ABSURDY O ZWIĄZKACH - Kocham Cię, ale oddychasz za głośno - Max Paradox - ebook

ABSURDY O ZWIĄZKACH - Kocham Cię, ale oddychasz za głośno ebook

Max Paradox

0,0

Opis

„Absurdy związków” to bezkompromisowa, ironiczna i boleśnie prawdziwa książka o relacjach, które miały być „na zawsze”, a stały się „jakoś do wytrzymania”.

To nie jest poradnik psychologiczny ani motywacyjna papka.
To satyra emocjonalna o tym, jak wyglądają związki od środka, gdy:
– miłość zamienia się w przyzwyczajenie,
– rozmowy w logistykę,
– bliskość w obowiązek,
– a trwanie w strach przed pustką.

Autor bez litości rozbiera na części:
• zostawanie w relacji z lęku,
• zdrady emocjonalne („przecież nic się nie stało”),
• seks po latach odkładany na jutro,
• pieniądze jako cichy zapalnik konfliktów,
• naprawianie związków, które już dawno przestały istnieć,
• odejścia, które zaczynają się na długo przed rozstaniem.

To książka dla ludzi, którzy:
– są w związku, ale coraz bardziej sami,
– byli w relacji i wiedzą, że coś się zużyło,
– boją się odejść, choć wiedzą, że zostawanie boli,
– chcą wreszcie nazwać rzeczy po imieniu.

Bez gotowych recept.
Bez „wystarczy porozmawiać”.
Bez udawania, że każdą relację da się uratować.

Z humorem, ironią i brutalną szczerością, która zostaje w głowie długo po zamknięciu ostatniej strony.

To nie jest książka, która zmusi cię do odejścia.
To książka, po której nie da się już udawać, że nie wiesz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 124

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


WSTĘP - Miłość to nie był błąd

Miłość to był piękny pomysł. Naprawdę. Ktoś kiedyś stwierdził, że dwie niedoskonałe osoby powinny zamieszkać razem, połączyć finanse, emocje, traumy z dzieciństwa i nawyki wyniesione z domu, a potem dziwić się, że coś nie działa. I świat powiedział: „tak, to brzmi rozsądnie”.

Związek to jedyny projekt w życiu, który zaczynasz bez planu, bez budżetu, bez harmonogramu i bez świadomości ryzyka, ale z pełnym przekonaniem, że „jakoś się ułoży”. I faktycznie się układa. Jak klocki wrzucone do pralki.

Na początku oczywiście jest cudownie. Tak cudownie, że aż podejrzanie. Wszystko pasuje. Wszystko gra. Nawet rzeczy, które normalnie wkurwiałyby cię po pięciu minutach, nagle wydają się urocze. On zapomina? Słodkie. Ona się spóźnia? Tajemnicza. Bałagan? Artystyczny chaos. Milczenie? Głębia. Brak planów? Wolność. Brak odpowiedzialności? Spontaniczność.

Mózg w tym czasie nie pracuje. Mózg ma urlop. Decyzje podejmuje dział „hormony i złudzenia”. To ten sam dział, który odpowiada za impulsywne tatuaże, zakupy po północy i myśl: „a co może pójść nie tak”.

W związkach idzie nie tak wszystko. Ale po kolei.

Na początku obiecujecie sobie rzeczy, które brzmią pięknie, ale są absolutnie nierealne. „Zawsze będziemy ze sobą szczerzy.” „Nigdy nie pójdziemy spać pokłóceni.” „Zawsze będziemy rozmawiać.” „My jesteśmy inni niż wszyscy.” To ostatnie jest szczególnie zabawne, bo mówią je dosłownie wszyscy. To jakby każdy kierowca mówił: „ja akurat jeżdżę ostrożnie”, stojąc w korku pełnym ludzi, którzy też tak twierdzą.

Na początku chcesz się podobać. Bardzo chcesz. Tak bardzo, że chwilowo stajesz się kimś innym. Kimś bardziej cierpliwym. Bardziej wyrozumiałym. Bardziej elastycznym. Kimś, kto nagle nie ma problemów, granic i własnych potrzeb, bo przecież „nie będziemy się kłócić o pierdoły”. Tylko że te pierdoły nie znikają. One odkładają się jak kurz. Niby nic, ale spróbuj go nie sprzątać przez rok.

Na początku ignorujesz sygnały ostrzegawcze, bo są czerwone, a czerwony to przecież kolor miłości. Widzisz je, ale tłumaczysz sobie, że:

• każdy ma wady• nikt nie jest idealny• to się ułoży• nie ma sensu robić dramatu• przesadzasz• inni mają gorzej

I to wszystko prawda. Ale prawda nie pomaga, kiedy po trzech latach wkurwia cię dźwięk oddychania osoby, którą kiedyś uważałeś za sens swojego istnienia.

Na początku wszystko robicie razem. Chcecie wszystko razem. Razem spać, razem jeść, razem oglądać, razem wychodzić, razem planować przyszłość, razem oddychać, najlepiej synchronicznie. Bliskość wydaje się rozwiązaniem każdego problemu. Nikt nie mówi, że nadmiar bliskości kończy się tym, że marzysz o pięciu minutach samotności w toalecie jak o urlopie all inclusive.

Z czasem zaczynasz zauważać rzeczy. Delikatnie. Ostrożnie. Najpierw myślisz, że to ty jesteś problemem. Potem, że jesteś zmęczony. Potem, że to chwilowe. Potem, że „nie teraz, pogadamy później”. A „później” to najbardziej zdradliwe słowo w związkach, bo nigdy nie nadchodzi. Przychodzi za to moment, w którym nagle wybuchasz o kubek, pilot, skarpetki albo ton głosu, a druga osoba patrzy na ciebie jak na psychopatę.

I w tym momencie oboje jesteście szczerze zdziwieni.

Bo związek to ciągła gra pozorów. Jedno udaje, że wszystko jest w porządku. Drugie udaje, że nie widzi, że coś nie jest w porządku. A potem oboje udają, że są zaskoczeni, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli.

Ta książka nie jest po to, żeby naprawić twój związek. To nie warsztaty. To nie terapia. To nie „pięć kroków do szczęścia”. Jeśli szukasz porad, jak żyć lepiej, to zła książka. Jeśli szukasz potwierdzenia, że nie tylko ty masz czasem ochotę wyjść z domu bez słowa i wrócić za trzy dni, to jesteś we właściwym miejscu.

To jest książka o absurdach. O tym, że można kogoś kochać i jednocześnie mieć ochotę wyrzucić go przez okno, ale tylko metaforycznie, bo jednak kaucja za mieszkanie. O tym, że „razem” brzmi pięknie, dopóki nie oznacza „zawsze”. O tym, że miłość to uczucie, a związek to logistyka, negocjacje i nieustanna próba nieprzesadzenia.

Jeśli będziesz się śmiać – super.Jeśli rozpoznasz siebie – jeszcze lepiej.Jeśli w którymś momencie pomyślisz: „kurwa, to dokładnie my” – bingo.

Bo miłość była piękna.

Tylko nikt nie powiedział, że dalsza część programu jest bez reklam, błędów systemu i losowych aktualizacji o trzeciej w nocy.

ROZDZIAŁ 1 - Na początku było idealnie

Na początku zawsze jest idealnie. To jest fakt. Prawo natury. Coś jak grawitacja albo to, że kabel od ładowarki zawsze się psuje w najmniej odpowiednim momencie. Początek związku musi być idealny, bo inaczej nikt normalny by w to nie wszedł. Gdyby pierwsze miesiące wyglądały tak, jak trzeci rok relacji, ludzkość wymarłaby szybciej niż dinozaury, tylko z mniejszym rozmachem i większą ilością niedopitych kaw.

Początek to wersja demonstracyjna człowieka. Demo, w którym wszystkie wady są wyłączone, a jeśli się pojawiają, to w trybie „urocza ciekawostka”. To moment, w którym druga osoba jest absolutnie wyjątkowa. Każdy jej gest coś znaczy. Każde spojrzenie coś komunikuje. Każde milczenie ma głębię. Nawet to, że nie odpisuje przez sześć godzin, jest interpretowane jako „on/ona ma swoje życie” zamiast „olewam cię, bo scrolluję”.

Na początku wszystko pasuje. Nawet rzeczy, które logicznie nie powinny pasować. Nawet rzeczy, które w normalnych warunkach byłyby dealbreakerem. Ale początek nie działa na logice. Początek działa na hormonach, a hormony mają w dupie logikę. Hormony są jak pijany kumpel, który mówi: „dawaj, zrób to, co najgorszego może się stać?”. I ty go słuchasz.

Na początku druga osoba jest niesamowita. Jej bałagan to „artystyczny chaos”. Jej spóźnienia to „spontaniczność”. Jej brak planów to „życie chwilą”. Jej humory to „wrażliwość”. Jej milczenie to „potrzeba przestrzeni”. Jej brak odpowiedzialności to „luz”. Wszystko da się pięknie opakować, jeśli bardzo ci zależy.

A zależy ci bardzo.

Na początku jesteś w stanie usprawiedliwić absolutnie wszystko. Nawet rzeczy, których normalnie byś nie zaakceptował u siebie, u znajomych ani u obcych ludzi w autobusie. Mówisz sobie, że przecież nikt nie jest idealny. Że każdy ma wady. Że to drobiazgi. Że nie ma sensu robić problemu. Że miłość polega na akceptacji.

I to wszystko prawda.Problem w tym, że te drobiazgi się nie ulatniają.One się magazynują.

Na początku jesteś najlepszą wersją siebie. Taką eksportową, instagramową, randkową. Jesteś cierpliwy. Uważny. Zainteresowany. Słuchasz z uwagą, pamiętasz detale, zadajesz pytania. Nie przerywasz. Nie wybuchasz. Nie pokazujesz zmęczenia. Nie pokazujesz frustracji. Nie pokazujesz, że masz granice, bo przecież nie będziesz psuł klimatu.

Na początku jesteś kimś, kim nie jesteś na co dzień. I to jest w tym wszystkim najzabawniejsze. Związek zaczyna się od obustronnego udawania, że tak właśnie będziemy funkcjonować już zawsze. Jakby dwie osoby spotkały się na karnawale, przebrały za najlepsze wersje siebie i powiedziały: „dobra, to teraz tak już do końca życia”.

Na początku obiecujecie sobie rzeczy, które brzmią pięknie, ale są absolutnie nierealne. Mówicie:

• zawsze będziemy ze sobą szczerzy• zawsze będziemy rozmawiać• nigdy nie pójdziemy spać pokłóceni• nigdy nie będziemy jak „oni”• my jesteśmy inni

To ostatnie jest szczególnie zabawne, bo mówią je wszyscy. Każda para. Bez wyjątku. To jakby każdy palacz mówił: „ja mogę rzucić w każdej chwili”. Statystycznie ktoś musi być inny. Praktycznie – nikt nie jest.

Na początku konflikty są zabawne. Pierwsze sprzeczki kończą się śmiechem, seksem albo dramatycznym zapewnieniem, że „nigdy nie chcę cię stracić”. Padają wielkie słowa przy małych problemach. I to działa. Przez chwilę. Bo na początku nawet kłótnie są romantyczne. Jeszcze nie ranią. Jeszcze nie ważą. Jeszcze nie zostają w głowie.

Na początku ignorujesz czerwone flagi, bo czerwony to kolor miłości. I tłumaczysz je sobie bardzo logicznie:

• każdy ma swoje tempo• każdy jest inny• każdy ma gorsze dni• nie ma sensu się czepiać• przesadzasz• to twoje lęki

I znowu - wszystko to jest prawda. Do czasu. Bo przychodzi moment, w którym orientujesz się, że te „gorsze dni” są codziennie, a „tempo” oznacza, że ty biegniesz, a druga osoba siedzi i mówi, żebyś się nie spinał.

Na początku wszystko robicie razem. Razem śpicie, razem jecie, razem oglądacie, razem planujecie przyszłość, razem oddychacie. Bliskość wydaje się rozwiązaniem wszystkiego. Nikt nie mówi, że nadmiar bliskości kończy się tym, że pięć minut samotności w łazience zaczyna przypominać luksusowy retreat duchowy.

Na początku chcesz wierzyć, że miłość wszystko załatwi. Że jeśli coś nie gra, to jeszcze nie teraz. Że jeszcze się dotrzecie. Że jeszcze się nauczycie. Że jeszcze będzie moment na rozmowę. „Jeszcze” to najczęściej używane słowo w związkach i jednocześnie największe kłamstwo. Bo to „jeszcze” potrafi trwać latami.

Z czasem zaczynasz zauważać drobne pęknięcia. Najpierw delikatnie. Pojedyncze myśli. Pojedyncze westchnięcia. Pojedyncze momenty irytacji. Myślisz, że to nic. Że jesteś zmęczony. Że masz gorszy dzień. Że to przejdzie. A potem te momenty zaczynają się łączyć w całość.

I nagle orientujesz się, że:

• rozmowy są krótsze• cisza jest dłuższa• śmiech rzadszy• irytacja częstsza• zrozumienie selektywne• bliskość warunkowa

Na początku było idealnie, bo jeszcze się staraliście. Bo jeszcze wam zależało, żeby się pokazać z dobrej strony. Bo jeszcze nie byliście sobą. A związek zaczyna się naprawdę wtedy, kiedy maski opadają, a życie mówi: „dobra, sprawdzamy”.

Ten rozdział nie jest po to, żeby straszyć. Jest po to, żeby zdjąć złudzenia. Bo początek związku nie jest dowodem na to, że coś będzie działać. Początek jest dowodem na to, że jeszcze nie musiało.

I to jest najważniejsza prawda o relacjach, której nikt nie chce słyszeć na starcie.

Bo na początku zawsze jest idealnie.A potem zaczyna się reszta.

ROZDZIAŁ 2 - Red flagi, które uznaliśmy za cechy charakteru

Red flagi są jak reklamy leków w telewizji. Niby widać, niby słychać, niby ktoś mówi „to może być problem”, ale obrazek jest ładny, muzyka przyjemna, a lektor uspokajającym głosem tłumaczy, że wszystko da się ogarnąć. I ty kiwasz głową. Bo chcesz kiwać. Bo już jesteś w środku. Bo wysiadanie na tym etapie wydaje się gorsze niż ryzyko.

Na początku red flagi nie są czerwone. Są różowe. Pastelowe. Delikatne. Wyglądają jak drobne niedoskonałości, które nadają charakteru. Jak krzywy uśmiech albo dziwny śmiech. Coś, co nawet byś opisał znajomym jako „śmieszne”, „specyficzne”, „inne”. Na pewno nie jako „ostrzegawcze”.

Na początku nie mówisz „to problem”. Mówisz „to jego sposób bycia”. „To jej charakter”. „On tak ma”. „Ona taka jest”. I w tym jednym zdaniu zamyka się cała przyszła terapia.

Bo red flagi są widoczne od początku. One nie pojawiają się nagle po trzech latach. One są tam od pierwszych tygodni. Tylko wtedy masz na nie filtr miłości, a filtr miłości działa jak Instagram – wygładza, rozjaśnia i usuwa wszystko, co niewygodne.

Na początku ignorujesz rzeczy, które później będą fundamentem konfliktów. Ignorujesz je, bo wydają się małe. Bo wydają się przejściowe. Bo wydają się do ogarnięcia. I tłumaczysz sobie to bardzo racjonalnie:

• każdy ma swoje przyzwyczajenia• każdy ma gorsze dni• każdy coś wynosi z domu• nie ma ludzi idealnych• przecież ja też mam wady

I znowu – wszystko to prawda. Tylko że prawda nie oznacza, że musisz z tym żyć.

Na początku śmieszne jest to, że druga osoba się spóźnia. Potem przestaje być śmieszne. Potem zaczyna być irytujące. A potem nagle orientujesz się, że zawsze czekasz. I nie chodzi już o czas. Chodzi o to, że twoje potrzeby zawsze są „za chwilę”.

Na początku zabawne jest to, że ktoś nie ogarnia finansów. „Hehe, artystyczna dusza”. Potem zaczynasz dopłacać. Potem zaczynasz liczyć. Potem zaczynasz się stresować. A potem słyszysz: „przesadzasz, pieniądze to nie wszystko”. I wtedy po raz pierwszy masz ochotę odpowiedzieć, że owszem, pieniądze to nie wszystko, ale brak pieniędzy to już bardzo dużo.

Na początku urocze jest to, że ktoś nie umie rozmawiać o emocjach. „On po prostu nie jest wylewny”. „Ona nie lubi takich rozmów”. Potem zaczynasz się domyślać. Potem zaczynasz zgadywać. Potem zaczynasz się frustrować. A potem słyszysz: „czemu zawsze robisz problem”. I nagle to ty jesteś trudny. Ty jesteś wymagający. Ty „za dużo analizujesz”.

Na początku red flagi są ciche. One nie krzyczą. One szepczą. A ty nie słuchasz, bo akurat jesteś zajęty zakochiwaniem się.

Związki to jedyne miejsce, w którym ludzie widzą ostrzeżenie „uwaga, ślisko”, wchodzą, przewracają się, łamią nogę, a potem mówią: „nikt mnie nie ostrzegał”.

Na początku ignorujesz brak empatii, bo „każdy reaguje inaczej”. Ignorujesz wybuchy złości, bo „to stres”. Ignorujesz kontrolę, bo „on się martwi”. Ignorujesz zazdrość, bo „jej zależy”. Ignorujesz milczenie, bo „potrzebuje czasu”. Ignorujesz brak odpowiedzialności, bo „dopiero się uczy”.

A potem nagle okazuje się, że:

• stres nigdy nie mija• martwienie się wygląda jak kontrola• zazdrość wygląda jak ograniczanie• potrzeba czasu wygląda jak ignorowanie• nauka trwa latami

I wtedy zaczynasz się zastanawiać, kiedy dokładnie było to przejście. Kiedy to, co było „urocze”, stało się „nie do zniesienia”. I odpowiedź brzmi: nigdy. To było takie samo. Zmieniło się tylko to, że przestałeś to romantyzować.

Największym absurdem związków jest to, że ludzie wierzą, że druga osoba się zmieni. Że to, co teraz jest problemem, zniknie samo. Że miłość zadziała jak aktualizacja systemu. Tymczasem ludzie się zmieniają bardzo rzadko, a jeśli już, to pod wpływem bólu, kryzysu albo ultimatum. I nawet wtedy nie zawsze.

Na początku mówisz sobie, że to nie jest moment na trudne rozmowy. Że jeszcze za wcześnie. Że jeszcze się nie znacie. Że nie chcesz wyjść na przewrażliwionego. I tak odkładasz wszystko na później. A „później” w związkach to magazyn rzeczy, które wybuchają w najmniej odpowiednim momencie.

Na początku boisz się nazwać rzeczy po imieniu. Bo boisz się stracić. Bo boisz się zepsuć. Bo boisz się, że wyjdziesz na tego złego. I w tym strachu robisz coś bardzo sprytnego – zaczynasz się dostosowywać. Minimalnie. Prawie niezauważalnie. Tak, żeby nie bolało. Tylko że to zawsze boli jedną stronę.

I wtedy zaczynasz robić rzeczy, których wcześniej byś nie zrobił:

• przestajesz mówić, co ci przeszkadza• zaczynasz tłumaczyć cudze zachowania przed sobą• bierzesz winę na siebie• obniżasz swoje oczekiwania• mówisz „nieważne”, choć jest bardzo ważne

Red flagi nie niszczą związków od razu. One działają powoli. Systematycznie. Dzień po dniu. Jak woda kapiąca na głowę. Na początku to tylko dźwięk. Potem irytacja. Potem ból. A potem już nie pamiętasz, jak to jest, kiedy nie kapie.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy związek się rozpada, ludzie mówią: „nie widziałem sygnałów”. A sygnały były. Były wszędzie. Tylko nikt nie chciał ich zobaczyć, bo zobaczenie ich oznaczałoby konieczność podjęcia decyzji.

A decyzje są trudniejsze niż ignorowanie.

Ten rozdział nie jest po to, żeby cię oskarżać. Jest po to, żeby pokazać, że większość problemów nie bierze się znikąd. One były tam od początku. Tylko były mniejsze. Cichsze. Ładniej nazwane.

Red flagi nie są problemem. Problemem jest to, że nazywamy je „cechami charakteru”, a potem dziwimy się, że charakter drugiej osoby nie pasuje do naszego życia.

I to jest moment, w którym związek zaczyna wchodzić na trudniejszy poziom. Bo teraz już nie chodzi o zakochanie. Teraz chodzi o decyzje. O granice. O to, co jesteś w stanie zaakceptować. I o to, czego nie powinieneś akceptować nigdy.

ROZDZIAŁ 3 - On się zmieni. Ona się uspokoi. Czyli mit założycielski każdego związku