Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Nikt z nas, rodziców, nie ma sprawdzonej recepty na nękające młodych ludzi choroby cywilizacyjne: depresję, skłonność do samookaleczeń, podatność na używki. Nie mają znaczenia status społeczny ani stan posiadania. Bez względu na to, czy jesteś psychologiem czy pełnoetatowym rodzicem, twoje dziecko może przeżywać trudności. Ważne, aby zauważać niepokojące objawy i odpowiednio na nie reagować, a także poskramiać własne lęki i uprzedzenia.
Masz w ręku książkę, która pomoże znaleźć odpowiedzi na nurtujące cię pytania i da pewność siebie w roli rodzica. Kiedy ją przeczytasz, będziesz wiedział, co robić, zyskasz siłę i sprawczość; wypracujesz determinację, by uczynić dla dziecka WSZYSTKO, czego ono potrzebuje.
„To jedna z najcenniejszych pozycji dla rodziców nastolatków na rynku książki. Jako psycholog i suicydolog, cenię wyczerpujące podejście do tematu wyzwań dzisiejszej młodzieży, a zwłaszcza depresji i samobójstw. Książka chwilami boli, ale jest piekielnie potrzebna...”
Anna Matusiak
psycholog, suicydolog, dziennikarka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 439
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 11 godz. 19 min
Lektor: Agata Komorowska
Tę książkę piszę dla ciebie, bo jestem przekonana,
że jesteś gotowa zrobić dla swojego dziecka absolutnie wszystko, tylko nie wiesz, od czego zacząć…
Agata Komorowska
– Halo… Mamo… Mamo! Popełniam samobójstwo! – usłyszała przez telefon mama szesnastoletniego Kuby.
Była dwudziesta trzecia. Ania położyła się tego dnia wcześniej, by wypocząć przed konferencją, którą miała poprowadzić następnego ranka. Sygnał nadchodzącego połączenia wyrwał ją ze snu.
– Kuba, poczekaj… Co ty do mnie mówisz? – Sądziła, że to jeden z jego głupich dowcipów. Kuba nieraz potrafił zaskoczyć żartem, który nikogo nie śmieszył.
– Mamo! Ja nie żartuję! Popełniam samobójstwo! – powtórzył Kuba, a po tym wyznaniu zapadła przerażająca cisza.
– Kubuś… Kuba! Nie rozłączaj się! Kuba!!!
Nastolatek odłożył telefon.
Oddzwoniła.
Nie odbierał.
Zadzwoniła ponownie.
Bez odpowiedzi.
Ania siedziała w hotelowym łóżku, kilkaset kilometrów od domu. Nawet jeśli natychmiast wsiadłaby do samochodu, to w domu byłaby za parę godzin… „Nie zdążę” – pomyślała. „Boże, nie zdążę!” Zadzwoniła do Filipa, najlepszego przyjaciela Kuby. Filip już o wszystkim wiedział, bo Kuba dzwonił również do niego. Był piątkowy wieczór, ulice puste, Filip miał blisko do domu Ani, a starszy kolega dysponował samochodem, którym właśnie pędzili obaj Kubie na ratunek. Ania była z Filipem na linii. Słyszała, jak chłopak wysiada z auta, jak jego oddech przyspiesza, kiedy zaczyna biec.
– Oddzwonię – wysapał. – Zaraz tam będę. – Rozłączył się.
Ania przeżywała każdą chwilę w zwolnionym tempie. Nie wiedziała, że sekundy mogą trwać aż tak długo.
Nie wytrzymała. Zadzwoniła.
Filip nie odbierał.
Znowu wybrała numer… i znowu…
W końcu usłyszała głos Filipa.
– Ciociu, żyje! Wszystko jest okej. On żyje. Nic mu nie jest.
– Co się stało?! Co się tam dzieje?! – krzyczała przez łzy Ania.
– Już nie płacz, ciociu. Wszystko jest okej…
Nic nie było okej! Bo jakim cudem szesnastolatek próbuje się zabić, kiedy mama wyjeżdża raptem na dwa dni? Ania zadręczała się pytaniami: „Gdzie popełniłam błąd?! Przecież jestem jego mamą, powinnam wiedzieć… Czego nie zauważyłam?! Czego nie dopilnowałam?! Przecież zawsze mógł do mnie przyjść. I przychodził! Zawsze mógł porozmawiać. I rozmawiał… Gdzie więc popełniłam błąd? Bo to z pewnością była moja wina”.
Ania płakała, siedząc w moim gabinecie na żółtym jak słońce pluszowym fotelu.
– Agata, zrobię dla niego wszystko… Wszystko! Tylko kompletnie nie wiem, od czego zacząć…
Pytania, którymi zadręczała się Ania, nurtują każdego rodzica, którego dziecko przestaje radzić sobie z codziennością, zaczyna się okaleczać, przejawia symptomy depresji, wpada w uzależnienia, doświadcza problemów w szkole i w relacjach rówieśniczych, przeżywa niezrozumiałe lęki, ma natrętne myśli czy w końcu podejmuje próby samobójcze. Obserwując ukochane dziecko, które traci poczucie sensu i chęci do życia, jako rodzice mamy poczucie bezradności, złościmy się, dręczą nas ogromne poczucie winy i przemożny lęk przed oceną ze strony bliskich, lekarzy, specjalistów i nauczycieli. Z tym obezwładniającym lękiem stajemy przed wyborem, co robić w sytuacji, która nas zaskakuje i przerasta. Piszę „my”, bo jako mama czworga dzieci niejednokrotnie stawałam przed takimi wyzwaniami i choć wiedziałam, że jestem gotowa zrobić dla moich dzieci wszystko, nie wiedziałam, od czego zacząć, z których porad skorzystać i na ile mogę ufać samej sobie, skoro osobiście nigdy w takich sytuacjach, w jakich uczestniczyły moje dzieci, się nie znalazłam. Okresu dojrzewania bez internetu i telefonów komórkowych w żaden sposób nie da się porównać do tego, z czym mierzą się dzisiejsze nastolatki. Nikt z nas, rodziców, nie ma sprawdzonej, niezawodnej recepty na choroby cywilizacyjne, które szerzą się niczym średniowieczna dżuma. W starciu z nimi bez znaczenia są status społeczny i stan posiadania. Bez względu na to, czy jesteś psychologiem, lekarzem, nauczycielem, ekspedientką, czy pełnoetatowym rodzicem, a twoje dziecko chodzi do szkoły publicznej czy prywatnej, może doświadczać rozmaitych kłopotów i przeżywać trudności. Ważne, aby zauważać pierwsze niepokojące objawy. Ważne są twoja reakcja na pojawiające się problemy oraz umiejętność poskromienia własnych lęków i uprzedzeń, co pozwoli zapewnić dziecku właściwą i adekwatną pomoc. Jak to zrobić? Już to robisz. Trzymasz w ręku książkę, która pomoże ci nie tylko znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, ale przede wszystkim da poczucie pewności siebie w roli rodzica. Kiedy skończysz ją czytać, będziesz wiedziała lub wiedział, co robić, zyskasz siłę i wypracujesz determinację, żeby zrobić dla swojego dziecka WSZYSTKO to, czego ono potrzebuje.
Przez dwadzieścia pięć lat życia z czworgiem dzieci, z których jedno ma zespół Downa, drugie zespół Aspergera, zebrałam mnóstwo doświadczeń. Dwoje dzieci zaadoptowałam – jedno jako niemowlę, drugie jako szesnastolatka, dla którego początkowo byłam rodziną zastępczą. Razem przeszliśmy przez niezliczoną liczbę kryzysów, z których wyszliśmy obronną ręką, tworząc obecnie zgraną, szczęśliwą, wspierającą się i kochającą rodzinę. Te doświadczenia – w połączeniu z międzynarodowym profesjonalnym treningiem terapeutycznym i coachingowym – sprawiają, że od lat skutecznie wspieram dorosłych i młodzież w radzeniu sobie z trudną codziennością. Zawodowo zajmuję się terapią, coachingiem i konsultacjami rodzicielskimi. Jestem autorką książek, szkoleń i warsztatów. Praktykuję Compassionate Inquiry, czyli podejście terapeutyczne wypracowane przez Gabora Maté – światowej sławy lekarza i specjalistę w dziedzinie traumy i uzależnień, autora bestsellerowych poradników. Wciąż poszerzam swoją wiedzę z zakresu psychologii, psychotraumatologii i najróżniejszych metod terapeutycznych. Człowieczeństwo to moja wielka pasja. Jestem ciekawa każdego człowieka i zdeterminowana, by moi podopieczni i czytelnicy potrafili spojrzeć na siebie z czułą wnikliwością, zachwytem i szacunkiem. Jestem lustrem dla ludzi, których spotykam w swoim gabinecie. Mogą w nim dostrzec istotę, która kryje się pod wieloma warstwami i maskami ulepionymi z mechanizmów obronnych, złości, desperacji i głęboko skrywanej rozpaczy. Piękną istotę, która jest niepowtarzalnym cudem. Mam nadzieję, że w trakcie lektury tej książki i ty doświadczysz takiej właśnie wizji siebie i swojego dziecka. Bo aby pomóc młodemu człowiekowi, potrzebny jest wrażliwy, czujny, pewny siebie, stabilny emocjonalnie i poukładany wewnętrznie rodzic. Moja działalność została doceniona w 2024 roku przez kapitułę ShEO Awards tygodnika „Wprost”, w kategorii „Balans w świecie kryzysów”.
Depresja i ja znamy się od lat. Zwieńczeniem naszej znajomości była wydana w 2017 roku książka pod tytułem Depresjologia. Zgłębiłam tematykę przyczyn, leczenia i nawrotów depresji, biorąc pod uwagę wiele aspektów: medyczne, dziedziczne, emocjonalne, duchowe i ezoteryczne. Zawodowo często spotykam ludzi, którzy na tę chorobę cierpią. Jako osoba obecna w mediach czytam i odpowiadam na niezliczone maile i wiadomości dotyczące depresji. Sama kilkakrotnie doświadczyłam nawrotów choroby, jednak za każdym razem szybciej i coraz skuteczniej radzę sobie z symptomami, bo znam i rozumiem przyczyny oraz schematy, które są częścią mojego życia. Przez te wszystkie lata bardzo dokładnie poznałam siebie, moją przeszłość i przekonania, które kształtują moją teraźniejszość. Korzystałam z pomocy najróżniejszych specjalistów i nauczyłam się nie oceniać nikogo na podstawie posiadanego tytułu naukowego czy prowadzonej strony internetowej, bo najważniejsze dla mnie nie są wiedza czy doświadczenie danego specjalisty, a jego chęć wnikliwego zrozumienia kompleksowości mojej osoby. Proces leczenia oznacza przede wszystkim głębokie zmiany, a te są możliwe dzięki uświadomieniu sobie pierwotnych przyczyn danych dolegliwości oraz zastąpieniu szkodliwych schematów zachowań poprawnymi, co może się wydarzyć jedynie w relacji terapeutycznej, pełnej zaufania, akceptacji i czułej wnikliwości. Nauczyłam się akceptować sytuacje, których doświadczam, bez oceniania, wypierania i złości. Nauczyłam się zmieniać to, co zmienić mogę, i odpuszczać to, czego zmienić się nie da. Nauczyłam się odróżniać jedno od drugiego. Nauczyłam się nie oceniać siebie i nie obwiniać innych. Nauczyłam się szanować tych, którzy na zmiany nie są gotowi, i tych, którzy zmian w swoim życiu po prostu nie chcą. I tymi przepięknymi zasobami podzielę się z tobą.
Jak to się ma do dzieci? Jak wspomniałam, mam ich czworo. Aleks, najstarszy syn urodzony w 2001 roku, wychowywał się w okresie, kiedy byłam twarda jak skała, silna, jak na zodiakalnego Byka przystało, i zimna jak lodowiec. Parłam do przodu i osiągałam sukcesy, a mój kontakt ze sobą można było porównać do spotkania góry lodowej z tropikalną plażą. W wieku szesnastu lat u Aleksa zdiagnozowano zespół Aspergera, depresję nieco później – była ona częścią pięciu etapów żałoby po diagnozie. Dzisiaj mój syn jest zdrowym, radosnym, spokojnym i pogodzonym ze sobą młodym człowiekiem. Skończył informatykę, mieszka w domu rodzinnym, a relacje między nami nie mogłyby być lepsze. Aleks co wieczór cmoka mnie w czółko i dziękuje za to, że jestem jego mamą, a ja jemu za to, że jest moim synem. Wczoraj powiedział: „Mamo, chcę szerzyć dobro tak jak ty”, a ja nie wstydziłam się przy nim rozczulić. Staliśmy w uścisku pośrodku kuchni i ta chwila zostanie w mojej pamięci na zawsze. To jest najpiękniejsza relacja pomiędzy matką i dorosłym dzieckiem, jaką mogłam sobie wymarzyć. A przecież sprawy mogły potoczyć się zupełnie inaczej… Mogło go już nie być… Aleks ma za sobą ekstremalne doświadczenia. Ostatecznie wyszedł na słoneczną polanę i kroczy prostą drogą przez codzienność, która już go nie rani i nie powoduje utraty wiary w to, że życie ma sens.
Drugi urodził się Krystian. Czekałam na to dziecko bardzo długo. Kosztowało mnie mnóstwo testów owulacyjnych i ciążowych oraz jedną ciążę utraconą. W 2007 roku nareszcie się udało, ale nie był to rok szczęśliwy. Krystian urodził się z nadprogramowym chromosomem charakterystycznym dla osób z zespołem Downa. Wtedy byłam pewna, że mnie to zabije. Dzisiaj wiem, że Krystian mnie ocalił. Naszą historię opisałam w książce Przez Ciebie, synu.
W 2011 roku pojawiła się Ada. Bardzo skrupulatnie zaplanowana, wychodzona i wyjeżdżona. Jeden ośrodek adopcyjny odrzucił naszą kandydaturę na rodzinę adopcyjną ze względu na dziecko niepełnosprawne, dopiero kolejny uznał, że jednak się nadajemy. Dwa lata później trzymiesięczna Ada rozwrzeszczała się w naszym domu. Dzisiaj jest już nastolatką. Dzięki niej wiem, jak często dzieci korzystają z TikToka i Google’a, by samodzielnie diagnozować u siebie depresję, autyzm i inne przypadłości. Dzięki niej wiem, jak to, co obecnie dzieje się w mediach i codziennym życiu, wpływa na nasze dzieci. Wiem również, jak bardzo świat się zmienił przez te dziesięć lat, kiedy moi starsi synowie byli w tym samym wieku. To tylko dowodzi, że tempo zmian przyspiesza, a my, dorośli, nie jesteśmy w stanie za nimi nadążyć. Ada jest dziewczynką o niesamowitym kontakcie z samą sobą. Zna swoje wyzwania i razem uczymy się nimi zarządzać. Ma zdiagnozowane ADHD, dysleksję i charakterystyczny dla dzieci adoptowanych zespół odrzucenia, który skutkuje nietypowymi reakcjami emocjonalnymi w relacjach społecznych. Ada nie użala się nad sobą i nie wykorzystuje swoich diagnoz jako usprawiedliwienia, by robić mniej. Ja nie zmuszam jej, by robiła więcej. Nasza relacja to współpraca oparta na samoświadomości, zaufaniu i szacunku do drugiej osoby. Bo pomimo swoich zaledwie czternastu lat Ada jest OSOBĄ, czyli osobnym bytem. Ona już wie, co jest dla niej najlepsze. Moją rolą jest korygować, a nie narzucać, wspierać, a nie popychać, być przy niej, kiedy się potknie, a nie kontrolować. Mimo pięknej relacji, którą mamy, Ada również przeszła epizody samookaleczeń i myśli samobójczych. Piszę o tym, abyś wiedziała lub wiedział, że bez względu na to, jak bardzo się starasz, nie jesteś w stanie zapobiec wszystkim rozczarowaniom i dramatom w życiu twojego nastolatka. Kluczowe jest to, jak zareagujesz, a wspierających reakcji nauczysz się w tej książce. Dzisiaj Ada jest w doskonałej formie, ale mam świadomość, że czeka nas jeszcze kilka wyboistych lat, zanim osiągnie dorosłą stabilność. To w pełni naturalny proces, co nie oznacza, że dla nas, rodziców, jest on łatwy. Nie jest. Jednak są sposoby na to, by wychodzić z tych zawirowań obronną ręką.
Michał, tak jak Aleks, urodził się w 2001 roku, jednak poznałam go dopiero czternaście lat później. Po roku zostałam jego rodziną zastępczą, a gdy skończył szesnaście lat, mamą adopcyjną. Byłam już wtedy od trzech lat samodzielną rozwódką z trójką dzieci. Michał wychowywał się w środowisku, o którym większość z nas woli nawet nie myśleć. Jego udziałem stało się niemal wszystko, czego dziecko przeżywać nie powinno, stracił wszystko, co dziecku się należy. Pozytywne relacje, których doświadczył w naszej rodzinie, najpierw leczyły, a później stały się bolesnym kontrastem, który uzmysłowił mu, że wszystko, co znał, nie powinno być takie, jakie było. To przeszywające olśnienie było początkiem ciemności, która pochłonęła go na dwa lata, i chociaż najgorsze już za nim, to po dziś dzień Michał często nie jest w stanie w pełni doświadczać własnego światła. W czasie pandemii po raz pierwszy musiał osiąść w domu i wytrzymać ze sobą bez ciągłego uciekania w treningi, bójki i tłum. Zauważyłam u niego pierwsze symptomy depresji i zaprowadziłam do psychiatry. Dostał leki. Spróbował i odstawił. Dzisiaj Michał jest samodzielnym młodym człowiekiem, który pomimo demonów przeszłości buduje swoje życie na własnych zasadach. Podziwiam go i jestem dla niego obecna zawsze, kiedy tego potrzebuje. Z dumą i radością przyglądam się, jak rozkwita, kierując się rzadkimi już wartościami, na których szczycie jest rodzina. Nasza rodzina. Historię naszej niezwykłej relacji opisałam w książce Czy mogę ci mówić MAMO.
Jaki wpływ na choroby psychiczne oraz proces zdrowienia mają aspekty kompletnie niemedyczne, takie jak sztuczna inteligencja, dostęp do wiedzy całego świata, wiara, tradycja, globalizacja, internet, zmieniające się wartości i tradycje rodzinne? Jaki wpływ na zdrowie naszych dzieci mamy my sami, czyli rodzice, opiekunowie, terapeuci i nauczyciele, i co możemy zrobić, żeby zapobiegać, leczyć i chronić dzieci przed chorobami cywilizacyjnymi? W jaki sposób nasze własne poczucie sensu, szczęścia, dobrostanu, satysfakcji oraz równowagi życiowej i emocjonalnej mogą wpływać na stan zdrowia naszych dzieci? Na kolejnych stronach przedstawiam nie tylko moje osobiste wyjaśnienia powyższych zagadnień, ale przyglądam się wszechobecnym wyzwaniom natury psychicznej, zwłaszcza depresji u nastolatków, z wielu perspektyw: psychiatrycznej, psychologicznej, psychoterapeutycznej, totalnej biologii, dziedzictwa wielopokoleniowego, czyli terapii systemowej. Analizuję omawiane tematy, korzystając z wiedzy, jaką pozyskałam nie tylko jako specjalistka, ale również pacjentka z depresją i samodzielna matka czwórki bardzo wymagających i zróżnicowanych dzieci. Przyświecają mi ogromna ciekawość i wielka miłość do ludzi, zwłaszcza do dzieci, oraz pragnienie, by każdy młody człowiek doświadczał codziennej radości z życia, kierował się potrzebą odkrywania świata i miał głębokie poczucie sensu własnego istnienia.
Za chwilę przeczytasz prawdziwe historie dzieci i ich rodziców. Dzieci takich jak twój syn czy twoja córka. Rodziców, mam i ojców, takich jak ty. Proszę cię o lekturę ich wypowiedzi z otwartym umysłem i bez formułowania ocen. Weź pod uwagę, że nie masz pojęcia, jak ty byś się zachowała lub zachował na miejscu osób, które miały odwagę opowiedzieć o swoich kłopotach. To dzięki tym dzieciakom, ich rodzicom, jak również specjalistom, którzy udzielili mi wywiadów, jestem w stanie pokazać wszystkie aspekty problemów, z jakimi być może mierzy się właśnie twoje dziecko. Tutaj dowiesz się o czymś, o czym twoje dziecko nie umie ci powiedzieć. Poznasz innych rodziców, którzy nie wiedzieli, co robić, bali się i poszukiwali odpowiedzi. Niektórzy z nich nadal poszukują, inni odnaleźli własny wzór dobrej relacji z dzieckiem. Zabiorę cię na wizytę do wybitnej psychiatry specjalizującej się w chorobach dzieci i młodzieży. Razem odwiedzimy gabinety psychologów, terapeutów i specjalistów alternatywnych. Znajdziesz tu wskazówki, co robić w sytuacjach krytycznych, ale przede wszystkim otrzymasz receptę na to, jak zapobiegać ich pojawieniom się i jak się odnaleźć, jeśli wystąpią. Dowiesz się, jak zmniejszyć ryzyko depresji i uzależnień, jak wspierać dziecko w czasach, które są pełne wyzwań, z którymi nie musieli się mierzyć ani nasi rodzice, ani my sami.
Nie mamy wielopokoleniowych wzorców, jak radzić sobie z natłokiem informacji, niezliczoną mnogością wyborów, dostępem do wszelkiego rodzaju wiedzy, dezinformacji, szkodliwych obrazów i twórczych możliwości. My, rodzice, nie mamy w tym temacie absolutnie żadnego doświadczenia, nasze dzieci już tak. My, rodzice, posługujemy się zdezaktualizowanymi wzorcami, posiadamy nieadekwatną do sytuacji wiedzę, brakuje nam umiejętności adaptacyjnych, których wymaga dzisiejsza rzeczywistość. Jeśli dojdą do tego nasze własne zmagania związane z nerwową sytuacją na świecie, z obecnymi wyzwaniami ekonomicznymi oraz upadkiem autorytetów i wartości, tak fundamentalnych dla naszych rodziców i dziadków, to powstanie obraz pełen chaosu, lęku i rozpaczy. Jak być dobrym rodzicem w takich okolicznościach? I na czym polega bycie dobrym rodzicem? Czy jeśli dotychczas żyłam w niewiedzy, to jestem w stanie nadrobić zaległości, naprawić błędy, zmienić bieg wydarzeń? Odpowiedź brzmi: TAK. To nie jest twoja wina, że nie wiesz, nie umiesz, nie masz siły, ale masz jako rodzic obowiązek, by się dowiedzieć, nauczyć, nabrać sił i być właściwym wsparciem dla twojego dziecka w jego drodze ku dorosłości. Ja też nie umiałam, też nie wiedziałam, popełniłam mnóstwo błędów. Nadal tak wiele nie wiem, ale się uczę, tak często brak mi sił, ale moje dzieci już wiedzą, że ja też mam prawo osłabnąć, nadal popełniam błędy, ale nauczyłam się przepraszać (tak, przepraszam moje dzieci!) i razem próbujemy od nowa, od nowa i od nowa… Aleks i Michał są już dorośli. Pomimo burzliwego okresu dojrzewania obecnie mamy cudowne relacje. Pomimo popełnionych przeze mnie błędów ufamy sobie, szanujemy się i kochamy ponad wszystko. Tak wygląda zdrowa rodzina i takiej życzę również tobie. Pamiętaj, że wszystko jest możliwe – naprawdę wszystko…
Książkę tę kieruję nie tylko do rodziców, ale też do zaangażowanych specjalistów, którzy często pracują, nie mając kontaktu ze sobą nawzajem i nie mając świadomości kompetencji innych osób włączanych przez rodziców w proces ratowania dziecka. W niniejszej publikacji opisuję techniki, narzędzia i kompetencje specjalistów z różnych dziedzin również po to, by ci nawzajem się poznali i zrozumieli, że nie działają przeciwko sobie.
Kiedy słuchałam wypowiedzi psychologów i terapeutów, dowiadywałam się chociażby, że terapia ustawień systemowych nie jest uznawana przez środowisko psychologiczne, po czym w trakcie rozmowy okazywało się, że zupełnie nieświadomie psycholog nawiązuje do teorii, którymi posługują się terapeuci systemowi. Mam więc prośbę: Bądź otwarta lub otwarty. Zapomnijmy o etykietach i wsłuchajmy się w potrzeby dzieci, a następnie z uważnością i zgodnie z własnymi wiedzą, możliwościami i kompetencjami niech każdy z nas da z siebie wszystko, by tym dzieciom pomóc. Wspierać można jedynie wtedy, kiedy wykorzystuje się konkretną wiedzę, doświadcza emocji drugiego człowieka i słucha własnej intuicji. Umysł, serce i dusza to trzy niezbędne składniki skutecznego pomagania, leczenia i edukowania.
Niniejsza książka przeznaczona jest dla każdego, kogo interesuje dobrostan młodzieży, kto pragnie zrozumieć, z czym mierzy się pokolenie młodych i jak odmienne są to wyzwania od tych, z którymi mierzyliśmy się my, dorośli, którzy dorastaliśmy w zupełnie innych okolicznościach. Jestem ogromnie wdzięczna za wkład dzieci i młodych ludzi w powstanie tej publikacji.
To również książka dla twoich przyjaciół, którzy nie wiedzą, jak pomóc swojemu dziecku. Dla mamy czy taty twojej uczennicy lub ucznia i dla rodziców twojego pacjenta.
Rodzicom wyjaśnię różnice między poszczególnymi specjalizacjami i opiszę, w jakim zakresie uprawiający dane dyscypliny swoją pracą wspierają proces diagnozy i zdrowienia. Drodzy profesjonaliści najróżniejszych specjalizacji, pokażę wam nasze, rodziców, lęki i mechanizmy obronne, by łatwiej wam było do nas dotrzeć. Proszę pamiętać, że jako autorka jestem obserwatorką, sprawozdawczynią, odbiorczynią i uczestniczką zjawiska, jakim jest wysyp problemów natury psychicznej wśród dzieci i młodzieży. Mam nadzieję, że na stronach tej książki razem znajdziemy odpowiedź na pytanie, co każdy z nas z osobna i my wszyscy razem możemy zrobić, by naszym dzieciom żyło się lepiej, były szczęśliwe, czuły się bezpieczne i zaopiekowane.
Szanowni profesjonaliści, dziękuję za to, że znaleźliście czas i chęci, by udzielić mi wywiadów. Dzięki wam ta książka stała się kompendium wiedzy na temat kryzysów i wyzwań natury psychicznej u dzieci i młodzieży oraz skarbnicą skutecznych porad dotyczących tego, jak skutecznie zapobiegać i wspierać młodych ludzi.
Drodzy rodzice, którzy mieliście odwagę podzielić się ze mną i z czytelnikami swoimi doświadczeniami, opowiedzieć o swoich lękach, błędach, o niewiedzy, rozpaczy, determinacji i walce, podziwiam was i dziękuję za okazane zaufanie.
Najcieplejsze podziękowania ślę do młodych ludzi, którzy zgodzili się pokazać czytelnikom swoje cierpienia, opowiedzieć o przeżywanym bólu i wyzwaniach, z jakimi się mierzą. Jestem wami zafascynowana, jestem wam wdzięczna i czuję się zaszczycona, że mi zaufaliście.
Imiona i cechy pozwalające na zidentyfikowanie dzieci i rodziców występujących w niniejszym tekście zostały zmienione. W tej książce opisuję sytuacje z życia mojego i moich dzieci, ale na ich prośbę zmieniłam cechy bohaterów, tak by nie zdradzić ich prawdziwej tożsamości.
Położenie obserwatora wpływa na obserwowane zjawisko i na wyniki obserwacji.
Albert Einstein o teorii względności
W tej części przyjrzymy się wyzwaniom, z jakimi przyszło się mierzyć dzisiejszym nastolatkom. Spojrzymy na te problemy oczami ich samych, a także ich rodziców i specjalistów włączanych w pomoc dzieciom w szkołach, szpitalach, przychodniach i poradniach specjalistycznych.
Jak miałam jedenaście lat, zaczęłam się ciąć.
Dlaczego zgodziłaś się na tę rozmowę?
Mama zapytała, czy chciałabym pomóc osobie, która pisze książkę na temat depresji wśród nastolatków. Zdecydowałam się, bo sama zmagam się z tym problemem.
Kiedy zaczęły się twoje zmagania?
Jakieś trzy lata temu. Gdy skończyłam dziesięć lat.
Pamiętasz, w jakich to było okolicznościach?
Jak się do nas wprowadził chłopak mamy. Jakoś inaczej wszystko zaczęło wyglądać. Mama też się inaczej zachowywała.
Rozumiem, że przedtem mieszkałyście same, tylko we dwie.
Tak. I początkowo z tym chłopakiem mamy było dziwnie, ale on jest bardzo fajny i po jakimś czasie wszystko się ułożyło. Już mi to nie przeszkadza.
Zaakceptowałaś go, a nawet polubiłaś, ale mówisz, że czas jego zamieszkania z wami był dla ciebie początkiem trudności. Na czym one polegały?
Mama bardziej zwracała uwagę na swojego chłopaka i częściej się na mnie denerwowała. A ja miałam więcej obowiązków.
Co wtedy myślałaś, czułaś?
Miałam wrażenie, że nagle jestem na drugim miejscu. Było mi bardzo smutno.
Jak sobie radziłaś ze smutkiem?
Dużo płakałam.
Miałaś kogoś bliskiego, z kim mogłaś porozmawiać?
Nie. (płacz)
Wypuszczenie łez jest dobrym znakiem. To znaczy, że czujesz. Uczucia są niezwykle ważne, warto je przyjąć i utulić. Nadal jest w tobie dużo smutku?
Tak…
Co robisz, kiedy czujesz smutek wśród ludzi, na przykład gdy jesteś w szkole?
Idę do toalety.
Płaczesz czy starasz się powstrzymać?
Staram się powstrzymać, bo nie chcę, żeby ktoś zauważył.
I tak od trzech lat próbujesz zapanować nad smutkiem?
Tak.
To bardzo długo. Co by się stało, gdybyś mu pozwoliła zaistnieć?
Chybabym przestała być sobą.
W jaki sposób udaje ci się ukrywać przed ludźmi ten smutek?
Potrzebuję pobyć sama.
Na ile to działa?
Coraz mniej.
W domu też nie okazujesz, że czujesz smutek? Ukrywasz ten stan przed mamą, przed jej chłopakiem?
Tak.
Wygląda na to, że cały czas musisz się pilnować, udawać, że jest okej, kiedy wcale nie jest, zarówno w szkole, jak i w domu. To ogromna presja, wielkie obciążenie. Co przynosi ci ulgę?
Jak miałam jedenaście lat, zaczęłam się ciąć.
Co czujesz, kiedy się kaleczysz?
Nic. I o to chodzi. Przez chwilę nic nie czuję. To mi pomaga.
Mama zauważyła?
Tak.
I co się wtedy wydarzyło?
Chciała ze mną porozmawiać, ale ja nie umiem z nią rozmawiać.
Chciałabyś umieć?
Nie potrafię jej tego powiedzieć. Nie umiem.
Myślałaś o innych formach komunikacji z mamą?
Nie, nie chcę się z nią komunikować.
Czego się obawiasz?
Tego, jak zareaguje.
A sądzisz, że jak mogłaby zareagować?
Pewnie by się zezłościła.
Myślisz, że rodzice zawsze tak reagują?
Tak, oni nie rozumieją.
Czego nie rozumieją?
Że to przynosi ulgę.
Byłaś u psychiatry, psychologa, na terapii czy też cały czas radzisz sobie z tym sama?
Tata raz mnie zabrał do psychologa. Nie spodobało mi się.
Dlaczego?
Nie umiałam gadać z tą panią.
Mówisz, że tata cię zabrał do psychologa. Jakie masz relacje z tatą?
Z tatą mam bardzo dobre.
Tacie powiedziałaś?
Nie.
Masz przyjaciółkę, koleżankę, której możesz powiedzieć?
Mam, jedną.
