Wzgórze Świątecznych Życzeń - Sylwia Trojanowska - ebook

Wzgórze Świątecznych Życzeń ebook

Sylwia Trojanowska

4,4

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Odkryj magiczną moc Wzgórza Świątecznych Życzeń, miejsca, gdzie spełniają się marzenia!

 

Kilka tygodni przed Wigilią świat pokrywa się białym puchem, wyjątkowo smakuje szarlotka z cynamonem, a uśmiech na twarzy wywołuje widok ukochanej osoby i girlandy świateł. W Świeradowie-Zdroju nie wszyscy jednak cieszą się na nadchodzące święta, a codzienne troski zaprzątają myśli mieszkańców. Czy ten szczególny czas otuli osamotnionych, pomoże pogodzić zwaśnionych i otworzy serca zamkniętych na miłość? A przede wszystkim, czy tajemnice z przeszłości pozwolą na spotkanie się przy wigilijnym stole?

 

W święta, kiedy ustają spory i miłość zwycięża, wszystko jest możliwe!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Tytułowe Wzgórze świątecznych życzeń znajduje się nieopodal małego miasteczka Świeradów-Zdrój, położonego w Górach Izerskich i jest tym, co jego nazwa wskazuje, pomaga spełnić nasze marzenia. Z opowieści dowiemy się, jak jego mieszkańcy przygotowują się do świąt. Dwa lata wcześniej Lila straciła ukochanego ojca, który zaraził ją pasją do nart biegowych. Co roku dziewczyna z utęsknieniem wypatruje pierwszego śniegu. Domicela to przedsiębiorcza kobieta sukcesu, działa zawsze zgodnie z planem, nie wie co to spontaniczność. Nie budzi sympatii. Basia jest mamą Lili i siostrą Domiceli, pracuje w jednym z jej butików. Ma zupełnie odmienny, pogodny i serdeczny charakter. Jest szkolną miłością Ksawerego, który nigdy nie potrafił o niej zapomnieć. Fryderyk to samotnik stroniący od ludzi. Do szczęścia wystarczy mu pies u boku i błękitne niebo nad głową. Patrycja, samotna matka dwóch dziewczynek dotrzymuje towarzystwa starszej kobiecie, o pięknym imieniu Konstancja, a poza tym pracuj...
00

Popularność




Copyright © Sylwia Trojanowska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel

Redakcja: Malwina Kozłowska

Korekta: Joanna Fortuna

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © GMVozd | iStock.com

Fotografia autorki na skrzydełku: Łukasz Wit

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-99-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla mojej drogiej Siostry Reni

i mojego Szwagra Zbyszka

w podziękowaniu za organizowanie

najpiękniejszych rodzinnych wieczerzy wigilijnych.

I to od piętnastu lat!

Oraz dla moich najukochańszych Chłopców.

Część pierwsza

Niemal cztery tygodnie do Wigilii

Wszystko białe dookoła,

Jak piękny sen.

W jedną noc tak zmian dokonał

Puszysty śnieg.

Przykrył cały szary świat,

Przykrył to, co boli nas,

Przykrył ślady naszych łez

Pięknie jest.

Tak jak śnieg

Wykonanie: Kasia Stankiewicz, Kuba Badach, Mietek Szcześniak

Lila

Lila obudziła się przed piątą rano. Wszyscy domownicy jeszcze spali, co nie dziwiło jej ani trochę. Od roku niemal codziennie wstawała jako pierwsza.

Po cichutku włączyła radio i podeszła do okna, jak zwykła robić każdego dnia. Odsłoniła żaluzje i… zastygła, bo jej oczom ukazał się świat, o jakim marzyła już od kilku tygodni. Całą ulicę otulał puszysty śnieg, a jego drobiny skrzyły się w światłach latarni. Było biało, bielusieńko.

Otworzyła szeroko okno. Poczuła przeszywający chłód i… uśmiechnęła się.

„Nareszcie!” – wykrzyknęła w myślach.

Zgarnęła z parapetu trochę śniegu i podrzuciła go na dłoni. Lekkie płatki opadały na jej twarz, włosy i ramiona niczym konfetti. Tęskniła za tym. Bardzo.

Jeszcze przez chwilę stała bez ruchu, napawając się widokiem i przenikliwym, ale jakże przyjemnym chłodem, po czym w pośpiechu zebrała się, zamknęła okno i zbiegła na parter. W jej głowie rozbrzmiewała tylko jedna myśl: „Trening na śniegu!”.

Lila od małego oswajała się z nartami. Jej ojciec był ich wielkim pasjonatem i to on zaszczepił w niej miłość do biegówek. Paweł Dębski zabierał córkę na każdy wypad, nawet jeśli żona krzywo na to patrzyła. Bo za trudny, za długi, za męczący. Dla niego zawsze był w sam raz. Na początku, wiadomo, większość czasu Lila spędzała w specjalnym nosidełku, które Dębski mocował sobie na plecach, ale kiedy już utrzymywała się samodzielnie na nartach, stworzył z córką swoisty tandem. Wyglądali przezabawnie: wysoki, barczysty mężczyzna i kruszyna niezdarnie podążająca jego śladem. W swoich naukach Paweł Dębski wykazywał się cierpliwością, co sprawiło, że Lila szybko przestała być małą, niezdarną kluską i w mig pojęła, o co chodzi w bieganiu na nartach. Pomagały jej w tym też ambicja i waleczność. Na początku płakała, kiedy upadała, ale z czasem zahartowała się i już tylko z rzadka pociągała noskiem. Z zaciśniętymi ze złości usteczkami wstawała, otrzepywała się ze śniegu i jechała dalej. Chciała dorównać ojcu, którego kochała nad wszystko.

– Jak będę trochę starsza, to cię przegonię! – mawiała, zadzierając dumnie brodę.

– Nigdy w życiu! Nie dam ci się wyprzedzić – odpowiadał, prowokując ją do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Bo wiedział, że to na nią działało najlepiej.

Paweł Dębski nie krył dumy ze swojej córki i z jej biegowej pasji, rosnącej z każdym rokiem. Głęboko wierzył, że pewnego dnia wystartują razem w Biegu Piastów, a potem może i w Biegu Wazów, który uważał za szczyt osiągnięć. Widział w niej sportowca, który stanie na najwyższym stopniu podium, będzie olimpijczykiem i osiągnie to, czego on nie zdołał.

– Lilek zwycięzca! – mówił tak do niej często, a ona śmiała się z tego i tryumfalnie unosiła zaciśniętą pięść.

Paweł Dębski kochał córkę miłością niespotykaną. Czasami ludzie mówią o kimś, że jest czyimś oczkiem w głowie. Lila była nim właśnie dla taty. Gdyby nie ten parszywy wypadek sprzed trzech lat, który wszystko zmienił i go zabrał… Gdyby nie on…

***

W kuchni Lila potrafiła się doskonale zorganizować. Nie lubiła marnować czasu. Jej bracia, ośmioletni bliźniacy Franek i Nikoś, nazywali ją „lilobotem”. Coś w tym było. Działała bowiem schematycznie, ale i skutecznie, niczym wielofunkcyjny robocik.

Niemal codziennie przygotowywała śniadanie dla siebie, mamy i rodzeństwa. Odkąd zabrakło taty, przejęła jego rolę, bo czuła, że dla mamy miało to symboliczne, bardzo wymowne znaczenie. Dla Lili też było ważne, bo robiła coś, co kiedyś należało do obowiązków jej ukochanego taty.

Dochodziła szósta, kiedy gotowa do wyjścia stała w korytarzu.

– Ty już? – powitała ją mama.

Barbara Dębska szybko zawiązała szlafrok i przygładziła włosy, które po nocy znajdowały się w lekkim nieładzie. Była szczupła i wysoka, i choć nie miała na sobie krzty makijażu, wyglądała pięknie. Zasadniczo nigdy mocno się nie malowała – nie musiała, bo długie, ciemne rzęsy, duże, czarne niczym węgiel oczy, nieskazitelna cera i wydatne usta były darem, z którym się urodziła i który od zawsze stanowił powód do zazdrości u jej rówieśnic. U starszych koleżanek zresztą również.

– Lilek, wykończysz się tymi treningami – powiedziała dobrotliwie.

Córka podeszła do mamy i cmoknęła ją w policzek.

– Nie ma takiej możliwości! Poza tym dziś mam trening marzenie. Spadł niezły śnieg!

– Tak, widziałam i pomyślałam, że się ucieszysz.

– Ucieszę? To spełnienie marzeń! W końcu mogę trenować normalnie, a nie na sucho czy w śniegowej brei.

Barbara Dębska z czułością dotknęła policzka córki.

– Leć, Lilek, leć! Jesteś taka sama jak on…

Dziewczyna pokiwała głową, poprawiła długi gruby blond warkocz i oddaliła się szybkim krokiem.

– Kanapki zrobiłam! – zawołała jeszcze z korytarza, po czym trzasnęła drzwiami, zostawiając Barbarę z uśmiechem na twarzy.

Domicela

Niemal każdego poranka piła espresso. I to podwójne. Stawiało ją na nogi i pozwalało jaśniej myśleć, przede wszystkim zgodnie z planem. Bo Domicela praktycznie niczego nie robiła bez planu, a każdy kolejny dzień rozpisywała sobie już dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Wieczorem zaś, podsumowując mijającą dobę, z satysfakcją odhaczała z listy to, co udało jej się zrealizować, a niezrealizowane zadania przekładała na następny dzień.

– Spadł śnieg! – krzyknęła z kuchni w kierunku piętra. – Słyszysz, Bogumił? Śnieg mamy!

– Przecież był już wczoraj – odezwał się z garderoby.

– Czy ty rano naprawdę nigdy nie patrzysz przez okno? – Domicela nie kryła zniesmaczenia. – Bogumił! W nocy była śnieżyca i na moje oko – zerknęła raz jeszcze przez okno i cmoknęła – z pół metra śniegu mamy. Cholera jasna! To będzie sądny dzień!

Bogumił mruknął coś potwierdzająco, zszedł na parter i dosiadł się do stołu. Sięgnął po rogalika, którego uszykowała mu żona.

– Śnieg wcale nie oznacza tragedii – powiedział z pełnymi ustami. – Poza tym mieszkamy w górach. I biała zima to taka oczywista oczywistość.

– Ty i to twoje filozofowanie! A ja ci powtarzam, że śnieg to same problemy.

Mężczyzna nie zamierzał wchodzić w dyskusję z żoną. I tak by nic nie ugrał. Wolał w spokoju zjeść śniadanie, więc zamiast riposty, zapytał bezpiecznie:

– Jakie masz plany na dzisiaj?

Potakiwał, kiedy ze szczegółami opowiadała mu o swoich zamierzeniach. Czasami pomrukiwał, bo wiedział, że ona tak lubiła. Dogadywali się idealnie. Na swój sposób. Mieli własny język i swoje poczucie humoru.

– To uważaj dziś na siebie, Bogumił – powiedziała Domicela, poprawiając sobie włosy w korytarzu. Burza rudych loków, znak rozpoznawczy i powód do dumy, przysparzała jej również kłopotów. – Ty taki niezdarny potrafisz być, a dziś ślizgawica murowana. Może zamiast mokasynów założyłbyś te buty z grubym bieżnikiem. W pracy byś się przebrał.

Bogumił machnął ręką.

– Jeszcze nigdy nic mi się nie stało, ale miło, że się martwisz.

Żona wysłała mu lotnego całusa na „do widzenia”.

– Pięknie wyglądasz, kochanie – skomplementował ją.

– Tylko nie zapomnij odśnieżyć, jak wrócisz! Żebym nie musiała się przez te zaspy przebijać w moich szpileczkach!

– Nie zapomnę.

***

Domicela Kawka prowadziła pięć butików. Co prawda w żadnym z nich nigdy sama nie sprzedawała, ale do każdego zaglądała regularnie i o każdym wiedziała niemal wszystko. To był jej świat. Ona żyła życiem swoich butików. Kiedy piętnaście lat temu zakładała pierwszy z nich, od razu wiedziała, że na jednym nie zakończy. I dopięła swego, bo w ciągu następnej dekady otworzyła cztery kolejne.

Sklepy okazały się strzałem w dziesiątkę, bo dzięki nim zarobiła spore pieniądze, które zamiast odkładać na procent w banku, inwestowała w nieruchomości. W ten sposób stała się posiadaczką dwóch kamienic w samym sercu miasta, przy deptaku. A potem wyróżniono ją tytułem „Kobiety Sukcesu”, nadawanym przez mieszkanki powiatu lubańskiego.

Była dumna z tego wyróżnienia, również dlatego, że stanowił bilet wstępu do elitarnej grupy lokalnych przedsiębiorczyń. Oznaczało to prestiżowe imprezy i charytatywne bale, jakże przez nią pożądane.

Czuła się kimś ważnym i potrzebnym, a na tym zawsze jej zależało.

***

Tamtego dnia planowała objazd swoich butików. Wsiadła do samochodu i włączyła radio. Kuba Badach akurat śpiewał o tym, jak piękny jest świat przykryty śniegiem. Domicela rzuciła okiem na wyświetlacz, uniosła brwi i z przekąsem stwierdziła:

– Ta! Jasne! Śnieg to samo dobro! Co ty możesz o tym wiedzieć, człowieku, jak siedzisz sobie w ciepłym studiu nagrań! Przyjedź do nas! Tu trwa wojna!

W tym samym momencie jakiś psiak przebiegł jej drogę. Zahamowała w ostatniej chwili, wpadając w poślizg. Lekko zniosło ją z drogi.

– A nie mówiłam?! – fuknęła i pojechała dalej.

Zaparkowała na tyłach deptaku, tuż za kamienicą z numerem dwanaście, i udała się do butiku „Gabriela”. Choć wolałaby iść energicznie, drobiła kroki, bo szpilki, z których nie rezygnowała nawet przy najbardziej beznadziejnej aurze, nie pozwalały na nic innego.

W drzwiach minęła się z klientką, na jej oko kuracjuszką. Grzecznie ją powitała i weszła do środka.

– Dzień dobry, Barbaro! – powiedziała bardzo oficjalnie, co najmniej jakby zwracała się do kogoś, z kim nie łączyły jej więzy krwi.

Basia uśmiechnęła się oszczędnie i podeszła do siostry.

– Witaj, Domicelo. Dobrze cię widzieć.

Barbara Dębska pracowała w butiku od ponad dwóch lat. Lubiła to miejsce, a do obowiązków podchodziła z dużym zaangażowaniem. Starała się, by każda klientka wychodziła od niej zadowolona, a jeśli to było możliwe, by wracała na zakupy. Z tym ostatnim jednak bywało różnie, bo najczęściej obsługiwała turystki, które do Świeradowa-Zdroju przyjeżdżały na weekend, tydzień, najwyżej miesiąc.

Domicela rozpięła swój ulubiony biały płaszcz od Chanel, który przywiozła z wojaży po Francji, i rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy nikogo nie ma w sklepie. Potem przeszła za ladę i ciężko opadła na stołek.

– Cholerny dzień! Śnieg, zaspy, a tu tyle jeżdżenia od samego rana! Na co komu śnieg!

– Daj spokój. Dobrze, że w końcu spadł. Turyści na to czekają, a i nasze dzieci także.

Domicela uniosła brwi, jakby stwierdzenie siostry zdziwiło ją. Po chwili jednak dodała:

– Może i tak, ale aż tyle śniegu to nikomu nie jest potrzebne. Zobaczysz, ci turyści to zamiast w góry, do szpitala trafią, bo się połamią.

– Nie bądź taką fatalistką. Ludzie dadzą sobie radę. Kiedyś śniegi były częstsze i większe.

Domicela już chciała zripostować, kiedy zadzwonił jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz i z chmurną miną odebrała.

– No nareszcie! Myślałam, że się nie doczekam! – Wyraz jej twarzy nagle diametralnie się zmienił. – Ale… Jak to nie ma? Co to znaczy nie ma?! – zagrzmiała. – To niech pan zrobi tak, żeby BYŁO, bo jeśli mam czekać kolejny tydzień, to rezygnuję w ogóle! Zrozumiał pan?!

Basia szybko podeszła do najbliższego regału i zaczęła porządkować podkoszulki, choć te były równo ułożone. Wolała zająć ręce jakąś prostą czynnością, aby zejść z oczu siostrze.

Domicela zawsze była wybuchowa i lubiła rządzić wszystkimi: i młodszymi, i starszymi. I nawet dobrze jej to wychodziło. Tyle że sukcesy w rządzeniu nie przekładały się na sukcesy towarzyskie. Wręcz przeciwnie! Domicela należała do mało lubianych osób, a jeśli ktoś z nią trzymał, to dlatego, że się jej bał, miał ku temu interes, przyzwyczaił się do jej temperamentu albo należał do rodziny, jak Barbara.

– Wyobraź sobie – odezwała się do siostry, kiedy skończyła rozmowę – że ta dostawa z Chambry będzie najwcześniej za dwa dni! A miała być tydzień temu! Czy to taki wielki problem, aby załadować ciężarówkę i przyjechać nią do Polski? Przecież Świeradów-Zdrój to nie koniec świata, a środek Europy!

– Nie denerwuj się – próbowała załagodzić Basia. – Mamy co sprzedawać.

– Pewnie, że mamy! – Domicela nie spuszczała z wysokiego tonu. – Doskonale o tym wiem, bo sama zajmuję się zamówieniami! Siedzę w tym biznesie od lat i znam się na tym jak mało kto. Ale wiem, że możemy mieć dużo ciekawszy asortyment niż te wszystkie pseudobutiki, które nic innego nie robią, tylko nas naśladują.

Barbara zaledwie pokiwała głową. Domicela sięgnęła po katalog i już nieco spokojniej zaczęła opowiadać o nowej kolekcji, wskazując na modelki. Potem rozwodziła się nad kosztami utrzymania, które według niej były zdecydowanie zawyżone. Na koniec wstała i rozejrzała się po sklepie. Zasugerowała Barbarze inną ekspozycję bawełnianych koszul i pasków, po czym zapytała:

– Ilu dziś było klientów?

– Jedna. Mijałaś ją w wejściu. Wzięła czapkę i rękawiczki – odparła z dumą Basia.

Domicela parsknęła i wycelowała palcem w stronę ulicy.

– No i masz! Ten twój śnieg! Ludziom nawet do sklepu nie chce się łazić, bo musieliby przez zaspy się przebijać. – Zaczęła się zbierać do wyjścia. – Ja ci mówię, Baśka, ty się módl, żeby ten śnieg jak najszybciej stopniał, bo jak nie, to ze świątecznej premii będą nici.

Basia jednak nie zamierzała się o to modlić. Wiedziała, że dla klientów śnieg nie stanowi szczególnej przeszkody. Zjawią się, mocno w to wierzyła. A śnieg? Uwielbiała go, bo przywodził jej na myśl najlepsze wspomnienia. Przede wszystkim te o Pawle. O jej ukochanym Pawle…

Poznała go, kiedy była na studiach. Po zimowej sesji przyjechały z koleżankami do Świeradowa i wybrały się na zawody w biegach narciarskich do Jakuszyc. Robiły tak zawsze, kiedy nadarzała się okazja. Były zagorzałymi kibickami biegów i takie imprezy traktowały jak szansę na dobrą rozrywkę, a czasami nawet na… podryw.

Na Polanie Jakuszyckiej było wtedy tłoczno i głośno. Spiker co chwila przekazywał komunikaty, muzyka grała, a ludzie przeciskali się, żeby lepiej widzieć startujących zawodników. Zobaczyła Pawła. Widywała go wcześniej, ale dopiero wtedy zwróciła na niego uwagę. Był wysoki, smukły, dobrze umięśniony. Patrzyła na niego. Chociaż nie – ona się GAPIŁA, wręcz nie mogła oderwać od niego oczu. To było coś dziwnego. Pierwszy raz tak miała. Zazwyczaj to mężczyźni w nią się wpatrywali, to oni obłapiali ją spojrzeniami. Kiedy Paweł wystartował, przeszła na inny odcinek trasy. Stanęła obok niewielkiej grupy kibiców i czekała na moment, w którym będzie ją mijał. Chciała, by ją zauważył. Ujrzała jego charakterystyczną pomarańczową czapkę i zaczęła klaskać z entuzjazmem, podskakiwać, wyginać się, aż w pewnym momencie, a dokładnie wtedy, gdy Paweł Dębski zbliżał się do niej, wywinęła orła i legła jak długa na biegowych torach. Mężczyzna natychmiast zrobił unik, ale był tak rozpędzony, że wyjechał poza trasę, wpadł w rów, złamał nartę, nogę i… Basine serce. Na początku był na nią zły, wściekły nawet, bo pokrzyżowała mu plany. Ale już w szpitalu, kiedy go odwiedzała, ta złość przerodziła się w miłość. Szczęśliwie dla obojga. Bo choć nie dane im było dożyć wspólnie późnej starości, lata spędzone razem były po prostu dobre.

Ksawery

Ksawery rzadko bywał na świeradowskim deptaku, a przed świętami Bożego Narodzenia już w ogóle. Bo on nie lubił świątecznych tłumów i pośpiesznych zakupów przy dźwiękach kolęd. Ale tamtego dnia miał kilka spraw do załatwienia, w tym jedną w kancelarii prawnej na deptaku. Akurat przechodził obok butiku „Gabriela”, kiedy w witrynie dostrzegł Barbarę Dębską. Stała zamyślona i patrzyła gdzieś w dal. Wcześniej nie planował do niej zachodzić, ale to był odruch i… po prostu złapał za klamkę.

– Dzień dobry, Basiu – powitał ją, wyrywając z zamyślenia.

Nieco zmieszana skinęła głową i pospiesznie odpowiedziała:

– Dzień dobry. Co ty tutaj robisz?

– Szczerze mówiąc, nie wiem. Przechodziłem, bo… Mam spotkanie w kancelarii mecenasa Kawki, i… – mówił chaotycznie. – I wszedłem, a skoro już jestem… – Rozejrzał się. – Zbliżają się święta. Może byś mi poleciła coś dla córki?

– Dla Poli? – ucieszyła się.

– Tak. Zupełnie nie mam pomysłu, co powinienem jej kupić – skłamał, bo zdążył już zamówić nowy model telefonu komórkowego. – Ma już trzynaście lat! Uwierzysz?

– Lila skończyła osiemnaście, więc tak, uwierzę. – Basia uśmiechnęła się bardzo dziewczęco i Ksawery na chwilę utkwił w niej wzrok. Wyglądała jak Baśka, z którą kiedyś łączyło go coś więcej niż szkolna ławka.

– Sweter? T-shirt? Pasek? – pytała.

– Nie najlepiej się znam na tych… – zrobił niezręczną minę – …dziewczęcych sprawach. Jak myślisz? Co by się Poli spodobało?

Basia bez namysłu podeszła do regału z T-shirtami.

– Wybrałabym jedną z tych koszulek. Są teraz bardzo modne. Mają połyskujące napisy, które podobają się dziewczynom, nie tylko w Poli wieku, ale i starszym. Moja Lila też sobie jedną upatrzyła. – Kobieta pogładziła różową koszulkę z napisem: Niby nie ma ideałów, a jednak jestem. – Szczerze mówiąc, mnie też się podobają.

– Skoro tak, to wezmę.

– Tę różową?

Ksawery potaknął, po czym dodał:

– I tę czarną. I może białą też. Tylko białą nieco większą, na koszulkę nocną. Pola takie lubi. I może tę zieloną, też większą.

– Czyli w sumie cztery?

– Tak. Tylko może z różnymi napisami.

– Oczywiście – powiedziała, a dostrzegłszy, że Dwornicki ukradkiem spogląda na zegarek, przyspieszyła.

Patrzyła, z jaką lekkością wydaje pieniądze, i trochę mu tego zazdrościła. Ona nie mogłaby pozwolić sobie na tak duże niezaplanowane zakupy.

– Przepraszam, że nie mam papieru do pakowania, bo miałbyś już wszystko gotowe na gwiazdkę.

– Nic nie szkodzi. Coś kupię. Dziękuję i… do widzenia – odparł, wziął torbę i już się odwrócił w stronę wyjścia, kiedy nagle zmienił decyzję. – Chciałbym ci podziękować za lekcje, które Lila daje Poli.

Oczy Barbary zamieniły się w wąskie szparki, a wokół nich pojawiło się kilka drobnych zmarszczek. Wcale jednak nie odejmowały jej wdzięku, wręcz przeciwnie – dodawały go.

– To nie mnie dziękuj, a Lili. Ona bardzo lubi twoją córkę. Dobrze się dogadują. Mimo różnicy wieku.

Pokiwał głową i złapał za klamkę, ale nie otworzył jeszcze drzwi. Zerknął na Basię i zapytał:

– A jak ty dajesz sobie radę?

Zaskoczył ją tym. Dawno nikt już jej o to nie pytał. Większość ludzi widziała w niej pogodną, zadbaną kobietę, która szybko pozbierała się po śmierci męża i doskonale odnalazła w nowym, zupełnie innym wdowim świecie. Jakże to było złudne wrażenie!

– Dziękuję. Dobrze – odpowiedziała dyplomatycznie.

– Jeśli czegoś ci brakuje, yyy… To znaczy… – Poczuł się nieswojo. – Jeśli mógłbym ci jakoś pomóc, jakkolwiek, to po prostu daj znać.

– Bardzo dużo nam pomogłeś i pomagasz. Nie mogłabym oczekiwać więcej.

Ksawery od śmierci Pawła regularnie pomagał rodzinie Dębskich. Na początku mocno zaangażował się w społeczną zbiórkę pieniędzy na rzecz osieroconych dzieci i wdowy. Pieniądze pomogły Barbarze, ale większe znaczenie miało dla niej poczucie, że nie została sama ze swoim smutkiem i cierpieniem. Ksawery przelał jej też sporą sumę na święta, ale wszystko mu oddała i poprosiła, by więcej tego nie robił. Nie chciała jałmużny; znała takich, którzy tej formy pomocy potrzebowali bardziej niż ona. Przyklasnęła jednak pomysłowi z korepetycjami, jakich Lila miała udzielać córce Ksawerego, bo wiedziała, że córka będzie szczęśliwa, mogąc dołożyć się do domowego budżetu.

– Daj spokój. To jest wyjątkowa sytuacja, a ja chętnie pomogę – powiedział łagodnie.

– Bardzo miło z twojej strony, ale… więcej nie potrzebuję.

Pokiwał głową i wyszedł. Zamyślony, niespiesznie kroczył deptakiem aż do skrzyżowania z ulicą Słowackiego. Zapomniał nawet o spotkaniu w kancelarii, znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie butiku. Zupełnie wypadło mu ono z głowy i teraz musiał się cofnąć. Myślał tylko o tym przedziwnym, nieplanowanym spotkaniu z Basią, kobietą, za którą kiedyś szalał.

Fryderyk

Fryderyk Reszke lubił zimę, szczególnie taką pełną śniegu i zasp. Wtedy czuł się prawdziwie wolny, gdyż żaden ciekawski turysta nie zaglądał mu przez płot ani go nie zagadywał. Bo nikt tu nie docierał tak, jak podczas ciepłych wakacyjnych dni. Fryderyk stronił od ludzi. Nie miał przyjaciół, ot kilku znajomych. I choć świeradowska społeczność przywykła do niego, niektórzy i tak uważali go za dziwaka, nawet się go bali. Przede wszystkim przez wygląd, który co wrażliwszych odstraszał. Zbyt luźne ubrania, duży plecak, z którym się nie rozstawał, i opadający na czoło kapelusz. Do tego nosił długą brodę i włosy do ramion.

W Pustelni, jak nazywano jego skromną, posadowioną na wzniesieniu pośród drzew i paśników chatkę, mieszkał od ponad dwudziestu lat. Zawsze sam, jedynie z psem u boku. Najpierw była to Bella, potem Viki, a teraz Lotta. Zwierzęta były jego największymi przyjaciółmi. I to nie tylko te oswojone. Te dzikie, żyjące w Górach Izerskich również. Mieszkańcy plotkowali, że rozumie ich mowę, a co złośliwsi mówili nawet, że sam stał się dzikim zwierzęciem i po nocach wyje do księżyca. Fryderyk nic sobie nie robił z tych plotek, które pomimo jego ograniczonych kontaktów z ludźmi docierały również do Pustelni. Łapał bowiem fuchy w zakładzie drzewnym, firmie Ksawerego Dwornickiego, a ludzie, którzy się z nim stykali, czasami go o to pytali. Zbywał ich wtedy zdziwionym spojrzeniem albo, gdy miał lepszy humor, ledwie słyszalnym parsknięciem.

W tych plotkach była odrobina prawdy, bo Reszke rzeczywiście doskonale rozumiał zwierzęta i wiedział, kiedy są szczęśliwe, a kiedy cierpią. I z tym cierpieniem nigdy nie mógł się pogodzić. Szczególnie gdy działo się to przez ludzi. Zawsze szedł zwierzętom na ratunek. Wyciągał je z pułapek i kłusowniczych sideł, niszcząc przy okazji mordercze narzędzia tak, by nigdy więcej nie mogły zostać wykorzystane. Przed laty miał przez to sporo problemów, nie raz dostawał pogróżki, kiedyś nawet kilku drabów pobiło go do nieprzytomności. Wtedy zrobiła się z tego duża sprawa, choć mężczyzna nikogo nie oskarżył. Wszyscy jednak wiedzieli, przez kogo Fryderyk omal nie przeniósł się na tamten świat. Opryszkowie, czyli zwaliści bracia Pawłowscy, musieli się nieco przestraszyć konsekwencji, bo odpuścili „dziadowi”, jak zwykli o nim mawiać, i przenieśli się ze swoimi praktykami do sąsiednich lasów.

Po jego pobiciu i przymusowym kilkutygodniowym pobycie w szpitalu część świeradowskiej społeczności, tej, która na widok braci Pawłowskich schodziła z drogi, nabrała do Fryderyka szacunku i już nie patrzyła na niego z politowaniem ani przerażeniem. Mężczyzna powoli stawał się „swój”, wsiąkał w świeradowski krajobraz.

Reszke był typowym samotnikiem i niczym kot chadzał swoimi ścieżkami. Niekiedy bywał w mieście, ale nie dla rozrywki czy przyjemności. Jak to w życiu, musiał od czasu do czasu robić zakupy. Zjawiał się wtedy w sklepiku pani Eli. Lubił ją, bo wiedział, że kocha zwierzęta i dba o nie najlepiej, jak potrafi.

– Niech pan nie zostawia psa na dworze – powiedziała kiedyś, gdy uwiązał Lottę przed wejściem. – Przy takiej pogodzie to nieludzkie.

– Nie chcę, żeby pani nabrudziła. Z lasu idziemy.

– Daj pan spokój! – żachnęła się rudowłosa kobieta i ruchem ręki nakazała, by przyprowadził towarzyszkę.

Kiedy to zrobił, właścicielka przywitała się z nią i za zgodą Fryderyka podarowała jej smakołyk.

– Jaka ona mądra – stwierdziła. – I wcale nie nabrudziła. Niech sam pan zobaczy.

Fryderyk z grzeczności rozejrzał się po podłodze.

– Pan pewnie myśli, że pies to bardziej nabrudzi niż człowiek? By się pan zdziwił! – Nachyliła się nad ladą i dodała: – Ci Pawłowscy, wie pan… – Uważnie spojrzała na Fryderyka, ale nie wyczytawszy niczego z jego oczu, ciągnęła: – …No kuzynowie tych kłusowników! No wie pan! Przecież nie mógł pan zapomnieć po tym, co panu zrobili! – zniecierpliwiła się. Fryderyk pokiwał głową, bo oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę, kogo miała na myśli. – Jak oni wchodzą, to pożal się Panie Boże… – Pokręciła głową. – Człowiek się boi odezwać, ale jak kiedyś nie wytrzymam, to im powiem, żeby się myli i buty otrzepywali przed wejściem, i dzień dobry chociaż mówili. Smród, brud i zero kultury…

– Niech lepiej pani nic nie mówi – skwitował Fryderyk. – Nie warto.

– No niby tak. Od lat trzymam język za zębami. Życie mi miłe, ale niech mi pan wierzy, gdybym mogła – wysyczała i zacisnęła pięść – to bym im natłukła.

Fryderyk zgadzał się z kobietą, ale od przemocy był daleki, a swojego zdania raczej nie wyrażał na głos. Taki po prostu był. Bardzo skryty.

Konstancja

Stanęła przy oknie i odsunęła powłóczyste zasłony.

– No to klops! – westchnęła, widząc ogród zasypany śniegiem. – Lekarz kazał mi uważać na suchym chodniku, a tu gdzie nie spojrzeć, śnieg. Będzie ślisko.

– Na pewno odśnieżą, pani Konstancjo, więc proszę się nie obawiać – pocieszycielsko stwierdziła Patrycja Ogarek, która przyniosła staruszce lekarstwa i szklankę wody. – Służby bywają zaskoczone tylko pierwszego dnia, ale następnego na pewno będzie już dużo lepiej.

– Och, serdeńku! Jaka z ciebie optymistka! Aż miło posłuchać. I uczyć się!

Patrycja pokręciła głową.

– Ja to raczej nie jestem optymistką. Wszystko widzę w czarnych kolorach. Takie miałam życie, że ciężko mi zachowywać optymizm.

– Aj tam! – Konstancja machnęła ręką. – Sama powiedziałaś, że „miałaś”. I ja wiem, że nie kłamiesz. W końcu mieszkasz tu ze mną nie od dziś. Co było, to było! Nie liczy się! No jasne, że pozostają wspomnienia, przeszłość nas czegoś uczy i tak dalej, i tak dalej, ale! – Podeszła do Patrycji i złapała ją za dłoń. – Ważne, co teraz jest i co będzie za chwilę. Na to masz wpływ! Jak będziesz rozmyślała o tej swojej przeszłości, to ci to nic nie da! Osiwiejesz tylko, wrzodów się nabawisz czy innych złych rzeczy. A po co! Mój mąż Ernesto mawiał, że w życiu jest czas tylko na dobre jedzenie, szeroki uśmiech i gorącą miłość. Tylko na to.

– Mądre słowa, ale…

– Żadnych „ale”! Postaraj się, a zobaczysz, że w końcu poznasz, co to szczęście.

Choć Patrycja pokiwała głową, pomyślała, że prawdziwe szczęście raczej nie jest jej pisane. Córeczki dawały jej radość, kochała je nad wszystko i tej miłości była pewna. Ale od dziecka marzyła też o pełnej rodzinie i mężu, który mógłby stać się dobrym ojcem. To z kolei jednak jej nie wyszło.

– Muszę już lecieć, pani Konstancjo – oznajmiła, spoglądając na zegarek.

– Tak, tak, serdeńku. Leć. Ja dzisiaj chyba posiedzę w domu. Może coś obejrzę albo poczytam?

– To dobry pomysł. Na stoliku ma pani książki z biblioteki. Te, o które ostatnio pani prosiła.

– Ten romans z hiszpańskim torreadorem, tak? Ach! – ożywiła się Konstancja.

– Tak. Udało mi się wypożyczyć. Panie bibliotekarki odłożyły.

– One o mnie zawsze pamiętają.

– I zawsze pozdrawiają. – Uśmiechnęła się Patrycja. – Proszę nie zapomnieć o obiedzie. Stoi na kuchence. Wystarczy odgrzać.

Patrycja wyszła, a Konstancja usiadła w fotelu i czekała. Wiedziała, że za chwilę usłyszy ożywione dyskusje dziewczynek, stukanie ich bucików, pokrzykiwania. Uwielbiała je! I odgłosy, i dziewczynki! Kiedy spędzały razem czas, niemal bez ustanku się uśmiechała, unosiła ze zdziwienia brwi, a nawet klaskała w dłonie. Siostry nie przestawały jej zadziwiać swoimi rezolutnymi, czasami przemądrzałymi, ale jakże słodkimi odpowiedziami.

Czasami przed wyjściem z domu zaglądały i do niej. I tamtego dnia tak właśnie zrobiły.

– Dzień dobry, babciu – przywitała się starsza, jak zawsze wzruszając tym Konstancję. Nikt inny nigdy nie mówił do niej „babciu”. – Mamusia powiedziała, że nie śpisz, to przyszłyśmy się przywitać.

– Dzień dobry, moje kochane! – ucieszyła się. – Jak miło was spotkać o poranku! Od razu mi lepiej!

– To dobrze, babciu!

– A pewnie, że dobrze! Widziałyście, że spadł śnieg?

– No! – powiedziała młodsza, a starsza szturchnęła ją w bok.

– Nie mówi się „no” – wyszeptała – tylko „tak”! Tyle razy ci powtarzałam! Musimy już iść do szkoły, ale jak wrócimy, to przyjdziemy do ciebie. Chcesz? – zwróciła się do Konstancji.

– Pewnie, że chcę! Zawsze możecie do mnie przychodzić.

Dziewczynki wyszły i cichutko zamknęły za sobą drzwi, a Konstancja poczuła jakieś takie trudne do zdefiniowania zadowolenie.

„Jak dobrze, że one tu są!” – pomyślała, otuliła się kocem i przymknęła oko. Niby na chwilę, ale ta chwila znacznie się przedłużyła.

Patrycja

W dorosłym życiu nigdzie nie czuła takiego spokoju jak w Świeradowie-Zdroju. Miasto dawało jej tak bardzo potrzebne poczucie bezpieczeństwa, a ono, po wielu latach strachu, jaki dotykał ją niemal każdego dnia, było dla niej najważniejsze. Ojciec jej dzieci przybierał teraz kształt demona z przeszłości, od którego przez ostatni rok próbowała się uwolnić. Nie pomogły Niechorze, Siemiatycze ani Kędzierzyn-Koźle. Dopiero przyjazd do tej małej miejscowości posadowionej w dolinie rzeki Kwisy otulił ją spokojem. To tu zaczęła rozumieć, czym w ogóle jest ów spokój, i przestała nerwowo reagować na każdy dźwięk. To tu przestała się bać publicznych miejsc, choć w każdym innym mieście ich unikała. Obawiała się, że ktoś znajomy ją zobaczy i doniesie Andrzejowi o tym, gdzie mieszka, a nie po to się przed nim ukrywała, by jeszcze kiedyś się na niego natknąć. Odcięła się od wszystkiego, co dotyczyło jej dawnego życia. Z nikim nie utrzymywała kontaktu. Z matką miała zaledwie sporadyczny. Nie dzwoniła, nie pisała listów, starała się zostawiać jak najmniej śladów. Zmieniła nawet fryzurę i kolor włosów. Wszystko zmieniła, bo wierzyła, że tylko w ten sposób może zapewnić bezpieczeństwo sobie i dzieciom. Kiedy przyjechała do Świeradowa-Zdroju, nagle opuścił ją strach. Na początku tego nie rozumiała, nie wiedziała, co się dzieje. Dlaczego przestała oglądać się za siebie, dlaczego nie budziła się w środku nocy i nie biegła do pokoju córek sprawdzić, czy są bezpieczne? To miasto przyniosło jej wytchnienie. Zresztą, nie tylko jej, bo i dziewczynki przestały być takie nadwrażliwe jak wcześniej. Szczególnie młodsza, Kasia.

Patrycja czasami myślała, że to dzięki Konstancji Potockiej, która otoczyła je przyjaznym ramieniem. Dostała od niej dach nad głową: dwa małe pokoje na piętrze domu, a to znacznie więcej niż mogła oczekiwać od zupełnie obcej osoby. Czuła, że jej spokój to także zasługa Rolanda Zarzyckiego, jej pracodawcy, który ze zrozumieniem przyjmował jej początkowo nerwowe zachowanie i prośby o wcześniejsze wyjście z pracy, kiedy musiała odebrać ze szkoły gorączkującą córkę czy pójść na przedstawienie do Kasinego przedszkola. Była jeszcze Malwina Skalska, dobra dusza niechorskiego „Zakątka Nadziei”, dzięki której Patrycja znalazła się w Świeradowie. W końcu doszła do wniosku, że oni wszyscy stworzyli dla niej przepustkę do nowego życia. I to takiego, które przepełniały nie szarości, a wszystkie kolory tęczy.

***

Patrycja Ogarek doceniała rytuał dnia codziennego. Poranek w domu pani Konstancji: przygotowanie śniadania, krótka rozmowa ze staruszką i zaordynowanie leków, potem wyprawa z córkami do szkoły i spokojny spacer do pracy. „Izerska Szarlotka”, tak nazywała się kawiarnia, w której znalazła zatrudnienie. Mieściła się przy pensjonacie Rolanda Zarzyckiego, pogodnego starszego pana, który prowadził ten przybytek od trzydziestu lat. Patrycja była kelnerką, barmanką, czasami pomagała przy dekorowaniu ciast, nawet przy dostawach. Bywało ciężko, ale nigdy nie narzekała.

– Dzień dobry, panie Rolandzie! – zawołała do szefa, który zaaferowany sprawdzał dostawę owoców.

– Dzień dobry, Patrycjo. – Zarzycki oderwał się od przeglądania skrzynek i spojrzał na kobietę. – Jak zawsze punktualna! Nawet przed czasem! Dzisiaj wyjątkowo mi to na rękę, bo muszę jechać do skarbówki. A tu coś chyba namieszali z tym zamówieniem. – Wskazał na skrzynki. – Proszę, sprawdź z dokumentami, bo mi Danuśka łeb urwie. I zadzwoń z reklamacją do tego dostawcy, no…

– Macieja Jastrzębskiego? Z Rolhurtu?

– Dokładnie! – Roland ucieszył się. – Szybko się uczysz, Patrycjo. To dobrze!

– Już się tym zajmuję.

Po chwili wiedziała, że dokumenty mają się nijak do zawartości skrzynek. Zamiast jabłek ktoś spakował gruszki, a zamiast cytrusów – banany.

„Z tego na pewno nie powstanie ani szarlotka, ani napój imbirowo-pomarańczowy” – pomyślała i sięgnęła po telefon.

– Dzień dobry, dzwonię z „Izerskiej Szarlotki”. Czy rozmawiam z Maciejem Jastrzębskim? – Kiedy usłyszała potwierdzenie, kontynuowała: – Cześć – przywitała się z mężczyzną, którego często widywała w kawiarni i o którym dużo się nasłuchała od dziewczyn. Uprzejmy i zawsze pogodny, dostawca Maciek był ich ulubieńcem. – Szef polecił, żebym do ciebie zadzwoniła, chociaż w sumie nie mam pojęcia, czy to ty robiłeś dziś dostawę, czy ktoś inny, ale… Coś tu nie gra z zamówieniem. Niektóre skrzynki się nie zgadzają i… – Patrycja urwała. – …Naprawdę? To super. Czekam w takim razie… Dobrze, oczywiście.

Maciej Jastrzębski zjawił się błyskawicznie, jakby stał gdzieś za rogiem, spodziewając się telefonu. Patrycja nie zdążyła nawet przywitać się z koleżankami, kiedy dojrzała samochód dostawczy. Pospiesznie wyszła na podwórze.

– Przepraszam za kłopot – powiedział do niej. – Takie pomyłki raczej nam się nie zdarzają.

Patrycja skinęła głową, bo rzeczywiście tak było. Odkąd pracowała u pana Rolanda, przytrafiło się to pierwszy raz.

– Nic się nie stało. Ważne, że to tylko pomyłka, bo… – Uśmiechnęła się, a mężczyzna odwzajemnił ten gest. – Z gruszek pożytku by nie było.

Jastrzębski wystawił właściwe skrzynki i zabrał te pomyłkowo dostarczone. Patrycja podeszła do jednej z nich i już chciała ją podnieść, kiedy on ją uprzedził.

– Zaniosę, gdzie trzeba. W ramach przeprosin. – Stanął bardzo blisko niej.

Za blisko. Patrycja spojrzała w jego niebieskie oczy. Były takie łagodne i poczciwe, zupełnie inne od drapieżnych oczu Andrzeja, które zazwyczaj biły chłodem, złością lub zwierzęcym pożądaniem.

– Dobrze – zgodziła się pospiesznie. – Pani Danusia już czeka, bo to oczywiście na szarlotkę.

– O! Szarlotkę uwielbiam. Taką z cynamonem. Może mógłbym się wprosić na kawałek?

– Do kawiarni każdy może. Zapraszam.

– To z chęcią przyjdę. A do której godziny pracujesz?

– Ja?

Pokiwał głową i szarmancko dodał:

– Sam nie chciałbym jeść, ale z tobą?

– Nie jadam szarlotki – rzuciła.

– To może inne ciasto? Albo chociaż kawę?

Wyraz twarzy Patrycji nagle się zmienił. Przeraziły ją słowa Maćka. Nie żeby obraziły, o nie! Chłopak był miły, uprzejmy, ale na samą myśl o wypiciu kawy w towarzystwie mężczyzny poczuła suchość w gardle. Ze strachu. Nie była na to gotowa i nie sądziła, że w najbliższym czasie może być.

– Nie, dziękuję.

– Przepraszam, jeśli powiedziałem coś nie tak. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało jak jakiś tani podryw.

– Ale zabrzmiało – odważyła się, a kącik jej ust lekko drgnął. – Nie w głowie mi randki. Przykro mi.

– Nie miałem niczego więcej na myśli poza wspólną kawą. Sorry.

– Nic się nie stało. Aaa… z tamtymi skrzynkami poradzę sobie sama.

– Nie, nie. Obiecałem, to przyniosę i… zniknę.

Pokiwała głową i udała zainteresowanie jabłkami. Kiedy odwrócił się, odprowadziła go wzrokiem i cicho odetchnęła. Już jakiś czas temu zwróciła na niego uwagę. Kiedy przyjeżdżał z dostawami, zawsze był miły i uprzejmy. Taki normalny. I patrzył na nią zupełnie inaczej niż na szefa, panią Danusię czy pozostałe dziewczyny, nawet jej rówieśniczki. Tak właściwie to szukał jej wzroku. Takie miała wrażenie. Zagadywał, ale nienachalnie. Schlebiało jej to, ale i napawało obawą. Nie miała dobrych doświadczeń z mężczyznami. Nigdy.

– To jest już ostatnia skrzynka. – Maciek wyrwał ją z zamyślenia.

– Dziękuję, jesteś bardzo miły. I… – zawahała się, po czym spojrzała mu prosto w oczy. – Przepraszam za moją reakcję. Nie chciałam, żeby to tak głupio zabrzmiało, ale… Ja… ja po prostu nie… Nie mogę.

– Rozumiem, jak najbardziej. Pomyślałem sobie… W Świeradowie jesteś nowa i może brakuje ci znajomych…? Mijamy się w kawiarni od kilku miesięcy, ale zamieniliśmy raptem parę zdań, więc… – zająknął się, a Patrycja dostrzegła w jego oczach coś takiego szczerego i ujmującego, że nagle w jednej chwili odważyła się zmienić zdanie.

– Masz rację. Czasami warto z kimś porozmawiać. Jestem w pracy do siedemnastej.

– Super! – Zaskoczyła go tym miło. – Przyjadę na szarlotkę. Odłóż mi kawałek, bo do popołudnia to pewnie wasi Niemcy ją wykupią.

– Będzie czekała.

Poszła z nim do drzwi, a kiedy je zamknęła, ukryła twarz w dłoniach i zaśmiała się. Z zasłony obawy i lęku przebijała przedziwna lekkość. Dawno, bardzo dawno jej nie czuła.

Lila

Zbierała się do wyjścia ze szkoły i myślała już tylko o tym, że po południu znowu założy narty i że znowu będzie przemierzała te same ulubione trasy biegowe. W śniegu. Bo dokładnie takie treningi kochała najbardziej. Żadne jazdy na rolkach, na rowerze, bieganie czy treningi na siłowni nie mogły zastąpić uczucia, jakiego doświadczała podczas biegania na nartach.

Poranny trening tak ją naładował endorfinami, że nie mogła usiedzieć w szkole. Myślała nawet o tym, żeby zerwać się z lekcji, ale na ostatniej był sprawdzian z angielskiego, którego nie chciała i nie mogła zawalić, bo jego wynik miał zaważyć na ocenie semestralnej. Chodziła do liceum w Szklarskiej Porębie, do klasy maturalnej, więc każdego dnia sporo czasu spędzała na przejazdach. Korzystała z podwózki znajomych, choć częściej jeździła autobusem. Wtedy też, zamiast wpatrywać się w horyzont, podziwiać krajobrazy czy szperać w Internecie, uczyła się, głównie angielskiego, czytała lektury, pisała wypracowania. Wszystko po to, by mieć więcej czasu na treningi, które musiała godzić z opieką nad braćmi. Zajmowała się nimi po południu, do powrotu mamy z pracy.

Tamtego dnia też miała odebrać ich ze szkoły. Zbliżała się do budynku podstawówki, kiedy dostrzegła grupkę kotłujących się dzieciaków. Wśród nich zauważyła swojego brata, Nikosia; w pierwszej chwili pomyślała, że znowu wpadł w jakieś tarapaty. Rzuciła się pędem i już po kilku sekundach była przy nim. Podnosił się z ziemi. Na klepisku za to leżał największy klasowy urwis, Antek, a jakaś dziewczynka bez opamiętania okładała go piąstkami.

– Ej! Co wy robicie?! – krzyknęła i złapała małą za ramiona, odrywając od chłopaka.

– To on zaczął! To on! – Dzieci wskazywały na Antka.

– Nie wolno się bić! – powiedziała groźnie i do nieznanej jej dziewczynki, i do Antka.

Zrobiło się głośno. Jedna z uczennic krzyczała: „Biją się, biją!”. Kumple Antka zaczęli go podjudzać. W odpowiedzi chłopak wstał i nie bacząc na dużo starszą oraz wyższą Lilę, z całych sił kopnął swoją oprawczynię w piszczel.

– Aaa! – zawyła tamta z bólu.

– Dobrze ci tak! – wrzasnął. – I nie wtrącaj się więcej!

Lila jedną ręką złapała dziewczynkę, a drugą chłopaka. Dzieciaki wrzeszczały na siebie i rwały się do bójki. Szczególnie ona. Była wściekła, zaciskała zęby i wymachiwała małymi piąstkami. Lilce, choć miała silne ramiona, wcale nie było łatwo utrzymać ich w ryzach.

Po chwili zbiegły się inne dzieci wraz z nauczycielką. Lila krótko wyjaśniła jej sytuację, potem powiedziała Antkowi od siebie kilka szorstkich słów i oddaliła się z braćmi.

– To teraz powiedzcie mi, co tam się stało? – spytała chłopców w drodze powrotnej.