Guwernantka - Weronika Wierzchowska - ebook + książka

Guwernantka ebook

Weronika Wierzchowska

4,0

Opis

Jest rok 1880. Aldona Burzyk opuszcza Warszawę, by objąć posadę guwernantki w majątku Krzysztofa Kęszyckiego. Młodą i urodziwą pannę wkrótce otaczają adoratorzy, ale dziewczynie nie w głowie zaloty. Ma plan na przyszłość, a mazowiecka prowincja to tylko przystanek na drodze do wielkiego świata wykształconych i niezależnych kobiet.
Kiedy pewnego dnia ginie ślad po dziedzicu Kęszyckim, życie we dworze zmienia swój bieg. Czy tajemnica z czasów powstania styczniowego jest kluczem do wyjaśnienia zniknięcia mężczyzny? Co naprawdę wydarzyło się podczas walk w 1863 roku? Czy Aldona spełni swoje największe marzenie?
Guwernantka to ponadczasowa opowieść o miłości, wolności, rodzinie i obowiązku, a także historia młodej dziewczyny, która odważnie stawia czoło życiu i nie boi się bronić wyznawanych ideałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (21 ocen)
8
8
2
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BabciaBasia699

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© Kathryn Servian | Depositphotos.com

© Sergey Breev | Depositphotos.com

© Victor Zastolskiy | Depositphotos.com

Redakcja

Marta Jakubowska (Słowa na warsztat)

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Izabela Pawliczek (Słowa na warsztat)

Elwira Zapałowska (Słowa na warsztat)

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2022

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER S.A.

ul. Zorzy 4, 05-080 Klaudyn

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dystrybucja.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2021

ISBN 978-83-67102-38-4

Rozdział 1

Różne miłości bywają dzieje,

Różne też drogi, no i koleje.

A więc, tak mówiąc tu między nami,

Różnemi miłość chodzi torami.

Ballada podwórkowa z XIX wieku, autor nieznany

Wczesnym rankiem 1 kwietnia 1880 roku Aldona Burzyk wsiadła do pociągu na Dworcu Wiedeńskim w Warszawie, by wyruszyć w drogę do swojej pierwszej pracy. Ada, jak mawiał na nią zmarły tydzień wcześniej papa, miała dwadzieścia jeden lat i raptem zdała egzamin w Wyższej Szkole Żeńskiej Rządowej, który uprawniał ją do legalnego nauczania i promował na stopień starszej guwernantki. Podeszło do niego sto pięćdziesiąt dziewcząt, z czego połowa odpadła już na części pisemnej. Jej udało się przebrnąć przez zadania matematyczne i gramatyczne niemal bezbłędnie. Egzamin ustny panna Burzyk zaczęła o godzinie dwudziestej drugiej, a skończyła o drugiej w nocy, ledwie żywa z nerwów i wyczerpania umysłowego. Komisja, złożona z wąsatych kuratorów, srogich i ponurych, przemaglowała ją z gramatyki języka polskiego, lektury tekstu po rosyjsku i jego streszczenia, analizy gramatycznej i logicznej zdania złożonego oraz historii literatury rosyjskiej, łącznie ze współczesną. Ada zdała jako jedna z pięciu szczęśliwych dziewcząt i teraz w podróżnej torbie spoczywał jej bezcenny dyplom nauczycielki opatrzony pieczęcią z dwugłowym carskim orłem.

Na podróż założyła czarną suknię, nosiła bowiem żałobę po zmarłym niespodziewanie ojcu. Pan Burzyk prowadził zakład krawiecki na Nowym Świecie, sercowo nie wytrzymał jednak presji konkurencji i podwyżki czynszu zarządzonej przez kamienicznika. I tak z dnia na dzień Ada stała się sierotą, która musiała opuścić mieszkanko nad zakładem. Sprzedała narzędzia i materiały zalegające w warsztacie pewnemu żydowskiemu handlarzowi, który kupił je bez przebierania i targów, właściwie z litości nad nieszczęśnicą, za okrągłą kwotę dwustu rubli. Tyle jej zostało z majątku po rodzicach. Trochę od razu wydała na zakup prenumerat pism branżowych skierowanych do nauczycielek i studentek. Dziewczyna była ambitna i zamierzała cały czas się doszkalać, by wyjechać na studia, kiedy tylko na nie zarobi.

Teraz jednak potrzebowała pracy, ale mimo presji podejmowała ją z entuzjazmem i poczuciem misji. Najchętniej udałaby się do jakiejś szkoły gminnej, gdzie uczyłaby czeredy dzieciątek, ale przyjaciółka poradziła jej poszukać zatrudnienia w prywatnym domu, najlepiej arystokratycznym. Chodziło rzecz jasna o uposażenie, znacznie różniące się wysokością od tych oferowanych przez szkoły elementarne. Nie dotarła jednak do Kantoru Stręczenia Nauczycielek, ofertę pracy przedstawiono jej w Szkole Żeńskiej, kiedy odbierała dyplom. Klient sam się do nich zgłosił w poszukiwaniu guwernantki dla swoich dzieci. Nie był to co prawda arystokrata, ale ziemianin z Mazowsza, który oferował naprawdę przyzwoitą pensyjkę za opiekę pedagogiczną nad trójką pociech.

I tak, spakowawszy cały swój majątek do torby, Ada wyruszyła w podróż do nieznanych ludzi, nie wiedząc nawet, kim są ani gdzie dokładnie mieszkają. Była pewna tylko tego, że jechała na wieś, małą polską wioskę na końcu świata, prawdopodobnie błotnistą, śmierdzącą zwierzęcym nawozem i przaśną, jak wiejskie baby, które widywała na targowiskach. Ona, dziewczyna z miasta, znała życie prowincjonalne jedynie z opowieści, niezbyt pochlebnych, właściwie ponurych. Słyszała o nauczycielkach, które trafiały w nędzę i beznadzieję, zaharowywały się w pocie czoła i kończyły z gruźlicą w zagrzybionym mieszkanku lub rozpadającej się chałupie, gdzie umierały z głodu i wyczerpania. Ada jednak była dobrej myśli, musiała tylko zarobić na studia i czym prędzej uciec w wielki świat. To powinno się udać.

Jechała w wagonie trzeciej klasy, pozbawionym przedziałów, za to wypełnionym podwójnymi ławami. Było dość tłoczno, panował hałas, ludzie gadali, kłócili się, jacyś najemni robotnicy grali w karty, popijając gorzałkę, kilku oczywiście kurzyło skręty z taniego tytoniu. Adę szczypało w oczy, ale siedziała sztywno w swojej czarnej kiecce, patrząc w okno z niezmiennym wyrazem twarzy. Nikt jej nie zaczepiał, bo wyglądała ponuro i smutno. Widok za szybą co parę chwil zasłaniał dym z komina lokomotywy. Zresztą przesuwały się za nią jednakowe kwadraty pól, zagajniki i lasy, typowo polskie krajobrazy. Pociąg stukotał, kiwał się, skrzypiał i zgrzytał. Mimo to dziewczyna poczuła się senna i kiedy skład wjeżdżał na stację Łowicz Aleksandrowski, zamykały się jej oczy. Oprzytomniała, widząc napis na murowanym białym gmachu dworca, i poderwała się, by dołączyć do wysiadających z tobołami wieśniaczek.

Znalazła się na peronie przed długim piętrowym budynkiem dworca świadczącym o tym, że stacja jest ważna i należy do porządnego miasta. Czuła tremę i strach. Co, jeśli pracodawca się rozmyślił i nawet nikogo po nią nie przysłał? Depeszowała, podając datę i godzinę przyjazdu. Spodziewała się, że nowy szef wyśle po nią parobka z dwukółką. Rozglądała się zatem, wypatrując kogoś, kto jej szuka. Peron szybko się wyludniał i już po chwili została na nim sama.

– Tak łatwo się mnie nie pozbędą – szepnęła do siebie. – Idę, popytam o drogę i dojdę do chałupy pryncypała piechotą.

Strach i trema zniknęły bez śladu, zepchnęła je w głąb serca tak samo jak smutek po stracie ojca. W ten sposób rozprawiała się ze złymi emocjami, z bólem i żalem, odpychała je od siebie i starała się o nich nie myśleć, za to skupić się na dniu dzisiejszym, na tym, co przed nią. Jęknąwszy z wysiłku, zarzuciła wielką podróżną torbę na ramię i dziarskim krokiem ruszyła przed siebie. Młodość dudniła w jej żyłach energią i ochotą, świat stał przed nią otworem. Niczego się nie bała i przed niczym nie wahała, właściwie to chciało jej się śpiewać. Tyle że to rzecz jasna nie wypadało statecznej guwernantce, w dodatku noszącej żałobną sukienkę. Maszerowała zatem, milcząc.

* * *

Krzysztof Kęszycki był tytułowany dziedzicem, przynajmniej przez okolicznych chłopów, zarówno tych z małych siół, jak i z Bolimowa, skąd pochodziła jego rodzina. Ojciec Krzysztofa, czyli stary dziedzic, nazywany też dziadkiem Dominikiem, utrzymywał, że ich ród zamieszkiwał w Bolimowie w czasach piastowskich i pełnił zaszczytną służbę rycerską oraz władał okolicą w imieniu książąt mazowieckich. Dziadek opowiadał nie tylko o świetności przodków, ale i chwale Bolimowa, które było wówczas królewskim miastem, bogatym i warownym. Tyle że on lubił dużo gadać i zmyślać, nigdy nie było wiadomo, które z jego opowieści są prawdziwe, a które jedynie w pewnym stopniu lub całkiem wyssane z palca.

Krzysztof nie interesował się historią rodu ani regionu, właściwie niespecjalnie przepadał za ludźmi. Wolał las i zwierzęta, wymykał się z domu często jeszcze przed świtem, by – z dwururką na ramieniu i w kapelusiku z piórkiem – wędrować po dziurach i ostępach. Czasem upolował bażanta lub zająca, odstrzelił lisa czy kunę, ale najczęściej po prostu się włóczył, oddychał puszczą i stapiał z nią w jedno. Sprawował też troskliwie pieczę nad trzema tartakami doń należącymi, z których czerpał intratę pozwalającą rodzinie żyć na przyzwoitym poziomie. Zainwestował w maszyny parowe napędzające piły do cięcia drzew na deski, pobudował wiaty do suszenia tychże desek oraz belek i krokwi, po czym sprzedawał gotowy materiał budowlany, a nie surowe drewno, jak jego poprzednicy. Był z siebie dumny z tego powodu, dotrzymywał kroku postępowi, nie zostawał w tyle jak wielu innych ziemian, którym się wydawało, że XIX wiek trwał będzie wiecznie i nic się nie zmieni. Świat jednak kroczył naprzód, i to szybko. Rozpoczynała się era wielkiego przemysłu, wielkich zmian, wszystko przyspieszyło. Rzeczywistość zaczęła pędzić z gwizdem lokomotyw i łomotem tłoków w parowych maszynach. Żeby nie wpaść pod jej miażdżące koła lub po prostu nie zostać w tyle, trzeba było się dostosować. Krzysztof, choć kochał las i przyrodę, zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje, i robił, co mógł, by nie przepaść i by nadążyć za postępem. Mimo romantycznej duszy był pragmatykiem twardo stąpającym po ziemi. Miał na utrzymaniu rodzinę i gospodarstwo, nigdy o tym nie zapominał, nawet kiedy ganiał za zającami.

Lubił wszystkiego dopilnować samodzielnie, mieć nad wszystkim kontrolę. To on zlecił swojemu plenipotentowi w Warszawie wystaranie się o nową guwernantkę dla dzieci i pierwszego dnia kwietnia sam po nią pojechał. Zaprzągł do czterokołowej bryczki dwa konie, po czym wyruszył w drogę do Łowicza oddalonego od dworu o jakieś dwadzieścia wiorst. Mógłby posłać po dziewczynę parobka, Poldek się najlepiej do tego nadawał, miał łeb na karku i nie zamęczyłby koni, ale Krzysztof miał ochotę się przejechać i osobiście na miejscu obejrzeć nauczycielkę. Gdyby mu się nie spodobała, po prostu odstawi ją z powrotem do pociągu i zaoszczędzi wszystkim kłopotu.

Zostawił powóz na placu przed dworcem, powierzając opiekę nad nim kolejowemu bagażowemu, który akurat nie miał nic do roboty. Sam udał się do wnętrza budynku, kupił gazetę i usiadł przy stoliku w dworcowej knajpie. Rozczytał się o walcu parowym, który sprowadzono do Warszawy do wyrównywania bruków, i uznał, że przydałoby się coś takiego i w Łowiczu, bo całą drogę przez miasto trzęsło bryczką, jakby jechał po wertepach. Potem zagłębił się w wiadomości „Znad Bzury”. Rychło też wąs mu się zjeżył, bo wyczytał z nich, że ziemianie sarkający na kiepskie ubiegłoroczne zbiory i warszawskie ceny są sami winni swojej niegospodarności. Już on by powiedział do słuchu pismakowi, który wypocił takie mądrości. Jak tu gospodarzyć, kiedy deszcze ulewne poniszczyły zboża, zamieniły pola w trzęsawiska? Cholerni dziennikarze, nadawali się tylko do płodzenia chwytliwych tytułów i wypisywania bzdur, byle przypodobać się władzy. Pojęcia nie mieli o tym, jak w ubiegłym sezonie pogoda dała się we znaki rolnikom. Całe szczęście, że Kęszyccy utrzymywali się z lasów, a nie z upraw, bo i im bieda zajrzałaby do dworu.

Z tego wszystkiego nie zwrócił uwagi na wjeżdżający z sykiem i gwizdem pociąg, właściwie siedział odwrócony plecami do okna i rozmyślał nad gazetą. Zszedł na ziemię, dopiero kiedy skończył artykuł. Spostrzegł, że w hali dworca przybyło ludzi z bagażami. Zerwał się od stolika i wyjrzał na zewnątrz. Na peronie stała samotnie smutna panna ubrana cała na czarno. To ma być guwernantka? Długie krucze włosy, ciemny kapelusik i jasna cera, a do tego ponura mina sprawiały, że dziewczyna wydawała się rozczarowana życiem i pogrążona w rozpaczy. Wrona w żałobie, dzieci będą się jej bały – pomyślał, szarpiąc się za wąsa. Może od razu ją odprawić? Choć wszak nie wypada odrzucać kogoś jedynie z powodu wyglądu, trzeba sprawdzić, z kim mamy do czynienia.

Ruszyła po peronie, taszcząc ciężką torbę. Krzysztof poszedł jej śladem i przez parę chwil obserwował ją, gryząc się z myślami. Poprzednia guwernantka dała im się we znaki, okazała się melancholiczką ze skłonnościami do ciągłego płaczu i roztaczania wizji rychłej śmierci, chorób i zniszczenia. Na domiar złego kilka tygodni temu została znaleziona w swoim pokoju przez najstarszą córkę Krzysztofa, Annę, martwa. Lekarz stwierdził, że zażyła rycynę. Zostawiła nawet list pożegnalny w postaci wiersza o beznadziei i bezsensie istnienia. Co, jeśli ta nowa też okaże się smutną wariatką? Ta melancholijność to jakaś zaraza wśród młodych kobiet. Może to przez nadmierne ślęczenie nad książkami w półmroku, zbyt mało kontaktu z przyrodą, ze słońcem? Jemu smutek nigdy nie doskwierał, bo nie dawał mu na to szans.

– Panienka pozwoli, jestem Krzysztof Kęszycki. – Podbiegł do niej, bo przecież nie wypadało, by błąkała się z tobołem na plecach. – Czy mam przyjemność z Aldoną Burzyk?

– We własnej osobie – odparła i uśmiechnęła się lekko, wyciągając dłoń do powitania.

Głosik miała nader przyjemny, a kiedy się uśmiechała, okazała się nawet ładna. Może jednak nie jest ponurą sową? Odebrał od niej torbę i zataszczył ją do bryczki. Dziewczyna raźno wskoczyła na kozioł obok woźnicy, nie zamierzała jechać na wygodnym siedzeniu dla pasażerów. Trochę go to zdziwiło, zakrawało to na przesadną poufałość, szczególnie że był teraz jej pryncypałem. Powstrzymał się jednak od uwag, usiadł obok niej i zaciął konie. Bryczka potoczyła się po nierównym bruku.

– Proszę mi opowiedzieć coś o sobie i naszym drogim jaśnie państwie. Kim pan jest we dworze, panie Krzysztofie? Jaką pan pełni funkcję, hę? – spytała.

Domyślił się, że nie dosłyszała, kiedy się przedstawiał, lub nawet nie znała nazwiska swoich nowych pracodawców. Było to niewykluczone, szczególnie że wyprawiono ją w dużym pośpiechu, sam wszak na to nalegał.

– A jak panienka myśli, kim jestem w Chojniakach?

– Chojniakach? Ach, tak się nazywa ta posiadłość, prawda? Ale wracając do rzeczy, to wygląda mi pan co najmniej na rządcę. Albo ekonoma – powiedziała z uśmiechem. – Ale może być też koniuszym, choć strój świadczy o urzędniczej funkcji. Surdut i kamizelka to obowiązkowy uniform oficjalisty.

– Trafne spostrzeżenie, panno Aldono. Poniekąd zgadła panna. To teraz proszę opowiedzieć mi co nieco o sobie.

Wzruszyła ramionami.

– Wiele do opowiadania to nie mam. Jestem sierotą, mama zmarła osiem lat temu, na suchoty. Papa odszedł bardzo niedawno, o czym mówi choćby żałoba, którą noszę, i moja kwaśna mina. Jestem córką niezamożnego rzemieślnika z Warszawy, ojciec jednak zadbał o moje wykształcenie. Uczyłam się na pensji, potem w Liceum Żeńskim z klasą pedagogiczną, w końcu zaliczyłam szkolenie nauczycielskie i egzamin w Wyższej Szkole Rządowej. Chciałabym przejść praktykę z prawdziwymi uczniami i wyjechać na uczelnię, może do Francji lub Szwajcarii, bo u nas kobiety nie mogą studiować. W wykształceniu osiągnęłam już wszystko, co jest możliwe, ale w dalekim cywilizowanym świecie jeszcze wiele mam do zdobycia. Chcę skończyć studia pedagogiczne, zostać profesorką, wrócić do Polski i uczyć dziewczęta w jakimś gimnazjum lub liceum. Napiszę książkę o pedagogice, zajmę się działalnością charytatywną, będę uczyła sieroty i ubogie dzieci, zostanę uznaną i zasłużoną działaczką społeczną. Dadzą moje nazwisko jakiejś niewielkiej uliczce lub szkółce dla ubogich dzieci. Taki mam plan.

– Bardzo panienka zdecydowana i konkretna. A gdzie w tym planie miłość, małżeństwo, własne dzieci?

– Na razie nie ma na to miejsca w moim życiu. – Znów wzruszyła ramionami. – Nie rozglądam się za mężem, chcę być kobietą samodzielną, która sama o sobie decyduje i sama na siebie zarabia. Ale, panie Krzysztofie, niczego mi pan nie opowiedział o domownikach Chojniaków. Jacy są państwo, a jakie ich dzieci?

Dotarli do opłotków Łowicza i brukowana droga nagle się skończyła. Znaleźli się na polnym dukcie, zrytym kołami wozów i mocno błotnistym. Na szczęście dziś nie padało i bryczka poruszała się bez przeszkód. Mijali ostatnie drewniane chałupy, z zagrody szczekały na nich psy.

– Państwo, jak to państwo, typowa wiejska szlachta. Tacy jak oni powoli stają się przestarzali, żyją we dworze jak ziemianie w siedemnastym wieku. To już nie te czasy, nadchodzi era przemysłu i wielkich miast, ech… Dziedzic jest wąsaty i najchętniej siedzi w tartaku lub włóczy się po lesie. Jego żona, Eufemia, lubi przesiadywać z nosem w książkach, najchętniej w powieściach francuskich. Takich o miłości w pięknych okolicznościach, gdzieś na dworze Marii Antoniny najlepiej. Dzieciaków jest trójka. Najstarsza, Ania, ma dziesięć lat i chce zostać amazonką. Lubi konie i zdarza się jej wbrew woli rodziców jeździć na oklep. Piotrek, lat osiem, szykuje się na żołnierza. Nasłuchał się opowieści dziadka Dominika i planuje karierę jenerała, musi mu to panienka wybić z głowy, zanim pójdzie do gimnazjum. Ostatnie dzieciątko to Jadzia, lat sześć. Kocha motylki i mazać kredkami po wszystkim, co się da. Słodkie dziecko o wielkich oczach i ogromnym sercu. Niestety niesforne, trzeba je trochę utemperować i zmusić do systematycznej pracy, szczególnie nad kaligrafią.

– Dziadkiem Dominikiem chyba nie będę się musiała zajmować?

– Och, zdecydowanie nie. Za to dziadek będzie się z pewnością chciał zajmować panienką. Proszę go nie dopuszczać do siebie, bo mimo wieku jest nad wyraz… chutliwy – ostrzegł ją z całkiem poważną miną. – I to cała nasza rodzina…

– Nie brzmi strasznie, chyba jakoś dam sobie radę. – Wystawiła twarz na wiatr pachnący wiosną i ciepły.

– Nie zjedzą panienki, nie ma obawy.

Krzysztof uśmiechnął się pod wąsem. Polubił tę czarną wronę, okazała się sympatyczna, choć chyba nieco oderwana od rzeczywistości lub nieprzesadnie inteligentna. Nadal nie zdawała sobie sprawy z tego, że to on jest dziedzicem. Trzasnął mocniej lejcami w końskie zady, chciałby dotrzeć do domu o rozsądnej porze, zdecydowanie zbyt dużo czasu poświęcił tej dziewczynie. Bryczka zakołysała się na wybojach i panienka omal nie zleciała w błoto. Złapał ją w ostatniej chwili za ramię i przyciągnął do siebie, tak że wpadła mu w ramiona.

– Pan wybaczy, panie Krzysztofie – powiedziała, odsuwając się od niego, jakby parzył. Na jej bladej twarzy pojawiły się rumieńce, a właściwie wypieki. – Nie mam eksperiencji w jeździe po wiejskich duktach. Będę mocniej się trzymała.

Była zupełnie niewinna i bez doświadczenia z mężczyznami. Przynajmniej tyle dobrego, nie było niebezpieczeństwa, że doprowadzi do jakiegoś miłosnego skandalu. Eufemia też powinna ją polubić, o ile guwernantka będzie chciała z nią dyskutować o książkach. On w każdym razie nie zamierzał odwozić jej od razu na dworzec, przynajmniej nie dzisiaj. Właściwie ostateczną decyzję i tak pewnie podejmą dzieci.

* * *

Eufemia najbardziej lubiła przesiadywać w buduarze, żeńskim pokoiku przylegającym do salonu. Nie gromadziła tu bibelotów, jak miały w zwyczaju inne panie domu, za to zagraciła go półeczkami i regałami w całości wypełnionymi książkami oraz czasopismami kobiecymi, które namiętnie prenumerowała. Znajdował się tu też wygodny szezlong, na którym polegiwała, oddając się lekturom. Przynajmniej wówczas, gdy nie wzywały domowe obowiązki. Na szczęście te w większości już dawno przejęła od niej gospodyni, Lucyna Wąsikowska. Pani Kęszycka mogła zatem w otoczeniu kwiatów i roślin w doniczkach, przy świetle lamp naftowych, oddawać się pasji czytelniczej. Czasem zasiadała do biurka i pisała listy do przyjaciółek, rodziny i redakcji gazet, które zdarzało się, że drukowały jej spostrzeżenia.

Czekając na powrót męża, wczytywała się w ostatni numer „Ateneum”, pisma niezwykle ambitnego, poświęconego literaturze, filozofii i sztuce. Właśnie rozkoszowała się kolejną częścią najnowszej powieści Kraszewskiego. Szalona opowiadała o losach emancypantki Zoni, buntowniczej sieroty, która oddaje się bez reszty rewolucyjnym nastrojom. Odrzuca patriarchalny system tradycyjnych wartości i postanawia się usamodzielnić, odsuwając od siebie wszelkie erotyczne uczucia i oddając jedynie racjonalnym związkom intelektualnym i duchowym. Eufemię niezwykle poruszały jej burzliwe losy. Początkowo nie wiedziała, czy powinna dziewczynie kibicować, czy oburzać się na jej rewolucyjną postawę. W końcu zdecydowała się, że będzie za nią trzymała kciuki, niech sobie Zonia żyje nowocześnie i wbrew regułom społecznego współżycia ugruntowanym na przestrzeni wieków. Niestety niemal pewne było to, że bohaterka zostanie za swój bunt ukarana, a czytelnik nauczony, że rzekomy postęp może zwieść młodzież na manowce i doprowadzić do zguby.

– Jadą! – huknął dziadek Dominik, który przesiadywał na ganku mimo chłodnych jeszcze dni.

Wścibski staruszek lubił mieć na wszystko baczenie. Po jego okrzyku rozległy się piski dziewczynek i tupot stóp dzieci ciekawych nowej nauczycielki. Wprawdzie ledwie co były wstrząśnięte tragiczną śmiercią poprzedniej guwernantki, ale dość szybko przeszły nad jej odejściem do porządku dziennego. Nic dziwnego, nikt specjalnie nie lubił tamtej smutnej jak grób panny.

Wrona – pomyślała Eufemia, przyglądając się dziewczynie, która na dziedzińcu przed dworem witała się z domownikami. Dziewczyna była czarnowłosa, czarnooka i do tego ubrana cała na czarno. Na szczęście na widok dzieci uśmiechnęła się szeroko i zaczęła witać, potrząsała ich rękami i przedstawiała się każdemu z osobna. Wypytywała ich o wiek, znane piosenki i tańce, Annę o preferowane umaszczenie i rasy koni, Jadzię o ulubione kolory, motyle i kwiaty, a Piotra o broń i najsłynniejsze bitwy, o których słyszał. Była dobrze przygotowana, widocznie wypytała Krzysztofa po drodze o preferencje dzieci. Od razu zdobyła u Eufemii punkty za inicjatywę i umiejętność odnalezienia się w sytuacji. Mało tego, dziadkowi tylko dygnęła i właściwie ignorowała jego nieustanne ględzenie, skupiając się wyłącznie na dzieciach. To świadczyło o tym, że jest profesjonalistką i w dodatku dzieci po prostu lubi. Kogoś takiego było im trzeba, oby tylko nie okazała się melancholiczką jak ta poprzednia. Ukłoniła się głęboko Eufemii, ale kiedy Krzysztof podszedł do żony i pocałował ją w policzek, po czym objął w pasie, Wrona omal nie zemdlała. W każdym razie zrobiła się jeszcze bledsza i otworzyła szeroko oczy.

– Panie Krzysztofie, pan jesteś dziedzicem, a nie rządcą – powiedziała w końcu.

– Dworował sobie, co? On już tak ma, czasem zachowuje się jak sztubak. – Eufemia domyśliła się, w czym rzecz, złapała dziewczynę za dłoń i potrząsnęła nią mocno. – Witaj w Chojniakach, panno Aldono. Czuj się u nas jak u siebie w domu.

– Wystarczy Ado, będzie mi miło. Mam coś dla pani – bąknęła Aldona i sięgnęła do swojej wielkiej torby.

Grzebała w niej przez chwilę, na szczęście prezent, który dostała od przyjaciółki ze szkoły, znajdował się na wierzchu. Córka księgarza podarowała jej rzecz jasna książkę, a jako że była dość roztrzepana, nawet nie wpisała do niej dedykacji. Ada wręczyła ją pani Eufemii, która natychmiast rozkwitła w uśmiechu.

– Och, Orzeszkowa, jak miło! To Meir Ezofowicz, piękne dzieło etnograficzne o polskich Żydach. Wychodziło w odcinkach w „Kłosach”, ale nie czytałam wszystkich części, bo prenumerata nie zawsze tu trafia, czasem ginie po drodze. Teraz będę miała zbiorcze wydanie z ilustracjami. Patrz, Krzysiu.

– Tak, coś pięknego – mruknął dziedzic i szerokim gestem wskazał dziewczynie wejście. – Zapraszam. Mam nadzieję, że jest dla nas wieczerza, bom zgłodniał niczym wilk. Kilka godzin kołysałem się bryczką w tę i z powrotem. Poza tym panna Ada z pewnością też by się posiliła.

– Pewnie, że na was czeka, synku – oznajmił dziadek Dominik. Ujął dziewczynę pod ramię i poprowadził ją do dworu, gadając nieustannie. – Kazałem Ali odłożyć z obiadu po sztuce mięsa z sosikiem chrzanowym dla was, do tego zaraz wam nagotuje kluseczków. Jest też kompucik z suszu owocowego zaprawiony miodkiem, palce lizać. U nas dobrze się jada, panienko. Nie to co u was w mieście. Na śniadanie zawsze jest miód z naszej pasieki i mleko od naszych krów. Ala piecze chleb dwa razy w tygodniu, znaczy zawsze jest świeży i pachnący. Do tego mamy twaróg, tak – dużo twarogu i śmietany, oczywiście jaja, kasze, słoninę i kaszanki, wszystko własne. My samowystarczalni, tak nas polskie losy nauczyły, by liczyć tylko na siebie. Poza tym ze trzy razy w tygodniu jemy mięso, nie licząc kur, bo kurę można częściej, jak kto chce. Z moimi zębami najbardziej lubię taką rozgotowaną w rosole lub bulioniku. A co się dziś jada w Warszawie? Dalej tylko raki i flaczki po warsiasku?

– Też, ale nie tylko. Znamy już nawet twaróg i miód, zdarza się także sztukamięs – odparła bez zastanowienia.

– Dawno nie byłem w stolicy, jeszcze przed powstaniem, tym styczniowym. Miazmaty z rynsztoków były takie, że oczy łzawiły. Gdzie się nie okręcisz, to żebrak siedzi i rękę wyciąga lub końskie łajno się wala nieuprzątnięte, do tego wszędzie pełno Moskali. Tfu, pies z nimi tańcował, nie lubię Moskali. U nas ani jednego nie uświadczysz.

– Starynkiewicz obiecał budowę filtrów i kanalizacji, rynsztoki już zasypują i lada dzień powietrze ma być jak na wsi. Tyle że coraz więcej fabryk, które czadzą kominami od rana do wieczora. Jeden smród zastąpi drugi, jak to w mieście. Za to mamy piękne tramwaje konne, dużo drzew i zadbanych parków, eleganckie pałace, teatry, muzea i Dolinę Szwajcarską. Lubię moje miasto, mimo pewnych niedostatków.

– Zabierze nas panna Ada na wycieczkę do Warszawy? – spytała Ania. – Musimy poznawać świat, bo tu tylko las i pola. Nuda przeokropna.

– Człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi – wtrąciła pani Eufemia. – A teraz odstąpcie, musicie wszyscy iść krok w krok za Adą? Oto pokój panienki, tu jest łóżko, kominek, za zasłoną przebieralnia i umywalnia. Niezbyt wytwornie, ale przytulnie i wygodnie.

– Pięknie – przyznała szczerze dziewczyna.

Mieszkanko w kamienicy, gdzie się wychowała, było wilgotne i ponure, bo gmach naprzeciw zabierał całe światło. Tu miała duży pokój pachnący suszonymi ziołami, z dwoma oknami wychodzącymi na zielony ogród. Pełno było słońca i świeżości, aż usta same składały się do uśmiechu.

– Odświeżę się po podróży i natychmiast do państwa wrócę – powiedziała.

Eufemia wypchnęła za drzwi całą czeredę, na czele ze stawiającym opór dziadkiem, który zaczął właśnie wygłaszać mowę o wyższości wsi mazowieckiej nad śmierdzącymi miastami. Uśmiechnęła się jeszcze raz do panienki, która wzbudziła jej sympatię, i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Aldona rozłożyła ręce i z westchnieniem padła twarzą na łóżko. Zaczynała właśnie nowe życie.

* * *

Pierwsze dni były dla niej nieco trudne, musiała wejść w rytm, którym toczyło się życie w Chojniakach. Szybko też uświadomiła sobie, że jej praca, mimo iż tyczy tylko trójki dzieci, wcale nie jest łatwa ani lekka. Zaczynała się rankiem, państwo jedli śniadanie razem, czasem nawet w sypialni, chyba że Krzysztof wyrwał się do lasu jeszcze przed świtem, wówczas pani śniadała sama w swoim buduarze. W tym czasie Ada musiała pobudzić dzieci i dopilnować, by się umyły, ubrały, pościeliły łóżka i zasiadły razem z nią do posiłku. Niestety często do kuchni, gdzie się zbierali, przychodził wówczas dziadek Dominik, by zjeść razem z wnuczętami. Zazwyczaj wszyscy, łącznie z Adą, pałaszowali owsiankę na mleku, ale do wyboru był także chleb z twarogiem i miodem, a do popicia zagrzane mleko dopiero co wydojone od krowy. Dziadek gadał nawet z pełnymi ustami, a zawsze miał coś do powiedzenia właściwie na każdy temat. Aldona musiała zwracać uwagę, czy pan Dominik coś w ogóle je, i postarać się, by nie skończył jedynie na mówieniu.

Okazało się bowiem, że taka dyskretna opieka nad staruszkiem także należy do jej zadań. Zakres obowiązków pani Eufemia przedstawiła jej już pierwszego dnia:

– Przypilnujesz, Ado słodka, by dziatwa dbała o higienę i porządek, będziesz strzegła pór posiłku i miała baczenie, by zjadły tyle, ile należy. Mają po sobie sprzątać, zarówno pokoje, jak i naczynia po posiłku. Zadbasz o ich schludną odzież i w razie potrzeby sama dokonasz stosownych reperacji. Chyba na pensji uczyli cię posługiwania się igłą, prawda? Zerkniesz też na mojego teścia, bo chudy jest jak kij, zapomina czasem zjeść. Podsuń mu miskę lub kromkę z masłem, ucieszy się, przy okazji poprawi swój dobrostan. – Eufemia przemawiała, przechadzając się po salonie i gestykulując prawą dłonią, w której trzymała książkę. – Po śniadaniu zaczniesz lekcje, dzieci mamy naszykować, by kiedy wyruszą do szkół, były doskonale przygotowane intelektualnie. Konieczne są zatem dla całej trójki lekcje kaligrafii, arytmetyki, gramatyki polskiego i rosyjskiego, podstaw literatury, historii ojczystej i Imperium Rosyjskiego, także podstaw geografii i nauk o przyrodzie. Chcemy zatrzymać przy sobie dzieci jak najdłużej, ale kiedy Ania skończy czternaście lat, pojedzie do liceum z internatem. Po niej reszta ptaszków wyfrunie z gniazda. Liczymy na to, że będą już wówczas świetnie umiały latać. Zadbasz o to, Ado. Stworzymy ci do tego jak najlepsze warunki.

Zaraz, muszę tu siedzieć, dopóki Ania nie wyfrunie, czyli aż cztery lata?! – wrzasnęła Aldona w myślach. Poczuła grozę. Cztery lata wydały się jej szmatem czasu. A co, jeśli państwo zażyczą sobie, by dopilnowała także wyfrunięcia Piotra i Jadzi? Najmłodszej córce czternastka stuknie dopiero za osiem lat, o nie, to stanowczo za długo jak na pobyt na wsi, gdzieś na końcu świata. Nie ma mowy, ucieknie stąd znacznie wcześniej, przecież i tak nie zatrzymają jej siłą.

Tymczasem po śniadaniu musiała rozpocząć lekcje. Te odbywały się w jednym z dostosowanych do tego pokojów. Jako że każde dziecko było w innym wieku, Ada musiała dosłownie się troić. Zadawała Ani przykłady do rozwiązania z arytmetyki, Piotrowi fragment książki do przeczytania, po czym siadała do kaligrafii z najmłodszą, Jadzią. Następnie kazała małej rysować, a w tym czasie sprawdzała zadania Ani i omawiała z nią błędy, po czym wręczała jej książkę z fragmentem do lektury i sama siadała z Piotrem, by przepytać go z tego, co w tym czasie przeczytał. I tak rotacyjnie obskakiwała każde z dzieci. Niestety te szybko zaczynały się nudzić nauką i szukały rozrywek. Pierwsza narozrabiała Jadzia, która usiadła z kredkami w kącie i namalowała na białej ścianie motyla siedzącego na kwiatku. Ada złapała się za głowę, po czym zabrała małej kredki i kazała jej wracać do stolika.

– Ale nie będziemy bić, prawda? Obiecuję, że zmyję tego motylka – powiedziała Jadzia strasznie skruszona, z oczami szklącymi się od łez i trzęsącą się brodą.

– Bić? O czym ty mówisz? – spytała czujnie guwernantka.

– O rózgach na gołą pupę. Tak robiła nam panna Joanna, zanim łyknęła trutkę i odleciała do aniołków – odparła dziewczynka. – Tam się zwykle moczyły rózgi, w wiaderku w kącie, ale Piotruś zabrał i schował wiaderko, by nowa panna nie miała gdzie rózg moczyć.

– Nie będzie żadnego bicia, dopóki ja tu uczę – odparła chłodno Ada.

Sama oczywiście doświadczyła w szkolnych czasach prania linijką po łapach i targania za uszy, ale uważała takie metody za skandaliczne, a nauczycieli się nimi parających za nieudaczników, którzy minęli się z powołaniem. Ludziom bijącym dzieci nie powierzyłaby nawet pasania świń, ale zdawała sobie sprawę z tego, że kary cielesne są powszechne i akceptowane. Ona jednak szła z postępem: do dzieci tylko z otwartym sercem, żadnej chłosty ani cięgów.

Kilka dni później musiała zrewidować swoją postawę, bo miała ochotę nie tylko sprać, ale wytargać za uszy Piotrka, a potem jeszcze raz go zbić, i to najlepiej tęgim kijem. Chłopak miał chyba gorszy dzień, bo najpierw cały czas się wiercił, wchodził jej w słowo i przedrzeźniał złośliwie siostry, aż w końcu prasnął książką w okno, aż szyba pękła i rozpadła się z brzękiem. Twierdził, że mierzył w gza, który ciągle mu przeszkadzał, i zupełnie niechcący cisnął za mocno. Jeszcze tego samego dnia Jadzia pomazała kredkami blat swego stolika, zamieniając go w ukwieconą łąkę, a kolejnego Ania wymknęła się do stajni i po powrocie śmierdziała końskim potem jak jakiś stajenny.

Mimo wszystko Ada zapanowała nad sobą, nie wprowadziła też drakońskich metod ani spartańskiego wychowania. Starała się tłumaczyć, upominać i surowo wymagać, ale bez użycia siły. Dzieciaki jednak i tak rozrabiały, kiedy tylko zanadto im się nudziło, a ona nie miała ich na oku.

W południe siadali wszyscy do obiadu w jadalni, Ada musiała przypilnować, by jej wychowankowie umyli ręce i twarze, do tego wyglądali schludnie. Krzysztof wracał na posiłek do domu, chyba że coś zatrzymało go w tartaku. Guwernantka zasiadała razem z państwem i dziećmi, dołączał dziadek i gospodyni Lucyna, która pełniła właściwie funkcję ochmistrzyni. Po obiedzie nadchodził czas odpoczynku, dzieci mogły przez dwie godziny się bawić, po czym Ada zwoływała je na popołudniowe lekcje, które trwały do osiemnastej. Wieczorem zarówno jej podopieczni, jak i ona mieli wolne, ale tylko teoretycznie. Eufemia nalegała, by pod wieczór Ada prowadziła luźne lekcje muzyki. Nie było sensu zatrudniać do tego metronoma, jak czyniono we dworach w dawnych czasach. Umiejętności Aldony, które wyniosła z pensji, powinny wystarczyć. Umiała grać na pianinie i śpiewać, bo tego nadal uczono panny w żeńskich szkołach, wieczorami urządzała zatem z dziećmi muzykowanie i wspólne śpiewy. Nie musiała nawet sprowadzać nut, bo okazało się, że w swoich zbiorach Eufemia ma kilka śpiewników i wydawnictw z nutami. Nie dało się zatem wymigać i zajęcia prowadzone były do wieczora, po czym znów trzeba było dopilnować higieny dzieci i tego, by położyły się spać o rozsądnej porze. W końcu nadchodził czas wolny także dla Ady, ale jedyne, na co miała siłę, to doczołganie się do łóżka.

Przynajmniej spała jak zabita, we dworze panowała bowiem niebiańska cisza. Żadnego brzęczenia tramwajów, stukotu kopyt na bruku, syren fabrycznych, krzyków pijaków czy podobnych atrakcji, które w mieście zakłócały jej sen. Tylko cisza, szum wiatru w konarach drzew, czasem dzwonienie deszczu o szyby i parapety. O tak, spało jej się dobrze, jak nigdy wcześniej.