Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Po tragicznej śmierci żony hrabia Hampton całą miłość przelał na córeczkę, głęboko w duszy grzebiąc sekret, że nie jest ona jego dzieckiem. Kiedy więc w przeddzień Bożego Narodzenia zjawia się młoda kobieta i twierdzi, że jest matką dziewczynki, hrabia robi wszystko, by nie dopuścić do niej.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Biblioteka Publiczna w Swarzędzu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2012
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
zuchwała
hrabina
W serii pojawią się m.in. :
Mary Balogh
„Aria namiętności” „Bez serca” „Magiczne oczarowanie” „Między występkiem a miłością”
„Miłosny skandal” „Najpierw ślub” „Niebezpieczny krok” „Niezapomniane lato” „Noc miłości” „Pojedynek”
„Złodziej marzeń”
Adrienne Bosso
„Grzeszne pragnienia” „Poślubić wicehrabiego”
„Skazany na miłość” „Smak skandalu”
„Szlachetna przysięga” „Uwieść aroganta” „Uwieść grzesznicę”
„Zakład o miłość” „Zuchwała hrabina”
Jennifer Blake
„Burza i blask” „Dziki raj” „Hiszpańska serenada” „Królewska krew” „Walc o północy”
„Zapach raju”
Connie Brockway
„Bal maskowy” „Kaprys panny młodej” „Miłość w cieniu piramid” „Mój najdroższy wróg” „Niebezpieczny kochanek” „Obiecaj mi raj” „Ostatni bal”
„Ostatni sezon” „Sezon na panny młode”
„Słodka uległość” „Urzeczenie” „W labiryncie uczuć” „Zakochany mściciel”
Johanna Lindsey
„Bezdroża miłości”
„Bunt serca” „Dziedzictwo” „Dzikie serce” „Dziki wiatr” „Jesteś całym światem” „Kocha się tylko raz”
„Kochaj mnie zawsze” „Mężczyzna tylko dla mnie” „Nieposkromiony Colt Thunder” „Porwana narzeczona” „Powiedz, że mnie kochasz” „Srebrzystowłosy anioł” „Za głosem serca”
Elizabeth Lowell „Zauroczeni”
Meagan McKinney
„Księżycowa Dama” „Lodowa panna” „Łowcy fortun” „Niegodziwa czarodziej ka” „Uzurpator” „Zamek na wrzosowisku”
Amanda Quick „Alchemia”
„Czekaj do północy” „Fascynacja” „Kłamstwa w blasku księżyca” „Kochanka” „Kontrakt”
„Nie patrz za siebie” „Niebezpieczny kochanek” „Od drugiego wejrzenia” „Płonąca lampa” „Podstęp” „Ryzykantka”
„Rzeka tajemnic” „Skandal” „Trucizna doskonała” „Trzeci krąg” „Wynajęta narzeczona” „Za późno na ślub”
„Złota orchidea”
Robin Schone
„Kobieta Gabriela” „Kochanek”
„Zbudź się, kochanie”
Bertrice Smali
„Księżna”
„Miłosna edukacja” „Niewolnica Miłości”
„Róża z kolcami”
Kathleen E. Wbodiwiss
„Nieuchwytny płomień”
„Wieczna miłość”
Zuchwała
hrabina
Przekład
MARZENNA RĄCZKOWSKA
Tytuł oryginału
The Christmas Countess
Korekta
Jolanta Gomółka
Druk
DRUK-INTRO S.A., Inowrocław
Copyright © 2008 by Adrienne Basso All rights reserved
For the Polish edition Copyright © 2011 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
Serię przygotowało Wydawnictwo Amber
na zlecenie Amercom SA
Książka została wydrukowana na papierze Ecco Book Cream o gramaturze 52 g vol. 2.3
ISBN 978-83-241-4130-2
Warszawa 2012
Moim Siostrom
Janet Harington Gambarani i Karen Frary Gambarani
Bardzo Wam obu dziękuję za przyjaźń, zachętę i wsparcie, a także za to, że zawsze przed Bożym Narodzeniem udaje Wam się pokonać moją skłonność do mówienia: „e tam” i „bzdura!”
Jesteście super!
Taunton, Anglia Listoyacf1845
Gdzieś' w oddali Rebeka słyszała płacz dziecka. Cichy, stłumiony. Żałosne kwilenie rozdzierało jej serce. Wstała i zmusiła się do zrobienia kilku kroków. Chciała znaleźć źródło tak strasznego cierpienia. Było jednak ciemno i prawie nic nie widziała, a nie miała świeczki, aby oświetlić sobie drogę.
Kwilenie nagle ustało, a potem znów się rozległo. Płacz niemowlęcia stopniowo stawał się coraz głośniejszy. Zdezorientowana Rebeka przyspieszyła kroku, biegła w stronę głosu jak oszalała, szukając dziecka.
Dotarła do zakrętu długiego korytarza, a w sercu czuła coraz większy zamęt. Płacz dochodził z bliska, a tymczasem było tu tyle komnat. W której jest dziecko? W panice, na chybił trafił szarpnęła najbliższe drzwi. Otworzyły się i wszystko natychmiast ucichło.
Czyżby na czas znalazła niemowlę?
Komnata była pogrążona w mroku; Rebeka dostrzegła tylko pośrodku stół, a na nim koszyk przykryty miękkim kocem. Ostrożnie podeszła. Tymczasem nocne chmury rozpierzchły się i na koszyk padł blask księżyca. Drżącymi palcami delikatnie odciągnęła koc i wytężyła wzrok, żeby zobaczyć, co jest w środku.
W koszu otulony kocem leżał noworodek. Z okrzykiem radosći Rebeka spojrzała na piękną twarzyczkę: tak słodką, tak niewinną. Główkę dziecka spowijały ciemne loczki, policzki były rumiane, a w bródce lekko zarysowywał się dołeczek.
- Och.
Na dźwięk głosu Rebeki maleństwo zesztywniało, potem powoli uniosło powieki z mokrymi, posklejanymi rzęsami. Spokojnie popatrzyły na nią poważne, ciemne oczy i dziecko machnęło w jej stronę skuloną piąstką.
- Nie płacz, mój skarbie. Szkoda łez. Teraz już tu jestem. Będziesz bezpieczna.
Rebeka sięgnęła do kosza po bezcenne zawiniątko. Jednak niemowlę wygięło się i znów wrzasnęło z całej siły... Spłoszona Rebeka cofnęła się. Ale płacz nie ustawał, a ona wiedziała, że ustanie tylko wtedy, kiedy przytuli dziecko.
Znowu wyciągnęła ręce, lecz nagle okazały się one za krótkie albo kosz zbyt głęboki. Stając na palcach, pochyliła się do przodu, jednak nadal nie mogła dotknąć malucha. Płacz narastał, coraz głośniejszy, coraz bardziej rozpaczliwy.
Rebeka zdwoiła wysiłki, ale wszystko na nic. Nie była w stanie dosięgnąć dziewczynki, nie potrafiła jej wziąć w ramiona i ukołysać, aby ją uspokoić i ochronić.
Łzy rozpaczy i bezsilności popłynęły jej po policzkach. Gdyby tylko mogła...
- Przyniosłam listy, które właśnie przyszły popołudniową pocztą, panno Rebeko. Oprócz rachunków są na pewno jakieś z kondolencjami. Wszyscy szanowali i lubili pani ojca, niech Bóg ma go w swojej opiece. Czy chce pani teraz przejrzeć pocztę, czy po południu, przy herbacie?
Rebeka Tremaine otworzyła oczy, zdezorientowana. Nie wiedząc, co się dzieje, zamrugała i się wyprostowała.
Rozejrzała się i zobaczyła znajome meble gabinetu ojca. Na podłodze leżały ułożone w schludne stosy papiery, wzdłuż ściany pod oknem na wpół zapełnione skrzynki, a posegregowane sterty książek czekały, aby umieścić je w odpowiednich pojemnikach.
- Panno Rebeko?
Rebeka odwróciła głowę. Tuż nad nią pochylała się niska kobieta w średnim wieku.
- Pani Maxwell?
Gosposia poklepała ją po ramieniu.
- Tak, to ja. Pewnie pani zasnęła. Biedne dziecko. Nic dziwnego, po tym wszystkim. To naturalne, że jest pani wykończona. Śnił się pani ojciec, moja droga?
Gosposia poszperała w kieszeni, wyjęła czystą chusteczkę do nosa i wetknęła ją Rebece do ręki. Rebeka uniosła chusteczkę w roztargnieniu do twarzy, pośpiesznie wycierając łzy, których wcześniej nie była nawet świadoma.
- Dziękuję - powiedziała, przywracając twarzy normalny, spokojny wyraz. Nie miała zamiaru mówić gosposi, że sen nie dotyczył ojca. - Zawsze jest pani taka troskliwa.
- Szkoda, że niewiele mogę pomóc - szczerze odpowiedziała pani Maxwell. - Wiem, jakie to dla pani trudne, najpierw pogrzeb ojca, no a teraz trzeba się wyprowadzać z domu. Ciężkie czasy dla pani nastały.
- Wiele osób musi znosić znacznie więcej - odpowiedziała Rebeka. - No a teraz, kiedy przyjechał Daniel, będzie mi już łatwiej.
Rebeka wytarła nos i wepchnęła chusteczkę do kieszeni czarnej żałobnej sukni.
- Oczywiście bardzo będę za panią tęsknić i przykro mi będzie się żegnać z naszymi życzliwymi parafianami. Potrafię jednak docenić, jakie to szczęście, że mam brata, który chce się mną zaopiekować. Niepotrzebnie tak się pani martwi, pani Maxwell.
Gosposia westchnęła z niedowierzaniem, z czego Rebeka wywnioskowała, że nie jest przekonana. Pracowała u nich od czterech lat, a w tym czasie starszy brat Rebeki, Daniel, był za granicą. Rzadko pisywał listy i nieczęsto też rozmawiano o tym, co robi, i o życiu, które wiódł z dala od rodzinnego domu.
Z natury podejrzliwa w stosunku do mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy podróżowali do dalekich krajów, aby zbić fortunę, pani Maxwell najwyraźniej nie wiedziała, co myśleć o Danielu Tremainie, którego poznała, kiedy ten przyjechał z amerykańskich kolonii, aby uporządkować sprawy skromnego majątku swego ojca, pastora.
- Mam tylko nadzieję, że nowy pastor, którego nam przysyłają, choć w połowie będzie dla parafian tak dobry jak pani ojciec - westchnęła pani Maxwell z zatroskaną miną. -A słyszała pani coś o nim przypadkiem?
- Nic a nic - powiedziała Rebeka, w myślach podzielając niepokój gospodyni. Powstrzymała się jednak od wyrażania jakichkolwiek wątpliwości. Gospodyni i tak już martwiła się, czy zachowa pracę, kiedy przyjedzie nowy pastor z rodziną.
- Jestem pewna, że będzie podporą parafii.
- Ale o tym dopiero się przekonamy, prawda? - bąknęła gospodyni.
- Tak. - Rebeka uśmiechnęła się do pani Maxwell, mając nadzieję, że dodaje jej otuchy. Pomyślała, iż musi się upewnić, że gosposia dostała odpowiednią posadę. Jeśli nie, zrobi wszystko, co w jej mocy, aby znalazło się dla niej godne zajęcie.
- Najlepiej będę dalej pakować książki i papiery ojca -dodała Rebeka. - Na pewno będzie pani chciała porządnie sprzątnąć ten pokój, zanim przyjadą nowi mieszkańcy.
- Tak, ale to może poczekać do jutra. Nie może się pani przemęczać, bo się pani przeziębi. Brat może pani pomóc.
Rebeka pokręciła głową.
- Daniel zajmuje się czymś innym. Aja z chęcią to zrobię. Gospodyni popatrzyła na nią z powątpiewaniem.
- Sama pani chyba wie najlepiej. Ale proszę nie przesadzać.
Wypowiedziawszy tę ostatnią przestrogę, pani Maxwell wyszła. Rebeka ciężko westchnęła ze zmęczenia i opadła na poduszki sofy. Przez chwilę walczyła z pokusą, żeby zamknąć oczy i pozwolić, aby odpłynęło z niej całe napięcie. Ale powstrzymał ją strach. Gdyby znowu zasnęła, sen mógł powrócić.
Kilka lat temu, tuż po tym, jak to się stało, podobne sny bezlitośnie prześladowały ją co noc. Stopniowo, dzięki Bogu, coraz rzadziej. Nadal się jednak zdarzały, zawsze przybierając na sile w sierpniu, kiedy przypadała rocznica tamtego wydarzenia.
Teraz nie był jednak sierpień, ale koniec listopada. Być może sen spowodowała trauma związana ze śmiercią ojca?
Chociaż minęły trzy miesiące, nadal nie mogła przeboleć tej straty Wszystkich swoich strat.
Rebeka wstrzymała oddech, czując, że znów może wybuchnąć płaczem. Przez sześć lat sen zasadniczo się nie zmieniał, ale tym razem po raz pierwszy wyraźnie zobaczyła niemowlę. Takie małe, delikatne, tak niewinne, tak pełne życia.
Głęboko odetchnęła, a przez jej ciało przebiegł dreszcz. Chociaż sen się zmienił, emocje, które wyzwalał, pozostały dokładnie takie same: ból, żal i smutek, który był prawie nie do zniesienia.
Rebeka czuła się coraz bardziej przygnębiona. Najlepiej uspokoi myśli, jeśli znajdzie sobie jakieś zajęcie. Gwałtownie wstała, przebiegła przez pokój, z zaciekłością zaatakowała stertę książek. Kiedy już je posegregowała, spojrzała na biurko.
Leżał tam stos dokumentów kościelnych oraz kalendarz z notatkami ojca o potrzebach poszczególnych rodzin w parafii, zapisywanymi przez wiele lat. Zostawi je dla nowego pastora. Resztę stanowiły kopie ulubionych kazań ojca, osobiste notatki i mały modlitewnik, który zawsze nosił przy sobie.
Była zbyt zmęczona i poirytowana, aby dokładnie przeglądać papiery, włożyła je więc do skrzyni. Przejrzą wszystkie później z Danielem i postanowią, czy któreś z nich zachować.
Przejrzała jeszcze raz szuflady biurka i ku swemu zdziwieniu zobaczyła, że w głębi najniższej zaklinowała się związana białą satynową wstążką paczuszka listów. Zaciekawiona, Rebeka otworzyła list leżący na wierzchu i zaczęła czytać.
- „Mój najdroższy Jacobie”.
Na jej twarzy pojawił się bolesny uśmiech, gdyż rozpoznała wyraźne pismo matki. Odwróciła list i sprawdziła datę: 6 maja 1811. Uśmiechnęła się szerzej. Liścik napisany był jeszcze przed ślubem rodziców, w okresie narzeczeństwa. Znalazła więc ich listy miłosne.
Pakiecik był gruby. To, że ojciec przez cały ten czas zachował listy, stanowiło wzruszający dowód silnych więzi miłości i oddania, jakie łączyły rodziców.
Mając wrażenie, że podgląda czyjeś życie intymne, Rebeka wsunęła z powrotem list pod wstążkę i położyła całą paczkę na brzegu biurka. Listy były zbyt osobiste, aby je czytać, ale nie mogła ich przecież zostawić. Zapyta Daniela, co jego zdaniem powinni z nimi zrobić. Odwróciła się, aby włożyć modlitewnik do najbliższej skrzyni, zrobiła to zbyt gwałtownie i uderzyła biodrem o biurko. Listy spadły na podłogę, wstążka się rozwiązała, a kartki rozsypały po dywanie.
- Ojej - mruknęła.
Rebeka uklękła, zaczęła zgarniać listy i układać je w równy stosik. Nagle zauważyła, że charakter pisma na jednym z nich wyraźnie różni się od pozostałych - zdecydowanie nie było to pismo matki.
Uniosła brwi. Na Boga. Czyżby w życiu ojca była inna kobieta? Wydawało się to absurdalne, ale życie nauczyło ją, że tylko człowiek bardzo głupi lub naiwny wierzy, iż wszystko jest takie, jakim się wydaje. Rebeka otworzyła list i zaczęła czytać.
Otrzymałam Wasz ostatni list i przeczytałam go z uczuciem, które najlepiej można określićjako ulgę. Jestem zadowolona z wiadomości, że wspólnie z Meredith nareszcie rozsądnie podchodzicie do tej, tak poważnej, sprawy. Oddanie dziecka Rebeki hrabiemu i hrabinie Hampton, aby wychowywali je jako własne, jest jedynym wyjsćiem, jedynym ratunkiem dla naszej rodziny. Tylko w ten sposób możemy uchronić się od niechybnej kompromitacji i ruiny, uratować nasze dobre imię i honor. Parajia wiele wybaczy ukochanemu pastorowi, ale bękart, nieślubny wnuk sługi Bożego, nigdy nie spotka się z tolerancją ani akceptacją. Zresztą słusznie.
Dziecko Rebeki? Nieślubny wnuk? Bękart? Oddany na wychowanie hrabiemu i hrabinie Hampton? Rebeka z trudem łapała powietrze. Kłuło ją w płucach, piersi przygniatał ciężar. Nie mogła oddychać, nie była w stanie myśleć. Dziecko oddane obcym ludziom? Jak to możliwe? To chyba jakieś nieporozumienie? Niemowlę, które przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem, urodziło się martwe, pozbawione życia, zanim jeszcze się to życie rozpoczęło.
Tak jej powiedziały. Najpierw położna, a potem jej cioteczna babka. Powiedziały jej, że to akt miłosierdzia ze strony Pana Boga i powinna być wdzięczna, że niemowlę umarło.
Ale Rebeka nie była wdzięczna. Czuła się pusta w środku, zrozpaczona i smutna. Całe miesiące płakała, całe lata pogrążona była w żałobie. To dziecko, które było owocem namiętnej miłości, często jej się śniło. Nadal jej się śniło. Dziewczynka, której nigdy nie widziała, nigdy nie trzymała w ramionach.
To dziecko żyje! Jest uratowane! Ból, szok i niepewność mieszały się w umyśle Rebeki. Poczuła, że kręci jej się w głowie, a ciało pochyla się do przodu. Cała drżąc, tak mocno chwyciła brzeg drewnianej skrzyni, że aż zbielały jej końce palców.
- Czy to jeszcze jeden sen? - wyszeptała.
W tej chwili otworzyły się drzwi gabinetu. Rebeka wpadła w panikę, myśląc, że wróciła pani Maxwell, ale z ulgą zobaczyła, że to Daniel.
- O mój Boże! Co się stało, Rebeko?
Z walącym sercem i z szumem w głowie Rebeka odepchnęła się od skrzyni, stając na równe nogi. Daniel podszedł, chwycił ją za łokieć i podtrzymał, a ona przyjęła to z wdzięcznością. Wciąż uginały się pod nią kolana.
- Rebeko?
Pokręciła głową. Zbyt wiele myśli kołatało jej w głowie, aby mogła uchwycić choć jedną. Nic z tego nie rozumiała.
- List... znalazłam list... tu, wśród papierów ojca. Ja nie... proszę, po prostu go przeczytaj.
Daniel wziął list z jej drżącej dłoni i zaczął czytać. Rebeka z trudem wciągnęła powietrze, a spojrzeniem przylgnęła do twarzy brata. Wydawało jej się, że mijają wieki, ale nagle wyraz jego twarzy całkowicie się zmienił. Wiedziała, że doszedł do miejsca, w którym jest mowa o dziecku. Jej dziecku! Zamknęła oczy i usiłowała zwolnić oddech, aby uspokoić przyspieszone bicie serca.
- Do diaska, to szokujące.
Rebeka odchrząknęła, szukając na jego twarzy promyka nadziei.
- Więc wierzysz, że to prawda? Dziecko zostało oddane?
- Och, kochanie.
Współczucie w głosie Daniela sprawiło, że się rozkleiła. Łzy popłynęły jej po policzkach i wstrząsnął nią szloch.
Daniel bez słowa przytulił ją do siebie. Rebeka oparła się na nim i schowała twarz w jego koszuli. Poczuła delikatny zapach tytoniu, krochmalu i wody kolońskiej - była to mieszanka, która w dziwny sposób dodawała jej otuchy.
- Po wszystkim, co przeszłaś, tak bardzo chciałbym ci oszczędzić jeszcze tego bólu - wyszeptał.
- Wiadomość o tej zdradzie to dla mnie katusze... a jednak. ..
Szloch Rebeki powoli ustawał, w miarę jak zaczynała zdawać sobie sprawę z konsekwencji swojego odkrycia.
- Nie rozumiem, dlaczego matka i ojciec mi to zrobili, i szczerze mówiąc, za bardzo mi się kręci w głowie, żebym była w stanie pomyśleć, czy mogę wybaczyć im rolę, jaką odegrali w tym okrutnym oszustwie. Ale to cudowne, że ból i gorycz, które najpierw poczułam, nie zniszczyły radości z tej nowiny.
- Radości?
Rebeka uśmiechnęła się, a ostatnia łza popłynęła jej po policzku.
- Ona żyje! Moja słodka dziewczynka, to co najlepsze ze mnie i z Philipa żyje!
- I wygląda na to, że jest córką hrabiego - wtrącił Daniel sucho.
To nie miało znaczenia. Rebeka zdawała się nie brać tego pod uwagę.
- Muszę ją odnaleźć. Moje kochane maleństwo. Chociaż właściwie nie jest już maleństwem. Ma sześć lat. Danielu, proszę cię, pomożesz mi?
Długo milczał. Zawsze podejrzewała, że brat miał wyrzuty sumienia, że nie było go wtedy, kiedy mógłby wesprzeć ją w burzliwym okresie jej życia. Jako dzieci byli bardzo zżyci, ale mijający czas i fizyczna odległość, która ich dzieliła, źle wpłynęły na ich wzajemne relacje.
Rebeka zdała sobie sprawę, że poza powierzchowną wiedzą o jego sukcesach finansowych bardzo niewiele wie o mężczyźnie, na jakiego wyrósł jej brat. Prawie nic nie wiedziała o jego przekonaniach i poglądach. Jako dorośli byli sobie w zasadzie obcy. Czy uważał, że rodzice działali w jej najlepszym interesie? W najlepszym interesie dziecka?
Czy odmówi jej prośbie o pomoc albo, jeszcze gorzej, każę jej całkowicie zignorować tę sprawę? Cisza trwała tak długo, że Rebeka zaczęła się bać odpowiedzi brata.
- Nigdy nie rozmawialiśmy o twoim dziecku, Rebeko. -Głos Daniela ochrypł od tłumionych emocji. - Ojciec napisał do mnie najpierw, żeby zawiadomić o dziecku, a potem o tym, że zmarło. W żadnym z listów niewiele było szczegółów. Powiesz mi, co się stało?
Prośba zaskoczyła Rebekę, wyzwalając lawinę uczuć. Wspomnienia z przeszłości były trudne do zniesienia, pełne szarpiącego bólu, żalu i smutku. Jeśli jednak chciała, żeby Daniel jej pomógł, miał prawo usłyszeć prawdę.
Obawiając się, że nogi odmówią jej posłuszeństwa, usiadła na krześle przy biurku ojca.
- Bardzo się z Philipem kochaliśmy. Był wspaniałym człowiekiem. Dobry, inteligentny, ambitny. Przystojny. Szkoda, że go nie poznałeś. Polubiłbyś go, Danielu, jestem tego pewna.
Uśmiechnął się, ale wciąż milczał. Rebeka mówiła dalej: - Byłam w siódmym niebie, kiedy Philip poprosił mnie, abym została jego żoną, i bardziej niż zachwycona, kiedy ojciec nas pobłogosławił. Philip dopiero zaczynał karierę jako adwokat, ale jego przyszłe powodzenie wydawało się pewne. Zaręczyliśmy się, a potem dość niechętnie zgodziliśmy się ze stanowczym zdaniem ojca, że lepiej będzie zaczekać, aż Philip zdobędzie lepszą pozycję finansową, zanim weźmie na siebie ciężar utrzymania rodziny. Trudno było czekać na ślub. Mnie chyba tak samo jak Philipowi. Strasznie za sobą tęskniliśmy, kiedy byliśmy rozdzieleni, i stale spiskowaliśmy, aby pobyć ze sobą sam na sam. Nie brakowało nam sprytu i przeważnie się udawało. Ale poza miłością, jaka nas łączyła, była też ogromna namiętność, więc pewnej nocy... sprawy... wymknęły się spod kontroli.
- Czy wywierał na ciebie presję? Zmuszał cię?
Rebeka się żachnęła.
- O nie. W żadnym wypadku. Szaleliśmy za sobą; oboje w równym stopniu rozkoszowaliśmy się... fizycznym wyrażaniem naszej miłości i przywiązania. Moim zdaniem było to wspaniałe, radosne i piękne.
Policzki pałały jej z zażenowania, ale Rebeka nie żałowała swoich słów. Chciała, aby brat wiedział, jak głęboką miłość i oddanie czuli do siebie z Philipem.
- Niestety, twoje szczęście miało konsekwencje - przerwał jej Daniel.
- Właśnie.
Rebeka poczuła, że gardło jej się ściska na wspomnienie, jak trudno było jej uwierzyć, że zaszła w ciążę. Pamiętała też wstyd, jaki czuła, stojąc przed rodzicami, jak skazaniec wyznający swoje przestępstwa, kiedy mówiła im, że spodziewa się dziecka.
- Philipowi zaproponowano bardzo obiecujące stanowisko w firmie prawniczej w Salisbury i wszyscy zgodziliśmy się, że powinien je przyjąć. Wyjechał z Taunton, zanim zorientowałam się, wjakim jestem stanie, więc musiałam wyjaśnić mamie i ojcu, że naszą umowę co do odłożenia ślubu trzeba zmienić. Powinien się odbyć znacznie wcześniej, niż planowaliśmy.
- Ale ślubu nie było - cicho powiedział Daniel.
- Nie. Zdarzył się wypadek. Zawalił się dach budynku, w którym znajdowały się biura Philipa. Większość urzędników była akurat poza firmą, ale Philip pracował przy swoim biurku. Powiedziano mi, że zginął na miejscu. - Stłumiła płacz. - Byłam niepocieszona, odrętwiała z rozpaczy. Strata Philipa była katastrofą, której nie potrafiłam zrozumieć, a przecież trzeba było jeszcze pomyśleć o nienarodzonym dziecku.
- Kto postanowił, że powinnaś jechać do ciotki Mildred? -zapytał Daniel i skrzyżowawszy ramiona, oparł się o biurko.
- Chyba matka. A może ojciec? Prawdę mówiąc, nie pamiętam, kto pierwszy mi to podsunął. W miarę upływu czasu stało się oczywiste, że nie mogę w tej sytuacji zostać w Taunton. Wydawało się wtedy, że możliwość wyjazdu do Kornwalii pod opiekę ciotki Mildred była darem niebios.
- To był jedyny rozsądny wybór - zgodził się Daniel.
- Czyżby? Ufałam im: rodzicom i ciotce Mildred. Wierzyłam, że mi pomogą. - Rebeka zamrugała, aby powstrzymać łzy. - Tymczasem oni mnie oszukali. Zdradzili.
Daniel westchnął.
- Powiedzenie ci, że dziecko zmarło, było okrutne. Ale czy mieli jakiś wybór? Wybacz mi, ale muszę cię spytać, co planowałaś zrobić z tym dzieckiem? Czy naprawdę wierzyłaś, że będziesz mogła je zatrzymać i wychować jako własne?
Rebeka wzruszyła bezsilnie ramionami.
- Byłam w głębokiej rozpaczy, Danielu, żyłam z dnia na dzień. Nie byłam w stanie zastanawiać się nad niczym, co wykraczało poza chwilę obecną. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co będzie, kiedy dziecko przyjdzie na świat. Zakładałam, że decyzja zostanie podjęta wkrótce po porodzie. Poza tym uważałam, że będę miała udział w jej podjęciu. - Mówiła coraz ciszej. -Złamałam zasady i wiedziałam, że drogo zapłacę za swój błąd. Ale nigdy nie spodziewałam się zdrady ze strony tych, których kochałam i którym ufałam. Mój Boże, ależ byłam głupia.
- Wszyscy kiedyś popełniliśmy jakieś głupstwo.
Rebeka pochyliła głowę, doceniając wysiłki brata, aby ją podnieść na duchu.
- Co było, minęło. Roztrząsanie przeszłości nic mi nie pomoże. Ale dostałam drugą szansę, okazję, aby zobaczyć, przytulić i kochać to dziecko. Muszę ją znaleźć. Muszę się z nią zobaczyć. Proszę cię, czy możesz mi pomóc?
Przez twarz Daniela przemknął szybko stłumiony wyraz obawy.
- Osiem lat mieszkałem poza Anglią, ale nawet ja słyszałem o hrabim Hampton. Jest potężnym, bogatym człowiekiem i ma wpływowych przyjaciół. To nie będzie łatwe.
- Tego się nie spodziewam - odpowiedziała, a na jej ustach zagościł smutny, gorzki uśmiech. - Wiem tylko tyle, że warto spróbować.
Cameron Sinclair, hrabia Hampton, miło spędzał popołudnie w swoim klubie, czytając najnowszy numer „Timesa”, z kieliszkiem wyśmienitego porto w ręce. Ze względu na to, że jego rodzina składała się z samych kobiet i to one - jego matka, siostra i córka - tam dominowały, po pewnym czasie stwierdził, że dla zachowania równowagi psychicznej musi od czasu do czasu szukać towarzystwa wyłącznie męskiego.
- To do pana, milordzie.
Zdziwiony Cameron wyjrzał zza gazety i podniósł liścik ze srebrnej tacy, którą trzymał służący. Zaproszenia na spotkania towarzyskie, jak również listy w interesach wysyłano mu do domu. Po raz pierwszy otrzymał tak formalny dokument w klubie.
Z ciekawością złamał nieznaną mu pieczęć.
Pan Daniel Tremaine prosi o prywatne spotkanie w bardzo pilnej sprawie natury osobistej.
Także nazwisko było hrabiemu obce.
- Czy dżentelmen, który dał panu tę notkę, jest tutaj?
- Tak, milordzie.
Służący nisko się ukłonił i dyskretnie wskazał elegancko ubranego młodego człowieka. Był wysoki, szczupły, miał krótkie ciemne włosy i przystojną twarz o nieco kanciastych rysach. Cameron ocenił go na dwa lub trzy lata młodszego od siebie. Nie rozpoznał go, co jeszcze bardziej pogłębiało tajemnicę.
- Czy jest członkiem klubu White’s? - zapytał hrabia.
- Nie, milordzie. Wszedł jako gość księcia Aylesford.
Cameron z zainteresowaniem uniósł brwi. Książę był człowiekiem przenikliwym, znanym z udanych inwestycji w interesach, a także z wysokich wymagań w dobieraniu sobie towarzystwa. Niewielu mogło liczyć na to, że wyświadczy im taką osobistą przysługę.
- Niech pan powie panu Tremaine’owi, że się z nim spotkam. - Cameron złożył gazetę. - Czy jest gdzieś jakiś pokój, gdzie możemy porozmawiać na osobności?
- W tej chwili wolny jest narożny gabinet. Odprowadzę tam tego dżentelmena i przypilnuję, aby nikt panom nie przeszkadzał.
- Znakomicie.
Hrabia powoli przemierzył klub i stwierdził, że istotnie zaciszny gabinet jest pusty. Po chwili pojawił się nieznajomy dżentelmen.
- Jestem Daniel Tremaine - powiedział, podając mu rękę.
Z miłym wyrazem twarzy Cameron uścisnął mu dłoń.
- Pana liścik mówi coś o pilnej, osobistej sprawie. Ale ma pan nade mną przewagę, panie Tremaine. Nie przypominam sobie, żebyśmy się kiedykolwiek poznali.
- Właściwie jesteśmy spokrewnieni, choć to raczej dalekie powinowactwo. W czwartym albo piątym pokoleniu, jak mi się wydaje.
- Aha - odparł Cameron obojętnie.
Być może Tremaine chce powołać się na to wątpliwe powinowactwo, aby prosić o jakąś przysługę, więc hrabia postanowił, że mu ją wyświadczy, jeśli prośba będzie w miarę rozsądna.
- Podobno jest pan gościem Aylesforda.
- Tak. Współpracujemy z księciem w kilku przedsięwzięciach, które okazały się dla obydwu stron korzystne.
Tremaine powiedział to całkiem po prostu, bez żadnego nacisku.
- Bardzo mnie intrygują udane interesy - odpowiedział Cameron z sympatycznym uśmiechem. Potrafił docenić delikatność ze strony osób szukających inwestorów. - Wszystkie propozycje są jednak najpierw przeglądane przez mojego specjalistę. Mogę panu podać jego nazwisko i adres, jeśli chce pan wysłać raport, który chciałby pan poddać mojej rozwadze.
Między brwiami Tremaine’a pojawiła się zmarszczka.
- Nie jestem tu, aby rozmawiać o interesach. Sprawa jest osobista, i prawdę mówiąc, raczej delikatnej natury. Dotyczy pana córki, Lily.
Pukanie do drzwi poprzedziło wejście służącego, który wniósł na tacy karafkę z winem i dwa kieliszki. Tremaine odmówił. Cameron również. Hrabia wymienił ze służącym spojrzenie, niecierpliwie mrużąc oczy. Rozumiejąc rozkaz, służący szybko opuścił pokój.
- Moja córka ma dopiero sześć lat, panie Tremaine. Niemożliwe, aby miał się pan jej oświadczać.
- Wiem, ile ma lat - odpowiedział Tremaine sucho. -Wiem także, że nie jest pan jej naturalnym ojcem.
Cameron utkwił wzrok w rozmówcy, patrząc na niego ze spokojem i pewnością siebie. Tremaine odwzajemnił to spojrzenie.
- Nonsens - zdecydowanie odrzekł Cameron, ponieważ nie miał pojęcia, co innego mógłby powiedzieć.
- Żaden nonsens. To prawda i obaj o tym wiemy.
Zapadła niezręczna cisza, w trakcie której hrabia patrzył na Tremaine’a nieprzyjaznym wzrokiem.
- Czy to szantaż, panie Tremaine? Mówił pan, że pana interesy są lukratywne. Czy w ten sposób zbudował pan swoją fortunę?
Tremaine nawet nie mrugnął.
- To dziwne, milordzie, że pan nie zaprzecza.
Cameron zrobił, co mógł, aby odpowiednio zareagować.
- Przeczenie dodałoby tylko wiarygodności pana oburzającemu kłamstwu.
Z nieprzeniknionym wyrazem twarzy Daniel Tremaine pochylił się ku niemu.
- Sześć lat temu, w Kornwalii, dwudziestego szóstego sierpnia Mildred Blackwell dała państwu pod opiekę noworodka, dziewczynkę. Powiedziała, że matka dziecka jest niezamężna, szlachetnie urodzona i potrzebuje pomocy. Z jakichś powodów pan i pańska żona postanowiliście pomóc. Kiedy jednak następnej wiosny przywieźliście dziecko do Londynu, ogłosił pan, że dziewczynka, która ma na imię Lily, jest waszą córką, a urodziła ją pańska żona.
Cameron poczuł ucisk w klatce piersiowej. Z wielkim trudem zebrał wszystkie siły, aby nie stracić panowania nad sobą i nie zerwać się z krzesła.
Dobry Boże, czy ten człowiek wie o wszystkim?
- A z jakiego powodu to pana interesuje, Tremaine?
- Matka Lily jest moją siostrą.
Po raz pierwszy na twarzy Tremaine’a pojawił się ślad emocji. Odchylił się i mocniej oparł na krześle, i wtedy przez moment wydał się bezbronny. Potem w okamgnieniu powróciła jego determinacja. Cameron nie był zdziwiony, że Tremaine odnosi tak duże sukcesy w interesach. Umiejętność opanowania i ukrycia emocji stanowiła nie lada talent.
Hrabia odchrząknął.
- Czego pan chce?
- Moja siostra, Rebeka, pragnie poznać swoją córkę.
Pełna złości i niedowierzania reakcja hrabiego była instynktowna i błyskawiczna.
- Jedno musi pan zrozumieć w pełni i bez zastrzeżeń. Lily jest moją córką. Nie jest córką pana siostry.
- Zrozumiałem.
Aby opanować nerwy i zyskać na czasie, Cameron uważnie poprawił i tak nienaganne mankiety koszuli.
- Proszę mnie oświecić. Co pana siostra spodziewa się osiągnąć?
Cień wątpliwości zagościł w oczach Tremaine’a.
- Chce tylko zobaczyć się z dzieckiem.
- Lily ma sześć lat. Trochę późno jak na wybuch uczuć macierzyńskich.
Tremaine zmarszczył brwi ze złością.
- Tym razem nie zareaguję na tak niedelikatną uwagę, milordzie, ale ostrzegam pana, aby to się nie powtórzyło. Rebece powiedziano, że dziecko umarło. Dopiero niedawno odkryła, jakie były jego losy.
- Jak to możliwe? - zapytał Cameron z niedowierzaniem.
- Mildred Blackwell była naszą cioteczną babką. Napisała do naszych rodziców, przedstawiając plan oddania dziecka panu. Dopiero niedawno list odnalazł się wśród osobistych zapisków mojego ojca.
Hrabia wstał z krzesła.
- Nie jestem całkiem nieczuły na tragiczne przeżycia pana siostry, proszę jednak wziąć pod uwagę moją sytuację. Trzy lata temu straciłem żonę. Christina uwielbiała naszą córkę, a Lily była bardzo przywiązana do matki. Chociaż była tak mała, śmierć Christiny stanowiła dla niej przerażające i bolesne przeżycie. Przystosowała się do sytuacji, co jest normalne u dzieci, a teraz kobiecą opieką i miłością obdarzają ją babki i moja siostra Charlotte, która jest niezamężna i mieszka z nami. Z całą stanowczością odmawiam narażania Lily na cokolwiek, co mogłoby wytrącić ją z równowagi lub przysporzyć jej cierpienia. Nade wszystko będę chronił moją córkę.
Tremaine wstał.
- Rebeka nie chce jej skrzywdzić.
Cameron skrzywił się z niedowierzaniem.
- Nie jestem przekonany.
- To wszystko, co mam do powiedzenia. - Tremaine skłonił głowę. - Chciałbym jeszcze tylko obiecać, że Rebeka nie wyjawi pana córce, kim jest.
Cameron poczuł nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Jego pierwszym odruchem było kazać wyrzucić tego człowieka z klubu, ale wiedział, że musi panować nad emocjami. Choć Tremaine nie należał do arystokratycznego towarzystwa, było jasne, że jest znakomitym przeciwnikiem. Takim, który ma pieniądze i inne środki, nie wspominając już o wpływowych znajomych jak książę Aylesford.
- Muszę mieć czas, aby zastanowić się nad pańską prośbą - warknął Cameron, zły, że musi pójść na kompromis. Wiedział jednak, że w zasadzie nie ma innego wyboru. - Dam panu znać, co zadecydowałem za dwa tygodnie.
- Nie. Muszę mieć odpowiedź pod koniec tego tygodnia - odparł Tremaine. - Zasięgnąłem informacji i słyszałem, że jest pan przyzwoitym, honorowym człowiekiem. Proszę, aby okazał pan współczucie, zrozumiał ból i cierpienie mojej siostry i pozwolił jej na spełnienie tak prostego życzenia.
Cameron westchnął, stwierdzając, że pewnie lepiej będzie załatwić tę sprawę wcześniej niż później.
- Skontaktuję się z panem w piątek i dam znać, co postanowiłem.
- Dziękuję. - Tremaine ukłonił się z szacunkiem i skierował w stronę drzwi, ale zanim wyszedł, po raz ostatni spojrzał na hrabiego oczami płonącymi zdecydowaniem. - Rozumiem, że dość nagle znalazł się pan w niewygodnym położeniu. Takim, którego trudno panu pozazdrościć. Ale kiedy zastanawia się pan, jaką podjąć decyzję, proszę, aby wziął pan pod uwagę pewien niezwykle istotny fakt, lordzie Hampton. List Mildred Blackwell wskazujący pana jako człowieka, któremu oddano dziecko, jest w moim posiadaniu.
Cameron wyszedł z klubu White’s w paskudnym humorze. Właściwie wypadł z niego jak burza, nie zważając na pozdrowienia przyjaciół i znajomych, po czym stanął przy schodach wejściowych w oczekiwaniu na przyprowadzenie jego wierzchowca. Gdy go dosiadł, ruszył z kopyta w stronę domu. Nie miał jednak odwagi zanadto się rozpędzać. Całą drogę żałował, że nie jest w którejś ze swoich podmiejskich posiadłości, gdzie mógłby ruszyć galopem i w ten sposób rozładować wzburzenie.
Małżeństwo hrabiego było zaaranżowane: chodziło o połączenie rodzin i majątków. Cameron uważał się jednak za szczęściarza, bowiem w kilka miesięcy po ślubie bez pamięci zakochał się w swojej uroczej żonie. Z wzajemnością. Od tej pory ich małżeństwo było wypełnione namiętną miłością i szczęściem. Ale na to skądinąd idealne życie padł cień, gdy okazało się, że Christina nie może mieć dzieci.
Nie miała problemu z zajściem w ciążę, ale nie mogła jej donosić. Gdy po raz czwarty spodziewała się dziecka, pojechali do posiadłości hrabiego w Devon. Lekarz hrabiny był zdania, że wiejskie powietrze, spokojny tryb życia i zdrowe otoczenie powinny położyć kres ich niepowodzeniom.
Niestety, mylił się. Christina straciła dziecko w zaawansowanej ciąży i pogrążyło ją to w głębokiej depresji. Oddzieleni od świata, okryci żałobą, ukryli ten fakt przed rodziną. Tak więc list dalekiej krewnej, Mildred Blackwell, z prośbą o pomoc w znalezieniu domu dla nieślubnego dziecka potraktowali jak zrządzenie opatrzności.
Zmiana w zachowaniu Christiny była natychmiastowa. Smutek uleciał, gdy z niecierpliwością czekała, aby zaopiekować się dziewczynką. Camerona radowało wszystko, co sprawiało, że jego żona czuje się szczęśliwa. W ten oto sposób zostali rodzicami.
Sprawy potoczyły się swoim biegiem. Nie planowali nikogo oszukiwać, że dziewczynka jest ich naturalnym dzieckiem. W ich posiadłości w Devon było niewielu służących, a jeszcze mniej osób wiedziało, że hrabina nie donosiła ciąży. Początkowo po prostu nie podzielili się z nikim smutną nowiną, a kiedy na wiosnę przywieźli Lily do Londynu, nie myśleli już o tym, jak została ich córką.
Wszyscy komentowali uderzające podobieństwo dziewczynki do Christiny i ani ona, ani hrabia nie widzieli powodów, dla których mieliby kogokolwiek wyprowadzać z błędu. Nawet najbliższej rodziny.
Z biegiem czasu mogłoby się to zmienić, ale Christina zachorowała i uwaga całego otoczenia skupiła się na niej, a radość i podniecenie, które towarzyszyły wychowaniu dziecka, zeszły na drugi plan. Choroba przeciągała się i nasilała. W miarę jak Christina coraz bardziej zapadała na zdrowiu, to właśnie obecność Lily pozwoliła im zachować równowagę psychiczną i była jedynym źródłem radości i śmiechu w ich domu.
A kiedy Christina zmarła... Cameron zamknął oczy, takjakby w magiczny sposób miało go to uwolnić od bolesnych wspomnień, które nie opuszczały go od trzech lat.
Gdyby nie Lily, prawdopodobnie oszalałby z rozpaczy. Jego mała dziewczynka była jedynym powodem, dla którego zmuszał się co dnia, aby cokolwiek robić. Wstać z łóżka, ubrać się, ogolić i podjąć wysiłek codziennych zajęć.
Jego miłość do dziewczynki była wszechogarniająca i bezwarunkowa. Pod każdym istotnym względem Lily była jego córką, więc, jak powiedział Tremaine’owi, miał zamiar chronić ją za wszelką cenę.
Kiedy Cameron z wprawą zaczął się przedzierać przez zatłoczone ulice, zerwał się zimny grudniowy wiatr. Hrabia skręcił na Grosvenor Square i kłusem wjechał w bramę swej londyńskiej rezydencji. Zsunął się z siodła i rzucił wodze oczekującemu już stajennemu.
Drzwi wejściowe otworzyły się, zanim jeszcze zdążył do nich dotrzeć.
- Gdzie jest panienka Lily? - zapytał, oddając szpicrutę, kapelusz, rękawiczki i płaszcz czekającemu kamerdynerowi.
Służący otworzył usta, aby odpowiedzieć, ale jego słowa utonęły w radosnym pisku dochodzącym z samej góry krętych schodów.
- Tatusiu! Nareszcie wróciłeś!
Hrabia uśmiechnął się na to miłe przywitanie, ale w duszy uświadomił sobie, że zachowuje się nieco sztucznie. Mimo to cieszyła go nieposkromiona radość dziewczynki, która w podskokach zbiegała ze schodów.
- Lily! - Głos jego siostry, Charlotte, która stała na półpię-trze, przeniknął cały dom. - Uważaj. Schody mogą być śliskie.
Lily zignorowała ostrzeżenie ciotki i zeskoczyła z ostatniego schodka na marmurową posadzkę holu. Odzyskując równowagę, wyprostowała się, dygnęła, a następnie podskoczyła do pocałunku.
- Och, tatusiu, twoja broda jest szorstka i drapie - jęknęła, ale i tak nadstawiła się do drugiego pocałunku.
Cameron objął ją jeszcze mocniej.
- Cześć, koteczku, jak ci minął dzień?
Dziewczynka odsunęła się i popatrzyła na niego zdumiona.
- Masz jakiś dziwny głos, tatusiu. Czy boli cię gardło?
Cameron przełknął ślinę i pokręcił głową. Jego głos ochrypł z emocji, gdy ją obejmował. Chęć, aby zaryglować drzwi i kazać sobie przynieść pistolet, omal nie zabiła w nim zdrowego rozsądku, tak przemożna była potrzeba chronienia dziewczynki.
- To pewnie z zimna mam taki dziwny głos - odpowiedział tym razem lekko. - Wiatr dzisiaj szaleje.
Dziewczynka z ufnością przyjęła jego tłumaczenie, a jej jasne loczki podskoczyły jak sprężynki.
- Musisz nosić szalik, kiedy jest tak zimno. Ciotka Charlotte zawsze mi to powtarza.
* - Ciotka Charlotte zna się na takich sprawach.
Spojrzał na schody, po których powoli, kulejąc i przystając na każdym stopniu, schodziła jego siostra Charlotte. Urodziła się ze zniekształconym stawem biodrowym i jedną nogę miała trochę krótszą. Utykanie nasilało się w chłodne i wilgotne dni.
- Pani James ma migrenę - powiedziała Charlotte, kiedy wreszcie zeszła ze schodów. - Zaproponowałam, że przez całe popołudnie zaopiekuję się Lily.
- W przedszkolu mieliśmy przyjęcie z lemoniadą i moimi ulubionymi kremówkami - oznajmiła Lily. - Ale było marnie, bo nie miałyśmy męskiego towarzystwa.
- Męskiego towarzystwa? - powtórzył hrabia, unosząc brwi. - A gdzież to usłyszałaś takie wyrażenie?
- Od mojej najlepszej przyjaciółki, Jane Grolier. Ona ma prawie osiem lat i wie mnóstwo ważnych rzeczy. Jej guwernantką jest siostra pani James. Bawimy się razem w parku.
- Jest córką wicehrabiego Harding - dodała Charlotte.
- Wygląda mi na bardzo śmiałą dziewczynkę.
- Och, jest śmiała! - odpowiedziała wesoło Lily. - Jane ma trzy siostry i dwóch braci. Chciałabym, żebyś ją poznał. Powiedziała, że jeśli będzie miała okazję zostać przedstawiona hrabiemu, musi zabrać ze sobą swoją starszą siostrę. A kiedy jej siostra cię zobaczy, będzie chciała wyjść za ciebie za mąż. Wiedziałeś, że jesteś świetną partią, tatusiu? Jane tak powiedziała.
Dobry Boże! Cameron rzucił w stronę swojej siostry zagniewane spojrzenie. Charlotte bezradnie wzruszyła ramionami.
- Jane jest najmłodsza spośród swojego rodzeństwa - powiedziała, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
- Nie jestem pewien, czy to dobre towarzystwo dla Lily - odparł hrabia szeptem.
- Jane jest nad wyraz rozwiniętym dzieckiem, ale równocześnie jest grzeczna i ma dobre maniery. W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy do Windmere, aby rozpocząć obchody Bożego Narodzenia, więc przez prawie miesiąc dziewczynki będą rozdzielone. Myślę jednak, że moglibyśmy ograniczyć ich spotkania do tego czasu, jeśli tak sobie życzysz - odpowiedziała Charlotte nieco sceptycznie. - Ale uważam, że Lily bardzo by się zmartwiła.
Hrabia spojrzał na córkę. Była poza zasięgiem głosu, ponieważ bawiła się w holu, przeskakując na jednej nodze po płytkach czarnego marmuru ułożonej w szachownicę posadzki.
- Możemy poczekać. Mimo to oczekuję, Charlotte, że będziesz miała oko na tę obiecującą przyjaźń.
- Oczywiście. Wiesz, że chcę jak najlepiej dla Lily.
- Wiem. - Hrabia pochylił się i delikatnie pocałował siostrę w czoło. Zbyt ostro zareagował przez to burzliwe spotkanie w klubie White’s. Nie powinien wyładowywać złego humoru na Charlotte.
Jego siostra była z natury nieśmiała, a ponadto chroniona i rozpieszczana od urodzenia. Ułomność nie tylko ograniczała jej aktywność fizyczną, ale również relacje towarzyskie. Zazwyczaj miała trudności z wyrażaniem swojego zdania. Nawet w stosunku do brata.
- Czy musisz teraz pracować, tatusiu?
- Przez kilka godzin, ale pewnie dołączę do was przy obiedzie.
- Przebierzesz się?
- Jeśli sobie tego życzysz. - Hrabia szeroko się uśmiechnął. Lily ostatnio bardzo interesowała się modą i ogromnie spodobał jej się pomysł noszenia eleganckich strojów do obiadu.
- Och tak. Proszę. Ja włożę nową żółtą sukienkę z trzema falbankami z koronki na dole.
- Jestem pewien, że będziesz wyglądała olśniewająco.
- Mam nadzieję. - Z głową zaprzątniętą strojem, Lily w podskokach wbiegła na schody.
Kiedy Charlotte odwracała się, aby pójść za nią, Cameron zauważył, że nieco spochmurniała.
- Czy coś się stało? - zapytał.
Charlotte się zawahała.
- No cóż. Chyba trochę przesadzasz, pozwalając tak małej dziewczynce jak Lily przebierać się do obiadu.
- Nieszkodliwa zabawa - odparł. - Poza tym to ją uszczęśliwia.
- Możliwe. - Charlotte opuściła wzrok, co go zdenerwowało, ponieważ nie widząc jej oczu, Cameron nie był w stanie zgadnąć, co naprawdę myśli.
- Pospiesz się, ciociu Charlotte! Potrzebuję cię!
Donośny głos Lily, który dobiegał z góry, rozbrzmiewał dziecięcym podekscytowaniem.
Cameron zobaczył, jak siostra otwiera usta, a po chwili je zamyka.
- Gdybym teraz podniosła głos na Lily, pouczając ją, że młoda dama nie powinna tak krzyczeć, nie byłaby to najlepsza lekcja wychowania - zauważyła Charlotte z przepraszającym uśmiechem. - Powiem jej po prostu, że jest to coś, czego Jane Grolier nigdy by nie zrobiła.
- Genialne.
Charlotte spojrzała przez ramię na Camerona i uśmiech-nęła się szeroko, a potem powoli, ostrożnie weszła po schodach. Hrabia przeszedł przez hol do swojego gabinetu i bardzo się ucieszył, widząc, że jego sekretarz, Robert Bains, jest tam jeszcze, pochłonięty pracą. Starszy pan na widok hrabiego odłożył pióro i zaczął wstawać, ale Cameron gestem dał mu znak, aby siedział.
- Przeglądałem raporty i wpływy z fabryki włókienniczej w Lancashire, milordzie - powiedział sekretarz. - Porobiłem notatki na marginesach. Jeśli pan sobie życzy, może się pan teraz z nimi zapoznać.
- To może poczekać.
Cameron był zbyt wzburzony, aby usiąść, przechadzał się więc nerwowo za plecami sekretarza.
- Mam dużo pilniejszą i delikatniejszą sprawę, która wymaga pana natychmiastowej uwagi.
Baines podniósł pióro i w bałaganie na biurku zaczął poszukiwać czystej kartki papieru.
- Potrzebuję informacji o dwóch osobach, bracie i siostrze. Są to Daniel Tremaine i Rebeka Tremaine.
Sekretarz znalazł kartkę i zanotował.
- Czy chciałby pan, abym zatrudnił policjanta z Bow Street?
- Nie, nie. - W Cameronie walczyła potrzeba szybkiego zdobycia informacji z równie ważną koniecznością zachowania dyskrecji. Aktualnie tylko trzy żyjące osoby znały prawdę o Lily: on, Daniel i Rebeka.
Ostatnią rzeczą, której mógł pragnąć, to policjant z Bow Street, który by węszył wokół tej sprawy. Sekrety dużo łatwiej jest utrzymać w tajemnicy, gdy wie o nich niewiele osób.
- Chciałbym, żebyś zajął się tą sprawą osobiście, Baines.
- Co dokładnie chciałby pan wiedzieć o tej dwójce? -zapytał sekretarz.
- Tremaine to człowiek interesu. Wygląda na to, że odniósł wiele sukcesów. Chciałbym się dowiedzieć, gdzie i w jaki sposób dorobił się fortuny i co dokładnie robił przez ostatnie sześć lat. - Cameron oparł się na rogu biurka. - Jeśli chodzi o jego siostrę, chciałbym, abyś znalazł jak najwięcej szczegółów na temat historii jej rodziny, gdzie dorastała, gdzie obecnie mieszka, z kim się przyjaźni. Tego rodzaju rzeczy. Jeśli któreś z nich było obiektem jakichś plotek, mniej czy bardziej prawdopodobnych... także chciałbym o tym wiedzieć.
Sekretarz zrobił jeszcze kilka notatek i rzucił ukradkowe spojrzenie na hrabiego.
- Jeśli mogę spytać, czy rozważa pan zatrudnienie pani Tremaine na stanowisku pomocy domowej?
- Niezupełnie. - Cameron zmarszczył brwi. - Potrzebuję tych informacji jak najszybciej, ale najważniejsza jest w tej sprawie dyskrecja, Baines. Nie chcę, żebyś wzbudził jakiekolwiek podejrzenia, kiedy będziesz je zbierał, a przede wszystkim, nie chcę, aby ktokolwiek się o tym dowiedział. Zrozumiałeś?
- Może pan na mnie liczyć, milordzie. - Sekretarz zebrał swoje papiery i odwrócił się w kierunku drzwi. - Jeśli pan pozwoli, niezwłocznie zajmę się tą sprawą.
Cameron skinął głową. Baines pracował u niego prawie dziesięć lat i zawsze wykonywał swoją pracę rzetelnie. Jego lojalna służba była kolejnym dowodem na to, że zatrudnianie fachowców i hojne ich opłacanie to najlepszy sposób na prowadzenie interesów. Cameron był niemal gotów sam się zająć poszukiwaniami, ale wiedział, że Baines nadaje się do tego najlepiej i na pewno poradzi sobie z tak delikatną sprawą.
Gdy hrabia został sam, próbował się uspokoić i przeczytać raport z fabryki włókienniczej, który mu zostawił Baines, ale wszelkie starania okazały się bezskuteczne. Jego oczy widziały i czytały słowa, ale jego umysł nie pojmował znaczenia zdań.
Głowę miał zajętą odgrywaniem w wyobraźni spotkania z Tremaine’em i obmyślaniem strategii na przyszłość. Przez moment hrabia zastanawiał się nad przekupieniem obojga, ale jeśli Tremaine był tak zamożny, jak przypuszczał, pieniądze nie były dla nich pokusą.
Zdegustowany, znowu zaczął nerwowo chodzić po gabinecie, ale wkrótce zorientował się, że od zaciskania pięści aż mu ścierpły palce. To było bez sensu. Potrzebował jakiegoś planu. Informacje, które zdobędzie Baines, będą użyteczne, ale hrabia wiedział z dzisiejszej rozmowy, że niezależnie od wszystkiego, Tremaine’owie łatwo się nie poddadzą.
Cameron obiecał, że w piątek da ostateczną odpowiedź, ale nie był przygotowany na to, aby ta kobieta poznała Lily.
Nie. Najpierw sam musi poznać Rebekę, a ona musi go jakoś przekonać, żeby jej pozwolił na krótkie spotkanie z córką. Jego córką. A może uda mu się zastraszyć pannę Tremaine na tyle skutecznie, że porzuci myśl o poznaniu dziewczynki. Albo jakoś inaczej odwieść ją od tego zamiaru.
Przyszedł mu do głowy pewien pomysł, który wywołał uśmiech na jego twarzy. O tej porze roku było niewiele godnych uwagi spotkań, ponieważ wiele osób z towarzystwa opuściło Londyn i wyjechało do swych wiejskich posiadłości. W najbliższych tygodniach nie zapowiadano żadnych większych przyjęć.
Był jednak pewien, że jeśli wszystko dobrze zorganizuje, uda mu się zaprosić spore grono znajomych na uroczystą kolację. Jego matka z przyjemnością skorzysta z okazji, aby pełnić funkcję gospodyni. Możliwe, że nawet Charlotte da się namówić, aby do nich dołączyć.
Ale co najważniejsze, spotkanie w większym towarzystwie zamaskuje jego prawdziwe intencje, to jest poznanie panny Rebeki Tremaine. Przy odrobinie szczęścia onieśmieli ją swoim bogactwem, władzą i pozycją. Gdyby udało mu się ją odstraszyć, raz dwa będzie po kłopocie. Sprawi mu to wielką satysfakcję. Czując, że sprawa jest pod kontrolą, a plan działania sensowny, Cameron wypadł z pokoju w poszukiwaniu matki. Nie mógł się doczekać, aby wprowadzić swój plan w życie.
Jej nowe atłasowe wieczorowe pantofle były tak miękkie, że Rebeka bezgłośnie wchodziła po kamiennych schodach rezydencji hrabiego Hampton. Przy każdym kroku kurczowo chwytała ramię brata, a jej palce napinały się ze zdenerwowania. Daniel podniósł mosiężną kołatkę, ale zanim zdążył zapukać, drzwi się otworzyły.
- Proszę pana, proszę pani.
- Dobry wieczór. Daniel Tremaine z siostrą, panną Rebeką Tremaine. Jesteśmy oczekiwani.
Kamerdyner, który z kamienną twarzą stał przy drzwiach, ukłonił się, a następnie odsunął, aby umożliwić im wejście do wielkiego holu. Służba pośpiesznie ruszyła, aby wziąć ich okrycia. Lokaj w białej pudrowanej peruce ubrany w czarno--złoty strój stał w gotowości, aby zaprowadzić ich na górę.
- Wydawało mi się, że mówiłeś, że to będzie nieoficjalna kolacja - wyszeptała Rebeka do brata.
- Tak było napisane na zaproszeniu - żachnął się Daniel. -Podejrzewam, że hrabia ma zamiar zrobić na nas wrażenie albo, co bardziej prawdopodobne, przestraszyć nas. A swoją drogą arystokracja zawsze znajdzie powód, aby chwalić się swoim bogactwem i szastać pieniędzmi.
- Danielu, proszę.
Rebeka położyła dłoń na ramieniu brata. Bardzo dobrze znała jego zdanie na temat większości mężczyzn z wyższych sfer. Próżne, głupie darmozjady, nie rozumieją ani nie doceniają wartości uczciwej pracy i żyją tylko dla własnych przyjemności. Przemysł brytyjski rozwija się dzięki pomysłowości i ciężkiej pracy ludzi z niższych sfer.
- Przepraszam. - Daniel ponuro spuścił głowę. - Powinienem dziś zachowywać się najlepiej, jak potrafię.
- Wszystko pójdzie dobrze, jeśli roztoczysz swój czar, okażesz dobre wychowanie i będziesz sympatyczny dla każdego - upomniała go Rebeka, czując pewną ulgę, gdy Daniel twierdząco kiwnął głową.
Rebeka wzięła brata pod ramię i podążyli za lokajem w liberii. Gdy wchodzili po krętych schodach na piętro, Rebeka nerwowo spojrzała na trzecią kondygnację i zaczęła rozglądać się dookoła.
- Wątpię, aby udało ci się dzisiaj gdzieś zobaczyć małą. Odpręż się.
Rebeka opuściła głowę. Oczywiście, jej brat miał rację. Dziewczynka, którą nazwano Lily, o tej porze jest na pewno bezpiecznie ukryta w pokoju dziecięcym albo po prostu już śpi.
Rebeka głęboko westchnęła w nadziei, że ją to uspokoi. Odkąd poznała prawdę o swojej córeczce, minęło kilka ciężkich tygodni, a chęć zobaczenia jej rosła z dnia na dzień. Brat wciąż powtarzał, aby postarała się zachować spokój, ale stawało się to coraz trudniejsze.
Kiedy tylko Daniel upewnił się, że hrabia Hampton jest w swojej londyńskiej rezydencji, natychmiast pojechali do stolicy. Rebeka naiwnie myślała, że od razu będzie mogła zobaczyć Lily. Na szczęście Daniel przewidział, że kontakt z dziewczynką będzie bardzo trudny i nie obiecywał sobie zbyt wiele.
Wiedząc, że zostaną w Londynie przez kilka tygodni, wydzierżawił rezydencję w modnej dzielnicy Mayfair. Było to dużo przyjemniejsze niż mieszkanie w hotelu, ale Rebeka nie dostrzegała piękna otoczenia i ciekawych zabytków. Miała w głowie tylko swoją córeczkę, myślała jedynie o tym, żeby ją wreszcie zobaczyć, przytulić...
Była bardzo strapiona, kiedy Daniel zrelacjonował jej szczegóły pierwszego spotkania z hrabią, ale jej nadzieja odżyła, gdy kilka dni później nadeszło zaproszenie na kolację. Była pewna, że jeśli zrobi dobre wrażenie, niechęć hrabiego natychmiast się ulotni. Spełniłoby się wtedy jej największe pragnienie, aby w końcu, po raz pierwszy w życiu, ujrzeć swoje dziecko.
Weszli do salonu. Rebeka była zadowolona, że może wesprzeć się na ramieniu brata. Onieśmielał ją tłum gości w pięknych drogich strojach. Stali w małych grupach, trzymając w rękach koktajle. Rozmawiali z ożywieniem i często słychać było wybuchy śmiechu.
Przez chwilę Rebece zakręciło się w głowie i poczuła się tak, jakby właśnie postawiła nogę na księżycu. Nic w jej prostym życiu nie przygotowało jej na tego rodzaju wydarzenia. W Taunton, gdzie dorastała, spotkania towarzyskie były dużo skromniejsze i mniej oficjalne. Paraliżował ją brak doświadczenia i wyrobienia towarzyskiego. Jak przetrwa ten wieczór, nie zrobiwszy z siebie idiotki?
- To są tylko ludzie, Rebeko. Nie są od nas lepsi - powiedział półgłosem Daniel, tak, jakby wyczuł jej niepewność.
Mimo często deklarowanej pogardy dla tego opływającego w luksusy towarzystwa, kiedy się w nim znalazł, sprawiał wrażenie niezwykle spokojnego i pewnego siebie. Wzorując się na nim, Rebeka próbowała zachować obojętny, choć uprzejmy i przyjazny wyraz twarzy.
- Pan Tremaine. Dobry wieczór.
- Lord Hampton.
Rebeka starała się opanować panikę i spuściła wzrok. Była tak pochłonięta poskramianiem swojej nieśmiałości, że przeoczyła nadejście hrabiego.
- To z pewnością jest pańska siostra.
Rebeka podniosła wzrok i spojrzała na hrabiego, ale zdawkowe uprzejme powitanie zamarło jej na ustach.
Popatrzyła mu prosto w oczy. Nagle jakby oniemiała, jakby nigdy wcześniej nie spotkała żadnego mężczyzny.
Utonęła w jego wzroku. Piwne oczy podkreślone były gęstymi rzęsami. Miał prosty nos, którego nozdrza delikatnie rozszerzały się nad zmysłowymi ustami. Mocne szczęki i wyraźne kości policzkowe dopełniały obrazu niezwykłej męskiej urody.
Był wysoki, szczupły i świetnie zbudowany. Ubrany w czarny wieczorowy strój, śnieżnobiałą koszulę, miał nienagannie zawiązany krawat i czarną jedwabną kamizelkę.
Po plecach przeszedł jej dreszcz. Mimo iż obiecała sobie, że to nie nastąpi, Rebeka czuła się onieśmielona. Wcześniej spotykała tylko mniej znaczących przedstawicieli arystokracji. Tymczasem hrabia roztaczał wokół siebie aurę siły i potęgi. Sprawiał wrażenie bardziej niebezpiecznego niż inni mężczyźni, zarówno ci z tytułami, jak i ci bez tytułów. Biły od niego męska pewność siebie i niemal zastraszające poczucie władczości.
Wiedziała, że musi przestać wlepiać w niego wzrok. Było to ogromnie niegrzeczne i graniczyło z prostactwem. Tymczasem on też jej się przypatrywał. Tak więc przynajmniej grali ze sobą uczciwie.
- Chciałbym przedstawić panu moją siostrę. Panna Rebeka Tremaine.
- Jestem zaszczycony, że mogę panią powitać w moim domu, panno Tremaine.
Jego niski głos wzbudził w niej dziwną falę ciepła, która spowodowała, że powitalne dygnięcie wyszło jej dość niezgrabnie.
- Dziękuję panu. Jest mi niezwykle miło tu być.
W pobliżu przechodziła akurat zaaferowana starsza pani w wielkim diamentowym naszyjniku. Obrzuciła ich przyjaznym, ale oceniającym spojrzeniem.
- Moja matka, hrabina wdowa - powiedział hrabia. - To są pan Daniel Tremaine i jego siostra, panna Rebeka.
- Miło mi państwa poznać. - Starsza pani uprzejmie się uśmiechnęła, a Rebeka była pod wrażeniem szczerości, z jaką to powiedziała, zwłaszcza że atmosfera była aż gęsta od napięcia.
Zastanawiała się, czy hrabina zna prawdę ojej powiązaniu z Lily, i uznała to za mało prawdopodobne. Jej sposób bycia był zbyt otwarty i przyjazny. Widać było wyraźną różnicę między nią a jej synem, który mówił powoli i ważył każde słowo, zanim je wypowiedział.
Przedstawiono ich gościom, którzy stali najbliżej. Rebeka była zadowolona, że ich uwaga i zainteresowanie skupiają się głównie na Danielu. Kilku mężczyzn wiedziało, co osiągnął w interesach, a wiele kobiet było pod wrażeniem jego urody.
Następnie powoli przeszli po sali, aby poznać resztę gości. Rebeka nie mogła się oprzeć wrażeniu, że większość z nich niecierpliwie czeka na chwilę prywatnej rozmowy z hrabią. Prawiono pochlebstwa, aby zwrócić na siebie jego uwagę. W tym gronie były zwłaszcza młode kobiety. Lub ich matki.
Jego nieświadomość lub też arogancja sprawiały, że zdawał się tego nie zauważać. W skrytości ducha Rebeka podejrzewała, że to jednak arogancja.
Na przyjęciu znajdowało się tak wiele osób, że Rebeka miała trudności z kojarzeniem imion z twarzami. Była jednak pewna kobieta, która zrobiła na niej uderzające wrażenie. Miała na sobie przepiękną suknię z niebieskiego jedwabiu z okrągłym dekoltem, który podkreślał jej piękną szyję. Przedstawiono ją jako lady Marion Rowley, wicehrabinę Cranborne.
- Hrabia Hampton jest moim ciotecznym bratem - zwierzyła się Rebece, kiedy stały blisko siebie. - Nasze matki były siostrami. Obawiam się jednak, że przyznaje się do naszego pokrewieństwa tylko, kiedy musi. Mam okropną skłonność do działania pod wpływem impulsu. Prawdę mówiąc, zdarza mi się być rodzinną skandalistką.
- Wydaje mi się, że hrabia jest człowiekiem dumnym i wyniosłym - stwierdziła Rebeka. -1 chyba należy współczuć każdemu, kto odważy się go zdenerwować.
- Och tak, jego duma nie zna granic. Czy zna go pani od dawna?
- Skądże znowu. Poznałam hrabiego dzisiaj wieczorem.
- Imponujące, panno Tremaine. Ma pani niezwykłą intuicję w ocenie ludzkiego charakteru, zwłaszcza po tak krótkiej znajomości. - Lady Marion dała znak przechodzącemu lokajowi i wzięła dwa kieliszki schłodzonego szampana.
- Na szczęście dla nas wszystkich, lord Hampton słynie również z nieposzlakowanej uczciwości, która nieco łagodzi jego arogancką dumę. Większość ludzi z pewnością stwierdzi, że jest nie tylko silny i zdolny, ale również szczery i prostolinijny. Chociaż bez skrupułów wytykam mu, że wręcz przesadnie się poświęca, aby chronić dobre imię i honor rodziny, jego wsparcie i lojalność wiele razy pomogły mi zachować twarz.
- Pani go lubi? - spytała zaskoczona Rebeka.
- Ogromnie. - Wypiła duży łyk szampana. - Mimo to pierwsza przyznam, że jego arogancja może czasami być bardzo denerwująca.
- Wygląda na to, że ma jej w nadmiarze.
Lady Marion się zaśmiała.
- Bardzo mi się pani podoba, panno Tremaine.
Obiekt ich rozmowy stał na drugim krańcu salonu, otoczony grupką kokietujących go kobiet. Rebeka zaryzykowała spojrzenie w jego kierunku. Przez krótką, trwającą drgnienie serca chwilę odwzajemnił je, a potem zdecydowanie odwrócił wzrok. Spłonęła lekkim rumieńcem.
- Jeśli wolno mi podzielić się z panią moim doświadczeniem, proszę nie tracić czasu ani sił na staranie się o względy Hamptona - powiedziała lady Marion. - Był bez reszty oddany swojej żonie, Christine. Ci, którzy dobrze go znają, szczerze wątpią, czy ponownie się ożeni, choćby tylko po to, żeby przekazać tytuł ewentualnemu synowi.
Twarz Rebeki oblał jeszcze większy rumieniec.
- Zapewniam panią, lady Marion, że nie mam żadnych zamiarów względem hrabiego.
- Moja droga, uraziłam cię. - Lady Marion zmarszczyła brwi. - Tak wiele lat spędziłam na poszukiwaniu mężczyzny, za którego mogłabym wyjść za mąż, aż zapomniałam, że nie wszystkim kobietom tak bardzo zależy, aby złapać bogatego wpływowego męża. Proszę mi wybaczyć.
- Nic nie szkodzi. - Rebeka upiła mały łyk szampana, w duchu czując się zaszczycona pomysłem wicehrabiny, że któryś z tych mężczyzn mógłby się nią zainteresować. Rebeka już od dawna uznała się za starą pannę, na dobre pozbawioną szans na zamążpójście.
- Obawiam się, że jest to brzemię kobiecości. Tak dużo czasu i energii musimy poświęcić, aby zapewnić sobie przyszłość przez małżeństwo - kontynuowała lady Marion. - Znam przynajmniej cztery kobiety, które zmagają się z wyborem między obowiązkami rodzinnymi a szczęściem osobistym. -Potem nachyliła się bliżej i wyszeptała wesoło: - Najdziwniejsze, że ja byłam z nich wszystkich najsprytniejsza. Zakochałam się w wicehrabim Cranborne, który jest bogatszy niż Krezus, i mogłam wyjść za mąż i z miłości, i dla pieniędzy.
Lady Marion sprawiała wrażenie tak szczerze z siebie zadowolonej, że Rebeka odwzajemniła jej uśmiech. Rozmawiały jeszcze przez kilka minut, po czym lady Marion przeprosiła ją i poszła przywitać kogoś z rodziny swojego męża.
Kiedy odeszła, Rebeka zdała sobie sprawę z tego, że w innych okolicznościach okazja poznania tych ludzi i spojrzenia na ich fascynujące życie pełne bogactwa oraz przywilejów mogłaby sprawić jej przyjemność.
