Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
16 osób interesuje się tą książką
Rzeka pamięta więcej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. A niektórych sekretów nie da się wiecznie zatrzymać pod powierzchnią wody.
Soojin odziedziczyła po przodkach magiczne zdolności. I zawsze trzymała się wpojonej zasady: nie próbuj wskrzeszać niczego większego niż własna dłoń. Do czasu, gdy umarła jej starsza siostra…
Kiedy ciało Mirae zostaje znalezione w rzece przepływającej przez ich małe nadmorskie miasteczko, Soojin łamie wszystkie zakazy. Sięga po magię i przywraca Mirae do życia.
Początkowo siostry są szczęśliwe: nocami wymykają się z domu, ciesząc się, że znów są razem. Jednak życie w ukryciu zaczyna coraz bardziej ciążyć starszej z nich. Mirae z każdym dniem staje się coraz bardziej niespokojna… i coraz bardziej głodna. Za wszelką cenę chce odkryć prawdę, która przed laty zniszczyła ich rodzinę. Kierują nią gniew i niepohamowana żądza zemsty.
Gdy miasteczko nawiedzają gwałtowne ulewy, a następnie dochodzi do serii makabrycznych i niewytłumaczalnych zgonów, Soojin zaczyna rozumieć, że siostra, którą sprowadziła z zaświatów, nie jest sobą.
Poruszająca opowieść o miłości silniejszej niż śmierć. I o cenie, którą trzeba za nią zapłacić.
***
Yun mistrzowsko buduje atmosferę powoli narastającej grozy, pokazując, jak rodzinne historie potrafią prześladować kolejne pokolenia. Ta niepokojąca i poruszająca powieść bez reszty porywa w swój nieubłagany nurt.
Trang Thanh Tran, pisarka, autorka bestsellerowej powieści She Is a Haunting
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 397
Tytuł oryginału: And the River Drags her Down
Copyright © 2025 for the text by Esther Yun Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © 2026 for the Polish translation by Maciej Muszalski Copyright © 2025 for the jacket art by Yejin Park
All rights reserved
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja: Anna Brzezińska Korekta: Adam Osiński, Ewa Skibińska Projekt okładki: Trisha Previt Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN: 9788383829524
Córkom i wszystkim dzieciom z kluczami na szyi
Coś się nie zgadza.
Żałoba to kręte schody.
Straciłam cię.
Linda Pastan
Koreańskie szamanki mansin mówią „dłoń umarłego to dłoń cierniowa” (chugŭn sonŭn kasisonida) – nie może dotknąć żywego ciała, nie zadając rany.
Laurel Kendall, Shamans, Housewives, and Other Restless Spirits: Women in Korean Ritual Life
Siostro, z godzin poprzedzających moją śmierć pamiętam niewiele. Tylko topole jak z akwareli, wściekle rozhuśtane przez wiatr. Nasze miasteczko zarośnięte koronkami królowej Anny i innymi inwazyjnymi gatunkami roślin – tak pięknymi, że nikomu nie chciało się ich poskromić. Pamiętam, jak to było, gdy raz za razem potykałam się na torach kolejowych, idąc po nich z rozpostartymi ramionami, jakbym chciała się zerwać do lotu.
A jednak spadłam.
Widziałam przed sobą białą parę mojego oddechu. Dopiero kiedy uderzyłam głową o wezbraną po deszczu rzekę, a dłonie nie zdołały znaleźć oparcia i wciągnęło mnie do środka, zdałam sobie sprawę, że mogę nie przeżyć.
Woda mnie zabiła, zanim dokonał tego chłód. Moje płuca były jak przepełniony wazon. Dzięki Ci, Boże, że pozwoliłeś, by to, co nie mogło być bezbolesne, przynajmniej poszło szybko. Ekipy poszukiwawcze przeczesywały rzekę, ale nurt poniósł mnie zbyt daleko. Dopiero po kilku dniach udało się mnie odnaleźć – siną i nabrzmiałą – wyrzuconą na odległy skalisty brzeg. Chłopak, który się na mnie natknął, napisał później w internecie, że sięgające mi do piersi włosy wyglądały jak plątanina wyrzuconych przez rzekę wodorostów. Dopiero po chwili dało się zobaczyć resztę ciała.
Raz na jakiś czas zdjęcie moich zwłok pojawia się na forach internetowych i jest tam oglądane jak spektakl, którym nieubłaganie stają się wszystkie przedwczesne śmierci. Ale byłam kochana. Po koreańsku – szlochający krewni czuwali przy moim ciele przez dwie noce i trzy dni. Zgodnie ze zwyczajem należy wówczas odmawiać wszelkiego jedzenia i wina ryżowego, dopóki człowiek nie opadnie z sił i nie zostanie wyniesiony jak szmaciana lalka.
Mój pogrzeb był skromny. Krewni zabrali mnie do domu w urnie z celadonu, ozdobionej misternym motywem białych jeleni. Nad kominkiem powstał prowizoryczny ołtarzyk z moim zdjęciem, na którym uśmiecham się do czegoś, co kusi zza kadru.
Nie znaczy to jednak, że już nigdy się nie obudziłam. Siostro, słyszę cię. Czuję twoje dłonie, rozgrzebujące ziemię, przeszukujące.
Odpowiem na twoje wezwanie – powrócę.
Część I
Dziewczyna
Mimo jej usilnych starań szczurzyca była martwa.
Soojin od razu się domyśliła, bo Milkis nie skoczyła do drzwi klatki zaraz po jej wejściu do pokoju. Zazwyczaj odgłosy stąpania po ścinkach gazet albo zbiegania po rampie były muzyką słyszalną wszędzie. Jednak tego wieczoru panowała jedynie idealna, niechciana cisza.
Znalazła Milkis poskręcaną w jednym z hamaków zawieszonych na samej górze klatki. Szczurzyca nie żyła od niedawna. Nie wystąpiło jeszcze stężenie pośmiertne, a różowy nos był miękki w dotyku. Przynajmniej nie cierpiała. Jak wtedy, gdy z podbrzusza wyrastały jej guzy nowotworowe wielkości migdałów.
Soojin położyła szczurzycę na dłoni. Nie było to piękne zwierzę, lecz wyjątkowo wielkie jak na swój gatunek. Sierść była przerzedzona od chorób skóry, a mokre, wyłupiaste oczy przypominały nasiona granatu. Niemniej była kochana i wkrótce miała powrócić.
Soojin wsunęła dłonie w lateksowe rękawiczki, położyła Milkis na wyściółce plastikowej tacy i skalpelem skradzionym z pracowni biologicznej odcięła jej ogon. Zdziwiło ją, że wcale nie trzeba było mocno dociskać ostrza. Rozległ się cichy, mokry trzask, jak po przecięciu kręgosłupa ryby. Odcięty kawałek włożyła do strunowego woreczka. Miał posłużyć do wskrzeszenia Milkis. Reszty ciała pod żadnym pozorem nie wolno było zwrócić ziemi.
Choć nie miały szansy na rozrost, guzy znów były w brzuchu szczurzycy i lada chwila mogły się zmienić w złośliwe. Pogrzebanie chorego ciała skutkowało nawrotem choroby. Najlepiej było pracować ze świeżym rozcięciem albo od zera – czyli z kośćmi. Ale ogon był nienaruszony. Nadawał się.
Soojin owinęła ciało papierową chusteczką i włożyła do pudełka po butach, by zanieść je do krematorium cmentarza dla zwierząt. W miejscu odcięcia ogona krew tworzyła szkarłatne kręgi na białym tle. Soojin głośno przełknęła ślinę, czując znajome mdłości. Po zakończeniu tej prymitywnej operacji złączyła drżące dłonie i wbiła paznokcie w nadgarstek ręki trzymającej skalpel, i czekała, aż ostry ból zadziała kojąco.
Chociaż miała dopiero siedemnaście lat, śmierć nie była jej obca. Mnóstwo razy widziała, jak Milkis umiera i się odradza, ale teraz po raz pierwszy miała samodzielnie dokonać wskrzeszenia. Jej siostra Mirae, starsza tylko o rok, była tą odważną – potrafiła znieść wszystko ze spokojem i bardziej krwawe zadania zawsze brała na siebie. Mówiła wtedy: „Zamknij oczy”, a kiedy Soojin otwierała je z powrotem, było już po krwawym zabiegu. Najzdrowsza część ciała elegancko oddzielona od reszty czekała, gotowa nakarmić ziemię lub ogień.
Zeszłej jesieni Mirae utonęła w Black Pine – krętej rzece przepływającej przez miasteczko. Soojin wciąż miała wrażenie, że Mirae jest obok. Stoi przy zlewie, spłukuje pianę z naczyń i nuci coś pod nosem. W ciepłym blasku słońca czesze się przy oknie, z którego wyjęła moskitierę – jakby rzucała pasma włosów wiatrowi na pożarcie. Imię Mirae pochodziło od koreańskiego słowa oznaczającego przyszłość. Czyli to, czego miała nie zaznać. Czas, który minął od jej śmierci – dziesięć miesięcy – niczego nie zaleczył. Soojin wciąż czuła, że rozszarpują ją padlinożerne ptaki żałoby.
Nagle podskoczyła, bo rozległo się stukanie w ścianę. W drzwiach stał ojciec i mierzył ją niepewnym wzrokiem.
– Puk, puk – zaczął, bezskutecznie próbując rozluźnić atmosferę. Soojin nie miała pojęcia, jak udało mu się wypowiedzieć te dwa słowa tak grobowym głosem. Odchrząknął, ale nie przestąpił progu. Oparł się o framugę drzwi i skrzyżował ręce na piersi. Ta nieporadna mowa ciała działała jej na nerwy.
Nie zawsze tak było. Zaledwie rok wcześniej Soojin, Mirae i tata zalegali przed telewizorem i śmiali się z programów rozrywkowych. Dziewczyny namawiały go do nocnych wypadów na stację benzynową po gówniane taquitosy i napoje lodowe o smaku coli. Do tamtej pory ich mała rodzina była tak zżyta, że wydawała się nietykalna. Jednak po śmierci Mirae wszystko uległo zmianie.
– Wyjeżdżasz wieczorem? – zapytała Soojin. Twarz ojca była wychudzona i pociemniała od nieregularnych płatów zarostu przypominających cętki na sierści konia.
– Tak – odparł i skinął głową. – W domu masz zaopatrzenie. W razie czego dzwoń. Będę wracał na weekendy.
Ich dom mieścił się w Jade Acre – maleńkim kurorcie cierpiącym na nadmiar piękna. Wtulonym między wielomilowe lasy a górujące nad nimi urwiska. Morze miało tak niewiarygodny odcień błękitu, że wejście do wody byłoby jak zanurzenie się w źrenicy oka. Lata były długie i parne. Dławiły się od turystów strzelających banknotami, jakby to była zielona amunicja.
Przez kilka miesięcy wszystko układało się pomyślnie: drzewa rodziły owoce, ptaki wiły gniazda, turyści nie skąpili grosza, by za dnia nurkować w płytkich zatokach w poszukiwaniu muszli trzech zagrożonych wyginięciem czerwonych słuchotek, a nocami nielegalnie przekradać się po więcej. Jednak poza sezonem miasto stawało się ponure i odizolowane, a chłostający je deszcz zmieniał krajobraz w papkę z materii organicznej. Lepka breja wrastała we wszystko wokół, a miejscowi rzadko wyjeżdżali.
Ojciec był wyjątkiem. Co roku po miesiącach turystycznych korzystał ze skromnych dochodów z rodzinnego pensjonatu, pakował manatki i jechał trzy godziny na wschód do Bragg Hills – do pracy w firmie budowlanej kuzyna. Długie dojazdy były kłopotliwe, więc w ciągu tygodnia przebywał u kuzyna, a na weekendy wracał do Jade Acre.
Sytuacja nie była idealna. Jeśli zarobki z miesięcy turystycznych nie wystarczyły, przez resztę roku trzeba było składać grosz do grosza. Kiedy matka Soojin jeszcze żyła, marzyła o opuszczeniu Jade Acre. Pensjonat Hanów nie pozwalał się utrzymać. Co roku odkładali coraz mniej. Jednak ojciec obstawał przy swoim.
Jak sprzedać dom, w którym wychowywały się dziewczynki? – tłumaczył. Przecież o tym właśnie marzyliśmy.
Siedem lat wcześniej matka zginęła w wypadku samochodowym, a wraz z nią na dobre przepadła możliwość wyjazdu. Nikt nie chciał opuścić domu, w którym wciąż żyły wspomnienia matki i Mirae. Soojin czuła te dwie ukochane osoby w każdym zakątku domu – wtulone we wnękę okienną, w każdych drzwiach. Były jak niekończące się pytania.
– Dasz sobie radę, Soo? – podjął ojciec. Po raz pierwszy miała zostać zupełnie sama. Po śmierci matki (Soojin była wtedy dziesięcio-, a Mirae jedenastolatką) siostry wciąż miały siebie. Przystosowały się do życia dzieci z kluczem na szyi, a nawet niekiedy sprawiało im to przyjemność. Miały swobodę, dzięki której mogły zasypiać, kiedy chciały, jeść, na co miały ochotę, i udawać dorosłość – na miarę swoich wyobrażeń. Teraz jednak Soojin wiedziała, że nikogo przy niej nie będzie.
– Tato, nie jestem dzieckiem – odparła. – Dam sobie radę. A poza tym nie będę sama – dodała, pokazując, co trzyma w dłoni.
– To znowu ten moment? – spytał, lekko się cofając na widok odciętego ogona.
Przygryzając wargę, pocierał szczękę w sposób, po którym Soojin poznała, że rozważa coś w myślach. Cokolwiek to było, nic nie powiedział. Powtórzył jedynie to, co mówił córkom tak wiele razy wcześniej.
– Postaraj się, by nikt cię nie zauważył.
Magia stała się ich rodzinnym dziedzictwem, przekazywanym z mlekiem matki. Jednak wszystko zaczęło się od ruin i głodu w miasteczku.
Był to przeklęty sezon w przeklętym roku. Przez całą zimę burze gradowe smagały ziemię i nie chciały odpuścić. Anormalny mróz był szokiem dla gruntu jeszcze długo po rozpoczęciu lata. Niszczył nasiona, którym wreszcie udało się wykiełkować. Potem, kiedy w końcu odpuścił, ich poszkodowany półwysep dotknęła seria trzęsień ziemi. To był ostateczny cios dla roślin, których nie zmogły warunki atmosferyczne.
Przez brak plonów rolnicy wyrżnęli całą trzodę, aż do ostatniej wychudzonej maciory. Nie pozostawili nic, nawet kości.
A przynajmniej tak im się wydawało.
Pod osłoną nocy, w poświacie anemicznego księżyca, dziewczyna wymknęła się z domu i pobiegła do wyschniętej studni na peryferiach wioski. Z czasem miała się stać przodkinią, ale na razie była tylko dziewczyną, którą głód przemienił w zwierzę. Przyłożyła ucho do ujścia studni i nasłuchiwała, aż dotarło do niej słabe szuranie z wnętrza.
Kiedy miała już pewność, że jest sama, podciągnęła dyndającą w ciemności linę, ale zamiast wiadra z wodą ukazała się zardzewiała klatka. W środku była kura dziobiąca kępki trawy i specjalnie tam zostawione zasuszone owady.
– Ćśś – przemówiła uspokajająco dziewczyna i odblokowała klatkę. Ostrzeżenie było niepotrzebne. Ptak urodził się słaby i łagodny. Właściwie nigdy nawet nie zagdakał.
Głaskała wychudzony korpus, gładząc dłonią miękkie wyłysiałe miejsca po piórach, które ptak wyrwał sobie przez samotność. Dziewczyna uchroniła zwierzę przed zarżnięciem – ukryła kurę w nadziei na jajka. Była gotowa na wszystko, byle tylko wyżywić i utrzymać rodzinę. Nic z tego jednak nie wyszło.
Mówiła, że jej przykro, ale kłamała. Zabicie poszło gładko. Zjedzenie mięsa – jeszcze łatwiej. Ona i krewni, którym udało się przeżyć, rozrywali mięso w ekstatycznej tajemnicy, ciężkiej od poczucia winy.
Następnego dnia, po raz pierwszy od miesięcy, obudziła się syta, ssąc kość, którą nadal miała w ustach. Nakarmiona i pełna nadziei, poszła na pole i zakopała ją w ziemi, by odżywczy szpik użyźnił ugór. Zobaczyła wyłaniający się z ziemi dziób, który próbował zaczerpnąć powietrza. Gleba nadal była jałowa, ale urodziła żywą kurę, która drapała i kłapała dziobem.
Dziewczyna zaczęła krzyczeć i wbiegła do domu po matkę. Desperacko pragnąc cudu, szybko zarżnęły i zjadły ptaka, a potem, jak gdyby nigdy nic, zakopały jego mostek w ziemi. Dla dziewczyny dar był mocnym obciążeniem. Z wysiłku drżały jej ręce. Z nosa płynęła krew. Zakopując kość, uśmiechała się.
Po pewnym czasie zrobiła to ponownie. A potem znowu. Kość skrzydła, splunięcie. Dzięki temu rodzina była w stanie przeżyć, gdy pozostali mieszkańcy wioski przymierali głodem, coraz bardziej mizernieli, zapadali na choroby i umierali. Zaczynali szeptać między sobą, że w rodzinie dziewczyny są demony. Utrzymywana w tajemnicy kura umierała setki razy.
Tego roku jesień nastała wcześnie – krawędzie liści drzew powoli pokrywały się złotem. Soojin nienawidziła jesieni. Właśnie o tej porze roku Mirae wyszła na imprezę i już nigdy nie wróciła. Jej wyrzucone na skały ciało kilka dni później znalazł chłopak z sąsiedniego ogólniaka. Na zdjęciach, które zrobił tuż przed zawiadomieniem policji, twarz jej siostry była nabrzmiała i pozbawiona szczególnych cech, jak u wszystkich ciał przez długi czas poddanych działaniu wody. Jesienne gałęzie widoczne wokół jej głowy wyglądały jak zniszczona korona.
