Wigilijna przystań - Sylwia Trojanowska - ebook

72 osoby właśnie czytają

Opis

Odwiedź wyjątkową przystań nad Bałtykiem i przeżyj niezapomniane Święta!

Kiedy świat wypełnia magiczna atmosfera, a w powietrzu unosi się zapach świerku i pierników, mieszkańcy nadmorskiego Niechorza rozpoczną świąteczne przygotowania. Przeszkodzą im tajemnice z przeszłości, które wyjdą na jaw w najmniej odpowiednim momencie, oraz kilka niespodziewanych zdarzeń. Czy mimo to wspólne spotkanie przy stole pogodzi ich i sprawi, że miłość zatriumfuje?

Święta to czas bycia razem, czas przebaczenia i radości. Spraw, aby trwał jak najdłużej!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Sylwia Trojanowska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Joanna Fortuna

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © shapovalphoto, © Africa Studio | Shutterstock

Fotografia autorki na skrzydełku: Łukasz Wit

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66431-52-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Pamięci mojego brata, Jarosława,

z którym nigdy nie było mi dane zasiąść

przy wigilijnym stole.

Oraz dla moich najdroższych Chłopców.

Część pierwsza

Niemal cztery tygodnie do Wigilii

Na całej połaci – śnieg.

W przeróżnej postaci – śnieg.

Na siostry i braci –

zimowy plakacik –

śnieg –

śnieg.

Na naszą równinę –

śnieg.

Na każdą mieścinę –

śnieg

Na tłoczek przed kinem –

na ładną dziewczynę –

śnieg –

śnieg.

Na całej połaci śnieg

tekst: Jeremi Przybora

muzyka: Jerzy Wasowski

wykonanie: Anna Maria Jopek, Jeremi Przybora

Klaudia

O tej porze roku w Niechorzu rzadko padał śnieg. Była przecież dopiero końcówka listopada, przynosząca raczej kapryśną deszczowo-mglistą pogodę, szczególnie nad Bałtykiem. Ale ten rok, ku uciesze wszystkich mieszkańców Niechorza, zapowiadał się inaczej. Deszcze były skąpe, a silne wiatry obrały sobie inny kierunek, sprawiając, że ludzie byli pogodniejsi, a więc przygotowania do świąt Bożego Narodzenia przebiegały w cieplejszej atmosferze niż zwykle. Sąsiad do sąsiada się uśmiechał, a i jeden drugiemu chętniej pomagał. I dobrze!

Na ulicy Krakowskiej Klaudia Sobótko wyjrzała przez okno pięknie odrestaurowanej willi i westchnęła z zachwytem.

– Śnieg!

Wszędzie było biało. I na chodnikach, i na jeszcze nieodśnieżonej ulicy, i na dachach sąsiednich domów, i na świerku, który każdego roku właściciel domu ozdabiał kolorowymi lampkami. Pomyślała, że byłoby fajnie, gdyby ten śnieg wytrzymał do dwudziestego czwartego grudnia, bo białe święta zawsze były wyjątkowe, nawet jeśli niespecjalnie je lubiła. Lubiła za to dom, w którym mieszkała. Ba! Często powtarzała, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i dlatego nie dostrzegała jego usterek i dziwactw. Nawet kurnika po lewej stronie czy dzwonu kościelnego po prawej. Nie mogła też narzekać na sąsiadów. Szczególnie na księdza Pawła, proboszcza parafii, który od czasu do czasu zapraszał ją na herbatę i ciasto drożdżowe, a niekiedy i na konfiturę z pigwy, którą po wielu próbach udało mu się usmażyć wczesną jesienią. Widywała się z nim również w liceum, gdzie oboje pracowali. On uczył religii, ona języka polskiego.

Klaudia uwielbiała swoją pracę. Odkąd sięgała pamięcią, chciała zostać nauczycielką, choć jej matka, Jagoda, stanowczo się temu sprzeciwiała, nie widząc w tej profesji żadnych perspektyw. Klaudia słowa matki miała za nic. Pragnęła pójść w ślady ciotki i siostry, które były dla niej autorytetami.

Pracę magisterską obroniła z wyróżnieniem. Zaraz po studiach, z głową pełną ambicji oraz planów, podjęła staż w liceum, w którym od dwóch lat jej starsza siostra, Alicja, pełniła funkcję dyrektorki. Lubiły się i były dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Klaudia zawsze ceniła sobie rady siostry, ale szczerze mówiąc, nie wdrażała ich w życie. Przynajmniej nie wszystkie. Te dotyczące gotowania i owszem, ale stylu pracy – w żadnym wypadku. Alicji przyświecały idee: „powaga, autorytet, stabilizacja”, a Klaudii – „entuzjazm, szaleństwo, zmiana”. Starsza siostra zarzucała młodszej, choć nigdy nie robiąc tego publicznie, że jest zbyt wyluzowana jak na poważną panią magister, i że z takim podejściem będzie jej ciężko zdobyć autorytet wśród licealistów. Kiedy jednak po pierwszym roku pracy w szkole uczniowie przyznali Klaudii tytuł „Belfra Roku”, Ala przestała się czepiać. A kiedy w kolejnym ponownie zdobyła wyróżnienie, siostra szczerze pogratulowała klaudii, choć gdzieś w głębi serca pozazdrościła jej sympatii uczniów.

Siostry. Dzieliła je spora różnica wieku, bo sześć lat, ale od pewnego czasu jej nie czuły i naprawdę dobrze się rozumiały. Klaudia trwała przy Alicji, kiedy ta przez długie tygodnie leżała w szpitalu na patologii ciąży. Rozbawiała ją i pozwalała na chwilę zapomnieć o zagrożeniu, jakie wisiało nad Alą i jej synkiem. Alicja natomiast pocieszała siostrę, kiedy po pięcioletnim związku Klaudię zostawił chłopak; przekonywała, że nie wszyscy faceci to świnie, i pomagała wybrać sukienkę, buty, a nawet kolor bielizny na kolejne randki.

Były do siebie podobne, ale tylko z wyglądu. Długowłose blondynki o niebieskich oczach, ciemnych i gęstych brwiach oraz wydatnych ustach charakterem różniły się diametralnie. Niczym ogień i woda. Ogniem była młodsza, wodą starsza. Przy czym, jak mawiała Klaudia, jej siostra często była wodą w stanie wrzenia, szczególnie od czasu, gdy objęła posadę dyrektorki.

Klaudia miała w zwyczaju zaglądać przed lekcjami do gabinetu siostry. Czasami na zwykłe „cześć”, a jeśli starczało czasu, na wspólną kawę.

Tamtego dnia wpadła tylko na chwilę.

– Nie cierpię zimy – stwierdziła Alicja, kiedy zobaczyła siostrę w wełnianym kostiumie, który podarowała jej na poprzednią Gwiazdkę. – Ale twój widok w tym cudeńku odrobinę mi to wszystko osładza.

– Cześć, Alutek! – powitała ją Klaudia, beztrosko całując siostrę w policzek.

– Nie rób tego w pracy! – żachnęła się Alicja i dodała, starając się brzmieć jak najgroźniej: – I nie mów do mnie tutaj „Alutek”! Umawiałyśmy się!

– Bo chcesz być bardzo poważną panią dyrektor? – Klaudia parsknęła.

– Bo jestem bardzo poważną panią dyrektor! – Ala puściła oko do młodszej siostry i ruchem ręki nakazała jej zmykać na lekcje.

Przed apelem, z założenia w całości poświęconym prezentacji dokonań szkolnej grupy teatralnej, Klaudia miała lekcję polskiego w swojej ulubionej klasie. Najmniej w niej było marud, najwięcej tych humanistycznie zaangażowanych, traktujących lekcje polskiego podobnie do niej. Na luzie, ale z należytym szacunkiem.

– Okej – powiedziała, pospiesznie zerkając na zegarek. – Przed apelem mam jeszcze dla was dobrą wiadomość. Myślę, że ucieszy was sukces waszej koleżanki. Maju – zwróciła się do dziewczyny siedzącej w drugiej ławce – przeszłaś do finału konkursu dziennikarskiego.

– Serio? – Dziewczyna aż wstała. W jej oczach zamigotały iskierki radości.

– Serio, serio! Rano przyszła wiadomość. – Klaudia wyjęła z torebki komórkę i odczytała treść maila. – O, tu: „W związku z powyższym, z przyjemnością informujemy, że felieton o małych nadbałtyckich społecznościach, zatytułowany „Troski codzienności. Całoroczne radości” autorstwa Mai Lubińskiej zyskał uznanie jury i dał jej kwalifikację do ścisłego finału…” – Klaudia uśmiechnęła się. – Uważam zresztą, że całkiem zasłużenie.

– A co to oznacza? – zapytała dziewczyna.

– Że świetnie ci poszło. Ale żeby wygrać nagrodę rzeczową, trzeba znaleźć się w pierwszej trójce. Wtedy będzie i stypendium, i nagroda w postaci jakiegoś dobrego laptopa.

Oczy Mai rozbłysły.

– Będzie trochę pracy – ciągnęła nauczycielka – ale przecież nagroda jest kusząca! Na dzisiejszym kółku wszystko sobie omówimy. Temat przewodni finałowej części brzmi… – Raz jeszcze uniosła komórkę i odczytała: – …„Ślady życia małych społeczności. Rozmowy z ludźmi wykonującymi zawody, które «nigdy nie śpią»”. Co myślisz?

– Ciekawy! – Dziewczyna zapaliła się do pracy. – U nas jest sporo takich osób. Mamy przecież piekarzy, rybaków, kolejarzy i nawet… – zawahała się, jakby trochę obawiała się wypowiedzieć to słowo. – Nawet latarnika.

– Też pomyślałam o latarniku, a dokładnie o panu Hilarym. On ma duże doświadczenie. Trochę o niego popytałam.

– No tak, ale… – Maja ponownie się zawahała. – Nie wiem, czy będzie chciał ze mną rozmawiać.

– Jeśli zamierzasz zostać dziennikarką, musisz umieć znaleźć sposób na każdego rozmówcę. Wierzę, że dasz radę. Zresztą, omówimy dziś wszystko na kółku. Mam już pewien pomysł.

– Oczywiście, przyjdę i… i jestem gotowa na każdy wysiłek. – Maja snuła w myślach plany, co zrobi z ewentualną wygraną, którą już zdążyła sobie zwizualizować.

Maja

Wróciła do domu cała w skowronkach. Pierwszy śnieg był powodem do radości, bo Maja ze wszystkich pór roku najbardziej lubiła zimę. Ale tym razem nie o zimę chodziło. W końcu nie co dzień dowiadywała się, że ma szansę na zdobycie głównej nagrody w ogólnopolskim konkursie dla młodych dziennikarzy. Wstęp na wybraną uczelnię i laptop, którego posiadanie było jak dotąd niespełnionym marzeniem, znajdowały się na wyciągnięcie ręki. W domu miała do dyspozycji tylko starego peceta, który już ledwo dyszał i ciągle się wieszał. Pisanie na nim czegokolwiek było prawdziwą katorgą, a szperanie w Internecie już w ogóle. No i jeszcze trzeci element konkursowej układanki – uczelniane stypendium. To ono elektryzowało najbardziej. Te pieniądze pozwoliłyby Mai spokojnie rozpocząć nowe życie.

„Gdyby tak udało się wygrać… Byłoby łatwiej…” – rozmarzyła się, wchodząc do domu.

W jej nozdrza uderzył znajomy intensywny odór i nagle wszystkie myśli o wygranej uleciały. Na podłodze dostrzegła żółtą, kleistą kałużę. Rzuciła plecak przy drzwiach wejściowych i nawet nie zdjąwszy przemokniętych od śniegu butów, pobiegła do pokoju, zostawiając za sobą mokre plamy. Na kanapie, bezwładnie niczym worek ziemniaków, leżał jej ojciec. Półprzytomny. Śmierdział alkoholem, wymiocinami i moczem. Kiedy przewracała go na plecy, bełkotliwie wypowiedział jej imię.

– Tato… – stęknęła i przygładziła jego rozczochrane włosy.

Ten jeden, bez wahania wykonany ruch ręką, był przepełniony miłością. Maja kochała swojego ojca, niezależnie od wszystkiego. I wtedy, gdy był obok niej i w ciszy pili kawę, i wtedy, gdy śmiali się do rozpuku, oglądając występy kabaretowe, i wtedy, gdy tak jak teraz leżał na kanapie i z trudem podnosił głowę. Nie rozumiała, dlaczego upijał się do nieprzytomności, dlaczego wydawał całą tygodniówkę w dzień, góra dwa dni w lokalnej mordowni, nazwanej Meduzą. Dlaczego nie wracał do domu na noc, a nawet na kilka nocy z rzędu, tylko spał gdzieś po kątach u znajomych albo u dziadka w fotelu. Dlaczego był dobrym człowiekiem, który od czasu do czasu musiał pójść w cug, zniknąć. Dlaczego…? Z biegiem lat przestała się nad tym zastanawiać, zaakceptowała to, choć zrozumieć nadal nie potrafiła.

Mirosław Lubiński był kiedyś wziętym dekarzem. Dostawał dobrze płatne fuchy, bo słynął z dokładności i terminowości. Dbał o swoją żonę, Sławkę, i córki, starszą Iwonę i sporo młodszą Maję. Kiedy Maja miała cztery lata, Mirek spadł z dachu, z wysokości siedmiu metrów, i choć w całym tym nieszczęściu miał sporo szczęścia, porządnie się poturbował, połamał żebra i nogi. Dochodził do siebie przez wiele miesięcy, które nieodwracalnie go zmieniły. Po pierwsze, poważnie się zadłużył, bo w trakcie rekonwalescencji nie zarabiał. Zawsze pracował na czarno, nie było więc mowy o pieniądzach z ubezpieczalni. Po drugie, w lewej stopie już nigdy nie odzyskał pełnej sprawności. Strzaskane kości nie zrosły się jak należy, przekreślając powrót do zawodu. Na dachu potrzebował dwóch zwinnych nóg, a z jedną niewiele mógł zdziałać. Po trzecie, choć wcześniej nie stronił od kieliszka, to po wypadku niemal codziennie topił smutki w alkoholu, i to na rachunek innych, jeszcze bardziej powiększając własny dług.

Ksiądz Paweł, który od czasu do czasu zjawiał się w ich niszczejącej chałupie „z misją” sprowadzenia mężczyzny z powrotem na dobre tory, lubił powtarzać: „Mirku, Bóg ściągnął cię z dachu po coś. Nie rozpaczaj nad tym, czego nie możesz już robić, ale odkryj to, co możesz”. Miał rację, ale ojciec Mai tego nie dostrzegał. I tak już od ponad trzynastu lat.

Raz na jakiś czas na krótko powracał do swojego dawnego „ja”, przestawał pić, zatrudniał się na budowach i przy drobnych naprawach u okolicznych mieszkańców. Zarabiał, spłacał długi, szedł w cug, potem znowu zarabiał i znowu spłacał długi.

Czy trzeźwy, czy pijany, nigdy nie powiedział złego słowa na swoją rodzinę, na żonę ani dzieci. Nigdy nie podniósł na nikogo ręki, ale też nigdy nikogo się nie słuchał. Był typem pijącego łagodnego baranka, na którego nie działały ani groźby, ani prośby. Ani wyprowadzki, ani goście „z misją”. Zapisywał się na terapię, chodził na kilka spotkań, potem znikał, znowu się zapisywał i znowu przepadał.

Na dłużej zmienił się tylko raz. Kiedy jego żona zaszła w trzecią ciążę. Cieszył się na myśl o kolejnym dziecku, choć i trochę martwił, bo przecież już przy dwójce nie tak łatwo było wiązać koniec z końcem. Iwonka, bardzo samodzielna nastolatka, nie miała wielu potrzeb, a skromnością mogła obdzielać innych. Za to Maja, która dopiero zaczęła chodzić do przedszkola, była wygadana i wszędobylska, lubiła różowe sukienki oraz lakierkowe buty, na które Lubińskich nie było stać. Na siebie Mirek z żoną nie wydawali wiele. Chodzili w tych samych ubraniach od wielu lat, nie utyskiwali z powodu zdezelowanego łóżka, na którym trudno było o komfortowy sen, ani odkładanego rok w rok urlopu w Karkonoszach, o którym marzyli od lat. Mirek wiedział, że trzecie dziecko będzie wymagało od niego większego wysiłku, że będzie musiał bardziej się postarać.

No i tak też się stało. Nie rezygnując z fuch, które przez cały czas zlecali mu ludzie, podjął się pracy na etat. Z umową w ręku przyszedł do domu i dumnie zaprezentował ją swojej żonie. Popłakała się wtedy ze szczęścia. Miała nadzieję, że i ciąża, i ta praca zmienią męża na dobre. Że zapomni o kolesiach od kielicha i o tej przeklętej spelunie.

Lubiński budował altanki ogrodowe w Horst an der Meer, niemieckiej firmie, która działała na drugim końcu Niechorza. Choć nie przesiadywał na dachach, co bardzo lubił, i nie zajmował się konstrukcjami więźbowymi, szło mu całkiem nieźle. Brał nadgodziny, a niemiecki właściciel doceniał jego precyzję i już po trzech miesiącach awansował go na brygadzistę. Mirosław w niespełna pół roku spłacił sporą część długów, cały wolny czas spędzał z rodziną, a Meduzę omijał szerokim łukiem.

Sławomira urodziła dwudziestego czwartego listopada, miesiąc przed terminem. Lekarz ledwo odratował i ją, i Łukaszka, u którego zdiagnozował też wadę serca. Kiedy Mirosław zobaczył syna z podłączonymi do główki kroplówkami, rozpłakał się, ukląkł u nóg żony i zaczął ją przepraszać. Za to, że kara za jego picie spadła na ich syna. Cały czas powtarzał „to moja wina, to moja wina” i choć Sławcia, jak zwykł ją nazywać, gładziła go po włosach i tłumaczyła, że to niczyja wina i że Łukaszkowi nic nie będzie, że ich synek wydobrzeje, on czuł inaczej. Wybiegł ze szpitala bez słowa i… poszedł w cug. Zniknął niemal na tydzień. Zostawił swoją żonę samą z noworodkiem i dwiema córkami. Kobiecie pomogły wtedy sąsiadki i ksiądz Paweł, który zadbał o to, by rodzina Lubińskich miała co jeść.

Podobne pijackie eskapady powtarzał później kilka razy w roku, ale już nie znikał na długo. Najwyżej na jedną noc. Wracał skruszony, choć bez obietnicy na ustach, że więcej nie będzie pił. To było dziwne, bo mógł nie pić przez kilka miesięcy, by potem nadrobić to w parę tygodni. Sławomira, która kochała męża mimo wszystko, prosiła go, by się opamiętał, wiedziała jednak, że jego demony są od niego silniejsze i że jeśli coś się wydarzy, to Mirek znowu zniknie. Powodem ucieczki mogło być wszystko. Brak premii, deszczowy sezon, śmierć ojca, choroba Łukaszka. Nawet romans żony najlepszego kumpla od kielicha. Byle pretekst okazywał się idealny.

Maja nie wiedziała, co tym razem było przyczyną upicia się taty, ale i nie zastanawiała się nad tym. Jedyne, na czym jej zależało, to posprzątać dom, zanim wrócą mama i Łukasz. Nie chciała, by było im przykro. Szczególnie mamie.

Zdążyła. Umyła podłogi najwyraziściej pachnącym płynem, jaki znalazła, i dla niepoznaki rozpyliła we wszystkich pomieszczeniach chyba pół dezodorantu. A potem na krótko pootwierała wszystkie okna.

Poszła do kuchni, nalała sobie wody i stanęła przy parapecie. Na chwilę zapomniała o pijanym ojcu, który leżał w sąsiednim pokoju. Przyglądała się płatkom śniegu, które leniwie opadały na betonowe chodniki, ponownie przykrywając je puchową pierzynką.

Pomyślała, że powinna zadzwonić do starszej siostry, aby o wszystkim jej opowiedzieć. Zawsze tak robiła, kiedy ojciec zjawiał się w domu pijany. Taką miały umowę. Iwona przyjeżdżała wtedy do niej i pomagała opanować sytuację. Tym razem Maja jednak nie zadzwoniła. Wiedziała, że Iwona ma dużo spraw na głowie i nie chciała jej dorzucać kolejnych. Zresztą, czuła, że dobrze sobie ze wszystkim poradziła. Że zrobiła wszystko, co mogła, aby umniejszyć przykry widok, bo przecież zawsze o to im chodziło. By chronić matkę.

Na twarzy Mai pojawił się subtelny uśmiech dumy.

„Skoro z tym dałam sobie radę, to ze wszystkim sobie dam!” – przeszło jej przez myśl.

Znowu zapatrzyła się w tańczące płatki śniegu, a potem zerknęła w stronę latarni i znieruchomiała. Jej wszędobylski kot Feliks łasił się do jakiegoś mężczyzny! Początkowo nie rozpoznała, kim jest ów szczupły, ubrany na czarno człowiek, kiedy jednak się wyprostował i zwrócił się twarzą do jej domu, już wiedziała.

„Hilary Lange!” – ucieszyła się. – „Skoro latarnik lubi koty, to się dogadamy!”

Hilary

Hilary Lange, jak podczas każdej służby, sprawdzał wskazania wszystkich urządzeń, dokonywał stosownych zapisków w elektronicznym notatniku i sprawdzał służbową pocztę. Kiedy trzydzieści siedem lat temu zaczął swoją pracę latarnika, miała ona zdecydowanie więcej romantyzmu. Nie było mowy o komputerach, czekało się na listonosza, a rozmowy telefoniczne zrywały się często i to nie z powodu przeciążenia sieci, a z tak prozaicznych przyczyn jak awarie kabli telefonicznych. Na służbowym regale Hilarego nadal stały równo poukładane, odręcznie zapisane dzienniki z wielu lat pracy, do których latarnik czasami, choć coraz rzadziej, zaglądał.

Od początku mężczyzna zajmował to samo służbowe, bardzo małe mieszkanie. Dwa pokoiki w zupełności jednak wystarczały, by zaspokoić wszystkie potrzeby Hilarego. Najważniejszy był pokój dzienny. Niezwykle skromnie urządzony, z jednym wyjątkowym i innym od pozostałych meblem. Było to biurko. Dębowe, bogato zdobione, jakby przeniesione z innej epoki albo z muzeum. Miało dwie szuflady, a jego nogi kształtem przypominały konary drzewa. Panował na nim idealny porządek. Ołówki, ręczna temperówka, wieczne pióro, kałamarz z granatowym atramentem i trzy teczki: jedna z białymi kartkami, druga z kartkami w linie, trzecia z arkuszami kalki kopiującej. Hilary mógłby korzystać ze wszystkich przedmiotów z zamkniętymi oczami, bo nigdy nie zmienił ich położenia. Nawet o cal.

Hilary lubił siadać przy biurku. Parzył herbatę, niezależnie od pory roku uchylał okno, włączał rzadko spotykaną już lampkę z zielonym kloszem w kształcie odwróconego tulipana i czytał albo wspominał dawne czasy. Lubił do nich wracać. Do samotniczych lat, kiedy jego zawód uważano i za tajemniczy, i za ważny. Wtedy niewiele osób orientowało się, na czym tak naprawdę polegała jego praca, co mu zresztą bardzo odpowiadało. Dzisiaj nie ma tajemnic. Każdy może wejść na szczyt latarni i z tarasu podziwiać to, co widzi jej światło. A jeśli nie ma na to ochoty, funduje sobie wirtualną wycieczkę, dzięki której, bez wysiłku i konieczności wspinania się po schodach, może dowiedzieć się wszystkiego na temat budowli i latarnianych urządzeń.

Minione czasy oznaczały dla Hilarego nie tylko odcięcie od ludzi, ale i od innych zabudowań. Kiedy rozpoczynał swoją służbę, latarnia była samotną, celującą w nieboskłon wieżą otoczoną polami i wydmowym lasem. O zmierzchu nikt, poza ptakami i kotami sąsiadów, nie zaglądał mu w okna. Te ostatnie zresztą chętnie zachodziły do latarnika na strawę, bo pełnej miski Hilary nigdy żadnemu kotu nie odmówił. Teraz gdzie nie spojrzał – piętrzyły się budynki, a hałaśliwe pstrokate atrakcje, mające przyciągać turystów, wyrastały zewsząd niczym grzyby po deszczu.

Hilary miał czasami wrażenie, że nawet powietrze się zmieniło, stało się jakby gęstsze i nie ma czym oddychać. A mieszkał przecież nad samym morzem, nad swoim ukochanym Bałtykiem, któremu ślubował wierność.

To nie tak, że nie lubił ludzi, że nimi gardził albo w jakiś sposób próbował się wywyższać. Lubił ich, ale na dystans. Nie miał potrzeby bliższego obcowania z człowiekiem. Omijał duże uroczystości, na msze do kościoła chadzał sporadycznie i rzadko, bywał tam raczej po to, by w ciszy spędzić czas. Na ślubach nie pojawiał się wcale, na uroczystościach gminnych czy kościelnych, również. Na pogrzebach też nie bywał, chyba że czczono pamięć osób, które z jakiegoś powodu szanował, które nie zagadywały go na siłę ani dla zaspokojenia chorej ciekawości. W ostatniej drodze towarzyszył staremu mleczarzowi, który za dawnych czasów rozwoził mleko i był tak samo oszczędny w słowach jak on. Na powitanie łagodnie kiwał głową, przekazywał butelkę z mlekiem, a na odchodne wołał: „Na zdrowie, Hilary! Na zdrowie!”.

Hilary był też na pogrzebie dyrektorki podstawówki. Choć rozmawiał z nią zaledwie kilka razy, darzył ją estymą i zawsze się jej kłaniał. To dzięki niej przez wiele lat miał spokój od hałaśliwych dzieci, omijających latarnię szerokim łukiem. Dyrektorka uczyła je, by latarnika nie zagadywać i nie rozrabiać przy jego obejściu, bo musi w spokoju pełnić swoją odpowiedzialną służbę. Doceniał to. Na jej grobie położył wiązankę ogródkowych gladioli i obwiązał je wstążką, na której małymi literami napisał słowo „dziękuję”.

Hilary długo był uważany w Niechorzu za obcego. Ludzie nie rozumieli jego pustelniczego trybu życia ani umiłowania dla samotności. Dopiero siedemnaście lat temu, kiedy pojawił się na pogrzebie pięciu tutejszych rybaków, którzy zginęli podczas sztormu, mieszkańcy zaczęli traktować go jak swojego. Wtedy po raz pierwszy sąsiedzi Hilarego zobaczyli w jego oczach łzy. Płakał. Płakali wszyscy, bo to była olbrzymia tragedia dla całego Niechorza i okolicznych miejscowości. Ale to jego łzy wszyscy dostrzegli, to o nich potem rozprawiali tygodniami, a niektórzy nawet dłużej.

Hilary, uczciwie rzecz biorąc, nie przyszedł na pogrzeb do pięciu rybaków, lecz do jednego z nich. Do barczystego, wzrostem osiągającego niemal dwa metry Makreli, który swój przydomek po trosze zawdzięczał imieniu, nadanemu mu na cześć pradziadka Makarego, a po trosze rybom, którymi w dzieciństwie ponoć się zajadał. Makary Ślepowroński nie lubił swoich prawdziwych personaliów i każdemu, choć niektórych to szokowało, przedstawiał się jako Makrela.

Lubili się Hilary z Makrelą, choć rzadko ze sobą rozmawiali. Mężczyznom potoki słów nie były jednak potrzebne do tego, by chcieć ze sobą przebywać. Makreli w szczególności, bo w domu dzieci tak paplały, że kiedy tylko z niego wychodził, łaknął ciszy. Spotykali się z Hilarym w każdy ostatni piątek miesiąca. Makrela przynosił latarnikowi ryby, tamten płacił za nie, wrzucał do lodówki i jeśli mógł, szedł z Makrelą nad morze. Niezależnie od pory roku siadali na stromym klifie, patrzyli w dal i wymieniali się kilkoma zdaniami:

– Udany połów?

– Tak. Żona zadowolona.

– To dobrze.

– A w latarni? Wszystko gra?

– Gra.

– To dobrze.

Czasami śpiewali. Szanty. Makrela miał niezły głos. Hilary myślał sobie o tym, że chłopak pomylił zawody, ale z drugiej strony czy ze śpiewania szant mógłby utrzymać swoją powiększającą się prawie z każdym rokiem rodzinę?

Wieść o zatonięciu Makreli i jego kompanów dotarła do Hilarego, kiedy zbijał nową drewnianą osłonę do betonowych donic zdobiących wejście do latarni. Natychmiast porzucił młotek i deski i ile sił w nogach pognał do miejsca slipowania łodzi. Nie chciał wierzyć w ludzkie gadanie. Musiał się sam o wszystkim przekonać. Liczył na to, że ktoś pomylił Makrelę z innym rybakiem. W Niechorzu mieszkało ich przecież wielu.

Kiedy biegł brzegiem morza, cały czas powtarzał: „Tylko nie Makrela! Tylko nie Makrela”.

– To Makrela – usłyszał od jego brata.

Zaniemówił. Utkwił wzrok w mężczyźnie i przez chwilę po prostu stał ze zwieszonymi ramionami.

– A ciało?

– Nie ma.

– Jakieś szanse? – zapytał, choć znał odpowiedź. Wiedział, że przeżycie oznaczałoby cud, a o taki w czasie sztormu na Bałtyku było niezwykle trudno.

– Szanse? Na co niby? – Brat Makreli parsknął przez niemal zaciśnięte usta. Wyglądał jak zbity pies i nie krył łez, które szkliły się w jego oczach. – Jeśli nie zeżrą go ryby albo gdzieś nie utknie, być może fale wyrzucą jego ciało na brzeg. Być może i na nasz, choć to jest pieruńsko mało prawdopodobne…

– Będę go wypatrywał – powiedział Hilary.

– A wypatruj. Życia mu tym nie wrócisz, ale… pogrzeb to też ważna rzecz. Matce ulżysz – dodał pełen rezygnacji. – I żonie.

– Będę go wypatrywał – powtórzył Hilary i odszedł, złożywszy kondolencje rodzinie.

I rzeczywiście wypatrywał ciała Makreli, mężczyzny, którego w pewnym sensie traktował jak przyjaciela. Zarzucił wszystkie dodatkowe zajęcia i cały wolny czas poświęcał na ślęczenie z lornetką. Trzeciego dnia je zobaczył. Fale wyrzuciły ciało Makreli na brzeg tuż pod klifem, na którym zwykli siadać w swoje piątki. To było takie symboliczne, bo Hilary wypatrzył go właśnie w piątek i to ostatni tamtego chłodnego jesiennego miesiąca. Natychmiast zawiadomił odpowiednie służby i pobiegł w stronę ciała. Stawił się tam pierwszy. Choć nie było to łatwe, wyciągnął Makrelę na brzeg, ukląkł obok i zapłakał. Nie powiedział ani słowa, lecz w myślach słów wybrzmiało wiele. Był wściekły i czuł wielką złość na Boga, że zabrał tak dobrego człowieka do siebie. Kiedy trochę ochłonął, a nikogo jeszcze nie było, z wewnętrznej kieszeni wyjął paczkę papierosów.

– Piątek mamy – powiedział do zniekształconego ciała, uśmiechając się krzywo. – Nasz ostatni wspólny – dodał, po czym zaciągnął się, by po chwili wypuścić duży kłąb dymu.

Klęczał na mokrym piasku, nie zwracając uwagi na fale, które rozbijały się o brzeg, ani na zimne powiewy wiatru, kolące w policzki niczym szpilki. Najważniejszy był on. Choć siny i niepodobny, to nadal był on. Makrela.

Hilary rozmawiał z przyjacielem w myślach i palił papierosy, uśmiechając się przez łzy. Nie usłyszał nawet ciężkich kroków brata Makreli, który zjawił się po kilku minutach.

– Do dupy! – usłyszał zza pleców ponury głos.

Był strażakiem, więc swoje w życiu widział, ale czym innym jest oglądanie zwłok pogorzelca, a czym innym własnego brata.

Hilary kiwnął głową, zgasił papierosa i wstał.

– Wyciągnąłem go.

– Taa… – mruknął. – Zaraz przyjadą mądrale powęszyć, a potem go zabierzemy. Do domu.

Strażak ukląkł przy głowie Makreli i westchnął.

– Do dupy, brachu. Pieruńsko do dupy…

Brat Makreli, mężczyzna wielki niczym dąb, powiedział wtedy jeszcze wiele słów. Dużo przeklinał, a potem po prostu się rozpłakał.

Kiedy Hilary zjawił się na cmentarzu, zobaczył tam niemal wszystkich mieszkańców Niechorza i okolic. Uroczystości pogrzebowe pięciu mężczyzn ściągnęły tłumy. Brat Makreli zaprosił Hilarego na sam przód. Ten aż niezręcznie się poczuł, gdyż stał tuż obok najbliższych rodzin zmarłych, zapłakanych żon, matek, babek i dzieci. Żona Makreli, drobniutka Elizka w zaawansowanej ciąży, też była. Z szóstką dzieci u boku.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, skinął w jej stronę głową, a potem podszedł, by ją przytulić i wyszeptać coś do ucha. Spojrzał na świeżo wbity krzyż, który ujawniał prawdziwe personalia Makreli. Makary Ślepowroński. Hilary pamiętał niechęć przyjaciela do swojego imienia i nazwiska, pokiwał głową i uśmiechnął się krótko, po czym zwiesił głowę i odszedł.

Od tej chwili dla tubylców stał się bardziej swój, choć wcale mu na tym nie zależało. On chciał być swój tylko dla jednej osoby. Tylko dla niej.

Malwina

W pokoju było zimno i ciemno. Przez przesłonięte grubymi kotarami okna przenikały tylko drobne smugi światła. Na łóżku, pod grubą kołdrą leżała Patrycja. Pochlipywała.

– Mogę? – zapytała Malwina, uchylając drzwi.

– Nie. Chcę być sama.

Malwina spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi. Weszła do środka. Usiadła na łóżku obok młodej kobiety, która zwinęła się w kłębek.

– Pati, nie będę cię oceniała – powiedziała cichutko, bardzo łagodnie. – Przyszłam cię przytulić.

Patrycja przez chwilę patrzyła na starszą kobietę. Dobrze znała jej pooraną zmarszczkami, ale nadal piękną twarz. Niewielkie oczy, z których biło zrozumienie, i wciąż dość wydatne usta, które częściej uśmiechały się, niż zaciskały ze złości. I srebrne, bardzo charakterystyczne kolczyki w kształcie sów, których chyba nigdy nie zdejmowała, niczym amulety chroniące przed urokami. Te drobne kolczyki były jej znakiem rozpoznawczym. Jeśli ktoś mówił o krótkowłosej kobiecie z sowimi kolczykami w uszach, od razu było wiadomo, o kogo chodzi.

– To jak?

Patrycja podniosła się, przetarła oczy, wysmarkała nos, po czym wtuliła się w Malwinę niczym mała dziewczynka, choć przecież zbliżała się do trzydziestki.

– On jest… – zaczęła, a Malwina pogłaskała ją po zmierzwionych włosach, które prosiły się o umycie. – To skończony gnój i ja o tym wiem, ale… – ponownie zaczęła chlipać – …ale myślałam, że się zmienił, że już będzie inny, tak jak obiecał, bo przecież… bo przecież mamy córki… A on obiecał, że się dla nich zmieni… Uwierzyłam mu… Jestem taka głupia… Durna! Nie powinnam mu ufać! Nie po tym, co nam wcześniej zrobił.

Patrycja usiadła naprzeciwko Malwiny. Kobieta zobaczyła, że dziewczyna pod okiem ma siniaka i opuchliznę, a na szyi krwawą szramę. Coś zmroziło jej kark. Widziała już w życiu wiele dowodów przemocy domowej, ale nigdy na te widoki się nie uodporniła. Zawsze wywoływały u niej zaciskanie się szczęki.

– Tacy jak on się nie zmieniają – ciągnęła Patrycja.

– Czasami się zmieniają i ja… – zająknęła się, wzięła głęboki wdech i dodała: – Ja widziałam nie raz, jak się zmieniają, jak stają się lepsi. To jest możliwe. Tyle, że nie każdy chce się zmienić, a o to w tym wszystkim chodzi. O chęci.

– On ich nie ma.

Malwina mruknęła, ale nie podjęła tematu. Nie miała w zwyczaju oceniać ludzkich zachowań. Wystarczy, że inni to robili. Oceniali, ferowali wyroki. Ona zdobywała się na to nader rzadko.

– Odpocznij, a gdybyś czegoś potrzebowała, będę u siebie z Kasią i Asią.

Kobieta usztywniła się na dźwięk imion swoich córeczek. Usiadła.

– Nic im nie jest. Nie martw się. Są bezpieczne.

– Ale… nie sprawiają kłopotu?

– Przecież nigdy nie sprawiają. To żywe skarby! Żeby wszystkie ośrodkowe dzieciaki takie były, to nie byłoby co robić. Ja zresztą lubię wszystkie dzieci, przecież wiesz.

– Tak. – Patrycja uśmiechnęła się i syknęła, po czym złapała się za policzek.

– Przyniosę ci okład – zaproponowała Malwina, ale Patrycja pokręciła głową.

– Nie trzeba. Przejdzie. Poza tym niech boli. Żebym zapamiętała i nigdy więcej nie popełniła tego samego błędu.

Malwina pogłaskała Pati po dłoni, a potem mocniej tę dłoń złapała.

– Czy coś jeszcze cię boli? – zapytała poważnie. – Zadzwonię po doktor Chruściewicz.

– Nie. Tam… Yyy… To nic szczególnego.

– Na pewno? – Malwina znała to zbolałe spojrzenie aż za dobrze i wiedziała, że kobiety, które trafiały do jej ośrodka, często wypierały się krzywd, których doświadczały. – Możesz być ze mną szczera – powiedziała, przywołując z pamięci plamki krwi, które zobaczyła przed chwilą w toalecie.

– Poradzę sobie.

– Jeśli coś jednak będzie cię bolało…

– Nic mnie nie boli. To… To minie...

Malwina spojrzała na Patrycję uważnie. Wiedziała, że dla pewności będzie musiała jeszcze do niej zajrzeć. Dziewczyna nie wyglądała najlepiej, ale Skalska nie chciała jej stresować koniecznością obnażania się przed ginekolożką.

– To ja w takim razie idę do dzieciaków, a ty… odpoczywaj.

Malwina pocałowała wystraszoną kobietę po matczynemu, po czym wyszła, nie domykając drzwi. Patrycja została sama z myślami, ranami ciętymi na szyi i dłoniach, podbitym okiem, złamaną, nie po raz pierwszy zresztą, kością jarzmową.

Skalska skierowała się do bawialni, z której dobiegał dziecięcy szczebiot. Stanęła w progu, spojrzała na rozgardiasz, jaki w zaledwie kilka minut zrobiły dwie małe istotki, i uśmiechnęła się.

– Ej! Łobuziary! – zawołała.

– Co ciociu? – zapytała młodsza, niespełna pięcioletnia Kasia.

– Ładne jesteście – powiedziała Malwina zupełnie szczerze, bo dziewuszki były rzeczywiście urocze.

Blondyneczki z długimi włosami związanymi w kucyki. Były siostrami i każdy to widział już na pierwszy rzut oka.

„Ileż wy zobaczyłyście złych rzeczy w swoim krótkim życiu, skarbeczki” – myślała często Malwina, kiedy na nie patrzyła. Niejeden człowiek w całym swoim życiu nie doświadczył tyle zła co one w ciągu zaledwie kilku pierwszych lat, które z założenia powinny być tymi najbardziej beztroskimi.

– My to wiemy, ciociu – ciągnęła dziewczynka, lekko sepleniąc. – Ciągle nam to mówis.

– To dobrze! I nigdy… – Uniosła palec wskazujący. Ten gest sprawił, że dzieci wyrecytowały niemal jednym głosem:

– Nigdy o tym nie zapomnimy!

– Zuch dziewczynki! – pochwaliła je Malwina, po czym usiadła na krześle, tuż obok Józefa, który pilnował dzieci podczas nieobecności kobiety.

Był jej dalekim kuzynem i od samego początku, czyli od dwudziestu lat, pomagał Malwinie w prowadzeniu ośrodka. Zawsze stanowił solidne wsparcie dla niej i wszystkich pokiereszowanych przez los podopiecznych. Był potężny, wysoki i silny, i nie bał się żadnej pracy. Kiedy trzeba było, malował pokoje albo nosił zakupy, skręcał meble czy rąbał drwa. Odprowadzał też dzieci do szkoły i chętnie się nimi zajmował. Nie był może najbystrzejszy, a przy rachunkach by ugrzązł, miał jednak wielkie serce i poczciwe oczy. Ta jego postura wyróżniała go. W całej okolicy nie było nikogo, kto by miał ponad dwa metry wzrostu. Poza tym był niemową. Dawniej niektóre dzieci śmiały się z niego, inne się go bały. Dorośli spoglądali na niego spod byka i czasem wyzywali od dziwolągów. Unikali go, a co niektórzy straszyli nim swoje dzieci. Z czasem jednak przywykli do jego odmienności i zaakceptowali, bo Józef po prostu dał się lubić.

– Możesz już iść – powiedziała Malwina, ale on zaprzeczył ruchem głowy, nie przerywając zabawy z dziewczynkami. – Skoro nie chcesz, to ja pójdę. Do biura. Mam trochę zaległych spraw, a wolałabym nie zostawiać ich na weekend.

Józef z aprobatą pokiwał głową i rozsiadł się na podłodze. Kasia podeszła do niego z grającą książeczką i wgramoliła mu się na kolano.

– Pocytas? – wysepleniła prosząco.

Józef pogłaskał ją po głowie.

– On nie mówi – objaśniła starsza dziewczynka i usiadła Józefowi na drugim kolanie.

Asia wyjęła z Kasinych rąk książeczkę i zaczęła przewracać kartki, udając, że czyta. Zasadniczo potrafiła czytać, ale szło jej to opornie. Historyjki opowiadała za to całkiem sprawnie i z marszu.

– Ale wcoraj ta historyjka była inna – słusznie zauważyła Kasia.

Asia spąsowiała. Miała twardy charakter i bardzo nie lubiła, kiedy ktoś się z nią nie zgadzał, szczególnie wtedy, gdy był znacznie młodszy, na przykład o całe dwa lata i dziesięć dni.

– Coś ci się pomieszało! – skwitowała. – Ale jak ci się nie podoba, to sobie sama czytaj! – Zrobiła obrażoną minę, rzuciła książeczkę na podłogę, wstała i podeszła do stołu.

Kasia wyglądała na zdezorientowaną. Spojrzała na Józefa.

– A jak ty myślis, Józiu? – Mężczyzna w odpowiedzi wzruszył ramionami. Nie mógł przecież odpowiedzieć, ale czteroletnia Kasia zawsze o tym zapominała.

***

Malwina siedziała w swoim biurze i sprawdzała stan konta. Zastanawiała się, jakie mogłaby poczynić oszczędności, by wysupłać pieniądze na nową pralkę. Stara zepsuła się dwa tygodnie temu, po dwunastu latach niemal bezawaryjnej pracy, a serwisant orzekł, że naprawa jest absolutnie nieopłacalna. Kobieta korzystała teraz z uprzejmości sąsiadki, pani Kurpiosowej, która sama zaoferowała pomoc. Malwina wiedziała jednak, że jak najszybciej musi rozwiązać problem, bo dobroć kobiety kiedyś się skończy, a nawet jeśli nie, to na pewno nie należy jej nadużywać.

– Skąd wziąć pieniądze? – zapytała sama siebie, po czym wstała od biurka i zerknęła przez okno.

Ulicą szedł Marcin Sobótko, próbując okiełznać swojego pupila, który wyrywał mu się na smyczy. Na spacerach kompletnie nad nim nie panował, choć hodowca zapewniał, że ta rasa jest wyjątkowo spolegliwa.

„Sobótko!” – oświeciło Malwinę. – „To jest myśl!”

Marcin

– Jasny gwint! W domu potrafisz leżeć cały dzień w jednym miejscu, a na dworze wszędzie cię pełno! Czy ty nigdy nie nauczysz się chodzić przy nodze?!

Marcin Sobótko brzmiał groźnie, ale najwyraźniej nie dość jak dla jego championa, charta szkockiego, który nic sobie nie robił ze słów pana.

– Do cholery! Franciszku! – zawołał Marcin.

Zadziałało. Olbrzymi pies zatrzymał się i spojrzał na niego.

– Wiesz, że nie lubię tak po imieniu do ciebie? – powiedział Sobótko do pupila, po czym podrapał go za uchem.

Franciszek. Marcin rzadko się tak do niego zwracał, bo najnormalniej w świecie wstydził się ludzkiego imienia, na które zgodził się w drodze szantażu po małżeńskiej kłótni.

– I tak go nie oddam! – krzyknął do żony, kiedy ta nie chciała przyjąć do domu pręgowatej, szaroczarnej kulki, bo wyczytała w Internecie, że ma się zamienić w monstrualnego psa o wysokości niemal osiemdziesięciu centymetrów i masie pięćdziesięciu kilogramów.

– A gdzie chcesz go trzymać? – zapytała Jagoda Sobótko, nie bez sarkazmu. – I kto będzie z nim wychodził na spacery, skoro ty całe dnie siedzisz w robocie? No i kto będzie dla niego gotował? Bo ja nie zamierzam!

– Mamy duży dom. Miejsca dla wszystkich wystarczy, jedzenia też. A ze spacerami sobie poradzimy!

– Poradzimy?!

– Jak trzeba będzie, to sam sobie poradzę! Dam radę wszystko ogarnąć!

– O, pewnie! Zawsze tak mówisz, a potem i tak na mnie wszystko spada!

Kulka poczłapała do stóp Jagody, cicho pisnęła i… zsikała się.

– Lubi cię – stwierdził mężczyzna.

Jagoda krzywo spojrzała na męża.

– Żeby była jasność! Nie zamierzam tego sprzątać!

– Ja posprzątam – powiedział łagodniej i sięgnął po rolkę kuchennego papieru, kiedy Jagoda wyszła i trzasnęła drzwiami.

Po kilkunastu minutach wróciła do męża. Była już w zupełnie innym humorze.

– Dobra! Niech to coś zostanie.

– Naprawdę? – Marcin ucieszył się. Chciał ucałować żonę, ale ta odstąpiła na krok, dając mu jasny sygnał, że nadal jest na niego wkurzona.

– Pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Ja wybiorę dla niego imię.

Mężczyzna zawahał się, ale widząc groźną minę małżonki, dodał:

– Zgadzam się! Jasne! Kochanie! Dla ciebie wszystko!

– To dobrze. To coś będzie się nazywało – zaczerpnęła powietrza, po czym spojrzała mężowi prosto w oczy i bardzo starannie oraz znacznie głośniej, powiedziała: – Franciszek!

– Wykluczone!

Kobieta najwyraźniej spodziewała się takiej reakcji, bo uśmiechnęła się z satysfakcją.

– Przypominam ci, że już się zgodziłeś.

– Ale nie na takie imię!

– Zgodziłeś się na każde!

– To nie w porządku! – stwierdził z rezygnacją.

– Masz rację! – odpowiedziała żona, nie kryjąc złośliwości. – To nie w porządku, że ten pies dostaje imię po twoim debilnym bracie, ale nic na to nie poradzę! Albo Franciszek, albo nie zgadzam się na niego w ogóle!

Chcąc nie chcąc, Marcin Sobótko przystał na „Franciszka” i szczerze mówiąc, po tygodniu przestało mu to wadzić. Do brata bowiem nigdy nie mówił „Franciszek”, co najwyżej „Franek”, choć częściej zwracał się do niego po prostu „brachu”.