspo­mni o tej spra­wie. Powiemy, że kaza­łeś się wyco­fać, gdy nade­szła pro­gnoza. Zasługi pójdą na twoje konto.

– Sądzisz, że w dłuż­szej per­spek­ty­wie ma to jakie­kol­wiek zna­cze­nie?

Sluka par­sk­nęła.

– A co tak cho­ler­nie waż­nego może być w tym obe­li­sku? I co tak cho­ler­nie waż­nego jest w tych Ama­ran­ti­nach?

– Ni­gdy nie potra­fi­łaś spoj­rzeć z szer­szej per­spek­tywy.

Dys­kret­nie – ale nie na tyle, by tego nie dostrzegł – Pas­cale zaczęła fil­mo­wać sprzeczkę z kamery wmon­to­wa­nej w komp­no­tes.

– Nie­któ­rzy mogliby powie­dzieć, że ni­gdy nie było szer­szej per­spek­tywy – stwier­dziła Sluka. – Że roz­dmu­cha­łeś zna­cze­nie Ama­ran­ti­nów, by przy­dać zna­cze­nia arche­olo­gom.

– To twoje zda­nie, prawda? Z dru­giej strony ni­gdy prze­cież nie byłaś jedną z nas.

– To zna­czy?

– To zna­czy, że gdyby Girar­dieau chciał umie­ścić wśród nas roz­ła­mowca, była­byś ide­al­nym kan­dy­da­tem.

Sluka odwró­ciła się do grupy, którą Sylve­ste coraz bar­dziej uwa­żał za jej gang.

– Posłu­chaj­cie tego bied­nego dra­nia; już tkwi w teo­rii spi­sko­wej. Mamy smak tego, co od lat widziała reszta kolo­nii. – Potem znów zwró­ciła się do niego. – Nie ma sensu z tobą roz­ma­wiać. Wyjeż­dżamy, jak tylko spa­ku­jemy sprzęt, a jeśli burza się nasili, nawet wcze­śniej. Możesz jechać z nami. – Ode­tchnęła przez maskę, jej twarz odzy­skała barwę. – Albo możesz zostać i ryzy­ko­wać. Wybór należy do cie­bie.

Spoj­rzał na ludzi za jej ple­cami.

– Ruszaj­cie dalej. Nie pozwól­cie się zatrzy­mać przez coś tak try­wial­nego jak lojal­ność. Chyba że ktoś z was ma odwagę, by zostać i dokoń­czyć pracę, którą tu zaczął. – Patrzył po twa­rzach ludzi, ale widział tylko zakło­po­tane, odwró­cone spoj­rze­nia. Pra­wie nie znał ich nazwisk. Zaczął ich roz­po­zna­wać dopiero ostat­nio. Żadne z nich nie przy­le­ciało na statku z Yel­low­stone. Z pew­no­ścią nie znali innego świata poza Resur­ga­mem, gdzie nie­liczne ludz­kie osie­dla były roz­rzu­cone jak garstka rubi­nów na cał­ko­wi­tym pust­ko­wiu. On sam musiał się im wyda­wać jakimś relik­tem.

– Pro­szę pana – ode­zwał się jeden z nich, praw­do­po­dob­nie ten, który zaalar­mo­wał go o nad­cią­ga­ją­cym sztor­mie. – Nie cho­dzi o to, że pana nie sza­nu­jemy, ale musimy myśleć rów­nież o sobie. Czy pan tego nie rozu­mie? To, co tu zako­pano, z pew­no­ścią nie jest warte ryzyka.

– I tu się myli­cie – odparł Sylve­ste. – To jest warte więk­szego ryzyka, niż sobie w ogóle wyobra­ża­cie. Nie rozu­mie­cie? Wyda­rze­nie nie przy­da­rzyło się Ama­ran­ti­nom – to oni je spo­wo­do­wali. Oni je wywo­łali.

Sluka pokrę­ciła głową.

– Wywo­łali wybuch swego słońca? Naprawdę w to wie­rzysz?

– Wła­śnie tak.

– A więc w swym sza­leń­stwie zasze­dłeś znacz­nie dalej, niż się oba­wia­łam. – Sluka odwró­ciła się do niego ple­cami i popa­trzyła na grupę ludzi. – Uru­chom­cie peł­za­cze. Wyjeż­dżamy teraz.

– A sprzęt? – spy­tał Sylve­ste.

– Niech sobie tu zosta­nie i rdze­wieje, nic mnie to nie obcho­dzi.

Tłum roz­pierzchł się do dwóch zwa­li­stych maszyn.

– Cze­kaj­cie! – krzyk­nął Sylve­ste. – Posłu­chaj­cie mnie! Wystar­czy wam jeden peł­zacz. Jest w nim dość miej­sca dla was wszyst­kich, skoro nie bie­rze­cie sprzętu.

Sluka znów spoj­rzała na niego.

– A ty?

– Ja tu zostanę, skoń­czę pracę sam, ewen­tu­al­nie z tymi, któ­rzy zechcą zostać.

Pokrę­ciła głową, pod­nio­sła maskę i splu­nęła na zie­mię znie­sma­czona. Odwró­ciła się, dogo­niła pozo­sta­łych ludzi ze swej bry­gady i skie­ro­wała ich do naj­bliż­szego peł­za­cza. Drugą maszynę – tę z pry­wat­nym apar­ta­men­tem – zosta­wiła dla niego. Banda Sluki weszła do pojazdu, nie­które osoby nio­sły małe narzę­dzia lub pudełka z arte­fak­tami albo kośćmi wynie­sio­nymi z wyko­pa­li­ska: instynkt naukowy domi­no­wał w nich nawet pod­czas buntu. Sylve­ste obser­wo­wał, jak skła­dają się rampy i zamy­kają luki, po czym maszyna pod­nosi się na nogi, odwraca i rusza. Po nie­ca­łej minu­cie zupeł­nie znik­nęła z oczu, a wiatr cał­ko­wi­cie zagłu­szył hałas sil­ni­ków.

Sylve­ste spoj­rzał wokół, by się prze­ko­nać, kto z nim został. Pas­cale – ale to prze­cież było w zasa­dzie nie­unik­nione. Podej­rze­wał, że będzie go śle­dziła aż do grobu, jeśli wyczuje temat na arty­kuł. Paru stu­den­tów, któ­rzy oparli się Sluce – wstyd, że nie znał ich nazwisk. Może kilku zostało jesz­cze w kra­cie, jeśli ma szczę­ście.

Uspo­koił się, pstryk­nął pal­cami.

– Roz­mon­tuj­cie gra­wi­to­me­try obra­zu­jące – pole­cił dwojgu ludziom. – Nie będą nam już potrzebne. – Potem zwró­cił się do następ­nej pary. – Zacznij­cie od końca kraty i znie­ście wszyst­kie narzę­dzia po dezer­te­rach Sluki. Zbie­raj­cie też wszel­kie zapi­ski i pudełka z arte­fak­tami. Jak skoń­czy­cie, spo­tkamy się na dnie wiel­kiego szybu.

– Co pla­nu­jesz? – spy­tała Pas­cale. Wyłą­czyła kamerę, która bły­ska­wicz­nie scho­wała się do komp­no­tesu.

– Sądzi­łem, że to oczy­wi­ste – odparł. – Zamie­rzam spraw­dzić, co mówi napis na obe­li­sku.

Chasm City, Yel­low­stone, układ Epsi­lon Eri­dani, 2524

Ana Kho­uri myła zęby, gdy zadzwo­niła kon­sola apar­ta­mentu. Wyszła z łazienki z pastą na war­gach.

– Dzień dobry, Case.

Do pokoju wje­chał śli­zgiem her­me­tyk w podróż­nym palan­ki­nie, ozdo­bio­nym cyze­lun­kiem, z ciem­nym okien­kiem z przodu. Kiedy świa­tło padło pod odpo­wied­nim kątem, zoba­czyła śmier­tel­nie bladą twarz K.C. Nga, pod­ska­ku­jącą za zie­lo­nym szkieł­kiem trzy­cen­ty­me­tro­wej sze­ro­ko­ści.

– Cześć, wyglą­dasz wspa­niale – powie­dział. Jego głos chry­piał w kratce gło­śnika. – Gdzie mógł­bym dostać to, co cię tak pod­raj­co­wało?

– To kawa, Case. Za dużo tego świń­stwa wypi­łam.

– Żar­to­wa­łem – powie­dział Ng. – Wyglą­dasz jak pod­grzane gówno.

Prze­su­nęła dło­nią po ustach, usu­wa­jąc pastę.

– Dopiero wsta­łam, ty dra­niu.

– Wybacz. – Ng powie­dział to takim tonem, jakby budze­nie się było sta­ro­modną czyn­no­ścią fizjo­lo­giczną, dawno porzu­coną – jak posia­da­nie wyrostka robacz­ko­wego.

Było to nawet praw­do­po­dobne: Kho­uri ni­gdy dokład­nie nie widziała męż­czy­zny wewnątrz pudełka. Her­me­tycy nale­żeli do jed­nej z naj­bar­dziej dzi­wacz­nych kast, jakie wyło­niły się po zara­zie. Nie chcąc wyzbyć się implan­tów, które mogłyby się oka­zać podatne na zarazę, i prze­ko­nani, że jej ślady na­dal gdzieś się czają w sto­sun­kowo czy­stym obsza­rze pod Bal­da­chi­mem, ni­gdy nie opusz­czali swo­ich pudeł, chyba że śro­do­wi­sko było her­me­tycz­nie odizo­lo­wane; w swo­ich wędrów­kach ogra­ni­czali się do kilku orbi­tal­nych karu­zeli.

Gło­śnik znowu zachry­piał:

– Wybacz, ale, o ile się nie mylę, na dziś rano mamy zapla­no­wane zabój­stwo. Pamię­tasz tego Tara­schiego, któ­rego usi­ło­wa­li­śmy zli­kwi­do­wać przez ostat­nie dwa mie­siące? Świta ci coś? Ważne, żebyś to zro­biła, bo tak się składa, że jesteś osobą wyzna­czoną do tego, żeby uwol­nić go od trosk.

– Odczep się, Case.

– Trudne do wyko­na­nia, nawet gdy­bym chciał się jakoś przy­cze­pić, droga Kho­uri. Ale mówiąc poważ­nie, namie­rzy­li­śmy praw­do­po­dobne miej­sce zabój­stwa i sza­co­wany czas zgonu. Zamie­niasz się w słuch?

Kho­uri nalała sobie ostatni łyk kawy, a resztę zosta­wiła w pod­grze­wa­czu, na potem, gdy wróci. Kawa była jej jedy­nym nało­giem, naby­tym w dniach żoł­nierki na Skraju. Cała sztuka pole­gała na tym, by sobie wyostrzyć zmy­sły, ale nie nabu­zo­wać się tak, by drżała jej dłoń przy celo­wa­niu z broni.

– Chyba zmniej­szy­łam stę­że­nie krwi w moim ukła­dzie kofe­ino­wym do akcep­to­wal­nego poziomu. O to ci cho­dzi?

– Poroz­ma­wiajmy o spra­wach osta­tecz­nych, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o Tara­schiego.

Ng zarzu­cił ją ostat­nimi szcze­gó­łami ope­ra­cji. Więk­szość Kho­uri znała z pla­nów, część sama wykon­cy­po­wała, korzy­sta­jąc z wła­snego doświad­cze­nia z poprzed­nich akcji. Tara­schi – piąte z rzędu zabój­stwo. Zaczy­nała poj­mo­wać szer­sze tło tej gry. Choć nie zawsze było to oczy­wi­ste, gra miała zasady, sub­tel­nie powta­rza­jące się w wiel­kich klu­czo­wych ruchach każ­dego zabój­stwa. Zain­te­re­so­wa­nie mediów rosło, jej nazwi­sko było coraz czę­ściej wymie­niane w krę­gach Sha­dow­play, a Case naj­wy­raź­niej przy­go­to­wy­wał jakieś sma­ko­wite, wysoko posta­wione cele kilku naj­bliż­szych polo­wań. Kho­uri czuła, że staje się jedną z setki naj­lep­szych zabój­ców na pla­ne­cie – to było naprawdę eli­tarne towa­rzy­stwo.

– Jasne – powie­działa. – Pod pomni­kiem, ósmy poziom biu­rowca, aneks zachodni, godzina pierw­sza. Nic prost­szego.

– Czy o czymś przy­pad­kiem nie zapo­mnia­łaś?

– Jasne. Gdzie jest broń, Case?

Postać, w jakiej wystę­po­wał Ng, ski­nęła, poka­zu­jąc miej­sce za ple­cami Kho­uri.

– Tam, gdzie zosta­wiły ją wróżki, droga dziew­czyno – odparł, po czym odwró­cił pudełko i wyco­fał się z pokoju, zosta­wia­jąc po sobie ledwo wyczu­walny zapach smaru.

Kho­uri, marsz­cząc brwi, powoli się­gnęła pod poduszkę, ocze­ku­jąc, że coś tam znaj­dzie, zgod­nie z zapo­wie­dzią Case’a. Kiedy szła spać, na pewno niczego tam nie było, ale takimi rze­czami obec­nie pra­wie się już nie przej­mo­wała. Firma zawsze zacho­wy­wała się zagad­kowo.

Wkrótce była gotowa.

Zawo­łała z dachu kolejkę linową i scho­wała broń pod płasz­czem. Kolejka, wykryw­szy broń oraz implanty w gło­wie Kho­uri, odmó­wi­łaby trans­portu, gdyby Kho­uri nie poka­zała swego iden­ty­fi­ka­tora Punktu Omega, zaszcze­pio­nego pod paznok­ciem palca wska­zu­ją­cego pra­wej dłoni – maleńki sym­bol holo­gra­ficzny tar­czy strzel­ni­czej zda­wał się tań­czyć pod war­stwą kera­tyny.

– Pomnik Osiem­dzie­siątki – powie­działa Kho­uri.

***

Sylve­ste zszedł z dra­biny i przez opa­da­jące tara­sami dno szybu poma­sze­ro­wał w krąg świa­tła wokół odsło­nię­tego szczytu obe­li­sku. Sluka i arche­olog opu­ścili go, ale jedyny pozo­stały pra­cow­nik zdo­łał za pomocą ser­wi­tora odsło­nić nie­mal metr obiektu; zdzie­ra­jąc zagnież­dżone war­stwy kamien­nego sar­ko­fagu, dostał się do masyw­nego obsy­dia­no­wego bloku, mistrzow­sko rzeź­bio­nego, z wyry­tymi w pre­cy­zyj­nych liniach zna­kami ama­ran­tiń­skiego pisma. Więk­szość z nich to napisy tek­stowe – rzędy ide­ogra­mów. Arche­olo­dzy znali pod­stawy języka Ama­ran­ti­nów, choć nie mieli do pomocy kamie­nia z Rosetty. Kul­tura Ama­ran­ti­nów to ósma z mar­twych, obcych kul­tur odkry­tych przez ludz­kość w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu lat świetl­nych od Ziemi; nie było jed­nak dowodu na to, że któ­reś z tych cywi­li­za­cji kon­tak­to­wały się ze sobą. Ani Żon­gle­rzy Wzor­ców, ani Całun­nicy nie pomo­gli: u żad­nej z tych kul­tur nie odkryto języka pisa­nego. Sylve­ste, który kon­tak­to­wał się zarówno z Żon­gle­rami, jak i Całun­ni­kami – a przy­naj­mniej z tech­niką tych ostat­nich – potra­fił to oce­nić naj­le­piej.

Język Ama­ran­ti­nów roz­szy­fro­wały kom­pu­tery. Zajęło to trzy­dzie­ści lat, wyma­gało zesta­wia­nia ze sobą milio­nów arte­fak­tów, ale w końcu stwo­rzono spójny sys­tem wyja­śnia­jący zna­cze­nie więk­szo­ści napi­sów. Sprzy­ja­ją­cym fak­tem było to, że przy­naj­mniej pod koniec swego pano­wa­nia Ama­ran­tini mieli tylko jeden język, który zmie­niał się bar­dzo powoli, więc ten sam model mógł inter­pre­to­wać napisy powstałe na prze­strzeni dzie­siąt­ków tysięcy lat. Oczy­wi­ście zupeł­nie inną rze­czą były niu­anse zna­cze­niowe – tu musiano już korzy­stać z ludz­kiej intu­icji i wyni­ków teo­re­tycz­nych.

Pismo Ama­ran­ti­nów róż­niło się jed­nak od wszyst­kiego, co znał czło­wiek. Ich tek­sty były ste­reo­sko­powe, skła­dały się z prze­pla­ta­ją­cych się linii, które w korze mózgo­wej czy­ta­ją­cego miały się sta­piać w jed­ność. Poprzed­ni­kami tego ludu były istoty pta­sie – lata­jące dino­zaury o inte­li­gen­cji lemu­rów. Na pew­nym eta­pie roz­woju ich oczy znaj­do­wały się po prze­ciw­nych stro­nach czaszki i łączyły ze ści­śle roz­dzie­lo­nymi czę­ściami mózgu. Każda pół­kula syn­te­ty­zo­wała wła­sny model świata. Póź­niej stali się myśli­wymi, a ewo­lu­cja dopro­wa­dziła do widze­nia dwu­ocz­nego; połą­cze­nia w mózgu zacho­wały jed­nak pewne cechy z poprzed­niej fazy roz­woju gatunku. Arte­fakty Ama­ran­ti­nów odzwier­cie­dlały prze­waż­nie tę men­talną dwo­istość o wyraź­nej syme­trii wzglę­dem osi pio­no­wej.

Obe­lisk nie nale­żał do wyjąt­ków.

Sylve­ste nie potrze­bo­wał spe­cjal­nych gogli, jakie sto­so­wali jego współ­pra­cow­nicy do czy­ta­nia zna­ków Ama­ran­ti­nów; umiesz­czony w jego oczach jeden z bar­dziej uży­tecz­nych algo­ryt­mów Calvina sca­lał je ste­reo­sko­powo. Dość męczący pro­ces czy­ta­nia wyma­gał jed­nak nad­zwy­czaj­nej kon­cen­tra­cji.

– Daj­cie mi tu tro­chę świa­tła – popro­sił. Jeden ze stu­den­tów odcze­pił prze­no­śny reflek­tor i oświe­tlił bok obe­li­sku. Gdzieś wysoko mignęła bły­ska­wica – wyła­do­wa­nia elek­tryczne w burzy prze­bie­gały mię­dzy zasło­nami pyłu.

– Potrafi pan to prze­czy­tać?

– Pró­buję – odparł Sylve­ste. – Nie jest to naj­ła­twiej­sze zaję­cie na świe­cie. Zwłasz­cza gdy trzę­siesz lampą.

– Prze­pra­szam. Sta­ram się trzy­mać sta­bil­nie. Ale zaczyna mocno wiać.

Miał rację. Nawet na dnie studni two­rzyły się wiry powietrzne. Wkrótce zacznie tu porząd­nie wiać, pył się zagę­ści, w powie­trzu powstaną nie­prze­zro­czy­ste szare płachty. W takich warun­kach nie da się zbyt długo pra­co­wać.

– Prze­pra­szam. Bar­dzo cenię pań­ską pomoc – powie­dział Sylve­ste i zaraz się zorien­to­wał, że musi coś dodać. – Jestem wdzięczny, że pan został ze mną i nie poszedł za Sluką.

– Wybór nie był trudny. Nie wszy­scy pod­wa­żają pań­skie hipo­tezy.

Sylve­ste spoj­rzał na obe­lisk.

– Nawet te dzi­waczne?

– Uwa­żamy, że przy­naj­mniej powinno się je spraw­dzić. Prze­cież zro­zu­mie­nie tego, co tu zaszło, leży w inte­re­sie kolo­nii.

– Cho­dzi panu o Wyda­rze­nie?

Stu­dent ski­nął głową.

– Jeśli rze­czy­wi­ście Ama­ran­tini to spo­wo­do­wali… i jeśli rze­czy­wi­ście zbie­gło się to u nich z poja­wia­niem się moż­li­wo­ści lotów kosmicz­nych… wów­czas ma to zna­cze­nie nie tylko czy­sto teo­re­tyczne.

– Nie lubię okre­śle­nia „czy­sto teo­re­tyczne”. To tak, jakby inne kate­go­rie były auto­ma­tycz­nie bar­dziej war­to­ściowe. Ale ma pan rację. Musimy wie­dzieć.

Pas­cale pode­szła bli­żej.

– Co mia­no­wi­cie wie­dzieć?

– Co takiego zro­bili, że ich słońce ich zabiło. – Sylve­ste odwró­cił się i spoj­rzał jej w twarz, przy­szpi­la­jąc ją ponadwy­mia­ro­wymi srebr­nymi faset­kami swych sztucz­nych oczu. – Byśmy w końcu nie popeł­nili tego samego błędu.

– Sądzisz, że to był wypa­dek?

– Podej­rze­nie, że zro­bili to spe­cjal­nie, wydaje mi się wielce nie­praw­do­po­dobne.

– Zdaję sobie z tego sprawę. – Trak­to­wał ją z góry. Wie­dział, że tego nie zno­siła. Sam sie­bie nie zno­sił za to, że tak postę­po­wał. – Wiem rów­nież, że obcy z epoki kamien­nej nie mieli środ­ków, by wpły­nąć na zacho­wa­nie swej gwiazdy, czy przez przy­pa­dek, czy w inny spo­sób.

– Ta cywi­li­za­cja była na wyż­szym eta­pie roz­woju – stwier­dził Sylve­ste. – Wiemy, że wyna­leźli koło i proch, posia­dali szcząt­kową wie­dzę w dzie­dzi­nie optyki i inte­re­so­wali się zasto­so­wa­niem astro­no­mii w rol­nic­twie. Z podob­nego etapu roz­woju ludz­kość zale­d­wie w ciągu pię­ciu wie­ków doszła do ery lotów kosmicz­nych. Zało­że­nie, że inne gatunki nie potra­fi­łyby tego doko­nać, świad­czy­łoby o uprze­dze­niach raso­wych.

– Ale gdzie są dowody? – Pas­cale wstała i strzą­snęła z płasz­cza strużki osia­da­ją­cego pyłu. – Wiem, co powiesz: nie prze­trwały żadne arte­fakty zaawan­so­wa­nej tech­niki, ponie­waż z natury były mniej trwałe od wcze­śniej­szych wytwo­rów. Ale nawet gdyby się zna­la­zły mate­rialne dowody, co by to zmie­niło? Nawet Hybry­dowcy nie maj­strują w gwiaz­dach, a oni są znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wani niż reszta ludz­ko­ści, włącz­nie z nami.

– Wiem. Wła­śnie to mnie nie­po­koi.

– A co mówi ten napis?

Sylve­ste wes­tchnął i znów spoj­rzał na inskryp­cję. Miał nadzieję, że gdy ode­rwie wzrok od obe­li­sku, umoż­liwi swej pod­świa­do­mo­ści pracę nad tek­stem i w pew­nej chwili jego zna­cze­nie wyłoni się nagle przed nim w całej jasno­ści, jak odpo­wiedź na jeden z tych psy­cho­lo­gicz­nych pro­ble­mów, które posta­wiono przed misją do Całun­ni­ków. Ale olśnie­nie upar­cie nie nad­cho­dziło – znaki cią­gle nie pod­da­wały się inter­pre­ta­cji. A może moje ocze­ki­wa­nia są fał­szywe? – pomy­ślał Sylve­ste. Liczył na nagłe obja­wie­nie, które potwier­dzi jego idee, jak­kol­wiek były prze­ra­ża­jące.

