Nie przestałyśmy być kobietami - Weronika Wierzchowska - ebook + audiobook + książka

Nie przestałyśmy być kobietami ebook

Weronika Wierzchowska

4,2
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Opowieść o kobietach w cieniu wojny, które chciały kochać, przyjaźnić się - po prostu żyć.

To były dziewczyny takie jak każda z nas. Ale wojna odebrała im rodziny i młodość, rzuciła daleko na wschód, gdzie dorastały w sowieckich kołchozach i syberyjskich tartakach. Większość nie miała nawet dwudziestu lat, gdy wstępowały do armii, co było jedyną nadzieją na powrót do ukochanej Polski.
Chorobliwie ciekawska kresowiaczka Janka i zagubiona służbistka Ania jesienią 1944 roku wraz z pierwszą kompanią fizylierek z Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater wkraczają w ruiny warszawskiej Pragi i obejmują posterunki, by strzec to, co ocalało, przed hitlerowcami i szabrownikami. Czy w ogniu wojennych intryg jest szansa na kobiecą przyjaźń? Czy miłość w cieniu śmierci zawsze jest silniejsza? Ile znaczy radość z wolności, czyli życia?

Weronika Wierzchowska - z wykształcenia chemiczka, przez lata zatrudniona w korporacji farmaceutycznej, potem w firmie kosmetycznej. Lubi mieszać, zarówno w chemicznych reaktorach, kuchennych garnkach, jak i w losach wymyślonych przez siebie postaci. Od dziecka kocha książki, co w końcu zaowocowało samodzielnymi próbami ich pisania. Fascynują ją historie interesujących, choć zapomnianych kobiet, które chętnie przypomina w swoich powieściach. Perypetie pań z dawnych epok często zestawia z losami współczesnych, dzielnych i niezwykłych Polek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (51 ocen)
27
12
6
5
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Isenor_Tarpanito

Dobrze spędzony czas

Historyczna powieść o młodych Polkach rzuconych w wir wojny, które mimo brutalnych realiów próbują ocalić przyjaźń, miłość i własną. To opowieść o kobietach z Batalionu im. Emilii Plater, ich dojrzewaniu na zesłaniu i wejściu do zrujnowanej warszawskiej Pragi w 1944 roku.
00
Agata181094

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa i wciągająca :)
00
BabciaBasia699

Nie oderwiesz się od lektury

super
00



Copyright © Weronika Wierzchowska, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8169-744-6

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

I

Warszawska Praga, wrzesień 1944 roku

Gdzieś w oddali basowo grzmiały armaty, ich dudnienie niosło się niczym przetaczające się po niebie burzowe gromy. Anna powinna czuć ponurą grozę toczącej się tuż obok wojny, ale obezwładniała ją jedynie trema. Po raz ostatni tak się męczyła, kiedy składała przed komsomolskim kolektywem samokrytykę i kajała się za swoje sanacyjne pochodzenie. Jakby na nią spadła wina za to, że jej ojciec był oficerem krakowskiej policji i absolwentem wyższej uczelni. Nie miała jednak innego wyjścia, z podniesioną głową, patrząc na tłum radzieckiej młodzieży, biła się w pierś za to, że nie urodziła się jako wieśniaczka lub choćby córka ubogiego robotnika. Właściwie to z nerwów udało się jej odegrać taką dramę, że gdyby pokazała ją komisji egzaminacyjnej, chyba z miejsca przyjęliby ją do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Jako dziewczynka marzyła, że zostanie aktorką, i gdyby nie wojna, to kto wie, czy właśnie nie ćwiczyłaby przed scenicznym występem. Życie jednak potoczyło się tak, a nie inaczej. Po klęsce wrześniowej znalazła się razem z matką w Związku Radzieckim i zamiast do szkoły teatralnej wstąpiła do Komsomołu i została zapaloną komunistką.

Inaczej się nie dało. Musiała się wtopić w nowe środowisko nie tylko, by przeżyć, ale i dać sobie jakieś szanse na godną przyszłość. Z mamą pogodziły się, że tata po klęsce wrześniowej nie może ich odnaleźć, zatem zdane wyłącznie na siebie muszą jakoś ułożyć sobie życie w nowej ojczyźnie. Polski już nie było i dawnego świata, beztroski i szczęścia też już nie było. Lepsze kajanie się i wiara w obowiązującą ideologię niż gnicie w łagrze lub śmierć z głodu i zimna na ulicy. Anna do tego stopnia oddała się studiom nad marksizmem i leninizmem, że zaczęła wierzyć w obowiązujące w Kraju Rad idee. Do partyjnej młodzieżówki wstąpiła z rewolucyjną pieśnią na ustach i teraz, po kilku latach prania mózgu, gotowa była nieść czerwony sztandar na czele pochodu maszerującego przez całą Europę.

Minęły cztery długie lata na obczyźnie, a świat znów stanął na głowie i wszystko się zmieniło. Teraz stała nie przed kolektywem, a przed grupą kilkunastu dziewcząt w polskich mundurach, starannie dopasowanych do figur, jakby były szyte na miarę. Sama też miała wojskowy uniform, ale przydziałowy, uszyty dla mężczyzny, a zatem wiszący na niej niczym wór. Ania była drobną i niewysoką blondynką o wielkich, orzechowych oczach i delikatnej urodzie nadającej jej bardzo dziewczęcy, wręcz niedojrzały wygląd. Zbyt duża rogatywka ozdobiona pozbawionym korony orłem, zwanym kuricą, zsuwała się jej na oczy. Wrześniowe słońce paliło niemiłosiernie i Ania czuła krople potu zbierające się pod czapką i spływające po plecach.

Pozwężały sobie mundury, modnisie – pomyślała, patrząc w milczące twarze lustrujące ją z uwagą.