Soojin wiedziała, że w zmianie pór roku już nigdy nie dostrzeże piękna. Oderwała wzrok od wierzchołków drzew i utkwiła spojrzenie w drodze.
Kiedy wyjechała po drugiej stronie pagórka, pojawił się przed nią cmentarz dla zwierząt Puchate Pożegnanie. O zmierzchu blada farba, którą pomalowany był budynek, migotała, jakby zaraz miała zniknąć. Za biurem rozciągało się pole grobów ukochanych pupili; miejsca zostały oznaczone małymi kamieniami. Zauważyła syna właściciela cmentarza, który klęcząc na jednym kolanie, przycinał geranium w donicy przy drzwiach biura. Słońce padało na jego zazwyczaj czarną grzywkę, ujawniając w niej kasztanowe pasma. Podczas pracy fałszował pod nosem jakąś piosenkę i nie usłyszał jej kroków, choć pod butami chrzęścił żwir. Nie zauważył jej, nawet kiedy stanęła tuż za nim i rzuciła cień na ścianę w zasięgu jego wzroku. Uklękła.
– Hej – odezwała się. Chłopak gwałtownie podskoczył, a nożyce, którymi celował w obumarły liść, obcięły pęk kwiatów.
– Cholera. – Mark upuścił nożyce i podniósł geranium z ziemi.
Jeśli nie liczyć kwiatów, które obciął, kiedy go przestraszyła, geranium kwitło wspaniale, choć wrzesień był wyjątkowo zimny. Nie dziwiło jej to. Znała Marka od niepamiętnych czasów i nigdy nie widziała, by jego dotyk zaszkodził jakiemukolwiek żywemu organizmowi. Może dorastając w otoczeniu śmierci, nauczył się ją obłaskawiać i chodzić na małe ustępstwa, by dłużej trzymała się z daleka.
– Nie chciałam cię przestraszyć. Przepraszam za kwiat.
Choć był wysoki i smukły, jego twarz wciąż nie zdążyła pozbyć się szczenięcego wyrazu dzieciństwa: brązowe oczy nadal miał odrobinę za duże w porównaniu z resztą twarzy. Miał w sobie ten rodzaj chłopięcego uroku, którym rozbrajał i rówieśników, i popijające wino mamuśki na wakacjach – zwłaszcza gdy się właśnie tak uśmiechał.
– Nie przejmuj się – odparł, wstał, otrzepał dłonie z ziemi i wyciągnął jedną do Soojin. Pomógł jej wstać, a kiedy cofnął rękę, na jej dłoniach pozostał wilgotny osad. Starła go, nie siląc się na dyskrecję.
– Co tam słychać? – zapytał Mark, choć pewnie wiedział. Co kilka lat Soojin i Mirae odwiedzały go z pudełkami po butach pełnymi martwych stworzeń. Zazwyczaj szczurów, czasami ptaków. Małych organizmów, których całkowite spopielenie zajmowało najwyżej dwadzieścia minut. Otworzyła pudełko, a on sięgnął do środka, odsunął bibułkę i zobaczył leżącą w środku Milkis. Wyraz jego twarzy pozostał zdumiewająco jednakowy, choć Soojin i tak nie oczekiwała grymasu na widok ciała.
Mark pomagał rodzicom w interesach od czternastego roku życia – zajmował się wszystkim, od odbierania telefonów po sprowadzanie robionych na zamówienie trumienek dla kotów. Najczęściej jednak asystował przy kremacjach. Soojin zrozumiała, że z prawnego punktu widzenia taka praca nie jest legalna, ale miejscowi dorośli przymykali na to oko jak na wiele przekroczeń: niepełnoletnich, którzy pracują i prowadzą pojazdy, nastolatki przemycające do lokalnej sali kinowej rum w butelkach po wodzie albo palące papierosy na kamienistej plaży wieczorami, gdy pogoda temu sprzyjała.
– Jasne, rozumiem – powiedział Mark, wziął pudełko i otworzył drzwi. – Rodziców nie ma, więc zrobię to na koszt firmy – dodał. Jeśli choć trochę go dziwiło, że Soojin kremuje domowe szczury, zamiast po prostu zakopywać je w ogrodzie, jak większość ludzi, nie wspomniał o tym ani słowem. – Wejdź.
W środku przywitał ją znajomy zapach lawendy i środków odkażających. W rogu jak zwykle wesoło trzaskał kominek, a recepcję ozdabiały świeżo ścięte zioła. Na pierwszy rzut oka nikt nie pomyślałby, że ten przytulny pokój z bladożółtą tapetą jest zakładem pogrzebowym dla zwierząt. Zdradzały to dopiero urny ze złoconymi napisami w rodzaju: „Wszystkie łapy idą do nieba” i „Hau!”.
– Wygląda jak ten, którego przyniosłaś kilka lat temu – oznajmił Mark, ponownie zerkając na Milkis. Czerwone półksiężyce jej przymkniętych oczu były mętne. – I kilka lat wcześniej.
– Lubię szczurzyce albinosy. – Soojin wzruszyła ramionami.
– Niech zgadnę… Tę też nazwałaś Milkis?
Zdjęła kurtkę i zostawiła ją przy drzwiach, a potem ciężko usiadła w jednym z miękkich foteli w poczekalni.
– Tak jak nazwę następną.
– Czy to coś związanego z genealogią? W rodzaju: Tu spoczywa Milkis Ósma, miała wspaniałe, kompletne życie. Lubiła gryzaki i dobry ser?
– Pewnie jestem już przy Milkis Dziesiątej.
– Jasne… – odparł Mark. Widziała, że nie potrafi jej rozszyfrować. – Czy chcesz, abym… no wiesz… przyniósł ci z powrotem prochy? Będzie ich malutko. Mniej niż garść. Ale mogę wsypać do pudełeczka po pierścionku czy coś…
– Nie, dzięki. Możesz spokojnie wykorzystać je jako nawóz.
– Nie nadają się dla roślin, wiesz? Zawierają za dużo wapnia i soli. Gleba robi się od nich… – Urwał, bo zauważył, że Soojin patrzy gdzieś w dal, kiepsko ukrywając znudzenie. Zamknął usta z wyraźnym kliknięciem. Miała tę umiejętność uciszania ludzi – jej obecność działała niekiedy jak znak pauzy.
Odchrząknął.
– Zrobię, co trzeba – powiedział, odwrócił się, zamierzając odejść, ale przystanął. – Poczekaj, dobrze? Przyniosę prochy. Zrobisz z nimi, co zechcesz.
Soojin patrzyła, jak znika za drzwiami krematorium, i wiedziała, że sprawa jest przesądzona. Zdjęła szalik. Wcześniej nie planowała zostawać, ale uznała, że zaczeka, by Mark Moon nie szukał jej z prochami gryzonia w garści. Był uparty pod tym względem. Mirae i Mark w pewnych kwestiach zdradzali osobliwe podobieństwo. Soojin nie była pewna, jak to możliwe, że nie zauważyła tego w dzieciństwie, gdy wszyscy troje byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
Mirae zawsze nalegała, by być świadkiem kremacji Milkis. Hałasujący piec zagłuszał ich ściszone głosy, drobne dłonie siostry przywierały do szkła w sali obserwacyjnej. „Dlaczego musimy patrzeć? – pytała Soojin. – Dziś w nocy i tak sprowadzimy ją z powrotem”.
„To mimo wszystko ważne”, odpowiadała siostra.
Kiedy ciało Mirae zostało znalezione, dyrektor zakładu pogrzebowego stwierdził, że niektórzy znajdują pocieszenie w oglądaniu kremacji ukochanej osoby. Obecność podczas ostatniej fizycznej podróży podobno pomagała im dojść do siebie. Ojciec postanowił być przy kremacji i szlochał, gdy ciało Mirae w niepozornym pudle wjeżdżało do pieca krematoryjnego. Soojin nie płakała. Stała na zewnątrz, patrzyła na pofałdowane wzgórza przecięte zachodem słońca, pochylała się nad trawą i wstrząsały nią suche torsje. Na drzewach śpiewały aktywne o świcie ptaki, a ich ciała były jasnymi ornamentami. Soojin czuła, że rani ją wszelkie piękno, którego siostra już nie zobaczy.
Dyrektor zakładu pogrzebowego nie rozumiał, że wcale nie chciała dojść do siebie. Gdyby nie budziła się co rano z pustką po siostrze, znaczyłoby to, że wspomnienie o niej jest coraz bardziej odległe. Wolała więc cierpieć, niż dopuścić do zabliźnienia rany.
Mark był w pomieszczeniu z piecem krematoryjnym najwyżej kilka minut, kiedy drzwi biura gwałtownie się otworzyły. Do środka wtoczyła się drobna kobieta. Barwnie przeklinając po koreańsku, usiłowała balansować trzema pudłami, ułożonymi jedno na drugim tak wysoko, że Soojin widziała tylko linię jej włosów. Pudło na samej górze zaczynało się ześlizgiwać – skoczyła na równe nogi i zdążyła je złapać, zanim spadło.
– O rany. Dziękuję, dziecko – mruknęła spod pudeł kobieta. – Dasz wiarę, ile szajsu zamówił twój ojciec? Trzy tuziny piłek tenisowych i kto wie, ile gryzaków z suszonej skóry wołowej. Chce rozdawać paczki na otarcie łez. Paczki! Co zrozpaczonej rodzinie pomoże sterta gadżetów? Jeśli przez jego durne pomysły nabawię się przepukliny, Boże, miej mnie w swojej opiece…
Postawiły pudła, kobieta westchnęła z ulgą, wyprostowała się i wbiła pięści w krzyż. Dopiero wtedy zobaczyła, że adresatem jej zrzędzenia nie był syn.
– Soojin! Przepraszam. Myślałam, że to Mark. Co ty tu robisz, skarbie?
Dziwnie było słyszeć od niej takie pytanie. Siedem lat wcześniej nie zastanawiałaby się, dlaczego jest u Moonów czy nawet w ich zakładzie. Miała tyle wspomnień z zabaw za ladą recepcji z Markiem i Mirae. W urnach robili aranżacje kwiatowe z mleczy i innych chwastów wyrwanych w ogrodzie.
– Ja… – Soojin spojrzała w dół na kobietę, którą przez większość dzieciństwa traktowała w zasadzie jak ciocię. Zatrzymała wzrok na jej dobrze znajomych ciepłych brązowych oczach i drobnych dłoniach. Kiedy żyła jej mama, były z panią Moon najlepszymi przyjaciółkami. Soojin pamiętała, jak zanosiły się śmiechem do późnej nocy praktycznie w każdy weekend. Była pewna, że pani Moon nie miałaby nic przeciwko przysługom Marka, ale jednak biznes to biznes – nie musiała o niczym wiedzieć.
– Przyszłam tylko coś odebrać. Nie było mnie wczoraj na zajęciach – powiedziała, wyciągnęła z torby przypadkowy świstek papieru i zamachała nim na dowód.
– Rozumiem. – Pani Moon przeniosła wzrok na papier, a potem spojrzała na nią z taką czułością, że aż zrobiło się niezręcznie. Soojin spuściła wzrok na swoje dłonie, a potem na ewidentnie pustą kartkę z zeszytu, którą trzymała. Zrobiło jej się głupio, wepchnęła kartkę z powrotem do torby i wbiła wzrok w stopy.
– Jak sobie ostatnio radzisz? – spytała pani Moon. – Nadążasz na lekcjach? Nie za mało jesz? – Ostatnie pytania zadała, szczypiąc Soojin w żebra, jakby niezadowolona z jej kościstej budowy.
– Wszystko w porządku.
– A tata? – nie ustępowała matka Marka. – Jak się miewa? Dużo pracuje? – W jej pytaniach pobrzmiewała dociekliwość, a w oczach było tyle szczerej troski, że Soojin zaczynała się denerwować. Nigdy zbytnio się nie rozgadywała na żaden temat, a już szczególnie tego typu. Zostawianie nieletniej samej na całe dnie nie było do końca zgodne z prawem, więc nie wspominała o całotygodniowych wyjazdach służbowych ojca. Ale oczywiście Moonowie o nich wiedzieli. Doskonale rozumieli, że pod względem finansowym ich rodzina balansuje na postrzępionej linie, a ojciec robi, co może, by ta lina się nie zerwała.
Pani Moon sięgnęła po jej dłonie i ogrzała je w swoich. Ten matczyny gest nie pocieszał. Sprawiał ból.
– Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, zawsze jesteś mile widziana w…
Soojin się odsunęła.
– Dziękuję – powiedziała i zaczęła zbierać rzeczy. – Przepraszam. Muszę już iść.
Nie czekała na odebranie prochów. Wyszła z zakładu pogrzebowego, czując, że kłopotliwe współczucie pani Moon podąża jej śladem, dopóki pomiędzy nimi nie zamknęły się drzwi.
Kiedy Soojin dotarła do domu, było ciemno i zaczynało siąpić. Żwawo przeszła przez las, oświetlając sobie drogę uniesioną latarenką. Trzeba było zakopać ogon, zanim deszcz zamieni ziemię w błoto.
Nie musiała iść daleko. Jej dom, jak większość w Jade Acre, był odizolowany i otoczony lasem. Oprócz dwóch kompletnie wyposażonych domków, które jej rodzina wynajmowała na lato, w pobliżu nie było nic, tylko mgła i drzewa.
Po dotarciu do polany Soojin uklękła, wbiła dłonie w ziemię i pozwoliła jej się przesypywać między palcami. W radośniejszych latach matka przyprowadzała tu Mirae i ją, by przywracać do życia różne istoty. Może dlatego ziemia miała tak luźną strukturę – nie zdążyła się ubić, bo tak wiele od niej wymagano.
Soojin wyciągnęła z kieszeni małą łopatkę i zaczęła pracę. Ziemia nie stawiała oporu. Wystarczył płytki wykop, ale musiał być odpowiednio szeroki, by pomieścić nowe życie. Kiedy już się z nim uporała, umieściła w środku ogon i przysypała ziemią, a potem ponownie włożyła dłonie do środka i objęła część ciała szczurzycy. Pozostało tylko czekanie.
Z początku nic się nie działo. W ciemności brzęczały owady. Z góry obserwowała ją sowa – płaski biały talerz jej oblicza przez chwilę błysnął pomiędzy liśćmi, ale nagle coś ją spłoszyło i zniknęła, trzepocząc skrzydłami. Na polanę zstąpiła cisza, przykrywając ją jak peleryna. Tak gęsta i nieprzenikniona, sprawiła, że wieczór zaczął się wydawać niesamowity – jak nagła bariera pomiędzy Soojin a znanym jej dotąd światem.
Pierwszym uczuciem były delikatne prądy przeszywające ramiona. Powietrze wokół głowy zdawało się gęste od istot, jakby w ciemności zwróciło się ku niej sto wyobrażonych oczu. Włoski na jej karku zjeżyły się. Na krawędzi pola widzenia pojawiły się złote rozbłyski i skąpały cały świat w poszarpanym sepiowym świetle. A potem zaczęło się naprawdę.
Dotarły do niej szepty. Tak zawsze nazywała je Mirae. Połączenia ściszonych głosów, których nie rozpoznawała, ale wiedziała – tak jak ważka intuicyjnie przeczuwa swój brutalnie krótki żywot – że to głosy jej przodków. Słyszała je: kobiety, które żyły przed nią, brały udział w tym samym rytuale kości i ziemi i nigdy nie odpuszczały. Przytknęła czoło do ziemi i nasłuchiwała, czując pierwszą falę mdłości. Co jakiś czas z plątaniny wyrastał głos, jak sygnał radiowy wybijający się ponad zakłócenia. Było to na tyle wyraźne, że Soojin rozpoznawała pojedyncze słowa, zanim głos zaczynał drżeć i ustępował miejsca kolejnemu.
Czasami słyszała świeży, nieporadny język dziecka, które jeszcze nie przywykło do spółgłosek. Innymi razy odzywała się starsza kobieta o mowie zniekształconej przez udar.
– Kiedy plony zawiodły, my… A potem matka powiedziała… Kiedy skręciłam mu kark, nie stawiał oporu. Jedliśmy i jedliśmy…
Nic z tego nie rozumiała. Ale nagle, w przytłumionym zgiełku wspomnień poprzednich pokoleń, usłyszała znajomy głos.
– Moje córki – odezwała się po koreańsku matka, z dialektalnym zaśpiewem, jakby bliska śmiechu. – Skupcie się.
Coś ją zdekoncentrowało. Soojin miała ochotę wytropić to wspomnienie i ruszyć za nim jak pies, który wyczuł krew. Nadal pamiętała. To było lato. Całe dziewczęctwo temu. Rozbuchane białe kwiaty pomidorów były ciężkie od trzmieli. Na świeżo spulchnionej ziemi leżały kłęby sierści i kości wyplute przez sowę. Soojin poczuła, że traci kontrolę. W glebie gnił ogon Milkis.
– Skupcie się. Tutaj, moje córki. Spójrzcie.
Soojin przeniosła uwagę z powrotem na dłonie i głosy natychmiast ucichły – jak widma, którymi były. Była sama w lesie i nie mogła, po prostu nie mogła tego zrobić. Pośród nocy widziała parę swojego wytężonego oddechu.
– Cholera – wydyszała, próbując powstrzymać łzy. Ogon leżał bez życia na jej palcach, chłodny i wiotki jak dżdżownica utopiona – a potem porzucona przez deszcz. Soojin wróciła myślami do wszystkich chwil, kiedy próbowała i zawiodła. Do wyciąganych z ziemi węży, wijących się i czerwonych, bo nie potrafiła odtworzyć ich łusek. Ptaków, które trzepotały się na jej dłoni, ale nie ożywały. Synapsy iskrzyły, iskrzyły… a potem gasły. Czy nie było tak, że matka lub Mirae zawsze musiały kończyć to, co jej się nie udawało? Dlaczego uwierzyła, że kiedy jest sama, nagle posiadła tę umiejętność tylko dlatego, że nie ma wyboru?
Ale nie. Coś rzeczywiście się działo. W pierwszej chwili było to prawie nieuchwytne, ale rośliny ocierające się o jej kolana naprawdę obumierały. Jej bliskość wysuszała i przyginała trawy, jakby ich żywotność przechodziła do jej dłoni. Mokre powietrze przeszyła krwista woń żelaza, tak silna, że zrobiło jej się niedobrze. Ziemia na palcach nagle, w nieodgadniony sposób zamokła. Ziemia oddała krew nieznanego pochodzenia, stała się mułem, stała się błotem.
Powietrze nabrało lepkiej gęstości, tak ciężkiej, że ściskało jej płuca jak palce, aż oddychanie zaczęło sprawiać ból. Drzewa nad jej głową już nie falowały na wietrze, liście były bezwładne, jakby zawieszone poza czasem. Coś się nie zgadzało. A właściwie wszystko było nie tak. W uszach słyszała odległe zawodzenie, głośniejsze z każdą chwilą, a serce w miarę narastania magii biło nieregularnym, duszącym rytmem.
I nagle – o Boże – poczuła to: coś zaczynało się zagęszczać między jej palcami. Pierwsze były wnętrzności – lepkie, pulsujące, oddzielone od reszty. Potem śledziona, wątroba, maleńkie bijące serce. Poruszały się w ziemi jak ślimaki, znajdowały właściwe miejsca i odpowiednio się układały. Ziemia zaczęła się zszywać w szkielet. Następne były kości: falujące bruzdy miednicy, delikatny akordeon żeber, wystarczająco ostrych, by utkwić w gardle. Mokre czerwone oczy nabrzmiały i zakotwiczyły w świeżych zagłębieniach formującej się czaszki.
Soojin przygryzła wnętrze policzka, by zwalczyć odruch nakazujący cofnąć ręce. Ani mi się waż, pomyślała. Nie rób tego. Poczuła żółć w gardle. Walczyła z obrzydzeniem, ale proces nie ustawał.
Rodziło się ciało, wypełniając przerwy między szkieletem a narządami. Surowe mięso drgnęło, a mięśnie ud zaczęły uderzać o jej palce w szybkim rytmie, jak u psa, który kopie przez sen. Trach, trach, trach. Czy nie uczyła się o tym w szkole? Wyładowania neuronów czy coś podobnego. Nawet martwe ciała czasami się poruszają.
Powoli wdychała powietrze przez zaciśnięte zęby. Z oddali dobiegał śmiech, a pamięć rozwijała się jak film na podzielonym ekranie. Na połowie widziała aktualną siebie: samotną, siedemnastoletnią, pochyloną nad trawą i wstrząsaną suchymi torsjami. Na drugiej ukazał się dzień sprzed wielu lat, gdy matka zaprowadziła ją i Mirae dokładnie w to miejsce, by pokazać, co potrafią dziewczyny z ich rodu.
Mirae jak zwykle była lepsza. Stała pewnie na nogach, mniej się bała, wszystko dotarło do niej w mgnieniu oka. Wtedy też chodziło o Milkis – wracało do nich jedno z jej niezliczonych istnień.
Tym razem miała wrócić tylko do Soojin.
Ostry ból przeszył jej palec. Wciągnęła powietrze, odsunęła się od ziemi i poczuła, że w jej dłoni wije się szczurzyca z sierścią brudną od krwi i ziemi. Zwierzę poruszało się gwałtownie i niewątpliwie żyło. Soojin odkręciła butelkę wody i szybko przemyła Milkis. Łzy frustracji już wyschły. Teraz płakała ze wzruszenia, a szloch przeplatał się ze śmiechem. Zaczęła szeptać: „Ćśś, ćśś”, co znaczyło: dzięki Bogu. Milkis szybko się poddała znajomemu dotykowi i zaczęła przepraszająco podgryzać opuszek jej krwawiącego palca.
– Witamy z powrotem – powiedziała Soojin, pocałowała szczurzycę w łebek i schowała ją z powrotem do kieszeni.
Poczuła falę oszołomienia i nie mogła wykonać żadnego ruchu, choć deszcz padał teraz mocniej. Była wykończona, drżały jej ręce, ale podołała i dzięki temu czuła się znacznie mniej samotna. Udało mi się, mamo, pomyślała. Wspomnienie głosu matki wciąż dźwięczało jej w uszach, mobilizując do skupienia. Dziękuję za twoje wskazówki. Próbowała nie myśleć o tym, że nie słyszała Mirae, co budziło w niej jednocześnie tęsknotę i ulgę. Wiedziała, że to głupie. Jednak głos siostry pośród od dawna nieżyjących krewnych uczyniłby całe doświadczenie bardziej rzeczywistym.
Soojin zasłoniła oczy nadgarstkiem, a Milkis poruszyła się w kieszeni, z kocią zapalczywością czyszcząc sierść. Wiatr wrócił jak drapieżnik. Smagał drzewa i sprawiał, że deszcz padał ukosem. Czuła, że jeśli poczeka jeszcze dłużej, będzie chora.
Nagle po jej lewej stronie zabrzmiał metaliczny brzęk. Serce podskoczyło jej do gardła i odwróciła się w tamtym kierunku. Nie było to tylko uderzenie o gałąź. Ktoś ją zauważył. W otoczeniu wysokich drzew spostrzegła chłopca. W miejscu oczu miał dwie czarne plamki. Od jak dawna tam stał? Twarz miał zwiotczałą i bezkrwistą. Pokrywka przedmiotu, który trzymał, brzęknęła ponownie. Dla Soojin brzmiało to jak rygiel zasuwy wbijający się na swoje miejsce albo jak dzwon kata, ale nie było ani jednym, ani drugim. Zobaczyła Marka Moona. W dłoniach ściskał garnek z zupą.
Soojin nie była pewna, jak długo ona i Mark stali jak wryci na polanie, wpatrując się w siebie bez słowa. Miała wrażenie, że wyfrunęła z ciała i obserwowała siebie z dystansu. Wiedziała, że pada deszcz, ale nie czuła go na skórze. Zdawała sobie sprawę, że jej nogi są wbite w ziemię, która powoli zmienia się w błoto, ale i to docierało do niej niewyraźnie. Tak naprawdę widziała tylko Marka i światło latarni odbite w jego szeroko otwartych oczach.
– Coo… – wydyszała, ale on był szybszy.
– Co to jest? – zapytał słabym głosem. – Soojin, co ty właśnie zrobiłaś? – Przeniósł wzrok z jej dłoni na płat martwej trawy za jej plecami, a potem na kieszeń z ogonem Milkis poruszającym się jak wahadło. – Ta szczurzyca. – Wskazał. – Ty…
Zerwała się na nogi. On się nie uchylił. Zrobił krok ku niej, z palącymi pytaniami w oczach.
– Ty właśnie…
Soojin minęła punkt, w którym jeszcze można myśleć. Przycisnęła dłoń do jego ust i poczuła pod skórą zdumiony wydech.
– Proszę – powiedziała. Jakimś cudem nie zadrżał jej głos. Mark tu był, widział ją. Nagle nawet odludny las wokół domu wydawał się zdradziecki. W ciemności zaczęła wypatrywać kolejnych czujnych twarzy. Spaprałam, spaprałam, brzmiało w myślach. W panice nie przychodziło jej do głowy nic innego. – Proszę, po prostu nic nie mów i chodź za mną.
Zeszła z polany i ruszyła w stronę latarni rozświetlającej okna jej domu. Minęło trochę czasu, ale w końcu usłyszała, że za nią idzie. Nie oglądała się za siebie. Obecność Marka ją przytłoczyła, piętrzące się pytania miały wręcz fizyczny ciężar, napierający jak taran. Była zaskoczona, że potrafił trzymać język na wodzy przez całą drogę do domu. A nawet wtedy, gdy zostawiła go w przedsionku i poszła zamknąć Milkis w klatce w sypialni. Jednak kiedy tylko wróciła na dół, jego hamulce puściły.
– Co to było? – zapytał z błyskiem w oczach i czymś pomiędzy strachem a zachwytem. – Widziałem, jak zakopujesz ten ogon, Soojin. Ale był odcięty. Wiem na pewno. Twoja szczurzyca. Ty właśnie…
Nie radziła sobie z taką nawałnicą. Potrzebowała czasu.
– Zostań na kolację – zarządziła. Polecenie zbiło Marka z tropu.
– Co takiego?
Soojin spojrzała na jego dłonie. Na garnku, który trzymał, perliły się krople deszczu. Chłód wreszcie zaczął przebijać barierę szoku i zdała sobie sprawę, że oboje drżą jak zziębnięte psy.
Spuścił wzrok i zaczął mrugać, jakby zapomniał, że cokolwiek trzyma.
– Mama powiedziała, że mam…
– Przynieść mi tyle jedzenia, by starczyło na ten tydzień. Domyśliłam się. – Wzięła garnek, poszła do kuchni i postawiła go na kuchence. – Powinieneś zostać. Nie zjem tego wszystkiego sama.
Zdjęła sweter, rozłożyła go na kaloryferze, kazała Markowi zrobić to samo, a potem podwinęła rękawy i zabrała się do pracy w kuchni. Dalsza kłótnia stała się niemożliwa, więc oszołomiony ruszył za nią.
Poczuła ulgę, że może skupić całą uwagę na zadaniu. Pracowali w absolutnej ciszy, jakby się umówili bez słów na udawanie choć przez chwilę, że pod ich nogami wcale nie rozwarła się przepaść. Kiedy Mark płukał ryż, Soojin wyjęła z lodówki dwa filety z makreli, skropiła je winem i porządnie posoliła. Olej na patelni musował jak szampan. Kiedy położyła filety skórą do dołu, alkohol z tłuszczem buchnęły płomieniem, po czym przygasły i zaczęły głośno skwierczeć. Po przygotowaniu potraw i nakryciu do stołu Soojin poczuła, że strach znów zagościł w jej brzuchu.
W pełnej napięcia ciszy sięgnęli po łyżki. Soojin jadła nerwowo, zbyt niespokojna, by czymkolwiek się cieszyć. Kiedy się poddała i odłożyła pałeczki, zupa była już zimna. Mark też prawie nie tknął jedzenia.
– Już jesteś gotowa? – zapytał delikatnie.
Nie, pomyślała.
– Tak – odparła.
Najwyraźniej nie zabrzmiało to zbyt przekonująco, bo skinął głową, ale nie zadał pierwszego pytania. Kontrolę nad tempem rozmowy zostawił Soojin. Ta przygryzła wargę, przełknęła ślinę i cicho zapytała:
– Ile widziałeś?
– Wszystko – odpowiedział, a potem w tempie karabinu maszynowego dodał: – Ale przysięgam, że nie chciałem. Pukałem, nikt nie otwierał, a nie miałem zamiaru zostawiać jedzenia na ganku na pastwę szopów. Mama by mnie zabiła, gdybym nie był absolutnie pewny, że je dostałaś. Nie chciałem… – Dostrzegł jej zniecierpliwienie i odchrząknął. – Po prostu… przepraszam.
Soojin przyłożyła nasadę dłoni do czoła i lekko stuknęła, jakby chciała się dobudzić. To był koszmar. Wiedziała, że postępuje dziecinnie, ale nie mogła przestać obwiniać pani Moon. Gdyby nie jej głupia litość i idiotyczna misja z zupą, nic takiego by się nie wydarzyło.
– Mark, nikt o tym nie wie – powiedziała powoli. Za gałkami ocznymi kiełkował ból głowy, ale nie mogła być pewna, czy to stres, czy wtórny wstrząs po magii. – Wie tylko moja najbliższa rodzina. – Soojin układała wymijające zdania, ale prośba była oczywista: nikt nie może się dowiedzieć.
– Rozumiem – odparł Mark, nie czekając na rozwinięcie tematu. – Nikomu nie powiem, Soo. Przysięgam.
Odsunęła dłoń od czoła i spojrzała na niego. Na twarzy Marka malowała się nieustępliwość. Nazwał ją Soo. Od dzieciństwa nie używał tej ksywki. Na jej dźwięk poczuła coś dziwnego w żołądku, jakby przeniosło ją w czasie. Poza tym jednak poczuła komfort. To był Mark Moon: wciąż ten sam chłopak, za którym siedziała co niedzielę w przerobionej stodole, gdzie odbywały się nabożeństwa. Gdy pod krokwiami niosły się pieśni, oni zatykali nosy przed uporczywym smrodem z latryny i przekazywali sobie karteczki.
Choć już nie byli przyjaciółmi, a trajektorie ich nieistotnych egzystencji biegły równolegle, nie przecinając się, w pewnym sensie wciąż byli sobie coś winni. Z nim tajemnica będzie bezpieczna. Nie miała innego wyboru, jak tylko w to uwierzyć.
– Dziękuję – powiedziała i wypełniła niezręczną ciszę, która nastała po przyrzeczeniu, hałaśliwie zbierając wciąż pełne naczynia.
– A szczurzyca… To ta, którą dziś rano skremowałem, prawda? – spytał Mark i gwałtownie wstał, żeby pomóc.
– Tak – odparła Soojin. – Sprowadzamy Milkis z powrotem co kilka lat. Czasami częściej, jeśli zdrowie szybko ją opuszcza. Była pupilem z dzieciństwa naszej mamy. To mama nas wszystkiego nauczyła.
– Domyślam się, że przez cały ten czas przychodziłyście po kremację do mnie właśnie przez… – Zdawał się szukać słów. – To wszystko – zakończył, wykonując nieprecyzyjny gest w jej kierunku.
– Tak. Jeśli zakopiesz więcej części ciała w różnych miejscach, to nie zadziała. Wszystkie elementy, których nie wykorzystasz, należy zniszczyć. Trzeba jakoś się pozbyć resztek.
Mark drgnął na taki dobór słów.
– Na to wygląda. To mi przypomina… o cholera! – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej pudełko na pierścionek, wypełnione prochami. Zamokło od deszczu. Kiedy je otworzył, prochy były przylepione do ścianek i wyglądały jak smugi grafitu.
– Żartujesz. Wyrzuć to, proszę.
– Do śmieci? Wydaje mi się to trochę nieetyczne.
– Naprawdę? – Zmierzyła go wzrokiem, gdy odstawiał miski do zlewu. – Chodź ze mną.
Na górze Soojin ustawiła Marka po jednej stronie klatki Milkis, a sama stanęła po drugiej.
– Spójrz – poleciła. Szczurzyca wesoło gryzła blok drewna, a jej ciało wyglądało starzej od nich, a jednocześnie wydawało się zupełnie świeże. Martwa, a potem już nie.
Skonfrontowany z żywym dowodem czarów Soojin, Mark po raz kolejny zbladł. Przez jego twarz przetoczyły się małe fale niedowierzania.
– To po prostu niemożliwe – pomyślał na głos, pocierając wargi. Światło brutalnie igrało mu na twarzy, rysy były poprzecinane prętami klatki.
– A jednak – powiedziała Soojin i otworzyła skobel, a Milkis wbiegła po jej ramieniu. – Widzisz? – dodała bez emocji. Wyciągnęła rękę, by podrapać szczurzycę po plecach. – Żyje i ma się dobrze. Czy to cię zadowala, Etyczny Krematorze?
Mark wrzucił pudełeczko z prochami do kosza na śmieci, a potem zabrał Milkis z jej ramienia i przytrzymał przy twarzy. Próbował wywąchać woń zgnilizny, ale wyczuł tylko mokrą gazetę i zwierzęcą woń.
– Zadowolony? – spytała Soojin, gdy wreszcie odstawił Milkis na toaletkę, a ta pognała przed siebie, chaotycznie liżąc buteleczki i gryząc przedmioty, których nie powinna.
– Chyba tak – odparł i nietypowo dla siebie zamilkł. Jedynym dźwiękiem w pokoju było szuranie Milkis w pojemniku na długopisy Soojin.
Soojin westchnęła.
– Panikujesz, prawda?
Zareagował nieoczekiwanym uśmiechem i bezwładnie opadł na krzesło.
– Z całą pewnością. To takie oczywiste? Przepraszam, ja tylko…
Wyraźnie nieobecny bawił się ściągaczami bluzy z kapturem.
– Nie wierzę… Przez cały czas ty i Mirae potrafiłyście dokonać czegoś takiego, a ja o niczym nie wiedziałem. Kiedy to odkryłaś?
Obserwowała go badawczo. Wiele się zmieniło. Jego włosy, kiedyś proste jak u matki, zaczęły się układać w subtelne fale jak włosy ojca. Policzki, dawniej pulchne, były teraz zapadnięte, choć nad wargą została biaława blizna z czasów, kiedy wszyscy mieli ospę wietrzną i nie mógł się powstrzymać przed ściąganiem zębami rękawic kuchennych, żeby drapać swędzące miejsca.
Jednak jego oczy pozostały takie same. Szerokie, jasne i bez cienia fałszu.
– Dowiedziałyśmy się przez przypadek. Mama chciała jak najdłużej utrzymać to przed nami w tajemnicy – wyjaśniła Soojin. – Sam wiesz, że dzieci są nieodpowiedzialne. Nie chciała, byśmy gdzieś z tym poszły i zrobiły coś nieodpowiedzialnego albo zaczęły się popisywać.
– Kiedy miałam siedem lat, Mirae i ja znalazłyśmy grudkę niestrawionych przez sowę resztek i postanowiłyśmy zorganizować jej w ogródku mały pogrzeb. Zakopałyśmy ją obok pomidorów. Nie minęło wiele czasu, a wszystkie pomidory zdechły. A spod ziemi dobiegał pisk co najmniej pół tuzina myszy próbujących się wydostać na zewnątrz.
Na to wspomnienie na jej twarzy zagościł uśmiech – przypomniała sobie, jak jej siostra piszczała, gdy z ziemi wysunął się pierwszy pyszczek, a za nim co najmniej cztery kolejne nie do końca uformowane gryzonie. Przybiegli rodzice, wymachując łopatami, jakby mieli zatłuc porywacza. Zastali jednak tylko córki wczepione w siebie i zawodzące na całe gardło.
– Wtedy straciłyśmy przytomność. Pierwszy raz w życiu coś ożywiłyśmy, i to od razu sześć zwierząt jednocześnie. Przespałyśmy całe dwadzieścia cztery godziny. Rodzice byli bliscy pojechania z nami na oddział ratunkowy. Kiedy odzyskałyśmy przytomność, mama uznała, że najbezpieczniej będzie pokazać nam, co potrafimy. Nauczyć odpowiedzialności oraz jak robić to poprawnie.
Umysł Soojin szalał od wspomnień. Ona i siostra klęczące z matką w ogrodzie i grzebiące w ziemi, by pochować ptaka, który się zabił o ich okno. Kiedy sikorka zerwała się do lotu w chmurze piórek i ziemi, chwasty ugięły się pod ciężarem magii.
Odwróciła twarz do okna, by uniknąć spojrzenia Marka. Często przypominała sobie te chwile, ale już od lat nie łączyła z nimi słów. Kto miał jej o tym opowiedzieć? Ojciec nie lubił mówić o przeszłości. Ani o niczym innym.
Oddałaby wszystko, by ponownie przeżyć te pierwsze cudowne dni wiedzy. Magia i efekt nowości trzymały się ich wtedy jak ładunek elektrostatyczny. Niematerialne dziedzictwo przekazywane z pokolenia na pokolenie w linii żeńskiej. Matka mówiła, że sprowadzanie organizmów z powrotem do świata żywych pomagało jej czuć bliskość z własną zmarłą rodzicielką. Wtedy Soojin tego nie rozumiała, bo wszyscy, których kochała, nadal z nią byli. Z czasem to się zmieniło.
– Słyszę ich – oznajmiła.
– Co słyszysz?
– Kiedy przywracam do życia, słyszę ludzi. Kobiety z mojej rodziny, których już z nami nie ma.
– Coś jak duchy? – spytał Mark. – Potrafisz z nimi rozmawiać?
– Nie. Nie o to chodzi. Raczej jak… – szukała odpowiednich słów – kolaż wspomnień. Słyszę, jak dziewczyny się śmieją, rozmawiają. Nie potrafię tego kontrolować. To jakby słyszeć, że ktoś w pokoju obok przełącza stacje radiowe – wyjaśniła, skubiąc zadartą skórkę przy paznokciu. – Czasami słyszę mamę. To co innego niż słuchanie nagrania. Prawie jakby tam była. Niewidzialna, ale na tyle blisko, że można jej dotknąć.
Spuściła wzrok na dłonie i krople krwi w miejscu, gdzie naderwała skórę. Nie była pewna, dlaczego się tym wszystkim dzieli, ale gdy już zaczęła, nie mogła przestać. Znajdowała coś pocieszającego w świadomości, że jej wspomnienia mogą teraz żyć w umyśle kogoś innego. Miała wrażenie, że matka i Mirae wciąż gdzieś ożywiają małe zwierzęta, nawet jeśli tylko w ogrodzie cudzej wyobraźni.
– Czy cała twoja rodzina… potrafi to robić?
– Tata nie. Tylko kobiety od strony matki. Czyli ja i… – Jej głos zawisł w powietrzu jak haczyk na wędce.
– Tak – powiedział cicho Mark. I wtedy w jego oczach pojawiło się to, czego tak nienawidziła: litość. Jak bezużyteczny musi się wydawać ten jej dar. Tylko ona została. Dom był pełen cudownych kobiet dających życie, a i tak nie zapewnił im ratunku.
Zapadła niezręczna cisza i Mark zaczął studiować jej sypialnię, jakby chciał patrzeć na wszystko, tylko nie na nią. Soojin momentalnie straciła pewność siebie. Czy uzna za dziecinne, że tak niewiele się tu zmieniło przez te wszystkie lata? Do sufitu wciąż były przyczepione świecące konstelacje, a na nocnej szafce nadal stały gwiazdki origami w słoikach po sosach do makaronu. Czy uzna za ponure, że prawie rok po śmierci siostry ani ona, ani ojciec nie rozmontowali drugiego łóżka?
Wszystkie rzeczy Mirae wciąż były tam, gdzie je zostawiła ostatniego dnia. Na toaletce nadal stało pudełeczko z wyschniętymi soczewkami kontaktowymi. Była też buteleczka z płynem, którą zapomniała zakręcić. I grzebień o drobnych zębach, z gęstwiną czarnych włosów. W pewnym sensie biurko Mirae było ołtarzykiem niedającej się odzyskać przeszłości.
– Tęskniłem za tym miejscem – powiedział Mark w taki sposób, że zabrzmiało jak „tęskniłem za tobą”. Spojrzał na nią, a potem, jakby wystraszony, że Soojin też na niego patrzy, szybko spojrzał z powrotem na fosforyzujące gwiazdy na suficie.
Soojin odzwyczaiła się od jego obecności. To było zderzenie epok w jej życiu rozdartym na dwie części: godziny poprzedzające obie tragedie i te zaraz po nich.
– Pamiętasz, jak to było, kiedy Mirae straciła kilka mleczaków, więc wyrwałeś jeden ze swoich, żeby poprawić jej humor? Siedzieliśmy dokładnie tutaj, gdzie ty teraz.
Nie pamiętał.
– Nadal go mam. Oczywiście nie twój ząb, tylko Mirae. Naprawdę myślała, że wszystkie zabrał Bóg, a one po prostu utknęły w rynnie na dachu… długa historia. Mama znalazła jeden z nich po deszczu. – Soojin wstała i wyciągnęła strunowy woreczek z zębem mlecznym na dnie. Był to najdziwniejszy test na świecie, ale Soojin postanowiła, że jeśli Mark zareaguje obrzydzeniem, wykopie go za drzwi.
Nie zareagował. Wziął woreczek do ręki i przyglądał się maleńkiemu ząbkowi przez mętną folię.
– Proszę, nie mów mi, że zachowałaś go, żeby… sprowadzić Mirae…
– Nawet tak nie żartuj – przerwała Soojin, choć gdyby powiedziała, że nigdy nie przeszło jej to przez myśl, skłamałaby. Po matce nie zostało nic, co mogłaby pogrzebać, ale po siostrze miała tę pamiątkę. Ząb był cały, lśniący. Wystarczająco zdrowy, by wykiełkowało z niego nowe życie.
– Nie żartowałem – powiedział cicho.
– Nasz dar ma swoją cenę, Mark. Mama kazała nam obiecać, że nigdy nie będziemy ożywiać niczego oprócz małych zwierząt, a je też nie za często. Zdaje się, że w mojej rodzinie były osoby, które robiły inaczej i nie skończyło się to dla nich dobrze – powiedziała Soojin bardziej lekceważącym tonem, niż zamierzała. Nie była pewna, skąd nagle taka irytacja. – Mama opowiadała nam historię o ciotecznej babce, której młodszy brat w czasie wojny oberwał odłamkiem. Z jej rodzeństwa tylko on przeżył. Bez względu na to, co mówiła reszta rodziny, nie była w stanie go zostawić. Niosła jego ciało na plecach, dopóki to było możliwe. – Soojin przełknęła ślinę. Słyszała przy uchu bzyczenie końskich much. Była pewna, że ona i Mirae słyszały kiedyś głos tej konkretnej ciotecznej babki – lata temu. Kobieta krzyczała histerycznie, gdy Milkis wśród drgawek wracała do życia w ich dłoniach. To było okropne, jak nieprzerwane wycie przerażonego zwierzęcia. Po tym zdarzeniu skończyły ze wskrzeszaniem co najmniej na rok. – Wreszcie ta cioteczna babka odcięła bratu palec i zakopała jego ciało w ziemi. Próbowała przywrócić go do życia. – Mark przestał się bawić zębem. Nagle zupełnie znieruchomiał. – Przez chwilę sądziła, że jej się udało – ciągnęła Soojin. – Brat powrócił w idealnym stanie. Bez żadnych ran, pyzaty, jakby wcale nie głodował miesiącami. Nie mogła jednak go skłonić do mówienia. Jakby był, a jednocześnie go nie było. Kiedy nie patrzyła, wpychał sobie do ust garście żwiru. Każdej nocy wymiotował błotem i siedział tak, brudny, dopóki ktoś go nie umył.
– Zmarł. Ponownie – wydyszał Mark.
– Tak. A wysiłek magicznego wskrzeszenia zabił też moją cioteczną babkę, zaledwie kilka miesięcy po odrodzeniu. Pod koniec życia była cała w siniakach i wciąż krwawiła z nosa. A przynajmniej tak mi mówiono.
Soojin nie była pewna, jak duża część z tego wszystkiego była przypowieścią. Sposobem matki, by zaszczepić w córkach ostrożność.
– Mój tata nie zniósłby kolejnej straty – powiedziała tak cicho, że Mark musiał się nachylić, żeby ją usłyszeć. – Wiem to na pewno. I dlatego nie mogę tego zrobić.
Jednak powstrzymywało ją nie tylko ryzyko uszczerbku na zdrowiu, lecz także słowa samej Mirae. Pewnej nocy krótko po odejściu mamy siedziały razem w pokoju. Ojciec nie wychodził ze swojego, jakby nagle wytrącony z roli rodzica. Nie paliły się żadne światła, ale księżyc w pełni, przesączając się przez zasłony, barwił wnętrze na koralowo.
– Możemy to naprawić – powiedziała Soojin po koreańsku, w języku, którym się posługiwała w chwilach największej słabości. Oznajmiła to z płaczem, ściskając Mirae za rękę. To nie była perswazja, lecz błaganie. – Możemy obejrzeć zawartość urny. Musi tam coś być. Uda nam się sprowadzić mamę z powrotem, jeśli będziemy działać razem.
– Ale po co, Soo? – spytała Mirae.
– Dla nas wszystkich. Dla taty.
Mirae potrząsnęła głową.
– Kłamiesz – powiedziała. – Nie mogę wybaczyć takich kłamstw.
Mirae nie zostawiła pola do dyskusji. A Soojin nigdy więcej nie wspominała o wskrzeszeniu.
– Nienawidzę tego – powiedziała teraz. Na rzęsach zawisła jej łza, ale strząsnęła ją mocnymi mrugnięciami.
Mark uniósł rękę, jakby chciał potrzeć jej policzek – tak jak to robił dziesięć lat wcześniej. Zmienił jednak zdanie i z głośnym stukiem opuścił dłoń na biurko.
– Naprawdę mi przykro.
Soojin nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zabrała słabo ściskany przez Marka woreczek z zębem siostry i schowała go z powrotem do szuflady.
Latem, gdy Mirae skończyła sześć lat, w ciągu jednego tygodnia wypadło jej pięć mlecznych zębów. Pierwszy – podczas snu. Kiedy się obudziła, leżał obok na poduszce, przy małej plamce krwi rozcieńczonej przez ślinę. Drugi i trzeci – tkwiące na tyle luźno, że się chwiały przy gwizdaniu – potrzebowały trochę pomocy. Mama obwiązała oba nitką. Jedną dłoń trzymała w gotowości przy boku Mirae, a w drugiej ściskała nitkę. Potem odliczyła: „Jeden, dwa, trzy” i zaatakowała córkę łaskotkami. Mirae odrzuciła głowę w ataku śmiechu, a zęby przywiązane do nitki bezboleśnie wyskoczyły.
Ostatnie dwa wypadły w kościele podczas zabawy z Soojin i Markiem. Byli jedynymi dziećmi w zgromadzeniu, więc zawsze wypuszczano ich wcześniej z nabożeństwa, żeby mogli szaleć na placu zabaw przy akompaniamencie hymnów śpiewanych dźwięcznym, podniosłym koreańskim. Kiedy Mirae wchodziła po schodkach na zjeżdżalnię, omsknęła jej się stopa, uderzyła twarzą o metalową krawędź i rozcięła sobie wargę. Wypluła dwa dolne zęby i wybuchnęła płaczem. Soojin pobiegła po matkę, a Mark ocierał jej usta z krwi rękawem starannie wyprasowanej koszuli, w której chodził do kościoła.
Tego wieczoru w domu Mirae nie dało się w żaden sposób pocieszyć. Przyszli krewni Marka i na dole było słychać krzątaninę dorosłych. Choć szeroko otwarto okna, dom i tak wypełnił dym ze skwierczącego boczku.
Mirae nie czuła głodu, nie była nawet pewna, czy da radę żuć. Kiedy otwierała usta przed lustrem, wyglądała jak kojot ze starych kreskówek emitowanych w niedzielę, któremu zęby wypadały jak klawisze fortepianu. Zatopiła twarz w dłoniach.
– Daj spokój, nie jest aż tak źle – pocieszyła ją Soojin, choć na jej drobnej twarzy malowało się zmartwienie, jakby zobaczyła swoją przyszłość i jej się to nie spodobało. Soojin i Mark byli o rok młodsi od Mirae, a Soojin wciąż miała wszystkie mleczne zęby.
Mark usiadł przed Mirae.
– Pozwól zobaczyć – powiedział. Miał na sobie fioletowy cekinowy sweter matki, a jego koszula moczyła się w occie, co miało wywabić krew. W swetrze zmieściłoby się dwóch Marków Moonów. Chłopak wyglądał jak tropikalna jaszczurka z nadmiarem skóry.
Mirae potrząsnęła głową.
– Wiesz, że nie jesteś jedyna? Chcesz zobaczyć moje? – Mark szeroko otworzył usta i rzeczywiście: brakowało kła, a w zagłębieniu dziąsła dopiero zaczynał się pokazywać maleńki kolec. – Mogę sprawić, że zacznie gwizdać – oznajmił i zagwizdał na dowód.
Mirae podniosła wzrok na zwariowaną szczelinę między jego zębami, a potem niechętnie otworzyła usta, żeby Mark i Soojin mogli zajrzeć do środka.
Mark natychmiast zaczął się śmiać. Soojin próbowała go uciszyć, trącając łokciem w bok, ale to tylko bardziej go rozśmieszyło.
– Obiecałeś, że nie będziesz się nabijał! – powiedziała Mirae, wydymając usta, choć niczego takiego nie obiecywał. Jednak Soojin też zaczynała się trochę uśmiechać, zarażona jego rechotem. Mirae nie była zadowolona.
Powoli się wyprostował, a jego twarz nadal promieniała.
– Przepraszam. Naprawdę nie jest aż tak źle.
Mirae wydała dźwięk świadczący o tym, że nie jest przekonana, a wtedy Mark z poważną miną podrapał się w brodę i powiedział:
– Popatrz na to.
Otworzył usta i językiem wypchnął do przodu jeden ze swoich przednich mlecznych zębów. Ząb był już rozchwiany i łatwo ustępował pod naciskiem, jak drzwiczki dla psa odgięte prawie do oporu.
– Co ty wyprawiasz? – zapytała Soojin, a kiedy zrozumiała, czego próbuje, uderzyła go i zapiszczała: – Fuj, przestań!
Mark popychał ząb dalej, aż tkwił prawie poziomo i korzeń w końcu się przemieścił. Ząb spadł na podstawioną dłoń. Połyskiwał od śliny i był tylko trochę zaczerwieniony u korzenia.
Mark triumfalnie uśmiechnął się do dziewczyn, ukazując dwie pokaźne luki w uzębieniu.
– Widzisz, to nie takie złe. Teraz do siebie pasujemy.
Następnego ranka mama i tata zabrali Mirae na dwór z miską, w której grzechotały mleczaki. Powiedzieli jej, że ma je podrzucić jak najwyżej w powietrze. Jeśli nie spadną z powrotem, będzie to znaczyło, że złapał je Bóg i spełni jej życzenie.
Pomyślała życzenie i zaczęła rzucać mocno, jeden ząb po drugim. Żaden nie spadł. Mirae zaczęła skakać z uciechy i gwizdać przez liczne szpary między zębami. Ojciec zarzucił ją sobie na ramię i kilka razy zakręcił i powietrzu. Zapytał, o co poprosiła Boga.
Mirae zachichotała, sięgnęła ku niebu i nic nie powiedziała. Zęby, rzecz jasna, wylądowały po prostu na dachu. Kilka zabrały kruki, skuszone ich kościanym połyskiem, a reszta zostanie spłukana podczas kolejnego deszczu. Jeden wpadnie do rynsztoka i z klekotem wyleci z powrotem na ziemię, gdzie znajdzie go mama.
Mirae przez długi czas wierzyła, że jej mleczne zęby zostały zabrane przez Niebo – wspomnienie podrzucania ich wysoko otulała trwała magia dziecięcej pamięci. Mama pozwalała jej w to wierzyć jeszcze przez kilka lat, aż w końcu pewnego dnia wyciągnęła z szuflady strunowy woreczek z jednym zębem trzonowym. Śmiejąc się, wytrząsnęła go Mirae na dłoń. Zapytała zdumioną dziewczynę, wtedy prawie nastolatkę, czego sobie życzyła tak wiele lat wcześniej.
Szczegóły były mgliste, ale Mirae odpowiedziała…
Soojin zmywała naczynia, kiedy nagle zabrzęczał jej telefon. Nie patrząc na wyświetlacz, wiedziała, że to wiadomość od Marka. Jedynym oprócz niego człowiekiem na świecie, który wysyłał jej esemesy, był tata, ale on przyjechał na weekend do domu. Wytarła dłonie w fartuszek i spojrzała. Rzeczywiście, na ekranie widniało imię Mark.
Od wskrzeszenia minął tydzień i sytuacja między nimi uległa zmianie. Nadal dawał jej przestrzeń, ale czasami po lekcjach czekał przy drzwiach, by poszli razem, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Przed kilkoma dniami przyniósł zrobiony przez mamę banchan, a potem wyciągnął z plecaka dwie puszki truskawkowego Milkisa i usiedli na schodach jej ganku.
– Lubisz to, prawda? – zapytał po koreańsku, gdy popijali musujący mleczny napój, obserwując słońce zachodzące za linię drzew. – Pomyślałem, że na pewno tak, skoro nadałaś takie imię szczurzycy.
Było to nieśmiałe odnowienie dawno zgasłej przyjaźni. Nie wierzyła, że potrwa dłużej, ale musiała przyznać, że było jej dość przyjemnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