Jed­nakże inskryp­cja upa­mięt­niała tylko wyda­rze­nie, które zaszło w tym miej­scu; być może miało ono wiel­kie zna­cze­nie w histo­rii Ama­ran­ti­nów, ale skon­fron­to­wane z ocze­ki­wa­niami Sylve­ste’a było nad­zwy­czaj pro­win­cjo­nalne. Dla cał­ko­wi­tej pew­no­ści nale­żało jesz­cze prze­pro­wa­dzić pełną ana­lizę kom­pu­te­rową, a poza tym odsło­nięto zale­d­wie górny, metrowy frag­ment tek­stu, Sylve­ste jed­nak już czuł przy­tła­cza­jące roz­cza­ro­wa­nie. Bez względu na to, co przed­sta­wiał ten obe­lisk, dla Sylve­ste’a prze­stał być inte­re­su­jący.

– Coś się tu wyda­rzyło – stwier­dził Sylve­ste. – Może miała miej­sce jakaś bitwa albo poja­wił się bóg? A to jest tylko kamień, który to miej­sce zazna­cza? Dowiemy się wię­cej, gdy odko­piemy go w cało­ści i okre­ślimy datę war­stwy kon­tek­sto­wej. Możemy rów­nież zba­dać wiek samego arte­faktu.

– Nie tego szu­ka­łeś, prawda?

– Przez chwilę wyda­wało mi się, że to może to. – Sylve­ste spoj­rzał w dół na naj­niż­szy odsło­nięty frag­ment obe­li­sku.

Napis koń­czył się kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów powy­żej odsło­nię­tego poziomu, a poni­żej zaczy­nało się coś i bie­gło w dół, zni­ka­jąc z oczu. Pew­nego rodzaju dia­gram – Sylve­ste widział wyła­nia­jące się łuki kilku kon­cen­trycz­nych krę­gów. I to wszystko. Co to było?

Sylve­ste nie mógł i nawet nie pró­bo­wał zga­dy­wać. Burza się nasi­lała. Znik­nęły gwiazdy – prze­sła­nia­jąca wszystko płachta pyłu łopo­tała w górze jak skrzy­dło wiel­kiego nie­to­pe­rza. Kiedy wyjdą z szybu, znajdą się w pie­kle.

– Daj­cie mi coś do kopa­nia – powie­dział.

I zaczął skro­bać wieczną zmar­z­linę wokół naj­wyż­szej war­stwy sar­ko­fagu niczym wię­zień, który do świtu chce wyko­pać tunel ze swo­jej celi. Po paru chwi­lach Pas­cale i stu­dent dołą­czyli do niego. Nad ich gło­wami wyła burza.

***

– Nie­wiele pamię­tam – powie­dział kapi­tan. – Cią­gle jeste­śmy w pobliżu Głą­biela?

– Nie. – Volyova usi­ło­wała nie zdra­dzić się z tym, że mówiła mu to już kil­ka­na­ście razy, zawsze, gdy roz­grze­wała jego mózg. – Opu­ści­li­śmy Kru­ger 60A kilka lat temu, gdy Hegazi wyne­go­cjo­wał dla nas potrzebny nam lód do tar­czy.

– Aha. Więc gdzie jeste­śmy?

– Lecimy w kie­runku Yel­low­stone.

– Dla­czego?

Bas kapi­tana wydo­by­wał się z gło­śni­ków umiesz­czo­nych w pew­nej odle­gło­ści od jego ciała. Skom­pli­ko­wane algo­rytmy ska­no­wały mu mózg i prze­ka­zy­wały wynik w postaci mowy, kle­cąc odpo­wie­dzi, gdy było to konieczne. Kapi­tan w ogóle nie miał rze­czy­wi­stego prawa być świa­do­mym, cała neu­ro­nowa aktyw­ność powinna była się zakoń­czyć, gdy tem­pe­ra­tura rdze­nia spa­dła poni­żej tem­pe­ra­tury zama­rza­nia. Ale jego mózg prze­ni­kała siatka maleń­kich maszyn i w pew­nym sen­sie te maszyny teraz myślały, choć robiły to w tem­pe­ra­tu­rze mniej­szej niż pół kel­wina powy­żej zera bez­względ­nego.

– Słuszne pyta­nie – odparła. Teraz nie­po­ko­iło ją coś wię­cej niż tylko ta roz­mowa. – Lecimy na Yel­low­stone, bo…

– Tak?

– Sajaki sądzi, że jest tam czło­wiek, który może ci pomóc.

Kapi­tan zasta­na­wiał się. Volyova miała na bran­so­le­cie mapę jego mózgu, widziała na niej wijące się kolory niczym armie połą­czone na polu bitwy.

– Na pewno cho­dzi o Calvina Sylve­ste’a.

– Calvin Sylve­ste nie żyje.

– W takim razie ten drugi, Dan Sylve­ste. To jego szuka Sajaki?

– Nie wyobra­żam sobie, żeby to był ktoś inny.

– Nie przyj­dzie dobro­wol­nie. Ostat­nio nie chciał się zgo­dzić.

Zapa­dła cisza. Kwan­towe fluk­tu­acje tem­pe­ra­tury na pewien czas prze­su­nęły kapi­tana z powro­tem w stan poni­żej świa­do­mo­ści. Wresz­cie powie­dział:

– Sajaki musi zda­wać sobie z tego sprawę.

– Jestem pewna, że roz­wa­żył wszyst­kie moż­li­wo­ści. – Volyova powie­działa to tonem suge­ru­ją­cym, że jest pewna wszyst­kiego, ale aku­rat tego nie.

Powinna jed­nak wyka­zać ostroż­ność w wypo­wie­dziach o innym Trium­wi­rze. Sajaki zawsze był naj­bliż­szym asy­sten­tem kapi­tana. Prze­szli razem długą drogę, dawno temu, zanim jesz­cze Volyova stała się człon­kiem załogi. O ile wie­działa, nikt – z Saja­kim włącz­nie – ni­gdy nie roz­ma­wiał z kapi­ta­nem, nikt nawet nie wie­dział, że jest taka moż­li­wość. Podej­mo­wa­nie ryzyka nie miało jed­nak sensu, nawet uwzględ­nia­jąc zawodną pamięć kapi­tana.

– Coś cię nie­po­koi, Ilio. Zawsze mogłaś powie­rzyć mi tajem­nicę. Cho­dzi o Sylve­ste’a?

– O coś bar­dziej lokal­nego.

– A więc coś na statku?

Volyova wie­działa, że ni­gdy cał­ko­wi­cie się do tego nie przy­zwy­czai, ale w ostat­nich tygo­dniach odwie­dziny u kapi­tana zaczęły nabie­rać posmaku nor­mal­no­ści. Tak jakby odwie­dza­nie krio­ge­nicz­nie schło­dzo­nego ciała, zaata­ko­wa­nego przez spo­wol­nioną, lecz poten­cjal­nie wszech­ogar­nia­jącą zarazę, było tylko jed­nym z nie­przy­jem­nych, choć koniecz­nych ele­men­tów życia. Coś, co od czasu do czasu każdy musi robić. Posu­nęła ich rela­cje o krok dalej, omal zapo­mniała o tym, że ryzy­kowne jest wyra­ża­nie nie­uf­no­ści w sto­sunku do Saja­kiego.

– Cho­dzi o cen­tralę uzbro­je­nia – powie­działa. – Pamię­tasz ją, prawda? Pomiesz­cze­nie, z któ­rego można ste­ro­wać bro­nią kaza­ma­tową?

– Chyba pamię­tam. A o co cho­dzi?

– Szko­li­łam rekruta na sta­no­wi­sko zbroj­mi­strza. Miał zaj­mo­wać fotel w cen­trali i przez implanty ner­wowe komu­ni­ko­wać się bez­po­śred­nio z bro­nią kaza­ma­tową.

– Co to za rekrut?

– Nazywa się Borys Nagorny. Nie, ni­gdy go nie spo­tka­łeś. Dopiero ostat­nio zna­lazł się na statku i w miarę moż­li­wo­ści sta­ra­łam się izo­lo­wać go od innych. Z oczy­wi­stych powo­dów ni­gdy bym go tu nie przy­pro­wa­dziła. – Cho­dziło mia­no­wi­cie o to, że zaka­że­nie kapi­tana mogłoby prze­nieść się na implanty Nagor­nego, gdyby obaj zna­leźli się zbyt bli­sko sie­bie. Volyova wes­tchnęła. Docho­dziła teraz do sedna swych zwie­rzeń. – Nagorny zawsze był tro­chę psy­chicz­nie nie­sta­bilny, kapi­ta­nie. Pod wie­loma wzglę­dami to nie­mal psy­cho­pata, był dla mnie bar­dziej uży­teczny niż ktoś cał­ko­wi­cie zdrowy – przy­naj­mniej tak mi się wtedy wyda­wało. Ale nie doce­ni­łam stop­nia psy­chozy Nagor­nego.

– Pogor­szyło mu się?

– Zaczęło się to wkrótce po tym, jak wsz­cze­pi­łam mu implanty i pozwo­li­łam na pod­łą­cze­nie się do cen­trali. Zaczął się skar­żyć na kosz­mary nocne. Bar­dzo dokucz­liwe.

– Nie­szczę­sny bie­dak.

Volyova zro­zu­miała. To, czego doświad­czył kapi­tan – i na­dal doświad­czał – powo­do­wało, że kosz­mary innych ludzi wyda­wały się naprawdę łagod­nymi fan­ta­sma­go­riami. Czy czuł ból, czy nie, tego nie dało się roz­strzy­gnąć. Cóż jed­nak zna­czy ból w porów­na­niu ze świa­do­mo­ścią, że zjada nas żyw­cem – a rów­no­cze­śnie trans­for­muje – coś nie­sa­mo­wi­cie obcego?

– Nie wyobra­żam sobie, na czym pole­gają te kosz­mary – odparła Volyova. – Wiem jedy­nie, że dla Nagor­nego, który już i tak miał dość sza­le­ją­cych kosz­ma­rów w gło­wie, to było za wiele.

– Więc co zro­bi­łaś?

– Wszystko zmie­ni­łam, cały inter­fejs cen­trali, nawet implanty w jego gło­wie. Nic nie pomo­gło. Kosz­mary na­dal trwały.

– Jesteś pewna, że mają coś wspól­nego z cen­tralą?

– Począt­kowo odrzu­ci­łam tę myśl, ale wystą­piła wyraźna kore­la­cja z sesjami, gdy sie­dział w fotelu. – Zapa­liła kolej­nego papie­rosa; poma­rań­czowy koniu­szek – jedyna odro­binę cie­pła rzecz w pobliżu kapi­tana. Wyło­wie­nie nowej paczki papie­ro­sów zali­czała do nie­licz­nych rado­snych momen­tów w ciągu ostat­nich tygo­dni. – Więc znowu zmie­ni­łam sys­tem i znowu nic nie pomo­gło. Jeśli coś się zmie­niło, to tylko na gor­sze. – Urwała. – Wtedy powie­dzia­łam Saja­kiemu o swo­ich pro­ble­mach.

– A co on na to?

– Że powin­nam prze­rwać eks­pe­ry­menty, przy­naj­mniej do czasu przy­by­cia w pobliże Yel­low­stone. Umie­ścić Nagor­nego na kilka lat w chłod­nym śnie i prze­ko­nać się, czy to nie wyle­czy jego psy­chozy. Mogłam na­dal maj­stro­wać przy cen­trali, ale już wię­cej nie sadzać Nagor­nego w fotelu.

– Rada wydaje mi się bar­dzo roz­sądna. Ale ty naj­wi­docz­niej się do niej nie zasto­so­wa­łaś?

Ski­nęła głową – para­dok­sal­nie poczuła ulgę, że kapi­tan odkrył jej prze­stęp­stwo i nie musiała przy­zna­wać się sama.

– Obu­dzi­łam się rok wcze­śniej niż inni – powie­działa. – Aby mieć czas na nad­zo­ro­wa­nie sys­temu i spraw­dza­nie, co się dzieje z tobą. Robi­łam to przez kilka mie­sięcy. Aż posta­no­wi­łam obu­dzić rów­nież Nagor­nego.

– Nowe eks­pe­ry­menty?

– Tak. Do przed­wczo­raj. – Wysy­sała papie­rosa.

– Pyta­nie cie­bie to jak rwa­nie zębów, Ilia. Więc co stało się wczo­raj?

– Nagorny znik­nął. – Wresz­cie to powie­działa. – Miał wyjąt­kowo ostry nawrót i pró­bo­wał mnie zaata­ko­wać. Bro­ni­łam się, ale uciekł. Jest gdzieś na statku. Nie mam poję­cia gdzie.

Kapi­tan roz­wa­żał to przez dłuż­szą chwilę. Volyova mogła się domy­ślić, jak rozu­mo­wał. Na tym wiel­kim statku ist­niały rejony, w któ­rych niczego nie dało się wyśle­dzić, gdzie czuj­niki dawno prze­stały dzia­łać. A jesz­cze trud­niej było zna­leźć kogoś, kto się tam ukry­wał.

– Musisz go odszu­kać – stwier­dził kapi­tan. – Nie może sobie swo­bod­nie buszo­wać, gdy Sajaki i inni się obu­dzą.

– A co potem?

– Praw­do­po­dob­nie będziesz musiała go zabić. Zrób to czy­sto, a potem włóż z powro­tem jego ciało do chłodni i tak pomaj­struj, by jed­nostka się zepsuła.

– Upo­zo­ro­wać wypa­dek?

– Tak. – Jak zwy­kle twarz kapi­tana, oglą­dana przez tru­mienne okienko, była pozba­wiona wyrazu. Rysy jego twa­rzy miały tę samą ruchli­wość co rysy rzeźby.

Zapro­po­no­wał dobre roz­wią­za­nie – nie wpa­dła na to zajęta sed­nem pro­blemu. Do tej pory bała się wszel­kiej kon­fron­ta­cji z Nagor­nym, ponie­waż mogła być zmu­szona go zabić. Nie­ak­cep­to­walny roz­wój wypad­ków, ale jak zwy­kle wszyst­kie wypadki są do zaak­cep­to­wa­nia, jeśli spoj­rzeć na nie w odpo­wiedni spo­sób.

– Dzię­kuję, kapi­ta­nie – rze­kła. – Byłeś bar­dzo pomocny. Teraz, jeśli pozwo­lisz, znów cię zamrożę.

– Ale wró­cisz? Ilia, tak bar­dzo lubię nasze roz­mowy.

– Za nic w świe­cie bym ich nie opu­ściła – odparła, po czym kazała swej bran­so­le­cie obni­żyć tem­pe­ra­turę jego mózgu o pięć­dzie­siąt mili­kel­wi­nów, co zepchnie go do bez­sen­nego, pozba­wio­nego myśli zapo­mnie­nia. Przy­naj­mniej miała taką nadzieję.

W ciszy wypa­liła papie­rosa. Potem odwró­ciła wzrok od kapi­tana i spoj­rzała w ciemny zakrę­ca­jący kory­tarz. Gdzieś tam, w zaka­mar­kach statku cze­kał Nagorny, żywiąc do niej głę­boką urazę. Sam był teraz chory – chory na głowę.

Jak pies, któ­rego trzeba uśpić.

***

– Chyba wiem, co to jest – powie­dział Sylve­ste, gdy ostatni kamienny blok został usu­nięty z osłony obe­li­sku i uka­zały się górne dwa metry obiektu.

– Co?

– To mapa układu Pawia.

– Coś mi mówi, że już przed­tem się tego domy­śla­łeś – rze­kła Pas­cale.

Mru­żyła oczy, przy­glą­da­jąc się przez gogle skom­pli­ko­wa­nemu moty­wowi: dwóm lekko zacho­dzą­cym na sie­bie gru­pom kon­cen­trycz­nych okrę­gów. Połą­czone ste­reo­sko­powo sta­wały się jedną grupą zawie­szoną w pew­nej odle­gło­ści nad powierzch­nią obsy­dianu. Były to orbity pla­net, bez wąt­pie­nia. Słońce Delty Pawia leżało w cen­trum, zazna­czone odpo­wied­nim ama­ran­tiń­skim gli­fem, przy­po­mi­na­ją­cym wize­ru­nek pię­cio­ra­mien­nej gwiazdy. Potem nastę­po­wały orbity – z pra­wi­dłowo odda­nymi wiel­ko­ściami względ­nymi – głów­nych ciał układu; Resur­gam zazna­czono ama­ran­tiń­skim sym­bo­lem świata. Jeśli ktoś by sądził, że to przy­pad­kowy zbiór okrę­gów, wąt­pli­wo­ści roz­wie­wały sta­ran­nie zazna­czone księ­życe głów­nych pla­net.

– Podej­rze­wa­łem to – powie­dział Sylve­ste.

Był zmę­czony, ale z pew­no­ścią opła­ciły się cało­nocna praca i ryzyko. Wyko­pa­nie dru­giego metra obe­li­sku zajęło im znacz­nie wię­cej czasu niż wydo­by­cie pierw­szego. Burza przy­po­mi­nała cza­sami szwa­dron wrzesz­czą­cych zjaw tuż przed zada­niem śmierci. Ale – jak już zda­rzało się wcze­śniej i zapewne będzie powta­rzać w przy­szło­ści – burza nie osią­gnęła impetu, jaki prze­wi­dy­wał Cuvier. Minął już naj­groź­niej­szy moment i choć smugi pyłu na­dal powie­wały na nie­bie jak ciemne sztan­dary, różowy świt stop­niowo prze­pę­dzał noc. Zatem mimo wszystko prze­żyli.

– Ale to nic nie zmie­nia – stwier­dziła Pas­cale. – Zawsze wie­dzie­li­śmy, że oni mieli astro­no­mię. To tylko poka­zuje, że na pew­nym eta­pie odkryli sys­tem helio­cen­tryczny.

– To zna­czy coś wię­cej – powie­dział Sylve­ste ostroż­nie. – Nie wszyst­kie te pla­nety są widzialne gołym okiem, nawet jeśli się uwzględni fizjo­lo­gię Ama­ran­ti­nów.

– Zatem uży­wali tele­sko­pów.

– Nie tak dawno okre­śli­łaś ich jako obcych z epoki kamien­nej. A teraz jesteś skłonna przy­znać, że potra­fili budo­wać tele­skopy.

Pomy­ślał, że chyba się uśmiech­nęła, ale gdy miała na twa­rzy maskę do oddy­cha­nia, trudno było stwier­dzić to z całą pew­no­ścią. Spoj­rzała w niebo. Coś prze­mknęło nad bel­kami osza­lo­wa­nia – jasny del­toid sunął pod war­stwą pyłu.

– Chyba ktoś tu jest – zauwa­żyła Pas­cale.

Weszli szybko po dra­bi­nie, bez tchu dotarli na górę. Choć wiatr osłabł w porów­na­niu z siłą sprzed kilku godzin, na­dal z trud­no­ścią się prze­dzie­rali. Wyko­pa­li­sko zostało znisz­czone, reflek­tory i gra­wi­to­me­try były prze­wró­cone i poła­mane, wszę­dzie walał się sprzęt.

W górze uno­sił się samo­lot, zmie­niał kurs, szu­ka­jąc miej­sca do lądo­wa­nia. Sylve­ste natych­miast roz­po­znał, że to jedna z maszyn z Cuvier – Man­tell nie dys­po­no­wał samo­lotami. Na Resur­ga­mie bra­ko­wało samo­lotów, jedy­nych środ­ków trans­portu umoż­li­wia­ją­cych poko­na­nie odle­gło­ści kil­ku­set kilo­me­trów. Wszyst­kie funk­cjo­nu­jące teraz samo­loty zostały wytwo­rzone w pierw­szych dniach ist­nie­nia kolo­nii przez ser­wi­tory, które korzy­stały z miej­sco­wych surow­ców. Ale ser­wi­tory kon­struk­cyjne zostały znisz­czone lub skra­dzione pod­czas buntu i w kon­se­kwen­cji arte­fakty, które po sobie pozo­sta­wiły, były bez­cenne dla kolo­nii. Po mniej­szych wypad­kach samo­loty same się napra­wiały, ni­gdy też nie wyma­gały kon­ser­wa­cji, ale mogły je znisz­czyć sabo­taż lub czy­jaś nie­roz­waga. W ciągu minio­nych lat liczba lata­ją­cych maszyn wciąż się zmniej­szała.

Del­toid raził w oczy – spodnia strona skrzy­deł była pokryta tysią­cami ele­men­tów ciepl­nych, które żarzyły się biało, gene­ru­jąc wzno­sze­nie ter­malne. Dla algo­ryt­mów Calvina kon­trast był zbyt wielki.

– Kto to? – spy­tał stu­dent.

– Też chciał­bym wie­dzieć – odparł Sylve­ste.

Nie wpra­wiał go w entu­zjazm fakt, że samo­lot pocho­dził z Cuvier. Obser­wo­wał, jak maszyna opada, rzu­ca­jąc ostre cie­nie na zie­mię, po czym pro­mie­nio­wa­nie ele­men­tów grzej­nych osu­nęło się w dół widma i samo­lot osiadł na pło­zach. Po chwili wysu­nęła się rampa i z samo­lotu wyszła grupa postaci. Oczy Sylve­ste’a prze­rzu­ciły się na pod­czer­wień – teraz wyraź­nie zoba­czył, że posta­cie kie­rują się w jego stronę. Widział ciemne ubra­nia, maski do oddy­cha­nia na twa­rzach, ponadto hełmy i przy­pi­nane pan­ce­rze z roz­bły­skami insy­gniów Admi­ni­stra­cji, czyli naj­bliż­szego w kolo­nii odpo­wied­nika zbroj­nej mili­cji. Dodat­kowo przy­by­sze mieli coś w dło­niach: dłu­gie, groź­nie wyglą­da­jące, obu­ręczne kara­biny z reflek­to­rem pod każdą lufą.

– Nie wygląda to dobrze – stwier­dziła Pas­cale rze­czowo.

Oddział zatrzy­mał się kilka metrów od nich.

– Dok­tor Sylve­ste? – Usły­szał głos zagłu­szony nieco przez silny wiatr. – Mam złe wia­do­mo­ści, pro­szę pana.

Niczego innego się nie spo­dzie­wał.

– Jakie?

– Cho­dzi o ten drugi peł­zacz, który wyje­chał wcze­śniej, wczo­raj wie­czo­rem.

– Co się z nim stało?

– Nie dotarł do Man­tell. Zna­leź­li­śmy go. Nad prze­pa­ścią zgro­ma­dził się pył i osu­nęła się zie­mia. Nie mieli szans.

– A Sluka?

– Wszy­scy zgi­nęli, pro­szę pana. – Czło­wiek Admi­ni­stra­cji wyglą­dał w masce do oddy­cha­nia jak bóg-słoń. – Współ­czuję. To szczę­ście, że nie wra­ca­li­ście wszy­scy razem.

– To wię­cej niż szczę­ście – odparł Sylve­ste.

– Pro­szę pana, jesz­cze jedno. – Straż­nik moc­niej zaci­snął dło­nie na kara­bi­nie, raczej zwra­ca­jąc uwagę na to, że ma broń, niż rze­czy­wi­ście celu­jąc. – Jest pan aresz­to­wany.

***

Chra­pliwy głos K.C. Nga wypeł­niał kok­pit wago­nika jak brzę­cze­nie schwy­ta­nej w pudełko osy.

– Zasma­ko­wała pani w tym? W naszym pięk­nym mie­ście?

– A ty skąd to możesz wie­dzieć? – rze­kła Kho­uri. – Kiedy po raz ostatni wysze­dłeś z tego cho­ler­nego pudełka, Case? Żadna żywa istota tego nie pamięta.