Amerykańskie marzenia - John Jakes - ebook

Amerykańskie marzenia ebook

John Jakes

0,0

Opis

[PK]

 

Zawzięcie walcząca o swoją niezależność 26-letnia Fritzi Crown, kobieta o stalowej ambicji, tęskni za podniecającym życiem aktorki. Ale wybór takiej kariery oznacza, że musi ona przeciwstawić się swemu zamożnemu ojcu, jak i zwyczajom towarzyskim i wyruszyć samotnie na nieznane ulice Manhattanu. 

 

Cykl: Saga rodziny Crown, t. 2 

 

ISBN 8371791909

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Bestwinie (4)
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego (2)
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2)
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 931

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



AMERYKAŃSKIE MARZENIA

Gminna Biblioteka Publiczna w Bestwinie

;        82-3

lLa iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii

I / 1 1/1 (I         600-023249-00-0

v \JL li 1 v vli \.vu

IRYKAŃSKIE

MARZENIA

Przełożyła AnnaWojtaszczyk

Wydawnictwo ALFA Warszawa 2000

Tytuł oryginału American Dreams Copyright © 1998 by John Jakes

Projekt okładki Jacek Tofil

Redaktor

Urszula Przasnek

Redaktor techniczny Teresa Jędra

For the Polish edition Copyright © 2000 by Wydawnictwo ALFA-WERO Sp. z o.o. For the Polish translation Copyright © 2000 by Anna Wojtaszczyk

ISBN 83-7179-190-9

WYDAWNICTWO ALFA-WERO Sp. z o.o. - WARSZAWA 2000 Wydanie pierwsze Drukarnia WN ALFA-WERO Sp. z o.o. Zam. 4265/99 Cena zl 45,-

Człowiek, który pracował razem ze mną nad California Gold był jednym z wielkich redaktorów ostatnich czasów. Chciałem podziękować mu publicznie za jego pomoc, ale nie mogłem; nie pozwalał wykorzystać swego nazwiska w taki sposób. Mówił, że cenić powinno się książkę, a nie jej redaktora.

Chociaż poczułem się zawiedziony, zastosowałem się do tego życzenia. Nie znajdziecie jego nazwiska na California Gold, chociaż książka stała się bez porównania lepsza dzięki radom i ołówkowi tego redaktora.

A teraz ze smutkiem, ale i poczuciem, że zamykam nie dokończone dzieło, mogę sfinalizować to, czego nie dopełniłem w 1989 roku. Z wdzięcznością dedykuję tę książkę pamięci zmarłego Joe Foxa.

Spis treści

Ameryka zawsze była krainą marzeń. Ziemią, na której mogły realizować się aspiracje ludzi z państw, w których aż gęsto było od bogatych, ciężkich, arystokratycznych, ideologicznych przeszłości, ziemią, na której mogli oni osiągać to, co kiedyś zdawało im się nieosiągalne. Tutaj próbują oni ziścić swoje marzenia.

- Daniel Bourstin

- Eddie - powiedział papa - szczęśliwy z ciebie chłopak, że urodziłeś się wtedy, kiedy się urodziłeś. Na tapecie mamy mnóstwo nowości, a ty powinieneś mieć w nich swój udział. - To były ostatnie słowa, jakie powiedział do mnie papa... Był wtedy sierpień 1904.

- Edward V. Rickenbacker

CZĘŚĆ PIERWSZA

MARZYCIELE

Pal licho domowe ognisko! Chciałbym jeździć po całym królestwie... i grać wszędzie. Nic na świecie nie może się równać z widokiem publiczności, która wstaje na wejście aktora, jedno morze pełnych zachwytu twarzy, jedno hurra braw!

- Charles Dickens, na tournee z trupą amatorską, 1848

Powiedzcie ferajnie z czterdziestej siódmej ulicy, że niedługo tam będę.

- George M. Cohan, fragment tekstu do musicalu „Little Johnny Jones”, 1904

1. Aktorka

Fritzi Crown rzuciła rower na trawę i zbiegła na skraj wody. Skakała po mokrych głazach, którymi zarzucony był brzeg, aż stanęła w miejscu, gdzie fale załamywały się i spryskiwały ją orzeźwiającym pyłem wodnym. Był początek grudnia 1906 roku. Dzień dopiero wstawał, robiło się jasno, świtał chłodny poranek. Nad horyzontem niebo było pomarańczowe jak paszcza hutniczego pieca, a wyżej metalicznie szare.

Przypomniała sobie uporczywie powracający sen, który przyśnił jej się na chwilę przed przebudzeniem: stała na scenie na Broadwayu, przetaczały się nad nią grzmiące brawa widowni. Fritzi rozrzuciła ramiona i odrzuciła głowę do tyłu niczym jakaś pogańska czcicielka świtu. Wiatr wiał znad jeziora Michigan, ze wschodu, gdzie leżało to tajemnicze i kuszące miejsce, które i na jawie zajmowało jej myśli.

Fale biły o brzeg. Wiatr śpiewał jej w uszach, powtarzał litanię, która z upływem tygodni robiła się coraz bardziej natarczywa. Czas odejść. Czas odejść!

Z zaczerwienioną twarzą, wysmagana wiatrem, ale radośnie podniecona zeszła ze skał i skierowała się w stronę roweru leżącego na trawie zwarzonej i wyrudziałej od jesiennego mrozu. Był to piękny fleet-wing z lakierowaną na karminowo ramą i lśniącymi, srebrnymi obręczami i szprychami. Takie rowery nosiły nazwę bezpiecznych, bo koła miały równej wielkości; po latach panowania modeli z jednym wielkim kołem, na jakich uczyła się jeździć, stały się teraz najmodniejsze.

Fritzi była długonogą, młodą kobietą o owalnej twarzy, miała nos, jej zdaniem, za duży, nogi, jej zdaniem, za chude oraz biust, jej zdaniem, zbyt płaski. Ubrała się ciepło. Na komplet długiej bielizny damskiej założyła kostium kąpielowy z ciężkiej alpaki - spódnicę i stanik połączony z pantalonami, jedno i drugie granatowe. Do jazdy na rowc-

rze wkładała jasnobrązowe, nieprzemakalne półbuciki z podeszwami z falistej gumy, a żeby jej było jeszcze cieplej, wciągnęła wełniane rękawiczki i sweter futbolowy swojego młodszego brata, czarny, rozpinany, z pomarańczową literą P. Podarował go jej, kiedy wyleciał z Princeton. Wełniany beret z trudem zakrywał długie, niesforne blond włosy. Wszystko razem wziąwszy był to strój, którego jej ojciec, generał Joseph Crown, piwowar-milioner, nie pochwalał - i często dawał temu wyraz.

-    No, no, papo, musisz pamiętać, że jestem dorosłą dziewczynką i mogę sama sobie wybierać stroje - mawiała żartobliwie usiłując go przekonać.

Tego papa również nie pochwalał.

Nad jeziorem eksplodował niezwykle efektowny wschód słońca; drzewa w pobliżu ścieżki rozjarzyły się w promieniach. Wiatr obrywał ostatnie zwiędłe liście z gałęzi i obracał nimi w fantazyjnych wirach powietrznych. Chmury liści lekkich i radosnych niczym jej nastrój unosiły się spiralą coraz wyżej i wyżej. Musiała podjąć decyzję, a wiązało się to z niejednym wielkim ryzykiem. Pierwszemu będzie trzeba stawić czoło tu, na miejscu, w Chicago, w jej własnej rodzinie.

Idąc w stronę roweru Fritzi zatrzymała się gwałtownie. W gęstych iglakach rosnących na tyłach szpaleru drzew błyszczała para oczu, niczym ślepia gryzonia. Ale nie należały one do żadnego zwierzaka, należały do mężczyzny - niechlujnego, obdartego włóczęgi, który ją podglądał. Wyszedł teraz chwiejnie z zarośli i zbliżał się do niej. Fritzi z całą ostrością uświadomiła sobie, jak wczesna jest pora i jak bardzo jest tutaj sama.

Włóczęga zatrzymał się jard przed nią. Rękawy jego płaszcza połyskiwały jak tłusta patelnia.

-    Hej, mała.

Fritzi przełknęła ślinę, zastanawiając się rozpaczliwie. Stojąc pod wiatr czuła bijący od niego obrzydliwy smród - przede wszystkim alkoholu i brudu. Mężczyzna był krzepki, bez wątpienia silniejszy od niej. Puścił do niej oko.

-    Jak się dziewucha włóczy sama o tej porze, to albo skądś uciekła, albo jest słodką dziwką. - Od chrypy i flegmy jego barytonowy głos robił się jeszcze niższy. Wyciągnął ręce, poruszył palcami z grubiańskim, obleśnym grymasem na twarzy. Paznokcie miał połamane i czarne od brudu.

-    Chodź no tu, daj nam całusa. - Opuścił lewą dłoń na spodnie. -Gdzie tylko chcesz.

Nie miała przy sobie broni, którą się zazwyczaj posługiwała, chcąc opędzić się od natrętów, a mianowicie długiej szpilki do kapelusza, odwołała się więc do swego wrodzonego talentu. Odpowiedziała głośnym i niemal perfekcyjnie naśladując jego dychawiczny baryton:

- Niech cię nie zwodzą te długie włosy, chłopie. Źle trafiłeś.

Włóczędze oczy wyszły na wierzch. Zmieszał się na to męskie ryknięcie, które wydały spękane wargi Fritzi. Dziewczyna uwielbiała naśladować ludzi, niekiedy wpadała przez to w tarapaty, jeżeli nie zastanowiwszy się wybrała niewłaściwy obiekt do naśladowania, zwłaszcza któregoś z nauczycieli szkolnych. Zmieszanie włóczęgi dało tych kilka sekund, o które jej chodziło. Skoczyła po rower, sprowadziła go na ścieżkę, wzięła rozbieg i przerzuciła długą nogę przez siodełko. Ruszyła jak z procy, szybko pedałując.

Obejrzała się przez ramię i zobaczyła, że włóczęga gra jej na nosie, usłyszała, jak krzyczy za nią coś ordynarnie. Pędem wzięła zakręt, zerwała z głowy beret i rozpuściła długie blond włosy na wiatr. Roześmiała się z ulgą, pedałując jeszcze bardziej zawzięcie.

Przynajmniej dziś rano jej talent okazał się coś wart. Mógłby być wart o wiele więcej w Nowym Jorku.

Czas odejść...

Tego była pewna. Obojętne, ile z tym będzie kłopotów.

***

Oddalając się od brzegu jeziora Fritzi zaczęła się zastanawiać, z jakiego właściwie powodu właśnie tego ranka spłynęło na nią objawienie.

Złożyło się na to wiele mglistych, nie dających się ściśle określić spraw, choćby to, że coraz gorzej czuła się pod dachem, pod którym się wychowała, ale pod którym bez wątpienia nie było już dla niej miejsca. Oraz różne głupstwa, na przykład malutka, stojąca na ladzie z kosmetykami w Fair Store plansza reklamowa:

SKOŃCZYŁAŚ DWADZIEŚCIA PIĘĆ LAT? KREM LUXOR ZAPOBIEGA STARZENIU!

A także błahostki, z których ostatnią była uwaga, wypowiedziana, jak na ironię, w najlepszej intencji zaledwie wczoraj wieczorem przez ojca. Rodzina zasiadła do Abendbrot - w dosłownym znaczeniu wieczornego chlcba, lekkiej, tradycyjnej w niemieckich domach kolacji.

i

lisa, matka Fritzi, wspomniała, że wciąż jeszcze zbiera pochwały za wspaniałe przyjęcie jubileuszowe, które Crownowie rokrocznie wydawali dla przyjaciół, znajomych po fachu Joego Crowna i innych osób poznanych przez lata spędzone w niemiecko-amerykańskiej społeczności w Chicago. Przyjęcie odbyło się z początkiem października, na cześć ich trzydziestej siódmej rocznicy ślubu.

Generał przyznał, że rzeczywiście było to wspaniałe przyjęcie, najlepsze ze wszystkich. Potem zwrócił się do córki z zamyślonym wyrazem twarzy:

- Fritzi, moja droga, jeszcze miesiąc i będziemy obchodzili twoje urodziny. Musimy wszystko zaplanować. Na co byś miała największą ochotę?

Fritzi siedziała po prawicy ojca, przy dłuższym boku stołu. Jej starszy brat Joey - Joe Crown junior - siedzący naprzeciw niej, osunął się nisko na krześle i zapad! w typowe dla niego, nieco ponure milczenie. Biedny Joey był stałym stołownikiem w tym domu. W 1901 roku przy-kuśtykał tu z Zachodniego Wybrzeża, okaleczony na całe życie w czasie burdy związanej z działalnością związków zawodowych. Między nim a ojcem panowało napięte zawieszenie broni; Joey pracował w Brauerei Crown, wykonując najpodlejszą pracę. Do pracy jeździli osobno, generał swoim kosztownym cadillakiem - był zapalonym auto-mobilistą - a Joey tramwajem.

Fritzi pomyślała, że mogłaby poprosić o lekcje prowadzenia samochodu, ale potem się rozmyśliła. Generał przekonany był, że kobieta za kierownicą auta zasiadać nie powinna. Powiedziała:

- Nie mam pojęcia, papo. Spróbuję coś wymyślić.

- Bardzo cię proszę. Ile to kończysz lat? - Były to pytania bez podtekstów. Jej elegancki, srebrnowłosy ojciec zaczął sześćdziesiąty czwarty rok życia i zdarzało mu się o czymś zapomnieć. Nigdy nie pozbył się akcentu, który jako młodziutki imigrant, Josef Kroner, przywiózł ze sobą z Aalen, małego miasteczka w Wirtembergii, przez całe pokolenia domu rodzinnego Kronerów.

- Dwadzieścia sześć. - Nie wiadomo czemu zabrzmiało to jak wyrok.

Fritzi, której tak obcesowo przypomniano, ile ma lat, spędziła niespokojną noc we własnym pokoju zajmowanym, odkąd wróciła do Chicago niemal rok temu.

W 1905 roku, podczas fali upałów, jakie wystąpiły pod koniec lata, generał zasłabł; dopiero później postawiono diagnozę, że był to lekki atak serca. Stracił przytomność na podium, z którego spokojnie i roz-

sądnie broni! piwowarów, usiłując przekonać swoich słuchaczy, że piwowarzy to nie gorzelnicy, produkujący alkohol wysokoprocentowy. Jego słuchacze nie przyjmowali tego do wiadomości, ponieważ należeli do towarzystwa antyalkoholowego.

lisa Crown uprzedzała męża, że nie postępuje mądrze godząc się na ten występ. Żaden z jego kolegów kierujących browarami w Chicago nie ośmielił się przemawiać do motłochu, który pijał tylko zimną wodę. Generał upierał się, że w ‘98 roku, podczas wojny domowej na Kubie stawiał czoło gorszym przeciwnościom (jak to później lisa opowiadała Fritzi). Poza tym miał nadzieję, że jego przemówienie przyniesie dobre efekty.

W dwadzieścia minut po rozpoczęciu przemówienia chwycił za pulpit, kolana się pod nim ugięły i upad! na bok.

Telegram lisy zastał Fritzi na Florydzie, w tej mekce kultury, Pałatce. Występowała tam razem z Mortmain Royal Shakespeare Combination, trupą nie najwyższych lotów, w której zaczęła terminować w 1901 roku. Trupa Mortmain Combination sprowadziła Barda i innych klasycznych dramatopisarzy na pogranicze Południa i w jego bawełniane rejony; zbiorowisko artystów-nieudaczników lana Mortma-ina nazywało je „nafcianym kręgiem”, ponieważ wyglądało na to, że właściciele teatrów na Południu albo nie słyszeli o elektrycznych reflektorach, albo zbyt się cenili, by rzucać perły techniki przed wieprze na widowni.

W kilka chwil po przeczytaniu telegramu Fritzi zwolniła się z pracy u lana. Tego samego wieczora złapała pociąg do Chicago, żeby pomóc w opiece nad ojcem. Generał nigdy nie miał łagodnego charakteru i wiedziała, że z pewnością nie będzie idealnym pacjentem dla matki. Leżąc w łóżku z pewnością wystawi Ilsę na ciężką próbę; jej też brak było energii i cierpliwości z lat młodzieńczych.

Chociaż lisa nie prosiła córki, by wróciła do domu, Fritzi przekonana była, że może pomóc i uważała to za swój obowiązek. Poza tym po czterech latach podróżowania nocnymi pociągami, mieszkania w zapluskwionych hotelach, po zjedzeniu całych galonów tłustego, białego sosu spod kurczaka i paru ton sucharków twardych jak podeszwa, po wielokrotnych odwiedzinach w posępnych miasteczkach z młynami, bawełną i tytoniem oraz nieodłączną enklawą chałup murzyńskich, po rozlazłych próbach ze skacowanymi partnerami, po lichych przedstawieniach, w czasie których dekoracje bezustannie groziły upadkiem, nie wspominając już o widzach, którzy nie potrafiliby odróżnić wspaniałej gry od pokrzykiwania na wieprze - po tym wszystkim Fritzi

uznała, że umie już wszystko, czego mogła ją przez te cztery lata nauczyć trupa lana.

Zdaniem lisy oraz lekarza generał podniósł się z łóżka dużo za wcześnie. Znowu zaczął codziennie o szóstej rano sam dojeżdżać samochodem do browaru i pracować tam po dziesięć czy dwanaście godzin. Fritzi planowała, że zatrzyma się u rodziców na krótko, a jej ojciec nigdy nie powoływał się na swoją chorobę, żeby skłonić ją do przedłużenia wizyty. Jakoś tak się po prostu złożyło.

Żeby wypełnić sobie czas, zajmowała się, czym tylko mogła. Sumiennie odrabiała codzienną porcję ćwiczeń ruchowych - poranny zestaw w swoim pokoju, potem tenis, jazda na rowerze i pływanie, kiedy tylko pozwalała na to pogoda. Przyłączyła się do amatorskiej grupy dramatycznej, grała wszystko, od heroiny w melodramacie Clyde’a Fit-cha do pani Alving w wystawionych prywatnie Upiorach - prywatnie, ponieważ sztuka pana Ibsena wciąż jeszcze zbyt była kontrowersyjna, by można ją wystawić publicznie.

Kiedy nie była na próbach, malowała dekoracje, szyła kostiumy, rozprowadzała ulotki o spektaklu. Szybko zdała sobie jednak sprawę, że jej ambicje są dużo większe niż kolegów-aktorów, którym właściwie wystarczały pochwały cioci Bea lub kuzyna Elwooda i było im na dobrą sprawę obojętne, czy są one zasłużone, czy nie. Kilku żonatych aktorów rozglądało się ukradkiem za jakimś romansem; Fritzi zniechęciła jednego z takich donżuanów swoją wierną szpilką do kapeluszy.

Wiatr uderzał ją po twarzy i gwizdał w uszach, kiedy pedałowała do śródmieścia, gdzie senni obywatele wlekli się do roboty i nawet konie pociągowe wydawały się poruszać z poranną ospałością. Pomruk wiatru nie był w stanie zagłuszyć odrobinę urągliwego, wewnętrznego głosu.

Lepiej już ruszaj w drogę, dziewczyno.

Ten głos należał do wyimaginowanej towarzyszki Fritzi, która nie opuszczała jej od lat. Była nią wspaniała i królewska Ellen Terry, bogini międzynarodowej sceny. Fritzi widziała pannę Terry w roli Ofelii razem z Hamletem w wykonaniu Henry’ego Irvinga, kiedy para ta w latach dziewięćdziesiątych odbywała tournee po Ameryce. Właśnie tę wielką damę przedstawiała kolorowana litografia, która wisiała na ścianie nad łóżkiem Fritzi. Była to reprodukcja słynnego portretu pędzla Johna Singera Sargcnta, przedstawiająca Terry jako Lady Makbet. Fritzi nic mogła oczu oderwać od tego obrazu, kiedy wystawiono go na Columbian Exhibition w 1892 roku. A jednak to nic Ellen Terry sprawiła, że Fritzi pomyślała o karierze aktorki; winę ponosiło czaro-

dziejskie przedstawienie Snu nocy letniej, na którym w wieku siedmiu lat była z mamą i papą. Dziewczynka wyszła z porannego spektaklu w jasne światło dnia czując, że ma już raz na zawsze wytyczoną drogę. Panna Terry stała się później tylko jej ulubioną gwiazdą, najwyższym symbolem jej ambicji.

To że prowadziła milczące dialogi z nieistniejącą osobą wcale nie wydawało jej się dziwaczne, chociaż nie miała zwyczaju komukolwiek o tym opowiadać. Uważała te rozmowy za naturalny element swego wymyślonego życia, a wyobraźnię miała bardzo żywą. Zwykle Ellen Terry robiła uwagi na temat niedociągnięć Fritzi, występowała jako swoiste uosobienie sumienia.

Pamiętaj, ile lat skończysz w przyszłym miesiącu.

Zirytowała się; nie trzeba było jej przypominać, że od stycznia już tylko cztery mizerne lata będą ją dzieliły od trzydziestki, tego progu „staropanieństwa”, którego porządna, młoda kobieta ze wszystkich sil powinna unikać.

Oczywiście porządne, młode kobiety nie wsiadały przed świtem na rower i nie gnały na złamanie karku, by powitać wschód słońca. Fritzi dawno już zdała sobie sprawę, że nigdy nie będzie z niej porządna, młoda kobieta, ani pod względem fizycznym, ani pod względem charakteru. Na przykład swój fleetwing nazywała zawsze rowerem, a nigdy - uchowaj Boże - welocypedem. Nawet gdyby bardzo pragnęła stać się „porządną kobietą” (nigdy!) i chociaż tak bardzo pragnęli tego jej ojciec i matka - przypadło jej w udziale bycie kimś zupełnie innym. Sobą.

A jak miała to zdefiniować? O ile wiedziała, pasowała tylko do jednej przegródki - „aktorka”.

Zimne, żółte, poranne światło padało na pełne krzątaniny handlowe centrum miasta; Fritzi kierowała się na południe wzdłuż Michigan Boulevard. Promienie słońca padały na druty telegraficzne i telefoniczne, na konie wierzchowe i pociągowe, od czasu do czasu na jakiś pomrukujący elektryczny albo zasapany parowy automobil. Padały na gęstniejące tłumy ludzi, którzy spieszyli po chodnikach albo przemykali przez zabrudzone odchodami końskimi jezdnie. Fritzi kluczyła między pojazdami, pedałując ostro i często skręcając, by uniknąć zderzenia.

W pobliżu skrzyżowania przewrócił się wóz mleczarski, rozsypały się metalowe bańki, rozlała rzeka mleka i zablokowany został cały bulwar Michigan. Fritzi pospiesznie przejechała przez krawężnik na rogu, Pomknęła na zachód po Jackson, minęła dwie przecznice i dojechała

do State, gdzie znowu skręciła na południe. Słońce już było wyżej, chlapnęło światłem na witrynę dawnego sklepu w pobliżu Van Buren; został on przerobiony na pięciocentowy kinematograf, w którym pokazywano poruszające się obrazki. Miejsce to otrzymało egzotyczną nazwę Bijou Dream. Okna wystawowe zasłonięte były ciężkimi kotarami, które - jak plotkowano - ukrywać miały występne uczynki klienteli tego lokalu. Niegustowne, prostackie szyldy wystawione na chodniku błagały o widzów.

CODZIENNIE NOWY PROGRAM! ZDROWA ROZRYWKA DLA PANÓW, DAMI DZIECI!.

Fritzi pogardliwie prychnęła. Jeden z chłopców z ich grupy teatralnej pracował tutaj kręcąc korbą projektora i czasami rozdawał kolegom-aktorom darmowe bilety. Fritzi zawsze wyrzucała swój do nabliższego kosza na śmieci, ponieważ żaden szanujący się człowiek nie pozwoliłby, by noga jego stanęła w takim podłym miejscu. A już na pewno wołałaby umrzeć, niż wystąpić w jednej z tych prymitywnych historyjek obrazkowych. W końcu była prawdziwą aktorką z zawodowego teatru.

A w każdym razie będzie, jeżeli tylko zdobędzie się na odwagę, żeby opuścić to miasto i podążyć za swoim marzeniem do Nowego Jorku.

2. TWacz

Mniej więcej o tej samej porze, o setki mil na wschód, w Riverdale, osiedlu na północnym skraju Nowego Jorku, Carl Crown stukał do drzwi w poszukiwaniu pracy i jedzenia.

Młodszy brat Fritzi skończył w grudniu dwadzieścia cztery lata. Włóczył się bez celu przez cały czas, od kiedy wyrzucono go z Princeton pod koniec pierwszego roku studiów. „Byk” Crown był gwiazdą futbolu na boisku Princeton, ale nieudacznikiem na sali wykładowej. Nic brak mu było inteligencji, jedynie pilności i zainteresowania.

Tym razem Carl był ogolony i ostrzyżony. W Poughkeepsie pozamiatał u fryzjera w zamian za jego usługi. Dziwacznie dobrane ubranie

bylo w miarę czyste - spłowiałe dżinsowe spodnie, niebieska flanelowa koszula robocza, kraciasta zimowa kurtka ze sztruksowym kołnierzem i myśliwskie buty z wysoką cholewką, sznurowane po bokach. Robił co mógł, żeby wyglądać schludnie, przede wszystkim dlatego, że tak go wychowano, a poza tym sprawiał wtedy lepsze wrażenie stojąc u drzwi obcych ludzi. Większość włóczęgów wyglądała tak, jakby się przeczoł-gali przez zachwaszczony żywopłot, a chwasty zabrali ze sobą.

Przez całe rano zatrzaskiwano mu drzwi przed nosem. Popołudnie nie przyniosło zmian. Kiedy zimowe słońce opadało za poszarpanymi skalami nad wielką rzeką, poczuł się zniechęcony i wygłodzony. Zastukał do drzwi kuchennych schludnego domku otoczonego płotem z białych sztachet; niewielki ogródek o tej porze roku leżał odłogiem.

Drzwi otworzyła jakaś trzydziestoparoletnia kobieta, nieładna i blada. Cofnęła się przezornie o krok.

-Tak?

Carl usiłował nie patrzeć na dwa złociste placki, stygnące na kuchennym stole.

- Czy znalazłaby pani cokolwiek do zrobienia dla mnie? Mam na imię Carl. Jestem tu tylko chwilowo. Mam zręczne ręce.

Pokazał jej dłonie, były czyste, paznokcie opiłowywal na krótko pilniczkiem, który chował się do składanego noża. Jak na kogoś tak krępego, miał dłonie zdumiewająco smukłe i delikatne.

Kobieta w gasnącym świetle dnia zmierzyła go spojrzeniem.

- Moja córeczka, Hettie, w zeszłą sobotę rozbiła swój rower. Jeżeli uda wam się go naprawić, zapłacę wam trzydzieści centów. Jestem wdową, nie mam żadnych zdolności mechanicznych.

Z drugiego pokoju rozległ się głos dziewczynki:

- Mamo? Potrzebuję na nocnik.

- Hettie - powiedziała kobieta. - Złamała nogę w kostce. Narzędzia są w szopie.

- Tak, proszę pani, od razu się za to wezmę, dopóki mam światło. - Carl obdarzył ją jednym ze swoich ciepłych uśmiechów, tak dla niego naturalnych. Był przystojny w nienarzucający się sposób. Miał krótkie nogi po ojcu i długi tułów po matce, ale w sumie bardziej przypominał Ilsę niż generała. Jego włosy były gęste jak u lisy, zanim posiwiała, zaś brązowe oczy lśniły mu tak samo, jak jego siostrze.

Pozbywszy się podejrzeń, kobieta o pobrużdżonej twarzy uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Zastukajcie, jak skończycie. - Zamknęła drzwi, kiedy jej córka znowu zaczęła marudzić.

Carl przeszedł przez podwórze. Domek stał na niewielkim wzniesieniu, z którego ponad dachami domów rozciągał się wspaniały widok na szarzejącą dolinę. Niebo było czyste i pełne nieskazitelnych kolorów - ciemny błękit przechodził w lilaróż, a potem nad urwiskiem w żywą czerwień. Powietrze było zimne i rześkie.

Znalazł w szopie uszkodzony dwukołowy rowerek. Był to czarny Wright Safety Cycle, produkowany w Dayton przez braci, którzy zaczęli od rowerów, a teraz zajmowali się aeronautyką. Wrightowie cieszyli się już światową sławą i powodzeniem, przecież mieli na swoim koncie loty w Kitty Hawk i innych miejscowościach; nie musieli teraz produkować ani naprawiać rowerów. Aeroplany i wszystkie mechaniczne cuda tego wieku fascynowały Carla, tyle że nie miał ani okazji, ani potrzebnych środków, by się czegoś o nich dowiedzieć.

Przykucnął trzymając ręką trójkątną ramę roweru. Przez minutę przyglądał mu się, potem przeszukał szopę i znalazł półkę ze starymi narzędziami. Odsunął na bok stos brzeszczotów do piły i pilników, wziął klucz i kombinerki aż brązowe od rdzy. Kombinerki wyślizgnęły mu się z rąk. Kiedy zrobił krok w bok, żeby je złapać, uderzył ramieniem w inną półkę; półka przechyliła się na wspornikach i na klepisko spadło z pól tuzina pustych słoików po owocach. Dwa z nich rozbiły się.

Rozejrzał się za miotłą. Nie mógł jej znaleźć. Pozbierał największe kawałki szkła i po chwili zastanowienia wrzucił je do pustej beczułki po gwoździach. Zły był na siebie, bo zawsze miał kłopoty z niezręcznością zrodzoną z ogromnej siły, wielkiej energii i chęci, żeby wszystko robić szybko. Przez całe jego dzieciństwo i okres dojrzewania matka drżała o swoje wspaniałe meble i zastawę. Niczego nie niszczył naumyślnie, to po prostu działo się samo. Zdarzało się, że w rezultacie powstawał bałagan, z którym nie umiał się uporać. Tym razem nie było tak źle, starczyło kilka minut, żeby powkładać większe kawałki szkła do beczułki, a mniejsze zetrzeć pod obcasem na lśniący pyl.

Gdzieś daleko zaszczekał pies. Z któregoś domu dochodziła melodia „My Gal Sal”. Na chwilę ogarnęło Carla wrażenie, że jest samotny i zagubiony, że tuła się przez życie bez żadnego planu, bez celu, zazwy-czaj nie mając nawet dwóch pięciocentówek przy duszy. Usiłował o tym zapomnieć, kiedy wziął się do roboty.

Wymontował przednie koło i załatał sflaczałą przednią oponę balonową, która podczas wypadku pękła. Gołymi rękami wyprostował zgięty widelce. Skończył robotę w dwadzieścia minut. Nic chciał, żeby wdowa wiedziała, jakie to było proste, więc otarł zatłuszczonc palce

w szmatę, podszedł do płotu i zapatrzył się na przepastne niebo na zachodzie. Widok ten przywołał wspomnienia lat spędzonych w New Jersey i zakończonej katastrofą kariery naukowej.

Wciąż jeszcze żywo pamiętał ten dzień, kiedy to się stało. W piątek, w maju 1904 roku, do Princeton przyjechał ojciec Carla wezwany listem od rektora uniwersytetu. Generał wysiadł z lokalnego pociągu z Nowego Jorku o drugiej nad ranem, brudny, zmęczony i poirytowany.

-    Nie podoba mi się to, że odrywa się mnie od interesów z powodu twoich niedociągnięć w nauce - powiedział, kiedy Carl prowadził go do Nassau Inn na resztę nocy.

Rano następnego dnia generał ogolił się, natalkował sobie policzki i kiedy tak odświeżony wchodził o dziewiątej do gabinetu rektora, był już spokojniejszy. Doktor Woodrow Wilson, prawnik i syn prezbi-teriańskiego duchownego, był mężczyzną sztywnym i surowym, a jego uśmiech zawsze miał w sobie coś wymuszonego. Pince-nez tylko potęgowało to wrażenie srogości. General zajął krzesło dla gości, Carl stał za nim i modlił się, żeby wszystko skończyło się tak, jak miał nadzieję, że się skończy.

Doktor Wilson zreferował osiągnięcia Carla na uniwersytecie: uczęszczał na uczelnię od czterech lat, a wciąż jeszcze miał status studenta pierwszorocznego. Wilson tylko przelotnie wspomniał o osiągnięciach gwiazdora jedenastki Princeton. Konkluzja rektora była sucha i wyprana ze współczucia:

-    Fakty to fakty, panie generale. Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko zawiesić Carla aż do chwili, kiedy swoją wyrównawczą pracą gdzie indziej zasłuży sobie na ponowne przyjęcie na naszą uczelnię.

Carl miał ochotę skakać i krzyczeć „hura”. Uwielbiał panującą na uczelni atmosferę towarzyską, twarde zderzenia przy futbolu, dreszcz wzruszenia, kiedy Princeton zdobyło pewnego pogodnego, jesiennego popołudnia bramkę. Ale w najmniejszym stopniu nie interesowała go praca naukowa.

Generał oparł obydwie dłonie na srebrnej gałce swojej laski.

-    Chciałbym podkreślić, że wspierałem szkołę pokaźnymi sumami, panie rektorze.

-    Jestem tego oczywiście świadom, generale. Princeton jest panu wdzięczny. Ale nie możemy pozwolić sobie, by naszą reputację zaszar-gał nawet cień podejrzenia, iż obdarzamy kogoś szczególnymi względa-mi. Niedostateczne oceny to niedostateczne oceny. - Zdjął okulary. -Przykro mi.

Później, na dworcu, kiedy lokalny do Nowego Jorku podzwaniając i sapiąc wtacza! się na stację, genera! odezwa! się:

- Wielu ojców wydziedziczyłoby syna, który tak lekkomyślnie się zachował. Zrobiłem to w przypadku twojego brata Joe i żałowałem tego później. Nie będę powtarzał własnego błędu. Ale nie będę również utrzymywał syna, który nie odpłacił mi się za moją inwestycję w jego edukację. Możesz dostać posadę w browarze i od tej chwili zarabiać na swoje utrzymanie.

Carl musiał zebrać całą odwagę, by powiedzieć:

- Przepraszam cię, ojcze. Ale nie chcę przez resztę życia pracować w browarze.

Zauważył, że słowa te sprawiły ojcu przykrość; w glosie generała słychać było z trudem hamowany gniew.

- A więc gdzie, jeżeli wolno zapytać?

-Nie wiem.

- No cóż, dopóki się nie zdecydujesz, jesteś na swoim. Tylko żebyś nie prosił mnie o pomoc. Zrozumiano?

- Tak, ojcze.

- Jesteś dorosłym mężczyzną, Carl. Dojrzałym pod względem fizycznym, chociaż pod względem charakteru jeszcze nie. - Ta uwaga mocno mu dopiekła. - Uważaj na siebie. Unikaj złego towarzystwa. Może ten nastrój minie ci za parę tygodni. Jeżeli tak, to znajdzie się dla ciebie miejsce w domu. Bardzo wiele znaczysz dla matki i dla mnie, pamiętaj o tym zawsze.

Ojciec objął syna, potem wsiadł do wagonu, pociąg ruszył...

Carl otrząsnął się z zadumy. Wciąż jeszcze wierzył we wszystkie możliwości, jakie niósł ze sobą ten nowy wiek i cudowne, nowe maszyny. Ale gdzie było jego miejsce w tym wielkim krajobrazie przygody i szansy? Nie znalazł go dotychczas - może go nigdy nie znajdzie.

Jego kuzyn Paul przez całe lata stał przed taką samą ponurą perspektywą; wyznał to kiedyś podczas długiej rozmowy z Carlem. Wreszcie znalazł swoje miejsce, za kamerą.

-    Znajdziesz je i ty, chyba że za szybko się poddasz. Ale ty się nie poddasz, Carl. Nic jesteś taki.

* * *

Zastukał do drzwi kuchennych, by powiedzieć wdowie, że skończył robotę. Zapłaciła mu, potem nakarmiła go i wręczyła mu dwa koce.

-    Możecie się przespać w szopie, jeśli chcccic. Powinnam wam po-

wiedzieć, że szeryf i jego ludzie surowo traktują włóczęgów. Radziłabym, żebyście rano ruszyli w dalszą drogę.

- Pewno - powiedział Carl, uśmiechając się ironicznie. - Przyzwyczajony jestem do tego.

3. Paul i jego żona

Następnego dnia, po drugiej stronie Atlantyku, w rojnym i gwarnym Londynie, kuzyn Carla i Fritzi, Paul, przechadzał się niespokojnie nad rzeką po północnej stronie Derby Gate, w miejscu, gdzie przecinała się ona z Victoria Embankment. Był piątek; nie planowano na ten dzień posiedzenia parlamentu. Większość posłów będzie można zastać w ich gabinetach w budynku po drugiej stronie drogi.

-    Widzisz je? - zapytał Paul swojego przyjaciela Michaela, reportera „London Light”.

-    Jeszcze nie - zawołał Michael z rogu. Patrzył w kierunku południowym, w stronę wejścia do metra przy Bridge Road, które za tło miało Big Ben i gotycki splendor Pałacu Westminsterskiego.

Paul Crown miał dwadzieścia dziewięć lat. Był zawodowym kamerzystą, który filmował „aktualności” - dramatyczne wydarzenia i niezwykle widoki na całej kuli ziemskiej. Nauczył się swojego fachu w Chicago, pracując dla genialnego samouka, pułkownika R. Sidneya Shadowa. Przed śmiercią pułkownik sprzedał aktywa American Luxo-graph Company brytyjskiemu magnatowi prasowemu, który zachował nazwę kompanii i zatrzymał jej czołowego operatora filmowego; Paul przeniósł się z rodziną do Londynu trzy lata temu.

Kamera Paula stała na krawężniku, otoczona przez grupę reporterów i fotografów. Znajdowały się tam jeszcze trzy inne podobne kamery, należące do jego rywali. Marsz WSPU (Społeczno-Politycznej Unii Kobiet) planowano już od jakiegoś czasu, chociaż nie rozgłaszano tego. W jakiś sposób dowiedziały się jednak o nim i władze, i prasa.

Pracownik Pathć odezwał się:

-    Hej, Dutch, a co będzie, jeżeli ci wtrącą twoją panią do mam-ra? - W Ameryce wszyscy Niemcy nazywani byli „Dutch”. To przezwisko przylgnęło do nich.

-    No to pewnie będę sam musiał przez jakiś czas karmić dzieciaki - odpowiedział Paul z wymuszonym uśmiechem. Martwił się, że Ju-

lie bierze udział w tych marszach, ale miał na tyle rozumu, żeby nie prosić jej o pozostanie w domu. Żona Paula była zagorzałą zwolenniczką „nowych kobiet”. Może była to reakcja na lata, które jako młoda dziewczyna spędziła w Chicago ze swoją nerwowo chorą matką; matka tłumiła każdy jej prowadzący do niezależności odruch i zmusiła ją do krótkotrwałego małżeństwa bez miłości.

Michael pospiesznie wrócił ze swojego posterunku.

-    Właśnie wyszły z metra. Och, cóż za straszliwe zagrożenie dla społeczeństwa - powiedział z typowym dla siebie sarkazmem.

Paul biegiem udał się na róg, nie zważając na nieznośny ból w krzyżu. Przed kilkoma tygodniami w czasie pobytu w Maroku podniósł w niewłaściwy sposób skrzynię i coś sobie nadwerężył. Chociaż budził się nocami z bólu, nigdy się nie skarżył.

Zobaczył kobiety, maszerowały środkiem drogi w dwóch szeregach, a było ich dwanaście a może piętnaście. Szły jak żołnierze, tylko że były ubrane w długie spódnice i kapelusze z piórami. Każda kobieta niosła w ręku zwinięty kawałek papieru. Jakiś mężczyzna jadący dwukołowym powozikiem musial się zatrzymać, okazał niezadowolenie bi-jąc batem konia. Paul wypatrzył swoją śliczną żonę w drugim rzędzie, jej twarz pod rondem kapelusza przypominała porcelanową miniaturę. Julie i pozostałe panie należały do Społeczno-Politycznej Unii Kobiet pani Emmeline Pankhurst. Ich wojownicza przywódczyni, dama w średnim wieku, maszerowała w pierwszym rzędzie, po obu stronach mając swoje córki, Sylvie i Christabel. Ta córka wolnomyśliciela-przemysłow-ca z Manchesteru była wdową po adwokacie o jeszcze bardziej liberalnych poglądach.

Blokujące ruch demonstrantki uśmiechały się do siebie, gawędziły. Chociaż dzień był przykry, a niebo całe w sadzach, wyglądały tak, jakby wybrały się na majówkę.

Paul potrząsając głową wrócił do Michaela.

-    Takie odnoszę wrażenie, jakby się tych cholernych demonstracji robiło coraz to więcej. Krótszy dzień pracy, abstynencja, rozbrojenie, głosowania - każdy by czegoś chciał. Świat robi się coraz bardziej zwariowany.

-    Przemawia przez ciebie twój zawód. Żyjesz zakłóceniami spokoju i klęskami. Niewiele więcej oglądasz. - Była to prawda; wcześniej tegoż roku Paul na złamanie karku jechał z Manili do San Francisco, nawiedzonego katastrofalnym trzęsieniem ziemi i pożarem. Jego filmy wywoływały sensację i wyciskały obfite łzy wszędzie, gdzie tylko je pokazywano.

-    Do tego, te drobne incydenty to nic w porównaniu z tym, co nas czeka - stwierdzi! Michael.

Michael Radcliffe był wysokim, chudym i bladym mężczyzną, starszym od Paula o dziesięć lat. Pracował w „London Light”, gazecie, która była własnością jego teścia, Lorda Yorke; u tegoż lorda pracował również Paul. Michael urodził się jako Mikhail Rhukov, przez całe lata egzystował jako przymierający głodem, nie liczący się wolny strzelec i kilka razy w tajemniczy i niespodziewany sposób pojawił się w życiu Paula. Miał romans z Cecily Hartstein, córką prasowego magnata, po czym niesłychanie się zmienił: obciął włosy, zanglicyzował nazwisko, złagodził swój nihilizm i ożenił się z Cecily, która kochała go nie zważając na ogromne wady jego charakteru.

Obaj ci mężczyźni zdecydowanie się różnili: Michael był elegancki, od lśniących nosków butów po melonik, a ubrania Paula robiły wrażenie, jakby je kupił na kościelnej wyprzedaży. Buty miał zniszczone, sztruksowe spodnie pomięte. Na rękawie jednorzędowej marynarki koloru khaki widać było czarną plamę. Kraciasta czapka golfowa, jeździła z nim po całym świecie i było to po niej widać. Niewielu ludzi zorientowałoby się, że jest tym, kim był - gwiazdą w swoim zawodzie.

-    Nigdy nie przestajesz bić w wojenne bębny - powiedział z westchnieniem. Michael wzruszył ramionami i rzucił na wpół wypalone cygaro na ulicę.

-    Opisuję tylko to, co nieuniknione, stary. - Paul przypomniał sobie, jak w 1898 roku jego przyjaciel po pijanemu wykrzykiwał w jakimś barze na Kubie: -1 widziałem jak budowali wielkie statki. I widziałem armaty z gwintowaną lufą. Armagedon za naszego życia... - Zaczął walić pięścią w stół, cytując Apokalipsę. - „I zajaśniały błyskawice, i zahuczały gromy... i miasta pogan runęły...” - Michael drwił sobie z marzeń Paula o pełnym zadowolenia życiu i pokoju na świecie. Mówił, że zmienią się one w koszmar szybciej, niż ktokolwiek sobie wyobraża.

Paul wepchnął nie zapalone cygaro do kieszeni i sprawdził, czy statyw się nie chwieje. Popatrzył ponad kamerą w kierunku ministerstwa. Drzwi strzegło ze dwunastu policjantów z komisariatu przy Richmond Terrace; w swoich wysokich czapach i z palkami w rękach wyglądali jak uosobienie władzy. Niektóre z kobiet pani Pankhurst - Daily Mail nazywał je sufrażystkami - miały już za sobą aresztowania, odsiedzenie krótkich wyroków w więzieniu Holloway za to, że usiłowały zadawać pytania mężczyznom przemawiającym na zebraniach partii liberalnej, między innymi lansującemu swoją osobę Winstonowi Churchil-

łowi. Kobietom nie było wolno wypowiadać się ani odgrywać żadnej roli w polityce. Pani Pankhurst ślubowała, że to zmieni.

Demonstrantki wyszły zza rogu Derby Gate. Paul zaczął kręcić korbą kamery w rutynowym, miarowym rytmie - raz, dwa, trzy; raz, dwa, trzy. Julie zobaczyła go i pomachała do niego. Paul kiwnął w odpowiedzi wolną ręką.

Na Embankment kierowcy aut urągająco grali na klaksonach. Wychylali się ze swoich pojazdów, by przeklinać i drwić z sufrażystek, które ustawiły się w półkole przed posterunkowymi. Kierujący wszystkim policjant, szczupły facet o siwych wąsach i szorstkim sposobie bycia, ruszył wielkimi krokami, by stawić czoło pani Pankhurst.

- Dzień dobry pani. Czy mogę zapytać, dlaczego blokuje pani ruch uliczny?

Emmeline Pankhurst podniosła do góry zrolowany papier.

- Przyszłyśmy tu z rezolucjami, które trzeba przedstawić członkom parlamentu. Proszę odejść na bok, żebyśmy mogły z nimi porozmawiać. - Pozostałe kobiety, łącznie z Julie, jak echo powtórzyły jej żądanie. Policjant potrząsnął głową.

- Nie da się tego zrobić i pani to dobrze wie. Nie wolno paniom wejść do tego budynku ani rozmawiać z którymkolwiek z członków parlamentu. Najlepiej żebyście panie zrobiły w tył zwrot i przestały zakłócać porządek publiczny.

- Wchodzimy do środka - oznajmiła pani Pankhurst. - Panie? Naprzód.

Przeszła obok osłupiałego policjanta, który nie był przygotowany na nieposłuszeństwo. Bez wątpienia spodziewał się, że kobiety niczym grzeczne pieski i kotki potuptają z powrotem do domu. Pani Pankhurst sunęła niczym okręt pod pełnymi żaglami w stronę policjantów blokujących drzwi. Dwóch funkcjonariuszy nie miało innego wyjścia, musieli odepchnąć ją do tyłu, a potem się z nią mocować.

Szyk kobiet się załamał. Paul kręcił korbą równomiernie, ale przezornie nie spuszczał oka ze swojej żony. Kobiety robiły zwody, to tędy, to tamtędy usiłowały przemknąć obok policjantów i otworzyć drzwi. Na ulicy rozbrzmiewał już dziki harmider klaksonów, drwin i przekleństw.

Policjanci bronili się przed kobietami rękami i dźgali je pałkami. Dla Paula było oczywiste, że funkcjonariusze, dobrze wyszkoleni i fizycznie silniejsi, wkrótce pokonają kobiety. Niektóre z sufrażystek, zrażone szorstkim traktowaniem, zaczęły bić i kopać. Paul dostrzegł wściekłość w oczach kilku obleganych gliniarzy. Czyjaś pałka rozorała

krwawą pręgą policzek jednej z kobiet. Inna grzmotnęła Sylvie Pankhurst w kostkę; Sylvie straciła równowagę i wywróciła się jak długa.

Wymiana ciosów potrwała jeszcze z minutę czy dwie, potem pani Pankhurst oceniła sytuację i zwołała swoją grupę okrzykiem:

-    Dosyć już, dosyć! Odstąpcie! Spróbujemy innym razem, nie chcę, żeby ktoś został poważnie ranny.

I atakujące szybko się rozproszyły. Ale nie wydawały się przygnębione; policjanci dobrze musieli sobie przy nich potańczyć. Pokrzykując i pokpiwając z nich obiecywały, że wkrótce wrócą.

Paul nie przestawał kręcić korbą, wdzięczny, że Julie nie stała się żadna krzywda. Patrzył, jak pochyla się z kawałkiem kredy nad chodnikiem. WSPU często zostawiała przesiania, które wszyscy mogli zobaczyć. GŁOSY DLA KOBIET. SKOŃCZYĆ Z DOMINACJĄ MĘŻCZYZN. ZOSTANIEMY WYSŁUCHANE.

Julie pochyliła się chcąc napisać coś na płytach chodnikowych. Gdy zauważył to dowódca policjantów, zasapany i zły, podbiegi i ze ziośliwą satysfakcją wymierzył jej potężnego kopniaka w siedzenie. Paul usłyszał mdlący odgłos, z jakim głowa Julie uderzyła o bruk.

Wykrzyknął jej imię, zostawił kamerę, rzucił się przez ulicę, ignorując rozpaloną sztabę bólu, która paliła mu plecy. Julie uniosła chwiejnie głowę podtrzymując się przez moment na rękach, potem znowu opadła na ziemię.

-    Cofnij no się, brachu - powiedział któryś z policjantów, chwyciwszy Paula za klapy. - Nie masz żadnego powodu, żeby...

-    Zejdź mi z drogi, to moja żona. - Paul zdzielił policjanta w brzuch, aż sobie pięść posiniaczył; policjant zatoczył się do tylu. Paul uchylił się przed pałką jego kolegi i wyrzucił ręce w przód, chcąc chwycić funkcjonariusza, który kopnął Julie; ten odwracał się właśnie, wydając rozkazy. Jakiś policjant za plecami Paula złapał go i rąbnął pałką w krzyż; Paul poleciał do przodu. Uderzył skronią o krawężnik, wstrząsnęło nim to i oszołomiło go. Przewrócił się na plecy. Napastnik przykucnął, żeby go jeszcze raz zdzielić. Paul wbił ciężki but w jego krocze. Mężczyzna zatoczył się w tył. Paul na czworakach podczołgał się do Julie. Przycisnął jak oszalały usta do jej warg; poczuł ciepło oddechu. Jęknął z ulgą. Kiedy uniósł głowę, zobaczył że jaskrawa krew z rozcięcia na jego ręce splamiła bladą brodę Julie.

Czyjeś ręce szorstko chwyciły go za kark i ramiona. Podciągnięto go do pozycji stojącej. Kierujący akcją policjant niemal pluł słowami:

-    To by było na tyle, chłopaczku. Widziałem, jak zaatakowałeś funkcjonariusza. Pójdziesz do mamra, to pewne.

Szarpiąc się bezskutecznie - trzymało go już trzech - Paul popatrzył na drugą stronę ulicy i poczuł, że go aż ściska w żołądku. Michael Radcliffe zniknął.

Kamera również.

* * *

A jednak nie poszedł do więzienia. Wręcz przeciwnie, nie wiadomo jak ani dlaczego, wypuszczono go po trzech godzinach. Z magistrackiego sądu poszedł do Chelsea do domu, którego okna wychodziły na Tamizę przy Cheyne Walk. Julie odpoczywała na łóżku. Philippa, ich pomoc domowa, zajmowała się dziećmi, Josephem Shadem Crownem, zwanym Shad, któiy miał sześć lat, oraz trzyletnią Elizabeth Juliette, nazywaną Betsy.

Paul siedział przy łóżku, a Julie drzemała. Potem otworzyła oczy; poznała go.

-    Musisz uważać mnie za skończoną idiotkę.

Paul pochylił się, żeby ją pocałować w policzek, na którym nie było już krwi.

-    Uważam, że jesteś wyjątkowo odważną kobietą, która zadała się z innymi kobietami, mającymi skłonności do popełniania głupstw dla szlachetnych celów. - Pocałował ją w usta, przeciągle i słodko; uścisnął jej rękę. - Śpij teraz.

Julie wymamrotała coś na potwierdzenie jego słów i wtuliła policzek w poduszkę.

* * *

Następnego ranka Paul wciąż jeszcze nie rozumiał, dlaczego tak szybko go zwolniono; został wezwany ze swojego biura przy Cecil Court do apartamentów właściciela na najwyższym piętrze „Light” przy Fleet Street. Sekretarz o wyglądzie mumii wprowadził go do ociekającej bogactwem groty, w której Lord Yorke załatwiał interesy.

Właściciel był niskim, krągłym człowieczkiem, łysym jak kolano. Michael Radcliffe, ożeniony z jedyną córką jego lordowskiej mości, powiedział kiedyś, że ma on oczy jak spłoszona żaba a usposobienie przypartej do muru kobry. Jego lordowska mość nie bardzo dawał się lubić, ale płacił dobrze i opiekował się swoimi podwładnymi z gorliwością nawróconego Scroog’a. Urodził się jako Otto Hartstein, dziecko

dublińskiego handlarza szmatami i kośćmi; pierwszą prowincjonalną gazetę kupi! w wieku dwudziestu dwóch lat i rozbudowa! ją w wydawnicze imperium.

- No, miody człowieku? - powiedział, niknąć w wielkim, wyściełanym fotelu-tronie, stojącym za jego biurkiem. - Co masz do powiedzenia na swoją obronę?

- Zrobiłem to, co zrobiłby każdy mąż, którego żona została brutalnie zaatakowana.

- Ale ją zaatakował policjant na służbie.

- Pochodzę z Ameryki, milordzie. Nikt nie stoi ponad prawem. Czy tutaj jest inaczej?

Z ochrypłym prychnięciem, które zastępowało śmiech, Lord Yorke klepnął w poręcz fotela.

- Uratował cię mąż Cecily. - Michael zawsze był „mężem Cecily” i nieodmiennie wypowiadane to było z niesmakiem, z jakim mógłby ktoś odnosić się do trolla mieszkającego pod mostem.

- Zanim się taśma skończyła, uchwyciłeś ten moment, kiedy policjant kopał twoją żonę w jak najbardziej barbarzyński sposób. A skoro już o tym mówimy, jak ona się czuje?

- Dobrze. Bardziej była potłuczona i przestraszona, niż cokolwiek innego.

- Cieszę się, że to słyszę. Jak mówiłem, mąż Cecily zataszczył twój aparat w bezpieczne miejsce, zanim gliniarze zdążyli go roztrzaskać. Potem zadzwonił do mnie. Ja z kolei zadzwoniłem do dwóch osób w Whitehall, a one nie miały życzenia, by tego rodzaju zachowanie policji było rozpowszechniane. Oczywiście zniszczyliśmy już ten gorszący fragment - Paul powstrzymał się od zaprotestowania, i tak miał szczęście - ale to będzie nasza tajemnica. Możesz się uważać za szczęściarza.

- Zgadzam się z panem. I dziękuję.

— Pozdrów ode mnie serdecznie swoją śliczną żonę i usilnie nakłaniaj ją, by była nieco bardziej ostrożna. Tobie również to zalecam. Jesteś cennym pracownikiem, Paul. Staraj się nie wpadać w tarapaty. Nie rób sobie wrogów z ludzi władzy, ani tutaj, ani nigdzie indziej.

- Jeżeli tak będę postępował, nie nakręcę dobrych filmów.

Lord Yorke powiedział grymaśnie:

- Dylemat reportera. Cholernie niekiedy denerwujący. Do widzenia.

4. Zmartwienia lisy

Zimny, grudniowy deszcz rozlał się w istne jezioro na Wells Street. Nicky Speers ostrożnie prowadził bordowy kabriolet benz, obawiając się, że zalany wodą silnik mógłby zgasnąć. Udało mu się zaparkować przy krawężniku przed restauracją Heildelberg; wysiadł z artretyczną powolnością. Nicky był angielskim szoferem rodziny, lojalnym ale już podstarzałym. Utykając obszedł z parasolem samochód i odprowadził najpierw Fritzi, a potem Ilsę do bogato zdobionego wejścia.

- Będę stał tu dokładnie za godzinę i piętnaście minut, proszę pani.

- Dziękuję ci, Nicky - powiedziała lisa.

Pierwszą osobą, jaką zobaczyły w foyer, był Rudolf, maitre d’hotel. Był jednym z niewielu ludzi, do których lisa czuła żywą antypatię. Powodem były wyniosłość tego człowieka i jego złe maniery, bardziej zdaniem lisy odpowiednie dla pruskiego pułkownika najgorszego rodzaju. Rudolph, który rozmawiał przez zawieszony na ścianie telefon, nie raczył ich zauważyć.

- Będziemy się pana spodziewali, Hen Kloster, vielen Dank. -Z trzaskiem zawiesił słuchawkę na haczyku i natychmiast pochylił swoją wygoloną głowę nad księgą rezerwacji, wielką niczym Biblia na ołtarzu. Pisał, a lisa tymczasem postukiwała bucikiem o podłogę. Żona generała Crowna była kobietą, której nie wolno lekceważyć.

-    Rudolfie. Czy możemy dostać stolik na dwie osoby? Nie miałam czasu, żeby zadzwonić wcześniej.

-    Wykluczone, jesteśmy kompletnie... - podniósł wzrok. - Och. Gnädige Frau\ Najpokorniej przepraszam! Oczywiście, że dla pani mamy miejsce. Kim jest ta młoda dama?

-    Nasza córka, Fritzi.

-    Ach, oczywiście. Tak bardzo urosła! Proszę za mną.

Wcisnął sobie dwa olbrzymie menu pod pachę, okręcił się na pięcie i odmaszerował krokiem podejrzanie przypominającym krok defiladowy. Fritzi uniosła spódnicę i zaczęła go przedrzeźniać, ale lisa szepnęła: - Nic bądź niegrzeczna. - Córka złożyła dłonie i przybrała ponurą minę skruszonej grzesznicy. lisa nie zdołała powstrzymać się od uśmiechu.

Rudolf usadził je, nic zdając sobie sprawy z tego, co działo się za jego plecami.

- Za momencik zajmie się paniami Boris, meine Hebe Damen. -I złożywszy im obłudnie uniżony ukłon, odmaszerowal. Fritzi zdjęła kapelusz, wstążka na nim mokra była od deszczu.

lisa Crown osiągnąwszy dojrzały wiek zrobiła się kobietą tęgą, władczą, o silnych, a przecież kobiecych rysach, które gazetowi autorzy uwielbiają nazywać „przystojnymi”. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat. W jej srebrzystosiwych włosach, które czesała w wysoki kok ä la pompadour, nie było widać ani śladu ich pierwotnego, rudawobrązowego koloru. Zawsze ubierała się elegancko i kosztownie, dzisiaj miała na sobie białą bluzkę z dużą kokardą, a na to zielony, szyty na miarę kostium, którego obrąbek dotykał bucików. Chociaż wciąż jeszcze powszechnie nosiło się długie spódnice z falbanką ochronną, jej zdaniem zbierały one tylko brud i bioto z ulic. Scierpieć nie mogła mężczyzn, którzy wyśmiewali krótsze spódnice oraz kobiety, które w nich chodziły. Jak mogli być tacy głupi, zwłaszcza w taki deszczowy dzień?

Zsunęła z rąk długie, fiołkoworóżowe rękawiczki, nadal jeszcze rozbawiona.

- Takie z ciebie niekiedy niedobre dziecko, Hebchen. Kilka innych osób śmiało się, kiedy przedrzeźniałaś Rudolpha. Muszą go dobrze znać.

- No cóż - powiedziała Fritzi i beztrosko wzruszyła ramionami. -Taki tchórzliwy despota zasługuje na wszystko, co go spotyka. Rudolf dał mi kiedyś po głowie.

- Czy tak? Kiedy?

- Jak byłam malutka. Byłam tu z tobą i z papą. Obydwoje rozmawialiście z rodziną Leiterów. Rudolf przechodził obok i zasyczał jak wąż: nie wolno podwijać pod siebie nogi i siedzieć na niej! Nie pamiętam, co powiedziałam, ale zrobił mi tak. - Pstryknęła środkowym palcem o kciuk.

lisa, chociaż była spięta, roześmiała się. Przyprowadziła córkę do restauracji z poważnymi zamiarami. Wiedziała, że Fritzi jest nieszczęśliwa. Nie był to żaden przebłysk intuicji; wiedziała o tym od miesięcy. Kiedy Fritzi była zadowolona, nie nosiło jej tak. Rzadko marszczyła czoło, a jej brązowe oczy lśniły; wszyscy poddawali się jej beztroskiemu urokowi. Fritzi, to pewne, nie była może pięknością, ale miała w sobie promienną urodę zrodzoną z dobrego humoru, szybkiej orientacji i wewnętrznej delikatności, którą ludzie szybko wyczuwali. Ku żalowi lisy żaden odpowiedni miody człowiek nie odkrył jeszcze tych jej walorów. A przynajmniej ona o nikim takim nic wiedziała.

- Przyznam, że przez cale rano czułam się jak zamknięty w klatce

tygrys - powiedziała Fritzi otwierając swoje menu. - Tak się ucieszyłam, że przyszło ci na myśl, by pojechać do miasta na mały lunch.

- Też coś, żaden mały lunch, to dobre dla ptaszków. Zjemy sobie prawdziwy Mittagessen. W końcu to jest niemiecki lokal.

Niemiecki aż do przesady, nie brakowało w nim nawet wędrującego po sali akordeonisty w skórzanych spodniach i tyrolskim kapeluszu, świeżych kwiatów na nieskazitelnych, białych obrusach, ustawionych na masywnych półkach wysokich na stopę kufli do piwa i nadmiaru zegarów z kukułkami, które ćwierkały i dzwoniły z irytującą regularnością.

lisa przeglądała menu przez bifokale bez oprawki, połączone łańcuszkiem ze złotym etui od kompletu, przypiętym do potężnego łona. -Wiele tu wspaniałych dań specjalnych, liebchen. Naprawdę mam nadzieję, że zjesz coś konkretnego. Nie chciałabym cię urazić, ale jesteś za chuda.

Fritzi wykrzywiła się.

-    Masz na myśli za mały obwód w piersiach.

-Ach. Jakże zuchwałym językiem mówi się w dzisiejszych czasach.

-    To nowy wiek, mamo. Nie ma nic złego w słowach takich jak noga czy pierś.

-    No cóż, jestem innego zdania i osobiście nie rozumiem tego tak zwanego nowego wieku. No więc, co będziemy jadły? Dobra jest wątróbka z kluseczkami. - lisa kiwnęła głową w kierunku kilku ryb, które ponuro czekały na swój los w podświetlonym akwarium. - A także karpie.

-    Uwierz mi, mamo, odżywiam się właściwie. Niekiedy opycham się jak koń. Tylko nigdy nie tyję tam, gdzie trzeba.

lisa pochyliła się do przodu i poklepała Fritzi po ręce.

-    Ostatnio zobaczyłam u Fieldsa coś, co może się okazać pomocne. Nadchodzi Boże Narodzenie.

Ucieszyła się, kiedy Fritzi zamówiła porządny posiłek, składający się z kotleta, ziemniaków i fasolki szparagowej. Dla siebie lisa wybrała karpia, poprzedzonego rosołkiem z makaronem. Poprosiła też o butelkę liebfraumilch. Uniosła do góry pierwszy kieliszek słodkiego wina, stuknęła się z Fritzi. -Prosit. - Złocistociepłe wino spłynęło jej do gardła i złagodziło nieco napięcie. Martwiła się o przyszłość Fritzi w zawodzie, który nic tylko nic dawał zabezpieczenia finansowego, ale nawet nic cieszył się szacunkiem. W odróżnieniu od innych niemieckich rodziców ani lisa, ani jej mąż nic byli w stanie kierować życiem Fritzi. lisa martwiła się jednak tak bardzo, że postanowiła spróbować. Zanim zdążyła to zrobić, Fritzi zapytała:

-    Czy miałaś jakieś wiadomości od Paula?

-    Nie, tylko od Julie. Znasz Paula, zawsze pędzi gdzieś z tą swoją kamerą. Julie pisze, że bierze udział w marszach i demonstracjach organizacji pani Pankhurst. - Mina lisy świadczyła o jej braku entuzjazmu dla bojowych, brytyjskich sufrażystek. - Szczyci się tym, że jest jedną z tych Nowych Kobiet, jak je nazywają. Mam nadzieję, że nie naraża się na niebezpieczeństwo. Podziwiam ją za jej idealizm, ale ma przecież obowiązki wobec męża i dzieci.

-    Julie to cudowna, dzielna kobieta. Strasznie się cieszę, że Paul jest taki z nią szczęśliwy. Po prostu go ubóstwiam.

W słowach Fritzi dała się słyszeć żałosna nuta. Kiedy Paul wrócił z Berlina, żeby zamieszkać ze swoją rodziną, Fritzi, która miała wtedy trzynaście lat, wyznała lisie, że rozpaczliwie chce wyjść za niego za mąż. To na Ilsę spadł obowiązek poinformowania jej, że w porządnych i dobrych rodzinach małżeństwo najbliższych kuzynów nie wchodzi w rachubę.

Fritzi zamilkła. lisa wyciągnęła rękę i znowu ujęła jej dłoń.

-    Tak bardzo bym chciala, żeby ci było lepiej.

-    Mamo, jest wspaniale.

-    Nie, nie, nie jestem ślepa. Twoje dobre serce ściągnęło cię do domu, kiedy papa był chory, no i zostałaś. Ale wiem, że się nie możesz odnaleźć. Czy teatr amatorski już cię nie interesuje?

-    Prawdę mówiąc, nie.

-    Praca społeczna to również nie twój kawałek chleba.

-    To miło z twojej strony, że przedstawiłaś mnie ponownie Jane Addams. Wiem, że jako przyjaciółka jest wspaniała i że Hull House pomaga bardzo wielu ludziom. Ale te wszystkie kobiety - twoje przyjaciółki, które na ochotnika zgłosiły się razem z tobą - one nie są w moim wieku. Ustatkowały się, mają inne zainteresowania.

-    Są stare, jak i ja - powiedziała lisa dosadnie, nie rozczulając się nad sobą. - Rozumiem.

Kelner przyniósł zupę lisy i koszyczek z żytnim i ciemnym pieczywem. Fritzi smarowała masłem kromkę pumpernikla, a jej matka w tym czasie mówiła:

-    Tyle rzeczy przyszło mi na myśl, które bym ci mogła zasugerować, niektóre są dosyć niezwykłe. Na przykład lekcje gotowania u francuskiego szefa kuchni.

Fritzi rozchichotała się.

-    Wiem, że jeśli chodzi o sztukę prowadzenia domu, to straszny ze mnie nieudacznik. Nic umiałabym ugotować nawet misjonarza, gdybym była kanibalem.

lisa pociągnęła jeszcze łyk wina i podjęła życiową decyzję.

- Jest coś, czego życzyłby sobie twój papa, wiesz. Żebyś się ustatkowała. Tęskni już za zięciem, za wnukami.

Znowu milczenie. Fritzi zamarła z palcami na nóżce kieliszka. lisa nigdy dotąd nie wtrącała się w romantyczne związki swojej córki. Z listów wiedziała, że kiedy trupa Mortmaina grała przez dwa tygodnie w Savannah, Fritzi zakochała się do szaleństwa w młodziutkim chłopcu z Georgii. Jemu się chyba również podobała, ale tylko tyle. Chłopiec pochodził ze starej rodziny - był aiystokratą, dla lisy oznaczało to snoba. Przez kilka następnych miesięcy listy Fritzi były smutne.

Dosyć to znana historia, myślała lisa. Zdarza się, że kiedy dziewczyna straci tego jednego jedynego, nie pocieszy się już nigdy. Nigdy nie zdoła znaleźć kogoś, kto by chociaż umywał się do tej pierwszej miłości, więc więdnie w staropanieństwie. lisa znała co najmniej cztery panie w średnim wieku, które spotkało to nieszczęście. Ludzie mówili, że były „zawiedzione w miłości”. Jedną z nich była ukochana przyjaciółka lisy, Jane Addams, która prowadziła dom opieki społecznej.

lisa umarłaby chyba ze smutku, gdyby Fritzi miała spędzać życie sama. A przecież nie znała żadnego sposobu, żeby ocalić córkę. Tylko Fritzi mogła to zrobić, Fritzi i jakiś mężczyzna, który nie miał jeszcze nazwiska, tożsamości, który w rzeczywistości istniał tylko jako cień w pełnej nadziei wyobraźni matki.

W końcu Fritzi odezwała się.

- Mamo, to się chyba nigdy nie stanie.

- Dlaczego nie? Liebchen, z ciebie jest prawdziwy skarb. Czy nastawiłaś się zdecydowanie przeciw małżeństwu?

- Nie, ale wiem, czym jestem. Jestem aktorką. Jestem stworzona na aktorkę i niewiele więcej. Kocham grać. I to dlatego... - Nagle rozkwitłe na jej policzkach rumieńce kazały się lisie przygotować na coś złowieszczego.

- Dlatego po Nowym Roku postanowiłam udać się do Nowego Jorku.

- Nie mogę w to uwierzyć. Przeprowadziłabyś się w takie okropne miejsce?

Fritzi ujęła matkę za rękę i mówiła z powagą.

- Jesteś inteligentną, kulturalną kobietą, mamo. Doskonale wiesz, że teatr, prawdziwy teatr, istnieje tylko w Nowym Jorku. Nie chcę spędzić życia na podróżach i grać po miasteczkach od Florydy do Teksasu albo w salkach parafialnych w Chicago. Jeżeli podejmę tę próbę i nie uda się, trudno. Ale muszę zaryzykować.

Teraz z kolei zamilkła lisa, w głowie jej huczało od myśli. Nie wątpiła, że córka potrafi zadbać o siebie nawet w tak grzesznym i występnym miejscu jak Nowy Jork. Przerażała ją myśl o jeszcze jednej osobie, którą trzeba uwzględnić w tym równaniu:

-    Czy powiedziałaś już papie o swojej decyzji?

-    Nie, ale zrobię to niedługo.

-    Wiesz, że może źle zareagować.

-    Chcialaś powiedzieć jak dyktator? Mamo, nie mogę zmieniać życia ze strachu przed sprzeczką.

-    Nie proszę cię, żebyś to zrobiła. Przemyśl sprawę, to wszystko. Przemyśl ją bardzo starannie. - Jej głos się załamał i Fritzi zamrugała oczami; lisa zdradziła się ze swym przerażeniem. - Kto wie, może zmienisz zdanie.

Fritzi nie odpowiedziała i skupiła się na jedzeniu. Ponownie zapa-dło milczenie i lisa przyłapała się na tym, że ogarnia ją poczucie niepewności i desperacji.

5 . Marzenia o szybkości

Jakiś kolejarz wyrzucił Carla z jadącego na południe pociągu towarowego w Maryland, o kilka mil na północ od Baltimore, na stacji, gdzie lokomotywy zaopatrywały się w węgiel. Carl ruszył na południe, kiedy pierwszy śnieg pobielił Hudson Valley. Szukał łagodniejszej pogody i znalazł ją w Maryland, chociaż i tu słońce zachodziło wcześnie, rzucając długie, smutne cienie.

Przeszedł kilka mil polnymi drogami, w brzuchu burczało mu coraz głośniej. Zatrzymał się przy wiejskiej gospodzie, rozłożystym budynku z pruskiego muru, z dziedzińcem z ubitej ziemi, na którym przed laty musiały parkować powozy. Przy drzwiach zwrócił uwagę na wiadra z popiołem i ciężką szuflę, oto dowód, że i w Maryland może niekiedy padać śnieg.

Gospoda była zadymiona i ciepła. Przy barzc zamówił sobie pieczeń wieprzową i kufel piwa, płacąc za to ostatnimi czterdziestoma centami. Dwóch mężczyzn w dwurzędowych marynarkach opierało się o poręcz baru i zastanawiało, jaki będzie wynik zbliżającego się procesu Harry’ego Thawa oskarżonego o morderstwo. Thaw, będący osobą z towarzystwa i mający liczne koneksje, zamordował architekta Stan-

forda White’a w teatrze przy Madison Square Garden. White flirtował z żoną Thawa, która dawniej była szansonistką. Przy stoliku w rogu sali czterech innych mężczyzn grało w karty.

Carl podszedł do mniejszego stolika, wysunął krzesło i usiadł ciężko, nie zastanawiając się nad kruchością mebla. Stare drewno hałaśliwie zaskrzypiało w proteście. Stojący za barem olbrzymi jak wieloryb właściciel obrzucił Carla bacznym spojrzeniem. Carl zerwał się i uważnie obejrzał krzesło.

. - Nic się nie złamało.

- Masz pan szczęście. Meble nie są tanie.

Podano mu jedzenie i picie. Najbardziej hałaśliwy z karciarzy, chudy mężczyzna o plamistym nosie, nie przestawał tyranizować pozostałych. W końcu jeden ze starszych graczy złożył trzymane karty i rzucił je na stół.

- Dość mam tej twojej gadaniny, Irinis. Zagramy znowu, jak wytrzeźwiejesz.

Innis podniósł się chwiejnie na nogi, przewracając krzesło.

- Hej, ty, skurczysynu jeden, nie możesz odejść. Wygrywasz.

- Odchodzę, Innis. I to w tej chwili. - Starszy mężczyzna obrzucił Innisa twardym spojrzeniem. Carl zbierał sos kawałkiem owsianego chleba; zauważył, że starszy mężczyzna przerasta Innisa o głowę. Innis nie rzucił mu wyzwania. Starszy mężczyzna wyszedł.

Carl nie opuścił w porę głowy i Innis zauważył jego spojrzenie.

- Grasz pan w karty?

Carlowi nie podobał się Innis i najprawdopodobniej było to po nim widać, kiedy odpowiadał:

-Nie.

- Chodź pan, siadaj z nami na parę rozdań. Zwykły poker z dociąganiem.

- Nie mam pieniędzy. I chciałbym skończyć kolację.

Innis zamrugał, w oczach zapłonęło mu złe światełko.

-    Dobrych manier też pan nie masz.

Drugi z graczy pociągnął go za rękę.

-    Na litość boską, siadajże, musi ci to kiedyś przejść.

Innis strząsnął jego rękę.

-    Nie znam tego ważniaka i nie podoba mi się jak gada. - Chwiejnie podszedł do Carla i uderzył go pięścią w ramię. - A teraz co masz pan do powiedzenia?

Carl nic był żadnym bohaterem z powieści groszowej w rodzaju Nicka Cartera czy Franka Mcrriwella, ale ojciec nauczył go nie ustępo-

wać awanturnikom, ponieważ na ogól, kiedy im się człowiek postawił, to uciekali z podkulonym pod siebie ogonem.

-    Powiem, żebyś pan tego nie powtarzał.

Innis zachichotał złośliwie. Lekko uderzył Carla w twarz.

-    Tego?

Carl poczuł skurcz w żołądku, odepchnął krzesło do tylu. Właściciel wypad! zza baru.

- Idźcie na dwór, na dwór. Zebyście mi tu czegoś nie zniszczyli.

Carl rozłożył ręce w ostatnim geście dobrej woli.

-    Nie ma powodu, żebyśmy...

Innis zdzielił go pięścią w szczękę. Carl poleciał do tylu, odbił się od ściany. Kretyński, durny awanturnik, pomyślał, kiedy Innis zataczał się w jego stronę. Zanim tamten zdążył go jeszcze raz uderzyć, chwycił chudzielca oboma rękami za koszulę. Szarpnął nim w bok. Właściciel gospody podskoczył do drzwi i przytrzymał je, żeby się nie zamknęły, kiedy Innis przez nie przelatywał i lądował na tyłku. Carl wyszedł za nim.

-Zapomnijmy o tym. Nie ma się o co kłócić. Idź pan gdzieś i oprzytomniej.

Innis dźwignął się na czworaki, ocierając usta mankietem. Przez moment Carlowi zdawało się, że wszystko załatwione; oszukał go obleśnie przymilny uśmiech przeciwnika.

-    No, cóż - zaczął Innis podnosząc się na kolana. Zbyt późno Carl uświadomił sobie jego zamiary. Prawa dłoń Innisa zacisnęła się na kostce Carla, który rozciągnął się na ziemi. Innis zerwał się, dwa razy kopnął leżącego w żebra i chwycił za rękojeść łopaty.

-    A teraz - wysapał, kiedy Carl, któremu szumiało w głowie, niepewnie zbierał się na nogi. - Teraz zobaczysz, ty obrotny w pysku sukinsynu.

Carl kantem prawej dłoni rąbnął w zgięty łokieć Innisa od wewnątrz. Chwyt przeciwnika na rękojeści rozluźnił się, Carl wyrwał mu łopatę. Nagle Innis wyciągnął z bocznej kieszeni składany nóż, taki sam jak Carla, i otworzył. Carl cofnął się o krok. Innis okręcił się i zadał cios nożem. Carl machnął łopatą jak kijem baseballowym.

W ostatniej sekundzie przyhamował, żeby nie zabić tamtego. Mimo to łopata wydała metaliczny brzęk. Innis przewrócił się, krew mu leciała z lewego ucha. Przekręcił się na brzuch, westchnął i stracił przytomność.

Właściciel i gracze stanęli półkolem dookoła Innisa, a Carl sapał i pocierał ramię, chyba naciągnął sobie jakiś mięsień. Właściciel wylał

wiadro wody na leżącego. Innis oblizał wodę z warg i kontynuował drzemkę.

- Wściekły był od tygodnia jak szerszeń - zauważył właściciel. -Najpierw go wywalili z roboty na torze, potem jego stara zamknęła mu drzwi przed nosem. Przez cały ten czas szukał zwady. Na pana miejscu nie zatrzymywałbym się tu, żeby czekać, aż się obudzi. Ruszyłbym w drogę.

- Pewno, przyzwyczaiłem się już do tego - powiedział Carl z osobliwym uśmieszkiem. - Potrzebuję roboty, może mógłbym zająć jego miejsce. Gdzie jest ten tor?

- Baltimore Downs. Na północnym skraju miasta.

- Uprzejmie dziękuję. - Carl odwrócił się i kulejąc opuścił dziedziniec gospody.

Noc spędził pod ławką w parku w jakiejś niewielkiej wiosce, na przemian drzemiąc i szczękając zębami. Wiatr wiał z północnego zachodu i pachniało zimą. Rano odszukał tor wyścigowy na Baltimore Downs. Tor był zaplanowany z rozmachem: długi na milę, z wielką, okrytą flagami trybuną, piętrowym klubem, rozbudowanymi stajniami i padokiem. Jakiś stajenny, który przeprowadzał klaczkę, pokazał mu, gdzie jest biuro, a tam człowiek nazwiskiem Reeves nie przeciągał rozmowy:

- Chcesz robotę po Innisie? On czyścił stajnie, pomagał stajennym, robił wszystko, co jeszcze trzeba było zrobić. Odpowiada?

- Odpowiada mi możliwość jedzenia od czasu do czasu - powiedział Carl.

Reevesowi się to spodobało.

- Poznałeś Innisa?

Carl dotknął siniejącego śladu na brodzie.

- Niestety, tak.

- Kto wygrał?

-Ja.

To się Reevesowi spodobało jeszcze bardziej.

- No, w stajniach jest czysto i ciepło. Możesz spać w pustym boksie, dopóki nie znajdziesz sobie jakiegoś pensjonatu. Zacznij jutro od rana. Punktualnie o szóstej. - Kiedy Carl dziękował Reevesowi, doszedł do jego uszu głęboki warkot motoru.

- Brzmi to jak auto benzynowe.

- No. Przekonałem się, że kiedy konie nic biegają, tłumek miłośników sportu gotów pojawić się na wyścigach automobili. Kierowcy też dobrze znają nasz tor. Widziałeś kiedyś wyścigi?

-    Widziałem pierwszy wyścig, jaki się odbył w tym kraju. W Dzień Dziękczynienia, 1895, w Chicago.

-    Ten słynny wyścig w śniegu - powiedział Reeves potakując.

-    Pięćdziesiąt cztery i trzy dziesiąte mili. Bracia Duryea wygrali go na swoim Numerze 5 w dziesięć godzin i dwadzieścia trzy minuty. Automobil prowadził Frank Duryea, tyle że wtedy nazywali je powozami motorowymi.

Od tamtego zimowego dnia, kiedy jako chłopiec przyglądał się szeroko otwartymi oczami, jak powozy bez koni suną i ślizgają się po Michigan Avenue, Carl zakochał się - chociaż bez wzajemności - w samochodach. W Nowym Jorku widział ich dziesiątki. Obojętne, czy wyposażone były w syczące kotły, brzęczące akumulatory czy krztuszące się silniki benzynowe. Wszystkie go podniecały. To były maszyny, a on kochał maszyny. Automobile przestały już być przedmiotem żartów, jak to było na początku; teraz stały się symbolem potęgi i bogactwa -jeżdżące, parskające, dymiące cuda nowego wieku.

A przecież nie wszyscy podzielali to uczucie. Doktor Wilson z Princeton oznajmił publicznie, że są to frywolne i ostentacyjne zabawki dla bogaczy, przyczyniające się do nasilania niepokojów, socjalizmu i anarchii wśród biednych. Już samo to wystarczy za dowód, że Wilson to stary, nadęty nudziarz.

Oczywiście daleko jeszcze do tego, żeby automobile były niezawodne. Całkiem często można było zobaczyć, jak któryś z nich tkwi zepsuty przy drodze, zamiast po niej jechać. Wędrując po wiejskim trakcie w Ohio Carl trafił na żółciutkiego stanleya, który zabuksował się w błotnistym rowie. Jakiś farmer podczepił swój zaprzęg mułów do ramy i mozolił się, żeby auto wyciągnąć. Carl na ochotnika zaproponował, że popcha tylne koło. Farmer pogonił niechętne muły; brązowa maź wyfrunęła spod opon. Stanley powrócił na drogę, a pod błotnistą maską na twarzy Carla malował się szeroki uśmiech.

Często wyobrażał sobie, że siedzi za kierownicą automobilu i pędzi przed siebie. Od Indianapolis, gdzie przepracował na początku tego roku trzy miesiące, marzenie już go nie opuszczało. Od dzieciństwa noga jego nie postała w prawdziwym teatrze, ale wtedy kupił sobie bi-let na jaskółkę na musical zatytułowany Puchar Vhnderbilta. Napisano go na cześć wielkiego wyścigu szosowego na Long Island, który zapoczątkował w 1904 roku należący do najlepszego towarzystwa William K. Vanderbilt. Trupa jeździła z dość nietypową jak na Broadway gwiazdą, z kierowcą wyścigowym, Barneycm Oldfieldcm.

Oldfield brał kiedyś udział w wyścigach rowerowych i pierwszy raz

usiadł za kierownicą automobilu w 1903 roku. Jechał dużym 999 Hen-r/ego Forda, a faworytem i jego rywalem był Bullet, własność wytwórcy aut, Alexandra Wintona z Cleveland. 999 wygrał.

Z Barneya Oldfielda aktor był nie najlepszy, ale w punkcie kulminacyjnym drugiego aktu grał przekonywająco. Dwa samochody wyścigowe, Peerless Blue Streak oraz Peerless Green Dragon Barneya ścigały się bok w bok na taśmociągach, a w tle przelatywały malowane krajobrazy. Samochody pluły dymem, iskrami i błękitnym płomieniem spalin w przerażająco realistyczny sposób. Barney miał na sobie swój znany, ciemnozielony kombinezon samochodowy, zielony, skórzany hełm i gogle. Aktorzy ponaglali go okrzykami. Oczywiście wygrywał. Był niekoronowanym królem szybkiej jazdy i nie za to mu płacono po dwa tysiące na miesiąc, żeby przegrywał.

Carl po raz pierwszy zobaczył wtedy Barneya Oldfielda, który był u szczytu swojej sławy. Wtedy też po raz pierwszy i jedyny zrozumiał, co jego siostra miała na myśli, kiedy mówiła o magii teatru. Przejęty był tym spektaklem do głębi.

Rozgorączkowanie Carla wzrosło, kiedy Reeves powiedział:

-    Dwóch ludzi w fiacie ćwiczy okrążenia do wyścigu na sto mil, który ma się odbyć pod koniec tygodnia. Idź sobie popatrzeć.

Wybiegi w blade, zimowe słońce, przemknął pomiędzy stajniami do toru, gdzie w chmurze brązowawego kurzu porykiwały silniki. Stanął na niższej barierze, kurz osiadał mu na włosach i ramionach, a automobil pędził w kierunku zakrętu. Przypominał połówkę puszki do konserw osadzoną na ramie z niechronionymi niczym kołami. Kierownica była po prawej, jak we wszystkich autach. Szofer i mechanik przycupnęli na składanych siedzeniach, połykając kurz i wiatr. Każdy z nich nosił gogle i wymyślne rękawice. Carl marzył, żeby siedzieć za kółkiem.

Na przeciwległej prostej fiat nabrał szybkości. Carlowi szczęka opadła.

-    Mój Boże, oni robią chyba ze czterdzieści albo i pięćdziesiąt.

Przywarł do bariery patrząc jak samochód poślizgiem bierze zakręt i zostawia za sobą wielki, koguci ogon kurzu. Przyglądał się im niemal przez całą godzinę. Później powiedział do Reevesa:

-    Muszę się nauczyć prowadzić. Nie wiem ani gdzie, ani jak, ale nauczę się, może pan na to liczyć.

6.    Filmy Paula

Szofer Nicky czeka! z parasolem, kiedy Fritzi i jej matka wychodziły z restauracji Heidelberg. Po drodze do domu Fritzi niewiele mówiła, matkę zaś najwyraźniej jej decyzja wyprowadziła z równowagi.

Rezydencja Crownów przy South Michigan był to olbrzymi, wiktoriański pałac z dwudziestoma sześcioma pokojami, dwa razy przebudowywany i będący nie przemijającym symbolem sukcesu, jaki jego właściciel odniósł w dziedzinie piwowarstwa. Do Joe Crowna należał cały odcinek pomiędzy ulicami Twentieth a Nineteenth; połowę parceli bliższą ulicy Nineteenth zajmował dobrze utrzymany ogród z sadzawką, w tej chwili pustą, ze schludnymi rabatami krzewów różanych, marmurowym posążkiem anioła, symbolizującego pokój, a wszystko to osłaniały od ulicy wysokie krzewy. W dziesięć minut po tym, jak Fritzi weszła do swojego pokoju, lisa wpadla do niej z listem.

-Liebchen, twoje prośby zostały wysłuchane! Widzisz, co przyszło w popołudniowej poczcie? Pauli nadał to w Gibraltarze sześć tygodni temu. Przysłał nawet zdjęcie.

lisa podała jej kodakowską odbitkę. Uśmiech rozświetlił twarz Fritzi, kiedy wpatrywała się w swego krzepkiego kuzyna, którego ktoś sfotografował razem z kamerą filmową i statywem na hotelowej werandzie. Paul jak zwykle trzymał w zębach cygaro. Jednym ramieniem obejmował statyw, drugim unosił do góry panamę, jakby w geście pozdrowienia. Kamizelkę miał porozpinaną, krawat mu się przekrzywił. Na kolanach białych spodni widniały ciemne plamy. To był cały on, nigdy nie dbał o to, jak wygląda, i nigdy nie lekceważył swojej pracy. Paul od czasu do czasu wysyłał zdjęcia do bliskich mu ludzi, ponieważ przez całe życie miał nawyk zbierania i rozsyłania pamiątek i souve-nirów.

Fritzi pospiesznie przebiegła wzrokiem list. Paul odwiedził Północną Afrykę, fotografował nomadów i egzotyczne miejsca w Maroku i na Saharze, a potem odwiedził Gibraltar, żeby sfilmować nowy okręt Wojenny, HMS „Dreadnought”, któiy pod parą wypływał na Morze Śródziemne.

To pierwszy okręt tego typu - 17000 ton, szybszy niż wszystkie inne pływające jednostki. Jego wielkie działa potrafią wystrzelić pocisk na odległość kilku mil. Mój przyjaciel Michael mówi, że już teraz zaczął się przez niego w marynarce wyścig zbrojeń. Niestety, ci przeklęci Brytyjczycy nie

pozwalają ml go fotografować. Filmy z P. Afryki zostaną zmontowane i znajdą się w kinematografach przed grudniem. Planuję jeszcze jedną podróż do Stanów w przyszłym roku, z pewnością was odwiedzę. Na razie wiele serdeczności dla wszystkich.

- Musimy dowiedzieć się, kto będzie pokazywał filmy American Luxograph - powiedziała z wielkim podnieceniem lisa. - Jestem pewna, że będziesz je chciała zobaczyć. Pójdziemy razem, zrobimy sobie wycieczkę.

Do jednego z tych okropnych kinematografów po pięć centów? O bogowie. Ale Fritzi nie potrafiła odmówić tęgiej, siwiejącej kobiecie, którą serdecznie kochała. Westchnęła sobie cichutko gdzieś w środku i powiedziała:

- To będzie cudowne.