Niby nie miała się czego obawiać, to były panienki takie jak ona, mające góra po dwadzieścia lat. Chyba żadna nie sprawiała wrażenia starszej, choć wszystkie były wyższe i bez wątpienia silniejsze. Nie widziała w ich spojrzeniach pogardy, choć była przy nich kimś w rodzaju świeżego rekruta. Wszystkie platerówki mogły się śmiało nazywać weterankami, i rzeczywiście były żołnierkami otrzaskanymi w boju. Pierwsza kompania fizylierek, do której przydzielono Annę, przeszła bojowy chrzest pod Lenino, te dziewczyny przeżyły też walki pod Puławami i Dęblinem. Kiedy one wynosiły rannych z pól bitew, strzelały do hitlerowców i kryły się przed ich samolotami, Anna siedziała w Moskiewskiej Szkole Politycznej i w ich mniemaniu zbijała bąki, słuchając wykładów i ślęcząc nad książkami. Nie powąchała jeszcze prochu, a właściwie przez całą wojnę na oczy nie widziała szkopa. Teraz dołączyła do kompanii, i to od razu jako oficer, zaraz będzie nimi dyrygować i się szarogęsić. Nic dziwnego, że gapiły się na nią raczej bez entuzjazmu. Aż przełknęła ślinę, czując nagłą suchość w gardle.

– Jestem podporucznik Anna Hartman – powiedziała nieco zbyt piskliwym głosem. Chrząknęła i dalej mówiła niższym tonem: – Porucznik Kamiński miał mnie wam przedstawić, ale musiał się pilnie udać do sztabu...

– Tak joj! On zawsze ma ważniejsze rzeczy na głowi – z kresowym zaśpiewem odezwała się wysoka dziewczyna z płowymi włosami. Splecione w krótki warkoczyk wystawały jej spod czarnego beretu. – Woli siedzieć w sztabie, niż dowodzić babami. Zamiast niego rządzi nami Zosia, oficjalni jego zastępczyni. Ale tera ona poszła na rozpoznani.

Kresowianka miała urodę na wskroś słowiańską. Śmiało patrzyła na nową jasnoniebieskimi oczami i uśmiechała się szeroko, w dodatku jakby bezczelnie i bez krzty szacunku dla rangi rozmówczyni. Buzię miała okrągłą, z wesołymi dołeczkami w policzkach, poza tym była naprawdę rosła, przynajmniej o głowę wyższa od Anny.

– Proszę odzywać się regulaminowo, obywatelko kapralu! Mówicie o przełożonych, macie obowiązek wyrażać się z szacunkiem! – huknęła Anna bez zastanowienia.

Wbito jej do głowy, by trzymała podkomendne na dystans. Szczególnie na początku nie powinna dopuszczać do rozluźnienia dyscypliny i spoufalania się, bo inaczej żołnierze wejdą jej na głowę. Spojrzała zatem na bezczelną dziewuchę, srogo marszcząc brwi.

– Zameldujcie się, natychmiast! – dodała groźnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Wszystkie dziewczęta zgromadzone przed wielkim gmachem szkoły, która cudem przetrwała walki o miasto jedynie z niewielkimi uszkodzeniami, poruszyły się niespokojnie. W jednej chwili ich swobodne postawy przeszły w sztywne pozy zasadnicze. Kresowianka jako ostatnia stanęła na baczność, z wyraźnym ociąganiem. Z jej okrągłej buzi zniknął uśmiech, a wraz z nim dołeczki. Oczy zrobiły się chłodne.

– Kapral Janina Barska, pierwsza kompania fizylierek Pierwszego Samodzielnego Batalionu Kobiecego imienia Emilii Plater. Melduję się na rozkaz! – oznajmiła głośno.

Głos miała naprawdę donośny, a prężąc się w opiętym mundurze, nagle zamieniła się w prawdziwego żołnierza. Anna poczuła się przy niej mała i słabowita.

– Od dziś jestem waszą przełożoną – powiedziała, siląc się na groźną, ale znów głos odmówił jej posłuszeństwa. Odchrząknęła. – Od tej chwili pełnię funkcję zastępcy dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych. W najbliższych dniach lepiej się poznamy. Z każdą przeprowadzę wnikliwą rozmowę, zajrzę w wasze umysły, serca i dusze. Będę prowadziła pogadanki i wykłady, by przybliżyć kompanii zagadnienia i realia, które będą obowiązywały w odzyskanej ojczyźnie. Omówimy manifest PKWN, konieczność nadchodzących zmian, reformy agrarne i gospodarcze oraz ogólnie nowy ustrój. Poza tym mam być waszą powierniczką i doradczynią, możecie mi się żalić i zadawać pytania nie tylko na tematy polityczne. Możecie mnie traktować jak nauczycielkę i starszą siostrę w jednym. Postaram się być pomocna i znaleźć czas dla każdej z was. Jakieś pytania?

Ostatnie zdanie rzuciła niczym zaczepkę. Dziewczęta spuszczały głowy lub odwracały spojrzenia, tylko Janka patrzyła wprost na nią, i to wyzywająco.

– Tak joj, mam pytanie, obywatelko podporucznik – powiedziała. – Kiedy Sowieci pójdą sobie w cholerę i zostawią nas w spokoju? Wszędzie ich pełno i zaglądają do każdego domu, złodzieje...

Anna aż zamrugała z zaskoczenia. Ostrzegano ją, że wielu Polaków, także tych, którzy schronili się przed hitlerowcami w Związku Radzieckim, okazywało wrogość wobec Kraju Rad, a nawet oskarżało go o złe intencje i zbrodnie. Nie spodziewała się jednak, że natknie się na niechętnych w najlepszym oddziale batalionu.

– Bohaterska Armia Czerwona zwycięskim mieczem wyrąbuje wolność uciemiężonym i sponiewieranym ludom całej Europy. Jak możesz wyrażać się o naszych wielkich sojusznikach i braciach w ten sposób? – syknęła z rosnącym gniewem. – Dla narodu polskiego, któremu hordy niemieckie zadały szczególnie dotkliwe rany, wolność niesiona przez bratnią Armię Czerwoną jest bardziej niż upragniona. Musicie zrozumieć, obywatelki, że tylko wspólnie z bratnimi narodami Związku Radzieckiego i ich wspaniałą armią zostanie w pył rozbita zaraza faszyzmu. Mogę wam gwarantować, kapral Barska, że po wyzwoleniu i zmiażdżeniu hitlerowskiego węża bohaterowie z Kraju Rad wrócą nam ojczyznę i odejdą w pokoju, obdarzani naszą dozgonną wdzięcznością i braterską miłością.

– Ali ja nigdy nie słyszała takij gadki – mruknęła Janka, splatając ręce na piersiach. – Miłością, a? Te czerwone, zapijaczone dranie, które zgwałciły Kaśkę z kompanii strzeleckiej, mają być przez nas obdarzani miłością, a? Nawet ci, co okradli budynek szkoły, przed którym stoimy? Im też mamy być wdzięczni? I mamy wierzyć, że kiedy zabiją Hitlera, to sobie tak po prostu pójdu?

– Jak to zgwałcili? – jęknęła Anna.

– Zanim zaczniesz nas uczyć, powinnaś najpierw sama otworzyć oczy, obywatelko podporucznik. Tak joj – oznajmiła z powagą Janina.

Anna zacisnęła zęby, nie wiedząc, jak zareagować na taką bezczelność. Zdawała sobie jednak sprawę, że nie powinna po prostu wybuchnąć gniewem. Miała być wychowawcą, gdy trzeba, surowym, ale nie należy zaczynać służby w kompanii od awanturowania się z pyskatą kresowianką.

– Jeszcze pogadamy! – prychnęła i odwróciła się na pięcie, po czym pomaszerowała w kierunku wejścia do szkoły.

Rozmowę prowadziły, stojąc na ulicy Otwockiej, przy zaparkowanej ciężarówce, którą przywiozły kompanijny majątek, czyli plecaki żołnierek i skrzynie z amunicją. Zaraz miały wnieść to wszystko do wielkiego gmachu, a właściwie kompleksu budynków, w których niegdyś mieściła się Szkoła Powszechna numer pięćdziesiąt siedem, a w czasie wojny posterunek policji i areszt. Do środka prowadziło wejście ukryte pod arkadami.

Anna weszła pod nie pogrążona w rozmyślaniach. Wiedziała, że łatwo nie wygra dyskusji z wyszczekaną dziewuchą. Nie było sensu się szarpać i jeszcze bardziej nadwyrężać autorytetu. Rozgryzie ją na spokojnie, pozna kawałek po kawałku, odnajdzie słabe punkty i uderzy w nie precyzyjnie, na chłodno i bez litości. Nauczy Barską pokory i szacunku, a jeśli się nie uda, to postawi ją do raportu, doprowadzi do degradacji, a może nawet aresztowania. Tak czy inaczej, nie pozwoli na sianie defetyzmu i obrażanie bohaterów bratniej armii!

Przez chwilę zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje, i gdy gdzieś niedaleko świsnął, po czym grzmotnął artyleryjski pocisk, aż pisnęła i skuliła się, uginając kolana. Wybuchowi towarzyszył łomot walącego się gruzu i okropny brzęk tłuczonego szkła. Aż dziw, że w tym mieście były jeszcze okna, które nie zostały powybijane. Niemcy walili z dział gdzie popadło, nie kłopocząc się dokładnym celowaniem. Pocisk mógł spaść w każdej chwili i dosłownie wszędzie. Anna poczuła zapierającą dech grozę i gwałtowne parcie na pęcherz. Złapała się za czapkę i pożałowała, że nie ma hełmu. W każdym momencie mogły zacząć spadać odłamki i gruz. Nic się jednak nie posypało, pocisk uderzył dalej, niż się jej wydawało.

Dopiero po chwili spojrzała za siebie, na dziewczęta chichoczące w najlepsze. Widziały, jak spietrała, i pewnie słyszały jej mysi pisk. Zacisnęła zęby, dumnie się wyprostowała, udając, że tylko poprawiała czapkę, i weszła sztywno przez uchylone drzwi szkoły. Obiecała sobie, że następnym razem nawet nie drgnie, gdy będzie słyszała gwizd nadlatującego pocisku. Lepiej zostać ranną lub nawet zabitą z podniesioną głową niż uznaną za tchórza.

Korytarz szkolny był pusty i cichy. Panowały w nim półmrok i chłód, z pewnością dzięki solidnym, grubym murom. Była tu bezpieczna niczym w schronie, przynajmniej tak się poczuła. Przylgnęła plecami do ściany, odchyliła głowę, opierając ją potylicą o mur, i odetchnęła głęboko. Pęcherz zostawił ją w spokoju, powoli odzyskiwała nad sobą panowanie. Początki na froncie okazały się trudniejsze, niż się spodziewała.

Przeszła przeszkolenie wojskowe, ale co innego biegać po pasie taktycznym i czołgać się w piachu z dala od frontu, a co innego nagle znaleźć się w mieście tylko częściowo wyzwolonym spod władzy okupanta. Wojsko Polskie wspierane przez Armię Czerwoną dopiero przedwczoraj wdarło się do prawobrzeżnej Warszawy i po krwawych, zaciekłych bojach zepchnęło Niemców do Wisły. Warszawska Praga została oswobodzona, ale nie do końca. W ruinach, po piwnicach i na strychach kryli się nie tylko przerażeni mieszkańcy, ale i maruderzy, niedobitki oraz dywersanci nieprzyjaciela. Poza tym most Poniatowskiego, a właściwie to, co z niego zostało, nadal znajdował się w rękach wroga, którego artyleria ostrzeliwała wyzwolone dzielnice miasta z lewego brzegu. Lewobrzeżna Warszawa płonęła zaś setkami pożarów, grzmiała ciągłymi eksplozjami i walącymi się budynkami. To hitlerowcy godzina po godzinie i metr po metrze wypierali rozpaczliwie broniących się powstańców z ich redut. Trudno było w takich okolicznościach zachować spokój, ale Anna nie mog­ła sobie pozwolić na emocje i okazywanie strachu.

Musiała wziąć się w garść! Przecież sama chciała do wojska, do polskiej armii. Mogła zostać w Moskwie, uczyć się i kontynuować partyjną karierę. Kto wie, jak świetlana przyszłość tam na nią czekała? Może zajęłaby wysokie stanowisko państwowe, oczywiście gdyby się wykazała zaangażowaniem, wiernością ideałom i pracowitością?

Kiedy jednak usłyszała, że formuje się polskie wojsko, i to pod skrzydłami Armii Czerwonej, natychmiast napisała stosowną petycję, uzyskała zgodę przełożonego w wytwórni amunicji, w której pracowała po lekcjach, i zdobyła list polecający z Komsomołu. Potem czekała niecierpliwie, bo chciała jak najszybciej wyruszyć na wojnę. Po cichu wierzyła bowiem, że tata nadal żyje i gdzieś tam walczy o przetrwanie. Była przekonana, że uda się jej go odnaleźć. Nie pragnęła brać udziału w boju, nie chciała się mścić na szkopach, chciała jedynie, by wojna zwróciła jej kochanego ojca, by oddała jej rodzinę i szczęśliwe dzieciństwo. Wmówiła sobie, że musi wziąć sprawę w swoje ręce i odnaleźć, a może uratować papę z jakiegoś niemieckiego obozu. Inaczej nigdy nie zazna spokoju.

Nagle coś otarło się o jej nogę. Coś miękkiego i ciepłego, z całą pewnością żywego. Szczur! To było pierwsze, co przemknęło jej przez głowę. W wyobraźni ujrzała obraz wielkiego, paskudnego gryzonia upasionego na trupach. Znów wrzasnęła piskliwie i podskoczyła, odruchowo sięgając do kabury po tetetkę. Odskoczyła na dobre dwa metry i wymierzyła broń w intruza. Zamarła, patrząc w żółte ślepia wielkiego, chudego kocura. Kot był rudy i paskudny, choć może to tylko pierwsze wrażenie spotęgowane strachem i okolicznościami. W każdym razie siedział spokojnie i patrzył ze zdziwieniem na podskakującą dziewczynę. Nic sobie nie robił z wymierzonej w siebie broni, za to ostentacyjnie polizał się po łapie, którą potarł postrzępione ucho.

– Miau – powiedział z wyrzutem.

– Czego chcesz, sierściuchu? – parsknęła i schowała pistolet do kabury. – Nie mam żarcia. Idź sobie.

Kot siedział nieruchomo i patrzył na nią pozbawionymi uczuć, zimnymi oczami o pionowych źrenicach. Anna poczuła się nieswojo. Jak ten kot przetrwał w tym potwornie okaleczonym mieście? Ludzi niemal całkiem wymiotło, panował tu głód i wszechobecna śmierć. Po ulicach walał się gruz i trupy, żołnierze przemykali chyłkiem, od ściany do ściany. Jak ten kot utrzymał się tu przy życiu? Pochyliła się do niego, wyciągając rękę.

– Uważałbym na panienki miejscu – usłyszała za plecami. – Horacy potrafi być fałszywy i jeśli mu się coś nie podoba, nie żałuje pazurów.

Odwróciła się, stając twarzą w twarz ze szpakowatym starszym panem, ubranym w podniszczony i wypłowiały garnitur. Mężczyzna twarz miał zapadniętą i smutną, wyglądał na byłego eleganta, który wpadł w biedę, ale próbował zachować pozory dawnego szyku. Spostrzegła, że jego formalny strój, choć miał swoje lata, nie nosił śladów brudu. To wymagało wysiłku w mieście, w którym unosiły się tumany pyłu i sadzy, a poruszać się można było jedynie, przemykając w ruinach.

– Dzień dobry – powiedziała. – Jestem podporucznik Anna Hartman, z Pierwszego...

– Polka – przerwał jej jegomość i złapał oburącz za ramiona. – W polskim mundurze. Tak trudno w to uwierzyć. Nie spodziewałem się, że to prawda, choć słyszałem, że jesteście. Długo czekaliśmy, aż wrócicie. Tak długo...

Przycisnął ją do piersi i poklepał po plecach. Słyszała, jak pociąga nosem i drży. Poczuła się dziwnie wzruszona, choć słyszała, że nieszczęśnicy z terenów wyzwolonych spod okupacji reagują na widok polskiego munduru nadzwyczaj emocjonalnie. Łzy były właściwie obowiązkowe, a zdarzały się wręcz ataki histerii. Ona jednak jeszcze się nie zetknęła z taką reakcją, właściwie dopiero co wysiadła z ciężarówki, a wcześniej spędziła kilka dni w wagonie kolejowym wiozącym uzupełnienie na front. Tak naprawdę bardzo niewiele widziała i doświadczyła.

– Jest pan dozorcą? – spytała, gdy elegant w końcu nad sobą zapanował.

– Teraz tak, można tak powiedzieć. Jestem Alfred Paszkiewicz i przed wojną byłem dyrektorem tej szkoły. Teraz pilnuję tego, co z niej zostało – powiedział i uśmiechnął się smutno. – Razem z żoną Adelą oboje opiekujemy się gmachem. To solidny budynek, a właściwie dwa budynki szkolne połączone salą gimnastyczną i dwa nauczycielskie wychodzące na Łochowską i Siedlecką. Wszystkie miały masę szczęścia. Nie zginęli w nich ludzie i dotychczas omijały je pociski oraz bomby. Wierzę, że to dzięki Horacemu i nam. My, ludzie, staramy się nieustannie, by zawsze wypełniała te budynki dobra energia, dajemy im ciepło i życie. Horacy strzeże je przed szczurami i złymi duchami. Oj tak. Poluje nocami na demony, wiele razy słyszałem, jak się za nimi ugania...

Dyrektor podrapał kocura za uchem, ale ten nie zareagował. Gapił się nieruchomo na Annę, jakby chciał ją zaczarować.

– Na demony? – upewniła się i już nabrała powietrza w płuca, by zrobić panu Paszkiewiczowi pogadankę o zgubnych skutkach szerzenia zabobonów i konieczności zwalczania guseł i ciemnoty, ale ugryzła się w język.

Może nie mówił do końca poważnie? Może to metafora? Przecież nazwał kota imieniem starożytnego poety, mógł być zatem nauczycielem humanistą, któremu przeżycia wojenne nieco pomieszały w głowie. Uczono ją, by z uwagą podchodziła do ludzi z zaburzeniami psychicznymi wywołanymi traumą wojny.

– Nie bój się, nil desperandum1– dodał dyrektor. – Choć nastały czasy, że demony chodzą po świecie całymi tabunami. Słyszysz, jak ryczą?

Uniósł palec i nadstawił ucho, a wtedy, jakby na zamówienie, znów odezwały się niemieckie armaty. Powietrze przeszył najpierw rosnący gwizd, a potem basowe dudnienie pocisków uderzających w bruk. Anna pokiwała głową. Zatem jednak metafora. Choć chyba nie do końca. Zresztą trudno powiedzieć, pan Paszkiewicz sprawiał wrażenie dziwaka.

– Pozwoli obywatel, że przejdziemy do rzeczy – zmieniła temat. – Ta szkoła została wybrana na kwaterę dla naszej kompanii. Teraz już nie nawiedzą jej żadne demony, bo będzie w niej stacjonował doborowy oddział fizylierek. Dziewczyny są bojowe i słyną jako doskonałe wartowniczki. Sztab dywizji nalegał, by to one pilnowały strategicznych obiektów...

– Nasza szkoła stała się strategiczna?

– Niezupełnie. Będziemy tu tylko mieszkały, znaczy spały i odpoczywały po służbie, ale przy okazji pilnowały budynku. – Pokręciła głową. – Może obywatel już być spokojny, życie wróci do tego gmachu. Zresztą budynki sprawiają wrażenie bardzo pojemnych i z pewnością lada chwila kogoś nam dokwaterują. Może umieści się tu jakaś instytucja, zanim szkoła znów będzie mogła wznowić działalność?

– Naprawdę znów będziemy mieli uczniów? – Starszy pan westchnął. – Aż wierzyć się nie chce.

– Armia Czerwona rychło ukręci łeb faszystowskiej hydrze, a wtedy wszystko wróci do normy – odparła i wzięła dyrektora pod ramię. – A teraz obywatel z łaski swojej niech oprowadzi mnie po gmachu. Wybierzemy pomieszczenia dla dziewcząt i naszego małego sztabu, bo właśnie po to tu przyszłam. Chciałam sprawdzić, jakie są warunki, także sanitarne i gospodarcze. Musimy urządzić łaźnię i magazyn broni, przydałaby się też sala wychowawcza, gdzie mogłabym wygłaszać odczyty.

– Na jaki temat, jeśli wolno wiedzieć? – Dyrektor uniósł brwi zaintrygowany i ruszył korytarzem, niemal ciągnięty na siłę przez Annę.

– Na każdy stosowny ze szczególnym uwzględnieniem wprowadzenia dziewcząt w zagadnienia polityczne. Zaczniemy od omówienia niedorzeczności sanacji i bezprawnej konstytucji z tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku, którą Manifest PKWN stanowczo odrzuca. Tak samo jak burżuazyjny, samozwańczy rząd na tak zwanym uchodźstwie. – Anna zapalała się coraz bardziej. – Kiedy cały naród cierpiał od tych, jak pan ich poetycko określił, demonów, oni sobie palili cygara rozparci w londyńskich fotelach. Obywatel dyrektor rozumie, nie pozwolimy na powrót wyzysku klasy robotniczo-chłopskiej przez sługusów wielkiego przemysłu, cichych zwolenników faszyzmu i...

– Dziecko, co ty wygadujesz? – wymamrotał starszy pan. – I dlaczego nazywasz mnie obywatelem?

– Takie czasy nadeszły – odparła Anna z powagą. – Polska panów bezpowrotnie odeszła w przeszłość. Nadeszła Polska obywateli i towarzyszy. Niech żyje przyjaźń polsko-radziecka! Niech żyje sojusz robotniczo-chłopski! Śmierć faszystowskim Niemcom!

Jej wysoki głosik zabrzmiał echem w pustym, szerokim korytarzu szkolnym. Dyrektor Paszkiewicz pokręcił głową z wyrazem zmieszania malującym się na twarzy. Kiedy Anna zerknęła przez ramię, Horacy siedział ciągle w tym samym miejscu i patrzył na nią nieodgadnionym spojrzeniem. Jego żółte ślepia błyszczały w półmroku.

1 Nie trać nadziei (łac.).

II

Janka poprawiła pasek od pepeszki przerzuconej przez ramię i westchnęła, patrząc w kierunku Wisły. Był środek wrześniowej nocy i pozbawione prądu, a co za tym idzie, oświetlenia miasto powinno być pogrążone w ciemnościach. I rzeczywiście, Pragę spowijał mrok, by nie ułatwiać ostrzału wrogim artylerzystom. Za to na drugim brzegu jaśniały nieustające pożary, i to do tego stopnia, że niebo rozjaśniała różowa łuna. Co chwila migotały też błyski z armatnich luf wściekle rażących praskie wybrzeże. Kolejną noc z rzędu bowiem do rzeki spychano pontony i łodzie załadowane ochotnikami ze wszystkich polskich dywizji. Teraz wodę co chwila omiatały światła przeciwlotniczych reflektorów, noc przecinały też białe linie rozpalonych pocisków z niemieckich karabinów rażących amunicją smugową. Wisłę siekała nawała pocisków ze wszystkiego, czym dysponowały Waffen-SS. Faszyści za wszelką cenę starali się nie dopuścić, by Polacy połączyli się z walczącymi powstańcami. Janina aż zagryzła wargę, słysząc chlupot wody wzbijanej wysoko w nocne niebo przez rozrywające się pociski. Tam ginęli jej koledzy, którzy z łodzi nie mogli nawet odpowiedzieć ogniem. Ich pontony tonęły jeden po drugim, a wraz z nimi ranni i umierający.

– Co się tak kręcisz? – spytała Alina, towarzysząca Jance w czasie warty. – Masz, zapal papierosa. Mnie to uspokaja.

Kresowianka odmownie pokręciła głową. Trzy razy zgłaszała się, zresztą z całą kompanią, jako ochotniczka chcąca wziąć udział w przeprawie. Co prawda graniczyło to niemal z samobójstwem, ale nie sposób było tak po prostu siedzieć i czekać, gdy po tamtej stronie ginęli bezbronni ludzie. Powstańcom ponoć brakowało wszystkiego, przede wszystkim amunicji i medykamentów. Niemcy wybijali ich kolejno bez zmiłowania, nie okazując litości także cywilom. Strach pomyśleć, co tam się działo. Przecież w ruinach kryli się zwykli warszawiacy, w tym kobiety i dzieci. Nie można było ich zostawić, trzeba choć spróbować, nawet ryzykując życie.

Niestety dowództwo stanowczo odmówiło platerówkom. Kilka dziewcząt po cichu odetchnęło z ulgą, bo wcale się nie spieszyły do tego, by utopić się w rzece, ale większość była rozczarowana i zawiedziona. Pojawił się sam generał Świerczewski, jak zwykle mocno wionący wódką i tytoniem, który powiedział im wprost, że nie ma mowy, by rzucono je na pierwszą linię, w dodatku na tak niebezpieczną przeprawę.

Na wieczornej odprawie głos zabrała także nowa polityczna, podporucznik Hartman. Piszczącym głosikiem próbowała im wyjaśnić, że są przeznaczone do innych celów i w nich się świetnie sprawdzają, natomiast ich masowa śmierć na polu bitwy, która byłaby nieunikniona w tym szturmie, zadziałałaby fatalnie na morale całej armii. Janka nie mogła się powstrzymać i spytała, czy przebrano je w mundury tylko w celach propagandowych. Bo jeśli tak, to ona chce się przenieść do oddziału liniowego, tam gdzie można naprawdę walczyć. Anna w odpowiedzi wygłosiła stek komunałów z ulotek, których chyba wyuczyła się na pamięć i recytowała bez chwili zastanowienia. Znów zamiast je uspokoić i przemówić do rozumu, plotła o niezwyciężonych bohaterach z Armii Czerwonej, odcinaniu łba hitlerowskiemu wężowi i miażdżeniu teutońskiego barbarzyństwa. Przy czym nie wiedziała, kim właściwie byli owi Teutoni, bo nie odpowiedziała Jance, która natychmiast się o to zapytała.

– Ali jak tu usiedzić, pilnując a to starej szkoły, a to zrujnowanej fabryki czy zakichanych baraków z prowiantem, kiedy nasi tam umierają? – Janka uniosła hełm i podrapała się po czole. – I przed kim ich pilnować, a? Kto w taką noc będzi chciał włamać się do tych ruder?

– Nie wiem, ale pilnujemy smalcu i konserw, to bardzo ważne zadanie – niepewnie odparła Alina, szatynka o włosach ściętych na krótko w ramach walki z wszawicą.

– Co ty dziarmolisz? Tam nasi się biją, to jest ważne zadanie. A my siedzim w ciemnościach i gapim się jak sroka w gnat. Może komu trzeba pomocy, a? Ranni ze zniszczonych łodzi wracają do brzegu i kto im pomoże wyleźć z wody? – Janka znów poruszyła paskiem pistoletu maszynowego, a potem chwyciła go w ręce. – Zostawmy te baraki. Chodźmy nad wodę choć zobaczyć. Nikt się nie dowi, wrócim przed końcem warty...

– Chyba upadłaś na głowę, wariatko – prychnęła Alina. – Zośka urwie ci łeb, jak się dowie. A jeśli zostaniesz ranna, to dopiero da ci popalić.

– Strach pomyśleć, co mi zrobi, jeśli zginę – mruknęła Janka. – No dobra, tylko przejdę za te drzewa i rozejrzę się na dole, nie zejdu na brzeg. Popatrzę i wrócę, a?

– To samowolne opuszczenie posterunku... – zaczęła Alina coraz bardziej zdenerwowana.

– Ali tam! – prychnęła Janka i niecierpliwie machnęła ręką. – Też mi posterunek! Pilnujący sterty konserw. Srał je pies, i tak są niejadalne.

Nie czekając na reakcję przyjaciółki, pomaszerowała przed siebie, w kierunku błyskającego wybuchami brzegu. Po kilku krokach schyliła się i podbiegła do najbliższego budynku. W powietrzu furkotały szrapnele, od wybuchów zadygotała ziemia, Janka na chwilę straciła rezon. Rzeczywiście w każdej chwili mogła zostać ranna, a nawet rozerwana na strzępy. Może lepiej wrócić do miejsca warty, schować się za barakami i w spokoju przeczekać swoją zmianę?

– Tak joj, to wstyd i sromota takie tchórzostwo – pomyślała i pobiegła dalej.

Doskonale pamiętała obronę Lwowa w trzydziestym dziewiątym, w której też rzecz jasna nie mog­ła uczestniczyć. Niby jak miała się bić, skoro była dziewczynką, wtedy ledwie czternastoletnią. Pomagała jednak w opiece nad rannymi, nosiła broniącym się żołnierzom kompot i zupę, a potem z daleka przyglądała się starciom, oczywiście wbrew prośbom matki. Nie mogła się powstrzymać i tak jak większość mieszkańców po prostu ukryć się w piwnicy. Od urodzenia była zbyt ciekawska, by nie powiedzieć wścibska. Nie przepuściła okazji zobaczenia czegoś interesującego i emocjonującego. A jeśli do tego było to zakazane lub nie dla niej przeznaczone, nic nie mogło jej powstrzymać, by przeszła obok tego obojętnie. Musiała, po prostu musiała wsadzić swój nos w sprawę, nawet jeśli były nią rozpaczliwe walki o ocalenie miasta.

Po klęsce wrześniowej rodzina zdecydowała, że trzeba uciekać spod niemieckiej okupacji, i przedarła się do Związku Radzieckiego. Ojcu wydawało się, że Sowieci to jednak zdecydowanie mniejsze zło i schronienie się u nich zapewni bliskim bezpieczeństwo. No cóż, zapewnili, ale dość pragmatycznie wysłali uciekinierów hen, w głąb kontynentu. I tak nie wiedzieć kiedy rodzina Barskich znalazła się na dalekiej Syberii, co prawda z dala od szkopów, ale i z dala od cywilizacji. By przetrwać, wszyscy musieli ciężko pracować. Chleb przysługiwał jedynie tym, co wyrobili normę w tartaku. I tak młoda Janka stała się robotnicą przy wyrębach lasów i cięciu drzew na deski. Ojciec rozchorował się już pierwszej zimy i skonał, mamrocząc w gorączce o tym, że się jednak pomylił.

Janka przeszła swoje, zanim trafiła do polskiej armii. Widziała i doświadczyła rzeczy, o których wolałaby zapomnieć. W każdym razie zraziła się do sojuszników i traktowała czerwonoarmistów w najlepszym razie z rezerwą. Pobyt na Syberii nie zabił jednak w niej ciekawości i żądzy przeżywania przygód. Miała przez to poważne problemy z podporządkowaniem się regulaminom i wpadnięciem w wojskowy dryg, ale mimo kilku ochrzanów, jednego aresztu i wielu postępowań dyscyplinarnych i karnych służb dotrwała do przysięgi. Niedługo potem jej brawurowe wścibstwo okazało się nadzwyczaj przydatne na polu bitwy.

Pod Lenino uratowała kilku żołnierzy, w tym oficera, wyciągając ich z płonącego transportera. Nie zawahała się podbiec do niego, by sprawdzić, czy ktoś jest w środku, i to mimo trwającego nalotu. W tej samej bitwie otworzyła ogień do atakujących hitlerowców i zatrzymała ich, umożliwiając ewakuację szpitala polowego. Dostrzegła nadciągającego nieprzyjaciela, bo wlazła na drzewo, by z ciekawości popatrzeć na pole bitwy.

To była cała Janka. Opuściła wtedy posterunek i zupełnym przypadkiem błysnęła odwagą, w dodatku dostała za ten wyczyn Krzyż Walecznych i awans do stopnia kaprala. Nic zatem dziwnego, że mimo grożącego za samowolę sądu polowego teraz znów oddaliła się z czaty. Konsekwencje nie miały dla niej większego znaczenia, ciekawość była znacznie ważniejsza. Silniejsza nawet niż strach przed oberwaniem od Niemców i strach przed dowódcą.

Przemykała od domu do domu, a właściwie, czym bliżej Wisły, od ruiny do coraz większej ruiny. Wiele jeszcze dymiło, wszędzie śmierdziało spalenizną, a powietrze wypełniał pył z pokruszonego betonu. Janka przypadła w końcu do złamanego na pół drzewa i przycupnęła przy jego pniu. Osłona dobra jak każda inna, choć oczywiście nie mogła jej ocalić, gdyby w pobliżu wybuchł pocisk moździerzowy lub artyleryjski. Teraz się tym nie przejmowała, z rozchylonymi ustami patrzyła na rozświetloną Wisłę. Pociski smugowe śmigały nad wodą, w górę wzbijały się większe lub mniejsze fontanny. Niemcy położyli na rzece prawdziwą zaporę ogniową, pruli chyba ze wszystkiego, co mieli. Siła rażenia ich artylerii robiła wrażenie, szczególnie że żołnierze w łodziach i na pontonach przemieszczali się niemrawo, choć zawzięcie machali wiosłami. Sprawa wyglądała na beznadziejną, aż nagle uszu Janki dobiegł charakterystyczny klekot pracujących silników.

– Kukuruźniki! – ucieszyła się i spojrzała w ciemne niebo.

To musiały być samoloty z pułku nocnych bombowców „Kraków”. Może niezbyt nowoczesne, a właściwie powolne trumny z drewna i płótna nie umywały się do szybkich i opancerzonych messerschmittów, ale nocą okazywały się niezwykle skuteczne. Niezgrabne i ociężałe dwupłatowce nadleciały gdzieś z ciemności i nagle nad Wisłą wyłączyły silniki. Jance zdało się, że widzi ich szybujące sylwetki, które pomknęły w kierunku Ujazdowa, gdzie usadowiły się baterie niemieckiej artylerii rażące Wisłę. Parę chwil później rozległa się w tamtym rejonie seria potężnych wybuchów. Kukuruźniki włączyły silniki, które zawyły pełnymi obrotami i poderwały maszyny w górę.

– Ta jest! Brawo, „Kraków”! – wrzasnęła kresowianka i pogroziła pięścią drugiemu brzegowi.

Samoloty chyba odwróciły uwagę hitlerowców, bo ogień na rzece zelżał. Wyglądało na to, że część łodzi i pontonów dotarła na drugi brzeg. Mimo ciężkich strat desperacja żołnierzy była tak duża, że przedostali się przez nawałę ognia.

Udało się! – Janka ucieszyła się w myślach. Teraz zajmą przyczółki, a rankiem wyślemy im posiłki. Kilka dni i Warszawa będzie wolna, a powstańcy uratowani! Niech no tylko się dziewczyny dowiedzą. Ale mam wieści. Chyba obudzę panny po powrocie do szkoły!

W kompanii służyło kilka lewobrzeżnych warszawianek z urodzenia, które od wybuchu wojny nie były w mieście i niecierpliwie czekały na szansę powrotu do domu. Wszystkie dawno utraciły kontakt z rodziną i aż się trzęsły z niepokoju, co zastaną, gdy w końcu przeprawią się na drugi brzeg. Janka wiedziała, że bardzo się ucieszą z nowych wieści i nie będą jej miały za złe nocnej pobudki.

Już miała zawrócić na posterunek, gdy usłyszała głośny chlupot. Gdzieś blisko, tuż przy brzegu, ktoś się miotał w wodzie. Najpewniej jakiś ranny piechur, którego ponton został ostrzelany. Nie mogła tak po prostu odejść, musiała pomóc lub choć sprawdzić, co się dzieje. Skuliła się i na ugiętych kolanach pobiegła w stronę brzegu. Na piachu była całkiem odsłonięta i narażona na ostrzał, ale o tym nie myślała. Poza tym panowały ciemności, a ogień z drugiego brzegu znacząco osłabł.

– Hej! Jest tam kto? – syknęła.

Znów usłyszała chlupot, a potem jęknięcie. Ktoś zakrztusił się wodą i zaczął kasłać. Janka ruszyła w jego stronę i już po chwili stała po kolana w wodzie, wodząc przed sobą lufą pepeszki.

– Tutaj – jęknął jakiś mężczyzna.

Mówił po polsku, to było najważniejsze. Janka przerzuciła broń przez plecy i wyciągnęła ręce. Wymacała w ciemnościach nagie ciało, chłodne i twarde. Pociągnęła je do siebie.

– Nie mnie, dam radę – syknął, odpychając jej rękę. – Pomóż mi ją wyciągnąć. Całkiem straciła siły...

Janka dostrzegła w mroku drugą głowę wystającą z wody i pochyliła się, by w tej samej chwili wpaść po pas do rzeki. Przynajmniej złapała tonącą. Objęła ją wpół i pociągnęła do brzegu. Przydała się zaprawa w syberyjskich tartakach, Janka nie musiała się specjalnie wysilić, by wyciągnąć dziewczynę z wody. Przy okazji spostrzegła, że ma ona na sobie tylko stanik i majtki, a do tego jest bardzo szczupła. Szczękała zębami i dyszała ciężko. To ona zakrztusiła się wodą i po padnięciu na piasek kilka razy zakaszlała, ale zaraz stłumiła hałas, zasłaniając usta dłonią.

– Coście za jedni? Ali zachciało wam się pływać w środku nocy? Nie macie ubrania – zauważyła Janka, która doszła do przekonania, że to nie żołnierze generała Berlinga, a jacyś cywile.

– Karol jestem, a to Struga – odparł mężczyzna, a właściwie chłopak. – Łącznicy z batalionu „Parasol”.

– Co takiego? Powstańcy? – Janka otworzyła szeroko oczy. – Przepłynęliście Wisłę wpław? Teraz? Pod ostrzałem?

– Mamy meldunki o położeniu sił powstańczych – odezwała się Struga, nadal klekocząc zębami. – Musimy je przekazać sowieckiemu dowództwu. Taki rozkaz.

– Ja pierniczę, niezłe z was gieroje – stwierdziła z podziwem Janka. – Cud, że się wam udało. Chodźmy stąd, bo w każdej chwili mogu w nas rąbnąć z armaty. Możecie się o mnie oprzeć, oboje. Jestem naprawdę silna.

Nie czekając na odpowiedź powstańców, wstała i ujęła chłopaka pod ramię. To samo zrobiła z dziewczyną, siłą stawiając ją na nogi. Potem odholowała oboje przez szuwary i chaszcze na brzeg.

– Jestem Janka z batalionu platerówek – przedstawiła się po drodze. – Opowiadajcie, co tam się dzieje po drugiej stronie. Jak się trzymacie?

– Coraz gorzej – odparł Karol. – Giniemy. Nie mogę uwierzyć, że udało nam się wydostać z tego piekła.

– Bardzo mi zimno – jęknęła Struga. – Muszę zameldować komuś, co wiem, muszę dokończyć zadanie...

– Zaraz, mała – mruknęła Janka, siłą podtrzymując dziewczynę w pozycji prostej. – O, tam widzę naszych. Hej! Do mnie!

Patrol zaopatrzony w karbidowe latarenki przesuwał się wzdłuż brzegu, pewnie w poszukiwaniu rannych, którym nie wyszła przeprawa. Kilku żołnierzy natychmiast doskoczyło do wzywających pomocy i oświetliło ich lampkami, mierząc z broni. W rozdygotanym, bladym blasku Janka ujrzała wreszcie swoich ocaleńców. Karol okazał się chudzielcem z podgoloną głową i zawadiacką grzywką, a Struga rozdygotaną blondynką o podkrążonych oczach. Kuliła się, niemrawo zasłaniając piersi jedną ręką.

– Co się tak gapicie, durni wy! – Janka huknęła gniewnie na żołnierzy z pepeszkami. – Dawajcie kapoty, trzeba ich jakoś ogrzać, szczególnie dziewczynę. To powstańcy, którzy przepłynęli Wisłę. Szybko, ruszajta się! Pora ich odprowadzić do punktu medycznego, dziewczyna jest mocno wyczerpana. Ledwi może gadać. Nu, ja muszę wracać na posterunek.

Dowódca patrolu jednak nie pozwolił jej tak po prostu zniknąć. Chciał ją zaciągnąć razem z powstańcami do lazaretu, ale huknęła gniewnie, że jest na służbie i nie może opuścić posterunku.

– Ale przecież już żeście go opuściły, obywatelko – zauważył służbista, ponury sierżant z Drugiego Pułku Piechoty. – Skąd się wzięłyście nad Wisłą? Co tu robicie?

– Oddaliłam się tylko za potrzebą, a co, nie wolno? – parsknęła ze złością. – Muszę wracać, bo pilnuję ważnego strategicznie magazynu żywnościowego. A wy, obywateliu, zamiast dociekać nie swoich spraw, lepij zajmijcie się łącznikami. Szkoda czasu na głupoty!

Odwróciła się na pięcie i zanim sierżant zdołał coś dodać, oddaliła się pospiesznie. I tak straciła zbyt dużo czasu przez parę powstańców. Alina z pewnością będzie wściekła, ale z drugiej strony z chęcią wysłucha nowin. Wszystkie lubiły plotkować, a dziś Janka naprawdę miała jej o czym opowiadać. Przyspieszyła kroku, po drodze wyżymając przemoczony mundur. W butach jej chlupotało, ze spodni lała się woda. Przynajmniej broni nie zamoczyła, bo tylko tego brakowało, by pepesza złapała rdzę. Za coś takiego naprawdę by się jej dostało.

– Stój, kto idzie?! – wrzasnęła Alina na jej widok.

– Tak to ja, głupia! Oślepłaś, ali co?

– Hasło!

Janka się zawahała i zatrzymała w miejscu. Alina zachowywała się coś za bardzo regulaminowo, to źle wróżyło. Czyżby upłynęło więcej czasu, niż się zdawało?

– Bydgoszcz! – oznajmiła po chwili zastanowienia.

– Możesz podejść! – odparła Alina.

Z mroku obok baraku wynurzyły się jeszcze trzy sylwetki. Janka zagryzła wargę, domyślając się, co zaszło. To zmiana warty przyprowadzona przez któregoś podoficera. Zapowiadały się kłopoty.

– Zosia, ali to ty? – rzuciła lekkim tonem, bo rozpoznała wśród przybyłych chorążego Kłos, zastępczynię dowódcy kompanii. – Dziewczyny, nie uwierzycie, co mni spotkało. Kogo wyciągnęłam z Wisły! No, zgadnijcie!

– Kapral Barska, baczność! – warknęła chorąży Kłos, familiarnie nazywana Zosią. – Dosyć tego! Tym razem przegięłaś. Zostawiłaś Alinę samą i oddaliłaś się z posterunku. Dziewczyno, gdzie ty masz rozum? Złamałaś regulamin i wystawiłaś przyjaciółkę na niebezpieczeństwo. Narażasz na szwank dobre imię całego batalionu, obrażasz takim zachowaniem nas wszystkie!

– Ali ja... Eee... To nie tak, ja nie chciałam. Zosia, wiesz przecież, że to silniejsze ode mnie. – Janka bezradnie rozłożyła ręce. – Musiałam zobaczyć, co się tam dzieje. Nie było mnie tylko chwili...

– Nie mogę puścić tego płazem. – Zofia złożyła ręce na piersi. – Odpowiesz za to przed dowódcą. Niech on zdecyduje, co z tobą zrobić. Ja już nie mam do ciebie siły. Zdajesz wartę i do koszar, marsz!

– Tak jest, obywatelko chorąży. – Janka spuściła głowę. – Alina, idziemy.

Pomaszerowała dziarsko, chlupocząc wodą ciągle wylewającą się z butów. Zofia popatrzyła na mokry ślad przez nią zostawiany i pokręciła głową z westchnieniem.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI