Żona nazisty - Sylwia Trojanowska - ebook + audiobook + książka

Żona nazisty ebook i audiobook

Sylwia Trojanowska

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Jest koniec 1939 roku. Mieszkańcy niemieckiego Szczecina żyją spokojnie i całkiem zwyczajnie. Ale nie Anna Łabędź, która czuje, że wszyscy wokół mają tajemnice. Gustaw znika na całe dnie w pracy, ludzie, których spotyka, pragną jedynie plotek, a ona nie potrafi pokochać zamieszkiwanego przez nazistów miasta, w którym przyszło jej żyć. W sercu wciąż goreje obraz fordońskich egzekucji i tęsknota za utraconymi bliskimi. Samotność dokucza Annie do chwili, kiedy zaprzyjaźnia się z Michelle LaCour, aktorką i salonową divą. Wtedy zmienia się wszystko.

Codzienne życie i wystawne bale, szare miasto i blichtr salonów, ludzie zwykli i ludzie prawi, a także zdrajcy i bohaterowie, konfidenci i śmiałkowie. Miasto o dwóch obliczach, ludzie o dwóch twarzach. Kobiety szlachetne i upadłe, mężczyźni waleczni i bezwzględni. A wokół nich piekło wojny.

 

 

 

Sylwia Trojanowska – pisarka, autorka sztuk teatralnych, coach i trenerka biznesu. Aktywnie działa na rzecz kobiet. Jest ambasadorką akcji „Wiele powodów, by żyć”, mającej na celu promowanie profilaktycznych badań cytologicznych, oraz członkinią kapituły „Magnolie Biznesu”, nagradzającej wyjątkowe kobiety województwa zachodniopomorskiego. Zadebiutowała w 2015 roku powieścią Szkoła latania, od tamtej pory ukazało się jeszcze dziesięć innych jej książek, między innymi trylogia Sekrety i kłamstwa (2018–2019), Wigilijna przystań (2019), Powiedz mi, jak będzie (2020), Wzgórze Świątecznych Życzeń (2020) i Łabędź (2022). Jest także autorką sztuk teatralnych, z których dwie: 4 kute asy oraz Okna, trafiły na afisze. Jej znakiem rozpoznawczym jest uśmiech i optymistyczne spojrzenie na świat. Uwielbia podróże i to z nich czerpie inspiracje do swoich powieści. Wraz z mężem i synem mieszka w Szczecinie, na obrzeżach Puszczy Bukowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 26 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
4,7 (243 oceny)
186
40
15
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Teresakeim21

Nie oderwiesz się od lektury

Całe życie sądziłam że bawarka to herbata z mlekiem, którą piją kobiety ciężarne, a nie zabielana kawa. Może ja się mylę? Pozdrawiam.
AnnaBak1978

Nie oderwiesz się od lektury

REWELACYJNA, CUDOWNA, PO PROSTU TRZEBA POZNAĆ HISTORIĘ ANNY!
10
AnetaWolacewicz

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
10
Mowilcz

Dobrze spędzony czas

Dobra powieść dla wszystkich , którzy lubią wzruszyć się podczas lektury a przy okazji docenią tło historyczne.
10
Pasjaczytania

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała kontynuacja Łabędzia z załamującym zakończeniem. Zasługująca na uznanie lektorka, która doskonale oddala klimat powieści.
10

Popularność




Wy­dawca, re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZKA
Re­dak­cja MAL­WINA KO­ZŁOW­SKA
Kon­sul­ta­cja hi­sto­ryczna dr TO­MASZ ŚLE­POW­ROŃ­SKI
Ko­rekta MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ, JAN JA­RO­SZUK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych KA­TA­RZYNA BOR­KOW­SKA
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cia na okładce © Ser­gey Mi­ro­nov / Shut­tert­sock, Inc. © Pla­steed / Shut­ter­stock, Inc. © Ze­lena / Shut­ter­stock, Inc.
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie
Co­py­ri­ght © by Syl­wia Tro­ja­now­ska Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67510-36-3
Ni­niej­sza po­wieść jest fik­cją li­te­racką, jed­nak pewne zda­rze­nia i po­staci są praw­dziwe. Au­torka przed­sta­wiła je w opar­ciu o ma­te­riały źró­dłowe z za­cho­wa­niem na­le­ży­tej sta­ran­no­ści.
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Mal­wi­nie – z wdzięcz­no­ścią za dzie­sięć li­te­rac­kich po­dróżyoraz moim Chłop­com: To­ma­szowi i Ala­nowi

I

CO­RAZ MNIEJ OD­DE­CHÓW

Szcze­cin, rok 2000

PRAWDY I PÓŁ­PRAWDY

To był je­den z tych po­ran­ków, pod­czas któ­rych wspo­mnie­nia do­pa­dały mnie tak gwał­tow­nie, że mia­łam ochotę za­cząć ży­cie od kie­liszka wina, by jak­kol­wiek je ujarz­mić. Wie­dzia­łam jed­nak, że tego dnia mu­szę za­cho­wać ja­sny umysł, choćby miało po­twor­nie bo­leć. Bo prawda, moja prawda, by­wała bo­le­sna. „Prze­trwasz to – po­wta­rza­łam so­bie pod no­sem. – Prze­cież przy­je­cha­łaś tu po to, aby opo­wie­dzieć jego hi­sto­rię”.

Na spo­tka­nie z Ar­tu­rem Wol­nym przy­szłam o umó­wio­nym cza­sie. Młody dzien­ni­karz stał przed wej­ściem do stu­dia na­grań i pa­lił pa­pie­rosa. Za­cią­gał się nim raz za ra­zem, jakby się spie­szył albo czymś de­ner­wo­wał. Kiedy mnie do­strzegł, wy­rzu­cił peta i się­gnął po od­świe­żacz do ust.

Po­kuś­ty­ka­łam w jego stronę.

– Dzień do­bry – po­wie­dział gło­śno, co naj­mniej tak, jak­bym oprócz zruj­no­wa­nych ko­lan miała rów­nież przy­tę­piony słuch.

Nie­znacz­nie ski­nę­łam głową.

– Miło, że przy­je­chała pani na czas. Stu­dio go­towe. – Zer­k­nął na ze­ga­rek. – Za­raz mo­żemy za­cząć.

Otwo­rzył drzwi i pu­ścił mnie przo­dem.

– I jak Szcze­cin? Po­doba się pani? – za­gad­nął, ale nie było to szczere za­in­te­re­so­wa­nie, lecz sztuczna grzecz­ność. Prze­cież je­dyne, na czym mu za­le­żało, to to, bym ze szcze­gó­łami, naj­le­piej dra­ma­tycz­nymi i krwa­wymi, opo­wie­działa hi­sto­rię Gu­stawa Gu­de­riana.

Mruk­nę­łam twier­dząco, ko­le­biąc się w stronę ko­ry­ta­rza, nad któ­rym wid­niał na­pis „Do stu­dia”.

– A zwie­dzała pani tro­chę? Może Stare Mia­sto? – cią­gnął bez­na­mięt­nie.

Przy­sta­nę­łam, ob­ró­ci­łam się i hardo spoj­rza­łam mu w oczy.

– Może umówmy się, pa­nie Wolny, że nie musi pan mnie za­ga­dy­wać, że ci­sza nie jest ni­czym złym i że nie do­wie się pan o mnie ni­czego poza tym, co sama chcę panu opo­wie­dzieć. Do­brze?

Męż­czy­zna uniósł ręce w pod­dań­czym ge­ście.

– Ja­sne, nie ma sprawy. My­śla­łem, że...

– To niech pan po pro­stu nie my­śli – prze­rwa­łam mu sta­now­czo.

Ten czło­wiek po­twor­nie mnie iry­to­wał. Ni­czego się nie uczył. Prze­cież roz­ma­wiał już ze mną wcze­śniej, więc po­wi­nien wie­dzieć, że nie lu­bię czczych po­ga­du­szek. Za­czy­na­łam wąt­pić, czy do­brze zro­bi­łam, de­cy­du­jąc się na spo­wiedź przed tym bu­fo­nem. Gów­nia­rze­ria, kom­plet­nie nie­wy­cho­wany dzie­ciak! Ale szłam za nim, a on bez słowa otwie­rał ko­lejne drzwi. Cza­sami wy­mie­niał grzecz­no­ści z mi­ja­nymi oso­bami. Kiedy do­tar­li­śmy do stu­dia na­grań, usia­dłam przy owal­nym stole, na krze­śle, które wska­zał mi Wolny.

– Słu­chawki. – Po­dał mi je. – Pro­szę spraw­dzić, czy pa­sują.

– Wolę bez – stwier­dzi­łam.

– Jak pani chce. – Usiadł na­prze­ciwko mnie.

Wy­cią­gnął no­tatki. Było ich sporo. Roz­ło­żył je przed sobą i po­wiódł po nich wzro­kiem. Mruk­nął zna­cząco, po czym za­czął spraw­dzać przy­ci­ski na kon­soli i wy­mie­nił się spo­strze­że­niami z dźwię­kow­cem. Wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego.

– Mo­żemy za­czy­nać – oznaj­mił.

– A woda? – za­py­ta­łam.

– A tak, prze­pra­szam. Miała tu być. Zośka znowu za­po­mniała. Za­raz przy­niosę.

Wy­szedł, a ja, wie­dziona ja­kimś ta­jem­ni­czym in­stynk­tem, wsta­łam i po­de­szłam do jego sta­no­wi­ska. Bez­czel­nie zaj­rza­łam do roz­ło­żo­nych no­ta­tek i... ska­mie­nia­łam. Zna­la­złam tam py­ta­nia, cał­kiem trafne i sen­sowne, ale po­ra­ziło mnie coś zu­peł­nie in­nego... Od­ręczne no­tatki. Mnó­stwo od­ręcz­nych no­ta­tek.

Musi przy­znać, że Gu­de­rian to kat. MUSI.

Ci­śnij o tego volks­deut­scha.

Męcz o mor­der­stwa.

Nie za­po­mnij o tym dok­to­rze...

Mów o pod­pi­sa­nych ze­zna­niach.

Do­ku­menty. Spro­wo­kuj ją...

Było ich wiele, ale nie prze­czy­ta­łam wszyst­kich; nie zdą­ży­łam, bo do po­koju wró­cił Ar­tur Wolny. Kiedy zo­ba­czył, jak ster­czę nad jego za­pi­skami, po­czer­wie­niał na twa­rzy.

– To, że zna pani py­ta­nia, ni­czego nie zmie­nia – stwier­dził but­nie, sta­wia­jąc na sto­liku szklanki z wodą.

– To, że za­mie­rza pan iść po tru­pach, by udo­wod­nić swoją bez­pod­stawną tezę o Gu­de­ria­nie mor­dercy Po­la­ków, zmie­nia wszystko. Nie jest pan obiek­tyw­nym re­por­te­rem, na co w grun­cie rze­czy mia­łam na­dzieję, lecz su­biek­tyw­nym dzien­ni­ka­rzyną, który szuka ta­niej sen­sa­cji i pra­gnie się wy­bić na nie­rze­tel­nym opo­wie­dze­niu hi­sto­rii. Gu­staw Gu­de­rian święty może nie był, ale na pewno nie za­słu­żył na to, by na­zy­wać go zbrod­nia­rzem.

– Do­ku­menty świad­czą ina­czej.

– Py­ta­nie brzmi: kto te do­ku­menty stwo­rzył? Nie roz­wa­żał pan tego?

– To są po­twier­dzone in­for­ma­cje.

– Przez kogo? Przez pana? Przez czło­wieka za­śle­pio­nego nie­na­wi­ścią do Gu­de­riana czy na­wet wszyst­kich, w czy­ich ży­łach pły­nie ger­mań­ska krew? Nie na­daje się pan do tej ro­boty! Nie ma pan bla­dego po­ję­cia o uczci­wym dzien­ni­kar­stwie.

Za­ci­snął szczęki i gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze przez nos. Ooo! Jakże był wście­kły! Czu­łam, że ma ochotę wy­pluć agre­sywną wią­zankę gorz­kich słów, że już, już za­mie­rza się od­szczek­nąć. Wi­dzia­łam to w jego oczach. Po­ha­mo­wał się jed­nak, prze­tarł twarz dło­nią i po­wie­dział:

– Nie­ważne. Wszystko go­towe. Mo­żemy na­gry­wać.

– Nie bę­dzie na­gra­nia – oznaj­mi­łam cierpko.

Stu­dio opusz­cza­łam w po­śpie­chu. Wolny cały czas szedł obok mnie, gar­dłu­jąc coś o dźwię­kowcu, re­zer­wa­cji, po­nie­sio­nych kosz­tach... W końcu – o pod­pi­sa­nych zo­bo­wią­za­niach.

– Prze­cież to pani za­le­żało na na­gra­niu. To był pani po­mysł i co? Na­gle taka zmiana zda­nia? – mó­wił z wy­raźną pre­ten­sją. – W ten spo­sób zrywa pani umowę! Wła­śnie! Umowa! – Za­trzy­mał się gwał­tow­nie.

Ja rów­nież przy­sta­nę­łam i spoj­rza­łam na niego z ukosa.

– To się może wią­zać z kosz­tami. Jest pani na nie go­towa?

Zgro­mi­łam go wzro­kiem.

– Po­tworny z pana dy­le­tant, pa­nie Wolny! Mówi pan o czymś, o czym nie ma pan zie­lo­nego po­ję­cia.

Chciał mi prze­rwać, wy­dał na­wet z sie­bie ja­kiś bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wany dźwięk, ale na wię­cej mu nie po­zwo­li­łam, uci­sza­jąc go zde­cy­do­wa­nym ru­chem dłoni.

– Nie prze­czy­tał pan umowy. Pew­nie sku­pił się pan na pa­ra­gra­fie pierw­szym, dru­gim, może do­tarł do pią­tego – kpi­łam – ale na pewno nie zna pan tre­ści ósmego, prawda?

Nie od­po­wie­dział, nie mu­siał.

– To pro­szę do­czy­tać. A na przy­szłość mieć na wzglę­dzie, że brak pro­fe­sjo­na­li­zmu za­zwy­czaj wy­cho­dzi na jaw. Cza­sem wcze­śniej, cza­sem póź­niej. Za­leży od ja­sno­ści umy­słu dru­giej strony. Ja, choć może nie wy­glą­dam, tę ja­sność na swoje szczę­ście, a pana nie­szczę­ście, jesz­cze po­sia­dam.

Wolny od­chrząk­nął i na chwilę uciekł wzro­kiem, jakby w tym świe­tli­stym ko­ry­ta­rzu szu­kał sprzy­mie­rzeńca. Ni­kogo jed­nak nie zna­lazł, bo aku­rat było pu­sto.

Nie cze­ka­jąc, aż jak­kol­wiek się zre­flek­tuje, ru­szy­łam w stronę wyj­ścia. Wolny jakby się ock­nął i po­dą­żył za mną. Otwo­rzył mi na­wet szklane drzwi i kiedy mia­łam już na­dzieję na opusz­cze­nie tego miej­sca, za­stą­pił mi drogę.

– Pro­szę mnie po­słu­chać – brzmiał ła­god­nie, zu­peł­nie ina­czej niż przed chwilą. – I wy­ba­czyć to drobne... hmm... nie­po­ro­zu­mie­nie... Przy­znaję, mam pe­jo­ra­tywny sto­su­nek do Gu­de­riana. I wiem, że jako dzien­ni­karz nie po­wi­nie­nem. Jed­nak jako czło­wiek nie po­tra­fię zdo­być się na nic in­nego po tym, co o nim prze­czy­ta­łem – wes­tchnął. – Mój dzia­dek zgi­nął w Au­schwitz, moja ciotka i dwie ni­czemu nie­winne sio­stry dziadka roz­strze­lano pod­czas ła­panki. Ro­zu­mie pani, zo­sta­łem wy­cho­wany w at­mos­fe­rze nie­na­wi­ści do na­zi­stów – wy­znał. – Od kiedy za­czą­łem wy­ko­ny­wać za­wód dzien­ni­ka­rza, pra­gną­łem zro­bić ma­te­riał o na­zi­stow­skich zbrod­niach. Nie chcia­łem, by do­ty­czył oczy­wi­stych spraw, o któ­rych można prze­czy­tać w książ­kach. Ma­rzy­łem, aby do­ko­nać od­kry­cia cze­goś wiel­kiego, a Gu­de­rian... To jest coś wiel­kiego, a przede wszyst­kim nie­zna­nego. Mój do­ku­ment... On jest sze­roko ko­men­to­wany, pod­da­wany ana­li­zom hi­sto­rycz­nym, a to, co pani chce po­wie­dzieć o Gu­de­ria­nie, jed­nym z tych cwa­nych na­zi­stów... Nie­za­leż­nie od tego, czy chce go pani wy­bie­lić czy oczer­nić... Ro­zu­miem, że to pierw­sze. – Po­pa­trzył na mnie, ocze­ku­jąc po­twier­dze­nia, ale na­wet po­wieka mi nie drgnęła. – Pani ze­zna­nie by­łoby ka­pi­tal­nym uzu­peł­nie­niem opo­wie­ści o czło­wieku, który ma krew na rę­kach. Bo ją ma, oboje to wiemy. Ja na­prawdę chęt­nie wy­słu­cham pani opo­wie­ści i... I nie będę na nic na­ci­skał. Zrobi to pani po swo­jemu.

Spu­ści­łam głowę i spoj­rza­łam na czubki swo­ich wy­po­le­ro­wa­nych bu­tów. Świe­ciły jak daw­niej, jak wtedy, gdy spa­ce­ro­wa­łam ale­jami Gra­bo­wer An­la­gen[1] albo gdy szłam na po­tań­cówkę do Haus Po­nath[2]. Gdy miesz­ka­łam w Stet­ti­nie[3], moje buty za­wsze były lśniące jak lu­stro. Wcze­śniej też o nie dba­łam, ale do­piero w tym nad­odrzań­skim mie­ście – sama to za­uwa­ży­łam – ro­bi­łam to na­zbyt prze­sad­nie.

– Pro­szę pani? – Ar­tur Wolny wy­glą­dał na za­tro­ska­nego. Ten wy­raz twa­rzy zu­peł­nie do niego nie pa­so­wał. – Wszystko w po­rządku?

– Tak, oczy­wi­ście. Ale nie, nie po­tra­fię te­raz wró­cić do stu­dia. Mam w gło­wie chaos.

– To może ju­tro, po­ju­trze? Do­pa­suję się.

– Pan się do­pa­suje?

Ski­nął głową.

– Po­my­ślę, a tym­cza­sem...

– Od­wiozę pa­nią – za­pro­po­no­wał.

Zdzi­wił mnie tą prze­sadną uprzej­mo­ścią. Nie ufa­łam mu. Chyba ni­gdy nie za­słu­żyłby so­bie na moje za­ufa­nie.

– Pro­szę so­bie da­ro­wać te uprzej­mo­ści. Przy­je­cha­łam sama i sama wrócę. A do pana ode­zwę się z od­po­wie­dzią. Ju­tro. Albo za kilka dni.

– To cho­ciaż we­zwę dla pani tak­sówkę. Jaki ad­res?

A więc cho­dziło mu o to, by – je­śli­bym się nie ode­zwała – mieć ja­ki­kol­wiek punkt za­cze­pie­nia. Cwany lis! Nie wie­dzia­łam, czy my­ślał o tym, by przy­je­chać pod wska­zany ad­res i wa­lić w drzwi, aż je otwo­rzę, czy o tym, by na­słać na mnie ko­goś in­nego, bar­dziej prze­ko­nu­ją­cego, wzbu­dza­ją­cego sym­pa­tię. Oby­dwa roz­wią­za­nia wy­da­wały mi się ab­sur­dalne, ale wcale nie mało praw­do­po­dobne. Wol­nego za­li­cza­łam bo­wiem do lu­dzi, któ­rzy w imię swych ce­lów są go­towi na wszystko. Zna­łam ten typ bar­dzo do­brze...

– Do wi­dze­nia panu – rzu­ci­łam i wy­mi­nę­łam męż­czy­znę, który wpa­try­wał się we mnie z lekko roz­chy­lo­nymi ze zdu­mie­nia ustami.

PRZY­JA­CIEL

Wie­czo­rem za­sia­dłam przy oknie. Było pra­wie ide­al­nie. Bra­ko­wało mi je­dy­nie zna­jo­mych dźwię­ków: re­stau­ra­cyj­nego gwaru, brzęku szkla­nek, po­krzy­ki­wań wsta­wio­nych tu­ry­stów i stu­kotu koń­skich ko­pyt. Jak w Kra­ko­wie.

Z kie­lisz­kiem wina w dłoni i przy jaz­zo­wej nu­cie pusz­cza­nej w ra­diu wpa­try­wa­łam się w je­den punkt, w miej­sce, w któ­rym kie­dyś znaj­do­wał się Te­atr Miej­ski. Zmierz­chało, ale ja oczyma serca wi­dzia­łam go w pro­mie­niach słońca. I tę­sk­ni­łam za jego mu­rami i za­uł­kami, skry­wa­ją­cymi moje ta­jem­nice.

Po wy­pi­ciu dwóch kie­lisz­ków wina po­czu­łam oszo­ło­mie­nie i roz­luź­nie­nie. W końcu my­śli o nie­uda­nym spo­tka­niu z Wol­nym uci­chły. Jesz­cze nie pod­ję­łam de­cy­zji, kiedy do niego za­dzwo­nię, ale wie­dzia­łam, że to zro­bię. Chcia­łam to zro­bić.

Wsta­łam i po­de­szłam do ka­napy. Nocny sto­lik oświe­tlała lampa z czer­wo­nym aba­żu­rem, mocno nad­szarp­nię­tym zę­bem czasu. Ciężko opa­dłam na sie­dzi­sko, które stęk­nęło nie­mal tak gło­śno jak ja. Się­gnę­łam po te­le­fon. Był w tym sa­mym ko­lo­rze co aba­żur i przez mo­ment na­wet po­my­śla­łam, że ktoś o tę spój­ność spe­cjal­nie się po­sta­rał. Wy­bra­łam nu­mer i cier­pli­wie cze­ka­łam. Mój roz­mówca ode­brał, kiedy już mia­łam od­kła­dać słu­chawkę.

– To­masz Red­mer, słu­cham.

Mmm... Lu­bi­łam ten jego cie­pły, pe­łen uf­nej ak­cep­ta­cji głos. Nie miał po­ję­cia, kto do niego dzwo­nił, ale i tak za­wsze wi­tał się z sym­pa­tią.

– Dzień do­bry, To­ma­szu – ode­zwa­łam się.

– O! W końcu! Nie mo­głem się do­cze­kać wia­do­mo­ści od cie­bie. Wszystko do­brze? Je­steś za­do­wo­lona?

– Za­do­wo­lona? Daj spo­kój. By­ła­bym, gdyby grali mi Mar­sza po­grze­bo­wego.

– Czyli za­do­wo­lona – stwier­dził, a ja po­ki­wa­łam głową.

To­masz znał mnie do­brze. By­łam usa­tys­fak­cjo­no­wana: od­wie­dzi­łam mia­sto du­chów, wsłu­cha­łam się w jego puls, jakże inny od tego kra­kow­skiego. Od­ku­rzy­łam wspo­mnie­nia i od­wa­ży­łam się pa­trzeć tam, gdzie mój wzrok miał już ni­gdy nie się­gać.

– A jak u cie­bie?

– Do­wiesz się, kiedy przy­jadę.

– Chcesz przy­je­chać? – pal­nę­łam bez­myśl­nie i na­tych­miast, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, rzu­ci­łam sta­now­czo: – Nie! Nie rób tego! Nie przy­jeż­dżaj. Chcę być sama. Po­trze­buję tej sa­mot­no­ści.

– Na pewno?

– Dawno ni­czego nie by­łam tak pewna.

Po­chrzą­ki­wał, szu­ka­jąc od­po­wied­nio dy­plo­ma­tycz­nych słów, przez które nie po­czu­ła­bym się jak dziecko.

– We­dle ży­cze­nia – po­wie­dział w końcu. – Po pro­stu po­my­śla­łem, że chcia­ła­byś mieć to­wa­rzy­stwo w ob­cym mie­ście. Choćby ra­mię ja­kie­goś dziar­skiego ka­wa­lera – ro­ze­śmiał się, ale chyba na siłę – by nie oba­wiać się spa­ce­rów. No wiesz, po­tknię­cia o ja­kiś nie­równy chod­nik.

– Kiedy wrócę do Kra­kowa, chęt­nie z ra­mie­nia te­goż ka­wa­lera sko­rzy­stam.

– No do­brze, do­brze. Za­wsze by­łaś uparta. Bo wiesz... Ja bym nie miał nic prze­ciwko wy­pra­wie do Szcze­cina.

– To­ma­szu, pro­szę.

Znał mnie na tyle do­brze, że wie­dział, iż dal­sza dys­ku­sja nie ma sensu. Pod­jął więc te­mat, który na­le­żał do naj­bez­piecz­niej­szych. Roz­ma­wia­li­śmy o po­go­dzie, a ra­czej o nie­mi­ło­sier­nych upa­łach w Kra­ko­wie i o cał­kiem przy­jem­nej au­rze w Szcze­ci­nie. Po­tem To­masz roz­wo­dził się nad wnu­kami, a ja po raz ty­sięczny po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści.

Kiedy skoń­czy­li­śmy, na­la­łam so­bie ko­lejny kie­li­szek wina i wy­pi­łam go dusz­kiem, a po­tem z se­kret­nej prze­gródki w port­felu zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­cią­gnę­łam czarno-białą fo­to­gra­fię, przy­mknę­łam oczy i znowu wy­bra­łam się w po­dróż śla­dami wspo­mnień.

II

NA ZA­CHO­DZIE RO­DZI SIĘ NA­DZIEJA

Stet­tin i oko­lice, rok 1939

NOWA TOŻ­SA­MOŚĆ

Anna Ła­będź nie chciała czuć się do­brze w Stet­ti­nie, w pięk­nym, ma­je­sta­tycz­nym Stet­ti­nie. Pra­gnęła znie­na­wi­dzić to mia­sto z sze­ro­kimi ale­jami i wiel­kimi pla­cami, a par­kami tak roz­le­głymi, że nie spo­sób było z jed­nego krańca do­strzec drugi. Mia­sto ze szpa­le­rami ka­mie­nic, któ­rych ar­chi­tek­tura przy­wo­dziła jej na myśl pa­ry­skie ka­dry wi­dziane w al­bu­mach. Mia­sto ży­jące w zgo­dzie z rzeką, w któ­rym spo­kój, śmiech i zwy­kłe, zwy­czajne ży­cie two­rzyły mie­szankę dla niej nie do za­ak­cep­to­wa­nia. Prze­cież kil­ka­set ki­lo­me­trów da­lej sza­lała wojna, lu­dzie wal­czyli, gi­nęli, umie­rali ze stra­chu. A tu? Tu czuć było je­dy­nie lek­kie po­de­ner­wo­wa­nie; ow­szem, to­czyły się roz­mowy, dys­ku­sje o woj­nie, ale nikt nie pła­kał, nie pa­ni­ko­wał. Albo pra­wie nikt. Łzy ro­nili tylko ci, któ­rym ta da­leka wojna ko­goś ode­brała. Tu nikt się nie oba­wiał, że może zgi­nąć na ulicy, że ktoś go za­strzeli, wtar­gnie do jego domu i od­bie­rze mu wol­ność. Nikt nie prze­my­kał mię­dzy ka­mie­ni­cami, nie krył się po piw­ni­cach. Nikt nie na­słu­chi­wał wy­strza­łów i nie ku­lił się pod łóż­kiem, my­śląc o ju­trze. Stet­tin był w oczach Anny oazą spo­koju. I dla­tego chciała go nie­na­wi­dzić, ale... nie po­tra­fiła. Mimo flag ze swa­styką, mimo pla­ka­tów z wi­ze­run­kiem Hi­tlera, mimo run na nie­miec­kich mun­du­rach... Nie po­tra­fiła, bo Gu­staw o to za­dbał. Dał jej po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, oto­czył sza­lem utka­nym z ni­tek tro­ski, sza­cunku i mi­ło­ści, za­dbał, by nie po­grą­żyła się w nie­na­wi­ści do mia­sta, które wy­brał dla niej na azyl.

Po­mimo tego słabo sy­piała. Cza­sami przez całą noc nie zmru­żyła oka. Cho­dziła wtedy po miesz­ka­niu od okna do okna i wy­glą­dała na ulicę, jakby ko­goś wy­pa­tru­jąc. Tylko kogo? Gu­staw czu­wał nad nią, ale nie ro­bił ni­czego na siłę, nie zmu­szał, do ni­czego nie na­ma­wiał. Czuł, że Anna po­trze­buje czasu, że musi po­zwo­lić jej wszystko so­bie po­ukła­dać, by przy­wy­kła do no­wego miej­sca, no­wego ży­cia, no­wej roli, a na­wet, a może przede wszyst­kim, do ob­rączki i no­wego na­zwi­ska.

Była prze­cież Anną Gu­de­rian, choć stała się nią w oko­licz­no­ściach, któ­rych ni­gdy nie brała pod uwagę.

Gu­staw przy­je­chał po nią do ro­dzin­nego For­donu do­kład­nie w chwili, gdy jej świat legł w gru­zach, gdy zo­stała sama, sa­miu­sieńka, gdy jej naj­bliżsi stra­cili ży­cie pod­czas be­stial­skiej eg­ze­ku­cji. Przy­je­chał i obie­cał ją ura­to­wać. Pa­mię­tała jego słowa: „Za­biorę cię tam, gdzie bę­dziesz bez­pieczna. Za­biorę cię do Stet­tina”. Zgo­dziła się, choć to mia­sto znała tylko z jego opo­wie­ści. Mu­siało jej jed­nak wy­star­czyć. Zresztą nie za­sta­na­wiała się nad tym. Ucie­kała, by ra­to­wać ży­cie.

Gu­staw wrę­czył jej do­ku­menty na na­zwi­sko Anny Schmidt i po­le­cił przy­swoić wszyst­kie fakty z ży­cia nie­zna­nej jej ko­biety. Choć na­uka wcze­śniej przy­cho­dziła jej z ła­two­ścią, te­raz nie po­tra­fiła się sku­pić. Jakże bo­wiem miała my­śleć o da­tach, imio­nach, miej­scach, o czym­kol­wiek, kiedy w gło­wie prze­wi­jał się film z mor­do­wa­nia jej ro­dziny? Mu­siała jed­nak się prze­móc. Wy­ko­nała po­le­ce­nie Gu­stawa, a on prze­py­tał ją do­kład­nie, jak na prze­słu­cha­niu. Pre­cy­zyj­nie za­da­wał py­ta­nia, punk­to­wał błędy. Znał wszyst­kie od­po­wie­dzi, za­pewne sam wcze­śniej wy­uczył się ich na pa­mięć. Głę­boko ode­tchnął, kiedy po kilku pró­bach Anna od­po­wie­działa na każde py­ta­nie bez naj­mniej­szego za­wa­ha­nia i po­myłki.

– To ważne, byś do­brze znała swoje al­ter ego. W końcu od dzi­siaj je­steś Niemką – stwier­dził. – Choć w pew­nym sen­sie tylko na mo­ment. Nie mogę za­brać pod swój dach Anny Schmidt. To by­łoby nie­mo­ralne i nie­do­pusz­czalne na moim sta­no­wi­sku. Ale Annę Gu­de­rian i ow­szem.

Za­trzy­mał sa­mo­chód na po­bo­czu, ujął dłoń Ani i spoj­rzał jej głę­boko w oczy.

– To nie jest do­bry mo­ment, ale in­nego nie bę­dzie. – Wrę­czył jej ja­kąś kartkę.

Roz­ło­żyła ją i prze­czy­tała, naj­pierw po­bież­nie, a po­tem raz jesz­cze, uważ­niej.

– Ale jak to? Je­ste­śmy mał­żeń­stwem?

– Je­śli mam cię chro­nić, to tak. Mu­sisz stać się moją żoną. Z urzędu.

Nie mo­gła ode­rwać wzroku od do­ku­mentu i od swo­jego no­wego na­zwi­ska: Gu­de­rian.

– Ten do­ku­ment... To, że je­ste­śmy we­dług niego mał­żeń­stwem, to ni­czego mię­dzy nami nie zmieni, obie­cuję. To tylko for­mal­ność, która po­zwoli mi cię chro­nić. Dla mnie cały czas bę­dziesz Anną Ła­będź, ale dla wszyst­kich do­okoła Anną Gu­de­rian, z domu Schmidt.

– Ro­zu­miem – po­wie­działa spo­koj­nie.

– A je­śli kie­dy­kol­wiek za­pra­gniesz na­prawdę stać się moją żoną, to tak się sta­nie. Za­cze­kam tyle, ile bę­dziesz po­trze­bo­wała.

Z we­wnętrz­nej kie­szeni Gu­staw do­był ma­te­ria­łową sa­kiewkę i wy­jął z niej dwie złote ob­rączki.

– Mogę? – za­py­tał, chcąc wsu­nąć mniej­szą na pa­lec Ani.

Po­dała mu dłoń.

– Mu­simy za­cho­wać wszel­kie po­zory. Mu­simy do­brze uda­wać – stwier­dził.

Wsu­nął jej ob­rączkę na pa­lec, a po­tem drugą na swój.

Ania uważ­nie przyj­rzała się dłoni. Ileż razy ma­rzyła o tym lśnią­cym na palcu cu­deńku, które oznaj­mia­łoby światu, że oto na jej dro­dze sta­nął nie­zwy­kły męż­czy­zna. Jej męż­czy­zna, je­dyny do końca ży­cia, ten, któ­rego so­bie wy­brała. Do­kład­nie tak my­ślała. Ni­gdy na od­wrót. Bo to ona chciała wy­bie­rać, ona chciała de­cy­do­wać o tym, za kogo wyj­dzie za mąż.

Na­gle przy­po­mniała so­bie ich ślu­bo­wa­nie. To, jak na for­doń­skiej łące Gu­staw wzru­szył ją przy­sięgą mał­żeń­ską, którą wy­po­wie­dział ła­maną pol­sz­czy­zną. To, jak pa­trzył na nią, jak szkliły mu się oczy.

– Wcale nie mu­simy uda­wać. Prze­cież... My już so­bie ślu­bo­wa­li­śmy.

– Wiem, ale to były zu­peł­nie inne oko­licz­no­ści, Anno. I po­my­śla­łem, że... – Spró­bo­wał się uśmiech­nąć, jed­nak wy­szło to nie­zdar­nie.

– Ma­rzy­łam o tym, by być twoją żoną, i kiedy wy­po­wia­da­łam przy­sięgę, ro­bi­łam to z peł­nym prze­ko­na­niem. Te­raz je­stem roz­darta, a przed oczami wi­dzę tylko zło, lecz... Wcale nie mu­szę uda­wać, że je­stem twoją żoną. Mogę po pro­stu spró­bo­wać nią być. – Ścią­gnęła z jego palca ob­rączkę, którą przed mo­men­tem sam so­bie za­ło­żył, uca­ło­wała ją i po­now­nie wsu­nęła na jego pa­lec. – Na do­bre i na złe. W zdro­wiu i w cho­ro­bie. Do­póki śmierć nas nie roz­łą­czy.

– Do­póki śmierć nas nie roz­łą­czy – po­wtó­rzył i z sza­cun­kiem zło­żył po­ca­łu­nek na jej dłoni.

Pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu.

– Mu­sisz mi jed­nak po­móc w by­ciu... Niemką – ode­zwała się w końcu Anna, z tru­dem wy­po­wia­da­jąc ostat­nie słowo. – Z tym mogę mieć więk­szy pro­blem.

– Po­mogę, ale pa­mię­taj, mu­sisz być nią tylko na ze­wnątrz, dla in­nych. Ja chciał­bym, byś po­zo­stała Anną Ła­będź, Po­lką, którą po­ko­cha­łem. Wojna się skoń­czy, mam na­dzieję, że wkrótce, a wtedy ta cała ma­ska­rada nie bę­dzie nam już po­trzebna. To tylko na chwilę. Na chwilę, ko­cha­nie.

Ania wtu­liła się w Gu­stawa i w tym moc­nym splo­cie, w któ­rym czuć było i mi­łość, i od­da­nie, i zgodę na by­cie ra­zem mimo wszystko, trwali do mo­mentu, aż z na­prze­ciwka nad­je­chała cię­ża­rówka i ośle­piła ich świa­tłami.

W dro­dze mało roz­ma­wiali, Ania głów­nie spała, a ra­czej uda­wała, że śpi. Nie pła­kała. Nie miała już siły, nie miała łez.

Pró­bo­wała uło­żyć so­bie wszystko w gło­wie. Ale czy to w ogóle było moż­liwe – nowe ży­cie? Na ra­zie nie po­tra­fiła so­bie tego wy­obra­zić. Tyle zła wy­da­rzyło się w ciągu ostat­niej doby, i to ta­kiego, któ­rego nie dało się ni­czym wy­tłu­ma­czyć. Zła, które lu­dzie wy­rzą­dzili lu­dziom. Po­śród tego zła były też okru­chy do­bra. Jak Gu­staw, jej... mąż.

Nie wie­działa, co ją czeka w Stet­ti­nie, ale jed­nego była pewna – męż­czy­zna, który sie­dział obok, był dla niej w tej chwili je­dy­nym ra­tun­kiem. Mu­siała się go chwy­cić i w pełni mu za­ufać, zwłasz­cza na tak nie­zna­nym mo­rzu, ja­kim był Stet­tin.

TO NOWE MIA­STO

Stet­tin po­wi­tał ich na­wet wdzięcz­nie, bo pro­mie­niami słońca. Je­chali sze­ro­kimi ale­jami, gdzie na ja­snych cia­łach ka­mie­nic ni­czym zna­miona pstrzyły się nie­miec­kie flagi. Ania wpa­try­wała się w chod­niki, po któ­rych bez po­śpie­chu prze­cha­dzali się lu­dzie. Roz­ma­wiali, pa­lili pa­pie­rosy, za­trzy­my­wali się, by ku­pić ga­zetę, czy­tać anonse, po­dzi­wiać wi­tryny. To był inny świat, a ona pod­skór­nie czuła, że zu­peł­nie nie był jej...

– Pa­mię­taj, by ni­gdy z ni­kim nie roz­ma­wiać o swo­jej prze­szło­ści. W żad­nym ob­cym po­miesz­cze­niu, na­wet gdy­by­śmy byli tam tylko we dwoje, nie wolno ci o niej wspo­mi­nać. Ni­gdy. Mo­żesz mó­wić i pi­sać tylko po nie­miecku. Mu­sisz się pil­no­wać, bar­dzo, a naj­le­piej, przy­naj­mniej na po­czątku, mało mó­wić.

– Tak. Ro­zu­miem – po­wie­działa, choć chyba nie zda­wała so­bie sprawy, co ta de­kla­ra­cja tak na­prawdę ozna­cza.

Gu­staw za­par­ko­wał przed ele­gancką ka­mie­nicą przy König-Al­bert Strasse[4]. Brama wej­ściowa ze szpro­sami z mo­ty­wami ro­ślin­nymi przy­wo­dziła Ani na myśl te, które wi­dy­wała w Byd­gosz­czy na naj­lep­szych uli­cach. Wy­glą­dała bar­dzo wy­twor­nie i Anna w ze­tknię­ciu z nią po­czuła się mała i kom­plet­nie obca. To miej­sce ani odro­binę nie przy­po­mi­nało jej zna­jo­mych for­doń­skich za­bu­do­wań. Nie biło zeń zna­jome cie­pło, a je­dy­nie wy­nio­słość.

– Po­cze­kaj. Otwo­rzę ci drzwi.

– Nie mu­sisz.

– Mu­szę. Lu­dzie pa­trzą, a nie chciał­bym, by­śmy od razu zna­leźli się na ję­zy­kach. Za­cho­wujmy się tak, jak zwy­cza­jowo za­cho­wują się inne mał­żeń­stwa, do­brze?

Zgo­dziła się, a kiedy wy­sia­dła, od razu po­jęła, że Gu­staw miał ra­cję. W oknie na pierw­szym pię­trze na­tknęła się bo­wiem na cie­kaw­skie spoj­rze­nie.

Gu­staw rów­nież doj­rzał star­szą, si­wo­włosą ko­bietę i nie­jako w od­po­wie­dzi na jej za­cie­ka­wie­nie szar­mancko ujął dłoń Ani i le­d­wie do­tknął jej war­gami.

– Cały czas ktoś bę­dzie pa­trzeć – szep­nął. – Dla nie­któ­rych to je­dyne za­ję­cie. Mu­szą do cie­bie przy­wyk­nąć, a ty mu­sisz wto­pić się w kra­jo­braz. Wtedy prze­staną cię za­uwa­żać.

Kiedy prze­szli przez bramę, Ania za­trzy­mała się i utkwiła spoj­rze­nie w skle­pie­niu, na któ­rym ktoś bar­dzo wia­ry­god­nie od­zwier­cie­dlił far­bami błę­kit let­niego nieba.

– To po­noć naj­pięk­niej­sze skle­pie­nie na ca­łej ulicy – stwier­dził Gu­staw. – Tak mówi pani Handtke spod szóstki. Jej syn na­ma­lo­wał to kilka mie­sięcy temu. Je­śli­byś z nią roz­ma­wiała, po­chwal. Zy­skasz wów­czas jej przy­chyl­ność.

– Po­chwalę z przy­jem­no­ścią – stwier­dziła za­chwy­cona, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ma­lo­wi­dła.

– I ko­niecz­nie za­gad­nij o syna. Jest z niego bar­dzo dumna, bo jako pierw­szy z na­szej ka­mie­nicy od­dał ży­cie za oj­czy­znę.

Na­tych­miast ode­rwała wzrok od skle­pie­nia.

– Co?

– Tu żyją sami nie­mieccy pa­trioci – wy­ja­śnił jej szep­tem. – Nie­mal z każ­dej ro­dziny ktoś po­szedł na wojnę, wal­czy albo już nie...

– I ja mam tu miesz­kać? – za­py­tała rów­nie ci­cho.

– Naj­ciem­niej pod la­tar­nią, nie wie­dzia­łaś?

Na pierw­szym pię­trze na­tknęli się na sta­ruszkę, którą wcze­śniej wi­dzieli w oknie. Ko­bieta przed­sta­wiła się, Ania jed­nak nie była w sta­nie od­po­wie­dzieć tym sa­mym, nie po­tra­fiła wy­do­być z sie­bie naj­prost­szych słów. Zro­bił to za nią Gu­staw, a ona jak za­hip­no­ty­zo­wana wpa­try­wała się w niego, kiedy z lek­ko­ścią mó­wił: Anna Gu­de­rian, moja żona.

– A więc to jest ta pana wy­branka serca? – za­gad­nęła są­siadka, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Ani. Przy­glą­dała jej się, jakby dziew­czyna sta­no­wiła rzadki mu­ze­alny eks­po­nat. – Nie szep­nął pan o niej ni słowa, pa­nie Gu­de­rian. W ta­jem­nicy ta­aaki skarb trzy­mać?

Zła­pała Anię za lo­do­watą dłoń, po­kle­pała po niej i ci­cho, jakby zdra­dzała ja­kąś ta­jem­nicę, po­wie­działa:

– Mia­łam trzech mę­żów i aku­szerką by­łam. Jakby trzeba pani ja­kiejś po­rady mał­żeń­skiej, pro­szę przyjść. Służę po­mocą, bo znam się na tych spra­wach. Do­brze się znam.

Ania uprzej­mie po­tak­nęła.

– Dzię­kuję za chęć po­mocy, pani Koch, ale mu­simy już iść – wtrą­cił się Gu­staw. – Żona jest zmę­czona po po­dróży.

– A tak, tak... Prze­pra­szam, pa­nie Gu­de­rian, naj­moc­niej prze­pra­szam. – Ko­bieta spu­ściła wzrok i wy­co­fała się w głąb miesz­ka­nia, za­mknąw­szy za sobą drzwi.

Kiedy we­szli do miesz­ka­nia, ude­rzył ich za­pach ki­szo­nych ogór­ków.

– Prze­pra­szam. Wy­cho­dzi­łem w po­śpie­chu i mu­sia­łem za­po­mnieć za­krę­cić słoik. Za­zwy­czaj mi się to nie zda­rza.

Ania nie za­re­ago­wała. Lu­biła za­pach ki­szo­nek. Prze­cież ko­ja­rzył jej się z do­mem, z mamą.

– Opro­wa­dzę cię, chcesz?

Po­tak­nęła.

– I... z góry prze­pra­szam za nie­po­rzą­dek – po­wie­dział, kiedy z przed­po­koju we­szli do kuchni. – Nie mam słu­żą­cej, a nie zdą­ży­łem po­sprzą­tać – tłu­ma­czył się, choć cał­kiem nie­po­trzeb­nie.

Wszę­dzie bo­wiem pa­no­wał ide­alny ład. Żad­nych śmieci, okru­chów, po­roz­rzu­ca­nych ubrań, otwar­tych ko­mód, nie­do­mknię­tych szaf. No, może poza sło­ikiem z ogór­kami i dwoma ta­le­rzami w zle­wie. Ale Ania ni­gdy nie na­zwa­łaby tego nie­po­rząd­kiem.

Miesz­ka­nie Gu­stawa zda­wało się więk­sze od ro­dzin­nego domu Ła­bę­dziów. Tak. Od razu po­rów­nała je z for­doń­ską li­chą cha­łupą, którą mimo bra­ków ja­kich­kol­wiek luk­su­sów i tak ko­chała nade wszystko. Tu­taj pa­no­wał prze­pych, do któ­rego nie na­wy­kła. Do­strze­gła la­kie­ro­wane me­ble w ko­lo­rze orze­cha i wło­skie dy­wany, tak mięk­kie jak świeży mech. W sy­pialni łoże z bal­da­chi­mem, sto­lik z fi­ne­zyj­nie gię­tymi no­gami i dwa fo­tele obite cie­lęcą skórką. We wszyst­kich oknach fi­rany gę­sto marsz­czone i tak ele­ganc­kie, że po­czuła się za­wsty­dzona splen­do­rem, jaki wpro­wa­dzały do wnę­trza. Do tego lo­dówka... Lo­dówka! I duże ra­dio ze zło­co­nymi po­krę­tłami oraz gra­mo­fon z ko­lek­cją płyt.

– Nu­dzę cię? – za­gad­nął.

– Nie. Nie o to cho­dzi, Gu­sta­wie. Je­stem... Je­stem za­uro­czona twoim miesz­ka­niem i szcze­rze mó­wiąc, odro­binę nim przy­tło­czona. Tu jest jak w pa­łacu.

– My­ślisz? Ni­gdy tak na to nie pa­trzy­łem. – Po­wiódł wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. – Po pro­stu prze­ją­łem miesz­ka­nie po moim po­przed­niku. Mam na­dzieję, że bę­dziesz tu szczę­śliwa – do­dał z prze­ko­na­niem, a ona po­ki­wała głową, choć nie do końca umiała to so­bie wy­obra­zić.

Czuła ja­kiś chłód bi­jący z tego wy­nio­słego i ste­ryl­nego wnę­trza.

Wie­działa, że aby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń, musi uśmie­chać się do są­sia­dów. Musi grać szczę­śliwą Niemkę z Rigi[5], która za­czyna nowe ży­cie w ra­mio­nach przy­kład­nego oby­wa­tela Trze­ciej Rze­szy. Musi to ro­bić, by prze­trwać. I ro­biła. Za­ga­dy­wana, od­po­wia­dała uprzej­mie, ale bez wy­lew­no­ści. Kiedy cze­goś nie ro­zu­miała albo nie po­tra­fiła na­zwać, a cza­sami się to zda­rzało, kon­ster­na­cję tu­szo­wała skrom­nym uśmie­chem bądź kasz­lem, co kor­pu­lentna pani Koch, naj­bar­dziej wścib­ska i roz­ga­dana są­siadka, brała za oznakę astmy i za każ­dym ra­zem od­sy­łała ją do swo­jego le­ka­rza płuc­nego. In­nej przy­czyny niż cho­roba nie mo­gła brać prze­cież pod uwagę.

Cza­sami Ania roz­ma­wiała też z pa­nią Handtke. Głów­nie o chmu­rach, bo ta smutna ko­bieta nie znaj­do­wała in­nego te­matu do roz­mów.

– Mój syn od ma­łego ko­chał niebo i je ma­lo­wał – po­wie­działa raz, gdy stały na par­te­rze i pa­trzyły na wy­ma­lo­wane skle­pie­nie. – Mam na­dzieję, że jak od­da­wał ży­cie za oj­czy­znę, to też pa­trzył w górę.

Zda­rzało się, że ktoś do niej za­cho­dził, pod­py­tu­jąc o zdro­wie (pani Koch bez cie­nia za­że­no­wa­nia roz­sie­wała plotki o drę­czą­cym ją kaszlu), sa­mo­po­czu­cie, przy­no­sząc ka­wa­łek strucli lub mały gar­nek z ein­top­fem[6]. Dbali o nią, jakby była człon­kiem ich ro­dziny, a może dla­tego, że w szcze­gólny spo­sób trak­to­wali Gu­stawa? Od razu za­uwa­żyła, że da­rzą go sza­cun­kiem, a nie­kiedy wy­da­wało jej się, że scho­dzą mu z drogi.

– To przez na­zwi­sko. Czują re­spekt do mego stryja – od­po­wia­dał, gdy py­tała go o po­wód.

Ania wy­cho­dziła z domu głów­nie z Gu­sta­wem. Sama rzadko. I wcale nie ze stra­chu o sie­bie, o do­ku­menty, które no­ta­bene wy­glą­dały na praw­dziwe, ani o to, że kto­kol­wiek mógłby roz­po­znać w niej Po­lkę. Nie znała w Stet­ti­nie ni­kogo, ni­gdy tu­taj nie wi­zy­to­wała, a przed po­zna­niem Gu­stawa nie­wiele sły­szała o tym mie­ście. Czuła się tu zu­peł­nie obco, a za­tem była ide­alna, by grać przy­byszkę z od­le­głego Wschodu. Poza tym rzadko opusz­czała miesz­ka­nie z in­nego po­wodu. Bała się, że wi­dząc na ulicy pol­skich ro­bot­ni­ków przy­mu­so­wych, styg­ma­ty­zo­wa­nych pla­kietką z li­terą P, mo­głaby nie­wła­ści­wie za­re­ago­wać, po­dejść do nich albo po pro­stu ga­pić się na nich – jak w dzie­ciń­stwie, kiedy do For­donu przy­jeż­dżali ku­gla­rze, a ona nie po­tra­fiła ode­rwać od nich wzroku. To na pewno nie uszłoby uwa­dze Niem­ców, a prze­cież chciała – mu­siała – być prze­zro­czy­sta. Bała się też, że sły­sząc uliczne dys­ku­sje o słusz­no­ści wojny, o pod­ło­ści Po­la­ków i wspa­nia­ło­myśl­no­ści Hi­tlera, mo­głaby zro­bić coś głu­piego, na­wrzu­cać ko­muś po pol­sku i za­szko­dzić so­bie, i przede wszyst­kim Gu­sta­wowi. A tego nie chciała. O niego bała się na­wet bar­dziej niż o sie­bie. On już wy­star­cza­jąco się dla niej na­ra­żał, każ­dego dnia. Prze­cież ukry­wał ją, Annę Ła­będź, przed ca­łym świa­tem. W nie­miec­kich mu­rach chro­nił Po­lkę. Za to gro­ziła mu kulka mię­dzy oczy. Sam fakt, że w ja­kiś ta­jem­ni­czy spo­sób zdo­był dla niej do­ku­menty Niemki, która w rze­czy­wi­sto­ści, wy­no­sząc się z Rigi, zgi­nęła w nie­szczę­śli­wym wy­padku sa­mo­cho­do­wym, był dla niej do­wo­dem jego wiel­kiego od­da­nia.

Cza­sami my­ślała o An­nie Schmidt, na­wet miała wy­rzuty su­mie­nia, że za­brała jej toż­sa­mość.

– Da­łaś jej dru­gie ży­cie – tłu­ma­czył ła­god­nie Gu­staw, kiedy po­dzie­liła się z nim swo­imi wąt­pli­wo­ściami. – To prze­cież lep­sze od nie­pa­mięci, prawda?

– Ale jej ro­dzina na pewno się o nią mar­twi.

– Ro­dzina zgi­nęła wraz z nią. To ich do­ku­menty dla was wio­złem. Wtedy... Sa­mo­chód Schmid­tów od kilku dni le­żał w ro­wie. Nie było dla nich żad­nego ra­tunku.

– Straszne...

– Cały ten świat jest te­raz straszny.

Był dla niej do­bry. Ko­chał ją. Czuła to każ­dego dnia. Nikt ni­gdy się tak bar­dzo o nią nie trosz­czył. W ro­dzin­nym domu za­wsze wy­czu­wała mi­łość, wszy­scy byli bar­dzo mocno zwią­zani, po­szliby za sobą w ogień, ale jed­no­cze­śnie każde z nich żyło swoim ży­ciem. A tu, przy Gu­sta­wie, Ania od­no­siła wra­że­nie, że to ona jest dla niego ca­łym ży­ciem. Ko­chała go, tak, ale ta jej mi­łość się zmie­niła. Dużo ze sobą roz­ma­wiali, ra­zem słu­chali ra­dia, je­dli po­siłki, spa­ce­ro­wali. Ra­zem sy­piali, choć to ra­zem było zu­peł­nie inne niż kie­dyś.

Gu­staw był cier­pliwy i na nic nie na­ci­skał, ni­czego od niej nie wy­ma­gał, poza tym, by dbała o po­zory. Wy­cho­dząc do pracy, że­gnał się cmok­nię­ciem w po­li­czek i krót­kim „ko­cham cię”. Po po­wro­cie, uj­mo­wał jej dłoń, ca­ło­wał i py­tał: „Tę­sk­ni­łaś?”.

Nie tę­sk­niła, choć ni­gdy mu się do tego nie przy­znała. Kiedy zni­kał za drzwiami, za­ta­piała się w po­nu­rym wspo­mnie­niu, peł­nym krzy­ków, strza­łów i ciem­nych barw. Utrata bli­skich, ucieczka z ro­dzin­nego For­donu, wojna były tak trau­ma­tyczne, że na­wet wiel­kie, od­wza­jem­nione uczu­cie nie cie­szyło jak daw­niej. Cza­sami w gło­wie Ani po­ja­wiała się myśl o ucieczce ze świata, do któ­rego za­brał ją Gu­staw. Ale gdzie by­łaby bez­piecz­niej­sza? Zda­wało jej się, że ni­g­dzie. Może je­dy­nie tam, w ro­wie na stoku góry. Mar­twa, ale z nimi... Te­raz jed­nak nie mo­gła już tam uciec.

Zo­stała, ma­jąc w pa­mięci list od swo­jego uko­cha­nego ojca i zda­nie: „Za­ufaj mu, bo być może on bę­dzie je­dyną prze­pustką do ży­cia, a Ty mu­sisz żyć, ja­keś Ła­będź”, które stało się dla niej swo­istym kom­pa­sem, ży­cio­wym im­pe­ra­ty­wem. Trak­to­wała ów list jak te­sta­ment, a prośbę ojca jak jego ostat­nią wolę, któ­rej nie wolno było się prze­ciw­sta­wić. Mu­siała więc żyć.

Gu­de­rian zda­wał so­bie sprawę, jak ważna była dla niej ro­dzina. Oj­ciec, bra­cia i przy­szła bra­towa, Jola. Ania stra­ciła wszyst­kich, któ­rych ko­chała, ale prze­cież miała jego.

– Bę­dziemy tu szczę­śliwi. Zo­ba­czysz, z cza­sem wszystko się ułoży – de­kla­ro­wał, choć wi­dział w jej oczach nie­pew­ność i ja­kiś nie­opi­sany żal.

Czas jed­nak nie koił jej ran, a ona ni­kła w oczach.

Mu­siał coś zro­bić.

I zro­bił.

JU­LIA GU­DE­RIAN

Gu­staw na­sta­wił gra­mo­fon i pu­ścił Cztery pory roku Vi­val­diego. Wie­dział, że sprawi tym An­nie przy­jem­ność. Ta mu­zyka, choć w For­do­nie ni­gdy jej nie sły­szała, ja­koś tak sa­mo­ist­nie ko­ja­rzyła jej się z do­mem, z ra­do­ścią i cie­płem, któ­rego u Ła­bę­dziów ni­gdy nie za­bra­kło.

Za­sie­dli do stołu, kiedy ich uszu do­bie­gło pu­ka­nie do drzwi. Ania wstała, by otwo­rzyć. W drzwiach stała star­sza, nie­zwy­kle ele­gancka ko­bieta, ubrana w długi płaszcz z ka­ra­ku­łów i ka­pe­lusz z du­żym ron­dem. Jej szyję osła­niała je­dwabna chu­sta, a dło­nie otu­lały cie­li­ste, skó­rzane rę­ka­wiczki. Bu­ciki miała na ob­ca­sach, i to wcale nie ni­skich. W ręku trzy­mała nie­dużą wa­lizkę, ele­gancką i bez śla­dów zu­ży­cia. Uśmie­chała się sze­roko, a czer­wień jej ust biła so­czy­sto­ścią.

– Dzień do­bry, Anno. Na­zy­wam się Ju­lia Gu­de­rian.

Anna drgnęła. Do­sko­nale wie­działa, kim była sto­jąca przed nią star­sza pani. Gu­staw wie­lo­krot­nie opo­wia­dał o swo­jej babce, z którą miesz­kał w Ma­rien­wer­der[7]. Wi­działa ją na zdję­ciach, na któ­rych nie wy­glą­dała na sie­dem­dzie­się­cio­latkę. Na żywo rów­nież zda­wała się młod­sza i, je­śli to w ogóle moż­liwe, bar­dziej ele­gancka.

– Ma­rzy­łam, by cię po­znać. – Cie­pły, ni­ski i dźwięczny ton ide­al­nie pa­so­wał do jej en­to­urage’u. – Dużo do­brego na­słu­cha­łam się o to­bie i w wy­obraźni stwo­rzy­łam por­tret, zda­wało mi się, ide­alny. Jak wi­dzę jed­nak, nie dość. – Lekko na­chy­liła się w jej stronę, jakby chciała zdra­dzić An­nie ja­kiś se­kret, ale na­dal mó­wiła gło­śno i wy­raź­nie: – Gu­staw ni­gdy o ni­kim tak ma­low­ni­czo nie opo­wia­dał, jak o to­bie.

– Bar­dzo się cie­szę – od­po­wie­działa Ania z lek­kim za­wsty­dze­niem.

Ru­chem ręki za­pro­siła go­ścia do środka, ale dama ani drgnęła. Na­dal stała na klatce scho­do­wej.

– Mam na­dzieję – od­chrząk­nęła, za­kry­wa­jąc usta wierz­chem dłoni – że nie­biosa będą nam sprzy­jały i po­znamy się znacz­nie le­piej, a ta zna­jo­mość obu nam po­służy.

Anna nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć, bo zza niej wy­ło­nił się Gu­staw i cała uwaga przy­byszki skon­cen­tro­wała się wła­śnie na nim.

– Gu­sta­wie! – po­wi­tała go, sze­roko otwie­ra­jąc ra­miona.

– Cie­szę się, że je­steś, bab­ciu.

– No, no! A spró­bo­wał­byś się nie cie­szyć! – rze­kła ra­do­śnie.

– Jak po­dróż? – za­gad­nął, ła­piąc za wa­lizkę i wpro­wa­dza­jąc ko­bietę do środka.

Nie do­mknął jed­nak drzwi.

– Ooo! Mo­gło być le­piej, ale w obec­nej sy­tu­acji nie po­win­nam na­rze­kać. Tak wła­ści­wie spo­dzie­wa­łam się znacz­nie gor­szych wa­run­ków, ja­kie­goś ste­try­cza­łego szo­fera, a do­sta­łam nie­zgor­szego, tyle że po­twor­nego ga­dułę, który przez całą po­dróż opo­wia­dał dow­cipy. – Cmok­nęła z gra­cją i prze­wró­ciła oczami. – Nie­które za­bawne i od śmie­chu pew­nie zmarsz­czek mi przy­było, inne na­zbyt spro­śne, bym się w ogóle za­śmiała, ale... Mo­gło być go­rzej.

– A prze­szkody? Nie było żad­nych?

Po­krę­ciła głową i ucie­kła wzro­kiem, jakby chciała coś ukryć.

– Naj­mniej­szych, Gu­sta­wie. – Po­kle­pała go po po­liczku i zdjęła płaszcz. – Czy ja czuję zupę ja­rzy­nową?

Przez chwilę od­gry­wali jesz­cze swoje role i przy na­dal nie­do­mknię­tych drzwiach mó­wili prze­sad­nie gło­śno. Kiedy Anna udała się do kuchni po do­dat­kowe na­kry­cie, Gu­staw sta­ran­nie za­mknął drzwi i za­py­tał ci­cho:

– Po­wiedz, jak droga?

– Okropna, straszna – od­parła Ju­lia szep­tem.

– Dużo nie­bez­pie­czeństw?

– Le­piej nie mó­wić. Do­brze, że da­łeś mi tego szo­fera. Wie­dział, jak je­chać, by mi oszczę­dzić okro­pieństw tej wojny. – Przy­ło­żyła dłoń do ust i na mo­ment za­mil­kła. – Wi­dzia­łam spa­lone domy... Mnó­stwo spa­lo­nych do­mów. I trupy. Roz­strze­la­nych na po­bo­czach. Wy­da­wało mi się, że ży­cie po­ka­zało mi już wiele, ale bar­dzo się my­li­łam – wes­tchnęła ciężko.

– Nie mo­żesz już tam wró­cić. Do Ma­rien­wer­der.

– Na ra­zie nie za­mie­rzam, ale czas po­każe, co z tych za­mia­rów wyj­dzie...

Gu­staw z ser­decz­no­ścią uści­snął bab­cię. Da­rzył ją wiel­kim sza­cun­kiem i je­śli miałby wy­brać jedną osobę z ro­dziny Gu­de­ria­nów, która była dla niego naj­waż­niej­sza, to bez wa­ha­nia wska­załby na Ju­lię.

– A jak z Anną?

– Słabo sy­pia, cho­dzi za­my­ślona, stara się nie oka­zy­wać smutku, ale ja swoje wi­dzę. I wy­daje mi się, że z każ­dym dniem za­miast le­piej, jest go­rzej.

– Wie, że wiem?

– O tym, że jest Po­lką, tak, oczy­wi­ście. O tym, że przy­je­cha­łaś tu w jed­nym celu... Nie. Bądź de­li­katna, bab­ciu.

Ju­lia ob­rzu­ciła go kar­cą­cym spoj­rze­niem. Nie po­zwa­lała ni­komu na ta­kie od­zywki i za­zwy­czaj na­tych­miast na nie re­ago­wała. Te­raz jed­nak prze­mil­czała słowa wnuka, gdyż w sa­lo­nie po­ja­wiła się Ania.

– Praw­dzi­wie zgłod­nia­łam, Anno. Pach­nie wy­bor­nie – cią­gnęła to­nem wy­uczo­nym za­pewne na po­trzeby sa­lo­no­wego ży­cia.

– Miło mi – od­parła młoda go­spo­dyni, sta­wia­jąc przed Ju­lią na­kry­cie.

Pod­czas po­siłku pro­wa­dzili roz­mowę na bar­dzo bez­pieczne te­maty, naj­pierw o je­dze­niu, póź­niej o mo­dzie. Ju­lia opo­wia­dała o ciotce Lot­cie, która w Stet­ti­nie po­sia­dała eks­klu­zywne mo­dowe ate­lier.

– Ale cóż to za nie­do­pa­trze­nie, jesz­cze nie za­pro­wa­dzi­łeś tam swo­jej żony, Gu­sta­wie?

– Ja­koś nie było oka­zji.

– To moja wina. Nie mia­łam do tego głowy – wtrą­ciła Anna. – Gu­staw wspo­mi­nał o tym miej­scu, ale ja...

– Nad­ro­bimy to, ko­cha­nie. – Ju­lia we­szła jej w zda­nie. – Po­każę ci, co do­bra kraw­cowa po­trafi uszyć, ja­kiego szyku do­dać. – Spoj­rzała na jej skromną błę­kitną su­kienkę w białe sza­rotki. Ma­te­riał może i był gu­stowny, choć ab­so­lut­nie nie w stylu Ju­lii, skła­nia­ją­cej się ku suk­nom w ko­lo­rach gra­natu i bordo. – Do Lotty przy­jeż­dżają klientki z Mün­chen[8], z Ber­lina. Ona ubiera żony po­li­ty­ków i – ści­szyła głos – ich ko­chanki – do­koń­czyła żar­to­bli­wym to­nem. – Sły­nie w ca­łej Rze­szy, bo ko­biety wy­cho­dzą od niej od­mie­nione.

– Być może, ale... Ja na­prawdę nie mam do tego głowy, kiedy... – Ania rzu­ciła łyżkę na ta­lerz i wy­bie­gła z po­koju.

Gu­staw spoj­rzał na bab­cię, wzro­kiem ci­skał gromy.

– Pro­si­łem...

– Prze­cież nic nie po­wie­dzia­łam. – Wzru­szyła ra­mio­nami. – De­li­katna jest.

– To naj­tward­sza ko­bieta, jaką znam – wy­szep­tał. – Naj­tward­sza. Nie­jedna po tym, co prze­szła Anna, wy­lą­do­wa­łaby w za­kła­dzie dla obłą­ka­nych. Nie­je­den męż­czy­zna pew­nie też.

Ju­lia Gu­de­rian mruk­nęła prze­cią­gle, po czym wstała i po­de­szła do okna.

– W po­rządku – po­wie­działa po chwili. – Zro­bimy to za­tem ina­czej. Mógł­byś gdzieś wyjść? Znik­nąć na kilka go­dzin? Na kilka dłu­gich go­dzin?

– A co za­mie­rzasz?

Od­wró­ciła się i po­de­szła do to­rebki, wy­do­była z niej srebrną pa­pie­ro­śnicę z ozdob­nym ry­tem skła­da­ją­cym się z li­ter JG i wy­jęła pa­pie­rosa. Gu­staw na­tych­miast wstał i uży­czył jej ognia.

– Za­ufaj mi – po­wie­działa spo­koj­nie, wy­dmu­chu­jąc spory kłąb dymu.

ZA­SŁONA WSPO­MNIEŃ

Ju­lia w sa­mot­no­ści wy­pa­liła jesz­cze jed­nego pa­pie­rosa, po czym udała się do sy­pialni mło­dych i za­pu­kała.

– Mogę wejść?

– Pro­szę – usły­szała słaby głos.

W po­koju pa­no­wał pół­mrok. Ania le­żała na łóżku i wpa­try­wała się w ciem­nie­jącą po­woli szcze­linę mię­dzy ko­ta­rami. Tuż obok łóżka znaj­do­wał się głę­boki fo­tel; Ju­lia w nim usia­dła. Miała przy­go­to­waną długą i wspie­ra­jącą mowę. Wie­działa, co i jak chce po­wie­dzieć, do­brze to prze­my­ślała. Nie zdo­łała jed­nak wy­po­wie­dzieć na­wet słowa.

– Prze­pra­szam za moje za­cho­wa­nie – ubie­gła ją Anna, sia­da­jąc na łóżku.

Za­pa­liła lampkę nocną rzu­ca­jącą in­tymne świa­tło przez ciemny aba­żur.

– Nie masz za co. To moja wina. Źle się wy­ra­zi­łam.

– Nie je­stem sobą – cią­gnęła Anna, jakby nie usły­szała słów Ju­lii. – I nie wiem, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek będę. To, co się wy­da­rzyło w For­do­nie... To mnie zmie­niło. Ta wojna, choć do­piero się za­częła, mnie zmie­niła.

– Do­my­ślam się, że nie jest ci ła­two. Wojna... Ona dla ni­kogo nie jest ła­twa.

– Nie jest ła­twa? Wojna jest straszna, okrutna, za­biera to, co naj­cen­niej­sze – mó­wiła co­raz szyb­ciej, nie kry­jąc ner­wo­wo­ści. – I nie my­ślę o przed­mio­tach ani o da­chu nad głową. Wiele rze­czy można od­bu­do­wać, ku­pić, zro­bić wła­snymi rę­koma, ale ciała ludz­kiego nie da się ule­pić na nowo. Du­cha nie da się wtło­czyć, kiedy w gło­wie kulka. – Za­mil­kła na mo­ment, a po­tem ci­cho do­dała: – Wojna jest naj­gor­szym złem.

– Nie prze­czę. I je­stem wście­kła na to, co ro­bią moi ro­dacy. Nie cho­dzi mi tylko o okru­cień­stwa wzglę­dem Po­la­ków, ale i wzglę­dem Niem­ców. Tylu chłop­ców po­szło na rzeź i tylu jesz­cze pój­dzie. Jed­nak... Jed­nak póki jesz­cze na­sze płuca wy­peł­nia po­wie­trze, trzeba nam z god­no­ścią kro­czyć przed sie­bie, pró­bo­wać żyć jak lu­dzie, na ile się da. Pa­mię­tać o tych, któ­rzy ode­szli, i wal­czyć o tych, któ­rzy jesz­cze są.

– Moja mama po­wie­dzia­łaby to samo. – Anna uśmiech­nęła się cierpko. – A po­tem mach­nęła ścierką i wró­ciła do obo­wiąz­ków, do go­to­wa­nia ro­sołu albo ce­ro­wa­nia ubrań papy... Może jesz­cze rzu­ci­łaby przez ra­mię, że na prze­szłość nic nie po­ra­dzimy, z przy­szło­ścią mo­żemy jesz­cze zro­bić wszystko.

– Mą­dre słowa.

– Bo taka była moja mama. Była...

– Ale wi­dzisz, ty na­dal o niej pa­mię­tasz, no­sisz w so­bie jej słowa, a to bez­cenne, naj­waż­niej­sze. By pa­mię­tać. Ży­cie się zmie­nia, cza­sem nas okrut­nie do­świad­cza, ale skoro daje nam szansę na prze­trwa­nie ko­lej­nego dnia, go­dziny czy choćby mi­nuty, to trzeba z niej ko­rzy­stać, bo to zna­czy, że ma wo­bec nas ja­kiś plan, że jest jesz­cze coś waż­nego, co mamy do zro­bie­nia tu, wśród ży­wych.

– Bez Gu­stawa bym tego nie prze­trwała.

– Prze­trwa­ła­byś, bo je­steś silną ko­bietą.

Ania po­trzą­snęła głową.

– Nie wiem, czy wy­star­cza­jąco. Nie wiem, czy po tym wszyst­kim da­ła­bym so­bie radę sama, tam, w For­do­nie. Czy nie osza­la­ła­bym z roz­pa­czy albo po pro­stu nie wpa­dła w ręce Selb­st­schutzu[9].

– I nie za­sta­na­wiaj się nad tym. Nie ma sensu. Ży­jesz tu i tu je­steś po­trzebna.

– Po­trzebna? Komu?

– Gu­sta­wowi.

– Dla niego je­stem tylko cię­ża­rem.

– Co też ty mó­wisz?

– Taka prawda. Je­stem cię­ża­rem. Na do­da­tek po tym wszyst­kim, co dla mnie zro­bił, jak bar­dzo na­ra­żał się dla mnie, dla mo­jej ro­dziny, ja... ja nie po­tra­fię się w ża­den spo­sób od­wdzię­czyć.

– Ale on nie ocze­kuje wdzięcz­no­ści. On cię po pro­stu ko­cha.

– Po pro­stu ko­cha... Hmm... Nie wiem, czy to nie za mało. – Anna przy­mknęła po­wieki, a po­tem szep­nęła: – Cza­sami my­ślę, że może nie po­win­nam tu być. Le­żeć wy­god­nie na łóżku, kiedy inni sy­piają gdzie bądź. Ja­dać wy­borne po­siłki, gdy in­nym bra­kuje chleba. Żyć, gdy in­nym śmierć tylko dana.

– Los chciał, byś była tu, nie w For­do­nie – oznaj­miła ka­te­go­rycz­nie Ju­lia. – Nie za­sta­na­wiaj się już nad tym, gdzie po­win­naś być, a gdzie być może nie. Te­raz twoim do­mem jest Stet­tin i to je­dyny pew­nik, jaki masz w ży­ciu. Oraz Gu­staw. I wa­sza mi­łość.

– Ła­two po­wie­dzieć, ale cię­żej zro­bić. Kiedy przed oczami ma się śmierć braci i ro­dzi­ców, przy­ja­ciółki, która była jak sio­stra, nic nie jest już ta­kie samo. – Anna gło­śno prze­łknęła łzy.

– Do­my­ślam się i... w pew­nym sen­sie do­sko­nale cię ro­zu­miem. Wiem, co zna­czy stra­cić naj­bliż­szych. Mimo że szczę­śli­wie, choć wzdra­gam się przed uży­wa­niem tego słowa aku­rat w tym zna­cze­niu, nie mu­sia­łam pa­trzeć na ich śmierć. Ani razu.

Anna unio­sła wzrok na Ju­lię.

– Za­zdrosz­czę...

– Ale raz tę śmierć sły­sza­łam i przez to omal nie po­stra­da­łam ro­zumu. – Wes­tchnęła chra­pli­wie. – Chcę ci o czymś opo­wie­dzieć, ale pro­szę, abyś nie po­wta­rzała tego Gu­sta­wowi. On zna sprawę, ale dość ogól­nie i chcia­ła­bym, by tak zo­stało.

– Oczy­wi­ście.

– Mia­łam kie­dyś ko­chanka – oznaj­miła Ju­lia, zu­peł­nie jakby na­po­my­kała o tym, że miała kie­dyś czwo­ro­noż­nego pu­pila. – Sza­no­wa­łam swo­jego męża, czyli dziadka Gu­stawa, ale to dla ko­chanka by­łam go­towa zro­bić wszystko, po­rzu­cić swój świat, od­ciąć się od niego. To była piękna mi­łość. Zda­rzyła się do­kład­nie wtedy, kiedy z mę­żem od­da­li­li­śmy się od sie­bie, gdy spo­ty­kał się z mło­dziutką ak­to­reczką i czę­ściej spę­dzał czas w jej skrom­nej al­ko­wie niż w na­szej prze­stron­nej sy­pialni. Nie mia­łam do niego żalu, bo coś po pro­stu mię­dzy nami ga­sło i taki układ na­wet mi od­po­wia­dał. A po­tem zda­rzył mi się ro­mans i cał­kiem prze­sta­łam my­śleć o mężu. Z tam­tym męż­czy­zną na nowo po­zna­łam smak szczę­ścia. Tak na­prawdę by­łam wtedy naj­szczę­śliw­sza w ca­łym swoim ży­ciu. Śmia­łam się gło­śno, o świ­cie tań­czy­łam boso na tra­wie, a gdy przy­cho­dził zmierzch, li­czy­łam gwiazdy na nie­bie. – Unio­sła głowę i mruk­nęła, jakby sta­rała się coś so­bie przy­po­mnieć. – Pach­niał piż­mem i drze­wem ce­dro­wym. Ta­kiej wody to­a­le­to­wej uży­wał, a może na­wet – lekko się uśmiech­nęła – nad­uży­wał. Za­wsze był ele­gancki, cza­ro­wał spoj­rze­niem, a kiedy pa­lił, pusz­czał dym kół­kami, roz­śmie­sza­jąc mnie tym. Nie pa­mię­tam już do­kład­nie ry­sów jego twa­rzy, ale emo­cje nie­mal każ­dej wspól­nej chwili tak. A mi­nęło po­nad ćwierć wieku... Pew­nego dnia sie­dzie­li­śmy ra­zem w sa­mo­cho­dzie, go­towi uciec od wszyst­kich. Taki był nasz plan: uciec, by roz­po­cząć wspólne ży­cie na nowo. Spa­ko­wani, każde do jed­nej wa­lizki. Sza­leń­stwo... To było sza­leń­stwo. Raz w ży­ciu się na ta­kie zdo­by­łam. Raz je­den. – Prze­su­nęła pal­cami po wło­sach, a po­tem po szyi. Ci­cho wes­tchnęła. – Za­trzy­ma­li­śmy się na po­bo­czu, bo coś mu w kole stu­kało. Wy­siadł się zo­rien­to­wać, co się stało. Pa­mię­tam, jak pa­trzył na mnie zza szyby, jak pusz­czał te ide­alne kółka z pa­pie­ro­so­wego dymu. Hmm... I na­gle osu­nął się na zie­mię. Wy­sia­dłam z auta i zo­ba­czy­łam, że leży tuż przy ma­sce, a po­tem... Po­tem po­dzie­li­łam jego los. Ock­nę­łam się w piw­nicy sta­rego, za­wil­got­nia­łego domu. Mia­łam za­kne­blo­wane usta, za­sło­nięte oczy, zwią­zane ręce i nogi. Ale sły­sza­łam wszystko. Oni chcieli, że­bym sły­szała ich słowa, po­sa­py­wa­nia, prze­kleń­stwa. Chcieli, bym się bała, a przede wszyst­kim, bym była świa­doma tor­tur, ja­kim pod­da­wano mo­jego ko­chanka. I jego ję­ków. Bym sły­szała, jak char­czy i rzęzi, a po­tem jak jego od­dech zwal­nia, a w końcu za­nika – mó­wiła co­raz wol­niej, z nie­skry­wa­nym tru­dem. – My­śla­łam, że tam zwa­riuję, chcia­łam z nim umrzeć. A na­wet by­łam pewna, że tak się sta­nie. Że i mnie za­biją. Ale nie. Za­le­żało im tylko na nim. Chcieli od niego ja­kieś złoto, a on przy­się­gał, że go nie ma. Do końca mu nie wie­rzyli. Do jego ostat­niego tchnie­nia...

Wy­wle­kli mnie stam­tąd po ja­kimś cza­sie, wrzu­cili do sa­mo­chodu i wy­wieźli. Zo­sta­wili w ro­wie pod Frau­en­bur­giem[10]. My­śla­łam, że mam zdartą skórę na ple­cach od ich ra­zów. My­śla­łam, że mam obite wnętrz­no­ści od ich kop­nia­ków. Wszystko mnie bo­lało, całe ciało wyło z bólu. Ale to nie był mój ból, a jego. Czu­łam go, choć nie po­win­nam, bo na moim ciele były tylko drobne za­dra­pa­nia. Nic po­nad nie.

My­ślę, że póź­niej zna­la­złam się w po­dob­nym sta­nie jak ty te­raz. Z jed­nej strony chcia­łam znik­nąć, prze­stać ist­nieć, a z dru­giej ze wszech miar pra­gnę­łam żyć. Ba­lan­so­wa­łam na kra­wę­dzi. Dziś cie­szę się, że na tej kra­wę­dzi się utrzy­ma­łam, ale wtedy nie mia­łam pew­no­ści, co by­łoby dla mnie lep­sze: trwa­nie za wszelką cenę czy upa­dek i ko­niec tę­sk­noty.

– Ja wiem, że ży­cie jest lep­sze – wy­szep­tała Ania – ale mam w so­bie tyle zło­ści na to, co się stało, jest mi ciężko... Mu­szę so­bie z tym ja­koś po­ra­dzić. Mu­szę, bo to ostat­nia wola mo­jego taty. On chciał, bym zro­biła wszystko, by prze­trwać. – Anna wes­tchnęła. – Nie­któ­rzy mó­wią, że czas le­czy rany, a u mnie jest chyba ina­czej. Dla mnie każdy ko­lejny dzień jest trud­niej­szy od po­przed­niego. Nic mnie nie cie­szy. Pra­wie nie sy­piam, bo boję się za­mknąć oczy. Pod po­wie­kami wi­dzę ich ciała. Jak pa­dają od strza­łów. Wi­dzę wszystko tak wy­raź­nie, tak bez­na­dziej­nie wy­raź­nie.

Anna po­czuła na swej dłoni po­cie­sza­jący do­tyk Ju­lii, mat­czyny i pe­łen czu­ło­ści. Tego jej było trzeba, tak ogrom­nie za tym tę­sk­niła, że w jed­nej chwili pa­dła u ko­lan Ju­lii, a ta przy­jęła ją ni­czym córkę i za­częła tu­lić i gła­dzić po wło­sach. Przez chwilę mil­czały, a po­tem Ania ode­zwała się przez łzy:

– Nie po­tra­fię so­bie z tym po­ra­dzić. Chcę od­pę­dzić te ob­razy, twa­rze, głosy, jęki. Chcę wy­rzu­cić z głowy tamtą noc, ale nie po­tra­fię.

– To jej nie wy­rzu­caj.

– Co? – Pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na ko­bietę ze zdzi­wie­niem.

– Nie wy­rzu­caj jej.

– Jak to? Prze­cież to mnie bę­dzie drę­czyć przez całe ży­cie.

Ju­lia po­ki­wała głową.