Zrobię dla ciebie wszystko - Agata Komorowska - ebook + audiobook + książka

Zrobię dla ciebie wszystko ebook i audiobook

Agata Komorowska

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Nikt z nas, rodziców, nie ma sprawdzonej recepty na nękające młodych ludzi choroby cywilizacyjne: depresję, skłonność do samookaleczeń, podatność na używki. Nie mają znaczenia status społeczny ani stan posiadania. Bez względu na to, czy jesteś psychologiem czy pełnoetatowym rodzicem, twoje dziecko może przeżywać trudności. Ważne, aby zauważać niepokojące objawy i odpowiednio na nie reagować, a także poskramiać własne lęki i uprzedzenia.

Masz w ręku książkę, która pomoże znaleźć odpowiedzi na nurtujące cię pytania i da pewność siebie w roli rodzica. Kiedy ją przeczytasz, będziesz wiedział, co robić, zyskasz siłę i sprawczość; wypracujesz determinację, by uczynić dla dziecka WSZYSTKO, czego ono potrzebuje.

„To jedna z najcenniejszych pozycji dla rodziców nastolatków na rynku książki. Jako psycholog i suicydolog, cenię wyczerpujące podejście do tematu wyzwań dzisiejszej młodzieży, a zwłaszcza depresji i samobójstw. Książka chwilami boli, ale jest piekielnie potrzebna...”

Anna Matusiak

psycholog, suicydolog, dziennikarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 439

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 19 min

Lektor: Agata Komorowska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Tę książkę piszę dla cie­bie, bo jestem prze­ko­nana,

że jesteś gotowa zro­bić dla swo­jego dziecka abso­lut­nie wszystko, tylko nie wiesz, od czego zacząć…

Agata Komo­row­ska

Początek

– Halo… Mamo… Mamo! Popeł­niam samo­bój­stwo! – usły­szała przez tele­fon mama szes­na­sto­let­niego Kuby.

Była dwu­dzie­sta trze­cia. Ania poło­żyła się tego dnia wcze­śniej, by wypo­cząć przed kon­fe­ren­cją, którą miała popro­wa­dzić następ­nego ranka. Sygnał nad­cho­dzą­cego połą­cze­nia wyrwał ją ze snu.

– Kuba, pocze­kaj… Co ty do mnie mówisz? – Sądziła, że to jeden z jego głu­pich dow­ci­pów. Kuba nie­raz potra­fił zasko­czyć żar­tem, który nikogo nie śmie­szył.

– Mamo! Ja nie żar­tuję! Popeł­niam samo­bój­stwo! – powtó­rzył Kuba, a po tym wyzna­niu zapa­dła prze­ra­ża­jąca cisza.

– Kubuś… Kuba! Nie roz­łą­czaj się! Kuba!!!

Nasto­la­tek odło­żył tele­fon.

Oddzwo­niła.

Nie odbie­rał.

Zadzwo­niła ponow­nie.

Bez odpo­wie­dzi.

Ania sie­działa w hote­lo­wym łóżku, kil­ka­set kilo­me­trów od domu. Nawet jeśli natych­miast wsia­dłaby do samo­chodu, to w domu byłaby za parę godzin… „Nie zdążę” – pomy­ślała. „Boże, nie zdążę!” Zadzwo­niła do Filipa, naj­lep­szego przy­ja­ciela Kuby. Filip już o wszyst­kim wie­dział, bo Kuba dzwo­nił rów­nież do niego. Był piąt­kowy wie­czór, ulice puste, Filip miał bli­sko do domu Ani, a star­szy kolega dys­po­no­wał samo­cho­dem, któ­rym wła­śnie pędzili obaj Kubie na ratu­nek. Ania była z Fili­pem na linii. Sły­szała, jak chło­pak wysiada z auta, jak jego oddech przy­spie­sza, kiedy zaczyna biec.

– Oddzwo­nię – wysa­pał. – Zaraz tam będę. – Roz­łą­czył się.

Ania prze­ży­wała każdą chwilę w zwol­nio­nym tem­pie. Nie wie­działa, że sekundy mogą trwać aż tak długo.

Nie wytrzy­mała. Zadzwo­niła.

Filip nie odbie­rał.

Znowu wybrała numer… i znowu…

W końcu usły­szała głos Filipa.

– Cio­ciu, żyje! Wszystko jest okej. On żyje. Nic mu nie jest.

– Co się stało?! Co się tam dzieje?! – krzy­czała przez łzy Ania.

– Już nie płacz, cio­ciu. Wszystko jest okej…

Nic nie było okej! Bo jakim cudem szes­na­sto­la­tek pró­buje się zabić, kiedy mama wyjeż­dża rap­tem na dwa dni? Ania zadrę­czała się pyta­niami: „Gdzie popeł­ni­łam błąd?! Prze­cież jestem jego mamą, powin­nam wie­dzieć… Czego nie zauwa­ży­łam?! Czego nie dopil­no­wa­łam?! Prze­cież zawsze mógł do mnie przyjść. I przy­cho­dził! Zawsze mógł poroz­ma­wiać. I roz­ma­wiał… Gdzie więc popeł­ni­łam błąd? Bo to z pew­no­ścią była moja wina”.

Ania pła­kała, sie­dząc w moim gabi­ne­cie na żół­tym jak słońce plu­szo­wym fotelu.

– Agata, zro­bię dla niego wszystko… Wszystko! Tylko kom­plet­nie nie wiem, od czego zacząć…

Wstęp

Pyta­nia, któ­rymi zadrę­czała się Ania, nur­tują każ­dego rodzica, któ­rego dziecko prze­staje radzić sobie z codzien­no­ścią, zaczyna się oka­le­czać, prze­ja­wia symp­tomy depre­sji, wpada w uza­leż­nie­nia, doświad­cza pro­ble­mów w szkole i w rela­cjach rówie­śni­czych, prze­żywa nie­zro­zu­miałe lęki, ma natrętne myśli czy w końcu podej­muje próby samo­bój­cze. Obser­wu­jąc uko­chane dziecko, które traci poczu­cie sensu i chęci do życia, jako rodzice mamy poczu­cie bez­rad­no­ści, zło­ścimy się, drę­czą nas ogromne poczu­cie winy i prze­możny lęk przed oceną ze strony bli­skich, leka­rzy, spe­cja­li­stów i nauczy­cieli. Z tym obez­wład­nia­ją­cym lękiem sta­jemy przed wybo­rem, co robić w sytu­acji, która nas zaska­kuje i prze­ra­sta. Piszę „my”, bo jako mama czworga dzieci nie­jed­no­krot­nie sta­wa­łam przed takimi wyzwa­niami i choć wie­dzia­łam, że jestem gotowa zro­bić dla moich dzieci wszystko, nie wie­dzia­łam, od czego zacząć, z któ­rych porad sko­rzy­stać i na ile mogę ufać samej sobie, skoro oso­bi­ście ni­gdy w takich sytu­acjach, w jakich uczest­ni­czyły moje dzieci, się nie zna­la­złam. Okresu doj­rze­wa­nia bez inter­netu i tele­fo­nów komór­ko­wych w żaden spo­sób nie da się porów­nać do tego, z czym mie­rzą się dzi­siej­sze nasto­latki. Nikt z nas, rodzi­ców, nie ma spraw­dzo­nej, nie­za­wod­nej recepty na cho­roby cywi­li­za­cyjne, które sze­rzą się niczym śre­dnio­wieczna dżuma. W star­ciu z nimi bez zna­cze­nia są sta­tus spo­łeczny i stan posia­da­nia. Bez względu na to, czy jesteś psy­cho­lo­giem, leka­rzem, nauczy­cie­lem, eks­pe­dientką, czy peł­no­eta­to­wym rodzi­cem, a twoje dziecko cho­dzi do szkoły publicz­nej czy pry­wat­nej, może doświad­czać roz­ma­itych kło­po­tów i prze­żywać trud­no­ści. Ważne, aby zauwa­żać pierw­sze nie­po­ko­jące objawy. Ważne są twoja reak­cja na poja­wia­jące się pro­blemy oraz umie­jęt­ność poskro­mie­nia wła­snych lęków i uprze­dzeń, co pozwoli zapew­nić dziecku wła­ściwą i ade­kwatną pomoc. Jak to zro­bić? Już to robisz. Trzy­masz w ręku książkę, która pomoże ci nie tylko zna­leźć odpo­wie­dzi na nur­tujące pyta­nia, ale przede wszyst­kim da poczu­cie pew­no­ści sie­bie w roli rodzica. Kiedy skoń­czysz ją czy­tać, będziesz wie­działa lub wie­dział, co robić, zyskasz siłę i wypra­cu­jesz deter­mi­na­cję, żeby zro­bić dla swo­jego dziecka WSZYSTKO to, czego ono potrze­buje.

Przez dwa­dzie­ścia pięć lat życia z czwor­giem dzieci, z któ­rych jedno ma zespół Downa, dru­gie zespół Asper­gera, zebra­łam mnó­stwo doświad­czeń. Dwoje dzieci zaadop­to­wa­łam – jedno jako nie­mowlę, dru­gie jako szes­na­sto­latka, dla któ­rego począt­kowo byłam rodziną zastęp­czą. Razem prze­szli­śmy przez nie­zli­czoną liczbę kry­zy­sów, z któ­rych wyszli­śmy obronną ręką, two­rząc obec­nie zgraną, szczę­śliwą, wspie­ra­jącą się i kocha­jącą rodzinę. Te doświad­cze­nia – w połą­cze­niu z mię­dzy­na­ro­do­wym pro­fe­sjo­nal­nym tre­nin­giem tera­peu­tycz­nym i coachin­go­wym – spra­wiają, że od lat sku­tecz­nie wspie­ram doro­słych i mło­dzież w radze­niu sobie z trudną codzien­no­ścią. Zawo­dowo zaj­muję się tera­pią, coachin­giem i kon­sul­ta­cjami rodzi­ciel­skimi. Jestem autorką ksią­żek, szko­leń i warsz­ta­tów. Prak­ty­kuję Com­pas­sio­nate Inqu­iry, czyli podej­ście tera­peu­tyczne wypra­co­wane przez Gabora Maté – świa­to­wej sławy leka­rza i spe­cja­li­stę w dzie­dzi­nie traumy i uza­leż­nień, autora best­sel­le­ro­wych porad­ni­ków. Wciąż posze­rzam swoją wie­dzę z zakresu psy­cho­lo­gii, psy­cho­trau­ma­to­lo­gii i naj­róż­niej­szych metod tera­peu­tycz­nych. Czło­wie­czeń­stwo to moja wielka pasja. Jestem cie­kawa każ­dego czło­wieka i zde­ter­mi­no­wana, by moi pod­opieczni i czy­tel­nicy potra­fili spoj­rzeć na sie­bie z czułą wni­kli­wo­ścią, zachwy­tem i sza­cun­kiem. Jestem lustrem dla ludzi, któ­rych spo­ty­kam w swoim gabi­ne­cie. Mogą w nim dostrzec istotę, która kryje się pod wie­loma war­stwami i maskami ule­pio­nymi z mecha­ni­zmów obron­nych, zło­ści, despe­ra­cji i głę­boko skry­wa­nej roz­pa­czy. Piękną istotę, która jest nie­po­wta­rzal­nym cudem. Mam nadzieję, że w trak­cie lek­tury tej książki i ty doświad­czysz takiej wła­śnie wizji sie­bie i swo­jego dziecka. Bo aby pomóc mło­demu czło­wie­kowi, potrzebny jest wraż­liwy, czujny, pewny sie­bie, sta­bilny emo­cjo­nal­nie i poukła­dany wewnętrz­nie rodzic. Moja dzia­łal­ność została doce­niona w 2024 roku przez kapi­tułę ShEO Awards tygo­dnika „Wprost”, w kate­go­rii „Balans w świe­cie kry­zy­sów”.

Depre­sja i ja znamy się od lat. Zwień­cze­niem naszej zna­jo­mo­ści była wydana w 2017 roku książka pod tytu­łem Depre­sjo­lo­gia. Zgłę­bi­łam tema­tykę przy­czyn, lecze­nia i nawro­tów depre­sji, bio­rąc pod uwagę wiele aspek­tów: medyczne, dzie­dziczne, emo­cjo­nalne, duchowe i ezo­te­ryczne. Zawo­dowo czę­sto spo­ty­kam ludzi, któ­rzy na tę cho­robę cier­pią. Jako osoba obecna w mediach czy­tam i odpo­wia­dam na nie­zli­czone maile i wia­do­mo­ści doty­czące depre­sji. Sama kil­ka­krot­nie doświad­czy­łam nawro­tów cho­roby, jed­nak za każ­dym razem szyb­ciej i coraz sku­tecz­niej radzę sobie z symp­to­mami, bo znam i rozu­miem przy­czyny oraz sche­maty, które są czę­ścią mojego życia. Przez te wszyst­kie lata bar­dzo dokład­nie pozna­łam sie­bie, moją prze­szłość i prze­ko­na­nia, które kształ­tują moją teraź­niej­szość. Korzy­sta­łam z pomocy naj­róż­niej­szych spe­cja­li­stów i nauczy­łam się nie oce­niać nikogo na pod­sta­wie posia­da­nego tytułu nauko­wego czy pro­wa­dzo­nej strony inter­ne­to­wej, bo naj­waż­niej­sze dla mnie nie są wie­dza czy doświad­cze­nie danego spe­cja­li­sty, a jego chęć wni­kli­wego zro­zu­mie­nia kom­plek­so­wo­ści mojej osoby. Pro­ces lecze­nia ozna­cza przede wszyst­kim głę­bo­kie zmiany, a te są moż­liwe dzięki uświa­do­mie­niu sobie pier­wot­nych przy­czyn danych dole­gli­wo­ści oraz zastą­pie­niu szko­dli­wych sche­ma­tów zacho­wań popraw­nymi, co może się wyda­rzyć jedy­nie w rela­cji tera­peu­tycz­nej, peł­nej zaufa­nia, akcep­ta­cji i czu­łej wni­kli­wo­ści. Nauczy­łam się akcep­to­wać sytu­acje, któ­rych doświad­czam, bez oce­nia­nia, wypie­ra­nia i zło­ści. Nauczy­łam się zmie­niać to, co zmie­nić mogę, i odpusz­czać to, czego zmie­nić się nie da. Nauczy­łam się odróż­niać jedno od dru­giego. Nauczy­łam się nie oce­niać sie­bie i nie obwi­niać innych. Nauczy­łam się sza­no­wać tych, któ­rzy na zmiany nie są gotowi, i tych, któ­rzy zmian w swoim życiu po pro­stu nie chcą. I tymi prze­pięk­nymi zaso­bami podzielę się z tobą.

Jak to się ma do dzieci? Jak wspo­mnia­łam, mam ich czworo. Aleks, naj­star­szy syn uro­dzony w 2001 roku, wycho­wy­wał się w okre­sie, kiedy byłam twarda jak skała, silna, jak na zodia­kal­nego Byka przy­stało, i zimna jak lodo­wiec. Par­łam do przodu i osią­ga­łam suk­cesy, a mój kon­takt ze sobą można było porów­nać do spo­tka­nia góry lodo­wej z tro­pi­kalną plażą. W wieku szes­na­stu lat u Aleksa zdia­gno­zo­wano zespół Asper­gera, depre­sję nieco póź­niej – była ona czę­ścią pię­ciu eta­pów żałoby po dia­gno­zie. Dzi­siaj mój syn jest zdro­wym, rado­snym, spo­koj­nym i pogo­dzo­nym ze sobą mło­dym czło­wie­kiem. Skoń­czył infor­ma­tykę, mieszka w domu rodzin­nym, a rela­cje mię­dzy nami nie mogłyby być lep­sze. Aleks co wie­czór cmoka mnie w czółko i dzię­kuje za to, że jestem jego mamą, a ja jemu za to, że jest moim synem. Wczo­raj powie­dział: „Mamo, chcę sze­rzyć dobro tak jak ty”, a ja nie wsty­dzi­łam się przy nim roz­czu­lić. Sta­li­śmy w uści­sku pośrodku kuchni i ta chwila zosta­nie w mojej pamięci na zawsze. To jest naj­pięk­niej­sza rela­cja pomię­dzy matką i doro­słym dziec­kiem, jaką mogłam sobie wyma­rzyć. A prze­cież sprawy mogły poto­czyć się zupeł­nie ina­czej… Mogło go już nie być… Aleks ma za sobą eks­tre­malne doświad­cze­nia. Osta­tecz­nie wyszedł na sło­neczną polanę i kro­czy pro­stą drogą przez codzien­ność, która już go nie rani i nie powo­duje utraty wiary w to, że życie ma sens.

Drugi uro­dził się Kry­stian. Cze­ka­łam na to dziecko bar­dzo długo. Kosz­to­wało mnie mnó­stwo testów owu­la­cyj­nych i cią­żo­wych oraz jedną ciążę utra­coną. W 2007 roku naresz­cie się udało, ale nie był to rok szczę­śliwy. Kry­stian uro­dził się z nad­pro­gra­mo­wym chro­mo­so­mem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla osób z zespo­łem Downa. Wtedy byłam pewna, że mnie to zabije. Dzi­siaj wiem, że Kry­stian mnie oca­lił. Naszą histo­rię opi­sa­łam w książce Przez Cie­bie, synu.

W 2011 roku poja­wiła się Ada. Bar­dzo skru­pu­lat­nie zapla­no­wana, wycho­dzona i wyjeż­dżona. Jeden ośro­dek adop­cyjny odrzu­cił naszą kan­dy­da­turę na rodzinę adop­cyjną ze względu na dziecko nie­peł­no­sprawne, dopiero kolejny uznał, że jed­nak się nada­jemy. Dwa lata póź­niej trzy­mie­sięczna Ada roz­wrzesz­czała się w naszym domu. Dzi­siaj jest już nasto­latką. Dzięki niej wiem, jak czę­sto dzieci korzy­stają z Tik­Toka i Google’a, by samo­dziel­nie dia­gno­zo­wać u sie­bie depre­sję, autyzm i inne przy­pa­dło­ści. Dzięki niej wiem, jak to, co obec­nie dzieje się w mediach i codzien­nym życiu, wpływa na nasze dzieci. Wiem rów­nież, jak bar­dzo świat się zmie­nił przez te dzie­sięć lat, kiedy moi starsi syno­wie byli w tym samym wieku. To tylko dowo­dzi, że tempo zmian przy­spie­sza, a my, doro­śli, nie jeste­śmy w sta­nie za nimi nadą­żyć. Ada jest dziew­czynką o nie­sa­mo­wi­tym kon­tak­cie z samą sobą. Zna swoje wyzwa­nia i razem uczymy się nimi zarzą­dzać. Ma zdia­gno­zo­wane ADHD, dys­lek­sję i cha­rak­te­ry­styczny dla dzieci adop­to­wa­nych zespół odrzu­ce­nia, który skut­kuje nie­ty­po­wymi reak­cjami emo­cjo­nal­nymi w rela­cjach spo­łecz­nych. Ada nie użala się nad sobą i nie wyko­rzy­stuje swo­ich dia­gnoz jako uspra­wie­dli­wie­nia, by robić mniej. Ja nie zmu­szam jej, by robiła wię­cej. Nasza rela­cja to współ­praca oparta na samo­świa­do­mo­ści, zaufa­niu i sza­cunku do dru­giej osoby. Bo pomimo swo­ich zale­d­wie czter­na­stu lat Ada jest OSOBĄ, czyli osob­nym bytem. Ona już wie, co jest dla niej naj­lep­sze. Moją rolą jest kory­go­wać, a nie narzu­cać, wspie­rać, a nie popy­chać, być przy niej, kiedy się potknie, a nie kon­tro­lo­wać. Mimo pięk­nej rela­cji, którą mamy, Ada rów­nież prze­szła epi­zody samo­oka­le­czeń i myśli samo­bój­czych. Piszę o tym, abyś wie­działa lub wie­dział, że bez względu na to, jak bar­dzo się sta­rasz, nie jesteś w sta­nie zapo­biec wszyst­kim roz­cza­ro­wa­niom i dra­ma­tom w życiu two­jego nasto­latka. Klu­czowe jest to, jak zare­agu­jesz, a wspie­ra­ją­cych reak­cji nauczysz się w tej książce. Dzi­siaj Ada jest w dosko­na­łej for­mie, ale mam świa­do­mość, że czeka nas jesz­cze kilka wybo­istych lat, zanim osią­gnie doro­słą sta­bil­ność. To w pełni natu­ralny pro­ces, co nie ozna­cza, że dla nas, rodzi­ców, jest on łatwy. Nie jest. Jed­nak są spo­soby na to, by wycho­dzić z tych zawi­ro­wań obronną ręką.

Michał, tak jak Aleks, uro­dził się w 2001 roku, jed­nak pozna­łam go dopiero czter­na­ście lat póź­niej. Po roku zosta­łam jego rodziną zastęp­czą, a gdy skoń­czył szes­na­ście lat, mamą adop­cyjną. Byłam już wtedy od trzech lat samo­dzielną roz­wódką z trójką dzieci. Michał wycho­wy­wał się w śro­do­wi­sku, o któ­rym więk­szość z nas woli nawet nie myśleć. Jego udzia­łem stało się nie­mal wszystko, czego dziecko prze­ży­wać nie powinno, stra­cił wszystko, co dziecku się należy. Pozy­tywne rela­cje, któ­rych doświad­czył w naszej rodzi­nie, naj­pierw leczyły, a póź­niej stały się bole­snym kon­tra­stem, który uzmy­sło­wił mu, że wszystko, co znał, nie powinno być takie, jakie było. To prze­szy­wa­jące olśnie­nie było począt­kiem ciem­no­ści, która pochło­nęła go na dwa lata, i cho­ciaż naj­gor­sze już za nim, to po dziś dzień Michał czę­sto nie jest w sta­nie w pełni doświad­czać wła­snego świa­tła. W cza­sie pan­de­mii po raz pierw­szy musiał osiąść w domu i wytrzy­mać ze sobą bez cią­głego ucie­ka­nia w tre­ningi, bójki i tłum. Zauwa­ży­łam u niego pierw­sze symp­tomy depre­sji i zapro­wa­dzi­łam do psy­chia­try. Dostał leki. Spró­bo­wał i odsta­wił. Dzi­siaj Michał jest samo­dziel­nym mło­dym czło­wie­kiem, który pomimo demo­nów prze­szło­ści buduje swoje życie na wła­snych zasa­dach. Podzi­wiam go i jestem dla niego obecna zawsze, kiedy tego potrze­buje. Z dumą i rado­ścią przy­glą­dam się, jak roz­kwita, kie­ru­jąc się rzad­kimi już war­to­ściami, na któ­rych szczy­cie jest rodzina. Nasza rodzina. Histo­rię naszej nie­zwy­kłej rela­cji opi­sa­łam w książce Czy mogę ci mówić MAMO.

Jaki wpływ na cho­roby psy­chiczne oraz pro­ces zdro­wie­nia mają aspekty kom­plet­nie nie­me­dyczne, takie jak sztuczna inte­li­gen­cja, dostęp do wie­dzy całego świata, wiara, tra­dy­cja, glo­ba­li­za­cja, inter­net, zmie­nia­jące się war­to­ści i tra­dy­cje rodzinne? Jaki wpływ na zdro­wie naszych dzieci mamy my sami, czyli rodzice, opie­ku­no­wie, tera­peuci i nauczy­ciele, i co możemy zro­bić, żeby zapo­bie­gać, leczyć i chro­nić dzieci przed cho­ro­bami cywi­li­za­cyj­nymi? W jaki spo­sób nasze wła­sne poczu­cie sensu, szczę­ścia, dobro­stanu, satys­fak­cji oraz rów­no­wagi życio­wej i emo­cjo­nal­nej mogą wpły­wać na stan zdro­wia naszych dzieci? Na kolej­nych stro­nach przed­sta­wiam nie tylko moje oso­bi­ste wyja­śnie­nia powyż­szych zagad­nień, ale przy­glą­dam się wszech­obec­nym wyzwa­niom natury psy­chicznej, zwłasz­cza depre­sji u nasto­lat­ków, z wielu per­spek­tyw: psy­chia­trycz­nej, psy­cho­lo­gicz­nej, psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej, total­nej bio­lo­gii, dzie­dzic­twa wie­lo­po­ko­le­nio­wego, czyli tera­pii sys­te­mo­wej. Ana­li­zuję oma­wiane tematy, korzy­sta­jąc z wie­dzy, jaką pozy­ska­łam nie tylko jako spe­cja­listka, ale rów­nież pacjentka z depre­sją i samo­dzielna matka czwórki bar­dzo wyma­ga­ją­cych i zróż­ni­co­wa­nych dzieci. Przy­świe­cają mi ogromna cie­ka­wość i wielka miłość do ludzi, zwłasz­cza do dzieci, oraz pra­gnie­nie, by każdy młody czło­wiek doświad­czał codzien­nej rado­ści z życia, kie­ro­wał się potrzebą odkry­wa­nia świata i miał głę­bo­kie poczu­cie sensu wła­snego ist­nie­nia.

Za chwilę prze­czy­tasz praw­dziwe histo­rie dzieci i ich rodzi­ców. Dzieci takich jak twój syn czy twoja córka. Rodzi­ców, mam i ojców, takich jak ty. Pro­szę cię o lek­turę ich wypo­wie­dzi z otwar­tym umy­słem i bez for­mu­ło­wa­nia ocen. Weź pod uwagę, że nie masz poję­cia, jak ty byś się zacho­wała lub zacho­wał na miej­scu osób, które miały odwagę opo­wie­dzieć o swo­ich kło­po­tach. To dzięki tym dzie­cia­kom, ich rodzi­com, jak rów­nież spe­cja­li­stom, któ­rzy udzie­lili mi wywia­dów, jestem w sta­nie poka­zać wszyst­kie aspekty pro­ble­mów, z jakimi być może mie­rzy się wła­śnie twoje dziecko. Tutaj dowiesz się o czymś, o czym twoje dziecko nie umie ci powie­dzieć. Poznasz innych rodzi­ców, któ­rzy nie wie­dzieli, co robić, bali się i poszu­ki­wali odpo­wie­dzi. Niektó­rzy z nich na­dal poszu­kują, inni odna­leźli wła­sny wzór dobrej rela­cji z dziec­kiem. Zabiorę cię na wizytę do wybit­nej psy­chia­try spe­cja­li­zu­ją­cej się w cho­ro­bach dzieci i mło­dzieży. Razem odwie­dzimy gabi­nety psy­cho­lo­gów, tera­peu­tów i spe­cja­li­stów alter­na­tyw­nych. Znaj­dziesz tu wska­zówki, co robić w sytu­acjach kry­tycz­nych, ale przede wszyst­kim otrzy­masz receptę na to, jak zapo­bie­gać ich poja­wie­niom się i jak się odna­leźć, jeśli wystą­pią. Dowiesz się, jak zmniej­szyć ryzyko depre­sji i uza­leż­nień, jak wspie­rać dziecko w cza­sach, które są pełne wyzwań, z któ­rymi nie musieli się mie­rzyć ani nasi rodzice, ani my sami.

Nie mamy wie­lo­po­ko­le­nio­wych wzor­ców, jak radzić sobie z natło­kiem infor­ma­cji, nie­zli­czoną mno­go­ścią wybo­rów, dostę­pem do wszel­kiego rodzaju wie­dzy, dezinfor­ma­cji, szko­dli­wych obra­zów i twór­czych moż­li­wo­ści. My, rodzice, nie mamy w tym tema­cie abso­lut­nie żad­nego doświad­cze­nia, nasze dzieci już tak. My, rodzice, posłu­gu­jemy się zdez­ak­tu­ali­zo­wa­nymi wzor­cami, posia­damy nie­ade­kwatną do sytu­acji wie­dzę, bra­kuje nam umie­jęt­no­ści adap­ta­cyj­nych, któ­rych wymaga dzi­siej­sza rze­czy­wi­stość. Jeśli dojdą do tego nasze wła­sne zma­ga­nia zwią­zane z ner­wową sytu­acją na świe­cie, z obec­nymi wyzwa­niami eko­no­micz­nymi oraz upad­kiem auto­ry­te­tów i war­to­ści, tak fun­da­men­tal­nych dla naszych rodzi­ców i dziad­ków, to powsta­nie obraz pełen cha­osu, lęku i roz­pa­czy. Jak być dobrym rodzi­cem w takich oko­licz­no­ściach? I na czym polega bycie dobrym rodzi­cem? Czy jeśli dotych­czas żyłam w niewie­dzy, to jestem w sta­nie nad­ro­bić zale­gło­ści, napra­wić błędy, zmie­nić bieg wyda­rzeń? Odpo­wiedź brzmi: TAK. To nie jest twoja wina, że nie wiesz, nie umiesz, nie masz siły, ale masz jako rodzic obo­wią­zek, by się dowie­dzieć, nauczyć, nabrać sił i być wła­ści­wym wspar­ciem dla two­jego dziecka w jego dro­dze ku doro­sło­ści. Ja też nie umia­łam, też nie wie­dzia­łam, popeł­ni­łam mnó­stwo błę­dów. Na­dal tak wiele nie wiem, ale się uczę, tak czę­sto brak mi sił, ale moje dzieci już wie­dzą, że ja też mam prawo osłab­nąć, na­dal popeł­niam błędy, ale nauczy­łam się prze­pra­szać (tak, prze­pra­szam moje dzieci!) i razem pró­bu­jemy od nowa, od nowa i od nowa… Aleks i Michał są już doro­śli. Pomimo burz­li­wego okresu doj­rze­wa­nia obec­nie mamy cudowne rela­cje. Pomimo popeł­nio­nych przeze mnie błę­dów ufamy sobie, sza­nu­jemy się i kochamy ponad wszystko. Tak wygląda zdrowa rodzina i takiej życzę rów­nież tobie. Pamię­taj, że wszystko jest moż­liwe – naprawdę wszystko…

* * *

Książkę tę kie­ruję nie tylko do rodzi­ców, ale też do zaan­ga­żo­wa­nych spe­cja­li­stów, któ­rzy czę­sto pra­cują, nie mając kon­taktu ze sobą nawza­jem i nie mając świa­do­mo­ści kom­pe­ten­cji innych osób włą­cza­nych przez rodzi­ców w pro­ces rato­wa­nia dziecka. W niniej­szej publi­ka­cji opi­suję tech­niki, narzę­dzia i kom­pe­ten­cje spe­cja­li­stów z róż­nych dzie­dzin rów­nież po to, by ci nawza­jem się poznali i zro­zu­mieli, że nie dzia­łają prze­ciwko sobie.

Kiedy słu­cha­łam wypo­wie­dzi psy­cho­lo­gów i tera­peu­tów, dowia­dy­wa­łam się cho­ciażby, że tera­pia usta­wień sys­te­mo­wych nie jest uzna­wana przez śro­do­wi­sko psy­cho­lo­giczne, po czym w trak­cie roz­mowy oka­zy­wało się, że zupeł­nie nie­świa­do­mie psy­cho­log nawią­zuje do teo­rii, któ­rymi posłu­gują się tera­peuci sys­te­mowi. Mam więc prośbę: Bądź otwarta lub otwarty. Zapo­mnijmy o ety­kie­tach i wsłu­chajmy się w potrzeby dzieci, a następ­nie z uważ­no­ścią i zgod­nie z wła­snymi wie­dzą, moż­li­wo­ściami i kom­pe­ten­cjami niech każdy z nas da z sie­bie wszystko, by tym dzie­ciom pomóc. Wspie­rać można jedy­nie wtedy, kiedy wyko­rzy­stuje się kon­kretną wie­dzę, doświad­cza emo­cji dru­giego czło­wieka i słu­cha wła­snej intu­icji. Umysł, serce i dusza to trzy nie­zbędne skład­niki sku­tecz­nego poma­ga­nia, lecze­nia i edu­ko­wa­nia.

Niniej­sza książka prze­zna­czona jest dla każ­dego, kogo inte­re­suje dobro­stan mło­dzieży, kto pra­gnie zro­zu­mieć, z czym mie­rzy się poko­le­nie mło­dych i jak odmienne są to wyzwa­nia od tych, z któ­rymi mie­rzyliśmy się my, doro­śli, któ­rzy dora­sta­li­śmy w zupeł­nie innych oko­licz­no­ściach. Jestem ogrom­nie wdzięczna za wkład dzieci i mło­dych ludzi w powsta­nie tej publi­ka­cji.

To rów­nież książka dla two­ich przy­ja­ciół, któ­rzy nie wie­dzą, jak pomóc swo­jemu dziecku. Dla mamy czy taty two­jej uczen­nicy lub ucznia i dla rodzi­ców two­jego pacjenta.

Rodzi­com wyja­śnię róż­nice mię­dzy poszcze­gól­nymi spe­cja­li­za­cjami i opi­szę, w jakim zakre­sie upra­wia­jący dane dys­cy­pliny swoją pracą wspie­rają pro­ces dia­gnozy i zdro­wie­nia. Dro­dzy pro­fe­sjo­na­li­ści naj­róż­niej­szych spe­cja­li­za­cji, pokażę wam nasze, rodzi­ców, lęki i mecha­ni­zmy obronne, by łatwiej wam było do nas dotrzeć. Pro­szę pamię­tać, że jako autorka jestem obser­wa­torką, spra­woz­daw­czy­nią, odbior­czy­nią i uczest­niczką zja­wi­ska, jakim jest wysyp pro­ble­mów natury psy­chicz­nej wśród dzieci i mło­dzieży. Mam nadzieję, że na stro­nach tej książki razem znaj­dziemy odpo­wiedź na pyta­nie, co każdy z nas z osobna i my wszy­scy razem możemy zro­bić, by naszym dzie­ciom żyło się lepiej, były szczę­śliwe, czuły się bez­pieczne i zaopie­ko­wane.

Podziękowania

Sza­nowni pro­fe­sjo­na­li­ści, dzię­kuję za to, że zna­leź­li­ście czas i chęci, by udzie­lić mi wywia­dów. Dzięki wam ta książka stała się kom­pen­dium wie­dzy na temat kry­zy­sów i wyzwań natury psy­chicz­nej u dzieci i mło­dzieży oraz skarb­nicą sku­tecz­nych porad doty­czą­cych tego, jak sku­tecz­nie zapo­bie­gać i wspie­rać mło­dych ludzi.

Dro­dzy rodzice, któ­rzy mie­li­ście odwagę podzie­lić się ze mną i z czy­tel­ni­kami swo­imi doświad­cze­niami, opo­wie­dzieć o swo­ich lękach, błę­dach, o nie­wie­dzy, roz­pa­czy, deter­mi­na­cji i walce, podzi­wiam was i dzię­kuję za oka­zane zaufa­nie.

Naj­cie­plej­sze podzię­ko­wa­nia ślę do mło­dych ludzi, któ­rzy zgo­dzili się poka­zać czy­tel­ni­kom swoje cier­pie­nia, opo­wie­dzieć o prze­ży­wa­nym bólu i wyzwa­niach, z jakimi się mie­rzą. Jestem wami zafa­scy­no­wana, jestem wam wdzięczna i czuję się zaszczy­cona, że mi zaufa­li­ście.

Imiona i cechy pozwa­la­jące na ziden­ty­fi­ko­wa­nie dzieci i rodzi­ców wystę­pu­ją­cych w niniej­szym tek­ście zostały zmie­nione. W tej książce opi­suję sytu­acje z życia mojego i moich dzieci, ale na ich prośbę zmie­ni­łam cechy boha­te­rów, tak by nie zdra­dzić ich praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści.

Część 1

Poło­że­nie obser­wa­tora wpływa na obser­wo­wane zja­wi­sko i na wyniki obser­wa­cji.

Albert Ein­stein o teo­rii względ­no­ści

W tej czę­ści przyj­rzymy się wyzwa­niom, z jakimi przy­szło się mie­rzyć dzi­siej­szym nasto­lat­kom. Spoj­rzymy na te pro­blemy oczami ich samych, a także ich rodzi­ców i spe­cja­li­stów włą­cza­nych w pomoc dzie­ciom w szko­łach, szpi­ta­lach, przy­chod­niach i porad­niach spe­cja­li­stycz­nych.

Wiktoria, lat 14

Jak mia­łam jede­na­ście lat, zaczę­łam się ciąć.

Dla­czego zgo­dzi­łaś się na tę roz­mowę?

Mama zapy­tała, czy chcia­ła­bym pomóc oso­bie, która pisze książkę na temat depre­sji wśród nasto­lat­ków. Zde­cy­do­wa­łam się, bo sama zma­gam się z tym pro­ble­mem.

Kiedy zaczęły się twoje zma­ga­nia?

Jakieś trzy lata temu. Gdy skoń­czy­łam dzie­sięć lat.

Pamię­tasz, w jakich to było oko­licz­no­ściach?

Jak się do nas wpro­wa­dził chło­pak mamy. Jakoś ina­czej wszystko zaczęło wyglą­dać. Mama też się ina­czej zacho­wy­wała.

Rozu­miem, że przed­tem miesz­ka­ły­ście same, tylko we dwie.

Tak. I począt­kowo z tym chło­pa­kiem mamy było dziw­nie, ale on jest bar­dzo fajny i po jakimś cza­sie wszystko się uło­żyło. Już mi to nie prze­szka­dza.

Zaak­cep­to­wa­łaś go, a nawet polu­bi­łaś, ale mówisz, że czas jego zamiesz­ka­nia z wami był dla cie­bie począt­kiem trud­no­ści. Na czym one pole­gały?

Mama bar­dziej zwra­cała uwagę na swo­jego chło­paka i czę­ściej się na mnie dener­wo­wała. A ja mia­łam wię­cej obo­wiąz­ków.

Co wtedy myśla­łaś, czu­łaś?

Mia­łam wra­że­nie, że nagle jestem na dru­gim miej­scu. Było mi bar­dzo smutno.

Jak sobie radzi­łaś ze smut­kiem?

Dużo pła­ka­łam.

Mia­łaś kogoś bli­skiego, z kim mogłaś poroz­ma­wiać?

Nie. (płacz)

Wypusz­cze­nie łez jest dobrym zna­kiem. To zna­czy, że czu­jesz. Uczu­cia są nie­zwy­kle ważne, warto je przy­jąć i utu­lić. Na­dal jest w tobie dużo smutku?

Tak…

Co robisz, kiedy czu­jesz smu­tek wśród ludzi, na przy­kład gdy jesteś w szkole?

Idę do toa­lety.

Pła­czesz czy sta­rasz się powstrzy­mać?

Sta­ram się powstrzy­mać, bo nie chcę, żeby ktoś zauwa­żył.

I tak od trzech lat pró­bu­jesz zapa­no­wać nad smut­kiem?

Tak.

To bar­dzo długo. Co by się stało, gdy­byś mu pozwo­liła zaist­nieć?

Chy­ba­bym prze­stała być sobą.

W jaki spo­sób udaje ci się ukry­wać przed ludźmi ten smu­tek?

Potrze­buję pobyć sama.

Na ile to działa?

Coraz mniej.

W domu też nie oka­zu­jesz, że czu­jesz smu­tek? Ukry­wasz ten stan przed mamą, przed jej chło­pa­kiem?

Tak.

Wygląda na to, że cały czas musisz się pil­no­wać, uda­wać, że jest okej, kiedy wcale nie jest, zarówno w szkole, jak i w domu. To ogromna pre­sja, wiel­kie obcią­że­nie. Co przy­nosi ci ulgę?

Jak mia­łam jede­na­ście lat, zaczę­łam się ciąć.

Co czu­jesz, kiedy się kale­czysz?

Nic. I o to cho­dzi. Przez chwilę nic nie czuję. To mi pomaga.

Mama zauwa­żyła?

Tak.

I co się wtedy wyda­rzyło?

Chciała ze mną poroz­ma­wiać, ale ja nie umiem z nią roz­ma­wiać.

Chcia­ła­byś umieć?

Nie potra­fię jej tego powie­dzieć. Nie umiem.

Myśla­łaś o innych for­mach komu­ni­ka­cji z mamą?

Nie, nie chcę się z nią komu­ni­ko­wać.

Czego się oba­wiasz?

Tego, jak zare­aguje.

A sądzisz, że jak mogłaby zare­ago­wać?

Pew­nie by się zezło­ściła.

Myślisz, że rodzice zawsze tak reagują?

Tak, oni nie rozu­mieją.

Czego nie rozu­mieją?

Że to przy­nosi ulgę.

Byłaś u psy­chia­try, psy­cho­loga, na tera­pii czy też cały czas radzisz sobie z tym sama?

Tata raz mnie zabrał do psy­cho­loga. Nie spodo­bało mi się.

Dla­czego?

Nie umia­łam gadać z tą panią.

Mówisz, że tata cię zabrał do psy­cho­loga. Jakie masz rela­cje z tatą?

Z tatą mam bar­dzo dobre.

Tacie powie­dzia­łaś?

Nie.

Masz przy­ja­ciółkę, kole­żankę, któ­rej możesz powie­dzieć?

Mam, jedną.

To nie­sa­mo­wite. Przez tyle czasu zupeł­nie sama radzisz sobie z tak ogrom­nym bólem. Podzi­wiam cię, bo ja sobie kie­dyś nie pora­dzi­łam. Uda­wa­łam, że mój smu­tek nie ist­nieje. Ale pil­no­wa­nie go w dzień i w nocy pochła­nia strasz­nie dużo ener­gii…

Tak…

Jak chcia­ła­byś, żeby wyglą­dało twoje życie?

Ina­czej.

To zna­czy jak?

Żeby mama zacho­wy­wała się bar­dziej jak tata.

To zna­czy jak?

Trudno mi mówić.

Okej, to dam ci kartkę. Wypisz wszystko, czego w swoim życiu nie chcesz. Od tego zaczniemy. Może być?

Okej.

Kiedy tak długo nosimy w sobie smu­tek, to sku­piamy się już tylko na nim i zapo­mi­namy o tym, jak wygląda radość, jak to jest być szczę­śli­wym. A trudno jest osią­gnąć coś, czego nie potra­fimy spre­cy­zo­wać. Przez więk­szość dnia poświę­camy uwagę temu, czego nie chcemy: „Nie chcę się popła­kać”, „Nie chcę już czuć tego smutku”, „Nie chcę się ciąć…”. Poświę­camy tym rze­czom, któ­rych nie chcemy, wię­cej czasu niż tym, które mogłyby nadać naszemu życiu jakiś sens.

Tak wła­śnie jest u mnie.

Chcesz mi prze­czy­tać, co napi­sa­łaś na kartce?

Napi­sa­łam: Nie chcę mamy dener­wu­ją­cej się bez powodu. Nie chcę kon­troli mamy nad wszyst­kim. Nie chcę bar­dzo małej ilo­ści czasu tylko dla sie­bie.

Dla­czego masz tak mało czasu tylko dla sie­bie?

Jak wra­cam ze szkoły do domu, to się uczę. Potem albo muszę sprzą­tać, albo spę­dzać czas z mamą, albo z mamą i jej chło­pa­kiem.

Musisz?

Tak, muszę. (płacz)

Sama czu­jesz, że musisz, czy masz takie pole­ce­nie, że musisz z nimi coś robić?

Mama każe mi z nimi sie­dzieć.

A co jej wtedy mówisz?

Nic, bo jeśli coś powiem, to albo muszę iść się uczyć, albo iść spać.

Co byś chciała robić w wol­nym cza­sie?

Cokol­wiek tylko dla sie­bie.

Kiedy ostatni raz byłaś tak naprawdę szczę­śliwa?

Nie pamię­tam.

A gdy byłaś mała?

Nie wiem.

Co spra­wia ci przy­jem­ność?

Cho­dze­nie do taty, spę­dza­nie czasu z kole­żan­kami.

Mówisz, że chcia­ła­byś, żeby mama była bar­dziej jak tata. Co tata ma w sobie takiego, że czu­jesz się przy nim swo­bod­niej?

Tata ni­gdy mnie do niczego nie zmu­sza. Nie kon­tro­luje mnie i pozwala mi coś robić bez­wa­run­kowo. To zna­czy, że na przy­kład kiedy chcę wyjść ze zna­jo­mymi, to nie muszę naj­pierw odku­rzyć domu.

U mamy musisz na wszystko zapra­co­wać?

No tak, tro­chę muszę. Jak mama idzie do sklepu kupić mi coś, to potem ocze­kuje, że w ramach wdzięcz­no­ści spę­dzę z nią czas albo coś tam z nią poro­bię.

Każda rzecz, którą od mamy dosta­jesz, ma cenę?

Tak.

Chcia­ła­byś dostać coś bez żad­nej ceny? Czy to by zmie­niło rela­cje mię­dzy wami?

Mama się nie zmieni, bo taka jest od zawsze.

Wczo­raj roz­ma­wia­łam z sie­dem­na­sto­latką ze zdia­gno­zo­waną depre­sją. Dziew­czyna też się cięła. Spy­ta­łam, co chcia­łaby pora­dzić swoim rówie­śni­kom. Powie­działa: „Chcia­ła­bym, żeby dzieci nauczyły się być ego­istami. Cza­sem trzeba powie­dzieć «nie», żeby zacho­wać sie­bie”. Ty masz prawo do swo­ich potrzeb i emo­cji. I jeśli chcesz pobyć sama, to też masz do tego prawo. Tak samo jak masz prawo zaspo­koić głód i pra­gnie­nie, masz też prawo zaspo­ka­jać swoje potrzeby emo­cjo­nalne. Masz prawo doświad­czać życia, popeł­niać błędy, doty­kać i spraw­dzać, co ci pasuje, a co nie. W ten spo­sób się kształ­tu­jesz, ale musisz mieć prze­strzeń do podej­mo­wa­nia decy­zji i popeł­nia­nia błę­dów. To one są two­imi naj­lep­szymi lek­cjami. To nawet nie są błędy, to kolejne etapy nauki.

No tak, ja też popeł­niam błędy. Na przy­kład ostat­nio się upi­łam i zna­le­ziono mnie na ulicy. Nie­wiele z tego pamię­tam.

Upi­łaś się i teraz wiesz, jak to działa, wiesz, czym grozi, wiesz, że możesz stra­cić kon­trolę nad sobą i zacząć robić rze­czy, któ­rych robić byś nie chciała. Wiesz już, gdzie jest gra­nica, którą prze­kro­czy­łaś. Wiesz, bo tego doświad­czy­łaś. Gdy­by­śmy my, rodzice, mogli po pro­stu prze­ka­zać wam wie­dzę i doświad­cze­nie, to po tylu poko­le­niach ludz­kość dzi­siaj byłaby nie­ska­zi­tel­nie ide­alna. Tym­cza­sem popeł­nia­jąc błędy, każde poko­le­nie uczy się cze­goś nowego i dzięki temu ewo­lu­uje. W tym nie ma nic złego. Pro­blem zwy­kle polega na tym, że rodzice, kocha­jąc swoje dzieci, pró­bują je chro­nić i nie dają prze­strzeni, by te doświad­czały. To dla nas trudne, kiedy widzimy, że cier­pi­cie. Czy masz jakiś pomysł na to, jak by miała wyglą­dać twoja rela­cja z mamą?

Nie, nie wiem.

Rozu­miem, w porządku. A powiedz mi, czy lubisz cho­dzić do szkoły? Jesteś teraz w pierw­szej kla­sie liceum, prawda?

Tak, i cza­sami chcę iść do szkoły.

O, a kiedy lubisz szkołę?

Kiedy nie mam spraw­dzia­nów albo kiedy mama jest na mnie zła i nie chcę zostać w domu.

Z dwojga złego wolisz iść do szkoły, niż zostać w domu z wku­rzoną mamą?

Aha.

Jak ci idzie nauka?

Dobrze, ale mam paru spe­cy­ficz­nych nauczy­cieli, z któ­rymi są pro­blemy. Cza­sem nie rozu­miem, po co nie­któ­rzy doro­śli zostali nauczy­cie­lami.

No tak, u mojej córki w szkole też tak jest. Nie­któ­rzy nauczy­ciele żądają sza­cunku, a sami nie sza­nują uczniów. Ener­gia, którą wysy­łamy dru­giemu czło­wie­kowi, wraca do nas w iden­tycz­nej for­mie. Wystar­czy sza­no­wać dru­giego czło­wieka, a wów­czas samemu będzie się sza­no­wa­nym. Jeżeli ktoś ci wysyła złość czy nie­na­wiść, to nie da się tej osoby sza­no­wać.

Ma pani rację. Dokład­nie tak jest.

Które przed­mioty naj­bar­dziej lubisz?

Angiel­ski.

A które są naj­gor­sze?

WOS i pol­ski.

Dla­czego?

Bo nauczy­ciele są okropni.

A jak było w pod­sta­wówce?

W pod­sta­wówce wszy­scy nauczy­ciele byli okej.

Które przed­mioty wtedy lubi­łaś naj­bar­dziej?

WOS, histo­rię i angiel­ski.

To cie­kawe, że w jed­nej szkole naj­bar­dziej lubi­łaś WOS, w dru­giej jest to twoim zda­niem naj­gor­szy przed­miot, a róż­nica polega tylko na nauczy­cielu. To daje sporo do myśle­nia. Powiedz mi, masz jakieś zaję­cia pozasz­kolne?

Cho­dzi­łam na lek­cje tenisa, ale zre­zy­gno­wa­łam. To była tylko jedna godzina w tygo­dniu, ale i tak nie dawa­łam rady, bo mam bar­dzo dużo nauki. I jesz­cze korki z matmy.

Hm… Gdy­bym ci dała złotą rybkę, o co byś ją popro­siła?

Chcia­ła­bym mieć lep­szych nauczy­cieli w szkole – byłoby mi o wiele łatwiej. Chcia­ła­bym mieć lep­sze rela­cje z mamą. Chcia­ła­bym, żeby moi zna­jomi miesz­kali bli­żej. Tata i mama zna­leźli pracę w innym mie­ście, niż wcze­śniej miesz­kaliśmy, i ci zna­jomi są teraz daleko. Z nowej klasy wielu dojeż­dża do szkoły, więc też jest trudno spo­ty­kać się po lek­cjach albo w week­endy.

Tęsk­nisz za zna­jo­mymi?

Tak… Jeśli mogę mieć czwarte życze­nie, to chcia­ła­bym mieć wię­cej czasu. Za dużo jest nauki i nie star­cza mi czasu na nic innego.

Czy wszy­scy w szkole mają aż tyle nauki, czy tylko ty czu­jesz, że musisz się tyle uczyć?

Wszy­scy. Mamy spraw­dzian za spraw­dzianem, nauczy­ciele na lek­cjach pytają i zadają dużo prac domo­wych.

Co by się stało, gdy­byś uczyła się mniej?

Nie zda­ła­bym.

Nie zda­ła­byś czy mia­ła­byś gor­sze stop­nie?

Nie zda­ła­bym, bo na spraw­dzia­nach sporo wyma­gają. Trzeba się dużo uczyć, a nie­któ­rzy nauczy­ciele wyma­gają wię­cej i jak się nie nauczę wię­cej, to nie zdam.

Widzę w tobie bar­dzo dużo smutku, rezy­gna­cji. Mam wra­że­nie, jak­byś miała takie poczu­cie: „tak już musi być” i „na tym polega życie”.

No chyba na razie tak jest. Nie zmie­nia się to od dawna, więc pew­nie już się nie zmieni.

Jaka jest twoja pierw­sza myśl rano, kiedy się budzisz?

Że nie mam siły wstać i naj­chęt­niej zosta­ła­bym cały dzień w łóżku i nic nie robiła.

A gdy­byś się któ­re­goś dnia obu­dziła szczę­śliwa i wie­dzia­ła­byś, że coś się zmie­niło, to jaka byłaby pierw­sza rzecz, która ci przy­cho­dzi do głowy? Co się zmie­niło?

Poprawa rela­cji z mamą.

Rela­cja z mamą naj­bar­dziej leży ci na sercu. To musi być dla cie­bie bar­dzo trudne. Powiedz mi, poza wypła­ki­wa­niem się i cię­ciem co jesz­cze ci pomaga?

Alko­hol. Kiedy piję alko­hol, to jest lepiej.

Czę­sto to robisz?

Jak spo­ty­kam się ze zna­jo­mymi, to w jakiś spo­sób kupu­jemy. A jak się napiję, to jest mi lepiej. Raz było mi tak bar­dzo źle, że dopro­wa­dzi­łam się do takiego stanu, że byłam w szpi­talu. (płacz)

Czego potrze­bu­jesz w tej chwili?

Nie wiem. Nie wiem, czego potrze­buję.

Nie w życiu, tylko tutaj, teraz. Potrze­bu­jesz prze­rwy, szklanki wody?

Wody.

Kiedy jesteś ze zna­jo­mymi, to pijesz, żeby zapo­mnieć i cie­szyć się chwilą?

Wiem, że to nie jest dobra metoda, ale działa. Jak jest mi bar­dzo źle, to mam ochotę się napić, bo wiem, że wtedy nie będę o niczym myśleć, zapo­mnę i będę przez chwilę szczę­śliwa.

Na ile to roz­wią­zuje pro­blem?

Jak wypiję wystar­cza­jąco, to w ogóle o tym nie myślę. A jak w dodatku jestem ze zna­jo­mymi, to jest naprawdę dobrze. Mam przy sobie kogoś bli­skiego i jestem szczę­śliwa. Mogę się cie­szyć życiem.

W jaki spo­sób zare­ago­wała mama na ten incy­dent, kiedy wylą­do­wa­łaś w szpi­talu?

Zało­żyła mi kon­trolę na tele­fon. Widzi moją loka­li­za­cję, pisze do mnie, pyta, gdzie jestem, po co, z kim…

A co ty byś zro­biła na jej miej­scu?

Nie wiem, chyba pró­bo­wa­ła­bym, zro­zu­mieć. Ale… też bym pew­nie sta­rała się bar­dziej kon­tro­lo­wać.

Powiedz mi, czy dobrze zro­zu­mia­łam. Mama się o cie­bie mar­twi, więc cię kon­tro­luje, a im bar­dziej cię kon­tro­luje, tym więk­szą czu­jesz pre­sję. Masz wra­że­nie, że utknę­łaś w sytu­acji bez wyj­ścia. Wtedy masz sil­niej­szą potrzebę samo­oka­le­cza­nia się i picia. Czy tak to wygląda?

Dokład­nie tak.

I kiedy mama widzi, że się pocię­łaś albo piłaś, to chcąc cię upil­no­wać, wpro­wa­dza jesz­cze bar­dziej restryk­cyjną kon­trolę. To z kolei nasila pre­sję i poczu­cie nie­zro­zu­mie­nia, co skut­kuje jesz­cze moc­niej­szą potrzebą cię­cia się i picia…

Pani mnie rozu­mie.

No to odwróćmy sytu­ację. Jeśli mama by powie­działa: „Słu­chaj, ufam ci, jesteś wol­nym czło­wie­kiem i możesz robić to, co uwa­żasz za słuszne. Pamię­taj, że jeśli się potkniesz, to ja jestem tuż obok i nie będę cię oce­niać”, to wtedy…

Wtedy bym nie musiała pić, żeby zapo­mnieć. Może bym raz na jakiś czas napiła się tro­chę alko­holu, ale nie tak, żeby zapo­mnieć, tylko dobrze się bawić ze zna­jo­mymi, przez chwilę. Tak racjo­nal­nie.

Jak sądzisz, dla­czego mama cię kon­tro­luje, orga­ni­zuje ci czas, narzuca to, co uważa, że jest dla cie­bie dobre?

Wydaje mi się, że dla­tego, że jak ona była mała, to jej rodzice nie mieli dla niej w ogóle czasu. Ona mi teraz oka­zuje swoje zain­te­re­so­wa­nie w nad­mia­rze rów­nież poprzez kon­trolę, ale to nas wcale nie zbliża.

O, to bar­dzo cie­kawa reflek­sja. Masz rację, czę­sto jest tak, że my, rodzice, sta­ramy się zapew­nić dzie­ciom to, czego nam w dzie­ciń­stwie bra­ko­wało. Twoja mama nie doświad­czyła uwagi ze strony rodzi­ców, czyli nie nauczyła się, jak wygląda zdrowa uważ­ność kie­ro­wana na dziecko. Uznała, że ma to wyglą­dać tak, że ona będzie cię kon­tro­lo­wała, by ci się nic złego w życiu nie przy­da­rzyło. I że ona tak ci zor­ga­ni­zuje czas, żeby­ście mogły być cały czas w kon­tak­cie.

Tak to wła­śnie wygląda, ale zamiast nas do sie­bie zbli­żać, oddala.

Co jesz­cze napi­sa­łaś na kartce?

Że chcę mieć wię­cej czasu i wol­no­ści dla sie­bie.

Gdy­byś miała wię­cej wol­no­ści, co byś z nią zro­biła?

Nie czu­ła­bym się inna. Nikt z moich zna­jo­mych nie ma takiej kon­troli na tele­fo­nie. Rodzice ich tak bar­dzo nie spraw­dzają, ufają im, pozwa­lają na dużo wię­cej.

Jeśli czu­ła­byś, że nie jesteś inna, tylko podobna do rówie­śni­ków, to jak byś chciała spę­dzać ten wolny czas, o któ­rym marzysz?

Tak jak moi zna­jomi. Oni grają w gry kom­pu­te­rowe, wię­cej odpo­czy­wają, mają czas sie­dzieć na tele­fo­nie, mogą się spo­tkać ze zna­jo­mymi.

A masz jakieś zain­te­re­so­wa­nia, hobby?

Nie wiem.

Kiedy byłaś mała, to jakie zabawki lubi­łaś naj­bar­dziej?

Zwie­rzaki.

Inte­re­sują cię zwie­rzęta?

Mamy dwa koty.

Czyj to był pomysł?

Ostat­nio adop­to­wa­li­śmy kota dla mnie. Bo ja potrze­buję kogoś takiego małego do tule­nia.

Kto się kotem zaj­muje?

Jak jestem w domu, to ja, a jak jestem u taty, to mama, ale teraz będę brała kota ze sobą do taty.

Rozu­miem, że rodzice spra­wują opiekę naprze­mienną. Podoba ci się taki układ?

Tak. Wcze­śniej mia­łam czas z tatą co drugi week­end i cho­dzi­łam do niego na parę godzin w tygo­dniu, ale to było dla mnie za mało i jestem teraz tydzień u mamy i tydzień u taty. Chcę z tatą spę­dzać wię­cej czasu.

Co takiego faj­nego jest u taty?

Z tatą jemy zawsze posiłki razem, u mamy ni­gdy. Mama cią­gle pra­cuje, a ja jestem u sie­bie w pokoju. Z tatą gramy w plan­szówki. Jak byłam mniej­sza, to cho­dzi­li­śmy z tatą do parku, na łyżwy, na rolki, na rower. A mama nie spę­dza ze mną czasu w taki spo­sób. Nie wycho­dzi­ły­śmy ni­gdy ni­gdzie razem. U mamy całe życie bawi­łam się sama. Tata się ze mną czę­sto bawił.

Jakie są wza­jemne rela­cje mamy z tatą?

Dobre, nie kłócą się.

Co by się stało, gdy­byś powie­działa mamie, że potrze­bu­jesz czasu dla sie­bie?

Cza­sami mama się zga­dza, ale są warunki.

Jakie?

Nauka, sprzą­ta­nie…

A gdy­byś ją popro­siła, żeby to było bez warun­ków? Jeden dzień w tygo­dniu bez żad­nych warun­ków.

To by się nie zgo­dziła. Nawet w week­endy mam warunki. Naj­czę­ściej mama pozwala mi mieć mój czas wolny, jak jem. Jem obiad albo kola­cję w swoim pokoju i wtedy mam pięt­na­ście minut dla sie­bie. A potem mam wyłą­czyć wszystko i muszę wra­cać do nauki. Chyba że chcę spać. Spać mogę bez żad­nych warun­ków.

Czy to też jest twoja ucieczka? Jak masz wszyst­kiego dość, to idziesz spać?

Tak. A potem w nocy nie mogę zasnąć. Mama mnie wtedy pil­nuje, zabra­nia doty­kać tele­fonu, zakłada blo­kady, żebym nie mogła nic odpa­lić. Mama zwy­kle nie śpi do dru­giej albo trze­ciej w nocy, bo pra­cuje, i mnie cały czas kon­tro­luje.

Bun­tu­jesz się?

Pró­bo­wa­łam się bun­to­wać, ale to nie jest dobry spo­sób. To przy­nosi tylko złe skutki. Zwięk­sze­nie kon­troli i ode­bra­nie tego, co mam.

Co by się stało, gdy­byś powie­działa mamie, co czu­jesz, kiedy ona cię kon­tro­luje i narzuca rygor?

Ona mi mówi, że takie jest życie, że to jest nor­malne. Nor­malne obo­wiązki w domu, nor­malne życie z rodziną. Mówi, że daje mi czas dla mnie, ale naj­czę­ściej wrzuca do tego szkołę. Ona mówi, że uczę się na ostatni moment i dla­tego nie mam czasu dla sie­bie. Jak mogę się uczyć na ostatni moment, jeżeli ja się bez prze­rwy uczę?

Co byś chciała powie­dzieć rodzi­com, któ­rzy prze­czy­tają ten wywiad? Jakie prze­sła­nie mam zamie­ścić dla nich w książce?

Żeby nie narzu­cali swoim dzie­ciom tego, czego sami nie mieli w dzie­ciń­stwie. Ich nie­speł­nione potrzeby nie są potrze­bami ich dzieci.

Melania, lat 17

Nie czu­łam bólu fizycz­nego, bo ból wewnętrzny był tak ogromny, że jak coś sobie robi­łam, to po pro­stu czu­łam ulgę.

Pamię­tasz, kiedy zaczęły się twoje zma­ga­nia?

Jak byłam mała, mia­łam zabu­rze­nia sen­so­ryczne. Nie mogłam się odna­leźć, kiedy za dużo się działo i było zbyt gło­śno, dla­tego prak­tycz­nie nie cho­dzi­łam do przed­szkola. Przy każ­dej pró­bie zosta­wie­nia mnie w gru­pie pła­ka­łam. Było tam za dużo ludzi i zabawy, które mi nie odpo­wia­dały. Pamię­tam, że bar­dzo chcia­łam cho­dzić na balet. Mama opła­ciła zaję­cia, poszłam i wszystko było pra­wie dobrze, tylko na końcu był jakiś nagły okrzyk, a ja dosta­łam ataku paniki. Nie mogłam się uspo­koić, było za dużo emo­cji, z któ­rymi nie umia­łam sobie pora­dzić. Zra­zi­łam się do baletu na zawsze. Dono­śne, nie­spo­dzie­wane dźwięki do tej pory budzą we mnie ogromny nie­po­kój. Gło­śna muzyka albo gło­śne roz­mowy mi nie prze­szka­dzają, tylko nagłe prze­ni­kliwe dźwięki.

Na balet już nie cho­dzi­łam, ale poszłam do szkoły i było wszystko okej. Mia­łam zna­jo­mych, a w ósmej kla­sie nawet chło­paka. Mam nie­stety obni­żoną odpor­ność i dosyć czę­sto cho­ruję, dla­tego mama nie chciała, żebym gdzie­kol­wiek wycho­dziła pod­czas pan­de­mii. Bała się, że jak zła­pię covid, to umrę. Byłam zamknięta w domu przez dwa, trzy mie­siące. Potem prze­miesz­cza­łam się w maseczce, mogłam też wycho­dzić do ogrodu. Wszy­scy byli­śmy w domu, rodzice też, a ja lubię spo­kój. Dener­wo­wało mnie, kiedy ktoś był w domu, a ja musia­łam się sku­pić na lek­cjach pro­wa­dzo­nych w try­bie on-line. Byłam więc cały czas pode­ner­wo­wana. Kiedy lock­down się skoń­czył, z rado­ścią zaczę­łam wycho­dzić z domu, ale ze szkołą było gorzej. Nie byłam już w sta­nie tam prze­by­wać. Przy­cho­dziły myśli samo­bój­cze, zaczę­łam się oka­le­czać. To było wszystko powią­zane głów­nie ze szkołą. Poszłam do pierw­szej klasy liceum i nie mogłam się odna­leźć. Ludzie byli nie­mili, nauczy­ciele ina­czej oce­niali, nikt się nikim nie przej­mo­wał.

Pan­de­mia zastała cię w ósmej kla­sie. Nie wró­ci­łaś już potem do swo­jej pod­sta­wówki, tylko poszłaś pro­sto do liceum?

Tak, do szkoły wró­ci­łam tylko na egza­min ósmo­kla­si­sty, a potem już do liceum.

Czyli nowa szkoła, nowi ludzie, nowe zasady.

Dokład­nie tak. Mia­łam iść z przy­ja­ciółką, potem wyszło ina­czej i poszłam sama. Pozna­łam tam jedną kole­żankę, ale ona znała też inne dziew­czyny, więc się nam nie kle­iło. Cho­dze­nie do szkoły przy­cho­dziło mi z coraz więk­szym tru­dem. Potem się zaczęło robić tak, że jak mia­łam lek­cje na ósmą, to musia­łam wstać o pią­tej, żeby zdą­żyć. Prze­sta­łam więc w te dni cho­dzić do szkoły. Po pro­stu nie byłam w sta­nie tak wcze­śnie wsta­wać. I nie cho­dzi o to, że się nie wysy­pia­łam, bo cho­dziłam spać nawet o osiem­na­stej. Po pro­stu psy­chicz­nie nie potra­fi­łam tak wcze­śnie rano wstać, zebrać się, uma­lo­wać, zjeść, spa­ko­wać. To było ponad moje siły. Dzwo­ni­łam do mamy, pła­ka­łam przez tele­fon: „Mamo, nie idę do szkoły, nie dam rady”. Mama zawsze mówiła, że muszę, bo mam bar­dzo dużo nie­obec­no­ści. Zaczę­łam cho­dzić do szkol­nej pani psy­cho­log. Pozwa­lała mi chwilę posie­dzieć w gabi­ne­cie, ale w końcu musia­łam wra­cać na lek­cje. Tak to się cią­gnęło, aż doszło do tego, że powie­dzia­łam mamie, że nie dam rady cho­dzić do szkoły, bo tam jest za dużo ludzi, nie potra­fię tam sie­dzieć ani z kimś roz­ma­wiać. Jest to dla mnie za trudne. Ze zna­jo­mymi, któ­rych zna­łam wcze­śniej, albo z ludźmi, któ­rych pozna­wa­łam za ich pośred­nic­twem, było okej. Potra­fi­łam się odna­leźć tylko wtedy, gdy w towa­rzy­stwie była cho­ciaż jedna osoba, którą znam. Wów­czas wie­dzia­łam, że jak będę potrze­bo­wała, to mogę odejść, poroz­ma­wiać z nią, powie­dzieć, że się nie­kom­for­towo czuję, i wyj­dziemy. Będąc sama w towa­rzy­stwie, nie mia­łam takiego kom­fortu i nie potra­fi­łam być z obcymi ludźmi.

Zaczę­łam cho­dzić do psy­chia­try, bo mia­łam myśli samo­bój­cze i się oka­le­cza­łam. Zdia­gno­zo­wano u mnie depre­sję, dosta­łam tabletki. Potem doszły stany lękowe, a póź­niej wyszło, że mam zespół Asper­gera. Po tych tablet­kach w ogóle nie mogłam funk­cjo­no­wać. Spa­łam cały dzień. Nie było lepiej, było gorzej. To zna­czy psy­chicz­nie było nieco lepiej, ale fizycz­nie zde­cy­do­wa­nie gorzej. Pra­wie cią­gle spa­łam, cho­dzi­łam zmę­czona, nie mia­łam na nic siły. Czu­łam się tak, jak­bym była po jakichś nar­ko­ty­kach. Tak to sobie wyobra­ża­łam, bo ni­gdy nar­ko­ty­ków nie bra­łam. W końcu mama powie­działa psy­chia­trze, że mam dużo nie­obec­no­ści, że cho­dzę do psy­cho­loga, mam pro­blemy z odna­le­zie­niem się w szkole i że chcia­ła­bym lek­cje on-line. Psy­chia­tra powie­działa, że nie wie, czy wyda takie zale­ce­nie, bo jak będę sie­działa w domu, to może mi się jesz­cze pogor­szyć. Prze­ko­ny­wa­łam, że spo­ty­kam się z ludźmi, wycho­dzę ze zna­jo­mymi, tylko nie jestem w sta­nie cho­dzić do szkoły. Jak jestem w domu, to wię­cej się widuję ze zna­jo­mymi, niż kiedy cho­dzę do szkoły. Po ośmiu godzi­nach nauki w szkole musia­łam jesz­cze uczyć się w domu i to była dla mnie katorga. Naj­go­rzej było, kiedy wywo­ły­wali mnie do tablicy. Wie­dzia­łam, że wszy­scy na mnie patrzą, trzę­słam się i nawet jak wszystko umia­łam, to nie potra­fi­łam się ode­zwać ani sło­wem. To był dla mnie ogromny stres.

Pod koniec pierw­szej klasy liceum mia­łam już naucza­nie indy­wi­du­alne. Nauczy­ciele łączyli się ze mną przez kom­pu­ter i to bar­dzo mi pomo­gło, bar­dzo. Zoba­czy­łam, że tak się da, że nie muszę wsta­wać o pią­tej, nie muszę prze­ży­wać tego stresu. Potem były waka­cje. Mama roz­ma­wiała ze mną o powro­cie do szkoły, bo pani psy­chia­tra powie­działa, że nie da mi wię­cej wska­za­nia do naucza­nia indy­wi­du­alnego. Uwa­żała, że to tylko pogor­szy sprawę. Powie­dzia­łam, że nie wrócę do szkoły. Choćby się paliło i waliło, nie wejdę do żad­nej szkoły. Nie cho­dziło nawet o tamtą szkołę, tylko o każdą szkołę. Powie­dzia­łam, że nie dam rady, i tyle. I nie był to żaden szan­taż ani wybryk, tylko dosta­wa­łam ataku paniki za każ­dym razem, kiedy musia­łam wejść do szkoły.

Na szczę­ście rodzice to zro­zu­mieli, usza­no­wali i posłu­chali mnie, a nie pani dok­tor. Zna­la­zły­śmy z mamą Szkołę w Chmu­rze, gdzie uczę się sama. Mam karty pracy, potem zdaję egza­miny, i już. Sama zarzą­dzam swoim cza­sem, decy­duję, kiedy się uczę i w jakiej kolej­no­ści.

Moja córka Ada też była w takiej szkole. To jed­nak wymaga sporo samo­dy­scy­pliny i dosko­na­łej orga­ni­za­cji. Ciężko wyma­gać cze­goś takiego od dziecka, które ma dzie­sięć czy jede­na­ście lat. Skoń­czyło się na tym, że mia­ły­śmy cią­gle awan­tury o naukę, Ada naro­biła sobie zale­gło­ści. Sama stwier­dziła, że chce wró­cić do szkoły, gdzie ma z góry narzu­cony plan lek­cji i musi sie­dzieć w kla­sie przez czter­dzie­ści pięć minut, a tem­pem i tre­ścią mate­riału zarzą­dza nauczy­ciel. Fan­ta­stycz­nie, że ty potra­fisz się tak zor­ga­ni­zo­wać. Trzeba mieć dużą doj­rza­łość i deter­mi­na­cję, by temu podo­łać.

Warun­kiem mojego naucza­nia było to, że sama będę pil­no­wała nauki i zdam egza­miny. Jeśli­bym tego nie zro­biła, musia­ła­bym wró­cić do szkoły, a wie­dzia­łam, że nie jestem w sta­nie. To była dla mnie duża moty­wa­cja. Byłam gotowa zro­bić wszystko, żeby tam nie wra­cać. Szkoła w Chmu­rze była dla mnie ide­al­nym roz­wią­za­niem. Dała mi dużą swo­bodę decy­do­wa­nia o sobie, a ja nie mogę znieść, kiedy ktoś mi coś narzuca. Kiedy mama każe mi posprzą­tać, to ni­gdy nie robię tego od razu, tylko w wybra­nym przez sie­bie cza­sie. Tutaj sama mogę wybie­rać, co i kiedy robię, kiedy zdaję egza­min. Mam dwa­na­ście egza­minów do zali­cze­nia i sama decy­duję, kiedy jestem gotowa, by je zdać.

Uczysz się w blo­kach przed­mio­to­wych czy wszystko naraz, tak jak w szkole sys­te­mo­wej?

Uczę się w blo­kach przed­mio­to­wych. To zna­czy opa­no­wuję mate­riał z jed­nego przed­miotu, zdaję z niego egza­min i zabie­ram się za kolejny przed­miot.

Sku­pia­nie uwagi na jed­nej rze­czy, w tym przy­padku na jed­nym przed­mio­cie, jest o wiele sku­tecz­niej­sze. Mózg nie musi prze­ska­ki­wać z tematu na temat, a w przy­padku róż­nych przed­mio­tów, takich jak mate­ma­tyka i pol­ski, z pół­kuli na pół­kulę. Moja córka, kiedy uczyła się w ramach edu­ka­cji domo­wej, opa­no­wała mate­riał z bio­lo­gii dla klasy pią­tej w mie­siąc. Kiedy się zgłę­bia wybraną dys­cy­plinę, wszystko się łączy i ma sens. Sys­tem zmiany tematu co czter­dzie­ści pięć minut to naj­mniej opty­malny spo­sób zdo­by­wa­nia wie­dzy. Wtrą­ca­nie ode­rwa­nych wąt­ków z geo­gra­fii, pol­skiego i mate­ma­tyki jest okrop­nie męczące dla mózgu i nie­po­trzeb­nie roz­pra­sza­jące. Kiedy sku­piamy się na jed­nym tema­cie, mamy cią­głość myśli. Mate­riał znacz­nie szyb­ciej i spraw­niej wcho­dzi do głowy. Kie­dyś był modny mul­ti­ta­sking, czyli robie­nie wielu rze­czy rów­no­cze­śnie. Wyko­nano eks­pe­ry­ment, w któ­rym podzie­lono uczest­ni­ków na dwie grupy. Obie miały taką samą liczbę róż­nych pole­ceń do wyko­na­nia. Jedna grupa miała za zada­nie wyko­ny­wać zle­cone obo­wiązki po kolei, jedną rzecz po dru­giej, druga miała wyko­nać je na zasa­dzie mul­ti­ta­skingu, czyli uczest­nicy mogli łączyć zada­nia, co teo­re­tycz­nie spra­wi­łoby, że wyko­nają całość szyb­ciej. Wyniki były zaska­ku­jące. Oka­zało się, że grupa, która wyko­ny­wała jedno zada­nie, a potem przy­stę­po­wała do kolej­nego, nie dość, że ukoń­czyła pracę szyb­ciej, to zro­biła to dokład­niej.

Taki sys­tem edu­ka­cji o wiele bar­dziej mi pasuje. Samo­dzielna nauka daje moż­li­wość wybie­ra­nia tego, kiedy i czego się uczę, bez koniecz­no­ści wsta­wa­nia o pią­tej rano i mie­rze­nia się z przy­tła­cza­jącą liczbą bodź­ców. Nie zosta­łam odlud­kiem. Spo­ty­kam się ze zna­jo­mymi, ale z tymi, któ­rych lubię, a nie ze wszyst­kimi, któ­rzy uczęsz­czają do szkoły. Skoń­czyły się myśli samo­bój­cze, prze­sta­łam się oka­le­czać. Pew­nie, że cza­sem coś nie wycho­dzi, ale nie ma już tak wiel­kiego napię­cia, nie prze­ży­wam takiego stresu.

Czy poza szkołą było coś jesz­cze, co przy­czy­niało się do two­jego stanu psy­chicz­nego, myśli samo­bój­czych i oka­le­czeń?

Kolej­nym tema­tem był mój chło­pak. Byłam z nim osiem mie­sięcy i kiedy on z tej rela­cji zre­zy­gno­wał, okrop­nie to prze­ży­łam. Nie wiem nawet do końca, dla­czego mnie zosta­wił. Pozna­li­śmy się jako dzie­ciaki i z cza­sem być może mocno się zmie­ni­li­śmy, może też ten mój pro­blem z cho­dze­niem do szkoły na to wpły­nął. Nie wiem. Chyba przez rok nie mogłam sobie pora­dzić z tym roz­sta­niem. Tęsk­ni­łam, cią­gle chcia­łam do niego pisać. Nie pozwa­la­łam nikomu się do sie­bie zbli­żyć. Bałam się, że znowu będę cier­piała, i nie byłam gotowa pod­jąć takiego ryzyka.

Była też jedna kole­żanka, córka zna­jo­mych moich rodzi­ców. Nasi rodzice bar­dzo się przy­jaź­nili, nasze mamy były w ciąży w tym samym cza­sie. Miesz­ka­ły­śmy w tym samym bloku, w tej samej klatce i mia­ły­śmy tak samo na imię. W piża­mach do sie­bie cho­dzi­ły­śmy. Były­śmy w tej samej kla­sie przez osiem lat. Nie­stety ona poszła do innego liceum. Jesz­cze na początku się przy­jaź­ni­ły­śmy, ale potem ona zna­la­zła sobie nowe przy­ja­ciółki, a ja po raz kolejny poczu­łam się odrzu­cona. Naj­pierw chło­pak, póź­niej ona. Było mi bar­dzo przy­kro. No i jak nie dawa­łam sobie rady, to się cię­łam.

Co ci to dawało?

Ulgę.

Czu­łaś ból?

Nie. To było coś takiego, że nie czu­łam bólu fizycz­nego, bo ból wewnętrzny był tak ogromny, że jak coś sobie robi­łam, to po pro­stu czu­łam ulgę. Tera­peuci suge­ro­wali mi, żebym w takich sytu­acjach rwała kartki, ści­skała gniotka, ale to nie poma­gało. Mama to zauwa­żyła i zapi­sała mnie do psy­cho­loga, cho­dzi­łam też na tera­pię rodzinną, na indy­wi­du­alną i zaczę­łam jesz­cze cho­dzić na tera­pię gru­pową. Mówi­łam mamie, że to za dużo, ale ona twier­dziła, że to dla mojego dobra. I do tej pory nie potrafi zro­zu­mieć, że to za dużo. Na­dal muszę cho­dzić do psy­cho­loga, psy­chia­try, na tera­pię gru­pową, tera­pię rodzinną plus mam kore­pe­ty­cje i zaję­cia z taką panią przez inter­net, która też ma mnie wspie­rać.

Jeśli mia­ła­byś zosta­wić tylko jedną z tych tera­pii, to którą byś wybrała?

Żad­nej. Żadna mi nic nie daje. Naj­gor­sza dla mnie jest tera­pia rodzinna, ponie­waż nie­na­wi­dzę pani, która to pro­wa­dzi, jej tonu głosu, tego, jak się do nas odnosi. Jak tylko wcho­dzę, mam ochotę natych­miast wyjść. Mamy to raz w mie­siącu całą rodziną. To jest dla mnie nie do wytrzy­ma­nia.

Co na to rodzice?

Oni dzięki tej tera­pii zga­dzają się na wię­cej rze­czy, są bar­dziej otwarci. Uwa­żają, że powin­nam dzię­ko­wać, że cho­dzimy na tę tera­pię.

Wyczu­wam tu kon­flikt. Rodzice pew­nie uwa­żają, że robią wię­cej, niż mogą, a ty czu­jesz, że bar­dziej ci to szko­dzi, niż pomaga.

Zde­cy­do­wa­nie tak.

Pró­bo­wa­łaś roz­ma­wiać o tym z rodzi­cami?

Roz­ma­wia­łam już wie­lo­krot­nie i oni cały czas mają tę samą teo­rię. Powie­dzia­łam im, że jest mi za ciężko. Mówią, że rozu­mieją, ale muszę to prze­bo­leć. Że im też nie jest łatwo, ale to dla dobra naszej rodziny.

Pew­nie już wiesz, jak rodzice reagują na takie sytu­acje jak samo­oka­le­cza­nie i myśli samo­bój­cze. To jest przede wszyst­kim ogromny lęk o dziecko i poczu­cie winy. Dodat­kowo lęk o to, że jeśli temu uko­cha­nemu dziecku sta­nie się coś jesz­cze gor­szego, to będzie ich wina, bo zro­bili za mało, nie dopil­no­wali, nie zauwa­żyli, nie zapro­wa­dzili dziecka do odpo­wied­niego tera­peuty. Kiedy docho­dzi do samo­oka­le­czeń, depre­sji, lęków, to rodzic natych­miast obwi­nia sie­bie. Czuje, że nawa­lił jako matka czy ojciec, więc od tej pory posta­na­wia zro­bić abso­lut­nie wszystko, żeby dziecku pomóc. To ozna­cza, że jako matka zała­twię każdą moż­liwą tera­pię, każde moż­liwe lecze­nie, żeby tylko już niczego nie prze­oczyć. Pro­szę, powiedz nam, rodzi­com, czego osoba z takimi wyzwa­niami, z jakimi ty się mie­rzysz, tak naprawdę potrze­buje.

Na pewno zro­zu­mie­nia i zaufa­nia. Wia­domo, że kiedy zrobi się jakąś nie­fajną rzecz, to traci się to zaufa­nie. Ale mimo to zaufa­nie jest strasz­nie ważne. No i cho­ciaż chęć zro­zu­mie­nia. Rodzice, kiedy widzą, że dziecku jest ciężko, chcą je wspie­rać, ale czę­sto nie wie­dzą jak i robią jesz­cze wię­cej złego. Naj­gor­sze słowa, jakie można powie­dzieć, to: „Damy radę” albo „Będzie dobrze”. Mama przez dłuż­szy czas do mnie tak mówiła, ale już wie, że nie­na­wi­dzę tych słów. To brzmi jak oszu­stwo. Jak można obie­cy­wać, że będzie dobrze, kiedy dzi­siaj, jutro czy poju­trze coś się może stać i nie będzie dobrze. Te słowa budzą we mnie ogromną złość. Nikt nie ma pew­no­ści, czy będzie dobrze. Nawet ja takiej pew­no­ści nie mam, a co dopiero mama czy tata.

Kiedy uro­dzi­łam syna z zespo­łem Downa, to nie wie­dzia­łam, czy on będzie żył i jakiej jako­ści będzie to jego życie. A ludzie mówili: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Nie chcia­łam sły­szeć takich slo­ga­nów, bo prze­cież mogło być źle. Potrze­bo­wa­łam otu­chy, że w razie czego sobie pora­dzę. Myślę, że każdy ma taki komu­ni­kat, który chciałby usły­szeć, i sądzę, że warto powie­dzieć bli­skim, jak on powi­nien brzmieć. Rodzi­com zasu­ge­ro­wa­ła­bym, żeby spy­tali dziecko, czego potrze­buje, kiedy przy­cho­dzi ten trudny czas.

Zga­dzam się z tym cał­ko­wi­cie.

Pod­su­mo­wu­jąc, zamiast wymy­ślać dla dziecka sce­na­riu­sze na pod­sta­wie wła­snych doświad­czeń, rodzic powi­nien wie­rzyć w to, co mówi dziecko, ufać, nawet jeśli sytu­acja wydaje się co naj­mniej dziwna, i mimo wszystko dać prze­strzeń na popeł­nia­nie błę­dów. Wycho­dze­nie ze sta­nów depre­syj­nych, z lęków i samo­oka­le­czeń to seria prób i błę­dów. Nie ma jed­nej for­muły, która może wszyst­kim pomóc. Gdyby tak było, to każdy, kto boryka się z takimi pro­ble­mami, dosta­wałby kartkę z instruk­cją. Rodzic powi­nien towa­rzy­szyć dziecku nawet w popeł­nia­niu błę­dów. Dziecko musi wie­dzieć, że rodzic nie będzie wyty­kał: „A widzisz, mówi­łam ci, że trzeba było się uczyć, a ty nie zda­jesz”. Trzeba pytać: „Jak mogę ci pomóc?”, „Co mogę dla cie­bie zro­bić?”. Dla rodzi­ców to jest bar­dzo trudne, bo mają zako­do­wane, że to oni muszą zna­leźć roz­wią­za­nie, narzu­cić je dziecku i wtedy wszystko będzie w porządku. W dzi­siej­szej rze­czy­wi­sto­ści to już nie­ak­tu­alne. Rodzic powi­nien bar­dziej ufać dziecku, nawet jeśli sam danej sytu­acji nie rozu­mie. Kiedy dziecko popełni błąd, to warto o tym poroz­ma­wiać, a potem znowu zaufać, i znowu. Czyli jeśli dziecko mówi, że źle się czuje na jakiejś tera­pii, to należy ją zmie­nić albo jej zanie­chać. Czy sądzisz, że taka for­muła pomocy byłaby bar­dziej sku­teczna?

Tak. Jeśli rodzic będzie cały czas chro­nił dziecko, za bar­dzo się nim opie­ko­wał, to potem ono w doro­sło­ści nie będzie wie­działo, co robi dobrze, a co źle, bo zawsze mamu­sia albo tatuś mówili, co ma robić, i rato­wali z opre­sji. Popeł­ni­łam dużo błę­dów. Kilka razy zawio­dłam zaufa­nie rodzi­ców. Ale sta­ram się je odbu­do­wy­wać. Nie powiem, że byłam mała i głu­pia, bo na­dal jestem nasto­latką, ale robi­łam głu­pie rze­czy, jak mia­łam czter­na­ście czy pięt­na­ście lat.

A co to są głu­pie rze­czy?

Na przy­kład kie­dyś robi­łam coś takiego, że pozna­wa­łam ludzi przez inter­net. Nie wiem, o czym ja wtedy myśla­łam. To był czas, gdy nie mia­łam żad­nych zna­jo­mych i chcia­łam z kimś popi­sać. Pamię­tam, że kiedy mama się dowie­działa, zabrała mi tele­fon. Bała się, że to może być jakiś pedo­fil. Popła­ka­łam się. Wiem, że to było głu­pie. Teraz już tak nie robię, ale trzeba do tego doj­rzeć. Pamię­tam, że pró­bo­wa­łam palić. Jak mama się zorien­to­wała, że palę, to zaczęła mówić, że to jest nie­zdrowe, że wolno dopiero od osiem­na­stu lat, a ja mia­łam wtedy pięt­na­ście. Obie­cy­wa­łam, że już nie będę, ale mama znaj­do­wała kolejne papie­rosy. Jak skoń­czy­łam szes­na­ście lat, to dosta­wa­łam papie­rosy od dziadka. Z nim pali­łam. Przed sie­dem­nastką mama zoba­czyła, że palę w domu. Powie­działa, że pale­nie w domu kate­go­rycz­nie jest zabro­nione, że mam młod­szego brata i ona nie chce, żebym przy nim paliła, i sama też nie zamie­rza tego wdy­chać.

To jest powta­rzany od poko­leń sche­mat. Dziecko robi coś, czego rodzic nie pochwala, ale każdy rodzic robił kie­dyś dokład­nie to samo. Sama po raz pierw­szy spró­bo­wa­łam alko­holu u kole­żanki w domu, kiedy mia­łam czter­na­ście lat. Nam, rodzi­com, wydaje się, że możemy zabro­nić naszym dzie­ciom robie­nia tych samych głu­pot, które my robi­li­śmy. Co o tym sądzisz?

Rodzic wycho­dzi z zało­że­nia, że jak on coś zro­bił i już wie, że to jest złe, to dziecko nie ma prawa tego zro­bić, bo rodzic powie­dział, że to jest złe. Dziecku nie da się tak tego prze­tłu­ma­czyć. Ono samo musi się prze­ko­nać na swo­ich błę­dach. Mia­łam taką kole­żankę. Od początku mama mówiła, że z nią coś jest nie tak, ale pozwo­liła, żebym się sama prze­ko­nała. Nie zabra­niała mi kon­tak­tów z tą dziew­czyną. No i zoba­czy­łam, że kła­mie, krad­nie i tak dalej. Nawet inna kole­żanka mi mówiła: „Nie spo­ty­kaj się z nią, to nie jest fajna dziew­czyna”, ale chcia­łam być mądrzej­sza i musia­łam sama się prze­ko­nać, co mi zro­biła, i dojść do wnio­sku, że ona jest złym towa­rzy­stwem. Nawet jeśli mam nie­zbite dowody, to i tak muszę się upew­nić, bo ina­czej nie uwie­rzę.

Chyba każdy z nas tak ma. Pyta­nie, czy to są błędy, czy natu­ralny pro­ces pozna­wa­nia życia i dora­sta­nia?

Moim zda­niem to nie są błędy. Każde dziecko pra­gnie doświad­czać, bo tak się uczy, przez doświad­cza­nie wła­śnie.

Rodzice powie­lają pewne wzorce, któ­rych zostali nauczeni przez swo­ich rodzi­ców. Tylko czy te wzorce na­dal dzia­łają? A jeśli nie, to jak powin­ni­śmy je zmo­dy­fi­ko­wać, żeby dora­sta­nie było łatwiej­sze, a rodzice mogli jed­nak sta­wiać gra­nice i uczyć, co można, a czego nie?

Moim zda­niem rodzice muszą być rodzi­cami. Rodzic to nie jest jakiś zna­jomy czy kolega. Ktoś musi to dziecko wycho­wać. Jed­nak bar­dziej powinno się to opie­rać na roz­mo­wie, na odpo­wied­nim przy­kła­dzie niż na kara­niu czy stra­sze­niu rakiem. Każde nor­malne dziecko i tak spró­buje papie­ro­sów, alko­holu, a może nawet cze­goś wię­cej, nawet jeśli jest wzo­ro­wym uczniem. Nie ma innej opcji. Wia­domo, jakie są teraz czasy, jakie jest towa­rzy­stwo. Naj­róż­niej­sze używki są teraz ogól­nie dostępne. Nie cho­dzi o to, żeby rodzice to pochwa­lali, ale niech nie poni­żają, nie wpę­dzają w poczu­cie winy, nie roz­ta­czają czar­nych wizji nar­ko­ma­nii i pracy przy kopa­niu rowów. Jest oczy­wi­ście róż­nica, kiedy cze­goś spró­buje dziecko dwu­na­sto­let­nie, a kiedy będzie to szes­na­sto­la­tek. Dwu­na­sto­la­tek to jesz­cze małe dziecko, ale kiedy doj­rzały nasto­la­tek zaczyna cho­dzić na imprezy, to nie da się unik­nąć pew­nych eks­pe­ry­men­tów. Nawet jeśli rodzic będzie karał, zaka­zy­wał, to dziecko pój­dzie za róg i spró­buje. Poni­ża­nie i zastra­sza­nie powo­dują jedy­nie niską samo­ocenę. Trzeba też odróż­nić sytu­acje, kiedy ktoś pró­buje alko­holu czy papie­ro­sów, a kiedy nar­ko­ty­ków – to jest o wiele bar­dziej nie­bez­pieczne. Mam przy­ja­ciółkę, która ma czter­na­ście lat, a zaczęła ćpać, kiedy miała dwa­na­ście. Ale jej rodzice byli po roz­wo­dzie i mama się nią w ogóle nie inte­re­so­wała.

Jak moja mama robiła awan­tury o pale­nie, to w ner­wach jej wykrzy­cza­łam: „To co, mam zacząć ćpać, żebyś mi powie­działa, że już to jest lep­sze niż nar­ko­tyki?!”. Robiła mi takie afery o e-papie­rosy, zabie­rała tele­fon, zabra­niała wycho­dzić z domu, gro­ziła, że jak jesz­cze raz mnie przy­ła­pie, to coś tam. Ale moja mama żyje w jakimś innym świe­cie. Nie ma poję­cia, jak teraz wygląda świat nasto­lat­ków. Ona się dziwi, że ktoś nosi kol­czyki, far­buje włosy, a dla nas to jest nor­malne. Pro­si­łam ją, jak mia­łam pięt­na­ście lat, o kol­czyk w nosie. Mówiła: „Nie, nie, nie. Jak skoń­czysz osiem­na­ście lat, wypro­wa­dzisz się, to sobie zro­bisz, a w moim domu nie ma mowy”. A mnie bar­dzo na tym zale­żało. Poszłam do kole­żanki na noc, prze­kłuła mi nos i wró­ci­łam do domu z kol­czykiem. Afera była, że mama się nie zga­dza, że mam to wyjąć, że to jest jej dom, że będzie się mnie wsty­dzić. Tłu­ma­czy­łam jej, że to prze­cież nie jest na całe życie, że można usu­nąć, to nie tatuaż. Rok póź­niej pro­si­łam o kol­czyk w pępku. Jecha­łam z kole­żanką za gra­nicę i spy­ta­łam, czy mogę to zro­bić. Ona znowu, że nie, nie, nie. Powie­dzia­łam jej: „Mamo, nie da się z tobą nawet roz­ma­wiać. Mam sie­dem­na­ście lat. Nie pro­szę cię o coś wiel­kiego. Jak ci się to nie będzie podo­bało, to jak będę z tobą gdzieś szła, mogę wyjąć”. Mam kole­żankę, która ma czter­na­ście lat i kol­czyki wszę­dzie. Wiem, że nie należy się porów­ny­wać do kogoś, ale to, jak widać, zależy od rodzica. Dla mojej mamy dekolt czy tro­chę odsło­nię­tego brzu­cha to już jest zapro­sze­nie do seksu. I nie da się jej wytłu­ma­czyć, że teraz jest ina­czej, że czasy bar­dzo się zmie­niły.

Jak sądzisz, jak to wpływa na twoje samo­po­czu­cie?

Bar­dzo wpływa. Mia­łam taki czas, że bar­dzo źle czu­łam się sama ze sobą. Cho­wa­łam albo wyrzu­ca­łam jedze­nie, bo wyda­wa­łam się sobie gruba, choć byłam chuda. Cho­dzi­łam w luź­nych blu­zach, bo się wsty­dzi­łam samej sie­bie. Teraz jestem wyż­sza, nabra­łam kobie­cych kształ­tów. Dobrze się ze sobą czuję i kiedy chcę wło­żyć bluzkę z odkry­tym brzu­chem, mama mówi, że nie, bo to jest zachęta dla chło­pa­ków. Ja rozu­miem, gdy­bym wycho­dziła na mia­sto w minió­wie w nocy, to okej, sama bym się bała. Ale jeśli jest lato, dzień, gorąco, no to ja nie jestem w sta­nie tego zro­zu­mieć. Ja też bym nie wypu­ściła córki w krót­kiej sukience w nocy do klubu, ale jeśli idę się spo­tkać w środku lata ze zna­jo­mymi i mam bluzkę nie taką jak biu­sto­nosz, ale tro­chę poka­zu­jącą brzuch, to coś zupeł­nie innego. Moja mama ma takie kon­ser­wa­tywne podej­ście do wszyst­kiego: do ubioru, kol­czy­ków, tatu­aży. I ja muszę cały czas z nią wal­czyć, żeby móc być taka jak moje poko­le­nie, nie jej, tylko moje.

Prze­paść mię­dzy sty­lem życia rodzi­ców a obec­nych nasto­lat­ków jest ogromna. Myślę, że z tym jest bar­dzo ciężko i dzie­cia­kom, i rodzi­com. Róż­nice poko­le­niowe były zawsze. Świat ewo­lu­uje, zmie­nia się, a star­sze poko­le­nie prze­ja­wia opór przed zmia­nami, bo po pro­stu boi się tego, czego nie zna. To nor­malne. Dzi­siejsi rodzice nasto­lat­ków się­gają pamię­cią do tego, co im było wolno jako dzie­ciom, i dają swoim ciut wię­cej swo­body, co nie ozna­cza, że to jest tyle, ile te chcą. W pew­nych gra­ni­cach to jest słuszne. Jed­nak w związku z roz­wo­jem inter­netu, w dobie moż­li­wo­ści oglą­da­nia i doświad­cza­nia wszyst­kiego w świe­cie wir­tu­al­nym, prze­paść mię­dzy poko­le­niem, które dora­stało bez inter­netu, a tym, które uro­dziło się ze smart­fo­nem w ręku, to są lata świetlne. Rodzic nie jest w sta­nie dosto­so­wać swo­jego rozu­mo­wa­nia do tego, co się dzieje, a młody czło­wiek ma kło­pot z tym pogu­bio­nym rodzi­cem, bo z jed­nej strony nie chce go zawieść, i to jest dobre i natu­ralne, z dru­giej strony ma rówie­śni­ków, od któ­rych nie chce się róż­nić, a to są dwa skraj­nie różne światy.

Faj­nie by było, gdyby rodzice to wie­dzieli i ze świa­do­mo­ścią, że tak jest, mieli bar­dziej otwarty umysł na to, co jest nor­malne w dzi­siej­szych cza­sach, byli bar­dziej wyro­zu­miali i jed­nak nam ufali. Mimo wszystko.

Kiedy moi syno­wie mieli po szes­na­ście lat, mówi­łam im: „Ni­gdy nie będę popie­rała tego, że na impre­zach pije­cie alko­hol, ale zdaję sobie sprawę, że ten alko­hol tam jest i że nie pijąc, nara­ża­cie się na wyklu­cze­nie, wyszy­dze­nie i wyty­ka­nie pal­cami. Będzie­cie out­si­de­rami i rów­nie dobrze może­cie wcale tam nie iść, bo nie będzie­cie czę­ścią grupy rówie­śni­czej. Ja to rozu­miem i wiem, że będzie­cie pić bez względu na moje zakazy, groźby i ewen­tu­alne kary. Ale zanim pój­dzie­cie, najedz­cie się cze­goś tłu­stego, a na miej­scu połowę wyle­waj­cie zamiast za koł­nierz to za okno. Jeśli macie pić, to mało i tak, żeby się nie upodlić”. Dla mnie było jasne, że na impre­zach są papie­rosy, alko­hol i nar­ko­tyki, a syno­wie sko­rzy­stają z oka­zji, by spró­bo­wać. Wola­łam dać im narzę­dzia, jak z tego sko­rzy­stać w miarę bez­piecz­nie, niż żywić nie­re­alne ocze­ki­wa­nia, że pójdą na imprezę, ale nie tkną alko­holu. Nie wiem, na ile się sto­so­wali do moich wska­zó­wek, ale sta­ra­łam się wejść w ich buty, wyobra­zić sobie sie­bie na takiej impre­zie i roz­wa­żyć, jakie są moż­li­wo­ści. W końcu wszy­scy rodzice też kie­dyś cho­dzili na imprezy. Trzeba sobie to przy­po­mnieć i dawać wska­zówki ade­kwatne do moż­li­wo­ści. Dzięki temu moi syno­wie nie bali się wró­cić do domu, „pach­nąc” piwem. Nie widy­wa­łam ich ni­gdy bar­dzo pija­nych, choć wiem, że kilka takich epi­zo­dów mieli. Dzi­siaj mają po dwa­dzie­ścia parę lat, spo­ra­dycz­nie piją alko­hol, i to w nie­wiel­kich ilo­ściach. Sami do tego doszli metodą prób i błę­dów. Błę­dów, za które ni­gdy ich nie kara­łam, ale pozwa­la­łam ponieść natu­ralne kon­se­kwen­cje w postaci kaca bez znie­czu­le­nia albo koniecz­no­ści pój­ścia do szkoły z bólem głowy. Jak sądzisz, Mela, czy jeśli przed­sta­wię takie podej­ście w książce, to mogłoby ono pomóc?

Tak. Mam przy­ja­ciółkę, któ­rej mama mówi otwar­cie, że nie wyraża zgody na upi­ja­nie się, ale jak były­śmy u niej na waka­cjach, to wypi­ły­śmy z nią po drinku, bo ona woli, żeby­śmy spró­bo­wały tak, niż poszły na imprezę, schlały się, wymio­to­wały i były nara­żone na wyko­rzy­sta­nie. Tak samo jak były tam e-papie­rosy jed­no­ra­zówki i chcia­ły­śmy sobie kupić. Powie­działa, że okej, możemy spró­bo­wać, ale kupu­jemy za wła­sne pie­nią­dze i robimy to same. Jeśli w skle­pie nam sprze­da­dzą i kupimy za swoje, to pro­szę bar­dzo, ale ona nie będzie finan­so­wać cze­goś, czego nie pochwala. Ona się do tego nie przy­czyni, ale też nie zrobi z tego jakiejś wiel­kiej afery. Moja mama ni­gdy by cze­goś takiego nie powie­działa. Byłam już w kilku klu­bach. Jestem nawet pro­mo­torką jed­nego z nich i dostaję za to pie­nią­dze. Ale za każ­dym razem, kiedy idę do klubu, to mama mi powta­rza: „Nie pijesz, nie palisz, włącz loka­li­za­tor, tata cię odbie­rze, maks do pół­nocy”. A ja się czuję jak Kop­ciu­szek.

Rozu­miem, że taka chęć kon­tro­lo­wa­nia przez rodzi­ców wywiera efekt odwrotny od zamie­rzo­nego.

Dokład­nie tak. Jak byłam z dziew­czy­nami w tym klu­bie i wyszły­śmy przed budy­nek, bo chcia­ły­śmy zapa­lić, prze­wie­trzyć się, to mama już dzwoni: „Ale czemu jesteś gdzie indziej?! Widzę na loka­li­za­cji!”. Wia­domo, że ina­czej się bawi czło­wiek, wie­dząc, że sam jest odpo­wie­dzialny za to, co robi, a ina­czej, jeśli mama ma loka­li­za­tor, a tata przy­je­dzie o pół­nocy.

Czyli lepiej powie­dzieć: „Nie pochwa­lam, ale jeśli będziesz pić, to pij tak, żeby się nie upić”. Tylko że taki młody czło­wiek nie wie, ile to jest ta wła­ściwa por­cja, więc prze­sa­dzi i się upije. Wraca do domu i jest awan­tura, są kary, szla­bany i zabrany tele­fon. Z doświad­cze­nia wiem, że kara­nie abso­lut­nie nic nie daje. Dziecko i tak zrobi to, co chce. Kiedy ma w per­spek­ty­wie karę, to przyj­muje to jako cenę dosko­na­łej imprezy. Wie, czego się spo­dzie­wać, i ma to wkal­ku­lo­wane w straty. W rezul­ta­cie albo wcale nie wróci na noc do domu, albo przyj­mie karę i następ­nym razem zrobi dokład­nie to samo. Bo nie czuje się lojalne wobec rodzi­ców. Ani nie jest mu głu­pio, ani nie ma wyrzu­tów sumie­nia, bo kara to cena, którą trzeba zapła­cić. Poczu­cie winy prze­staje ist­nieć.

Naj­waż­niej­sze jest zbu­do­wa­nie więzi, w któ­rej my, rodzice, sta­jemy się waż­niejsi od rówie­śni­ków. Moi syno­wie nie­dawno przy­znali, że czę­sto przed popeł­nia­niem poważ­nych błę­dów powstrzy­my­wała ich lojal­ność wobec mnie, bo mnie sza­no­wali. Oni mnie, a ja ich, a to jest o wiele sil­niej­sza moty­wa­cja do samo­kon­troli niż per­spek­tywa ode­bra­nego tele­fonu. Tele­fon można poży­czyć od kolegi. Sza­cu­nek i zaufa­nie mają o wiele więk­szą war­tość niż tele­fon czy kasa. Sza­cu­nek u dziecka można zdo­być jedy­nie wtedy, kiedy sta­ramy się je zro­zu­mieć, a potem sta­wiamy realne gra­nice z mar­gi­ne­sem na popeł­nia­nie błę­dów. Bo każdy błąd to szansa na naucze­nie się, jak żyć, żeby nie ranić bli­skich. Na odkry­cie, co robić, jeśli się błąd popełni, i jaki to ma wpływ na tych, któ­rych kochamy i sza­nu­jemy. Klu­czo­wym sło­wem tutaj jest słowo „sza­nu­jemy”. Żeby dziecko chciało się pil­no­wać, czy podej­muje decy­zje zgodne z wpo­jo­nymi war­to­ściami, to po pierw­sze, rodzic sam musi te war­to­ści repre­zen­to­wać, a po dru­gie, musi sam sza­no­wać potrzeby i emo­cje dziecka. Wtedy jest ogromna szansa, że także dziecko będzie sza­no­wało potrzeby i emo­cje rodzica.

Dokład­nie tak jest. Kary i szla­bany nie dzia­łają, dają poczu­cie przy­zwo­le­nia. Bo jeśli ja wiem, że mama mnie uka­rze, to już jestem na nią zła. Buduję sobie w gło­wie jej wize­ru­nek jako osoby, która mnie nie rozu­mie, która jest ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści, która mnie nie sza­nuje. Mam chęć zro­bić jej na złość i udo­wod­nić, że i tak mogę, że jestem w sta­nie ją prze­chy­trzyć. Udo­wad­nia­łam to czę­sto, ucie­ka­jąc przez okno albo przez bal­kon. Takie są czasy, że nie da się dziecka upil­no­wać, nawet zakła­da­jąc loka­li­za­tor na komórce. Lepiej jest mieć z dziec­kiem taką rela­cję, żeby rodzic mógł z jed­nej strony jasno powie­dzieć, że cze­goś nie popiera, a z dru­giej, żeby umiał dziecku uświa­do­mić, czego ono może się spo­dzie­wać i jak sobie z tym radzić. Nie stra­szyć, nie gro­zić, tylko usiąść i mu spo­koj­nie powie­dzieć. Ale taką rela­cję trzeba sobie z dziec­kiem wypra­co­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki