Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
46 osób interesuje się tą książką
CZASEM TO NIE WSPOMNIENIA NAS RANIĄ, LECZ WYOBRAŻENIA O TYM, CO MOGŁO BYĆ…
A gdyby tak...? to historia ludzi, którzy nie zawsze potrafią poradzić sobie z własnymi demonami. Samotni, zranieni i nieidealni próbują odnaleźć szczęście w świecie, który zbyt często ocenia, zamiast zrozumieć.
Każdy z nich walczy o coś innego z uzależnieniem, odrzuceniem, poczuciem wyobcowania czy brakiem akceptacji samego siebie. Ich drogi splatają się w opowieść pełną trudnych wyborów, bolesnych doświadczeń i uczuć, które potrafią zmienić wszystko.
Czasem nawet wtedy, gdy wydaje się, że jest już za późno, los daje jeszcze jedną szansę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 235
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla każdej zranionej duszy,
która mimo pękniętego serca nie przestała wierzyć
w dobro drugiego człowieka.
Od Autorki
Ta opowieść to suma wielu cytatów, więc chciałabym zacząć ją od jednego, który pasuje nie tylko do każdego z bohaterów, ale też do mnie, do ciebie i do wszystkich osób, które spotkasz na swojej drodze.
Wojtek
Czy można tęsknić za czymś, czego tak naprawdę nigdy się nie miało? Codziennie zasypiam z myślą, że jutro wszystko się zmieni, a gdy wstaję, zapał wygasa przytłoczony szarą codziennością. To nie tak, że całe moje życie to pasmo zmartwień. Bywają dobre dni, w których nie zmuszam się do prostych czynności. Tych niestety jest stanowczo za mało. Gdzieś po drodze zagubiłem swoje pasje, marzenia i codzienny uśmiech. Zapomniałem, że z życia trzeba czerpać pełnymi garściami, a nie tylko oczekiwać, aż wszystko podejdzie pod nasz nos samo.
Teraz nie wiem, czy potrafiłbym ostatecznie wykonać ruch, by zmienić swoją codzienność. Rutyna jest uzależniająca. Nim się obejrzysz, boisz się wykonać mały krok, który mógłby spowodować lawinę zmian. Zamykasz się w tej swojej skorupie, nie dopuszczając myśli, że mogłoby być inaczej.
– Muszę dziś wyjść wcześniej, nagły kryzys w pracy. Zawieziesz Anitę do szkoły?
Wzdycham, pocierając zmęczone oczy. Wiem, że nie ma sensu nic mówić. Kiwam więc tylko głową, zastanawiając się, czy trzy godziny snu na dobę wystarczą. Od pięciu lat ja i Magda sypiamy na przemian. Dokładnie od momentu, w którym cholerny, pijany kierowca wjechał w stojących na chodniku ludzi – w tym naszych rodziców.
Gramolę się z łóżka i biorę do ręki telefon. Sprawdzam godzinę. Jednak spałem aż cztery godziny. Zawsze coś więcej. Najciszej, jak potrafię, zaglądam do pokoju, w którym śpi moja dziesięcioletnia siostrzyczka. Obok niej leży brązowy miś z naderwanym uchem, na którym kurczowo zaciska palce. Tym razem nie marszczy brwi, więc mogę odetchnąć z ulgą. Dopiero tydzień temu przestały się pojawiać koszmary, co – jak twierdzi psycholog – jest sukcesem. Ja tak nie uważam. Noc w noc, nieustannie przez pięć lat, budziła się pierwotnie z krzykiem, a później tylko z uczuciem lęku, aż do minionego wtorku. Wtedy po raz pierwszy przespała całą noc i później kolejne siedem. Boję się, że to wróci z nawiązką.
Myślę, że na jej traumę wpływa fakt, że chwila wypadku wryła się w jej umysł. Zapisała się na dobre i nie sposób jej wyplenić, mimo że Anita miała wtedy tylko kilka wiosen. I ogrom szczęścia, że wyrwała się mamie i cofnęła o kilkanaście kroków, ponieważ jej uwagę przyciągnął przepiękny motyl. Jak później opowiadała, był ogromny, a do tego miał zielono-czarne skrzydła. Kiedy go zobaczyła, otworzyła szeroko buzię i po prostu musiała znaleźć się bliżej niego. W momencie, gdy nachylała się nad nim z wypiekami na policzkach, usłyszała pisk opon, huk i krzyk mamy. Ani mnie, ani Magdzie nie opisała nic więcej, ale wiem, że psycholożka i policjanci usłyszeli od przerażonej pięciolatki szczegółowy opis, jak wyglądała mama z krwawiącą głową i że nie mogła dostrzec tatusia, bo poleciał bardzo daleko.
Gdy zabraliśmy ją do domu, w kółko opowiadała o tym motylu, jakby stał się jej bezpieczną przystanią. Kupiłem więc od razu różne albumy z tymi owadami i w chwilach, kiedy budziła się z krzykiem, przeglądaliśmy je, by odnaleźć ten konkretny gatunek. Pierwotnie skupiłem się na odmianach, które występują w Polsce. Kiedy skończyliśmy wertować wszystkie książki, Anita naprawdę mnie zadziwiła, gdy powiedziała, że to nadal nie ten. Poszerzyłem więc naszą kolekcję, pierw o Europę, a następnie o kolejne kontynenty, stając się wprawionym lepidopterologiem.
Do tej pory nie wiem, jak wytłumaczyć fakt, że pewnej nocy kruszyna uśmiechnęła się szeroko i małym paluszkiem wskazała na Motyla Królowej Aleksandry. To właśnie ten, który uratował ją przed wypadkiem.
Szukałem podobnych owadów do tego zagrożonego gatunku i podtykałem je Anicie pod nos, ale ona z upartością twierdziła, że to tamten i koniec, kropka. Zdania nie zmieniła przez kilka lat, a mi pozostało się pogodzić z faktem, że moją siostrę odciągnął motyl, który występuje wyłącznie w lasach deszczowych północno-wschodniej części Papui-Nowej Gwinei.
Zamykam delikatnie drzwi do pokoju Anity i dotykam ramienia. To tu mam zrobiony tatuaż z napisem Ornithoptera alexandrae. Za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta o jego genealogię, tylko uśmiecham się nieznacznie i nie tłumaczę, skąd właśnie taki wybór. Może kiedyś przy kimś poczuję, że chcę odpowiedzieć, ale do tej pory takie odczucie jeszcze się we mnie nie pojawiło.
Odwracam się na pięcie i w ostatniej chwili zmieniam zdanie co do drzwi. Lepiej zostawić je uchylone. Tak na wszelki wypadek. Wchodzę do małej kuchni, w której znajduje się tylko to, co jest potrzebne. Zwykła lodówka, kawałek blatu, kuchenka i dwie wiszące szafki oraz mikrofala – najnowszy zakup z oszczędności, bo była naprawdę niezbędna, biorąc pod uwagę tryb mojego życia. Często jadam w biegu, nie korzystając nawet z kwadratowego stolika stojącego w rogu. Smętnie spoglądam na trzy krzesła zamiast pięciu. Potrząsam głową, odrzucając letarg. Zerkam na zegarek i zabieram się do roboty. Minuty biegną nieubłaganie, nie mogę non stop poddawać się melancholii.
Wyciągam z lodówki jajka, masło i kiełbasę. Ulubione śniadanie młodej. Włączam po cichu radio. Uwielbiam gotować przy muzyce. Odgłos rozpalającego się masła miesza się z dźwiękami cichej popowej ballady, wywabiając tym samym małą istotę ze swej komnaty. Posyłam jej pewny uśmiech, kiedy zaspana przeciera oczy i, nadal trzymając swojego przyjaciela w dłoni, siada na drewnianym krześle.
Nucę pod nosem, mieszając jajka, a kątem oka dostrzegam lekki uśmieszek siostry. Nie zastanawiając się długo, zaczynam głośniej śpiewać, wyginając przy tym zabawnie całym ciałem. Staram się, by wyglądało to naprawdę komicznie i najwyraźniej przynosi zamierzony skutek, bo mała wybucha śmiechem. A ten chichot Anity sprawia, że po moim sercu rozchodzi się ciepło.
– Zaśpiewaj ze mną – mówię, wyciągając w jej kierunku metalową łyżkę.
Ta przyjmuje ją niepewnie, ale nie pozwalam się zbyć. Zapobiegawczo wyłączam patelkę, nie chcąc zniszczyć tak prostego dania. W końcu piosenka zmienia się na kolejną, jedną z ulubionych Anity, i wiem, że tym razem kruszyna się nie oprze.
Mam rację, już po chwili razem skomlimy, nie przejmując się tym, że jest siódma rano. Raz na jakiś czas można zdenerwować sąsiadów. Dla tych chwil radości zdecydowanie warto, biorąc pod uwagę, że jest ich stanowczo za mało.
– Wystarczy, jestem głodna – szepcze, a jej nastrój ulega gwałtownej zmianie. – Pójdziemy dziś do rodziców? – pyta, patrząc błagalnie w moje oczy.
Tak bardzo chciałbym się zgodzić, jednak wiem, że to niemożliwe. Siadam obok niej, biorąc maleńką dłoń do swojej ręki, jednak ona momentalnie ją wysuwa.
– Anita… – proszę ją, by po raz kolejny mnie nie odtrącała. Moja cierpliwość jest na wykończeniu, obawiam się, że w końcu nie dam rady. – Cmentarz nie jest po drodze do szkoły, a ja na jedenastą idę do pracy. Dzisiaj odbierze cię pani Krysia. Może Magda urwie się wcześniej, to pojedziecie razem.
– Nie pojedziemy. Słyszałam wczoraj, jak umawiała się z koleżanką, że po pracy pójdą razem do kina.
Krew zaczyna we mnie buzować. Wiem, że nie powinienem być zły, ale nie potrafię. Poświęcam każdą swoją wolną chwilę Anicie, a Magda nawet nie raczy powiedzieć, że nie będzie wcześniej w domu. Tułam się od jednej pracy do drugiej, bo inaczej nie wyrobilibyśmy finansowo. W końcu Magda studiuje w weekendy, a w tygodniu chodzi na praktyki do firmy, dzięki której kiedyś będzie kimś. Tak, to jej słowa.
Przecieram oczy i siląc się na szeroki uśmiech, zmieniam zdanie.
– Pośpiesz się, kruszyno. Raz-dwa śniadanie, jak chcesz wstąpić do rodziców przed szkołą.
Cmentarz nie przynosi mi ulgi, w każdym razie już nie. Początkowo zaglądałem do rodziców dzień w dzień. Później zmieniło się to na raz w tygodniu, aż dotarłem do momentu, kiedy wpadam wtedy, gdy mogę. Trochę z poczucia obowiązku, bo wizyty w tym miejscu zawsze sprawiają, że staję się jeszcze bardziej przygnębiony i niemal pozbawiony chęci do czegokolwiek. A jeśli nie dopada mnie akurat ogromny smutek, to pojawia się złość, która kłębiona w trzewiach domaga się ujścia. Z upartością duszę ją w środku, nie mając przestrzeni na jej upust.
Niemniej Anita po tych odwiedzinach nabiera odrobiny lekkości. Podskakuje radośnie, gdy przekraczamy cmentarną bramę, jakby po opowiedzeniu wszystkich swoich nagromadzonych historii spadał z niej potężny głaz w próżnię. Wpatruje się we mnie iskrzącymi oczami, więc silę się na uśmiech, który dosięgnie też oczu, i mam nadzieję, że wychodzi mi to z zadowalającym skutkiem. I albo tak jest, albo Anita ignoruje fałsz uniesionych kącików, kiedy sama ukazuje zęby w rozbrajającym wyszczerzu.
Gdy jedziemy samochodem, otwiera się przede mną i zachowuje nareszcie jak dziewczynka w jej wieku. Zasypuje mnie informacjami z ostatnich dwóch dni, a ja chłonę je jak gąbka. Opowiada o koleżankach i kolegach, o nauczycielkach, które lubi, i tych, które jej zdaniem są bardzo niemiłe. O rysunkach, które stworzyła i jakie chciałaby namalować. Wyciąga z plecaka szkic Pazia Królowej, którego zaobserwowała ostatnio podczas spaceru. Kiedy zatrzymuję się na sporym parkingu nieopodal bramy wejściowej, nie poganiam jej do wyjścia, tylko spokojnie zerkam na to dzieło sztuki, komplementując i szczerze podziwiając. Jestem brutalnie świadom mijającego czasu, ale nie potrafię zbyć siostry, kiedy w końcu tak szczęśliwie trajkocze.
Poświęcam więc jej jeszcze parę minut, aż Anita sama zauważa przez szybę jedną ze swoich koleżanek i wyskakuje z auta, żegnając się ze mną przelotnie. Obserwuję ją do momentu, aż wejdzie do szkoły i dopiero wtedy zerkam na telefon. Dostrzegając czas, siarczyście klnę. Za pięć dziewiąta. Nie mam zielonego pojęcia, jak uda mi się wyrobić.
***
Kompletnie olewam ogarnięcie mieszkania, pozwalając, by górka naczyń w zlewie po śniadaniu pozostała powiększona przez tę z szykowania obiadu. Niech Magda też ma coś do roboty z domowych obowiązków, może w końcu dzięki temu zauważy, że mój czas też nie jest z gumy.
Zignorować nie mogę jedynie wspomnianego obiadu, bo jeśli nic bym nie naszykował, to dam sobie rękę uciąć, że starsza siostra uraczyłaby tę młodszą jakimś syfem, a naprawdę się staram, by Anita przyjmowała śmieciowe żarcie jedynie od święta. W myśl zasady: nie zakazuj, ograniczaj.
Ekspresem biorę prysznic i jak to zwykle bywa, gdy się człowiek spieszy – zawsze wszystko musi iść na przekór. Trzykrotnie wyślizguje mi się płyn do kąpieli, raz uderzam kolanem o kafelki tak mocno, że kolejny raz rzucam mięsem, później zaplątuję się w ręcznik, a na domiar złego rolują mi się bokserki na pośladkach. Mam dość, a jeszcze nie dotarłem nawet do pracy. Wybiegam z domu, jakby się paliło, gdy zegarek wskazuje dziewiątą pięćdziesiąt pięć. Wsiadam do swojej Toyoty i prędko odjeżdżam. Oczywiście silnik się buntuje i odpala dopiero za trzecim razem, jakby wszystko dziś musiało działać przeciw mnie. Kolejne zerknięcie na czas. Nie ma takiej opcji, że się nie spóźnię.
Szef mnie zabije.
***
Wbiegając do Niebiańskiej Restauracji, witam się skinieniem głowy z dziewczynami stojącymi za barem. Pędzę na zaplecze, modląc się, żeby nie było ani szefa, ani kucharza. Pobożne życzenie. Stoją razem, jeden gotuje, a drugi ciska gromami na około.
– Kolejne spóźnienie, chyba nie muszę ci mówić, że jeszcze jedno i wylatujesz? Czas to pieniądz, nie mogę sobie pozwolić na taką samowolkę pracowników! – wykrzykuje szef, nawet nie patrząc mi w oczy.
Spogląda na wszystkich, jakby chciał się upewnić, że zauważyli ten spektakl i wezmą sobie do serca pogróżki, które chociaż wystosował do mnie, są przekazem dla każdego.
Kulę się w sobie, nie potrafiąc wydukać normalnego zdania. Jest mi cholernie głupio. Gdybym nie jechał na ten cmentarz, miałbym więcej czasu i na spokojnie bym tu dotarł. Wiedziałem, że tak będzie, a jednak jak zwykle zawaliłem. Chciałem dobrze dla siostry. Pomogłem jej chwilowo, ale jeśli wywalą mnie z roboty, to brak kasy odbije się głównie na niej.
– Bierz się do roboty, nikt nie płaci od stania i wgapiania się w podłogę.
Posłusznie kiwam głową i zakładając roboczy fartuch, obserwuję, jak szef wychodzi z pomieszczenia. Przenoszę uwagę na Tymona i to jego polecenia wysłuchuję. Bycie pomocnikiem kucharza wcale nie jest taką dobrą robotą. Przynieś, podaj, pozamiataj i tak w kółko.
– Ciężki poranek? – słyszę pytanie Malwiny. Rudowłosa piękność, w której się podkochuję, właśnie wpatruje się we mnie swoimi cudnymi, ogromnymi, zielonymi oczyma, a ja po raz kolejny zapominam o świecie. – Mamy parę zamówień, lepiej się pośpieszcie, bo szef nas rozniesie – zwraca się tym razem do wszystkich, a ja jedynie potakuję.
Obieram ziemniaki, kroję warzywa i na ogół podsuwam wszystko Tymonowi pod nos, a on, ledwo odbierając jedno, już wydaje kolejne polecenie. Godzina ucieka za godziną. Jedynym pocieszeniem jest zaglądająca co chwilę Malwa, która posyła mi pokrzepiający uśmiech. Uwijamy się jak mrówki, w końcu dobijając do półgodzinnej przerwy na zregenerowanie sił.
Zajadam się bułką z szynką i pomidorem, kiedy nie kto inny jak sam anioł siada obok mnie. Wyciąga sałatkę, a mnie przez myśl przechodzi, czy nie powinna zjeść czegoś więcej. Jest cholernie chuda, sama skóra i kości. W ciszy wgryzamy się w swoje jedzenie, pogrążając we własnych myślach. Czuję gorąc, kiedy przypadkowo dotyka mnie dłonią, a gdy spoglądam na jej piegowate policzki, natychmiast pokrywają się najsłodszymi rumieńcami, jakie w życiu widziałem. Dostrzegam, jak dziewczyna zawiesza wzrok na wystających spod rękawka koszulki wytatuowanych literach i mimowolnie marszczy brwi, najpewniej chcąc je rozszyfrować.
Zastygam w oczekiwaniu na to pytanie, czując, że serce zaczęło mi nagle mocniej bić. Zastanawiam się, jaka będzie reakcja Malwiny, gdy opowiem jej, dlaczego zrobiłem sobie właśnie taki tatuaż, a nie inny. Chyba nie chciałbym, żeby zaczęła patrzeć na mnie ze współczuciem.
Przełykam mocno ślinę, orientując się, w jakie rejony uciekły moje myśli. Nie pojawił się odruch, by po pytaniu wzruszyć ramionami. Chciałbym pierwszy raz wyszeptać prawdę. I naprawdę mnie to przeraża, a zarazem czuję ulgę, że w końcu doświadczam tego uczucia. Nareszcie znalazłem osobę, której chcę zwierzać się z najskrytszych sekretów, a tych nawet nie zdradziłem psychologowi. Co prawda zajrzałem do niego tylko na kilka wizyt po śmierci rodziców i odpuściłem terapię. Nie chciałem mówić mu, co leży mi pod kopułą, więc takie chodzenie tylko dla chodzenia nie miało i nadal nie ma dla mnie najmniejszego sensu. Szkoda czasu. Jego i mojego.
Malwina odrywa wreszcie wzrok od mojego ramienia i spogląda w moje oczy z wyraźnym pytaniem. Otwiera nawet usta, już mając je zadać, ale kończy się to tym, że tylko nabiera powietrza. Zaciska mocno wargi i kręci głową, ni to do mnie, ni to do siebie. Milczę, nie podejmując tematu i staram się odepchnąć rozczarowanie. Wystarczyłoby, żebym sam zagaił. Przecież to nic strasznego. Naprawdę nie rozumiem tej autodestrukcji. Odrobina odwagi i poszłoby lawinowo. Jestem pewien, że skoro chciałbym się przed nią otworzyć, to poczułbym się lepiej, gdybym w końcu wydusił z siebie to, co ciąży mi na sercu.
Myśli jedno, czyny drugie. Wzdycham i nie robię nic, wmawiając sobie, że tak najwyraźniej miało być. Oboje opuszczamy wzrok i kończymy pałaszować swoje posiłki w kompletnej ciszy. Po raz kolejny rozchodzimy się bez wypowiedzenia żadnych słów. Znów mógłbym się odezwać, zagadać. Na jakikolwiek temat. Skoro nie potrafiłem powiedzieć tego, co chciałem, to mógłbym rzucić cokolwiek, a nie postępować jak ostatni tchórz. Właśnie przez takie zachowanie odczuwam silny brak drugiej osoby, o braku miłości nawet nie wspominając. Nie pamiętam już tego uczucia podekscytowania, gdy otrzymuje się od kobiety wiadomość.
Próbuję sięgnąć pamięcią, kiedy ostatnio byłem na randce, ale w głowie mam totalną pustkę. Ba, nie przypominam sobie, bym w ostatnich latach z kimś flirtował lub chociaż wygłosił jakikolwiek komplement!
Malwina podoba mi się od roku, a jednak nadal nie wykonałem żadnego kroku, żeby chociaż trochę się do niej zbliżyć. Zmiany są trudne, cholernie. Tak samo jak strach przed odrzuceniem i pogorszeniem swojego losu.
W końcu jestem tylko nieszczęśliwy, zawsze mogło być gorzej.
Malwina
– Sześćdziesiąt. Znów więcej. Malwina, czy ty sobie żarty stroisz?
Wzdycham i staram się nie patrzeć jej w oczy, ponieważ niełatwo mi nie ugiąć się pod ciężarem jej spojrzenia. Męczy mnie liczenie każdej kalorii i odliczanie gramów danych produktów. Chciałabym jeść normalnie jak reszta moich rówieśniczek. Jestem od paru lat pełnoletnia, a nadal czuję się jak gówniara, którą matka może dyrygować na każdym kroku. Robiąc zakupy w sklepie spożywczym, zawsze gdy mam ochotę na jakiś zakazany produkt, zastygam z wyciągniętą po niego ręką. Nie potrafię wyciszyć rugającego głosu matki, który huczy mi w głowie.
Wiem, że nie jestem już gruba jak kiedyś. Wyglądam w porządku, nawet przydałoby mi się przybrać kilka kilogramów, ale obsesja matki i brak mojego sprzeciwu na to nie pozwala. Codzienne sprawdzanie: ile ważę, czy nie palę, nie piję. Same sałatki, warzywa, owoce. Owoce oczywiście zawsze w towarzystwie orzechów. Mięso najlepiej na parze, ewentualnie w piekarniku, ale to już od dzwonu, bo przecież powinnam doskonale sobie zdawać z tego sprawę, że w takiej formie przyrządzania traci wartości odżywcze – to zdanie wykułam na pamięć. Tak wiele razy powtarzała mi je z mordem w oczach, że kiedy teraz włączam piekarnik, to mam wręcz wyrzuty sumienia. Przetworzone słodycze sklepowe odpadają. I to nie tak, że ja chciałabym je jeść ciągle, bo zdaję sobie sprawę, że zdrowiu się nie przyczyniają, ale raz na jakiś czas, gdybym zjadła batonika, to świat by się nie zawalił. Nachosy z sosem serowym i solony popcorn podczas oglądania filmu? Odpadają. Wypad z kimś na jakiegokolwiek fast-fooda? Odpada.
Zdaję sobie sprawę, że matka nie obserwuje mnie przez kamerę i pewnie by się nie zorientowała, że zjadłam coś niezdrowego (o ile by nie wykazało tego regularne ważenie), ale tym rygorem przez lata tak siadła mi na psychikę, że nie potrafię inaczej niż pochylić głowę i żyć trybem, jaki mi wpoiła.
Na koniec te ciągłe ćwiczenia, by zachować wspaniałą figurę. Non stop, aż czasami padam ze zmęczenia. Skutek takiego przymusu jest taki, że każdy ze sportów kojarzy mi się z karą, a nie czymś, co może sprawiać frajdę.
– Musisz idealnie wyglądać, inaczej nigdy nie zechce cię żaden facet.
Nie chcę idealnie wyglądać. Wolę mieć fałdkę tłuszczu, ale prawdziwy uśmiech na twarzy. Mam dość, że jak raz na wiele miesięcy w przypływie buntu coś potajemnie podjem, to po tym następują przytłaczające wyrzuty sumienia. W końcu robię to wszystko dla niej. Dlatego że to przeze mnie nie mogła spełnić swoich marzeń. Nie byłam planowanym dzieckiem, które było efektem ogromnej miłości. Wielki tatuś ponoć zwiał, gdy tylko usłyszał, że mała poczwara formuje się w brzuchu jego kobiety. Jako że moja matka jest religijna, nie mogła pozbyć się problemu. Zdecydowała się wydać na świat swoją największą porażkę. Nieraz opowiadała mi, co pomyślała, gdy zobaczyła mnie po raz pierwszy i to nie jedna z tych historii, że kobietę zalewa natłok miłości, w oczach gromadzą się łzy, a całe serce się roztapia. Co to, to nie.
Ponoć nie byłam ani trochę podobna do niej czy ojca. Ruda, piegowata dziewczynka. Moja kochana mamusia wielokrotnie podkreślała, że żadna z pielęgniarek się nade mną nie rozczulała. Wszystkie patrzyły na mnie jak na potwora, a wstyd mojej matki coraz bardziej rósł. W końcu podrosłam. Zaczęłam więcej jeść i mimo tego, że babcia zawsze powtarzała mi: „Jesteś piękna, Malwinko. Nie jesteś gruba, jesteś w sam raz, skarbie”, to moja mama miała inne zdanie.
– Przez ciebie żadna z pań nie chce się ze mną zadawać. Grube, brzydkie i do tego rude. Czy mogłam wydać na świat coś gorszego?
Moja waga stała w miejscu, dopóki nie trafiłam do gimnazjum. Wtedy zaczęłam dramatycznie chudnąć. Popadałam w obłęd. Mogłam policzyć każdą swoją kość. Mama była zadowolona.
Rany, naprawdę nie mogę sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek była szczęśliwsza. Patrzyła się wtedy na te moje wychudzone ciało, a jej uśmiech rósł i rósł. Oczy błyszczały radośnie, a ja czułam się dumna, że wreszcie najważniejsza dla mnie osoba jest ze mnie zadowolona. Myśli pędziły jedna po drugiej i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że właśnie tak powinnam wyglądać.
Sielanka jednak nie trwała długo. Kiedy zamykam oczy, potrafię przypomnieć sobie ze szczególną dokładnością dzień, kiedy szkolna psycholożka wraz z dyrektorką postanowiły się za mnie wziąć. Pierwszy raz widziałam tak wściekłą matkę. Oczywiście w szkole zwaliła wszystko na mnie. Wpoiła im, że chcę się upodobnić do modelek, ale ona sobie ze mną radzi. Uwierzyły. Kiedy tego dnia wróciłam do domu, za karę spaliła całą moją kolekcję płyt, a to złamało mi serce bardziej niż wszystko, co dotychczas zrobiła. Przeryczałam cały dzień i usnęłam padnięta, a nazajutrz, gdy słońce zawisło na niebie i otworzyłam oczy, znów dopadły mnie wszystkie druzgoczące emocje, ale już nie uroniłam ani jednej łzy. I nie zapłakałam już nigdy więcej. Nie dałam rady. Chociaż wielokrotnie stało się coś niewiarygodnie smutnego, ani jedna łza nie wypłynęła z moich oczu.
– Słuchaj, musisz przefarbować włosy i zacząć je prostować. Najlepiej na jakiś ciemny kolor – mówi, patrząc na mnie z obrzydzeniem. – Szukałam też w internecie jakichś operacji, które pozwolą pozbyć się tych okropnych piegów.
Zamieram, przetwarzając jej słowa. Czy ona naprawdę to powiedziała, czy to tylko omamy?
– Mamo… – jęczę, nie mogąc uwierzyć, że posuwa się aż do tego. – Lubię swoje włosy i piegi – szepczę, opuszczając wzrok. Wiem, że powinnam spojrzeć jej prosto w oczy i powiedzieć definitywnie, że przegina i to koniec. Wykrzyczeć, że już mam dość i tak dłużej nie może być. Wiem, ale nie potrafię. Jestem zbyt słaba.
– Żartujesz, prawda?! Przecież to nie spodoba się żadnemu facetowi! Zresztą, i tak grubniesz, więc twoje szanse, że ktoś cię zechce, maleją. – Macha dłonią, odwraca się na pięcie i wychodzi z kuchni.
Po chwili słyszę głośny trzask drzwi. Oddycham z ulgą i uświadamiam sobie, że może nie wykrzyczałam słów prawdy, ale pierwszy raz się postawiłam. A skoro się postawiłam, to nie mogę być słaba. To pierwszy, ważny krok.
Uśmiecham się szeroko. Prócz sprzeciwienia się, przyznałam też na głos, że tak naprawdę się sobie podobam. Nie muszę mieć faceta, to nie jest wyznacznik piękności. Jestem ruda, piegowata, ale to właśnie ja. I jestem piękna, niezależnie od opinii innych.
***
– Cześć, Sylwia – witam się ze stojącą za ladą brunetką, machając przy tym dłonią.
Ona uśmiecha się delikatnie, chociaż mam wrażenie, że jest to bardziej wymuszony uśmiech. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale często jest cholernie opryskliwa. Słuchając sposobu, w jaki mówi, mam wrażenie, jakby sądziła, że cały świat kręci się wokół jej osoby. Tym razem też nie zagajając rozmowy, przechodzi do wciskania czegoś na swoim telefonie i to by było na tyle, jeśli chodzi o przyjazne pogawędki. Całkowicie mnie ignoruje, mimo że stoję naprzeciw niej, więc nie pozostaje mi nic, jak usunąć się z pola widzenia.
Przebieram się w robocze ubranie i spinam włosy w ciasny kok, by przypadkiem żaden z kosmyków się nie wysunął, i przygotowuję się na lawinę klientów. Środy zawsze są najgorsze. Jedynym plusem takiego tłumu są napiwki, a te czasem stają się drugą pensją. Największym minusem tej pracy nie jest jednak przemęczenie czy zarobki, a to, że nieraz musiałam odganiać się od natarczywych facetów, którzy restaurację mylili z burdelem. Taka specyfika pracy z ludźmi. Myślę, że gdzie jest klient, tam zawsze trafi się ktoś mądrzejszy inaczej, więc summa summarum lubię swoją pracę.
Wchodzę na kuchnię, gdzie garstka osób prężnie uwija się podczas gotowania, a gdy dostrzegam Wojtka, moje dłonie niebezpiecznie się pocą. Serce bije mocniej i obawiam się, że lada moment wyskoczy mi z piersi. Przełykam ślinę, mając wrażenie, że wszyscy dookoła dostrzegają moje zachowanie.
Za każdym razem tak reaguję na tego faceta. Dosłownie tonę w jego złotobrązowych oczach i wielokrotnie musiałam się powstrzymać, żeby nie dotknąć jego włosów, by się przekonać, czy są tak miłe w dotyku, na jakie wyglądają.
Nie chcę się zbłaźnić, a sądzę, że on nie odczuwa tego samego wobec mnie. Wielokrotnie siedzieliśmy razem, kiedy jedliśmy posiłki i nic. Nigdy się nie odezwał i chociaż ta cisza między nami nie krępuje, chciałabym w końcu móc z nim porozmawiać, a nie tylko zerkać dyskretnie i podziwiać z daleka. Wiem, że przecież ja też mogłabym się odezwać i naprawdę już chciałam to zrobić, gdy ostatnio wpatrywałam się w jego tatuaż, a moje zainteresowanie nim totalnie wywaliło skalę. Tylko że gdy otworzyłam usta i spojrzałam w jego oczy, zatkało mnie. Był tak blisko, a zarazem tak daleko. Nieosiągalny, choć na wyciągnięcie ręki. Odpuściłam i żałuję. Z drugiej strony jeślibym się odezwała, a to byłby drażliwy temat i tylko bym go zraziła do siebie?
– Rusz się, klienci czekają – słyszę opryskliwy głos Tymona, który przywołuje mnie do chwili obecnej.
Palę raka i się orientuję, że ciągle wpatrywałam się w Wojtka. Szybko odwracam wzrok i czuję tak ogromny wstyd, bo wiem, że on to zauważył. Zawiesiłam się jak jakaś wariatka, cudnie.
Chcąc się ewakuować, bym przypadkiem nie zbłaźniła się jeszcze bardziej, zgarniam talerze i sprawdzam, do kogo mają zostać dostarczone. Wyruszam. Manewruję między stolikami, oddając potrawy klientom i życząc im smacznego. Staram się skupić na aktualnym zadaniu i wyplenić z mózgu tę sytuację, ale to nie takie proste.
Wdycham aromat świeżych potraw i dopiero ten zapach sprawia, że coś klika w mojej głowie. Przestaję myśleć o mojej najnowszej wpadce, a zaczynam o czymś, co zapełniłoby mój brzuch. Kiedy przypominam sobie, że moją torebkę zasila jedynie sałatka, zastanawiam się, czy nie wykupić sobie czegoś z kuchni.
Zbuntowana myśl nie zagrzewa miejsca na długo. Kilka sekund i pryska.
Nie wiem, co dziś dzieje się z moją głową, ale powoli zaczynam odczuwać przebodźcowanie. Ciało działa mechanicznie, ale umysł pracuje na podwójnych obrotach. Do tego to cholerne burczenie w brzuchu…
Dumam, czy jeśli mielibyśmy zapewniony posiłek, który teoretycznie powinien być, to czy wtedy presja sprawiłaby, że mój bunt by eskalował i jadłabym więcej i normalniej, czy może wymigałabym się jakąś nietolerancją i zostałoby tak, jak jest. Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie i odpuszczam sobie dalsze dywagacje, bo to kompletnie bez sensu. Na własnej skórze się nie przekonam, ponieważ nasz szef jest cholernym skąpcem. To, co w teorii powinno być, tu się w praktyce nie sprawdzi.
Kiedy dobijamy do przerwy, wyciągam swoją sałatkę i siadam na zapleczu, gdzie zazwyczaj jadamy. Zastanawiam się, czy Wojtek także tu dotrze.
Jakbym go wywołała, drzwi po chwili się otwierają, a do środka wchodzi nie kto inny, jak sam obiekt moich westchnień. Mój żołądek wywija koziołka, a kiedy dostrzegam jego uśmiech, czuję, jak wewnętrznie płonę. Siada obok mnie – jak zawsze – jednak tym razem zdecydowanie bliżej. Wyciąga w moją stronę kajzerkę, a ja zaskoczona wytrzeszczam oczy.
– Wiem, że wy, dziewczyny, dbacie o linię, ale ty naprawdę wyglądasz rewelacyjnie. Kajzerka nie zaszkodzi, a po takim dniu sałatka nie wystarczy.
Jeśli wcześniej sądziłam, że płonę, to nie wiem, co dzieje się ze mną teraz. Czuję każdy swój nerw, płynącą krew i serce, które wręcz pragnie wyskoczyć prosto do jego dłoni.
– Dziękuję – szepczę niezdolna wypowiedzieć nic głośno.
Odbierając od niego bułkę, czuję jego palce muskające moją dłoń, zdecydowanie dłużej niż powinny. Wiem, że w tym momencie cała moja twarz wygląda jak ogromny burak, ale, cholera, to świetne uczucie. Jemy w ciszy, jednak tym razem zerkając co chwilę na siebie i posyłając wzajemnie uśmiechy. Muszę przyznać, że ten dzień zapowiadał się okropnie, a jednak z każdą chwilą robi się coraz lepiej.
– Wiesz, tak sobie pomyślałem, że codziennie wracasz na nogach, a ja przecież jeżdżę samochodem. Może mógłbym cię odwieźć?
Oglądałam naprawdę wiele filmów, w których zawsze kobieta najpierw odmawiała, ale dochodzę do wniosku, że ja tak nie chcę. Chcę się zgodzić, chociaż tak naprawdę to nic wielkiego. Ot, zwykła koleżeńska pomoc.
– Byłoby mi bardzo miło – odpowiadam. Nie mogę się powstrzymać i delikatnie muskam jego ramię. Staram się, żeby wyglądało to na normalny gest, jednak nie wychodzi. Żar gorąca znów bucha w moją stronę, a przez ten niewinny dotyk dostrzegam także zmianę w Wojtku. – Wybacz – szepczę.
– Nie mam czego wybaczać – mówi, biorąc moją dłoń w swoją.
Czule muska kciukiem jej wierzch, sprawiając, że wariuję. Nie wiem, co się dzieje. Nie mam pojęcia, dlaczego kręci mi się w głowie. Wiem tylko, że chcę, aby to trwało wiecznie.
– Malwina, rusz się, przerwa już dawno minęła, a nie wyrabiamy z klientami.
Dzięki, Sylwio.
Copyright © Sandra Czoik
Copyright © Wydawnictwo ReWizja
Wydanie I
Wilkszyn 2026
ISBN 978-83-67520-92-8
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.
Projekt okładki: D.B. Foryś, dbforys.pl
Redaktor prowadzący: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl
Redakcja: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl
Korekta I: Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl
Skład i łamanie: D.B. Foryś, dbforys.pl
Korekta II: Monika Całka, kropkaispolka.pl
Wydawnictwo ReWizja
Książka dostępna również w wersji drukowanej.
