Żywica - Riel Ane - ebook + audiobook + książka

Żywica ebook i audiobook

Riel Ane

4,1

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?

Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.

Żywica to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 30 min

Lektor: Ane Riel

Popularność




Liv

Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt.

Wówczas wszystko wyglądało inaczej. Wtedy rzeczy taty nie zajmowały jeszcze tyle miejsca, by nie dało się wejść do salonu. Mama nie była też jeszcze taka gruba, by nie móc wydostać się z sypialni. Było to natomiast po tym, jak zgłosili, że umarłam, bym nie musiała iść do szkoły.

A może przed tym? Kolejność nie jest moją mocną stroną, czas zlewa mi się w jedno. Pierwsze lata życia wydają się trwać w nieskończoność. Teraz ta pani mi mówi, że to dlatego, że człowiek doświadcza wszystkiego po raz pierwszy i robi to na nim wrażenie, a wrażenia zajmują dużo miejsca, tak twierdzi.

Rzeczywiście, wówczas w moim życiu wiele spraw zajmowało dużo miejsca. Wielu rzeczy doświadczałam też po raz pierwszy. Jak na przykład zabijania babci.

›•‹

Choinka wisiała pod sufitem. Nie była to żadna nowość, bo tata montował tam mnóstwo rzeczy, by wykorzystać miejsce w salonie. Prezenty kładł na stosie pod pniem, więc zawsze mieliśmy nadzieję, że wróci do domu z małym drzewkiem.

Tamtego roku choinka musiała być dość mała, bo znalazło się pod nią miejsce na bardzo duże prezenty. Jednym z nich był obłędnie piękny gokart, zrobiony w warsztacie przez tatę; mama uszyła do niego czerwone poduszki. Mama i tata zawsze robili prezenty własnoręcznie. Wówczas nawet nie wiedziałam, że dzieci innych ludzi dostawały kupione podarki. Właściwie nie wiedziałam nawet, że inni ludzie w ogóle mają dzieci, które dostają prezenty. Nie bardzo się tym interesowałam. Carl i ja cieszyliśmy się po prostu z tego, co dostawaliśmy, a szczególnie z naszego taty i naszej mamy. Okej, Carl czasem bywał na nich zły, ale nie potrafił powiedzieć dlaczego.

Nowością tamtej Gwiazdki była śmierć babci. Tego jeszcze nie przerabialiśmy, zresztą ona chyba też nie. W każdym razie sprawiała wrażenie dość zaskoczonej, siedząc w zielonym fotelu i spoglądając na choinkę bez mrugnięcia okiem. Wydaje mi się, że wpatrywała się w serduszko, które sama uplotła z papieru pakowego. To ona nauczyła mnie pleść, jeszcze zanim powiedziała tacie wszystkie te rzeczy, których nie powinna była mówić.

Uznaliśmy, że powinna posiedzieć z nami wieczorem przy drzewku, zanim wyprawimy ją w dalszą podróż, no i musiała też dostać swój prezent. No dobrze, to tata i ja tak uznaliśmy. Może bardziej ja. Mama zgodziła się na to tylko dlatego, że nalegałam.

Pamiętam, że babcia trzymała nogi na stołeczku. Pewnie dlatego, że siedziałam przed nią na podłodze. Jej liliowe, nylonowe rajstopy były tak przezroczyste, że widziałam przez nie jej majtki, a brązowe, sznurowane buty wciąż pachniały słodkawo czymś, co miało zabezpieczyć je przed deszczem. Mówiła mi, że buty są zupełnie nowe; zostały zakupione w sklepie na stałym lądzie. Poza tym miała na sobie szarą spódnicę i czerwoną bluzkę oraz szalik w białe mewy: znalazłam te ubrania na samym dnie jej walizki. To ja upierałam się, by ładnie ją ubrać do Wigilii. Jak by to wyglądało, gdyby zasiadła do niej w koszuli nocnej.

Od tamtego wieczora już nikt nigdy nie usiadł w zielonym fotelu. Nie mogliśmy. Zbyt dużo się z nim wiązało.

Jako że babcia nie mogła sama rozpakować prezentu, pozwolono mi to zrobić za nią. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że tata również i dla niej zbudował gokart, bo to też była długa, drewniana skrzynka na kółkach. Ale tata zrobił trumnę. Bez kierownicy i poduszek, i bez wieka. Powiedział, że nie będzie potrzebne. W środku leżała tylko poduszka, którą rano została uduszona.

Gdy już umieściliśmy babcię z głową na poduszce (tym razem poduszka znalazła się pod babcią), tata wytoczył ją tylnymi drzwiami, za węgieł, minął stertę drew na opał i wywiózł na pole za stodołą. Carl i ja pojechaliśmy za nimi gokartem, oczywiście to ja go popychałam, inaczej nie ruszylibyśmy z miejsca. Mama wyszła na końcu; zawsze potrzebowała więcej czasu.

Noc była ciemna jak smoła, ale w miejscu, w którym mieszkaliśmy, przywykliśmy do poruszania się w ciemności. Tamtego świątecznego wieczora niebo musiało być ciężkie od chmur, bo nie widać było gwiazd, a las otaczający dom i pola ledwie majaczył w mroku. Rano trochę wiało, ale teraz pogoda była bezwietrzna, śnieg też już zniknął. Widocznie święta postanowiły być spokojne i ciemne.

Podpaliliśmy babcię za pomocą rozpałki, gazet i długich zapałek do kominka, którymi nie wolno nam było się bawić (choć Carl i tak to robił). Oczywiście najpierw zdjęliśmy jej buty, bo przecież były całkiem nowe i zabezpieczone przed deszczem.

Nie trzeba było długo czekać; po chwili musieliśmy się odsunąć z powodu gorąca. Wkrótce płomień buchnął tak wysoko, że z mroku za ogrodzeniem wyłoniły się kontury żłobu z wodą, a na skraju lasu widać było krzaki. Gdy się rozejrzałam, zobaczyłam własny cień, tańczący na rozświetlonym murze stajni; w ognistej poświacie zobaczyłam też wyraźnie tatę i mamę trzymających się za ręce.

Spojrzałam jeszcze raz na babcię. Jej siwe włosy płonęły i nagle poczułam, jak ściska mnie w żołądku.

— To naprawdę jej nie boli? — spytałam.

— Nie, nic się nie martw — odparł tata. — Ona nic nie czuje. Jej już tu nie ma.

Kiedy usiadłam w gokarcie, wciąż widząc babcię leżącą w swojej skrzyni, uznałam jego odpowiedź za nieco dziwną. Z drugiej strony wierzyłam całkowicie w to, co mówił mój tata. Wiedział wszystko. To on mi powiedział, że w mroku nie czuje się bólu. Na przykład ryby na dnie morza nic a nic nie czuły, łapiąc się na nasze haczyki. Nocą króliki nic nie bolało, gdy wpadały w nasze pułapki. — Ciemność zabiera ból — powtarzał zawsze tata. — A my bierzemy tylko te króliki, które zjemy.

Właśnie dlatego dobrzy ludzie jak my chodzili polować nocą.

Poza tym wystarczającym dowodem był fakt, że babcia, płonąc, nie wydawała z siebie żadnych dźwięków. Potrafiła przecież wrzasnąć dość głośno, kiedy coś ją zabolało albo ktoś się jej sprzeciwił. Nigdy nie słyszałam głośniejszego krzyku jak wówczas, gdy spadła jej na głowę skrzynka wypełniona tuńczykiem w puszkach. Potrafiła naprawdę się rozeźlić.

Gdy nazajutrz rano do niej zajrzeliśmy, jeszcze się tliła. Czy może raczej resztki tego, co z niej zostało, a dużo tego nie było. Było mi nawet smutno, że już jej nie ma, bo mieszkanie z nią bywało miłe. Robiła doskonałe naleśniki.

Kiedy w ciągu dnia znów do niej zajrzałam, zobaczyłam tylko ciemną ziemię i trochę spalonej trawy. Tata powiedział, że posprzątał i zakopał resztę. Nigdy nie zdradził mi gdzie.

Potem dużo rozmyślałam o tym, czy tata postąpił właściwie, dusząc babcię poduszką. Ale twierdził, że tak. W przeciwnym razie mogłoby się to skończyć jeszcze gorzej.

Podczas duszenia babcia też nic nie mówiła. Wierzgała tylko dziwnie w łóżku, dopóki nie umarła do reszty — trochę tak jak ryby duszące się na powietrzu na dnie jolki. Wtedy uderzaliśmy je w głowę, by nie cierpiały. Nie w tym rzecz, by przysparzać komukolwiek cierpień.

Na szczęście tamtego wigilijnego poranka w pokoju babci było zupełnie ciemno. W takim mroku nic nie mogło ją boleć; w każdym razie tak właśnie wtedy myślałam. Poza tym stało się to szybko, bo tata mocno dociskał. Człowiek nabiera krzepy, ścinając choinki, nosząc deski, taszcząc różne przedmioty i robiąc meble. Może i ja dałabym radę to zrobić, bo tata zawsze mówił, że jestem wyjątkowo silna jak na swój wiek, a jak na dziewczynkę, to już w ogóle.

Właściwie nigdy nie myślałam o tym, jaka jestem. Myślę, że byłam tym, co widzieli. A czasami widziałam rzeczy, których nie widzieli oni.

Mieszkaliśmy na Głowie, małej wysepce położonej tuż nad większą. Mieszkaliśmy na niej tylko my i dobrze sobie radziliśmy.

Głowa połączona była z główną wyspą wąskim przesmykiem zwanym Szyją. Nie mam za bardzo poczucia czasu, ale tata mawiał, że pokonanie odległości z naszego domu przez Szyję aż do pierwszego skupiska domów na wyspie zajmuje żwawym krokiem niecałe pół godziny, a do największego miasteczka — kwadrans dłużej. Moim zdaniem Korsted było ogromne, ale babcia mi powiedziała, że to naprawdę nieduża mieścinka w porównaniu z miastem leżącym na stałym lądzie. Myśl o tłumie ludzi mnie przerażała. Nie czułam się komfortowo przy obcych. Tata mówił, że z nimi nigdy nic nie wiadomo. Nie można dać się zwieść ich uśmiechom.

Plusem innych ludzi zamieszkujących wyspę główną było to, że mieli wszystko, czego potrzebowaliśmy, więc pod pewnym względem nie dalibyśmy sobie bez nich rady.

***

Gdy tata przestał tak chętnie opuszczać Głowę po nocy, to przede wszystkim ja dostarczałam nam różnych rzeczy. Tata mnie kiedyś nauczył, jak się to robi.

Początkowo jeździliśmy razem pikapem. Z reguły ludzie śpią najmocniej w środku nocy. Zawsze znajdowaliśmy miejsce, by ukryć auto i zakradaliśmy się po różne rzeczy do stodół i budynków gospodarczych, a czasami do pokoi, kuchni i innych tego typu miejsc. Raz weszłam nawet do sypialni jakiejś pani, która była tak pijana, że daliśmy radę ściągnąć z niej kołdrę. Potem sporo rozmyślałam o tym, co musiała pomyśleć, gdy się obudziła, a kołdry nie było. Tata mi mówił, że nazajutrz widział ją na ulicy w Korsted. Sprawiała wrażenie zdezorientowanej. No, ja myślę. Tata powiedział, że kołdra była z gęsiego puchu i że ta pani ją odziedziczyła. Może myślała, że sama odleciała?

Kołdrę z gęsiego puchu dostała mama, a ja przejęłam jej starą kołdrę. Tę z kolei tata wymienił nieco wcześniej tego samego roku za bardzo porządną praskę do wędlin. Była z kaczego pierza. Kilka miesięcy później zabraliśmy ją z domu golarza, bo przecież nie o to chodziło, by ją zachował. Golarz z żoną spali na drugim piętrze, zaś kuchnia, w której stała praska, mieściła się na parterze. Nie zamykali nawet drzwi kuchennych wychodzących na podwórze, więc poszło łatwiutko. Wówczas myślałam jeszcze, że golarz w zupełności się zgadza, byśmy przyszli po nasze rzeczy, czy jego rzeczy, czy czyje by one nie były. Jego żona zawsze bardzo brzydko pachniała. Było ją czuć nawet na samym dole w kuchni! Na jego miejscu wolałabym, żeby to ją ktoś zabrał zamiast praski do wędlin. Tata mówił, że to perfumy.

Przez dłuższy czas kacza kołdra mojej mamy pachniała żoną golarza, ale gdy ja ją przejęłam, zdążyła już na szczęście przejść zapachem mojej mamy. Zniknęła woń perfum, o kaczkach nie wspominając. Za to nowa kołdra mamy, ta z gęsiego puchu, zalatywała dość mocno alkoholem. Sama mama nie piła nigdy nic mocniejszego od kawy ze śmietanką, a pod koniec piła już tylko wodę z pompy, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Tata miał spore uzdolnienia do podważania drzwi i okien. Mówił, że nauczył się tego od swojego ojca. Nigdy nie poznałam dziadka, ale wiem, że miał na imię Silas. Tata nauczył mnie, jak się to robi, a ja trenowałam jak szalona w warsztacie na znalezionych przez nas drzwiach i oknach. Można ich sporo znaleźć na wysypisku położonym na południu wyspy, więc zabraliśmy ze sobą tyle, ile zmieściło się na naczepie auta. Nie rozumiem, dlaczego ludzie wyrzucają takie rzeczy. Przecież można je naprawić, a poza tym otwierać, zamykać czy się nimi bawić.

Zazwyczaj unikaliśmy domów, gdzie wstawiono nowe drzwi, bo trudno było je sforsować, jeśli mieszkańcy zamykali je na klucz. Na szczęście niewielu na wyspie to robiło. Ale kiedy nie mogliśmy wejść do domu, to zazwyczaj na posesji znajdowała się jeszcze stodoła albo budynek gospodarczy, więc i tak znajdowaliśmy coś, co można było wziąć. Raz zabraliśmy nawet prosiaka. Nie mieliśmy swojego, a rolnik przecież i tak nie zjadłby wszystkich. Wówczas dziwiłam się, że nie pisnął, gdy tata go podnosił. Nie wydał z siebie nawet przestraszonego kwiknięcia. Może to dlatego, że tata był dobry dla zwierząt. Wszystkich zwierząt. Potrafił też je zabijać tak, że nic nie czuły. Powiedział, że to taki inny sposób bycia dla nich dobrym.

Kiedy doszło do tego, że musiałam wyruszać nocą sama, na początku czułam się z tym nieswojo, szczególnie po tym, jak przy ostatniej wyprawie z tatą o mały włos źle by się to skończyło. Na poboczu znaleźliśmy kilka długich, zardzewiałych dźwigarów i załadowaliśmy je na naczepę, ale na zakręcie w miasteczku zahaczyliśmy jednym o mur i narobiliśmy piekielnego hałasu. W kilku domach zapaliły się światła, ale w ostatniej chwili tata zdążył skręcić w żwirową alejkę i schować się za płotem, więc nikt nas nie zobaczył. Nazajutrz przydźwigaliśmy dźwigary na piętro i położyliśmy na korytarzu. Oczywiście trzeba było uważać, by nie uderzyć się w nie bosymi palcami u stóp.

Innym razem też byliśmy blisko zdemaskowania, ale wtedy akurat z mojej winy. Nadepnęłam wówczas na kołpak w garażu hydraulika. Potem schowałam się w kącie, wstrzymując oddech, bo słyszałam, że hydraulik otwiera drzwi do garażu. Gdyby nie jego kot, który od razu do niego doskoczył, na pewno zapaliłby światło i mnie zauważył. Ale syknął tylko do kota: — Co, do licha, to ty tak hałasujesz? Chodź do środka!

Gdy wyszłam z garażu, tata miał niewyraźną minę. Stał na tyłach domu i wszystko słyszał, choć nie miał pojęcia, że w środku był też kot.

Wkrótce zaczęłam dostrzegać pewne zalety wypraw bez taty. Byłam mniejsza i szybsza, a poza tym nauczyłam się poruszać bezszelestnie. Szłam lub biegłam, bo nie byłam jeszcze wystarczająco duża, by prowadzić samochód, a na rowerze nie lubiłam jeździć. Widziałam też w mroku lepiej niż tata.

— Bądź jak sowa — mawiał tata często, więc byłam, choć nie potrafiłam ani latać, ani okręcać głowy do samego tyłu. Wprawdzie ćwiczyłam i jedno, i drugie, ale zrozumiałam, że nigdy nie będę w tym dobra. Carl oczywiście też próbował; jemu szło lepiej.

Mama nie mówiła zbyt wiele. Chyba nie podobało się jej, że wychodzimy nocą, za to podobało jej się to, co przynosiliśmy. Szczególnie z kuchni zajazdu.

›•‹

Jedną z pierwszych rzeczy, które pamiętam z życia na Głowie, jest zapach żywicy: przedziwne łaskotanie w nosie, wrażenie lepkości na dłoniach i przyjemny głos taty, opowiadający mi o sokach płynących w pniu. Mówił, że to cudowny sok, który potrafi chronić przed atakami, leczyć rany i zachowywać na wieczne czasy małe, martwe zwierzątka. Pamiętam też widok malutkiej, żywej mrówki, która wspięła się po korze drzewa, obeszła klejące, złote krople i zniknęła na chwilę w szparze, po czym pojawiła się nieco wyżej. Wyżej, wyżej, wyżej.

Potem szeptałam do wielu krwawiących drzew, że ich rany się zagoją, bo żywica jest ich uzdrowicielką i obrończynią. Drzewa były moimi przyjaciółmi.

Mrówki zaś stanowiły wspólnych znajomych. Zawsze obecne: małe, niewzruszone istoty potrafiące odnaleźć właściwą drogę. Na drzewa, z drzew, przez trawę, przez podwórko i kuchnię, wysypisko i w mrowisko. Zazwyczaj wlokły jedzenie lub coś, co wydawało się bezużyteczne; bywało też, że martwego członka rodziny.

Nie wiem właściwie, czy inni nazwaliby drzewa za naszym domem prawdziwym lasem, bo ile potrzeba drzew, żeby powstał las? Ale dla Carla i dla mnie był to las, ogromny las. Nie, nawet więcej. To była bezkresna kraina zapachów, dźwięków i życia, która gdzieś daleko przechodziła w krajobraz składający się ze śpiewu skowronka, wrzosów i torfowiska, a potem w piasek przeradzający się w wodę i niekończące się morze.

Ale chwilę to zajęło, nim dowiedziałam się o wrzosowisku i morzu. Na początku było tylko drzewo. To jedno krwawiące drzewo i mądra mrówka, mijająca lepką złocistość, w której mogła się udusić.

Potem dostrzegłam też inne drzewa: świerki zwieszające gałęzie do ziemi, jakby chciały usłyszeć, co do nich szepcze. Świerki sprawiały zawsze wrażenie smutnych i choć niektóre wyrosły na niewiarygodnie wysokie drzewa, tęsknie wyciągały gałęzie do miejsca, z którego wyrosły. Co innego sosny. Te były zwarte i silne, prężąc sterczące igły i pękate szyszki; często miałam wrażenie, że ziemia jest im całkowicie obojętna. Jestem pewna, że spoglądały w niebo i pewnie z radością uniosłyby się w powietrze, gdyby tylko potrafiły oderwać się od ziemi. Chcę wierzyć, że i tak by wróciły. W końcu, tak jak w moim przypadku, ich domem była Głowa.

Chyba wolałam świerki, choć myśl o lataniu też mi się podobała.

Były jeszcze drzewa szeleszczące. Smukłe, szarawe pnie kryły się między drzewami iglastymi, zwieńczone girlandą zielonych liści — małych postrzępionych serduszek, które przy podmuchu bryzy odzywały się dźwiękami muzyki. Tak bardzo uwielbiałam ten dźwięk, że potrafiłam usiąść pod takim drzewem, czekając na wiatr. Pamiętam też wyraźnie, jak się przestraszyłam, gdy któregoś dnia, przy pierwszym westchnieniu jesieni, liście nagle opadły, ścieląc się na ziemi wokół mnie. Siedziałam tak pośrodku oceanu zgubionych serc. Próbowałam nawet przymocować je z powrotem do gałęzi (tych najniższych, bo nie byłam wtedy zbyt duża), ale moje rozdygotane starania sprawiły tylko, że od drzewa oderwało się jeszcze więcej liści. Niczego nie rozumiałam, przynajmniej dopóki nie zawołałam taty, który mi wszystko wytłumaczył.

Od tej pory las był najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Rozumiałam, że wszystko powraca. Że kolory po sobie następują: począwszy od jasnozielonego poprzez ciemnozielony, ogniście czerwony po złotobrązowy aż do najczarniejszej czerni. Gleby. Że ziemia musi mieć co jeść, by wypuścić do światła nowe życie. Że po ciemności następuje jasność, po której nadchodzi mrok. Że serca odrastają.

Dziś wydaje mi się, że tata był wówczas najszczęśliwszy. Otoczony przez naturę. Tam potrafił oddychać. Nigdy nie nałykaliśmy się tyle powietrza i światła dziennego, co wtedy. Jestem pewna, że podobnie jak ja miał w brzuchu słońce, gdy leżeliśmy w lesie na plecach, obserwując ptaki w koronach drzew. Znałam głosy wszystkich ptaków, jeszcze nim mama nauczyła mnie alfabetu. Nawet jak mnie go nauczyła, uparłam się, by kończyć go na „w”.

Chciałam skończyć na „w” jak wyspa, nie „z” jak zatoka.

Czasami zastanawiam się, czy to właśnie nie to powietrze trzymało potem tatę przy życiu. I światło. Może da się zachować je w sobie do późniejszego spożytkowania, tak jak wspomnienia chowa się w głowie, stosy chleba chrupkiego i ciastek w kotłowni, parasole, dekle i stare gramofony w kuchni, metalowe zaciski, sieci na ryby i konserwy z jedzeniem w sypialni, bele materiału, dźwigary, nawóz, kanistry na benzynę, gazety i koce w korytarzu, części maszyn, materace, rowery, teatrzyki lalkowe, skrzypce i karmę dla kur w salonie, ręczniki, akwaria, maszyny do szycia, świeczniki, stosy książek i herbatników w sypialni, wypchaną głowę łosia tuż obok, kasety magnetofonowe, kołdry, worki owoców, foliowe tacki, worki soli, puszki z farbą, balie, misie i dzieci w starym kontenerze?

Okej, sama słyszę, że to, co mówię, brzmi dość dziwnie, ale właśnie tak było. Nie byliśmy do końca tacy, jak inni, z czasem to zrozumiałam. Mama też o tym wiedziała. Teraz czytam listy, które schowała dla mnie w cienkiej, zielonej teczce. „Dla Liv” — jest na niej napisane.

To ja mam na imię Liv.

Nie chcę czytać ich wszystkich naraz. Nie podoba mi się myśl, że się skończą, więc czytam po jednym.

Mój tata bardzo różnił się od innych.

Miał na imię Jens.

Jens Haarder.

Kochana Liv, kładę tę kartkę w teczce na samym wierzchu, niech stanowi wprowadzenie. Pozostałe listy możesz czytać w dowolnej kolejności. Zresztą chyba nie ma żadnej.

Nigdy nie miałam odwagi, by powiedzieć Ci wszystko, co chciałam, a kiedy zanikł mi głos, straciłam tę możliwość. Ale mogę pisać, a Ty potrafisz czytać — postarałam się o to — i któregoś dnia może przeczytasz moje myśli. Może. Nie wiem, czy powinnam mieć taką nadzieję. Ale jednak ją mam, że jeśli to przeczytasz, będziesz na to wystarczająco duża.

Napisałam już do Ciebie kilka dłuższych listów, ale też parę krótszych, które właściwie są sporządzonymi na szybko notatkami, nagłymi skojarzeniami. Nie wiem, na ilu listach się skończy. Ani w ogóle jak skończy się to wszystko.

Chowam teczkę przed Twoim tatą, tak jest lepiej. Jeśli wsunę ją między materac a ramę łóżka, a potem nakryję kocem, to jej nie widać. W ten sposób mam ją zawsze pod ręką, jeśli mam Ci coś do powiedzenia.

Chociaż i tak coraz trudniej mi po nią sięgać. Jestem już przecież taka ciężka, że ledwie daję radę przewrócić się na bok. Wszystko mnie też już boli.

Wybacz mi, jeśli treść moich listów będzie chaotyczna. Ale wiesz, jak poruszać się w chaosie, więc może wszystko zrozumiesz. Może zrozumiesz też swego tatę.

Musisz wiedzieć, że go kocham. Musisz też wiedzieć, że być może on któregoś dnia odbierze mi życie. Zrozumiem to, Liv. Ale czy Ty też?

Z miłością,Twoja mama

PS. Nie wiem, czy nasze życie nazwać bajką czy dreszczowcem. Może po trosze jednym i drugim? Mam nadzieję, że dostrzeżesz jego baśniowość.

Jens Haarder

Kiedyś Jensa Haardera nazywano najprzystojniejszym mężczyzną na wyspie, ale z upływem lat powód takiego stanu rzeczy coraz trudniej było dostrzec, po części dlatego, że włosy i broda rozrosły się dziko i nieładnie, a po części też dlatego, że w pewnym momencie w ogóle trudno było go zobaczyć — nie tylko z powodu brody, ale wszystkich sprzętów, które wokół siebie zgromadził. Nikt by nie przypuszczał, że Jens wpędzi się w takie tarapaty.

Na wyspie był znany od zawsze, to znaczy wiedziano, kim jest. Widywano go, jak jechał przez Korsted swoim starym jak świat pikapem. Ludzie z pewnego pokolenia, to znaczy większość na wyspie, doskonale wiedzieli, że to ten sam pikap, którym kiedyś jeździł jego ojciec, zazwyczaj załadowany po brzegi meblami po renowacji lub gotowymi do ubrania choinkami świątecznymi. I Jensem. Ładny chłopczyk siedział pośrodku załadunku, kołysząc się radośnie. Nic nie zwiastowało jeszcze ani brody, ani tarapatów.

›•‹

Tak dobrze się zapowiadało. Był dzieckiem kochanym równie mocno jak jego brat Mogens. Obaj chłopcy prowadzili pod wieloma względami dostatnie życie ze swoimi rodzicami na Głowie. Byli najlepszymi przyjaciółmi, Głowa była ich placem zabaw, a z upływem czasu, kiedy ojciec przyuczył ich do pomocy u siebie w warsztacie, stała się też ich miejscem pracy.

Ich tata, Silas, posiadał wiele umiejętności, ale przede wszystkim był uzdolnionym stolarzem. Postawił sobie za punkt honoru, by dawać z siebie wszystko i traktował drzewo jako coś wartościowego, cud natury, któremu należy się wielki szacunek od chwili, gdy kiełkowało z ziemi, bez względu na to, czy kończyło żywot jako drewno na opał, deski, meble czy emerytowana choinka świąteczna. Lub miało go przeżyć. Starannie dobrane drzewa stawały się pięknie dekorowanymi trumnami i tym sposobem mogły wrócić do ziemi, z której dawno temu wyrosły.

Obaj synowie odziedziczyli po ojcu talent do rzemiosła, ale na tym kończyły się podobieństwa między braćmi.

Jens był młodszy. Młodszy, ciemniejszy i ładniejszy — myślała zazwyczaj ich matka, obserwując z kuchni chłopców bawiących się na podwórzu. Za to Mogens pod wieloma względami był bystrzejszy, co ją uspokajało, bo widziała nadzieję dla zakładu stolarskiego, gdy synowie kiedyś go przejmą. Else Haarder święcie wierzyła, że jej starszy syn ma żyłkę do interesów i w skrytości ducha była przeświadczona, że Mogens będzie w tym lepszy niż ojciec.

Bo choć Silas rzeczywiście był cenionym stolarzem, to w kwestiach ekonomicznych wypadał nader skromnie. Pieniądze wpływały, ale dziwnym trafem wydawane były na rzeczy niepotrzebne, nie zaś na niezbędne zakupy, co powinno stanowić właściwy cel jego działalności. Był częstym gościem w obu sklepach ze starociami, jakie znajdowały się na głównej wyspie; poza tym posiadał też rzadki dar wynajdowania składów rupieci, gdzie znajdowało się coś, czego ktoś chciał się pozbyć. Tym sposobem Silas zawsze wracał do domu z czymś, co ku własnej radości znalazł.

Żona rzadko spoglądała na to łaskawym okiem, ale nie potrafił przestać. Był poza tym całkowicie przekonany, że któregoś dnia znajdzie zastosowanie dla wszystkich tych rzeczy. Trzeba po prostu mieć oczy szeroko otwarte. Na możliwości! Nawet w najpodlejszych przedmiotach kryje się jakaś wartość. Przecież zrobił elegancki kandelabr z dwunastu starych podków. Tu Else musiała przyznać mu rację: był nadzwyczaj piękny i oryginalny. Potem udało mu się sprzedać kilka z nich letnikom z południa wyspy, więc było go stać na jeszcze więcej starych podków.

Talent Silasa do drzew nie ograniczał się do ciesielstwa, stolarstwa i tokarstwa; potrafił też się nimi zajmować, nim trafiły pod hebel. Właściwie dbał i troszczył się o wszystkie drzewa na Głowie, jakby był ich ojcem biologicznym. Jeśli chodzi o jego rodzonych synów, to udało mu się podzielić z nimi swoją miłością i umiejętnościami: Jens pokochał las sercem, a Mogens rozumem. Innymi słowy, przy powalaniu drzewa na ziemię Jens czuł ucisk w gardle, a Mogens gorliwie obliczał ich wartość.

Naturalnie sam Silas Haarder kochał obu synów równie mocno, choć może Jensa bardziej.

Koncepcja rozszerzenia istniejącego już lasu mieszanego o nieduży lasek z choinkami należała do najbardziej wizjonerskich pomysłów Silasa, a już na pewno najbardziej dochodowych. Stali mieszkańcy wyspy i nieliczni goście, spędzający święta w domkach letniskowych, mieli teraz gdzie kupować choinki i gałązki świerkowe, a rodzinę Haarderów stać było na więcej delikatesów na świątecznym stole, choć tylko wówczas, gdy pieniądze w porę zainkasowała Else Haarder, nim zostały wydane na coś zupełnie bezużytecznego.

Na świerki miejsca nie brakowało, bo rodzina miała całą Głowę dla siebie. Widocznie nikt inny nie był zainteresowany, by mieszkać w takim odosobnieniu, nawet w czasie, gdy drzewa i krzewy nie zaczęły jeszcze rozprzestrzeniać się w niekontrolowany sposób, zagłuszając otwarte areały pastwisk. Za to chętnie przyjeżdżano na Głowę z wizytą, by coś naprawić lub po prostu pogawędzić, nawet jeśli wymagało to dłuższej wędrówki czy przejażdżki wąskim przesmykiem. Silas był lubiany przez mieszkańców wyspy. Ceniono jego rzemiosło i śmiano się z jego drobnych dziwactw. Na przykład powszechnie znany był fakt, że rozmawia z drzewami, a jego drzewka były popularne również dlatego, że ludziom podobało się, jak mamrocze do nich słowa pożegnania przed przekazaniem ich klientowi. Potem zacierał ręce w grudniowym chłodzie, sprawiając wrażenie zasmuconego, podczas gdy żona przyjmowała zapłatę.

Silas nie był zwyczajnym człowiekiem, ale jego dobroci nie podawano w wątpliwość, zaś wykonywane przez niego trumny były tak piękne, że możliwość pochówku w którejś z nich traktowano jak przywilej.

›•‹

Nikt oprócz samego Silasa Haardera i jego młodszego syna nie wiedział, że trumny były testowane, nim trafiły do prawowitego użytkownika. Nocą po skończeniu trumny, kiedy Else Haarder i Mogens smacznie spali, tych dwóch zakradało się do warsztatu, po czym spowici mrokiem i wonią świeżego drewna, kładli się do trumny — Silas na dole, a Jens na jego brzuchu.

Było to jedno z najprzyjemniejszych i najbezpieczniejszych doświadczeń, jakie Jens mógł sobie wyobrazić. Nawet wiele lat później, kiedy trumienne chwile przybrały postać mglistych wspomnień z dzieciństwa, wciąż pamiętał to uczucie. Ciemność była bliskim przyjacielem, czułym objęciem.

Gawędzili zawsze o sprzedawcy rowerów, piekarzu czy innym człowieku, który właśnie zmarł i wkrótce miał lec w trumnie. Silas znał większość ludzi z głównej wyspy albo znał kogoś, kto znał nieboszczyka. Nie żeby plotkował. Zawsze mówił tylko miłe rzeczy o zmarłych, jak na przykład, że piekarz dbał o swoje szczury albo że listonosz miał w sobie tyle miłości do żony, że musiał rozdzielić swoje oddanie pomiędzy trzy inne damy z południa wyspy.

Silas zdradził też młodszemu synowi, że burmistrz Korsted wiele lat temu ukrył na terenie swojego gospodarstwa różne rzeczy i że można przychodzić i je zabierać pod warunkiem, że robi się to bezszelestnie i niezauważalnie, a potem nic nikomu o tym nie powie, nawet samemu burmistrzowi. Była to niewinna, ucieszna zabawa, w którą burmistrz wtajemniczył tylko garstkę ludzi. Po jego śmierci inne osoby z wyspy ją kontynuowały, ale to wielki sekret i Jensowi nie wolno o tym wspomnieć Mogensowi czy komuś innemu. A już na pewno nie mamie, która nie przepadała za tego typu zabawami.

Co zostało powiedziane w trumnie, tam też zostawało. Taka była umowa.

Za to nie wszystko, co włożono do trumny, zostawało w środku. Tej nocy, kiedy mieli przygotowywać trumnę dla piekarza, Jens wpadł na pewien pomysł, nim wdrapał się do ojca. Obrócił się na pięcie i zaczął grzebać w pudle stojącym za tokarką.

— Jens, co robisz? — rozległ się głos w trumnie.

— Wziąłem jego wałek — wyszeptał z dumą Jens, wróciwszy do taty. — Nie sądzisz, że piekarz ucieszyłby się z niego, choć jeden uchwyt jest uszkodzony?

Rozległ się cichy stukot, gdy uchwyt spadł na dno trumny. Udzielenie odpowiedzi zajęło Silasowi dobrą chwilę.

— Hm, sam nie wiem. Poza tym mam go już od jakiegoś czasu, Jens. Przywiązałem się do tego wałka, myślisz, że dlaczego go mam? Po co zakopywać porządną, użyteczną rzecz. No i będzie nam przypominać o starym piekarzu. Nie, lepiej, jeśli wałek zostanie u nas. Piekarz i tak go nie potrzebuje tam, dokąd się wybiera.

— To znaczy w trumnie? — spytał Jens szeptem.

— Myślałem raczej o tym, co będzie potem.

— Potem? Dokąd on się wybiera potem?

— Cóż, to zależy, czy był dobry.

— W pieczeniu?

— Nie, nie o to chodzi. Bardziej o to, czy za życia był dobry i uczciwy wobec innych ludzi.

— Kiedyś rzucił za mną tylką cukierniczą.

— Naprawdę?

— Tak, bo się zatrzymałem, żeby dotknąć futryny piekarni, tej, którą zrobiłeś dla niego na wiosnę.

— Zabrałeś tylkę ze sobą?

— Tak.

— To dobrze.

— Więc gdzie on teraz pójdzie, skoro rzucił za mną tą tylką?

— Trudno powiedzieć, natura o tym zadecyduje. Ale kiedy jego ciało rozłoży się w trumnie, dusza je opuści i stanie się czymś innym. Czymś, na co zasłużył podczas swojego życia.

— Na przykład czym? Motylem? Źdźbłem trawy? Wozem konnym? — dopytywał Jens. — Tucznikiem? — nie miał problemu, by wyobrazić sobie piekarza jako tucznika.

— Taak, kto wie?

— Może znów zostać piekarzem?

— Nie sądzę.

— Ale zostanie na wyspie?

— Trudno powiedzieć.

Jens wiele myślał o słowach, które tamtej nocy padły w trumnie. Poczuł się bezpieczniej, wiedząc, że wraz ze śmiercią wszystko się tak po prostu nie kończy. Z drugiej strony nie podobało mu się, że nie miał pojęcia, czym potem się stanie. Właściwie wolał po prostu żyć dalej jako on sam. Nie miał najmniejszej ochoty stawać się na przykład komarem. To już lepiej mrówką, która przynajmniej nie lata, gryząc ludzi. Albo drzewem, które stanie się kiedyś piękną trumną, w której któregoś dnia ktoś się położy, by w niej pogawędzić.

Wiele rozmyślał o śmierci, choć żałował, że dowiedział się o jednej rzeczy, na którą nigdy by nie wpadł: że nie tylko on sam kiedyś umrze. Że mama i Mogens też w którymś momencie umrą. I tata. I bez względu na to, kim się potem staną, nie będą już jego mamą, Mogensem i tatą. Z powodu tej myśli przez wiele dni bolał go brzuch; zaczął się też zastanawiać, czy w takim razie nie lepiej by było umrzeć przed nimi, żeby później nie tęsknić? Ale wówczas oni będą tęsknić za nim i będzie im smutno. A jeśli człowiek po śmierci stanie się drzewem albo koniem albo strachem na wróble, czy oni w ogóle się o tym dowiedzą? Czy można wyobrazić sobie coś gorszego od bycia strachem na wróble, którego nikt nie rozpoznał i który tylko stoi, strasząc ptaki? I czy można właściwie stać się wałkiem? A co, jeśli się popsuje?

Myśli tłukły mu się po głowie, śniły mu się przerażające koszmary, że ma zostać zawieziony na wysypisko. Kiedyś pojechał z dziadkiem na wysypisko na południu wyspy ze stertą rzeczy, których mama nie chciała już oglądać, bo się popsuły. Gdy wrócili do domu, Silas poszedł do lasu. Pierwszy raz chłopcy widzieli, by ich ojciec był taki wściekły. Twarz miał całą czerwoną, bo wywieźli to wszystko bez jego pozwolenia. Przez większą część popołudnia mama starała się go udobruchać. A potem siedzieli na ławce, trzymając się za ręce, a chłopcy grali w piłkę, odczuwając ulgę.

Jakiś czas później dziadek zmarł. Mogens i Jens początkowo sądzili, że powinno im być z tego powodu smutno, ale dowiedzieli się, że nie ma się czym martwić, bo dziadek był już stary, zmęczył się byciem dziadkiem i chciał odejść. Nie znali go też zbyt dobrze, bo mieszkał w Sønderby, a z wizytą na Głowie bywał rzadko; poza tym kiedy już tu był, prawie nic nie mówił. Więc tak naprawdę im go nie brakowało. A jednak Jens nie mógł przestać myśleć o tym, kim ich dziadek chciał się stać. I czy jego nadzieje się spełniły.

Tej nocy, gdy trumna dla niego była już gotowa, Jens mógł wreszcie podzielić się swoimi myślami z tatą. Leżał sobie wygodnie na jego miękkim brzuchu, czując jego duże, ciepłe ręce na klatce piersiowej. Czasami czuł na czole dotyk brody Silasa i choć trochę drapała, było to miłe uczucie. Oddychali w jednym tempie.

— Jak myślisz, kim stanie się dziadek?

— Był miłym człowiekiem, więc myślę, że czymś dobrym.

— Czyli nie komarem?

— Nie, nie wyobrażam sobie tego.

— Drzewem?

— Tak, już prędzej drzewem. Wysokim, pięknym świerkiem.

— To musimy uważać, żeby go nie ściąć!

Jens domyślił się po brodzie, że tata się uśmiecha.

— Można ściąć drzewo, jeśli ceni się życie, które przeżyło. Jeśli chodzi o twojego dziadka, to może nie zawsze podejmował właściwe decyzje, ale był dobrym, serdecznym człowiekiem, który nawet kota by nie skrzywdził. Zapamiętaj go takim.

Jens parokrotnie odwiedzał dziadka w Sønderby, ale nie miał pojęcia, że miał koty. Owszem, miał niedużego pieska, który wszędzie za nim chodził i udawał martwego na komendę. Wszystko było dobrze, dopóki któregoś dnia więcej się nie podniósł. Od tej pory nazywano go najposłuszniejszym psem na wyspie, a dziadek Jensa przestał się w ogóle odzywać, po czym sam umarł.

— Swojego psa też nigdy by nie skrzywdził? Naumyślnie? — spytał Jens zatroskany.

— Ty też jesteś dobrym człowiekiem, Jens. Nie, dziadek nikogo nie skrzywdził. A teraz dostałeś jego czapkę z daszkiem. Możesz ją nosić, choć jest na ciebie trochę za duża. To ładny sposób, by go upamiętnić, prawda?

Jens kiwnął głową w ciemności.

— Czy ja też któregoś dnia będę czyimś tatą? — spytał nagle.

— Myślę, że tak.

— Jeśli będę miał syna, nazwę go Carl.

— Carl? Dlaczego akurat Carl?

— Ten poeta, z którym rozmawiałem na wysypisku, mówi, że ma na imię Carl i że ma ponad sto lat. Mówi, że może nawet dwieście.

— Tak twierdzi? — zakaszlał Silas.

— Tak, jeśli policzyć słoje na jego twarzy, to by pasowało. W każdym razie bardzo ich dużo.

— W takim razie, kiedy następnym razem go spotkam, spróbuję policzyć. Jeśli będę miał czas.

— A jeśli będę miał córkę, nazwę ją Liv, tak jak ta nowonarodzona dziewczynka, którą wczoraj widzieliśmy.

— To piękne imię — uśmiechnął się Silas.

— Tak.

Poleżeli jeszcze chwilę, nasłuchując szumu lasu, dobiegającego do nich przez szparę w oknie. Wraz z dźwiękiem docierał do nich zapach świerków i mchu, który mieszał się z wonią drewna z trumny. Wkrótce przebije się przez nie zapach wiciokrzewu.

Silas Haarder się poruszył.

— No dobrze, możemy uznać, że trumna dla dziadka jest już gotowa. Chodźmy spać. Tylko uważaj, by nie zbudzić brata, jak będziesz wchodził.

— Jeszcze nigdy tego nie zrobiłem.

— Masz rację. Mogens zawsze śpi jak kamień.

Ale tej nocy Jens nie zasnął. Myślał. Może kamienie to tak naprawdę śpiący ludzie, którzy byli zbyt zmęczeni, by stać się czymś innym?

Po powrocie z kościoła w Korsted, Else Haarder oznajmiła, że pogrzeb przebiegł jak należy. Mogens i Jens zostali w domu na Głowie wraz z ojcem. Silas uwielbiał trumny, ale pogrzebów nie lubił; nie lubił też, gdy chłopcy przebywali poza domem. Już i tak wystarczyło, że czasem musieli chodzić do szkoły, zamiast pomagać mu w warsztacie, w lesie i przy zwierzętach. Dla tej dwójki było tu dość roboty. Poza tym Silas nie miał zbyt dużego zaufania do wiedzy, którą zdobywali w szkole. Czasem nie rozumiał ani słowa z tego, co opowiadał Jens. Pierwiastki kwadratowe?

Za to dumą napawał go fakt, że obaj synowie wykazywali duże zdolności stolarskie. Mogens nawet większe.

Jens natomiast posiadał pewną szczególną zdolność, której Silas nie potrafił nazwać, ale którą bardzo lubił. Pierwszy chrzest trumny odbył się niemal przypadkowo. Chciał po prostu pozwolić chłopcu poczuć radość obcowania z drewnem i rzemiosłem, które kiedyś sam do perfekcji opanuje. Dać mu poczuć linie, proporcje, powąchać drewno. I opowiedzieć mu, że drzewo wciąż żyje i pracuje, otaczając zmarłego. Nauczyciel w szkole na pewno by się tym nie zainteresował!

Nie planował kontynuować tego rytuału, ale leżenie w tajemnicy z młodszym synkiem, obejmowanie go i słuchanie jego przemyśleń, zwierzeń i pytań nadawało jego życiu sens, którego wcześniej nie odczuwał.

Silasa nie interesowało, co inni mogliby o tym pomyśleć. Nawet przez chwilę się nie zastanowił, czy w oczach innych osób mogłoby się to wydawać odrobinę dziwaczne. Interesowało go tylko to, by ich bezpieczne, prywatne miejsce zwierzeń przetrwało jak najdłużej.

Jens bardzo się pilnował, by nie zdradzić starszemu bratu wszystkich ważnych rzeczy, których dowiedział się w trumnie. Ale nurtowało go jedno pytanie.

— Mogens, czym najbardziej chcesz zostać?

— Kiedy dorosnę? Wynalazcą, na bank wynalazcą!

— No tak, ale po tym, jak umrzesz. Czym chcesz zostać?

Mogens na chwilę utkwił w nim spojrzenie.

— Właśnie że tego nie zrobię. Nie umrę. Wynajdę coś, co utrzyma mnie przy życiu i zarobię na tym tyle pieniędzy, że będę z nich żyć. Ale nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Ciebie też utrzymam przy życiu.

Teraz Jens miał jeszcze więcej tematów do rozmyślań, o których nie mógł nikomu powiedzieć.

›•‹

Pewnej jesiennej nocy Jens i Mogens leżeli bezsennie w swoim pokoju, słuchając wichury szarpiącej dachówki i przewracającej sprzęty. Był to długotrwały, silny wiatr z północy, który przerodził się w rozszalały huragan. Ze stodoły dochodziło skrzypienie zawiasów wrót, które otworzył nagły podmuch wiatru, po czym rozległa się osobliwa kakofonia parskania, muczenia i beczenia. Krótko potem usłyszeli trzaśnięcie innych drzwi i głos ojca, krzyczącego do zwierząt. I jeszcze więcej dźwięków. Coś spadającego z dachu. Kurek? Coś, co potoczyło się po szutrze i uderzyło w coś innego. Mogens zgadywał, że to jedna z beczek uderzyła w pompę; próbował też uspokajać Jensa, że byłoby znacznie gorzej, gdyby wiatr wiał z południa lub zachodu. Kiedy wicher wieje z północy, jak tym razem, najgorsze bierze na siebie las. Poza tym drzewa rosną na tyle daleko, że nie uderzą w dom, gdyby je powaliło, więc Jens nie ma się czym martwić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki