A rzeka wciąga ją na dno - Jihyun Yun - ebook + książka

A rzeka wciąga ją na dno ebook

Jihyun Yun

4,3
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Rzeka pamięta więcej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. A niektórych sekretów nie da się wiecznie zatrzymać pod powierzchnią wody.

Soojin odziedziczyła po przodkach magiczne zdolności. I zawsze trzymała się wpojonej zasady: nie próbuj wskrzeszać niczego większego niż własna dłoń. Do czasu, gdy umarła jej starsza siostra…

Kiedy ciało Mirae zostaje znalezione w rzece przepływającej przez ich małe nadmorskie miasteczko, Soojin łamie wszystkie zakazy. Sięga po magię i przywraca Mirae do życia.

Początkowo siostry są szczęśliwe: nocami wymykają się z domu, ciesząc się, że znów są razem. Jednak życie w ukryciu zaczyna coraz bardziej ciążyć starszej z nich. Mirae z każdym dniem staje się coraz bardziej niespokojna… i coraz bardziej głodna. Za wszelką cenę chce odkryć prawdę, która przed laty zniszczyła ich rodzinę. Kierują nią gniew i niepohamowana żądza zemsty.

Gdy miasteczko nawiedzają gwałtowne ulewy, a następnie dochodzi do serii makabrycznych i niewytłumaczalnych zgonów, Soojin zaczyna rozumieć, że siostra, którą sprowadziła z zaświatów, nie jest sobą.

Poruszająca opowieść o miłości silniejszej niż śmierć. I o cenie, którą trzeba za nią zapłacić.

***

Yun mistrzowsko buduje atmosferę powoli narastającej grozy, pokazując, jak rodzinne historie potrafią prześladować kolejne pokolenia. Ta niepokojąca i poruszająca powieść bez reszty porywa w swój nieubłagany nurt.

Trang Thanh Tran, pisarka, autorka bestsellerowej powieści She Is a Haunting

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (10 ocen)
4
5
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jagoda01201

Dobrze spędzony czas

dobra, ale nic mi nie urwało tak jak się tego spodziewałam
00
Innekarta_irmina

Dobrze spędzony czas

Soojin posiada dziedziczoną magiczną umiejętność. Potrafi wskrzeszać zmarłych. Kiedy jej starsza siostra Mirae tonie, korzysta ze swojego daru. W ukryciu przed wszystkimi dziewczyny początkowo są szczęśliwe i spokojne. Z czasem Mirae się zmienia, napędza ją zemsta i chęć niesienia zniszczenia… Ta opowieść jest delikatna jak koreańska porcelana. Piękna i ozdobna, ale przy gwałtownych ruchach rozbija się na drobne kawałeczki. Dwie młode dziewczyny doświadczyły ogromnej straty. Ich bezpieczeństwo zostało bezpowrotnie utracone. Nie potrafiły poradzić sobie z samotnością oraz oczekiwaniami społeczeństwa. Ta książka jest smutna, pokazuje jak wiele jesteśmy w stanie znieść i co poświęcić aby spotkać się z bliskimi, z tą utraconą rodziną. Akcja nie jest dynamiczna, wydarzenia snują się powoli w otoczeniu magii i duchów przodków. Największy nacisk kładziony jest na relacje międzyludzkie z rodziną i przyjaciółmi. Jest mistycznie, mgliście i ponuro. Nie znajdziecie tutaj horroru. Myślę, że to k...
00
natDra88

Nie oderwiesz się od lektury

płynie wolno przez wokszoc czasu, ale warto dać się je porwać
00
Ewa32111

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: And the River Drags her Down

Copy­ri­ght © 2025 for the text by Esther Yun Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Maciej Muszal­ski Copy­ri­ght © 2025 for the jac­ket art by Yejin Park

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Adam Osiń­ski, Ewa Ski­biń­ska Pro­jekt okładki: Tri­sha Pre­vit Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 9788383829524

Cytat

Cór­kom i wszyst­kim dzie­ciom z klu­czami na szyi

Coś się nie zga­dza.

Żałoba to kręte schody.

Stra­ci­łam cię.

Linda Pastan

* * *

Kore­ań­skie sza­manki man­sin mówią „dłoń umar­łego to dłoń cier­niowa” (chugŭn sonŭn kasi­so­nida) – nie może dotknąć żywego ciała, nie zada­jąc rany.

Lau­rel Ken­dall, Sha­mans, House­wi­ves, and Other Restless Spi­rits: Women in Korean Ritual Life

Prolog

Sio­stro, z godzin poprze­dza­ją­cych moją śmierć pamię­tam nie­wiele. Tylko topole jak z akwa­reli, wście­kle roz­huś­tane przez wiatr. Nasze mia­steczko zaro­śnięte koron­kami kró­lo­wej Anny i innymi inwa­zyj­nymi gatun­kami roślin – tak pięk­nymi, że nikomu nie chciało się ich poskro­mić. Pamię­tam, jak to było, gdy raz za razem poty­ka­łam się na torach kole­jo­wych, idąc po nich z roz­po­star­tymi ramio­nami, jak­bym chciała się zerwać do lotu.

A jed­nak spa­dłam.

Widzia­łam przed sobą białą parę mojego odde­chu. Dopiero kiedy ude­rzy­łam głową o wez­braną po desz­czu rzekę, a dło­nie nie zdo­łały zna­leźć opar­cia i wcią­gnęło mnie do środka, zda­łam sobie sprawę, że mogę nie prze­żyć.

Woda mnie zabiła, zanim doko­nał tego chłód. Moje płuca były jak prze­peł­niony wazon. Dzięki Ci, Boże, że pozwo­li­łeś, by to, co nie mogło być bez­bo­le­sne, przy­naj­mniej poszło szybko. Ekipy poszu­ki­waw­cze prze­cze­sy­wały rzekę, ale nurt poniósł mnie zbyt daleko. Dopiero po kilku dniach udało się mnie odna­leźć – siną i nabrzmiałą – wyrzu­coną na odle­gły ska­li­sty brzeg. Chło­pak, który się na mnie natknął, napi­sał póź­niej w inter­ne­cie, że się­ga­jące mi do piersi włosy wyglą­dały jak plą­ta­nina wyrzu­co­nych przez rzekę wodo­ro­stów. Dopiero po chwili dało się zoba­czyć resztę ciała.

Raz na jakiś czas zdję­cie moich zwłok poja­wia się na forach inter­ne­to­wych i jest tam oglą­dane jak spek­takl, któ­rym nie­ubła­ga­nie stają się wszyst­kie przed­wcze­sne śmierci. Ale byłam kochana. Po kore­ań­sku – szlo­cha­jący krewni czu­wali przy moim ciele przez dwie noce i trzy dni. Zgod­nie ze zwy­cza­jem należy wów­czas odma­wiać wszel­kiego jedze­nia i wina ryżo­wego, dopóki czło­wiek nie opad­nie z sił i nie zosta­nie wynie­siony jak szma­ciana lalka.

Mój pogrzeb był skromny. Krewni zabrali mnie do domu w urnie z cela­donu, ozdo­bio­nej mister­nym moty­wem bia­łych jeleni. Nad komin­kiem powstał pro­wi­zo­ryczny ołta­rzyk z moim zdję­ciem, na któ­rym uśmie­cham się do cze­goś, co kusi zza kadru.

Nie zna­czy to jed­nak, że już ni­gdy się nie obu­dzi­łam. Sio­stro, sły­szę cię. Czuję twoje dło­nie, roz­grze­bu­jące zie­mię, prze­szu­ku­jące.

Odpo­wiem na twoje wezwa­nie – powrócę.

Część I. Dziewczyna

Część I

Dziew­czyna

1

Mimo jej usil­nych sta­rań szczu­rzyca była mar­twa.

Soojin od razu się domy­śliła, bo Mil­kis nie sko­czyła do drzwi klatki zaraz po jej wej­ściu do pokoju. Zazwy­czaj odgłosy stą­pa­nia po ścin­kach gazet albo zbie­ga­nia po ram­pie były muzyką sły­szalną wszę­dzie. Jed­nak tego wie­czoru pano­wała jedy­nie ide­alna, nie­chciana cisza.

Zna­la­zła Mil­kis poskrę­caną w jed­nym z hama­ków zawie­szo­nych na samej górze klatki. Szczu­rzyca nie żyła od nie­dawna. Nie wystą­piło jesz­cze stę­że­nie pośmiertne, a różowy nos był miękki w dotyku. Przy­naj­mniej nie cier­piała. Jak wtedy, gdy z pod­brzu­sza wyra­stały jej guzy nowo­two­rowe wiel­ko­ści mig­da­łów.

Soojin poło­żyła szczu­rzycę na dłoni. Nie było to piękne zwie­rzę, lecz wyjąt­kowo wiel­kie jak na swój gatu­nek. Sierść była prze­rze­dzona od cho­rób skóry, a mokre, wyłu­pia­ste oczy przy­po­mi­nały nasiona gra­natu. Nie­mniej była kochana i wkrótce miała powró­cić.

Soojin wsu­nęła dło­nie w latek­sowe ręka­wiczki, poło­żyła Mil­kis na wyściółce pla­sti­ko­wej tacy i skal­pe­lem skra­dzio­nym z pra­cowni bio­lo­gicz­nej odcięła jej ogon. Zdzi­wiło ją, że wcale nie trzeba było mocno doci­skać ostrza. Roz­legł się cichy, mokry trzask, jak po prze­cię­ciu krę­go­słupa ryby. Odcięty kawa­łek wło­żyła do stru­no­wego woreczka. Miał posłu­żyć do wskrze­sze­nia Mil­kis. Reszty ciała pod żad­nym pozo­rem nie wolno było zwró­cić ziemi.

Choć nie miały szansy na roz­rost, guzy znów były w brzu­chu szczu­rzycy i lada chwila mogły się zmie­nić w zło­śliwe. Pogrze­ba­nie cho­rego ciała skut­ko­wało nawro­tem cho­roby. Naj­le­piej było pra­co­wać ze świe­żym roz­cię­ciem albo od zera – czyli z kośćmi. Ale ogon był nie­na­ru­szony. Nada­wał się.

Soojin owi­nęła ciało papie­rową chu­s­teczką i wło­żyła do pudełka po butach, by zanieść je do kre­ma­to­rium cmen­ta­rza dla zwie­rząt. W miej­scu odcię­cia ogona krew two­rzyła szkar­łatne kręgi na bia­łym tle. Soojin gło­śno prze­łknęła ślinę, czu­jąc zna­jome mdło­ści. Po zakoń­cze­niu tej pry­mi­tyw­nej ope­ra­cji złą­czyła drżące dło­nie i wbiła paznok­cie w nad­gar­stek ręki trzy­ma­ją­cej skal­pel, i cze­kała, aż ostry ból zadziała kojąco.

Cho­ciaż miała dopiero sie­dem­na­ście lat, śmierć nie była jej obca. Mnó­stwo razy widziała, jak Mil­kis umiera i się odra­dza, ale teraz po raz pierw­szy miała samo­dziel­nie doko­nać wskrze­sze­nia. Jej sio­stra Mirae, star­sza tylko o rok, była tą odważną – potra­fiła znieść wszystko ze spo­ko­jem i bar­dziej krwawe zada­nia zawsze brała na sie­bie. Mówiła wtedy: „Zamknij oczy”, a kiedy Soojin otwie­rała je z powro­tem, było już po krwa­wym zabiegu. Naj­zdrow­sza część ciała ele­gancko oddzie­lona od reszty cze­kała, gotowa nakar­mić zie­mię lub ogień.

Zeszłej jesieni Mirae uto­nęła w Black Pine – krę­tej rzece prze­pły­wa­ją­cej przez mia­steczko. Soojin wciąż miała wra­że­nie, że Mirae jest obok. Stoi przy zle­wie, spłu­kuje pianę z naczyń i nuci coś pod nosem. W cie­płym bla­sku słońca cze­sze się przy oknie, z któ­rego wyjęła moski­tierę – jakby rzu­cała pasma wło­sów wia­trowi na pożar­cie. Imię Mirae pocho­dziło od kore­ań­skiego słowa ozna­cza­ją­cego przy­szłość. Czyli to, czego miała nie zaznać. Czas, który minął od jej śmierci – dzie­sięć mie­sięcy – niczego nie zale­czył. Soojin wciąż czuła, że roz­szar­pują ją padli­no­żerne ptaki żałoby.

Nagle pod­sko­czyła, bo roz­le­gło się stu­ka­nie w ścianę. W drzwiach stał ojciec i mie­rzył ją nie­pew­nym wzro­kiem.

– Puk, puk – zaczął, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc roz­luź­nić atmos­ferę. Soojin nie miała poję­cia, jak udało mu się wypo­wie­dzieć te dwa słowa tak gro­bo­wym gło­sem. Odchrząk­nął, ale nie prze­stą­pił progu. Oparł się o fra­mugę drzwi i skrzy­żo­wał ręce na piersi. Ta nie­po­radna mowa ciała dzia­łała jej na nerwy.

Nie zawsze tak było. Zale­d­wie rok wcze­śniej Soojin, Mirae i tata zale­gali przed tele­wi­zo­rem i śmiali się z pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych. Dziew­czyny nama­wiały go do noc­nych wypa­dów na sta­cję ben­zy­nową po gów­niane taqu­itosy i napoje lodowe o smaku coli. Do tam­tej pory ich mała rodzina była tak zżyta, że wyda­wała się nie­ty­kalna. Jed­nak po śmierci Mirae wszystko ule­gło zmia­nie.

– Wyjeż­dżasz wie­czo­rem? – zapy­tała Soojin. Twarz ojca była wychu­dzona i pociem­niała od nie­re­gu­lar­nych pła­tów zaro­stu przy­po­mi­na­ją­cych cętki na sier­ści konia.

– Tak – odparł i ski­nął głową. – W domu masz zaopa­trze­nie. W razie czego dzwoń. Będę wra­cał na week­endy.

Ich dom mie­ścił się w Jade Acre – maleń­kim kuror­cie cier­pią­cym na nad­miar piękna. Wtu­lo­nym mię­dzy wie­lo­mi­lowe lasy a góru­jące nad nimi urwi­ska. Morze miało tak nie­wia­ry­godny odcień błę­kitu, że wej­ście do wody byłoby jak zanu­rze­nie się w źre­nicy oka. Lata były dłu­gie i parne. Dła­wiły się od tury­stów strze­la­ją­cych bank­no­tami, jakby to była zie­lona amu­ni­cja.

Przez kilka mie­sięcy wszystko ukła­dało się pomyśl­nie: drzewa rodziły owoce, ptaki wiły gniazda, tury­ści nie ską­pili gro­sza, by za dnia nur­ko­wać w płyt­kich zato­kach w poszu­ki­wa­niu muszli trzech zagro­żo­nych wygi­nię­ciem czer­wo­nych słu­cho­tek, a nocami nie­le­gal­nie prze­kra­dać się po wię­cej. Jed­nak poza sezo­nem mia­sto sta­wało się ponure i odizo­lo­wane, a chło­sta­jący je deszcz zmie­niał kra­jo­braz w papkę z mate­rii orga­nicz­nej. Lepka breja wra­stała we wszystko wokół, a miej­scowi rzadko wyjeż­dżali.

Ojciec był wyjąt­kiem. Co roku po mie­sią­cach tury­stycz­nych korzy­stał ze skrom­nych docho­dów z rodzin­nego pen­sjo­natu, pako­wał manatki i jechał trzy godziny na wschód do Bragg Hills – do pracy w fir­mie budow­la­nej kuzyna. Dłu­gie dojazdy były kło­po­tliwe, więc w ciągu tygo­dnia prze­by­wał u kuzyna, a na week­endy wra­cał do Jade Acre.

Sytu­acja nie była ide­alna. Jeśli zarobki z mie­sięcy tury­stycz­nych nie wystar­czyły, przez resztę roku trzeba było skła­dać grosz do gro­sza. Kiedy matka Soojin jesz­cze żyła, marzyła o opusz­cze­niu Jade Acre. Pen­sjo­nat Hanów nie pozwa­lał się utrzy­mać. Co roku odkła­dali coraz mniej. Jed­nak ojciec obsta­wał przy swoim.

Jak sprze­dać dom, w któ­rym wycho­wy­wały się dziew­czynki? – tłu­ma­czył. Prze­cież o tym wła­śnie marzy­li­śmy.

Sie­dem lat wcze­śniej matka zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym, a wraz z nią na dobre prze­pa­dła moż­li­wość wyjazdu. Nikt nie chciał opu­ścić domu, w któ­rym wciąż żyły wspo­mnie­nia matki i Mirae. Soojin czuła te dwie uko­chane osoby w każ­dym zakątku domu – wtu­lone we wnękę okienną, w każ­dych drzwiach. Były jak nie­koń­czące się pyta­nia.

– Dasz sobie radę, Soo? – pod­jął ojciec. Po raz pierw­szy miała zostać zupeł­nie sama. Po śmierci matki (Soojin była wtedy dzie­się­cio-, a Mirae jede­na­sto­latką) sio­stry wciąż miały sie­bie. Przy­sto­so­wały się do życia dzieci z klu­czem na szyi, a nawet nie­kiedy spra­wiało im to przy­jem­ność. Miały swo­bodę, dzięki któ­rej mogły zasy­piać, kiedy chciały, jeść, na co miały ochotę, i uda­wać doro­słość – na miarę swo­ich wyobra­żeń. Teraz jed­nak Soojin wie­działa, że nikogo przy niej nie będzie.

– Tato, nie jestem dziec­kiem – odparła. – Dam sobie radę. A poza tym nie będę sama – dodała, poka­zu­jąc, co trzyma w dłoni.

– To znowu ten moment? – spy­tał, lekko się cofa­jąc na widok odcię­tego ogona.

Przy­gry­za­jąc wargę, pocie­rał szczękę w spo­sób, po któ­rym Soojin poznała, że roz­waża coś w myślach. Cokol­wiek to było, nic nie powie­dział. Powtó­rzył jedy­nie to, co mówił cór­kom tak wiele razy wcze­śniej.

– Posta­raj się, by nikt cię nie zauwa­żył.

* * *

Magia stała się ich rodzin­nym dzie­dzic­twem, prze­ka­zy­wa­nym z mle­kiem matki. Jed­nak wszystko zaczęło się od ruin i głodu w mia­steczku.

Był to prze­klęty sezon w prze­klętym roku. Przez całą zimę burze gra­dowe sma­gały zie­mię i nie chciały odpu­ścić. Anor­malny mróz był szo­kiem dla gruntu jesz­cze długo po roz­po­czę­ciu lata. Nisz­czył nasiona, któ­rym wresz­cie udało się wykieł­ko­wać. Potem, kiedy w końcu odpu­ścił, ich poszko­do­wany pół­wy­sep dotknęła seria trzę­sień ziemi. To był osta­teczny cios dla roślin, któ­rych nie zmo­gły warunki atmos­fe­ryczne.

Przez brak plo­nów rol­nicy wyrżnęli całą trzodę, aż do ostat­niej wychu­dzo­nej maciory. Nie pozo­sta­wili nic, nawet kości.

A przy­naj­mniej tak im się wyda­wało.

Pod osłoną nocy, w poświa­cie ane­micz­nego księ­życa, dziew­czyna wymknęła się z domu i pobie­gła do wyschnię­tej studni na pery­fe­riach wio­ski. Z cza­sem miała się stać przod­ki­nią, ale na razie była tylko dziew­czyną, którą głód prze­mie­nił w zwie­rzę. Przy­ło­żyła ucho do ujścia studni i nasłu­chi­wała, aż dotarło do niej słabe szu­ra­nie z wnę­trza.

Kiedy miała już pew­ność, że jest sama, pod­cią­gnęła dyn­da­jącą w ciem­no­ści linę, ale zamiast wia­dra z wodą uka­zała się zardze­wiała klatka. W środku była kura dzio­biąca kępki trawy i spe­cjal­nie tam zosta­wione zasu­szone owady.

– Ćśś – prze­mó­wiła uspo­ka­ja­jąco dziew­czyna i odblo­ko­wała klatkę. Ostrze­że­nie było nie­po­trzebne. Ptak uro­dził się słaby i łagodny. Wła­ści­wie ni­gdy nawet nie zagda­kał.

Gła­skała wychu­dzony kor­pus, gła­dząc dło­nią mięk­kie wyły­siałe miej­sca po pió­rach, które ptak wyrwał sobie przez samot­ność. Dziew­czyna uchro­niła zwie­rzę przed zarżnię­ciem – ukryła kurę w nadziei na jajka. Była gotowa na wszystko, byle tylko wyży­wić i utrzy­mać rodzinę. Nic z tego jed­nak nie wyszło.

Mówiła, że jej przy­kro, ale kła­mała. Zabi­cie poszło gładko. Zje­dze­nie mięsa – jesz­cze łatwiej. Ona i krewni, któ­rym udało się prze­żyć, roz­ry­wali mięso w eks­ta­tycz­nej tajem­nicy, cięż­kiej od poczu­cia winy.

Następ­nego dnia, po raz pierw­szy od mie­sięcy, obu­dziła się syta, ssąc kość, którą na­dal miała w ustach. Nakar­miona i pełna nadziei, poszła na pole i zako­pała ją w ziemi, by odżyw­czy szpik użyź­nił ugór. Zoba­czyła wyła­nia­jący się z ziemi dziób, który pró­bo­wał zaczerp­nąć powie­trza. Gleba na­dal była jałowa, ale uro­dziła żywą kurę, która dra­pała i kła­pała dzio­bem.

Dziew­czyna zaczęła krzy­czeć i wbie­gła do domu po matkę. Despe­racko pra­gnąc cudu, szybko zarżnęły i zja­dły ptaka, a potem, jak gdyby ni­gdy nic, zako­pały jego mostek w ziemi. Dla dziew­czyny dar był moc­nym obcią­że­niem. Z wysiłku drżały jej ręce. Z nosa pły­nęła krew. Zako­pu­jąc kość, uśmie­chała się.

Po pew­nym cza­sie zro­biła to ponow­nie. A potem znowu. Kość skrzy­dła, splu­nię­cie. Dzięki temu rodzina była w sta­nie prze­żyć, gdy pozo­stali miesz­kańcy wio­ski przy­mie­rali gło­dem, coraz bar­dziej mizer­nieli, zapa­dali na cho­roby i umie­rali. Zaczy­nali szep­tać mię­dzy sobą, że w rodzi­nie dziew­czyny są demony. Utrzy­my­wana w tajem­nicy kura umie­rała setki razy.

* * *

Tego roku jesień nastała wcze­śnie – kra­wę­dzie liści drzew powoli pokry­wały się zło­tem. Soojin nie­na­wi­dziła jesieni. Wła­śnie o tej porze roku Mirae wyszła na imprezę i już ni­gdy nie wró­ciła. Jej wyrzu­cone na skały ciało kilka dni póź­niej zna­lazł chło­pak z sąsied­niego ogól­niaka. Na zdję­ciach, które zro­bił tuż przed zawia­do­mie­niem poli­cji, twarz jej sio­stry była nabrzmiała i pozba­wiona szcze­gól­nych cech, jak u wszyst­kich ciał przez długi czas pod­da­nych dzia­ła­niu wody. Jesienne gałę­zie widoczne wokół jej głowy wyglą­dały jak znisz­czona korona.

Soojin wie­działa, że w zmia­nie pór roku już ni­gdy nie dostrzeże piękna. Ode­rwała wzrok od wierz­choł­ków drzew i utkwiła spoj­rze­nie w dro­dze.

Kiedy wyje­chała po dru­giej stro­nie pagórka, poja­wił się przed nią cmen­tarz dla zwie­rząt Puchate Poże­gna­nie. O zmierz­chu blada farba, którą poma­lo­wany był budy­nek, migo­tała, jakby zaraz miała znik­nąć. Za biu­rem roz­cią­gało się pole gro­bów uko­cha­nych pupili; miej­sca zostały ozna­czone małymi kamie­niami. Zauwa­żyła syna wła­ści­ciela cmen­tarza, który klę­cząc na jed­nym kola­nie, przy­ci­nał gera­nium w donicy przy drzwiach biura. Słońce padało na jego zazwy­czaj czarną grzywkę, ujaw­nia­jąc w niej kasz­ta­nowe pasma. Pod­czas pracy fał­szo­wał pod nosem jakąś pio­senkę i nie usły­szał jej kro­ków, choć pod butami chrzę­ścił żwir. Nie zauwa­żył jej, nawet kiedy sta­nęła tuż za nim i rzu­ciła cień na ścianę w zasięgu jego wzroku. Uklę­kła.

– Hej – ode­zwała się. Chło­pak gwał­tow­nie pod­sko­czył, a nożyce, któ­rymi celo­wał w obumarły liść, obcięły pęk kwia­tów.

– Cho­lera. – Mark upu­ścił nożyce i pod­niósł gera­nium z ziemi.

Jeśli nie liczyć kwia­tów, które obciął, kiedy go prze­stra­szyła, gera­nium kwi­tło wspa­niale, choć wrze­sień był wyjąt­kowo zimny. Nie dzi­wiło jej to. Znała Marka od nie­pa­mięt­nych cza­sów i ni­gdy nie widziała, by jego dotyk zaszko­dził jakie­mu­kol­wiek żywemu orga­ni­zmowi. Może dora­sta­jąc w oto­cze­niu śmierci, nauczył się ją obła­ska­wiać i cho­dzić na małe ustęp­stwa, by dłu­żej trzy­mała się z daleka.

– Nie chcia­łam cię prze­stra­szyć. Prze­pra­szam za kwiat.

Choć był wysoki i smu­kły, jego twarz wciąż nie zdą­żyła pozbyć się szcze­nię­cego wyrazu dzie­ciń­stwa: brą­zowe oczy na­dal miał odro­binę za duże w porów­na­niu z resztą twa­rzy. Miał w sobie ten rodzaj chło­pię­cego uroku, któ­rym roz­bra­jał i rówie­śni­ków, i popi­ja­jące wino mamuśki na waka­cjach – zwłasz­cza gdy się wła­śnie tak uśmie­chał.

– Nie przej­muj się – odparł, wstał, otrze­pał dło­nie z ziemi i wycią­gnął jedną do Soojin. Pomógł jej wstać, a kiedy cof­nął rękę, na jej dło­niach pozo­stał wil­gotny osad. Starła go, nie siląc się na dys­kre­cję.

– Co tam sły­chać? – zapy­tał Mark, choć pew­nie wie­dział. Co kilka lat Soojin i Mirae odwie­dzały go z pudeł­kami po butach peł­nymi mar­twych stwo­rzeń. Zazwy­czaj szczu­rów, cza­sami pta­ków. Małych orga­ni­zmów, któ­rych cał­ko­wite spo­pie­le­nie zaj­mo­wało naj­wy­żej dwa­dzie­ścia minut. Otwo­rzyła pudełko, a on się­gnął do środka, odsu­nął bibułkę i zoba­czył leżącą w środku Mil­kis. Wyraz jego twa­rzy pozo­stał zdu­mie­wa­jąco jed­na­kowy, choć Soojin i tak nie ocze­ki­wała gry­masu na widok ciała.

Mark poma­gał rodzi­com w inte­re­sach od czter­na­stego roku życia – zaj­mo­wał się wszyst­kim, od odbie­ra­nia tele­fo­nów po spro­wa­dza­nie robio­nych na zamó­wie­nie tru­mie­nek dla kotów. Naj­czę­ściej jed­nak asy­sto­wał przy kre­ma­cjach. Soojin zro­zu­miała, że z praw­nego punktu widze­nia taka praca nie jest legalna, ale miej­scowi doro­śli przy­my­kali na to oko jak na wiele prze­kro­czeń: nie­peł­no­let­nich, któ­rzy pra­cują i pro­wa­dzą pojazdy, nasto­latki prze­my­ca­jące do lokal­nej sali kino­wej rum w butel­kach po wodzie albo palące papie­rosy na kamie­ni­stej plaży wie­czo­rami, gdy pogoda temu sprzy­jała.

– Jasne, rozu­miem – powie­dział Mark, wziął pudełko i otwo­rzył drzwi. – Rodzi­ców nie ma, więc zro­bię to na koszt firmy – dodał. Jeśli choć tro­chę go dzi­wiło, że Soojin kre­muje domowe szczury, zamiast po pro­stu zako­py­wać je w ogro­dzie, jak więk­szość ludzi, nie wspo­mniał o tym ani sło­wem. – Wejdź.

W środku przy­wi­tał ją zna­jomy zapach lawendy i środ­ków odka­ża­ją­cych. W rogu jak zwy­kle wesoło trza­skał komi­nek, a recep­cję ozda­biały świeżo ścięte zioła. Na pierw­szy rzut oka nikt nie pomy­ślałby, że ten przy­tulny pokój z bla­do­żółtą tapetą jest zakła­dem pogrze­bo­wym dla zwie­rząt. Zdra­dzały to dopiero urny ze zło­co­nymi napi­sami w rodzaju: „Wszyst­kie łapy idą do nieba” i „Hau!”.

– Wygląda jak ten, któ­rego przy­nio­słaś kilka lat temu – oznaj­mił Mark, ponow­nie zer­ka­jąc na Mil­kis. Czer­wone pół­księ­życe jej przy­mknię­tych oczu były mętne. – I kilka lat wcze­śniej.

– Lubię szczu­rzyce albi­nosy. – Soojin wzru­szyła ramio­nami.

– Niech zgadnę… Tę też nazwa­łaś Mil­kis?

Zdjęła kurtkę i zosta­wiła ją przy drzwiach, a potem ciężko usia­dła w jed­nym z mięk­kich foteli w pocze­kalni.

– Tak jak nazwę następną.

– Czy to coś zwią­za­nego z gene­alo­gią? W rodzaju: Tu spo­czywa Mil­kis Ósma, miała wspa­niałe, kom­pletne życie. Lubiła gry­zaki i dobry ser?

– Pew­nie jestem już przy Mil­kis Dzie­sią­tej.

– Jasne… – odparł Mark. Widziała, że nie potrafi jej roz­szy­fro­wać. – Czy chcesz, abym… no wiesz… przy­niósł ci z powro­tem pro­chy? Będzie ich malutko. Mniej niż garść. Ale mogę wsy­pać do pude­łeczka po pier­ścionku czy coś…

– Nie, dzięki. Możesz spo­koj­nie wyko­rzy­stać je jako nawóz.

– Nie nadają się dla roślin, wiesz? Zawie­rają za dużo wap­nia i soli. Gleba robi się od nich… – Urwał, bo zauwa­żył, że Soojin patrzy gdzieś w dal, kiep­sko ukry­wa­jąc znu­dze­nie. Zamknął usta z wyraź­nym klik­nię­ciem. Miała tę umie­jęt­ność uci­sza­nia ludzi – jej obec­ność dzia­łała nie­kiedy jak znak pauzy.

Odchrząk­nął.

– Zro­bię, co trzeba – powie­dział, odwró­cił się, zamie­rza­jąc odejść, ale przy­sta­nął. – Pocze­kaj, dobrze? Przy­niosę pro­chy. Zro­bisz z nimi, co zechcesz.

Soojin patrzyła, jak znika za drzwiami kre­ma­to­rium, i wie­działa, że sprawa jest prze­są­dzona. Zdjęła sza­lik. Wcze­śniej nie pla­no­wała zosta­wać, ale uznała, że zaczeka, by Mark Moon nie szu­kał jej z pro­chami gry­zo­nia w gar­ści. Był uparty pod tym wzglę­dem. Mirae i Mark w pew­nych kwe­stiach zdra­dzali oso­bliwe podo­bień­stwo. Soojin nie była pewna, jak to moż­liwe, że nie zauwa­żyła tego w dzie­ciń­stwie, gdy wszy­scy troje byli nie­roz­łącz­nymi przy­ja­ciółmi.

Mirae zawsze nale­gała, by być świad­kiem kre­ma­cji Mil­kis. Hała­su­jący piec zagłu­szał ich ści­szone głosy, drobne dło­nie sio­stry przy­wie­rały do szkła w sali obser­wa­cyj­nej. „Dla­czego musimy patrzeć? – pytała Soojin. – Dziś w nocy i tak spro­wa­dzimy ją z powro­tem”.

„To mimo wszystko ważne”, odpo­wia­dała sio­stra.

Kiedy ciało Mirae zostało zna­le­zione, dyrek­tor zakładu pogrze­bo­wego stwier­dził, że nie­któ­rzy znaj­dują pocie­sze­nie w oglą­da­niu kre­ma­cji uko­cha­nej osoby. Obec­ność pod­czas ostat­niej fizycz­nej podróży podobno poma­gała im dojść do sie­bie. Ojciec posta­no­wił być przy kre­ma­cji i szlo­chał, gdy ciało Mirae w nie­po­zor­nym pudle wjeż­dżało do pieca kre­ma­to­ryj­nego. Soojin nie pła­kała. Stała na zewnątrz, patrzyła na pofał­do­wane wzgó­rza prze­cięte zacho­dem słońca, pochy­lała się nad trawą i wstrzą­sały nią suche tor­sje. Na drze­wach śpie­wały aktywne o świ­cie ptaki, a ich ciała były jasnymi orna­men­tami. Soojin czuła, że rani ją wszel­kie piękno, któ­rego sio­stra już nie zoba­czy.

Dyrek­tor zakładu pogrze­bo­wego nie rozu­miał, że wcale nie chciała dojść do sie­bie. Gdyby nie budziła się co rano z pustką po sio­strze, zna­czy­łoby to, że wspo­mnie­nie o niej jest coraz bar­dziej odle­głe. Wolała więc cier­pieć, niż dopu­ścić do zabliź­nie­nia rany.

2

Mark był w pomiesz­cze­niu z pie­cem kre­ma­to­ryj­nym naj­wy­żej kilka minut, kiedy drzwi biura gwał­tow­nie się otwo­rzyły. Do środka wto­czyła się drobna kobieta. Barw­nie prze­kli­na­jąc po kore­ań­sku, usi­ło­wała balan­so­wać trzema pudłami, uło­żo­nymi jedno na dru­gim tak wysoko, że Soojin widziała tylko linię jej wło­sów. Pudło na samej górze zaczy­nało się ześli­zgi­wać – sko­czyła na równe nogi i zdą­żyła je zła­pać, zanim spa­dło.

– O rany. Dzię­kuję, dziecko – mruk­nęła spod pudeł kobieta. – Dasz wiarę, ile szajsu zamó­wił twój ojciec? Trzy tuziny piłek teni­so­wych i kto wie, ile gry­za­ków z suszo­nej skóry woło­wej. Chce roz­da­wać paczki na otar­cie łez. Paczki! Co zroz­pa­czo­nej rodzi­nie pomoże sterta gadże­tów? Jeśli przez jego durne pomy­sły naba­wię się prze­pu­kliny, Boże, miej mnie w swo­jej opiece…

Posta­wiły pudła, kobieta wes­tchnęła z ulgą, wypro­sto­wała się i wbiła pię­ści w krzyż. Dopiero wtedy zoba­czyła, że adre­sa­tem jej zrzę­dze­nia nie był syn.

– Soojin! Prze­pra­szam. Myśla­łam, że to Mark. Co ty tu robisz, skar­bie?

Dziw­nie było sły­szeć od niej takie pyta­nie. Sie­dem lat wcze­śniej nie zasta­na­wia­łaby się, dla­czego jest u Moonów czy nawet w ich zakła­dzie. Miała tyle wspo­mnień z zabaw za ladą recep­cji z Mar­kiem i Mirae. W urnach robili aran­ża­cje kwia­towe z mle­czy i innych chwa­stów wyrwa­nych w ogro­dzie.

– Ja… – Soojin spoj­rzała w dół na kobietę, którą przez więk­szość dzie­ciń­stwa trak­to­wała w zasa­dzie jak cio­cię. Zatrzy­mała wzrok na jej dobrze zna­jo­mych cie­płych brą­zo­wych oczach i drob­nych dło­niach. Kiedy żyła jej mama, były z panią Moon naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Soojin pamię­tała, jak zano­siły się śmie­chem do póź­nej nocy prak­tycz­nie w każdy week­end. Była pewna, że pani Moon nie mia­łaby nic prze­ciwko przy­słu­gom Marka, ale jed­nak biz­nes to biz­nes – nie musiała o niczym wie­dzieć.

– Przy­szłam tylko coś ode­brać. Nie było mnie wczo­raj na zaję­ciach – powie­działa, wycią­gnęła z torby przy­pad­kowy świ­stek papieru i zama­chała nim na dowód.

– Rozu­miem. – Pani Moon prze­nio­sła wzrok na papier, a potem spoj­rzała na nią z taką czu­ło­ścią, że aż zro­biło się nie­zręcz­nie. Soojin spu­ściła wzrok na swoje dło­nie, a potem na ewi­dent­nie pustą kartkę z zeszytu, którą trzy­mała. Zro­biło jej się głu­pio, wepchnęła kartkę z powro­tem do torby i wbiła wzrok w stopy.

– Jak sobie ostat­nio radzisz? – spy­tała pani Moon. – Nadą­żasz na lek­cjach? Nie za mało jesz? – Ostat­nie pyta­nia zadała, szczy­piąc Soojin w żebra, jakby nie­za­do­wo­lona z jej kości­stej budowy.

– Wszystko w porządku.

– A tata? – nie ustę­po­wała matka Marka. – Jak się miewa? Dużo pra­cuje? – W jej pyta­niach pobrzmie­wała docie­kli­wość, a w oczach było tyle szcze­rej tro­ski, że Soojin zaczy­nała się dener­wo­wać. Ni­gdy zbyt­nio się nie roz­ga­dy­wała na żaden temat, a już szcze­gól­nie tego typu. Zosta­wia­nie nie­let­niej samej na całe dnie nie było do końca zgodne z pra­wem, więc nie wspo­mi­nała o cało­ty­go­dnio­wych wyjaz­dach służ­bo­wych ojca. Ale oczy­wi­ście Moono­wie o nich wie­dzieli. Dosko­nale rozu­mieli, że pod wzglę­dem finan­so­wym ich rodzina balan­suje na postrzę­pio­nej linie, a ojciec robi, co może, by ta lina się nie zerwała.

Pani Moon się­gnęła po jej dło­nie i ogrzała je w swo­ich. Ten mat­czyny gest nie pocie­szał. Spra­wiał ból.

– Jeśli będziesz cze­go­kol­wiek potrze­bo­wała, zawsze jesteś mile widziana w…

Soojin się odsu­nęła.

– Dzię­kuję – powie­działa i zaczęła zbie­rać rze­czy. – Prze­pra­szam. Muszę już iść.

Nie cze­kała na ode­bra­nie pro­chów. Wyszła z zakładu pogrze­bo­wego, czu­jąc, że kło­po­tliwe współ­czu­cie pani Moon podąża jej śla­dem, dopóki pomię­dzy nimi nie zamknęły się drzwi.

* * *

Kiedy Soojin dotarła do domu, było ciemno i zaczy­nało sią­pić. Żwawo prze­szła przez las, oświe­tla­jąc sobie drogę unie­sioną lata­renką. Trzeba było zako­pać ogon, zanim deszcz zamieni zie­mię w błoto.

Nie musiała iść daleko. Jej dom, jak więk­szość w Jade Acre, był odizo­lo­wany i oto­czony lasem. Oprócz dwóch kom­plet­nie wypo­sa­żo­nych dom­ków, które jej rodzina wynaj­mo­wała na lato, w pobliżu nie było nic, tylko mgła i drzewa.

Po dotar­ciu do polany Soojin uklę­kła, wbiła dło­nie w zie­mię i pozwo­liła jej się prze­sy­py­wać mię­dzy pal­cami. W rado­śniej­szych latach matka przy­pro­wa­dzała tu Mirae i ją, by przy­wra­cać do życia różne istoty. Może dla­tego zie­mia miała tak luźną struk­turę – nie zdą­żyła się ubić, bo tak wiele od niej wyma­gano.

Soojin wycią­gnęła z kie­szeni małą łopatkę i zaczęła pracę. Zie­mia nie sta­wiała oporu. Wystar­czył płytki wykop, ale musiał być odpo­wied­nio sze­roki, by pomie­ścić nowe życie. Kiedy już się z nim upo­rała, umie­ściła w środku ogon i przy­sy­pała zie­mią, a potem ponow­nie wło­żyła dło­nie do środka i objęła część ciała szczu­rzycy. Pozo­stało tylko cze­ka­nie.

Z początku nic się nie działo. W ciem­no­ści brzę­czały owady. Z góry obser­wo­wała ją sowa – pła­ski biały talerz jej obli­cza przez chwilę bły­snął pomię­dzy liśćmi, ale nagle coś ją spło­szyło i znik­nęła, trze­po­cząc skrzy­dłami. Na polanę zstą­piła cisza, przy­kry­wa­jąc ją jak pele­ryna. Tak gęsta i nie­prze­nik­niona, spra­wiła, że wie­czór zaczął się wyda­wać nie­sa­mo­wity – jak nagła bariera pomię­dzy Soojin a zna­nym jej dotąd świa­tem.

Pierw­szym uczu­ciem były deli­katne prądy prze­szy­wa­jące ramiona. Powie­trze wokół głowy zda­wało się gęste od istot, jakby w ciem­no­ści zwró­ciło się ku niej sto wyobra­żo­nych oczu. Wło­ski na jej karku zje­żyły się. Na kra­wę­dzi pola widze­nia poja­wiły się złote roz­bły­ski i ską­pały cały świat w poszar­pa­nym sepio­wym świe­tle. A potem zaczęło się naprawdę.

Dotarły do niej szepty. Tak zawsze nazy­wała je Mirae. Połą­cze­nia ści­szo­nych gło­sów, któ­rych nie roz­po­zna­wała, ale wie­działa – tak jak ważka intu­icyj­nie prze­czuwa swój bru­tal­nie krótki żywot – że to głosy jej przod­ków. Sły­szała je: kobiety, które żyły przed nią, brały udział w tym samym rytu­ale kości i ziemi i ni­gdy nie odpusz­czały. Przy­tknęła czoło do ziemi i nasłu­chi­wała, czu­jąc pierw­szą falę mdło­ści. Co jakiś czas z plą­ta­niny wyra­stał głos, jak sygnał radiowy wybi­ja­jący się ponad zakłó­ce­nia. Było to na tyle wyraźne, że Soojin roz­po­zna­wała poje­dyn­cze słowa, zanim głos zaczy­nał drżeć i ustę­po­wał miej­sca kolej­nemu.

Cza­sami sły­szała świeży, nie­po­radny język dziecka, które jesz­cze nie przy­wy­kło do spół­gło­sek. Innymi razy odzy­wała się star­sza kobieta o mowie znie­kształ­co­nej przez udar.

– Kiedy plony zawio­dły, my… A potem matka powie­działa… Kiedy skrę­ci­łam mu kark, nie sta­wiał oporu. Jedli­śmy i jedli­śmy…

Nic z tego nie rozu­miała. Ale nagle, w przy­tłu­mio­nym zgiełku wspo­mnień poprzed­nich poko­leń, usły­szała zna­jomy głos.

– Moje córki – ode­zwała się po kore­ań­sku matka, z dia­lek­tal­nym zaśpie­wem, jakby bli­ska śmie­chu. – Skup­cie się.

Coś ją zde­kon­cen­tro­wało. Soojin miała ochotę wytro­pić to wspo­mnie­nie i ruszyć za nim jak pies, który wyczuł krew. Na­dal pamię­tała. To było lato. Całe dziew­częc­two temu. Roz­bu­chane białe kwiaty pomi­do­rów były cięż­kie od trzmieli. Na świeżo spulch­nio­nej ziemi leżały kłęby sier­ści i kości wyplute przez sowę. Soojin poczuła, że traci kon­trolę. W gle­bie gnił ogon Mil­kis.

– Skup­cie się. Tutaj, moje córki. Spójrz­cie.

Soojin prze­nio­sła uwagę z powro­tem na dło­nie i głosy natych­miast uci­chły – jak widma, któ­rymi były. Była sama w lesie i nie mogła, po pro­stu nie mogła tego zro­bić. Pośród nocy widziała parę swo­jego wytę­żo­nego odde­chu.

– Cho­lera – wydy­szała, pró­bu­jąc powstrzy­mać łzy. Ogon leżał bez życia na jej pal­cach, chłodny i wiotki jak dżdżow­nica uto­piona – a potem porzu­cona przez deszcz. Soojin wró­ciła myślami do wszyst­kich chwil, kiedy pró­bo­wała i zawio­dła. Do wycią­ga­nych z ziemi węży, wiją­cych się i czer­wo­nych, bo nie potra­fiła odtwo­rzyć ich łusek. Pta­ków, które trze­po­tały się na jej dłoni, ale nie oży­wały. Synapsy iskrzyły, iskrzyły… a potem gasły. Czy nie było tak, że matka lub Mirae zawsze musiały koń­czyć to, co jej się nie uda­wało? Dla­czego uwie­rzyła, że kiedy jest sama, nagle posia­dła tę umie­jęt­ność tylko dla­tego, że nie ma wyboru?

Ale nie. Coś rze­czy­wi­ście się działo. W pierw­szej chwili było to pra­wie nie­uchwytne, ale rośliny ocie­ra­jące się o jej kolana naprawdę obumie­rały. Jej bli­skość wysu­szała i przy­gi­nała trawy, jakby ich żywot­ność prze­cho­dziła do jej dłoni. Mokre powie­trze prze­szyła krwi­sta woń żelaza, tak silna, że zro­biło jej się nie­do­brze. Zie­mia na pal­cach nagle, w nie­od­gad­niony spo­sób zamo­kła. Zie­mia oddała krew nie­zna­nego pocho­dze­nia, stała się mułem, stała się bło­tem.

Powie­trze nabrało lep­kiej gęsto­ści, tak cięż­kiej, że ści­skało jej płuca jak palce, aż oddy­cha­nie zaczęło spra­wiać ból. Drzewa nad jej głową już nie falo­wały na wie­trze, liście były bez­władne, jakby zawie­szone poza cza­sem. Coś się nie zga­dzało. A wła­ści­wie wszystko było nie tak. W uszach sły­szała odle­głe zawo­dze­nie, gło­śniej­sze z każdą chwilą, a serce w miarę nara­sta­nia magii biło nie­re­gu­lar­nym, duszą­cym ryt­mem.

I nagle – o Boże – poczuła to: coś zaczy­nało się zagęsz­czać mię­dzy jej pal­cami. Pierw­sze były wnętrz­no­ści – lep­kie, pul­su­jące, oddzie­lone od reszty. Potem śle­dziona, wątroba, maleń­kie bijące serce. Poru­szały się w ziemi jak śli­maki, znaj­do­wały wła­ściwe miej­sca i odpo­wied­nio się ukła­dały. Zie­mia zaczęła się zszy­wać w szkie­let. Następne były kości: falu­jące bruzdy mied­nicy, deli­katny akor­deon żeber, wystar­cza­jąco ostrych, by utkwić w gar­dle. Mokre czer­wone oczy nabrzmiały i zako­twi­czyły w świe­żych zagłę­bie­niach for­mu­ją­cej się czaszki.

Soojin przy­gry­zła wnę­trze policzka, by zwal­czyć odruch naka­zu­jący cof­nąć ręce. Ani mi się waż, pomy­ślała. Nie rób tego. Poczuła żółć w gar­dle. Wal­czyła z obrzy­dze­niem, ale pro­ces nie usta­wał.

Rodziło się ciało, wypeł­nia­jąc prze­rwy mię­dzy szkie­le­tem a narzą­dami. Surowe mięso drgnęło, a mię­śnie ud zaczęły ude­rzać o jej palce w szyb­kim ryt­mie, jak u psa, który kopie przez sen. Trach, trach, trach. Czy nie uczyła się o tym w szkole? Wyła­do­wa­nia neu­ro­nów czy coś podob­nego. Nawet mar­twe ciała cza­sami się poru­szają.

Powoli wdy­chała powie­trze przez zaci­śnięte zęby. Z oddali dobie­gał śmiech, a pamięć roz­wi­jała się jak film na podzie­lo­nym ekra­nie. Na poło­wie widziała aktu­alną sie­bie: samotną, sie­dem­na­sto­let­nią, pochy­loną nad trawą i wstrzą­saną suchymi tor­sjami. Na dru­giej uka­zał się dzień sprzed wielu lat, gdy matka zapro­wa­dziła ją i Mirae dokład­nie w to miej­sce, by poka­zać, co potra­fią dziew­czyny z ich rodu.

Mirae jak zwy­kle była lep­sza. Stała pew­nie na nogach, mniej się bała, wszystko dotarło do niej w mgnie­niu oka. Wtedy też cho­dziło o Mil­kis – wra­cało do nich jedno z jej nie­zli­czo­nych ist­nień.

Tym razem miała wró­cić tylko do Soojin.

Ostry ból prze­szył jej palec. Wcią­gnęła powie­trze, odsu­nęła się od ziemi i poczuła, że w jej dłoni wije się szczu­rzyca z sier­ścią brudną od krwi i ziemi. Zwie­rzę poru­szało się gwał­tow­nie i nie­wąt­pli­wie żyło. Soojin odkrę­ciła butelkę wody i szybko prze­myła Mil­kis. Łzy fru­stra­cji już wyschły. Teraz pła­kała ze wzru­sze­nia, a szloch prze­pla­tał się ze śmie­chem. Zaczęła szep­tać: „Ćśś, ćśś”, co zna­czyło: dzięki Bogu. Mil­kis szybko się pod­dała zna­jo­memu doty­kowi i zaczęła prze­pra­sza­jąco pod­gry­zać opu­szek jej krwa­wią­cego palca.

– Witamy z powro­tem – powie­działa Soojin, poca­ło­wała szczu­rzycę w łebek i scho­wała ją z powro­tem do kie­szeni.

Poczuła falę oszo­ło­mie­nia i nie mogła wyko­nać żad­nego ruchu, choć deszcz padał teraz moc­niej. Była wykoń­czona, drżały jej ręce, ale podo­łała i dzięki temu czuła się znacz­nie mniej samotna. Udało mi się, mamo, pomy­ślała. Wspo­mnie­nie głosu matki wciąż dźwię­czało jej w uszach, mobi­li­zu­jąc do sku­pie­nia. Dzię­kuję za twoje wska­zówki. Pró­bo­wała nie myśleć o tym, że nie sły­szała Mirae, co budziło w niej jed­no­cze­śnie tęsk­notę i ulgę. Wie­działa, że to głu­pie. Jed­nak głos sio­stry pośród od dawna nie­ży­ją­cych krew­nych uczy­niłby całe doświad­cze­nie bar­dziej rze­czy­wi­stym.

Soojin zasło­niła oczy nad­garst­kiem, a Mil­kis poru­szyła się w kie­szeni, z kocią zapal­czy­wo­ścią czysz­cząc sierść. Wiatr wró­cił jak dra­pież­nik. Sma­gał drzewa i spra­wiał, że deszcz padał uko­sem. Czuła, że jeśli poczeka jesz­cze dłu­żej, będzie chora.

Nagle po jej lewej stro­nie zabrzmiał meta­liczny brzęk. Serce pod­sko­czyło jej do gar­dła i odwró­ciła się w tam­tym kie­runku. Nie było to tylko ude­rze­nie o gałąź. Ktoś ją zauwa­żył. W oto­cze­niu wyso­kich drzew spo­strze­gła chłopca. W miej­scu oczu miał dwie czarne plamki. Od jak dawna tam stał? Twarz miał zwiot­czałą i bez­kr­wi­stą. Pokrywka przed­miotu, który trzy­mał, brzęk­nęła ponow­nie. Dla Soojin brzmiało to jak rygiel zasuwy wbi­ja­jący się na swoje miej­sce albo jak dzwon kata, ale nie było ani jed­nym, ani dru­gim. Zoba­czyła Marka Moona. W dło­niach ści­skał gar­nek z zupą.

3

Soojin nie była pewna, jak długo ona i Mark stali jak wryci na pola­nie, wpa­tru­jąc się w sie­bie bez słowa. Miała wra­że­nie, że wyfru­nęła z ciała i obser­wo­wała sie­bie z dystansu. Wie­działa, że pada deszcz, ale nie czuła go na skó­rze. Zda­wała sobie sprawę, że jej nogi są wbite w zie­mię, która powoli zmie­nia się w błoto, ale i to docie­rało do niej nie­wy­raź­nie. Tak naprawdę widziała tylko Marka i świa­tło latarni odbite w jego sze­roko otwar­tych oczach.

– Coo… – wydy­szała, ale on był szyb­szy.

– Co to jest? – zapy­tał sła­bym gło­sem. – Soojin, co ty wła­śnie zro­bi­łaś? – Prze­niósł wzrok z jej dłoni na płat mar­twej trawy za jej ple­cami, a potem na kie­szeń z ogo­nem Mil­kis poru­sza­ją­cym się jak waha­dło. – Ta szczu­rzyca. – Wska­zał. – Ty…

Zerwała się na nogi. On się nie uchy­lił. Zro­bił krok ku niej, z palą­cymi pyta­niami w oczach.

– Ty wła­śnie…

Soojin minęła punkt, w któ­rym jesz­cze można myśleć. Przy­ci­snęła dłoń do jego ust i poczuła pod skórą zdu­miony wydech.

– Pro­szę – powie­działa. Jakimś cudem nie zadrżał jej głos. Mark tu był, widział ją. Nagle nawet odludny las wokół domu wyda­wał się zdra­dziecki. W ciem­no­ści zaczęła wypa­try­wać kolej­nych czuj­nych twa­rzy. Spa­pra­łam, spa­pra­łam, brzmiało w myślach. W panice nie przy­cho­dziło jej do głowy nic innego. – Pro­szę, po pro­stu nic nie mów i chodź za mną.

Zeszła z polany i ruszyła w stronę latarni roz­świe­tla­ją­cej okna jej domu. Minęło tro­chę czasu, ale w końcu usły­szała, że za nią idzie. Nie oglą­dała się za sie­bie. Obec­ność Marka ją przy­tło­czyła, pię­trzące się pyta­nia miały wręcz fizyczny cię­żar, napie­ra­jący jak taran. Była zasko­czona, że potra­fił trzy­mać język na wodzy przez całą drogę do domu. A nawet wtedy, gdy zosta­wiła go w przed­sionku i poszła zamknąć Mil­kis w klatce w sypialni. Jed­nak kiedy tylko wró­ciła na dół, jego hamulce puściły.

– Co to było? – zapy­tał z bły­skiem w oczach i czymś pomię­dzy stra­chem a zachwy­tem. – Widzia­łem, jak zako­pu­jesz ten ogon, Soojin. Ale był odcięty. Wiem na pewno. Twoja szczu­rzyca. Ty wła­śnie…

Nie radziła sobie z taką nawał­nicą. Potrze­bo­wała czasu.

– Zostań na kola­cję – zarzą­dziła. Pole­ce­nie zbiło Marka z tropu.

– Co takiego?

Soojin spoj­rzała na jego dło­nie. Na garnku, który trzy­mał, per­liły się kro­ple desz­czu. Chłód wresz­cie zaczął prze­bi­jać barierę szoku i zdała sobie sprawę, że oboje drżą jak zzięb­nięte psy.

Spu­ścił wzrok i zaczął mru­gać, jakby zapo­mniał, że cokol­wiek trzyma.

– Mama powie­działa, że mam…

– Przy­nieść mi tyle jedze­nia, by star­czyło na ten tydzień. Domy­śli­łam się. – Wzięła gar­nek, poszła do kuchni i posta­wiła go na kuchence. – Powi­nie­neś zostać. Nie zjem tego wszyst­kiego sama.

Zdjęła swe­ter, roz­ło­żyła go na kalo­ry­fe­rze, kazała Mar­kowi zro­bić to samo, a potem pod­wi­nęła rękawy i zabrała się do pracy w kuchni. Dal­sza kłót­nia stała się nie­moż­liwa, więc oszo­ło­miony ruszył za nią.

Poczuła ulgę, że może sku­pić całą uwagę na zada­niu. Pra­co­wali w abso­lut­nej ciszy, jakby się umó­wili bez słów na uda­wa­nie choć przez chwilę, że pod ich nogami wcale nie roz­warła się prze­paść. Kiedy Mark płu­kał ryż, Soojin wyjęła z lodówki dwa filety z makreli, skro­piła je winem i porząd­nie poso­liła. Olej na patelni muso­wał jak szam­pan. Kiedy poło­żyła filety skórą do dołu, alko­hol z tłusz­czem buch­nęły pło­mie­niem, po czym przy­ga­sły i zaczęły gło­śno skwier­czeć. Po przy­go­to­wa­niu potraw i nakry­ciu do stołu Soojin poczuła, że strach znów zago­ścił w jej brzu­chu.

W peł­nej napię­cia ciszy się­gnęli po łyżki. Soojin jadła ner­wowo, zbyt nie­spo­kojna, by czym­kol­wiek się cie­szyć. Kiedy się pod­dała i odło­żyła pałeczki, zupa była już zimna. Mark też pra­wie nie tknął jedze­nia.

– Już jesteś gotowa? – zapy­tał deli­kat­nie.

Nie, pomy­ślała.

– Tak – odparła.

Naj­wy­raź­niej nie zabrzmiało to zbyt prze­ko­nu­jąco, bo ski­nął głową, ale nie zadał pierw­szego pyta­nia. Kon­trolę nad tem­pem roz­mowy zosta­wił Soojin. Ta przy­gry­zła wargę, prze­łknęła ślinę i cicho zapy­tała:

– Ile widzia­łeś?

– Wszystko – odpo­wie­dział, a potem w tem­pie kara­binu maszy­no­wego dodał: – Ale przy­się­gam, że nie chcia­łem. Puka­łem, nikt nie otwie­rał, a nie mia­łem zamiaru zosta­wiać jedze­nia na ganku na pastwę szo­pów. Mama by mnie zabiła, gdy­bym nie był abso­lut­nie pewny, że je dosta­łaś. Nie chcia­łem… – Dostrzegł jej znie­cier­pli­wie­nie i odchrząk­nął. – Po pro­stu… prze­pra­szam.

Soojin przy­ło­żyła nasadę dłoni do czoła i lekko stuk­nęła, jakby chciała się dobu­dzić. To był kosz­mar. Wie­działa, że postę­puje dzie­cin­nie, ale nie mogła prze­stać obwi­niać pani Moon. Gdyby nie jej głu­pia litość i idio­tyczna misja z zupą, nic takiego by się nie wyda­rzyło.

– Mark, nikt o tym nie wie – powie­działa powoli. Za gał­kami ocznymi kieł­ko­wał ból głowy, ale nie mogła być pewna, czy to stres, czy wtórny wstrząs po magii. – Wie tylko moja naj­bliż­sza rodzina. – Soojin ukła­dała wymi­ja­jące zda­nia, ale prośba była oczy­wi­sta: nikt nie może się dowie­dzieć.

– Rozu­miem – odparł Mark, nie cze­ka­jąc na roz­wi­nię­cie tematu. – Nikomu nie powiem, Soo. Przy­się­gam.

Odsu­nęła dłoń od czoła i spoj­rzała na niego. Na twa­rzy Marka malo­wała się nie­ustę­pli­wość. Nazwał ją Soo. Od dzie­ciń­stwa nie uży­wał tej ksywki. Na jej dźwięk poczuła coś dziw­nego w żołądku, jakby prze­nio­sło ją w cza­sie. Poza tym jed­nak poczuła kom­fort. To był Mark Moon: wciąż ten sam chło­pak, za któ­rym sie­działa co nie­dzielę w prze­ro­bio­nej sto­dole, gdzie odby­wały się nabo­żeń­stwa. Gdy pod kro­kwiami nio­sły się pie­śni, oni zaty­kali nosy przed upo­rczy­wym smro­dem z latryny i prze­ka­zy­wali sobie kar­teczki.

Choć już nie byli przy­ja­ciółmi, a tra­jek­to­rie ich nie­istot­nych egzy­sten­cji bie­gły rów­no­le­gle, nie prze­ci­na­jąc się, w pew­nym sen­sie wciąż byli sobie coś winni. Z nim tajem­nica będzie bez­pieczna. Nie miała innego wyboru, jak tylko w to uwie­rzyć.

– Dzię­kuję – powie­działa i wypeł­niła nie­zręczną ciszę, która nastała po przy­rze­cze­niu, hała­śli­wie zbie­ra­jąc wciąż pełne naczy­nia.

– A szczu­rzyca… To ta, którą dziś rano skre­mo­wa­łem, prawda? – spy­tał Mark i gwał­tow­nie wstał, żeby pomóc.

– Tak – odparła Soojin. – Spro­wa­dzamy Mil­kis z powro­tem co kilka lat. Cza­sami czę­ściej, jeśli zdro­wie szybko ją opusz­cza. Była pupi­lem z dzie­ciń­stwa naszej mamy. To mama nas wszyst­kiego nauczyła.

– Domy­ślam się, że przez cały ten czas przy­cho­dzi­ły­ście po kre­ma­cję do mnie wła­śnie przez… – Zda­wał się szu­kać słów. – To wszystko – zakoń­czył, wyko­nu­jąc nie­pre­cy­zyjny gest w jej kie­runku.

– Tak. Jeśli zako­piesz wię­cej czę­ści ciała w róż­nych miej­scach, to nie zadziała. Wszyst­kie ele­menty, któ­rych nie wyko­rzy­stasz, należy znisz­czyć. Trzeba jakoś się pozbyć resz­tek.

Mark drgnął na taki dobór słów.

– Na to wygląda. To mi przy­po­mina… o cho­lera! – Się­gnął do kie­szeni i wycią­gnął z niej pudełko na pier­ścio­nek, wypeł­nione pro­chami. Zamo­kło od desz­czu. Kiedy je otwo­rzył, pro­chy były przy­le­pione do ścia­nek i wyglą­dały jak smugi gra­fitu.

– Żar­tu­jesz. Wyrzuć to, pro­szę.

– Do śmieci? Wydaje mi się to tro­chę nie­etyczne.

– Naprawdę? – Zmie­rzyła go wzro­kiem, gdy odsta­wiał miski do zlewu. – Chodź ze mną.

* * *

Na górze Soojin usta­wiła Marka po jed­nej stro­nie klatki Mil­kis, a sama sta­nęła po dru­giej.

– Spójrz – pole­ciła. Szczu­rzyca wesoło gry­zła blok drewna, a jej ciało wyglą­dało sta­rzej od nich, a jed­no­cze­śnie wyda­wało się zupeł­nie świeże. Mar­twa, a potem już nie.

Skon­fron­to­wany z żywym dowo­dem cza­rów Soojin, Mark po raz kolejny zbladł. Przez jego twarz prze­to­czyły się małe fale nie­do­wie­rza­nia.

– To po pro­stu nie­moż­liwe – pomy­ślał na głos, pocie­ra­jąc wargi. Świa­tło bru­tal­nie igrało mu na twa­rzy, rysy były poprze­ci­nane prę­tami klatki.

– A jed­nak – powie­działa Soojin i otwo­rzyła sko­bel, a Mil­kis wbie­gła po jej ramie­niu. – Widzisz? – dodała bez emo­cji. Wycią­gnęła rękę, by podra­pać szczu­rzycę po ple­cach. – Żyje i ma się dobrze. Czy to cię zado­wala, Etyczny Kre­ma­to­rze?

Mark wrzu­cił pude­łeczko z pro­chami do kosza na śmieci, a potem zabrał Mil­kis z jej ramie­nia i przy­trzy­mał przy twa­rzy. Pró­bo­wał wywą­chać woń zgni­li­zny, ale wyczuł tylko mokrą gazetę i zwie­rzęcą woń.

– Zado­wo­lony? – spy­tała Soojin, gdy wresz­cie odsta­wił Mil­kis na toa­letkę, a ta pognała przed sie­bie, cha­otycz­nie liżąc bute­leczki i gry­ząc przed­mioty, któ­rych nie powinna.

– Chyba tak – odparł i nie­ty­powo dla sie­bie zamilkł. Jedy­nym dźwię­kiem w pokoju było szu­ra­nie Mil­kis w pojem­niku na dłu­go­pisy Soojin.

Soojin wes­tchnęła.

– Pani­ku­jesz, prawda?

Zare­ago­wał nie­ocze­ki­wa­nym uśmie­chem i bez­wład­nie opadł na krze­sło.

– Z całą pew­no­ścią. To takie oczy­wi­ste? Prze­pra­szam, ja tylko…

Wyraź­nie nie­obecny bawił się ścią­ga­czami bluzy z kap­tu­rem.

– Nie wie­rzę… Przez cały czas ty i Mirae potra­fi­ły­ście doko­nać cze­goś takiego, a ja o niczym nie wie­dzia­łem. Kiedy to odkry­łaś?

Obser­wo­wała go badaw­czo. Wiele się zmie­niło. Jego włosy, kie­dyś pro­ste jak u matki, zaczęły się ukła­dać w sub­telne fale jak włosy ojca. Policzki, daw­niej pulchne, były teraz zapad­nięte, choć nad wargą została bia­ława bli­zna z cza­sów, kiedy wszy­scy mieli ospę wietrzną i nie mógł się powstrzy­mać przed ścią­ga­niem zębami ręka­wic kuchen­nych, żeby dra­pać swę­dzące miej­sca.

Jed­nak jego oczy pozo­stały takie same. Sze­ro­kie, jasne i bez cie­nia fał­szu.

– Dowie­dzia­ły­śmy się przez przy­pa­dek. Mama chciała jak naj­dłu­żej utrzy­mać to przed nami w tajem­nicy – wyja­śniła Soojin. – Sam wiesz, że dzieci są nie­od­po­wie­dzialne. Nie chciała, byśmy gdzieś z tym poszły i zro­biły coś nie­od­po­wie­dzialnego albo zaczęły się popi­sy­wać.

– Kiedy mia­łam sie­dem lat, Mirae i ja zna­la­zły­śmy grudkę nie­stra­wio­nych przez sowę resz­tek i posta­no­wi­ły­śmy zor­ga­ni­zo­wać jej w ogródku mały pogrzeb. Zako­pa­ły­śmy ją obok pomi­do­rów. Nie minęło wiele czasu, a wszyst­kie pomi­dory zde­chły. A spod ziemi dobie­gał pisk co naj­mniej pół tuzina myszy pró­bu­ją­cych się wydo­stać na zewnątrz.

Na to wspo­mnie­nie na jej twa­rzy zago­ścił uśmiech – przy­po­mniała sobie, jak jej sio­stra pisz­czała, gdy z ziemi wysu­nął się pierw­szy pysz­czek, a za nim co naj­mniej cztery kolejne nie do końca ufor­mo­wane gry­zo­nie. Przy­bie­gli rodzice, wyma­chu­jąc łopa­tami, jakby mieli zatłuc pory­wa­cza. Zastali jed­nak tylko córki wcze­pione w sie­bie i zawo­dzące na całe gar­dło.

– Wtedy stra­ci­ły­śmy przy­tom­ność. Pierw­szy raz w życiu coś oży­wi­ły­śmy, i to od razu sześć zwie­rząt jed­no­cze­śnie. Prze­spa­ły­śmy całe dwa­dzie­ścia cztery godziny. Rodzice byli bli­scy poje­cha­nia z nami na oddział ratun­kowy. Kiedy odzy­ska­ły­śmy przy­tom­ność, mama uznała, że naj­bez­piecz­niej będzie poka­zać nam, co potra­fimy. Nauczyć odpo­wie­dzial­no­ści oraz jak robić to popraw­nie.

Umysł Soojin sza­lał od wspo­mnień. Ona i sio­stra klę­czące z matką w ogro­dzie i grze­biące w ziemi, by pocho­wać ptaka, który się zabił o ich okno. Kiedy sikorka zerwała się do lotu w chmu­rze pió­rek i ziemi, chwa­sty ugięły się pod cię­ża­rem magii.

Odwró­ciła twarz do okna, by unik­nąć spoj­rze­nia Marka. Czę­sto przy­po­mi­nała sobie te chwile, ale już od lat nie łączyła z nimi słów. Kto miał jej o tym opo­wie­dzieć? Ojciec nie lubił mówić o prze­szło­ści. Ani o niczym innym.

Odda­łaby wszystko, by ponow­nie prze­żyć te pierw­sze cudowne dni wie­dzy. Magia i efekt nowo­ści trzy­mały się ich wtedy jak ładu­nek elek­tro­sta­tyczny. Nie­ma­te­rialne dzie­dzic­two prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie w linii żeń­skiej. Matka mówiła, że spro­wa­dza­nie orga­ni­zmów z powro­tem do świata żywych poma­gało jej czuć bli­skość z wła­sną zmarłą rodzi­cielką. Wtedy Soojin tego nie rozu­miała, bo wszy­scy, któ­rych kochała, na­dal z nią byli. Z cza­sem to się zmie­niło.

– Sły­szę ich – oznaj­miła.

– Co sły­szysz?

– Kiedy przy­wra­cam do życia, sły­szę ludzi. Kobiety z mojej rodziny, któ­rych już z nami nie ma.

– Coś jak duchy? – spy­tał Mark. – Potra­fisz z nimi roz­ma­wiać?

– Nie. Nie o to cho­dzi. Raczej jak… – szu­kała odpo­wied­nich słów – kolaż wspo­mnień. Sły­szę, jak dziew­czyny się śmieją, roz­ma­wiają. Nie potra­fię tego kon­tro­lo­wać. To jakby sły­szeć, że ktoś w pokoju obok prze­łą­cza sta­cje radiowe – wyja­śniła, sku­biąc zadartą skórkę przy paznok­ciu. – Cza­sami sły­szę mamę. To co innego niż słu­cha­nie nagra­nia. Pra­wie jakby tam była. Nie­wi­dzialna, ale na tyle bli­sko, że można jej dotknąć.

Spu­ściła wzrok na dło­nie i kro­ple krwi w miej­scu, gdzie nade­rwała skórę. Nie była pewna, dla­czego się tym wszyst­kim dzieli, ale gdy już zaczęła, nie mogła prze­stać. Znaj­do­wała coś pocie­sza­ją­cego w świa­do­mo­ści, że jej wspo­mnie­nia mogą teraz żyć w umy­śle kogoś innego. Miała wra­że­nie, że matka i Mirae wciąż gdzieś oży­wiają małe zwie­rzęta, nawet jeśli tylko w ogro­dzie cudzej wyobraźni.

– Czy cała twoja rodzina… potrafi to robić?

– Tata nie. Tylko kobiety od strony matki. Czyli ja i… – Jej głos zawisł w powie­trzu jak haczyk na wędce.

– Tak – powie­dział cicho Mark. I wtedy w jego oczach poja­wiło się to, czego tak nie­na­wi­dziła: litość. Jak bez­u­ży­teczny musi się wyda­wać ten jej dar. Tylko ona została. Dom był pełen cudow­nych kobiet dają­cych życie, a i tak nie zapew­nił im ratunku.

Zapa­dła nie­zręczna cisza i Mark zaczął stu­dio­wać jej sypial­nię, jakby chciał patrzeć na wszystko, tylko nie na nią. Soojin momen­tal­nie stra­ciła pew­ność sie­bie. Czy uzna za dzie­cinne, że tak nie­wiele się tu zmie­niło przez te wszyst­kie lata? Do sufitu wciąż były przy­cze­pione świe­cące kon­ste­la­cje, a na noc­nej szafce na­dal stały gwiazdki ori­gami w sło­ikach po sosach do maka­ronu. Czy uzna za ponure, że pra­wie rok po śmierci sio­stry ani ona, ani ojciec nie roz­mon­to­wali dru­giego łóżka?

Wszyst­kie rze­czy Mirae wciąż były tam, gdzie je zosta­wiła ostat­niego dnia. Na toa­letce na­dal stało pude­łeczko z wyschnię­tymi soczew­kami kon­tak­to­wymi. Była też bute­leczka z pły­nem, którą zapo­mniała zakrę­cić. I grze­bień o drob­nych zębach, z gęstwiną czar­nych wło­sów. W pew­nym sen­sie biurko Mirae było ołta­rzy­kiem nie­da­ją­cej się odzy­skać prze­szło­ści.

– Tęsk­ni­łem za tym miej­scem – powie­dział Mark w taki spo­sób, że zabrzmiało jak „tęsk­ni­łem za tobą”. Spoj­rzał na nią, a potem, jakby wystra­szony, że Soojin też na niego patrzy, szybko spoj­rzał z powro­tem na fos­fo­ry­zu­jące gwiazdy na sufi­cie.

Soojin odzwy­cza­iła się od jego obec­no­ści. To było zde­rze­nie epok w jej życiu roz­dar­tym na dwie czę­ści: godziny poprze­dza­jące obie tra­ge­die i te zaraz po nich.

– Pamię­tasz, jak to było, kiedy Mirae stra­ciła kilka mle­cza­ków, więc wyrwa­łeś jeden ze swo­ich, żeby popra­wić jej humor? Sie­dzie­li­śmy dokład­nie tutaj, gdzie ty teraz.

Nie pamię­tał.

– Na­dal go mam. Oczy­wi­ście nie twój ząb, tylko Mirae. Naprawdę myślała, że wszyst­kie zabrał Bóg, a one po pro­stu utknęły w ryn­nie na dachu… długa histo­ria. Mama zna­la­zła jeden z nich po desz­czu. – Soojin wstała i wycią­gnęła stru­nowy wore­czek z zębem mlecz­nym na dnie. Był to naj­dziw­niej­szy test na świe­cie, ale Soojin posta­no­wiła, że jeśli Mark zare­aguje obrzy­dze­niem, wyko­pie go za drzwi.

Nie zare­ago­wał. Wziął wore­czek do ręki i przy­glą­dał się maleń­kiemu ząb­kowi przez mętną folię.

– Pro­szę, nie mów mi, że zacho­wa­łaś go, żeby… spro­wa­dzić Mirae…

– Nawet tak nie żar­tuj – prze­rwała Soojin, choć gdyby powie­działa, że ni­gdy nie prze­szło jej to przez myśl, skła­ma­łaby. Po matce nie zostało nic, co mogłaby pogrze­bać, ale po sio­strze miała tę pamiątkę. Ząb był cały, lśniący. Wystar­cza­jąco zdrowy, by wykieł­ko­wało z niego nowe życie.

– Nie żar­to­wa­łem – powie­dział cicho.

– Nasz dar ma swoją cenę, Mark. Mama kazała nam obie­cać, że ni­gdy nie będziemy oży­wiać niczego oprócz małych zwie­rząt, a je też nie za czę­sto. Zdaje się, że w mojej rodzi­nie były osoby, które robiły ina­czej i nie skoń­czyło się to dla nich dobrze – powie­działa Soojin bar­dziej lek­ce­wa­żą­cym tonem, niż zamie­rzała. Nie była pewna, skąd nagle taka iry­ta­cja. – Mama opo­wia­dała nam histo­rię o cio­tecz­nej babce, któ­rej młod­szy brat w cza­sie wojny obe­rwał odłam­kiem. Z jej rodzeń­stwa tylko on prze­żył. Bez względu na to, co mówiła reszta rodziny, nie była w sta­nie go zosta­wić. Nio­sła jego ciało na ple­cach, dopóki to było moż­liwe. – Soojin prze­łknęła ślinę. Sły­szała przy uchu bzy­cze­nie koń­skich much. Była pewna, że ona i Mirae sły­szały kie­dyś głos tej kon­kret­nej cio­tecz­nej babki – lata temu. Kobieta krzy­czała histe­rycz­nie, gdy Mil­kis wśród drga­wek wra­cała do życia w ich dło­niach. To było okropne, jak nie­prze­rwane wycie prze­ra­żo­nego zwie­rzę­cia. Po tym zda­rze­niu skoń­czyły ze wskrze­sza­niem co naj­mniej na rok. – Wresz­cie ta cio­teczna babka odcięła bratu palec i zako­pała jego ciało w ziemi. Pró­bo­wała przy­wró­cić go do życia. – Mark prze­stał się bawić zębem. Nagle zupeł­nie znie­ru­cho­miał. – Przez chwilę sądziła, że jej się udało – cią­gnęła Soojin. – Brat powró­cił w ide­al­nym sta­nie. Bez żad­nych ran, pyzaty, jakby wcale nie gło­do­wał mie­sią­cami. Nie mogła jed­nak go skło­nić do mówie­nia. Jakby był, a jed­no­cze­śnie go nie było. Kiedy nie patrzyła, wpy­chał sobie do ust gar­ście żwiru. Każ­dej nocy wymio­to­wał bło­tem i sie­dział tak, brudny, dopóki ktoś go nie umył.

– Zmarł. Ponow­nie – wydy­szał Mark.

– Tak. A wysi­łek magicz­nego wskrze­sze­nia zabił też moją cio­teczną babkę, zale­d­wie kilka mie­sięcy po odro­dze­niu. Pod koniec życia była cała w sinia­kach i wciąż krwa­wiła z nosa. A przy­naj­mniej tak mi mówiono.

Soojin nie była pewna, jak duża część z tego wszyst­kiego była przy­po­wie­ścią. Spo­so­bem matki, by zaszcze­pić w cór­kach ostroż­ność.

– Mój tata nie zniósłby kolej­nej straty – powie­działa tak cicho, że Mark musiał się nachy­lić, żeby ją usły­szeć. – Wiem to na pewno. I dla­tego nie mogę tego zro­bić.

Jed­nak powstrzy­my­wało ją nie tylko ryzyko uszczerbku na zdro­wiu, lecz także słowa samej Mirae. Pew­nej nocy krótko po odej­ściu mamy sie­działy razem w pokoju. Ojciec nie wycho­dził ze swo­jego, jakby nagle wytrą­cony z roli rodzica. Nie paliły się żadne świa­tła, ale księ­życ w pełni, prze­są­cza­jąc się przez zasłony, bar­wił wnę­trze na kora­lowo.

– Możemy to napra­wić – powie­działa Soojin po kore­ań­sku, w języku, któ­rym się posłu­gi­wała w chwi­lach naj­więk­szej sła­bo­ści. Oznaj­miła to z pła­czem, ści­ska­jąc Mirae za rękę. To nie była per­swa­zja, lecz bła­ga­nie. – Możemy obej­rzeć zawar­tość urny. Musi tam coś być. Uda nam się spro­wa­dzić mamę z powro­tem, jeśli będziemy dzia­łać razem.

– Ale po co, Soo? – spy­tała Mirae.

– Dla nas wszyst­kich. Dla taty.

Mirae potrzą­snęła głową.

– Kła­miesz – powie­działa. – Nie mogę wyba­czyć takich kłamstw.

Mirae nie zosta­wiła pola do dys­ku­sji. A Soojin ni­gdy wię­cej nie wspo­mi­nała o wskrze­sze­niu.

– Nie­na­wi­dzę tego – powie­działa teraz. Na rzę­sach zawi­sła jej łza, ale strzą­snęła ją moc­nymi mru­gnię­ciami.

Mark uniósł rękę, jakby chciał potrzeć jej poli­czek – tak jak to robił dzie­sięć lat wcze­śniej. Zmie­nił jed­nak zda­nie i z gło­śnym stu­kiem opu­ścił dłoń na biurko.

– Naprawdę mi przy­kro.

Soojin nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Zabrała słabo ści­skany przez Marka wore­czek z zębem sio­stry i scho­wała go z powro­tem do szu­flady.

4

Latem, gdy Mirae skoń­czyła sześć lat, w ciągu jed­nego tygo­dnia wypa­dło jej pięć mlecz­nych zębów. Pierw­szy – pod­czas snu. Kiedy się obu­dziła, leżał obok na poduszce, przy małej plamce krwi roz­cień­czo­nej przez ślinę. Drugi i trzeci – tkwiące na tyle luźno, że się chwiały przy gwiz­da­niu – potrze­bo­wały tro­chę pomocy. Mama obwią­zała oba nitką. Jedną dłoń trzy­mała w goto­wo­ści przy boku Mirae, a w dru­giej ści­skała nitkę. Potem odli­czyła: „Jeden, dwa, trzy” i zaata­ko­wała córkę łaskot­kami. Mirae odrzu­ciła głowę w ataku śmie­chu, a zęby przy­wią­zane do nitki bez­bo­le­śnie wysko­czyły.

Ostat­nie dwa wypa­dły w kościele pod­czas zabawy z Soojin i Mar­kiem. Byli jedy­nymi dziećmi w zgro­ma­dze­niu, więc zawsze wypusz­czano ich wcze­śniej z nabo­żeń­stwa, żeby mogli sza­leć na placu zabaw przy akom­pa­nia­men­cie hym­nów śpie­wa­nych dźwięcz­nym, pod­nio­słym kore­ań­skim. Kiedy Mirae wcho­dziła po schod­kach na zjeż­dżal­nię, omsknęła jej się stopa, ude­rzyła twa­rzą o meta­lową kra­wędź i roz­cięła sobie wargę. Wypluła dwa dolne zęby i wybuch­nęła pła­czem. Soojin pobie­gła po matkę, a Mark ocie­rał jej usta z krwi ręka­wem sta­ran­nie wypra­so­wa­nej koszuli, w któ­rej cho­dził do kościoła.

Tego wie­czoru w domu Mirae nie dało się w żaden spo­sób pocie­szyć. Przy­szli krewni Marka i na dole było sły­chać krzą­ta­ninę doro­słych. Choć sze­roko otwarto okna, dom i tak wypeł­nił dym ze skwier­czą­cego boczku.

Mirae nie czuła głodu, nie była nawet pewna, czy da radę żuć. Kiedy otwie­rała usta przed lustrem, wyglą­dała jak kojot ze sta­rych kre­skó­wek emi­to­wa­nych w nie­dzielę, któ­remu zęby wypa­dały jak kla­wi­sze for­te­pianu. Zato­piła twarz w dło­niach.

– Daj spo­kój, nie jest aż tak źle – pocie­szyła ją Soojin, choć na jej drob­nej twa­rzy malo­wało się zmar­twie­nie, jakby zoba­czyła swoją przy­szłość i jej się to nie spodo­bało. Soojin i Mark byli o rok młodsi od Mirae, a Soojin wciąż miała wszyst­kie mleczne zęby.

Mark usiadł przed Mirae.

– Pozwól zoba­czyć – powie­dział. Miał na sobie fio­le­towy ceki­nowy swe­ter matki, a jego koszula moczyła się w occie, co miało wywa­bić krew. W swe­trze zmie­ści­łoby się dwóch Mar­ków Moonów. Chło­pak wyglą­dał jak tro­pi­kalna jasz­czurka z nad­mia­rem skóry.

Mirae potrzą­snęła głową.

– Wiesz, że nie jesteś jedyna? Chcesz zoba­czyć moje? – Mark sze­roko otwo­rzył usta i rze­czy­wi­ście: bra­ko­wało kła, a w zagłę­bie­niu dzią­sła dopiero zaczy­nał się poka­zy­wać maleńki kolec. – Mogę spra­wić, że zacznie gwiz­dać – oznaj­mił i zagwiz­dał na dowód.

Mirae pod­nio­sła wzrok na zwa­rio­waną szcze­linę mię­dzy jego zębami, a potem nie­chęt­nie otwo­rzyła usta, żeby Mark i Soojin mogli zaj­rzeć do środka.

Mark natych­miast zaczął się śmiać. Soojin pró­bo­wała go uci­szyć, trą­ca­jąc łok­ciem w bok, ale to tylko bar­dziej go roz­śmie­szyło.

– Obie­ca­łeś, że nie będziesz się nabi­jał! – powie­działa Mirae, wydy­ma­jąc usta, choć niczego takiego nie obie­cy­wał. Jed­nak Soojin też zaczy­nała się tro­chę uśmie­chać, zara­żona jego recho­tem. Mirae nie była zado­wo­lona.

Powoli się wypro­sto­wał, a jego twarz na­dal pro­mie­niała.

– Prze­pra­szam. Naprawdę nie jest aż tak źle.

Mirae wydała dźwięk świad­czący o tym, że nie jest prze­ko­nana, a wtedy Mark z poważną miną podra­pał się w brodę i powie­dział:

– Popatrz na to.

Otwo­rzył usta i języ­kiem wypchnął do przodu jeden ze swo­ich przed­nich mlecz­nych zębów. Ząb był już roz­chwiany i łatwo ustę­po­wał pod naci­skiem, jak drzwiczki dla psa odgięte pra­wie do oporu.

– Co ty wypra­wiasz? – zapy­tała Soojin, a kiedy zro­zu­miała, czego pró­buje, ude­rzyła go i zapisz­czała: – Fuj, prze­stań!

Mark popy­chał ząb dalej, aż tkwił pra­wie poziomo i korzeń w końcu się prze­mie­ścił. Ząb spadł na pod­sta­wioną dłoń. Poły­ski­wał od śliny i był tylko tro­chę zaczer­wie­niony u korze­nia.

Mark trium­fal­nie uśmiech­nął się do dziew­czyn, uka­zu­jąc dwie pokaźne luki w uzę­bie­niu.

– Widzisz, to nie takie złe. Teraz do sie­bie pasu­jemy.

Następ­nego ranka mama i tata zabrali Mirae na dwór z miską, w któ­rej grze­cho­tały mle­czaki. Powie­dzieli jej, że ma je pod­rzu­cić jak naj­wy­żej w powie­trze. Jeśli nie spadną z powro­tem, będzie to zna­czyło, że zła­pał je Bóg i spełni jej życze­nie.

Pomy­ślała życze­nie i zaczęła rzu­cać mocno, jeden ząb po dru­gim. Żaden nie spadł. Mirae zaczęła ska­kać z ucie­chy i gwiz­dać przez liczne szpary mię­dzy zębami. Ojciec zarzu­cił ją sobie na ramię i kilka razy zakrę­cił i powie­trzu. Zapy­tał, o co popro­siła Boga.

Mirae zachi­cho­tała, się­gnęła ku niebu i nic nie powie­działa. Zęby, rzecz jasna, wylą­do­wały po pro­stu na dachu. Kilka zabrały kruki, sku­szone ich kościa­nym poły­skiem, a reszta zosta­nie spłu­kana pod­czas kolej­nego desz­czu. Jeden wpad­nie do rynsz­toka i z kle­ko­tem wyleci z powro­tem na zie­mię, gdzie znaj­dzie go mama.

Mirae przez długi czas wie­rzyła, że jej mleczne zęby zostały zabrane przez Niebo – wspo­mnie­nie pod­rzu­ca­nia ich wysoko otu­lała trwała magia dzie­cię­cej pamięci. Mama pozwa­lała jej w to wie­rzyć jesz­cze przez kilka lat, aż w końcu pew­nego dnia wycią­gnęła z szu­flady stru­nowy wore­czek z jed­nym zębem trzo­no­wym. Śmie­jąc się, wytrzą­snęła go Mirae na dłoń. Zapy­tała zdu­mioną dziew­czynę, wtedy pra­wie nasto­latkę, czego sobie życzyła tak wiele lat wcze­śniej.

Szcze­góły były mgli­ste, ale Mirae odpo­wie­działa…

5

Soojin zmy­wała naczy­nia, kiedy nagle zabrzę­czał jej tele­fon. Nie patrząc na wyświe­tlacz, wie­działa, że to wia­do­mość od Marka. Jedy­nym oprócz niego czło­wie­kiem na świe­cie, który wysy­łał jej ese­mesy, był tata, ale on przy­je­chał na week­end do domu. Wytarła dło­nie w far­tu­szek i spoj­rzała. Rze­czy­wi­ście, na ekra­nie wid­niało imię Mark.

Od wskrze­sze­nia minął tydzień i sytu­acja mię­dzy nimi ule­gła zmia­nie. Na­dal dawał jej prze­strzeń, ale cza­sami po lek­cjach cze­kał przy drzwiach, by poszli razem, roz­ma­wia­jąc o wszyst­kim i o niczym. Przed kil­koma dniami przy­niósł zro­biony przez mamę ban­chan, a potem wycią­gnął z ple­caka dwie puszki tru­skaw­ko­wego Mil­kisa i usie­dli na scho­dach jej ganku.

– Lubisz to, prawda? – zapy­tał po kore­ań­sku, gdy popi­jali musu­jący mleczny napój, obser­wu­jąc słońce zacho­dzące za linię drzew. – Pomy­śla­łem, że na pewno tak, skoro nada­łaś takie imię szczu­rzycy.

Było to nie­śmiałe odno­wie­nie dawno zga­słej przy­jaźni. Nie wie­rzyła, że potrwa dłu­żej, ale musiała przy­znać, że było jej dość przy­jem­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki