Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Świeżo przemieniona w wampirzycę Lucy Westenra pragnie zemsty w drugiej i zarazem finałowej części adaptacji powieści Dracula autorstwa cenionej przez krytyków Julie C. Dao.
Lucy Westenra – zalotna, bogata i piękna debiutantka, niegdyś olśniewająca londyńskie salony – już nie istnieje. Zwiedziona przekonaniem, że Vlad rozumie jej żarliwą, mroczną naturę, stała się jego zgorzkniałą, splamioną krwią i pozbawioną życia oblubienicą.
Teraz, w drodze do zamku w Karpatach, gdzie ma dołączyć do pozostałych narzeczonych Vlada, Lucy zwija się z bólu za każdym razem, gdy tylko próbuje wypowiedzieć imię hrabiego. Marzy, by znaleźć ukojenie w ramionach ukochanego Arthura Holmwooda i najlepszej przyjaciółki Miny Murray Harker. Zamiast tego jest ścigana przez swoich dawnych sprzymierzeńców – doktora Van Helsinga i Quinceya Morrisa – i dręczona wspomnieniami o ludziach, których zabiła w krwawym szale.
Dziewczyna nie zamierza jednak porzucić nadziei ani rezygnować z próby wyrwania się z brutalnego uścisku Vlada. Podobnie jak potwór, niegdyś wkradający się do jej snów i dający jej wgląd w najskrytsze pragnienia własnego serca, jest zdeterminowana, by nawiązać kontakt z Miną i Arthurem, bez względu na konsekwencje. Za wszelką cenę musi się dowiedzieć, czy ich miłość do niej trwa i czy sama zdoła stawić czoła następstwom porzucenia własnego człowieczeństwa.
Długa podróż zaprowadzi pannę Westenrę w nieznane rejony; tam czekają na nią zarówno znajoma ciemność, jak i nowe światło. Czy uda jej się wyjść z mgły i stanąć w słońcu, by w pełni zaakceptować swoją nową, nieśmiertelną egzystencję?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: So Blooms the Dawn
Copyright © Julie C. Dao 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Martyna Góralewska, Monika Baran
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Ilustracja okładkowa: Anna Niemczak
ISBN 978-83-8418-981-8 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Pociąg prezentuje się nadzwyczaj wytwornie, w kolorze złota oraz królewskiego błękitu, wypolerowany na wysoki połysk. Koła przebijają się przez obłoki srebrzystego dymu, kłębiącego się między nogami setek podróżnych przemierzających w pośpiechu peron. Sprzedawcy gazet wymachują nimi w powietrzu, tragarze krzyczą, pchając wózki i podnosząc kufry, a konduktorzy w nieskazitelnych mundurach przeglądają rozkłady jazdy, zerkając raz po raz na kieszonkowe zegarki, sprawiając przy tym wrażenie ponurych i pełnych powagi.
Pośród tego tętniącego życiem miejsca, pełnego nowych zapachów, widoków i dźwięków, na krótką chwilę zatracam świadomość tego, kim jestem i w co się przeistoczyłam. Zapominam, że zostawiłam za sobą wszystkich bliskich być może na zawsze i że zostałam sama na świecie – pewnie pozostanę w tym stanie przez kolejne stulecia. Jestem Lucy Westenra, zwykła dwudziestoletnia dziewczyna, podekscytowana perspektywą swojej pierwszej podróży. Przez lata zazdrościłam mężczyznom możliwości zwiedzania świata i poznawania nieznanych miast, a teraz mogę doświadczyć tego sama. Mina byłaby zachwycona, gdyby mnie teraz widziała! Myśl o ukochanej przyjaciółce błyskawicznie rozprasza mój entuzjazm, a ciemna woalka delikatnie się porusza, gdy biorę głęboki wdech. Czuję, jak ciężar wspomnień ponownie osiada mi na barkach.
Tragarz zdejmuje nakrycie głowy, podchodząc do mnie. Obdarza czarującym uśmiechem pozostałe kobiety na peronie, ale gdy tylko spostrzega moją elegancką, czarną suknię żałobną, przybiera poważny wyraz twarzy. Wyglądam na pogrążoną w żalu młodą wdowę z zamożnej rodziny – dokładnie tak, jak pragnie Vlad.
– Czy pozwoli pani, że pomogę z bagażem? – proponuje cichym, pełnym szacunku głosem tragarz.
Podchodzi na tyle blisko, że zauważa kontury mojej twarzy spowitej subtelną woalką, a ja czuję, jak przyspiesza mu tętno na widok szeroko otwartych, czarnych oczu i krwistoczerwonych warg. W jego żyłach płynie krew o ciepłym, korzennym zapachu, przywodzącym na myśl cynamon.
Serce zaczyna mu szybciej bić, gdy na mych ustach maluje się słodki uśmiech. Czająca się we mnie bestia pełna jadu nieustannie walczy o przetrwanie, dążąc przy tym do zaspokojenia instynktów – dokładnie wie, jak sprawić, bym stała się nieodparcie kusząca dla mojej ofiary. Mogłabym zawładnąć tym mężczyzną w mgnieniu oka, przywołać mgłę, ukryć nas przed wzrokiem innych, a potem przycisnąć go do boku pociągu i zbliżyć usta do jego szyi, by wyssać z niego każdą kroplę życia, a on z wdzięcznością by mi ją ofiarował. Pojawia się uczucie wstydu zimne niczym lód i skutecznie tłumi mój głód. Ze złością przyciskam język do ostrych kłów wysuwających się z dziąseł.
– Tak, proszę. To będę nosić przy sobie. – Wskazuję na małą skórzaną torebkę.
Żaden człowiek nie zdołałby wyczuć zapachu surowej dziczyzny w środku, szczególnie że starannie owinęłam ją kilkoma warstwami papieru woskowanego. Ten cierpki zapach krwi i ścięgien działa kojąco. Zwierzęca krew jest rzadsza i mniej intensywna w smaku niż ludzka, ale ten skromny posiłek uchroni kogoś przed krzywdą, jaką mogłabym mu wyrządzić. Ta porcja w zupełności wystarczy, by utrzymać mnie w pełni sił.
Tragarz ładuje walizki na wózek i idziemy razem do wagonu pierwszej klasy, po czym umieszcza moje rzeczy w schowku bagażowym i wręcza mi skrawek papieru.
– Proszę to przekazać dowolnemu tragarzowi po przybyciu do Dover, droga pani. Chętnie pomoże pani w odbiorze rzeczy.
Wsiadam do pozłacanego ostentacyjnego wagonu z niskim, wypolerowanym sufitem i wyłożonymi szlachetnym mahoniem ścianami. Wnętrze wypełniają siedzenia obite aksamitem w kolorze królewskiego granatu, małe drewniane stoliki i duże okna z taflowego szkła. Jest tu na tyle pusto, że odważam się unieść woalkę, po czym rozglądam się z podziwem… aż moją uwagę przykuwa coś przerażającego.
Tuż po prawej stronie stoi drobna kobieta, okryta od stóp do głów czernią. Po chwili unosi woalkę smukłą dłonią, odsłaniając bladą cerę zbroczoną krwią. Szkarłatne krople pełzną po jej policzkach niczym żywe organizmy i nawet białka oczu są nakrapiane czerwienią, jakby ktoś przeciął nieznajomej arterię, a nikczemny wiatr rozdmuchał po obliczu czerwoną posokę.
Wzdycha i opuszcza welon, a ja zdaję sobie sprawę, że patrzę na swoje zniekształcone odbicie. Wagon wypełniony jest lustrami, a jedno z nich odzwierciedla moją upiorną sylwetkę – dowód tego, kim obecnie jestem i jakiego wyboru dokonałam, co można dostrzec jedynie w srebrnej powierzchni.
Ktoś odchrząkuje.
– Przepraszam panią.
– Przepraszam – odpowiadam, otrząsnąwszy się z transu, gdy w przejściu ustawia się kolejka niecierpliwych pasażerów.
Upewniam się, że woalka zakrywa mi twarz, i idę prosto przed siebie ze świadomością, że nikt nie powinien zobaczyć tego przerażającego widoku.
Nigdy nikomu o mnie nie powiesz, rozkazał Vlad. Nigdy mnie nie zdemaskujesz.
Z trudem powstrzymuję się od głośnego, histerycznego śmiechu, wyobrażając sobie, jak tłumaczę mu, dlaczego wzbudziłam panikę w całym wagonie.
Z jakiegoś powodu nie spodobało im się moje zakrwawione odbicie, powiedziałabym, a on być może w odpowiedzi urwałby mi w końcu głowę, tak jak często grozi, że to zrobi. Pozostaję jego najnowszą, sprawiającą najwięcej kłopotów oblubienicą i już narażam pobyt w Anglii na niepowodzenie, zanim jeszcze hrabia wymyślił sposób, by bezpiecznie przetransportować mnie do swojego zamku na odludziu.
Zastanawiam się jednak, czy by się zezłościł… czy raczej zdziwił? Nie można go zobaczyć w żadnym lustrze, gdyż połączenie światła, szklanej tafli i srebra nie odbija jego wizerunku. U mnie ta klątwa objawia się inaczej, co staram się utrzymać w tajemnicy i nie rozmyślać nad tym zbyt długo, wiedząc, że Vlad potrafi czytać w moich myślach. Być może pewnego dnia uda mi się to wykorzystać na swoją korzyść.
Promienie słońca przedostają się do pociągu i otulają mnie kojącym ciepłem. To kolejna różnica między moją infekcją a tą Vlada. Słońce sprawia mu ból, rozdzierając go na strzępy niczym brzytwa, a ja wciąż mogę unieść oblicze ku niebu. Zupełnie jakbym nigdy nie przeszła przemiany i w dalszym ciągu była dawną Lucy, tańczącą lekkim krokiem po klifach Whitby, by zaczerpnąć morskiego powietrza, zanim wróci do domu, do swojej matki i młodego mężczyzny o orzechowych oczach, w których na jej widok połyskiwało szczęście.
Wspomnienie dotyku Arthura Holmwooda na policzku i jego ust przyciśniętych do moich włosów sprawia, że muszę oprzeć się o stół, gdy rozpacz wkrada się do zimnego, martwego serca.
– Proszę pani? – odzywa się zniecierpliwiony dżentelmen stojący za mną.
Wyczuwam aromat obecny w jego żyłach, tak jak i w arteriach pozostałych osób wchodzących do wagonu. Wszędzie unosi się intensywny zapach krwi, soli, potu i choć przed podróżą zadbałam, by się posilić, nie powinnam pozostawać w otoczeniu tak wielu pokus. Zwłaszcza że Vlad może obserwować każdy wykonywany przeze mnie ruch z wnętrza mojego umysłu.
Spieszę w kierunku tylnych przedziałów wyposażonych w przesuwne szklane drzwi i zasłony zapewniające prywatność. Najlepiej będzie odizolować się od ciekawskich spojrzeń i żył pełnych krwi.
Po drugiej stronie korytarza nagle dostrzegam mężczyznę w kapeluszu i długim, jasnobrązowym płaszczu podróżnym. Pozostaje skierowany tyłem, lecz coś w jego pewnym kroku wydaje mi się tak znajome, aż zapiera mi dech w piersi. Po jego sylwetce, budowie ciała i atletycznym chodzie mogłabym niemal uwierzyć, że to Quincey Morris. W każdej chwili może się odwrócić, a ja ujrzę urodziwą twarz o szerokim nosie, hebanowej karnacji i ciemnobrązowych oczach, które mruży za każdym razem, gdy się uśmiecha. Ale on już nigdy więcej tego nie zrobi.
Quincey niegdyś mnie kochał i marzył, byśmy udali się do Nowego Świata, a teraz pragnie wyłącznie mojej śmierci.
Mężczyzna znika w jednym z przedziałów i choć wiem, że to nie może być dawny przyjaciel – bo ten na pewno płynie już statkiem do Ameryki – smutek ponownie przenika moją rozdartą duszę. Niegdyś śmierć wzywała mnie łagodnym, miodowym głosem, a ja otworzyłam przed nią ramiona i serce… w nadziei na ponowne spotkanie z bliskimi, kochanymi i utraconymi, zwłaszcza z drogim tatą. Ale teraz, gdy oddałam jej się całkowicie, nierozerwalnie wiążąc się z nią na wieczność, wiem, że postąpiłam głupio. Bo stopniowo wszystkie bliskie osoby znikną, a ja pozostanę na zawsze uwięziona w tym przeklętym istnieniu – samotna i pełna żalu.
Łzy cisną mi się do oczu, lecz nie mogę stracić kontroli nad sobą, nie tutaj, gdzie tak wiele osób by to zobaczyło. Jeśli chcę się wypłakać, muszę znaleźć bezpieczne i ciche miejsce, by się ukryć. Ale każde z nich wydaje się już zajęte, co tylko wzmaga moją panikę… po czym ta nagle ustępuje miejsca nadziei i niepohamowanej radości.
W przedziale po mojej lewej stronie zauważam Minę w gołębioszarym kostiumie i w kapeluszu nonszalancko tkwiącym na jej wysoko upiętych złotych włosach. Odwraca głowę, by przyjrzeć się panującemu na peronie zgiełkowi, a naprzeciwko niej siedzi młody mężczyzna, wygłaszający monotonną tyradę. Ma około dwudziestu pięciu lat, jasne włosy, słabo zarysowany podbródek i wyblakłe, niebieskie oczy. Gdy tylko zauważa, że na niego patrzę, marszczy brwi, ale ja go ignoruję.
Gdy jednak jego towarzyszka się odwraca, widzę, że to nie Mina, tylko podobna do niej nieznajoma, ponieważ moja przyjaciółka nie nosiłaby kapelusza pod tak uwodzicielskim kątem ani nie odwzajemniałaby spojrzenia innej kobiety z taką śmiałością. Dama wpatruje się we mnie zuchwale, a w jej twarzy dostrzegam jednocześnie coś obcego i znajomego. Unosi brwi nad błękitnymi jak niebo oczami i uśmiecha się w odpowiedzi na mój jawny podziw. Mężczyzna coś do niej mówi, ale przez szybę nie udaje mi się wychwycić słów, co nie zmienia faktu, że zrzędliwy ton pozostaje wystarczająco wyraźny. Odwraca się, czując niepewność. Mogłabym przysiąc, że moje martwe serce zabiło jeszcze raz na widok cudownej twarzy Miny, należącej jednak do nieznanej mi osoby.
– Czy szuka może pani wolnego miejsca? – Słyszę czyjś głos kruchy niczym pergamin, a jednocześnie dystyngowany, z zachodnioeuropejskim akcentem.
Należy on do sędziwej kobiety siedzącej w przedziale po drugiej stronie przejścia. Ma ciemne oczy, głębokie zmarszczki na twarzy, na palcach nosi kilka masywnych złotych pierścieni, a ubrana jest w podróżną suknię z drogocennego bordowego aksamitu.
– Nie chcę pani przeszkadzać… – zaczynam.
Dama wykonuje władczy gest pomarszczoną dłonią, typowy dla kogoś przywykłego do posiadania posłuchu.
– Nonsens. Podróżuję bez pokojówki i przydałoby mi się towarzystwo. Wejdź, proszę.
Obiecałam Vladowi, że zachowam dyskrecję w drodze… ale znacznie większym ryzykiem pozostawałoby siedzenie przez cztery godziny w zatłoczonym wagonie niż zaszycie się w przedziale ze staruszką, której stęchła krew nie działa ani trochę kusząco. Poza tym zaproponowała, bym weszła do środka, a moc jej słów działa niczym wiążąca mnie z nią lina. Vlad i ja różnimy się w kwestii wrażliwości na światło słoneczne i lustra, lecz podzielamy potrzebę odpowiadania na zaproszenia ofiar.
Wchodzę do przedziału i z pełnym wdzięczności skinieniem głowy zasuwam szklane drzwi.
– Czy nie ujrzę oblicza mojej towarzyszki podróży? – pyta, gdy zajmuję miejsce naprzeciwko.
– Jestem wdową i muszę uszanować zmarłych – odpowiadam bardziej z poczucia obowiązku niż z jakiegokolwiek innego powodu.
Woalka drażniła mnie przez cały poranek, więc unoszę ciemną krepę ponad kapelusz i po chwili wahania zdejmuję również długie czarne rękawiczki.
Starsza pani przenosi wzrok z mojej twarzy na ręce, przygląda się biżuterii. Na palcach prawej dłoni noszę dwa pierścionki: pierwszy z nich wykonano ze srebra i wzbogacono zielonym jadeitem, stanowi pamiątkę po Van, mojej prababce, dawnej damie dworu cesarza Wietnamu. Drugi z tych drogocennych klejnotów to pierścionek zaręczynowy podarowany mi przez Arthura, wysadzany diamentem otoczonym dwoma szmaragdami. Myślałam o noszeniu go na łańcuszku ukrytym pod suknią, aby oszczędzić sobie bólu tęsknoty za każdym razem, gdy na niego patrzę, lecz nie potrafię się z nim rozstać.
Na lewej dłoni lśni natomiast mosiężny pierścień z krwistoczerwonym granatem, który Vlad z dumą wsunął mi na serdeczny palec, aby zaznaczyć, że należę do niego.
– Jak na wdowę jest pani bardzo młoda – zauważa staruszka.
– Nie czuję się młodo – odpieram, po czym śmieję się bez cienia humoru.
Czy to kłamstwo, gdy podaję się za wdowę, pozostając oblubienicą już martwego mężczyzny… Czy jednak prawda?
Kobieta wpatruje się we mnie przez chwilę, nie mrugając, a w jej spojrzeniu kryje się dziwne, nieufne zrozumienie.
– Czy my się wcześniej spotkałyśmy, droga pani? – pytam wprost. – Przygląda mi się pani wyjątkowo wnikliwie, jakby próbowała sobie przypomnieć, gdzie mnie wcześniej widziała.
Starsza kobieta wzrusza ramionami.
– Nigdy się nie spotkałyśmy, ale znałam kogoś podobnego do pani…
Zapada długa, pełna napięcia cisza, a ja się zastanawiam, jak mogła tak szybko dostrzec tę moją niedoskonałość.
– To znaczy kobietę o azjatyckim pochodzeniu.
Odczuwam niewielką ulgę, gdy rozluźniam napięte mięśnie.
– Moja prababcia była Wietnamką – wyjaśniam. – Pradziadek zabrał ją do Anglii, a ich dzieci i wnuki związały się z Anglikami. Mimo to w moich rysach wciąż można dostrzec jej cechy.
Tata często powtarzał, że odziedziczyłam po Van ciemne oczy – lub po Vanessie, bo takie imię przyjęła po ślubie – i że nieraz zdawało mu się, jakby patrzyła na niego moimi oczami.
Powraca żal niczym otwierająca się przede mną mogiła, nad której krawędzią balansuję od niepamiętnych czasów. Biorę powolny, nierówny wdech i widzę, jak oblicze mojej towarzyszki łagodnieje.
– Jestem baronową Elisabeth von Bassewitz – przedstawia się.
– Lucy Westenra.
Ktoś puka zdecydowanie do drzwi naszego przedziału i zaraz potem do środka wchodzi konduktor, wyciągając rękę po nasze bilety. Niemal natychmiast odczuwam pobudzenie pod wpływem gorącej, pełnej witalności krwi pulsującej w jego żyłach. Czuję smak własnej posoki, gdy końcówki moich kłów są bliskie przebicia się przez dziąsła.
Nasyciłam już głód, powtarzam sobie stanowczo. Nie potrzebuję krwi tego mężczyzny. Jest przy mnie bezpieczny.
Kontroler dziurkuje bilet baronowej, prowadząc z nią ożywioną rozmowę. Gdy się odwraca, dziękuję losowi za to, że trucizna wpływa na mnie inaczej niż na Vlada – łaknienie zabarwia jego oczy na czarno, okalając je trującą czerwienią, podczas gdy ja zachowuję naturalny kolor oczu. Podaję konduktorowi swój bilet, a gdy mężczyzna dostrzega moją urodę, przerywa radosną rozmowę ze szlachcianką.
– Czy słońce nie grzeje zbyt mocno, proszę pani? – pyta, spoglądając w stronę okna. – Pada bezpośrednio na pani uroczą twarz. Czy mam zasunąć roletę?
Kręcę głową.
– Nie, dziękuję. Lubię obserwować świat za szybą.
– Przez jakiś czas można zobaczyć jedynie budynki i ulice – upiera się. – Pozwoli pani, że jednak opuszczę roletę. Będzie mogła ją pani później podnieść, gdy za oknem pojawi się więcej drzew, a słońce przestanie tak mocno świecić.
Mężczyzną kierują dobre intencje i nie ma pojęcia, czym jestem, ale jego upór, by uchronić mnie przed słonecznym blaskiem, sprawia, że muszę znaleźć w sobie nowe pokłady cierpliwości.
– Wolę, żeby okno nie zostało zasłonięte – odpieram, ale coś w mojej twarzy najwyraźniej go hipnotyzuje.
Posyła mi promienny uśmiech, sięgając po roletę.
– Proszę pozwolić, że wyświadczę pani tę przysługę. Ja…
Chwytam go za nadgarstek, starając się nie używać zbyt dużej siły, lecz mimo to mężczyzna blednie, a żuchwa mu drży, gdy cofa się gwałtownie. Puściwszy go, spostrzegam ślady swoich palców na jego bladej skórze.
– P-przepraszam panią – jąka się, po czym odwraca i wybiega tak szybko z przedziału, że niemal zderza się z osobą stojącą za nim w drzwiach.
– Ostrożnie, dobry człowieku – rozlega się rozbawiony kobiecy głos z amerykańskim akcentem, pełen wyrazistych, przeciągniętych samogłosek.
Po raz kolejny w moim umyśle pojawiają się wspomnienia o Quinceyu Morrisie, ten jego charakterystyczny ton, pogodny śmiech, dotyk dłoni, gdy obejmował mnie podczas tańca… i blask księżyca odbijający się od luf należących do niego pistoletów, wymierzonych prosto w moje serce. Lecz gdy nieznajoma ponownie się odzywa, odkrywam, że jej akcent różni się nieznacznie od akcentu Quinceya.
– O mało mnie pan nie przewrócił.
Roztrzęsiony konduktor przeprasza kobietę i odchodzi, rzuciwszy mi ostatnie nerwowe spojrzenie.
W drzwiach stoi dama, tak bardzo podobna do Miny, że tęsknota niemal chwyta mnie za gardło. Staram się skupić na różnicach w jej wyglądzie – jest zbyt wysoka, ma smuklejszą talię i ramiona, a żuchwę ostrzejszą i bardziej zarysowaną w miejscach, gdzie u Miny linie są łagodniejsze. Ponadto ma głęboki kontraltowy głos, a nie klarowny i słodki jak moja przyjaciółka.
– Eleanor Wright-Davies, do usług – przedstawia się. – Mąż wreszcie zasnął, dzięki Bogu, więc pomyślałam, że przyjdę się z panią przywitać. Czy mogę przysiąść się na chwilę?
Starsza kobieta przytakuje.
– Oczywiście, pani Wright-Davies.
– Proszę mi mówić Nell. Nie jestem mężatką wystarczająco długo, by cieszyć się tym dostojnym i szlachetnym nazwiskiem.
Ku mojemu rozczarowaniu nowo przybyła siada obok baronowej, ale kiedy nasze spojrzenia się spotykają, dochodzę do wniosku, że z tego miejsca może przyglądać mi się do woli… a ja jej. Unosi brwi, gdy starsza kobieta i ja się przedstawiamy.
– Jest pani baronową? Anglia wręcz roi się od lordów i dam. Nigdy nie wiadomo, czy rozmawia się z arystokratą.
– Wydaje mi się, że nie masz akcentu typowego dla mieszkanki Teksasu – zauważam.
Nell się śmieje.
– Anglicy sądzą, że wszyscy mówimy jak kowboje – odpowiada z pobłażliwością. – Pochodzę z Nowego Jorku. I jak przystało na prawdziwą Amerykankę, chciałabym otwarcie wypytać panie o wszystko. Może zaczniemy od pani, baronowo? Wygląda pani na niezwykle interesującą damę.
– Być może – stwierdza z powściągliwością starsza kobieta. – Jeśli uważasz za interesującą osobę kogoś, kto pochował wszystkich członków swojej rodziny i teraz czeka na własną śmierć.
– Och, bardzo mi przykro…
Staruszka wzrusza ramionami.
– Każdy kiedyś umiera. Przyjechałam do Londynu na pogrzeb siostry, a teraz wracam do Niemiec, by oczekiwać własnego kresu. Niezależnie od tego, w jakiej formie nadejdzie. – W głosie szlachcianki pobrzmiewa prorocza nuta, gdy kieruje wzrok z Nell na mnie, na co niemal dreszcz przechodzi mi po plecach.
Nell posyła w moim kierunku przyjazne spojrzenie, a ja odczuwam silną potrzebę znalezienia tego odcienia błękitu jej oczu w farbie i pomalowania nim całej sypialni.
– A ty? Jesteś Angielką?
– Moja rodzina pochodzi z Londynu – odpowiadam. – Czy wyruszyła pani w podróż poślubną?
Kobieta przekręca złoty pierścionek na palcu.
– Tak. Wszystko potoczyło się tak szybko, że wciąż kręci mi się w głowie. Poznaliśmy się na przyjęciu w kwietniu, gdzie Charles oczarował moich rodziców dystyngowanym akcentem i podwójnym nazwiskiem. Oświadczył mi się miesiąc później, a mama… nakłoniła mnie do przyjęcia oświadczyn ze względu na zaawansowany wiek. W zeszłym tygodniu wzięliśmy ślub w towarzystwie jedwabnych sukien i awanturujących się nieustannie druhen, a teraz wyruszyliśmy w podróż po kontynencie jak każda zamożna para. Romantycznie, prawda?
Uśmiecham się na jej figlarny, nieco lekceważący ton i nawet baronowa wydaje się tym oczarowana.
– Mama martwiła się twoim wiekiem? – Starsza kobieta pyta Nell. – Wzięłam cię raczej za dość młodą mężatkę.
Dziewczyna chichocze.
– Używam młodego wyglądu do szokowania i oczarowywania. Mam dwadzieścia pięć lat i wśród osób z własnego środowiska jestem zbyt stara, by pozostawać niezamężną. Mama prawie straciła nadzieję, zanim pojawił się Charles. Wydawał się równie dobrym wyborem jak każdy inny.
– Co powiedziałby twój mąż, gdyby usłyszał, co o nim mówisz? – pytam rozbawiona.
Posyła mi niemożliwy do odparcia uśmiech.
– Uznałby, że jestem aniołem. Cieszy się z moich pieniędzy, ale ja wierzę, że ten uroczy mężczyzna naprawdę mnie kocha.
Serce ściska mi się nagle z tęsknoty za Arthurem, gdy widzę, jak kobieta obraca obrączkę na palcu.
– Była pani mężatką, baronowo? Zakładam, że w młodości skradła pani niejedno męskie serce.
Staruszka jest wyraźnie zaskoczona tym pytaniem i zaczyna się głośno śmiać.
– Bynajmniej. Nie należałam ani do urodziwych, ani do pożądanych. Otrzymałam oświadczyny jedynie od mojego męża, ale przeżyliśmy razem pięćdziesiąt lat aż do jego śmierci.
– I kochała go pani?
Dama waha się przez chwilę.
– Miłość nie przychodzi łatwo. Ale jaki inny wybór mamy jako kobiety? Dał mi dom, dobre nazwisko i naszego syna, o nic więcej nie prosiłam.
– A ty? – zwraca się do mnie Nell. – Czy kochałaś swojego męża?
Zerkam na granatowy pierścień Vlada i śmieję się cicho.
– Nie nazwałabym tego miłością, lecz przynajmniej mogę powiedzieć, że podjęłam tę decyzję z pełnym przekonaniem.
– Wnioskuję, że twój mąż niekoniecznie należał do miłych ludzi?
– Wprost przeciwnie – odpowiadam, mając nadzieję, że Vlad to słyszy. – W rzeczywistości często zachowuje się tak, jakby żył pięćset lat i wiedział wszystko, co tylko można.
– Mówisz o nim tak, jakby nadal żył – zauważa baronowa.
Unoszę brew.
– Chyba nadal czuję z nim więź, choć go tutaj nie ma.
– Ci nieznośni mężowie pozostawiają po sobie trwały ślad, prawda? – Nell ponownie obdarza mnie zagadkowym uśmiechem. – Czym byś się zajęła, gdybyś nie wyszła za mąż? Ja zapewne prowadziłabym prestiżowy hotel, obwieszona diamentami, i flirtowałabym z każdym, kto przekroczyłby próg.
– Jakże to śmiałe i typowo amerykańskie z twojej strony. – Zanim zdążę się powstrzymać, dodaję: – Moja przyjaciółka Mina przeżyłaby szok, gdyby to słyszała. Małżeństwo to dla niej kwestia najwyższej wagi.
– Nie ma więc nowoczesnych i niekonwencjonalnych poglądów na temat niezależności? Domyślam się, że w oczach większości mężczyzn uchodziłaby za idealną kobietę swoich czasów.
Przeszywa mnie dreszcz, gdy słyszę, jak nieświadomie powtarza słowa Vlada.
– Popiera niezależność kobiet – zapewniam. – Przez pewien czas pełniła funkcję mojej guwernantki, ale ostatecznie wyszła za mąż.
– Gdybym nie wyszła za mąż, chciałabym zrobić w życiu jeszcze mnóstwo rzeczy – wyznaje rozmarzonym głosem baronowa, po czym zamyka oczy, a my czekamy, aż dokończy myśl, lecz po chwili zaczyna cicho chrapać.
Nell i ja spoglądamy na siebie, tłumiąc rozbawienie.
– Powinnam już iść? – szepcze.
– Nie, zostań. – Odpowiedź wymyka mi się zbyt szybko, by dało się ją uznać za stosowną, ale dochodzę do wniosku, że nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. – Jeśli teraz wrócisz do męża, mogłabyś go obudzić.
– Jesteś niezwykle troskliwa – stwierdza żartobliwie. – Zdecydowanie wolę zostać tutaj. Nie mam ochoty patrzeć godzinami na biednego Charlesa, nie tak jak na ciebie. I myślę, że czujesz to samo. Wcześniej wprawiłaś go w zakłopotanie tym wnikliwym zainteresowaniem.
Rumienię się.
– Twoje rysy twarzy przykuły moją uwagę. Wydajesz mi się zdumiewająco podobna do Miny.
– Jestem podobna do tej wspaniałej kobiety? Od dawna ją znasz?
– Przez większość swojego życia i będę ją kochała, dopóki ono trwa.
Choć ona już mnie nie potrzebuje,uświadamiam sobie, gdy czuję w piersi bolesny ucisk.
– Wybacz – szepcze, słysząc zmianę w moim głosie. – Nie wiem nic o tobie i Minie, ale odważę się zaryzykować stwierdzeniem, że twoja miłość na zawsze pozostanie dla niej bardzo ważna.
– Skąd możesz to wiedzieć? – pytam poruszona. – Jestem dla ciebie zupełnie obca.
– Niektórzy nieznajomi wydają nam się bliżsi niż własna rodzina… i czuję, że to właśnie ty możesz stać się dla mnie kimś takim. – Przygląda mi się z intensywnością charakterystyczną dla malarki studiującej modelkę. – Dostrzegam w tobie coś niezwykle żywego, Lucy Westenra, zwłaszcza w sposobie, w jaki mówisz, śmiejesz się i patrzysz na mnie. Masz w sobie iskrę, jakiej nie znalazłam nigdzie indziej. Sądzę, że to dlatego tak długo pozostawałam niezamężna. Nie chciałam skazywać się na życie z kimś o wrażliwości martwej ryby.
Śmieję się cicho.
– Charles ma szczęście, że nie uznałaś go za kogoś takiego.
Nell wzrusza nonszalancko ramionami.
– Och, Charles. Straciłam nadzieję na znalezienie idealnego partnera, a on wydawał się równie dobrą alternatywą dla uniknięcia staropanieństwa jak każda inna. Ale ty… – Rumieni się. – Gdybym była twoją Miną, cieszyłabym się, że znam kogoś, kto emanuje takim blaskiem. Sprawiasz, że ten szary świat nabiera kolorów… a wszyscy potrzebujemy odrobiny radości. – Wstaje i wygładza spódnicę, sprawiając wrażenie zawstydzonej własną szczerością.
– Idziesz już? – odzywam się tęsknie.
– Powinnam wrócić do męża. – Wzdycha. – Bo inaczej przyjdzie mu do głowy, by dąsać się bez końca. Ale mam nadzieję, że później uda nam się jeszcze porozmawiać. Również wybierasz się do Francji?
– Tak, a potem płynę do Calais.
– To dobrze, bo ja też. – Chwyta mnie za rękę, otulając moje lodowate dłonie swoimi ciepłymi palcami.
A potem, bez słowa, wymyka się z przedziału, pozostawiając po sobie ślad kwiatowych perfum, wspomnienie błękitnych jak niebo oczu i utrzymujące się ciepło dotyku na mojej ręce.
Pociąg dociera do Dover późnym popołudniem, a kiedy wjeżdża na stację, niebo przybiera złowieszczy głęboki odcień szarości. Ulewny deszcz spływa ciężkimi strumieniami, niesiony przez zimny wiatr.
– Czy panie planują popłynąć promem do Calais? – pyta tragarz baronową i mnie. – Proszę podejść tam. Konduktor ma wiadomość dla wszystkich pasażerów podróżujących promem.
– To brzmi niepokojąco – stwierdza starsza kobieta, spoglądając na niebo. – Myśli pani, że podróż się opóźni? Wolałabym raczej przenocować w mieście, niż kołysać się na falach.
W odpowiedzi mamroczę coś pod nosem, rozkojarzona obezwładniającą nostalgią, gdy patrzę na Dover. Brukowana ulica wije się między ładnymi budynkami i wszędzie kręci się pełno ludzi z parasolami, podczas gdy powozy z łoskotem przejeżdżają obok jasno oświetlonych sklepów. Gdybym zamknęła oczy, mogłabym sobie wyobrazić, że znów jestem w Whitby, w objęciach letniej burzy, spędzając leniwie wieczory z nieznajomym, który zdawał się przenikać w głąb mojego nieszczęśliwego serca.
Przed oczami jawi mi się obraz dwojga ludzi wpatrzonych w morze, związanych marzeniami – mężczyzny jednocześnie obecnego i nieobecnego oraz kobiety pogrążonej w niewytłumaczalnej tęsknocie. Gdybym mogła z nią teraz porozmawiać, to czy bym ją powstrzymała? Czy ostrzegłabym tę naiwną, bezmyślną Lucy, żeby nie ulegała tej trującej potrzebie, i zganiła ją za to, że mimo miłości Arthura i Miny pragnęła czegoś więcej, błąkając się po klifie podczas burzy, by nad brzegiem morza stanąć twarzą w twarz ze swoim mrocznym przeznaczeniem?
Nienawidzę siebie za to, że tęsknię za Vladem takim, jakim był kiedyś, kiedy mnie tulił i wysłuchiwał moich problemów, jakby zamierzał je wziąć na siebie i uczynić swoimi. Lecz ten mężczyzna nigdy tak naprawdę nie istniał. Trzymałam się nędznych okruchów jego czułości i wykreowałam w głowie świat fantazji, a nie otaczającej rzeczywistości. A teraz, mimo że znam już prawdę, tamten obraz na zawsze wyrył mi się w pamięci.
„Lucy, nigdy się ode mnie nie uwolnisz”.
Czyjś donośny głos przerywa tę zadumę.
– Co za cholerna niedogodność! – Charles Wright-Davies strofuje konduktora na oczach innych pasażerów pociągu. – Prom nie wypłynie aż do jutra? Moja żona i ja chcemy dziś wieczorem dostać się do Calais. Uważam tę sytuację za skandaliczną!
Stojąca obok niego Nell rumieni się ze wstydu.
– Kochanie, czego oczekujesz od tego biednego człowieka? Nie sądzę, by miał jakikolwiek wpływ na pogodę.
Konduktor spogląda na nią z wdzięcznością.
– Przykro mi, sir. Przekazuję tylko wiadomość z portu. Wszystkie rejsy zostały opóźnione, a pierwszy prom wypływa dopiero o dziewiątej rano. Czy mogę zasugerować państwu hotel White Cliff? Z pewnością zaspokoi wszystkie potrzeby – dodaje, podczas gdy z tłumu dobiegają pomruki niezadowolenia. – Jutro możecie państwo przybyć do portu o wpół do dziewiątej.
– Hotel White Cliff brzmi uroczo, prawda? – pyta męża Nell, a na myśl, że została związana z tym mężczyzną na całe życie, ogarnia mnie współczucie wobec niej. Po chwili nasze spojrzenia się spotykają. – Zobacz, tam są moje znajome, baronowa von Bassewitz i Lucy Westenra. Miło będzie zobaczyć przyjazne twarze.
– Baronowa, powiadasz? – Charles mruży oczy, przyglądając się nam, lecz nas nie rozpoznaje.
Znikają mi z pola widzenia, gdy tłum opuszcza dworzec. Starsza kobieta i ja znajdujemy dorożkę, a ja wręczam woźnicy dodatkowe pieniądze, żeby mieć pewność, że będziemy podróżować same. Nie ufam sobie, gdy przebywam w zamkniętej przestrzeni w towarzystwie innych, zwłaszcza gdy czuję ten nieprzyjemny ucisk w żołądku, potęgowany nawet przez odpychający, kredowy odór starej kobiety.
– Wszystko w porządku, Lucy? – docieka. – Jesteś zmęczona… i głodna, jak mniemam?
– Tak.
Na szczęście dość szybko dojeżdżamy do hotelu, który zaprasza nas ciepłym światłem. Rozpoznaję innych pasażerów z pociągu, ale gdy wchodzimy do holu, a tępy łoskot tysięcy serc atakuje moje zmysły, nie widzę nigdzie Nell ani Charlesa.
Oddychając płytko, płacę w recepcji za nocleg, natomiast baronowa odbiera klucz do swojego pokoju od spoufalającego pracownika stojącego tuż obok.
– Nie zabraknie tu pani interesującego towarzystwa – zapewnia. – Mamy naprawdę różnorodnych gości! Zaledwie dziesięć minut temu pomagałem lekarzowi, który nalegał, aby zapoznać się z listą osób przebywających w hotelu. Oczywiście odmówiłem, żeby chronić ich prywatność.
– Dlaczego chciał zobaczyć tę listę? – docieka starsza kobieta.
– Często pojawiają się u nas ważne osobistości, rozumie pani. W zeszłym tygodniu zatrzymała się tu słynna sopranistka, więc pomyślałem, że chciałby poznać kogoś podobnego. Ale pytał o gości wyglądających na cudzoziemców, niebędących nimi, lecz przypominających ich. Wydało mi się to dziwne. – Zauważa mnie i kłania się nieznacznie, dostrzegłszy oliwkową cerę i ciemne oczy. W jego głosie wybrzmiewa pochlebna gorliwość. – Witamy tu osoby wszelkich narodowości. Nie dyskryminujemy nikogo.
Odwracam się do baronowej, lekko zaniepokojona. Nie mam pewności, dlaczego sama myśl o lekarzu zadającym dziwne pytania tak mnie stresuje.
– Życzę pani spokojnej nocy, baronowo.
– Zobaczymy się później w jadalni? – upewnia się staruszka.
– Tak, być może.
Podążam za dwoma boyami hotelowymi niosącymi moje walizki po schodach, z ulgą zostawiając za sobą ludzi. Próbuję przekonać samą siebie, że to normalne, iż lekarz pyta o innych gości. Ten dyskomfort, którego obecnie doświadczam, to nic innego jak smutek, gdyż tęsknię za wszystkimi bliskimi osobami z minionego życia.
To pewnie dlatego tak często myślę o Minie, Arthurze i Quinceyu.
I z tego też powodu niespodziewanie w głowie pojawia mi się postać genialnego doktora Abrahama van Helsinga – bystrego i sprytnego mężczyzny. Włamał się on do rodzinnego grobowca rodu Westenrów, żeby mnie zniszczyć, i obecnie jest równie zdeterminowany, jak Quincey, aby doprowadzić do mojej zguby. A jednak lekarz z pewnością przebywa w swoim domu w Amsterdamie, a nie w tym zalewanym deszczem nadmorskim miasteczku, polując na kogoś, o kim wie, że jest nieumarły.
Gdy docieramy do pokoju, chłopcy z obsługi są kompletnie wyczerpani. Daję im napiwek i z ulgą zamykam się w środku, odcinając się od kakofonii zapachów i dźwięków.
Pomieszczenie okazuje się niewielkie i przytulne. Stoi tu łóżko z niebieską, kwiecistą narzutą, stara szafa oraz proste biurko i krzesło. Podchodzę do okna, odwracając wzrok od swojego okropnego odbicia, i dopiero gdy przyciskam nos do szyby, odważam się spojrzeć na ocean, ledwo widoczny w gęstej mgle. Jedynie najdelikatniejsze fale z białymi grzywami odróżniają go od nieba i nisko wiszących chmur – oba toną w nieprzeniknionej, głębokiej szarości.
Czuję nagłą potrzebę, by wspiąć się na klify ponad rozbijającymi się bałwanami. Nasilający się deszcz uspokoiłby nerwy i pomógłby stłumić zapach krwi unoszący się chyba wszędzie… lecz zbyt wiele osób mogłoby mnie zobaczyć i stanąć twarzą w twarz z moim nasilającym się głodem. Najpierw muszę się pożywić.
Wyciągam surowy stek z dziczyzny. Ból przeszywa mi dziąsła, gdy wbijam kły w posiłek i jem, smakując własną krew zmieszaną ze zwierzęcą. Ten mdły posiłek pozostaje daleki od zadowalającego smaku ludzkiej posoki… ale natychmiast odganiam od siebie tę myśl, bo wciąż mam przed oczami twarze zamordowanych ludzi – włóczęgi znalezionego w noc przemiany, młodej, nieszczęśliwej kobiety, do której zabicia zmusił mnie Vlad, oraz mężczyzny napotkanego w pobliżu doków. Wszyscy troje są teraz pozbawionymi duszy ciałami błąkającymi się we mgle, pustymi powłokami snującymi się przez świat oparów, gdzie hrabia ukrywa swoje ofiary i gdzie nakazał mi robić to samo. Widzę ich wyraźnie jak na fotografii przedstawiającej najmroczniejsze czyny i czuję ucisk w gardle z powodu wyrzutów sumienia.
Vlad zabija bez żadnych skrupułów. Potrafi bez większego namysłu wyssać do cna wszystkich marynarzy na statku i napić się krwi samotnej wdowy dla rozrywki – być może nawet uśmiechnąć się na samo wspomnienie o tym.
Ale ja nie stanę się taka jak on, przysięgam sobie. Nigdy nie znajdę przyjemności w zadawaniu bólu i śmierci.
Na biurku dostrzegam talerz z szerokim wyborem ciastek i herbatników, zostawionych w geście gościnności. Na moje usta wkrada się mimowolny uśmiech, gdy zauważam ciasto kruche z kremem i truskawkami – mój ulubiony przysmak z czasów, gdy byłam jeszcze człowiekiem. Kończę własny żałosny posiłek, myję twarz i ręce, po czym z pewnym wahaniem sięgam po lekki, puszysty deser. Biorę mały kęs i zamykam oczy, co sprawia, że natychmiast zalewa mnie potok obrazów i doznań.
Widzę, jak pestki truskawek zakorzeniają się w ciemnej ziemi, a na pnączach rodzi się lśniący, soczysty, czerwony i rozgrzany letnim słońcem owoc. Potem przed oczami pojawia mi się obraz ubijanego masła – obserwuję, jak mleko zamienia się w słodkie żółte grudki, później trafia do miski z mąką i cukrem. Przyglądam się, jak aromatyczne ciasto nabiera złocistobrązowego koloru w piekarniku i po chwili patrzę na szczęśliwą mamę, gdy razem zajadamy się słodkościami. Następnie widzę siebie i Minę w ogrodzie – mamy lepkie od dżemu palce, gdy dzielimy się wypiekiem, splatając dłonie. Obserwuję również białe, powiewające na wietrze suknie ogrodowe, bose stopy na zroszonej trawie i pnącza wiciokrzewu, odurzające jak na wpół zapomniane marzenie.
Tym razem, gdy pojawia się smutek, przyjmuję go bez wahania. Osuwam się na podłogę, rozmazując dłońmi dżem na ciemnej spódnicy, i pozwalam, by emocje wzięły górę. To nie do końca żal z powodu porzuconego istnienia. Zaczynam jednak rozumieć, że można tęsknić za życiem, o jakie nigdy się nie prosiło, wraz ze wszystkimi ludźmi, radościami i doświadczeniami, których już nigdy nie zaznam, bo wkrótce zostanę zamknięta w zamku Vlada na szczycie pogrążonej w lodzie i chłodzie góry. Gdy łzy przestają płynąć, czuję się wyczerpana z powodu smutku, samotności i rozpaczliwej potrzeby ponownego zobaczenia Miny i Arthura.
Spoglądam na mgłę za oknem i siadam raptownie, pełna nadziei. Po raz pierwszy Vlad odnalazł mnie, gdy błąkałam się w snach – kroczyłam ku niemu jak lunatyczka, tak jakby mgła stanowiła drogę między jawą a snem oraz tym, co żyje, a tym, co martwe. Ciałem znajdował się na statku daleko stąd, a jednak był tuż obok. Znałam dotyk jego dłoni, ust i języka, zanim jeszcze dotarł do Anglii, a teraz nie wylądowałam aż tak daleko od Miny i Arthura. Czy mgła mogłaby mnie w ten sposób przenieść do ich snów?
Wstaję i pośpiesznie otwieram okno.
– Zabierz mnie do Miny – błagam, gdy mleczny obłok wdziera się do pokoju i oplata moje palce. – Zabierz mnie do Arthura.
Nic się nie dzieje.
Opieram się o biurko i zastanawiam, co dalej. Wampir mówił o sobie, że jest śpiącym tak samo jak ja. Może on także spał na tamtym statku, kiedy spotkaliśmy się we mgle – albo przynajmniej zbliżył się do tego stanu, na ile potwór taki jak on może doświadczyć czegoś tak ludzkiego. Tam musiał spoczywać w jednej z wielu drewnianych skrzyń z ziemią, bo tylko wtulony w czarną glebę pochodzącą z ojczyzny, bezpieczny przed palącym słońcem i ludzką ciekawością, potrafił znaleźć ukojenie.
Kładę się na łóżku w ubraniu i pozwalam mgle okryć mnie niczym koc, gdy zamykam oczy i przywołuję w pełnym tęsknoty umyśle sylwetkę Arthura – wysokiego i szczupłego mężczyzny o brązowych włosach zaczesanych do tyłu z wysokiego czoła i oczach, które w zależności od światła przechodzą z piwnych w zielone. Wspominam również jego uroczy, idealny do całowania dołeczek oraz niski, delikatny głos, gdy szeptał moje imię. Choć ukochany ożywa w mej wyobraźni, mgła uparcie nie pozwala mi ujrzeć go na żywo.
Przewracając się z boku na bok, kieruję myśli ku Minie – jej lśniącym błękitnym oczom, zmarszczonemu od śmiechu nosowi, pachnącym liliami włosom, opadającym falującymi złotymi lokami niczym u księżniczki, i poprzetykanym blaskiem płomieni świec. Trzymam się tego wspomnienia i oddycham, pozwalając tęsknocie całkowicie się pochłonąć.
Proszę, błagam mgłę. Zabierz mnie do niej.
Lampy w pokoju nagle gasną.
Stoję w nieznanym mi domu. Najdziwniejsze wydaje się to, że czuję pewnego rodzaju rozłam – rozdarcie własnej cielesności. Połowa mnie spoczywa na łóżku hotelowym, a druga rozgląda się po ciemnym korytarzu z leśnozieloną tapetą na ścianach, ze zniszczoną drewnianą podłogą, z lawendą w wazonie stojącym przed ozdobnym lustrem i oknami wychodzącymi na zalaną ulewnym deszczem, otoczoną drzewami ulicę.
Podchodzę do kwiatów i wdycham ich kojący zapach, przypominając sobie, jak bardzo Mina kocha lawendę. Poruszam się powolnym, sennym krokiem, jakbym znów lunatykowała. Gdy unoszę głowę i dostrzegam swoje odbicie w lustrze, zastygam.
Widzę siebie taką, jaką byłam kiedyś. Mam czarne włosy upięte w kok, łukowate brwi wygięte nad szeroko otwartymi oczami, unoszącymi się lekko w zewnętrznych kącikach, i pełne usta rozchylone w zdumieniu, gdy dostrzegam, że moja skóra pozostaje nieskazitelna. Nie ma na niej jaskrawoczerwonych plam ani wirujących, krwawych smug w białkach oczu. Zniknęło mroczne oblicze i ślad po tym, co zrobił mi Vlad. W jakiś sposób w tym lustrze znów wyglądam tak jak kiedyś.
Przesuwam drżącymi dłońmi po twarzy.
– Co to jest? – szepczę. – Gdzie ja jestem?
Na końcu korytarza coś przewraca się z łoskotem.
Spieszę w stronę tego dźwięku, opętana dziką nadzieją, biegnąc ku radości ponownego spotkania jak zagubiony marynarz powracający do domu. W pewien sposób wysiłki przyniosły sukces – przekonałam mgłę, by działała na moją korzyść. I jeśli nie przywiodła mnie do Arthura, to przynajmniej sprowadziła do Miny.
Zatrzymuję się w progu gabinetu wyłożonego ciemnoczerwoną tapetą, z miękkim, bordowym dywanem na podłodze i kominkiem oświetlającym półki pełne oprawionych w skórę tomów oraz mosiężnych figurek. Naprzeciwko mnie stoi mahoniowe biurko, całkowicie pokryte papierami, zapisanymi nieczytelnym i niedbałym pismem. Zawartość przewróconego kałamarza wsiąka w kartki, podczas gdy osoba siedząca przy meblu bezskutecznie próbuje temu zapobiec, wycierając plamy chusteczką i rękawem granatowego szlafroka.
W chwili gdy nasze spojrzenia się spotykają, uświadamiam sobie, że mgła nie przywiodła mnie do Miny, jak na to liczyłam.
Zamiast tego zabrała do jej męża.
