Wyjdź za mnie - Lisa Kleypas - ebook + audiobook

Wyjdź za mnie ebook i audiobook

Lisa Kleypas

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Londyn. Jesień 1848 roku. Niespodziewany spadek wynosi rodzinę Hathawayów do rangi arystokracji i wywraca ich życie do góry nogami. Amelia, przywykła do opieki nad trzema młodszymi siostrami i niesfornym bratem, szybko odkrywa, że nawet jej zaradność nie wystarczy, by odnaleźć się w świecie pełnym konwenansów i niezrozumiałych zasad.

Cam Rohan, oszałamiająco bogaty zarządca najlepszego londyńskiego domu gry, coraz dotkliwiej odczuwa ciężar życia wśród wyższych sfer. Rozdarty między luksusem a tęsknotą za wolnością i romskimi korzeniami, nie zamierza wiązać swojej przyszłości z żadną kobietą.

Kiedy Amelia zmuszona jest poprosić go o pomoc, Cam zgadza się bez wahania, przekonany, że niczym nie ryzykuje. Do czasu, aż każde kolejne spotkanie zaczyna rozpalać pożądanie, któremu coraz trudniej się oprzeć.

Ona nie potrzebuje męża. On ponad wszystko ceni wolność. A jednak czasem największym ryzykiem okazuje się właśnie miłość.

„Wyjdź za mnie” to pierwszy tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze zamierza podporządkować się zasadom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 409

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 23 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Karolina Kalina

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka e-bo­oka au­tor­stwa Lisy Kley­pas pod ty­tu­łem „Wyjdź za mnie”, bę­dąca pierw­szym to­mem se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”, przed­sta­wia czarno-białą, szki­co­waną ilu­stra­cję obej­mu­ją­cej się pary ubra­nej w stroje z epoki wik­to­riań­skiej. Męż­czy­zna w kra­cia­stym sur­du­cie i ko­bieta w ja­skra­wo­czer­wo­nej sukni z czer­wo­nymi ró­żami we wło­sach stoją zwró­ceni do sie­bie twa­rzami, a w tle wi­dać po­wta­rzalny wzór bo­ta­niczny z pną­czami i li­śćmi.
Lisa Kley­pas; Wyjdź za mnie. Tom 1 se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”; Prze­kład: Agnieszka My­śliwy; Gyl­den­dal Astra; 2026

Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Mine Till Mid­ni­ght

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka My­śliwy

Co­py­ri­ght © Lisa Kley­pas, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8153-699-7

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Roz­dział 1

Lon­dynJe­sień 1848 roku

Zna­le­zie­nie jed­nego czło­wieka w mie­ście za­miesz­ki­wa­nym przez dwa mi­liony osób było przed­się­wzię­ciem nie­wąt­pli­wie am­bit­nym. Po­ma­gał nieco fakt, że za­cho­wa­nie tego czło­wieka było do­syć prze­wi­dy­walne – za­zwy­czaj prze­by­wał w ta­wer­nie przy szkla­neczce dżinu.

„Leo, gdzie je­steś?”, za­sta­na­wiała się z de­spe­ra­cją panna Ame­lia Ha­tha­way, gdy koła po­wozu za­tur­ko­tały na wy­bru­ko­wa­nej ulicy. Biedny, sza­lony, nie­szczę­śliwy Leo. Nie­któ­rzy lu­dzie, sta­jąc twa­rzą w twarz z nie­wdzięcz­nymi sy­tu­acjami, po pro­stu się... za­ła­my­wali. Tak się miała rzecz w przy­padku jej nie­gdyś cza­ru­ją­cego i god­nego za­ufa­nia brata. Jego obecny stan du­cha nie po­zo­sta­wiał żad­nej na­dziei.

– Znaj­dziemy go – oznaj­miła Ame­lia ze sta­now­czo­ścią, któ­rej w ogóle nie od­czu­wała. Spoj­rzała na Cy­gana, który sie­dział na­prze­ciwko niej. Jak zwy­kle, twarz Mer­ri­pena nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji.

Pa­trząc na niego, z ła­two­ścią można było za­ło­żyć, że w ogóle ich nie od­czuwa. Był tak za­mknięty w so­bie, że choć od pięt­na­stu lat miesz­kał z ro­dziną Ha­tha­wayów, na­dal nie zdra­dził im swo­jego imie­nia. Zwra­cali się do niego „Mer­ri­pen”, od­kąd zna­leźli go ska­to­wa­nego do nie­przy­tom­no­ści na brzegu stru­mie­nia, który prze­pły­wał przez ich po­sia­dłość.

Gdy Mer­ri­pen się ock­nął, oto­czony ze wszyst­kich stron przez Ha­tha­wayów, za­re­ago­wał bru­tal­nie. Mu­sieli ze­brać wszyst­kie siły, aby za­trzy­mać go w łóżku i wy­tłu­ma­czyć mu, że je­śli nie chce, aby jego rany się otwo­rzyły, musi le­żeć nie­ru­chomo. Oj­ciec Ame­lii był prze­ko­nany, że chło­piec oca­lał z ob­ławy na Cy­ga­nów, bru­tal­nej roz­rywki miej­sco­wych wła­ści­cieli ziem­skich, któ­rzy, uzbro­jeni w broń palną i pałki, konno na­jeż­dżali rom­skie obo­zo­wi­ska.

– Zo­sta­wili go tu na pewną śmierć – stwier­dził po­nuro pan Ha­tha­way. Jako na­uko­wiec i dżen­tel­men o po­stę­po­wych po­glą­dach po­tę­piał prze­moc w każ­dym jej prze­ja­wie. – Oba­wiam się, że nie uda nam się skon­tak­to­wać z jego ple­mie­niem. Za­pewne już dawno stąd ode­szli.

– Mo­żemy go za­trzy­mać, ta­tu­siu? – za­wo­łała nie­cier­pli­wie Poppy, młod­sza sio­stra Ame­lii, bio­rąc dzi­kiego chłopca (który ob­na­żył zęby, jak uwię­ziony ro­so­mak) za naj­now­szą, do­star­cza­jącą roz­rywki ma­skotkę.

Pan Ha­tha­way uśmiech­nął się tylko w od­po­wie­dzi.

– Może zo­stać tak długo, jak bę­dzie chciał. Ale nie za­bawi u nas dłu­żej niż ty­dzień. Cy­ga­nie, czy Ro­mo­wie, jak sami sie­bie na­zy­wają, to lud ko­czow­ni­czy. Nie po­zo­stają długo pod jed­nym da­chem. Czują się wtedy uwię­zieni.

Mer­ri­pen jed­nak zo­stał. Drobny, szczu­pły chło­pak dzięki wła­ści­wej opiece i re­gu­lar­nym po­sił­kom wy­rósł w nie­po­ko­jąco krót­kim cza­sie na krzep­kiego i po­tęż­nie zbu­do­wa­nego męż­czy­znę. Trudno było okre­ślić, kim wła­ści­wie był Mer­ri­pen dla Ha­tha­wayów: człon­kiem ro­dziny czy słu­żą­cym. Wy­peł­niał dla nich różne za­da­nia – był i woź­nicą, i złotą rączką – ale za­sia­dał do ro­dzin­nych po­sił­ków, gdy tylko wy­ra­ził taką chęć i zaj­mo­wał sy­pial­nię w głów­nej czę­ści domu.

Gdy Leo za­gi­nął, na­ra­ża­jąc się praw­do­po­dob­nie na nie­bez­pie­czeń­stwo, nie było wąt­pli­wo­ści, że Mer­ri­pen po­może go od­na­leźć.

Nie wy­pa­dało, aby Ame­lia udała się w po­dróż bez przy­zwo­itki z męż­czy­zną po­kroju Mer­ri­pena, lecz w wieku dwu­dzie­stu sze­ściu lat młoda dama była zda­nia, że jest już na tyle doj­rzała, aby się bez niej oby­wać.

– Za­czniemy od wy­eli­mi­no­wa­nia miejsc, do któ­rych Leo na pewno by się nie udał – po­wie­działa. – Ko­ścioły, mu­zea, ośrodki edu­ka­cyjne i przy­zwo­ite domy są na­tu­ral­nie wy­klu­czone.

– To na­dal zo­sta­wia nam więk­szość mia­sta – mruk­nął Mer­ri­pen.

Męż­czy­zna nie da­rzył Lon­dynu wielką sym­pa­tią. Jego zda­niem, tak zwane cy­wi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwo było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej bar­ba­rzyń­skie niż co­kol­wiek, na co można by się na­tknąć w na­tu­rze. Gdyby dano mu wy­bór po­mię­dzy spę­dze­niem go­dziny w za­gro­dzie z dzi­kami a go­dziny w sa­lo­nie z lon­dyń­skim to­wa­rzy­stwem, bez wa­ha­nia wy­brałby dziki.

– Po­win­ni­śmy chyba za­cząć od ta­wern – kon­ty­nu­owała Ame­lia.

Mer­ri­pen spoj­rzał na nią po­nuro.

– Wiesz, ile jest ta­wern w Lon­dy­nie?

– Nie, ale je­stem prze­ko­nana, że się do­wiem, za­nim ta noc do­bie­gnie końca.

– Nie za­czniemy od ta­wern. Po­je­dziemy tam, gdzie Leo może się wpa­ko­wać w naj­więk­sze kło­poty.

– Czyli?

– Do Jen­nera.

Jen­ner był to nie­sławny dom gry, do któ­rego cho­dzili dżen­tel­meni, aby za­cho­wy­wać się w moż­li­wie naj­bar­dziej nie­dżen­tel­meń­ski spo­sób. Klub zo­stał za­ło­żony przez by­łego bok­sera, Ivo Jen­nera, a po jego śmierci prze­szedł w ręce jego zię­cia, lorda St. Vin­centa. Nie­warta zła­ma­nego pensa re­pu­ta­cja St. Vin­centa tylko do­da­wała temu przy­byt­kowi uroku.

Człon­ko­stwo u Jen­nera kosz­to­wało for­tunę. Oczy­wi­ście Leo uparł się, aby je wy­ku­pić, gdy tylko trzy mie­siące temu odzie­dzi­czył ty­tuł.

– Je­śli za­mie­rzasz za­pić się na śmierć – oznaj­miła spo­koj­nie Ame­lia – mo­żesz to uczy­nić w miej­scu bar­dziej dla nas przy­stęp­nym.

– Je­stem te­raz wi­ceh­ra­bią – od­parł Leo non­sza­lancko. – Mu­szę to zro­bić w od­po­wied­nim stylu, bo ina­czej, co lu­dzie po­wie­dzą?

– Po­wie­dzą, że by­łeś głup­cem i nic­po­niem, i że le­piej by się stało, gdyby ty­tuł przy­padł mał­pie.

Ri­po­sta wy­wo­łała uśmiech na twa­rzy jej przy­stoj­nego brata.

– Je­stem prze­ko­nany, że to po­rów­na­nie nie po­chle­bia mał­piemu ga­tun­kowi.

Czu­jąc dresz­cze, wy­wo­łane przez ro­snącą obawę, Ame­lia przy­ci­snęła osło­nięte rę­ka­wiczką palce do obo­la­łego czoła. Nie pierw­szy raz Leo zni­kał, ale jesz­cze ni­gdy nie znik­nął na tak długo.

– Ni­gdy nie by­łam w klu­bie dla dżen­tel­me­nów. Bę­dzie to dla mnie nowe do­świad­cze­nie.

– Nie wpusz­czą cię do środka. Je­steś damą. A na­wet gdyby cię wpu­ścili, ja nie po­zwolę ci wejść.

Ame­lia opu­ściła dłoń i spoj­rzała na Mer­ri­pena ze zdu­mie­niem. Rzadko jej cze­go­kol­wiek za­bra­niał. W za­sa­dzie był to chyba pierw­szy raz. Po­czuła iry­ta­cję. Ży­cie jej brata było za­gro­żone, nie miała więc za­miaru wy­kłó­cać się o to­wa­rzy­skie niu­anse. Poza tym, była na­prawdę cie­kawa, jak wy­gląda azyl uprzy­wi­le­jo­wa­nych męż­czyzn. Była ska­zana na po­zo­sta­nie starą panną, może więc chyba za­kosz­to­wać odro­biny wol­no­ści, która się z tym fak­tem wią­zała.

– Cie­bie też nie wpusz­czą – wy­tknęła swemu to­wa­rzy­szowi. – Je­steś Ro­mem.

– Tak się aku­rat składa, że za­rządca klubu rów­nież.

To było nie­zwy­kłe. Nad­zwy­czajne na­wet. Cy­ga­nie cie­szyli się po­wszechną opi­nią zło­dziei i oszu­stów. Fakt, że jed­nemu z nich po­wie­rzono nie tylko ra­chunki i go­tówkę, ale także roz­pa­try­wa­nie spo­rów przy sto­li­kach do gry, był zdu­mie­wa­jący.

– Musi to być nie­zwy­kły czło­wiek, skoro zdo­był taką po­zy­cję – po­wie­działa Ame­lia. – Do­brze więc, po­zwolę ci to­wa­rzy­szyć mi do Jen­nera. Moż­liwe, że twoja obec­ność na­kłoni go do więk­szej otwar­to­ści.

– Dzię­kuję. – Głos Mer­ri­pena był tak szorstki, że można by za­pa­lić od niego za­pałkę.

Ame­lia mil­czała prze­zor­nie, gdy po­ko­ny­wali za­kry­tym po­wo­zem naj­więk­sze sku­pi­sko atrak­cji, skle­pów i te­atrów w mie­ście. Kiep­sko re­so­ro­wany po­jazd pod­ska­ki­wał bez opa­mię­ta­nia na za­tło­czo­nych uli­cach, mi­ja­jąc uro­cze kwar­tały, wy­zna­czane przez ko­lum­nady do­mów, schlud­nie przy­cięte ży­wo­płoty i geo­r­giań­skie fa­sady. W miarę, jak oko­lica sta­wała się co­raz za­moż­niej­sza, ce­gła ustę­po­wała stiu­kom, za­stę­po­wa­nym z ko­lei przez ka­mień.

Kra­jo­braz West Endu sta­no­wił dla Ame­lii cał­ko­wite no­vum. Ich mała wio­ska znaj­do­wała się dość bli­sko Lon­dynu, ale Ha­tha­way­owie rzadko go­ścili w mie­ście, a już na pewno nie w tej oko­licy. Na­wet te­raz, bio­rąc pod uwagę nie­ocze­ki­wany spa­dek, nie na wiele było ich stać.

Spo­glą­da­jąc na Mer­ri­pena, Ame­lia za­sta­na­wiała się, jak to moż­liwe, że wy­daje się do­sko­nale wie­dzieć, do­kąd zmie­rza, skoro mia­sto było dla niego rów­nie obce, jak dla niej. Mer­ri­pen po­tra­fił jed­nak in­stynk­tow­nie od­na­leźć drogę w każ­dej sy­tu­acji.

Skrę­cili w King Street, roz­świe­tloną pło­mie­niami ga­zo­wych la­tarni. Ulica była ha­ła­śliwa i za­tło­czona po­jaz­dami i gru­pami pie­szych, szu­ka­ją­cych wie­czor­nej roz­rywki. Niebo ja­śniało mroczną czer­wie­nią, która z tru­dem prze­bi­jała się przez opary wę­glo­wego dymu. Szczyty wy­so­kich bu­dyn­ków ła­mały li­nię ho­ry­zontu, wy­sta­jąc po­nad nią ni­czym zęby cza­row­nicy.

Mer­ri­pen skie­ro­wał ko­nie w wą­ską alejkę za ma­sywną bu­do­wlą z ka­mienną fa­sadą. Jen­ner. Ame­lia po­czuła ści­ska­nie w żo­łądku. Nie na­le­żało prze­cież ocze­ki­wać, że znajdą Leo bez­piecz­nego w pierw­szym miej­scu, do któ­rego się udali.

– Mer­ri­pen? – Jej głos był na­pięty.

– Tak.

– Po­win­nam cię uprze­dzić, że je­śli mój brat nie zdo­łał jesz­cze po­peł­nić sa­mo­bój­stwa, pla­nuję za­strze­lić go oso­bi­ście, gdy tylko go znaj­dziemy.

– Po­dam ci pi­sto­let.

Ame­lia uśmiech­nęła się i po­pra­wiła ka­pe­lusz.

– Chodźmy więc. I pa­mię­taj, ja będę mó­wić.

Ulicę wy­peł­niał nie­zno­śny odór wiel­kiego mia­sta, woń zwie­rząt, nie­czy­sto­ści i wę­glo­wego dymu. Od dawna już nie pa­dało, brud ku­mu­lo­wał się więc na uli­cach i w od­pły­wach. Ame­lia ze­sko­czyła ze stop­nia po­wozu pro­sto na pisz­czące szczury, prze­bie­ga­jące wzdłuż ściany bu­dynku.

Gdy Mer­ri­pen od­da­wał lejce sta­jen­nemu, Ame­lia spoj­rzała na ko­niec ulicy.

Para ulicz­ni­ków ku­liła się przy nie­wiel­kim ogni­sku, pie­kąc coś na pa­ty­kach. Ame­lia nie chciała na­wet do­my­ślać się po­cho­dze­nia pod­grze­wa­nego je­dze­nia. Jej uwagę przy­kuła grupa osób, trzech męż­czyzn i ko­bieta, którą oświe­tlał mi­go­czący pło­mień. Dwóch męż­czyzn naj­wy­raź­niej wdało się w bi­ja­tykę. Byli jed­nak tak pi­jani, że ich po­tyczka wy­glą­dała jak ta­niec niedź­wie­dzi. Suk­nia ko­biety miała krzy­kliwy ko­lor, a jej sta­nik roz­chy­lał się, uka­zu­jąc wzgórki pulch­nych piersi. Naj­wy­raź­niej ba­wił ją fakt, że dwaj dżen­tel­meni wal­czą o jej względy, a trzeci pró­buje ich roz­dzie­lić.

– Wy­star­czy, ko­gu­ciki – krzyk­nęła na­gle z cock­ney­ow­skim ak­cen­tem. – Z chę­cią przyjmę was obu, nie ma sensu się bić!

– Nie pod­chodź – mruk­nął Mer­ri­pen.

Uda­jąc, że nie sły­szy, Ame­lia przy­su­nęła się, aby le­piej wi­dzieć. To nie bójka ją in­try­go­wała. Na­wet w ich wio­sce, ma­łym, spo­koj­nym Prim­rose Place roz­wią­zy­wano kon­flikty pię­ściami. Wszy­scy męż­czyźni, nie­za­leż­nie od stanu, od czasu do czasu ule­gali ni­skim in­stynk­tom. Jej uwagę przy­cią­gnął trzeci czło­wiek, po­ten­cjalny ar­bi­ter, który sko­czył po­mię­dzy pi­ja­nych głup­ców, aby prze­mó­wić im do roz­sądku.

Był ubrany jak dżen­tel­men, ale było ja­sne, że dżen­tel­me­nem nie jest. Miał czarne włosy i sma­głą twarz o eg­zo­tycz­nych ry­sach. Po­ru­szał się z gra­cją zwin­nego kota, z ła­two­ścią uni­ka­jąc cio­sów swo­ich opo­nen­tów.

– Pa­no­wie – po­wie­dział po­ko­jo­wym to­nem, zu­peł­nie nie­wzru­szony tym, że przed­ra­mie­niem mu­siał za­blo­ko­wać ude­rze­nie ciężką pię­ścią. – Oba­wiam się, że mu­si­cie na­tych­miast z tym skoń­czyć, w prze­ciw­nym ra­zie będę zo­bli­go­wany do... – prze­rwał i uchy­lił się, gdy sto­jący za nim męż­czy­zna ru­szył do bójki.

Pro­sty­tutka za­re­cho­tała na ten wi­dok.

– Uwzięli się dziś na cie­bie, Ro­han – za­wo­łała.

Rzu­ca­jąc się znów w wir walki, Ro­han pod­jął ko­lejną próbę prze­rwa­nia jej.

– Pa­no­wie, na pewno wie­cie... – uchy­lił się przed szyb­kim cio­sem pię­ścią – ...że prze­moc... – za­blo­ko­wał prawy sier­powy – ni­gdy ni­czego nie roz­wią­zała.

– Chrzań się! – krzyk­nął je­den z wal­czą­cych, rzu­ca­jąc się z głową do przodu jak obłą­kany ko­zioł.

Ro­han zro­bił krok w bok i po­zwo­lił mu sta­ra­no­wać ścianę. Ata­ku­jący ru­nął z ję­kiem na zie­mię, na któ­rej już po­zo­stał, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze.

Re­ak­cja jego prze­ciw­nika była co naj­mniej nie­wdzięczna. Za­miast po­dzię­ko­wać ciem­no­wło­semu za prze­rwa­nie walki, męż­czy­zna wark­nął:

– Prze­klęty Ro­han. Po co się wtrą­casz?! Stłukł­bym go na kwa­śne jabłko! – Po czym rzu­cił się do przodu, młó­cąc po­wie­trze pię­ściami jak młyn.

Ro­han umknął przed cio­sem z le­wej i zgrab­nie po­wa­lił agre­sora na zie­mię. Sta­nął nad le­żącą na brzu­chu po­sta­cią i otarł czoło rę­ka­wem.

– Ma­cie do­syć? – za­py­tał uprzej­mym to­nem. – Tak? To do­brze. Pro­szę po­zwo­lić mi so­bie po­móc wstać, mi­lor­dzie. – Ro­han po­sta­wił męż­czy­znę na nogi i od­wró­cił się do drzwi, w któ­rych cze­kał już je­den z pra­cow­ni­ków klubu. – Daw­son, ode­skor­tuj lorda La­ti­mera do jego po­wozu, który czeka od frontu. Ja zajmę się lor­dem Sel­wayem.

– Nie ma ta­kiej po­trzeby – oznaj­mił ary­sto­krata, z tru­dem utrzy­mu­jąc się na no­gach. – Sam mogę wró­cić do mo­jego cho­ler­nego po­wozu. – Po­pra­wił ubra­nie na swo­jej nie­zgrab­nej syl­we­tce i rzu­cił ciem­no­wło­semu męż­czyź­nie za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie. – Ro­han, mu­szę cię o coś pro­sić.

– Tak, mi­lor­dzie?

– Je­śli ta plotka się ro­zej­dzie, je­śli lady Sel­way do­wie się, że wal­czy­łem na pię­ści o względy ko­biety upa­dłej... moje ży­cie nie bę­dzie warte funta kła­ków.

– Ni­gdy się nie do­wie, mi­lor­dzie – za­pew­nił Ro­han.

– Ona wie wszystko – od­parł Sel­way. – Sprzy­mie­rzyła się z sa­mym dia­błem. Gdyby kie­dy­kol­wiek ktoś za­py­tał cię o to drobne nie­po­ro­zu­mie­nie…

– Po­wo­dem była wy­jąt­kowo za­żarta par­tia wi­sta.

– Tak. Tak. Do­brze. – Sel­way po­kle­pał młod­szego męż­czy­znę po ra­mie­niu. – A żeby przy­pie­czę­to­wać na­szą umowę... – Się­gnął gru­biutką ręką do kie­szeni ka­mi­ze­lki i wy­jął z niej sa­kiewkę.

– Nie, mi­lor­dzie. – Ro­han od­su­nął się, po­trzą­sa­jąc sta­now­czo głową. Jego czarne, lśniące włosy po­ru­szyły się gwał­tow­nie, po czym wró­ciły na swoje miej­sce. – Moje mil­cze­nie nie ma ceny.

– Weź to.

– Nie mogę, mi­lor­dzie.

– Są twoje. – Sa­kiewka wy­peł­niona mo­ne­tami upa­dła na chod­nik u stóp Ro­hana z me­ta­licz­nym ło­mo­tem. – Pro­szę. Je­śli wo­lisz je tak po pro­stu zo­sta­wić na ulicy, twój wy­bór.

Gdy dżen­tel­men od­szedł, Ro­han spoj­rzał na sa­kiewkę jak na zde­chłego gry­zo­nia.

– Nie chcę tego – mruk­nął do sie­bie.

– Ja je we­zmę – oznaj­miła pro­sty­tutka, pod­cho­dząc do niego. Pod­nio­sła sa­kiewkę i zwa­żyła ją w dłoni. Na jej twarz wy­pły­nął drwiący śmiech. – Bo­ziu, nig­dym nie wi­działa Cy­gana, co się boi ma­mony.

– Nie boję się jej – od­parł Ro­han kwa­śno. – Po pro­stu jej nie po­trze­buję. – Wzdy­cha­jąc, po­tarł ręką kark.

Ko­bieta ro­ze­śmiała się i prze­su­nęła po jego szczu­płej syl­we­tce peł­nym uzna­nia spoj­rze­niem.

– Nie lu­bię tak brać za nic. Może mały nu­me­rek w alejce, za­nim wrócę do Brad­shawa?

– Do­ce­niam pro­po­zy­cję, ale z niej nie sko­rzy­stam – od­mó­wił grzecz­nie.

Pro­sty­tutka wzru­szyła za­baw­nie ra­mio­nami.

– Tym le­piej dla mnie. Do­brej nocy.

Ro­han od­po­wie­dział ski­nię­ciem głowy, sku­piony na kon­tem­plo­wa­niu miej­sca, w któ­rym jesz­cze przed chwilą le­żała sa­kiewka. Trwał tak w bez­ru­chu, zda­jąc się przy­słu­chi­wać ja­kimś dźwię­kom. Znów pod­niósł dłoń do karku i po­tarł go, jakby pró­bo­wał ukoić nie­przy­jemne mro­wie­nie. Po­woli od­wró­cił się i spoj­rzał pro­sto na Ame­lię.

Prze­szył ją dreszcz, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Stali w od­le­gło­ści kilku jar­dów od sie­bie, ale na­tych­miast po­czuła na so­bie siłę jego wzroku. Na jego twa­rzy nie było na­wet cie­nia uprzej­mo­ści i do­broci. Wy­glą­dał bez­li­to­śnie, jakby już dawno temu prze­ko­nał się, że świat to bru­talne miej­sce i zde­cy­do­wał się za­ak­cep­to­wać go na swo­ich wła­snych wa­run­kach.

Ame­lia do­sko­nale wie­działa, co wi­dzi, gdy jego oczy su­nęły po jej syl­we­tce: ko­bietę w prak­tycz­nej sukni i bu­tach. Miała ja­sną skórę, ciemne włosy i za­ró­żo­wione, pełne po­liczki Ha­tha­wayów. Była śred­niego wzro­stu, a jej zmy­słowo za­okrą­glona syl­we­tka rzu­cała wy­zwa­nie mo­dzie, która na­ka­zy­wała da­mom być wiot­kimi jak trzciny, bla­dymi i wą­tłymi.

Ame­lia nie była próżna, ale wie­działa, że choć nie jest wielką pięk­no­ścią, jest na tyle atrak­cyjna, aby zła­pać męża. Jed­nak już raz za­ry­zy­ko­wała ser­cem, a kon­se­kwen­cje oka­zały się dru­zgo­cące. Nie pra­gnęła pró­bo­wać po raz wtóry. Bóg je­den wie­dział, jak bar­dzo była za­jęta ra­dze­niem so­bie z gro­madą Ha­tha­wayów.

Ro­han od­wró­cił wzrok. Bez słowa cof­nął się, aby tyl­nym wej­ściem wró­cić do klubu. Szedł wolno, jakby da­wał so­bie czas na prze­my­śle­nia. Jego ru­chy pełne były nie­wy­mu­szo­nej swo­body.

Ame­lia zrów­nała się z nim na progu.

– Sir... Pa­nie Ro­han... Za­kła­dam, że jest pan za­rządcą tego klubu.

Ro­han za­trzy­mał się i od­wró­cił do niej. Stali tak bli­sko sie­bie, że Ame­lia po­czuła za­pach mę­skiego potu i cie­płej skóry. Roz­pięta ma­ry­narka, uszyta z sza­rego bro­katu naj­lep­szej ja­ko­ści, roz­chy­lała się na pier­siach, uka­zu­jąc białą ko­szulę z cien­kiego lnu. Gdy Ro­han pod­niósł palce do gu­zi­ków, Ame­lia za­uwa­żyła na nich mnó­stwo zło­tych pier­ścion­ków. Prze­szył ją ner­wowy dreszcz, który po­zo­sta­wił po so­bie falę ob­cego jej cie­pła. Na­gle gor­set za­czął ją uwie­rać, tak jak wy­soki koł­nie­rzyk.

Ru­mie­niąc się, spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Był to młody męż­czy­zna, na pewno jesz­cze nie skoń­czył trzy­dzie­stu lat, o wy­glą­dzie eg­zo­tycz­nego anioła. Miał twarz stwo­rzoną do grze­chu... szczo­dre usta, kan­cia­stą szczękę, orze­cho­wo­złote oczy ocie­nione dłu­gimi, pro­stymi rzę­sami. Jego włosy do­ma­gały się strzy­że­nia, opa­da­jąc cięż­kimi, czar­nymi lo­kami na tył koł­nie­rzyka. Ame­lia po­czuła ucisk w gar­dle, gdy za­uwa­żyła błysk dia­men­tów w jego uchu.

Ukło­nił się przed nią kur­tu­azyj­nie.

– Do usług, panno...

– Ha­tha­way – od­parła zwięźle. Od­wró­ciła się, aby wska­zać swego kom­pana, który sta­nął u jej le­wego boku. – A to mój to­wa­rzysz, Mer­ri­pen.

Ro­han spoj­rzał na niego czuj­nie.

– W ro­mani ozna­cza to za­równo „ży­cie” jak i „śmierć”.

Ta­kie było zna­cze­nie na­zwi­ska Mer­ri­pen? Ame­lia ze zdu­mie­niem po­pa­trzyła na męż­czy­znę. Mer­ri­pen wzru­szył lekko ra­mio­nami, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że to nie­istotne. Od­wró­ciła się z po­wro­tem do Ro­hana.

– Chcie­li­by­śmy za­dać panu kilka py­tań od­no­śnie...

– Nie lu­bię py­tań.

– Szu­kam brata, lorda Ram­saya – kon­ty­nu­owała Ame­lia upar­cie – i de­spe­racko po­trze­buję in­for­ma­cji, które może pan po­sia­dać na te­mat miej­sca jego po­bytu.

– Nie po­wie­dział­bym pani, na­wet gdy­bym wie­dział. – Jego ak­cent był sub­telną mie­sza­niną ob­co­ści i cock­neya, z nutką klasy wyż­szej. Był to głos czło­wieka, który ob­ra­cał się w to­wa­rzy­stwie nie­ty­po­wego sortu lu­dzi.

– Za­pew­niam pana, że nie na­ra­zi­ła­bym sie­bie, ani ni­kogo in­nego na żadne nie­przy­jem­no­ści, gdyby nie była to ab­so­lutna ko­niecz­ność. Mój brat nie wraca do domu już od trzech dni...

– To nie moje zmar­twie­nie. – Ro­han od­wró­cił się do drzwi.

– Ma cią­goty do złego to­wa­rzy­stwa...

– Co za pech.

– Może już być mar­twy.

– Nie mogę pani po­móc. Ży­czę po­wo­dze­nia w dal­szych po­szu­ki­wa­niach. – Pchnął drzwi i wszedł do klubu.

Za­trzy­mał się, gdy Mer­ri­pen prze­mó­wił do niego w ro­mani. Od­kąd zja­wił się u Ha­tha­wayów, Ame­lia tylko kilka razy mo­gła usły­szeć, jak po­słu­guje się tym se­kret­nym ję­zy­kiem zna­nym tylko Ro­mom. Brzmiał po­gań­sko, na­je­żony spół­gło­skami i prze­cią­ga­nymi sa­mo­gło­skami, ale była w nim też ja­kaś pry­mi­tywna mu­zy­kal­ność.

Ro­han spoj­rzał na Mer­ri­pena z uwagą, opie­ra­jąc się ra­mie­niem o fu­trynę.

– Stary ję­zyk – po­wie­dział. – Całe lata mi­nęły, od­kąd go sły­sza­łem. Kto jest star­szym two­jego ple­mie­nia?

– Ja nie mam ple­mie­nia.

Mi­nęła długa chwila. Ro­han wpa­try­wał się upar­cie w nie­prze­nik­nioną twarz Mer­ri­pena, aż w końcu zmru­żył swe orze­chowe oczy.

– Chodź­cie. Może się cze­goś do­wiem.

Bez zbęd­nych for­mal­no­ści zo­stali wpro­wa­dzeni do klubu. Ro­han na­ka­zał jed­nemu z pra­cow­ni­ków, aby za­pro­wa­dził ich do pry­wat­nego sa­lo­niku na pię­trze. Ame­lia usły­szała szum roz­mów i mu­zyki, do­bie­ga­jący z od­dali, oraz od­głosy kro­ków. Był to gwarny, mę­ski ul, nie­do­stępny dla ko­goś ta­kiego jak ona.

Pra­cow­nik, młody czło­wiek z ak­cen­tem ze wschod­niego Lon­dynu i do­sko­na­łymi ma­nie­rami, za­pro­wa­dził ich do ele­ganc­kiego po­miesz­cze­nia i po­pro­sił, aby za­cze­kali w nim do po­wrotu Ro­hana. Mer­ri­pen pod­szedł do okna, wy­cho­dzą­cego na King Street.

Ame­lia zdu­miała się na wi­dok ota­cza­ją­cego ją dys­kret­nego luk­susu: ręcz­nie tka­nego dy­wanu w od­cie­niach błę­kitu i kremu, wy­ło­żo­nych drew­nia­nymi pa­ne­lami ścian i obi­tych ak­sa­mi­tem me­bli.

– Cał­kiem gu­stowne – stwier­dziła, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz i od­kła­da­jąc go na ni­ski, ma­ho­niowy sto­lik. – Spo­dzie­wa­łam się cze­goś bar­dziej... cóż, tan­det­nego.

– Jen­ner stoi o klasę wy­żej od in­nych przy­byt­ków tego typu. Ucho­dzi za klub dla dżen­tel­me­nów, ale w rze­czy­wi­sto­ści to naj­więk­sza ja­ski­nia ha­za­rdu w Lon­dy­nie.

Ame­lia po­de­szła do bi­blio­teczki i z uwagą za­częła stu­dio­wać grzbiety ksią­żek.

– Dla­czego, twoim zda­niem, pan Ro­han od­mó­wił przy­ję­cia pie­nię­dzy od lorda Sel­waya?

Mer­ri­pen rzu­cił jej sar­do­niczne spoj­rze­nie.

– Wiesz prze­cież, co Ro­mo­wie my­ślą o do­brach ma­te­rial­nych.

– Tak, wiem, że twój lud nie lubi być nimi obar­czony. Ale z tego, co wiem, Ro­mo­wie rzadko od­ma­wiają kilku szy­lin­gów w za­mian za swoje usługi.

– To coś wię­cej niż nie­chęć do ob­cią­żeń. Dla chala taka sy­tu­acja...

– Co to jest chal?

– Okre­śle­nie rom­skiego syna. Dla chala te ele­ganc­kie ubra­nia, po­zo­sta­wa­nie pod jed­nym da­chem przez tak długi czas, czer­pa­nie ta­kich ko­rzy­ści fi­nan­so­wych to... wstyd. Hańba. To gwałt na jego na­tu­rze.

Był tak su­rowy i pewny sie­bie, że Ame­lia mu­siała nieco mu do­ku­czyć.

– A jaka jest twoja wy­mówka, Mer­ri­pen? Po­zo­sta­jesz pod da­chem Ha­tha­wayów już bar­dzo, bar­dzo długo...

– To co in­nego. Przede wszyst­kim, nie ma z tego żad­nych pro­fi­tów.

Ame­lia wy­buch­nęła śmie­chem.

– A poza tym... – głos Mer­ri­pena zła­god­niał – za­wdzię­czam wam ży­cie.

Ame­lia po­czuła przy­pływ emo­cji, gdy spoj­rzała na jego nie­ugięty pro­fil.

– Psu­jesz za­bawę – od­parła miękko. – Ja pró­buję z cie­bie kpić, a ty ruj­nu­jesz chwilę szcze­ro­ścią. Wiesz, że nie masz obo­wiązku z nami zo­stać, drogi przy­ja­cielu. Spła­ci­łeś swój dług już po ty­siąc­kroć.

Mer­ri­pen na­tych­miast po­trzą­snął głową.

– Rów­nie do­brze mógł­bym zo­sta­wić gniazdo pi­skląt na pa­stwę lisa.

– Nie je­ste­śmy aż tak bez­bronni – za­pro­te­sto­wała. – Do­sko­nale po­tra­fię za­trosz­czyć się o ro­dzinę... Tak jak Leo. Kiedy jest trzeźwy.

– Czyli ni­gdy? – Jego obo­jętny ton przy­dał py­ta­niu jesz­cze więk­szy ła­du­nek sar­ka­zmu.

Ame­lia otwo­rzyła usta, aby pod­jąć dys­ku­sję, ale za­raz je za­mknęła. Mer­ri­pen miał ra­cję. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy Leo trwał w per­ma­nent­nym upo­je­niu al­ko­ho­lo­wym. Przy­ło­żyła rękę do ta­lii, gdzie sku­mu­lo­wane tro­ski cią­żyły jej jak wo­rek oło­wiu. Biedny, nie­szczę­sny Leo. Była prze­ra­żona tym, że nic nie może dla niego zro­bić. Nie można oca­lić czło­wieka, który nie chce być oca­lony. Co jed­nak nie ozna­cza, że ona prze­sta­nie pró­bo­wać.

Za­częła spa­ce­ro­wać po po­koju, zbyt po­ru­szona, aby sie­dzieć i spo­koj­nie cze­kać. Leo gdzieś tam był i po­trze­bo­wał po­mocy. Nie wia­domo, jak długo Ro­han bę­dzie ich tu jesz­cze trzy­mać.

– Ro­zej­rzę się nieco – oznaj­miła, pod­cho­dząc do drzwi. – Nie odejdę da­leko. Zo­stań tu, Mer­ri­pen, na wy­pa­dek, gdyby wró­cił pan Ro­han.

Usły­szała, jak Mer­ri­pen mru­czy coś pod no­sem. Igno­ru­jąc jej prośbę, po­szedł za nią.

– Tak nie wy­pada – za­wo­łał jesz­cze.

Ame­lia nie za­trzy­mała się. Nie in­te­re­so­wała jej już sto­sow­ność jej za­cho­wa­nia.

– To moja je­dyna szansa, aby zo­ba­czyć od środka ta­kie miej­sce. Nie za­mie­rzam jej prze­ga­pić.

Po­dą­ża­jąc za dźwię­kiem gło­sów, od­wa­żyła się po­dejść do ga­le­rii, która obie­gała ogromną, wspa­niałą salę.

Tłumy ele­gancko odzia­nych męż­czyzn tło­czyły się przy trzech wiel­kich sto­łach do ha­za­rdu, ob­ser­wu­jąc grę, pod­czas gdy kru­pie­rzy grab­kami zbie­rali ko­ści i pie­nią­dze. To­wa­rzy­szyły im gło­śne roz­mowy, krzyki, po­wie­trze do­słow­nie drgało od emo­cji. Pra­cow­nicy nie­spiesz­nie prze­cha­dzali się po sali, roz­no­sząc na ta­cach wino i je­dze­nie, albo świeże karty i że­tony.

Ukryta czę­ściowo za ko­lumną ga­le­rii, Ame­lia chci­wie lu­stro­wała tłum wzro­kiem. Jej oczy za­trzy­mały się na­gle na panu Ro­ha­nie, który przy­wdział w mię­dzy­cza­sie czarną ma­ry­narkę i fu­lar. Był ubrany po­dob­nie do in­nych człon­ków klubu, ale wy­róż­niał się wśród nich ni­czym lis po­mię­dzy go­łę­biami.

Sie­dział, po­chy­la­jąc się nad ma­syw­nym, ma­ho­nio­wym biur­kiem w rogu sali, z któ­rego naj­wy­raź­niej za­rzą­dzano ban­kiem roz­gry­wek. Chyba wy­da­wał po­le­ce­nia jed­nemu z pra­cow­ni­ków. Ge­sty­ku­lo­wał oszczęd­nie, ale w jego ru­chach wi­dać było szcze­gólny ta­lent, swo­bodną fi­zycz­ność, która przy­cią­gała spoj­rze­nia.

Na­gle... nie wia­domo jak... do­się­gła go świa­do­mość in­ten­syw­nego za­in­te­re­so­wa­nia Ame­lii. Wy­cią­gnął dłoń i po­tarł kark, a po­tem spoj­rzał pro­sto na nią. Tak jak w tam­tej uliczce. Ko­bieta po­czuła na­gle w ca­łym ciele obez­wład­nia­jącą sła­bość, w no­gach i rę­kach, sto­pach, a na­wet ko­la­nach. Na jej twarz wy­pły­nął ogni­sty ru­mie­niec. Za­marła w po­czu­ciu winy i za­sko­cze­nia, czer­wona na buzi jak dziecko, aż w końcu do­szła do sie­bie na tyle, aby skryć się z po­wro­tem za ko­lumną.

– Co się stało? – do­biegł ją głos Mer­ri­pena.

– Pan Ro­han chyba mnie za­uwa­żył. – Wy­rwał się jej drżący śmiech. – O, Boże. Mam na­dzieję, że go nie roz­gnie­wa­łam. Le­piej wróćmy do sa­lonu.

Po raz ostatni ośmie­liła się wy­chy­lić z ukry­cia, aby ob­jąć salę wzro­kiem, ale Ro­hana już nie było.

Roz­dział 2

Cam ode­pchnął się od ma­ho­nio­wego biurka i opu­ścił salę gier. Jak zwy­kle nie mógł odejść nie­za­trzy­my­wany raz czy dwa... Je­den z agen­tów szep­nął mu do ucha, że lord taki-to-a-taki ży­czy so­bie pod­nie­sie­nia li­mitu kre­dy­to­wego. Lo­kaj py­tał, czy na­leży już uzu­peł­nić stół z prze­ką­skami w jed­nym z po­ko­jów kar­cia­nych. Cam od­po­wia­dał na ich py­ta­nia nie­obec­nie, bo jego my­śli oku­po­wała ko­bieta, cze­ka­jąca na niego na gó­rze.

Ru­ty­nowy wie­czór przy­bie­rał dość nie­ocze­ki­wany ob­rót. Od dawna już żadna ko­bieta nie wzbu­dziła w nim za­in­te­re­so­wa­nia w ta­kim stop­niu jak Ame­lia Ha­tha­way. Gdy tylko zo­ba­czył ją w alejce – jej za­ru­mie­nione, pełne po­liczki, zmy­słową fi­gurę, ukrytą pod skromną suk­nią – na­tych­miast jej za­pra­gnął. Nie miał po­ję­cia, dla­czego, skoro była ucie­le­śnie­niem wszyst­kiego, co go tak iry­to­wało w An­giel­kach.

Na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że panna Ha­tha­way nosi w so­bie nie­za­chwianą pew­ność, że jest zdolna or­ga­ni­zo­wać i za­rzą­dzać wszyst­kim wo­kół niej. Na wi­dok ta­kich ko­biet Cam umy­kał za­zwy­czaj w prze­ciw­nym kie­runku. Gdy jed­nak spoj­rzał w jej śliczne, błę­kitne oczy i zo­ba­czył tę małą, pełną de­ter­mi­na­cję zmarszczkę po­mię­dzy brwiami, po­czuł grzeszną po­trzebę po­chwy­ce­nia jej, po­rwa­nia do­kądś i zro­bie­nia cze­goś nie­cy­wi­li­zo­wa­nego. Bar­ba­rzyń­skiego na­wet.

Rzecz ja­sna, nie­cy­wi­li­zo­wane po­trzeby w jego przy­padku cza­iły się tuż pod ma­ską do­brego wy­cho­wa­nia, cze­ka­jąc tylko na wła­ściwy mo­ment, aby się uwol­nić. A w ciągu ostat­niego roku Cam miał co­raz wię­cej trud­no­ści z utem­pe­ro­wa­niem ich. Stał się wy­jąt­kowo za­pal­czywy, nie­cier­pliwy, ła­twy do spro­wo­ko­wa­nia. Rze­czy, które kie­dyś da­wały mu przy­jem­ność prze­stały go sa­tys­fak­cjo­no­wać. A naj­gor­sze było to, że swoje sek­su­alne po­trzeby za­spo­ka­jał z ta­kim sa­mym bra­kiem en­tu­zja­zmu, z ja­kim ostat­nio żył.

Zna­le­zie­nie od­po­wied­niego dam­skiego to­wa­rzy­stwa ni­gdy nie było pro­ble­mem – Cam od­naj­dy­wał speł­nie­nie w ra­mio­nach wielu chęt­nych ko­biet i od­pła­cał im za ich usługi tak długo, aż mru­czały z roz­ko­szy. Nie było w tym jed­nak praw­dzi­wych emo­cji. Żad­nego pod­nie­ce­nia, ognia, nic poza po­czu­ciem, że za­dbał o pod­sta­wowe funk­cje swo­jego or­ga­ni­zmu, ta­kie jak sen czy je­dze­nie. Cam był tak za­nie­po­ko­jony, że w końcu zde­cy­do­wał się po­roz­ma­wiać na ten te­mat ze swoim prze­ło­żo­nym, lor­dem St. Vin­cen­tem.

Nie­gdyś za­go­rzały ko­bie­ciarz, dziś wy­jąt­kowo od­dany mąż, St. Vin­cent wie­dział o tych spra­wach wię­cej, niż ja­ki­kol­wiek inny ży­jący czło­wiek. Gdy Cam za­py­tał go po­nuro, czy fakt, że po­trzeby fi­zyczne mniej go ostat­nio tra­pią, na­leży wią­zać ze zbli­ża­ją­cymi się trzy­dzie­stymi uro­dzi­nami, St. Vin­cent za­krztu­sił się swoim drin­kiem.

– Do­bry Boże, nie – od­parł wi­ceh­ra­bia, ka­sła­jąc lekko, gdy haust brandy roz­pa­lił mu prze­łyk. Był wcze­sny ra­nek, a oni prze­glą­dali księgi ra­chun­kowe w biu­rze za­rządcy klubu.

St. Vin­cent był przy­stoj­nym dżen­tel­me­nem z wło­sami ko­loru psze­nicy i bla­do­nie­bie­skimi oczami. Nie­któ­rzy gło­śno twier­dzili, że miał rysy i syl­we­tkę naj­do­sko­nal­szego męż­czy­zny, jaki kie­dy­kol­wiek cho­dził po świe­cie. Wy­gląd anioła, du­sza łaj­daka.

– Je­śli mogę spy­tać, ja­kie ko­biety gosz­czą w twoim łóżku?

– Co masz na my­śli? – za­py­tał Cam z re­ze­rwą.

– Piękne, czy nie­ładne?

– Chyba piękne.

– I na tym po­lega pro­blem – po­wie­dział St. Vin­cent to­nem, który re­zer­wo­wał do ko­mu­ni­ko­wa­nia oczy­wi­sto­ści. – Nie­ładne do­star­czają znacz­nie wię­cej przy­jem­no­ści. Wdzięcz­ność to naj­sil­niej­szy afro­dy­zjak.

– Ty jed­nak po­ślu­bi­łeś ko­bietę piękną.

Na usta St. Vin­centa wy­pły­nął le­niwy uśmiech.

– Żony to zu­peł­nie od­mienna ka­te­go­ria. Wy­ma­gają ogrom­nych na­kła­dów, ale wy­siłki za­wsze zo­stają wy­na­gro­dzone. Zde­cy­do­wa­nie po­le­cam żony. Zwłasz­cza wła­sne.

Cam spoj­rzał na swo­jego pra­co­dawcę z iry­ta­cją, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że po­ważne roz­mowy z St. Vin­cen­tem czę­sto utrud­niało szcze­gólne upodo­ba­nie wi­ceh­ra­biego do prze­kształ­ca­nia ich w słowne ka­lam­bury.

– Je­śli do­brze ro­zu­miem, mi­lor­dzie – stwier­dził szorstko – pana re­ceptą na brak po­żą­da­nia jest uwo­dze­nie nie­atrak­cyj­nych ko­biet?

St. Vin­cent pod­niósł srebrną ob­sadkę, a na­stęp­nie zręcz­nie do­pa­so­wał sta­lówkę i ca­łość pre­cy­zyj­nie za­nu­rzył w bu­te­leczce z atra­men­tem.

– Ro­han, ro­bię, co w mo­jej mocy, aby zro­zu­mieć twój pro­blem. Jed­nak ni­gdy nie do­świad­czy­łem braku po­żą­da­nia. Mu­siał­bym le­żeć na łożu śmierci, żeby prze­stać pra­gnąć... Nie, nie­ważne, by­łem na łożu śmierci w nie­od­le­głej prze­szło­ści i na­wet wtedy mia­łem grzeszne my­śli o swo­jej żo­nie.

– Moje gra­tu­la­cje – mruk­nął Cam, po­rzu­ca­jąc na­dzieję, że zdoła uzy­skać od tego czło­wieka ja­ką­kol­wiek szczerą od­po­wiedź. – Wróćmy do ksiąg. Są waż­niej­sze kwe­stie do roz­trzą­sa­nia niż sek­su­alne moż­li­wo­ści.

St. Vin­cent wy­kre­ślił liczbę i odło­żył pióro.

– Nie, na­le­gam jed­nak na roz­mowę o sek­su­al­nych moż­li­wo­ściach. To znacz­nie za­baw­niej­sze niż praca. – Opadł na fo­tel w zwod­ni­czej au­rze roz­le­ni­wie­nia. – Ro­han, je­steś czło­wie­kiem dys­kret­nym, ale trudno nie za­uwa­żyć, jak gor­liwe bu­dzisz za­in­te­re­so­wa­nie. Naj­wy­raź­niej sta­no­wisz po­kusę nie do od­par­cia dla lon­dyń­skich dam. I wy­gląda na to, że ko­rzy­stasz w pełni z tego, co ci ofe­rują.

Cam spoj­rzał na niego bez wy­razu.

– Wy­bacz, mi­lor­dzie, ale czy ten wy­wód do cze­goś pro­wa­dzi?

St. Vin­cent oparł się wy­god­nie, złą­czył palce i po­pa­trzył na Cama.

– Nie mia­łeś po­dob­nych pro­ble­mów w prze­szło­ści, mogę więc tylko za­ło­żyć, że, jak to czę­sto bywa z ape­ty­tem, twój zo­stał już za­spo­ko­jony z na­wiązką, po­zo­sta­wia­jąc prze­syt jed­na­ko­wo­ścią. Po­móc może tylko ja­kaś no­wość.

Roz­wa­ża­jąc to stwier­dze­nie, któ­remu nie można było od­mó­wić sensu, Cam za­sta­na­wiał się, czy no­to­ryczny nie­gdyś hu­laka od­czu­wał kie­dy­kol­wiek po­kusę, aby zbłą­dzić. Cam znał jego żonę, Evie, od dzie­ciń­stwa, kiedy to przy­cho­dziła od czasu do czasu od­wie­dzić w klu­bie owdo­wia­łego ojca, i czuł wo­bec niej opie­kuń­czość po­do­bną do tej, którą mógłby od­czu­wać wo­bec młod­szej sio­stry. Nikt ni­gdy nie po­łą­czyłby w my­ślach ła­god­nej Evie z tym li­ber­ty­nem. I nikt nie był chyba bar­dziej za­sko­czony niż sam St. Vin­cent, kiedy ich mał­żeń­stwo z roz­sądku ewo­lu­owało w zwią­zek oparty na na­mięt­no­ści i praw­dzi­wej mi­ło­ści.

– A ży­cie mał­żeń­skie? – za­py­tał Cam ła­god­nie. – Czy ono także pro­wa­dzi do prze­sytu jed­na­ko­wo­ścią?

Wy­raz twa­rzy St. Vin­centa zmie­nił się na­gle. Na myśl o żo­nie w jego przej­rzy­ście nie­bie­skich oczach bły­snęło cie­pło.

– Na pod­sta­wie wła­snych do­świad­czeń stwier­dzam, że ni­gdy nie ma się dość od­po­wied­niej ko­biety. Z roz­ko­szą po­wi­tał­bym taki prze­syt, ale wąt­pię, aby było to moż­liwe w ży­ciu do­cze­snym. – Za­mknął księgi zde­cy­do­wa­nym ru­chem i wstał. – Je­śli mi wy­ba­czysz, Ro­han, ży­czę ci uda­nego wie­czoru.

– A księgi?

– Po­zo­sta­wiam je w two­ich nie­zwy­kle kom­pe­tent­nych rę­kach. – Gdy Cam jęk­nął, St. Vin­cent tylko nie­win­nie wzru­szył ra­mio­nami. – Ro­han, je­den z nas jest czło­wie­kiem nie­żo­na­tym, o wy­bit­nych ma­te­ma­tycz­nych uzdol­nie­niach i bez pla­nów na wie­czór. Drugi jest na­wró­co­nym lu­bież­ni­kiem w mi­ło­snym na­stroju, a w domu czeka na niego chętna młoda żona. Kto, twoim zda­niem, po­wi­nien więc za­jąć się tymi cho­ler­nymi ra­chun­kami? – Że­gna­jąc się non­sza­lancko, St. Vin­cent opu­ścił biuro.

„No­wość” – to była jego re­ko­men­da­cja. Cóż, to słowo zde­cy­do­wa­nie znaj­do­wało od­nie­sie­nie w sto­sunku do panny Ha­tha­way. Do­tych­czas Cam pre­fe­ro­wał ko­biety do­świad­czone, które trak­to­wały uwo­dze­nie jak grę i do­sko­nale wie­działy, że nie na­leży mie­szać przy­jem­no­ści z uczu­ciami. Ni­gdy nie po­dej­mo­wał się roli na­uczy­ciela nie­win­nych. W za­sa­dzie per­spek­tywa po­zba­wie­nia damy dzie­wic­twa była ra­czej od­strę­cza­jąca. Dla niej nic, tylko ból, a po­tem prze­ra­ża­jące kon­se­kwen­cje w po­staci łez i ża­lów. Wzdry­gnął się na samą myśl. Nie, nie bę­dzie po­goni za no­wo­ścią w przy­padku panny Ha­tha­way.

Przy­spie­sza­jąc kroku, Cam wszedł po scho­dach do po­koju, gdzie cze­kała ko­bieta i ciem­no­licy chal. Mer­ri­pen to do­syć po­wszechne imię wśród Cy­ga­nów, ten czło­wiek jed­nak był nie­zwy­kły. Wy­glą­dało na to, że jest słu­żą­cym tej ko­biety – dzi­waczna i wstrętna oko­licz­ność dla ko­cha­ją­cego wol­ność Roma.

Mieli więc ze sobą coś wspól­nego. Obaj pra­co­wali dla ga­dziów, za­miast włó­czyć się po ziemi swo­bod­nie, jak Bóg przy­ka­zał.

Ro­mo­wie nie pa­so­wali do wnętrz, w któ­rych ogra­ni­czały ich ściany. Nie żyli w klat­kach z po­ko­jów i do­mów, od­cięci od nieba i wia­tru, słońca i gwiazd. Nie od­dy­chali stę­chłym po­wie­trzem, prze­sy­co­nym za­pa­chami z kuchni i pa­stą do pod­łóg. Po raz pierw­szy od lat Cam po­czuł przy­pływ pa­niki. Zwal­czył go i sku­pił się na swoim za­da­niu – po­zbyć się tej oso­bli­wej pary ze swo­jego sa­lonu.

Po­cią­gnął za koł­nie­rzyk, aby nieco roz­luź­nić jego ucisk, pchnął uchy­lone drzwi i wszedł do po­koju.

Panna Ha­tha­way stała nie­da­leko progu, cze­ka­jąc na niego z kiep­sko ma­sko­waną nie­cier­pli­wo­ścią, a Mer­ri­pen na­dal krył się w ką­cie. Gdy Cam pod­szedł do niej i spoj­rzał w jej unie­sioną wy­soko twarz, fala pa­niki za­mie­niła się w in­try­gu­jący przy­pływ cie­pła. Pod jej nie­bie­skimi oczami ry­so­wały się blade, la­wen­dowe cie­nie. Jej mięk­kie wargi za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. Ciemne, lśniące włosy za­cze­sała do tyłu i upięła cia­sno spin­kami.

Ścią­gnięte su­rowo włosy i skromna, krę­pu­jąca suk­nia na­rzu­cały ob­raz ko­biety peł­nej za­ha­mo­wań. Ty­powa stara panna. Nic jed­nak nie mo­gło ukryć pro­mie­niu­ją­cej z niej sil­nej woli. Była… sma­ko­wita. Chciał ją roz­pa­ko­wać jak po­da­rek, na który cze­kał zbyt długo. Pra­gnął jej bez­wol­nej i na­giej pod sobą, tych de­li­kat­nych warg, spuch­nię­tych od jego twar­dych, głę­bo­kich po­ca­łun­ków, jej ja­snej skóry roz­pa­lo­nej na­mięt­no­ścią. Zdu­miony wra­że­niem, ja­kie na nim wy­warła, zmu­sił się do za­cho­wa­nia obo­jęt­nej miny, gdy za­czął się jej przy­glą­dać.

– Cóż? – za­żą­dała spra­woz­da­nia Ame­lia, zu­peł­nie nie­świa­doma, do­kąd po­wę­dro­wały jego my­śli. Gdyby wie­działa, z pew­no­ścią z krzy­kiem wy­bie­głaby z po­koju. – Do­wie­dział się pan cze­goś na te­mat miej­sca po­bytu mo­jego brata?

– Ow­szem.

– I?

– Lord Ram­say od­wie­dził nas wcze­snym wie­czo­rem, prze­grał tro­chę pie­nię­dzy przy sto­li­kach...

– Dzięki Bogu, żyje! – za­wo­łała Ame­lia.

– ...i naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił po­cie­szyć się wi­zytą w po­bli­skim bur­delu.

– Bur­delu? – Ame­lia rzu­ciła Mer­ri­pe­nowi zroz­pa­czone spoj­rze­nie. – Przy­się­gam, Mer­ri­pen, ten łaj­dak zgi­nie dzi­siaj z mo­jej ręki. – Spoj­rzała na Cama. – Ile prze­grał?

– Około pię­ciu­set fun­tów.

Śliczne, nie­bie­skie oczy roz­sze­rzyły się z gniewu.

– Bę­dzie umie­rał bar­dzo po­woli. Który bur­del?

– Brad­shaw.

Ame­lia się­gnęła po ka­pe­lusz.

– Chodźmy, Mer­ri­pen. Mu­simy go stam­tąd za­brać.

– Nie – pa­dło z ust obu męż­czyzn jed­no­cze­śnie.

– Chcę oso­bi­ście się prze­ko­nać, czy nic mu nie jest – oznaj­miła Ame­lia spo­koj­nie.

– Wąt­pię.

Ame­lia rzu­ciła Mer­ri­pe­nowi lo­do­wate spoj­rze­nie.

– Nie wra­cam do domu bez Leo.

Na poły roz­ba­wiony i za­nie­po­ko­jony siłą jej woli, Cam zwró­cił się do Mer­ri­pena:

– Czy mam do czy­nie­nia z upo­rem, głu­potą, czy ja­kąś kom­bi­na­cją obu tych cech?

Ame­lia udzie­liła od­po­wie­dzi, za­nim Mer­ri­pen zdo­łał otwo­rzyć usta.

– Z mo­jej strony z upo­rem. Głu­pota po­zo­staje nie­od­łącz­nym atry­bu­tem mo­jego brata. – Po­pra­wiła ka­pe­lusz i za­wią­zała wstążki pod brodą.

Wi­śniowe wstążki, stwier­dził zdu­miony Cam. Ten fry­wolny, czer­wony ak­cent był je­dyną oso­bli­wo­ścią jej sto­no­wa­nego ubioru. Nie­zna­joma z każdą chwilą fa­scy­no­wała go co­raz bar­dziej.

– Nie wej­dzie­cie do Brad­shawa. Wy­jąw­szy względy bez­pie­czeń­stwa i mo­ral­ność, na­wet nie wie­cie, gdzie to, do dia­bła, jest.

Ame­lia na­wet się nie skrzy­wiła, sły­sząc prze­kleń­stwo.

– Za­kła­dam, że spora część go­ści krąży po­mię­dzy pana klu­bem a do­mem Brad­shawa. Po­wie­dział pan, że to nie­da­leko, co ozna­cza, że mu­szę tylko po­dą­żyć za falą pie­szych w tam­tym kie­runku. Do wi­dze­nia, pa­nie Ro­han. Na­prawdę do­ce­niam pań­ską po­moc.

Cam sta­nął jej na dro­dze.

– Tylko zrobi pani z sie­bie idiotkę, panno Ha­tha­way. Nie przej­dzie pani na­wet przez drzwi fron­towe. Bur­del taki jak Brad­shaw nie wpusz­cza ob­cych z ulicy.

– To, jak wy­do­stanę stam­tąd brata, to już nie pań­skie zmar­twie­nie.

Miała ra­cję. To nie było jego zmar­twie­nie. Ale Cam od dawna nie ba­wił się tak do­brze. Żadne zmy­słowe roz­ko­sze, uta­len­to­wane kur­ty­zany, na­wet po­kój pe­łen na­gich ko­biet nie za­in­try­go­wałby go w po­ło­wie tak bar­dzo, jak panna Ame­lia Ha­tha­way i jej czer­wone wstążki.

– Jadę z wami – po­wie­dział.

Zmarsz­czyła brwi.

– Nie, dzię­kuję.

– Na­le­gam.

– Nie po­trze­buję już pań­skich usług, pa­nie Ro­han.

Ca­mowi przy­szła do głowy cała masa usług, któ­rych wy­raź­nie po­trze­bo­wała i które z przy­jem­no­ścią sam by jej za­pew­nił.

– Naj­wy­raź­niej bę­dzie z po­żyt­kiem dla wszyst­kich, je­śli wy­do­sta­nie­cie stam­tąd Ram­saya i opu­ści­cie Lon­dyn naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Od te­raz uwa­żam przy­spie­sze­nie wa­szego od­jazdu za swój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek.

Roz­dział 3

Mo­gli udać się do bur­delu na pie­chotę, ale za­miast tego po­je­chali tam wie­kową ka­le­szą. Za­trzy­mali się przed nie­ład­nym bu­dyn­kiem w stylu geo­r­giań­skim. Ame­lii, któ­rej ta­kie miej­sca ko­ja­rzyły się z krzy­kliwą eks­tra­wa­gan­cją, fa­sada przy­bytku wy­dała się za­ska­ku­jąco dys­kretna.

– Pro­szę zo­stać w po­wo­zie – po­wie­dział Ro­han. – Wejdę do środka i wy­py­tam ko­goś o Ram­saya. – Spoj­rzał su­rowo na Mer­ri­pena. – Nie zo­sta­wiaj panny Ha­tha­way bez opieki na­wet na se­kundę. Nie­bez­piecz­nie tu o tej po­rze.

– Jest le­d­wie wcze­sny wie­czór – za­pro­te­sto­wała Ame­lia. – Znaj­du­jemy się na West En­dzie, oto­czeni tłu­mem ele­gancko ubra­nych dżen­tel­me­nów. Jak bar­dzo może to być nie­bez­pieczne?

– Wi­dy­wa­łem tych ele­gancko ubra­nych dżen­tel­me­nów, ro­bią­cych ta­kie rze­czy, że wy­star­czyłby sam opis, aby pani ze­mdlała.

– Ni­gdy nie mdleję – oświad­czyła za­pal­czy­wie Ame­lia.

Uśmiech Ro­hana roz­ja­śnił za­cie­nione wnę­trze po­wozu. Opu­ścił po­jazd i roz­pły­nął się w mroku, jakby był jego czę­ścią, wto­pił się w niego cały, w zmierz­chu bły­snęły tylko jego he­ba­nowe włosy i dia­men­towy kol­czyk.

Ame­lia przy­pa­try­wała się mu w zdu­mie­niu. Do ja­kiej ka­te­go­rii przy­pi­sać tego czło­wieka? Nie był dżen­tel­me­nem czy lor­dem, ale nie był też zwy­kłym rze­mieśl­ni­kiem, na­wet nie był w pełni Cy­ga­nem. Po­czuła dreszcz, gdy przy­po­mniała so­bie chwilę, w któ­rej po­mógł jej wsiąść do po­wozu. Miała na dło­niach rę­ka­wiczki, ale jego ręce nie były osło­nięte i po­czuła przez to cie­pło i siłę jego pal­ców. A na jego kciuku za­uwa­żyła błysk gru­bej, zło­tej ob­rączki. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­działa.

– Mer­ri­pen, co ozna­cza ob­rączka na kciuku męż­czy­zny? Czy to ja­kiś cy­gań­ski zwy­czaj?

Mer­ri­pen, naj­wy­raź­niej za­sko­czony py­ta­niem, wyj­rzał przez okno w wil­gotną noc. Obok po­wozu prze­szła ro­ze­śmiana grupa mło­dych męż­czyzn w ele­ganc­kich płasz­czach i wy­so­kich ka­pe­lu­szach. Dwaj przy­sta­nęli, aby po­roz­ma­wiać z krzy­kli­wie odzianą ko­bietą.

Marsz­cząc brwi, Mer­ri­pen od­po­wie­dział na py­ta­nie Ame­lii:

– To oznaka nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści my­śli. I od­dzie­le­nia. No­sząc ją, przy­po­mina so­bie, że nie na­leży do miej­sca, w któ­rym się znaj­duje.

– Dla­czego pan Ro­han miałby chcieć o tym pa­mię­tać?

– Bo ścieżka, którą kro­czą po­bra­tymcy, jest ku­sząca – oznaj­mił po­nuro Mer­ri­pen. – Trudno się jej oprzeć.

– A dla­czego mu­si­cie się jej opie­rać? Nie ro­zu­miem, co jest ta­kiego strasz­nego w miesz­ka­niu w od­po­wied­nim domu, za­pew­nie­niu so­bie sta­łego do­chodu i cie­sze­niu się rze­czami ta­kimi jak ładna por­ce­lana, czy wy­ście­łane krze­sła.

– Ga­dzio­wie – wy­mam­ro­tał z re­zy­gna­cją, skła­nia­jąc Ame­lię do uśmie­chu. Wie­działa, że słowo to ozna­cza wszyst­kich, któ­rzy nie są Ro­mami.

Oparła się o wy­tarte, wy­ście­łane sie­dze­nie.

– Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że kie­dyś będę tak de­spe­racko pra­gnęła od­na­leźć brata w po­dob­nym przy­bytku. Ale je­śli mam wy­bie­rać po­mię­dzy bur­de­lem a wy­ła­wia­niem go z Ta­mizy... – Urwała i przy­ci­snęła do ust za­ci­śniętą pieść.

– Prze­cież nie umarł. – Głos Mer­ri­pena był ni­ski i ła­godny.

Ame­lia z ca­łych sił sta­rała się mu uwie­rzyć.

– Mu­simy wy­wieźć Leo z Lon­dynu. Na wsi bę­dzie bez­piecz­niej­szy, prawda?

Mer­ri­pen nie­zo­bo­wią­zu­jąco wzru­szył ra­mio­nami, jego oczy po­zo­stały bez wy­razu.

– Bę­dzie miał mniej roz­ry­wek – kon­ty­nu­owała Ame­lia. – I nie bę­dzie mógł pa­ko­wać się w kło­poty.

– Męż­czy­zna, który szuka kło­po­tów, wszę­dzie je znaj­dzie.

Po kilku mi­nu­tach nie­zno­śnie dłu­żą­cego się ocze­ki­wa­nia uj­rzeli Ro­hana, który pod­szedł do po­wozu i uchy­lił drzwi.

– Gdzie on jest? – za­py­tała Ame­lia, gdy wspiął się do środka.

– Nie tu­taj. Lord Ram­say udał się na górę z jedną z dziew­cząt i... cóż, do­peł­nił trans­ak­cji... a po­tem opu­ścił bur­del.

– Do­kąd się udał? Py­tał pan?

– Po­wie­dział, że idzie do ta­werny „Pie­kiełko i Wia­derko”.

– Uro­cze. Zna pan drogę?

Ro­han usa­do­wił się obok niej i spoj­rzał na Mer­ri­pena.

– Jedź St. Ja­mes na wschód, a po­tem skręć w lewo na trze­ciej krzy­żówce.

Mer­ri­pen sma­gnął ko­nie lej­cami i po­wóz po­to­czył się na­przód, mi­ja­jąc po dro­dze trzy pro­sty­tutki.

Ame­lia przy­glą­dała się ko­bie­tom z nie­skry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Nie­które z nich są ta­kie młode... Gdyby tylko ja­kaś in­sty­tu­cja cha­ry­ta­tywna po­mo­gła im zna­leźć sza­cowne za­trud­nie­nie.

– Tak zwane sza­cowne za­trud­nie­nie może się oka­zać rów­nie złe – od­parł Ro­han.

Spoj­rzała na niego z obu­rze­niem.

– Uważa pan, że ko­bie­cie le­piej jest, gdy para się pro­sty­tu­cją niż w uczci­wej pracy, która po­zwo­li­łaby jej żyć god­nie?

– Tego nie po­wie­dzia­łem. Nie­któ­rzy pra­co­dawcy są znacz­nie bar­dziej bru­talni niż su­te­ne­rzy i raj­fu­rzy. Słu­żący mu­szą zno­sić naj­prze­róż­niej­sze formy prze­mocy od swo­ich pa­nów, zwłasz­cza ko­biety. A je­śli są­dzi pani, że god­nie pra­cuje się w fa­bryce, to naj­wy­raź­niej ni­gdy nie wi­działa pani dziew­czyny, która stra­ciła palce, przy­ci­na­jąc słomę na mio­tły. Czy też jej ko­le­żanki, która ma płuca tak wy­peł­nione ku­rzem i kłacz­kami z grę­pla­rek, że nie do­żyje trzy­dzie­stych uro­dzin.

Ame­lia już otwo­rzyła usta, aby mu od­po­wie­dzieć, ale je za­mknęła. Nie­ważne, jak bar­dzo chciała kon­ty­nu­ować tę dys­ku­sję, dama, na­wet je­śli była starą panną, nie roz­ma­wiała o pro­sty­tu­cji.

Ko­bieta schro­niła się za fa­sadą chłod­nej obo­jęt­no­ści i od­wró­ciła się do okna. Nie po­świę­ciła Ro­ha­nowi już ani jed­nego spoj­rze­nia, ale czuła, że on ją ob­ser­wuje. Była nie­zno­śnie świa­doma jego obec­no­ści. Nie pach­niał wodą ko­loń­ską i po­madą, ale czymś zde­cy­do­wa­nie bar­dziej po­nęt­nym – dy­mem, świe­żo­ścią i goź­dzi­kami.

– Pani brat cał­kiem nie­dawno odzie­dzi­czył ty­tuł – po­wie­dział.

– Tak.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, ale lord Ram­say nie wy­daje się przy­go­to­wany do swo­jej no­wej roli.

Ame­lia nie zdo­łała po­wstrzy­mać smut­nego uśmie­chu.

– Nikt z nas nie jest. Dla Ha­tha­wayów był to do­prawdy nie­zwy­kły ob­rót spraw. Przed Leo byli w pro­stej li­nii jesz­cze co naj­mniej trzej spad­ko­biercy. Wszy­scy zmarli na­gle, z róż­nych przy­czyn. Ty­tuł po­ciąga chyba za sobą kon­se­kwen­cje w po­staci krót­kiego ży­cia. W tym sta­nie du­cha mój brat nie bę­dzie cie­szył się nim dłu­żej niż jego po­przed­nicy.

– Nikt nie wie, co kryje jego prze­zna­cze­nie.

Ame­lia od­wró­ciła się do Ro­hana i za­uwa­żyła, że męż­czy­zna wpa­truje się w nią in­ten­syw­nie. Jej serce za­częło bić szyb­ciej.

– Nie wie­rzę w prze­zna­cze­nie – oznaj­miła. – Lu­dzie sami są ko­wa­lami swego losu.

Ro­han uśmiech­nął się.

– Wszy­scy, na­wet bo­go­wie, są bez­bronni w ob­li­czu prze­zna­cze­nia.

Ame­lia spoj­rzała na niego scep­tycz­nie.

– Pan, za­rządca klubu gier, wie na pewno wszystko o szan­sach i praw­do­po­do­bień­stwie. Nie może pan więc, kie­ru­jąc się ro­zu­mem, da­wać wiary szczę­ściu, lo­sowi, czy po­dob­nym rze­czom.

– Wiem wszystko o praw­do­po­do­bień­stwie i szan­sach wy­gra­nej – zgo­dził się Ro­han. – Wie­rzę jed­nak w szczę­ście. – Uśmiech­nął się do niej z pło­mie­niem w oczach, na wi­dok któ­rego wstrzy­mała od­dech. – Wie­rzę w ma­gię i ta­jem­nicę, w sny, które od­sła­niają przy­szłość. I wie­rzę, że pewne rze­czy są za­pi­sane w gwiaz­dach... lub na­wet we wnę­trzu pani dłoni.

Ame­lia, ni­czym za­hip­no­ty­zo­wana, nie mo­gła ode­rwać od niego wzroku. Był nie­zwy­kle przy­stoj­nym męż­czy­zną, ze skórą ciemną jak miód z ko­ni­czyny i czar­nymi wło­sami, opa­da­ją­cymi na czoło w spo­sób, który wręcz pro­wo­ko­wał jej place do tego, aby je od­su­nąć.

– Ty też wie­rzysz w prze­zna­cze­nie? – za­py­tała Mer­ri­pena.

Dłu­gie wa­ha­nie.

– Je­stem Ro­mem.

Czyli tak.

– Do­bry Boże, Mer­ri­pen. A ja mia­łam cię za roz­sąd­nego czło­wieka.

Ro­han ro­ze­śmiał się.

– Uzna­nie ta­kiej moż­li­wo­ści to wła­śnie do­wód roz­sądku, panno Ha­tha­way. Tylko dla­tego, że nie może pani cze­goś zo­ba­czyć czy po­czuć, nie ozna­cza to wcale, że dana rzecz nie ist­nieje.

– Nie ma cze­goś ta­kiego jak prze­zna­cze­nie – upie­rała się Ame­lia. – Są tylko czyny i ich kon­se­kwen­cje.

Po­wóz za­trzy­mał się na­gle, tym ra­zem w miej­scu znacz­nie nędz­niej­szym niż St. Ja­mes i King Street. Po jed­nej stro­nie ulicy stała pi­wiar­nia i trzy­pen­sowy za­jazd, a po dru­giej duża ta­werna. Prze­chod­nie za­cho­wy­wali po­zory do­brych ma­nier, wi­dać było jed­nak, że wszech­obecni do­mo­krążcy, kie­szon­kowcy i pro­sty­tutki nie są im obcy.

Na progu ta­werny w naj­lep­sze trwała bi­ja­tyka, w oczach ro­iło się od rąk, nóg, la­ta­ją­cych ka­pe­lu­szy, bu­te­lek i la­sek. Za każ­dym ra­zem, gdy na­ty­kali się na ta­kie zja­wi­sko, oka­zy­wało się, że to brat Ame­lii był jego po­wo­dem.

– Mer­ri­pen – oznaj­miła dziew­czyna z obawą – wiesz, jak się za­cho­wuje Leo, gdy jest zdez­o­rien­to­wany. Pew­nie zna­lazł się w sa­mym środku tej bójki. Gdy­byś był tak do­bry...

Za­nim skoń­czyła mó­wić, Mer­ri­pen ze­sko­czył z ko­zła.

– Cze­kaj – po­wie­dział Ro­han. – Le­piej bę­dzie, je­śli ja się tym zajmę.

Mer­ri­pen spoj­rzał na niego chłodno.

– Wąt­pisz w moje umie­jęt­no­ści?

– To lon­dyń­ska me­lina. Przy­wy­kłem do sztu­czek, które się tu sto­suje. A ty... – Urwał, gdy Mer­ri­pen go po pro­stu zi­gno­ro­wał i opu­ścił po­wóz z opry­skli­wym burk­nię­ciem. – Niech bę­dzie – stwier­dził Ro­han, sta­jąc przy kole, aby mieć do­bry wi­dok. – Po­kroją go jak ma­krelę na targu ryb­nym w Co­vent Gar­den.

Ame­lia rów­nież wy­sia­dła z po­wozu.

– Mer­ri­pen bar­dzo do­brze od­naj­duje się w walce, za­pew­niam pana.

Ro­han spoj­rzał na nią spod przy­mknię­tych po­wiek.

– Bę­dzie pani bez­piecz­niej­sza w środku.

– Prze­cież pan mnie chroni, nie­praw­daż? – wy­tknęła.

– Ko­cha­nie – po­wie­dział z ła­god­no­ścią, któ­rej nie za­głu­szył na­wet ha­ła­su­jący tłum. – To przede mną trzeba cię chro­nić.

Jej serce na mo­ment prze­stało bić. Spoj­rzał w jej sze­roko otwarte oczy z tak in­ten­syw­nym za­in­te­re­so­wa­niem, że do­słow­nie prze­szły ją ciarki. Pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój, od­wró­ciła wzrok. Po­zo­stała jed­nak bo­le­śnie świa­doma jego obec­no­ści, swo­bod­nej go­to­wo­ści jego syl­we­tki, nie­zna­nego pul­so­wa­nia, ukry­tego pod war­stwami ele­ganc­kiego stroju.

Ra­zem ob­ser­wo­wali, jak Mer­ri­pen brnął przez chaos bi­ją­cych się męż­czyzn, kła­dąc ich po­ko­tem. Nie mi­nęło na­wet pół mi­nuty, gdy bez­ce­re­mo­nial­nie wy­cią­gnął ko­goś za koł­nierz z bez­ład­nej masy ciał, wolną ręką hoj­nie roz­da­jąc ciosy.

– Jest na­prawdę nie­zły – stwier­dził lekko za­sko­czony Ro­han.

Ame­lia po­czuła obez­wład­nia­jącą ulgę, gdy roz­po­znała Leo.

– Och, dzięki ci, Boże.

Jej po­wieki za­trze­po­tały, gdy po­czuła na szczęce de­li­katny do­tyk. Palce Ro­hana unio­sły jej twarz, a jego kciuk po­cie­rał de­li­kat­nie czu­bek jej brody. Ten nie­ocze­ki­wany, in­tymny gest wy­wo­łał w niej dreszcz. Jego roz­pa­lone spoj­rze­nie znów przy­kuło jej wzrok.

– Nie są­dzi pani, że wy­ka­zuje zbyt­nią na­do­pie­kuń­czość, ści­ga­jąc do­ro­słego brata po ca­łym Lon­dy­nie? Nie zro­bił prze­cież nic aż tak nie­zwy­kłego. Więk­szość mło­dych lor­dów w jego sy­tu­acji za­cho­wa­łaby się tak samo.

– Pan go nie zna. – Na­wet ona sły­szała, jak bar­dzo drży jej głos. Wie­działa, że po­winna ode­rwać się od jego cie­płych pal­ców, ale jej ciało po­zo­stało prze­wrot­nie nie­ru­chome, chło­nąc ca­łym sobą przy­jem­ność jego do­tyku. – To nie jest dla niego nor­malne za­cho­wa­nie. On ma kło­poty. On... – Urwała na­gle.

Ro­han po­wiódł czub­kiem palca po lśnią­cym śla­dzie wstążki jej ka­pe­lu­sza, od ucha aż do wę­zła pod brodą.

– Ja­kie kło­poty?

Po­de­rwała głowę i od­wró­ciła się do Mer­ri­pena i Leo, któ­rzy wła­śnie po­de­szli do po­wozu. Na wi­dok brata po­czuła przy­pływ mi­ło­ści i drę­czą­cego lęku. Był brudny, spo­nie­wie­rany i uśmie­chał się do niej bez cie­nia skru­chy. Każdy, kto nie znał Leo, mógłby w tej chwili za­ło­żyć, że nie ma on żad­nych trosk. Ale jego oczy, kie­dyś pełne cie­pła, były pu­ste i zimne. Jego do nie­dawna zgrabna syl­we­tka za­okrą­gliła się, a szyja była opuch­nięta. Wciąż da­leko mu było do kom­plet­nego upadku, ale wy­da­wał się być nie­zwy­kle zde­ter­mi­no­wany, aby przy­spie­szyć ten pro­ces.

– Nie­zwy­kłe – rzu­ciła Ame­lia od nie­chce­nia. – Coś jesz­cze z cie­bie zo­stało. – Wy­jęła z rę­kawa chu­s­teczkę, po­de­szła do niego i de­li­kat­nie otarła pot i smugi krwi z jego po­licz­ków. – Je­stem tą w środku, skar­bie – do­dała, wi­dząc jego roz­bie­gane spoj­rze­nie.

– Ach, tu je­steś. – Głowa Leo po­dry­gi­wała jak ma­rio­netka na sznur­kach. Spoj­rzał na Mer­ri­pena, który sta­no­wił znacz­nie sta­bil­niej­sze wspar­cie niż jego wła­sne nogi. – Moja sio­stra – po­wie­dział. – Prze­ra­ża­jąca dziew­czyna.

– Za­nim Mer­ri­pen wsa­dzi cię do po­wozu, czy masz za­miar ja­koś do­pro­wa­dzić się do po­rządku, Leo?

– Zde­cy­do­wa­nie nie – pa­dła sta­now­cza od­po­wiedź. – Ha­tha­way­owie mają mocną głowę.

Ame­lia piesz­czo­tliwe od­su­nęła brudne, brą­zowe loki, które opa­dały mu na oczy jak pa­sma przę­dzy.

– By­łoby miło, gdy­byś w przy­szło­ści nie pod­da­wał swo­jej sio­stry ta­kim pró­bom, mój drogi.

– Ale sio­strzyczko... – Gdy na nią spoj­rzał, do­strze­gła w nim cząstkę daw­nego Leo, iskrę w tym nie­obec­nym wzroku, która jed­nak na­tych­miast znik­nęła. – Mam tak po­tężne pra­gnie­nie.

Po­czuła szczy­pa­nie w ką­ci­kach oczu i słony smak w ustach. Prze­łknęła łzy.

– Przez na­stępne dni bę­dziesz je za­spo­ka­jał wodą i her­batą – oznaj­miła spo­koj­nym gło­sem. – Wsadź go do po­wozu, Mer­ri­pen.

Leo spoj­rzał na czło­wieka, który go pod­trzy­my­wał.

– Na li­tość bo­ską, chyba nie po­zwo­lisz jej mnie za­brać?

– Wo­lał­byś wy­trzeź­wieć pod opieką straż­ni­ków z Bow Street? – za­py­tał Mer­ri­pen uprzej­mie.

– Na pewno oka­za­liby wię­cej ła­ski. – Zrzę­dząc pod no­sem, Leo za­to­czył się w stronę po­wozu.

Ame­lia od­wró­ciła się do Cama Ro­hana, który przy­glą­dał się jej z nie­prze­nik­nioną miną.

– Czy mo­żemy od­wieźć pana do Jen­nera? W po­wo­zie bę­dzie cia­sno, ale my­ślę, że so­bie po­ra­dzimy.

– Nie, dzię­kuję. – Ro­han po­woli ob­szedł z nią po­jazd. – To nie­da­leko. Przejdę się.

– Nie mogę po­zwo­lić, aby błą­kał się pan po tej oko­licy.

Przy­sta­nęli z tyłu po­wozu, czę­ściowo osło­nięci przed cie­kaw­skimi spoj­rze­niami.

– Nic mi nie bę­dzie. To mia­sto nie ma przede mną żad­nych ta­jem­nic. Pro­szę się nie ru­szać.

Uniósł de­li­kat­nie jej twarz, jedną rękę przy­tu­la­jąc do jej szczęki, a drugą prze­su­wa­jąc na po­li­czek. Kciu­kiem de­li­kat­nie otarł jej lewe oko. Ze zdu­mie­niem po­czuła tam smugę wil­goci.

– To przez ten wiatr – po­wie­działa drżąco.

– Dzi­siaj nie wieje. – Nie prze­su­nął ręki, gładka po­wierzch­nia ob­rączki na kciuku lekko wci­skała się w jej skórę. Jej serce za­częło tłuc się w piersi jak osza­lałe, a szum krwi w uszach za­głu­szył pra­wie wszystko wo­kół, na­wet zgiełk ta­werny. Mrok gęst­niał wo­kół nich. Cam prze­su­nął palce w dół jej szyi z za­dzi­wia­jącą de­li­kat­no­ścią, od­naj­du­jąc ukryte do­tąd za­koń­cze­nia ner­wów i piesz­cząc je ła­god­nie. Pa­trzył jej pro­sto w oczy. Za­uwa­żyła na­gle, że orze­cho­wo­złote tę­czówki są oto­czone czar­nymi ob­wód­kami.

– Panno Ha­tha­way... Czy jest pani pewna, że prze­zna­cze­nie nie miało nic wspól­nego z na­szym dzi­siej­szym spo­tka­niem?

Nie mo­gła zła­pać tchu.

– Ca-cał­kiem pewna.

Po­chy­lił głowę.

– I można z ogrom­nym praw­do­po­do­bień­stwem za­ło­żyć, że już ni­gdy się nie spo­tkamy?

– Ni­gdy.

Był zbyt po­tężny, po­chy­lał się zbyt ni­sko. Ame­lia pró­bo­wała ze­brać my­śli, ale były jak roz­sy­pane za­pałki... które za­jęły się ogniem, gdy jego od­dech omiótł jej po­li­czek.

– Mam na­dzieję, że się pani nie myli. Boże do­po­móż, gdy­bym miał po­nieść kon­se­kwen­cje.

– Czego? – Jej głos był wy­jąt­kowo słaby.

– Tego. – Jego ręka prze­su­nęła się na jej kark, a jego wargi opa­dły na jej usta.

Ame­lia by­wała już ca­ło­wana. Nie tak dawno temu, prawdę mó­wiąc, i to przez męż­czy­znę, któ­rego ko­chała. Ból jego zdrady zra­nił ją tak głę­boko, przy­się­gła więc so­bie, że ni­gdy wię­cej nie po­zwoli już zbli­żyć się do sie­bie męż­czyź­nie. Ale Cam Ro­han nie za­py­tał o zgodę i nie dał jej szansy za­pro­te­sto­wać. Ze­sztyw­niała i oparła dło­nie na jego piersi, pró­bu­jąc go ode­pchnąć. Wy­da­wał się na­wet nie za­uwa­żyć jej obiek­cji; jego usta były de­li­katne i uparte. Oto­czył ją ra­mie­niem i uniósł lekko, przy­cią­ga­jąc ją do swego twar­dego ciała.

Z każ­dym od­de­chem co­raz głę­biej wdy­chała jego za­pach, sło­dycz my­dła z psz­cze­lego wo­sku, nutę soli na jego skó­rze. Ota­czała ją giętka siła jego ciała; nie mo­gła się po­wstrzy­mać, aby się na nim nie oprzeć. Spro­wo­ko­wało to jesz­cze wię­cej po­ca­łun­ków, za­czy­na­ją­cych się, na­wet je­śli po­przed­nie się jesz­cze nie skoń­czyły, wil­got­nych i in­tym­nych piesz­czot, ta­jem­ni­czych mu­śnięć peł­nych przy­jem­no­ści i obiet­nic.

Mru­cząc ci­cho obce słowa, które roz­kosz­nie wy­peł­niały jej uszy, Ro­han w końcu się od­su­nął. Jego wargi za­częły wę­dro­wać wzdłuż za­ru­mie­nio­nej krzy­wi­zny jej szyi, za­trzy­mu­jąc się w naj­bar­dziej wraż­li­wych miej­scach. Jej ciało do­słow­nie spu­chło pod ubra­niem, gor­set uwie­rał nie­zno­śnie de­spe­racko wal­czące o od­dech płuca.

Za­drżała, gdy do­tarł do wy­jąt­kowo czu­łej oko­licy i do­tknął jej czub­kiem ję­zyka. Jakby jej smak był ja­kąś eg­zo­tyczną przy­prawą. Czuła pul­so­wa­nie w pier­siach, żo­łądku i po­mię­dzy udami. Prze­peł­niła ją prze­ra­ża­jąca po­trzeba opar­cia się o niego, za­pra­gnęła uwol­nić się od warstw du­szą­cego ją ma­te­riału, z któ­rego uszyto jej spód­nice. Cam był taki ostrożny, taki de­li­katny...

Z transu wy­rwał ją od­głos tłu­czo­nego szkła.

– Nie – wy­krztu­siła, wy­ry­wa­jąc się.

Ro­han uwol­nił ją z ob­jęć, jego ręce uspo­ka­jały ją, gdy wal­czyła o od­zy­ska­nie rów­no­wagi. Od­wró­ciła się i za­ta­cza­jąc się, na oślep ru­szyła w kie­runku drzwi­czek. Wszę­dzie, gdzie jej do­tknął, nerwy pa­liły ją ży­wym ogniem, do­ma­ga­jąc się wię­cej. Nie pod­nio­sła głowy, wdzięczna za ochronę, którą da­wał jej ka­pe­lusz.

De­spe­racko pra­gnąc uciec, sta­nęła na stop­niu po­wozu. Za­nim jed­nak zdo­łała sa­mo­dziel­nie wspiąć się do środka, po­czuła obej­mu­jące ją w ta­lii dło­nie Ro­hana. Przy­trzy­mał ją na tyle długo, aby szep­nąć jej jesz­cze do ucha:

– Lat­cho drom.

Cy­gań­skie po­że­gna­nie. Roz­po­znała tych kilka słów, któ­rych na­uczył Ha­tha­wayów Mer­ri­pen. Prze­szedł ją in­tymny dreszcz, gdy cie­pło jego od­de­chu do­tarło do jej ucha. Nie chciała, nie mo­gła od­po­wie­dzieć, wspięła się więc do wnę­trza po­wozu i nie­zręcz­nie ze­brała war­stwy spód­nicy, które blo­ko­wały wej­ście.

Drzwi za­mknęły się za nią sta­now­czo, a po­jazd ru­szył, gdy ko­nie po­słusz­nie pod­dały się sil­nej ręce Mer­ri­pena. Dwoje Ha­tha­wayów oku­po­wało prze­ciw­le­głe końce ła­wek, jedno z nich pi­jane, dru­gie oszo­ło­mione. Po dłuż­szej chwili Ame­lia się­gnęła drżą­cymi rę­kami do wstą­żek czepka, aby je roz­wią­zać i za­uwa­żyła ze zdu­mie­niem, że luźno zwi­sają.

Jedna wstążka, w za­sa­dzie. Druga...

Ame­lia zdjęła ka­pe­lusz i za­częła się w niego wpa­try­wać z za­kło­po­ta­niem. Druga czer­wona, je­dwabna wstążka znik­nęła; po­zo­stał po niej tylko ślad po we­wnętrz­nej stro­nie.

Zo­stała zgrab­nie od­cięta.

On ją za­brał.

Roz­dział 4

Ty­dzień póź­niej ro­dzeń­stwo Ha­tha­wayów wraz z ca­łym swoim do­byt­kiem prze­nio­sło się z Lon­dynu do no­wego domu w Hamp­shire. Po­mimo wielu wy­zwań, które ich tam cze­kały, Ame­lia wie­rzyła szcze­rze, że ta oko­licz­ność dla wszyst­kich okaże się ko­rzystna.

Z do­mem w Prim­rose Place wią­zało się zbyt wiele wspo­mnień. Po śmierci ro­dzi­ców ży­cie mło­dych Ha­tha­wayów nie wró­ciło już do normy. Pan Ha­tha­way umarł na serce, a jego żona, z żalu, kilka mie­sięcy póź­niej. Ściany ab­sor­bo­wały smu­tek sie­rot, aż stał się ich czę­ścią, tak jak farba, pa­pier i drewno. Ame­lia nie mo­gła pa­trzeć na ko­mi­nek w sa­lo­nie, nie przy­po­mi­na­jąc so­bie za każ­dym ra­zem matki, która sia­dy­wała przy nim z ro­bótką, ani cho­dzić do ogrodu bez my­śle­nia o ojcu, przy­ci­na­ją­cym swoje słynne, na­gra­dzane róże ap­te­kar­skie.

Sprze­dała więc dom bez żad­nych skru­pu­łów – nie z braku uczuć, lecz ra­czej przez ich nad­miar. Za dużo w nim było emo­cji, za dużo smutku. Nie można pa­trzeć w przy­szłość, je­śli cią­gle pa­mięta się o bo­le­snej stra­cie.

Jej ro­dzeń­stwo nie pro­te­sto­wało. Dla Leo nic nie było ważne – mo­głaby mu po­wie­dzieć, że będą miesz­kać na ulicy, a on po­wi­tałby no­winę obo­jęt­nym wzru­sze­niem ra­mion. Win, na­stępna we­dług star­szeń­stwa po Ame­lii, była zbyt słaba po prze­by­tej cho­ro­bie, aby sprze­ci­wiać się jej de­cy­zjom. A Poppy i Be­atrix były na to za młode, a poza tym same łak­nęły zmian.

Ame­lia była zda­nia, że ty­tuł nie mógł im przy­paść w bar­dziej od­po­wied­niej chwili. Choć mu­siała przy­znać, że nie wia­domo było, jak długo Ha­tha­way­owie zdo­łają go utrzy­mać.

Tak na­prawdę, nikt nie chciał zo­stać ko­lej­nym lor­dem Ram­say. Po­przedni trzej pa­dli ofiarą zło­śli­wego losu, któ­rego uwień­cze­niem była przed­wcze­sna śmierć. To wy­ja­śniało po czę­ści, dla­czego da­lecy krewni Ha­tha­wayów ucie­szyli się, gdy ty­tuł przy­padł Leo.

– Do­stanę ja­kieś pie­nią­dze? – Ta­kie było pierw­sze py­ta­nie brata, gdy do­wie­dział się, że odzie­dzi­czy god­ność para.

Od­po­wiedź można było uznać za twier­dzącą. Leo dzie­dzi­czył po­sia­dłość w Hamp­shire o ogra­ni­czo­nym are­ale i skromny roczny do­chód, któ­rego nie trzeba było po­świę­cać na jej utrzy­ma­nie.

– Na­dal bę­dziemy biedni – oznaj­miła mu Ame­lia, gdy prze­bie­gła wzro­kiem list od praw­nika, opi­su­jący ma­ją­tek i jego pro­blemy. – Po­sia­dłość jest nie­wielka, służba i znaczna część dzier­żaw­ców ode­szła, dom się sy­pie, a ty­tuł jest naj­wy­raź­niej prze­klęty. Mamy da­le­kiego ku­zyna, który praw­do­po­dob­nie po­wi­nien dzie­dzi­czyć przed tobą. Mo­żemy spró­bo­wać zrzu­cić to wszystko na niego. Ist­nieje cień szansy, że in­te­resy na­szego pra­pra­pra­dziadka nie były do końca le­galne, co po­zwo­li­łoby zrzec się nam ty­tułu ze względu na...

– Przyjmę ty­tuł – po­wie­dział Leo sta­now­czo.

– Bo tak jak ja nie wie­rzysz w klą­twy?

– Bo je­stem już tak cho­ler­nie prze­klęty, że jesz­cze jedna nie zrobi żad­nej róż­nicy.

Ni­gdy jesz­cze nie byli w po­łu­dnio­wym Hamp­shire, te­raz więc wszy­scy Ha­tha­way­owie, z wy­jąt­kiem Leo, wy­krę­cali szyje, aby po­dzi­wiać wi­doki.

Ame­lia uśmiech­nęła się, wi­dząc oży­wie­nie sióstr. Poppy i Be­atrix, obie ciem­no­włose i nie­bie­sko­okie, były prze­peł­nione na­dzie­jami. Wzrok Ame­lii po­wę­dro­wał do Win i za­trzy­mał się na niej, aby uważ­nie osza­co­wać jej stan.

Win wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej niż reszta ich ma­łej gro­madki. Jako je­dyna odzie­dzi­czyła ja­sne włosy i in­tro­wer­tyczną na­turę po ojcu. Była ci­cha i nie­śmiała, wszyst­kie nie­wy­gody zno­siła bez cie­nia skargi. Gdy rok wcze­śniej przez ich wio­skę prze­szła epi­de­mia szkar­la­tyny, Leo i Win ciężko za­cho­ro­wali. Leo cał­kiem wró­cił do sie­bie, ale Win po­zo­stała kru­cha i blada. Le­karz zdia­gno­zo­wał u niej osła­bie­nie płuc, wy­wo­łane go­rączką, które, jego zda­niem, mo­gło już ni­gdy nie ustą­pić.

Ame­lia nie po­go­dziła się z tym, że Win do końca ży­cia po­zo­sta­nie in­wa­lidką. Nie­ważne, jaką cenę trzeba bę­dzie za­pła­cić – Win musi wy­zdro­wieć.

Nie można by­łoby chyba so­bie wy­obra­zić lep­szego miej­sca dla Win i reszty Ha­tha­wayów niż Hamp­shire, jedno z naj­pięk­niej­szych hrabstw w An­glii, pełne rzek, la­sów, do­lin i wrzo­so­wisk. Ma­ją­tek Ram­sayów był usy­tu­owany nie­da­leko Stony Cross, jed­nego z naj­więk­szych ku­piec­kich cen­trów w hrab­stwie. W Stony Cross han­dlo­wano by­dłem, owcami, drze­wem, ku­ku­ry­dzą, ob­fi­to­ścią lo­kal­nych od­mian sera i mio­dem z dzi­kich kwia­tów... Była to na­prawdę zie­mia mle­kiem i mio­dem pły­nąca.

– Za­sta­na­wiam się, dla­czego Ram­sey jest tak nie­pro­duk­tywne – du­mała Ame­lia, gdy po­wóz to­czył się przez bujne pa­stwi­ska. – Zie­mia w Hamp­shire jest tak płodna, że trzeba się do­słow­nie sta­rać, aby nic nie wy­ho­do­wać.

– Ale na­sza zie­mia jest prze­klęta, prawda? – za­py­tała Poppy z od­cie­niem tro­ski w gło­sie.

– Nie, nie sama zie­mia. Tylko dzie­dzic ty­tułu. Czyli Leo.

– Ach. – Poppy wy­raź­nie się od­prę­żyła. – To co in­nego.

Leo nie za­wra­cał so­bie głowy roz­mową, ku­lił się w ką­cie ławki, pa­trząc na wszyst­kich opry­skli­wie. Ty­dzień wy­mu­szo­nej trzeź­wo­ści spra­wił, że jego wzrok i my­śli się roz­ja­śniły, ale nie po­pra­wił mu na­stroju. Przy Mer­ri­pe­nie i sio­strach, które krą­żyły nad nim jak ja­strzę­bie, nie miał na­wet naj­mniej­szych szans na­pić się cze­go­kol­wiek, poza wodą i her­batą.

Przez pierw­sze dni nie mógł opa­no­wać dresz­czy, dy­go­ta­nia i ob­fi­tych po­tów. Te­raz, gdy naj­gor­sze mi­nęło, co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał sie­bie z daw­nych dni. Nie­wiele osób uwie­rzy­łoby jed­nak, że ma za­le­d­wie dwa­dzie­ścia osiem lat. W ciągu ostat­niego roku znacz­nie się po­sta­rzał.

Im bli­żej byli Stony Cross, tym kra­jo­braz sta­wał się ład­niej­szy. Trakt prze­bie­gał obok schlud­nych, kry­tych strze­chą czarno-bia­łych dom­ków, mły­nów i sa­dza­wek, ob­sa­dzo­nych wierz­bami pła­czą­cymi sta­rych ko­ściół­ków z ka­mie­nia, pa­mię­ta­ją­cych jesz­cze czasy śre­dnio­wie­cza. Drozdy pra­co­wi­cie ob­ry­wały doj­rzałe ja­gody z krze­wów, a klą­skawki ob­sia­dały kwit­nący głóg. Na łą­kach skrzyły się je­sienne kro­kusy i uprawny sza­fran, drzewa mie­niły się zło­tem i czer­wie­nią. Na po­lach zaś pa­sły się pulchne białe owce.

Poppy ode­tchnęła głę­boko, pełna uzna­nia.

– Jak ożyw­czo – po­wie­działa. – Cie­kawe, dla­czego wiej­skie po­wie­trze pach­nie tak od­mien­nie?

– To za­pewne ta świń­ska farma, obok któ­rej wła­śnie prze­jeż­dżamy – mruk­nął Leo.

– Hamp­shire jest znane ze swo­ich wy­jąt­ko­wych świń – oznaj­miła ra­do­śnie Be­atrix, pod­no­sząc oczy znad bro­szury, opi­su­ją­cej po­łu­dnie An­glii. – Karmi się je żo­łę­dziami i bu­kiem, które mają bar­dzo po­zy­tywny wpływ na smak be­konu. I urzą­dzają tu do­roczny kon­kurs kieł­basy!

Leo spoj­rzał cierpko na sio­strę.

– Wspa­niale. Nie mo­żemy tego prze­ga­pić.

– Hi­sto­ria Ram­say Ho­use jest im­po­nu­jąca – do­dała Win, która czy­tała gruby tom o Hamp­shire i oko­li­cach.

– Nasz dom jest w książce do hi­sto­rii? – za­py­tała za­chwy­cona Be­atrix.

– To tylko kró­ciutki ustęp, ale tak, ow­szem, Ram­say Ho­use zo­stał wspo­mniany. Oczy­wi­ście nie można go na­wet po­rów­nać z po­sia­dło­ścią na­szego są­siada, hra­biego We­stc­liffa, który za­miesz­kuje je­den z naj­pięk­niej­szych ma­jąt­ków w An­glii. Jego ro­dzina osia­dła tam pra­wie pięć­set lat temu.

– W ta­kim ra­zie hra­bia musi być strasz­nie stary – oświad­czyła Poppy z ka­mienną miną.

Be­atrix par­sk­nęła śmie­chem.

– Czy­taj da­lej, Win.

– Ram­say Ho­use jest po­ło­żony w nie­wiel­kim parku, na który skła­dają się przede wszyst­kim ma­je­sta­tyczne dęby i buki, oto­czo­nym przez kępy or­lic i od­wie­dzane przez je­le­nie tor­fo­wi­ska. Wy­bu­do­wany w stylu elż­bie­tań­skim gmach zo­stał ukoń­czony w roku 1594 i szczyci się wie­loma dłu­gimi ga­le­riami, cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla tego okresu. Po licz­nych prze­bu­do­wach ory­gi­na­lny bu­dy­nek zo­stał uzu­peł­niony o salę ba­lową w stylu ja­ko­biń­skim i geo­r­giań­skie skrzy­dło.

– Mamy salę ba­lową! – wy­krzyk­nęła Poppy.

– Mamy je­le­nie! – ura­do­wała się Be­atrix.

Leo jesz­cze głę­biej wci­snął się w swój kąt po­wozu.

– Boże, oby­śmy mieli wy­gódkę.

Do­piero wcze­snym wie­czo­rem wy­na­jęty woź­nica skie­ro­wał po­wóz na pry­watną, ob­sa­dzoną bu­kami aleję, która pro­wa­dziła do Ram­say Ho­use. Znu­żeni długo po­dróżą Ha­tha­way­owie wy­dali z sie­bie zbio­rowe wes­tchnie­nie ulgi, gdy ich oczom uka­zała się wy­soka li­nia da­chu domu i ko­miny z ce­gieł.

– Za­sta­na­wiam się, jak so­bie ra­dzi Mer­ri­pen – po­wie­działa Win z nie­po­ko­jem. On sam, ich ku­charka-go­spo­dyni i lo­kaj wy­je­chali dwa dni wcze­śniej, aby przy­go­to­wać dom na przy­by­cie Ha­tha­wayów.

– Na pewno pra­co­wał dniami i no­cami bez wy­tchnie­nia, spi­su­jąc in­wen­tarz, sprzą­ta­jąc i wy­da­jąc ko­mendy lu­dziom, któ­rzy nie śmieli się mu prze­ciw­sta­wić – od­parła Ame­lia. –Je­stem prze­ko­nana, że jest cał­kiem za­do­wo­lony.

Win się uśmiech­nęła. Na­wet blada i wy­czer­pana, pro­mie­nio­wała nie­zwy­kłym pięk­nem. Jej srebr­no­złote włosy lśniły w słab­ną­cym świe­tle dnia, tak jak por­ce­la­nowa cera. Jej pro­fil wpra­wiłby w za­chwyt każ­dego po­etę i ma­la­rza. Pa­trzący na nią lu­dzie od­czu­wali po­kusę, aby jej do­tknąć, żeby się upew­nić, że to żywa istota, a nie rzeźba.

Po­wóz za­trzy­mał się przed do­mem znacz­nie więk­szym, niż Ame­lia się spo­dzie­wała. Ży­wo­płot był cał­kiem za­ro­śnięty, a ga­zony kwia­towe du­siły chwa­sty. Je­śli by wszystko wy­ple­wić i od­po­wied­nio przy­ciąć, oto­cze­nie domu wy­glą­da­łoby uro­czo. Bu­dy­nek był asy­me­tryczny, miał fa­sadę z ce­gły i ka­mie­nia, dach z płytki łup­ko­wej i wiel­kie okna z szyb­kami osa­dzo­nymi w oło­wiu.

Woź­nica wy­cią­gnął roz­su­wany sto­pień i po­mógł pa­sa­że­rom wy­siąść z po­wozu. Ame­lia sta­nęła na pod­jeź­dzie, ob­ser­wu­jąc ro­dzeń­stwo.

– Dom i po­sia­dłość są nieco za­nie­dbane – ostrze­gła. – Nikt tu nie miesz­kał od bar­dzo dawna.

– Nie po­tra­fię po­jąć, czemu – stwier­dził Leo.

– Jest bar­dzo ma­low­ni­czy – do­dała z oży­wie­niem Win. Po­dróż z Lon­dynu nad­wy­rę­żyła jej wą­tłe siły. Sku­liła się w ra­mio­nach, a jej skóra na­cią­gnęła na wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych.

Gdy pod­nio­sła nie­wielką wa­lizkę, Ame­lia pod­bie­gła do niej i wzięła ba­gaż.

– Ja to za­niosę – po­wie­działa. – To­bie nie wolno na­wet ru­szyć pal­cem. Wejdźmy do środka i znajdźmy ja­kieś miej­sce, że­byś mo­gła od­po­cząć.

– Ależ ja do­sko­nale się czuję – za­pro­te­sto­wała Win, gdy za­częli wspi­nać się po scho­dach do drzwi.

Hol był wy­ło­żony pa­ne­lami, które kie­dyś mu­siały być po­ma­lo­wane, ale te­raz zbrą­zo­wiały ze sta­ro­ści. Pod­łoga była po­dra­pana i brudna. Wspa­niała, okrą­gła klatka scho­dowa była po­kryta ku­rzem i pa­ję­czy­nami. Ame­lia za­uwa­żyła, że ktoś pró­bo­wał oczy­ścić ba­lu­stradę z ku­tego że­laza, ale na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że jest to sza­le­nie cza­so­chłonne za­ję­cie.

Z jed­nego z bocz­nych ko­ry­ta­rzy wy­szedł do nich Mer­ri­pen. Miał na so­bie ko­szulę bez koł­nie­rzyka i fu­laru, wi­dać więc było frag­ment opa­lo­nej, lśnią­cej po­tem skóry. Z czar­nymi wło­sami, opa­da­ją­cymi na czoło, i ciem­nymi oczami, które uśmiech­nęły się na ich wi­dok, sta­no­wił do­prawdy uro­czy ob­ra­zek.

– Spóź­ni­li­ście się trzy go­dziny – stwier­dził.

Śmie­jąc się we­soło, Ame­lia wy­jęła z rę­kawa chu­s­teczkę i po­dała mu ją.

– W ro­dzi­nie, w któ­rej są cztery ko­biety, po­ję­cie spóź­nie­nia w ogóle nie ist­nieje.

Mer­ri­pen przy­glą­dał się Ha­tha­wayom, wy­cie­ra­jąc z twa­rzy kurz i pot. Jego wzrok za­trzy­mał się dłu­żej na Win.

Po­tem wró­cił spoj­rze­niem do Ame­lii i za­czął zda­wać jej zwię­zły ra­port ze swo­ich po­czy­nań. Za­trud­nił dwie ko­biety i chło­paka z wio­ski, aby po­mo­gli uprząt­nąć dom. Trzy sy­pial­nie na­dają się już do za­miesz­ka­nia. Masę czasu po­świę­cili na do­my­cie kuchni i pieca, a ku­charka wła­śnie szy­kuje im coś cie­płego...

Prze­rwał na­gle, gdy za­uwa­żył ja­kiś ruch za Ame­lią. Bez­ce­re­mo­nial­nie ją od­su­nął i w trzech kro­kach zna­lazł się przy Win.

Ame­lia za­uwa­żyła ką­tem oka, że wiotka fi­gurka sio­stry chwieje się, a jej po­wieki opa­dają. Omdlała pro­sto w ob­ję­cia Mer­ri­pena, który pod­niósł ją bez trudu, mru­cząc, że po­winna oprzeć głowę na jego ra­mie­niu. Był rów­nie opa­no­wany i zimny jak za­zwy­czaj, ale na­gle Ame­lię ude­rzyło, jak za­bor­czo przy­tula do sie­bie dziew­czynę.

– Ta po­dróż to było dla niej za dużo – oznaj­miła z tro­ską. – Musi od­po­cząć.

Mer­ri­pen spoj­rzał na nią bez wy­razu.

– Za­biorę ją na górę.

Win po­ru­szyła się i za­mru­gała po­wie­kami.

– Sta­łam spo­koj­nie, do­brze się czu­łam i na­gle zie­mia ucie­kła mi spod nóg. Prze­pra­szam. Gar­dzę omdle­niami.

– Nic się nie stało. – Ame­lia uśmiech­nęła się do niej z otu­chą. – Mer­ri­pen za­bie­rze cię do łóżka. To zna­czy... Za­nie­sie cię do two­jej sy­pialni.

– Dam so­bie radę sama. Po pro­stu za­krę­ciło mi się w gło­wie. Mer­ri­pen, po­staw mnie na zie­mię.

– Nie po­ko­na­ła­byś w tym sta­nie na­wet jed­nego stop­nia – stwier­dził, igno­ru­jąc jej pro­te­sty i nio­sąc ją w kie­runku scho­dów. Blada dłoń Win oto­czyła jego szyję.

– Be­atrix, pój­dziesz z nimi? – za­py­tała ze sztucz­nym oży­wie­niem Ame­lia, wrę­cza­jąc sio­strze wa­lizkę. – Tu znaj­dziesz na pewno ko­szulę nocną Win. Po­móż jej się prze­brać.

– Do­brze, oczy­wi­ście. – Be­atrix czmych­nęła na schody.

W holu zo­stali tylko Leo, Poppy i Ame­lia, która okrę­ciła się po­woli na pię­cie, aby wszystko do­kład­nie obej­rzeć.

– Praw­nik uprze­dził mnie, że po­sia­dłość wy­maga re­montu. Moim zda­niem ru­ina to znacz­nie bar­dziej od­po­wied­nie okre­śle­nie. Czy to w ogóle da się od­re­stau­ro­wać, Leo?

W nie­od­le­głej prze­szło­ści, choć mo­gło się wy­da­wać, że było to wieki temu, Leo stu­dio­wał przez dwa lata ar­chi­tek­turę i sztukę w Grand Ecole des Be­aux-Arts. Pra­co­wał także jako ma­larz i ry­sow­nik dla zna­nego lon­dyń­skiego ar­chi­tekta, Row­landa Tem­ple’a. Był wy­bit­nym, obie­cu­ją­cym stu­den­tem i roz­wa­żał na­wet otwar­cie wła­snej pra­cowni. Te­raz jed­nak wszyst­kie jego am­bi­cje zga­sły.

Leo obej­rzał hol bez za­in­te­re­so­wa­nia.

– O ile nie trzeba bę­dzie in­ge­ro­wać w szkie­let bu­dynku, po­trze­bo­wa­li­by­śmy na to co naj­mniej dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści ty­sięcy fun­tów.

Ame­lia do­słow­nie zbla­dła, gdy to usły­szała. Opu­ściła wzrok na po­dziu­ra­wioną pod­łogę i po­tarła skro­nie.