Panny Fortuny - Weronika Wierzchowska - ebook + audiobook

Panny Fortuny ebook i audiobook

Weronika Wierzchowska

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Początek sagi o niezwykłych losach rodziny Sobolewskich. Rok 1800. Warszawa znajduje się pod pruskim panowaniem, w okaleczonym rozbiorami kraju panuje bieda i bezprawie. Podczas rodzinnej podróży rodzina Sobolewskich zostaje napadnięta na trakcie przez rozbójników. Z życiem uchodzą tylko córki. Niespodziewanie osierocone młodziutkie siostry, Cecylię i Franciszkę, czeka nieciekawa przyszłość w klasztorze, chyba że ktoś je przygarnie. Szczęśliwy los sprowadza nieznanego im stryja Ignacego Sobolewskiego, o którym wiedzą tylko tyle, że jeszcze przez dziadka został wydziedziczony i wygnany. Stryj słynął za młodu z gwałtownego charakteru i skłonności do okrucieństwa. Przez lata pobytu poza granicami kraju parał się awanturnictwem i służył jako najemny żołnierz. Teraz postanawia zająć się dwiema dziewczynkami i wychować je zgodnie z własnym upodobaniem. Nie wie jednak, że nie tylko on będzie wpływał na kształtowanie się ich charakterów, ale one wpłyną także na niego i spróbują oswoić wściekłego wilka, jakim jest ich stryj. Na domiar złego Ignacy odkrywa, że jego brat i bratowa wcale nie zginęli w przypadkowej napaści, ale ich morderstwo było zaplanowane, a majątek zagrabiony. Rozpoczyna się krucjata ponurego gwałtownika i dwóch niewinnych dziewczynek, która poprowadzi ich przez dziesięciolecia.

Weronika Wierzchowska - z urodzenia mieszczka, przez długie lata zatrudniona w wielkiej korporacji jako chemiczka. Niedawno przerwała karierę, zrzuciła 30 kilogramów i wyprowadziła się na wieś. Obecnie zawodowo związana z malutką firmą kosmetyczną. Chwile niezajęte wymyślaniem i wytwarzaniem kremów, żeli i serum odmładzających poświęca córce, domowemu kucharzeniu oraz grzebaniu w starych książkach, które bardzo kocha. Zamiłowanie do dawnych historii próbuje połączyć z wymyślaniem własnych, tworząc opowieści o życiu kobiet: tych współczesnych i tych żyjących w dawnych czasach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 1 min

Lektor: Katarzyna Anzorge
Oceny
4,2 (33 oceny)
21
4
4
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana,pełna zwrotów akcji saga historyczna---polecam miłośnikom historii XIX wieku.
10
WiktorKaczmarek

Nie oderwiesz się od lektury

Przypadkowa pozycja na półce, ale się nie zawiodłam. Książka ciekawa, wciągająca. Polecam
10
Doowa555

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobrze spędzony czas z bohaterami książki. Z niecierpliwością czekam na dalsze losy
10
Ojanina

Nie oderwiesz się od lektury

Losy dwóch małych dziewczynek na tle wydarzeń ówczesnej Polski są pelne emocji. Czyta się chętnie
00
Paulina31012

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, uwielbiam takie książki to moje klimaty :) Super to była pierwsza moja styczność z twórczością Pani Wierzchowskiej. Polecam
00

Popularność




Copyright © Weronika Wierzchowska, 2023

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

Rudolf Dührkoop: Gertrud und Ursula Falke, 1906.

Preus museum Collection

marinavorona/adobestock

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8295-893-5

Warszawa 2023

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

LATO 1800 ROKU

Lipcowa noc była ciepła i gwiaździsta, do tego księżyc świecił tak jasno, że woźnica Paweł nie musiał zapalać latarni na burtach karety, by oświetlać drogę sobie i koniom. Powóz toczył się niespiesznie po piaszczystych mazowieckich duktach. Dziedzic Krzysztof Sobolewski życzył sobie, by Paweł uważał na wertepy, bo dziewczynki są zmęczone i chcą spać. Podróż odbywała się zatem ospale i bez pośpiechu, a kareta kołysała się na wybojach niczym statek na morskich falach. Pasażerki szybko to uśpiło, dziewczynki skończyły śpiewy i rozmowy, zawinęły się w koce i zapadły w sen, tak samo jak ich matka Maria Sobolewska, zapanowała cisza. Tylko dziedzic wyglądał przez otwarte okno w drzwiach powozu i pykał fajeczkę, podziwiając łąkę srebrzącą się w świet­le księżyca i przez to zupełnie pozbawioną kolorów. Podróżującej rodzinie towarzyszyło jeszcze dwóch konnych jadących kawałek z tyłu, Maciej, osobisty lokaj dziedzica, i jeden z parobków, obaj jednak zdawali się drzemać w siodłach, głowy mieli pochylone, a czapki niemal naciągnięte na oczy.

Rodzina wracała z miesięcznego pobytu w wiejskiej posiadłości pod miastem, gdzie tradycyjnie, jak co roku, mieli spędzić całą letnią kanikułę. Niestety mości Sobolewski został pilnie wezwany do Warszawy. Dziedzic prowadził rozliczne interesy, a także działalność polityczną, o ile w ogóle można było o takiej mówić w sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, której już piąty rok nie było na mapach Europy. Choć, co mogło się wydawać paradoksalne, to właśnie kiedy doszło do rozbiorów, Sobolewski żywo zainteresował się polityką i zaczął brać czynny udział w spotkaniach tajnych stowarzyszeń i dysputach po karczmach oraz wizytował pałace liczących się rodów, które mimo pruskiej okupacji nie opuściły miasta. Marii niezbyt się to podobało, ale z drugiej strony cieszyła się, że mąż dzięki temu sprawia wrażenie, jakby jego życie stało się pełniejsze niż dotychczas, kiedy zajmowały go jedynie sprawy związane z funkcjonowaniem rodzinnego gospodarstwa.

Teraz, ćmiąc w ciemnościach fajeczkę, świadom bliskości ukochanej żony i śpiących córek, z zadowoleniem rozmyślał o rysujących się w przyszłości perspektywach. Niby kraj, dosłownie rozdarty na strzępy i okaleczony wojnami oraz nieudanym powstaniem kościuszkowskim, pogrążony był w rozpaczy i beznadziei, ale wielu patriotów patrzyło w przyszłość optymistycznie. Istniały pewne szanse, ogromne nadzieje i desperackie plany, trzeba tylko było śmiałości i zaangażowania, by z nich skorzystać. A kto wie, może da się przywrócić Polskę do życia i jeszcze ugrać na tym coś dla siebie i rodziny?

Nagle jego spojrzenie przyciągnęły błyski po drugiej stronie łąki, na skraju lasu, a może pośród drzew? Światło księżyca odbijało się tam w wypolerowanym metalu. Dziedzic drgnął, wytrząsnął żar z cybucha, uderzając nim o budę karety. Stukanie obudziło zarówno jego żonę, jak i starszą córkę, dwunastoletnią Cecylię. Młodsza, Franciszka, nadal spała, ale ją mało co było w stanie wyrwać ze snu. Hałasem zainteresował się też woźnica.

– Macieju, widzisz te błyski? – Krzysztof zwrócił się do woźnicy. – Nie podobają mi się…

Nie dodał, by nie straszyć najbliższych, że to jakby grupa zbrojnych ukryta w ciemnościach na skraju lasu, światło księżyca zaś odbija się w ich orężu, dobytych szablach, może lancach i muszkietach? Księżyc zdradził ich niespodziewanie, gdyby mieli zapalone ognie, widać byłoby ich z daleka. Trakt skręcał łukiem w stronę lasu i wyglądało na to, że zbóje zaczaili się tu na podróżnych. Maciej pomyślał to samo co dziedzic, bo ściągnął lejce. Dwaj jeźdźcy z ich eskorty też się obudzili, zaniepokojeni nagłym zatrzymaniem karety.

– Zawracaj – rozkazał Krzysztof. – I to żwawo, kierujemy się na Błonie. Tam jest stacja pocztowa i koszary, przeczekamy bezpiecznie do rana. Szybko, nie ma co mitrężyć!

Maciej zaciął lejcami po zadach, jednocześnie ściągając je w prawo.

– Panie, co się dzieje? – spytał, rozglądając się nerwowo. – Tam pod lasem? Zbójcy?

– To raczej nie zbójcy – mruknął dziedzic.

Kareta ruszyła, zawracając po łuku. Wstrząsy i podskoki obudziły także Franię, która mruknęła ze złością, mocno zaspana, i wymamrotała coś nieprzytomnie. Od strony lasu nagle rozległ się gwizd i gniewne okrzyki. To czekający w zasadzce zorientowali się, że zdobycz wymyka się im z rąk. Maciej sięgnął po dotychczas bezużyteczny bat, uniósł się na koźle i też wrzasnął, po czym siekł po zadach koni, zmuszając je do wyrwania przed siebie galopem. Sobolewski wychylił się przez okienko w drzwiach karety, wytężając wzrok. Nie musiał zbytnio się wysilać, bo po chwili na łące pojawili się ścigający ich konni. Zatem wcale to nie była zasadzka czekających na trakcie zbójców, którzy odarliby podróżnych ze wszystkiego co cenne i puścili żywych, ale zorganizowany oddział kawalerzystów, uzbrojonych po zęby i szykujących się do zabijania.

Krzysztof poczuł, jak w jednej chwili krew odpływa mu z twarzy. Wiele się spodziewał po swoich przeciwnikach i wrogach, ale nie przeprowadzenia zamachu. Sięgnął odruchowo do pasa, ale miał na sobie zwykłe spodnie, koszulę i kamizelkę, żadnej broni. Jeźdźców naliczył co najmniej tuzin, stopniowo nabierających pędu na łące. Dudnienie kopyt niosło się w nocnej ciszy niczym bębny lub grzmienie nadchodzącej burzy.

– Macieju, do mnie! – machnął przez okno do swego totumfackiego. – Bierz dziewczynki i wiej ile sił, nie oglądaj się za siebie.

– Tak się nie godzi, panie! – stary sługa się oburzył.

– Inaczej wszyscy tu zginiemy. Ratuj je, zaklinam cię na wszystkie świętości. Każda chwila cenna! – rozkazał Sobolewski, walcząc z dławieniem w gardle.

Nie potrafił tego przed sobą przyznać, ale zbierało mu się na płacz. Wcale nie planował i nie chciał rozstawać się z życiem, zresztą kto wie, może uda się negocjować z napastnikami, może to tylko próba porwania dla okupu lub by wymusić ustępstwa na jego wspólnikach? Tak czy inaczej, jeśli istniała możliwość, żeby ochronić córki przed zgubą, musiał z niej skorzystać. Maciej jechał na silnej, zdrowej kobyłce, a napastnicy sprawiali wrażenie ciężkiej jazdy, czegoś w rodzaju kirasjerów. Tylko sługa mógł przed nimi umknąć, a dwie drobne panienki zbytnio go nie obciążą. Nakazał zatem Pawłowi zatrzymać się i szybko ucałował najpierw Cysię, później Franię, przekazując je Maciejowi, który w locie usadził je przed sobą na kobyłce.

– Tato, co robisz? – spytała Cecylia. – Nie chcemy was opuszczać!

– Mamo! Ja chcę do mamy! – Frania się rozpłakała, bo wreszcie wyczuła napięcie i zrozumiała, że dzieje się coś złego.

Wyciągnęła ręce, ale Maria Sobolewska pożegnała je znakiem krzyża, po czym sama się przeżegnała.

– Spotkamy się później, w domu. Bądźcie dla siebie dobre, dziewczynki. Jeśli się nam nie uda… będziecie miały tylko siebie – powiedziała z powagą i bez śladu strachu w głosie. – Niech Bóg wam błogosławi, a teraz w drogę, uciekajcie!

Maciej spiął konia i zmusił go uderzeniami ostróg do rzucenia się w pęd. Dziewczynki skuliły się, Cecylia uczepiona końskiej grzywy, a Frania, obejmując ją w pasie i wtulając w jej plecy. Wiatr szarpał ich sukienkami i rozwiewał włosy, końskie kopyta dudniły w szalonym rytmie, gdzieś z tyłu rozległy się gniewne okrzyki, huknęły głucho pistoletowe wystrzały.

– Wszystko będzie dobrze – Frania mówiła bardziej do siebie niż do siostry. – Zobaczysz, że wszystko dobrze się skończy. Niedługo znów będziemy razem!

Kobyłka zaczęła potrząsać łbem i charczeć, dając znak, że jest zmęczona, ale Maciej nie dawał jej odetchnąć. Bez zmiłowania ponaglał ostrogami do zwiększonego wysiłku. Wiedział, że Sobolewski kazał zatrzymać karetę, by paktować i przy okazji związać pogoń oraz odwrócić uwagę od uciekających. Poświęcił siebie i żonę, by córki mogły żyć. Stary sługa nie mógł zaprzepaścić takiej ofiary, skierował konia w stronę puszczy po drugiej stronie łąki, galopem i właściwie na oślep wjechał między drzewa. Po chwili pochłonęła ich nieprzenikniona ciemność, las osłonił ich mrokiem.

***

Marianna Lanckorońska nadal powszechnie tytułowana była kasztelanową połaniecką, choć jej mąż, który piastował tę funkcję, zmarł czterdzieści lat temu. Nobliwa dama zaraz po jego śmierci wyniosła się z Podola i obecnie rezydowała w pałacyku Sanguszków przy Nowym Świecie, gdzie posiadała na włas­ność kilka pokojów. Był to dar od jej nieżyjącej już wielkiej przyjaciółki księżnej Barbary Sanguszkowej. Razem z Boną, też już nieżyjącą siostrą Marianny, znane były w Warszawie jako trójca świętych pań. Jako że przez wczesną śmierć męża Marianna nie doczekała się potomstwa, całą swoją miłość, a nadal przelewało się w staruszce całe jej morze, skierowała na potrzebujących, chorych i cierpiących. Razem ze swoją ukochaną Barbarą finansowały i odwiedzały przytułki, szpitale i klasztory. Uratowały przed śmiercią głodową i nędzą całe setki, a może i tysiące nieszczęśników. Dorobiły się dzięki temu w pełni zasłużonej sławy, mimo że czyniły to z wewnętrznej potrzeby serca, a nie dla poklasku, i nigdy się ze swoją działalnością nie afiszowały.

Babcia Marianna, jak coraz częściej o sobie myślała kasztelanowa Lanckorońska, mimo wieku lubiła się otaczać ludźmi, szczególnie młodymi. Tylko czasami dopadały ją wspomnienia i sny o przeszłości. Nie sprawiało jej to przyjemności, bo nie lubiła popadać w melancholię, lecz nie sposób było jej uniknąć, kiedy wracały echem chwile z jej Basią i siostrą Boną. Pamiętała, jak z samego rana gnały do szpitala, by zanieść chorym bułki wypieczone przez pałacowych kucharzy. Jak urządzały obiady proszone dla żebraków i same ze śmiechem mieszały zupę w wielkich garach, a później już z powagą nalewały ją do blaszanych misek, które podawały ubogim. Karmiły słodyczami dzieci uliczników, a skrawkami mięsa szwendające się bezpańskie psy. Dla zabawy biegały nad Wisłę i brodziły w wodzie z podkasanymi kieckami, słuchały niewybrednych komplementów rzucanych im przez flisaków lub przepływających rybaków i śmiały się z nich razem z nimi. Były takie szczęśliwe i wesołe… Wszystko to jednak przeminęło, rozwiało się gdzieś z wiatrem, który porwał ich młodość i cisnął ją w otchłań zapomnienia. Najpierw odeszła Basia, po niej Bona i nie wiedzieć kiedy Marianna została sama w pałacu, który zrobił się przeraźliwie pusty i zimny.

Nie mogła tego znieść. I nie życzyła sobie nawet przez chwilę być sama, nie zamierzała pozwolić, by starość pokonała ją i przygniotła smutkiem. Dlatego mimo starczych kłopotów ze zdrowiem nie przerwała działalności charytatywnej, a żeby nie siedzieć w pus­tym domu, co dzień urządzała wieczorki towarzyskie, na które przychodzili mniej lub bardziej ważni warszawiacy. Rzecz jasna, ze swoimi żonami lub córkami, bo Marianna lubiła młode kobiety. Szczególnie ją cieszyło, kiedy się śmiały i z nią rozmawiały, jakby była ich rówieśniczką, odzywały do niej bez przesadnego szacunku i traktowania niczym zabytek. Czuła się wówczas znacznie młodsza.

Każdego południa, nie licząc oczywiście niedziel i dni świątecznych, odwiedzali ją zatem znajomi lub zaproszeni ciekawi ludzie różnych stanów i profesji, choć najbardziej Marianna lubiła artystów i poetów, niekonieczne błękitnokrwistych. Najczęstszym zatem jej gościem był ksiądz kanonik Jan Paweł Woronicz, znany poeta jezuicki i dziekan warszawskiej kapituły katedralnej. Siadał na krześle obok głębokiego fotela, w którym staruszka zdawała się coraz bardziej kurczyć i niknąć, po czym pochylony ku gospodyni komentował jej wprost do ucha wszelkie wydarzenia na mieście, zarówno polityczne, jak i obyczajowe.

Kolejną postacią obowiązkową na popołudniowych spotkaniach była Krescencja Sanguszkówna, jedna z córek księżnej Barbary, najbardziej do matki podobna, przez co Marianna kochała ją jak własne dziecko. Krescencja nie wyszła za mąż, teraz miała już blisko pięćdziesiąt lat i pewne było, że resztę życia spędzi w tym pałacu, troszcząc się o ciocię Mariannę, jak od zawsze nazywała staruszkę. Kolejną damą z pałacu była Anna Sanguszko z domu Pruszyńska, żona Hieronima, syna Barbary. Wżeniona w ród książęcy dużo młodsza od męża piękność, która stała się bratową Krescencji, tyle że połowę od niej młodszą. Tego wieczoru towarzyszyła im jeszcze tylko hrabina Teresa Chodkiewicz, kolejna warszawska piękność, młoda i lśniąca żona obiecującego literata i naukowca. Spotkanie było zatem dość kameralne, zapewne przez załamanie pogody, bo właśnie rozpętała się letnia burza, wściekła i gwałtowna, przez co bywalcy salonów, kręcący się co dnia po mieście, woleli pozostać w domach.

Zazwyczaj do dużego jasnego salonu, o oknach wychodzących na Nowy Świat i ścianach udekorowanych obrazami Franciszka Smuglewicza, schodzili się goście, by rozmawiać i dowiadywać się wszystkich ciekawych wydarzeń. Popyt na nowości był ogromny, od kiedy Prusacy zamknęli dwie warszawskie gazety i wiadomości mogły się roznosić jedynie pocztą pantoflową i szeptaną. Tym razem salon nie jaśniał, trzeba nawet było zapalić świeczniki, bo przez burzę zrobiło się ciemno, plotkarze z całego miasta przez ulewę się nie pojawili i zwyczajowy gwar nie wypełniał salonu. Zapowiadało się zatem, że wieczór skończy się na wyrecytowaniu przez księdza Woronicza kilku jego wierszy lub odczytaniu jakichś przyniesionych z miasta, bo poetów w Warszawie na szczęście nigdy nie brakowało.

Do salonu wśliznął się służący i gnąc się w ukłonach, podszedł do fotela staruszki, po czym wyszeptał jej coś do ucha. Ta wyraźnie się ożywiła.

– Długo już ten człowiek czeka? Proś go, niech wchodzi! – poleciła. – Słuchajcie, moi mili, przyszedł potrzebujący człek, po prośbie. Oczywista żebraków na salony mój lokaj nie wpuszcza, tylko w wyjątkowych okolicznościach. Tym razem przyszedł sługa niejakiego Sobolewskiego. Słyszeliście o tragedii, jaka spotkała tę rodzinę?

– Ja nic nie wiem – oznajmiła Teresa Chodkiewicz. – Przez tydzień mnie nie było w mieście i już się w niczym nie orientuję. Kim jest ten Sobolewski? To jakiś poeta?

– Nie każdy w tym kraju jest poetą, jak na razie przynajmniej. – Ksiądz Woronicz pokręcił głową. – To ziemianin, który w Warszawie ma dworek, chyba na Faworach. Człowiek do niedawna zupełnie nieznany na salonach, słyszałem jednak o nim, że pojawiał się ostatnio w otoczeniu księcia Józefa.

– Czyżby kolejny nierób i utracjusz spośród złotej młodzieży? – Anna Sanguszko z pogardą wydęła usta.

Młodzież spod Blachy, jak nazywano kompanów księcia Józefa Poniatowskiego, nie cieszyła się dobrą opinią. Uważano ich powszechnie za hulaków i pyszałków mających w pogardzie własny kraj i jego zwyczaje. Ostentacyjnie ubierali się według mody francuskiej, nie rozmawiali po polsku, uważając ten język za język plebsu. Mówiło się nawet, że książę Poniatowski jest rojalistą i odrzuca ideały rewolucyjne, że za nic ma Polskę i liczą się dla niego jedynie kolejne miłosne podboje i gra w karty.

– Czegóż zatem skromny ziemianin szukał wśród tej rozwrzeszczanej młodzi w pończochach i francuskich żabotach? – Krescencja prychnęła ze wzgardą.

– A kto ich tam wie? Może to wolnomularz albo frankolub? – Ksiądz wzruszył ramionami. – Teraz to nieistotne. Sobolewskiego i jego żonę spotkała przyk­ra przygoda. Zostali napadnięci w drodze do Warszawy przez pruskich maruderów albo rosyjskich dezerterów, nie wiadomo. Oboje zginęli, takoż ich woźnica i parobek.

– Wystrzelali ich, a potem ograbili. – Babcia Marianna pokiwała głową. – Co za straszne czasy. Kto to widział, mordować ludzi na gościńcu? Wpuśćcie już tego człowieka, niech powie, czego chce.

Do salonu wkroczył posępny mężczyzna w skromnym stroju zwykłego sługi, ale nie sam. Prowadził przed sobą dwie dziewczynki w czarnych sukienkach oznaczających żałobę. Na ich widok wszyscy w pomieszczeniu się spięli, szczerze poruszeni. Oczywiste było, że to dzieci zamordowanej pary. Nikt się ich tu nie spodziewał. Marianna aż wstała ze swego fotela i podeszła, by się im lepiej przyjrzeć. Dziewczynki głowy trzymały opuszczone, a wzrok skromnie wbity w podłogę.

– Jestem Cecylia Sobolewska, a to moja siostra Franciszka – powiedziała ta wyższa i smuklejsza, zdecydowanie ładniejsza.

Obie dygnęły grzecznie, jak na rozkaz, równocześ­nie uniosły głowy i popatrzyły na zebranych. Cecylia spojrzała wprost na staruszkę, Frania rozejrzała się ciekawie po pomieszczeniu. Jej wzrok natrafił na sporych rozmiarów obraz Smuglewicza przedstawiający śmierć Lukrecji. W centralnej jego części siedziała owa pobladła od trucizny Lukrecja, niemal zupełnie naga, z całkowicie obnażonym biustem. Dziewczynka aż wytrzeszczyła oczy, bo nigdy nie widziała tak śmiałego przedstawienia kobiecej nagości. Co gorsza, żadna z obecnych tu dam zdawała się nie dostrzegać tego bezwstydu. Wszystkie patrzyły na dziewczynki, jakby te były znacznie dziwniejsze i ciekawsze niż goła dama na tronie.

– Jaśnie pani raczy wybaczyć to najście, ale doprawdy nie wiem już, co mam czynić – powiedział sługa, załamując ręce. – Jestem Maciej Ryba, przez lata osobisty sługa dziedzica Sobolewskiego, świeć Panie nad jego duszą. Miesiąc temu doszło do strasznej tragedii, która zakończyła się śmiercią rodziców tych oto panien. Stało się tak, że ciężar odpowiedzialności za ich dalsze losy spadł na moje barki…

– Sobolewscy nie mają rodziny? – ksiądz Woronicz się zainteresował tą historią.

– Dziedzic miał brata, ale ten wyjechał gdzieś na poniewierkę i słuch po nim zaginął już lata temu. Zresztą od dawna byli skłóceni. Dziadkowie panien zaś już wymarli, a dalszej rodziny nie ma… – Maciej rozłożył ręce. – Losem dziewcząt zająć się miał plenipotent i rządca Sobolewskich, mości Grabowski. Ech, tyle że ten w kilka dni po tragedii znikł razem ze szkatułą pełną złota i papierów, całym majątkiem zmarłego dziedzica. Wczoraj zaś okazało się, że po ucieczce zastawił dworek Sobolewskich, wziął pod jego hipotekę kredyt u Żydów. Rzecz jasna, nic spłacać nie zamierzał i tak posiadłość przeszła w ręce mojżeszowych lichwiarzy. Panny przeto znalazły się razem ze mną dosłownie bez środków do życia i dachu nad głową. Przyszli my błagać słynną świętą panią o zmiłowanie i ratunek dla sierot, które zostały okradzione i pozbawione wszelkich perspektyw na przyszłość.

Mówiąc, sługa załamywał ręce i giął się coraz bardziej, aż skończył zgięty wpół, jakby w błagalnym pokłonie. Cecylia pociągnęła nosem, po policzku spłynęła jej bowiem łza. Ciągle nie mogła uwierzyć w to, co zaszło i co się właśnie działo. Dosłownie w ciągu kilku koszmarnych dni straciły wszystko, ukochanych rodziców, dom i majątek. Przyjdzie im zemrzeć na ulicy z głodu i zimna. I znikąd pomocy, znikąd sprawiedliwości. Świat pozostawał doskonale obojętny na ich krzywdę, a dobry Bóg nie chciał słuchać modlitw.

Franciszka była nieco innego usposobienia, z natury bardziej optymistyczna, wierzyła nadal, że wszystko jakoś się ułoży. Rodziców nikt im już nie wróci, ale dom z pewnością odzyskają. Nie może być wszak tak, że dzieją się krzywdy równie bezprawne i nikt nie reaguje. Ktoś musi to powstrzymać i przywrócić porządek. Spojrzała śmiało w twarze zebranych, szczególnie spodobała się jej piękna i uśmiechnięta Teresa, młoda kobieta w bogato zdobionej sukni. Odpowiedziała jej uśmiechem, ufnym i niewinnym.

– Ta mniejsza mi się podoba, mogłabym wziąć ją na służkę, tyle że to nie uchodzi – piękna pani Chodkiewicz oznajmiła z żalem. – Biedactwo jest szlachcianką. Gdyby pochodziła z gminu, wzięłabym ją z miejsca.

Krescencja spojrzała z ukosa na Teresę, jej uwaga była zwyczajnie niestosowna. Niestety hrabina zachowywała się jak większość jej podobnych dam ze sfer. Brak wrażliwości łączyły z pychą i przekonaniem o własnej wyższości.

– Hm, pomyślmy – babcia Marianna mruknęła i przyjrzała się dziewczynkom z bliska.

Obie były czyste, zadbane i zdrowe. Nawet żadnych dziobów po ospie, choć to się mogło jeszcze zmienić. Z pewnością przyzwoicie je wychowano, to było widać choćby po postawie i grzeczności. Nie do pomyślenia się jej zdawało, by po prostu mogła je teraz wygnać na ulicę, raczej oddać do klasztoru lub choć na jakiś czas przygarnąć pod własny dach.

– Zostaną u mnie – zdecydowała. – Wprowadzimy je do pokoiku na poddaszu, przyda się jak znalazł. Ty, dobry człowieku, będziesz musiał poszukać sobie nowego pana, ja cię przyjąć na służbę nie mogę. Dostaniesz dukata za fatygę i idź z Bogiem. A wy, panienki, macie jakieś rzeczy czy też przepadły razem z nieruchomością?

– Nowi właściciele naszego rodzinnego domu łaskawie pozwolili nam zabrać, co tylko chcemy – odparła Cecylia. – Wzięłyśmy ubrania, pamiątki po rodzicach i kilka książek.

– I przybory do szycia – dodała Frania. – Trochę umiemy robić igłą, może w ten sposób zapracujemy na dach nad głową i stół…

– Nie przejmuj się tym teraz, panienko. – Staruszka machnęła ręką. – Ale to znamienicie, żeście chętne do pracy, to dobrze o was świadczy. Z pewnością próżnować u mnie nie będziecie, teraz moje ulubione zajęcie to haftowanie przy krosnach ornatów w darze dla kościoła. Pomożecie mi, razem nam będzie sprawniej szło. Roześlę wieści po kraju, może się uda znaleźć jakichś waszych dalszych krewnych? Nie może być, że nie macie wujostwa i kuzynostwa dalszego stopnia, każdy ma jakichś pociotków. Poszukamy i znajdziemy, spokojna głowa. Trzeba też zwrócić się do regencji Prus Południowych, napiszę list do generała-gubernatora Köhlera. Niech coś zrobi, do kroćset, z tymi lichwiarzami i oszustem Grabowskim. Trzeba go złapać i odzyskać wasz rodzinny majątek!

– Pójdę jutro w tej sprawie do Kamery Prus Południowych, rezyduje w pałacu Krasińskich – zadeklarował ksiądz Woronicz. – To generalny dyrektoriat kamery sprawuje władzę w zakresie sądownictwa skarbowego w tym kraju. Może da się odkręcić to złodziejstwo, którego dopuścił się plenipotent? Lub choć wysłać za nim policję?

Anna Sanguszko podeszła, by z bliska przyjrzeć się sierotom. Obejrzała je jednak beznamiętnie, nie czuła wielkiego oburzenia i gniewu na niesprawied­liwość, jaka je spotkała. Nie miała takiego zacięcia do dobroczynności jak babcia Marianna, właściwie nigdy nie czuła specjalnego współczucia wobec biedaków. Skoro Bóg ich tak doświadczał, widocznie sobie zasłużyli lub ich cierpienia były częścią jakiegoś większego boskiego planu. Tyle że jako najmłodsza z domowniczek pałacu przynajmniej miała wrażenie, że jest odpowiedzialna za zajęcie się nowym przybytkiem. Te dwie sierotki nie były bowiem pierwsze i zapewne nie ostatnie, które staruszka kazała gościć pod dachem. Na szczęście po jakimś czasie znajdowała im nowy dom, rodziny, które je przyjmowały, panny Sobolewskie nie zabawią zatem tu na wieczność.

– Zajmę się nimi, Marianno – powiedziała. – Zaprowadzę do pokoju i każę nakarmić, pokażę, jak funkcjonuje nasz dom.

Babcia się oczywiście zgodziła, panienki dygnęły grzecznie i wyszły za prowadzącą je Anną.

***

Frania wybuchła płaczem, dopadła Macieja, objęła go oburącz w pasie, bo niewiele wyżej sięgała, i wtuliła twarz w jego pierś. Chłonęła zapach sługi, ostatni zapach, który kojarzył się jej z domem i beztroskim dzieciństwem. Odejście ich opiekuna ostatecznie zakończy najważniejszy i najdłuższy etap w ich życiu i nigdy nie będzie do niego powrotu. Do zabaw w ogrodzie, czytania z ojcem po francusku i łacinie, śmiechów i śpiewów razem z mamą, do wspólnych posiłków, wycieczek na wieś i gonitw z tatą po łące czy nawet rodzinnych wyjść w niedzielę do kościoła. Nigdy już nikt ich nie przytuli i nie ucałuje, tak jak robili to rodzice i sługa, który je znał i bawił od dziecka. Skończyło się, zaraz zostaną całkiem same na tym świecie.

– Nie chcę was zostawiać, ale nie mam wyboru – powiedział Maciej i pogładził ją po głowie. – Jestem nikim, zwykłym nędzarzem, parobkiem z gminu. Tylko jaśniepaństwo zapewnią wam godną przyszłość, wykarmią, wyuczą czego trza i znajdą mężów. Muszę szukać nowej roboty, by mieć co do miski włożyć. Same zresztą wiecie, mądre z was dziewczynki i wkrótce zamienicie się w wielkie damy. Nie wspominajcie mnie źle…

– Macieju drogi – powiedziała z powagą Cecylia, nie rzucając mu się jednak w objęcia. – Nigdy nie zapomnimy tego, co dla nas zrobiłeś. Życie nam uratowałeś, strzegłeś, jak byśmy były twoimi dziećmi. Nadarzy się okazja, to się odwdzięczymy. Da Bóg, rych­ło się spotkamy…

Anna stała w drzwiach ich pokoju na poddaszu i obserwowała to pożegnanie raczej ze znużeniem niż wzruszeniem. Zgodnie z poleceniem babci Marianny wręczyła Maciejowi ciężką, srebrną monetę, choć uważała, że to zdecydowanie za dużo dla kogoś takiego. Pokojówka odprowadziła go do drzwi i przynajmniej tego interesanta z pałacu się pozbyto. Generałowa Sanguszkowa, bo Hieronim, mąż Anny, a syn Barbary, był najpierw polskim, a obecnie rosyjskim generałem i przysługiwał jej ten tytuł, spojrzała srogo na dwie sieroty, już nawet nie udając przychylności, bo i nie było przed kim, zostały bowiem w pokoju same.

– Podoba mi się wasza grzeczność i skromność, ale musicie zapamiętać, by się nie odzywać niepytane – powiedziała. – Szczególnie ty, mała, masz uważać na to, by trzymać buzię zamkniętą. Odzywacie się jedynie, kiedy kasztelanowa Lanckorońska was zapyta lub kiedy ja dam wam pozwoleństwo. Nie łazicie po pałacu, szczególnie po gabinetach i salonie, a już w ogóle jest to wykluczone, kiedy są goście. Dopóki nie zostaniecie wezwane, macie siedzieć tutaj i czytać Pismo Święte lub odmawiać koronki. Zgodnie z wolą kasztelanowej będziecie jej pomagały w haftowaniu ornatów, czyli od śniadania do południa. To na razie wasz jedyny obowiązek, ale później wam coś wymyś­lę, byście nie próżnowały całymi dniami.

– Czy do ogrodu za pałacem wolno nam chodzić? Chociaż czasami? – spytała Frania, która już dojrzała ogród przez okno i zatęskniła za łąką i kwiatami.

Anna spojrzała na nią z góry, nabrała powietrza i wypuściła je nosem, by zapanować nad sobą.

– Co przed chwilą powiedziałam o mówieniu bez pozwolenia? – spytała głosem zimnym jak lód. – Ostrzegam, nie będę okazywała żadnego pobłażania, nie jestem przemiłą staruszką, jak babcia Marianna. Jeśli nie będziecie posłuszne, zacznę od kar takich jak klęczenie na grochu, jeśli nie pomogą, w ruch pójdą rózgi moczone w wodzie. Najlepszy kurs dla młodych panien to raz na jakiś czas chłosta na goły tyłek. Mnie tak chowano i wielce sobie chwalę podobne lekcje. Uczą ogłady i cierpliwości, z chęcią zastosuję je także na waszej dwójce.

– Proszę wybaczyć, najłaskawsza pani, moja siostra jest po prostu młoda, ale szybko się uczy.

– Ile masz lat? Możesz odpowiedzieć! – Anna złapała Franię za brodę i uniosła jej twarz w górę.

– Jedenaście, wasza łaskawość – dziewczynka odparła szybko.

– Po pierwsze wcale nie jesteś taka młoda, za kilka lat można by wydać cię za mąż. Po drugie nie nazywaj mnie tak idiotycznie. Macie mnie tytułować per pani generałowo lub wojewodzino, takie tytuły mi bowiem przysługują. A teraz rozpakujcie swoje rzeczy. Macie je ułożyć w tym kufrze i w szafie. Polecę, by ktoś z kuchni przyniósł tu jaką wieczerzę. Rankiem pokojówka obudzi was po świcie, zejdziecie do kaplicy na poranną modlitwę, później wspólnie zjemy śniadanie. Chyba że kasztelanowa Lanckorońska nie będzie się czuła na siłach, by nam towarzyszyć. Dobrej nocy!

Odwróciła się i wyszła, szeleszcząc suknią. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Cecylia westchnęła, wypuszczając powietrze, i opuściła wyprężone ramiona, garbiąc się z ulgą. Frania padła na jedno z dwóch łóżek, rozkładając ręce. Gruchnęła na dechy przykryte lichym kocem, zabolało, aż jęknęła i zaczęła masować się po obitej kości ogonowej.

– Nie ma siennika, żadnego materaca. Jak w jakiej klasztornej celi! – podniosła się i kopnęła ze złością w łóżko.

– Uspokój się, Franiu, bardzo cię proszę. – Cecylia złapała ją za ramię i obróciła tak, by siostra patrzyła jej prosto w oczy. – Masz robić to, co każą te niewiasty, bez dąsów i waporów! To nasza jedyna szansa, byśmy nie pomarły z głodu i zimna lub by nie spotkał nas jeszcze gorszy los. Jeśli rozzłościmy tę generałową, gotowa przekonać panią Mariannę, by oddała nas do klasztoru. Rozumiesz, co to znaczy? Nie byłoby żadnych spacerów po łące, tylko klęczenie przez resztę życia na zimnych, kościelnych posadzkach. Nie widziałabyś ludzi i świata, tylko krzyż w celi. Zamiast sukienek habit z gryzącego płótna, zimny i lichy. Żadnego cukru, powideł i słodkich owoców, jeno kasza, chleb i woda. I tak przez resztę życia, z pewnością krótkiego, bo jakże żyć w takich warunkach?

Frania zrobiła wielkie oczy, które i tak już miała ogromne. Po chwili broda zaczęła jej się trząść, a oczy wypełniły się łzami. Przytuliła się do siostry i zaczęła płakać cicho, Cecylia objęła ją i pogładziła po plecach.

– Dlaczego nas to spotyka? Cóżeśmy uczyniły, co zawiniły? – chlipała Frania, a jej łzy leciały i wsiąkały w sukienkę siostry. – To nie tak miało być. Mama i tata… Czemu nas zostawili? Czemu odeszli tak nagle, kto nam to zrobił?

– Nie wiem, ale mogę ci obiecać, że kiedyś się dowiem. I zapłacę tym draniom, którzy nas skrzywdzili. Zapłacę wszystkim, którzy podnieśli rękę na naszą rodzinę – Cecylia odparła powoli, jakby ważyła każde słowo. – Musimy być cierpliwe, szczególnie ty musisz powściągnąć swoją energię i chęć zajrzenia wszędzie i gadania z każdym. Obiecaj, że będziesz posłuszna!

Frania odsunęła się od siostry i z pokorą pokiwała głową.

– Dobrze, ale tylko będę udawała. Tak naprawdę będę słuchała tylko ciebie – obiecała i uśmiechnęła się przez łzy.

***

Jesienna pogoda okazała się tego roku łaskawa dla warszawiaków i we wrześniu ulice nie zmieniły się jak zwykle w rozmiękłe bajora i trzęsawiska. Dzięki temu babcia Marianna chętnie wybierała się na spacery, ku uciesze panien Sobolewskich, bo nie musiały spędzać większości dnia na haftowaniu ornatów. Frania po cichu narzekała, że bolą ją już nie tylko palce, ale od wyszywania krwawiących serc Jezusowych i płaczących Madonn boli ją całe ciało i chce się płakać. Kasztelanowa na szczęście, kiedy dobrze się czuła, lubiła się przejść i popatrzeć na miasto oraz ludzi, poza tym liczyła na to, że spotka kogoś znajomego i dowie się czegoś ciekawego, czym będzie się mogła podzielić z towarzystwem na popołudniowych spotkaniach.

Zwykle staruszce towarzyszyła Krescencja, a obie dziewczynki, ciągle noszące żałobę, szły kilka kroków z tyłu, niosąc torbę z koniecznymi przyborami, czyli solami trzeźwiącymi, nalewką ziołową, portmonetką, chusteczkami, tutką landrynek miętowych, bilecikami z adresem, okularami i całą masą podobnych drobiazgów, bez których dama pozycji kasztelanowej nie mogła się poruszać. Szły zatem, ciesząc się słońcem i ułudą wolności, patrzyły na ludzi oraz na miasto. To niestety, mimo słońca, nie prezentowało się najlepiej. Przede wszystkim od upadku powstania kościuszkowskiego Warszawa dramatycznie się wyludniła. Znikli nie tylko magnaci i bogata szlachta, ale wraz z nimi sporo gminu. Toteż, idąc ulicami, mijało się opuszczone domy, dwory i pałace. O powybijanych oknach, pozarywanych dachach, niektóre osmalone pożarami lub o fasadach podziurawionych kulami muszkietowymi lub nawet armatnimi. Jeden z bywalców domu kasztelanowej, marszałek Małachowski, człek ciągle znajdujący się blisko władz, twierdził, że w mieście z niemal dwustu tysięcy mieszkańców pozostało jedynie sześćdziesiąt.

– Dzięki temu niemal jest pewne, że widząc jakiegoś człowieka na ulicy, spotka się znajomego – Krescencja przypomniała na spacerze.

– Albo pruskiego żołdaka – babcia Marianna cierpko zripostowała, kiedy akurat mijał ich patrol piechurów gadających po niemiecku.

Skręcały w Królewską, by po chwili znaleźć się na placu Saskim stanowiącym główną część tak zwanej Osi Saskiej, mającej wyznaczać serce Warszawy. Jej ukoronowaniem był wielki i rozłożysty pałac, a zamknięciem znajdujące się za nim ogrody, które faktycznie były towarzyskim centrum stolicy. Tu, przy wodotrysku, dziewczynki odzyskiwały swobodę i mog­ły nawet pobiegać, choć Cecylia była już na to zbyt poważna, poza tym uważała, że będąc ubraną w czarną sukienkę, nie powinna się śmiać, a tym bardziej ganiać po trawie. Frania zmuszona była naśladować siostrę i po prostu przechadzały się wokół fontanny lub po alejkach, przy których stały rzeźby przedstawiające metaforyczne postaci. Kasztelanowa w tym czasie wymieniała kilka grzeczności z mijanymi damami z towarzystwa, odpowiedziała na ukłony waszmościów w staropolskich czamarkach i dżentelmenów w angielskich frakach oraz pluszowych cylindrach. Jak spod ziemi pojawiła się też Teresa Chodkiewicz, która zdawała się bywać wszędzie i o każdej porze, widywano ją na mieście zawsze tam, gdzie coś się działo. Gadano, że robi to, byle nie siedzieć w domu, przy swoim mężu.

– Ależ dziś piękna pogoda! – oznajmiła radośnie, obracając białą parasolką z falbankami, którą miała opartą o ramię, by chroniła jej alabastrową skórę przed promieniami słońca.

Kapelusz nie mógł osłonić jej twarzy, bo był wed­le ostatniej paryskiej mody śmiesznie mały. Zarówno Marianna, jak i Krescencja nosiły kapelusze budki, szczelnie osłaniające głowę i ukrywające twarz w tunelu. Teresa zaś, jak przystało na młodą, modną kobietę, nosiła się z nowoczesnym szykiem, nie zakładała jakichś tam ciężkich, polskich sukien z poprzedniej epoki, ale zwiewną i lekką, w stylu starogreckim i z wysokim stanem. Włosy zaś ścięła na krótko i ufryzowano je w małe, zgrabne loczki zaczesane do przodu à la Titus. Taką fryzurę miał bowiem cesarz Tytus na swoim kamiennym popiersiu i taką obecnie nosiły modne damy w Paryżu.

Była to bardzo śmiała zmiana wizerunku, moda jeszcze bowiem dobrze się w mieście nie przyjęła i Teresa narażała się na dodatkowe plotki, ale miała to w nosie. Zarówno gadanie o tym, że zdradza męża i wystawia go na pośmiewisko, jak i uwagi o jej wyglądzie były jej równie obojętne.

– Dziewczynki, zapraszam was dziś na lody i orszadę! – Pomachała na powitanie do sierot. – Was też, moje drogie. Taka piękna pogoda, że Lessel ciągle trzyma cukiernię pod chmurką otwartą, żal byłoby nie skorzystać.

Nie czekając na odpowiedź, ujęła Mariannę pod ramię i skierowała się w kierunku słynnej cukierni, która przez lato prowadziła sprzedaż pod parasolami niedaleko pałacu Brühla. Siostry tym razem ruszyły przodem, mimo że czuły się już niemal jak dorosłe panny, wizja zjedzenia smacznych lodów śmietankowych i popicia ich obłędnie słodką orszadą zmieniła je obie w małe dziewczynki.

– Masz z nich dużo pociechy, pani Marianno – Teresa ni to stwierdziła fakt, ni zadała pytanie.

– Tak, jak to z młodych. Zawsze są chętne do pracy, śmiechu i pełne z trudem hamowanej radości. Aż mi ich czasem żal, że zmuszam je do siedzenia ze mną w mojej małej przędzalni, ale kto wie, może umiejętność radzenia sobie z robótkami przyda się im w życiu? – Kasztelanowa z przyjemnością patrzyła na dziewczynki, które zaczęły iść skocznym krokiem, jakby zaraz miały puścić się w galop.

– Do tego obie lubią śpiewać i umilają nam haftowanie oraz dzierganie piosenkami od Sasa do Lasa – Krescencja dodała pochwałę również od siebie. – Ładne głosy, chciałabym je usłyszeć w kościele, śpiewające psalmy.

– Nic straconego! – Teresa się ożywiła. – Mam dla was propozycję, moje drogie. Otóż rozmawiałam z samą przeoryszą klasztoru wizytek. Tego na Krakowskim Przedmieściu, najsłynniejszego w Warszawie. Wyraziła zainteresowanie tymi dwiema i gotowa byłaby je przyjąć do sierocińca, który prowadzi i który pewnie dobrze znacie…

– Klasztorny sierociniec? – Marianna skrzywiła się z niechęcią.

Takie miejsca nie kojarzyły się jej zbyt dobrze. Odwiedziła ich wiele w czasach aktywnej działalności charytatywnej, jeszcze razem z Basią, i nie wspominała tych wizyt najlepiej. Te smutne, wychudzone dzieci w habitach, ponure mury, ciemne wnętrza i chłód, dużo chłodu. Do tego okropny, koszmarny wręcz cmentarzyk na tyłach klasztoru, na którym grzebano nie tylko zakonnice, ale przede wszystkim dzieci, bo sierociniec był wylęgarnią wszelkich chorób. Wiadomo było, że jeśli w mieście pojawi się ospa, to przetrzebi sierociniec, jakby przeszedł przez niego anioł śmierci. Na nic pomoc i dotacje, w takich miejscach nic zdawało się nie zmieniać.

– Hm, ale siostry natychmiast wprowadzą je do nowicjatu i w kilka lat zamienią w zakonnice – Krescencja zauważyła rzeczowo. – Dziewczęta nie sprawiają wrażenia chętnych, by poświęcić się służbie Bogu… Tyle w nich radości, że aż żal byłoby zamykać je za murami klasztoru.

– Och, nie przesadzajmy. Chyba nie zamierzacie pytać je o zdanie! – Teresa prychnęła. – Od kiedy to panny mają cokolwiek do powiedzenia na temat swojej przyszłości? Od zawsze tak jest, że tę wybiera im rodzina. Młoda kobieta nie może decydować sama o sobie, nie ma ku temu zdolności umysłowych. Zastanówcie się same, jaka przyszłość byłaby dla tych dwóch najlepsza? Chcecie odesłać je na wieś, gdzie padną ofiarą jakichś zdeprawowanych, zaściankowych szaraczków? Zły, zepsuty świat, w dodatku ogarnięty wojną, czeka tylko, by znieść i zmielić na proch takie śliczne, niewinne gołąbeczki. Za to za murami klasztoru będą bezpieczne, nikt ich nie zgwałci i nie zamorduje, nie zmusi do nierządu, a ich dusze, pogrążone w modlitwie, z każdym dniem będą coraz bardziej piękniały…

– Miałam nieco inny pomysł, który zresztą wyszedł od Ani – babcia Marianna wyznała ugodowym tonem. – Lato się skończyło i Anna wybiera się w podróż powrotną do męża, znaczy do Hieronima, syna Barbary. Zadeklarowała, że weźmie dziewczęta ze sobą, na Wołyń.

– Na Kresy? – Teresa pokręciła głową.

– Zamieszkają razem z nimi lub w jednej z wiejskich posiadłości Hieronima. Kiedy nieco dojrzeją, mój brat wyda je za swoich oficerów. Dowodzi tam całym rosyjskim regimentem, z pewnością znajdą się chętni na takie dwie ślicznotki – Krescencja dodała, kończąc temat.

Dziewczynki, które szły przodem, wcale nie podskakiwały wyłącznie z radości, to była tylko gra narzucona przez Cecylię, by nie padło podejrzenie, iż podsłuchują. Obie nadstawiały jednak ucha i łowiły każde słowo, które padało z ust idących za nimi dam. Mieszkały u Sanguszków, a właściwie na łasce kasztelanowej Lanckorońskiej, już czwarty tydzień i zdążyły nie tylko oswoić się z rygorem panującym w pałacu, ale także w nim się odnaleźć. Wiedziały, o czym się mówi na pokojach, i były świadome, że ich pobyt niedługo się skończy i babcia Marianna, choć osoba niezwykle łaskawa i ciepła, odeśle je w dalszą drogę, i to w przekonaniu, że czyni to dla ich dobra. Obie jednak zdębiały, kiedy usłyszały, co się dla nich szykuje – klasztorna cela lub wyjazd gdzieś hen na wschód, gdzie targowiczanin Hieronim Sanguszko wyda je za mąż za ruskich oficerów.

– Nie wiadomo, co gorsze – Frania syknęła do siostry. – Nie chcę być żoną jakiegoś dzikusa. Wiesz, że oni tam jedzą surową słoninę i popijają ją wyłącznie gorzałą? Słyszałam, jak Maciej opowiadał o tym parobkom. Zimno tam jak w lodowym piekle, wszędzie pełno niedźwiedzi i chłopów, którzy się od tych niedźwiedzi specjalnie nie różnią, tacy są dzicy i nieokrzesani. Na śniadanie wódka i słonina, potem na obiad śnieg i wódka, a na kolację słonina i kwarta gorzałki dla odmiany.

– Nie pleć bzdur. Maciej tylko żartował sobie z chłopaków i opowiadał im androny – Cecylia ją zgromiła. – Jednak i mnie nie uśmiecha się wyjazd na Wołyń i małżeństwo z jakimś Iwanem. Z drugiej strony zostaje nam klasztor, nie wiem już, co gorsze…

– Wierzę, że wydarzy się cud. – Frania spojrzała w niebo z nadzieją. – Nadjedzie nadobny rycerz na białym rumaku, by wydobyć nas z opresji, sama zobaczysz.

Cecylia się uśmiechnęła i pokręciła głową. Obawiała się, że jeśli już coś nadjedzie, to morderca, który zabił ich rodziców, by dokończyć dzieła i zgładzić resztę rodziny. Nie chciała jednak takim gadaniem niepotrzebnie straszyć siostry, więc tylko westchnęła.

Potem usiadły razem z damami przy jednym stoliku i wszystkie zjadły lody z pucharków, kręcone na miejscu w specjalnych maszynkach przez kilku cukierników. Popiły orszadą, słodkim mlecznym napojem z roztartymi migdałami. Każdej od takiej dawki słodkości zrobiło się przyjemnie, szczególnie że słońce złociło się w pierwszych pożółkłych liściach i ogrody oraz widoczne stąd pałace Warszawy wyglądały pięknie i dostojnie. Siedziały zatem w pięć, niewiasty w różnym wieku, i uśmiechając się do siebie, rozkoszowały się spokojem. Cecylia z trudem panowała nad smutkiem, była bowiem świadoma, że to być może jedna z ostatnich chwil, jakie spędzają w błogiej beztrosce.

***

Deszcz bębnił w szyby i dudnił o dach, krople spływały po szkle niczym łzy, rozmazując widok na ogród za pałacem, który tak lubiła Frania. Na poddaszu pałacu zrobiło się nieprzyjemnie chłodno, bo w pokoiku dziewcząt nie było żadnego pieca, nawet ciepły komin nie przechodził w pobliżu. Izba zrobiła się przez to miejscem, które opuszczały bez większego żalu. Cecylia włożyła do ich podróżnego kufra, który zabrały z rodzinnego domu, ostatnie ubrania wyjęte z szafy, na wierzch położyła kilka chusteczek, które dostały w pożegnalnym prezencie od Teresy. Każda okolona była koronką, w rogu opatrzona herbem rodziny Chodkiewiczów, gryfem z mieczami, hrabina je poperfumowała – miały zatem zastosowanie raczej dekoracyjne niż użytkowe. Ot, pożegnalny prezent od wielkiej damy, mało praktyczny, ale ładny.

Cecylia zamknęła kufer i usiadła na nim, po czym poklepała wieko, robiąc miejsce dla siostry.

– Usiądźmy przed podróżą – powiedziała.

Za kwadrans lub dwa, w zależności od tego, jak szybko Anna będzie łaskawa się zebrać, miały razem z nią opuścić Warszawę. Wyglądało na to, że nigdy już do stolicy nie wrócą, resztę życia spędzą w najlepszym razie na Wołyniu. Chyba że wyjdą za mąż za rosyjskich oficerów, na co się zanosiło, i wylądują gdzieś jeszcze dalej, hen na wschodzie, może nawet za górami Uralu i nieskończonymi stepami, gdzie nie sięga cywilizacja, a ludzie żyją w jurtach jak przed tysiącami lat. Uznały jednak, że lepsze to niż klasztorna cela i reszta życia za zimnymi murami.

Wstały po chwili, jedna chwyciła za rączkę kufra z jednej strony, druga z drugiej i wspólnie zniosły swój majątek na dół, po schodach i dalej do tylnego wyjścia z pałacu, przeznaczonego dla służby. Znalazły się na podwórzu, na którym czekała rychtowana do drogi kareta, załadowana już kuframi Anny. Sama sroga generałowa też tu stała, ubrana w pelerynę z kapturem chroniącą przed siąpiącym deszczem. Rozmawiała właśnie z dwoma mężczyznami, rosłymi i posępnymi. Jeden, o twarzy oszpeconej bliznami po ospie i szramą przecinającą policzek, ubrany był w ciężki redingot, sięgający ziemi płaszcz z kołnierzem opadającym na ramiona. Na głowie nosił trójrożny kapelusz, taki, jakie modne były na zachodzie Europy. Drugi, stojący dwa kroki za nim, widocznie mniej ważny, wyglądał równie drapieżnie, nosił skórzany kubrak, szmacianą czapkę i szablę u pasa. Miał połamany wielokrotnie nos i jeszcze więcej szram na gębie niż pierwszy jegomość. Obaj sprawiali wrażenie srogich zabijaków, ale Anna nie była zaniepokojona ich obecnością, właściwie ostro ich przesłuchiwała.

– Oto i one – powiedziała, widząc siostry. – Podejdźcie no śmiało. Poznajecie tego człowieka? – Wskazała na draba w trikornie.

Siostry spojrzały na siebie, po czym przecząco pokręciły głowami. Drab spojrzał na nie z góry i skinął im głową na powitanie, a potem uśmiechnął się krzywo i paskudnie.

– Ignacy Sobolewski jestem. Nie możecie mnie rozpoznać, bo nigdy się nie widzieliśmy. Jestem waszym stryjem – powiedział głosem nieco chropowatym. – Niezwykłe, jesteście tak od siebie różne, a mimo to obie podobne do Marii… Lubiłem waszą matkę, kiedyś, dawno temu.

– Stryj Ignacy? Ojciec ciepło was wspominał – Cecylia skłamała, bo ojciec wspomniał brata zaledwie kilka razy, i to nie ukrywając niechęci, a nawet wrogości.

Obie pamiętały, że stryj został uznany za zakałę rodziny, był utracjuszem i awanturnikiem, wiecznie skłóconym zarówno z dziadkiem, jak i z bratem. Znikł lata temu po jakiejś upiornej kłótni, w której groził śmiercią całej rodzinie. Wyruszył w świat w poszukiwaniu bogactwa i sławy, po czym wszelki słuch o nim zaginął. Dziadek ponoć oficjalnie go wydziedziczył i zakazał po śmierci grzebać go w rodzinnym grobowcu.

– Jeśli zamierza waść je zabrać, muszę dostać jakiś dokument potwierdzający waszmościa tożsamość i prawa – Anna powiedziała kategorycznie. – Nie mogę oddać panien w ręce nieznajomego, który się pojawia znikąd i tak po prostu podaje za ich krewnego!

– Pusty, podaj mi torbę. – Ignacy skinął na sługę.

Pusty sięgnął do przewieszonej przez plecy sakwy i wydobył z niej jakieś papiery. Siostry przyglądały się poczynaniom przybyszy ciągle mocno zdumione. Trudno było uwierzyć w to, co się działo. Stryj pojawił się jak spod ziemi i nagle ich życie znów robiło fikołka. I to miał być ten rycerz na białym rumaku, w którego przybycie wierzyła Frania? Nie sprawiał wrażenia miłego i przyjaznego, w niczym nie był podobny do ojca, może lepiej byłoby zostać z Anną? Co prawda generałowa Sanguszkowa chyba niezbyt je lubiła i była surowa oraz apodyktyczna, ale kto wie, co za los czekał je u boku stryja, awanturnika i brutala?

Ignacy wręczył dokumenty Annie. Wynikało z nich, że jest, a właściwie był kapitanem Pierwszej Legii Polskiej we Włoszech. Dokument był zwolnieniem ze służby z potwierdzeniem stopnia wojskowego oraz nadania broni honorowej za zasługi na polu boju. Jako że o legionistach w kraju krążyły coraz bardziej zdumiewające legendy, tych, którzy już wrócili, traktowano jak bohaterów narodowych. Stryj automatycznie zatem zyskał w oczach Anny, ktoś taki musiał być człowiekiem honoru, godnym szacunku i uznania. Oddała mu dokument, po czym skinęła na dziewczęta.

– Na co czekacie? Przywitajcie się ze stryjem – powiedziała tonem chłodnym jak zwykle. – Wygląda na to, że nie pojedziecie ze mną. Macie bliskiego krewnego, który się wami zajmie. Bierzcie kufer i cóż… miło was było poznać. Do widzenia i szczęść Boże!

Zakręciła się na pięcie i wsiadła do karety, jej służący zamknął za nią drzwiczki i wskoczył na tył pojazdu. Ani się obejrzały, a kareta odjechała. Pusty chwycił ich kufer i zarzucił sobie na plecy, zginając się przy tym wpół. Nie dane im było ani pożegnać się z Anną, ani z kasztelanową Lanckorońską, bo drzwi pałacu też się zamknęły. Nikt nie był zainteresowany tym, co dzieje się w deszczu. Ignacy machnął na nie ponaglająco, uśmiech znikł z jego twarzy, jakby nigdy go tam nie było.

– Idziemy – zakomenderował krótko. – Opowiadajcie, co zaszło. Słyszałem tylko, że mój brat i Maria zostali ubici na gościńcu, a później zabrano wam dom i okradziono. Jak w ogóle do czegoś takiego doszło? No, mówcie, mamy kawałek do przejścia, to akurat zdążycie wszystko mi eskapitować.

Opuścili teren pałacu boczną bramą i przeszli przez błotnistą uliczkę, po czym znaleźli się na Nowym Świecie. Pusty szedł za nimi, mamrocząc z niezadowoleniem i wplatając w to mamrotanie przekleństwa w kilku językach. Stryj nie zwracał na niego uwagi, słuchał opowieści dziewcząt, które mówiły na zmianę.

– Przez pięć tygodni policja nic nie zrobiła – podsumował krótko. – Nie dziwota, Prusaki ledwie trzymają miasto w garści. Połowa garnizonu to polscy rekruci, którzy dezerterują przy byle okazji. Ostatnio ponoć pijana młódź rozbroiła i związała pruski patrol i nawet sprawców tej napaści nie udało się złapać, to co tu mówić o szukaniu złodziei okradających innych Polaków? Nie uda się nikomu wytropić plenipotenta Grabowskiego, bo nikt go nie szuka. Nie ma co liczyć na to, że ktoś będzie próbował ustalić, co za zbóje zabili Krzyśka i Marię. Ech, kraj bezprawia i porubstwa… Przynajmniej została wam ziemia po ojcu, lasy, tartak, kilka wsi i dwór na wsi, co?

Cecylia pokręciła głową.

– Do czasu osiągnięcia przez nas dojrzałości i wyjścia za mąż wszystkie te nieruchomości znajdują się pod opieką naszych dwóch sąsiadów, Żółkowskiego i Magiery. To była wola ojca, bardzo im ufał, przyjaźnił się i prowadził wspólne interesy. Żyliśmy z sąsiadami w sporej zażyłości…

– Ale nie na tyle wielkiej, by przyjęli was dwie pod dach – stryj zauważył z przekąsem. – Krzyś zawsze był naiwny i tępy jak cielę. Nie wiem, co Maria w nim widziała. Tych dwóch manipulowało nim i pewnie doiło forsę, kiedy się dało. Uznali, że pozbyli się was, że skapiejecie w jakim przytułku lub klasztorze i cała ta ziemia przejdzie w ich łapy. Niedoczekanie – warknął, zaciskając pięści. – Niestety nie mogę tak po prostu przejąć majątku jako wasz prawny opiekun, zostałem wydziedziczony i w zasadzie formalnie nie jestem członkiem rodziny, nie ma mnie w testamentach ani dziadkowych, ani Krzyśkowych. Przeklęte durnie o zakutych łbach! Gdyby nie byli tak krótkowzroczni, tak zacofani, tak małostkowi, mielibyśmy się gdzie podziać. Wasz dziadek nie zdawał sobie sprawy, że mszcząc się na mnie, przy okazji skrzywdzi też włas­ne wnuczki. Ot, przewrotność losu.

– Phi tam! – Pusty po raz pierwszy się odezwał. – Przewrotność losu to była, kiedy kapral Kowalik na nas doniósł do generała, spodziewając się nagrody i pochwały, ale nie zdążył nawet wrócić do obozu, bo się potknął, spadł z muru i roztrzaskał sobie głowę. A mówią, że Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy.

– W tamtym wypadku, jak i w każdym innym, sprawiedliwości należało pomóc – Ignacy stwierdził obojętnym tonem. – Pomożemy jej i tutaj. Sprawiedliwość spotka zatem zarówno plenipotenta Grabowskiego, jak i ichmościów Żółkowskiego oraz Magierę. Wszystko w stosownym czasie i przy sprzyjających okolicznościach. A teraz, panienki, opowiedzcie mi wszystko jeszcze raz dokładnie i ze szczegółami. Lubię słuchać ciekawych historii po wielekroć, bo zawsze można wydobyć z nich kolejną eksperiencję lub nieuchwycony za pierwszym razem niuans.

Cecylia zaczęła zatem opowiadać po raz kolejny to, co pamiętała, Frania natomiast rozglądała się wokół, szli bowiem na południe, w kierunku Ujazdowa.

– Gdzie stryj właściwie mieszka? Dokąd idziemy? – przerwała siostrze i odezwała się niepytana, choć generałowa wpajała im, że to wielka niegrzeczność.

– Zatrzymałem się u jednej znajomej – odparł Ignacy. – Znajdzie się u niej miejsce i dla was, choć po prawdzie, kiedy wróciłem do kraju, nie planowałem urządzania sobie takiej kompanii. Dwa podlotki nieco mi będą zawadzały, ale coś poradzimy. Muszę jeno oszacować, do czego się właściwie nadajecie, do czego można was użyć…

– Użyć? Jakże można używać młodych niewiast? Co też stryj ma na myśli? – Frania zmarszczyła brwi.

Pusty zarechotał, ale nic nie powiedział, bo Ignacy spiorunował go wzrokiem. Skręcili w dół, w kierunku Wisły, a właściwie Powiśla, dzielnicy zamieszkanej przez rybaków, flisaków, pilarzy i piaskarzy, składającej się w większej części z chłopskich chałup i niewielkich gospodarstw. Znajdowały się tu też składy drewna, ale ostatnimi czasy opustoszałe. Zeszli w dół błotnistą uliczką, obok której płynął wartko strumień, a właściwie rynsztok wypełniony deszczówką, która spływając do Wisły, przy okazji zabierała z miasta nieczystości.

– Nie trzeba by się fatygować, by nieść trupa do rzeki – stwierdził zdyszany i coraz bardziej ugięty pod ciężarem Pusty, który omal nie zjechał po błocie wprost do wody. – Wystarczy cisnąć do rynsztoka, a woda sama go poniesie, z dala od ludzkich oczu, i nakarmi nim ryby…

– I raki! – dodała Frania, biorąc tę wypowiedź za żart. – W Warszawie bardzo lubią raki, a w rzece ich pełno. Maciej, dawny lokaj taty, opowiadał nam, że raki wyjadają z rzeki wszystkie nieczystości, głównie martwe stworzenia. Od tamtej pory ich nie tknęłam, choć u kasztelanowej podawali je dwa razy w tygodniu. Jak sobie pomyślę, czym te raki wcześniej się żywiły, odechciewa mi się w ogóle jeść.

Pusty zarechotał po raz kolejny, po czym splunął do rynsztoka.

– Taka już jest natura, panienko. Ścierwojady zjadają trupy, a my, cywilizowane ludzie chrześcijańskie, zjadamy ścierwojady. Nasze gówno zaś zjadają muchy, które są zjadane przez ptaki, które łapią koty, a je zjadają psy, które ostatecznie zdychają, a ich trupy zjadają ścierwojady i koło się zamyka. To jest właśnie wielka tajemnica stworzenia, wszystko krąży w zamkniętym kole śmierci i życia, zjadamy się nawzajem i trzeba się z tym pogodzić…

– Już jesteśmy – Ignacy odezwał się, ignorując filozofię i życiowe prawdy swego kompana.

Weszli przez otwartą furtkę na błotniste podwórko, na którym brodziły trzy świniaki i kilka zmokniętych kur. Przed nimi wznosił się dwór z bali, w dodatku z piętrem, duży i dwuskrzydłowy. Od razu widać było, że to karczma lub zajazd, i to solidnych rozmiarów. Nad gankiem wisiał szyld przedstawiający potwora z ogonem, szponami, rozwianymi blond włosami i dużym, obnażonym biustem.

– Pod Piękną Syreną – wyjaśnił Pusty i z ulgą zsunął kufer z pleców, po czym z jęknięciem się wyprostował. – W słonecznej Italii mówiliśmy na taki przybytek bellissimo bordello! Prócz jadła i gorzałki oferowane są tu specjalne usługi dla panów.

Cecylia stanęła jak wryta. Frania jeszcze niczego nie rozumiała, nawet nie słyszała o takich miejscach, ale jej siostrze obiło się co nieco o uszy. Usłyszała o czymś takim od podkuchennych w pałacu i wcale się jej te opowieści nie podobały.

– Już chyba lepiej niech stryj odstawi nas do klasztoru – powiedziała. – Moja noga nie postanie w zamtuzie.

– W czym? – spytała Frania.

Ignacy złapał zbuntowaną bratanicę za ramię i ścisnął tak mocno, że jęknęła z bólu. Przyciągnął ją do siebie, musiała unieść się na palcach, bo szarpnął ją w górę. Patrzyła teraz w jego twarz z bardzo bliska, czuła jego oddech, kwaśny i zalatujący przetrawionym alkoholem. Najgorsze były jednak oczy Ignacego, jasne i lodowato zimne, pozbawione wszelkich emocji, współczucia lub choćby odrobiny ciepła. To były oczy mordercy. Już wiedziała, czemu ojciec nie mógł znieść brata i czemu dziadek się go wyrzekł. Stryj był potworem.

– Będziesz robiła, co ci powiem – oznajmił ochryp­łym głosem. – Z entuzjazmem, bez dyskusji i migiem. Tak jak żołnierz wykonuje rozkazy, nawet te, które zmuszają go do maszerowania na pewną śmierć. Jeśli powiem, że masz się rzucić w ogień, zrobisz to z ochotą. Nauczę was drygu, zobaczycie. Dam wam musztrę, której nie zapomnicie do końca życia. Lekcje zaczniemy natychmiast.

Po czym pchnął ją z taką siłą, że poleciała prosto w kałużę, plusnęła w błoto z impetem, aż przerażone świnie rozbiegły się z kwikiem.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI