Nie przestałyśmy być kobietami - Weronika Wierzchowska - ebook + książka

Nie przestałyśmy być kobietami ebook

Weronika Wierzchowska

4,0

Opis

Opowieść o kobietach w cieniu wojny, które chciały kochać, przyjaźnić się - po prostu żyć.

To były dziewczyny takie jak każda z nas. Ale wojna odebrała im rodziny i młodość, rzuciła daleko na wschód, gdzie dorastały w sowieckich kołchozach i syberyjskich tartakach. Większość nie miała nawet dwudziestu lat, gdy wstępowały do armii, co było jedyną nadzieją na powrót do ukochanej Polski.
Chorobliwie ciekawska kresowiaczka Janka i zagubiona służbistka Ania jesienią 1944 roku wraz z pierwszą kompanią fizylierek z Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater wkraczają w ruiny warszawskiej Pragi i obejmują posterunki, by strzec to, co ocalało, przed hitlerowcami i szabrownikami. Czy w ogniu wojennych intryg jest szansa na kobiecą przyjaźń? Czy miłość w cieniu śmierci zawsze jest silniejsza? Ile znaczy radość z wolności, czyli życia?

Weronika Wierzchowska - z wykształcenia chemiczka, przez lata zatrudniona w korporacji farmaceutycznej, potem w firmie kosmetycznej. Lubi mieszać, zarówno w chemicznych reaktorach, kuchennych garnkach, jak i w losach wymyślonych przez siebie postaci. Od dziecka kocha książki, co w końcu zaowocowało samodzielnymi próbami ich pisania. Fascynują ją historie interesujących, choć zapomnianych kobiet, które chętnie przypomina w swoich powieściach. Perypetie pań z dawnych epok często zestawia z losami współczesnych, dzielnych i niezwykłych Polek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (36 ocen)
16
10
5
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agata181094

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa i wciągająca :)
00
BabciaBasia699

Nie oderwiesz się od lektury

super
00

Popularność




 

 

Copyright © Weronika Wierzchowska, 2019

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Maria Talar

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

 

ISBN 978-83-8169-744-6

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

I

Warszawska Praga, wrzesień 1944 roku

Gdzieś w oddali basowo grzmiały armaty, ich dudnienie niosło się niczym przetaczające się po niebie burzowe gromy. Anna powinna czuć ponurą grozę toczącej się tuż obok wojny, ale obezwładniała ją jedynie trema. Po raz ostatni tak się męczyła, kiedy składała przed komsomolskim kolektywem samokrytykę i kajała się za swoje sanacyjne pochodzenie. Jakby na nią spadła wina za to, że jej ojciec był oficerem krakowskiej policji i absolwentem wyższej uczelni. Nie miała jednak innego wyjścia, z podniesioną głową, patrząc na tłum radzieckiej młodzieży, biła się w pierś za to, że nie urodziła się jako wieśniaczka lub choćby córka ubogiego robotnika. Właściwie to z nerwów udało się jej odegrać taką dramę, że gdyby pokazała ją komisji egzaminacyjnej, chyba z miejsca przyjęliby ją do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Jako dziewczynka marzyła, że zostanie aktorką, i gdyby nie wojna, to kto wie, czy właśnie nie ćwiczyłaby przed scenicznym występem. Życie jednak potoczyło się tak, a nie inaczej. Po klęsce wrześniowej znalazła się razem z matką w Związku Radzieckim i zamiast do szkoły teatralnej wstąpiła do Komsomołu i została zapaloną komunistką.

Inaczej się nie dało. Musiała się wtopić w nowe środowisko nie tylko, by przeżyć, ale i dać sobie jakieś szanse na godną przyszłość. Z mamą pogodziły się, że tata po klęsce wrześniowej nie może ich odnaleźć, zatem zdane wyłącznie na siebie muszą jakoś ułożyć sobie życie w nowej ojczyźnie. Polski już nie było i dawnego świata, beztroski i szczęścia też już nie było. Lepsze kajanie się i wiara w obowiązującą ideologię niż gnicie w łagrze lub śmierć z głodu i zimna na ulicy. Anna do tego stopnia oddała się studiom nad marksizmem i leninizmem, że zaczęła wierzyć w obowiązujące w Kraju Rad idee. Do partyjnej młodzieżówki wstąpiła z rewolucyjną pieśnią na ustach i teraz, po kilku latach prania mózgu, gotowa była nieść czerwony sztandar na czele pochodu maszerującego przez całą Europę.

Minęły cztery długie lata na obczyźnie, a świat znów stanął na głowie i wszystko się zmieniło. Teraz stała nie przed kolektywem, a przed grupą kilkunastu dziewcząt w polskich mundurach, starannie dopasowanych do figur, jakby były szyte na miarę. Sama też miała wojskowy uniform, ale przydziałowy, uszyty dla mężczyzny, a zatem wiszący na niej niczym wór. Ania była drobną i niewysoką blondynką o wielkich, orzechowych oczach i delikatnej urodzie nadającej jej bardzo dziewczęcy, wręcz niedojrzały wygląd. Zbyt duża rogatywka ozdobiona pozbawionym korony orłem, zwanym kuricą, zsuwała się jej na oczy. Wrześniowe słońce paliło niemiłosiernie i Ania czuła krople potu zbierające się pod czapką i spływające po plecach.

Pozwężały sobie mundury, modnisie – pomyślała, patrząc w milczące twarze lustrujące ją z uwagą.

Niby nie miała się czego obawiać, to były panienki takie jak ona, mające góra po dwadzieścia lat. Chyba żadna nie sprawiała wrażenia starszej, choć wszystkie były wyższe i bez wątpienia silniejsze. Nie widziała w ich spojrzeniach pogardy, choć była przy nich kimś w rodzaju świeżego rekruta. Wszystkie platerówki mogły się śmiało nazywać weterankami, i rzeczywiście były żołnierkami otrzaskanymi w boju. Pierwsza kompania fizylierek, do której przydzielono Annę, przeszła bojowy chrzest pod Lenino, te dziewczyny przeżyły też walki pod Puławami i Dęblinem. Kiedy one wynosiły rannych z pól bitew, strzelały do hitlerowców i kryły się przed ich samolotami, Anna siedziała w Moskiewskiej Szkole Politycznej i w ich mniemaniu zbijała bąki, słuchając wykładów i ślęcząc nad książkami. Nie powąchała jeszcze prochu, a właściwie przez całą wojnę na oczy nie widziała szkopa. Teraz dołączyła do kompanii, i to od razu jako oficer, zaraz będzie nimi dyrygować i się szarogęsić. Nic dziwnego, że gapiły się na nią raczej bez entuzjazmu. Aż przełknęła ślinę, czując nagłą suchość w gardle.

– Jestem podporucznik Anna Hartman – powiedziała nieco zbyt piskliwym głosem. Chrząknęła i dalej mówiła niższym tonem: – Porucznik Kamiński miał mnie wam przedstawić, ale musiał się pilnie udać do sztabu...

– Tak joj! On zawsze ma ważniejsze rzeczy na głowi – z kresowym zaśpiewem odezwała się wysoka dziewczyna z płowymi włosami. Splecione w krótki warkoczyk wystawały jej spod czarnego beretu. – Woli siedzieć w sztabie, niż dowodzić babami. Zamiast niego rządzi nami Zosia, oficjalni jego zastępczyni. Ale tera ona poszła na rozpoznani.

Kresowianka miała urodę na wskroś słowiańską. Śmiało patrzyła na nową jasnoniebieskimi oczami i uśmiechała się szeroko, w dodatku jakby bezczelnie i bez krzty szacunku dla rangi rozmówczyni. Buzię miała okrągłą, z wesołymi dołeczkami w policzkach, poza tym była naprawdę rosła, przynajmniej o głowę wyższa od Anny.

– Proszę odzywać się regulaminowo, obywatelko kapralu! Mówicie o przełożonych, macie obowiązek wyrażać się z szacunkiem! – huknęła Anna bez zastanowienia.

Wbito jej do głowy, by trzymała podkomendne na dystans. Szczególnie na początku nie powinna dopuszczać do rozluźnienia dyscypliny i spoufalania się, bo inaczej żołnierze wejdą jej na głowę. Spojrzała zatem na bezczelną dziewuchę, srogo marszcząc brwi.

– Zameldujcie się, natychmiast! – dodała groźnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Wszystkie dziewczęta zgromadzone przed wielkim gmachem szkoły, która cudem przetrwała walki o miasto jedynie z niewielkimi uszkodzeniami, poruszyły się niespokojnie. W jednej chwili ich swobodne postawy przeszły w sztywne pozy zasadnicze. Kresowianka jako ostatnia stanęła na baczność, z wyraźnym ociąganiem. Z jej okrągłej buzi zniknął uśmiech, a wraz z nim dołeczki. Oczy zrobiły się chłodne.

– Kapral Janina Barska, pierwsza kompania fizylierek Pierwszego Samodzielnego Batalionu Kobiecego imienia Emilii Plater. Melduję się na rozkaz! – oznajmiła głośno.

Głos miała naprawdę donośny, a prężąc się w opiętym mundurze, nagle zamieniła się w prawdziwego żołnierza. Anna poczuła się przy niej mała i słabowita.

– Od dziś jestem waszą przełożoną – powiedziała, siląc się na groźną, ale znów głos odmówił jej posłuszeństwa. Odchrząknęła. – Od tej chwili pełnię funkcję zastępcy dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych. W najbliższych dniach lepiej się poznamy. Z każdą przeprowadzę wnikliwą rozmowę, zajrzę w wasze umysły, serca i dusze. Będę prowadziła pogadanki i wykłady, by przybliżyć kompanii zagadnienia i realia, które będą obowiązywały w odzyskanej ojczyźnie. Omówimy manifest PKWN, konieczność nadchodzących zmian, reformy agrarne i gospodarcze oraz ogólnie nowy ustrój. Poza tym mam być waszą powierniczką i doradczynią, możecie mi się żalić i zadawać pytania nie tylko na tematy polityczne. Możecie mnie traktować jak nauczycielkę i starszą siostrę w jednym. Postaram się być pomocna i znaleźć czas dla każdej z was. Jakieś pytania?

Ostatnie zdanie rzuciła niczym zaczepkę. Dziewczęta spuszczały głowy lub odwracały spojrzenia, tylko Janka patrzyła wprost na nią, i to wyzywająco.

– Tak joj, mam pytanie, obywatelko podporucznik – powiedziała. – Kiedy Sowieci pójdą sobie w cholerę i zostawią nas w spokoju? Wszędzie ich pełno i zaglądają do każdego domu, złodzieje...

Anna aż zamrugała z zaskoczenia. Ostrzegano ją, że wielu Polaków, także tych, którzy schronili się przed hitlerowcami w Związku Radzieckim, okazywało wrogość wobec Kraju Rad, a nawet oskarżało go o złe intencje i zbrodnie. Nie spodziewała się jednak, że natknie się na niechętnych w najlepszym oddziale batalionu.

– Bohaterska Armia Czerwona zwycięskim mieczem wyrąbuje wolność uciemiężonym i sponiewieranym ludom całej Europy. Jak możesz wyrażać się o naszych wielkich sojusznikach i braciach w ten sposób? – syknęła z rosnącym gniewem. – Dla narodu polskiego, któremu hordy niemieckie zadały szczególnie dotkliwe rany, wolność niesiona przez bratnią Armię Czerwoną jest bardziej niż upragniona. Musicie zrozumieć, obywatelki, że tylko wspólnie z bratnimi narodami Związku Radzieckiego i ich wspaniałą armią zostanie w pył rozbita zaraza faszyzmu. Mogę wam gwarantować, kapral Barska, że po wyzwoleniu i zmiażdżeniu hitlerowskiego węża bohaterowie z Kraju Rad wrócą nam ojczyznę i odejdą w pokoju, obdarzani naszą dozgonną wdzięcznością i braterską miłością.

– Ali ja nigdy nie słyszała takij gadki – mruknęła Janka, splatając ręce na piersiach. – Miłością, a? Te czerwone, zapijaczone dranie, które zgwałciły Kaśkę z kompanii strzeleckiej, mają być przez nas obdarzani miłością, a? Nawet ci, co okradli budynek szkoły, przed którym stoimy? Im też mamy być wdzięczni? I mamy wierzyć, że kiedy zabiją Hitlera, to sobie tak po prostu pójdu?

– Jak to zgwałcili? – jęknęła Anna.

– Zanim zaczniesz nas uczyć, powinnaś najpierw sama otworzyć oczy, obywatelko podporucznik. Tak joj – oznajmiła z powagą Janina.

Anna zacisnęła zęby, nie wiedząc, jak zareagować na taką bezczelność. Zdawała sobie jednak sprawę, że nie powinna po prostu wybuchnąć gniewem. Miała być wychowawcą, gdy trzeba, surowym, ale nie należy zaczynać służby w kompanii od awanturowania się z pyskatą kresowianką.

– Jeszcze pogadamy! – prychnęła i odwróciła się na pięcie, po czym pomaszerowała w kierunku wejścia do szkoły.

Rozmowę prowadziły, stojąc na ulicy Otwockiej, przy zaparkowanej ciężarówce, którą przywiozły kompanijny majątek, czyli plecaki żołnierek i skrzynie z amunicją. Zaraz miały wnieść to wszystko do wielkiego gmachu, a właściwie kompleksu budynków, w których niegdyś mieściła się Szkoła Powszechna numer pięćdziesiąt siedem, a w czasie wojny posterunek policji i areszt. Do środka prowadziło wejście ukryte pod arkadami.

Anna weszła pod nie pogrążona w rozmyślaniach. Wiedziała, że łatwo nie wygra dyskusji z wyszczekaną dziewuchą. Nie było sensu się szarpać i jeszcze bardziej nadwyrężać autorytetu. Rozgryzie ją na spokojnie, pozna kawałek po kawałku, odnajdzie słabe punkty i uderzy w nie precyzyjnie, na chłodno i bez litości. Nauczy Barską pokory i szacunku, a jeśli się nie uda, to postawi ją do raportu, doprowadzi do degradacji, a może nawet aresztowania. Tak czy inaczej, nie pozwoli na sianie defetyzmu i obrażanie bohaterów bratniej armii!

Przez chwilę zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje, i gdy gdzieś niedaleko świsnął, po czym grzmotnął artyleryjski pocisk, aż pisnęła i skuliła się, uginając kolana. Wybuchowi towarzyszył łomot walącego się gruzu i okropny brzęk tłuczonego szkła. Aż dziw, że w tym mieście były jeszcze okna, które nie zostały powybijane. Niemcy walili z dział gdzie popadło, nie kłopocząc się dokładnym celowaniem. Pocisk mógł spaść w każdej chwili i dosłownie wszędzie. Anna poczuła zapierającą dech grozę i gwałtowne parcie na pęcherz. Złapała się za czapkę i pożałowała, że nie ma hełmu. W każdym momencie mogły zacząć spadać odłamki i gruz. Nic się jednak nie posypało, pocisk uderzył dalej, niż się jej wydawało.

Dopiero po chwili spojrzała za siebie, na dziewczęta chichoczące w najlepsze. Widziały, jak spietrała, i pewnie słyszały jej mysi pisk. Zacisnęła zęby, dumnie się wyprostowała, udając, że tylko poprawiała czapkę, i weszła sztywno przez uchylone drzwi szkoły. Obiecała sobie, że następnym razem nawet nie drgnie, gdy będzie słyszała gwizd nadlatującego pocisku. Lepiej zostać ranną lub nawet zabitą z podniesioną głową niż uznaną za tchórza.

Korytarz szkolny był pusty i cichy. Panowały w nim półmrok i chłód, z pewnością dzięki solidnym, grubym murom. Była tu bezpieczna niczym w schronie, przynajmniej tak się poczuła. Przylgnęła plecami do ściany, odchyliła głowę, opierając ją potylicą o mur, i odetchnęła głęboko. Pęcherz zostawił ją w spokoju, powoli odzyskiwała nad sobą panowanie. Początki na froncie okazały się trudniejsze, niż się spodziewała.

Przeszła przeszkolenie wojskowe, ale co innego biegać po pasie taktycznym i czołgać się w piachu z dala od frontu, a co innego nagle znaleźć się w mieście tylko częściowo wyzwolonym spod władzy okupanta. Wojsko Polskie wspierane przez Armię Czerwoną dopiero przedwczoraj wdarło się do prawobrzeżnej Warszawy i po krwawych, zaciekłych bojach zepchnęło Niemców do Wisły. Warszawska Praga została oswobodzona, ale nie do końca. W ruinach, po piwnicach i na strychach kryli się nie tylko przerażeni mieszkańcy, ale i maruderzy, niedobitki oraz dywersanci nieprzyjaciela. Poza tym most Poniatowskiego, a właściwie to, co z niego zostało, nadal znajdował się w rękach wroga, którego artyleria ostrzeliwała wyzwolone dzielnice miasta z lewego brzegu. Lewobrzeżna Warszawa płonęła zaś setkami pożarów, grzmiała ciągłymi eksplozjami i walącymi się budynkami. To hitlerowcy godzina po godzinie i metr po metrze wypierali rozpaczliwie broniących się powstańców z ich redut. Trudno było w takich okolicznościach zachować spokój, ale Anna nie mog­ła sobie pozwolić na emocje i okazywanie strachu.

Musiała wziąć się w garść! Przecież sama chciała do wojska, do polskiej armii. Mogła zostać w Moskwie, uczyć się i kontynuować partyjną karierę. Kto wie, jak świetlana przyszłość tam na nią czekała? Może zajęłaby wysokie stanowisko państwowe, oczywiście gdyby się wykazała zaangażowaniem, wiernością ideałom i pracowitością?

Kiedy jednak usłyszała, że formuje się polskie wojsko, i to pod skrzydłami Armii Czerwonej, natychmiast napisała stosowną petycję, uzyskała zgodę przełożonego w wytwórni amunicji, w której pracowała po lekcjach, i zdobyła list polecający z Komsomołu. Potem czekała niecierpliwie, bo chciała jak najszybciej wyruszyć na wojnę. Po cichu wierzyła bowiem, że tata nadal żyje i gdzieś tam walczy o przetrwanie. Była przekonana, że uda się jej go odnaleźć. Nie pragnęła brać udziału w boju, nie chciała się mścić na szkopach, chciała jedynie, by wojna zwróciła jej kochanego ojca, by oddała jej rodzinę i szczęśliwe dzieciństwo. Wmówiła sobie, że musi wziąć sprawę w swoje ręce i odnaleźć, a może uratować papę z jakiegoś niemieckiego obozu. Inaczej nigdy nie zazna spokoju.

Nagle coś otarło się o jej nogę. Coś miękkiego i ciepłego, z całą pewnością żywego. Szczur! To było pierwsze, co przemknęło jej przez głowę. W wyobraźni ujrzała obraz wielkiego, paskudnego gryzonia upasionego na trupach. Znów wrzasnęła piskliwie i podskoczyła, odruchowo sięgając do kabury po tetetkę. Odskoczyła na dobre dwa metry i wymierzyła broń w intruza. Zamarła, patrząc w żółte ślepia wielkiego, chudego kocura. Kot był rudy i paskudny, choć może to tylko pierwsze wrażenie spotęgowane strachem i okolicznościami. W każdym razie siedział spokojnie i patrzył ze zdziwieniem na podskakującą dziewczynę. Nic sobie nie robił z wymierzonej w siebie broni, za to ostentacyjnie polizał się po łapie, którą potarł postrzępione ucho.

– Miau – powiedział z wyrzutem.

– Czego chcesz, sierściuchu? – parsknęła i schowała pistolet do kabury. – Nie mam żarcia. Idź sobie.

Kot siedział nieruchomo i patrzył na nią pozbawionymi uczuć, zimnymi oczami o pionowych źrenicach. Anna poczuła się nieswojo. Jak ten kot przetrwał w tym potwornie okaleczonym mieście? Ludzi niemal całkiem wymiotło, panował tu głód i wszechobecna śmierć. Po ulicach walał się gruz i trupy, żołnierze przemykali chyłkiem, od ściany do ściany. Jak ten kot utrzymał się tu przy życiu? Pochyliła się do niego, wyciągając rękę.

– Uważałbym na panienki miejscu – usłyszała za plecami. – Horacy potrafi być fałszywy i jeśli mu się coś nie podoba, nie żałuje pazurów.

Odwróciła się, stając twarzą w twarz ze szpakowatym starszym panem, ubranym w podniszczony i wypłowiały garnitur. Mężczyzna twarz miał zapadniętą i smutną, wyglądał na byłego eleganta, który wpadł w biedę, ale próbował zachować pozory dawnego szyku. Spostrzegła, że jego formalny strój, choć miał swoje lata, nie nosił śladów brudu. To wymagało wysiłku w mieście, w którym unosiły się tumany pyłu i sadzy, a poruszać się można było jedynie, przemykając w ruinach.

– Dzień dobry – powiedziała. – Jestem podporucznik Anna Hartman, z Pierwszego...

– Polka – przerwał jej jegomość i złapał oburącz za ramiona. – W polskim mundurze. Tak trudno w to uwierzyć. Nie spodziewałem się, że to prawda, choć słyszałem, że jesteście. Długo czekaliśmy, aż wrócicie. Tak długo...

Przycisnął ją do piersi i poklepał po plecach. Słyszała, jak pociąga nosem i drży. Poczuła się dziwnie wzruszona, choć słyszała, że nieszczęśnicy z terenów wyzwolonych spod okupacji reagują na widok polskiego munduru nadzwyczaj emocjonalnie. Łzy były właściwie obowiązkowe, a zdarzały się wręcz ataki histerii. Ona jednak jeszcze się nie zetknęła z taką reakcją, właściwie dopiero co wysiadła z ciężarówki, a wcześniej spędziła kilka dni w wagonie kolejowym wiozącym uzupełnienie na front. Tak naprawdę bardzo niewiele widziała i doświadczyła.

– Jest pan dozorcą? – spytała, gdy elegant w końcu nad sobą zapanował.

– Teraz tak, można tak powiedzieć. Jestem Alfred Paszkiewicz i przed wojną byłem dyrektorem tej szkoły. Teraz pilnuję tego, co z niej zostało – powiedział i uśmiechnął się smutno. – Razem z żoną Adelą oboje opiekujemy się gmachem. To solidny budynek, a właściwie dwa budynki szkolne połączone salą gimnastyczną i dwa nauczycielskie wychodzące na Łochowską i Siedlecką. Wszystkie miały masę szczęścia. Nie zginęli w nich ludzie i dotychczas omijały je pociski oraz bomby. Wierzę, że to dzięki Horacemu i nam. My, ludzie, staramy się nieustannie, by zawsze wypełniała te budynki dobra energia, dajemy im ciepło i życie. Horacy strzeże je przed szczurami i złymi duchami. Oj tak. Poluje nocami na demony, wiele razy słyszałem, jak się za nimi ugania...

Dyrektor podrapał kocura za uchem, ale ten nie zareagował. Gapił się nieruchomo na Annę, jakby chciał ją zaczarować.

– Na demony? – upewniła się i już nabrała powietrza w płuca, by zrobić panu Paszkiewiczowi pogadankę o zgubnych skutkach szerzenia zabobonów i konieczności zwalczania guseł i ciemnoty, ale ugryzła się w język.

Może nie mówił do końca poważnie? Może to metafora? Przecież nazwał kota imieniem starożytnego poety, mógł być zatem nauczycielem humanistą, któremu przeżycia wojenne nieco pomieszały w głowie. Uczono ją, by z uwagą podchodziła do ludzi z zaburzeniami psychicznymi wywołanymi traumą wojny.

– Nie bój się, nil desperandum1– dodał dyrektor. – Choć nastały czasy, że demony chodzą po świecie całymi tabunami. Słyszysz, jak ryczą?

Uniósł palec i nadstawił ucho, a wtedy, jakby na zamówienie, znów odezwały się niemieckie armaty. Powietrze przeszył najpierw rosnący gwizd, a potem basowe dudnienie pocisków uderzających w bruk. Anna pokiwała głową. Zatem jednak metafora. Choć chyba nie do końca. Zresztą trudno powiedzieć, pan Paszkiewicz sprawiał wrażenie dziwaka.

– Pozwoli obywatel, że przejdziemy do rzeczy – zmieniła temat. – Ta szkoła została wybrana na kwaterę dla naszej kompanii. Teraz już nie nawiedzą jej żadne demony, bo będzie w niej stacjonował doborowy oddział fizylierek. Dziewczyny są bojowe i słyną jako doskonałe wartowniczki. Sztab dywizji nalegał, by to one pilnowały strategicznych obiektów...

– Nasza szkoła stała się strategiczna?

– Niezupełnie. Będziemy tu tylko mieszkały, znaczy spały i odpoczywały po służbie, ale przy okazji pilnowały budynku. – Pokręciła głową. – Może obywatel już być spokojny, życie wróci do tego gmachu. Zresztą budynki sprawiają wrażenie bardzo pojemnych i z pewnością lada chwila kogoś nam dokwaterują. Może umieści się tu jakaś instytucja, zanim szkoła znów będzie mogła wznowić działalność?

– Naprawdę znów będziemy mieli uczniów? – Starszy pan westchnął. – Aż wierzyć się nie chce.

– Armia Czerwona rychło ukręci łeb faszystowskiej hydrze, a wtedy wszystko wróci do normy – odparła i wzięła dyrektora pod ramię. – A teraz obywatel z łaski swojej niech oprowadzi mnie po gmachu. Wybierzemy pomieszczenia dla dziewcząt i naszego małego sztabu, bo właśnie po to tu przyszłam. Chciałam sprawdzić, jakie są warunki, także sanitarne i gospodarcze. Musimy urządzić łaźnię i magazyn broni, przydałaby się też sala wychowawcza, gdzie mogłabym wygłaszać odczyty.

– Na jaki temat, jeśli wolno wiedzieć? – Dyrektor uniósł brwi zaintrygowany i ruszył korytarzem, niemal ciągnięty na siłę przez Annę.

– Na każdy stosowny ze szczególnym uwzględnieniem wprowadzenia dziewcząt w zagadnienia polityczne. Zaczniemy od omówienia niedorzeczności sanacji i bezprawnej konstytucji z tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku, którą Manifest PKWN stanowczo odrzuca. Tak samo jak burżuazyjny, samozwańczy rząd na tak zwanym uchodźstwie. – Anna zapalała się coraz bardziej. – Kiedy cały naród cierpiał od tych, jak pan ich poetycko określił, demonów, oni sobie palili cygara rozparci w londyńskich fotelach. Obywatel dyrektor rozumie, nie pozwolimy na powrót wyzysku klasy robotniczo-chłopskiej przez sługusów wielkiego przemysłu, cichych zwolenników faszyzmu i...

– Dziecko, co ty wygadujesz? – wymamrotał starszy pan. – I dlaczego nazywasz mnie obywatelem?

– Takie czasy nadeszły – odparła Anna z powagą. – Polska panów bezpowrotnie odeszła w przeszłość. Nadeszła Polska obywateli i towarzyszy. Niech żyje przyjaźń polsko-radziecka! Niech żyje sojusz robotniczo-chłopski! Śmierć faszystowskim Niemcom!

Jej wysoki głosik zabrzmiał echem w pustym, szerokim korytarzu szkolnym. Dyrektor Paszkiewicz pokręcił głową z wyrazem zmieszania malującym się na twarzy. Kiedy Anna zerknęła przez ramię, Horacy siedział ciągle w tym samym miejscu i patrzył na nią nieodgadnionym spojrzeniem. Jego żółte ślepia błyszczały w półmroku.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Nie trać nadziei (łac.).