Życie tak zwyczajne - Weronika Wierzchowska - ebook + audiobook

Życie tak zwyczajne ebook

Weronika Wierzchowska

4,3
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Anna zaczyna pracę w technikum jako stażystka ucząca chemii. Przez niedoświadczenie i brak przygotowania do zawodu pakuje się w kolejne kłopoty, nie radzi sobie w kontaktach z uczniami i nauczycielami, przez których czuje się na dodatek poniżana. Załamuje się i nie widzi dla siebie ratunku. Zamierza zrezygnować z kariery pedagogicznej, kiedy w jej ręce wpada tajemniczy dziennik. Badając jego historię, poznaje losy kilku nauczycielek i guwernantek żyjących wcześniej, począwszy od XIX wieku, i jak ona borykających się z przeciwnościami losu.

Historie pięciu kobiet, które, choć dzielą je lata i warunki życia, są sobie zadziwiająco bliskie. Wszystkie bowiem mężnie stawiają czoło przeszkodom na swoich drogach oraz uczą się czerpać siłę i życiową mądrość z własnego doświadczenia i od siebie nawzajem. 

Weronika Wierzchowska – z urodzenia mieszczka, przez długie lata zatrudniona w wielkiej korporacji jako chemiczka. Niedawno przerwała karierę, zrzuciła 30 kilogramów i wyprowadziła się na wieś. Obecnie zawodowo związana z malutką firmą kosmetyczną. Chwile niezajęte wymyślaniem i wytwarzaniem kremów, żeli i serum odmładzających poświęca córce, domowemu kucharzeniu oraz grzebaniu w starych książkach, które bardzo kocha. Zamiłowanie do dawnych historii i wymyślania własnych próbuje połączyć, tworząc opowieści o życiu kobiet: tych współczesnych i tych żyjących w dawnych czasach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 349

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (20 ocen)
10
7
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aneczka60

Z braku laku…

taka trochę o wszystkim i niczym
00



Copyright © Weronika Wierzchowska, 2016

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Ildiko Neer/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Bożena Hulewicz

ISBN 978–83–8097–806-5

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Rok 2015. Anna

– Pytanie o sposoby otrzymywania kwasów karboksylowych może trafić się na maturze z chemii, jeśli któryś z was się na taką zdecyduje, a z pewnością będzie na klasówce – powiedziała Anna, patrząc na swoich uczniów, kręcących się i poszeptujących niecierpliwie.

Ostrzeżenie nie wywarło na chłopcach szczególnego wrażenia i tylko dwóch coś notowało w zeszytach, może nawet schemat syntezy, który nauczycielka narysowała na tablicy. Reszta myślami i duszą już była za drzwiami, już znajdowała się w innej, pozaszkolnej rzeczywistości. Dzwonek się spóźniał, powinien zabrzmieć przed minutą, zatem to, co ględziła nudziara ze śmiesznym warkoczykiem, już zupełnie ich nie dotyczyło. To była ostatnia lekcja, w dodatku w piąteczek, ukochany piątunio, rozpoczynający weekend – czas laby i szaleństw. Zaczynali gadać coraz głośniej, kilku wyciągnęło smartfony i klikało w nich lub skrolowało ekran. Inni pakowali się ostentacyjnie, zaszurały krzesła, któryś nastolatek zakwiczał jak prosię i zaśmiał się basowym głosem. Anna westchnęła i opadła ciężko na krzesło za biurkiem, wywieszając w ten sposób białą flagę.

Kiedy dzwonek w końcu zabrzmiał, większość uczniów już i tak stała spakowana oraz gotowa do biegu, niczym konie wyścigowe w boksach przed podniesieniem bomby w górę. Anna zdjęła okulary i zajęła się ich przecieraniem, udając, że to zajęcie jest dla niej najważniejsze na świecie i że nie dostrzega ryczącego tłumu nastolatków mających ją głęboko w nosie. I tak powinna się cieszyć, że przetrwali we względnym spokoju całe czterdzieści pięć minut, bez ekscesów, gadania, pajacowania i przedrzeźniania nauczycielki. Kilku gagatków, których zdążyła znienawidzić z całego serca, przemądrzałych pryszczatych wyrostków, kpiło z niej, pochrząkując i kwicząc za jej plecami. To była ich ulubiona zabawa, natrząsanie się z nauczycieli niepotrafiących w nich budzić sympatii lub grozy. Anna zdawała sobie sprawę, że chrząkanie i kwiczenie nawiązywało do jej urody, zadartego nosa i dość pulchnej sylwetki. Pewnie młodzież przezywała ją Świnką. Oby nie Maciorą lub Lochą, co też było niewykluczone.

Kpiny jeszcze się nasilały, gdy słysząc kwiczenie, oblewała się rumieńcem wstydu. Jej twarz przybierała wówczas istnie prosiaczkowaty kolor i wygląd… No i te płowe włosy splecione w warkoczyk dopełniały obrazu. Coś okropnego! Chłopcy w ciągu kilku miesięcy doprowadzili ją do stanu, w którym nie mogła spokojnie spojrzeć w lustro. A przecież gdy w czasie studiów ówczesny chłopak podarował jej pluszową świnkę, oboje mieli z tego wyłącznie masę radości. Jakie to było słodkie! Teraz, gdyby dostała taki prezent, znienawidziłaby ofiarodawcę w jednej chwili.

Poczekała aż klasa się opróżni, co trwało chwilę, założyła okulary i z trzaskiem zamknęła dziennik. Niech będzie przeklęta klasa trzecia T i wszystkie pozostałe w tej cholernej szkole! Co za okropne miejsce! I pomyśleć, że przez całe lato nie mogła doczekać się rozpoczęcia nauczycielskiego stażu. W dzisiejszych czasach tak trudno o pracę w dobrej szkole, właściwie to w jakiejkolwiek szkole. Młoda, pełna pasji nauczycielka, spędziła rok na wysyłaniu i roznoszeniu podań oraz CV po placówkach edukacyjnych, odbijając się od muru niemożliwości, braku etatów i niechęci. Przymierałaby głodem lub musiała wrócić do rodziców na wieś, gdyby nie pomoc Franka, jej bliskiego kumpla z czasów studiów, który pozwolił jej mieszkać u siebie kątem, karmił ją i pocieszał.

Nie poddawała się. Walczyła, choć miała wrażenie, że belfrzy tacy jak ona są wszędzie i tysiącami kłębią się wokół dyrektorów szkół, dobijają się do nich we dnie i w nocy, wdzierają przez okna i wpełzają szparami pod drzwiami. Bez znajomości lub polecenia zdobycie pracy ocierało się o cud. Ten się jednak wydarzył, została zaproszona na rozmowę przez dyrektora Technikum Budowlanego w jednym z podwarszawskich miasteczek. Cóż z tego, że do szkoły musiała dojeżdżać pociągiem podmiejskim? Te kursują co pół godziny i na Śródmieście można nimi dojechać szybciej niż autobusem z Targówka lub Bemowa. Poza tym trafiło się jej nie byle co, lecz oferta pracy w szkole średniej! Nie będzie jakimś tam byle nauczycielem z podstawówki albo gimnazjum. Nie będzie musiała użerać się z bandą rozwrzeszczanych bachorów, ale pracować z młodzieżą, ludźmi już niemal dojrzałymi, ciekawymi świata i dociekliwymi. Och, jak bardzo się myliła! Okazało się, że do techników w większości nie przychodzą z własnego wyboru uzdolnieni absolwenci gimnazjum, ale „spadają” niezdyscyplinowane i tępawe indywidua, których nie chciano przyjąć do żadnego liceum. Tragedia!

Wyszła z klasy i zamknęła ją na klucz, a potem bez entuzjazmu powędrowała w kierunku pokoju nauczycielskiego. Miała nadzieję, że większość koleżanek i kolegów już się zawinęła do domu. Było po szesnastej, skończyły się ostatnie zajęcia i na kilka godzin szkoła się wyludni. Potem, niestety, zwalą się troglodyci z wieczorowego technikum dla dorosłych. Anna aż zadrżała z odrazy i niechęci na samą myśl o nich.

– Hej, złotko, ty jeszcze tutaj? – spytała pani Halinka, polonistka, która właśnie poprawiała misterną fryzurę przed lustrem.

Tylko ona tkwiła jeszcze w pokoju nauczycielskim, reszta grona pedagogicznego już rozpoczęła weekend lub znikła, by wrócić później na lekcje dla dorosłych.

– Mam okienko, a potem wieczorówkę – mruknęła Anna.

– Och, co za pech! W piątek siedzieć do późna. – Halinka uśmiechnęła się promiennie.

Polonistka była już po pięćdziesiątce, ale trzymała się naprawdę nieźle, obsesyjnie dbając o urodę. Nawet na lekcje nie ruszała się bez poprawienia koafiury i makijażu. Poza tym żywiła się wyłącznie jogurcikami 0% wszystkiego. Najważniejsze jednak, że była wieloletnią przyjaciółką dyrektora i razem z jeszcze trzema nauczycielkami stanowiły jego świtę przyboczną lub może nawet gwardię pretoriańską. Anna szybko się zorientowała, że cztery panie – polonistka, kierowniczka laboratorium, historyczka i szkolna pedagog tworzą zaprzyjaźnione kółko wzajemnej adoracji. Z mimowolnie podsłuchanych rozmów dowiedziała się, że ich przyjaźń sięga poza szkołę, panie wzajemnie się odwiedzają, wizytują z okazji imienin i rodzinnych uroczystości. Halinka była nawet matką chrzestną syna Jadzi, surowej i zimnej historyczki.

Anna nie widziała w tym nic niestosownego, początkowo stwierdziła nawet, że przyjaźń starszych pań to coś uroczego. Szybko jednak spostrzegła, że gwardia dyrektora dzierży totalitarną władzę nad szkołą i pozostałymi nauczycielami. Dodatki uznaniowe, lekcje w najlepszych oraz najgrzeczniejszych klasach, wygodne godziny pracy dostawały tylko cztery wiedźmy. Nawet nie musiały uczestniczyć w nudnych, ciągnących się godzinami Radach Pedagogicznych, zawsze znajdowały jakieś usprawiedliwienie swojej nieobecności. Reszta kadry żywiła się odpadkami z pańskiego stołu.

Anna, jako najmłodsza, w dodatku tylko stażystka, stała na szarym końcu przy rozdziale dóbr. Nic dziwnego, że dostały się jej klasy wyłącznie męskie, czyli najbardziej niesforne, cieszące się złą opinią, a rozkład jej zajęć był pełen luk i okienek. Zamiast zatem siedzieć w szkole przez szesnaście godzin tygodniowo, przebywała w niej od rana do wieczora, a pracę i tak musiała zanosić do domu i kończyć późno w nocy. Zamiast skupić się na celach dydaktycznych, tonęła w niezliczonej ilości dokumentacji do uzupełnienia, konspektów, dzienników i raportów. Mogłaby zajmować się nimi w czasie okienek, ale dla nauczycieli przeznaczony był tylko jeden komputer, przestarzałe pudło, które uruchamiało się godzinami, by potem zawiesić po kilku minutach. Do jedynej drukarki zawsze brakowało papieru, bo szkoły nie było stać na podobną rozpustę. Dziesięć złotych za ryzę okazało się zbyt wysoką sumą, boleśnie nadwyrężającą budżet placówki. Ciekawe, na co szły pieniądze zarabiane przez szkołę na płatnych zajęciach wieczorowych?

Zgrzytając zębami ze złości, Anna wyciągnęła z torby swój prywatny laptop i otworzyła go, siadając przy stole służącym zwykle jako miejsce spożywania posiłków. Pani Halinka podśpiewywała pod nosem, spryskując się obficie dezodorantem, jakby wychodziła na bal, a nie w drogę autobusem do domu.

– Przypilnuj, złotko, by Jacek i Antek nie smrodzili tu papierochami, dobrze? – rzuciła, wieszając na ramieniu torebkę. – Smoła osiada nie tylko na ścianach i firankach, ale niszczy nasze kwiatki. Och, właśnie, podlej je proszę przed wyjściem. Zapomniałam o biedactwach, a przez sobotę i niedzielę może im się zrobić zbyt sucho.

Jacek i Antek! Tych jeszcze brakowało. Pierwszy był nauczycielem materiałoznawstwa, grubym i obleśnym erotomanem, niekrępującym się opowiadać sprośnych kawałów przy Annie. Najbardziej cieszyło go zażenowanie, w jakie ją wprawiał, podejrzewała, że miał erekcję za każdym razem, gdy udawało mu się wywołać rumieńce na jej twarzy. Żeby tylko wiedział, że te pochodziły raczej z gniewu i frustracji niż ze wstydu… Drugi uczył informatyki i matematyki, w zwyczaju miał zupełne ignorowanie młodszej koleżanki. Traktował ją jak powietrze, nawet nie odpowiadał na pozdrowienia, z innymi nauczycielami w jej obecności rozmawiał tak, jakby Anna nie istniała. Wyraźnie miał się za kogoś lepszego, uzyskał niedawno stopień nauczyciela mianowanego i byle stażystka znaczyła dla niego mniej niż woźna. Gówniara zajmująca miejsce w kącie i tyle, nikt, z kim można by zamienić słowo.

Anna źle się czuła, siedząc z nimi w pokoju nauczycielskim, zresztą ze wszystkimi pozostałymi belframi czuła się podobnie. Z tymi dwoma jednak męczyła się w dwójnasób, bo pierwszy wkurzał ją swoim chamstwem, a drugi arogancją. Nie wiadomo, co właściwie gorsze. Miała ochotę jednemu i drugiemu powiedzieć kilka cierpkich słów, ale nie mogła i zwyczajnie nie potrafiła. Gdyby naskarżyli na jej zachowanie dyrektorowi lub opiekunowi stażu, jej kariera mogłaby szybko się skończyć. Nie zaliczyłaby okresu próbnego, a po czymś takim chyba żadna szkoła nie przyjęłaby jej do pracy. I co wtedy? Po co kończyła kierunek pedagogiczny na Wydziale Chemii uniwerku? Tyle nauki miałoby pójść na marne? Niedoczekanie! Zaciśnie zęby i jakoś przecierpi w milczeniu, a kiedy zostanie nauczycielem kontraktowym, to poszuka innej szkoły.

– Aha, złotko! Zapomniałabym o jeszcze jednym – pani Halinka zatrzymała się w drzwiach, właściwie stała już na zewnątrz i przytrzymywała je przed zamknięciem. – Pan Piotruś chciał z tobą porozmawiać, miałam ci powiedzieć o tym dwie godziny temu, ale wyleciało mi z głowy. Może złapiesz go, zanim wyjdzie do domu, powinien być jeszcze w swoim gabinecie.

Anna na dźwięk słów „pan Piotruś” natychmiast stanęła na baczność. Chodziło o samego dyrektora. A niech to! Dwie godziny zwlekać ze stawieniem się na wezwanie szefa, jak to wygląda? W dodatku nie mogła mu powiedzieć, że dopiero się dowiedziała, bo byłoby to zrzucaniem winy na panią Halinkę, jego wielką przyjaciółkę. Zostawiła zatem laptop i pobieg­ła do gabinetu znajdującego się piętro niżej. Zatrzymała się przed drzwiami, odetchnęła głęboko, by uspokoić oddech i dygotanie kolan, po czym zapukała i weszła do środka.

* * *

Wyszła, mając wrażenie, że jej policzki płoną. Musiały być czerwone niczym dwa zachodzące słońca lub może raczej jak dwie połówki przekrojonego buraka. Sztywnym, automatycznym krokiem przemaszerowała przez korytarz prosto do ubikacji. Nie patrząc w lustro, pochyliła się nad umywalką i umyła twarz lodowatą wodą.

Pan Piotr, przystojny i smukły pięćdziesięciolatek, uraczył ją soczystą przemową o kłopotach, jakie miał z młodymi nauczycielkami. Kazał jej usiąść w fotelu naprzeciw biurka i chodząc po gabinecie, uraczył wykładem. Opowiedział o jej poprzedniczce, która porzuciła pracę i uciekła przed ukończeniem stażu, a teraz z pewnością zarabia na życie jako prostytutka. Czym bowiem innym mogła zostać jawnogrzesznica, która pozwalała sobie na flirty z uczniami! O tak uwłaczające godności nauczyciela zachowanie nie posądzał Anny, ale doszły go słuchy, że zbytnio pobłaża chłopcom i pozwala im na zbyt wiele. Doniesiono mu o tym, że uczniowie wychodzą z jej lekcji na papierosa. Anna zapomina, że jest odpowiedzialna za podopiecznych w czasie zajęć i nie może lekceważyć tego, że dwóch czy trzech znika w ich trakcie. Poza tym jest zbyt pobłażliwa dla młodzieńców także w czasie przerw i dyżurów na korytarzu. Widywano, jak na jej oczach pchali się całą grupą do ubikacji, z pewnością, by palić papierosy. A ona nie interweniowała. Tak samo jak wtedy, kiedy kpią sobie z niej za plecami albo zaczepiają dziewczęta z klas o profilu ochrony środowiska.

Anna nie mogła tłumaczyć się brakiem umiejętności w radzeniu sobie z utrzymaniem dyscypliny, wyszłaby na pozbawioną talentu pedagogicznego i niezaradną. Dyrektor zauważył ponadto, że może mieć problemy z przekazaniem wiedzy i zachęceniem uczniów do rozwoju. Co prawda niby wykonuje plan, ale nikt z jej klas nie zgłosił się do olimpiady ani nawet kółka chemicznego. Zasugerował też, że na jej miejsce czeka kolejka chętnych i jeśli nie daje rady, może powinna poszukać sobie innego zajęcia, wszak zawód pedagoga nie jest przeznaczony dla wszystkich. Milczała, w pokorze najpierw przytakując, a potem mętnie obiecała poprawę.

Dyrektor był tak zmartwiony całą sytuacją, że pozwolił sobie na objęcie jej ramieniem i pocieszające głaskanie po plecach. Jego głos zmienił się wtedy z surowego na miły i łagodny. Czuła mocny zapach jego wody toaletowej i kawy, którą dopiero co wypił. Drgnęła, gdy ciepło jego oddechu owiało jej szyję, ale nie próbowała się bronić.

– Rozumiem, pani Aniu, że szczególnie na początku jest ciężko. Nauczyciel dopiero z czasem wypracowuje sobie metody na dyscyplinowanie uczniów i egzekwowanie od nich wiedzy. Większości pani problemów możemy jakoś zaradzić i wspólnie je rozwiązać – mówił, nie wypuszczając jej z pocieszającego uścisku. – Kobiety, jako płeć słabsza, potrzebują oparcia i silnego męskiego ramienia. Nie jesteście stworzone do tego, by toczyć boje z rozwrzeszczaną hołotą, tymi osiłkami w dresach, dzikusami o wygolonych łbach, którzy są naszymi uczniami. Jestem gotów udzielić pani kilku cennych wskazówek, ale musielibyśmy się spotkać na dłuższą rozmowę gdzieś poza szkołą. W miejscu zapewniającym intymny spokój i możliwość swobodnej rozmowy…

Nagle zrozumiała, kogo jej przypomina przystojny, zadbany pan Piotr. Starego satyra z jakiegoś obrazu, śliniącego się do tańczących w lesie driad. Jego oddech wcale nie pachniał kawą, a zwyczajnie śmierdział. Woda kolońska z innej epoki uderzała natomiast w nos, aż zapierało dech. Ciekawe, czemu poprzednia nauczycielka chemii porzuciła pracę i uciekła ze szkoły? Także zapraszał ją na nieoficjalne spotkania, by rozmawiać o pedagogice? Sprawy posunęły się dalej i zmuszał ją do czegoś? Może zastraszał?

Anna podziękowała mu za ofertę pomocy i odparła, że się zastanowi, a potem uciekła z gabinetu. Teraz stała, opierając się o umywalkę, i patrzyła na krople wody skapujące jej z nosa. Na szczęście wypieki na policzkach szybko znikały, znaczyło to, że już wzięła się w garść. Ręce jeszcze trochę dygotały, ale nic w tym dziwnego, właśnie stała się ofiarą molestowania. Może niezbyt natarczywego, choć wyglądało na to, że dla pana Piotra podobne gadki to nie pierwszyzna i z pewnością nie ograniczy się jedynie do nich.

Co robić? Chyba nic, bo przecież właściwie do niczego nie doszło. Stary cap próbował ją poderwać i tyle! Wytarła się i pomaszerowała do pokoju nauczycielskiego. Usiadła przed laptopem i próbowała skupić się na zaległej robocie, napisaniu konspektów i podobnych bzdurach. Nie mogła się jednak skupić. Będzie musiała poradzić się Franka, co z tym zrobić. Przyjaciel, choć nieco roztrzepany i wiecznie zabiegany, był chyba jedyną osobą, z którą mogła o tym porozmawiać. Do domu przecież nie zadzwoni – mama chorowała na serce i nie potrzebowała się denerwować ani kłopotać problemami córki. Z dziewczynami ze studiów zdążyła pozrywać kontakty. Kilka wyszło za mąż, pozostałe rozjechały się po Polsce, każda poświęcając się pracy i rodzinie. Gdyby nie Franek, nie miałaby nie tylko gdzie mieszkać, ale i z kim pogadać.

Po godzinie, w czasie której zdołała jednak coś zrobić, zaczęli się złazić nauczyciele na lekcje wieczorowe. Pierwsi przyszli niestety Jacek i Antek. Gruby materiałoznawca oblizał się na widok koleżanki i pochwalił obcisły golf, dzięki któremu jej biust wydawał się tak imponujący. Antek obrzucił Annę obojętnym spojrzeniem, jakby patrzył na mebel bez znaczenia lub inną część wystroju wnętrza, a potem zaczął przygotowywać się do lekcji. Jacek skutecznie mu w tym przeszkadzał, opowiadając swoje ulubione dowcipy.

– Słuchajcie, ten jest niezły. Kontrola drogowa zatrzymuje blondynkę. Ma pani gaśnicę? Mam. A trójkącik? Wczoraj zgoliłam! – rzucił pierwszym sucharem i roześmiał się na całe gardło.

Antek tylko uniósł brwi i wykrzywił usta, zmuszając się do uśmiechu. Anna czuła rosnącą falę ­złości. Grubas nigdy nie odważał się na opowiadanie podobnych bzdur przy przyjaciółkach dyrektora, a nawet przy innych, starszych nauczycielach, tylko ją traktował jak nic nie znaczącą gówniarę. Cholerny tchórz, a możliwe, że i donosiciel. Ktoś z nich przecież donosił na nią do dyrektora, niewykluczone, że wszyscy po trochu.

– A właśnie, przypomniał mi się jeszcze jeden w temacie! Słuchajcie! Dwie blondynki stoją nago przed lustrem. Jedna z nich ma czarne owłosienie łonowe. Widzisz, mówi do drugiej, taka całkiem głupia to ja nie jestem! – Ryknął śmiechem, klepiąc się z uciechy po udach. – A ty, Aniu, jesteś całkiem głupia, czy też masz trochę z brunetki?

Nie wytrzymała i zatrzasnęła laptop. Czuła, że znów policzki jej płoną, przez co wygląda jak zawstydzona idiotka. Wstała z rumorem, odsuwając krzesło i pomaszerowała do drzwi. Jacek odprowadził ją wzrokiem, chichocząc, a Antek ostentacyjnie wsadził nos w papiery, by na nią nie patrzeć. Lekcję miała dopiero za czterdzieści minut, nie pozostało jej zatem nic innego, jak wrócić do łazienki i zamknąć się w kabinie.

Ledwie to zrobiła, rozpłakała się ze złości i bezsilności.

* * *

Klasa dorosłych składała się z piętnastu facetów, z których najstarszy był już po czterdziestce, a najmłodszy kilka lat od niej młodszy, oraz z czterech kobiet w wieku nieokreślonym. Maskowały go warstwami podkładów, pudrów i mazideł, którymi wszystkie były solidnie wytapetowane. Każda mogła mieć zarówno dwadzieścia kilka lat, jak i dobiegać czterdziestki. W każdym razie wszystkie pracowały jako asystentki kierowników i członków zarządu w firmach budowlanych. Potrzebowały zdobyć maturę, by móc rozwijać się zawodowo, zaliczać kursy dla sekretarek, a może nawet pójść na studia do jakiejś prywatnej uczelni. Anna miała je początkowo za skończone idiotki, potem jednak wzbudziły jej podziw tym, jak radzą sobie z facetami. To właściwie ona mogłaby się od nich uczyć.

Pozostali uczniowie byli bowiem pracownikami budów, uczniami majstrów i pomagierami, którym zamarzył się awans zawodowy. Mocno zbudowani, ogorzali od słońca i zimowych wiatrów, o łapach niczym bochny chleba, wielkich i twardych. Porozumiewali się, jak to robotnicy budowlani, niskimi głosami, używając polszczyzny uproszczonej, w której większość przymiotników, wykrzykników, a nawet czasowników zastępował odmieniany na różne sposoby wyraz „kurwa”. Najważniejsze jednak, że bardzo ich cieszyły końskie zaloty skierowane do czterech sekretarek i to im poświęcali najwięcej uwagi.

W przeciwieństwie do nastoletnich uczniów technikum nie kpili sobie z Anny, właściwie niemal jej nie zauważali. Pohukiwali i porykiwali do czterech gracji, a te bez najmniejszych problemów robiły z nimi, co chciały. Czasem dla zabawy flirtowały, czerpiąc z tego jakąś niezrozumiałą dla Anny przyjemność, a czasem, gdy zaloty posuwały się za daleko, w kilku słowach przywoływały osiłków do porządku. Zwykle żartobliwie, jakąś złośliwą uwagą uderzającą w ich męskość. Zawsze kończyło się to wybuchem śmiechu całej klasy. Na Annę nikt wtedy nie zwracał uwagi.

Dziś też tkwiła przy tablicy, obrócona plecami do klasy, i starała się skupić na rysowaniu schematu technologicznego wytwarzania cementu. Zdawała sobie sprawę, że to nic ciekawego, i nie oczekiwała, że uczniowie w ciszy i skupieniu będą notować. Słyszała basowy szmer za plecami, komuś zadzwonił telefon, ktoś się zaśmiał, normalka. Obróciła się i spojrzała z wyrzutem na ucznia, który spokojnie odebrał połączenie i w najlepsze zaczął rozmawiać. A przecież prosiła, by na czas lekcji wyłączać telefony!

– Niech wylewają, no niech wylewają! – wydarł się do słuchawki czerwony na twarzy Kowalski. Uczeń był wielki, ledwie mieścił się w ławce, do tego zawsze przychodził w roboczych spodniach ogrodniczkach, upapranych materiałami budowlanymi. – Nie mogę, kurwa, co za ludzie! Szef przecież robi im przelewy w terminie, jesteśmy stałe klienty! Niech zostawią fakturę i, kurwa, wylewają!

Dla podkreślenia huknął pięścią w stół. Klasa się roześmiała, Anna czekała cierpliwie na skończenie rozmowy, patrząc na Kowalskiego nad okularami. Jego sąsiad tymczasem wyciągnął z kieszeni kanapkę i szeleszcząc niemożliwie, wypakował ją z papieru, a potem zaczął jeść.

– Niech pani jedzie dalej! – poradził z pełnymi ustami, gestykulując kanapką. – Jasiek zaraz skończy.

Anna zaczęła się gotować ze złości. Wszystkie reguły, które ustaliła z nimi na pierwszej lekcji, mieli gdzieś. Płacili za naukę i wymagali, by ta się odbywała. Nauczycielka pełniła dla nich funkcję usługową, taką samą jak kasjerka w Biedronce, i należał się jej zbliżony szacunek. Niech ich cholera, troglodytów. Nie chcieli się tu niczego nauczyć, tylko dostać zapłacony papierek. Ona była wyłącznie upierdliwą męczybułą, która zanudzała ich niepotrzebnymi informacjami. Powinna się cieszyć, że w ogóle chcieli tu siedzieć i słuchać.

– Warkoczyk bardzo panią odmładza – niespodziewanie oznajmiła jej siedząca w pierwszej ławce jedna z czterech gracji. – Wygląda pani za młodo na nauczycielkę, to dlatego chłopcy nie mogą się skupić.

– Poza tym budowlanki powinien uczyć chłop! – dodał siedzący obok osiłek. – Kto to widział, by baba tłumaczyła murarzom co i jak?

Anna drgnęła, z trudem hamując odruch, by odwrócić się na pięcie i wyjść, trzaskając drzwiami. Niech dyrektor wyśle tu jakiegoś chłopa, proszę bardzo. Ona przecież nie prosiła się o pracę z tymi drabami! Chciała przekazywać młodzieży wiedzę piękną i ciekawą, odkrywać przed nimi tajniki działania świata, uczyć o procesach zachodzących w materii, o tym, co dzieje się w ich otoczeniu. Na co jej jednak przyszło? Za marne pieniądze pełni funkcję zapchajdziury od odbębniania godzin z bandą dzikusów.

Co ona tu właściwie robi? Czemu nikt nie ma dla niej najmniejszego poważania? Dlaczego przyznano jej prawa nauczyciela, ale nikt tak naprawdę nie przygotował jej do tej roli? Jak miała poradzić sobie z tymi ludźmi, skłonić ich do uwagi, zaciekawić, czegokolwiek nauczyć? Nie dość, że była nauczycielem, który to zawód cieszył się takim samym szacunkiem społecznym jak zawód śmieciarza lub roznosiciela ulotek, to jeszcze była kobietą, i to młodą. W oczach samców, którzy siedzieli w klasie, czyniło to z niej coś w rodzaju podczłowieka.

Ręce jej opadły. Odwróciła się do tablicy i w milczeniu skończyła rysować schemat. Potem jechała dalej, punkt po punkcie, przemawiając do ludzi, którzy nie tylko jej nie słuchali, ale jawnie lekceważyli. Nawet gracje nie okazywały jej kobiecej solidarności, zajmując się dla zabicia czasu kokietowaniem kolegów.

Dotrwała do końca lekcji, a potem, zamiast zajść do pokoju nauczycielskiego, chodziła po korytarzach przez godzinne okienko przed ostatnimi zajęciami. Te wyglądały bliźniaczo podobnie do pierwszych, tylko zamiast czterech gracji miała dwie starsze panie, pracownice sklepu budowlanego. Starały się o kierownicze stanowiska i potrzebowały papierów ukończenia szkoły średniej. Ich koledzy natomiast stanowili bardzo podobny zestaw do poprzedniego. Tyle że wśród nich Anna miała jednego wielbiciela, który nie spuszczał z niej oczu, a gdy na niego spojrzała, uśmiechał się zaczepnie. Po lekcjach czekał na nią przed wejściem.

– Może dziś ma pani wolny wieczór i znajdzie dla mnie chwilę? – spytał bez wstępów. – Ponawiam zaproszenie na kawę, tu niedaleko jest całkiem miła knajpka, w której mogłaby udzielić mi pani korepetycji.

Anna się odsunęła, niczym tarczą zasłaniając się dziennikiem. Jej absztyfikant był nawet dość przystojny, właściwie wysoki i barczysty, ale było w nim coś dziwnego. Mimo potężnej postury poruszał się jak baletnica, a na jego twarzy widniały czasem ślady jakby makijażu, szczególnie wokół oczu. Od Krzysia często też cuchnęło potem i przenoszonym ubraniem. To dyskwalifikowało go bardziej niż brak wykształcenia i trudna do określenia odmienność. Anna miała też przed oczami jego dłonie, z wżerami smarów i smoły, o długich czarnych paznokciach. To było straszne!

Nie spodziewała się, że jako nauczycielka będzie narażona na zaloty dojrzałych mężczyzn. Krzysztof w dodatku odbiegał od reszty budowlańców, trzymał się z dala od pozostałych troglodytów, choć bez wątpienia należał do ich środowiska. Odmówiła mu, tłumacząc się pilnymi sprawami czekającymi na załatwienie, potem pognała się ubrać. W pokoju nauczycielskim byli jeszcze Antek i nauczyciel technologii, pogrążeni w rozmowie. Bąknęła im „do widzenia”, ale nie zareagowali, zwyczajowo jej nie dostrzegając.

Czyżby w tej szkole wszystkie nauczycielki były źle widziane? Prócz przyjaciółek dyrektora Anna była jedyną kobietą. Może problemem była właśnie jej płeć? Znalazła się w miejscu, do którego panie nie pasowały. Albo ulegnie mężczyznom, podda się zalotom dyrektora i dołączy do grona jego babskiej gwardii pretoriańskiej, albo zostanie zadeptana i zadręczona. Może poddać się i uciec, tak jak jej poprzedniczka?

Pan Krzyś nie zrezygnował, czekał na nią na peronie. Zapadł już zmrok, na stacji nie było wielu podróżnych wracających do Warszawy. Na widok wyprężonego mężczyzny w znoszonej kurtce i poruszającego się tanecznym krokiem, poczuła się niepewnie. Nie miała jednak dokąd uciec, poza tym kolejka powinna wjechać za dwie minuty. Niestety, Krzysztof nie rezygnował.

– Anno, niech pozwoli mi pani odwieźć się samochodem. Będzie wygodniej i cieplej niż w pociągu – wskazał na parking.

Jeszcze czego! Wsiąść z dziwakiem o krogulczych szponach do jego starego golfa? Pewnie zamiast do domu, zawiózłby ją do swojej meliny. Trzyma tam uprowadzone nauczycielki? Może i tę, która zniknęła ze szkoły?

– Panie Krzysztofie, naprawdę nie mogę. W domu ktoś na mnie czeka – oznajmiła stanowczo, licząc na to, że drobnym kłamstwem o hipotetycznym partnerze odstraszy zalotnika.

– Nie kłam – mruknął pod nosem, zerkając na nią jakoś tak groźnie, aż poczuła ciarki przebiegające po plecach. Chyba poczuła zionący od niego alkohol. – Po co te niepotrzebne opory? Czemu mnie odpychasz, przecież tak naprawdę nikogo nie masz. Czy jestem taki zły? Czegoś mi brakuje? Jestem za głupi dla nauczycielki? Nie przesadzasz z tą wybrednością? Może choć spróbujesz, jakim byłbym facetem? Proszę tylko o danie szansy. Byłbym dobrym opiekunem i silnym ramieniem, na którym mogłabyś się wesprzeć w potrzebie.

– Ale ja nie szukam męskiego ramienia! – prychnęła. W jednej chwili strach przed dziwakiem minął, zastąpiony wybuchem złości nagromadzonej przez cały, okropny dzień. – Nie potrzebuję żadnego opiekuna, żadnego faceta!

– Och, nie żartuj! Każda z was potrzebuje – roześmiał się pogardliwie. – Czym jesteście bez mężczyzny?

W tej chwili pociąg z hukiem i porywem wiatru wjechał na peron. Anna obróciła się i bez słowa wskoczyła w najbliższe drzwi. Krzysztof został na peronie. Widziała przez okno jego nieruchomą sylwetkę. Z pewnością na nią patrzył, ale nie widziała jego twarzy.

* * *

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

1. Rok 2015. Anna

Punkty orientacyjne

Okładka