38,90 zł
Dramatyczna podróż dwóch silnych kobiet, które wyruszają na poszukiwanie miłości, szczęścia i niezależności
Jest rok 1815, a młoda wdowa Arabella Öhrnmarck wraca do Sztokholmu. Po pozbawionym miłości małżeństwie na prowincji, z radością oczekuje powrotu do barwnego życia towarzyskiego w wielkim mieście.
W Sztokholmie Arabella spotyka upartą pannę z arystokracji, Nellę Ridderlöw, która ma dość tego, co szlachta uważa za stosowne dla niezamężnej kobiety – i jest gotowa walczyć o swoje ideały.
Arabella i Nella wspólnie wyruszają na poszukiwanie miłości. Ale jak młoda kobieta ma postępować zgodnie z moralnością epoki, jeśli jest zakochana? I co jeśli zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie?
Drugi tom porywającej i romantycznej serii „Imperium jedwabiu”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 408
Kuninkaantie, wrzesień 1815
Żałobna woalka była czarna, zrobiona z tiulu i przymocowana z przodu do kapelusza, malusieńkie oka siatkowego materiału dzieliły pole widzenia na niezliczone części. Wdowa Arabella Öhrnmarck widziała mimo to dokładnie z powozu typu barouche wyposażonego w składany baldachim, jak trumna z ciałem jej męża przesuwa się powoli w żałobnym orszaku w stronę kościoła w Espoo. Podłużna powleczona błyszczącym lakierem drewniana skrzynia położona na drogiej bryczce ciągniętej przez sześć koni stanowiła centralny punkt smutnego, spokojnego konduktu. Z tyłu przymocowano tabliczkę z wygrawerowanym nazwiskiem nieboszczyka obramowanym wymalowanymi liśćmi.
Kobietę oceniano przez pryzmat męża. To, kim była, nie miało znaczenia, liczyli się wyłącznie jej ojciec, bracia lub mąż. Tę okoliczność Arabella uświadomiła sobie dogłębnie w ciągu ostatnich czterech lat. Począwszy od dnia, w którym pięćdziesięcioletniego zamożnego Mauritza Öhrnmarcka połączono małżeńskim węzłem z dwudziestodwuletnią panną. Ówczesny narzeczony Arabelli był bogatym generałem, a raczej generałem-majorem w szwedzkim wojsku oraz jednym z doradców byłego władcy kraju, zanim przeszedł szczęśliwie na emeryturę i zamieszkał w kupionym przez siebie zamku położonym na terenie Wielkiego Księstwa Finlandii.
Kobieta z kamienną miną ściskała ciemną obszytą koronką chusteczkę do nosa, siedząc na ławce w powozie wyprostowana, wdzięcznie. Jeśli w trakcie małżeństwa czegoś się nauczyła, to właśnie tego, jak dama z wyższych sfer powinna się zachowywać. Zawsze z opanowaniem, zawsze z nienaganną elegancją.
– Taka młoda wdowa – szeptali ludzie wokół.
– Aż serce ściska – dodawali niektórzy.
– Została sama na świecie – uzupełniali inni.
Orszak wyruszył dwie godziny wcześniej w mierzącą około kilku wiorst drogę z siedziby zmarłego, z Czarnej Zatoki, zamku znajdującego się na ziemiach między Kaukalaksi a Kirkkonummi, skąd dotarł na pocztowy szlak, Drogę Królewską, łączącą Bergen w Norwegii i Petersburg w Rosji. Tę trasę odgradzającą południową część Finlandii od reszty kraju, wiodącą z Zachodu na Wschód zwano Wielkim Szlakiem Nadbrzeżnym.
W powoli posuwających się wozach orszaku siedzieli mieszkający w okolicy szlachetni panowie, którzy otrzymali dostarczone przez kuriera obramowane czarnymi obwódkami zaproszenia na żałobną uroczystość. Oprócz nich przybyły też znane osobistości z nowej stolicy kraju, Helsinek, oraz z Turku, drugiego co do wielkości miasta. Pochlipywania żon, sióstr i córek unosiły się w powietrzu niczym dyskretny szmer przenikający otwarte okna powozów. Szwedzcy oficerowie w pełnym umundurowaniu jechali na koniach w takt głuchych uderzeń bębnów, a oprócz nich maszerowali obok żołnierze trzymający na ramionach strzelby z bagnetami. Oddział ten został wysłany przez znajomych generała Öhrnmarcka, którzy zdobyli na to specjalne zezwolenie, chcąc w ten sposób oddać zmarłemu cześć w imieniu sąsiedniego kraju. Dzięki sprzyjającym wiatrom żołnierze zdążyli na pogrzeb w ostatniej chwili.
Złożenie do grobu odbywało się zazwyczaj szybko, w ciągu tygodnia, w przeciwieństwie do pochówków z okresu panowania króla szwedzkiego, kiedy to organizowano monumentalne, trwające wiele dni uroczystości. Jednak ostatnia podróż arystokraty była nadal ważnym wydarzeniem, wyrazem respektu, jakim darzono nieboszczyka, a także świadczyła o znaczeniu i pozycji rodu.
Orszak minął żółty budynek pijalni wody źródlanej w Espoo i dom studniarza, zbudowany z bali spichlerz oraz wiatę dla bydła. Ludzie przybywali tu aż spod fortecy Suomenlinna, a nawet z dalszych okolic, żeby zakosztować lokalnej, żelazistej i uważanej za dającą zdrowie wody. Przy drodze zebrali się biedacy, żeby popatrzeć na mijający ich kondukt, a na ich twarzach malowały się pełne szacunku poważne miny. Byli to mieszkańcy wsi, w której znajdował się kościół, a także inni ludzie mieszkający w tej dwutysięcznej parafii. Tu i ówdzie rozlegały się przypadkowe, szybko uciszane komentarze:
– Biedna kobieta! Nie miała dobrego męża, chociaż w swoich kręgach był lubiany.
– Co też arystokrata wie o prawdziwym życiu.
– Żaden mający rozum człowiek nawet się nie zbliży do zamku Czarna Zatoka.
– Ostatnie miejsce, do którego jakikolwiek służący chciałby trafić.
Pochód dotarł na kościelne wzgórze. W dolinie obok świątyni wiła się rzeka. Wokół stajni położonych w Górnym i Dolnym Kirkkonummi stały czerwone chaty chłostane bezlitośnie deszczem. W dali rysowało się nieruchome podczas tej bezwietrznej mokrej pogody, otulone łagodną mgłą jezioro Kirkkojärvi. Przed przybyszami wznosiła się sylwetka spadzistego kościoła zbudowanego w średniowieczu z twardego szarego kamienia.
Orszak wszedł do środka, żałobnicy usiedli w ławkach i pastor rozpoczął uroczystość. Wzrok Arabelli wędrował powoli po pobielonych wapnem ścianach. Dawniej zdobiły je piękne malowidła, które przekazywały słowo Boże niepotrafiącym w większości czytać ludziom. Wdowa przyglądała się uroczyście przystrojonej ambonie z zadaszeniem i wnętrzu skromnej trójnawowej świątyni. W powietrzu unosił się wyraźny zapach woskowych świec i kamienia, przez okna docierało skąpe światło wrześniowego dnia. Organista zamiast organów miał do dyspozycji fortepian, na którym wygrywał smutne melodie, rozchodzące się dźwięcznie jedna po drugiej w wysokim budynku.
Pastor wyrecytował ostatnie wersy ze swojego notatnika i zamknął go. Trumna wprowadzona do środka na katafalku wyposażonym w kółka została przewieziona przez pilnujących ją oficerów na miejsce pochówku, gdzie uroczystość miała się zakończyć. Duchowny stanął obok głębokiego dołu w ziemi, a wtedy podążający za nim goście także się zatrzymali. Potem przeszedł na drugi koniec trumny.
– Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.
Nasypał na trumnę piasku, formując znak krzyża.
Arabella odwróciła głowę.
Wreszcie nadszedł czas złożenia ciała do grobu. Pastor dał znać oficerom. Stojący przy trumnie żołnierze, po trzech z każdej strony, założyli sznury pod spód skrzyni, podnieśli chyboczący się ciężar i przesunęli nad prostokątny otwór. Dźwigający opuszczali go powoli, wyciągając sznury cal po calu, aż dno opadło na twardą ziemię, a następnie je zwinęli. Cofnęli się, pomilczeli przez chwilę z opuszczonymi głowami, obrócili się i pokłonili Arabelli.
– I rzekł jej Jezus: Jam jest zmartwychwstanie i żywot…1
Słowa wypowiedziane przez duchownego dźwięczały w ciszy zalegającej nad cmentarzem.
Stojący w rzędzie żołnierze wysunęli się do przodu. Powietrze przeciął okrzyk rozkazów i wojskowi ustawili się jak jeden mąż ukośnie po prawej stronie, podnieśli strzelby, załadowali je i skierowali lufy do góry. Poruszali się niezwykle precyzyjnie dzięki rygorystycznie wykonywanym ćwiczeniom.
– Ognia! – Krzyk rozniósł się we mgle.
Czynności te powtórzono kilkukrotnie.
Arabella wzdrygała się przy każdej salwie honorowej, miała wrażenie, że kule przeszywają jej ciało. Stado ptaków zleciało z pobliskiego drzewa, trzepocząc skrzydłami i protestując przeciwko hałasowi. Echo głośnych dźwięków toczyło się nad polami, odbijało od dalekich skał i wracało na poświęconą ziemię. W powietrzu czuć było zapach prochu.
Trumna została przykryta ziemią, a orszak wrócił do zamku Czarna Zatoka. Potężny budynek, który niezmiennie dominował nad okolicą, stał pośrodku gęstej mgły jak spowity bandażami. Kawa, wino i piwo lały się strumieniami. Stoły uginały się pod ciężarem obwarzanków z szafranem, rozmaitych ciastek oraz innych sycących przekąsek. Żałobnicy ustawiali się w długi rząd i zatrzymywali przed Arabellą.
– Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
– Moje szczere kondolencje. Generał Öhrnmarck był honorowym człowiekiem.
– Odegrał ważną rolę podczas wojny rosyjsko-szwedzkiej.
Generałowa kiwała głową, ściskała dłonie i przyjmowała poklepywania po plecach, słuchała wypowiadanych cichym głosem słów. Mroźny wiatr przenikał jej serce. Cieszyła się, że założyła kapelusz z woalką, ponieważ cieniutki jak tchnienie tiul ukrywał fakt, że młoda wdowa nie uroniła dotąd ani jednej łzy.
1. J 11:25, Biblia Gdańska, Ewangelia Jana 11:25-26, PBG [wróć]
Zamek Czarna Zatoka, wrzesień 1816
W Jedwabnym Salonie panowała niemal całkowita ciemność, którą rozpraszało jedynie pięć zapalonych świec umieszczonych w stojącym na podłodze starodawnym, wieloramiennym kandelabrze. Pokój wziął swoją nazwę od drogich burgundowych tapet na ścianach. Arabella siedziała pośrodku na jedynym fotelu przed portretem namalowanym w ponurych kolorach. Minione miesiące jawiły się jej jak niewyraźne wspomnienia oczekiwania na koniec ustanowionej prawem żałoby. W przypadku kobiety trwała ona rok, a mężczyzny – pół roku. W czasie głębokiej żałoby wkładano tylko czarne i białe ubrania; połowiczna żałoba pozwalała na stonowane stroje – szare, fioletowe i lawendowe. Dotyczyło to całej garderoby, także peleryn, szlafroka oraz dodatków, takich jak kapelusze i rękawiczki.
Nagłe odejście generała Öhrnmarcka – mężczyzna nie pozwalał, żeby zwracała się do niego po imieniu – sparaliżowało jej zdolność do działania. Nie chciała nic robić ani nikogo widywać. Dopełniała jedynie niektórych towarzyskich obowiązków: składała pojedyncze wizyty w domach szlachty mieszkającej w niezbyt gęsto zaludnionej okolicy i przyjmowała rzadkie rewizyty. Chociaż generał za życia trzymał ją krótko, nie była całkowitą pustelnicą. Mąż często zapraszał gości, pielęgnując tradycje obowiązujące przedstawicieli jego stanu, więc znała powierzchownie niektórych sąsiadów. W wolnym czasie przechadzała się samotnie po wielkim zamku i włościach, próbując zrozumieć, dlaczego znalazła się w takiej sytuacji.
Jej myśli powróciły do dnia pogrzebu. Mowy żałobne zostały wygłoszone, goście odjechali. Od tamtej chwili upłynął ponad rok. Spojrzała na wiszący przed nią obraz. Trójkątna twarz generała Öhrnmarcka spoglądała na nią zimnymi, pozbawionymi uczuć oczami jak prawie codziennie podczas ich pożycia małżeńskiego.
– Nie masz już władzy nade mną – powiedziała cichym głosem.
Postać na portrecie gapiła się w milczeniu, jakby się z niej naigrywała.
Była ciemna wrześniowa noc. Daleka błyskawica rozerwała mrok na mgnienie oka, oświetlając Jedwabny Salon niebieskawym blaskiem, ale grzmot nie nastąpił. Arabella poczuła, że jeżą jej się włosy na głowie. Zerwała się na równe nogi i podeszła do obrazu.
– Od tej pory będę dokonywała własnych wyborów.
Znów nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Oczywiście, że nie, przecież to tylko portret. Nagle uświadomiła sobie, że nie chce dłużej go oglądać. Z całych sił pociągnęła mocno w dół oprawiony w złotą ramę olejny obraz. Dzieło spadło na podłogę z głuchym stukotem. Arabella wymknęła się z zamku i pobiegła przez dziedziniec do szopy z narzędziami stojącej wśród innych budynków gospodarczych, żeby poszukać potrzebnych przedmiotów. W zimnym powietrzu rozchodził się zapach dymu. Kątem oka ujrzała, że w części zamku przeznaczonej dla służby poruszyła się zasłona w oknie. Pewnie podejrzewają, że postradała zmysły.
Trzymając kilka narzędzi, zadyszana dotarła szczęśliwie z powrotem do Jedwabnego Salonu. W jednej chwili wycięła obraz z ramy i zwinęła go w rulon, który schowała za wielką szafą, bo nie miała odwagi wyrzucić cennego dzieła słynnego malarza. Może jeszcze kiedyś je sprzeda. Nie chciała jednak, żeby teraz drażniło jej oczy. Rulon był bardzo ciężki, więc nie mogła sama zawlec go na poddasze ani do piwnicy. Nie zamierzała też angażować do tego służby. Ramę pocięła siekierą na kawałki i wrzuciła do kominka. Świecą z kandelabra podpaliła stos i wkrótce po wszystkim został tylko popiół.
Usiadła znów w fotelu. Wrześniową noc ponownie rozjaśniły bezgłośne błyskawice. Musi stąd wyjechać. Pobiegła schodami znajdującymi się w wysokim holu zamku do sypialni na piętrze, przywołała służącą i kazała jej wyciągnąć podróżny kufer. Wyruszy do swojego rodzinnego miasta, do Sztokholmu, po raz pierwszy od niemal pięciu lat.
I co z tego, że jedyna mieszkająca tam bliższa znajoma, jej chrzestna, radczyni górnicza Amelia Amanda Ståhl, nie odpowiadała na pisane do niej ostatnio listy. Krewnych Arabella nie miała, a generał zabronił jej prowadzić samodzielnie korespondencję z radczynią. Z pewnością podejrzewał, że nienadzorowane kontakty z ewentualną sprzymierzeńczynią doprowadziłyby do podważenia jego władzy. Pani Ståhl otrzymywała więc dwa razy do roku dyktowane i sprawdzane przez niego wiadomości. Generał Öhrnmarck zmuszał żonę do ich sporządzania i podpisywania. Może radczyni uznała, że jednak nie zapomni jej błędnego kroku, który chrześnica popełniła przed zamążpójściem, i postanowiła się nie odzywać. No to trudno. Arabella z pewnością znajdzie inne towarzystwo, nowych znajomych. Teraz nikt nie przeszkodzi jej w robieniu tego, co chce.
Mimo to nie czuła się wolna. Miała wrażenie, że obserwują ją niewidzialne oczy.
Arabella leżała nieruchomo w wielkim łożu z baldachimem. Ona i generał nie dzielili sypialni, przechodziła do komnaty męża przez garderobę znajdującą się obok jej pokoju. Udawała się tam zawsze na rozkaz, z wyjątkiem tamtej ostatniej nocy. Wpatrywała się w ciemność. Odciągnięte na bok zasłony okalające łoże wyglądały groźnie, przez draperie zakrywające okna przebijała delikatna poświata księżyca.
Kufry zostały zapakowane i zamknięte, a pokojówka spała zmęczona na dole w pomieszczeniu dla służby, które w tak wspaniałym zamku było dość wygodne, ale nie dlatego, że generał Öhrnmarck specjalnie przejmował się pracownikami. Po prostu uważał, że wszystko musi wyglądać wspaniale. Poza tym – jak stwierdził raz, uśmiechając się lodowato – dobrze odżywiony sługa będzie prawdopodobnie szybciej spełniał polecenia swego pana niż ten, którego źle się traktuje. Mimo to jak dotąd kilka pokojówek w niewytłumaczalny sposób pośpiesznie rzuciło posadę w trakcie ustalonego okresu trwającego zwykle rok, licząc od imienin świętego Michała. Wprawdzie praca powinna być wykonywana bez względu na to, czy gospodarze traktują zatrudnionych dobrze czy źle, ale nikt nie ruszył za kobietami w pogoń. Arabella przypuszczała, że powodem odejścia była zbyt daleko posunięta, tak zwana „troska”, którą generał im okazywał. O jego licznych kochankach opowiadano legendy, a podboje na pewno nie ograniczały się wyłącznie do szlachetnych dam.
Wybiegła myślami jeszcze dalej. Na zamku dobrego jedzenia nie brakowało. Byłaby to pozytywna sprawa, gdyby generał pozwalał jej się dosiadać do stołu, ale on czasami zamykał ją w pokojach i posyłał tam wyłącznie chleb i wodę. Apartamenty urządzono w stylu stanowiącym mieszankę antyku i nowoczesnych, niezwykle cennych sprzętów, a także zdobiących ściany dzieł znanych malarzy.
Zamek Czarna Zatoka był jednak nieprzyjemnym miejscem, równie przytulnym, co krypta. Czuła, jak jej stłumione dawno temu szlochy wypełniają wnętrza niczym pajęcza sieć. Uznała, że podjęła dobrą decyzję, by wyjechać stąd, kiedy tylko nastanie poranek, i nie wracać tu więcej. Zmusiła się, żeby pomyśleć o nowej, ponad rok temu zamówionej, uszytej z materiału w wiosennym zielonym kolorze sukni podróżnej na wypadek krótkich i rzadkich wycieczek po okolicy. Będzie jej w niej do twarzy. Generał Öhrnmarck chciał, żeby była błyszczącym klejnotem, dodatkiem do jego luksusowego życia. Teraz kolor sukni raził jej oczy przywykłe do żałobnych strojów, ale miała już dosyć. Od tej pory nie poświęci generałowi ani jednej myśli, jeżeli tylko sytuacja jej na to pozwoli.
Wtem przypomniała sobie o czymś: podczas porannej modlitwy zostawiła przez przypadek w zamkowej kaplicy ulubiony szal, którego potrzebowała podczas podróży. Wstała powoli z łóżka, włożyła ciepłą nocną podomkę używaną podczas chłodnych pór roku i wsunęła stopy w miękkie kapcie. Nie potrzebowała świecy ani lampy, ponieważ księżyc rzucał wystarczająco dużo światła.
– Stella! – zawołała cicho.
Rozległo się drapanie pazurów o kamienną podłogę i pojawił się przed nią duży ciemny kształt.
– Dobra dziewczynka – powiedziała czule Arabella i poklepała ogromnego szarego wilczarza irlandzkiego, który w kłębie sięgał jej prawie do pasa, a łbem do piersi. Znalazła go, kiedy był jeszcze szczeniakiem, podczas pewnej konnej wycieczki w asyście stajennego, gdy generał wyjechał z domu. Tylna łapa zwierzęcia zaplątała się w krzakach. Dziewczyna uwolniła je, zabrała ze sobą i po powrocie do zamku leczyła, aż wyzdrowiało. Przypuszczała, że stworzenie reprezentujące znaną rasę psów stróżujących i myśliwskich zabłądziło albo skądś uciekło. Mimo sprzeciwów generała udało jej się go zatrzymać. Do zamku pies nie miał wcześniej wstępu, co zmieniło się dopiero ostatnimi czasy. Przedtem Stella mieszkała w stajni pod opieką służby. Arabella zachodziła do niej, kiedy tylko mogła, wypuszczała się z nią na długie sekretne spacery i przynosiła jej przysmaki.
Szybko dotarła do chłodnego zamkowego parku. Pies truchtał obok niej uradowany nieoczekiwaną możliwością rozprostowania długich łap o tej późnej porze. Tym razem nikt ze służących im nie towarzyszył. Wszystkie dusze w Czarnej Zatoce, nie licząc ich dwóch, pogrążone były we śnie. Nocny wiatr wzdychał w koronach liściastych drzew, które nabrały jesiennych kolorów. Generałowa biegła bezgłośnie przez parki i zarośla, a następnie nieduże pole w stronę zamkowej kaplicy. Stella podążała za nią lekko niczym latawiec przeszywający z szumem powietrze. Znalazły się na wąskiej drodze przecinającej trawnik rosnący przed kaplicą. Delikatny wietrzyk poruszał źdźbłami traw.
– Zostań! – poleciła psu Arabella przed drzwiami budynku. Zwierzę usiadło posłusznie, węsząc dokoła. Mimo dużych rozmiarów Stella była łagodna jak mały kot, z wyjątkiem sytuacji, kiedy ktoś zagrażał jej pani. Zawsze, gdy generał Öhrnmarck dyscyplinował Arabellę, co zdarzało się od czasu do czasu, suczka wyła rozpaczliwie, spoglądając na zamek. Wielkie zwierzę wyczuwało cierpienie swojej opiekunki.
Wdowa weszła do kaplicy przez niezamknięte na klucz drzwi. Była zadyszana, ponieważ biegła cały czas; usiadła więc na chwilę, żeby odpocząć. Na ścianie wisiały nagrobne tarcze przypominające herby szlacheckie. Zamawiano je i umieszczano w świątyni ku pamięci wysoko urodzonych osób. Tarczę z herbem rodu Öhrnmarcków niesiono w kondukcie razem z żałobną chorągwią, a po pogrzebie, zamiast w kościele w Espoo, umieszczono je w należącej do rodziny kaplicy.
Zgodnie z nowym zwyczajem Arabella zrezygnowała z panieńskiego nazwiska Glimmer i przyjęła rodowe męża. Nadal jednak dość powszechnie kobiety pozostawały przy własnym, zwłaszcza jeżeli wywodziły się z wyższej sfery. Öhrnmarck oznaczało nazwę fińskiej miejscowości Kotkamaa – język fiński wdowa pamiętała z dzieciństwa. Była potomkinią starego dobrego rodu posiadającego dwór w Lieto. Kiedy dwujęzyczni rodzice – ojciec pochodził ze Szwecji, a matka z Finlandii – odeszli, wysłano ją w wieku piętnastu lat do Sztokholmu pod opiekę wuja. Od tamtej pory mówiła wyłącznie po szwedzku, którego i na tych ziemiach często używano. Zmarłego dwa lata temu krewnego nie mogła w żaden sposób uznać za serdecznego i ciepłego człowieka.
Patrzyła na tarczę nagrobną z herbem rodu Öhrnmarcków, na której rozpościerał skrzydła wielki srebrny ptak namalowany na złotym tle. U góry, pod biało-niebieskim obramowaniem napisano słowa/cytat : Wszystkich czekających na Pana ogarną nowe siły i wzlecą oni na skrzydłach niczym orły. Albowiem ptaki te pędzą niezmordowanie, wędrują bez wysiłku. Generałowa westchnęła. W porównaniu ze szlachetnym orłem czuła się równie mała jak szary wróbel.
Postanowiła jednak spróbować nowego życia. Wyjazd do Sztokholmu będzie pierwszym krokiem. Tak, zapewniła samą siebie. Wdowa Arabella Öhrnmarck wkroczy znów w kręgi towarzyskie równie odważnie, jak zostawiła je w młodości. Nie jest już poddaną męża. Właściwie nikt nie mógł jej rozkazywać. W przeciwieństwie do innych kobiet wdowy nie były zależne od opiekunów. Arabella miała pełnię władzy i sama mogła decydować o swoich sprawach. Zostało to określone ustawą wydaną w Królestwie Szwedzkim w roku 1734 i stosowano ją także w Wielkim Księstwie Finlandii. Mówiła o tym księga, którą znalazła kiedyś pod nieobecność generała w zamkowej bibliotece.
Zapamiętała sobie fragment dotyczący tego tematu: Niezamężna kobieta, nieważne w jakim wieku, ma podporządkować się władzy swojego opiekuna, ale wdowa niech decyduje o sobie i swoim majątku. Mogła więc nawet podpisać umowę najmu nowego domu, a jeśli tego chciała i starczyłoby jej pieniędzy – kupić całą posiadłość. Przejęcie spadku i odczytanie testamentu przedłużały się, ale powinno to nastąpić jeszcze w tym roku. Arabella wierzyła, że jest główną spadkobierczynią. Nie będzie już dla nikogo kimś, kto podwyższa jego status, przedmiotem wśród innych cennych rzeczy, najpiękniejszym trofeum.
Wtem na zewnątrz dał się słyszeć niski warkot Stelli. Wdowa przyłożyła dłoń do piersi i pobiegła do wyjścia kaplicy, trzymając szal. Co się dzieje? O tej porze nie powinno tu nikogo być. Kaznodzieja zamkowy był starym człowiekiem, prawdopodobnie spał w swoim domu po drugiej stronie posiadłości.
– Co takiego tam widzisz? – Dobiegła do psa i chwyciła go za obrożę. Suka wpatrywała się ze zjeżoną sierścią w krzaki rosnące przy cmentarzu. Przez mgnienie oka Arabelli wydawało się, że ktoś się w nich ukrywa, ale wiatr zapędził na księżyc chmurę i zrobiło się zupełnie ciemno.
W czerni rozległ się odgłos oddalających się szybko kroków.
– Kto tam jest? – krzyknęła przerażona.
Stella zaczęła głośno szczekać, zwielokrotniony dźwięk odbijał się głucho od ścian kaplicy i murów zamku. Zwierzę wyrwało się jej i popędziło przed siebie. Kroki tajemniczej osoby przyśpieszyły.
– Wracaj natychmiast! – wezwała psa rozkazującym tonem, który zaskoczył ją samą. Stella od razu zawróciła i posłusznie przybiegła. Zapiszczała, a kiedy księżyc znów na krótko się pojawił, wdowa ujrzała, że patrzy na nią prosząco, jakby w nadziei na pozwolenie sprowadzenia intruza nawet siłą. Arabella chciała jednak wrócić jak najszybciej do sypialni. Chwyciła psa mocno i wkrótce znalazła się razem z nim w zamku.
Przed udaniem się na spoczynek zaryglowała na wszelki wypadek wielkie główne wrota. Wcale jej nie ciekawiło, kto zakradł się na należące do niej ziemie. Na pewno rozbójnik, który próbując ukraść kury, zabłądził w okolice kaplicy. Zupełnie się tym nie przejęła. Jutro będzie gdzie indziej. Przyłożyła głowę do poduszki i zauważyła na nocnym stoliku buteleczkę z kroplami na dobre samopoczucie. Przepisał je jej doktor, który przyszedł owego tragicznego dnia i składał potem wizyty kontrolne. Do tej pory nie zażywała lekarstwa, ale co jeśli teraz ono pomoże jej zasnąć? Nalała kilka kropel do szklanki z wodą, przełknęła i zasnęła niemal od razu.
Stella leżała na dywanie obok łóżka, lekko mrużąc oczy, i od czasu do czasu nastawiała uszu. Nie zamierzała pozwolić, żeby jej pani przydarzyło się cokolwiek złego.
Arabella obudziła się, kiedy pierwsze promienie słońca przedarły się przez okna z małymi szprosami. Ależ twardo spała! To nie zdarzyło jej się od lat. Krople od lekarza okazały się bardzo skuteczne. Wprawdzie bolała ją trochę głowa i mięśnie wydawały się zaskakująco zwiotczałe, ale wynikało to na pewno ze smutnych przeżyć i ekscytacji podróżą. Albo tego, że przestraszyła się czymś w nocy. Pomyślała jednak, że zapomni o tym, dzisiaj rusza przecież w stronę wolności i nowego życia!
– Lindo, przynieś mi zaraz mocnej kawy – zawołała do pokojówki, gramoląc się z łóżka. Pociągnęła energicznie za rzemień, do którego był przymocowany z drugiej strony dzwonek znajdujący się w kuchni. Włożyła pośpiesznie szlafrok i z zadowoleniem spojrzała na zapakowane kufry. Tylko zje śniadanie, ubierze się i będzie gotowa do podróży. Postanowiła jechać przez Helsinki. Na pewno jakiś statek przycumowany w jednym z wielu portów miasta weźmie ją na pokład za opłatą. Stella wstała, przeciągnęła się i otrząsnęła. Podbiegła do miski z jedzeniem, którą napełnił któryś ze służących.
W drzwiach pojawiła się pokojówka Linda-Noora Kvist, niosąc tacę ze śniadaniem. Ustawiła ją na małym okrągłym stole i rozsunęła zasłony. Pochodząca ze wsi, nieco młodsza od swojej pani dziewczyna z włosami w orzechowym kolorze służyła u niej dopiero od niedawna. Zerknęła bojaźliwie na Stellę, do której jeszcze nie przywykła, ale uspokoiła się, kiedy pies spojrzał na nią obojętnie, bardziej zainteresowany jedzeniem niż czynnościami służby.
– Czemu nie odsunęłaś zasłon wcześniej? – spytała ostro Arabella, wyciągając jednocześnie dłoń po filiżankę z parującą kawą. Gorący napój smakował wyśmienicie.
– Bardzo mi przykro, pani wdowo Öhrnmarck, ale nie chciałam, żeby się pani zbudziła – opowiedziała Linda przepraszającym tonem. – Pomyślałam, że lepiej będzie dać pani odpocząć. Rozkazała mi pani budzić ją dopiero kwadrans po dziewiątej.
– W każdym razie wybiła właśnie ta godzina – burknęła Arabella. – I nie nazywaj mnie panią wdową. Zwyczajna pani wystarczy. Przekaż te instrukcje pozostałej służbie. – Decyzja wydała jej się dobra. Jeśli nie było to konieczne, nie chciała słyszeć w codziennej rozmowie niczego, co przypominałoby jej o małżeństwie. Niestety słowa „pani” bez wątpienia nie będzie mogła uniknąć. Zaraz po pogrzebie zrezygnowała z noszenia wdowiego czepka, a teraz postanowiła w duchu nie wkładać także czapeczki noszonej za dnia w pomieszczeniach przeznaczonych dla kobiet zamężnych i pod kapeluszem na zewnątrz.
– Oczywiście, pani Öhrnmarck.
– Gdzie są moje tosty? Wiesz dobrze, że jadam je zawsze rano.
– Tutaj, gospodyni właśnie upiekła. – Pokojówka podniosła ustawioną na tacy srebrną kopułę, którą nakryła kromki miękkiego pszennego chleba, masło i miód. – Zaraz opiekę kawałek w kominku.
– Szybko – rozkazała ostro wdowa. – Mogłaś to zrobić już przedtem, żeby było gotowe. Chyba wiesz, że muszę wyruszyć wcześnie, chcę dojechać do Helsinek jeszcze na wieczór. Do pokonania mamy z pewnością pięć mil skandynawskich.
– Naturalnie, wielmożna pani. – Pokojówka nadziała kromkę chleba na długi dwuzębny widelec i uklękła przed kominkiem. Stella pochłonęła swoją porcję jedzenia i zbliżyła się do niej, żeby nawiązać znajomość. Zorientowawszy się, że stworzenie nie stanowi zagrożenia, Linda poklepała je z wahaniem.
Tak czy owak ogień już rozpaliła, pomyślała trochę odprężona Arabella i wkrótce zaczęła gryźć chrupiący, posmarowany masłem i miodem chleb. Linda dolała jej kawy do filiżanki z delikatnej porcelany. Po wypiciu trzeciej porcji generałowa poczuła, że wreszcie senność minęła.
Jej zamyślone spojrzenie padło na pokojówkę. Wprawdzie Arabella była wdową, ale nie chciała podróżować sama.
Oczywiście, razem z nią mogli pojechać woźnica oraz uzbrojeni ludzie na koniach, a także dwóch lokajów, z których jeden musi wiedzieć, jak powozić, żeby odprowadzić powóz z Helsinek do zamku Czarna Zatoka. Drugi lokaj i ludzie z bronią też wrócą, a pozostali będą kontynuowali podróż z nią. Na drogach trzeba zachować wielką ostrożność, zwłaszcza jeśli się jest dziedziczką wielkiego majątku. Przydałoby jej się jednak kobiece towarzystwo, służąca. Mogłaby pomóc przy strojach. Zaraz po tym, jak generał Öhrnmarck przeniósł się do wieczności, Arabella zwolniła garderobianą, dając jej sowitą odprawę, ponieważ wybrał ją dla niej mąż i przypominała raczej strażniczkę więzienną niż służącą. Linda mogłaby równie dobrze zająć tymczasowo miejsce osobistej służącej.
– Pojedziesz ze mną – oznajmiła bezzwłocznie wdowa. – Będziesz pomagała mi w ubieraniu się. – Nie chciała nazywać dziewczyny garderobianą, ponieważ słowo to za bardzo przywodziło jej na myśl kobietę, której zadanie polegało na wypełnianiu rozkazów wydawanych przez generała. Linda sprawiała wrażenie przerażonej. – Dobra pani, ja nigdy nie byłam w wielkim mieście – jąkała się. – Dużej korzyści ze mnie nie będzie.
– Trzeba kiedyś spróbować – ucięła Arabella. – W ostatnich tygodniach pomagałaś mi całkiem znośnie podczas toalety i czesałaś mnie tak, że ujdzie. Na razie to wystarczy. – Wypiła resztkę kawy. Im dłużej się zastanawiała, tym lepszy wydawał jej się ten pomysł. Zamierzała zawojować Sztokholm, ale nie chciała robić tego sama, tylko z innymi ludźmi, bo tak było weselej. Nieważne, że musiała tych innych opłacić, żeby dotrzymywali jej towarzystwa. Lepsze to niż nic.
– Nie mogę opuścić mojego kraju, papy i mamy, i rodzeństwa! – Pokojówka niemal wybuchła płaczem.
– Mnie też nikt nie pytał, czy chcę zostawić dom albo wyjść za mąż za generała – uświadomiła ją Arabella. – I mimo wszystko tak się stało i trafiłam tutaj, w te dalekie strony/krainy. Przestań się mazgaić. Służąca eleganckiej pani musi się zachowywać z godnością. – Arabella starała się nie przypominać sobie chwil ze ślubu, gdy na drżących nogach szła do ołtarza podtrzymywana żelaznym ramieniem wuja. Potężny opiekun niemal siłą zawlókł siostrzenicę do ołtarza i oddał ją Öhrnmarckowi. Chociaż prawo zabraniało zawierania małżeństwa pod przymusem, w rzeczywistości nakłaniane do tego młode dziewczyny wychodziły za mąż nawet wbrew swojej woli. Arabella wcale nie chciała zostawać żoną mężczyzny, który był od niej ponad dwa razy starszy. Ale wuj nie pozostawił jej wyboru. Był opiekunem Arabelli, a także swatem, którego miała każda panna i który udzielał zgody na ślub.
– Kupimy ci nowe ubrania bardziej pasujące służącej z wyższą pozycją – namawiała wdowa, sama zaskoczona swoją hojną obietnicą. Oczywiście mogło tak być dlatego, że ładne stroje służby świadczyły o wysokim statusie pracodawczyni i o tym, że dbała o zatrudnionych przez siebie ludzi. Arabella kontynuowała w tym samym tonie: – Będziesz często pisała do domu, podwoję ci pensję i jeśli zechcesz, wyślesz jej część rodzicom. – Uznała, że stać ją na taką szczodrość. Po śmierci generała adwokat ze Sztokholmu nie skąpił jej pieniędzy na własne wydatki i utrzymanie posiadłości. W Wielkim Księstwie Finlandii powszechnie stosowaną walutą były zarówno talary szwedzkie, jak i rosyjskie ruble. Po przyjeździe do stolicy sąsiedniego kraju wdowa po bogatym szlachcicu w razie potrzeby otrzyma z pewnością bez problemu kredyt, żeby przetrwać do ogłoszenia testamentu.
– No dobrze – zgodziła się Linda, wzdychając. Wcale nie wydawała się zachwycona. – Każdy pieniądz się przyda. Myślę, że moi rodzice chętnie poczytają listy, żeby się dowiedzieć, jak się żyje w innym kraju, a siostry i bracia dostaną ode mnie drobne podarunki – dodała z nadzieją, starając się dostrzec dobre strony przyszłego wyjazdu. – Może w mieście będą mieli na przykład jakieś nowe karmelki. Słyszałam plotki o twardych miętowych cukierkach. – Zabrała się do usuwania okruchów ze stołu i sprzątania resztek jedzenia.
– Masz tylko pamiętać, żeby zapisywać arkusze poziomo i pionowo, a oprócz tego jeszcze może na krzyż między wersami – Arabella zwróciła jej uwagę ostrym tonem. – Papier i atrament nie są takie tanie, a i listu nie wysyła się pocztą za darmo. Tak robią często nawet ludzie z arystokracji.
Chłopiec na posyłki zabrał tacę z pozostałościami po śniadaniu, a Linda w ciągu godziny pomogła swojej pani ubrać się w zielony strój podróżny, na który składała się też długa, zapinana z przodu na guziki pelisa w tym samym odcieniu. Na nogach wdowa miała piękne saboty, dłonie schowane w rękawiczkach, na głowie wiązany pod brodą bonet z rondem obramowującym twarz. Potem pokojówka pośpieszyła spakować swój skromny dobytek i pożegnać się z rodziną.
Arabella przyjrzała się sobie w lustrze. Czarne włosy, ułożone w podkreślającą jej niezwykłą urodę fryzurę, nabrały granatowego połysku. Delikatną twarz z wysokimi kośćmi policzkowymi zdobił uroczy nos i smoliste oczy o migdałowym kształcie. Padające z prawej strony światło wydobywało z nich głęboki ton czarnej jagody. Część rodziny Arabelli pochodziła z Włoch i dlatego kobieta miała cerę jakby posypaną złotym pyłem, zgrabne i pełne malinowe usta, do tego niewielki znak szczególny na prawym policzku. Zachowała smukłą kibić, co było spowodowane okresami przymusowego postu w przeszłości i brakiem apetytu podczas żałoby. Pocieszała się myślą, że eteryczna, wiotka sylwetka była teraz w modzie i że mogła już jeść, co chciała, bo nikt jej tego nie zabraniał.
Wkrótce pani i służąca wsiadły do zaprzęgniętego w czwórkę koni okazałego powozu, który woźnica Karlsson podprowadził pod główne wejście. Wszystkie kufry zostały umieszczone w części bagażowej pod pojazdem albo przymocowane na dachu. Ludzie na koniach ustawili się z przodu. Pozostała w zamku służba miała dbać o budynek i otoczenie. Lokaj Joonatan Eld, trzydziestoletni mężczyzna, pomógł wsiąść do powozu najpierw Arabelli, potem Lindzie, i na końcu usiadł razem z kolegą Aaronem z tyłu na ławce plecami do kierunku jazdy. W bryczkach przeznaczonych do krótszych dystansów funkcję taką pełniło czasami podwyższenie, na którym służący stali, trzymając się uchwytów. Stella wskoczyła do środka i usadowiła się w nogach Arabelli, kładąc wielki łeb na jej butach. Kobiety rzuciły ostatnie spojrzenie na ogromny zamek. Jedna ze smutkiem, zastanawiając się, kiedy wróci do domu, a druga z nadzieją, że nigdy już nie będzie musiała go oglądać.
Uprząż koni dźwięczała, kiedy powóz brał nowy zakręt, kopyta uderzały miękko o ubitą powierzchnię jednej z głównych dróg. Siedząca w środku Arabella oparła głowę o wyściełaną ścianę. Towarzysząca jej Linda ucięła sobie drzemkę. Wdowa już zapomniała, jak wyczerpująca może być podróż, nawet jeśli pojazd miał nowoczesne wyposażenie zapewniające wygodę.
W oknach wisiały zasłonki, a miękkie ławki pokrywał cytrynowy aksamitny materiał. Powóz i wysokie koła pomalowano z zewnątrz jednolicie na czarno. Powleczone niebieskim płótnem siedzenie woźnicy znajdowało się wysoko, bliżej dachu niż podłogi. Biegły przezeń dwa skórzane rzemyki, za które podróżny siedzący obok mógł w razie potrzeby się złapać dla zachowania równowagi. Do tego samego służyły uchwyty wewnątrz powozu. Kierujący powozami znani byli ze swojej umiejętności utrzymywania się na koźle, zapierając się niekiedy nogami o podpórkę połączoną z częścią osłaniającą przed bryzgami błota.
Wielka Droga Nadbrzeżna wiodła przez przepiękne okolice, ale w miarę jak dzień chylił się ku końcowi, podróż zaczęła wydawać się Arabelli otępiająca. Początkowo podziwiała z entuzjazmem krajobrazy i budowle, takie jak przerzucony przez płynącą w pobliżu wzniesionego za czasów króla Gustawa I Wazę dworu w Espoo rzekę Mankinjoki, kamienny most Sågbro, po którym powóz toczył się z łomotem. Ponieważ trzeba było zmienić konie, zatrzymano się na przerwę w zajeździe, a wtedy woźnica Karlsson opowiedział, że most został zbudowany całkowicie przy użyciu techniki suchego muru bez zaprawy, z wykorzystaniem jedynie kamiennych klinów.
Wprawdzie Arabella nie odwiedzała od dłuższego czasu stolicy ani innych miast poza tymi w okolicach zamku, ale generał Öhrnmarck ciągle podróżował i w każdym zajeździe znajdującym się przy drodze utrzymywał konie należące do Czarnej Zatoki. Zaprzęg złożony z konnej czwórki mógł bez trudu pociągnąć powóz i dodatkowo dziesięcioro ludzi wraz z bagażami. Doświadczeni służący zaprzęgali nowe zwierzęta nawet w ciągu pięciu minut, więc podróżni nie musieli w tym czasie wcale wysiadać. Robiono tak zwykle co kilka mil skandynawskich, choć przy szybkiej jeździe zdarzało się i częściej.
Gdy minęli czerwone i białe chaty znajdujące się na skrzyżowaniu rzeki Vantaa i Kerffwo we wsi Helsingen oraz kościół Świętego Laurentego, okoliczne tereny zaczęły stawać się zdaniem Arabelli monotonne. Miała wrażenie, że przeobraziły się w nieskończony ciąg lasów, pól i skał. Pod wieczór na drodze napotykali już tylko nieliczne powozy. Słońce schodziło coraz niżej, ziemię przecinały długie cienie. Karlsson zatrzymał się, żeby zapalić lampy przymocowane do pojazdu, chociaż nie dawały one zbyt dużo światła. Zapowiadała się jednak księżycowa noc, więc powinny wystarczyć. Jednocześnie przekazał wdowie wiadomość, że do celu mają sześć wiorst z naddatkiem.
W trakcie jazdy dla zabicia czasu Arabella zastanawiała się nad tym, co zrobi, gdy przybędzie do Sztokholmu. Na początek musi się zakwaterować w jakimś domu podróżnym. Duma nie pozwalała jej od razu poprosić radczyni górniczej Ståhl o spotkanie. Najpierw oceni sytuację i się rozlokuje. Powinna jak najszybciej wynająć rezydencję na mieście, która będzie dla niej bazą i zacznie tam budować sobie nowe życie. Najlepszy i najwygodniejszy byłby umeblowany dom. Może niedaleko Zamku Królewskiego, na Blasieholmen koło słynnego wspaniałego pałacu należącego do znanej hrabiowskiej rodziny Von Fersen, gdzie mieszkają wytworni ludzie.
Gdy już się zaaklimatyzuje, rzuci się w wir zabawy. Z zadowoleniem wyobrażała sobie karty z zaproszeniami, które bez wątpienia napłyną do rezydencji, kiedy tylko rozejdzie się wiadomość o jej powrocie do kręgów towarzyskich. Chociaż nie miała krewnych, to znała dużo ludzi, którzy ciągle mieszkali w Sztokholmie. Damy z arystokracji prowadziły zazwyczaj szeroką korespondencję, a generał Öhrnmarck nie mógł całkowicie zakazać jej pisania listów, jak miało to miejsce w przypadku jej chrzestnej, bo zwróciłoby to nadmierną uwagę. Zadowalał się jedynie kontrolowaniem tych wysyłanych przez Arabellę do znajomych i otrzymywanych od nich. Dzięki temu wdowa nadal posiadała szeroką sieć kontaktów z żonami znaczących dżentelmenów i damami należącymi do socjety.
Właśnie zagłębiła się w myślach o tym, jak urządzi pierwsze przyjęcie w swoim domu – może to będzie soirée, czyli wieczór muzyczny, albo nawet bal – gdy konie nagle przyśpieszyły.
– Pani Öhrnmarck – dał się słyszeć krzyk Karlssona. – Padnijcie, wielmożna pani! – rozległo się wołanie przy akompaniamencie kopyt.
Przez chwilę Arabella siedziała jak sparaliżowana, nie mogąc zrozumieć tych słów. O co, na Boga, chodzi? Padnijcie! Jakież dziwaczne wezwanie. Jej zdaniem taką czynność wykonywano jedynie w wojsku. Czy woźnica postradał rozum? Otworzyła okno umieszczone w drzwiczkach powozu, choć nie było to łatwe, ponieważ pojazd podskakiwał i się kołysał. W końcu jednak udało jej się to zrobić i wysunęła głowę.
– Co Karlsson ma na myśli? – spytała, przekrzykując wiatr biczujący jej policzki. Zauważyła, że znajdują się na opustoszałej, pogrążonej w wieczornym mroku drodze leśnej. – Dlaczego miałabym… – urwała w połowie, gdyż w oddali, pośród drzew dał się słyszeć wystrzał, coś z trzaskiem uderzyło o powóz i posypały się drzazgi. Linda obudziła się i krzyknęła. Arabella wciągnęła głowę z powrotem do pojazdu i zatrzasnęła okno. – Och! – zawołała. – Ktoś do nas strzela! – To by wyjaśniało prośbę Karlssona. Najwyraźniej zaatakowali ich przydrożni zbójcy.
Skądś z lasu dobiegł rozkaz: – Zatrzymajcie się natychmiast!
– Nigdy! – wrzasnął woźnica i strzelił z bicza nad dobrze wyszkoloną czwórką zaprzężoną do pojazdu. – Amatorzy. Porządni zbójcy zrobiliby zasadzkę na poboczu i zagrodzili nam drogę – dodał półgłosem i wydał polecenie służącym: – Ludzie, do broni!
Czyhający na szlakach napastnicy stanowili nieustanne zagrożenie dla bogatych podróżnych. Powóz Arabelli opatrzony herbem szlacheckim oznajmiał wszem wobec, że przewożony w nim dobytek wart był zachodu. Stella, warcząc, próbowała wstać, ale wydane ostrym tonem polecenie sprawiło, że znów przylgnęła do ziemi i ucichła.
– Proszę nie wychodzić z wozu, wielmożna pani! – krzyknął Karlsson. – Mam przy sobie muszkiet, zaraz ich odpędzimy. – Jeśli mężczyzna potrafił jednocześnie powozić i strzelać, świadczyło to o jego wyjątkowych umiejętnościach. Wdowa przypuściła, że musiał na chwilę owinąć wodze wokół zablokowanego hamulca. Na szczęście jechali po prostej drodze. – Joonatanie i Aaronie, ognia! – wrzasnął woźnica do lokajów siedzących z tyłu. Z przodu rozległy się dwa wystrzały – to jadący przed nimi służący rozpoczęli działania obronne. Wkrótce usłyszeli grzmot muszkietu, który Karlsson oparł sobie o bark, a następnie odgłosy strzelb lokajów.
– Ojej, miła pani! – pisnęła Linda, otwierając szeroko oczy. – Wiedziałam, że nie powinnam się była zgadzać na ten wyjazd. Gdzie indziej też znalazłabym posadę. – Wykręcała palce, wyglądając przez okno.
– Lindo, schyl głowę! – Arabella pochwyciła służącą i położyła się z nią obok Stelli. – Teraz za późno, żeby się tym martwić. Ktoś na pewno chce zdobyć moje kosztowności.
– Trzeba było nam zatrzymać się na noc we dworze Backasa, jak proponował Karlsson – narzekała pokojówka. Podróżujący arystokraci mieli zwyczaj nocować w pańskich posiadłościach znajdujących się wzdłuż drogi. – To chyba nasza ostatnia podróż!
– W takiej małej posiadłości? – powiedziała Arabella, prychając. – Chcę przenocować w porządnym mieście. Chociaż może tak by było rozsądniej – przyznała, gdy kluczyli tu i tam. Jedna z jej koleżanek ze szkoły dla panien, która wyszła za mąż za angielskiego lorda, wspomniała w ostatnim liście o szybkiej linii obsługiwanej przez powozy kursujące między Londynem a Birmingham. Ten liczący ponad dwadzieścia mil skandynawskich odcinek zabierał dwie doby i Arabella zakładała, że tyle czasu zajmie jej wyprawa. Teraz jednak uświadomiła sobie, że zwykłe wozy poruszały się w wolniejszym tempie niż te należące do zawodowych woźniców.
W pojazd trafił nowy pocisk, konie zarżały, ale utrzymały kierunek. Generał Öhrnmarck zakupił je swojego czasu od pewnego byłego dowódcy kawalerii – tych stworzeń nie można było przestraszyć byle czym. Stukot kopyt, zgrzyt kół powozu i bicie serca powodowały hałas, który przyprawiał Arabellę o zawrót głowy. W tym czasie służba próbowała powstrzymać zapędy zbójców.
– Jest ich dwóch, po jednym z każdej strony! – krzyknął Joonatan.
– Przede mną nie ma nikogo – odpowiedział człowiek jadący z przodu.
– Gotujcie się do walki! – zawołał bojowo Karlsson.
Arabella poczuła przypływ odwagi. Jak ona postępuje? Chowa się, gdy służba broni jej za cenę własnego życia? Tak nie może być w żadnym wypadku! Dni uciskanej, przestraszonej kobiety minęły. W pojeździe powinien być pistolet. Pomacała pod siedzeniem, ale znalazła tylko futerał ze szpadami. Marszcząc nos, przyjrzała się ostrym metalowym przedmiotom. Nie będzie z nich pożytku. Jednocześnie jej wzrok padł na sufit powozu, pod którym tkwiło niewielkie prostokątne pudło.
– Po następnych wystrzałach postaram się sięgnąć po pistolet – powiedziała. – Rozbójnicy muszą przecież naładować broń. Jakie to szczęście, że przeważnie mogą wystrzelić tylko jedną kulę naraz.
W drzwiach pojazdu utkwiły dwa pociski.
– Nie wydaje mi się, żeby z dużej odległości kule łatwo przebiły grube drewno – pocieszyła służącą i podskoczyła, żeby ściągnąć pudło. W następnej chwili znów leżała na podłodze.
Na twarzy Lindy pojawił się zachwyt. – Czy umie się pani obchodzić z bronią?
– Oczywiście – odpowiedziała generałowa pewnym tonem, chociaż wcale jej się tak nie wydawało. Nie wspomniała przy tym, że nie wystrzeliła ani jednej kuli od dnia, w którym nauczyła się obchodzić z pistoletem pod okiem zaprzyjaźnionego ekonoma. Było to za czasów jej młodości w rodzinnym dworze na obrzeżach Turku. Miała nadzieję, że taka umiejętność jest jak jazda na koniu, której się nigdy nie zapomina.
– Lindo, kiedy powiem „teraz”, otworzysz okno po prawej stronie. – Jakimś dziwnym trafem wszystkie szyby były jeszcze całe.
Dziewczyna pokiwała głową i wyraźnie zdenerwowana odsunęła się na bok.
Wdowa naładowała broń drżącymi rękami. – Teraz! – krzyknęła, a służąca otworzyła okienko w drzwiach. Arabella podskoczyła i widząc galopującego za drzewami jeźdźca, wycelowała i strzeliła. Mężczyzna w czarnej, sięgającej oczu chuście na głowie przechylił się na bok. Generałowa przypuszczała, że udało jej się tylko drasnąć go kulą. Specjalnie skierowała lufę tak, żeby nie wyrządzić mu zbytniej krzywdy. Znów usiadła na podłodze i zaczęła po raz drugi ładować pistolet, ale w tym czasie powóz wyjechał z leśnej drogi na otwartą przestrzeń, na której tu i tam widać było domy.
– Uciekliśmy im! – dał się słyszeć triumfalny głos Karlssona. Najwidoczniej napastnicy nie mieli odwagi ryzykować, że zostaną złapani na pustym terenie. – Jaśnie pani, jadę prosto do miasta, jeżeli można. Mamy tam już blisko. – Woźnica nadal popędzał konie do galopu. Przez okno w tyle powozu Arabella ujrzała, jak pod wpływem szybkiej jazdy kamienie i piasek wylatują w powietrze. Nie dostrzegła żadnego z rozbójników i westchnęła z ulgą. Faktycznie, byli uratowani!
– Dobrze, Karlssonie – odpowiedziała i oszołomiona odważyła się znów usiąść na ławce. Obok niej przycupnęła Linda i położyła głowę na oparciu. Przez chwilę żadna z nich nie mogła wydusić ani słowa.
Potem pokojówka zawołała: – Niech sobie we wsi mówią o pani temperamencie, co chcą. – Wytarła twarz chusteczką wyciągniętą z kieszeni. – W każdym razie służenie pani nie jest nudnym zajęciem.
Arabella obróciła się i popatrzyła na nią, nie wiedząc, czy ma się obrazić z powodu pierwszej części jej komentarza. Jednak widząc wyraz oczu Lindy, nie mogła się powstrzymać i przybrała tak bojową minę, że ekspertka w dziedzinie etykiety, jej matka chrzestna pani Ståhl, na pewno by pobladła.
– Chyba będę musiała dodać do twojej pensji wynagrodzenie za niebezpieczną pracę – zauważyła, starając się utrzymać poważny ton głosu. Następnie obie parsknęły śmiechem.
– Dla mnie i mojej garderobianej sypialnia i salon, a dla pozostałej służby izby kwaterunkowe – powiedziała Arabella do gospodarza, kiedy dotarli do średniej wielkości zajazdu znajdującego się przy Wielkim Placu w Helsinkach albo, mówiąc współczesnym językiem, na obrzeżach placu Senackiego. Zajazd nie był równie elegancki jak nowoczesne hotele europejskie, ale stał obok szeregu szacownych, wzniesionych w poprzednim stuleciu domów, przy Suurkatu. Plotkowano, że w przyszłości ulica ta otrzyma zapewne nową nazwę na cześć cesarza Rosji i wielkiego księcia Finlandii Aleksandra I.
Kiedy powóz przejechał obok uroczego, pomalowanego na czerwono drewnianego kościoła Ulryki Eleonory, budynku z mansardowym dachem usytuowanego po zachodniej stronie, Arabella pogratulowała sobie udanej podróży do stolicy. Brzegi placu otaczały ratusz, szkoła trywialna oraz główna wartownia. Mieściły się tam też drewniane domy o skośnych dachach – jak się jej wydawało – spichlerze lub magazyny. Było dość późno i ulice opustoszały. W dalszej części, na przedmieściu Katajanokka rysowała się sylwetka młyna. Za zajazdem widać było czubki masztów przycumowanych w porcie statków z wiszącymi flagami.
Wdowa nie chciała nawet myśleć, w jakim stanie jest powóz po wypadkach, które się rozegrały po drodze. Wygląd pojazdu mógł się wydawać podejrzany, więc poleciła Karlssonowi, żeby odprowadził go natychmiast za budynek, do stajni, kiedy już one wysiądą i wyładuje się bagaże przed wejściem głównym. Spodziewała się, że woźnica i pozostała służba doprowadzą nocą powóz do przyzwoitej kondycji. Nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zwracano na nią zbytnią uwagę. Owdowiała kobieta, bo przecież taką była, nie powinna podróżować tak daleko bez towarzystwa mężczyzny z tej samej sfery.
– Wdowo Öhrnmarck – zawołał na powitanie gospodarz zajazdu, kłaniając się nisko. – Wyrazy głębokiego żalu z powodu śmierci pani męża. – Oczywiście rozpoznał ją, miał dobrą pamięć do twarzy, jak to zwykle człowiek obsługujący klientów. Arabella i generał zatrzymali się tu, wracając z wesela w Sztokholmie do zamku Czarna Zatoka. Wcześniej Öhrnmarck, który właśnie sprzedał posadę w armii, wybrał sobie żonę i załatwił jednocześnie ostatnie sprawy organizacyjne przed przeprowadzką na wschód.
Arabella skinęła łaskawie głową. O śmierci męża poinformowano w nekrologach zamieszczonych w gazetach, a poza tym wiadomości dotyczące arystokracji rozchodziły się szybko.
– Oczywiście mamy pokoje dla wielmożnej wdowy i jej służącej – kontynuował gospodarz jowialnie. – Generał Öhrnmarck – świeć panie nad jego duszą – zatrzymywał się tu od czasu do czasu i zadowalał się tylko tym, co najlepsze. Potrafimy usłużyć wymagającym gościom – zachwalał. – Inni mogą mieszkać w pomieszczeniach dla służby, a dla psa jest miejsce na podwórzu.
– Stella zostanie z nami – oznajmiła Arabella, kładąc dłoń na głowie zwierzęcia, które weszło za nimi do środka i rozejrzało się z zainteresowaniem wokół. Nastawiając uszu, nasłuchiwało dźwięków rozlegających się w zajeździe i wąchało zapachy dochodzące z kuchni znajdującej się przy barze i restauracji.
– Ależ wdowo Öhrnmarck, my nigdy nie pozwalamy na to, żeby zwierzęta spały w pokojach. – Gospodarz wyprężył klatkę piersiową. – To lokal pierwszej klasy. Mamy szanowanych sąsiadów, jak choćby zakład cukierniczy Kisselefa, domy Sunna, Burtza i Remandera…
– Jestem przekonana, że przyszłe pokolenia jeszcze długo będą się nimi zachwycały – wtrąciła Arabella uprzejmym głosem. – My jednak jesteśmy wyczerpane i…
– …oraz budynek wzniesiony przez radnego Gustava Johana Bocka, w którym obecnie odnawia się mieszkanie służbowe oraz paradne sale dla generała-gubernatora – mężczyzna kontynuował litanię, jakby nie słyszał jej słów. – Ponieważ rzecz tak się przedstawia, więc zapchlone bur… chciałem powiedzieć, że nawet szlachetne doborowe psy nie mają wstępu na pokoje – zmiękczył natychmiast swoją wypowiedź, widząc lodowate spojrzenie wdowy.
– Stella jest dobrze wychowana i nie hałasuje ani w inny sposób nikomu nie przeszkadza – rzekła z nieruchomą twarzą.
– Jeśli pani obieca, że pies będzie trzymany w pomieszczeniach, moglibyśmy zrobić wyjątek – oznajmił gospodarz z westchnieniem. – Tędy, proszę bardzo. – Wskazał drogę i będąc pod wrażeniem wizyty wyjątkowego gościa, cały czas gawędził, a raczej wygłaszał monolog, gdy prowadził kobiety po schodach, a potem korytarzem do dwóch wygodnych pokojów w tym noszącym lekkie ślady użytkowania i prosto, lecz ładnie urządzonym zajeździe. Od czasu do czasu Arabella wtrącała jedynie jakieś dwusylabowe słowo. Gospodarz obiecał jeszcze pożywną kolację za półtorej godziny, własnoręcznie rozpalił w kominku, a potem wyszedł. Stella usadowiła się przed płonącym ogniem i zaczęła drzemać.
Wreszcie możemy odpocząć – zawołała wdowa, ściągając rękawiczki i zdejmując pelisę oraz kapelusz. – Jestem całkowicie rozbita po tej całodniowej, pełnej wstrząsów podróży powozem. Muszę się wykąpać przed kolacją. – Pomyślała z tęsknotą o ciepłej wodzie, którą zmyje podróżny kurz.
Jak na zamówienie w pokoju pojawiła się służąca, żeby zapytać, czy pani ma jakieś życzenia, które mogłaby spełnić. Wkrótce potem muskularni służący napełnili ustawioną za parawanem wannę parującą wodą, którą przynosili w cebrzykach z kuchni na dole. Linda uwolniła włosy swojej pani z podtrzymujących je spinek i pomogła jej się rozebrać.
Do tej pory Arabella sama wkładała i zdejmowała bieliznę. Ponieważ Linda była teraz jej osobistą służącą pracującą dla niej przez całą dobę, nie mogłaby utrzymać przed nią niczego w tajemnicy. Tak więc po zdjęciu sukni podróżnej, pończoch i halki pozwoliła, żeby dziewczyna pomogła jej się rozebrać z gorsetu, a następnie zrzuciła długą koszulę.
Służąca jęknęła, ale szybko oprzytomniała.
Arabella obróciła się i spojrzała na nią. – Generał Öhrnmarck był surowym człowiekiem – skwitowała, patrząc obojętnie w lustrze na długą bliznę zdobiącą jej plecy, pozostałość po ostatnim spotkaniu z mężem. Wściekły mężczyzna pchnął ją wtedy na szafę, której ostry brzeg przedziurawił jej ubranie i rozciął skórę. Od tamtego czasu blizna pojaśniała, ale nadal była widoczna.
– Zapytam gospodyni w zajeździe, czy ma zmiękczającą maść – obiecała dziewczyna, przybierając swoją zwykłą minę. – Dzięki niej z czasem blizna może zniknąć całkowicie. Dowiedziałam się tego od siostry, która dobrze zna się na ziołach. Powiem też gospodyni, że podróż nadwyrężyła pani zdrowie – dodała, składając ubranie w zgrabny stos.
– To prawda – potwierdziła generałowa. – Boli mnie całe ciało. Ledwie mogę uwierzyć w to, czego doświadczyliśmy. – Nagle jej życie nabrało znacznego rozpędu.
– Bardzo mi się podobało, jak pani celowała przez okno, mówię najszczerszą prawdę – oznajmiła Linda, uśmiechając się. Arabella zauważyła, że odwzajemnia uśmiech. Zaskoczyło ją to, jakby mięśnie twarzy nie były przyzwyczajone do takiej czynności. No i od dłuższego czasu nie miała żadnego powodu do radości. Pokojówka sprawdziła temperaturę wody. – Wydaje mi się, że ostygła już odpowiednio. Przed chwilą była chyba jeszcze za gorąca. – Wyciągnęła rękę. – Proszę się uchwycić, żeby się pani nie poślizgnęła. Czy pomóc pani przy myciu włosów?
– Na pewno poradzę sobie sama – zapewniła ją wdowa. Na taborecie stojącym obok znajdowały się dzban z wodą do płukania i mydło. Weszła do wanny, wzdychając z zadowoleniem, i zanurzyła się w ciepłej kąpieli. – Jak wrócisz, wykąpiesz się po mnie, ale najpierw pomożesz mi się ubrać i założysz na łóżko tę pościel, którą przywiozłyśmy ze sobą. Poproszę też służących, żeby nalali świeżej wody. Nigdy nie uważałam, że korzystanie z tej samej jest stosowne. – Arabella spała najchętniej we własnej pościeli, uszytej z miękkiej niebiesko-białej bawełny, pachnącej lawendą. Gospodyni w zamku Czarna Zatoka zawsze wkładała wypełnione nią woreczki do garderoby.
– Coś takiego absolutnie nie przystoi – sprzeciwiała się zakłopotana Linda, gniotąc krawędź fartucha. Jej czepek tkwił na głowie przekrzywiony po przeżyciach z całego dnia. – Umyję ręce i twarz w miednicy dla służby, to wystarczy w zupełności.
– Bzdury – Arabella ucięła dyskusję. – Zasłużyłaś na to. Bardzo mi pomogłaś podczas podróży. – Wbrew woli polubiła dziewczynę ze względu na jej miłe obejście. Wdowa nie oczekiwała zbyt wielkiej dobroci od osób, które ją otaczały. Odkąd została oddana wujowi pod opiekę, jej życie powoli zmieniało się na coraz gorsze.
– Zaniosę też służącym pani strój, żeby go wyczyścili. – Linda wzięła ubranie swojej pracodawczyni. – Przynajmniej niektóre części trzeba wyprać, a resztę na pewno wyszczotkować. Nie zejdzie mi z tym długo – rzuciła, znikając w drzwiach. – Lokaje wkrótce przyjdą i przyniosą kufer z najpotrzebniejszymi rzeczami.
Po wyjściu pokojówki Arabella przymknęła oczy i starała się nie myśleć o zdarzeniu, które ich spotkało podczas podróży. Mieli do czynienia tylko z żądnymi łupu okolicznymi rabusiami, a ci już nie sprawią im kłopotów. Namydliła ciało. Po dwudziestu minutach była gotowa, wyszła z wanny i owinęła się miękkim ręcznikiem, który przyniosła służka z zajazdu. Gdzie się podziewa Linda? Czyżby zatrzymała ją jakaś drobna niespodziewana sprawa? Może zajęta czymś gospodyni nie miała czasu, żeby z nią porozmawiać.
W tej samej chwili za oknem wychodzącym na tyły zajazdu, zabudowania gospodarcze i szerokie podwórko dał się słyszeć odgłos kół podjeżdżającego powozu. Rozlegał się od strony pastwisk Pieni i Suuri Vasikkahaka. Opowiadając o okolicy, gospodarz wzmiankował, że teren ten zostanie prawdopodobnie przekształcony w promenadę o nazwie Esplanadi. Helsinki przeistaczały się szybko w administracyjne miasto, które będzie pełniło funkcje reprezentacyjne. Dyrektor Komitetu Odbudowy, pan Ehrenström, wyrysował plan przestrzenny, a projektowanie budynków zlecono pochodzącemu z Prus architektowi Carlowi Ludvigowi Engelowi.
Arabella wychyliła się, żeby spojrzeć na wybrukowane otoczakami i oświetlone lampami podwórko. Zatrzymał się tam elegancki pojazd, jakiego wcześniej nie widziała, chociaż spędziła dużo czasu w najznamienitszych kręgach. Wysiadł z niego postawny, będący dobrze po trzydziestce mężczyzna z twarzą dumną jak u księcia. Ubranie, które nosił, nie było szyte u taniego krawca, prawdopodobnie nie w Finlandii, ani nawet w Szwecji. Jego styl wydawał się nienagannie kosmopolityczny.
– Jasne nieba – wyszeptała i owinęła się ściślej ręcznikiem. – Co za niezwykły człowiek. – Mężczyzna jakby usłyszał jej uwagę, gdyż nagle spojrzał w okno. Mimo że w pokoju panował mrok, wiedziała, że ją dostrzegł. Nieznajomy uśmiechnął się powoli i uchylił kapelusza. Jęknęła. Co za śmiałość!
Szybko odskoczyła od okna i rozejrzała się bezradnie wokoło. Pokojówka zabrała ubranie, które wcześniej miała na sobie Arabella, a lokaje, Joonatan i Aaron, nie przynieśli jeszcze podróżnego kufra. Co się z nimi dzieje? Zwykle służba w zamku Czarna Zatoka pracowała bardzo sumiennie. Z gołymi stopami podkradła się pod drzwi i je uchyliła. Rozjaśniony świecami w kinkietach korytarz był pusty zarówno po prawej, jak i po lewej stronie.
– Linda? – wezwała cicho służącą.
Żadnej odpowiedzi.
Arabella przygryzła wargi, nie mogąc się zdecydować, co robić. Chyba dziewczyna się z kimś nie zagadała? Musi ją napomnieć, że zawodowa pokojówka powinna wykonywać pracę szybko, nie plotkując niepotrzebnie. Zniecierpliwiona przekroczyła próg, żeby sprawdzić, czy służąca już idzie. Zrobiła kilka kroków, gdy powiew wiatru sprawił, że drzwi wymsknęły się jej z ręki. Ktoś – prawdopodobnie gospodarz witający nowo przybyłych gości – otworzył wrota zajazdu i spowodował przeciąg. Drzwi do pokoju Arabelli zamknęły się z trzaskiem, rozległ się szczęk zamka, a ona została na korytarzu owinięta tylko ręcznikiem.
Nacisnęła klamkę, ale ta nie drgnęła. Szarpała ją, lecz nic to nie dało. Przyjrzała się dokładniej i zobaczyła w drzwiach zamek starej roboty. Prawdopodobnie jakaś wada sprawiła, że zablokował się pod wpływem nagłego uderzenia.
I cóż tu począć? W pobliżu nie było nikogo. Większa część gości poszła, jak można zgadnąć, do restauracji i jadła kolację, a znamienitsi podróżni spożywali posiłek w swoich pokojach. Musi odnaleźć Lindę! Oby tylko służąca miała przy sobie klucz pasujący do zamka. Arabella żywiła gorącą nadzieję, że nie zajdzie potrzeba wzywania gospodarza, nie mówiąc o ślusarzu.
Po chwili wahania postanowiła podbiec do najbliższego rogu i sprawdzić, czy pokojówki gdzieś tam nie ma. Prowadzące na parter schody znajdowały się w pewnej odległości, więc nie ryzykowała, że ktoś przebywający w holu ją zobaczy. Przy odrobinie szczęścia Linda będzie właśnie wracała. Wypatrując dziewczyny z czepkiem na głowie, przemknęła przez korytarz osłonięta ciasno zawiązanym ręcznikiem, dotarła już do rogu, ale wtem wpadła na kogoś.
– Och! – Zatoczyła się do tyłu i oparła o ścianę. Zauważyła, że stoi twarzą w twarz z dżentelmenem, którego przed chwilą widziała na podwórku. Z bliska robił jeszcze większe wrażenie. Miał niebieskie oczy podobne do błyskawicy rozświetlającej nocne niebo, władcze rysy twarzy, atletyczną sylwetkę. Ona nie należała do niskich dam, lecz temu mężczyźnie sięgała ledwie do ramion.
– Dobry wieczór, madame – powitał ją nieznajomy. Chociaż mówił po szwedzku w jego głosie wychwyciła zagraniczny akcent.
– Dobry wieczór, szanowny panie. – Zastanawiała się gorączkowo, jak ratować się z tej sytuacji.
– Bardzo mi przykro. Nie zamierzałem wpadać prosto na panią. Czy nic się pani nie stało?
– Zupełnie nic, dziękuję. Przeprosiny przyjęte – odpowiedziała z zabarwieniem jedynie odlegle przypominającym ten typowy ton arystokratycznej damy, o którym jej guwernantka powiadała, że wybawi kobietę ze wszelkich kłopotów. Miała z niego bez wątpienia dużo pożytku w małżeństwie z generałem Öhrnmarckiem i przy każdej okazji starała się zachowywać zimną krew. Niestety, mąż wcale nie złościł się przez to mniej.
– Czekała pani na mnie? – zapytał niebieskooki mężczyzna. W jego spojrzeniu pojawił się zachwyt.
– Na pana? – powtórzyła zdumiona Arabella. – Oczywiście, że nie.
– Naprawdę? Sądziłem, że może zorganizowała pani spotkanie tête-à-tête.
Zrozumiała, że on się z nią droczy, ponieważ w towarzystwie w ten sposób nazywano skandalizującą schadzkę kochanków. Od lat nikt z nią nie flirtował. Generał zawsze patrzył na nią obojętnie lub z niechęcią, a obowiązki małżeńskie wypełniał regularnie, od czasu do czasu, ale pod przymusem. Teraz stała naprzeciwko przystojnego obcokrajowca w pustym korytarzu! Jakże miła odmiana w jej sytuacji.
Wtem usłyszała zbliżające się kroki. – Strasznie jestem spóźniona – lamentowała Linda. – Wszystko przez to, że gospodyni zajazdu tak długo szukała maści. Nie mówiąc już o praczce. Wydawałoby się, że powinna szybciej spisać ubrania wielmożnej pani i powkładać je do worków, ale nie! Musiała wyciągnąć kartkę i pióro, i kałamarz i ustawiać to wszystko…
– Czy trzeba nam się pożegnać? – spytał mężczyzna z niechęcią.
– Ależ absolutnie – odparła Arabella i wyciągnęła szyję. – Życzę panu miłego i przede wszystkim spokojnego wieczoru.
Na dźwięk jej sarkastycznego tonu nieznajomy uśmiechnął się lekko. – Muszę pani posłuchać – oznajmił i się ukłonił. – Pięknych snów, my dear.
Arabella rozpoznała angielskie słowa, ponieważ jak rzadko która panna otrzymała wszechstronne wykształcenie. Nie wszystkie damy znały ten język, ale w postępowej prywatnej szkole dla dziewcząt, do której chodziła, nauczano go. Tajemniczy dżentelmen zniknął, gdy Linda wyłoniła się zza przeciwległego rogu. Wdowa starała się za wszelką cenę nie wspomnieć o tym wydarzeniu, gdy wyjaśniała służącej, dlaczego znalazła się na korytarzu. Na szczęście dziewczyna miała klucz pasujący do zamka. Pojawili się też lokaje z podróżnym kufrem.
– Przepraszam za opóźnienie, wielmożna pani – powiedział Aaron. – Kufer spadł w trakcie jazdy i się otworzył. Trochę potrwało, zanim zebraliśmy rzeczy z podłogi. Nic jednak się nie pobrudziło, ani nie uszkodziło. – Uniósł ciężką pokrywę, żeby Linda mogła wyciągnąć odzież i przedmioty potrzebne do mycia i ubrania się.
– To się zdarza – oznajmiła Arabella, kryjąc się za parawanem. Pokojówka pomogła jej włożyć wzorzysty strój uszyty z bawełny, odpowiedni na kolację. – Wykazaliście się dzisiaj podczas podróży odwagą, jestem wam wdzięczna – dodała, wychodząc. – Nie zapomnę tego. – Zwinęła szybko wilgotne włosy w kok: tak też wyschną.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
