11 osób interesuje się tą książką

Opis

Wysoko w Białych Karpatach, na pograniczu Moraw i Słowacji, w odciętej od świata wsi Žítková żyły wyjątkowe kobiety. Potrafiły leczyć ziołami, przepowiadać przyszłość, poskramiać żywioły. Nazywano je boginiami, a ich tajemniczą sztukę bogowaniem.

Dora Idesová należy do ostatnich z rodu bogiń, nie chce jednak praktykować magii. Opuszcza rodzinne strony, kończy etnografię i postanawia zgłębiać fenomen bogiń od strony naukowej. Pewnego dnia odkrywa, że wśród materiałów tajnych służb StB znajduje się teczka jej ciotki, bogini Surmeny.

Dora krok po kroku poznaje zdumiewającą historię kilku rodów bogiń z Žítkovej, historię, która prowadzi od siedemnastowiecznych krwawych procesów o czary przez drugą wojnę światową i czasy surowego komunizmu aż do końca lat dziewięćdziesiątych. Podczas fascynującej i niepokojąco mrocznej podróży śladami swoich bliskich Dora zaczyna rozumieć, że nie zawsze możemy odciąć się od przeszłości...

Boginie z Žítkovej – zgrabne połączenie powieści historycznej z fikcją spotkały się w Czechach z entuzjastycznym przyjęciem czytelników. Powieść młodej autorki, Kateřiny Tučkovej, została obsypana nagrodami (m.in. Nagroda Josefa Škvoreckiego,Nagroda Czytelników – Magnesia Litera, Nagroda Czytelników – Česká Kniha) oraz otrzymała tytuł Czeski Bestseller jako najlepiej sprzedająca się książka w 2012 roku.

Na podstawie książki Boginie z Žítkovej zrealizowano przedstawienie pod tym samym tytułem, grane przez Teatr Miejski w Zlínie. Trwają także przygotowania do ekranizacji, film powstanie w polskiej koprodukcji. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 496

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Žítkovské bohyně; wydawnictwo HOST, Brno 2012

Redakcja: Justyna Wodzisławska

Korekta: Magdalena Lalak

Projekt okładki: Katarzyna Gołąb

Projekt typograficzny i skład: Monika Burakiewicz

Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: Laurin Rinder © 123RF.com

Zdjęcie na skrzydełku: Vojtěch Vlk

Przekład książki został dofinansowany

przez Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej.

Copyright © by Kateřina Tučková, 2012

Copyright © by HOST – vydavatelství, s.r.o., 2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Afera, Wrocław 2014

Copyright © for the Polish translation by Julia Różewicz

All rights reserved.

ISBN 978-83-65707-07-9

Wydanie I – dodruk, Wrocław 2014

www.wydawnictwoafera.pl

Promocja: Wojciech Czerniatowicz

Skład wersji elektronicznej

konwersja.virtualo.pl

Bardzo chce zajrzeć do środka. Staje na palcach, by z noskiem przyklejonym do szyby dostrzec coś zza wiszącej od połowy okna firanki. Wśród dorodnych głów pelargonii, które zwykle bujają się wywieszone na zewnątrz, a dziś, z niewiadomych przyczyn, są uwięzione w domu, panuje ciemność. Ale tam prawie zawsze jest ciemno. Przez małe okienka światło przedziera się do pomieszczeń tylko w bardzo słoneczne dni.

Odwraca głowę, żeby spojrzeć na drogę prowadzącą do ich chałupy. Surmena z trudem stawia kroki, zawsze miała problem z nogami, a Jakubek na pewno nie ułatwia jej zadania. Jest ciężki, dobrze wie, sama nie daje już rady go udźwignąć.

Znów obraca twarz do okna. Wydaje jej się, że widzi nogi. Wystają zza pieca, tylko od kolan w dół, ale tak, to nogi, w ciężkich, czarnych gumiakach.

– Widzę nogi! Tatuś jest w domu! – krzyczy do Surmeny. – Jednak jest!

– Czekaj, odejdź. – Surmena z Jakubkiem na rękach odsuwa ją, kiedy wreszcie udaje jej się doczłapać na wysokość chałupy. Robi daszek z dłoni i przyciska twarz do najwyższej szyby. – Ano jest, jest. Łachudra.

Prostuje się, poprawia Jakubka na rękach i mówi:

– No chodź. – A kiedy się odwraca, słychać jeszcze, jak mamrocze do siebie: – Niech no ja cię ino dorwę, ochlajtusie.

Surmena energicznym krokiem obchodzi gruby mur chałupy, ona tuż za jej spódnicą. Kroki chlupocą w rozmiękłej, mokrej ziemi. Próbuje wskakiwać w ślady po Surmenie, ale nie nadąża. Skrzypnięcie furtki, jej też udaje się wśliznąć. Zostawia otwartą i przebiega obok Surmeny w stronę drzwi wejściowych, na jej plecach podskakuje szeroki tornister, nad nim dyndają dwa cienkie warkoczyki, wstążka uchowała się tylko na jednym. Przed progiem przystaje. Z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią odwraca się do Surmeny. Przy drzwiach stoi pieniek, ale brakuje wbitej w niego zwykle siekierki. Wzdęte ciała kotki i kociąt muszą tam leżeć od dobrych paru godzin.

– To Micka – szepcze. – To nasza Micka. I kotki. Nawet nie zdążyła nam ich pokazać!

Ciało kota napęczniało niczym balon, nad krwawą jamą karku roi się od much. Martwe kotki mogłyby zmieścić się w dłoni. Gdyby spuścić je ze wzgórza, maleńkie i wydęte od gazów jak kuleczki, stoczyłyby się pewnie aż do Hrozenkova.

– Ochlajtus, łajdak jeden, zapłaci za to – dusi się z wściekłości Surmena, mocno chwyta ją za ramię, odciąga od krwawej sceny i popycha w stronę drzwi, do środka, do małej sieni. – Buty wytrzyj, cobyś nie nabrudziła – mówi ze złością, ale niepotrzebnie, ona sama wie, powoli jeździ nogami po wycieraczce, odwracając się ukradkiem, by kątem oka jeszcze raz zerknąć na to, co zostało z Micki. – Nie patrz, będziesz mieć złe sny! – karci ją Surmena.

Dora słucha i szybko wchodzi do środka. W drzwiach do izby wpada na Surmenę. Robi ostatni krok, przeciska się między bokiem Surmeny a ościeżnicą, ale nagle jej drobne kroczki cichną, a wzrok zatrzymuje się na podłodze z desek. Obok nóg tatusia leży mamusia, spódnicę ma podkasaną wysoko nad uda, a wkoło, wszędzie wkoło niej pełno ciemnej, zaschniętej krwi. Cisza. I oni, we troje, skamieniali w drzwiach.

– Wyyyjść! – Wysoki głos Surmeny przecina ciszę niczym ostrze noża. Dora wzdryga się, podskakuje, uderza główką w futrynę, po czym wybiega na dwór, nogi jej się plączą, mało się nie przewraca. Za plecami słyszy wystraszony płacz Jakubka i Surmenę, krzyczącą wciąż tylko: – Wyjść! Wyyyjść!

Biegnie więc, mija Mickę i jej kocięta, leci wzdłuż drewnianego płotu, przez furtkę, okrąża chatę drogą rozmiękłą od letniego deszczu, w dół, byle dalej. Pędzi aż do domu Surmeny. Tam przystaje, grzecznie otwiera i zamyka za sobą furtkę. Tu już nie musi gnać, powoli, jak zwykle, podchodzi do ławki na przyzbie. Siada i czeka, wbijając wzrok w przeciwległe wzgórze. Widzi, jak drogą, którą przed chwilą biegła ona, kuśtyka teraz Surmena, jak garbi się pod ciężarem Jakubka, ale idzie szybko, tak szybko, jak jeszcze nigdy nie szła. Już słychać płacz brata i ciężki oddech Surmeny.

Surmena ciężko opada na ławkę. Jedną dłonią głaszcze po głowie Jakubka, drugą kładzie na jej ramieniu.

– Nic się nie stało, nic się nie stało – mówi kojącym głosem.

Ale ona nie wierzy. Tamto to nie jest nic.

Słońce zachodzi, w góry zakrada się ciemność. Dora siedzi na ławce, płacz Jakubka stopniowo cichnie, tylko czasem z jego piersi wyrywa się słaby, urywany szloch. Po chwili Dora słyszy już jedynie równy oddech z nieśmiałym szelestem glutka. Surmena oddycha spokojnie, ale ręka, obejmująca opięte paskami tornistra ramionka Dory, wciąż się trzęsie. Na szelkach teczki są duże czerwone odblaski, tak jak chciała. Duże czerwone tarcze odbijające światło, kiedy na nie poświecić, takie jak mają dzieciaki z dołu, z Hrozenkova. Jechały po ten tornister z mamusią aż do Uherskiego Brodu, to było zeszłego lata.

Nad ich chałupą na przeciwległym zboczu zapadł już zmrok, noc wynurzyła się zza góry powolnym, niepowstrzymanym strumieniem, jakby ktoś wylewał ją z Bojkovic.

– Zostaniecie ze mną – mówi po chwili Surmena.

A potem, kiedy otula ją kocem na posłaniu z wygarbowanych owczych skór, za piecem, w cieple, które zalewa ją od zewnątrz, a po szklance parzonego maku także od wewnątrz, od samego żołądka, Dora słyszy jeszcze:

– Nie bój się, jakoś sobie poradzimy. Będziesz mi za andzjela. Źle ci nie będzie. Zobaczysz.

Surmena

Długo uważała to wydarzenie za początek wszystkich jej trosk. Tyle że one wcale nie zaczęły się, kiedy stanęli w drzwiach chałupy na Koprvazach i wpatrywali się w ciała rodziców. Dora nie była na tyle mała ani głupia, żeby nie wyczytać z roz-emocjonowanych twarzy wieśniaków, że wszystko to zaczęło się już dawno temu, tam gdzie jej krótka pamięć nie sięga. Nie dała się zwieść ich smutnym minom i okrzykom: „Co za nieszczęśliwy wypadek!”. Albo: „Dlaczego właśnie wam musiało przytrafić się coś takiego?!”. Nie nabrali jej, bo sama była częścią tego, o czym mówili, choć nie potrafiła tego nazwać, czuła to całą sobą, w każdym oddechu. I mimo że bardzo starali się to ukryć, i tak dotarła do niej szeptana za plecami prawda. Że wszystko się zgadza, że wiadomo było, że tak to się skończy. Tak albo inaczej, ale na pewno tragicznie. Bo jej matka była boginią, a żadna bogini nie ma łatwego losu.

Dora pojęła też, że ich przypadek przekraczał wszelkie granice, bo jak gadali ludzie, od ponad trzystu lat żadna ze znających się na bogowaniu kobiet nie skończyła pod ostrzem siekiery.

Dlaczego więc właśnie jej matka? W kółko zadawała wszystkim to pytanie i nie otrzymywała odpowiedzi. Nikt nie chciał o tym rozmawiać. Kiedy próbowała się czegoś dowiedzieć, ludzie wzdrygali się ze strachu i odwracali wzrok, jakby bluźniła w obecności świętych relikwii. Milczała także Surmena.

Pozostało jej zatem tylko tyle: stłumić to pytanie gdzieś głęboko w sobie. Po kilku miesiącach dojrzała do tego i zatrzasnęła drzwi za tragedią, zdecydowana nigdy, przenigdy do niej nie wracać. Wszystko jedno, kiedy się to wszystko zaczęło, wszystko jedno, jak się skończyło.

Miała przecież teraz pełne ręce roboty. Uczyła się, jak być andzjelem, a w nawale nowych, emocjonujących obowiązków powoli zacierał się jej żal. Ona – andzjelem!

Wcześniej tylko o nich słyszała. O dobrych aniołach, które przyprowadzają potrzebujących do bogiń i nigdy źle na tym nie wychodzą. Do tej pory jednak żadnego nie spotkała, choć tyle razy specjalnie wypatrywała ich na zboczach, skąd miała widok na chaty Surmeny, Irmy czy Kateřiny Hodulíkovej.

– Pokaż mi swojego andzjela, ciociu! Kto nim jest? – wypytywała zawsze, kiedy chodziły tamtędy z matką i Surmeną.

Ciotka udawała, że pierwszy raz w życiu słyszy o jakichś aniołach, a jej matka, Irena, śmiała się:

– Ja przecie jestem boginią, a nie mam żadnego anioła. Widzisz tu jakiego?

Ale jej matka była inną boginią, taką niezwykłą. Właściwie za bardzo nie bogowała. Anioły nie miały więc kogo do niej prowadzić.

Teraz tajemnica pękła niczym przejrzały strąk, wysypując wszystkie wcześniej pilnie skrywane ziarenka – Dora nie tylko dowiedziała się, kim są anioły bogiń, lecz także została jednym z nich.

Wszystko się zmieniło, cały świat. Koniec z długimi popołudniami, jednym podobnym do drugiego, koniec z długimi godzinami bezkresnej nudy, nijakiego życia o nieostrych konturach. Odkąd została aniołem, nigdy już nie siedziała po próżnicy na ławeczce u progu samotnej górskiej chaty. Jej czas stał się częścią czasu wielu ludzi, wśród których pełniła ważną funkcję. Pełniła ją z dumą i poczuciem odpowiedzialności, świadoma kontynuowania tajemnej tradycji, mającej początek w przeszłości tak dalekiej, że nikt z Žítkovej, nikt z całych Kopanic Morawskich nie potrafił sobie tego wyobrazić. Każdy tylko z pokorą kiwał głową: „Bogowanie jest stare jak świat, a boginie i andzjele były tu od zawsze”.

Jak świat światem – od zawsze. Dora dobrze o tym wiedziała, jednak nim została aniołem, nie miała pojęcia, że bycie boginią i sztuka bogowania to taka rzadkość. Że gdzie indziej tego nie ma. Kiedy była mała, myślała nawet, że bycie boginią to po prostu zawód, że kobiety dzielą się na ciotki z poczty albo sklepu, na dojarki ze spółdzielni rolniczej i na te, co żyją z bogowania. Nie przyszłoby jej do głowy, że gdzie indziej tak nie jest. Dopiero gdy została aniołem i przekonała się, z jak daleka ludzie przyjeżdżają do nich po radę czy uzdrowienie, zrozumiała, jak wyjątkowe są miejscowe kobiety. Tym gorliwiej andzjelowała, uważnie słuchając wszystkiego, co wpajała jej Surmena.

– Jak przyjedzie autobus, stój zawsze niedaleko przystanku, nie zwracaj na siebie niczyjej uwagi, czekaj, aż kto sam się do ciebie zwróci. Jak spyta o drogę do bogini, pytaj, czy on taki głupi, że w boginie wierzy. Czekaj, co odpowie. Jak będzie zakłopotany, przyprowadź go. Jak będzie zbyt pewny siebie, lepiej odpuść, taki to nic dobrego. I uważaj na pary. To podejrzane, jak kto w parze przyjeżdża. Ludziska zwykle przybywają z własną troską, a do tego świadków ani towarzystwa im nie trza – powtarzała często Surmena.

Dora pilnie słuchała. Dokładnie przyglądała się ludziom, których wypluwały popołudniowe autobusy z Brodu, i kiedy tylko dostrzegała osobę zakłopotaną, bezradnie rozglądającą się dokoła, podchodziła, niby to przypadkiem, i czekała, aż spyta: „Dziewczynko, wiesz może, gdzie tu mieszka bogini?”.

Ludzie byli różni, zwyczajni i dziwni, prawie zawsze samotni i zmartwieni, ale czasem zdarzały się pary, przed którymi ostrzegała Surmena. Najczęściej kobieta i mężczyzna, oboje młodzi i zdrowi, tacy w ogóle nie wyglądali na ludzi z problemami – na oko Dory nie potrzebowali pomocy bogini. Do dziś pamięta jedną taką parkę, spotkała ją na początku swojego andzjelowania.

Stali na przystanku długo po odjeździe autobusu, dokładnie tak, jak to zawsze robią nietutejsi, jeśli chcą znaleźć którąś z bogiń, ale nie znają drogi. Dora chwilę ich obserwowała – ubraną jak na wycieczkę w góry kobietę, która w dzień powszedni wyglądała w tym stroju dość nietypowo i która gwałtownie prostowała się za każdym razem, kiedy odzywał się do niej towarzyszący jej mężczyzna. Miał na sobie kapelusz i długi płaszcz i zachowywał się, jakby jej nie znał. Od razu wydali się Dorze podejrzani, chciała się ulotnić, ale nim zdążyła, mężczyzna dał kobiecie znak głową, a ta ruszyła w jej stronę.

– Dziewczynko, wiesz może, gdzie tu mieszka bogini? – zawołała przymilnie kobitka.

Dora przez moment przestępowała z nogi na nogę, potem niepewnie potaknęła i wskazała na szczyt góry Kykuli.

– Tam, na górze, w lesie. Trzeba iść niebieskim szlakiem aż do krzyża, stamtąd widać jedną jedyną chałupę, tam mieszka bogini.

Kobieta skwapliwie podziękowała i wyciągnęła z kieszeni koronę, którą wcisnęła w dłoń Dory. Obróciła się i dziarsko ruszyła we wskazanym kierunku. Mężczyzna szedł kilka metrów za nią. Dora odprowadziła ich wzrokiem, wreszcie zniknęli za zakrętem drogi wiodącej do podnóża dzikiej karpackiej góry.

Do dzisiaj była ciekawa, czy parka przenocowała wówczas w paśniku, w samym środku gęstego lasu, gdzie nie przedostawał się ani promyczek światła i nie było tam nic prócz niebieskiego szlaku, który prowadzi z Hrozenkova do krzyża, a za nim się urywa, czy może zdążyła przed zmrokiem wrócić do wsi. W każdym razie ostatni autobus do Brodu odjeżdżał kwadrans po czwartej, a oni na niego nie zdążyli na pewno.

Ale nie wszyscy przyjezdni byli tacy podejrzani. Przeciwnie, zwykle byli to ludzie, którzy naprawdę potrzebowali pomocy Surmeny. Z czasem Dora nauczyła się rozpoznawać ich na pierwszy rzut oka. Zasępiona starsza pani z torbą – bez wątpienia chodzi o dzieci. Młoda dziewczyna stojąca niepewnie przy rozkładzie jazdy – na sto procent sprawy sercowe. Przyjeżdżali też ludzie od razu wyglądający na chorych. Dora lubiła swoją rolę, lubiła prowadzić naprawdę potrzebujących do Surmeny, wiedziała bowiem, że ciotka im pomoże, a ich twarz już wkrótce rozjaśni coś niezwykłego – nadzieja.

Dora brała ich za rękę już na przystanku, gdzie prosili, by zaprowadziła ich do bogini, i wiodła w górę, w świat tutejszych kopanic, czyli wzgórz z samotnymi chatami i ręcznie obrabianymi poletkami. Przechodziła z przyjezdnymi obok cmentarza, kopanicy Černej, potem lasem aż do rozdroża, skąd widać było chatę Surmeny, stojącą na kopanicy Bedová. I andzjelowała, dokładnie tak, jak uczyła ją Surmena.

– Długa podróż za panem? – dopytywała się z miną nie-winiątka, niby ot tak, dla podtrzymania konwersacji. – Pewnie pan zmęczony po podróży? Surmena zrobi panu herbatki z liści babki, dobrze panu zrobi. A co pan taki smutny? Coś panu dolega? Na ciele? A może na duszy?

Ćwiczyła to z Surmeną niezliczoną ilość razy – system sprytnych pytań, z rozmieszczeniem w czasie i udawaną niedbałością przy ich zadawaniu. Jakby podczas długiej drogi na żitkowskie kopanice rozmawiała z nimi ot tak, od niechcenia. A im wyżej byli w górach, tym bardziej szczerze i otwarcie wypływały z nich tłamszone wcześniej troski. Czasem wyjawiali je powoli, czasem na złamanie karku, z ekscytującą świadomością, że już za chwilę poczują ulgę, że lada moment zrzucą balast swoich smutków na progu chałupy, u stóp kobiety, która ponoć pomaga w każdej sprawie. No i podczas długiej wspinaczki zdradzali Dorze, obcemu dziecku, którego przecież już nigdy nie spotkają, wszystkie swoje problemy i na końcu drogi, tam gdzie ścieżka piętrzyła się w stronę dwóch kopanic, Koprvazy i Bedová, tam gdzie się żegnali, Dora wiedziała już o nich wszystko. No a potem biegła do chałupy Surmeny przez lasek z tyłu, podczas gdy przyjezdny ruszał naokoło, łukiem otaczającym łąkę. Dziesięć minut przewagi czasowej w zupełności wystarczyło, by Dora zdążyła powiedzieć ciotce wszystko, czego się dowiedziała.

– Proszę, proszę – Surmena witała po chwili gościa i nim zdążył otworzyć furtkę, wołała: – Proszę, proszę, nie ma strachu, już ja ulżę w tym bólu pleców, z tym utrapieniem ze zgubionymi piniędzmi też sobie jakoś poradzimy, ale z pana gapa, hę? Ale to nic, to nic, wszystko na dobre się obróci, proszę, proszę, wszystkiemu zaradzimy!

Nie było na świecie człowieka, który nie padłby z nabożną czcią na twarz przed kobietą, która ledwo go ujrzała, już potrafiła odczytać wszystkie jego troski, choć ani słowem się nie odezwał. Ludzie wchodzili pokornie do ciemnej izby, gdzie czas zatrzymał się w połowie ubiegłego wieku i gdzie Surmena szybko stawiała na kuchni garnek do topienia wosku, a na stole miskę z zimną wodą.

– Właśnie to najbardziej im pomaga – śmiała się dobrodusznie Surmena, kiedy wychodzili, a Dora pytała, czy one przypadkiem nie oszukują tych ludzi. – Skoro uwierzyli w gadanie o tym, co umim, i zdecydowali się przyjechać po pomoc aż tu, do obcej starej baby, to jak amen w pacierzu muszą być w tarapatach. A nuż jestem ich ostatnią nadzieją. Przychodzą, boją się, nie dowierzają, ale nadzieja prowadzi ich aż tu, do mnie. I pamiętaj, więcej jest tych, co mają problemy nie na ciele, ino na duszy. A te problemy źle się leczy, kiedy taki bidak niedowiarkiem jest i mojej siły niepewny. Wiesz, jaka to ulga, kiedy już od progu widzi, że naprawdę mam wyjątkową moc? I jaki kamień wielgaśny z serca takiego nieboraka spada, jak zmiarkuje, że już mi w twarz gadać nie musi, co mu dolega? Wtenczas zaraz wierzy, że mu pomogę, i rację ma. Już rozumisz? To nie oszustwo, ino mądra pomoc.

A zatem Dora już nie pytała, jak święte potraktowała też słowa Surmeny:

– Nikomu nie możesz o tym mówić. Nigdy nie możesz powiedzieć nikomu, prócz mnie, co ci ludziska mówiły po drodze i że żeś z nimi w ogóle rozmawiała. To tajemnica. Musi pozostać między nami, rozumisz?

Dora skinęła głową.

– Gdyby kto się dowiedział, pomoc przestałaby działać. Rozumisz?

Dora znów potaknęła.

– A w szczególności, dziecko, co prędzej te ich opowieści z głowy wyrzucaj. Dla własnego dobra, inaczej ich troski i ciebie zaczną trapić. Obiecujesz?

Dora obiecała, bo wówczas nie istniało nic, czego by odmówiła Surmenie.

×××

Surmena wzięła ich pod opiekę, kiedy Dora miała osiem lat, a Jakubek cztery. Dora była pewna, że Surmenie nawet przez myśl nie przeszło, by mogli trafić do kogoś innego. Wtedy nie była jeszcze taka stara, żeby nie dać sobie z nimi rady, a wielkie serce nie pozwoliłoby jej postąpić inaczej. W dodatku nie miała własnych dzieci i Dora do dziś była przekonana, że oni je zastąpili.

W sześćdziesiątym szóstym, kiedy się do niej wprowadzili, Surmena miała mniej więcej pięćdziesiąt lat. Ale już wtedy było w niej coś, co czyniło z niej staruszkę. Może to przez włosy skryte pod chustką, którą nosiła do stroju ludowego, chociaż nigdy nie była zamężna, może przez siatkę drobnych zmarszczek biegnących krzyżującymi się ścieżynkami po jej twarzy, może przez posturę, pochyloną, jakby chciała skulić się sama w sobie. Chodziła przygarbiona, z zapadniętą klatką piersiową, właściwie nie tyle chodziła, co skakała, z powodu nogi, która przy każdym postawionym kroku lekko się gięła, upodabniając chód Surmeny do podskoków wróbla. Mawiała, że to pamiątka z wojny, kiedy uciekała do lasu i upadła tak pechowo, że nie potrafiła sobie pomóc. Nawet ona. Niby naprawjaczka z niej znana w całej okolicy, a kuśtyka, mówili ludzie. Tylko niby jak miała sama sobie nastawić nogę? Jak miała nią szarpnąć i szybko obrócić tak, by staw wskoczył z powrotem dokładnie na swoje miejsce? Zrobiła, co się dało, usztywniła nogę długimi gałęziami i czekała, aż przejdą wojska – sama w lesie, trzy dni i trzy noce.

Dora była później kilka razy świadkiem, jak Surmena przeprowadzała tego typu zabiegi. Stała nad chorym w rozkroku, nachylona obejmowała jego udo lub łydkę, w zależności od tego, który staw był wybity, ściskając zarazem kostkę pacjenta pod pachą. Z całej siły szarpała i przekręcała nogę, poszkodowany wydawał przerażający okrzyk, aż Dorze zdawało się, że on umiera, a potem nagle cisza – staw wjeżdżał na swoje miejsce. Kiedyś spytała, gdzie Surmena się tego nauczyła, a ona zrobiła dziwny grymas. Powiedziała, że to była jedyna rzecz, której nie przejęła od swojej matki, bogini Justýny Ruchárki. Umiejętność nastawiania kości zawdzięcza grabarzowi z Hrozenkova, właściwie nauczyła się tego na ludziach. Na martwych ludziach. Ze wszystkich bogiń z Žítkovej grabarz wybrał właśnie ją, bo mieszkała w chałupie sama, tylko z młodszą siostrą Ireną. Pewnego wieczoru po prostu ich do niej przywiózł. Ponoć już z daleka słyszała, jak kości postukiwały jedna o drugą w trzech drewnianych skrzyniach. Przytachał je prosto z cmentarza, na wózku i bezceremonialnie wyładował u nich w izbie. Tak go jakoś naszło, że mogłaby się na nich trochę podszkolić, jak składać kości. Upierał się, że to się bardzo przyda. Zwłaszcza w czasach, kiedy zanosiło się na wojnę. Surmena z początku była przerażona. Trzy skrzynie przez trzy doby stały w izbie. Zamknięte, tak jak je tam zostawił grabarz, a one z Ireną spały na strychu, bo bały się przebywać z nimi w jednym pomieszczeniu. Ale grabarz przychodził co wieczór, sprawdzał, jak jej idzie, trzeciego dnia nie wytrzymał, podważył wieka skrzyń i sam złapał za białe, trochę tylko umazane ziemią kości, próbując je ze sobą złożyć. Surmena najpierw mało nie zemdlała. Jednak potem nie mogła już na to patrzeć. Wyrwała nieporadnemu mężczyźnie kości z rąk i zabrała się do składania, zdając się na własną znajomość budowy ludzkiego ciała. Niestrudzenie próbowała dopasować kości do siebie, wiązała je drutem. Dłubała w nich tak długo, aż w końcu wszystkie elementy znalazły się na swoim miejscu, a w izbie stanęło trzech przystojniaków. Podobno właśnie dzięki nim, czy raczej przez nich, Surmenie odechciało się zamążpójścia. Ale sława o jej umiejętnościach się rozeszła i na naprawy zaczęli przychodzić do niej petenci ze strony morawskiej i słowackiej. Przychodzili też po tym, kiedy rozniosło się, że ona sama nigdy już dobrze nie stanie na własnej nodze.

Właśnie taką, kuśtykającą i zgarbioną, Dora pamiętała Surmenę od zawsze. Jednak ułomność na ciele nie miała najmniejszego wpływu na jej charakter – była wobec siebie twarda i nieprzejednana, nigdy nie unikała żadnej pracy fizycznej, nawet wówczas, gdy jej kalectwo musiało być naprawdę uciążliwe, od innych też wymagała, by się ze sobą nie pieścili. Także od nich, dzieci.

Dziś Dora jest jej wdzięczna za tę życzliwą bezwzględność, za to, że się z nimi nie cackała i nie pozwoliła myśleć o tragedii. Zachowywała się jak gdyby nigdy nic i już na drugi dzień pogoniła ich do szkoły i do roboty. Ale przez pierwsze popołudnia czekała z Jakubkiem przed szkołą, żeby potem zaprowadzić Dorę na górę, na Bedovą. Na pewno czuła, że będzie ją otaczał krąg wścibskich, którzy nie odpuszczą sobie natrętnych pytań lub – co gorsza – będą się nad nią rozczulali. Odbieranie ze szkoły było jedynym odstępstwem od normy, jakim Surmena chciała złagodzić trudne tygodnie następujące po dramacie, który jej, Dorze, tak brutalnie zmienił życie.

Dora Idesová

– Słuchaj, a ta twoja Surmena – zagadnęła ją raz na obiedzie koleżanka, Lenka Pavlíková – sprawdzałaś kiedyś, czy jest na liście?

Dora pokręciła głową. Nie było powodu. Listy osób współpracujących z komunistami od dawna wzbudzały w Czechach wiele emocji, jednak ona, teraz, prawie dziewięć lat po rewolucji, nie sądziła, że może znaleźć tam coś ciekawego.

– Nie wiem, czy to ma jakiś związek z twoimi badaniami… Ale zauważyłam, że tam widnieje. Tylko nazwisko. Kilka wersów nad moim wujkiem, dlatego zwróciłam uwagę. Pomyślałam, że mogłoby cię to zainteresować.

Serce Dory zaczęło bić szybciej. Surmena na liście? Dlaczego, na miłość boską?

Chwilę potem roztrzęsiona weszła dwa piętra wyżej i zamknęła się w swoim gabinecie.

Myślała, że sprawdziła już wszystko. Że nie przeoczyła żadnego źródła. Że przez te wszystkie lata, poświęcone rozbieraniu na części pierwsze losu Surmeny i reszty bogiń, nie umknęło jej absolutnie nic.

A kosztowało ją to wiele wysiłku. Spędziła dziesiątki godzin w zakurzonych archiwach, wydreptała dziesiątki kilometrów ścieżynkami w Białych Karpatach, ugięta pod ciężarem plecaka, w którym prócz podarunków dla swoich rozmówców – naocznych świadków działań bogiń – tachała też ciężki magnetofon z kablem i mikrofonem, do którego koniec końców i tak nikt nie chciał nic powiedzieć. Spędziła długie miesiące, lata nawet, gromadząc wszystkie materiały, które teraz, starannie posegregowane, zarchiwizowane, skatalogowane, sfotografowane, pieczołowicie poukładane w teczkach, koszulkach i grubych segregatorach, zerkały na nią ze ścian gabinetu. Co dzień wchodziła do niego jak do świątyni. Z nabożną czcią pieściła wzrokiem ściany, gdzie na kilku żelaznych regałach było wszystko. Wszystko, co mogła w tej dziedzinie odkryć. Przynajmniej tak jej się dotąd wydawało.

Ale chyba się myliła.

Podenerwowana chodziła w tę i z powrotem po wąskiej pracowni. Nie mogła w to uwierzyć. Może Lence Pavlíkovej coś się przywidziało? Może to pomyłka? Niby dlaczego Surmena miałaby być na liście? W końcu Dora włączyła komputer i zamówiła na stronie biblioteki miejskiej egzemplarz gazety z listą lustracyjną Petra Cibulki. Kiedy pod wieczór wyjdzie z pracy, zerknie na nią.

Jednak do tego momentu zostało jeszcze kilka godzin i czas zaczął jej się niemiłosiernie dłużyć. Próbowała wrócić do tego, co robiła przed południem, i dokończyć przynajmniej zaczętą pracę – na marne. Robiła błędy, nie mogła się skupić. Wreszcie zdała sobie sprawę, że siedzi bezczynnie przy biurku ze splecionymi rękami i nieobecnym wzrokiem patrzy to na monitor, to na regały. Krótko mówiąc, marnuje dzień. Ciężko westchnęła i wyciągnęła rękę po książkę, w której grzbiet przed chwilą bezmyślnie się wpatrywała. Tom w twardej, czarnej, płóciennej oprawie, z tłoczonym na złoto tytułem BOGINIE Z ŽÍTKOVEJ. Pod spodem jej imię i nazwisko. Owoc wieloletniej harówki. Chciała, żeby coś zostało po nich, po boginiach. Jej praca magisterska.

Dzisiaj Dora ma zastrzeżenia do jej treści. Ale to właśnie ta praca pod koniec lat osiemdziesiątych umożliwiła jej zadomowienie się tu, wśród mrocznych korytarzy i ciasnych gabinetów instytutu. Dzięki tej pracy pisemnej przyjęto jej podanie i nie musiała szukać zatrudnienia w żadnym z muzeów regionalnych, mogła zostać w Brnie, w Instytucie Etnografii i Folklorystyki Akademii Nauk, skąd – co najważniejsze – miała blisko do Jakubka. Nawet po rewolucji, kiedy cała instytucja trzęsła się w posadach, Dory nie zwolniono. Pewnie ze względu na jej tak mało kontrowersyjne badania i usposobienie tak mało przebojowe, że nie stanowiła zagrożenia dla nikogo w płytkim morzu etnologii czeskiej. Ani wcześniej, ani teraz. Z zadowalającą, lecz nieimponującą liczbą artykułów, wystąpień konferencyjnych i cytowań, bez ambicji na awans, zagrzebana po uszy we własnym, wąskim temacie, który nie jest atrakcyjny ani „na czasie” (za takimi gonią ci bardziej drapieżni), była dokładnie tam, gdzie chcieli ją widzieć inni: poza konkurencją. Zamknięta w swoim gabinecie, tym samym od lat, robi swoje. Pisze. Nową pracę, w której chce zawrzeć to, czego nie mogła w magisterskiej.

Ale teraz stop, musi się zatrzymać. Nie może kontynuować pisania, dopóki nie dowie się, co skrywają archiwa ministerstwa spraw wewnętrznych, gdzie przechowywane są informacje o współpracownikach brutalnego komunistycznego aparatu bezpieczeństwa StB, czyli Służby Bezpieczeństwa. O kapusiach i konfidentach, o wtyczkach i szpiclach. Dorze zakręciło się w głowie, kiedy wieczorem w bibliotece faktycznie znalazła wśród nich nazwisko Surmeny. Zamknęła listę Cibulki i długo jeszcze siedziała bez ruchu, nie mając siły wstać i wyjść. To nieprawdopodobne, absurdalne odkrycie zupełnie ją sparaliżowało. Zasnęła dopiero nad ranem.

Zaraz na drugi dzień wysłała do ministerstwa wniosek o lustrację. Surmenová Terézie (1910 – 1979), zamieszkała na kopanicy Bedová, Žítková 28, powiat Uherské Hradiště. Wcześniej wykonała kilka telefonów, w których efekcie otrzymała przesyłkę z ewidencji ludności urzędu gminy w Žítkovej – dokument potwierdzający stopień pokrewieństwa Dory i Surmeny.

– W ciągu trzech miesięcy otrzyma pani odpowiedź – usłyszała, kiedy kilka dni później sprawdzała, czy w ministerstwie odebrano jej wniosek i dokumenty.

Od tej chwili mogła już tylko czekać. Cierpliwie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, trzy miesiące.

Czekając, na nowo przeglądała materiały, które, zbierane przez długie lata, piętrzyły się w pokaźnych stosach, wracała do swoich teorii, niepełnych, niewyczerpujących konkluzji. W myślach rysowała łańcuch wydarzeń, które wpłynęły na życie bogiń, schemat mający źródło w odległej przeszłości, a ujście u jej stóp. Rozlany w deltę losów ludzi, z których większość znała osobiście. Wspominała. Potrafiła to robić. Jakby wszystko rozgrywało się w jej obecności. Wystarczyło przymknąć oczy i zapomnieć o tym, co ją otacza, i już tam była. W krainie bogiń, na Žítkovej, w chałupie z Jakubkiem czy Surmeną… Chyba jedynie dzięki tym myślom, tyle razy przywoływanym, udało jej się jakoś przetrwać długie lata rozłąki, kiedy każde z nich było na innym krańcu Moraw, każde z nich samotne. Gdyby nie te wspomnienia, zwariowałaby w internacie albo później, w Brnie. Wspomnienia dawały jej siłę. I były pełniejsze, barwniejsze, za każdym razem, gdy odkrywała jakiś nowy element układanki o rodzie bogiń z Žítkovej, wszystko jedno, czy była to notka z rozprawy tych, które były sądzone za odprawianie czarów, czy tych, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu prześladował sąd w Uherskim Hradiště. Miała wrażenie, że po przestudiowaniu wszystkich znalezionych dokumentów zna każdą z tych kobiet tak dobrze jak Surmenę. Chociaż – czy rzeczywiście ją znała?

Od momentu, kiedy okazało się, że Surmena miała coś wspólnego z bezpieką, Dorą targały wątpliwości. Na domiar złego dołączyło do nich zdenerwowanie, narastające wraz ze zbliżającym się końcem trzymiesięcznego oczekiwania na odpowiedź. Pragnęła poznać wynik, lecz zarazem bała się go, ścierały się w niej strach i niecierpliwość.

W końcu nie wytrzymała i ostatniego dnia trzeciego miesiąca zadzwoniła do archiwum.

– Lustracja trwa, jest pani na liście oczekujących – brzmiała obojętna odpowiedź urzędniczki.

Zaskoczyło to Dorę. Dlaczego nie mają dla niej jeszcze żadnych wieści? Czy było możliwe, że teczka Surmeny zaginęła? A może nie chcą jej wydać? Wpadała w panikę i z każdym kolejnym dniem narastało w niej uczucie, że zaraz eksploduje z napięcia.

Aż pewnego ranka ciszę jej gabinetu rozdarł surowy dźwięk telefonu.

– Mamy dla pani te akta. Surmenová Terézie, tysiąc dziewięćset dziesięć, tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt dziewięć. Nie współpracownik, tylko osoba rozpracowywana. Kiedy pani przyjedzie? – zapytał chłodno głos po drugiej stronie.

Archiwum: dzień pierwszy

Duża różowa teczka formatu A4, którą przed nią położono, była podpisana imieniem i nazwiskiem: SURMENOVÁ TERÉZIE. Leżała na nowym, lśniącym od lakieru biurku archiwum StB w Pardubicach, dokąd Dora przyjechała, kiedy tylko powiadomiono ją listownie, że kopię akt osoby rozpracowywanej doręczono do tamtejszego oddziału.

Teczka była zaskakująco gruba, grzbiet miał na oko Dory dobrych siedem, osiem centymetrów. Przejrzenie wszystkiego zajmie jej długie godziny. Wzięła teczkę do ręki. Pobieżnie przekartkowała zawartość. Pod opuszkami palców migały wypełnione na maszynie formularze, dokumenty, wycinki z gazet i odręczne notatki.

Przełknęła ślinę. Cieszyła się, że ńurmena nie należała do informatorów bezpieki, z drugiej jednak strony miała obawy, czy los ciotki nie ukaże się jej w nowych, nieznanych barwach. Albo czy nie powróci ból, który dusiła w sobie od czasu, kiedy tak brutalnie oderwali je od siebie.

Drżąc, otworzyła teczkę i wzięła do ręki przybrudzony arkusz papieru przebitkowego oznaczonego numerem jeden.

1

Od: Komenda Rejonowa VB w Uherskim Brodzie

Nr ref. VB-3814/01-1953

Do: Gminna Rada Narodowa w Žítkovej

Dotyczy: SURMENOVÁ, TeréziePolecenie sporządzenia charakterystyki

Wnosimy o sporządzenie charakterystyki ob. Terézii Surmenovej, ur. 24.07.1910, zam. Žítková 28. Charakterystyka winna zawierać: pochodzenie klasowe, poglądy oraz działania w czasie wojny, przynależność polityczną wcześniejszą i obecną, formy uczestnictwa w życiu publicznym, stosunek do demokracji ludowej, stosunek do pracy, życie rodzinne, cechy osobowe, cechy charakteru.

Charakterystykę przesłać w dwóch kopiach najpóźniej w ciągu 8 dni do tutejszej komendy 00-VB.

Cześć pracy!

Naczelnik: Dvořák

17.09.1953

2

Od: Gminna Rada Narodowa w Žítkovej

Nr ref. VB-3814/01-1953

Do: Komenda Rejonowa VB w Uherskim Brodzie

Dotyczy: SURMENOVÁ, Terézie – charakterystyka

Terézie Surmenová, ur. 24.07.1910, panna, pochodzi z małorolnej rodziny chłopskiej, niezrzeszona, ani przed wojną, ani po roku 1945, bezpartyjna. Jej stosunku do demokracji ludowej nie da się uznać za pozytywny, nie wyraża bowiem chęci brania udziału w kolektywnej pracy w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, do której nie chce przyłączyć się ze swoim polem o wymiarze 1,6 ha. Nie udziela się w życiu publicznym, nie można jednak uznać jej za bierną, ma bowiem kontakt z wieloma obywatelami, którzy odwiedzają ją z powodu jej domniemanych zdolności uzdrowicielskich; praktyki te miały miejsce tak podczas wojny, jak i teraz. Praktyki te potępiają miejscowi towarzysze, jest to bowiem oszustwo, dokonujące się wobec naszych ufnych i mniej postępowych obywateli czechosłowackich. Z tych przyczyn jesteśmy zmuszeni uznać, że ma złe cechy charakteru, ponieważ regularnie wzbogaca się kosztem społeczeństwa, za pomocą dochodów ze wspomnianych praktyk leczniczych połączonych z nielegalną sprzedażą ziół.

Jej życie rodzinne także nie jest uporządkowane, wiadomo, że spotykała się z Janem Ruchárem, ur. 17.01.1884, zamieszkałym w Žítkovej 98, który to był kuzynem jej matki; z tego niezalegalizowanego związku powstało dwoje dzieci, oboje zmarło niedługo po porodzie, w latach 1939 i 1942.

Dostawy obowiązkowe realizuje.

Cześć pracy!

Sekretarz Gmin. Rady Nar.: Lipták

25.09.1953

Dora ze zdumieniem odłożyła maszynopis.

Surmena nigdy nie wspominała o dzieciach. Nie chodziła do nich na groby, a przecież regularnie odwiedzali cmentarz, dbali o nagrobki krewnych. Dzieci? I to z Ruchárem?

Dora nieufnie przeczytała sprawozdanie jeszcze raz, nim odłożyła je z powrotem do teczki. Postanowiła spytać o to Baglárkę, kiedy tylko następnym razem przyjedzie na Žítkovą. Ona powinna coś o tym wiedzieć.

Zresztą, przecież to nie z powodu dzieci z nieprawego łoża zaczęły się nią interesować służby mundurowe VB. Najwyraźniej problem stanowiło bogowanie Surmeny. Dora pospiesznie sięgnęła po następny dokument. Kolejny nakaz od jednostki Bezpieczeństwa Publicznego w Uherskim Brodzie; żądali szczegółowych informacji na temat praktyk Surmeny: „Podawajcie tożsamość obywateli, którzy odwiedzają Surmenovą, o ile jest ona Wam znana, informujcie także, w jakim celu skorzystali z jej praktyk…”.

Z dokumentów, jednego po drugim, wynikało, że sekretarz Lipták nigdy nie zwlekał z wykonaniem wyznaczonych mu zadań. Tydzień po nakazie do Brodu powędrował kilkustronicowy raport z działań Surmeny, w kolejnych tygodniach uzupełnienia i szczegóły, później także odpisy sprawozdań z zebrań Gminnej Rady Narodowej. „Należy ukrócić to wstecznictwo! – głosiły. – Takie praktyki to plama na honorze gminy! Zapobiegnijmy niedozwolonym praktykom!”. Członkowie rady gorliwie wyrażali swoją dezaprobatę wobec niepostępowych działań towarzyszki Surmenovej.

Pod koniec następnego roku Surmenę po raz pierwszy wezwano na komisariat.

Nic.

Oczywiście. Co niby mieliby jej udowodnić?

Dora z zadowoleniem odłożyła dokument o zawieszeniu dochodzenia.

Pod nim pojawił się plik listów w przezroczystej folii. Ostrożnie wyjęła pożółkłe papiery; niektóre okazały się rozprasowanymi opakowaniami po cukrze, mące. Wewnętrzną, niezadrukowaną stronę pokrywało drobne, niewprawne pismo.

Brednie, farmazony i obmowy. Dora nie wierzyła własnym oczom.

Trucie zwierząt domowych z nienawiści do sąsiadów. Sporządzanie napojów odurzających, po których człowiek traci wolną wolę. Szerzenie zepsucia wśród młodzieży. Listy pisała Ruchárová. Dora pomyślała, że najwyraźniej zwariowała z zazdrości, skoro była zdolna do pisania tak absurdalnych donosów. Tyle że w morzu bzdur, które bazgrała w nierównych wersach, czasem pojawiała się też jakaś istotna informacja. Kto odwiedził Surmenę. Czego od niej chciał. Co jej za to dał.

Czyżby stawała na drodze z Bedovej i spowiadała wracających od Surmeny ludzi, którzy pod wpływem bezbrzeżnej ulgi wszystko jej wygadywali?

Zniesmaczona Dora wcisnęła oszczerstwa z powrotem do foliowej koszulki. W złym humorze przeglądała kolejne raporty od rady narodowej z Žítkovej, w pewnej chwili jej wzrok zatrzymał się na piśmie zaadresowanym do prokuratury w Uherskim Hradiště.

23

Od: Rejonowa Rada Narodowa w Uherskim Brodzie, Wydział Zdrowia

Nr ref.: Zdrow. 277/1995

Do: Prokuratura Rejonowa w Uherskim Hradiště

Dotyczy: Prośba o rozpoznanie sprawyprowadzenia niedozwolonych praktyklekarskich przez Surmenovą Terézię

Wydział Zdrowia Rejonowej Rady Narodowej w Uherskim Brodzie został poinformowany o fakcie, iż obywatelka SURMENOVÁ TERÉZIE z Žítkovej prowadzi praktykę lekarską za opłatą, nie mając do tego kwalifikacji. W ostatnim czasie, jak dowiadujemy się od pacjentów i jak sami mogliśmy zaobserwować, miało miejsce kilka przypadków „naprawiania” przez nią zwichniętych kończyn. Istnieje niebezpieczeństwo, że Surmenová, dopuszczając się nieprofesjonalnych zabiegów czy rad, szkodzi chorym. Uzasadnione obawy mamy w następujących przypadkach:

ÚBĚHLÍKOVÁ JANA, ur. 27.06.1953, córka dróżnika, Zlechov 43 – zwichnięte biodro;

ČERNOCHOVÁ JARMILA, ur. 19.11.1954, córka blacharza, Polechovice 12 – zwichnięte biodro;

TOUŽIMSKÁ RENATA, ur. 3.12.1950, córka nauczyciela, Stražnice 86 – zwichnięty nadgarstek.

We wszystkich powyższych przypadkach zostało przeprowadzone odpowiednie profesjonalne leczenie. Rodzice nie stawili się jednak na kontroli, a jak się później okazało, zamiast udać się do profesjonalnego lekarza, odwiedzili wspomnianą Surmenovą, która przeprowadziła jakieś zabiegi na dzieciach, w dodatku za opłatą. Wyrządziła tym ludziom szkodę, przekonując ich, że jej zabieg się udał, przez co uniemożliwiła właściwą opiekę lekarską. W przypadku odroczenia kuracji przeciąga się ona dwukrotnie w czasie, czyli w efekcie staje się droższa, co jest niekorzystne dla naszego państwa.

Zalecam, by Prokuratura Rejonowa zbadała działalność ob. Surmenovej i uniemożliwiła jej kolejne próby niefachowych porad medycznych. Należy tak poczynić zwłaszcza dlatego, że każdy z obywateli naszej dem. rep. lud. ma prawo do najwyższej jakości opieki lekarskiej w profesjonalnych placówkach służby zdrowia, za darmo, nie ma więc potrzeby, by chorzy szukali pomocy laika i jeszcze wydawali na to ogromne sumy.

Kierownik Wydziału Zdrowia Rejonowej Rady Narodowej: lek. med. K. Lešný

27.04.1955

24

Od: Prokuratura Rejonowa w Uherskim Hradiště

Nr ref.: Zdrow. 277/1955

Do: Komenda Rejonowa VB w Uherskim Brodzie

Dotyczy: Surmenová Terézie – prowadzenieniedozwolonej praktyki lekarskiej – rozpoznanie

Przesyłamy Wam doniesienie Wydziału Zdrowia Rejonowej Rady Narodowej w Uherskim Brodzie z prośbą o przeprowadzenie dochodzenia. Winno mieć ono na celu stwierdzenie, czy działania osoby, o której mowa, podlegają pod przestępstwo zgodnie z § 221/1, ewentualnie § 222/1 kodeksu karnego.

Raport z wynikami dochodzenia prosimy wysłać do placówki tut. prokuratury w terminie jednego miesiąca od dnia doręczenia niniejszego zawiadomienia.

Prok. rej.: dr prawa Maňák

9.05.1955

25

Od: Komenda Rejonowa VB w Uherskim Brodzie

Nr ref.: Zdrow. 277/1955

Do: Prokuratura Rejonowa w Uherskim Hradiště

Dotyczy: Prowadzenie niedozwolonej praktykilekarskiej T. Surmenová – meldunek

W odpowiedzi na wniosek z dnia 9.05.1955 donosimy, co następuje: W przypadkach przytoczonych przez Rejonową Radę Narodową w Uherskim Brodzie i Wydział Zdrowia, w trakcie czynności operacyjno-rozpoznawczych ustalono, że matka ÚBĚHLÍKOVEJ JANY, Jiřina Úběhlíková, ur. 12.02.1930, zam. Zlechov 43, nigdy nie odwiedziła Surmenovej. W sprawie zwichniętego biodra swojej córki twierdzi, że jest ono zupełnie zdrowe, co zademonstrowała przedłożeniem chodu córki, która (obecnie już dwuletnia) stoi i porusza się odpowiednio dla swojego wieku. Na pytanie, dlaczego po pierwszym rozpoznaniu nie odbyła kolejnych wizyt u lekarza prowadzącego w UH, podała, że biodro dziecka samo się wyleczyło, więc nie uznała tego za konieczne.

Także Černochová Jarmila, ur. 12.03.1929, zam. Polechowice 12, matka ČERNOCHOVEJ JARMILI, zaprzeczyła, jakoby odwiedzała Surmenovą, i zeznała, iż jej córce nic nie dolega. Matka TOUŽIMSKEJ RENATY, Toužimská Ludmila, ur. 13.02.1925, zam. Stražnice 86, której córka miała zwichnięty nadgarstek i która stawiła się na nasze wezwanie na przesłuchanie, zeznała, co następuje:

„Byłam w przychodni powiatowej w Uh. Hrad. u doktora Hřiba na drugi dzień po wypadku córki, ponieważ dziecko płakało całą noc i miało spuchniętą rączkę, powiedział mi, że uraz jest nieznaczny i odesłał nas do domu bez udzielenia pomocy lekarskiej. Ponieważ dziecko ciągle płakało, na trzeci dzień odwiedziłam Surmenovą, o której słyszałam, że jest znaną uzdrowicielką. Poruszała ona ręką córki w różne strony, czymś ją nasmarowała, a potem zawinęła w bandaż, przy czym dziecku tak ulżyło, że przestało płakać. Zostawiliśmy tak rękę na tydzień, tylko raz zmieniliśmy bandaż i posmarowaliśmy maścią, którą zrobiła dla nas Surmenová, po czym ręka dziecka się zagoiła. Teraz normalnie nią rusza”. Na pytanie, czy Surmenová zażądała jakichś pieniędzy, Toužimská zaprzeczyła, zeznała jednak, że przywiozła jej w prezencie jajka i sadło. Toužimská z dzieckiem zostały odesłane do kontroli na oddział ortopedii tutejszego ośrodka zdrowia, do ordynatora lek. med. Dufka, który po badaniu oświadczył:

„U dziecka mieliśmy prawdopodobnie do czynienia z dystorsją lewego nadgarstka. Lekkie urazy mają to do siebie, że w ciągu kilku dni dochodzi w nich do samoistnego ustąpienia bólu i powrotu do normalnego funkcjonowania. Z tego doświadczenia wychodził najwyraźniej lekarz oddziałowy, który bandażowanie urazu uznał za zbędne. Fakt, iż po jakimś czasie doszło do wyleczenia stawu, dowodzi słuszności stanowiska lekarza. Jak mniemam, stabilizacja nastąpiła samoistnie i doszłoby do niej także bez interwencji ze strony ob. Surmenovej”.

Lek. med. Dufek wyraźnie poprosił o ukrócenie działalności Surmenovej, która poprzez swoje amatorskie zabiegi wprowadza społeczeństwo w błąd i utrudnia wykonywanie zawodu wykwalifikowanym lekarzom.

Rozpoznanie operacyjne przebiegło także w miejscowości zamieszkania figurantki, gdzie prowadzili je st. por. Vařejka i por. Kladka. Operacja rozpoczęła się dnia 19.05.1955 o godz. 09.15 w siedzibie Gminnej Rady Narodowej w Žítkovej. Obecni byli: prezes, tow. Loubal i sekretarz, tow. Lipták.

Działalność Surmenovej opisali jako niegodziwą i oszukańczą, okradającą ustrój ludowodemokratyczny poprzez rozgrabianie majątku publicznego Leśnictwa Uherský Brod (figurantka sprzeniewierza narodowe bogactwa naturalne) oraz poprzez nielegalne leczenie obywateli za opłatą. Na pytanie o konkretny przykład tow. Lipták i tow. Loubal odpowiedzieli, że nie wiedzą, ale wskazali tow. Ruchárovą i tow. Hodouškovą, które, jako starsze obywatelki i bliskie sąsiadki Surmenovej, będą się orientować.

W domu na Žítkovej 98 zastano tow. Ruchára, którego wypowiedź nie potwierdziła słów prezesa i sekretarza rady; Ruchár powiedział tylko, że do Surmenovej przychodzi dużo ludzi, których on nie zna. O leczeniu ani opłatach nic nie wiedział. Wypowiedź tow. Hodouškovej, zam. Žítková 46, także nie potwierdziła słów towarzyszy Loubala i Liptáka. Przesłuchiwana powiedziała jednak, że figurantka potrafi leczyć bydło, odpędzać burze i że przewiduje przyszłość. Wypowiedź Hodouškovej niewiarygodna, przesłuchiwana wydaje się silnie wierzącą, starszą osobą, ulegającą nierealistycznym wyobrażeniom, bez właściwego poglądu na współczesne życie w republice socjalistycznej.

O 12.45 próba przesłuchania figurantki, nie zastano jej jednak w domu, nie stawiła się tam aż do godziny 16.00. Operację przerwano.

Dnia 25.05.1955 nowa próba zastania figurantki, tym razem była w domu. Na pytanie, czy zna wyżej nadmienione dzieci, odpowiedziała, że nie zna. Na pytanie, czy prowadzi niedozwoloną praktykę lekarską, odpowiedziała, że nie prowadzi, ale jeśli może coś doradzić, chętnie to czyni. Jako konkretny przykład podała płukanie gardła śliwowicą przy bólu gardła. Zaprzeczyła, jakoby odwiedzali ją obcy ludzie. Zaprzeczyła, jakoby pobierała opłaty za swoją działalność. Zaprzeczyła, że kradnie majątek narodowy z lasu. W domu, na który składają się jedna izba i jeden korytarz, znaleziono większą ilość suszonych ziół, poza tym nic szczególnego. Figurantka została uprzedzona o możliwych następstwach pokątnej działalności.

Operacja zakończona dnia 25.05.1955 o godz. 16.53.

Wnioski: Po przeprowadzeniu rozpoznania stwierdzamy, że istnieje uzasadnione podejrzenie, że figurantka Surmenová, choć temu przeczy, prowadzi niedozwoloną praktykę lekarską. Zasięgu jej usług ani wynagrodzenia finansowego, jakie za nie pobiera, nie udało się stwierdzić służbom mundurowym. Przez wzgląd na charakter zadania służby mundurowe Bezpieczeństwa Publicznego uważają, że działania Surmenovej wymagają bardziej dogłębnego śledztwa, które może zakończyć się sukcesem jedynie, gdy będzie prowadzone przez nasze służby tajne. Z tego względu poinformowany został referat powiatowy StB w Uh. Hradiště, gdzie przekazano rozpoznanie. Sprawy podjął się ref. Švanc, Departament III, który już wcześniej inwigilował figurantkę i z którym należy kontaktować się w sprawie dalszego przebiegu sprawy.

Naczelnik: Rudimský

29.05.1955

Przy wzmiance o płukaniu gardła śliwowicą Dora zaśmiała się w duchu. Ale kiedy z kolejnych dokumentów dowiedziała się, że Bezpieczeństwo Publiczne, VB, czyli ówczesna policja, oficjalnie oddało sprawę Surmeny tajnym służbom StB, zrozumiała, że żarty się skończyły. Od połowy 1955 roku Surmena była inwigilowana przez tajniaków jako wróg ustroju.

A potem już poszło, działali szybko, w krótkim czasie wymienili dziesiątki zwięzłych listów.

O powierzeniu sprawy Departamentowi III StB w Uherskim Hradiště i referentowi Švancowi. O zatwierdzeniu dalszych kroków. O oddelegowaniu do śledztwa porucznika Kladki, który przeprowadził pierwszą operację w terenie i był zaznajomiony ze sprawą. O przyjęciu go jako pracownika operacyjnego StB w Uherskim Hradiště i nadaniu mu pseudonimu „Komentator”… I tak dalej.

Dostał awans, gorliwiec, pomyślała Dora, starannie złożyła przeczytane dokumenty i zagłębiła się w kolejne.

42

Do: Referat Powiatowy StB

Uherské Hradiště, Departament III

Do rąk własnych ref. Švanca

Sporządził: pseudonim/nr ref. KOMENTATOR/15701

Typ współpracy: pracownik operacyjny

Rejestrujący urząd StB: Uherské Hradiště

Meldunek z dochodzenia ws. Surmenovej Terézii

Wziąwszy pod uwagę fakt, że dotychczasowe śledztwo ws. osoby rozpracowywanej nie było udane z powodu otwartej niechęci osób przesłuchiwanych do rozmów z organami służb mundurowych Bezpieczeństwa Publicznego, konieczne było przeprowadzenie tajnego śledztwa. Zgodnie z rozkazem wraz z ppor. Novotną dnia 18.09.1955 udaliśmy się do gminy Žítková, pod przykryciem turystów. Ppor. Novotná została poinstruowana, by skontaktować się z Surmenovą pod pretekstem prośby o pomoc i zbadać szczegóły jej działalności, podczas gdy ja kontaktowałem się z tamtejszymi obywatelami w celu uzyskania informacji uzupełniających.

Ustalono, że Surmenová ma dobrą reputację w miejscu zamieszkania, prowadzi spokojny tryb życia. Od roku 1944, kiedy skończył się jej związek z Janem Ruchárem (mieszkającym w pobliskim domu na zboczu Černá wraz ze swoją prawowitą małżonką), żyje samotnie. Rodzice zmarli przed wojną, spotyka się jedynie z młodszą siostrą Ireną, nie utrzymuje kontaktów ze starszym rodzeństwem. Surmenová ponoć rzadko oddala się od swojego miejsca zamieszkania – raz w tygodniu chodzi do kościoła i na zakupy do St. Hrozenkova. Jest głęboko wierząca, z przypadkowych rozmów z miejscowymi wynika, że w innych kwestiach także wykazuje zacofanie (nie ufa lekarzom, urzędnikom i innym instytucjom, mieszka w jednej izbie, do której zimą wprowadza także bydło), z wrogim nastawieniem do ustroju socjalistycznego włącznie.

Na pytanie, czy ma jakieś kontakty ze społeczeństwem, odpowiedziano, że owszem, wiele, ale nie poza domem (mieszkańcy nie wiedzieli nic na temat kontaktów zagranicznych). Informatorzy zeznali, że Surmenovą często odwiedzają jacyś ludzie. Zarządzający tutejszym lokalem gastronomicznym „Przy nowej szkole” zeznał, że odwiedzający Surmenovą często zatrzymują się u niego, pytając o drogę, czasami przychodzą też po wizycie u Surmenovej. Zeznał, że zwykle są to kobiety, które chcą, aby przepowiedzieć im przyszłość, lub obywatele przychodzący po pomoc w chorobie.

Postawa współobywateli obecnych w lokalu uprzejma. Obecny tam obywatel zeznał, że wyleczyła jego ojca z gruźlicy, następnie zeznano o kobiecie, nazwisko nieznane, która podobno kilkakrotnie jeździła do figurantki i została wyleczona z padaczki. Zeznano także, że Surmenová za pomocą ziół pomaga zdejmować różne „uroki” i naprawiać złamania, ale nie ma dużego doświadczenia w przepowiadaniu przyszłości, w tym lepsza jest niejaka „Kosmata” lub też niejaka „Leonora”, za to jeśli chodzi o kradzieże, najlepiej pomaga „Krasňačka z Hudáków”. Na pytanie o cenę takiej usługi odpowiedziano „co łaska”, więcej współobywatele nie wiedzieli.

Śledztwo w niżej położonych częściach gminy Žítková (Koprvazy 17, Rovné 44) potwierdziło powyższe zeznania. Na pytanie, czy Surmenová pomoże przy wrzodach, odpowiedziano, że pomoże, wystarczy do niej iść. Zaoferowano pomoc ze strony córki właściciela domu nr 44, która zna drogę.

Ze śledztwa bezpośredniego w domu Surmenovej stwierdzono, że żyje bardzo ubogo. W stosunku do nieznajomych wykazuje nieufność, ppor. Novotná musiała prosić o przyjęcie. Surmenová zareagowała lepiej dopiero, kiedy została dokładniej zaznajomiona z problemem – ppor. Novotná skarżyła się na bezsenność i bóle głowy. W końcu Surmenová roztopiła na piecu wosk i mamrocząc coś niezrozumiałego, wlała go do miski z wodą. Potem długo udawała, że coś w nim dostrzega. Nakłoniła ppor. Novotną, aby zdjęła bluzkę, po czym jeździła jej dłonią po kręgosłupie, a następnie macała kark. Potem zdenerwowała się i kazała ppor. Novotnej wyjść. Powiedziała jeszcze, że gdyby nie kłamała, toby jej pomogła, ale nie w żadnym bólu głowy, tylko w trudnościach z poczęciem. Na pytanie, czy ppor. Novotná jest coś winna, odpowiedziała, że „od niej i tak by nic nie wzięła”.

Operację zakończono 18.09.1955 o godz. 16.40.

Koszty łącznie: Kčs 148,-

Wnioski: Rozpoznanie wykazało, że figurantka zajmuje się niedozwolonym lecznictwem, za które pobiera nieokreślone wynagrodzenie. Udowodniono, że dopuszcza się oszustwa i że z jej praktyk korzystają niewykształceni miejscowi i zamiejscowi obywatele. Jej działalność stanowi zagrożenie nie tylko wobec tych ufnych obywateli, lecz także zagrożenie ogólnospołeczne, Surmenová bowiem poprzez swoje negatywne podejście do ustroju socjalistycznego i zarazem poprzez niemały wpływ na szereg klienteli podważa pozycję naszej republiki socjalistycznej. Ze względu na niedostateczną liczbę dowodów i świadków chętnych do składania zeznań nie można jednak udowodnić podstawy przestępstwa w myśl § 221/1 kk ani wnieść oskarżenia. Zalecam dalszą inwigilację Surmenovej, mniemam bowiem, że to tylko kwestia czasu, kiedy jej działalność dostarczy odpowiednich przyczynków dla wszczęcia postępowania karnego.

Uwaga: Zalecam odsunięcie od sprawy ppor. Novotnej, ponieważ nie wykazała się odpowiednią postawą podczas działań operacyjnych w terenie (załamanie emocjonalne po zakończeniu wizyty u figurantki).

Łajdak, pomyślała Dora, kiedy doczytała do końca meldunek „Komentatora”. Rozgoryczona przeglądała kolejne akta.

Jak od razu zauważyła, z jego zalecenia dalszej inwigilacji wywiązano się z ogromnym zaangażowaniem – następowały liczne raporty sporządzane w regularnych miesięcznych odstępach. Nie spuszczali Surmeny z oczu. I czekali, aż się potknie. Czekali, podczas gdy pętla sznura cały czas owijała się wokół ich chaty, wiła się z Žítkovej w dół, po drodze aż do hrozenkowskiego przystanku autobusowego, a stamtąd prosto do Hradiště. Wystarczyło cierpliwie poczekać, by potem gwałtownie szarpnąć.

Tymczasem w samym środku tego oka huraganu toczyło się życie ich niczego nieświadomej trójki.

54

Od: Gminna Rada Narodowa w Žítkovej

Nr ref.: 7-Nc 103/66

Do: Sąd Rejonowy w Uherskim Hradiště

Dotyczy: Stosunki rodzinne i majątkowe TeréziiSurmenovej oraz niepełnoletn. Dory i Jakuba Idesów

Terézie Surmenová jest w bliskim stopniu pokrewieństwa z niepełnoletnimi: Dorą Idesovą, ur. 30.10.1958, oraz Jakubem Idesem, ur. 16.02.1961. Jest ona ciotką obojga dzieci, siostrą ich matki, zmarłej Ireny Idesovej, z d. Surmenovej. Ich wzajemne relacje uchodzą za dobre. Niepełnoletni Dora i Jakub Idesowie obecnie znajdują się pod jej opieką, Dora Idesová uczęszcza do szkoły podstawowej w Starym Hrozenkovie, a Jakub Ides przebywa w domu z Surmenovą, która pobiera na niego rentę inwalidzką. Jak dowiedzieliśmy się, i co jest również widoczne gołym okiem, Jakub Ides jest dzieckiem niedorozwiniętym fizycznie i umysłowo. W związku z tym zakłada się, iż nie będzie on w stanie poddać się procesowi edukacji powszechnej i że wymagał będzie stałej opieki. Surmenová jest w stanie mu ją zapewnić.

Z drugiej strony oczywistym jest, że Surmenová, przejawiająca stosunek obojętny wobec naszej Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, nie zapewni powierzonym jej dzieciom wychowania w pełni postępowego. Za właściwe rozwiązanie tej sytuacji uważamy nałożenie na tę rodzinę regularnej kontroli ze strony urzędu ds. społecznych, który doglądałby ich rozwoju.

Jeżeli chodzi o sprawy majątkowe T. Surmenovej, wiemy, iż pobiera ona rentę inwalidzką w wysokości 740 Kčs, posiada 2 sztuki bydła i uprawia część pola o powierzchni 1,6 ha. Ponadto wiadomo, iż zajmuje się uzdrawianiem, z której to czynności rejestruje podobno wysokie przychody. Nie ma więc potrzeby martwić się o ewentualne środki do życia dla powierzonych jej dzieci.

W temacie praktyk uzdrowicielskich Surmenovej już wcześniej informowaliśmy tutejsze organy Bezpieczeństwa Publicznego, które sprawdziły ten rodzaj wykonywanej przez nią działalności, otrzymaliśmy jednak powiadomienie, iż śledztwo zostało wstrzymane ze względu na niewystarczającą liczbę dowodów. W takim wypadku nie widzimy przeszkód, by opiekę nad nieletnimi nadal sprawowała Terézie Surmenová.

Kier. Dep. Spr. Wewn. Gmin. Rady Nar.: Srp

20.07.1966

Dora pobieżnie przekartkowała serię kolejnych dokumentów dotyczących przyznania Surmenie opieki nad nimi. Po Gminnej Radzie Narodowej w Žítkovej musiała zająć się tym Prokuratura Rejonowa, Komenda Bezpieczeństwa Publicznego w Uherskim Brodzie i Referat Powiatowy StB w Uherskim Hradiště, które potwierdziły nieposzlakowaną reputację Surmeny, w końcu także opinię szkoły, reprezentowaną przez wychowawczynię, i opinię urzędu do spraw społecznych. W kontekście tych wszystkich meldunków i skomplikowanej dokumentacji Dora nie mogła uwierzyć, że ich przenosiny do nowego domu przebiegły tak bezproblemowo.

Ale przebiegły, choć wciąż nie spuszczano ich z oka.

Przez ręce Dory przechodziły kolejne papierzyska opisujące ich ówczesne życie. Przed oczami wirowały jej wystukane na maszynie daty z czasu pięknych lat spędzonych z Surmeną, a pod nimi spisane wydarzenia, które pamiętała dość dobrze lub prawie wcale.

Jak na przykład przypadek dziewczyny, która mieszkała kiedyś u nich przez całe wakacje. Czas zdążył wprawdzie wymazać z pamięci Dory jej imię, ale teraz przypomniała je sobie, nagle, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Ta smutna dziewczyna, której sprawę opisywano w kolejnym meldunku, nazywała się Květa Mazovská.

Surmena mówiła wtedy Dorze, żeby nie zwracać na tamtą uwagi, póki dziewczyna sama nie będzie tego chciała. Obserwowała ją więc ukradkiem i dziwiła się, jak Surmena z nią wytrzymuje, jak niesamowicie jest cierpliwa. Dziewczyna nie potrafiła absolutnie nic zrobić porządnie, bała się krów, więc nie można jej było wysłać na pastwisko, w ogrodzie i w polu też nie było z niej pożytku. Przez pierwszy miesiąc wałęsała się wkoło chałupy albo łaziła po wzgórzu, albo po zboczu, albo spała. Do nikogo się nie odzywała. Nic więcej. Ponoć życie przestało ją cieszyć, mówiła Surmena, kiedy była u nich Baglárka; Dora podsłuchała, że próbowała nawet się na nie targnąć. Samobójczyni? Baglárka się wtedy przestraszyła, a Dora jeszcze bardziej. W jednej chałupie z samobójczynią! Potem ciągle za nią łaziła i gapiła się, skradała się za nią na spacerach, chodziła za nią krok w krok. Ale już po tygodniu jej się znudziło – ta dziewczyna naprawdę nie robiła absolutnie nic. Taka śpiąca królewna.

Jakoś w połowie sierpnia Surmena znienacka tupnęła nogą i zabrała się ostro za dziewczynę. Łaziła za nią krok w krok, gadała, zamęczała, nie poddawała się, nim dziewczyna nie siadła do krów i nie spróbowała ich trochę podoić. Nim nie pokopała w ziemi i nie wypieliła ogrodu. Nim nie poszła z rana o piątej po trawę i nie przyniosła pełnego naręcza z nogami poczerwieniałymi od porannej rosy. Z czasem poczerwieniały jej też policzki, a nawet zaczęła się śmiać. Dora dziwowała się tej nagłej zmianie, zła Surmena i pałająca energią Květa stanowiły dla niej nie lada zagadkę.

– Dziurawca się opiła dość – odpowiedziała Surmena na jej nieśmiałe pytanie. – Teraz dziewuszce musi się zachcieć żyć. A na to najlepsza robota!

Może tak, może nie, ale na pewno coś w tym było. Na początku września Květa opuszczała ich przybytek wesoła i zaokrąglona. Jeszcze przez dwa lata wracała latem, mniej więcej na tydzień, potem przyjechała tylko raz, w odwiedziny ze swoim mężem, a kolejnego lata wysłała już tylko zdjęcie, na którym tuliła dziecko w beciku. Surmena postawiła sobie to zdjęcie na półce między garnkami i czasem zerkała na nie czule, jakby wzruszona.

Jednak w leżącym przed Dorą meldunku nie było nic wzruszającego. Obserwowali je całe tamto lato, Surmenę i ją, Květę, która pochodziła z jakiejś niewygodnej ostrawskiej rodziny, dzień po dniu, całe tygodnie, miesiące i kolejne lata. Rozpracowywali też innych ludzi, którzy do nich przychodzili. Niektórych opisywali bardziej szczegółowo, z niektórymi nawet rozmawiali, na niektórych wysyłali donosy do miejsca ich zamieszkania.

Informacje tworzyły niekończący się łańcuch i były coraz bardziej do siebie podobne, pełne do znudzenia powtarzanych formułek. Były tak monotonne, że Dora zaczęła je opuszczać. Zatrzymała się dopiero przy raporcie, w którym nadzwyczaj często pojawiało się jej imię. Wyglądało na to, że kiedy nic specjalnego nie działo się wokół Surmeny, przerzucili uwagę na nią, Dorę. Odkryli, że jest aniołem, i próbowali oszacować, ile zarabia na swojej oszukańczej działalności. Typowali setki koron czechosłowackich. W Dorze wzbierał śmiech. Miedziaka, którego od czasu do czasu ktoś jej dawał, natychmiast wydawała na dole, w spółdzielni, na lody na patyku albo czekoladę z orzechami, nigdy nic nie zostawało jej w kieszeni. Poza tym przyjezdni dużo częściej po prostu wyciągali z plecaka jabłko, żeby nie zostawiać dziecka z pustymi rękami.

A więc setki koron, uśmiechała się Dora, odkładając pismo. Ale nagle zamarła. Zobaczyła papier, który dobrze znała. Którego nie udało jej się wymazać z pamięci, choć nie widziała go już całe lata. Oczy zaszły jej gęstą mgłą, poczuła mrowienie w karku. Opadła na oparcie krzesła, czując, że na czoło i skronie występuje jej pot. Leżał przed nią dokument, który zniszczył im tamto nowe, zbudowane na ruinach przeszłości życie.

Biały wężyk

Papier przyszedł w kopercie z pieczątką urzędową na początku lata 1974 roku. To było w piątek, w dzień, który nieodwracalnie wrył się w jej pamięć, dzień, którego nigdy nie zapomni, bo wokół niego skupiły się rzeczy, które zżerały, nękały i męczyły ją przez wszystkie kolejne lata.

Bo być może to wszystko była jej wina.

Bo być może ich szczęśliwe życie zginęło rozdeptane przez podeszwę jej buta.

Ale skąd mogła wiedzieć, czym jest biały wężyk?

Może wylągł się gdzieś w domu, może wniósł go tam Jakubek, a może, kto wie, naprawdę latami mieszkał w ścianie ich chałupy, jak twierdziła Surmena. I owszem, być może był całkowicie nieszkodliwy. Ale ona widziała wtedy tylko długie, obłe ciało gada, wijącego się wokół rąk Jakubka. I nieświadome oczy brata, który niezgrabnie go ściskał, przerzucał sobie z ręki do ręki, cieszył się, kiedy wąż robił gwałtowne ruchy lub rzucał się, rozpaczliwie próbując wyrwać się z jego objęć.

Chyba każdy wpadłby w panikę na jej miejscu. Zwłaszcza że Dora nigdy wcześniej nie widziała na Kopanicach węża z taką srebrną, błyszczącą, łuskowatą skórą!

Raptownie go przydeptała, Jakubek zdążył tylko jęknąć z przestrachem, a głowa węża chrupnęła pod podeszwą jej półbucika.

Potem wrzask.

Nic mu nie było, po prostu się przestraszył, a potem ogarnęła go wściekłość, że popsuła mu zabawę. Wtedy jeszcze dawała radę go utrzymać, przepychali się, podskakując po ciele węża, aż została z niego tylko rozdeptana na kamiennych płytkach krwawa papka.

Ich okrzyki ściągnęły Surmenę. Nie pierwszy raz musiałaby ich godzić, ale tym razem pobladła i oparła się o ścianę. Wyglądała, jakby lada chwila miała zemdleć.

– Zabiłaś białego wężyka?

Białego wężyka? Zadeptała tylko węża, którego Jakubek przywlókł Bóg wie skąd, zadeptała brzydkiego stwora, bo nie wiedziała, co to za paskuda. No tak, zabiła białego wężyka.

– No to miej nas teraz, Boże, w swojej opiece – szepnęła Surmena, opadając na drewnianą ławkę.

Dora stała przed nią speszona, podczas gdy Jakubek wymknął się za róg, przestraszony nieoczekiwaną reakcją ciotki. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy Dora nalegała, żeby Surmena wyjaśniła jej, co się stało, odpowiedziała:

– Tam gdzie kto zabije białego wężyka, opiekuna domu, wydarzy się wielkie nieszczęście!

Nie mogła chyba powiedzieć nic gorszego. Wraz z jej słowami w Dorze zaczęło wzbierać uczucie, które narastało powoli przez kolejne dni, tygodnie i miesiące. Uczuciem tym był wstręt do przestrzegania wszystkich bezsensownych zasad, którymi kierowali się Surmena i ludzie z Kopanic.

Kolejny mroczny zabobon? Kolejna niedorzeczność, przed którą wszyscy trzęsą portkami, jak ta, że kiedy w lesie rozlegnie się hukanie puszczyka, trzeba natychmiast się przeżegnać, żeby nieochrzczona dziecina nie wpędziła cię do grobu? Mało im tych wszystkich strachów, wszystkich rzeczy, których trzeba się wystrzegać, mało im? Teraz ma być zdjęta zgrozą z powodu martwego węża!?

Dora nie chciała wierzyć w te żałosne przesądy, w które wierzyli Surmena i podobni jej ludzie, którzy nie pojęli, że od dawna żyją w innych czasach, że nadszedł nowy wiek. Dwudziesty. W którym po górach nie tułają się nieochrzczone dzieciny, baba-jaga nie poluje na zbłąkane dzieci, a czarny kot nie przynosi pecha.

Już raz się o to pokłóciły. W tamtej chwili Dora zrozumiała, że ich drogi powoli się rozchodzą.

×××

Do pierwszej sprzeczki pomiędzy Surmeną a nią doszło niedługo przed wydarzeniem z wężykiem. W Dorze pozostał po niej niesmak, który od czasu do czasu dawał o sobie znać, wraz z bezsilnością, jaką czuła wobec losu. Losu ich wszystkich. Jej, Jakubka i Surmeny.

Wszystko zaczęło się od uczucia, które przyniosła ze szkoły. Tym razem też wypełniało ją całą, rozsadzała ją długo tłumiona złość, która w końcu wybuchnęła i wylała się na wszystkich – dzieci z jej klasy, nową towarzyszkę nauczycielkę, w końcu także na Surmenę, będącą zresztą temu wszystkiemu winną. To przez nią byli inni. To przez nią nazywano ich dziwakami, którzy, kiedy zachorują, zamiast do przychodni zwracają się do Boga i myślą, że uleczy ich klepanie paciorków. To przez Surmenę muszą tytłać się w ziemi, zbierać ziółka i przygotowywać z nich wywary i herbatki, jakby żyli sto lat temu.

– Szkodzi nie tylko sobie, lecz także biednym ludziom, których bałamuci swoją głupią, przestarzałą wiarą, uniemożliwiając im powrót do zdrowia. To niewybaczalne! – cedziła z pogardą nowa towarzyszka nauczycielka z kokiem natapirowanym wysoko nad czołem, w nowoczesnych okularach, których oprawki zwężały się po bokach w szpic. Aby podkreślić wagę swoich słów, wyjęła z torebki flakonik z lekarstwem i potrząsała nim potem przed oczami Dory, robiąc jej długi wykład na temat medycyny współczesnej. Jakby Dora sama nie wiedziała, że jak się zachoruje albo jak kogoś boli, to trzeba iść w środę do Hrozenkova do przychodni, do lekarza, co tam przyjeżdża na dyżur z Uherskiego Brodu, a jak się złamie kość, trzeba do szpitala do Hradiště, a nie do naprawjaczki gdzieś do chałupy na Bedovą.

Ale co miała robić Dora, skoro Surmena wciąż nalegała, żeby po szkole chodziła na przystanek sprawdzić, czy nie ma tam jakichś przyjezdnych szukających bogini. I chociaż coraz bardziej się wstydziła, i tak prowadziła tych ludzi na Bedovą, poza tym trzeba przyznać, że wcale nie było ich mało i przychodzili także w środy, kiedy mogli się przecież udać do towarzysza doktora do przychodni.

Jednak nie tylko to odróżniało ich rodzinę od ludzi żyjących na dole, w Hrozenkovie. Z czasem Dora zauważyła wiele innych spraw. Na przykład to, jak nędzna jest ich chałupa w porównaniu z domkami jednorodzinnymi albo nowymi bloczkami wkoło ryneczku w Starym Hrozenkovie, w których mieszkały inne dzieci z jej szkoły. Widziała swoje szare spódnice, zgrzebne koszuliny i rajtuzy, w jakie ubierała ją Surmena, kierpce tak bardzo różniące się od tenisówek reszty dzieci. Zauważyła też, że już tylko garstka Kopaniczan, schodzących się co niedziela w hrozenkowskim kościele, nosi strój ludowy. Zdecydowana większość potupywała pod ławką nogami w nowych czółenkach albo poprawiała kanty spodni od nowiutkich garniturów. Kiedyś Dora nie mogła dostrzec ołtarza zza jaskrawo kolorowych chust i wyszywanych na czerwono, tulących się jeden do drugiego czepców, dziś widok zasłaniały jej natapirowane koki i trwałe ondulacje.

To były dysonanse, których nie dało się przeoczyć. Zresztą, inni za bardzo nie chcieli ich przeoczyć. Dzieci traktowały ją z wyższością, wymuskani synalkowie i wyfiokowane córeczki robiły głupie miny, nabijając się z niej: „Dora – oszustka, Dora – aniołek. Ciekawe, czy też będzie czarownicą?”. I głośny, drwiący śmiech, jakim potrafią śmiać się tylko dzieci, który słychać już na zawsze, któremu towarzyszą smagnięcia gałązkami i rzuty kamieniami z chłopięcych rąk. A potem samotność. W samotności drapała się na górę, na kopanicę Bedovą, zostawiając za plecami nowy Hrozenkov, z nowymi bloczkami, nową szosą, po której jeździł do Trenczyna jeden samochód za drugim, z ludźmi zamieszkującymi nowy świat, tak odległy od tego ich, gdzie panowała Surmena, uznająca tylko dwa rodzaje prawa – prawo Kościoła i prawo natury.

– Po co zapraszasz tych ludzi, ciociu? – zapytała smutno Dora, kiedy wróciła do domu po scenie z nauczycielką.

– Ja nikogo nie zapraszam, sami przychodzą – odpowiedziała zaskoczona Surmena.

– A czemu nie pójdą w środę do doktora, do przychodni? – pytała dalej Dora.

– Bo doktór im nie pomoże.

– A dlaczego nie pomoże? Da im lekarstwa i się wyleczą!

– Leki nie pomagają na wszystko, Dorka – odpowiedziała cierpliwie Surmena.

– A twoje zaklęcia pomagają?

– Tak, na niektóre rzeczy pomagają bardziej niż pigułki z recepty.

– Ale tak się już nie robi… Wszyscy chodzą do doktora, a kto nie chodzi, z tego się śmieją, bo dał im się nabrać.

– Jakim znowu „im” dał się nabrać, hę?

Dora się zawahała. Nie chciała tego powiedzieć. Po chwili jednak szepnęła niepewnie:

– Oszustkom z Žítkovej.

– Masz mnie za oszustkę? – Surmena wyprostowała się gwałtownie, jakby ktoś ją uderzył, a w jej głosie zabrzmiał ból.

– Nie… Nie. Ale dzisiaj już nikt tak nie robi. Teraz wszyscy chodzą do doktora.

– A co, jak te doktory nie nauczyły się w szkole wszystkiego?

Dora się zmieszała:

– Ale czemu by się mieli nie nauczyć? Przecież od tego są książki. A jak już ktoś jest doktorem, to znaczy, że wszystkie przeczytał. Prawda!?