To niesamowite. Przez tyle czasu zupełnie sama radzisz sobie z tak ogromnym bólem. Podziwiam cię, bo ja sobie kiedyś nie poradziłam. Udawałam, że mój smutek nie istnieje. Ale pilnowanie go w dzień i w nocy pochłania strasznie dużo energii…
Tak…
Jak chciałabyś, żeby wyglądało twoje życie?
Inaczej.
To znaczy jak?
Żeby mama zachowywała się bardziej jak tata.
To znaczy jak?
Trudno mi mówić.
Okej, to dam ci kartkę. Wypisz wszystko, czego w swoim życiu nie chcesz. Od tego zaczniemy. Może być?
Okej.
Kiedy tak długo nosimy w sobie smutek, to skupiamy się już tylko na nim i zapominamy o tym, jak wygląda radość, jak to jest być szczęśliwym. A trudno jest osiągnąć coś, czego nie potrafimy sprecyzować. Przez większość dnia poświęcamy uwagę temu, czego nie chcemy: „Nie chcę się popłakać”, „Nie chcę już czuć tego smutku”, „Nie chcę się ciąć…”. Poświęcamy tym rzeczom, których nie chcemy, więcej czasu niż tym, które mogłyby nadać naszemu życiu jakiś sens.
Tak właśnie jest u mnie.
Chcesz mi przeczytać, co napisałaś na kartce?
Napisałam: Nie chcę mamy denerwującej się bez powodu. Nie chcę kontroli mamy nad wszystkim. Nie chcę bardzo małej ilości czasu tylko dla siebie.
Dlaczego masz tak mało czasu tylko dla siebie?
Jak wracam ze szkoły do domu, to się uczę. Potem albo muszę sprzątać, albo spędzać czas z mamą, albo z mamą i jej chłopakiem.
Musisz?
Tak, muszę. (płacz)
Sama czujesz, że musisz, czy masz takie polecenie, że musisz z nimi coś robić?
Mama każe mi z nimi siedzieć.
A co jej wtedy mówisz?
Nic, bo jeśli coś powiem, to albo muszę iść się uczyć, albo iść spać.
Co byś chciała robić w wolnym czasie?
Cokolwiek tylko dla siebie.
Kiedy ostatni raz byłaś tak naprawdę szczęśliwa?
Nie pamiętam.
A gdy byłaś mała?
Nie wiem.
Co sprawia ci przyjemność?
Chodzenie do taty, spędzanie czasu z koleżankami.
Mówisz, że chciałabyś, żeby mama była bardziej jak tata. Co tata ma w sobie takiego, że czujesz się przy nim swobodniej?
Tata nigdy mnie do niczego nie zmusza. Nie kontroluje mnie i pozwala mi coś robić bezwarunkowo. To znaczy, że na przykład kiedy chcę wyjść ze znajomymi, to nie muszę najpierw odkurzyć domu.
U mamy musisz na wszystko zapracować?
No tak, trochę muszę. Jak mama idzie do sklepu kupić mi coś, to potem oczekuje, że w ramach wdzięczności spędzę z nią czas albo coś tam z nią porobię.
Każda rzecz, którą od mamy dostajesz, ma cenę?
Tak.
Chciałabyś dostać coś bez żadnej ceny? Czy to by zmieniło relacje między wami?
Mama się nie zmieni, bo taka jest od zawsze.
Wczoraj rozmawiałam z siedemnastolatką ze zdiagnozowaną depresją. Dziewczyna też się cięła. Spytałam, co chciałaby poradzić swoim rówieśnikom. Powiedziała: „Chciałabym, żeby dzieci nauczyły się być egoistami. Czasem trzeba powiedzieć «nie», żeby zachować siebie”. Ty masz prawo do swoich potrzeb i emocji. I jeśli chcesz pobyć sama, to też masz do tego prawo. Tak samo jak masz prawo zaspokoić głód i pragnienie, masz też prawo zaspokajać swoje potrzeby emocjonalne. Masz prawo doświadczać życia, popełniać błędy, dotykać i sprawdzać, co ci pasuje, a co nie. W ten sposób się kształtujesz, ale musisz mieć przestrzeń do podejmowania decyzji i popełniania błędów. To one są twoimi najlepszymi lekcjami. To nawet nie są błędy, to kolejne etapy nauki.
No tak, ja też popełniam błędy. Na przykład ostatnio się upiłam i znaleziono mnie na ulicy. Niewiele z tego pamiętam.
Upiłaś się i teraz wiesz, jak to działa, wiesz, czym grozi, wiesz, że możesz stracić kontrolę nad sobą i zacząć robić rzeczy, których robić byś nie chciała. Wiesz już, gdzie jest granica, którą przekroczyłaś. Wiesz, bo tego doświadczyłaś. Gdybyśmy my, rodzice, mogli po prostu przekazać wam wiedzę i doświadczenie, to po tylu pokoleniach ludzkość dzisiaj byłaby nieskazitelnie idealna. Tymczasem popełniając błędy, każde pokolenie uczy się czegoś nowego i dzięki temu ewoluuje. W tym nie ma nic złego. Problem zwykle polega na tym, że rodzice, kochając swoje dzieci, próbują je chronić i nie dają przestrzeni, by te doświadczały. To dla nas trudne, kiedy widzimy, że cierpicie. Czy masz jakiś pomysł na to, jak by miała wyglądać twoja relacja z mamą?
Nie, nie wiem.
Rozumiem, w porządku. A powiedz mi, czy lubisz chodzić do szkoły? Jesteś teraz w pierwszej klasie liceum, prawda?
Tak, i czasami chcę iść do szkoły.
O, a kiedy lubisz szkołę?
Kiedy nie mam sprawdzianów albo kiedy mama jest na mnie zła i nie chcę zostać w domu.
Z dwojga złego wolisz iść do szkoły, niż zostać w domu z wkurzoną mamą?
Aha.
Jak ci idzie nauka?
Dobrze, ale mam paru specyficznych nauczycieli, z którymi są problemy. Czasem nie rozumiem, po co niektórzy dorośli zostali nauczycielami.
No tak, u mojej córki w szkole też tak jest. Niektórzy nauczyciele żądają szacunku, a sami nie szanują uczniów. Energia, którą wysyłamy drugiemu człowiekowi, wraca do nas w identycznej formie. Wystarczy szanować drugiego człowieka, a wówczas samemu będzie się szanowanym. Jeżeli ktoś ci wysyła złość czy nienawiść, to nie da się tej osoby szanować.
Ma pani rację. Dokładnie tak jest.
Które przedmioty najbardziej lubisz?
Angielski.
A które są najgorsze?
WOS i polski.
Dlaczego?
Bo nauczyciele są okropni.
A jak było w podstawówce?
W podstawówce wszyscy nauczyciele byli okej.
Które przedmioty wtedy lubiłaś najbardziej?
WOS, historię i angielski.
To ciekawe, że w jednej szkole najbardziej lubiłaś WOS, w drugiej jest to twoim zdaniem najgorszy przedmiot, a różnica polega tylko na nauczycielu. To daje sporo do myślenia. Powiedz mi, masz jakieś zajęcia pozaszkolne?
Chodziłam na lekcje tenisa, ale zrezygnowałam. To była tylko jedna godzina w tygodniu, ale i tak nie dawałam rady, bo mam bardzo dużo nauki. I jeszcze korki z matmy.
Hm… Gdybym ci dała złotą rybkę, o co byś ją poprosiła?
Chciałabym mieć lepszych nauczycieli w szkole – byłoby mi o wiele łatwiej. Chciałabym mieć lepsze relacje z mamą. Chciałabym, żeby moi znajomi mieszkali bliżej. Tata i mama znaleźli pracę w innym mieście, niż wcześniej mieszkaliśmy, i ci znajomi są teraz daleko. Z nowej klasy wielu dojeżdża do szkoły, więc też jest trudno spotykać się po lekcjach albo w weekendy.
Tęsknisz za znajomymi?
Tak… Jeśli mogę mieć czwarte życzenie, to chciałabym mieć więcej czasu. Za dużo jest nauki i nie starcza mi czasu na nic innego.
Czy wszyscy w szkole mają aż tyle nauki, czy tylko ty czujesz, że musisz się tyle uczyć?
Wszyscy. Mamy sprawdzian za sprawdzianem, nauczyciele na lekcjach pytają i zadają dużo prac domowych.
Co by się stało, gdybyś uczyła się mniej?
Nie zdałabym.
Nie zdałabyś czy miałabyś gorsze stopnie?
Nie zdałabym, bo na sprawdzianach sporo wymagają. Trzeba się dużo uczyć, a niektórzy nauczyciele wymagają więcej i jak się nie nauczę więcej, to nie zdam.
Widzę w tobie bardzo dużo smutku, rezygnacji. Mam wrażenie, jakbyś miała takie poczucie: „tak już musi być” i „na tym polega życie”.
No chyba na razie tak jest. Nie zmienia się to od dawna, więc pewnie już się nie zmieni.
Jaka jest twoja pierwsza myśl rano, kiedy się budzisz?
Że nie mam siły wstać i najchętniej zostałabym cały dzień w łóżku i nic nie robiła.
A gdybyś się któregoś dnia obudziła szczęśliwa i wiedziałabyś, że coś się zmieniło, to jaka byłaby pierwsza rzecz, która ci przychodzi do głowy? Co się zmieniło?
Poprawa relacji z mamą.
Relacja z mamą najbardziej leży ci na sercu. To musi być dla ciebie bardzo trudne. Powiedz mi, poza wypłakiwaniem się i cięciem co jeszcze ci pomaga?
Alkohol. Kiedy piję alkohol, to jest lepiej.
Często to robisz?
Jak spotykam się ze znajomymi, to w jakiś sposób kupujemy. A jak się napiję, to jest mi lepiej. Raz było mi tak bardzo źle, że doprowadziłam się do takiego stanu, że byłam w szpitalu. (płacz)
Czego potrzebujesz w tej chwili?
Nie wiem. Nie wiem, czego potrzebuję.
Nie w życiu, tylko tutaj, teraz. Potrzebujesz przerwy, szklanki wody?
Wody.
Kiedy jesteś ze znajomymi, to pijesz, żeby zapomnieć i cieszyć się chwilą?
Wiem, że to nie jest dobra metoda, ale działa. Jak jest mi bardzo źle, to mam ochotę się napić, bo wiem, że wtedy nie będę o niczym myśleć, zapomnę i będę przez chwilę szczęśliwa.
Na ile to rozwiązuje problem?
Jak wypiję wystarczająco, to w ogóle o tym nie myślę. A jak w dodatku jestem ze znajomymi, to jest naprawdę dobrze. Mam przy sobie kogoś bliskiego i jestem szczęśliwa. Mogę się cieszyć życiem.
W jaki sposób zareagowała mama na ten incydent, kiedy wylądowałaś w szpitalu?
Założyła mi kontrolę na telefon. Widzi moją lokalizację, pisze do mnie, pyta, gdzie jestem, po co, z kim…
A co ty byś zrobiła na jej miejscu?
Nie wiem, chyba próbowałabym, zrozumieć. Ale… też bym pewnie starała się bardziej kontrolować.
Powiedz mi, czy dobrze zrozumiałam. Mama się o ciebie martwi, więc cię kontroluje, a im bardziej cię kontroluje, tym większą czujesz presję. Masz wrażenie, że utknęłaś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy masz silniejszą potrzebę samookaleczania się i picia. Czy tak to wygląda?
Dokładnie tak.
I kiedy mama widzi, że się pocięłaś albo piłaś, to chcąc cię upilnować, wprowadza jeszcze bardziej restrykcyjną kontrolę. To z kolei nasila presję i poczucie niezrozumienia, co skutkuje jeszcze mocniejszą potrzebą cięcia się i picia…
Pani mnie rozumie.
No to odwróćmy sytuację. Jeśli mama by powiedziała: „Słuchaj, ufam ci, jesteś wolnym człowiekiem i możesz robić to, co uważasz za słuszne. Pamiętaj, że jeśli się potkniesz, to ja jestem tuż obok i nie będę cię oceniać”, to wtedy…
Wtedy bym nie musiała pić, żeby zapomnieć. Może bym raz na jakiś czas napiła się trochę alkoholu, ale nie tak, żeby zapomnieć, tylko dobrze się bawić ze znajomymi, przez chwilę. Tak racjonalnie.
Jak sądzisz, dlaczego mama cię kontroluje, organizuje ci czas, narzuca to, co uważa, że jest dla ciebie dobre?
Wydaje mi się, że dlatego, że jak ona była mała, to jej rodzice nie mieli dla niej w ogóle czasu. Ona mi teraz okazuje swoje zainteresowanie w nadmiarze również poprzez kontrolę, ale to nas wcale nie zbliża.
O, to bardzo ciekawa refleksja. Masz rację, często jest tak, że my, rodzice, staramy się zapewnić dzieciom to, czego nam w dzieciństwie brakowało. Twoja mama nie doświadczyła uwagi ze strony rodziców, czyli nie nauczyła się, jak wygląda zdrowa uważność kierowana na dziecko. Uznała, że ma to wyglądać tak, że ona będzie cię kontrolowała, by ci się nic złego w życiu nie przydarzyło. I że ona tak ci zorganizuje czas, żebyście mogły być cały czas w kontakcie.
Tak to właśnie wygląda, ale zamiast nas do siebie zbliżać, oddala.
Co jeszcze napisałaś na kartce?
Że chcę mieć więcej czasu i wolności dla siebie.
Gdybyś miała więcej wolności, co byś z nią zrobiła?
Nie czułabym się inna. Nikt z moich znajomych nie ma takiej kontroli na telefonie. Rodzice ich tak bardzo nie sprawdzają, ufają im, pozwalają na dużo więcej.
Jeśli czułabyś, że nie jesteś inna, tylko podobna do rówieśników, to jak byś chciała spędzać ten wolny czas, o którym marzysz?
Tak jak moi znajomi. Oni grają w gry komputerowe, więcej odpoczywają, mają czas siedzieć na telefonie, mogą się spotkać ze znajomymi.
A masz jakieś zainteresowania, hobby?
Nie wiem.
Kiedy byłaś mała, to jakie zabawki lubiłaś najbardziej?
Zwierzaki.
Interesują cię zwierzęta?
Mamy dwa koty.
Czyj to był pomysł?
Ostatnio adoptowaliśmy kota dla mnie. Bo ja potrzebuję kogoś takiego małego do tulenia.
Kto się kotem zajmuje?
Jak jestem w domu, to ja, a jak jestem u taty, to mama, ale teraz będę brała kota ze sobą do taty.
Rozumiem, że rodzice sprawują opiekę naprzemienną. Podoba ci się taki układ?
Tak. Wcześniej miałam czas z tatą co drugi weekend i chodziłam do niego na parę godzin w tygodniu, ale to było dla mnie za mało i jestem teraz tydzień u mamy i tydzień u taty. Chcę z tatą spędzać więcej czasu.
Co takiego fajnego jest u taty?
Z tatą jemy zawsze posiłki razem, u mamy nigdy. Mama ciągle pracuje, a ja jestem u siebie w pokoju. Z tatą gramy w planszówki. Jak byłam mniejsza, to chodziliśmy z tatą do parku, na łyżwy, na rolki, na rower. A mama nie spędza ze mną czasu w taki sposób. Nie wychodziłyśmy nigdy nigdzie razem. U mamy całe życie bawiłam się sama. Tata się ze mną często bawił.
Jakie są wzajemne relacje mamy z tatą?
Dobre, nie kłócą się.
Co by się stało, gdybyś powiedziała mamie, że potrzebujesz czasu dla siebie?
Czasami mama się zgadza, ale są warunki.
Jakie?
Nauka, sprzątanie…
A gdybyś ją poprosiła, żeby to było bez warunków? Jeden dzień w tygodniu bez żadnych warunków.
To by się nie zgodziła. Nawet w weekendy mam warunki. Najczęściej mama pozwala mi mieć mój czas wolny, jak jem. Jem obiad albo kolację w swoim pokoju i wtedy mam piętnaście minut dla siebie. A potem mam wyłączyć wszystko i muszę wracać do nauki. Chyba że chcę spać. Spać mogę bez żadnych warunków.
Czy to też jest twoja ucieczka? Jak masz wszystkiego dość, to idziesz spać?
Tak. A potem w nocy nie mogę zasnąć. Mama mnie wtedy pilnuje, zabrania dotykać telefonu, zakłada blokady, żebym nie mogła nic odpalić. Mama zwykle nie śpi do drugiej albo trzeciej w nocy, bo pracuje, i mnie cały czas kontroluje.
Buntujesz się?
Próbowałam się buntować, ale to nie jest dobry sposób. To przynosi tylko złe skutki. Zwiększenie kontroli i odebranie tego, co mam.
Co by się stało, gdybyś powiedziała mamie, co czujesz, kiedy ona cię kontroluje i narzuca rygor?
Ona mi mówi, że takie jest życie, że to jest normalne. Normalne obowiązki w domu, normalne życie z rodziną. Mówi, że daje mi czas dla mnie, ale najczęściej wrzuca do tego szkołę. Ona mówi, że uczę się na ostatni moment i dlatego nie mam czasu dla siebie. Jak mogę się uczyć na ostatni moment, jeżeli ja się bez przerwy uczę?
Co byś chciała powiedzieć rodzicom, którzy przeczytają ten wywiad? Jakie przesłanie mam zamieścić dla nich w książce?
Żeby nie narzucali swoim dzieciom tego, czego sami nie mieli w dzieciństwie. Ich niespełnione potrzeby nie są potrzebami ich dzieci.
Nie czułam bólu fizycznego, bo ból wewnętrzny był tak ogromny, że jak coś sobie robiłam, to po prostu czułam ulgę.
Pamiętasz, kiedy zaczęły się twoje zmagania?
Jak byłam mała, miałam zaburzenia sensoryczne. Nie mogłam się odnaleźć, kiedy za dużo się działo i było zbyt głośno, dlatego praktycznie nie chodziłam do przedszkola. Przy każdej próbie zostawienia mnie w grupie płakałam. Było tam za dużo ludzi i zabawy, które mi nie odpowiadały. Pamiętam, że bardzo chciałam chodzić na balet. Mama opłaciła zajęcia, poszłam i wszystko było prawie dobrze, tylko na końcu był jakiś nagły okrzyk, a ja dostałam ataku paniki. Nie mogłam się uspokoić, było za dużo emocji, z którymi nie umiałam sobie poradzić. Zraziłam się do baletu na zawsze. Donośne, niespodziewane dźwięki do tej pory budzą we mnie ogromny niepokój. Głośna muzyka albo głośne rozmowy mi nie przeszkadzają, tylko nagłe przenikliwe dźwięki.
Na balet już nie chodziłam, ale poszłam do szkoły i było wszystko okej. Miałam znajomych, a w ósmej klasie nawet chłopaka. Mam niestety obniżoną odporność i dosyć często choruję, dlatego mama nie chciała, żebym gdziekolwiek wychodziła podczas pandemii. Bała się, że jak złapię covid, to umrę. Byłam zamknięta w domu przez dwa, trzy miesiące. Potem przemieszczałam się w maseczce, mogłam też wychodzić do ogrodu. Wszyscy byliśmy w domu, rodzice też, a ja lubię spokój. Denerwowało mnie, kiedy ktoś był w domu, a ja musiałam się skupić na lekcjach prowadzonych w trybie on-line. Byłam więc cały czas podenerwowana. Kiedy lockdown się skończył, z radością zaczęłam wychodzić z domu, ale ze szkołą było gorzej. Nie byłam już w stanie tam przebywać. Przychodziły myśli samobójcze, zaczęłam się okaleczać. To było wszystko powiązane głównie ze szkołą. Poszłam do pierwszej klasy liceum i nie mogłam się odnaleźć. Ludzie byli niemili, nauczyciele inaczej oceniali, nikt się nikim nie przejmował.
Pandemia zastała cię w ósmej klasie. Nie wróciłaś już potem do swojej podstawówki, tylko poszłaś prosto do liceum?
Tak, do szkoły wróciłam tylko na egzamin ósmoklasisty, a potem już do liceum.
Czyli nowa szkoła, nowi ludzie, nowe zasady.
Dokładnie tak. Miałam iść z przyjaciółką, potem wyszło inaczej i poszłam sama. Poznałam tam jedną koleżankę, ale ona znała też inne dziewczyny, więc się nam nie kleiło. Chodzenie do szkoły przychodziło mi z coraz większym trudem. Potem się zaczęło robić tak, że jak miałam lekcje na ósmą, to musiałam wstać o piątej, żeby zdążyć. Przestałam więc w te dni chodzić do szkoły. Po prostu nie byłam w stanie tak wcześnie wstawać. I nie chodzi o to, że się nie wysypiałam, bo chodziłam spać nawet o osiemnastej. Po prostu psychicznie nie potrafiłam tak wcześnie rano wstać, zebrać się, umalować, zjeść, spakować. To było ponad moje siły. Dzwoniłam do mamy, płakałam przez telefon: „Mamo, nie idę do szkoły, nie dam rady”. Mama zawsze mówiła, że muszę, bo mam bardzo dużo nieobecności. Zaczęłam chodzić do szkolnej pani psycholog. Pozwalała mi chwilę posiedzieć w gabinecie, ale w końcu musiałam wracać na lekcje. Tak to się ciągnęło, aż doszło do tego, że powiedziałam mamie, że nie dam rady chodzić do szkoły, bo tam jest za dużo ludzi, nie potrafię tam siedzieć ani z kimś rozmawiać. Jest to dla mnie za trudne. Ze znajomymi, których znałam wcześniej, albo z ludźmi, których poznawałam za ich pośrednictwem, było okej. Potrafiłam się odnaleźć tylko wtedy, gdy w towarzystwie była chociaż jedna osoba, którą znam. Wówczas wiedziałam, że jak będę potrzebowała, to mogę odejść, porozmawiać z nią, powiedzieć, że się niekomfortowo czuję, i wyjdziemy. Będąc sama w towarzystwie, nie miałam takiego komfortu i nie potrafiłam być z obcymi ludźmi.
Zaczęłam chodzić do psychiatry, bo miałam myśli samobójcze i się okaleczałam. Zdiagnozowano u mnie depresję, dostałam tabletki. Potem doszły stany lękowe, a później wyszło, że mam zespół Aspergera. Po tych tabletkach w ogóle nie mogłam funkcjonować. Spałam cały dzień. Nie było lepiej, było gorzej. To znaczy psychicznie było nieco lepiej, ale fizycznie zdecydowanie gorzej. Prawie ciągle spałam, chodziłam zmęczona, nie miałam na nic siły. Czułam się tak, jakbym była po jakichś narkotykach. Tak to sobie wyobrażałam, bo nigdy narkotyków nie brałam. W końcu mama powiedziała psychiatrze, że mam dużo nieobecności, że chodzę do psychologa, mam problemy z odnalezieniem się w szkole i że chciałabym lekcje on-line. Psychiatra powiedziała, że nie wie, czy wyda takie zalecenie, bo jak będę siedziała w domu, to może mi się jeszcze pogorszyć. Przekonywałam, że spotykam się z ludźmi, wychodzę ze znajomymi, tylko nie jestem w stanie chodzić do szkoły. Jak jestem w domu, to więcej się widuję ze znajomymi, niż kiedy chodzę do szkoły. Po ośmiu godzinach nauki w szkole musiałam jeszcze uczyć się w domu i to była dla mnie katorga. Najgorzej było, kiedy wywoływali mnie do tablicy. Wiedziałam, że wszyscy na mnie patrzą, trzęsłam się i nawet jak wszystko umiałam, to nie potrafiłam się odezwać ani słowem. To był dla mnie ogromny stres.
Pod koniec pierwszej klasy liceum miałam już nauczanie indywidualne. Nauczyciele łączyli się ze mną przez komputer i to bardzo mi pomogło, bardzo. Zobaczyłam, że tak się da, że nie muszę wstawać o piątej, nie muszę przeżywać tego stresu. Potem były wakacje. Mama rozmawiała ze mną o powrocie do szkoły, bo pani psychiatra powiedziała, że nie da mi więcej wskazania do nauczania indywidualnego. Uważała, że to tylko pogorszy sprawę. Powiedziałam, że nie wrócę do szkoły. Choćby się paliło i waliło, nie wejdę do żadnej szkoły. Nie chodziło nawet o tamtą szkołę, tylko o każdą szkołę. Powiedziałam, że nie dam rady, i tyle. I nie był to żaden szantaż ani wybryk, tylko dostawałam ataku paniki za każdym razem, kiedy musiałam wejść do szkoły.
Na szczęście rodzice to zrozumieli, uszanowali i posłuchali mnie, a nie pani doktor. Znalazłyśmy z mamą Szkołę w Chmurze, gdzie uczę się sama. Mam karty pracy, potem zdaję egzaminy, i już. Sama zarządzam swoim czasem, decyduję, kiedy się uczę i w jakiej kolejności.
Moja córka Ada też była w takiej szkole. To jednak wymaga sporo samodyscypliny i doskonałej organizacji. Ciężko wymagać czegoś takiego od dziecka, które ma dziesięć czy jedenaście lat. Skończyło się na tym, że miałyśmy ciągle awantury o naukę, Ada narobiła sobie zaległości. Sama stwierdziła, że chce wrócić do szkoły, gdzie ma z góry narzucony plan lekcji i musi siedzieć w klasie przez czterdzieści pięć minut, a tempem i treścią materiału zarządza nauczyciel. Fantastycznie, że ty potrafisz się tak zorganizować. Trzeba mieć dużą dojrzałość i determinację, by temu podołać.
Warunkiem mojego nauczania było to, że sama będę pilnowała nauki i zdam egzaminy. Jeślibym tego nie zrobiła, musiałabym wrócić do szkoły, a wiedziałam, że nie jestem w stanie. To była dla mnie duża motywacja. Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tam nie wracać. Szkoła w Chmurze była dla mnie idealnym rozwiązaniem. Dała mi dużą swobodę decydowania o sobie, a ja nie mogę znieść, kiedy ktoś mi coś narzuca. Kiedy mama każe mi posprzątać, to nigdy nie robię tego od razu, tylko w wybranym przez siebie czasie. Tutaj sama mogę wybierać, co i kiedy robię, kiedy zdaję egzamin. Mam dwanaście egzaminów do zaliczenia i sama decyduję, kiedy jestem gotowa, by je zdać.
Uczysz się w blokach przedmiotowych czy wszystko naraz, tak jak w szkole systemowej?
Uczę się w blokach przedmiotowych. To znaczy opanowuję materiał z jednego przedmiotu, zdaję z niego egzamin i zabieram się za kolejny przedmiot.
Skupianie uwagi na jednej rzeczy, w tym przypadku na jednym przedmiocie, jest o wiele skuteczniejsze. Mózg nie musi przeskakiwać z tematu na temat, a w przypadku różnych przedmiotów, takich jak matematyka i polski, z półkuli na półkulę. Moja córka, kiedy uczyła się w ramach edukacji domowej, opanowała materiał z biologii dla klasy piątej w miesiąc. Kiedy się zgłębia wybraną dyscyplinę, wszystko się łączy i ma sens. System zmiany tematu co czterdzieści pięć minut to najmniej optymalny sposób zdobywania wiedzy. Wtrącanie oderwanych wątków z geografii, polskiego i matematyki jest okropnie męczące dla mózgu i niepotrzebnie rozpraszające. Kiedy skupiamy się na jednym temacie, mamy ciągłość myśli. Materiał znacznie szybciej i sprawniej wchodzi do głowy. Kiedyś był modny multitasking, czyli robienie wielu rzeczy równocześnie. Wykonano eksperyment, w którym podzielono uczestników na dwie grupy. Obie miały taką samą liczbę różnych poleceń do wykonania. Jedna grupa miała za zadanie wykonywać zlecone obowiązki po kolei, jedną rzecz po drugiej, druga miała wykonać je na zasadzie multitaskingu, czyli uczestnicy mogli łączyć zadania, co teoretycznie sprawiłoby, że wykonają całość szybciej. Wyniki były zaskakujące. Okazało się, że grupa, która wykonywała jedno zadanie, a potem przystępowała do kolejnego, nie dość, że ukończyła pracę szybciej, to zrobiła to dokładniej.
Taki system edukacji o wiele bardziej mi pasuje. Samodzielna nauka daje możliwość wybierania tego, kiedy i czego się uczę, bez konieczności wstawania o piątej rano i mierzenia się z przytłaczającą liczbą bodźców. Nie zostałam odludkiem. Spotykam się ze znajomymi, ale z tymi, których lubię, a nie ze wszystkimi, którzy uczęszczają do szkoły. Skończyły się myśli samobójcze, przestałam się okaleczać. Pewnie, że czasem coś nie wychodzi, ale nie ma już tak wielkiego napięcia, nie przeżywam takiego stresu.
Czy poza szkołą było coś jeszcze, co przyczyniało się do twojego stanu psychicznego, myśli samobójczych i okaleczeń?
Kolejnym tematem był mój chłopak. Byłam z nim osiem miesięcy i kiedy on z tej relacji zrezygnował, okropnie to przeżyłam. Nie wiem nawet do końca, dlaczego mnie zostawił. Poznaliśmy się jako dzieciaki i z czasem być może mocno się zmieniliśmy, może też ten mój problem z chodzeniem do szkoły na to wpłynął. Nie wiem. Chyba przez rok nie mogłam sobie poradzić z tym rozstaniem. Tęskniłam, ciągle chciałam do niego pisać. Nie pozwalałam nikomu się do siebie zbliżyć. Bałam się, że znowu będę cierpiała, i nie byłam gotowa podjąć takiego ryzyka.
Była też jedna koleżanka, córka znajomych moich rodziców. Nasi rodzice bardzo się przyjaźnili, nasze mamy były w ciąży w tym samym czasie. Mieszkałyśmy w tym samym bloku, w tej samej klatce i miałyśmy tak samo na imię. W piżamach do siebie chodziłyśmy. Byłyśmy w tej samej klasie przez osiem lat. Niestety ona poszła do innego liceum. Jeszcze na początku się przyjaźniłyśmy, ale potem ona znalazła sobie nowe przyjaciółki, a ja po raz kolejny poczułam się odrzucona. Najpierw chłopak, później ona. Było mi bardzo przykro. No i jak nie dawałam sobie rady, to się cięłam.
Co ci to dawało?
Ulgę.
Czułaś ból?
Nie. To było coś takiego, że nie czułam bólu fizycznego, bo ból wewnętrzny był tak ogromny, że jak coś sobie robiłam, to po prostu czułam ulgę. Terapeuci sugerowali mi, żebym w takich sytuacjach rwała kartki, ściskała gniotka, ale to nie pomagało. Mama to zauważyła i zapisała mnie do psychologa, chodziłam też na terapię rodzinną, na indywidualną i zaczęłam jeszcze chodzić na terapię grupową. Mówiłam mamie, że to za dużo, ale ona twierdziła, że to dla mojego dobra. I do tej pory nie potrafi zrozumieć, że to za dużo. Nadal muszę chodzić do psychologa, psychiatry, na terapię grupową, terapię rodzinną plus mam korepetycje i zajęcia z taką panią przez internet, która też ma mnie wspierać.
Jeśli miałabyś zostawić tylko jedną z tych terapii, to którą byś wybrała?
Żadnej. Żadna mi nic nie daje. Najgorsza dla mnie jest terapia rodzinna, ponieważ nienawidzę pani, która to prowadzi, jej tonu głosu, tego, jak się do nas odnosi. Jak tylko wchodzę, mam ochotę natychmiast wyjść. Mamy to raz w miesiącu całą rodziną. To jest dla mnie nie do wytrzymania.
Co na to rodzice?
Oni dzięki tej terapii zgadzają się na więcej rzeczy, są bardziej otwarci. Uważają, że powinnam dziękować, że chodzimy na tę terapię.
Wyczuwam tu konflikt. Rodzice pewnie uważają, że robią więcej, niż mogą, a ty czujesz, że bardziej ci to szkodzi, niż pomaga.
Zdecydowanie tak.
Próbowałaś rozmawiać o tym z rodzicami?
Rozmawiałam już wielokrotnie i oni cały czas mają tę samą teorię. Powiedziałam im, że jest mi za ciężko. Mówią, że rozumieją, ale muszę to przeboleć. Że im też nie jest łatwo, ale to dla dobra naszej rodziny.
Pewnie już wiesz, jak rodzice reagują na takie sytuacje jak samookaleczanie i myśli samobójcze. To jest przede wszystkim ogromny lęk o dziecko i poczucie winy. Dodatkowo lęk o to, że jeśli temu ukochanemu dziecku stanie się coś jeszcze gorszego, to będzie ich wina, bo zrobili za mało, nie dopilnowali, nie zauważyli, nie zaprowadzili dziecka do odpowiedniego terapeuty. Kiedy dochodzi do samookaleczeń, depresji, lęków, to rodzic natychmiast obwinia siebie. Czuje, że nawalił jako matka czy ojciec, więc od tej pory postanawia zrobić absolutnie wszystko, żeby dziecku pomóc. To oznacza, że jako matka załatwię każdą możliwą terapię, każde możliwe leczenie, żeby tylko już niczego nie przeoczyć. Proszę, powiedz nam, rodzicom, czego osoba z takimi wyzwaniami, z jakimi ty się mierzysz, tak naprawdę potrzebuje.
Na pewno zrozumienia i zaufania. Wiadomo, że kiedy zrobi się jakąś niefajną rzecz, to traci się to zaufanie. Ale mimo to zaufanie jest strasznie ważne. No i chociaż chęć zrozumienia. Rodzice, kiedy widzą, że dziecku jest ciężko, chcą je wspierać, ale często nie wiedzą jak i robią jeszcze więcej złego. Najgorsze słowa, jakie można powiedzieć, to: „Damy radę” albo „Będzie dobrze”. Mama przez dłuższy czas do mnie tak mówiła, ale już wie, że nienawidzę tych słów. To brzmi jak oszustwo. Jak można obiecywać, że będzie dobrze, kiedy dzisiaj, jutro czy pojutrze coś się może stać i nie będzie dobrze. Te słowa budzą we mnie ogromną złość. Nikt nie ma pewności, czy będzie dobrze. Nawet ja takiej pewności nie mam, a co dopiero mama czy tata.
Kiedy urodziłam syna z zespołem Downa, to nie wiedziałam, czy on będzie żył i jakiej jakości będzie to jego życie. A ludzie mówili: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Nie chciałam słyszeć takich sloganów, bo przecież mogło być źle. Potrzebowałam otuchy, że w razie czego sobie poradzę. Myślę, że każdy ma taki komunikat, który chciałby usłyszeć, i sądzę, że warto powiedzieć bliskim, jak on powinien brzmieć. Rodzicom zasugerowałabym, żeby spytali dziecko, czego potrzebuje, kiedy przychodzi ten trudny czas.
Zgadzam się z tym całkowicie.
Podsumowując, zamiast wymyślać dla dziecka scenariusze na podstawie własnych doświadczeń, rodzic powinien wierzyć w to, co mówi dziecko, ufać, nawet jeśli sytuacja wydaje się co najmniej dziwna, i mimo wszystko dać przestrzeń na popełnianie błędów. Wychodzenie ze stanów depresyjnych, z lęków i samookaleczeń to seria prób i błędów. Nie ma jednej formuły, która może wszystkim pomóc. Gdyby tak było, to każdy, kto boryka się z takimi problemami, dostawałby kartkę z instrukcją. Rodzic powinien towarzyszyć dziecku nawet w popełnianiu błędów. Dziecko musi wiedzieć, że rodzic nie będzie wytykał: „A widzisz, mówiłam ci, że trzeba było się uczyć, a ty nie zdajesz”. Trzeba pytać: „Jak mogę ci pomóc?”, „Co mogę dla ciebie zrobić?”. Dla rodziców to jest bardzo trudne, bo mają zakodowane, że to oni muszą znaleźć rozwiązanie, narzucić je dziecku i wtedy wszystko będzie w porządku. W dzisiejszej rzeczywistości to już nieaktualne. Rodzic powinien bardziej ufać dziecku, nawet jeśli sam danej sytuacji nie rozumie. Kiedy dziecko popełni błąd, to warto o tym porozmawiać, a potem znowu zaufać, i znowu. Czyli jeśli dziecko mówi, że źle się czuje na jakiejś terapii, to należy ją zmienić albo jej zaniechać. Czy sądzisz, że taka formuła pomocy byłaby bardziej skuteczna?
Tak. Jeśli rodzic będzie cały czas chronił dziecko, za bardzo się nim opiekował, to potem ono w dorosłości nie będzie wiedziało, co robi dobrze, a co źle, bo zawsze mamusia albo tatuś mówili, co ma robić, i ratowali z opresji. Popełniłam dużo błędów. Kilka razy zawiodłam zaufanie rodziców. Ale staram się je odbudowywać. Nie powiem, że byłam mała i głupia, bo nadal jestem nastolatką, ale robiłam głupie rzeczy, jak miałam czternaście czy piętnaście lat.
A co to są głupie rzeczy?
Na przykład kiedyś robiłam coś takiego, że poznawałam ludzi przez internet. Nie wiem, o czym ja wtedy myślałam. To był czas, gdy nie miałam żadnych znajomych i chciałam z kimś popisać. Pamiętam, że kiedy mama się dowiedziała, zabrała mi telefon. Bała się, że to może być jakiś pedofil. Popłakałam się. Wiem, że to było głupie. Teraz już tak nie robię, ale trzeba do tego dojrzeć. Pamiętam, że próbowałam palić. Jak mama się zorientowała, że palę, to zaczęła mówić, że to jest niezdrowe, że wolno dopiero od osiemnastu lat, a ja miałam wtedy piętnaście. Obiecywałam, że już nie będę, ale mama znajdowała kolejne papierosy. Jak skończyłam szesnaście lat, to dostawałam papierosy od dziadka. Z nim paliłam. Przed siedemnastką mama zobaczyła, że palę w domu. Powiedziała, że palenie w domu kategorycznie jest zabronione, że mam młodszego brata i ona nie chce, żebym przy nim paliła, i sama też nie zamierza tego wdychać.
To jest powtarzany od pokoleń schemat. Dziecko robi coś, czego rodzic nie pochwala, ale każdy rodzic robił kiedyś dokładnie to samo. Sama po raz pierwszy spróbowałam alkoholu u koleżanki w domu, kiedy miałam czternaście lat. Nam, rodzicom, wydaje się, że możemy zabronić naszym dzieciom robienia tych samych głupot, które my robiliśmy. Co o tym sądzisz?
Rodzic wychodzi z założenia, że jak on coś zrobił i już wie, że to jest złe, to dziecko nie ma prawa tego zrobić, bo rodzic powiedział, że to jest złe. Dziecku nie da się tak tego przetłumaczyć. Ono samo musi się przekonać na swoich błędach. Miałam taką koleżankę. Od początku mama mówiła, że z nią coś jest nie tak, ale pozwoliła, żebym się sama przekonała. Nie zabraniała mi kontaktów z tą dziewczyną. No i zobaczyłam, że kłamie, kradnie i tak dalej. Nawet inna koleżanka mi mówiła: „Nie spotykaj się z nią, to nie jest fajna dziewczyna”, ale chciałam być mądrzejsza i musiałam sama się przekonać, co mi zrobiła, i dojść do wniosku, że ona jest złym towarzystwem. Nawet jeśli mam niezbite dowody, to i tak muszę się upewnić, bo inaczej nie uwierzę.
Chyba każdy z nas tak ma. Pytanie, czy to są błędy, czy naturalny proces poznawania życia i dorastania?
Moim zdaniem to nie są błędy. Każde dziecko pragnie doświadczać, bo tak się uczy, przez doświadczanie właśnie.
Rodzice powielają pewne wzorce, których zostali nauczeni przez swoich rodziców. Tylko czy te wzorce nadal działają? A jeśli nie, to jak powinniśmy je zmodyfikować, żeby dorastanie było łatwiejsze, a rodzice mogli jednak stawiać granice i uczyć, co można, a czego nie?
Moim zdaniem rodzice muszą być rodzicami. Rodzic to nie jest jakiś znajomy czy kolega. Ktoś musi to dziecko wychować. Jednak bardziej powinno się to opierać na rozmowie, na odpowiednim przykładzie niż na karaniu czy straszeniu rakiem. Każde normalne dziecko i tak spróbuje papierosów, alkoholu, a może nawet czegoś więcej, nawet jeśli jest wzorowym uczniem. Nie ma innej opcji. Wiadomo, jakie są teraz czasy, jakie jest towarzystwo. Najróżniejsze używki są teraz ogólnie dostępne. Nie chodzi o to, żeby rodzice to pochwalali, ale niech nie poniżają, nie wpędzają w poczucie winy, nie roztaczają czarnych wizji narkomanii i pracy przy kopaniu rowów. Jest oczywiście różnica, kiedy czegoś spróbuje dziecko dwunastoletnie, a kiedy będzie to szesnastolatek. Dwunastolatek to jeszcze małe dziecko, ale kiedy dojrzały nastolatek zaczyna chodzić na imprezy, to nie da się uniknąć pewnych eksperymentów. Nawet jeśli rodzic będzie karał, zakazywał, to dziecko pójdzie za róg i spróbuje. Poniżanie i zastraszanie powodują jedynie niską samoocenę. Trzeba też odróżnić sytuacje, kiedy ktoś próbuje alkoholu czy papierosów, a kiedy narkotyków – to jest o wiele bardziej niebezpieczne. Mam przyjaciółkę, która ma czternaście lat, a zaczęła ćpać, kiedy miała dwanaście. Ale jej rodzice byli po rozwodzie i mama się nią w ogóle nie interesowała.
Jak moja mama robiła awantury o palenie, to w nerwach jej wykrzyczałam: „To co, mam zacząć ćpać, żebyś mi powiedziała, że już to jest lepsze niż narkotyki?!”. Robiła mi takie afery o e-papierosy, zabierała telefon, zabraniała wychodzić z domu, groziła, że jak jeszcze raz mnie przyłapie, to coś tam. Ale moja mama żyje w jakimś innym świecie. Nie ma pojęcia, jak teraz wygląda świat nastolatków. Ona się dziwi, że ktoś nosi kolczyki, farbuje włosy, a dla nas to jest normalne. Prosiłam ją, jak miałam piętnaście lat, o kolczyk w nosie. Mówiła: „Nie, nie, nie. Jak skończysz osiemnaście lat, wyprowadzisz się, to sobie zrobisz, a w moim domu nie ma mowy”. A mnie bardzo na tym zależało. Poszłam do koleżanki na noc, przekłuła mi nos i wróciłam do domu z kolczykiem. Afera była, że mama się nie zgadza, że mam to wyjąć, że to jest jej dom, że będzie się mnie wstydzić. Tłumaczyłam jej, że to przecież nie jest na całe życie, że można usunąć, to nie tatuaż. Rok później prosiłam o kolczyk w pępku. Jechałam z koleżanką za granicę i spytałam, czy mogę to zrobić. Ona znowu, że nie, nie, nie. Powiedziałam jej: „Mamo, nie da się z tobą nawet rozmawiać. Mam siedemnaście lat. Nie proszę cię o coś wielkiego. Jak ci się to nie będzie podobało, to jak będę z tobą gdzieś szła, mogę wyjąć”. Mam koleżankę, która ma czternaście lat i kolczyki wszędzie. Wiem, że nie należy się porównywać do kogoś, ale to, jak widać, zależy od rodzica. Dla mojej mamy dekolt czy trochę odsłoniętego brzucha to już jest zaproszenie do seksu. I nie da się jej wytłumaczyć, że teraz jest inaczej, że czasy bardzo się zmieniły.
Jak sądzisz, jak to wpływa na twoje samopoczucie?
Bardzo wpływa. Miałam taki czas, że bardzo źle czułam się sama ze sobą. Chowałam albo wyrzucałam jedzenie, bo wydawałam się sobie gruba, choć byłam chuda. Chodziłam w luźnych bluzach, bo się wstydziłam samej siebie. Teraz jestem wyższa, nabrałam kobiecych kształtów. Dobrze się ze sobą czuję i kiedy chcę włożyć bluzkę z odkrytym brzuchem, mama mówi, że nie, bo to jest zachęta dla chłopaków. Ja rozumiem, gdybym wychodziła na miasto w miniówie w nocy, to okej, sama bym się bała. Ale jeśli jest lato, dzień, gorąco, no to ja nie jestem w stanie tego zrozumieć. Ja też bym nie wypuściła córki w krótkiej sukience w nocy do klubu, ale jeśli idę się spotkać w środku lata ze znajomymi i mam bluzkę nie taką jak biustonosz, ale trochę pokazującą brzuch, to coś zupełnie innego. Moja mama ma takie konserwatywne podejście do wszystkiego: do ubioru, kolczyków, tatuaży. I ja muszę cały czas z nią walczyć, żeby móc być taka jak moje pokolenie, nie jej, tylko moje.
Przepaść między stylem życia rodziców a obecnych nastolatków jest ogromna. Myślę, że z tym jest bardzo ciężko i dzieciakom, i rodzicom. Różnice pokoleniowe były zawsze. Świat ewoluuje, zmienia się, a starsze pokolenie przejawia opór przed zmianami, bo po prostu boi się tego, czego nie zna. To normalne. Dzisiejsi rodzice nastolatków sięgają pamięcią do tego, co im było wolno jako dzieciom, i dają swoim ciut więcej swobody, co nie oznacza, że to jest tyle, ile te chcą. W pewnych granicach to jest słuszne. Jednak w związku z rozwojem internetu, w dobie możliwości oglądania i doświadczania wszystkiego w świecie wirtualnym, przepaść między pokoleniem, które dorastało bez internetu, a tym, które urodziło się ze smartfonem w ręku, to są lata świetlne. Rodzic nie jest w stanie dostosować swojego rozumowania do tego, co się dzieje, a młody człowiek ma kłopot z tym pogubionym rodzicem, bo z jednej strony nie chce go zawieść, i to jest dobre i naturalne, z drugiej strony ma rówieśników, od których nie chce się różnić, a to są dwa skrajnie różne światy.
Fajnie by było, gdyby rodzice to wiedzieli i ze świadomością, że tak jest, mieli bardziej otwarty umysł na to, co jest normalne w dzisiejszych czasach, byli bardziej wyrozumiali i jednak nam ufali. Mimo wszystko.
Kiedy moi synowie mieli po szesnaście lat, mówiłam im: „Nigdy nie będę popierała tego, że na imprezach pijecie alkohol, ale zdaję sobie sprawę, że ten alkohol tam jest i że nie pijąc, narażacie się na wykluczenie, wyszydzenie i wytykanie palcami. Będziecie outsiderami i równie dobrze możecie wcale tam nie iść, bo nie będziecie częścią grupy rówieśniczej. Ja to rozumiem i wiem, że będziecie pić bez względu na moje zakazy, groźby i ewentualne kary. Ale zanim pójdziecie, najedzcie się czegoś tłustego, a na miejscu połowę wylewajcie zamiast za kołnierz to za okno. Jeśli macie pić, to mało i tak, żeby się nie upodlić”. Dla mnie było jasne, że na imprezach są papierosy, alkohol i narkotyki, a synowie skorzystają z okazji, by spróbować. Wolałam dać im narzędzia, jak z tego skorzystać w miarę bezpiecznie, niż żywić nierealne oczekiwania, że pójdą na imprezę, ale nie tkną alkoholu. Nie wiem, na ile się stosowali do moich wskazówek, ale starałam się wejść w ich buty, wyobrazić sobie siebie na takiej imprezie i rozważyć, jakie są możliwości. W końcu wszyscy rodzice też kiedyś chodzili na imprezy. Trzeba sobie to przypomnieć i dawać wskazówki adekwatne do możliwości. Dzięki temu moi synowie nie bali się wrócić do domu, „pachnąc” piwem. Nie widywałam ich nigdy bardzo pijanych, choć wiem, że kilka takich epizodów mieli. Dzisiaj mają po dwadzieścia parę lat, sporadycznie piją alkohol, i to w niewielkich ilościach. Sami do tego doszli metodą prób i błędów. Błędów, za które nigdy ich nie karałam, ale pozwalałam ponieść naturalne konsekwencje w postaci kaca bez znieczulenia albo konieczności pójścia do szkoły z bólem głowy. Jak sądzisz, Mela, czy jeśli przedstawię takie podejście w książce, to mogłoby ono pomóc?
Tak. Mam przyjaciółkę, której mama mówi otwarcie, że nie wyraża zgody na upijanie się, ale jak byłyśmy u niej na wakacjach, to wypiłyśmy z nią po drinku, bo ona woli, żebyśmy spróbowały tak, niż poszły na imprezę, schlały się, wymiotowały i były narażone na wykorzystanie. Tak samo jak były tam e-papierosy jednorazówki i chciałyśmy sobie kupić. Powiedziała, że okej, możemy spróbować, ale kupujemy za własne pieniądze i robimy to same. Jeśli w sklepie nam sprzedadzą i kupimy za swoje, to proszę bardzo, ale ona nie będzie finansować czegoś, czego nie pochwala. Ona się do tego nie przyczyni, ale też nie zrobi z tego jakiejś wielkiej afery. Moja mama nigdy by czegoś takiego nie powiedziała. Byłam już w kilku klubach. Jestem nawet promotorką jednego z nich i dostaję za to pieniądze. Ale za każdym razem, kiedy idę do klubu, to mama mi powtarza: „Nie pijesz, nie palisz, włącz lokalizator, tata cię odbierze, maks do północy”. A ja się czuję jak Kopciuszek.
Rozumiem, że taka chęć kontrolowania przez rodziców wywiera efekt odwrotny od zamierzonego.
Dokładnie tak. Jak byłam z dziewczynami w tym klubie i wyszłyśmy przed budynek, bo chciałyśmy zapalić, przewietrzyć się, to mama już dzwoni: „Ale czemu jesteś gdzie indziej?! Widzę na lokalizacji!”. Wiadomo, że inaczej się bawi człowiek, wiedząc, że sam jest odpowiedzialny za to, co robi, a inaczej, jeśli mama ma lokalizator, a tata przyjedzie o północy.
Czyli lepiej powiedzieć: „Nie pochwalam, ale jeśli będziesz pić, to pij tak, żeby się nie upić”. Tylko że taki młody człowiek nie wie, ile to jest ta właściwa porcja, więc przesadzi i się upije. Wraca do domu i jest awantura, są kary, szlabany i zabrany telefon. Z doświadczenia wiem, że karanie absolutnie nic nie daje. Dziecko i tak zrobi to, co chce. Kiedy ma w perspektywie karę, to przyjmuje to jako cenę doskonałej imprezy. Wie, czego się spodziewać, i ma to wkalkulowane w straty. W rezultacie albo wcale nie wróci na noc do domu, albo przyjmie karę i następnym razem zrobi dokładnie to samo. Bo nie czuje się lojalne wobec rodziców. Ani nie jest mu głupio, ani nie ma wyrzutów sumienia, bo kara to cena, którą trzeba zapłacić. Poczucie winy przestaje istnieć.
Najważniejsze jest zbudowanie więzi, w której my, rodzice, stajemy się ważniejsi od rówieśników. Moi synowie niedawno przyznali, że często przed popełnianiem poważnych błędów powstrzymywała ich lojalność wobec mnie, bo mnie szanowali. Oni mnie, a ja ich, a to jest o wiele silniejsza motywacja do samokontroli niż perspektywa odebranego telefonu. Telefon można pożyczyć od kolegi. Szacunek i zaufanie mają o wiele większą wartość niż telefon czy kasa. Szacunek u dziecka można zdobyć jedynie wtedy, kiedy staramy się je zrozumieć, a potem stawiamy realne granice z marginesem na popełnianie błędów. Bo każdy błąd to szansa na nauczenie się, jak żyć, żeby nie ranić bliskich. Na odkrycie, co robić, jeśli się błąd popełni, i jaki to ma wpływ na tych, których kochamy i szanujemy. Kluczowym słowem tutaj jest słowo „szanujemy”. Żeby dziecko chciało się pilnować, czy podejmuje decyzje zgodne z wpojonymi wartościami, to po pierwsze, rodzic sam musi te wartości reprezentować, a po drugie, musi sam szanować potrzeby i emocje dziecka. Wtedy jest ogromna szansa, że także dziecko będzie szanowało potrzeby i emocje rodzica.
Dokładnie tak jest. Kary i szlabany nie działają, dają poczucie przyzwolenia. Bo jeśli ja wiem, że mama mnie ukarze, to już jestem na nią zła. Buduję sobie w głowie jej wizerunek jako osoby, która mnie nie rozumie, która jest oderwana od rzeczywistości, która mnie nie szanuje. Mam chęć zrobić jej na złość i udowodnić, że i tak mogę, że jestem w stanie ją przechytrzyć. Udowadniałam to często, uciekając przez okno albo przez balkon. Takie są czasy, że nie da się dziecka upilnować, nawet zakładając lokalizator na komórce. Lepiej jest mieć z dzieckiem taką relację, żeby rodzic mógł z jednej strony jasno powiedzieć, że czegoś nie popiera, a z drugiej, żeby umiał dziecku uświadomić, czego ono może się spodziewać i jak sobie z tym radzić. Nie straszyć, nie grozić, tylko usiąść i mu spokojnie powiedzieć. Ale taką relację trzeba sobie z dzieckiem wypracować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
