Arabella (Imperium jedwabiu) - Sara Medberg - ebook

Arabella (Imperium jedwabiu) ebook

Medberg Sara

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dramatyczna podróż dwóch silnych kobiet, które wyruszają na poszukiwanie miłości, szczęścia i niezależności

Jest rok 1815, a młoda wdowa Arabella Öhrnmarck wraca do Sztokholmu. Po pozbawionym miłości małżeństwie na prowincji, z radością oczekuje powrotu do barwnego życia towarzyskiego w wielkim mieście.

W Sztokholmie Arabella spotyka upartą pannę z arystokracji, Nellę Ridderlöw, która ma dość tego, co szlachta uważa za stosowne dla niezamężnej kobiety – i jest gotowa walczyć o swoje ideały.

Arabella i Nella wspólnie wyruszają na poszukiwanie miłości. Ale jak młoda kobieta ma postępować zgodnie z moralnością epoki, jeśli jest zakochana? I co jeśli zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie?

Drugi tom porywającej i romantycznej serii „Imperium jedwabiu”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 408

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Kunin­ka­an­tie, wrze­sień 1815

Żałobna woalka była czarna, zro­biona z tiulu i przy­mo­co­wana z przodu do kape­lu­sza, malu­sień­kie oka siat­ko­wego mate­riału dzie­liły pole widze­nia na nie­zli­czone czę­ści. Wdowa Ara­bella Öhrnmarck widziała mimo to dokład­nie z powozu typu baro­uche wypo­sa­żo­nego w skła­dany bal­da­chim, jak trumna z cia­łem jej męża prze­suwa się powoli w żałob­nym orszaku w stronę kościoła w Espoo. Podłużna powle­czona błysz­czą­cym lakie­rem drew­niana skrzy­nia poło­żona na dro­giej bryczce cią­gnię­tej przez sześć koni sta­no­wiła cen­tralny punkt smut­nego, spo­koj­nego kon­duktu. Z tyłu przy­mo­co­wano tabliczkę z wygra­we­ro­wa­nym nazwi­skiem nie­bosz­czyka obra­mo­wa­nym wyma­lo­wa­nymi liśćmi.

Kobietę oce­niano przez pry­zmat męża. To, kim była, nie miało zna­cze­nia, liczyli się wyłącz­nie jej ojciec, bra­cia lub mąż. Tę oko­licz­ność Ara­bella uświa­do­miła sobie dogłęb­nie w ciągu ostat­nich czte­rech lat. Począw­szy od dnia, w któ­rym pięć­dzie­się­cio­let­niego zamoż­nego Mau­ritza Öhrnmarcka połą­czono mał­żeń­skim węzłem z dwu­dzie­sto­dwu­let­nią panną. Ówcze­sny narze­czony Ara­belli był boga­tym gene­ra­łem, a raczej gene­ra­łem-majo­rem w szwedz­kim woj­sku oraz jed­nym z dorad­ców byłego władcy kraju, zanim prze­szedł szczę­śli­wie na eme­ry­turę i zamiesz­kał w kupio­nym przez sie­bie zamku poło­żo­nym na tere­nie Wiel­kiego Księ­stwa Fin­lan­dii.

Kobieta z kamienną miną ści­skała ciemną obszytą koronką chu­s­teczkę do nosa, sie­dząc na ławce w powo­zie wypro­sto­wana, wdzięcz­nie. Jeśli w trak­cie mał­żeń­stwa cze­goś się nauczyła, to wła­śnie tego, jak dama z wyż­szych sfer powinna się zacho­wy­wać. Zawsze z opa­no­wa­niem, zawsze z nie­na­ganną ele­gan­cją.

– Taka młoda wdowa – szep­tali ludzie wokół.

– Aż serce ści­ska – doda­wali nie­któ­rzy.

– Została sama na świe­cie – uzu­peł­niali inni.

Orszak wyru­szył dwie godziny wcze­śniej w mie­rzącą około kilku wiorst drogę z sie­dziby zmar­łego, z Czar­nej Zatoki, zamku znaj­du­ją­cego się na zie­miach mię­dzy Kau­ka­laksi a Kirk­ko­nummi, skąd dotarł na pocz­towy szlak, Drogę Kró­lew­ską, łączącą Ber­gen w Nor­we­gii i Peters­burg w Rosji. Tę trasę odgra­dza­jącą połu­dniową część Fin­lan­dii od reszty kraju, wio­dącą z Zachodu na Wschód zwano Wiel­kim Szla­kiem Nad­brzeż­nym.

W powoli posu­wa­ją­cych się wozach orszaku sie­dzieli miesz­ka­jący w oko­licy szla­chetni pano­wie, któ­rzy otrzy­mali dostar­czone przez kuriera obra­mo­wane czar­nymi obwód­kami zapro­sze­nia na żałobną uro­czy­stość. Oprócz nich przy­były też znane oso­bi­sto­ści z nowej sto­licy kraju, Hel­si­nek, oraz z Turku, dru­giego co do wiel­ko­ści mia­sta. Pochli­py­wa­nia żon, sióstr i córek uno­siły się w powie­trzu niczym dys­kretny szmer prze­ni­ka­jący otwarte okna powo­zów. Szwedzcy ofi­ce­ro­wie w peł­nym umun­du­ro­wa­niu jechali na koniach w takt głu­chych ude­rzeń bęb­nów, a oprócz nich masze­ro­wali obok żoł­nie­rze trzy­ma­jący na ramio­nach strzelby z bagne­tami. Oddział ten został wysłany przez zna­jo­mych gene­rała Öhrnmarcka, któ­rzy zdo­byli na to spe­cjalne zezwo­le­nie, chcąc w ten spo­sób oddać zmar­łemu cześć w imie­niu sąsied­niego kraju. Dzięki sprzy­ja­ją­cym wia­trom żoł­nie­rze zdą­żyli na pogrzeb w ostat­niej chwili.

Zło­że­nie do grobu odby­wało się zazwy­czaj szybko, w ciągu tygo­dnia, w prze­ci­wień­stwie do pochów­ków z okresu pano­wa­nia króla szwedz­kiego, kiedy to orga­ni­zo­wano monu­men­talne, trwa­jące wiele dni uro­czy­sto­ści. Jed­nak ostat­nia podróż ary­sto­kraty była na­dal waż­nym wyda­rze­niem, wyra­zem respektu, jakim darzono nie­bosz­czyka, a także świad­czyła o zna­cze­niu i pozy­cji rodu.

Orszak minął żółty budy­nek pijalni wody źró­dla­nej w Espoo i dom stud­nia­rza, zbu­do­wany z bali spi­chlerz oraz wiatę dla bydła. Ludzie przy­by­wali tu aż spod for­tecy Suomen­linna, a nawet z dal­szych oko­lic, żeby zakosz­to­wać lokal­nej, żela­zi­stej i uwa­ża­nej za dającą zdro­wie wody. Przy dro­dze zebrali się bie­dacy, żeby popa­trzeć na mija­jący ich kon­dukt, a na ich twa­rzach malo­wały się pełne sza­cunku poważne miny. Byli to miesz­kańcy wsi, w któ­rej znaj­do­wał się kościół, a także inni ludzie miesz­ka­jący w tej dwu­ty­sięcz­nej para­fii. Tu i ówdzie roz­le­gały się przy­pad­kowe, szybko uci­szane komen­ta­rze:

– Biedna kobieta! Nie miała dobrego męża, cho­ciaż w swo­ich krę­gach był lubiany.

– Co też ary­sto­krata wie o praw­dzi­wym życiu.

– Żaden mający rozum czło­wiek nawet się nie zbliży do zamku Czarna Zatoka.

– Ostat­nie miej­sce, do któ­rego jaki­kol­wiek słu­żący chciałby tra­fić.

Pochód dotarł na kościelne wzgó­rze. W doli­nie obok świą­tyni wiła się rzeka. Wokół stajni poło­żo­nych w Gór­nym i Dol­nym Kirk­ko­nummi stały czer­wone chaty chło­stane bez­li­to­śnie desz­czem. W dali ryso­wało się nie­ru­chome pod­czas tej bez­wietrz­nej mokrej pogody, otu­lone łagodną mgłą jezioro Kirkkojärvi. Przed przy­by­szami wzno­siła się syl­wetka spa­dzi­stego kościoła zbu­do­wa­nego w śre­dnio­wie­czu z twar­dego sza­rego kamie­nia.

Orszak wszedł do środka, żałob­nicy usie­dli w ław­kach i pastor roz­po­czął uro­czy­stość. Wzrok Ara­belli wędro­wał powoli po pobie­lo­nych wap­nem ścia­nach. Daw­niej zdo­biły je piękne malo­wi­dła, które prze­ka­zy­wały słowo Boże nie­po­tra­fią­cym w więk­szo­ści czy­tać ludziom. Wdowa przy­glą­dała się uro­czy­ście przy­stro­jo­nej ambo­nie z zada­sze­niem i wnę­trzu skrom­nej trój­na­wo­wej świą­tyni. W powie­trzu uno­sił się wyraźny zapach wosko­wych świec i kamie­nia, przez okna docie­rało skąpe świa­tło wrze­śnio­wego dnia. Orga­ni­sta zamiast orga­nów miał do dys­po­zy­cji for­te­pian, na któ­rym wygry­wał smutne melo­die, roz­cho­dzące się dźwięcz­nie jedna po dru­giej w wyso­kim budynku.

Pastor wyre­cy­to­wał ostat­nie wersy ze swo­jego notat­nika i zamknął go. Trumna wpro­wa­dzona do środka na kata­falku wypo­sa­żo­nym w kółka została prze­wie­ziona przez pil­nu­ją­cych ją ofi­ce­rów na miej­sce pochówku, gdzie uro­czy­stość miała się zakoń­czyć. Duchowny sta­nął obok głę­bo­kiego dołu w ziemi, a wtedy podą­ża­jący za nim goście także się zatrzy­mali. Potem prze­szedł na drugi koniec trumny.

– Z pro­chu powsta­łeś, w proch się obró­cisz.

Nasy­pał na trumnę pia­sku, for­mu­jąc znak krzyża.

Ara­bella odwró­ciła głowę.

Wresz­cie nad­szedł czas zło­że­nia ciała do grobu. Pastor dał znać ofi­ce­rom. Sto­jący przy trum­nie żoł­nie­rze, po trzech z każ­dej strony, zało­żyli sznury pod spód skrzyni, pod­nie­śli chy­bo­czący się cię­żar i prze­su­nęli nad pro­sto­kątny otwór. Dźwi­ga­jący opusz­czali go powoli, wycią­ga­jąc sznury cal po calu, aż dno opa­dło na twardą zie­mię, a następ­nie je zwi­nęli. Cof­nęli się, pomil­czeli przez chwilę z opusz­czo­nymi gło­wami, obró­cili się i pokło­nili Ara­belli.

– I rzekł jej Jezus: Jam jest zmar­twych­wsta­nie i żywot…1

Słowa wypo­wie­dziane przez duchow­nego dźwię­czały w ciszy zale­ga­ją­cej nad cmen­ta­rzem.

Sto­jący w rzę­dzie żoł­nie­rze wysu­nęli się do przodu. Powie­trze prze­ciął okrzyk roz­ka­zów i woj­skowi usta­wili się jak jeden mąż uko­śnie po pra­wej stro­nie, pod­nie­śli strzelby, zała­do­wali je i skie­ro­wali lufy do góry. Poru­szali się nie­zwy­kle pre­cy­zyj­nie dzięki rygo­ry­stycz­nie wyko­ny­wa­nym ćwi­cze­niom.

– Ognia! – Krzyk roz­niósł się we mgle.

Czyn­no­ści te powtó­rzono kil­ku­krot­nie.

Ara­bella wzdry­gała się przy każ­dej sal­wie hono­ro­wej, miała wra­że­nie, że kule prze­szy­wają jej ciało. Stado pta­ków zle­ciało z pobli­skiego drzewa, trze­po­cząc skrzy­dłami i pro­te­stu­jąc prze­ciwko hała­sowi. Echo gło­śnych dźwię­ków toczyło się nad polami, odbi­jało od dale­kich skał i wra­cało na poświę­coną zie­mię. W powie­trzu czuć było zapach pro­chu.

Trumna została przy­kryta zie­mią, a orszak wró­cił do zamku Czarna Zatoka. Potężny budy­nek, który nie­zmien­nie domi­no­wał nad oko­licą, stał pośrodku gęstej mgły jak spo­wity ban­da­żami. Kawa, wino i piwo lały się stru­mie­niami. Stoły ugi­nały się pod cię­ża­rem obwa­rzan­ków z sza­fra­nem, roz­ma­itych cia­stek oraz innych sycą­cych prze­ką­sek. Żałob­nicy usta­wiali się w długi rząd i zatrzy­my­wali przed Ara­bellą.

– Pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia.

– Moje szczere kon­do­len­cje. Gene­rał Öhrnmarck był hono­ro­wym czło­wie­kiem.

– Ode­grał ważną rolę pod­czas wojny rosyj­sko-szwedz­kiej.

Gene­ra­łowa kiwała głową, ści­skała dło­nie i przyj­mo­wała pokle­py­wa­nia po ple­cach, słu­chała wypo­wia­da­nych cichym gło­sem słów. Mroźny wiatr prze­ni­kał jej serce. Cie­szyła się, że zało­żyła kape­lusz z woalką, ponie­waż cie­niutki jak tchnie­nie tiul ukry­wał fakt, że młoda wdowa nie uro­niła dotąd ani jed­nej łzy.

1. J 11:25, Biblia Gdań­ska, Ewan­ge­lia Jana 11:25-26, PBG [wróć]

Rozdział 1

Zamek Czarna Zatoka, wrze­sień 1816

W Jedwab­nym Salo­nie pano­wała nie­mal cał­ko­wita ciem­ność, którą roz­pra­szało jedy­nie pięć zapa­lo­nych świec umiesz­czo­nych w sto­ją­cym na pod­ło­dze sta­ro­daw­nym, wie­lo­ra­mien­nym kan­de­la­brze. Pokój wziął swoją nazwę od dro­gich bur­gun­do­wych tapet na ścia­nach. Ara­bella sie­działa pośrodku na jedy­nym fotelu przed por­tre­tem nama­lo­wa­nym w ponu­rych kolo­rach. Minione mie­siące jawiły się jej jak nie­wy­raźne wspo­mnie­nia ocze­ki­wa­nia na koniec usta­no­wio­nej pra­wem żałoby. W przy­padku kobiety trwała ona rok, a męż­czy­zny – pół roku. W cza­sie głę­bo­kiej żałoby wkła­dano tylko czarne i białe ubra­nia; poło­wiczna żałoba pozwa­lała na sto­no­wane stroje – szare, fio­le­towe i lawen­dowe. Doty­czyło to całej gar­de­roby, także pele­ryn, szla­froka oraz dodat­ków, takich jak kape­lu­sze i ręka­wiczki.

Nagłe odej­ście gene­rała Öhrnmarcka – męż­czy­zna nie pozwa­lał, żeby zwra­cała się do niego po imie­niu – spa­ra­li­żo­wało jej zdol­ność do dzia­ła­nia. Nie chciała nic robić ani nikogo widy­wać. Dopeł­niała jedy­nie nie­któ­rych towa­rzy­skich obo­wiąz­ków: skła­dała poje­dyn­cze wizyty w domach szlachty miesz­ka­ją­cej w nie­zbyt gęsto zalud­nio­nej oko­licy i przyj­mo­wała rzad­kie rewi­zyty. Cho­ciaż gene­rał za życia trzy­mał ją krótko, nie była cał­ko­witą pustel­nicą. Mąż czę­sto zapra­szał gości, pie­lę­gnu­jąc tra­dy­cje obo­wią­zu­jące przed­sta­wi­cieli jego stanu, więc znała powierz­chow­nie nie­któ­rych sąsia­dów. W wol­nym cza­sie prze­cha­dzała się samot­nie po wiel­kim zamku i wło­ściach, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, dla­czego zna­la­zła się w takiej sytu­acji.

Jej myśli powró­ciły do dnia pogrzebu. Mowy żałobne zostały wygło­szone, goście odje­chali. Od tam­tej chwili upły­nął ponad rok. Spoj­rzała na wiszący przed nią obraz. Trój­kątna twarz gene­rała Öhrnmarcka spo­glą­dała na nią zim­nymi, pozba­wio­nymi uczuć oczami jak pra­wie codzien­nie pod­czas ich poży­cia mał­żeń­skiego.

– Nie masz już wła­dzy nade mną – powie­działa cichym gło­sem.

Postać na por­tre­cie gapiła się w mil­cze­niu, jakby się z niej naigry­wała.

Była ciemna wrze­śniowa noc. Daleka bły­ska­wica roze­rwała mrok na mgnie­nie oka, oświe­tla­jąc Jedwabny Salon nie­bie­ska­wym bla­skiem, ale grzmot nie nastą­pił. Ara­bella poczuła, że jeżą jej się włosy na gło­wie. Zerwała się na równe nogi i pode­szła do obrazu.

– Od tej pory będę doko­ny­wała wła­snych wybo­rów.

Znów nie usły­szała żad­nej odpo­wie­dzi. Oczy­wi­ście, że nie, prze­cież to tylko por­tret. Nagle uświa­do­miła sobie, że nie chce dłu­żej go oglą­dać. Z całych sił pocią­gnęła mocno w dół opra­wiony w złotą ramę olejny obraz. Dzieło spa­dło na pod­łogę z głu­chym stu­ko­tem. Ara­bella wymknęła się z zamku i pobie­gła przez dzie­dzi­niec do szopy z narzę­dziami sto­ją­cej wśród innych budyn­ków gospo­dar­czych, żeby poszu­kać potrzeb­nych przed­mio­tów. W zim­nym powie­trzu roz­cho­dził się zapach dymu. Kątem oka ujrzała, że w czę­ści zamku prze­zna­czo­nej dla służby poru­szyła się zasłona w oknie. Pew­nie podej­rze­wają, że postra­dała zmy­sły.

Trzy­ma­jąc kilka narzę­dzi, zady­szana dotarła szczę­śli­wie z powro­tem do Jedwab­nego Salonu. W jed­nej chwili wycięła obraz z ramy i zwi­nęła go w rulon, który scho­wała za wielką szafą, bo nie miała odwagi wyrzu­cić cen­nego dzieła słyn­nego mala­rza. Może jesz­cze kie­dyś je sprzeda. Nie chciała jed­nak, żeby teraz draż­niło jej oczy. Rulon był bar­dzo ciężki, więc nie mogła sama zawlec go na pod­da­sze ani do piw­nicy. Nie zamie­rzała też anga­żo­wać do tego służby. Ramę pocięła sie­kierą na kawałki i wrzu­ciła do kominka. Świecą z kan­de­la­bra pod­pa­liła stos i wkrótce po wszyst­kim został tylko popiół.

Usia­dła znów w fotelu. Wrze­śniową noc ponow­nie roz­ja­śniły bez­gło­śne bły­ska­wice. Musi stąd wyje­chać. Pobie­gła scho­dami znaj­du­ją­cymi się w wyso­kim holu zamku do sypialni na pię­trze, przy­wo­łała słu­żącą i kazała jej wycią­gnąć podróżny kufer. Wyru­szy do swo­jego rodzin­nego mia­sta, do Sztok­holmu, po raz pierw­szy od nie­mal pię­ciu lat.

I co z tego, że jedyna miesz­ka­jąca tam bliż­sza zna­joma, jej chrzestna, rad­czyni gór­ni­cza Ame­lia Amanda Ståhl, nie odpo­wia­dała na pisane do niej ostat­nio listy. Krew­nych Ara­bella nie miała, a gene­rał zabro­nił jej pro­wa­dzić samo­dziel­nie kore­spon­den­cję z rad­czynią. Z pew­no­ścią podej­rze­wał, że nie­na­dzo­ro­wane kon­takty z ewen­tu­alną sprzy­mie­rzeń­czy­nią dopro­wa­dzi­łyby do pod­wa­że­nia jego wła­dzy. Pani Ståhl otrzy­my­wała więc dwa razy do roku dyk­to­wane i spraw­dzane przez niego wia­do­mo­ści. Gene­rał Öhrnmarck zmu­szał żonę do ich spo­rzą­dza­nia i pod­pi­sy­wa­nia. Może rad­czyni uznała, że jed­nak nie zapo­mni jej błęd­nego kroku, który chrze­śnica popeł­niła przed zamąż­pój­ściem, i posta­no­wiła się nie odzy­wać. No to trudno. Ara­bella z pew­no­ścią znaj­dzie inne towa­rzy­stwo, nowych zna­jo­mych. Teraz nikt nie prze­szko­dzi jej w robie­niu tego, co chce.

Mimo to nie czuła się wolna. Miała wra­że­nie, że obser­wują ją nie­wi­dzialne oczy.

Ara­bella leżała nie­ru­chomo w wiel­kim łożu z bal­da­chi­mem. Ona i gene­rał nie dzie­lili sypialni, prze­cho­dziła do kom­naty męża przez gar­de­robę znaj­du­jącą się obok jej pokoju. Uda­wała się tam zawsze na roz­kaz, z wyjąt­kiem tam­tej ostat­niej nocy. Wpa­try­wała się w ciem­ność. Odcią­gnięte na bok zasłony oka­la­jące łoże wyglą­dały groź­nie, przez dra­pe­rie zakry­wa­jące okna prze­bi­jała deli­katna poświata księ­życa.

Kufry zostały zapa­ko­wane i zamknięte, a poko­jówka spała zmę­czona na dole w pomiesz­cze­niu dla służby, które w tak wspa­nia­łym zamku było dość wygodne, ale nie dla­tego, że gene­rał Öhrnmarck spe­cjal­nie przej­mo­wał się pra­cow­ni­kami. Po pro­stu uwa­żał, że wszystko musi wyglą­dać wspa­niale. Poza tym – jak stwier­dził raz, uśmie­cha­jąc się lodo­wato – dobrze odży­wiony sługa będzie praw­do­po­dob­nie szyb­ciej speł­niał pole­ce­nia swego pana niż ten, któ­rego źle się trak­tuje. Mimo to jak dotąd kilka poko­jó­wek w nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób pośpiesz­nie rzu­ciło posadę w trak­cie usta­lo­nego okresu trwa­ją­cego zwy­kle rok, licząc od imie­nin świę­tego Michała. Wpraw­dzie praca powinna być wyko­ny­wana bez względu na to, czy gospo­da­rze trak­tują zatrud­nio­nych dobrze czy źle, ale nikt nie ruszył za kobie­tami w pogoń. Ara­bella przy­pusz­czała, że powo­dem odej­ścia była zbyt daleko posu­nięta, tak zwana „tro­ska”, którą gene­rał im oka­zy­wał. O jego licz­nych kochan­kach opo­wia­dano legendy, a pod­boje na pewno nie ogra­ni­czały się wyłącz­nie do szla­chet­nych dam.

Wybie­gła myślami jesz­cze dalej. Na zamku dobrego jedze­nia nie bra­ko­wało. Byłaby to pozy­tywna sprawa, gdyby gene­rał pozwa­lał jej się dosia­dać do stołu, ale on cza­sami zamy­kał ją w poko­jach i posy­łał tam wyłącz­nie chleb i wodę. Apar­ta­menty urzą­dzono w stylu sta­no­wią­cym mie­szankę antyku i nowo­cze­snych, nie­zwy­kle cen­nych sprzę­tów, a także zdo­bią­cych ściany dzieł zna­nych mala­rzy.

Zamek Czarna Zatoka był jed­nak nie­przy­jem­nym miej­scem, rów­nie przy­tul­nym, co krypta. Czuła, jak jej stłu­mione dawno temu szlo­chy wypeł­niają wnę­trza niczym paję­cza sieć. Uznała, że pod­jęła dobrą decy­zję, by wyje­chać stąd, kiedy tylko nasta­nie pora­nek, i nie wra­cać tu wię­cej. Zmu­siła się, żeby pomy­śleć o nowej, ponad rok temu zamó­wio­nej, uszy­tej z mate­riału w wio­sen­nym zie­lo­nym kolo­rze sukni podróż­nej na wypa­dek krót­kich i rzad­kich wycie­czek po oko­licy. Będzie jej w niej do twa­rzy. Gene­rał Öhrnmarck chciał, żeby była błysz­czą­cym klej­no­tem, dodat­kiem do jego luk­su­so­wego życia. Teraz kolor sukni raził jej oczy przy­wy­kłe do żałob­nych stro­jów, ale miała już dosyć. Od tej pory nie poświęci gene­ra­łowi ani jed­nej myśli, jeżeli tylko sytu­acja jej na to pozwoli.

Wtem przy­po­mniała sobie o czymś: pod­czas poran­nej modli­twy zosta­wiła przez przy­pa­dek w zam­ko­wej kaplicy ulu­biony szal, któ­rego potrze­bo­wała pod­czas podróży. Wstała powoli z łóżka, wło­żyła cie­płą nocną podomkę uży­waną pod­czas chłod­nych pór roku i wsu­nęła stopy w mięk­kie kap­cie. Nie potrze­bo­wała świecy ani lampy, ponie­waż księ­życ rzu­cał wystar­cza­jąco dużo świa­tła.

– Stella! – zawo­łała cicho.

Roz­le­gło się dra­pa­nie pazu­rów o kamienną pod­łogę i poja­wił się przed nią duży ciemny kształt.

– Dobra dziew­czynka – powie­działa czule Ara­bella i pokle­pała ogrom­nego sza­rego wil­cza­rza irlandz­kiego, który w kłę­bie się­gał jej pra­wie do pasa, a łbem do piersi. Zna­la­zła go, kiedy był jesz­cze szcze­nia­kiem, pod­czas pew­nej kon­nej wycieczki w asy­ście sta­jen­nego, gdy gene­rał wyje­chał z domu. Tylna łapa zwie­rzę­cia zaplą­tała się w krza­kach. Dziew­czyna uwol­niła je, zabrała ze sobą i po powro­cie do zamku leczyła, aż wyzdro­wiało. Przy­pusz­czała, że stwo­rze­nie repre­zen­tu­jące znaną rasę psów stró­żu­ją­cych i myśliw­skich zabłą­dziło albo skądś ucie­kło. Mimo sprze­ci­wów gene­rała udało jej się go zatrzy­mać. Do zamku pies nie miał wcze­śniej wstępu, co zmie­niło się dopiero ostat­nimi czasy. Przed­tem Stella miesz­kała w stajni pod opieką służby. Ara­bella zacho­dziła do niej, kiedy tylko mogła, wypusz­czała się z nią na dłu­gie sekretne spa­cery i przy­no­siła jej przy­smaki.

Szybko dotarła do chłod­nego zam­ko­wego parku. Pies truch­tał obok niej ura­do­wany nie­ocze­ki­waną moż­li­wo­ścią roz­pro­sto­wa­nia dłu­gich łap o tej póź­nej porze. Tym razem nikt ze słu­żą­cych im nie towa­rzy­szył. Wszyst­kie dusze w Czar­nej Zatoce, nie licząc ich dwóch, pogrą­żone były we śnie. Nocny wiatr wzdy­chał w koro­nach liścia­stych drzew, które nabrały jesien­nych kolo­rów. Gene­ra­łowa bie­gła bez­gło­śnie przez parki i zaro­śla, a następ­nie nie­duże pole w stronę zam­ko­wej kaplicy. Stella podą­żała za nią lekko niczym lata­wiec prze­szy­wa­jący z szu­mem powie­trze. Zna­la­zły się na wąskiej dro­dze prze­ci­na­ją­cej traw­nik rosnący przed kaplicą. Deli­katny wie­trzyk poru­szał źdźbłami traw.

– Zostań! – pole­ciła psu Ara­bella przed drzwiami budynku. Zwie­rzę usia­dło posłusz­nie, węsząc dokoła. Mimo dużych roz­mia­rów Stella była łagodna jak mały kot, z wyjąt­kiem sytu­acji, kiedy ktoś zagra­żał jej pani. Zawsze, gdy gene­rał Öhrnmarck dys­cy­pli­no­wał Ara­bellę, co zda­rzało się od czasu do czasu, suczka wyła roz­pacz­li­wie, spo­glą­da­jąc na zamek. Wiel­kie zwie­rzę wyczu­wało cier­pie­nie swo­jej opie­kunki.

Wdowa weszła do kaplicy przez nie­za­mknięte na klucz drzwi. Była zady­szana, ponie­waż bie­gła cały czas; usia­dła więc na chwilę, żeby odpo­cząć. Na ścia­nie wisiały nagrobne tar­cze przy­po­mi­na­jące herby szla­chec­kie. Zama­wiano je i umiesz­czano w świą­tyni ku pamięci wysoko uro­dzo­nych osób. Tar­czę z her­bem rodu Öhrnmarcków nie­siono w kon­duk­cie razem z żałobną cho­rą­gwią, a po pogrze­bie, zamiast w kościele w Espoo, umiesz­czono je w nale­żą­cej do rodziny kaplicy.

Zgod­nie z nowym zwy­cza­jem Ara­bella zre­zy­gno­wała z panień­skiego nazwi­ska Glim­mer i przy­jęła rodowe męża. Na­dal jed­nak dość powszech­nie kobiety pozo­sta­wały przy wła­snym, zwłasz­cza jeżeli wywo­dziły się z wyż­szej sfery. Öhrnmarck ozna­czało nazwę fiń­skiej miej­sco­wo­ści Kot­ka­maa – język fiń­ski wdowa pamię­tała z dzie­ciń­stwa. Była potom­ki­nią sta­rego dobrego rodu posia­da­ją­cego dwór w Lieto. Kiedy dwu­ję­zyczni rodzice – ojciec pocho­dził ze Szwe­cji, a matka z Fin­lan­dii – ode­szli, wysłano ją w wieku pięt­na­stu lat do Sztok­holmu pod opiekę wuja. Od tam­tej pory mówiła wyłącz­nie po szwedzku, któ­rego i na tych zie­miach czę­sto uży­wano. Zmar­łego dwa lata temu krew­nego nie mogła w żaden spo­sób uznać za ser­decz­nego i cie­płego czło­wieka.

Patrzyła na tar­czę nagrobną z her­bem rodu Öhrnmarcków, na któ­rej roz­po­ście­rał skrzy­dła wielki srebrny ptak nama­lo­wany na zło­tym tle. U góry, pod biało-nie­bie­skim obra­mo­wa­niem napi­sano słowa/cytat : Wszyst­kich cze­ka­ją­cych na Pana ogarną nowe siły i wzlecą oni na skrzy­dłach niczym orły. Albo­wiem ptaki te pędzą nie­zmor­do­wa­nie, wędrują bez wysiłku. Gene­ra­łowa wes­tchnęła. W porów­na­niu ze szla­chet­nym orłem czuła się rów­nie mała jak szary wró­bel.

Posta­no­wiła jed­nak spró­bo­wać nowego życia. Wyjazd do Sztok­holmu będzie pierw­szym kro­kiem. Tak, zapew­niła samą sie­bie. Wdowa Ara­bella Öhrnmarck wkro­czy znów w kręgi towa­rzy­skie rów­nie odważ­nie, jak zosta­wiła je w mło­do­ści. Nie jest już pod­daną męża. Wła­ści­wie nikt nie mógł jej roz­ka­zy­wać. W prze­ci­wień­stwie do innych kobiet wdowy nie były zależne od opie­ku­nów. Ara­bella miała peł­nię wła­dzy i sama mogła decy­do­wać o swo­ich spra­wach. Zostało to okre­ślone ustawą wydaną w Kró­le­stwie Szwedz­kim w roku 1734 i sto­so­wano ją także w Wiel­kim Księ­stwie Fin­lan­dii. Mówiła o tym księga, którą zna­la­zła kie­dyś pod nie­obec­ność gene­rała w zam­ko­wej biblio­tece.

Zapa­mię­tała sobie frag­ment doty­czący tego tematu: Nie­za­mężna kobieta, nie­ważne w jakim wieku, ma pod­po­rząd­ko­wać się wła­dzy swo­jego opie­kuna, ale wdowa niech decy­duje o sobie i swoim majątku. Mogła więc nawet pod­pi­sać umowę najmu nowego domu, a jeśli tego chciała i star­czy­łoby jej pie­nię­dzy – kupić całą posia­dłość. Prze­ję­cie spadku i odczy­ta­nie testa­mentu prze­dłu­żały się, ale powinno to nastą­pić jesz­cze w tym roku. Ara­bella wie­rzyła, że jest główną spad­ko­bier­czy­nią. Nie będzie już dla nikogo kimś, kto pod­wyż­sza jego sta­tus, przed­mio­tem wśród innych cen­nych rze­czy, naj­pięk­niej­szym tro­feum.

Wtem na zewnątrz dał się sły­szeć niski war­kot Stelli. Wdowa przy­ło­żyła dłoń do piersi i pobie­gła do wyj­ścia kaplicy, trzy­ma­jąc szal. Co się dzieje? O tej porze nie powinno tu nikogo być. Kazno­dzieja zam­kowy był sta­rym czło­wie­kiem, praw­do­po­dob­nie spał w swoim domu po dru­giej stro­nie posia­dło­ści.

– Co takiego tam widzisz? – Dobie­gła do psa i chwy­ciła go za obrożę. Suka wpa­try­wała się ze zje­żoną sier­ścią w krzaki rosnące przy cmen­ta­rzu. Przez mgnie­nie oka Ara­belli wyda­wało się, że ktoś się w nich ukrywa, ale wiatr zapę­dził na księ­życ chmurę i zro­biło się zupeł­nie ciemno.

W czerni roz­legł się odgłos odda­la­ją­cych się szybko kro­ków.

– Kto tam jest? – krzyk­nęła prze­ra­żona.

Stella zaczęła gło­śno szcze­kać, zwie­lo­krot­niony dźwięk odbi­jał się głu­cho od ścian kaplicy i murów zamku. Zwie­rzę wyrwało się jej i popę­dziło przed sie­bie. Kroki tajem­ni­czej osoby przy­śpie­szyły.

– Wra­caj natych­miast! – wezwała psa roz­ka­zu­ją­cym tonem, który zasko­czył ją samą. Stella od razu zawró­ciła i posłusz­nie przy­bie­gła. Zapisz­czała, a kiedy księ­życ znów na krótko się poja­wił, wdowa ujrzała, że patrzy na nią pro­sząco, jakby w nadziei na pozwo­le­nie spro­wa­dze­nia intruza nawet siłą. Ara­bella chciała jed­nak wró­cić jak naj­szyb­ciej do sypialni. Chwy­ciła psa mocno i wkrótce zna­la­zła się razem z nim w zamku.

Przed uda­niem się na spo­czy­nek zary­glo­wała na wszelki wypa­dek wiel­kie główne wrota. Wcale jej nie cie­ka­wiło, kto zakradł się na nale­żące do niej zie­mie. Na pewno roz­bój­nik, który pró­bu­jąc ukraść kury, zabłą­dził w oko­lice kaplicy. Zupeł­nie się tym nie prze­jęła. Jutro będzie gdzie indziej. Przy­ło­żyła głowę do poduszki i zauwa­żyła na noc­nym sto­liku bute­leczkę z kro­plami na dobre samo­po­czu­cie. Prze­pi­sał je jej dok­tor, który przy­szedł owego tra­gicz­nego dnia i skła­dał potem wizyty kon­tro­lne. Do tej pory nie zaży­wała lekar­stwa, ale co jeśli teraz ono pomoże jej zasnąć? Nalała kilka kro­pel do szklanki z wodą, prze­łknęła i zasnęła nie­mal od razu.

Stella leżała na dywa­nie obok łóżka, lekko mru­żąc oczy, i od czasu do czasu nasta­wiała uszu. Nie zamie­rzała pozwo­lić, żeby jej pani przy­da­rzyło się cokol­wiek złego.

Ara­bella obu­dziła się, kiedy pierw­sze pro­mie­nie słońca przedarły się przez okna z małymi szpro­sami. Ależ twardo spała! To nie zda­rzyło jej się od lat. Kro­ple od leka­rza oka­zały się bar­dzo sku­teczne. Wpraw­dzie bolała ją tro­chę głowa i mię­śnie wyda­wały się zaska­ku­jąco zwiot­czałe, ale wyni­kało to na pewno ze smut­nych prze­żyć i eks­cy­ta­cji podróżą. Albo tego, że prze­stra­szyła się czymś w nocy. Pomy­ślała jed­nak, że zapo­mni o tym, dzi­siaj rusza prze­cież w stronę wol­no­ści i nowego życia!

– Lindo, przy­nieś mi zaraz moc­nej kawy – zawo­łała do poko­jówki, gra­mo­ląc się z łóżka. Pocią­gnęła ener­gicz­nie za rze­mień, do któ­rego był przy­mo­co­wany z dru­giej strony dzwo­nek znaj­du­jący się w kuchni. Wło­żyła pośpiesz­nie szla­frok i z zado­wo­le­niem spoj­rzała na zapa­ko­wane kufry. Tylko zje śnia­da­nie, ubie­rze się i będzie gotowa do podróży. Posta­no­wiła jechać przez Hel­sinki. Na pewno jakiś sta­tek przy­cu­mo­wany w jed­nym z wielu por­tów mia­sta weź­mie ją na pokład za opłatą. Stella wstała, prze­cią­gnęła się i otrzą­snęła. Pod­bie­gła do miski z jedze­niem, którą napeł­nił któ­ryś ze słu­żą­cych.

W drzwiach poja­wiła się poko­jówka Linda-Noora Kvist, nio­sąc tacę ze śnia­da­niem. Usta­wiła ją na małym okrą­głym stole i roz­su­nęła zasłony. Pocho­dząca ze wsi, nieco młod­sza od swo­jej pani dziew­czyna z wło­sami w orze­cho­wym kolo­rze słu­żyła u niej dopiero od nie­dawna. Zer­k­nęła bojaź­li­wie na Stellę, do któ­rej jesz­cze nie przy­wy­kła, ale uspo­ko­iła się, kiedy pies spoj­rzał na nią obo­jęt­nie, bar­dziej zain­te­re­so­wany jedze­niem niż czyn­no­ściami służby.

– Czemu nie odsu­nę­łaś zasłon wcze­śniej? – spy­tała ostro Ara­bella, wycią­ga­jąc jed­no­cze­śnie dłoń po fili­żankę z paru­jącą kawą. Gorący napój sma­ko­wał wyśmie­ni­cie.

– Bar­dzo mi przy­kro, pani wdowo Öhrnmarck, ale nie chcia­łam, żeby się pani zbu­dziła – opo­wie­działa Linda prze­pra­sza­ją­cym tonem. – Pomy­śla­łam, że lepiej będzie dać pani odpo­cząć. Roz­ka­zała mi pani budzić ją dopiero kwa­drans po dzie­wią­tej.

– W każ­dym razie wybiła wła­śnie ta godzina – burk­nęła Ara­bella. – I nie nazy­waj mnie panią wdową. Zwy­czajna pani wystar­czy. Prze­każ te instruk­cje pozo­sta­łej służ­bie. – Decy­zja wydała jej się dobra. Jeśli nie było to konieczne, nie chciała sły­szeć w codzien­nej roz­mo­wie niczego, co przy­po­mi­na­łoby jej o mał­żeń­stwie. Nie­stety słowa „pani” bez wąt­pie­nia nie będzie mogła unik­nąć. Zaraz po pogrze­bie zre­zy­gno­wała z nosze­nia wdo­wiego czepka, a teraz posta­no­wiła w duchu nie wkła­dać także cza­peczki noszo­nej za dnia w pomiesz­cze­niach prze­zna­czo­nych dla kobiet zamęż­nych i pod kape­lu­szem na zewnątrz.

– Oczy­wi­ście, pani Öhrnmarck.

– Gdzie są moje tosty? Wiesz dobrze, że jadam je zawsze rano.

– Tutaj, gospo­dyni wła­śnie upie­kła. – Poko­jówka pod­nio­sła usta­wioną na tacy srebrną kopułę, którą nakryła kromki mięk­kiego pszen­nego chleba, masło i miód. – Zaraz opiekę kawa­łek w kominku.

– Szybko – roz­ka­zała ostro wdowa. – Mogłaś to zro­bić już przed­tem, żeby było gotowe. Chyba wiesz, że muszę wyru­szyć wcze­śnie, chcę doje­chać do Hel­si­nek jesz­cze na wie­czór. Do poko­na­nia mamy z pew­no­ścią pięć mil skan­dy­naw­skich.

– Natu­ral­nie, wiel­można pani. – Poko­jówka nadziała kromkę chleba na długi dwu­zębny wide­lec i uklę­kła przed komin­kiem. Stella pochło­nęła swoją por­cję jedze­nia i zbli­żyła się do niej, żeby nawią­zać zna­jo­mość. Zorien­to­waw­szy się, że stwo­rze­nie nie sta­nowi zagro­że­nia, Linda pokle­pała je z waha­niem.

Tak czy owak ogień już roz­pa­liła, pomy­ślała tro­chę odprę­żona Ara­bella i wkrótce zaczęła gryźć chru­piący, posma­ro­wany masłem i mio­dem chleb. Linda dolała jej kawy do fili­żanki z deli­kat­nej por­ce­lany. Po wypi­ciu trze­ciej por­cji gene­ra­łowa poczuła, że wresz­cie sen­ność minęła.

Jej zamy­ślone spoj­rze­nie padło na poko­jówkę. Wpraw­dzie Ara­bella była wdową, ale nie chciała podró­żo­wać sama.

Oczy­wi­ście, razem z nią mogli poje­chać woź­nica oraz uzbro­jeni ludzie na koniach, a także dwóch loka­jów, z któ­rych jeden musi wie­dzieć, jak powo­zić, żeby odpro­wa­dzić powóz z Hel­si­nek do zamku Czarna Zatoka. Drugi lokaj i ludzie z bro­nią też wrócą, a pozo­stali będą kon­ty­nu­owali podróż z nią. Na dro­gach trzeba zacho­wać wielką ostroż­ność, zwłasz­cza jeśli się jest dzie­dziczką wiel­kiego majątku. Przy­da­łoby jej się jed­nak kobiece towa­rzy­stwo, słu­żąca. Mogłaby pomóc przy stro­jach. Zaraz po tym, jak gene­rał Öhrnmarck prze­niósł się do wiecz­no­ści, Ara­bella zwol­niła gar­de­ro­bianą, dając jej sowitą odprawę, ponie­waż wybrał ją dla niej mąż i przy­po­mi­nała raczej straż­niczkę wię­zienną niż słu­żącą. Linda mogłaby rów­nie dobrze zająć tym­cza­sowo miej­sce oso­bi­stej słu­żą­cej.

– Poje­dziesz ze mną – oznaj­miła bez­zwłocz­nie wdowa. – Będziesz poma­gała mi w ubie­ra­niu się. – Nie chciała nazy­wać dziew­czyny gar­de­ro­bianą, ponie­waż słowo to za bar­dzo przy­wo­dziło jej na myśl kobietę, któ­rej zada­nie pole­gało na wypeł­nia­niu roz­ka­zów wyda­wa­nych przez gene­rała. Linda spra­wiała wra­że­nie prze­ra­żo­nej. – Dobra pani, ja ni­gdy nie byłam w wiel­kim mie­ście – jąkała się. – Dużej korzy­ści ze mnie nie będzie.

– Trzeba kie­dyś spró­bo­wać – ucięła Ara­bella. – W ostat­nich tygo­dniach poma­ga­łaś mi cał­kiem zno­śnie pod­czas toa­lety i cze­sa­łaś mnie tak, że ujdzie. Na razie to wystar­czy. – Wypiła resztkę kawy. Im dłu­żej się zasta­na­wiała, tym lep­szy wyda­wał jej się ten pomysł. Zamie­rzała zawo­jo­wać Sztok­holm, ale nie chciała robić tego sama, tylko z innymi ludźmi, bo tak było wese­lej. Nie­ważne, że musiała tych innych opła­cić, żeby dotrzy­my­wali jej towa­rzy­stwa. Lep­sze to niż nic.

– Nie mogę opu­ścić mojego kraju, papy i mamy, i rodzeń­stwa! – Poko­jówka nie­mal wybu­chła pła­czem.

– Mnie też nikt nie pytał, czy chcę zosta­wić dom albo wyjść za mąż za gene­rała – uświa­do­miła ją Ara­bella. – I mimo wszystko tak się stało i tra­fi­łam tutaj, w te dale­kie strony/kra­iny. Prze­stań się mazgaić. Słu­żąca ele­ganc­kiej pani musi się zacho­wy­wać z god­no­ścią. – Ara­bella sta­rała się nie przy­po­mi­nać sobie chwil ze ślubu, gdy na drżą­cych nogach szła do ołta­rza pod­trzy­my­wana żela­znym ramie­niem wuja. Potężny opie­kun nie­mal siłą zawlókł sio­strze­nicę do ołta­rza i oddał ją Öhrnmarckowi. Cho­ciaż prawo zabra­niało zawie­ra­nia mał­żeń­stwa pod przy­mu­sem, w rze­czy­wi­sto­ści nakła­niane do tego młode dziew­czyny wycho­dziły za mąż nawet wbrew swo­jej woli. Ara­bella wcale nie chciała zosta­wać żoną męż­czy­zny, który był od niej ponad dwa razy star­szy. Ale wuj nie pozo­sta­wił jej wyboru. Był opie­kunem Ara­belli, a także swa­tem, któ­rego miała każda panna i który udzie­lał zgody na ślub.

– Kupimy ci nowe ubra­nia bar­dziej pasu­jące słu­żą­cej z wyż­szą pozy­cją – nama­wiała wdowa, sama zasko­czona swoją hojną obiet­nicą. Oczy­wi­ście mogło tak być dla­tego, że ładne stroje służby świad­czyły o wyso­kim sta­tu­sie pra­co­daw­czyni i o tym, że dbała o zatrud­nio­nych przez sie­bie ludzi. Ara­bella kon­ty­nu­owała w tym samym tonie: – Będziesz czę­sto pisała do domu, podwoję ci pen­sję i jeśli zechcesz, wyślesz jej część rodzi­com. – Uznała, że stać ją na taką szczo­drość. Po śmierci gene­rała adwo­kat ze Sztok­holmu nie ską­pił jej pie­nię­dzy na wła­sne wydatki i utrzy­ma­nie posia­dło­ści. W Wiel­kim Księ­stwie Fin­lan­dii powszech­nie sto­so­waną walutą były zarówno talary szwedz­kie, jak i rosyj­skie ruble. Po przy­jeź­dzie do sto­licy sąsied­niego kraju wdowa po boga­tym szlach­cicu w razie potrzeby otrzyma z pew­no­ścią bez pro­blemu kre­dyt, żeby prze­trwać do ogło­sze­nia testa­mentu.

– No dobrze – zgo­dziła się Linda, wzdy­cha­jąc. Wcale nie wyda­wała się zachwy­cona. – Każdy pie­niądz się przyda. Myślę, że moi rodzice chęt­nie poczy­tają listy, żeby się dowie­dzieć, jak się żyje w innym kraju, a sio­stry i bra­cia dostaną ode mnie drobne poda­runki – dodała z nadzieją, sta­ra­jąc się dostrzec dobre strony przy­szłego wyjazdu. – Może w mie­ście będą mieli na przy­kład jakieś nowe kar­melki. Sły­sza­łam plotki o twar­dych mię­to­wych cukier­kach. – Zabrała się do usu­wa­nia okru­chów ze stołu i sprzą­ta­nia resz­tek jedze­nia.

– Masz tylko pamię­tać, żeby zapi­sy­wać arku­sze poziomo i pio­nowo, a oprócz tego jesz­cze może na krzyż mię­dzy wer­sami – Ara­bella zwró­ciła jej uwagę ostrym tonem. – Papier i atra­ment nie są takie tanie, a i listu nie wysyła się pocztą za darmo. Tak robią czę­sto nawet ludzie z ary­sto­kra­cji.

Chło­piec na posyłki zabrał tacę z pozo­sta­ło­ściami po śnia­da­niu, a Linda w ciągu godziny pomo­gła swo­jej pani ubrać się w zie­lony strój podróżny, na który skła­dała się też długa, zapi­nana z przodu na guziki pelisa w tym samym odcie­niu. Na nogach wdowa miała piękne saboty, dło­nie scho­wane w ręka­wicz­kach, na gło­wie wią­zany pod brodą bonet z ron­dem obra­mo­wu­ją­cym twarz. Potem poko­jówka pośpie­szyła spa­ko­wać swój skromny doby­tek i poże­gnać się z rodziną.

Ara­bella przyj­rzała się sobie w lustrze. Czarne włosy, uło­żone w pod­kre­śla­jącą jej nie­zwy­kłą urodę fry­zurę, nabrały gra­na­to­wego poły­sku. Deli­katną twarz z wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi zdo­bił uro­czy nos i smo­li­ste oczy o mig­da­ło­wym kształ­cie. Pada­jące z pra­wej strony świa­tło wydo­by­wało z nich głę­boki ton czar­nej jagody. Część rodziny Ara­belli pocho­dziła z Włoch i dla­tego kobieta miała cerę jakby posy­paną zło­tym pyłem, zgrabne i pełne mali­nowe usta, do tego nie­wielki znak szcze­gólny na pra­wym policzku. Zacho­wała smu­kłą kibić, co było spo­wo­do­wane okre­sami przy­mu­so­wego postu w prze­szło­ści i bra­kiem ape­tytu pod­czas żałoby. Pocie­szała się myślą, że ete­ryczna, wiotka syl­wetka była teraz w modzie i że mogła już jeść, co chciała, bo nikt jej tego nie zabra­niał.

Wkrótce pani i słu­żąca wsia­dły do zaprzę­gnię­tego w czwórkę koni oka­za­łego powozu, który woź­nica Karls­son pod­pro­wa­dził pod główne wej­ście. Wszyst­kie kufry zostały umiesz­czone w czę­ści baga­żo­wej pod pojaz­dem albo przy­mo­co­wane na dachu. Ludzie na koniach usta­wili się z przodu. Pozo­stała w zamku służba miała dbać o budy­nek i oto­cze­nie. Lokaj Joona­tan Eld, trzy­dzie­sto­letni męż­czy­zna, pomógł wsiąść do powozu naj­pierw Ara­belli, potem Lin­dzie, i na końcu usiadł razem z kolegą Aaro­nem z tyłu na ławce ple­cami do kie­runku jazdy. W brycz­kach prze­zna­czo­nych do krót­szych dystan­sów funk­cję taką peł­niło cza­sami pod­wyż­sze­nie, na któ­rym słu­żący stali, trzy­ma­jąc się uchwy­tów. Stella wsko­czyła do środka i usa­do­wiła się w nogach Ara­belli, kła­dąc wielki łeb na jej butach. Kobiety rzu­ciły ostat­nie spoj­rze­nie na ogromny zamek. Jedna ze smut­kiem, zasta­na­wia­jąc się, kiedy wróci do domu, a druga z nadzieją, że ni­gdy już nie będzie musiała go oglą­dać.

Rozdział 2

Uprząż koni dźwię­czała, kiedy powóz brał nowy zakręt, kopyta ude­rzały miękko o ubitą powierzch­nię jed­nej z głów­nych dróg. Sie­dząca w środku Ara­bella oparła głowę o wyście­łaną ścianę. Towa­rzy­sząca jej Linda ucięła sobie drzemkę. Wdowa już zapo­mniała, jak wyczer­pu­jąca może być podróż, nawet jeśli pojazd miał nowo­cze­sne wypo­sa­że­nie zapew­nia­jące wygodę.

W oknach wisiały zasłonki, a mięk­kie ławki pokry­wał cytry­nowy aksa­mitny mate­riał. Powóz i wyso­kie koła poma­lo­wano z zewnątrz jed­no­li­cie na czarno. Powle­czone nie­bie­skim płót­nem sie­dze­nie woź­nicy znaj­do­wało się wysoko, bli­żej dachu niż pod­łogi. Bie­gły prze­zeń dwa skó­rzane rze­myki, za które podróżny sie­dzący obok mógł w razie potrzeby się zła­pać dla zacho­wa­nia rów­no­wagi. Do tego samego słu­żyły uchwyty wewnątrz powozu. Kie­ru­jący powo­zami znani byli ze swo­jej umie­jęt­no­ści utrzy­my­wa­nia się na koźle, zapie­ra­jąc się nie­kiedy nogami o pod­pórkę połą­czoną z czę­ścią osła­nia­jącą przed bry­zgami błota.

Wielka Droga Nad­brzeżna wio­dła przez prze­piękne oko­lice, ale w miarę jak dzień chy­lił się ku koń­cowi, podróż zaczęła wyda­wać się Ara­belli otę­pia­jąca. Począt­kowo podzi­wiała z entu­zja­zmem kra­jo­brazy i budowle, takie jak prze­rzu­cony przez pły­nącą w pobliżu wznie­sio­nego za cza­sów króla Gustawa I Wazę dworu w Espoo rzekę Man­kin­joki, kamienny most Sågbro, po któ­rym powóz toczył się z łomo­tem. Ponie­waż trzeba było zmie­nić konie, zatrzy­mano się na prze­rwę w zajeź­dzie, a wtedy woź­nica Karls­son opo­wie­dział, że most został zbu­do­wany cał­ko­wi­cie przy uży­ciu tech­niki suchego muru bez zaprawy, z wyko­rzy­sta­niem jedy­nie kamien­nych kli­nów.

Wpraw­dzie Ara­bella nie odwie­dzała od dłuż­szego czasu sto­licy ani innych miast poza tymi w oko­li­cach zamku, ale gene­rał Öhrnmarck cią­gle podró­żo­wał i w każ­dym zajeź­dzie znaj­du­ją­cym się przy dro­dze utrzy­my­wał konie nale­żące do Czar­nej Zatoki. Zaprzęg zło­żony z kon­nej czwórki mógł bez trudu pocią­gnąć powóz i dodat­kowo dzie­się­cioro ludzi wraz z baga­żami. Doświad­czeni słu­żący zaprzę­gali nowe zwie­rzęta nawet w ciągu pię­ciu minut, więc podróżni nie musieli w tym cza­sie wcale wysia­dać. Robiono tak zwy­kle co kilka mil skan­dy­naw­skich, choć przy szyb­kiej jeź­dzie zda­rzało się i czę­ściej.

Gdy minęli czer­wone i białe chaty znaj­du­jące się na skrzy­żo­wa­niu rzeki Van­taa i Kerf­fwo we wsi Hel­sin­gen oraz kościół Świę­tego Lau­ren­tego, oko­liczne tereny zaczęły sta­wać się zda­niem Ara­belli mono­tonne. Miała wra­że­nie, że prze­obra­ziły się w nie­skoń­czony ciąg lasów, pól i skał. Pod wie­czór na dro­dze napo­ty­kali już tylko nie­liczne powozy. Słońce scho­dziło coraz niżej, zie­mię prze­ci­nały dłu­gie cie­nie. Karls­son zatrzy­mał się, żeby zapa­lić lampy przy­mo­co­wane do pojazdu, cho­ciaż nie dawały one zbyt dużo świa­tła. Zapo­wia­dała się jed­nak księ­ży­cowa noc, więc powinny wystar­czyć. Jed­no­cze­śnie prze­ka­zał wdo­wie wia­do­mość, że do celu mają sześć wiorst z nad­dat­kiem.

W trak­cie jazdy dla zabi­cia czasu Ara­bella zasta­na­wiała się nad tym, co zrobi, gdy przy­bę­dzie do Sztok­holmu. Na począ­tek musi się zakwa­te­ro­wać w jakimś domu podróż­nym. Duma nie pozwa­lała jej od razu popro­sić rad­czyni gór­ni­czej Ståhl o spo­tka­nie. Naj­pierw oceni sytu­ację i się roz­lo­kuje. Powinna jak naj­szyb­ciej wyna­jąć rezy­den­cję na mie­ście, która będzie dla niej bazą i zacznie tam budo­wać sobie nowe życie. Naj­lep­szy i naj­wy­god­niej­szy byłby ume­blo­wany dom. Może nie­da­leko Zamku Kró­lew­skiego, na Bla­sie­hol­men koło słyn­nego wspa­nia­łego pałacu nale­żą­cego do zna­nej hra­biow­skiej rodziny Von Fer­sen, gdzie miesz­kają wytworni ludzie.

Gdy już się zaakli­ma­ty­zuje, rzuci się w wir zabawy. Z zado­wo­le­niem wyobra­żała sobie karty z zapro­sze­niami, które bez wąt­pie­nia napłyną do rezy­den­cji, kiedy tylko rozej­dzie się wia­do­mość o jej powro­cie do krę­gów towa­rzy­skich. Cho­ciaż nie miała krew­nych, to znała dużo ludzi, któ­rzy cią­gle miesz­kali w Sztok­hol­mie. Damy z ary­sto­kra­cji pro­wa­dziły zazwy­czaj sze­roką kore­spon­den­cję, a gene­rał Öhrnmarck nie mógł cał­ko­wi­cie zaka­zać jej pisa­nia listów, jak miało to miej­sce w przy­padku jej chrzest­nej, bo zwró­ci­łoby to nad­mierną uwagę. Zado­wa­lał się jedy­nie kon­tro­lo­wa­niem tych wysy­ła­nych przez Ara­bellę do zna­jo­mych i otrzy­my­wa­nych od nich. Dzięki temu wdowa na­dal posia­dała sze­roką sieć kon­tak­tów z żonami zna­czą­cych dżen­tel­me­nów i damami nale­żą­cymi do socjety.

Wła­śnie zagłę­biła się w myślach o tym, jak urzą­dzi pierw­sze przy­ję­cie w swoim domu – może to będzie soirée, czyli wie­czór muzyczny, albo nawet bal – gdy konie nagle przy­śpie­szyły.

– Pani Öhrnmarck – dał się sły­szeć krzyk Karls­sona. – Pad­nij­cie, wiel­można pani! – roz­le­gło się woła­nie przy akom­pa­nia­men­cie kopyt.

Przez chwilę Ara­bella sie­działa jak spa­ra­li­żo­wana, nie mogąc zro­zu­mieć tych słów. O co, na Boga, cho­dzi? Pad­nij­cie! Jakież dzi­waczne wezwa­nie. Jej zda­niem taką czyn­ność wyko­ny­wano jedy­nie w woj­sku. Czy woź­nica postra­dał rozum? Otwo­rzyła okno umiesz­czone w drzwicz­kach powozu, choć nie było to łatwe, ponie­waż pojazd pod­ska­ki­wał i się koły­sał. W końcu jed­nak udało jej się to zro­bić i wysu­nęła głowę.

– Co Karls­son ma na myśli? – spy­tała, prze­krzy­ku­jąc wiatr biczu­jący jej policzki. Zauwa­żyła, że znaj­dują się na opu­sto­sza­łej, pogrą­żo­nej w wie­czor­nym mroku dro­dze leśnej. – Dla­czego mia­ła­bym… – urwała w poło­wie, gdyż w oddali, pośród drzew dał się sły­szeć wystrzał, coś z trza­skiem ude­rzyło o powóz i posy­pały się drza­zgi. Linda obu­dziła się i krzyk­nęła. Ara­bella wcią­gnęła głowę z powro­tem do pojazdu i zatrza­snęła okno. – Och! – zawo­łała. – Ktoś do nas strzela! – To by wyja­śniało prośbę Karls­sona. Naj­wy­raź­niej zaata­ko­wali ich przy­drożni zbójcy.

Skądś z lasu dobiegł roz­kaz: – Zatrzy­maj­cie się natych­miast!

– Ni­gdy! – wrza­snął woź­nica i strze­lił z bicza nad dobrze wyszko­loną czwórką zaprzę­żoną do pojazdu. – Ama­to­rzy. Porządni zbójcy zro­bi­liby zasadzkę na pobo­czu i zagro­dzili nam drogę – dodał pół­gło­sem i wydał pole­ce­nie słu­żą­cym: – Ludzie, do broni!

Czy­ha­jący na szla­kach napast­nicy sta­no­wili nie­ustanne zagro­że­nie dla boga­tych podróż­nych. Powóz Ara­belli opa­trzony her­bem szla­chec­kim oznaj­miał wszem wobec, że prze­wo­żony w nim doby­tek wart był zachodu. Stella, war­cząc, pró­bo­wała wstać, ale wydane ostrym tonem pole­ce­nie spra­wiło, że znów przy­lgnęła do ziemi i uci­chła.

– Pro­szę nie wycho­dzić z wozu, wiel­można pani! – krzyk­nął Karls­son. – Mam przy sobie musz­kiet, zaraz ich odpę­dzimy. – Jeśli męż­czy­zna potra­fił jed­no­cze­śnie powo­zić i strze­lać, świad­czyło to o jego wyjąt­ko­wych umie­jęt­no­ściach. Wdowa przy­pu­ściła, że musiał na chwilę owi­nąć wodze wokół zablo­ko­wa­nego hamulca. Na szczę­ście jechali po pro­stej dro­dze. – Joona­ta­nie i Aaro­nie, ognia! – wrza­snął woź­nica do loka­jów sie­dzą­cych z tyłu. Z przodu roz­le­gły się dwa wystrzały – to jadący przed nimi słu­żący roz­po­częli dzia­ła­nia obronne. Wkrótce usły­szeli grzmot musz­kietu, który Karls­son oparł sobie o bark, a następ­nie odgłosy strzelb loka­jów.

– Ojej, miła pani! – pisnęła Linda, otwie­ra­jąc sze­roko oczy. – Wie­dzia­łam, że nie powin­nam się była zga­dzać na ten wyjazd. Gdzie indziej też zna­la­zła­bym posadę. – Wykrę­cała palce, wyglą­da­jąc przez okno.

– Lindo, schyl głowę! – Ara­bella pochwy­ciła słu­żącą i poło­żyła się z nią obok Stelli. – Teraz za późno, żeby się tym mar­twić. Ktoś na pewno chce zdo­być moje kosz­tow­no­ści.

– Trzeba było nam zatrzy­mać się na noc we dwo­rze Bac­kasa, jak pro­po­no­wał Karls­son – narze­kała poko­jówka. Podró­żu­jący ary­sto­kraci mieli zwy­czaj noco­wać w pań­skich posia­dło­ściach znaj­du­ją­cych się wzdłuż drogi. – To chyba nasza ostat­nia podróż!

– W takiej małej posia­dło­ści? – powie­działa Ara­bella, pry­cha­jąc. – Chcę prze­no­co­wać w porząd­nym mie­ście. Cho­ciaż może tak by było roz­sąd­niej – przy­znała, gdy klu­czyli tu i tam. Jedna z jej kole­ża­nek ze szkoły dla panien, która wyszła za mąż za angiel­skiego lorda, wspo­mniała w ostat­nim liście o szyb­kiej linii obsłu­gi­wa­nej przez powozy kur­su­jące mię­dzy Lon­dy­nem a Bir­ming­ham. Ten liczący ponad dwa­dzie­ścia mil skan­dy­naw­skich odci­nek zabie­rał dwie doby i Ara­bella zakła­dała, że tyle czasu zaj­mie jej wyprawa. Teraz jed­nak uświa­do­miła sobie, że zwy­kłe wozy poru­szały się w wol­niej­szym tem­pie niż te nale­żące do zawo­do­wych woź­ni­ców.

W pojazd tra­fił nowy pocisk, konie zarżały, ale utrzy­mały kie­ru­nek. Gene­rał Öhrnmarck zaku­pił je swo­jego czasu od pew­nego byłego dowódcy kawa­le­rii – tych stwo­rzeń nie można było prze­stra­szyć byle czym. Stu­kot kopyt, zgrzyt kół powozu i bicie serca powo­do­wały hałas, który przy­pra­wiał Ara­bellę o zawrót głowy. W tym cza­sie służba pró­bo­wała powstrzy­mać zapędy zbój­ców.

– Jest ich dwóch, po jed­nym z każ­dej strony! – krzyk­nął Joona­tan.

– Przede mną nie ma nikogo – odpo­wie­dział czło­wiek jadący z przodu.

– Gotuj­cie się do walki! – zawo­łał bojowo Karls­son.

Ara­bella poczuła przy­pływ odwagi. Jak ona postę­puje? Chowa się, gdy służba broni jej za cenę wła­snego życia? Tak nie może być w żad­nym wypadku! Dni uci­ska­nej, prze­stra­szo­nej kobiety minęły. W pojeź­dzie powi­nien być pisto­let. Poma­cała pod sie­dze­niem, ale zna­la­zła tylko fute­rał ze szpa­dami. Marsz­cząc nos, przyj­rzała się ostrym meta­lo­wym przed­mio­tom. Nie będzie z nich pożytku. Jed­no­cze­śnie jej wzrok padł na sufit powozu, pod któ­rym tkwiło nie­wiel­kie pro­sto­kątne pudło.

– Po następ­nych wystrza­łach posta­ram się się­gnąć po pisto­let – powie­działa. – Roz­bój­nicy muszą prze­cież nała­do­wać broń. Jakie to szczę­ście, że prze­waż­nie mogą wystrze­lić tylko jedną kulę naraz.

W drzwiach pojazdu utkwiły dwa poci­ski.

– Nie wydaje mi się, żeby z dużej odle­gło­ści kule łatwo prze­biły grube drewno – pocie­szyła słu­żącą i pod­sko­czyła, żeby ścią­gnąć pudło. W następ­nej chwili znów leżała na pod­ło­dze.

Na twa­rzy Lindy poja­wił się zachwyt. – Czy umie się pani obcho­dzić z bro­nią?

– Oczy­wi­ście – odpo­wie­działa gene­ra­łowa pew­nym tonem, cho­ciaż wcale jej się tak nie wyda­wało. Nie wspo­mniała przy tym, że nie wystrze­liła ani jed­nej kuli od dnia, w któ­rym nauczyła się obcho­dzić z pisto­le­tem pod okiem zaprzy­jaź­nio­nego eko­noma. Było to za cza­sów jej mło­do­ści w rodzin­nym dwo­rze na obrze­żach Turku. Miała nadzieję, że taka umie­jęt­ność jest jak jazda na koniu, któ­rej się ni­gdy nie zapo­mina.

– Lindo, kiedy powiem „teraz”, otwo­rzysz okno po pra­wej stro­nie. – Jakimś dziw­nym tra­fem wszyst­kie szyby były jesz­cze całe.

Dziew­czyna poki­wała głową i wyraź­nie zde­ner­wo­wana odsu­nęła się na bok.

Wdowa nała­do­wała broń drżą­cymi rękami. – Teraz! – krzyk­nęła, a słu­żąca otwo­rzyła okienko w drzwiach. Ara­bella pod­sko­czyła i widząc galo­pu­ją­cego za drze­wami jeźdźca, wyce­lo­wała i strze­liła. Męż­czy­zna w czar­nej, się­ga­ją­cej oczu chu­ście na gło­wie prze­chy­lił się na bok. Gene­ra­łowa przy­pusz­czała, że udało jej się tylko dra­snąć go kulą. Spe­cjal­nie skie­ro­wała lufę tak, żeby nie wyrzą­dzić mu zbyt­niej krzywdy. Znów usia­dła na pod­ło­dze i zaczęła po raz drugi łado­wać pisto­let, ale w tym cza­sie powóz wyje­chał z leśnej drogi na otwartą prze­strzeń, na któ­rej tu i tam widać było domy.

– Ucie­kli­śmy im! – dał się sły­szeć trium­falny głos Karls­sona. Naj­wi­docz­niej napast­nicy nie mieli odwagi ryzy­ko­wać, że zostaną zła­pani na pustym tere­nie. – Jaśnie pani, jadę pro­sto do mia­sta, jeżeli można. Mamy tam już bli­sko. – Woź­nica na­dal popę­dzał konie do galopu. Przez okno w tyle powozu Ara­bella ujrzała, jak pod wpły­wem szyb­kiej jazdy kamie­nie i pia­sek wyla­tują w powie­trze. Nie dostrze­gła żad­nego z roz­bój­ni­ków i wes­tchnęła z ulgą. Fak­tycz­nie, byli ura­to­wani!

– Dobrze, Karls­so­nie – odpo­wie­działa i oszo­ło­miona odwa­żyła się znów usiąść na ławce. Obok niej przy­cup­nęła Linda i poło­żyła głowę na opar­ciu. Przez chwilę żadna z nich nie mogła wydu­sić ani słowa.

Potem poko­jówka zawo­łała: – Niech sobie we wsi mówią o pani tem­pe­ra­men­cie, co chcą. – Wytarła twarz chu­s­teczką wycią­gniętą z kie­szeni. – W każ­dym razie słu­że­nie pani nie jest nud­nym zaję­ciem.

Ara­bella obró­ciła się i popa­trzyła na nią, nie wie­dząc, czy ma się obra­zić z powodu pierw­szej czę­ści jej komen­ta­rza. Jed­nak widząc wyraz oczu Lindy, nie mogła się powstrzy­mać i przy­brała tak bojową minę, że eks­pertka w dzie­dzi­nie ety­kiety, jej matka chrzestna pani Ståhl, na pewno by pobla­dła.

– Chyba będę musiała dodać do two­jej pen­sji wyna­gro­dze­nie za nie­bez­pieczną pracę – zauwa­żyła, sta­ra­jąc się utrzy­mać poważny ton głosu. Następ­nie obie par­sk­nęły śmie­chem.

– Dla mnie i mojej gar­de­ro­bia­nej sypial­nia i salon, a dla pozo­sta­łej służby izby kwa­te­run­kowe – powie­działa Ara­bella do gospo­da­rza, kiedy dotarli do śred­niej wiel­ko­ści zajazdu znaj­du­ją­cego się przy Wiel­kim Placu w Hel­sin­kach albo, mówiąc współ­cze­snym języ­kiem, na obrze­żach placu Senac­kiego. Zajazd nie był rów­nie ele­gancki jak nowo­cze­sne hotele euro­pej­skie, ale stał obok sze­regu sza­cow­nych, wznie­sio­nych w poprzed­nim stu­le­ciu domów, przy Suur­katu. Plot­ko­wano, że w przy­szło­ści ulica ta otrzyma zapewne nową nazwę na cześć cesa­rza Rosji i wiel­kiego księ­cia Fin­lan­dii Alek­san­dra I.

Kiedy powóz prze­je­chał obok uro­czego, poma­lo­wa­nego na czer­wono drew­nia­nego kościoła Ulryki Ele­onory, budynku z man­sar­do­wym dachem usy­tu­owa­nego po zachod­niej stro­nie, Ara­bella pogra­tu­lo­wała sobie uda­nej podróży do sto­licy. Brzegi placu ota­czały ratusz, szkoła try­wialna oraz główna war­tow­nia. Mie­ściły się tam też drew­niane domy o sko­śnych dachach – jak się jej wyda­wało – spi­chle­rze lub maga­zyny. Było dość późno i ulice opu­sto­szały. W dal­szej czę­ści, na przed­mie­ściu Kata­ja­nokka ryso­wała się syl­wetka młyna. Za zajaz­dem widać było czubki masz­tów przy­cu­mo­wa­nych w por­cie stat­ków z wiszą­cymi fla­gami.

Wdowa nie chciała nawet myśleć, w jakim sta­nie jest powóz po wypad­kach, które się roze­grały po dro­dze. Wygląd pojazdu mógł się wyda­wać podej­rzany, więc pole­ciła Karls­so­nowi, żeby odpro­wa­dził go natych­miast za budy­nek, do stajni, kiedy już one wysiądą i wyła­duje się bagaże przed wej­ściem głów­nym. Spo­dzie­wała się, że woź­nica i pozo­stała służba dopro­wa­dzą nocą powóz do przy­zwo­itej kon­dy­cji. Nie mogła sobie pozwo­lić na to, żeby zwra­cano na nią zbyt­nią uwagę. Owdo­wiała kobieta, bo prze­cież taką była, nie powinna podró­żo­wać tak daleko bez towa­rzy­stwa męż­czy­zny z tej samej sfery.

– Wdowo Öhrnmarck – zawo­łał na powi­ta­nie gospo­darz zajazdu, kła­nia­jąc się nisko. – Wyrazy głę­bo­kiego żalu z powodu śmierci pani męża. – Oczy­wi­ście roz­po­znał ją, miał dobrą pamięć do twa­rzy, jak to zwy­kle czło­wiek obsłu­gu­jący klien­tów. Ara­bella i gene­rał zatrzy­mali się tu, wra­ca­jąc z wesela w Sztok­hol­mie do zamku Czarna Zatoka. Wcze­śniej Öhrnmarck, który wła­śnie sprze­dał posadę w armii, wybrał sobie żonę i zała­twił jed­no­cze­śnie ostat­nie sprawy orga­ni­za­cyjne przed prze­pro­wadzką na wschód.

Ara­bella ski­nęła łaska­wie głową. O śmierci męża poin­for­mo­wano w nekro­lo­gach zamiesz­czo­nych w gaze­tach, a poza tym wia­do­mo­ści doty­czące ary­sto­kra­cji roz­cho­dziły się szybko.

– Oczy­wi­ście mamy pokoje dla wiel­moż­nej wdowy i jej słu­żą­cej – kon­ty­nu­ował gospo­darz jowial­nie. – Gene­rał Öhrnmarck – świeć panie nad jego duszą – zatrzy­my­wał się tu od czasu do czasu i zado­wa­lał się tylko tym, co naj­lep­sze. Potra­fimy usłu­żyć wyma­ga­ją­cym gościom – zachwa­lał. – Inni mogą miesz­kać w pomiesz­cze­niach dla służby, a dla psa jest miej­sce na podwó­rzu.

– Stella zosta­nie z nami – oznaj­miła Ara­bella, kła­dąc dłoń na gło­wie zwie­rzę­cia, które weszło za nimi do środka i rozej­rzało się z zain­te­re­so­wa­niem wokół. Nasta­wia­jąc uszu, nasłu­chi­wało dźwię­ków roz­le­ga­ją­cych się w zajeź­dzie i wąchało zapa­chy docho­dzące z kuchni znaj­du­ją­cej się przy barze i restau­ra­cji.

– Ależ wdowo Öhrnmarck, my ni­gdy nie pozwa­lamy na to, żeby zwie­rzęta spały w poko­jach. – Gospo­darz wyprę­żył klatkę pier­siową. – To lokal pierw­szej klasy. Mamy sza­no­wa­nych sąsia­dów, jak choćby zakład cukier­ni­czy Kis­se­lefa, domy Sunna, Burtza i Reman­dera…

– Jestem prze­ko­nana, że przy­szłe poko­le­nia jesz­cze długo będą się nimi zachwy­cały – wtrą­ciła Ara­bella uprzej­mym gło­sem. – My jed­nak jeste­śmy wyczer­pane i…

– …oraz budy­nek wznie­siony przez rad­nego Gustava Johana Bocka, w któ­rym obec­nie odna­wia się miesz­ka­nie służ­bowe oraz paradne sale dla gene­rała-guber­na­tora – męż­czy­zna kon­ty­nu­ował lita­nię, jakby nie sły­szał jej słów. – Ponie­waż rzecz tak się przed­sta­wia, więc zapchlone bur… chcia­łem powie­dzieć, że nawet szla­chetne dobo­rowe psy nie mają wstępu na pokoje – zmięk­czył natych­miast swoją wypo­wiedź, widząc lodo­wate spoj­rze­nie wdowy.

– Stella jest dobrze wycho­wana i nie hała­suje ani w inny spo­sób nikomu nie prze­szka­dza – rze­kła z nie­ru­chomą twa­rzą.

– Jeśli pani obieca, że pies będzie trzy­many w pomiesz­cze­niach, mogli­by­śmy zro­bić wyją­tek – oznaj­mił gospo­darz z wes­tchnie­niem. – Tędy, pro­szę bar­dzo. – Wska­zał drogę i będąc pod wra­że­niem wizyty wyjąt­ko­wego gościa, cały czas gawę­dził, a raczej wygła­szał mono­log, gdy pro­wa­dził kobiety po scho­dach, a potem kory­ta­rzem do dwóch wygod­nych poko­jów w tym noszą­cym lek­kie ślady użyt­ko­wa­nia i pro­sto, lecz ład­nie urzą­dzo­nym zajeź­dzie. Od czasu do czasu Ara­bella wtrą­cała jedy­nie jakieś dwu­sy­la­bowe słowo. Gospo­darz obie­cał jesz­cze pożywną kola­cję za pół­to­rej godziny, wła­sno­ręcz­nie roz­pa­lił w kominku, a potem wyszedł. Stella usa­do­wiła się przed pło­ną­cym ogniem i zaczęła drze­mać.

Rozdział 3

Wresz­cie możemy odpo­cząć – zawo­łała wdowa, ścią­ga­jąc ręka­wiczki i zdej­mu­jąc pelisę oraz kape­lusz. – Jestem cał­ko­wi­cie roz­bita po tej cało­dnio­wej, peł­nej wstrzą­sów podróży powo­zem. Muszę się wyką­pać przed kola­cją. – Pomy­ślała z tęsk­notą o cie­płej wodzie, którą zmyje podróżny kurz.

Jak na zamó­wie­nie w pokoju poja­wiła się słu­żąca, żeby zapy­tać, czy pani ma jakieś życze­nia, które mogłaby speł­nić. Wkrótce potem musku­larni słu­żący napeł­nili usta­wioną za para­wa­nem wannę paru­jącą wodą, którą przy­no­sili w cebrzy­kach z kuchni na dole. Linda uwol­niła włosy swo­jej pani z pod­trzy­mu­ją­cych je spi­nek i pomo­gła jej się roze­brać.

Do tej pory Ara­bella sama wkła­dała i zdej­mo­wała bie­li­znę. Ponie­waż Linda była teraz jej oso­bi­stą słu­żącą pra­cu­jącą dla niej przez całą dobę, nie mogłaby utrzy­mać przed nią niczego w tajem­nicy. Tak więc po zdję­ciu sukni podróż­nej, poń­czoch i halki pozwo­liła, żeby dziew­czyna pomo­gła jej się roze­brać z gor­setu, a następ­nie zrzu­ciła długą koszulę.

Słu­żąca jęk­nęła, ale szybko oprzy­tom­niała.

Ara­bella obró­ciła się i spoj­rzała na nią. – Gene­rał Öhrnmarck był suro­wym czło­wie­kiem – skwi­to­wała, patrząc obo­jęt­nie w lustrze na długą bli­znę zdo­biącą jej plecy, pozo­sta­łość po ostat­nim spo­tka­niu z mężem. Wście­kły męż­czy­zna pchnął ją wtedy na szafę, któ­rej ostry brzeg prze­dziu­ra­wił jej ubra­nie i roz­ciął skórę. Od tam­tego czasu bli­zna poja­śniała, ale na­dal była widoczna.

– Zapy­tam gospo­dyni w zajeź­dzie, czy ma zmięk­cza­jącą maść – obie­cała dziew­czyna, przy­bie­ra­jąc swoją zwy­kłą minę. – Dzięki niej z cza­sem bli­zna może znik­nąć cał­ko­wi­cie. Dowie­dzia­łam się tego od sio­stry, która dobrze zna się na zio­łach. Powiem też gospo­dyni, że podróż nad­wy­rę­żyła pani zdro­wie – dodała, skła­da­jąc ubra­nie w zgrabny stos.

– To prawda – potwier­dziła gene­ra­łowa. – Boli mnie całe ciało. Led­wie mogę uwie­rzyć w to, czego doświad­czy­li­śmy. – Nagle jej życie nabrało znacz­nego roz­pędu.

– Bar­dzo mi się podo­bało, jak pani celo­wała przez okno, mówię naj­szczer­szą prawdę – oznaj­miła Linda, uśmie­cha­jąc się. Ara­bella zauwa­żyła, że odwza­jem­nia uśmiech. Zasko­czyło ją to, jakby mię­śnie twa­rzy nie były przy­zwy­cza­jone do takiej czyn­no­ści. No i od dłuż­szego czasu nie miała żad­nego powodu do rado­ści. Poko­jówka spraw­dziła tem­pe­ra­turę wody. – Wydaje mi się, że osty­gła już odpo­wied­nio. Przed chwilą była chyba jesz­cze za gorąca. – Wycią­gnęła rękę. – Pro­szę się uchwy­cić, żeby się pani nie pośli­zgnęła. Czy pomóc pani przy myciu wło­sów?

– Na pewno pora­dzę sobie sama – zapew­niła ją wdowa. Na tabo­re­cie sto­ją­cym obok znaj­do­wały się dzban z wodą do płu­ka­nia i mydło. Weszła do wanny, wzdy­cha­jąc z zado­wo­le­niem, i zanu­rzyła się w cie­płej kąpieli. – Jak wró­cisz, wyką­piesz się po mnie, ale naj­pierw pomo­żesz mi się ubrać i zało­żysz na łóżko tę pościel, którą przy­wio­zły­śmy ze sobą. Popro­szę też słu­żą­cych, żeby nalali świe­żej wody. Ni­gdy nie uwa­ża­łam, że korzy­sta­nie z tej samej jest sto­sowne. – Ara­bella spała naj­chęt­niej we wła­snej pościeli, uszy­tej z mięk­kiej nie­bie­sko-bia­łej bawełny, pach­ną­cej lawendą. Gospo­dyni w zamku Czarna Zatoka zawsze wkła­dała wypeł­nione nią woreczki do gar­de­roby.

– Coś takiego abso­lut­nie nie przy­stoi – sprze­ci­wiała się zakło­po­tana Linda, gnio­tąc kra­wędź far­tu­cha. Jej cze­pek tkwił na gło­wie prze­krzy­wiony po prze­ży­ciach z całego dnia. – Umyję ręce i twarz w mied­nicy dla służby, to wystar­czy w zupeł­no­ści.

– Bzdury – Ara­bella ucięła dys­ku­sję. – Zasłu­ży­łaś na to. Bar­dzo mi pomo­głaś pod­czas podróży. – Wbrew woli polu­biła dziew­czynę ze względu na jej miłe obej­ście. Wdowa nie ocze­ki­wała zbyt wiel­kiej dobroci od osób, które ją ota­czały. Odkąd została oddana wujowi pod opiekę, jej życie powoli zmie­niało się na coraz gor­sze.

– Zaniosę też słu­żą­cym pani strój, żeby go wyczy­ścili. – Linda wzięła ubra­nie swo­jej pra­co­daw­czyni. – Przy­naj­mniej nie­które czę­ści trzeba wyprać, a resztę na pewno wyszczot­ko­wać. Nie zej­dzie mi z tym długo – rzu­ciła, zni­ka­jąc w drzwiach. – Lokaje wkrótce przyjdą i przy­niosą kufer z naj­po­trzeb­niej­szymi rze­czami.

Po wyj­ściu poko­jówki Ara­bella przy­mknęła oczy i sta­rała się nie myśleć o zda­rze­niu, które ich spo­tkało pod­czas podróży. Mieli do czy­nie­nia tylko z żąd­nymi łupu oko­licz­nymi rabu­siami, a ci już nie spra­wią im kło­po­tów. Namy­dliła ciało. Po dwu­dzie­stu minu­tach była gotowa, wyszła z wanny i owi­nęła się mięk­kim ręcz­ni­kiem, który przy­nio­sła służka z zajazdu. Gdzie się podziewa Linda? Czyżby zatrzy­mała ją jakaś drobna nie­spo­dzie­wana sprawa? Może zajęta czymś gospo­dyni nie miała czasu, żeby z nią poroz­ma­wiać.

W tej samej chwili za oknem wycho­dzą­cym na tyły zajazdu, zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze i sze­ro­kie podwórko dał się sły­szeć odgłos kół pod­jeż­dża­ją­cego powozu. Roz­le­gał się od strony pastwisk Pieni i Suuri Vasik­ka­haka. Opo­wia­da­jąc o oko­licy, gospo­darz wzmian­ko­wał, że teren ten zosta­nie praw­do­po­dob­nie prze­kształ­cony w pro­me­nadę o nazwie Espla­nadi. Hel­sinki prze­ista­czały się szybko w admi­ni­stra­cyjne mia­sto, które będzie peł­niło funk­cje repre­zen­ta­cyjne. Dyrek­tor Komi­tetu Odbu­dowy, pan Ehrenström, wyry­so­wał plan prze­strzenny, a pro­jek­to­wa­nie budyn­ków zle­cono pocho­dzą­cemu z Prus archi­tek­towi Car­lowi Ludvi­gowi Enge­lowi.

Ara­bella wychy­liła się, żeby spoj­rzeć na wybru­ko­wane oto­cza­kami i oświe­tlone lam­pami podwórko. Zatrzy­mał się tam ele­gancki pojazd, jakiego wcze­śniej nie widziała, cho­ciaż spę­dziła dużo czasu w naj­zna­mie­nit­szych krę­gach. Wysiadł z niego postawny, będący dobrze po trzy­dzie­stce męż­czy­zna z twa­rzą dumną jak u księ­cia. Ubra­nie, które nosił, nie było szyte u taniego krawca, praw­do­po­dob­nie nie w Fin­lan­dii, ani nawet w Szwe­cji. Jego styl wyda­wał się nie­na­gan­nie kosmo­po­li­tyczny.

– Jasne nieba – wyszep­tała i owi­nęła się ści­ślej ręcz­ni­kiem. – Co za nie­zwy­kły czło­wiek. – Męż­czy­zna jakby usły­szał jej uwagę, gdyż nagle spoj­rzał w okno. Mimo że w pokoju pano­wał mrok, wie­działa, że ją dostrzegł. Nie­zna­jomy uśmiech­nął się powoli i uchy­lił kape­lu­sza. Jęk­nęła. Co za śmia­łość!

Szybko odsko­czyła od okna i rozej­rzała się bez­rad­nie wokoło. Poko­jówka zabrała ubra­nie, które wcze­śniej miała na sobie Ara­bella, a lokaje, Joona­tan i Aaron, nie przy­nie­śli jesz­cze podróż­nego kufra. Co się z nimi dzieje? Zwy­kle służba w zamku Czarna Zatoka pra­co­wała bar­dzo sumien­nie. Z gołymi sto­pami pod­kra­dła się pod drzwi i je uchy­liła. Roz­ja­śniony świe­cami w kin­kie­tach kory­tarz był pusty zarówno po pra­wej, jak i po lewej stro­nie.

– Linda? – wezwała cicho słu­żącą.

Żad­nej odpo­wie­dzi.

Ara­bella przy­gry­zła wargi, nie mogąc się zde­cy­do­wać, co robić. Chyba dziew­czyna się z kimś nie zaga­dała? Musi ją napo­mnieć, że zawo­dowa poko­jówka powinna wyko­ny­wać pracę szybko, nie plot­ku­jąc nie­po­trzeb­nie. Znie­cier­pli­wiona prze­kro­czyła próg, żeby spraw­dzić, czy słu­żąca już idzie. Zro­biła kilka kro­ków, gdy powiew wia­tru spra­wił, że drzwi wymsknęły się jej z ręki. Ktoś – praw­do­po­dob­nie gospo­darz wita­jący nowo przy­by­łych gości – otwo­rzył wrota zajazdu i spo­wo­do­wał prze­ciąg. Drzwi do pokoju Ara­belli zamknęły się z trza­skiem, roz­legł się szczęk zamka, a ona została na kory­ta­rzu owi­nięta tylko ręcz­ni­kiem.

Naci­snęła klamkę, ale ta nie drgnęła. Szar­pała ją, lecz nic to nie dało. Przyj­rzała się dokład­niej i zoba­czyła w drzwiach zamek sta­rej roboty. Praw­do­po­dob­nie jakaś wada spra­wiła, że zablo­ko­wał się pod wpły­wem nagłego ude­rze­nia.

I cóż tu począć? W pobliżu nie było nikogo. Więk­sza część gości poszła, jak można zgad­nąć, do restau­ra­cji i jadła kola­cję, a zna­mie­nitsi podróżni spo­ży­wali posi­łek w swo­ich poko­jach. Musi odna­leźć Lindę! Oby tylko słu­żąca miała przy sobie klucz pasu­jący do zamka. Ara­bella żywiła gorącą nadzieję, że nie zaj­dzie potrzeba wzy­wa­nia gospo­da­rza, nie mówiąc o ślu­sa­rzu.

Po chwili waha­nia posta­no­wiła pod­biec do naj­bliż­szego rogu i spraw­dzić, czy poko­jówki gdzieś tam nie ma. Pro­wa­dzące na par­ter schody znaj­do­wały się w pew­nej odle­gło­ści, więc nie ryzy­ko­wała, że ktoś prze­by­wa­jący w holu ją zoba­czy. Przy odro­bi­nie szczę­ścia Linda będzie wła­śnie wra­cała. Wypa­tru­jąc dziew­czyny z czep­kiem na gło­wie, prze­mknęła przez kory­tarz osło­nięta cia­sno zawią­za­nym ręcz­ni­kiem, dotarła już do rogu, ale wtem wpa­dła na kogoś.

– Och! – Zato­czyła się do tyłu i oparła o ścianę. Zauwa­żyła, że stoi twa­rzą w twarz z dżen­tel­me­nem, któ­rego przed chwilą widziała na podwórku. Z bli­ska robił jesz­cze więk­sze wra­że­nie. Miał nie­bie­skie oczy podobne do bły­ska­wicy roz­świe­tla­ją­cej nocne niebo, wład­cze rysy twa­rzy, atle­tyczną syl­wetkę. Ona nie nale­żała do niskich dam, lecz temu męż­czyź­nie się­gała led­wie do ramion.

– Dobry wie­czór, madame – powi­tał ją nie­zna­jomy. Cho­ciaż mówił po szwedzku w jego gło­sie wychwy­ciła zagra­niczny akcent.

– Dobry wie­czór, sza­nowny panie. – Zasta­na­wiała się gorącz­kowo, jak rato­wać się z tej sytu­acji.

– Bar­dzo mi przy­kro. Nie zamie­rza­łem wpa­dać pro­sto na panią. Czy nic się pani nie stało?

– Zupeł­nie nic, dzię­kuję. Prze­pro­siny przy­jęte – odpo­wie­działa z zabar­wie­niem jedy­nie odle­gle przy­po­mi­na­ją­cym ten typowy ton ary­sto­kra­tycz­nej damy, o któ­rym jej guwer­nantka powia­dała, że wybawi kobietę ze wszel­kich kło­po­tów. Miała z niego bez wąt­pie­nia dużo pożytku w mał­żeń­stwie z gene­ra­łem Öhrnmarckiem i przy każ­dej oka­zji sta­rała się zacho­wy­wać zimną krew. Nie­stety, mąż wcale nie zło­ścił się przez to mniej.

– Cze­kała pani na mnie? – zapy­tał nie­bie­sko­oki męż­czy­zna. W jego spoj­rze­niu poja­wił się zachwyt.

– Na pana? – powtó­rzyła zdu­miona Ara­bella. – Oczy­wi­ście, że nie.

– Naprawdę? Sądzi­łem, że może zor­ga­ni­zo­wała pani spo­tka­nie tête-à-tête.

Zro­zu­miała, że on się z nią dro­czy, ponie­waż w towa­rzy­stwie w ten spo­sób nazy­wano skan­da­li­zu­jącą schadzkę kochan­ków. Od lat nikt z nią nie flir­to­wał. Gene­rał zawsze patrzył na nią obo­jęt­nie lub z nie­chę­cią, a obo­wiązki mał­żeń­skie wypeł­niał regu­lar­nie, od czasu do czasu, ale pod przy­mu­sem. Teraz stała naprze­ciwko przy­stoj­nego obco­kra­jowca w pustym kory­ta­rzu! Jakże miła odmiana w jej sytu­acji.

Wtem usły­szała zbli­ża­jące się kroki. – Strasz­nie jestem spóź­niona – lamen­to­wała Linda. – Wszystko przez to, że gospo­dyni zajazdu tak długo szu­kała maści. Nie mówiąc już o praczce. Wyda­wa­łoby się, że powinna szyb­ciej spi­sać ubra­nia wiel­moż­nej pani i powkła­dać je do wor­ków, ale nie! Musiała wycią­gnąć kartkę i pióro, i kała­marz i usta­wiać to wszystko…

– Czy trzeba nam się poże­gnać? – spy­tał męż­czy­zna z nie­chę­cią.

– Ależ abso­lut­nie – odparła Ara­bella i wycią­gnęła szyję. – Życzę panu miłego i przede wszyst­kim spo­koj­nego wie­czoru.

Na dźwięk jej sar­ka­stycz­nego tonu nie­zna­jomy uśmiech­nął się lekko. – Muszę pani posłu­chać – oznaj­mił i się ukło­nił. – Pięk­nych snów, my dear.

Ara­bella roz­po­znała angiel­skie słowa, ponie­waż jak rzadko która panna otrzy­mała wszech­stronne wykształ­ce­nie. Nie wszyst­kie damy znały ten język, ale w postę­po­wej pry­wat­nej szkole dla dziew­cząt, do któ­rej cho­dziła, nauczano go. Tajem­ni­czy dżen­tel­men znik­nął, gdy Linda wyło­niła się zza prze­ciw­le­głego rogu. Wdowa sta­rała się za wszelką cenę nie wspo­mnieć o tym wyda­rze­niu, gdy wyja­śniała słu­żą­cej, dla­czego zna­la­zła się na kory­ta­rzu. Na szczę­ście dziew­czyna miała klucz pasu­jący do zamka. Poja­wili się też lokaje z podróż­nym kufrem.

– Prze­pra­szam za opóź­nie­nie, wiel­można pani – powie­dział Aaron. – Kufer spadł w trak­cie jazdy i się otwo­rzył. Tro­chę potrwało, zanim zebra­li­śmy rze­czy z pod­łogi. Nic jed­nak się nie pobru­dziło, ani nie uszko­dziło. – Uniósł ciężką pokrywę, żeby Linda mogła wycią­gnąć odzież i przed­mioty potrzebne do mycia i ubra­nia się.

– To się zda­rza – oznaj­miła Ara­bella, kry­jąc się za para­wa­nem. Poko­jówka pomo­gła jej wło­żyć wzo­rzy­sty strój uszyty z bawełny, odpo­wiedni na kola­cję. – Wyka­za­li­ście się dzi­siaj pod­czas podróży odwagą, jestem wam wdzięczna – dodała, wycho­dząc. – Nie zapo­mnę tego. – Zwi­nęła szybko wil­gotne włosy w kok: tak też wyschną.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki