Znajdź mnie - Lisa Kleypas - ebook + audiobook

Znajdź mnie ebook i audiobook

Lisa Kleypas

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Beatrix Hathaway, ostatnia i najbardziej niekonwencjonalna ze wszystkich sióstr, zawsze lepiej czuła się wśród zwierząt i na leśnych ścieżkach niż w zatłoczonych salach balowych. Powoli godzi się też z myślą, że być może nigdy nie zazna miłości.

Kapitan Christopher Phelan, przystojny i odważny żołnierz, wyjeżdża na front przekonany, że po powrocie poślubi piękną, uwielbiającą flirt i życie towarzyskie Prudence Mercer. To jej listy pomagają mu przetrwać najtrudniejsze chwile wojny. To w ich autorce zakochuje się bez pamięci. Nie wie jednak, że pisała je Beatrix.

Kiedy Christopher wraca do domu, jest znużonym życiem, naznaczonym wojną człowiekiem, zdecydowanym odnaleźć kobietę, która dała mu nadzieję, i zdobyć jej serce. Beatrix zna prawdę, lecz wyjawienie sekretu może kosztować ją wszystko.

„Znajdź mnie” to piąty tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 351

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kim Sayar

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka e-bo­oka au­tor­stwa Lisy Kley­pas pod ty­tu­łem „Znajdź mnie”, bę­dąca pią­tym to­mem se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”, przed­sta­wia szki­co­waną ilu­stra­cję przy­tu­lo­nej pary ubra­nej w stroje z epoki wik­to­riań­skiej na tle wzoru z kwia­tów i wstą­żek. Męż­czy­zna w woj­sko­wej czapce i pe­le­ry­nie ca­łuje w po­li­czek uśmiech­niętą ko­bietę w nie­bie­skiej sukni i ozdob­nym czepku z kwia­tami, oboje się obej­mują, na dole wid­nieje czarna wstążka z na­pi­sem „Ro­dzina Ha­tha­way” oraz nie­bie­ska wstążka z ty­tu­łem „Znajdź mnie”, a z boku okrą­gła pla­kietka z na­pi­sem „Tom 5”.
Lisa Kley­pas; Znajdź mnie. Tom 5 se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”; Prze­kład: Agnieszka My­śliwy; Gyl­den­dal Astra; 2026

Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Love in the After­noon

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka My­śliwy

Co­py­ri­ght © Lisa Kley­pas, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8153-705-5

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Mo­jej cu­dow­nej, olśnie­wa­ją­cej przy­ja­ciółce Elo­isie. Pa­ra­fra­zu­jąc E.B. White’a: „Nie­czę­sto nada­rza się ktoś, kto jest jed­no­cze­śnie do­brym przy­ja­cie­lem i do­brym pi­sa­rzem”.

Z wy­ra­zami mi­ło­ści,

L.K.

Pro­log

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion, Bry­gada Strzel­ców

Przy­lą­dek Ma­pan

Krym

Czer­wiec 1855 roku

Naj­droż­szy Chri­sto­phe­rze,

wię­cej do Cie­bie nie na­pi­szę.

Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz.

Nie chcia­łam słać Ci li­stów mi­ło­snych, ale one tym wła­śnie się stały. W dro­dze do Cie­bie moje słowa za­mie­niły się w bi­cie serca na kartce.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie.

––––– (bez pod­pisu)

Roz­dział 1

Hamp­shire, An­gliaOsiem mie­sięcy wcze­śniej

Wszystko za­częło się od li­stu. A ści­ślej rzecz uj­mu­jąc, od wzmianki o psie.

– Ja­kim psie? – za­py­tała Be­atrix Ha­tha­way. – Co mu się stało?

Jej przy­ja­ciółka Pru­dence, naj­pięk­niej­sza młoda dama w ca­łym hrab­stwie, pod­nio­sła głowę znad li­stu, który prze­słał jej kon­ku­rent, ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan.

Dżen­tel­men nie po­wi­nien co prawda ko­re­spon­do­wać z nie­za­mężną dziew­czyną, ale mło­dzi po­pro­sili o po­moc szwa­gierkę Phe­lana, która po­śred­ni­czyła w wy­mia­nie li­stów.

Pru­dence zmarsz­czyła kpiąco brwi.

– Do­prawdy, Beo, wię­cej za­in­te­re­so­wa­nia oka­zu­jesz psu niż ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi.

– Ka­pi­tan Phe­lan nie po­trze­buje mego za­in­te­re­so­wa­nia – od­parła prag­ma­tycz­nie Be­atrix. – Cie­szy się prze­cież za­in­te­re­so­wa­niem każ­dej panny na wy­da­niu w Hamp­shire. Poza tym udał się na wojnę z wy­boru. Je­stem prze­ko­nana, że wspa­niale się bawi, pa­ra­du­jąc po Kry­mie w szy­kow­nym mun­du­rze.

– Wcale nie jest szy­kowny – pa­dła po­nura od­po­wiedź. – Jego re­gi­ment ubiera się te­raz okrop­nie; te nowe mun­dury są ta­kie zwy­czajne, ciem­no­zie­lone z czar­nymi wy­ło­gami, zu­peł­nie po­zba­wione zło­tych ga­lo­nów i ozdób. Gdy za­py­ta­łam o po­wód tej zmiany, ka­pi­tan Phe­lan wy­ja­śnił mi, że ma to po­móc strzel­com się ukryć, co nie ma prze­cież żad­nego sensu, bo wszy­scy wie­dzą, że bry­tyj­ski żoł­nierz jest zbyt od­ważny i dumny, by się ukry­wać w cza­sie bi­twy. Chri­sto­pher... to zna­czy ka­pi­tan Phe­lan... do­dał wtedy, że to ze względu na... och, użył ja­kie­goś fran­cu­skiego słowa...

– Ka­mu­flaż? – pod­po­wie­działa za­in­try­go­wana Be­atrix.

– Tak, skąd wie­dzia­łaś?

– Wiele zwie­rząt po­słu­guje się tech­ni­kami ka­mu­flażu, by się ukryć. Na przy­kład ka­me­le­ony. Upie­rze­nie sów po­zwala im zlać się dla nie­wpraw­nego oka z korą drzew. Dzięki temu...

– Wiel­kie nieba, Be­atrix, oszczędź mi ko­lej­nego wy­kładu o zwie­rzę­tach.

– Do­brze, pod wa­run­kiem, że opo­wiesz mi o psie.

Pru­dence po­dała jej list.

– Sama prze­czy­taj.

– Ależ, Pru… – za­pro­te­sto­wała Be­atrix, gdy przy­ja­ciółka we­pchnęła jej do ręki małe, schludne stro­niczki. – Ka­pi­tan Phe­lan mógł na­pi­sać coś bar­dzo oso­bi­stego.

– To by do­piero było szczę­ście! Ten list jest okrop­nie nudny. Nic tylko bi­twy i złe wie­ści.

Chri­sto­pher Phe­lan był ostat­nią osobą, któ­rej Be­atrix chcia­łaby bro­nić, rze­kła jed­nak:

– Prze­cież on wal­czy na Kry­mie, Pru. W cza­sie wojny nie ma chyba zbyt wielu ra­do­snych wy­da­rzeń, o któ­rych mógłby na­pi­sać.

– Cóż, obce kraje ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wały i nie uda­wa­łam przed nim, że jest ina­czej.

Be­atrix uśmiech­nęła się słabo.

– Pru, je­steś pewna, że chcesz być żoną ofi­cera?

– Cóż, oczy­wi­ście… Więk­szość ofi­ce­rów ni­gdy nie uczest­ni­czy w woj­nie. To modni sa­lo­nowcy, któ­rzy zgo­dziw­szy się na pół pen­sji, mają nie­wiele obo­wiąz­ków i nie mu­szą bez­u­stan­nie prze­by­wać w re­gi­men­cie. I tak było rów­nież w przy­padku ka­pi­tana Phe­lana, do­póki nie zo­stał we­zwany. – Pru wzru­szyła ra­mio­nami. – Wojny za­wsze wy­bu­chają nie w porę. Na szczę­ście ka­pi­tan Phe­lan już wkrótce wróci do Hamp­shire.

– Do­prawdy? Skąd wiesz?

– Moi ro­dzice mó­wią, że wojna skoń­czy się przed Bo­żym Na­ro­dze­niem.

– Też tak sły­sza­łam. Tyle że trzeba się za­sta­no­wić, czy aby nie za bar­dzo prze­ce­niamy na­sze moż­li­wo­ści, a nie do­ce­niamy ro­syj­skich.

– Ja­kież to nie­pa­trio­tyczne! – za­wo­łała Pru­dence z kpiną w oczach.

– Pa­trio­tyzm nie ma nic wspól­nego z tym, że Mi­ni­ster­stwo Wojny po­słało trzy­dzie­ści ty­sięcy żoł­nie­rzy na Krym, nie zro­biw­szy wcze­śniej nic. Nie mamy ani wie­dzy na te­mat placu boju, ani żad­nej roz­sąd­nej stra­te­gii.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Z „Ti­mesa”. Ra­porty pu­bli­kują co­dzien­nie. Nie czy­tasz ga­zet?

– Nie sek­cję po­li­tyczną. Moi ro­dzice są zda­nia, że to nie­wła­ściwe za­in­te­re­so­wa­nia dla mło­dej damy.

– Moja ro­dzina oma­wia kwe­stie po­li­tyczne co­dzien­nie pod­czas ko­la­cji, a moje sio­stry i ja bie­rzemy w tych dys­ku­sjach czynny udział. – Be­atrix urwała, po czym do­dała z szel­mow­skim uśmiesz­kiem: – Ośmie­lamy się na­wet mieć wła­sne zda­nie.

Pru­dence sze­roko otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia.

– Mój Boże. Cóż, nie po­win­nam być za­sko­czona. Wszy­scy wie­dzą, że twoja ro­dzina jest… inna.

Okre­śle­nie to na­le­żało do znacz­nie mil­szych niż te, któ­rymi za­zwy­czaj opi­sy­wano ro­dzinę Ha­tha­wayów – pię­cioro ro­dzeń­stwa, z któ­rych naj­star­szy był Leo, po­tem Ame­lia, Win­ni­fred, Poppy i Be­atrix. Po śmierci ro­dzi­ców Ha­tha­way­owie do­świad­czyli zdu­mie­wa­ją­cej od­miany losu. Przy­szli na świat jako pro­ści lu­dzie, da­leko spo­krew­nieni z ary­sto­kra­tyczną ga­łę­zią ro­dziny. W wy­niku se­rii nie­for­tun­nych in­cy­den­tów Leo odzie­dzi­czył ty­tuł wi­ceh­ra­biego, na co ani on, ani jego sio­stry nie byli przy­go­to­wani. Mu­sieli prze­pro­wa­dzić się z ma­łej wio­ski Prim­rose Place do po­sia­dło­ści Ram­say w hrab­stwie Hamp­shire.

Przez sześć lat na­uczyli się tyle, by przy­sto­so­wać się do ży­cia w to­wa­rzy­stwie. Nikt jed­nak nie na­uczył ich my­śleć jak ary­sto­kra­cja, nie prze­jęli też jej sys­temu war­to­ści i zwy­cza­jów. Byli za­możni, ale nie byli od­po­wied­nio wy­cho­wani, nie mieli ko­nek­sji. Każda inna ro­dzina w ta­kiej sy­tu­acji pró­bo­wa­łaby pod­nieść swój sta­tus po­przez mał­żeń­stwa, Ha­tha­way­owie na­to­miast wo­leli po­bie­rać się z mi­ło­ści.

Be­atrix miała po­ważne wąt­pli­wo­ści, czy ona sama kie­dy­kol­wiek sta­nie na ślub­nym ko­biercu. Miała nie­po­korną na­turę, więk­szość dni spę­dzała poza do­mem, jeż­dżąc konno i spa­ce­ru­jąc po la­sach, mo­cza­rach i łą­kach Hamp­shire. Nad to­wa­rzy­stwo lu­dzi przed­kła­dała to­wa­rzy­stwo zwie­rząt, ota­czała opieką wszyst­kie ranne i osie­ro­cone stwo­rze­nia, na które się na­ty­kała. Te, które same nie prze­trwa­łyby na wol­no­ści, sta­wały się jej pu­pi­lami. Na świe­żym po­wie­trzu czuła się szczę­śliwa i speł­niona. W sali ba­lo­wej ży­cie tra­ciło dla niej cały urok.

Co­raz czę­ściej jed­nak Be­atrix do­skwie­rało nie­za­do­wo­le­nie. Czuła nie­zde­fi­nio­waną tę­sk­notę. Tyle że ni­gdy do­tąd nie spo­tkała męż­czy­zny, który byłby dla niej od­po­wiedni. Na pewno nie nada­wała się na żonę tych bla­dych, wy­ra­fi­no­wa­nych osob­ni­ków za­lud­nia­ją­cych lon­dyń­skie sa­lony. Dziar­scy wiej­scy dżen­tel­meni byli bar­dziej po­cią­ga­jący, ale ża­den z nich nie po­sia­dał cech, któ­rych Be­atrix szu­kała. Ma­rzyła o męż­czyź­nie, który do­rów­na­łby jej siłą woli. Pra­gnęła na­mięt­nie ko­chać… sta­no­wić wy­zwa­nie… zbi­jać z nóg.

Spoj­rzała na list, który trzy­mała w dło­niach.

Nie da­rzyła Chri­sto­phera Phe­lana nie­chę­cią, wie­działa jed­nak o jego nie­przy­chyl­no­ści wo­bec tego, co ona sobą re­pre­zen­to­wała. Uro­dzony jako ary­sto­krata, wy­ra­fi­no­wany Phe­lan po­ru­szał się z wielką swo­bodą w śro­do­wi­sku, które było jej z gruntu obce. Był dru­gim sy­nem za­moż­nej ro­dziny z są­siedz­twa, jego dzia­dek ze strony matki był hra­bią, a przod­ko­wie jego ojca zbili ma­ją­tek na że­glu­dze.

Phe­la­no­wie nie mieli prawa do ty­tułu, ale naj­star­szy syn, John, miał po śmierci hra­biego odzie­dzi­czyć po­sia­dłość Ri­ver­ton w War­wick­shire. John był sta­tecz­nym, od­po­wie­dzial­nym męż­czy­zną, szcze­rze od­da­nym swej żo­nie, Au­drey.

Chri­sto­pher był jego cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Nie ma­jąc wi­do­ków na ma­ją­tek jako drugi syn, w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat za­ku­pił pa­tent ofi­cer­ski. Słu­żył w ran­dze młod­szego ofi­cera ka­wa­le­rii, do czego ze swą mę­ską urodą do­sko­nale się nada­wał – jego głów­nym za­da­niem było uczest­ni­cze­nie w pa­ra­dach i musz­trach. Cie­szył się wiel­kim po­wo­dze­niem wśród lon­dyń­skich dam, dla­tego też czę­sto jeź­dził do sto­licy, gdzie spę­dzał czas, tań­cząc, pi­jąc, upra­wia­jąc ha­zard, ku­pu­jąc wy­kwintne stroje i od­da­jąc się skan­da­licz­nym ro­man­som.

Be­atrix spo­tkała Chri­sto­phera Phe­lana dwu­krot­nie, po raz pierw­szy na lo­kal­nej po­tań­cówce, po któ­rej ochrzciła go mia­nem naj­więk­szego aro­ganta w ca­łym Hamp­shire. Za dru­gim ra­zem, pod­czas pik­niku, zmie­niła zda­nie i do­szła do wnio­sku, że to naj­bar­dziej aro­gancki czło­wiek na ca­łym świe­cie.

– Młoda panna Ha­tha­way to dzi­waczne stwo­rze­nie – po­wie­dział Phe­lan do swego to­wa­rzy­sza, co przez przy­pa­dek pod­słu­chała Be­atrix.

– Moim zda­niem jest cza­ru­jąca i ory­gi­na­lna – za­pro­te­sto­wał jego druh. – I z żadną ko­bietą nie roz­ma­wia się o ko­niach tak do­brze jak z nią.

– To lo­giczne – pa­dła drwiąca ri­po­sta. – Znacz­nie bar­dziej pa­suje prze­cież do stajni niż do sa­lonu.

Od tam­tej pory Be­atrix uni­kała go, jak tylko mo­gła. Nie miała nic prze­ciwko ukry­temu po­rów­na­niu jej do ko­nia, bo ko­nie są prze­cież pięk­nymi zwie­rzę­tami, ob­da­rzo­nymi hojną, szla­chetną na­turą. Wie­działa też, że choć może nie jest pięk­no­ścią, po­siada pe­wien urok. Nie­je­den męż­czy­zna kom­ple­men­to­wał już jej ciem­no­brą­zowe włosy i nie­bie­skie oczy.

Nie mo­gła się jed­nak rów­nać z olśnie­wa­ją­cym Chri­sto­phe­rem Phe­la­nem, pięk­nym jak Lan­ce­lot. Ga­briel. Albo Lu­cy­fer, je­śli wie­rzyć w to, że był on kie­dyś naj­pięk­niej­szym ar­cha­nio­łem. Phe­lan był wy­soki, miał błysz­czące oczy i włosy ko­loru ciem­nej ozi­mej psze­nicy mu­śnię­tej słoń­cem. Był silny, po­stawny, miał sze­ro­kie ra­miona i wą­skie bio­dra. Po­ru­szał się z nie­dbałą gra­cją, a jed­no­cze­śnie pro­mie­nio­wał ży­wot­no­ścią, ni­czym dra­pieżca.

Po pew­nym cza­sie Phe­lan zo­stał od­wo­łany ze swego re­gi­mentu i prze­nie­siony do Bry­gady Strzel­ców. Strzelcy, jak ich na­zy­wano, byli do­bo­ro­wym od­dzia­łem, szko­lo­nym do tego, by jak naj­czę­ściej wy­ka­zy­wać wła­sną ini­cja­tywę. Ich za­da­niem było zaj­mo­wać po­zy­cje na czele frontu i li­kwi­do­wać ofi­ce­rów i ko­nie, które były poza za­się­giem strzału zwy­kłych żoł­nie­rzy. Phe­lana ce­cho­wały wy­jąt­kowe umie­jęt­no­ści strze­lec­kie, dla­tego też szybko zo­stał awan­so­wany do stop­nia ka­pi­tana.

Be­atrix stwier­dziła z roz­ba­wie­niem, że na pewno go to nie ucie­szyło. Mu­siał bo­wiem za­mie­nić piękny mun­dur ka­wa­le­rii na zwy­kły zie­lony uni­form po­zba­wiony ozdób.

– Na­prawdę mo­żesz prze­czy­tać list – po­wtó­rzyła Pru, sia­da­jąc przy to­a­letce. – Mu­szę jesz­cze po­pra­wić włosy, za­nim wyj­dziemy.

– Masz uro­czą fry­zurę – za­uwa­żyła Be­atrix, nie do­strze­ga­jąc żad­nych skaz w mi­ster­nym upię­ciu ja­snych war­ko­czy. – A poza tym idziemy prze­cież tylko do wio­ski. Nikt z jej miesz­kań­ców nie za­uważy, że twoja fry­zura nie jest ide­alna.

– Ja będę wie­dzieć. Poza tym ni­gdy nie wia­domo, kogo spo­tkamy.

Be­atrix, wie­dząc, jaką wagę przy­ja­ciółka przy­kłada do swego wy­glądu, uśmiech­nęła się tylko i po­krę­ciła głową.

– Do­brze. Je­śli na­prawdę nie masz nic prze­ciwko temu, bym rzu­ciła okiem na list ka­pi­tana Phe­lana, prze­czy­tam tylko hi­sto­rię o psie.

– Za­śniesz, za­nim do­trzesz do psa – na­po­mknęła Pru­dence, wsu­wa­jąc we włosy ko­lejną spinkę.

Be­atrix po­chy­liła się nad krzy­wymi li­nij­kami. Słowa wy­glą­dały jak po­kur­czone, cia­sne sploty li­ter jakby pró­bo­wały wy­sko­czyć z kartki.

Droga Pru­dence,

sie­dzę w za­ku­rzo­nym na­mio­cie, pró­bu­jąc wy­my­ślić, co elo­kwent­nego mógł­bym na­pi­sać. Od­cho­dzę od zmy­słów. Za­słu­gu­jesz na piękne słowa, a we mnie zo­stało tylko to: my­ślę o To­bie bez­u­stan­nie. O Two­jej dłoni, którą do mnie pi­sa­łaś i o za­pa­chu per­fum na Twoim nad­garstku. Pra­gnę ci­szy i czy­stego po­wie­trza, łóżka z miękką, białą po­duszką…

Be­atrix unio­sła brwi, jej puls przy­spie­szył. Prze­rwała czy­ta­nie i zer­k­nęła na Pru­dence.

– To jest twoim zda­niem nudne? – za­py­tała ci­cho, czu­jąc ob­le­wa­jący ją ru­mie­niec.

– Tylko po­czą­tek jest zno­śny – od­parła Pru­dence. – Czy­taj da­lej.

Dwa dni temu pod­czas mar­szu wzdłuż wy­brzeża na Se­wa­sto­pol star­li­śmy się nad rzeką Almą z Ro­sja­nami. Po­do­bno od­nie­śli­śmy zwy­cię­stwo. Ja jed­nak wcale tego nie czuję. Stra­ci­li­śmy co naj­mniej dwie trze­cie ofi­ce­rów re­gi­mentu i pra­wie ćwierć pod­ofi­ce­rów. Wczo­raj ich grze­ba­li­śmy. Li­sta po­le­głych li­czy już trzy­sta sześć­dzie­siąt an­giel­skich na­zwisk, ko­lejni żoł­nie­rze umie­rają na sku­tek od­nie­sio­nych ran.

Je­den z po­le­głych, ka­pi­tan Bri­gh­ton, przy­wiózł ze sobą psa, szorst­ko­wło­sego te­riera, który wabi się Al­bert. To bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej nie­po­słuszny pies na świe­cie. Gdy skła­da­li­śmy Bri­gh­tona do grobu, zwie­rzak sie­dział przy mo­gile i bez­u­stan­nie wył, pró­bo­wał ugryźć każ­dego, kto pod­szedł bli­żej. Po­peł­ni­łem błąd, po­da­jąc mu ka­wa­łek her­bat­nika, i te­raz to tępe stwo­rze­nie wszę­dzie za mną łazi. Sie­dzi w moim na­mio­cie i gapi się na mnie na wpół osza­la­łym wzro­kiem. Cią­gle wyje. Gdy pod­cho­dzę do niego, pró­buje za­to­pić kły w mo­jej ręce. Za­strze­lił­bym go, ale mam dość za­bi­ja­nia.

Ro­dziny opła­kują już za­pewne tych, któ­rym ode­bra­łem ży­cie. Sy­no­wie, bra­cia, oj­co­wie. Za­słu­ży­łem na pie­kło po tym, co zro­bi­łem, a wojna le­d­wie się roz­po­częła. Zmie­niam się, i to na gor­sze, nie na lep­sze. Męż­czy­zny, któ­rego zna­łaś, już nie ma, oba­wiam się, że nie spodoba Ci się ten, który go za­stą­pił.

Odór śmierci, Pru… wci­ska się wszę­dzie.

Pole bi­twy usiane jest frag­men­tami ciał, ubrań, po­de­szwami bu­tów. Czy mo­żesz wy­obra­zić so­bie eks­plo­zję tak silną, że zrywa z bu­tów po­de­szwy? Po­do­bno na­stęp­nej wio­sny po bi­twie łąki za­lewa po­wódź kwia­tów – zie­mia jest tak zryta, spulch­niona, że na­siona mają miej­sce na nowe ko­rze­nie. Chciał­bym po­grą­żyć się w ża­ło­bie, ale tu nie ma na nią miej­sca. Czasu. Mu­szę ukryć swoje uczu­cia.

Czy gdzieś na świe­cie jesz­cze pa­nuje spo­kój? Pro­szę, opisz mi go. Na­pisz mi, co te­raz ha­ftu­jesz, jaką pio­senkę lu­bisz naj­bar­dziej. Czy w Stony Cross pada? Czy li­ście już zmie­niają barwy?

Twój

Chri­sto­pher Phe­lan

Gdy Be­atrix skoń­czyła czy­tać, w jej sercu za­gnieź­dziło się oso­bliwe uczu­cie: pełna zdu­mie­nia li­tość.

Nie­moż­liwe, by taki list wy­szedł spod pióra aro­ganc­kiego Chri­sto­phera Phe­lana. Nie spo­dzie­wała się tego. Wy­czy­tała po­mię­dzy wier­szami wraż­li­wość i ci­chą tę­sk­notę, która ją do głębi wzru­szyła.

– Mu­sisz mu od­pi­sać, Pru – oświad­czyła, skła­da­jąc ostroż­nie ar­ku­sik pa­pieru.

– Nie mam naj­mniej­szego za­miaru. Spro­wo­ko­wa­ła­bym tym tylko jesz­cze wię­cej na­rze­kań. Je­śli nie od­pi­szę, może to mu da do my­śle­nia, i na­stęp­nym ra­zem na­pi­sze coś we­sel­szego.

Be­atrix zmarsz­czyła brwi.

– Jak do­brze wiesz, nie ży­wię sym­pa­tii do ka­pi­tana Phe­lana, ale ten list… on za­słu­guje na twoją sym­pa­tię, Pru. Skreśl kilka li­ni­jek. Parę słów po­cie­sze­nia. To zaj­mie ci tylko chwilę. I mam radę od­no­śnie do tego psa…

– Nie mam za­miaru roz­pi­sy­wać się na te­mat pie­kiel­nego psa. – Pru­dence prych­nęła nie­cier­pli­wie. – Ty do niego na­pisz.

– Ja? Prze­cież on nie chce ze mną ko­re­spon­do­wać. Uważa, że je­stem dzi­waczna.

– Nie ro­zu­miem dla­czego. Tylko dla­tego, że przy­nio­słaś Me­duzę na pik­nik…

– To prze­cież bar­dzo do­brze wy­cho­wany jeż.

– Dżen­tel­men, który się na nią na­dział, był chyba in­nego zda­nia.

– To dla­tego, że źle do tego pod­szedł. Gdy chcesz wziąć na ręce jeża…

– Nie, na­prawdę nie ma po­trzeby mi tego tłu­ma­czyć, bo ni­gdy nie za­mie­rzam żad­nego brać na ręce. A co do ka­pi­tana Phe­lana… je­śli na­prawdę się upie­rasz, mo­żesz mu od­pi­sać i pod­pi­sać się moim imie­niem.

– Nie po­zna, że to inny cha­rak­ter pi­sma?

– Nie, bo ja jesz­cze ni­gdy do niego nie na­pi­sa­łam.

– Ale prze­cież to nie do mnie się za­leca – za­pro­te­sto­wała Be­atrix. – Nic o nim nie wiem.

– Wiesz pew­nie tyle, ile ja. Znasz jego ro­dzinę, przy­jaź­nisz się z jego szwa­gierką. Ja też nie na­zwa­ła­bym ka­pi­tana Phe­lana swoim kon­ku­ren­tem. A już na pewno nie jest je­dyny. Nie za­mie­rzam ni­czego mu obie­cy­wać, do­póki nie wróci z wojny z wszyst­kimi koń­czy­nami. Nie wyjdę za ko­goś, kogo będę mu­siała wo­zić wszę­dzie w wózku in­wa­lidz­kim.

– Pru, twoje prze­my­śle­nia są głę­bo­kie jak ka­łuża.

Pru­dence uśmiech­nęła się uro­czo.

– Przy­naj­mniej je­stem szczera.

Be­atrix spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z po­wąt­pie­wa­niem.

– Na­prawdę za­mie­rzasz zrzu­cić na mnie obo­wią­zek pi­sa­nia li­stu mi­ło­snego do jed­nego z two­ich zna­jo­mych?

Pru­dence mach­nęła nie­dbale dło­nią.

– To nie bę­dzie list mi­ło­sny. On do mnie o mi­ło­ści nie pi­sał. Wy­myśl coś ra­do­snego i do­da­ją­cego otu­chy.

Be­atrix wło­żyła list do kie­szeni sukni spa­ce­ro­wej. Wciąż jesz­cze to­czyła ze sobą w głębi du­cha spór – wie­działa, że wąt­pli­wego mo­ral­nie dzia­ła­nia nie uspra­wie­dli­wiają na­wet słuszne po­budki. Nie mo­gła jed­nak wy­rzu­cić z my­śli ob­razu wy­czer­pa­nego żoł­nie­rza, skre­śla­ją­cego w po­śpie­chu w za­ci­szu na­miotu kilku li­ni­jek dłońmi po­kry­tymi pę­che­rzami od ko­pa­nia gro­bów dla swych to­wa­rzy­szy broni. I wy­nędz­nia­łego psa wy­ją­cego w ką­cie.

Czuła się zu­peł­nie nie­od­po­wied­nią osobą do na­pi­sa­nia tego li­stu. I po­dej­rze­wała, że Pru­dence czuje to samo.

Pró­bo­wała wczuć się w sy­tu­ację Chri­sto­phera – po­rzu­cił wy­stawne ży­cie dla świata, który dzień po dniu za­gra­żał jego ist­nie­niu. Mi­nuta po mi­nu­cie. Nie mo­gła so­bie wy­obra­zić ze­psu­tego, przy­stoj­nego Phe­lana, który zmaga się z nie­bez­pie­czeń­stwem i trud­no­ściami. Gło­dem. Sa­mot­no­ścią.

Spoj­rzała w za­du­mie na przy­ja­ciółkę, ich oczy spo­tkały się w zwier­cia­dle.

– Jaka jest twoja ulu­biona pio­senka, Pru?

– Nie mam ta­kiej. Na­pisz mu, jaka jest twoja.

– Czy nie po­win­ny­śmy omó­wić tego z Au­drey? – za­py­tała Be­atrix, ma­jąc na my­śli szwa­gierkę Phe­lana.

– Ab­so­lut­nie nie. Au­drey ma po­ważny pro­blem ze szcze­ro­ścią. Nie wy­sła­łaby li­stu, gdyby wie­działa, że to nie ja go na­pi­sa­łam.

Be­atrix wy­dała z sie­bie dźwięk, który mógł być za­równo śmie­chem, jak i ję­kiem.

– Nie na­zwa­ła­bym tego pro­ble­mem ze szcze­ro­ścią. Och, Pru, bar­dzo cię pro­szę, zmień zda­nie i na­pisz do niego. Tak bę­dzie znacz­nie ła­twiej.

Pru­dence jed­nak, gdy była na­ci­skana, za­zwy­czaj po­pa­dała w ośli upór i ta sy­tu­acja nie była wy­jąt­kiem.

– Ła­twiej dla wszyst­kich, tylko nie dla mnie – oświad­czyła su­cho. – Nie wiem, jak od­po­wie­dzieć na taki list. Zresztą on już pew­nie za­po­mniał, że w ogóle go na­pi­sał. – Od­wró­ciła się do lu­stra i mu­snęła wargi bal­sa­mem z ró­ża­nych płat­ków.

Pru­dence była uro­cza, miała twa­rzyczkę w kształ­cie serca, cien­kie brwi i ogromne zie­lone oczy. Lu­stro nie od­zwier­cie­dlało jed­nak wszyst­kiego. Nie można było po­znać, co Pru­dence tak na­prawdę czuje do Chri­sto­phera Phe­lana. Jedno było pewne: na­le­żało na list od­pi­sać, na­wet nie­udol­nie i nie wstrzy­my­wać dłu­żej od­po­wie­dzi. Bo cza­sami mil­cze­nie rani bar­dziej niż kule.

W za­ci­szu swej sy­pialni w Ram­say Ho­use Be­atrix usia­dła przy biurku i za­nu­rzyła pióro w ciem­no­nie­bie­skim atra­men­cie. Trzy­noga szara kotka o imie­niu Szczę­ściara wy­cią­gnęła się na bla­cie obok niej i wpa­try­wała się w nią uważ­nie. Jeż Me­duza za­jął miej­sce po dru­giej stro­nie. Szczę­ściara, z na­tury wy­jąt­kowo wraż­liwa, ni­gdy nie do­ku­czała kłu­ją­cej ma­łej kulce.

Be­atrix prze­czy­tała raz jesz­cze list Phe­lana, po czym za­częła pi­sać.

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion Bry­gady Strzel­ców

Obóz Dru­giej Dy­wi­zji, Krym

17 paź­dzier­nika 1854 roku

Prze­rwała i po­gła­skała przed­nią łapkę Szczę­ściary opusz­kiem palca.

– Jak Pru roz­po­czę­łaby list? – za­sta­na­wiała się na głos. – Czy na­zwa­łaby go Naj­droż­szym? Uko­cha­nym? – Zmarsz­czyła nos.

Pi­sa­nie li­stów nie było jej mocną stroną. Po­cho­dziła z wy­jąt­kowo elo­kwent­nej ro­dziny, ale sama czyny ce­niła wy­żej niż słowa. Była prze­ko­nana, że może do­wie­dzieć się o dru­giej oso­bie znacz­nie wię­cej pod­czas krót­kiego spa­ceru, niż sie­dząc w sa­lo­nie i kon­wer­su­jąc go­dzi­nami.

Roz­wa­żała różne opcje na­głów­ków, które może skie­ro­wać do ad­re­sata zu­peł­nie obca osoba po­da­jąca się za ko­goś in­nego, aż w końcu się pod­dała.

– Do dia­ska, będę pi­sać tak, jak mi się po­doba. On i tak bę­dzie za­pewne zbyt zmę­czony po bi­twie, by za­sta­na­wiać się nad tym, dla­czego list nie brzmi jak Pru.

Szczę­ściara uło­żyła główkę na ła­pie i przy­mknęła oczy. Mruk­nęła ci­cho.

Be­atrix za­częła pi­sać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

czy­ta­łam do­nie­sie­nia z bi­twy nad Almą. Pan Rus­sell z „Ti­mesa” twier­dzi, że Bry­gada Strzel­ców wy­su­nęła się na czoło i za­strze­liła kilku ofi­ce­rów wroga, co wpro­wa­dziło po­płoch w jego sze­re­gach. Pan Rus­sell za­uwa­żył też z po­dzi­wem, że strzelcy ni­gdy się nie co­fają ani na­wet nie uchy­lają pod gra­dem kul.

Po­dzie­lam jego po­dziw, sza­nowny Pa­nie, ale pra­gnę do­dać, że moim zda­niem żoł­nierz nie traci nic ze swej od­wagi, je­śli jed­nak uchyli się, gdy do niego strze­lają. Może też się po­chy­lić, zro­bić unik, zejść kuli z drogi, a na­wet ukryć się za skałą. Obie­cuję, że ja wcale nie po­my­ślę przez to o Panu go­rzej!

Czy Al­bert wciąż tam jest? Na­dal gry­zie? Moja przy­ja­ciółka Be­atrix (ta sama, która przy­nosi jeże na pik­niki) twier­dzi, że pies ma zbyt dużo bodź­ców i jest prze­ra­żony. Psy to w głębi serca wilki, po­trze­bują więc przy­wódcy, musi Pan wy­raź­nie dać mu do zro­zu­mie­nia, że to Pan do­mi­nuje. Je­śli bę­dzie pró­bo­wał ugryźć, pro­szę wziąć w dło­nie cały jego pysk, na­ci­snąć lekko i po­wie­dzieć „nie” sta­now­czym gło­sem.

Moja ulu­biona pio­senka to „Za wzgó­rzami i da­leko stąd”. Wczo­raj w Hamp­shire pa­dało, prze­szła nad nami ła­godna je­sienna bu­rza, która nie strą­ciła z drzew prak­tycz­nie ani jed­nego li­ścia. Da­lie już prze­kwi­tły, przy­mro­zek ściął chry­zan­temy, ale po­wie­trze pach­nie bo­sko, opa­dłymi li­śćmi, mo­krą korą i doj­rza­łymi jabł­kami. Za­uwa­żył Pan, że każdy mie­siąc ma swój wła­sny za­pach? Maj i paź­dzier­nik pachną moim zda­niem naj­ład­niej.

Py­tał Pan, czy jest na świe­cie jesz­cze ja­kieś spo­kojne miej­sce. Z ża­lem do­no­szę, że na pewno nie jest nim Stony Cross. Kilka dni temu osioł pana Mawd­sleya uciekł z obórki i ja­kimś cu­dem prze­do­stał się na ogro­dzone pa­stwi­sko, na któ­rym pa­sła się nie­winna klacz pana Ca­irda. Osioł bez­czel­nie ją uwiódł, w wy­niku czego klacz bę­dzie miała małe. Roz­go­rzał więc spór po­mię­dzy Ca­ir­dem, który do­maga się za to fi­nan­so­wej re­kom­pen­saty, a Mawd­sleyem, który twier­dzi, że gdyby płot pa­stwi­ska był w do­brym sta­nie, nie do­szłoby do tej po­ta­jem­nej schadzki. Co gor­sza, Mawd­sley za­su­ge­ro­wał też, że klacz jest bez­wstydną la­ta­wicą i wcale nie pró­bo­wała chro­nić swo­jej cnoty.

Czy na­prawdę my­śli Pan, że za­słu­żył so­bie na pie­kło? Ja nie wie­rzę w pie­kło, na pewno nie po śmierci. Pie­kło czy­nią so­bie lu­dzie tu, na ziemi.

Pi­sze Pan, że dżen­tel­mena, któ­rego zna­łam, ktoś za­stą­pił. Bar­dzo chcia­ła­bym Panu do­dać otu­chy, ale mogę tylko za­pew­nić, że nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się Pan zmie­nił, bę­dzie Pan mile wi­dziany po po­wro­cie. Pro­szę ro­bić to, co Pan musi. Je­śli to po­maga, pro­szę ukryć swe uczu­cia i za­mknąć je na klucz. Może pew­nego dnia ra­zem je uwol­nimy.

Pań­ska

Pru­dence

Be­atrix ni­gdy umyśl­nie ni­kogo nie oszu­kała. Czu­łaby się znacz­nie le­piej, gdyby mo­gła w swoim imie­niu pod­pi­sać list. Pa­mię­tała jed­nak do­sko­nale jego po­gar­dliwe do­cinki. Nie chciałby otrzy­mać li­stu od „dzi­wacz­nej Be­atrix Ha­tha­way”. Chciał ko­re­spon­do­wać z piękną zło­to­włosą Pru­dence Mer­cer. Czyż jej list nie jest lep­szy niż brak li­stu w ogóle? Czło­wiek w jego sy­tu­acji po­trze­buje za­pewne wszel­kich słów otu­chy, ja­kie los może mu za­ofe­ro­wać.

Po­trze­buje ko­goś, kto by o nim my­ślał.

A z ja­kie­goś względu po lek­tu­rze jego li­stu Be­atrix my­ślała o nim prak­tycz­nie bez­u­stan­nie.

Roz­dział 2

Peł­nia przed je­sienną rów­no­nocą przy­nio­sła ze sobą piękną su­chą po­godę. Dzier­żawcy z Ram­say i na­jemni ro­bot­nicy ze­brali naj­bar­dziej ob­fite plony w hi­sto­rii ma­jątku. Tak jak wszy­scy, Be­atrix była bar­dzo za­jęta zbio­rami i or­ga­ni­za­cją za­bawy, która na­stę­po­wała na ich za­koń­cze­nie. Ha­tha­way­owie wy­da­wali dla po­nad ty­siąca go­ści obiad na świe­żym po­wie­trzu i po­tań­cówkę.

Ku jej ogrom­nemu roz­cza­ro­wa­niu Au­drey Phe­lan wy­mó­wiła się od wzię­cia udziału w fe­sty­nie, po­nie­waż jej mąż John cier­piał na upo­rczywy ka­szel. Au­drey wo­lała zo­stać w domu, by się nim opie­ko­wać. „Dok­tor zo­sta­wił le­kar­stwo, które już bar­dzo po­mo­gło Joh­nowi” – na­pi­sała do Be­atrix – „za­zna­czył jed­nak, że wa­run­kiem po­wrotu Johna do zdro­wia jest nie­za­kłó­cony wy­po­czy­nek w łóżku”.

Pod ko­niec li­sto­pada Be­atrix wy­brała się do domu Phe­la­nów drogą przez las pe­łen sę­ka­tych dę­bów i roz­ło­ży­stych bu­ków. Ciemne ga­łę­zie drzew po­kry­wały war­stwy szronu lśnią­cego jak po­kru­szony cu­kier w świe­tle słońca prze­bi­ja­ją­cego się przez gę­stą za­słonę chmur. W so­lid­nych trze­wi­kach Be­atrix pew­nie stą­pała po zmro­żo­nych su­chych li­ściach i mchu.

Jej oczom uka­zał się dom Phe­la­nów, daw­niej kró­lew­ski pa­wi­lon my­śliw­ski, duży, po­ro­śnięty blusz­czem bu­dy­nek oto­czony dzie­się­cioma akrami la­sów. Ko­bieta we­szła na uro­czą ka­mienną ścieżkę, obe­szła dom i sta­nęła u fron­to­wych drzwi.

– Be­atrix.

Gdy usły­szała ci­chy głos, od­wró­ciła się i zo­ba­czyła na ka­mien­nej ławce Au­drey Phe­lan.

– Och, wi­taj – przy­wi­tała ją ra­do­śnie. – Tak dawno się nie wi­dzia­ły­śmy, więc po­my­śla­łam, że… – Umil­kła, gdy przyj­rzała się przy­ja­ciółce bli­żej.

Au­drey miała na so­bie pro­stą co­dzienną suk­nię, szary ma­te­riał wta­piał się w tło je­sien­nego lasu. Be­atrix nie za­uwa­żyła jej wcze­śniej, bo była wy­jąt­kowo ci­cha i nie­ru­choma.

Przy­jaź­niły się od trzech lat, od dnia, w któ­rym Au­drey po­ślu­biła Johna i za­miesz­kała w Stony Cross. W bez­tro­skim na­stroju Be­atrix spę­dzała czas z Pru­dence, gdy jed­nak po­ja­wiał się smu­tek i kło­poty, zwra­cała się do Au­drey.

Bea zmarsz­czyła brwi na wi­dok twa­rzy pani Phe­lan, do­słow­nie wy­pra­nej z ko­loru. Jej oczy i nos były za­czer­wie­nione i opuch­nięte.

– Nie masz szala ani pe­le­ryny.

– Nic mi nie bę­dzie – szep­nęła Au­drey. Jej ra­miona za­drżały. Po­krę­ciła głową i wy­cią­gnęła dłoń, gdy Be­atrix zdjęła ciężką weł­nianą na­rzutkę i otu­liła nią jej szczu­płą po­stać. – Nie, Bea, nie…

– Roz­grzała mnie ta prze­chadzka – oświad­czyła Be­atrix, sia­da­jąc obok przy­ja­ciółki na lo­do­wa­tej ławce. Mi­nęła długa chwila mil­cze­nia, Au­drey z wy­sił­kiem prze­łknęła łzy. Coś mu­siało się stać. Be­atrix sie­działa cier­pli­wie, czu­jąc ucisk w gar­dle. – Au­drey – po­wie­działa w końcu – czy coś się stało ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi?

Au­drey spoj­rzała na nią pu­stym wzro­kiem, jakby py­ta­nie zo­stało za­dane w ob­cym ję­zyku, któ­rego nie zro­zu­miała.

– Ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi? – po­wtó­rzyła ci­cho i lekko po­krę­ciła głową. – Nie, o ile wiem, Chri­sto­pher miewa się do­brze. Do­sta­li­śmy od niego wczo­raj pa­kiet li­stów. Je­den z nich jest za­adre­so­wany do Pru­dence.

Be­atrix ogar­nęła obez­wład­nia­jąca ulga.

– Mogę jej go za­nieść, je­śli chcesz – za­ofe­ro­wała, si­ląc się na obo­jęt­ność.

– Tak, bar­dzo byś mi po­mo­gła. – Au­drey za­częła wy­krę­cać so­bie palce.

Be­atrix ostroż­nie po­ło­żyła na nich dło­nie.

– Czy stan two­jego męża się po­gor­szył?

– Le­karz wła­śnie wy­szedł. – Au­drey wzięła głę­boki od­dech. – John ma su­choty.

Be­atrix za­ci­snęła dłoń na jej pal­cach.

Sie­działy w mil­cze­niu, gdy lo­do­waty wiatr sze­le­ścił w ga­łę­ziach drzew.

Taka nie­spra­wie­dli­wość była nie do po­ję­cia. John Phe­lan był do­brym czło­wie­kiem, za­wsze sko­rym do po­mocy bliź­niemu. Za­pła­cił za le­cze­nie żony jed­nego z miesz­kań­ców wio­ski, któ­rej nie było na to stać, po­zwo­lił oko­licz­nym dzie­ciom po­bie­rać lek­cje gry na pia­ni­nie, które stało w jego domu, sfi­nan­so­wał też od­bu­dowę po po­ża­rze pie­karni w Stony Cross. Ro­bił to wszystko dys­kret­nie, jakby czuł za­że­no­wa­nie na myśl, że ktoś może się do­wie­dzieć o jego do­brych uczyn­kach. Dla­czego cho­roba mu­siała do­tknąć ko­goś ta­kiego?

– To nie jest wy­rok śmierci – oświad­czyła w końcu Be­atrix. – Nie­któ­rzy lu­dzie do­cho­dzą do zdro­wia.

– Je­den na pię­ciu – od­parła Au­drey smutno.

– Twój mąż jest młody i silny. To on bę­dzie tym jed­nym z pię­ciu.

Au­drey z wy­sił­kiem ski­nęła głową, ale nic nie po­wie­działa.

Obie do­sko­nale wie­działy, że su­choty to wy­jąt­kowo zło­śliwa przy­pa­dłość, która wy­nisz­cza płuca, po­wo­du­jąc dra­styczny uby­tek masy ciała i zmę­cze­nie. Naj­gor­szy był jed­nak ka­szel, który drę­czył cho­rego prak­tycz­nie bez­u­stan­nie, wy­wo­ły­wał krwo­toki i do­pro­wa­dzał do stanu, w któ­rym płuca nie mo­gły unieść się w ko­lej­nym od­de­chu.

– Mój szwa­gier Cam ma roz­le­głą wie­dzę na te­mat ziół i na­tu­ral­nych le­ków – na­po­mknęła Be­atrix. – Jego babka była uzdro­wi­cielką.

– Cy­gań­skie le­kar­stwa? – za­py­tała z po­wąt­pie­wa­niem Au­drey.

– Mu­sisz wszyst­kiego spró­bo­wać. Na­wet cy­gań­skich le­ków. Ro­mo­wie żyją w zgo­dzie z na­turą, po­znali jej uzdra­wia­jącą moc. Po­pro­szę Cama, by spo­rzą­dził to­nik, który po­może na płuca pana Phe­lana i…

– John za­pewne nie zgo­dzi się go za­żyć – od­parła Au­drey. – Jego matka rów­nież bę­dzie się sprze­ci­wiać. Phe­la­no­wie są bar­dzo kon­ser­wa­tywni. Je­śli lek nie spo­czy­wał wcze­śniej w tor­bie le­kar­skiej lub na ap­te­kar­skiej półce, nie za­żyją go.

– I tak przy­niosę ci coś od Cama.

Au­drey prze­chy­liła głowę i oparła ją na chwilę na ra­mie­niu Be­atrix.

– Je­steś do­brą przy­ja­ciółką, Beo. Będę cię po­trze­bo­wać w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach.

– Będę tu.

Ko­lejny lo­do­waty po­dmuch prze­gryzł się przez rę­kawy Be­atrix. Au­drey otrzą­snęła się z nie­szczę­ścia, wstała i od­dała jej na­rzutkę.

– Wejdźmy do środka, dam ci list dla Pru.

Wnę­trze domu było przy­tulne i cie­płe; po­koje były prze­strzenne, przez szyby wy­so­kich okien wpa­dało do środka zi­mowe świa­tło. Pa­liło się we wszyst­kich ko­min­kach, cie­pło wy­peł­niało utrzy­mane w nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści po­miesz­cze­nia. Dom Phe­la­nów był sto­no­wany i gu­stowny, oka­załe me­ble świad­czyły o wie­lo­wie­ko­wej za­moż­no­ści.

– Gdzie twoja te­ściowa? – za­py­tała Be­atrix, idąc za Au­drey po scho­dach.

– Od­po­czywa w swoim po­koju. Wie­ści były dla niej szcze­gól­nie trudne. John za­wsze był jej ulu­bień­cem.

Be­atrix do­sko­nale o tym wie­działa, po­dob­nie jak więk­szość miesz­kań­ców Stony Cross. Pani Phe­lan ko­chała swo­ich sy­nów, tylko oni dwaj do­żyli do­ro­sło­ści spo­śród pię­ciorga dzieci, które po­wiła – dwaj inni sy­no­wie zmarli w nie­mow­lęc­twie, a có­reczka mar­twa przy­szła na świat. To w Joh­nie jed­nak pani Phe­lan po­kła­dała wszyst­kie swe na­dzieje i am­bi­cje. Była prze­ko­nana, że żadna ko­bieta nie jest godna tego, by stać się jego to­wa­rzyszką ży­cia. Au­drey pa­dała więc ofiarą cią­głej kry­tyki z jej strony, która na­si­liła się, gdy w prze­ciągu trzech lat mał­żeń­stwa nie udało się jej po­cząć dziecka.

Be­atrix i Au­drey wcho­dziły po scho­dach, nad któ­rymi za­wie­szono ro­dzinne por­trety w cięż­kich zło­tych ra­mach. Więk­szość z nich przed­sta­wiała Be­au­cham­pów, ary­sto­kra­tyczną ga­łąź ro­dziny. Trudno było prze­oczyć fakt, że byli oni wy­jąt­kowo pięk­nymi ludźmi, z wą­skimi no­sami, błysz­czą­cymi oczami i gę­stymi fa­lu­ją­cymi wło­sami.

Gdy sta­nęły na szczy­cie scho­dów, z po­koju na końcu ko­ry­ta­rza do­biegł je stłu­miony ka­szel. Be­atrix skrzy­wiła się, sły­sząc ten ostry dźwięk.

– Beo, czy mo­gła­byś chwi­leczkę za­cze­kać? – za­py­tała ner­wowo Au­drey. – Mu­szę zaj­rzeć do Johna, czas na jego le­kar­stwo.

– Oczy­wi­ście.

– Po­kój Chri­sto­phera, ten, w któ­rym za­trzy­muje się, gdy przy­jeż­dża z wi­zytą, jest tam. List po­ło­ży­łam na ko­mo­dzie.

– We­zmę go.

Au­drey po­szła do męża, a Be­atrix z ocią­ga­niem prze­kro­czyła próg po­koju ka­pi­tana, naj­pierw zer­k­nąw­szy do środka.

W po­koju pa­no­wał mrok. Be­atrix po­de­szła do okna, by roz­chy­lić cięż­kie za­słony i wpu­ścić do środka świa­tło dnia. List le­żał na ko­mo­dzie. Pod­nio­sła go po­spiesz­nie, jej palce same za­ci­snęły się na pie­częci.

Nie zła­mała jej jed­nak, list był prze­cież za­adre­so­wany do Pru­dence.

Wes­tchnęła z nie­cier­pli­wo­ścią i wsu­nęła go do kie­szeni sukni. Sta­nęła przy ko­mo­dzie i za­częła przy­glą­dać się ak­ce­so­riom wy­ło­żo­nym na drew­nia­nej tacy.

Mały pę­dzel do go­le­nia ze srebrną rączką… skła­dana brzy­twa… pu­sta my­del­niczka… por­ce­la­nowe puz­derko z wiecz­kiem. Nie mo­gąc się oprzeć, Be­atrix unio­sła po­krywkę i zaj­rzała do środka. Zna­la­zła trzy pary spi­nek do man­kie­tów, dwie srebrne i jedną złotą, łań­cu­szek do ze­garka i mo­siężny gu­zik. Za­mknęła pu­dełko, wzięła do ręki pę­dzel do go­le­nia i ostroż­nie do­tknęła nim po­liczka. Wło­sie było je­dwa­bi­ste i mięk­kie. Gdy nim po­ru­szyła, w po­wie­trzu roz­szedł się przy­jemny za­pach. Ko­rzenny aro­mat my­dła do go­le­nia.

Be­atrix zbli­żyła pę­dzel do nosa i po­wą­chała go… cedr, la­wenda, li­ście lau­rowe. Wy­obra­ziła so­bie, jak Chri­sto­pher na­kłada pianę na twarz, wy­krzy­wia­jąc wargi na jedną stronę w mę­skim gry­ma­sie, który tak czę­sto ob­ser­wo­wała u ojca i brata, gdy się go­lili.

– Be­atrix?

W po­śpie­chu odło­żyła pę­dzel i wy­szła na ko­ry­tarz.

– Zna­la­złam list – po­wie­działa. – I roz­chy­li­łam za­słony, za­raz je za­cią­gnę, a…

– Och, nie przej­muj się tym, zo­staw je. Nie cier­pię ciem­nych po­miesz­czeń. – Au­drey uśmiech­nęła się z wy­sił­kiem. – John wziął le­kar­stwo. Staje się od niego senny. Sko­rzy­stam więc z oka­zji, zejdę na dół i po­roz­ma­wiam z ku­charką. John są­dzi, że po prze­bu­dze­niu zdoła zjeść tro­chę bia­łego pud­dingu.

Ra­zem ze­szły po scho­dach.

– Dzię­kuję ci, że zgo­dzi­łaś się za­nieść ten list Pru­dence.

– To bar­dzo miło z two­jej strony, że uła­twiasz im ko­re­spon­den­cję.

– Och, prze­cież to ża­den kło­pot. Zgo­dzi­łam się dla do­bra Chri­sto­phera. Choć mu­szę przy­znać, że zdzi­wiło mnie, że Pru­dence po­świę­ciła czas na to, by od­pi­sać.

– Dla­czego?

– My­ślę, że nie dba o niego w naj­mniej­szym stop­niu. Ostrze­ga­łam Chri­sto­phera, gdy wy­jeż­dżał. On jed­nak był za­uro­czony jej wy­glą­dem i dow­ci­pem, więc wmó­wił so­bie, że roz­wija się po­mię­dzy nimi coś praw­dzi­wego.

– My­śla­łam, że lu­bisz Pru­dence.

– Lu­bię. To zna­czy… sta­ram się. Ze względu na cie­bie. – Uśmiech­nęła się kpiąco na wi­dok miny Be­atrix. – Wo­la­ła­bym być ra­czej taka jak ty, Beo.

– Jak ja? Chyba ra­czej nie… Nie za­uwa­ży­łaś, że je­stem dzi­waczna?

Au­drey uśmiech­nęła się sze­rzej i przez uła­mek se­kundy wy­glą­dała jak bez­tro­ska młoda dama, którą była przed cho­robą Johna.

– Ak­cep­tu­jesz lu­dzi ta­kimi, jacy są. Trak­tu­jesz ich tak jak swoje zwie­rzęta, je­steś cier­pliwa, po­świę­casz czas, by zro­zu­mieć ich na­wyki i po­trzeby i ni­gdy ich nie osą­dzasz.

– Su­rowo osą­dzi­łam two­jego szwa­gra – za­uwa­żyła Be­atrix.

– Wię­cej osób po­winno być su­ro­wych dla Chri­sto­phera – od­parła Au­drey. – To mia­łoby bło­go­sła­wiony wpływ na jego cha­rak­ter.

List spo­czy­wa­jący w kie­szeni Be­atrix był dla niej praw­dziwą tor­turą. Szybko wró­ciła do domu, osio­dłała ko­nia i po­je­chała do Mer­cer Ho­use, wy­myśl­nie za­pro­jek­to­wa­nego domu z wie­życz­kami, mi­ster­nie po­wy­krę­ca­nymi po­rę­czami bal­ko­nów i wi­tra­żo­wymi oknami.

Pru­dence do­piero wstała, po­przed­niego wie­czoru bo­wiem do trze­ciej ba­wiła na tań­cach, przy­jęła więc Be­atrix w ak­sa­mit­nym szla­froku bo­gato ozdo­bio­nym białą ko­ronką.

– Och, Bea, ża­łuj, że nie było cię wczo­raj na tań­cach! Przy­było tylu przy­stoj­nych mło­dych dżen­tel­me­nów, w tym od­dział ka­wa­le­rzy­stów, któ­rzy za dwa dni jadą na Krym. Wy­glą­dali wspa­niale w mun­du­rach…

– Wła­śnie wra­cam od Au­drey – prze­rwała jej Be­atrix bez tchu, wcho­dząc do pry­wat­nego sa­lo­niku i za­my­ka­jąc za sobą drzwi. – Biedny pan Phe­lan nie czuje się do­brze i… cóż, za­raz ci o tym opo­wiem, bo naj­pierw… przy­szedł list od ka­pi­tana Phe­lana!

Pru­dence uśmiech­nęła się i wzięła list.

– Dzię­kuję ci, Beo. A te­raz je­śli cho­dzi o tych ofi­ce­rów, któ­rych wczo­raj po­zna­łam… był tam taki ciem­no­włosy po­rucz­nik, który po­pro­sił mnie do tańca i…

– Nie otwo­rzysz go? – za­py­tała Be­atrix ze zdu­mie­niem, gdy Pru­dence odło­żyła list na to­a­letkę.

Pru­dence uśmiech­nęła się do niej za­gad­kowo.

– Ależ ty je­steś dzi­siaj nie­cier­pliwa. Chcesz, że­bym go od razu otwarła?

– Tak.

– Ale ja chcę opo­wie­dzieć ci o po­rucz­niku.

– W no­sie mam two­jego po­rucz­nika, chcę wie­dzieć, co na­pi­sał ka­pi­tan Phe­lan.

Pru­dence za­chi­cho­tała miękko.

– Ostatni raz wi­dzia­łam cię tak pod­eks­cy­to­waną, gdy w ze­szłym roku ukra­dłaś lisa, któ­rego lord Camp­don spro­wa­dził z Fran­cji.

– Nie ukra­dłam go, tylko oca­li­łam. Żeby spro­wa­dzać z Fran­cji lisa do po­lo­wań… To wy­jąt­kowo nie­spor­towe za­cho­wa­nie. – Be­atrix po­ka­zała ge­stem list. – Otwórz go!

Pru­dence zła­mała pie­częć, prze­bie­gła kartki wzro­kiem i po­krę­ciła głową z roz­ba­wio­nym nie­do­wie­rza­niem.

– Te­raz pi­sze o mu­łach. – Wy­wró­ciła oczami i po­dała list Be­atrix.

Panna Pru­dence Mer­cer

Stony Cross

Hamp­shire, An­glia

7 li­sto­pada 1854 roku

Droga Pru­dence,

nie­za­leż­nie od tego, co do­no­szą ra­porty o nie­ustra­szo­nych bry­tyj­skich żoł­nier­zach, za­pew­niam Cię, że strzelcy pod ostrza­łem co­fają się, a na­wet uchy­lają. Zgod­nie z Twoją radą do­da­łem do mego re­per­tu­aru także scho­dze­nie ku­lom z drogi i cho­wa­nie się za ska­łami, z do­sko­na­łym re­zul­ta­tem. Za­da­łem tym sa­mym kłam mo­ra­łom pły­ną­cym ze sta­rych ba­jek: cza­sami czło­wiek woli jed­nak być za­ją­cem niż żół­wiem.

Dwu­dzie­stego czwar­tego paź­dzier­nika sto­czy­li­śmy bi­twę o port Ba­ła­kława na po­łu­dniu kraju. Na­szej lek­kiej jeź­dzie bez zro­zu­mia­łej przy­czyny na­ka­zano ude­rzać pro­sto na ro­syj­skie ar­maty. Pięć po­zba­wio­nych wspar­cia re­gi­men­tów ka­wa­le­rii zo­stało do­słow­nie zmie­cio­nych z po­wierzchni ziemi. Dwu­stu żoł­nie­rzy i pra­wie czte­ry­sta koni stra­ci­li­śmy w dwa­dzie­ścia mi­nut.

Ru­szy­li­śmy na ra­tu­nek żoł­nie­rzom, któ­rzy pa­dli w boju, żeby Ro­sja­nie nie zdo­łali do nich do­trzeć. Al­bert biegł obok mnie nie­ustra­sze­nie pod gra­dem kul i po­ma­gał mi iden­ty­fi­ko­wać tych ran­nych, któ­rych można było wy­nieść poza za­sięg po­ci­sków. Zgi­nął mój naj­bliż­szy przy­ja­ciel.

Pro­szę, po­dzię­kuj swo­jej przy­ja­ciółce Be­atrix za rady od­no­śnie do Al­berta. Już mniej gry­zie in­nych, a mnie w ogóle, kilka razu tylko skub­nął go­ści w moim na­mio­cie.

Maj i paź­dzier­nik pachną naj­ład­niej? Ja do­dał­bym jesz­cze gru­dzień: jo­dła, szron, dym ogni­ska, cy­na­mon. A je­śli cho­dzi o Twoją ulu­bioną pio­senkę… Wie­dzia­łaś, że „Za wzgó­rzami i da­leko stąd” to ofi­cjalny hymn Bry­gady Strzel­ców?

Wszy­scy wo­kół pa­dają ofia­rami roz­ma­itych cho­rób, tylko nie ja. Nie mam ob­ja­wów cho­lery, ani żad­nych in­nych przy­pa­dło­ści, które dzie­siąt­kują na­sze sze­regi. Czuję, że po­wi­nie­nem cho­ciaż po­uda­wać pro­blemy z żo­łąd­kiem, by za­cho­wać po­zory przy­zwo­ito­ści.

Co do za­targu o osła: ży­wię wiele współ­czu­cia dla Ca­irda i jego bez­wstyd­nej kla­czy, ale czuję się w obo­wiązku za­uwa­żyć, że przyj­ście na świat muła to wcale nie taki zły re­zul­tat. Muły są znacz­nie pew­niej­sze niż ko­nie, ogól­nie zdrow­sze, a co naj­waż­niej­sze, mają nie­zwy­kle wy­ra­zi­ste uszy. I wcale nie są uparte, do­póki od­po­wied­nio się je pro­wa­dzi. Za­pewne dziwi Cię moja wy­raźna sła­bość do mu­łów, spie­szę więc wy­ja­śnić, że jako dziecko mia­łem muła o imie­niu Hek­tor, na cześć muła wy­stę­pu­ją­cego w Ilia­dzie.

Nie ośmie­lił­bym pro­sić Cię, byś na mnie cze­kała, Pru, ale pro­szę Cię za to, byś znów do mnie na­pi­sała. Prze­czy­ta­łem Twój list nie­zli­czoną ilość razy. Te­raz, od­da­lona ode mnie o dwa ty­siące mil, je­steś znacz­nie bar­dziej rze­czy­wi­sta, niż by­łaś kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Na za­wsze Twój,

Chri­sto­pher

PS. Za­łą­czam por­tret Al­berta.

Czy­ta­jąc, Be­atrix od­czu­wała na prze­mian tro­skę, wzru­sze­nie i roz­ba­wie­nie. Skoń­czyła lek­turę cał­ko­wi­cie ocza­ro­wana.

– Po­zwól mi od­pi­sać za sie­bie – po­pro­siła. – Jesz­cze je­den list. Pro­szę cię, Pru. Po­każę ci go, za­nim go wy­ślę.

Pru­dence ro­ze­śmiała się.

– Na­prawdę, to naj­głup­sza rzecz, jaką w ży­ciu… Och, no do­brze, od­pisz mu, je­śli cię to bawi.

Ko­lejne pół go­dziny Be­atrix po­świę­ciła na błahą po­ga­wędkę o tań­cach, go­ściach, któ­rzy na nie przy­byli, i naj­śwież­szych plot­kach z Lon­dynu. Wsu­nęła list od Chri­sto­phera Phe­lana do kie­szeni… i za­marła, gdy wy­czuła pal­cami nie­znany przed­miot. Me­ta­lowa rączka… i je­dwa­bi­ste wło­sie pędzla do go­le­nia. Zbla­dła, gdy zro­zu­miała, że nie­świa­do­mie za­brała go z ko­mody Chri­sto­phera.

Jej pro­blem po­wró­cił.

Zdo­łała się uśmiech­nąć i pod­trzy­my­wała roz­mowę z Pru­dence, choć w środku czuła bu­rzę.

Od czasu do czasu gdy była zde­ner­wo­wana lub zmar­twiona, wkła­dała do kie­szeni różne małe przed­mioty w skle­pach i re­zy­den­cjach są­sia­dów. Ro­biła tak od śmierci ro­dzi­ców. Za­zwy­czaj była tego zu­peł­nie nie­świa­doma, cza­sami jed­nak im­puls był tak silny, że po­ciła się i drżała, do­póki mu nie ule­gła.

Sama kra­dzież ni­gdy nie była kło­po­tem. To zwra­ca­nie dro­bia­zgów ich wła­ści­cie­lom przy­spa­rzało pro­ble­mów. Be­atrix z po­mocą ro­dziny za­wsze się to jed­nak uda­wało. Cza­sami jed­nak wy­ma­gało to wy­jąt­ko­wych sta­rań – wi­zyt skła­da­nych o zu­peł­nie nie­od­po­wied­niej po­rze dnia, wy­my­śla­nia naj­dzi­wacz­niej­szych wy­mó­wek, by móc wa­łę­sać się po czy­imś domu – to wszystko tylko umac­niało re­pu­ta­cję Ha­tha­wayów jako eks­cen­try­ków.

Na szczę­ście tym ra­zem odło­że­nie pędzla nie po­winno być trudne. Może go prze­cież zwró­cić przy na­stęp­nej wi­zy­cie u Au­drey.

– Chyba mu­szę się już ubrać – oświad­czyła w końcu Pru­dence.

Be­atrix bez wa­ha­nia sko­rzy­stała z oka­zji.

– Oczy­wi­ście. Ja mu­szę wra­cać do domu i do obo­wiąz­ków. – Uśmiech­nęła się i do­dała lek­kim to­nem: – Mam list do na­pi­sa­nia.

– Tylko wy­strze­gaj się dzi­wactw – po­le­ciła jej Pru­dence. – Miej na uwa­dze moją re­pu­ta­cję.

Roz­dział 3

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion Bry­gady Strzel­ców

Obóz Home Ridge

In­ker­man, Krym

3 grud­nia 1854 roku

Drogi Chri­sto­phe­rze,

czy­ta­łam tego ranka, że po­nad dwa ty­siące żoł­nie­rzy po­le­gło w ostat­niej bi­twie. Je­den z ofi­ce­rów strzel­ców zo­stał ra­niony ba­gne­tem. To nie był Pan, prawda? Czy jest pan ranny? Tak się o Pana boję. I bar­dzo mi przy­kro, że zgi­nął Pań­ski przy­ja­ciel.

De­ko­ru­jemy dom na święta, wie­szamy ostro­krzew i je­miołę. Do­łą­czam do li­stu kartkę świą­teczną wy­ko­naną przez miej­sco­wego ar­ty­stę. Pro­szę zwró­cić uwagę na frę­dzel i sznu­rek na dole – gdy się zań po­cią­gnie, we­seli dżen­tel­meni z le­wej za­czną ra­czyć się wi­nem. („Ra­czyć się” to ta­kie dziwne słowo, prawda? Ale też jedno z mo­ich ulu­bio­nych.)

Uwiel­biam stare ko­lędy. Uwiel­biam Boże Na­ro­dze­nie za jego nie­zmien­ność. Uwiel­biam je­dze­nie świą­tecz­nego pud­dingu śliw­ko­wego, choć za sa­mym pud­din­giem nie prze­pa­dam. Tra­dy­cja nie­sie otu­chę, nie­praw­daż?

Al­bert wy­daje się uro­czym psem, może nie w pełni dżen­tel­me­nem, ale za to wier­nym i god­nym za­ufa­nia to­wa­rzy­szem.

Boję się, że coś się Panu stało. Mam na­dzieję, że jest Pan bez­pieczny. Każ­dej nocy za­pa­lam dla Pana świeczkę.

Pro­szę od­pi­sać naj­szyb­ciej, jak to tylko moż­liwe.

Pru­dence

PS. Po­dzie­lam Pań­ską sym­pa­tię dla mu­łów. To bar­dzo bez­pre­ten­sjo­na­lne stwo­rze­nia, które ni­gdy nie cheł­pią się swo­imi przod­kami. Można so­bie tylko ży­czyć, by nie­któ­rzy lu­dzie byli w tym aspek­cie nieco do nich po­do­bni.

Panna Pru­dence Mer­cer

Stony Cross

Hamp­shire

1 lu­tego 1854 roku

Droga Pru,

nie­stety to wła­śnie mnie ra­niono ba­gne­tem. Skąd wie­dzia­łaś? To się zda­rzyło, gdy wspi­na­li­śmy się na wzgó­rze, by zdo­być ro­syj­ską ba­te­rię ar­mat. Była to nie­wielka rana na ra­mie­niu, nie­warta na­wet tego do­nie­sie­nia.

Czter­na­stego li­sto­pada roz­pę­tała się bu­rza, która znisz­czyła na­sze obozy i za­to­piła fran­cu­skie i bry­tyj­skie statki w za­toce. Ko­lejne straty w lu­dziach; stra­ci­li­śmy też więk­szość zi­mo­wych za­pa­sów i wy­po­sa­że­nia. To bę­dzie bar­dzo ciężka kam­pa­nia. Je­stem głodny. Wczo­raj śni­łem o je­dze­niu. Za­zwy­czaj śnię o To­bie, ale po­przed­niej nocy nie­stety przy­ćmiła Cię ja­gnię­cina w so­sie mię­to­wym.

Jest okrop­nie zimno. Sy­piam z Al­ber­tem. Obaj sta­li­śmy się gbu­ro­waci, ale zno­simy sie­bie na­wza­jem, by nie za­mar­z­nąć na śmierć. Al­bert jest te­raz nie­za­stą­piony dla na­szego od­działu – prze­nosi wia­do­mo­ści, biega znacz­nie szyb­ciej niż ja­ki­kol­wiek czło­wiek. Staje też na war­cie i cho­dzi na zwiady.

Oto kilka rze­czy, któ­rych mnie na­uczył:

Wszystko na­daje się do zje­dze­nia, chyba że zo­stało już przez ko­goś po­łknięte.

Drze­mać na­leży za­wsze, gdy tylko nada­rzy się oka­zja.

Nie na­leży na ni­kogo war­czeć, chyba że to ab­so­lut­nie ko­nie­czne.

Cza­sami nie da się unik­nąć go­nie­nia w piętkę.

Mam na­dzieję, że mia­łaś cu­do­wne święta. Dzię­kuję za kartkę – do­tarła do mnie dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia, po­ka­za­łem ją ca­łej kom­pa­nii, nie­któ­rzy z żoł­nie­rzy po raz pierw­szy w ży­ciu wi­dzieli kartkę świą­teczną. Za­nim w końcu do mnie wró­ciła, kar­to­nowi dżen­tel­meni byli już lekko za­wiani od bez­u­stan­nego ra­cze­nia się wi­nem.

Ja też lu­bię słowo „ra­czyć się”. W za­sa­dzie od za­wsze mia­łem sła­bość do kilku słów. Na przy­kład „pe­re­gry­na­cja”, czyli dłuż­sza po­dróż. Albo „epu­zer”, kon­ku­rent. Czy klacz pana Ca­irda już uro­dziła? Może po­pro­szę brata, by od­ku­pił muła. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy do­bry muł może się przy­dać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

wy­sy­ła­nie Ci li­stów pocztą wy­daje mi się zbyt pro­za­iczne. Chcia­ła­bym zna­leźć ja­kiś cie­kaw­szy spo­sób… Mo­gła­bym przy­wią­zać zwój do nogi ptaka albo wy­słać Ci wia­do­mość w bu­telce. Cho­ciaż przez wzgląd na sku­tecz­ność po­zo­stanę chyba przy Po­czcie Kró­lew­skiej.

Wła­śnie prze­czy­ta­łam w „Ti­me­sie” opis Two­ich ko­lej­nych bo­ha­ter­skich do­ko­nań. Dla­czego po­dej­mu­jesz ta­kie ry­zyko? Co­dzienne obo­wiązki żoł­nie­rza są chyba wy­star­cza­jąco nie­bez­pieczne. Dbaj o sie­bie, Chri­sto­phe­rze – dla mnie, je­śli nie dla sie­bie. Moja prośba wy­pływa z czy­stego ego­izmu… Nie znio­sła­bym za­koń­cze­nia na­szej ko­re­spon­den­cji.

Je­stem tak da­leko, Pru. Wy­daje mi się, że stoję z boku i z tego miej­sca ob­ser­wuję swoje ży­cie. Po­śród ca­łego tego okru­cień­stwa od­kry­wam pro­ste przy­jem­no­ści ta­kie jak gła­ska­nie psa, czy­ta­nie li­stów czy przy­glą­da­nie się noc­nemu niebu. Dziś wy­da­wało mi się, że wi­dzia­łem sta­ro­żytny gwiaz­do­zbiór Argo… na­zwany tak na cześć statku, któ­rym Ja­zon pły­nął po złote runo. Po­do­bno można go do­strzec tylko w Au­stra­lii, ale ja i tak je­stem prze­ko­nany, że wi­dzia­łem go ką­tem oka.

Bła­gam, za­po­mnij o tym, co kie­dyś na­pi­sa­łem. Chcę, że­byś na mnie cze­kała. Nie wy­chodź za mąż przed moim po­wro­tem.

Cze­kaj na mnie.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

ma­rzec pach­nie desz­czem, gliną, pió­rami i miętą. Każ­dego ranka i po­po­łu­dnia piję her­batę ze świe­żej mięty sło­dzoną mio­dem. Ostat­nio bar­dzo dużo spa­ce­ruję. Le­piej mi się my­śli na świe­żym po­wie­trzu.

Wczo­raj­sza noc była wy­jąt­kowo po­godna. Spo­glą­da­łam w niebo, szu­ka­jąc Argo. W ogóle nie roz­róż­niam kon­ste­la­cji. Po­tra­fię roz­po­znać tylko Oriona i jego pas. Im dłu­żej jed­nak się wpa­try­wa­łam, tym bar­dziej niebo przy­po­mi­nało mi ocean, w końcu zo­ba­czy­łam całą flo­tyllę stat­ków z gwiazd. Jedne stały na ko­twicy przy księ­życu, inne wła­śnie od­bi­jały od jego brze­gów. Wy­obra­ża­łam so­bie, że znaj­du­jemy się na jed­nym z nich i że­glu­jemy po księ­ży­co­wym bla­sku.

W rze­czy­wi­sto­ści ocean wy­trąca mnie z rów­no­wagi. Jest zbyt roz­le­gły. Wolę lasy wo­kół Stony Cross. Nie­od­mien­nie mnie fa­scy­nują, są pełne zwy­czaj­nych cu­dów… pa­ję­cze sieci lśniące od desz­czu, młode drzewka wy­ra­sta­jące z pni po­wa­lo­nych dę­bów. Chcia­ła­bym, byś to ze mną zo­ba­czył. Ra­zem słu­cha­li­by­śmy wia­tru szu­mią­cego w ga­łę­ziach nad na­szymi gło­wami i ich uro­czej me­lo­dii… mu­zyki drzew!

Pi­szę do Cie­bie przy ko­minku i wła­śnie znów przy­su­nę­łam stopę zbyt bli­sko ognia. Cią­gle przy­pa­lam so­bie poń­czo­chy, kie­dyś mu­sia­łam na­wet się po­de­ptać, bo za­częły się pa­lić. I na­wet po tym nie po­tra­fię po­zbyć się tego na­wyku. Te­raz mógł­byś mnie roz­po­znać na­wet z za­mknię­tymi oczami. Po pro­stu po­dą­żył­byś za za­pa­chem spa­lo­nych poń­czoch.

Do­łą­czam do li­stu pióro drozda, które zna­la­złam pod­czas po­ran­nej wę­drówki. To na szczę­ście. Noś je w kie­szeni.

Wła­śnie ogar­nęło mnie prze­dziwne uczu­cie – jak­byś stał tuż obok mnie. Moje pióro stało się ma­giczną różdżką, którą przy­zwa­łam Cię do sie­bie. Może gdy­bym za­pra­gnęła tego do­sta­tecz­nie mocno…

Naj­droż­sza Pru­dence,

no­szę piórko drozda w kie­szeni. Skąd wie­dzia­łaś, że po­trze­buję amu­letu na czas bi­twy? Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie bez­u­stan­nie ostrze­li­wu­jemy się z Ro­sja­nami. To już nie jest wojna ka­wa­le­rii, lecz in­ży­nie­rów i ar­ty­le­rii. Al­bert prze­bywa w moim na­mio­cie, opusz­cza go tylko po to, by prze­no­sić wia­do­mo­ści wzdłuż li­nii frontu.

Gdy za­pada ci­sza, pró­buję so­bie wy­obra­zić, że je­stem gdzie in­dziej. Wy­obra­żam so­bie Twoje stopy oparte o pa­le­ni­sko i Twój od­dech słodki od mię­to­wej her­baty. Wy­obra­żam so­bie, że spa­ce­ruję z Tobą po la­sach wo­kół Stony Cross. Chciał­bym zo­ba­czyć choć kilka z tych zwy­czaj­nych cu­dów, ale bez Cie­bie ich chyba nie od­najdę. Po­trze­buję Two­jej po­mocy, Pru. Je­steś moją je­dyną szansą na po­wrót do nor­mal­nego świata.

Wy­daje mi się, że mam o To­bie znacz­nie wię­cej wspo­mnień niż to moż­liwe. Prze­cież spo­tka­li­śmy się le­d­wie kilka razy. Ta­niec. Roz­mowa. Po­ca­łu­nek. Chciał­bym prze­żyć te chwile jesz­cze raz. Bar­dziej bym je te­raz do­ce­nił. Wszystko bym bar­dziej do­ce­niał. Po­przed­niej nocy znów o To­bie śni­łem. Nie wi­dzia­łem Two­jej twa­rzy, ale czu­łem Cię przy so­bie. Szep­ta­łaś do mnie.

Kiedy ostatni raz mia­łem Cię w ra­mio­nach, nie wie­dzia­łem, kim na­prawdę je­steś. Nie wie­dzia­łem, kim sam je­stem. Ni­gdy nie za­glą­da­li­śmy głę­biej. Może to na­wet le­piej – chyba nie mógł­bym Cię zo­sta­wić, gdy­bym czuł do Cie­bie to, co czuję te­raz.

Po­wiem Ci, o co wal­czę. Nie o An­glię, nie dla na­szych sprzy­mie­rzeń­ców, nie z pa­trio­ty­zmu. Te­raz wszystko spro­wa­dza się do tego, bym mógł z Tobą być.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

uświa­do­mi­łeś mi, że słowa są naj­waż­niej­sze. Waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Gdy Au­drey prze­ka­zała mi Twój ostatni list, moje serce za­częło bić szyb­ciej, mu­sia­łam od razu po­biec do mo­jej sa­motni, by go prze­czy­tać.

Jesz­cze Ci nie mó­wi­łam… ze­szłej wio­sny w cza­sie jed­nej z mo­ich wę­dró­wek zna­la­złam w le­sie prze­dziwną bu­do­wlę, sa­motną wieżę z ce­gły i ka­mie­nia, po­krytą blusz­czem i mchem. Stoi na ziemi na­le­żą­cej do lorda We­stc­liffa. Za­py­ta­łam o nią lady We­stc­liff, która po­wie­działa mi, że taki se­kretny do­mek mieli wszy­scy w oko­licy w cza­sach śre­dnio­wie­cza. Wła­ści­ciel ma­jątku uży­wał go za­pewne jako schro­nie­nia dla swo­ich ko­cha­nek. Przo­dek We­stc­liffa ukrył się tam kie­dyś przed swo­imi wła­snymi żąd­nymi krwi chło­pami. Lady We­stc­liff po­zwo­liła mi od­wie­dzać wieżę, kiedy tylko będę miała na to ochotę, bo od dawna już nikt z niej nie ko­rzy­sta. Czę­sto do niej cho­dzę. To moja kry­jówka, moja sank­tu­arium… a te­raz, jako że o niej wiesz, stała się także Twoja.

Wła­śnie za­pa­li­łam w oknie świeczkę dla Cie­bie. To ma­leńka gwiazda prze­wod­nia, która wskaże Ci dom.

Naj­droż­sza Pru­dence,

po­śród tego ha­łasu, tłumu i sza­leń­stwa my­ślę o To­bie i Two­jej sa­motni… Moja księż­niczka w wieży. Moja gwiazda prze­wod­nia za szybą.

To, co mu­szę ro­bić na woj­nie… My­śla­łem, że z cza­sem bę­dzie mi ła­twiej. I ze smut­kiem stwier­dzam, że mia­łem ra­cję. Boję się o swoją du­szę. Rze­czy, które uczy­ni­łem, Pru… Rze­czy, które mu­szę jesz­cze uczy­nić… Je­śli wiem, że Bóg mi nie wy­ba­czy, jak mógł­bym Cie­bie o to pro­sić?

Drogi Chri­sto­phe­rze,

mi­łość prze­ba­cza wszystko. Nie mu­sisz na­wet pro­sić.

Po Twoim li­ście o Argo za­czę­łam czy­tać o gwiaz­dach. Mamy pełną bi­blio­tekę ksią­żek im po­świę­co­nych, bo były one przed­mio­tem ba­dań mo­jego ojca. Ary­sto­te­les na­uczał, że gwiazdy stwo­rzone zo­stały z zu­peł­nie in­nej ma­te­rii niż cztery ziem­skie ele­menty – z eteru, ina­czej kwin­te­sen­cji, który jest też pier­wiast­kiem bu­du­ją­cym ludzką du­szę. I wła­śnie dla­tego duch czło­wieka od­po­wiada gwiaz­dom. Może to nie jest bar­dzo na­ukowy punkt wi­dze­nia, ale mnie po­doba się po­mysł, że w każ­dym z nas jest odro­bina gwiezd­nego pyłu.

My­śli o To­bie są moją oso­bi­stą kon­ste­la­cją. Je­steś da­leko, naj­droż­szy przy­ja­cielu, ale nie da­lej niż te nie­ru­chome gwiazdy w mo­jej du­szy.

Naj­droż­sza Pru,

przy­go­to­wu­jemy się do dłu­giego ob­lę­że­nia. Nie wia­domo, kiedy znów będę mógł do Cie­bie na­pi­sać. To nie jest mój ostatni list, tylko ostatni przed dłuż­szą prze­rwą. Nie wątp w to, że pew­nego dnia wrócę do Cie­bie.

Za­nim jed­nak będę mógł wziąć Cię w ra­miona, mam tylko te ba­na­lne, po wie­lo­kroć wy­ko­rzy­sty­wane słowa. Są nędzną imi­ta­cją mi­ło­ści. Te słowa nie od­zwier­cie­dlają mo­ich uczuć, nie są dla Cie­bie wy­star­cza­jąco do­bre.

Na­pi­szę je jed­nak… Ko­cham Cię. Przy­się­gam na gwiezdny pył… Nie opusz­czę tego ziem­skiego pa­dołu, do­póki nie usły­szysz tego z mo­ich ust.

Sie­dząc na ma­syw­nym pniu zwa­lo­nego dębu, Be­atrix unio­sła głowę znad li­stu. Nie uświa­da­miała so­bie, że pła­cze, do­póki nie po­czuła chłod­nego po­wiewu na mo­krych po­licz­kach. Mię­śnie twa­rzy za­częły ją bo­leć, gdy sta­rała się opa­no­wać.

Na­pi­sał do niej trzy­dzie­stego czerwca, nie wie­dząc, że ona wy­słała list tego sa­mego dnia. To musi być znak.

Nie do­świad­czyła tak gorz­kiego po­czu­cia straty, tak obez­wład­nia­ją­cej tę­sk­noty od śmierci ro­dzi­ców. Był to jed­nak inny ro­dzaj żalu, łą­czył je tylko ten sam po­smak bez­na­dziei.

Co ona naj­lep­szego zro­biła?

Za­wsze szczy­ciła się swoją bez­kom­pro­mi­sową szcze­ro­ścią, a do­pu­ściła się nie­wy­ba­czal­nego oszu­stwa. A prawda tylko po­gor­szy­łaby sprawę. Gdyby Chri­sto­pher Phe­lan do­wie­dział się, że to ona do niego pi­sała, za­cząłby nią gar­dzić. A je­śli ni­gdy się nie do­wie, Be­atrix po­zo­sta­nie na za­wsze dziew­czyną, która „znacz­nie bar­dziej pa­suje do stajni niż do sa­lonu”. Ni­kim wię­cej.

Nie wątp w to, że pew­nego dnia wrócę do Cie­bie.

Te słowa były prze­zna­czone dla niej, na­wet je­śli za­adre­so­wano je do Pru­dence.

– Ko­cham cię – szep­nęła. Po jej po­licz­kach po­pły­nęły łzy.

Jak mo­gła tak dać się po­nieść uczu­ciom? Do­bry Boże, prze­cież na­wet nie pa­mię­tała, jak wy­gląda Chri­sto­pher Phe­lan, a mimo to jej serce wy­ry­wało się do niego. Naj­gor­sze było to, że de­kla­ra­cje Chri­sto­phera były za­pewne efek­tem trud­nych wo­jen­nych oko­licz­no­ści. Chri­sto­pher, któ­rego znała z li­stów… czło­wiek, któ­rego po­ko­chała… mógł znik­nąć tuż po po­wro­cie do domu.

Nic do­brego nie wy­nik­nie z tej sy­tu­acji. Musi więc po­ło­żyć temu kres. Nie może dłu­żej uda­wać Pru­dence. To by­łoby nie­uczciwe w sto­sunku do nich wszyst­kich, a zwłasz­cza Chri­sto­phera.

Wol­nym kro­kiem wró­ciła do domu. Gdy we­szła do Ram­say Ho­use, na­tknęła się na Ame­lię, która wła­śnie wy­cho­dziła na spa­cer z syn­kiem.

– Tu je­steś! – za­wo­łała Ame­lia. – Może chcesz iść z nami do stajni? Rye bę­dzie jeź­dził na ku­cyku.

– Nie, dzię­kuję. – Be­atrix uśmiech­nęła się blado. Każdy czło­nek ro­dziny z ra­do­ścią włą­czał ją w swoje ży­cie. Hoj­nie ob­da­rzali ją uczu­ciem. A jed­nak co­raz czę­ściej czuła się jak od­lu­dek, wy­rzu­tek, jak ciotka stara panna.

Była dzi­waczna i sa­motna. Nie­przy­sto­so­wana, tak jak jej zwie­rzęta.

Jej my­śli wy­peł­niły wspo­mnie­nia o dżen­tel­me­nach, któ­rych po­zna­wała na po­tań­ców­kach, pro­szo­nych ko­la­cjach i wie­czor­kach. Nie­zmien­nie ob­da­rzali ją swoją uwagą. Może po­winna ośmie­lić jed­nego z nich, wy­brać po pro­stu naj­bar­dziej zno­śnego kan­dy­data i mieć to z głowy. Może po­sia­da­nie wła­snego ży­cia jest warte po­ślu­bie­nia męż­czy­zny, któ­rego nie ko­chała.

Po chwili stwier­dziła jed­nak, że by­łaby to tylko inna po­stać nie­szczę­ścia.

Wło­żyła dłoń do kie­szeni i do­tknęła li­stu od Chri­sto­phera Phe­lana. Na myśl, że to on zło­żył per­ga­min, po­czuła w żo­łądku go­rące, przy­jemne ukłu­cie.

– Je­steś ostat­nimi czasy bar­dzo ci­cha – za­uwa­żyła Ame­lia, przy­glą­da­jąc się sio­strze z nie­po­ko­jem. – Wy­glą­dasz, jak­byś pła­kała. Czy coś cię drę­czy, ko­cha­nie?

Be­atrix wzru­szyła ra­mio­nami.

– Chyba mi przy­kro z po­wodu cho­roby pana Phe­lana. Au­drey twier­dzi, że mu się po­gor­szyło.

– Och… – Ame­lia spoj­rzała na nią z tro­ską. – Chcia­ła­bym coś zro­bić. Je­śli przy­go­tuję bu­dyń, za­nie­siesz go im?

– Oczy­wi­ście. Wy­bie­ram się tam po po­łu­dniu.

Be­atrix schro­niła się w swoim po­koju, usia­dła przy biurku i wy­jęła z kie­szeni list. Na­pi­sze do Chri­sto­phera po raz ostatni, wy­cofa się z tego tak­tow­nie. Lep­sze to niż na­dal go zwo­dzić. Ostroż­nie od­kryła ka­ła­marz, za­mo­czyła pióro i za­częła pi­sać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

bar­dzo Cię ce­nię, mój drogi przy­ja­cielu, ale wy­daje mi się nie­roz­sądne, by­śmy dzia­łali po­chop­nie, gdy prze­by­wasz tak da­leko. Z ca­łego serca ży­czę Ci bez­piecz­nego po­wrotu do domu. Są­dzę jed­nak, że nie po­win­ni­śmy wię­cej wspo­mi­nać o ży­wio­nych przez nas uczu­ciach. W za­sa­dzie naj­le­piej by­łoby za­koń­czyć na­szą ko­re­spon­den­cję…

Z każ­dym sło­wem jej palce sta­wiały co­raz więk­szy opór. Pióro drżało w jej moc­nym uści­sku, po jej po­liczku spły­nęła ko­lejna łza.

– Do dia­ska.

Czuła praw­dziwy ból, gdy pi­sała te kłam­stwa. Tak bar­dzo ści­skało ją w piersi, że pra­wie nie mo­gła od­dy­chać.

Za­nim skoń­czy ten list, musi na­pi­sać prawdę, prawdę, którą pra­gnęła mu prze­ka­zać, ale którą znisz­czy.

Od­dy­cha­jąc ciężko, wy­jęła ko­lejny ar­kusz pa­pieru i w po­śpie­chu skre­śliła kilka li­ni­jek prze­zna­czo­nych tylko dla jej oczu z na­dzieją, że to zła­go­dzi bo­le­sny ucisk w sercu.

Naj­droż­szy Chri­sto­phe­rze,

wię­cej do Cie­bie nie na­pi­szę.

Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz.

Nie chcia­łam słać Ci li­stów mi­ło­snych, ale one tym wła­śnie się stały. W dro­dze do Cie­bie moje słowa za­mie­niły się w bi­cie serca na kartce.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie.

Jej oczy za­szły mgłą. Odło­żyła kartkę na bok i wró­ciła do pi­sa­nia pierw­szego li­stu, koń­cząc go za­pew­nie­niami o swo­jej przy­jaźni i mo­dli­twach w in­ten­cji jego szczę­śli­wego po­wrotu do domu.

List mi­ło­sny zmięła i wrzu­ciła do szu­flady. Póź­niej go spali; bę­dzie pa­trzyła, jak każde pły­nące z głębi serca słowo za­mie­nia się w po­piół.

Roz­dział 4

Tego sa­mego po­po­łu­dnia Be­atrix wy­ru­szyła spa­ce­ro­wym kro­kiem do domu Phe­la­nów. Nio­sła ciężki ko­szyk z brandy i bu­dy­niem, go­mółką ła­god­nego bia­łego sera i ma­łym lek­ko­straw­nym plac­kiem, bez na­dzie­nia i lu­kru, odro­binę tylko słod­kim. To, czy Phe­la­no­wie po­trze­bo­wali tego wszyst­kiego, li­czyło się znacz­nie mniej niż sam gest.

Ame­lia na­ma­wiała ją, by po­je­chała po­wo­zem ze względu na ko­szyk. Be­atrix po­trze­bo­wała jed­nak wy­siłku, miała na­dzieję, że to uspo­koi jej wzbu­rzoną du­szę. Wy­ru­szyła w drogę rów­nym kro­kiem, wdy­cha­jąc po­wie­trze pach­nące pierw­szymi ozna­kami lata. Tak pach­nie czer­wiec, na­pi­sa­łaby Chri­sto­phe­rowi… ka­pry­fo­lium, zie­lone jesz­cze siano, mo­kre pra­nie roz­wie­szone na sznur­kach do wy­schnię­cia…

Nim do­tarła do celu, ra­miona po­rząd­nie ją roz­bo­lały od dźwi­ga­nia cięż­kiego ko­sza.

Ob­ro­śnięty blusz­czem dom wy­glą­dał jak męż­czy­zna, który owija się płasz­czem. Be­atrix prze­szedł ner­wowy dreszcz, gdy po­de­szła do fron­to­wych drzwi i za­pu­kała. Przy­wi­tał ją śmier­tel­nie po­ważny lo­kaj, który wziął od niej ko­szyk i wska­zał jej drogę do sa­lonu.

Dom wy­dał się Be­atrix prze­grzany, zwłasz­cza po spa­ce­rze. Czuła kro­ple potu zbie­ra­jące się pod suk­nią i w trze­wi­kach.

Do po­koju we­szła Au­drey, szczu­pła i nie­dbale ubrana. Miała na so­bie far­tuch po­zna­czony pla­mami za­krze­płej krwi.

Gdy do­strze­gła za­nie­po­ko­jony wzrok Be­atrix, uśmiech­nęła się z wy­sił­kiem.

– Jak wi­dzisz, nie je­stem go­towa na przyj­mo­wa­nie go­ści. Na szczę­ście ty je­steś jedną z nie­wielu osób, przed któ­rymi nie mu­szę za­cho­wy­wać po­zo­rów. – Uświa­do­miw­szy so­bie, że wciąż jest w far­tu­chu, zdjęła go i zwi­nęła cia­sno. – Dzię­kuję za kosz. Po­pro­si­łam lo­kaja, by na­lał kie­li­szek śliw­ko­wej brandy dla pani Phe­lan. Leży w łóżku.

– Jest chora? – za­py­tała Be­atrix, gdy Au­drey usia­dła przy niej.

Au­drey po­krę­ciła głową.

– Tylko zroz­pa­czona.

– A… twój mąż?

– Umiera – od­parła Au­drey pła­skim gło­sem. – Nie­wiele czasu mu zo­stało. Le­karz twier­dzi, że to kwe­stia dni.

Be­atrix wy­cią­gnęła do niej ręce, chcąc ją ob­jąć jak jed­nego ze swych ran­nych pod­opiecz­nych.

Au­drey wzdry­gnęła się i unio­sła dło­nie w obron­nym ge­ście.

– Nie, pro­szę. Nie do­ty­kaj mnie, bo cał­kiem się za­ła­mię. Mu­szę być silna dla Johna. Po­roz­ma­wiajmy chwilę. Mam tylko kilka mi­nut.

Be­atrix splo­tła palce.

– Po­zwól mi po­móc – po­pro­siła ci­cho. – Mogę z nim po­sie­dzieć, a ty tro­chę od­pocz­niesz. Cho­ciaż go­dzinę.

Au­drey uśmiech­nęła się blado.

– Dzię­kuję ci, moja droga. Nie mogę jed­nak po­zwo­lić ni­komu przy nim czu­wać. To mu­szę być ja.

– Może więc od­wie­dzę jego matkę?

Au­drey po­tarła zmę­czone oczy.

– To bar­dzo miłe z two­jej strony, ale ona nie chce to­wa­rzy­stwa. – Wes­tchnęła ciężko. – Gdyby to od niej za­le­żało, umar­łaby ra­zem z Joh­nem.

– Prze­cież ma jesz­cze jed­nego syna.

– Chri­sto­phera nie da­rzy tak sil­nymi uczu­ciami. Wszyst­kie ulo­ko­wała w Joh­nie.

Be­atrix pró­bo­wała przy­swoić so­bie tę no­winę. Wy­soki szaf­kowy ze­gar ty­kał z dez­apro­batą, jego roz­huś­tane wa­ha­dło wy­glą­dało jak głowa, która kręci się prze­cząco.

– To nie­moż­liwe – po­wie­działa w końcu.

– Ależ jak naj­bar­dziej moż­liwe. Nie­któ­rzy lu­dzie mają nie­ogra­ni­czony za­pas mi­ło­ści do roz­da­nia. Jak twoja ro­dzina. Inni zaś mają jej nie­wiele. Pani Phe­lan już dawno roz­dała swoją. Miała jej tyle, by wy­star­czyło dla męża i Johna. – Au­drey wzru­szyła ra­mio­nami z wy­sił­kiem. – To nie­istotne, czy ko­cha Chri­sto­phera, czy też nie. Te­raz nic nie wy­daje się istotne.

Be­atrix się­gnęła do kie­szeni i wy­jęła list.

– To dla niego. Dla ka­pi­tana Phe­lana. Od Pru.

Au­drey spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Dzię­kuję. Wy­ślę go z li­stem o sta­nie Johna. On na pewno chciałby wie­dzieć. Biedny Chri­sto­pher… jest tak da­leko.

Be­atrix za­częła się za­sta­na­wiać, czy jed­nak nie po­pro­sić o zwrot li­stu. Wy­brała naj­gor­szy moż­liwy mo­ment, by na­rzu­cić dy­stans Chri­sto­phe­rowi. Z dru­giej strony jed­nak to mo­gła być naj­lep­sza pora. Być może go zrani, ale on nie bę­dzie miał na­wet czasu o tym my­śleć, za­sko­czony znacz­nie gor­szymi wie­ściami.

Au­drey ob­ser­wo­wała grę uczuć na jej twa­rzy.

– Za­mie­rzasz mu w końcu po­wie­dzieć? – za­py­tała miękko.

Be­atrix za­mru­gała.

– O czym?

Au­drey prych­nęła z iry­ta­cją.

– Nie je­stem głu­pia, Bea. Pru­dence jest obec­nie w Lon­dy­nie, cho­dzi na bale, przy­ję­cia i wszyst­kie inne try­wialne wy­da­rze­nia se­zonu. Nie mo­gła na­pi­sać tego li­stu.

Be­atrix spło­nęła pur­pu­ro­wym ru­mień­cem, a po­tem gwał­tow­nie zbla­dła.

– Dała mi list, za­nim wy­je­chała.

– Bo jest tak od­dana Chri­sto­phe­rowi? – Au­drey wy­krzy­wiła wargi. – Gdy ją ostatni raz wi­dzia­łam, na­wet nie pa­mię­tała, by o niego za­py­tać. I dla­czego to za­wsze ty przy­no­sisz i od­bie­rasz pocztę? – Spoj­rzała na Be­atrix z uczu­ciem. – Z li­stów Chri­sto­phera do mnie i Johna ja­sno wy­nika, że Pru­dence cał­kiem za­wró­ciła mu w gło­wie. Tym, co do niego pi­sze. Je­śli osta­tecz­nie moją szwa­gierką zo­sta­nie ten głup­tas, bę­dzie to tylko i wy­łącz­nie twoja wina, Beo.

Gdy Be­atrix za­czął drżeć pod­bró­dek i za­mgliły się oczy, Au­drey wzięła ją za rękę i uści­snęła mocno.

– Znam cię, więc wiem, że mia­łaś do­bre in­ten­cje. Re­zul­tat bę­dzie jed­nak zu­peł­nie inny. – Wes­tchnęła. – Mu­szę wra­cać do Johna.

Gdy szły ra­zem ko­ry­ta­rzem, Be­atrix po­jęła na­gle, że już wkrótce przy­ja­ciółka do­świad­czy śmierci męża.

– Au­drey – po­wie­działa rwą­cym się gło­sem – gdy­bym tylko mo­gła, wzię­ła­bym to wszystko na sie­bie.

Au­drey spoj­rzała na nią i za­ru­mie­niła się z emo­cji.

– I to czyni cię praw­dziwą przy­ja­ciółką.

Dwa dni póź­niej Ha­tha­way­owie otrzy­mali wia­do­mość o śmierci Johna Phe­lana. Prze­peł­nieni współ­czu­ciem za­sta­na­wiali się, jak naj­le­piej po­móc po­grą­żo­nym w roz­pa­czy ko­bie­tom. Oby­czaj na­ka­zy­wał, by to Leo jako wła­ści­ciel ma­jątku zło­żył pa­niom Phe­lan kon­do­len­cje i za­ofe­ro­wał po­moc. Leo był jed­nak w Lon­dy­nie, ze względu na trwa­jącą se­sję Par­la­mentu. De­ba­to­wano głów­nie na te­mat nie­kom­pe­ten­cji i obo­jęt­no­ści, które za­owo­co­wały mar­nym za­opa­trze­niem i bra­kiem wspar­cia dla od­dzia­łów wy­sła­nych na Krym.

Ro­dzina po­sta­no­wiła więc, że to Mer­ri­pen, mąż Win, po­je­dzie do Phe­la­nów w ich imie­niu. Nikt się nie spo­dzie­wał, by zo­stał przy­jęty przez pa­nie domu, nie­wąt­pli­wie zbyt po­grą­żone w żalu, by z kim­kol­wiek roz­ma­wiać. Miał jed­nak zo­sta­wić list, w któ­rym wszy­scy za­pew­niali o swej go­to­wo­ści do po­mocy.

– Mer­ri­pen – po­pro­siła Be­atrix – czy mógł­byś prze­ka­zać Au­drey, że o niej my­ślę i za­py­tać, czy mogę ja­koś po­móc przy po­grze­bie? A może chcia­łaby, bym z nią po­sie­działa?

– Oczy­wi­ście – od­parł Mer­ri­pen, spo­glą­da­jąc na Be­atrix z mi­ło­ścią. Wy­cho­wy­wał się z Ha­tha­way­ami od dzie­ciń­stwa i był dla nich jak brat. – Może na­pi­szesz do niej? Prze­każę wia­do­mość słu­żą­cym.

– To zaj­mie mi tylko chwilę. – Be­atrix po­bie­gła na górę, uno­sząc spód­nice, by nie za­plą­tać się w nie na scho­dach. Usia­dła przy biurku, wy­jęła pa­pier li­stowy, pióra i się­gnęła po ka­ła­marz. Za­marła, gdy do­strze­gła w szu­fla­dzie po­miętą kartkę.

Był to uprzejmy, pe­łen re­ze­rwy list, który na­pi­sała do Chri­sto­phera Phe­lana.

To nie ten wy­słała.

– O Boże – szep­nęła. Mu­siała dać Au­drey ten drugi list, ten nie­pod­pi­sany, który za­czy­nał się od słów: „Wię­cej do Cie­bie nie na­pi­szę. Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz...”.

Serce pa­nicz­nie tłu­kło się w jej piersi. Pró­bo­wała opa­no­wać się na tyle, by móc spo­koj­nie po­my­śleć. Czy list już wy­słano? Może jest jesz­cze szansa, by go od­zy­skać. Za­pyta Au­drey… Nie, to byłby szczyt ego­izmu i nie­de­li­kat­no­ści. Prze­cież wła­śnie zmarł jej mąż. Nie na­leży kło­po­tać jej ta­kimi bła­host­kami.

Za późno… Musi to tak zo­sta­wić i zdać się na to, co po­my­śli Chri­sto­pher na wi­dok tak dziw­nej wia­do­mo­ści.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie.

Z ję­kiem oparła spo­cone czoło na bla­cie biurka. Szczę­ściara przy­sia­dła obok niej, za­częła trą­cać no­sem jej włosy i mru­czeć.

Pro­szę, do­bry Boże, po­my­ślała Be­atrix z roz­pa­czą, pro­szę, niech Chri­sto­pher nie od­pi­suje. Niech to się skoń­czy. Spraw, by ni­gdy się nie do­wie­dział, że to by­łam ja.

Roz­dział 5

Chry­zo­pol, Krym

– Do­cho­dzę do wnio­sku – oświad­czył Chri­sto­pher lek­kim to­nem, uno­sząc fi­li­żankę bu­lionu do ust ran­nego – że szpi­tal to naj­gor­sze miej­sce dla re­kon­wa­le­scenta.

Młody żoł­nierz, któ­rego poił – naj­wy­żej dzie­więt­na­sto-, może dwu­dzie­sto­letni – prych­nął z roz­ba­wie­niem.

Chri­sto­phera przy­nie­siono do po­lo­wego szpi­tala w Chry­zo­polu trzy dni wcze­śniej. Zo­stał ranny w po­tyczce o Re­dan w cza­sie nie­koń­czą­cego się ob­lę­że­nia Se­wa­sto­pola. W jed­nej chwili to­wa­rzy­szył gru­pie sa­pe­rów nio­są­cych dra­binę w kie­runku ro­syj­skiego bun­kra, w na­stęp­nej eks­plo­zja po­zba­wiła go czu­cia w boku i pra­wej no­dze.

W prze­kształ­co­nych na szpi­tal ba­ra­kach tło­czyli się ranni, szczury i ro­bac­two. Je­dy­nym źró­dłem wody była fon­tanna, do któ­rej usta­wiali się w ko­lejce ofi­ce­ro­wie dy­żurni, by do wia­der na­ła­pać cuch­ną­cej wil­goci. Woda nie nada­wała się do pi­cia, uży­wano jej jed­nak do pra­nia i mo­cze­nia ban­daży.

Chri­sto­pher prze­ku­pił jed­nego z ofi­ce­rów, by ten przy­niósł mu al­ko­hol. Po­le­wał nim ob­fi­cie ranę z na­dzieją, że to po­wstrzyma ro­pie­nie. Za pierw­szym ra­zem gdy to ro­bił, pa­lący ból spra­wił, że ze­mdlał i spadł z pry­czy na pod­łogę na oczach roz­ba­wio­nych pa­cjen­tów.

Zno­sił po­tem ich do­cinki z aniel­ską cier­pli­wo­ścią, wie­dział bo­wiem, jak bar­dzo te chwile bez­tro­ski są po­trzebne w tym po­nu­rym miej­scu.

Usu­nięto mu odłamki z boku i nogi, ale rany nie go­iły się naj­le­piej. Tego ranka od­krył, że skóra wo­kół nich jest za­czer­wie­niona i na­pięta. Prze­ra­żała go per­spek­tywa po­waż­nego roz­cho­ro­wa­nia się w tym miej­scu.

Po­przed­niego dnia, nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty le­żą­cych w dłu­gich rzę­dach żoł­nie­rzy, or­dy­nansi za­częli za­szy­wać w kocu i szy­ko­wać do po­chówku cho­rego, który jesz­cze nie umarł. W od­po­wie­dzi na obu­rzone okrzyki oświad­czyli, że czło­wiek ten i tak leży bez zmy­słów i że tylko mi­nuty dzielą go od śmierci, a łóżko jest na gwałt po­trzebne in­nym. Wszystko to było prawdą. Wtedy jed­nak za­in­ter­we­nio­wał Chri­sto­pher, który oświad­czył, że on chęt­nie odda swoje łóżko i za­czeka na pod­ło­dze na śmierć to­wa­rzy­sza broni. Przez go­dzinę sie­dział na twar­dym bruku, od­ga­niał in­sekty i po­zwa­lał czło­wie­kowi spo­koj­nie umie­rać od nie­za­le­czo­nej rany w no­dze.

– My­ślisz, że to mu coś po­mo­gło? – za­py­tał drwiąco je­den z or­dy­nan­sów, gdy bie­dak w końcu umarł i Chri­sto­pher po­zwo­lił go za­brać.

– Jemu może nie – od­parł Chri­sto­pher ci­cho. – Ale im tak. – Ski­nął w kie­runku rzę­dów nie­chluj­nych prycz. Żoł­nie­rze, któ­rzy na nich le­żeli, mu­sieli wie­rzyć, że gdy na­dej­dzie ich czas, zo­staną po­trak­to­wani z ele­men­tarną przy­zwo­ito­ścią.

Młody żoł­nierz na pry­czy obok Chri­sto­phera nie­wiele mógł koło sie­bie zro­bić, po­nie­waż stra­cił lewą rękę i prawą dłoń. Pie­lę­gnia­rek bra­ko­wało, więc to Chri­sto­pher go kar­mił. Krzy­wiąc się z bólu, uklęk­nął przy jego łóżku, uniósł mu głowę i po­mógł mu na­pić się bu­lionu.

– Ka­pi­ta­nie Phe­lan – do­biegł go rze­czowy głos jed­nej z sióstr mi­ło­sier­dzia. Żoł­nie­rze czę­sto żar­to­wali so­bie z tej su­ro­wej i onie­śmie­la­ją­cej za­kon­nicy, że ona jedna wy­słana na front mo­głaby za­koń­czyć wojnę w kilka go­dzin. Jej krza­cza­ste brwi unio­sły się, gdy zo­ba­czyła Chri­sto­phera przy łóżku pa­cjenta.

– Znów spra­wia pan kło­poty? – za­py­tała. – Pro­szę na­tych­miast wró­cić do łóżka, ka­pi­ta­nie. I nie wy­cho­dzić z niego… chyba że ma pan za­miar roz­myśl­nie się roz­cho­ro­wać tak, by zo­stać tu już do końca wojny.

Chri­sto­pher po­słusz­nie usiadł na swoim łóżku.

Po­de­szła do niego i po­ło­żyła mu na czole chłodną dłoń.