Pokochaj mnie - Lisa Kleypas - ebook + audiobook

Pokochaj mnie ebook i audiobook

Lisa Kleypas

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Poppy Hathaway kocha swoją ekscentryczną rodzinę, choć czasem marzy o odrobinie normalności. Los ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Na jej drodze staje Harry Rutledge, tajemniczy hotelarz, wynalazca i człowiek o ogromnym majątku oraz wpływach sięgających najwyższych kręgów londyńskiego towarzystwa.

Gdy ich flirt zagraża reputacji Poppy, młoda kobieta zaskakuje wszystkich i przyjmuje oświadczyny Harry’ego. Dopiero po ślubie odkrywa, że mąż, choć darzy ją namiętnością, nie potrafi ofiarować jej miłości.

Harry przez całe życie trzymał ludzi na dystans, nie przewidział jednak, że jego przenikliwa i urzekająca żona nie zadowoli się pozorami małżeństwa. Pragnie być mu bliska pod każdym względem. I pragnie jego serca.

Gdy w mroku pojawia się niebezpieczny wróg, Harry musi dokonać wyboru. Jeśli chce zatrzymać Poppy u swego boku, będzie musiał zaryzykować więcej, niż kiedykolwiek zamierzał i oddać jej nie tylko ciało, lecz także duszę.

„Pokochaj mnie” to trzeci tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 396

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Joanna Kudelska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka e-bo­oka au­tor­stwa Lisy Kley­pas pod ty­tu­łem „Po­ko­chaj mnie”, bę­dąca trze­cim to­mem se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”, przed­sta­wia szki­co­waną ilu­stra­cję obej­mu­ją­cej się pary ubra­nej w stroje z epoki wik­to­riań­skiej na tle wzoru z kwia­tów i wstą­żek. Męż­czy­zna w fu­trza­nym płasz­czu i wą­sem trzyma za twarz ko­bietę w tur­ku­so­wej sukni i czepku ze wstążką, oboje pa­trzą so­bie w oczy, na dole wid­nieje czarna wstążka z na­pi­sem „Ro­dzina Ha­tha­way” oraz tur­ku­sowa wstążka z ty­tu­łem „Po­ko­chaj mnie”, a z boku okrą­gła pla­kietka z na­pi­sem „Tom 3”.
Lisa Kley­pas; Po­ko­chaj mnie. Tom 3 se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”; Prze­kład: Agnieszka My­śliwy; Gyl­den­dal Astra; 2026

Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Tempt me at Twi­li­ght

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka My­śliwy

Co­py­ri­ght © Lisa Kley­pas, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8153-703-1

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Te­re­sie Me­de­iros.

Na dro­dze ży­cia to ty pro­wa­dzisz mnie przez ob­jazdy, wy­boje i czer­wone świa­tła.

Dzięki to­bie świat jest lep­szym miej­scem.

Z wy­ra­zami mi­ło­ści,

L.K.

Roz­dział 1

Lon­dynHo­tel Ru­tledgeMaj 1852 roku

Na­dzieje Poppy Ha­tha­way na przy­zwo­ite mał­żeń­stwo wła­śnie miały zo­stać zni­we­czone – i to przez małą fretkę.

Nie­stety Poppy rzu­ciła się w po­ścig za Do­dge­rem po ko­ry­ta­rzach ho­telu Ru­tledge, za­nim przy­po­mniała so­bie pe­wien istotny fakt: dla tego zwie­rzę­cia pro­sta li­nia ozna­czała za­zwy­czaj co naj­mniej sie­dem zyg­za­ków.

– Do­dger – wy­rzu­ciła z sie­bie ko­bieta de­spe­rac­kim to­nem. – Wra­caj. Dam ci cia­steczko. Wszyst­kie moje wstążki do wło­sów, co­kol­wiek! Albo zro­bię z cie­bie etolę…

Przy­się­gła so­bie, że gdy tylko zła­pie ulu­bieńca sio­stry, po­in­for­muje kie­row­nic­two Ru­tledge, że Be­atrix prze­trzy­muje w ich ro­dzin­nym apar­ta­men­cie dzi­kie stwo­rze­nia, na­ru­sza­jąc tym sa­mym re­gu­la­min ho­telu. Oczy­wi­ście, mo­gło to po­cią­gnąć za sobą usu­nię­cie siłą z bu­dynku ca­łego klanu Ha­tha­wayów, ale w tej chwili Poppy wcale o to nie dbała.

Do­dger ukradł list mi­ło­sny, który Poppy otrzy­mała tego ranka od Mi­cha­ela Bay­ninga i obec­nie nic na świe­cie nie li­czyło się dla niej bar­dziej niż od­zy­ska­nie li­stu. Bra­ko­wało tylko, by Do­dger ukrył bi­le­cik w pu­blicz­nym miej­scu, gdzie każdy mógłby go zna­leźć. Wtedy szanse Poppy na po­ślu­bie­nie sza­no­wa­nego i bez­dy­sku­syj­nie naj­cu­dow­niej­szego mło­dego dżen­tel­mena na świe­cie zo­sta­łyby bez­pow­rot­nie utra­cone.

Do­dger bie­gał po peł­nych prze­py­chu ko­ry­ta­rzach Ru­tledge, za­ta­cza­jąc pę­tle i cały czas po­zo­sta­wał poza jej za­się­giem. List trzy­mał dłu­gimi przed­nimi zę­bami.

Mknąc za nim, Poppy mo­dliła się, by nikt jej nie zo­ba­czył. Ho­tel miał co prawda nie­po­szla­ko­waną opi­nię, ale przy­zwo­ita młoda dama ni­gdy nie opusz­czała swo­jego apar­ta­mentu bez eskorty. A jej dama do to­wa­rzy­stwa, panna Marks, wciąż jesz­cze le­żała w łóżku. Be­atrix na­to­miast wy­brała się na prze­jażdżkę z ich sio­strą, Ame­lią.

– Za­pła­cisz mi za to, Do­dger!

To psotne stwo­rze­nie żyło w prze­ko­na­niu, że świat stwo­rzony zo­stał dla jego roz­rywki. Mu­siał zaj­rzeć do każ­dego ko­sza i po­jem­nika, nie prze­pu­ścił żad­nej poń­czo­sze, grze­bie­niowi i chu­s­teczce. Do­dger kradł rze­czy oso­bi­ste i zo­sta­wiał je w ster­tach pod krze­słami i so­fami, uci­nał so­bie drzemki w szu­fla­dach z czy­stą bie­li­zną, a w swoim nie­po­słu­szeń­stwie był tak za­bawny, że cała ro­dzina Ha­tha­wayów przy­my­kała oczy na jego wy­stępki.

Gdy Poppy zwra­cała uwagę na jego skan­da­liczne za­cho­wa­nie, Be­atrix za­wsze prze­pra­szała i obie­cy­wała, że Do­dger już ni­gdy tego nie zrobi, a po­tem była szcze­rze zdu­miona, gdy oka­zy­wało się, że fretka w ogóle nie zważa na jej żar­liwe ka­za­nia. Poppy ko­chała młod­szą sio­strę i tylko dla niej to­le­ro­wała to okropne stwo­rze­nie.

Tym ra­zem jed­nak Do­dger po­su­nął się za da­leko. Fretka przy­sta­nęła w ką­cie, obej­rzała się, by spraw­dzić, czy na­dal jest ści­gana i w ra­do­snym pod­nie­ce­niu od­tań­czyła mały ta­niec wo­jenny, skła­da­jący się z se­rii pod­sko­ków, które wy­ra­żały czy­stą roz­kosz. Poppy na­dal za­mie­rzała go za­mor­do­wać, ale nie mo­gła nie za­uwa­żyć, jaki Do­dger jest uro­czy.

– I tak zgi­niesz – oznaj­miła, pod­cho­dząc do niego naj­spo­koj­niej, jak tylko umiała. – Od­daj mi list.

Fretka prze­mknęła przez ko­lum­na­dową klatkę scho­dową, skon­stru­owaną tak, by wpusz­czać do środka jak naj­wię­cej świa­tła sło­necz­nego na wszyst­kie trzy pię­tra ho­telu. Poppy za­częła się za­sta­na­wiać, jak długo jesz­cze bę­dzie mu­siała go ści­gać. Do­dger ni­gdy się nie mę­czył, a Ru­tledge był ogromny – zaj­mo­wał pięć ka­mie­nic w dziel­nicy te­atrów.

– Tak wła­śnie – mruk­nęła pod no­sem – wy­gląda ży­cie Ha­tha­waya. Nie­szczę­śliwe wy­padki... dzi­kie zwie­rzęta... po­żary... klą­twy... skan­dale...

Poppy go­rąco ko­chała swą ro­dzinę, ale ma­rzyła o ci­chym, nor­mal­nym ży­ciu, które w przy­padku Ha­tha­wayów po pro­stu nie było moż­liwe. Pra­gnęła spo­koju. Prze­wi­dy­wal­no­ści.

Do­dger pod­biegł do drzwi biura in­ten­denta na trze­cim pię­trze, na­le­żą­cego do pana Brim­bleya. In­ten­dent był star­szym męż­czy­zną z ob­fi­tym bia­łym wą­sem, któ­rego koń­cówki każ­dego ranka na­cie­rał wo­skiem. Ha­tha­way­owie wie­lo­krot­nie już go­ścili w ho­telu Ru­tledge, Poppy wie­działa więc z do­świad­cze­nia, że Brim­bley składa swoim prze­ło­żo­nym szcze­gó­łowy ra­port za każ­dym ra­zem, gdy coś się wy­da­rzy na jego pię­trze. Gdyby do­wie­dział się, co ona tu robi, list zo­stałby skon­fi­sko­wany, a ta­jem­nica związku Poppy i Mi­cha­ela uj­rza­łaby świa­tło dzienne. Oj­ciec Mi­cha­ela, lord An­do­ver, ni­gdy nie za­ak­cep­to­wałby ma­riażu, spla­mio­nego choćby cie­niem nie­sto­sow­no­ści.

Poppy wstrzy­mała od­dech i przy­warła ple­cami do ściany, gdy Brim­bley wy­szedł z ga­bi­netu z dwoma człon­kami per­so­nelu Ru­tledge.

– Idź na­tych­miast do dy­rek­cji, Har­kins – po­wie­dział in­ten­dent. – Chcę, byś do­kład­nie przyj­rzał się kwe­stii ra­chun­ków za po­kój pana W. Nie­raz twier­dził, że opłaty są za­wy­żone, choć nie było to prawdą. My­ślę, że naj­le­piej bę­dzie od te­raz wrę­czać mu do pod­pisu ra­chu­nek za każdą usługę.

– Do­brze, pa­nie Brim­bley. – Trzej męż­czyźni od­da­lili się ko­ry­ta­rzem.

Poppy ostroż­nie pod­kra­dła się do drzwi i zaj­rzała do środka. W dwóch po­łą­czo­nych po­ko­jach nie było naj­wy­raź­niej ni­kogo.

– Do­dger – szep­nęła na­gląco, gdy zo­ba­czyła fretkę czmy­cha­jącą pod krze­sło. – Do­dger, chodź tu na­tych­miast!

Jej roz­kaz spro­wo­ko­wał tylko ko­lejną se­rię pod­sko­ków.

Poppy przy­gry­zła dolną wargę i prze­szła przez próg. Główne biuro było po­kaź­nych roz­mia­rów, stało w nim ma­sywne biurko po­kryte stertą ksiąg i pa­pie­rów. Je­den obity bor­dową skórą fo­tel ktoś przy­su­nął do biurka, drugi stał przy ko­minku z mar­mu­ro­wym gzym­sem.

Do­dger stał przy biurku i wpa­try­wał się w Poppy ja­snymi oczami. Jego wąsy drżały nad li­stem. Za­marł w bez­ru­chu i nie spusz­czał wzroku z ko­biety, która zbli­żała się do niego cal po calu.

– Wła­śnie – szep­tała ko­ją­cym gło­sem, wy­cią­ga­jąc po­woli rękę. – Do­bra fretka, ko­chana fretka... – Gdy od li­stu dzie­lił ją je­den ruch, Do­dger wśli­znął się pod biurko.

Czer­wona z wście­kło­ści Poppy ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, czym mo­głaby wy­wa­bić Do­dgera z jego kry­jówki. Za­uwa­żyła na ko­minku srebrny świecz­nik i spró­bo­wała go zdjąć. Świecz­nik jed­nak ani drgnął. Był na stałe przy­mo­co­wany do gzymsu.

Na­gle na oczach zdu­mio­nej Poppy cała ściana ko­minka bez­sze­lest­nie się ob­ró­ciła. Wes­tchnęła z po­dziwu dla me­cha­nicz­nego ge­niu­szu drzwi, które ob­ra­cały się gład­kim au­to­ma­tycz­nym ru­chem. To, co wy­glą­dało na so­lidną ce­głę, oka­zało się tylko fa­sadą.

Do­dger ra­do­śnie wyj­rzał zza biurka i rzu­cił się do szcze­liny.

– O nie – szep­nęła Poppy bez tchu. – Do­dger, nie waż się tego zro­bić!

Fretka jed­nak w ogóle jej nie słu­chała. A co gor­sza, z ze­wnątrz do­biegł Poppy głos pana Brim­bleya, który naj­wy­raź­niej wra­cał do po­koju.

– Oczy­wi­ście trzeba też po­in­for­mo­wać pana Ru­tledge’a. Umieść to w ra­por­cie. I pod żad­nym po­zo­rem nie za­po­mi­naj...

Nie ma­jąc czasu na roz­wa­ża­nie swych opcji i kon­se­kwen­cji, Poppy prze­mknęła przez szparę w ko­minku, a drzwi za­mknęły się za nią.

Stała w mroku, cze­ka­jąc i przy­słu­chu­jąc się temu, co działo się w biu­rze. Naj­wy­raź­niej jej obec­ność po­zo­stała nie­zau­wa­żona. Pan Brim­bley kon­ty­nu­ował roz­mowę o ra­por­tach i kło­po­tach ad­mi­ni­stra­cyj­nych.

Poppy po­my­ślała, że może upły­nąć dużo czasu, za­nim in­ten­dent znów opu­ści biuro. Może na­le­ża­łoby po­szu­kać in­nej drogi wyj­ścia. Oczy­wi­ście mo­głaby po pro­stu wyjść przez ko­mi­nek i zdra­dzić swoją obec­ność panu Brim­bley­owi, nie po­tra­fiła so­bie jed­nak na­wet wy­obra­zić, z iloma kło­po­tami by się to wią­zało.

Ro­zej­rzała się wo­kół i stwier­dziła, że zna­la­zła się w dłu­gim ko­ry­ta­rzu, oświe­tlo­nym roz­pro­szo­nym świa­tłem. Pod­nio­sła głowę i zo­ba­czyła świe­tlik, po­do­bny do tych, któ­rych uży­wali sta­ro­żytni Egip­cja­nie, by okre­ślać po­zy­cje gwiazd i pla­net.

Usły­szała skra­da­nie się fretki.

– Cóż, Do­dger – mruk­nęła – ty nas w to wplą­ta­łeś, więc może po­mo­żesz mi zna­leźć drzwi?

Do­dger po­słusz­nie po­biegł ko­ry­ta­rzem i znik­nął w mroku. Poppy wes­tchnęła ciężko i po­szła za nim. Po­sta­no­wiła nie pod­da­wać się pa­nice, bo po­śród licz­nych nie­szczęść, które przez całe lata spa­dały na Ha­tha­wayów, na­uczyła się, że utrata głowy ni­gdy nie po­maga w kło­po­tli­wej sy­tu­acji.

To­ru­jąc so­bie drogę w ciem­no­ściach, trzy­mała dłoń na ścia­nie, by nie stra­cić orien­ta­cji. Prze­szła za­le­d­wie kilka jar­dów, gdy usły­szała szu­ra­nie. Za­marła w bez­ru­chu i za­częła na­słu­chi­wać.

Pa­no­wała ide­alna ci­sza.

Jej nerwy na­pięły się jak po­stronki, a serce za­częło tłuc się w piersi, gdy do­strze­gła przed sobą żółte świa­tło lampy, które za­raz zga­sło.

Nie była sama w ko­ry­ta­rzu. Od­głosy kro­ków były co­raz bli­żej. Ktoś naj­wy­raź­niej szedł w jej kie­runku.

Poppy do­szła do wnio­sku, że to zu­peł­nie od­po­wied­nia chwila, by za­cząć pa­ni­ko­wać. Od­wró­ciła się na pię­cie prze­ra­żona i po­mknęła w kie­runku, z któ­rego przy­szła. Ucieczka mrocz­nym ko­ry­ta­rzem przed nie­zna­nym na­past­ni­kiem była no­wo­ścią na­wet dla Ha­tha­way­ówny. Prze­kli­nała pod no­sem cięż­kie spód­nice, pod­no­sząc je do góry. Osoba, która ją ści­gała, była jed­nak zbyt szybka, by zdo­łała jej umknąć.

Krzyk­nęła, gdy ktoś schwy­tał ją bru­tal­nie. Ogromny męż­czy­zna za­trzy­mał ją w pół kroku i przy­cią­gnął do sie­bie. Dło­nią przy­ci­snął jej głowę do ra­mie­nia.

– Po­win­naś wie­dzieć – do­biegł ją ni­ski, zimny głos – że je­śli na­ci­snę odro­binę moc­niej, zła­mię ci kark. Jak się na­zy­wasz i co tu ro­bisz?

Roz­dział 2

Poppy nie mo­gła ze­brać my­śli. Krew szu­miała jej w uszach, a cia­sny uścisk na­past­nika był bo­le­sny. Pierś, o którą się opie­rała ple­cami, była twarda jak skała.

– To po­myłka – zdo­łała wy­krztu­sić. – Pro­szę...

Prze­chy­lił jej głowę jesz­cze bar­dziej, tak że po­czuła szczy­pa­nie ner­wów w sta­wie po­mię­dzy szyją a ra­mie­niem.

– Jak się na­zy­wasz? – po­wtó­rzył ła­god­nie.

– Poppy Ha­tha­way – wy­du­siła. – Bar­dzo prze­pra­szam. Nie chcia­łam...

– Poppy? – Ucisk ze­lżał.

– Tak. – Dla­czego wy­po­wie­dział jej imię w taki spo­sób, jakby ją znał? – A pan musi być... z per­so­nelu ho­te­lo­wego?

Zi­gno­ro­wał jej py­ta­nie. Jego dłoń prze­su­nęła się lekko po jej ra­mio­nach i prze­dzie sukni, jakby cze­goś szu­kała. Jej serce ło­po­tało w piersi jak skrzy­dła ma­łego ptaszka.

– Nie – zdo­łała wy­krztu­sić po­mię­dzy ury­wa­nymi od­de­chami, wy­gi­na­jąc się, by unik­nąć jego do­tyku.

– Skąd się tu wzię­łaś? – Od­wró­cił ją twa­rzą do sie­bie. Nikt do­tych­czas nie trak­to­wał Poppy tak ob­ce­sowo. Stali bar­dzo bli­sko sie­bie i w świe­tle do­strze­gła jego su­rowe po­cią­głe rysy i błysk w głę­boko osa­dzo­nych oczach.

Jęk­nęła, gdy po­czuła ostry ból w szyi. Do­tknęła dło­nią karku, by roz­ma­so­wać mię­śnie.

– Ja... ści­ga­łam fretkę i ko­mi­nek w biu­rze pana Brim­bleya się otwo­rzył, i prze­szli­śmy prze­zeń, a po­tem pró­bo­wa­łam od­na­leźć ja­kieś inne wyj­ście.

Wy­ja­śnie­nie było zu­peł­nie non­sen­sowne, ale nie­zna­jomy chyba dał mu wiarę.

– Fretkę? Jedno ze zwie­rząt two­jej sio­stry?

– Tak – od­parła zdu­miona Poppy. Po­tarła kark i jęk­nęła. – Ale skąd pan… czy my się znamy? Nie, pro­szę mnie nie do­ty­kać, jak... Au!

Od­wró­cił ją ty­łem do sie­bie i po­ło­żył dło­nie po obu stro­nach jej szyi.

– Nie ru­szaj się. – Jego do­tyk był wprawny i pewny, gdy ma­so­wał czułe mię­śnie. – Je­śli spró­bu­jesz ucie­kać, zła­pię cię.

Poppy, drżąc, pod­dała się ugnia­ta­ją­cym jej ciało pal­com i za­częła się za­sta­na­wiać, czy zna­la­zła się na ła­sce sza­leńca. Na­ci­snął moc­niej, bu­dząc w niej uczu­cie, które nie było ani bó­lem, ani przy­jem­no­ścią, lecz nie­zna­jomą mie­sza­niną oby­dwu. Wes­tchnęła i za­częła się wier­cić. Ku jej zdu­mie­niu, pie­cze­nie w na­pię­tych ner­wach osła­bło, a mię­śnie się roz­luź­niły. Za­marła i ode­tchnęła głę­boko, po­chy­la­jąc głowę.

– Le­piej? – za­py­tał, gła­dząc kciu­kami jej kark i wsu­wa­jąc je pod de­li­katną ko­ronkę na wy­so­kim koł­nie­rzyku sukni.

Wy­trą­cona z rów­no­wagi Poppy spró­bo­wała od­su­nąć się od nie­zna­jo­mego, ale on na­tych­miast znów za­ci­snął dło­nie na jej ra­mio­nach. Chrząk­nęła, si­ląc się na pe­łen god­no­ści ton.

– Pro­szę, by mnie pan stąd wy­pro­wa­dził. Moja ro­dzina pana wy­na­gro­dzi. Nie będą za­da­wać żad­nych...

– Oczy­wi­ście. – Uwol­nił ją po­woli. – Nikt nie używa tego ko­ry­ta­rza bez mo­jego po­zwo­le­nia. Za­ło­ży­łem po pro­stu, że zna­la­zła się tu pani w nie­cnym celu.

Uwaga mo­gła zo­stać uznana za prze­pro­siny, choć w to­nie, któ­rym ją wy­po­wie­dziano, nie było ani cie­nia skru­chy.

– Za­pew­niam, że moim je­dy­nym ce­lem było od­na­le­zie­nie tego okrop­nego stwo­rze­nia.

Do­dger za­sze­le­ścił rąb­kiem jej spód­nic. Nie­zna­jomy po­chy­lił się i schwy­tał fretkę. Trzy­ma­jąc ją za kark, po­dał ją Poppy.

– Dzię­kuję. – Gib­kie ciało fretki zwiot­czało pod jej do­ty­kiem. List znik­nął. – Do­dger, ty prze­klęty zło­dzieju... Gdzie on jest? Co z nim zro­bi­łeś?

– Czego pani szuka?

– Li­stu – od­parła Poppy z na­pię­ciem. – Do­dger go ukradł i przy­niósł tu­taj... musi tu gdzieś być.

– Na pewno się znaj­dzie.

– Ale to ważne.

– Oczy­wi­ście, w prze­ciw­nym ra­zie nie za­da­łaby so­bie pani tyle trudu, by go od­zy­skać. Pro­szę pójść ze mną.

Poppy nie­chęt­nie się zgo­dziła i po­zwo­liła ująć się za ło­kieć.

– Do­kąd idziemy?

Nie usły­szała od­po­wie­dzi.

– Wo­la­ła­bym, by nikt się o tym nie do­wie­dział.

– Je­stem pe­wien.

– Czy mogę li­czyć na pana dys­kre­cję? Mu­szę za wszelką cenę uni­kać skan­dali.

– Młode damy pra­gnące unik­nąć skan­dalu po­winny chyba zo­sta­wać w swo­ich apar­ta­men­tach – wy­tknął jej.

– Za­pew­niam pana, że nie mam nic prze­ciwko po­zo­sta­wia­niu w moim apar­ta­men­cie. Mu­sia­łam wyjść przez Do­dgera. Mu­szę od­zy­skać ten list. Je­stem prze­ko­nana, że moja ro­dzina wy­na­gro­dzi panu wszelki trud, je­śli…

– Ci­sza.

Bez trudu od­naj­dy­wał drogę w za­cie­nio­nym ko­ry­ta­rzu, ści­ska­jąc ło­kieć Poppy de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo. Nie po­szli do biura pana Brim­bleya, lecz w prze­ciw­nym kie­runku.

W końcu nie­zna­jomy za­trzy­mał się i pchnął drzwi ukryte w ścia­nie.

– Pro­szę wejść do środka.

Poppy z wa­ha­niem we­szła do do­brze oświe­tlo­nego po­koju, chyba sa­lo­niku, z rzę­dem okien we­nec­kich wy­cho­dzą­cych na ulicę. W jed­nym rogu stał ciężki dę­bowy stół kre­ślar­ski, a wszyst­kie ściany zaj­mo­wały półki z książ­kami. W po­wie­trzu uno­sił się przy­jemny i dziw­nie zna­jomy za­pach... wosk świec, we­li­nowy pa­pier, atra­ment i kurz z ksią­żek... pach­niało jak w daw­nym ga­bi­ne­cie ojca.

Poppy od­wró­ciła się do nie­zna­jo­mego, który wszedł do po­koju i za­mknął za sobą ukryte drzwi.

Nie po­tra­fiła oce­nić jego wieku – wy­da­wał się nie mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści kilka lat, ale ota­czała go aura cy­ni­zmu, która da­wała do zro­zu­mie­nia, że wi­dział już w ży­ciu zbyt wiele, by dać się czym­kol­wiek za­sko­czyć. Miał gę­ste, czarne jak noc, do­sko­nale ob­cięte włosy i ja­sną kar­na­cję, z którą kon­tra­sto­wały ciemne brwi. Był dia­bel­nie przy­stojny z tymi moc­nymi brwiami, pro­stym no­sem i za­ci­śnię­tymi po­nuro war­gami. Ostra, nie­ustę­pliwa li­nia jego pod­bródka zna­mio­no­wała rysy męż­czy­zny, który wszystko – w tym rów­nież sie­bie – trak­to­wał zbyt po­waż­nie.

Poppy za­czer­wie­niła się, gdy spoj­rzała w jego nie­zwy­kłe oczy... in­ten­syw­nie zie­lone z ciem­nymi ob­wód­kami, ocie­nione szcze­ci­nia­stymi czar­nymi rzę­sami. Jego wzrok zda­wał się ją po­chła­niać. Za­uwa­żyła blade cie­nie pod jego oczami, które jed­nak w żad­nym ra­zie nie odej­mo­wały mu urody.

Dżen­tel­men po­wie­działby te­raz coś mi­łego, ko­ją­cego, nie­zna­jomy jed­nak mil­czał. Dla­czego tak się w nią wpa­try­wał? Kim był i jaką wła­dzę spra­wo­wał w tym miej­scu? Mu­siała coś po­wie­dzieć, by prze­rwać to mil­cze­nie.

– Za­pach ksią­żek i świec przy­po­mina mi ga­bi­net ojca.

Męż­czy­zna pod­szedł do niej, a ona wzdry­gnęła się in­stynk­tow­nie. Oboje za­marli w bez­ru­chu. Py­ta­nia wy­peł­niały po­kój, jakby ktoś na­ry­so­wał je w po­wie­trzu nie­wi­dzial­nym atra­men­tem.

– Pani oj­ciec zmarł nie­dawno, o ile wiem. – Jego głos do­sko­nale do niego pa­so­wał: był gładki, mroczny, nie­ugięty. Męż­czy­zna miał in­te­re­su­jący ak­cent, nie cał­kiem bry­tyj­ski.

Poppy ze zdu­mie­niem ski­nęła głową.

– A matka pani zmarła wkrótce po nim – do­dał.

– Skąd... skąd pan to wie?

– Do mo­ich obo­wiąz­ków na­leży wie­dzieć jak naj­wię­cej o go­ściach ho­telu.

Do­dger za­czął się wier­cić w jej ob­ję­ciach. Poppy po­chy­liła się i po­sta­wiła go na pod­ło­dze. Fretka wspięła się na ma­sywny fo­tel przy ko­minku i usa­do­wiła się wy­god­nie na ak­sa­mit­nym obi­ciu.

Poppy znów spoj­rzała na nie­zna­jo­mego. Miał na so­bie piękne ciemne ubra­nie, skro­jone z wy­ra­fi­no­waną swo­bodą. Nie miał przy tym żad­nych szpi­lek w fu­la­rze, zło­tych gu­zi­ków przy ko­szuli ani in­nych ozdób, które mo­głyby wska­zy­wać na jego za­moż­ność. Z kie­szonki sza­rej ka­mi­ze­lki zwi­sał tylko zwy­kły łań­cu­szek od ze­garka.

– Mówi pan jak Ame­ry­ka­nin – za­uwa­żyła.

– Buf­falo, Nowy Jork – od­parł. – Ale miesz­kam tu już od ja­kie­goś czasu.

– Jest pan pra­cow­ni­kiem pana Ru­tledge’a?

Udzie­lił jej od­po­wie­dzi ski­nie­niem głowy.

– Za­pewne jed­nym z jego kie­row­ni­ków?

Jego twarz była nie­prze­nik­niona.

– Coś w tym ro­dzaju.

Poppy po­de­szła do drzwi.

– W ta­kim ra­zie zo­sta­wię pana pań­skim obo­wiąz­kom, pa­nie...

– Po­trze­buje pani od­po­wied­niej eskorty, by wró­cić do po­koju.

Poppy za­sta­na­wiała się nad tym przez chwilę. Czy po­winna po­pro­sić go, by po­słał po jej damę do to­wa­rzy­stwa? Nie... panna Marks na pewno wciąż jesz­cze spała. Miała za sobą ciężką noc. Cza­sami na­wie­dzały ją kosz­mary, po któ­rych przez cały dzień była roz­trzę­siona i wy­czer­pana. Nie zda­rzało się to czę­sto, ale w ta­kich chwi­lach Poppy i Be­atrix sta­rały się za­pew­nić jej jak naj­wię­cej wy­po­czynku.

Nie­zna­jomy przy­glą­dał się ko­bie­cie przez chwilę.

– Czy mam po­słać po po­ko­jówkę, by pa­nią od­pro­wa­dziła?

Z po­czątku Poppy za­mie­rzała się zgo­dzić. Nie chciała jed­nak cze­kać na nią w jego to­wa­rzy­stwie, na­wet przez kilka mi­nut. Nie ufała mu w naj­mniej­szym stop­niu.

Gdy do­strzegł jej wa­ha­nie, jego usta wy­krzy­wiły się w sar­do­nicz­nym uśmie­chu.

– Gdy­bym chciał pa­nią znie­wo­lić, już dawno bym to zro­bił.

Sły­sząc ob­ce­sowe stwier­dze­nie, Poppy za­ru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej.

– Pan tak twier­dzi. Ale z tego, co wiem, może się pan po pro­stu bar­dzo po­woli do tego zbie­rać.

Od­wró­cił głowę, a gdy znów na nią spoj­rzał, jego oczy się śmiały.

– Jest pani bez­pieczna, panno Ha­tha­way. – W jego gło­sie także po­brzmie­wał śmiech. – Na­prawdę. Pro­szę po­zwo­lić mi po­słać po po­ko­jówkę.

Roz­ba­wie­nie zu­peł­nie od­mie­niło jego twarz, wy­do­by­wa­jąc z niej tyle cie­pła i uroku, że Poppy aż za­nie­mó­wiła. Jej serce za­częło tło­czyć do żył nowe, przy­jemne uczu­cie.

Gdy pod­szedł do sznura od dzwonka, przy­po­mniała so­bie o za­gi­nio­nym li­ście.

– Czy cze­ka­jąc, mo­gli­by­śmy po­szu­kać li­stu, który za­gi­nął w ko­ry­ta­rzu? Mu­szę go od­zy­skać.

– Dla­czego? – za­py­tał, od­wra­ca­jąc się do niej.

– Z po­wo­dów oso­bi­stych – od­parła krótko.

– Jest od męż­czy­zny?

Po­słała mu miaż­dżące spoj­rze­nie, któ­rego na­uczyła się od panny Marks.

– To nie pań­ska sprawa.

– Wszystko, co ma miej­sce w tym ho­telu, jest moją sprawą. – Spoj­rzał na nią uważ­nie. – Jest od męż­czy­zny, w prze­ciw­nym ra­zie by pani za­pro­te­sto­wała.

Poppy zmarsz­czyła brwi i od­wró­ciła się. Po­de­szła do pó­łek na ścia­nie za­sta­wio­nych oso­bli­wymi przed­mio­tami.

Stał tam mię­dzy in­nymi po­zła­cany ema­lio­wany sa­mo­war, duży nóż w ozdo­bio­nej ko­ra­li­kami po­chwie, ko­lek­cja pry­mi­tyw­nych ka­mien­nych rzeźb i gli­nia­nych na­czyń, egip­ski za­głó­wek, eg­zo­tyczne mo­nety, pu­dełka ze wszel­kich moż­li­wych ma­te­ria­łów, coś, co wy­glą­dało jak że­la­zny miecz z za­rdze­wia­łym ostrzem i szkło po­więk­sza­jące do czy­ta­nia.

– Co to za po­kój? – za­py­tała, nie mo­gąc się oprzeć.

– Ga­bi­net oso­bli­wo­ści pana Ru­tledge’a. Część ko­lek­cji to jego zbiory, resztę otrzy­mał od za­gra­nicz­nych go­ści. Może pani rzu­cić okiem, je­śli pani chce.

Poppy po­czuła za­cie­ka­wie­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak wielu ob­co­kra­jow­ców go­ściło już w tym ho­telu – eu­ro­pej­scy ksią­żęta, szlachta i człon­ko­wie corps di­plo­ma­ti­que. Pan Ru­tledge mu­siał otrzy­my­wać nie­zwy­kłe po­darki.

Przy­sta­nęła, by przyj­rzeć się bli­żej zdo­bio­nej dro­gimi ka­mie­niami srebr­nej fi­gurce ko­nia, uwiecz­nio­nego w pół­ga­lo­pie.

– Prze­piękna.

– Pre­zent od księ­cia Yizhu z Chin – po­wie­dział męż­czy­zna, sta­jąc za nią. – Nie­biań­ski koń.

Za­fa­scy­no­wana Poppy prze­su­nęła pal­cami po grzbie­cie fi­gurki.

– Książę jest już po ko­ro­na­cji. Zo­stał ce­sa­rzem Xian­feng – od­parła. – Cóż za iro­nia, nie są­dzi pan?

Nie­zna­jomy spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

– Dla­czego pani tak są­dzi?

– Bo jego imię ko­ro­na­cyjne tłu­ma­czy się jako „po­wszechny do­bro­byt”. Trudno o ta­kim mó­wić, gdy kra­jem wstrzą­sają we­wnętrzne re­be­lie.

– Są­dzę, że wy­zwa­nia, ja­kie sta­wia przed nim Eu­ropa, są na­wet bar­dziej nie­bez­pieczne.

– Tak – zgo­dziła się Poppy ze smut­kiem, od­kła­da­jąc fi­gurkę na miej­sce. – Cie­kawe, jak długo jesz­cze chiń­ska su­we­ren­ność zdoła opie­rać się tym na­jaz­dom.

Jej to­wa­rzysz stał tak bli­sko, że czuła za­pach jego my­dła do go­le­nia. Spoj­rzał na nią z na­pię­ciem.

– Nie znam zbyt wielu ko­biet, z któ­rymi można roz­ma­wiać o po­li­tyce Da­le­kiego Wschodu.

Po­czuła ru­mie­niec na po­licz­kach.

– Moja ro­dzina to­czy do­syć ory­gi­na­lne dys­ku­sje przy ko­la­cji. Przy­naj­mniej na tyle, że moje sio­stry i ja za­wsze bie­rzemy w nich udział. Moja dama do to­wa­rzy­stwa uważa, że mo­żemy tak ro­bić w za­ci­szu do­mo­wym, ale ra­dziła mi, bym nie afi­szo­wała się ze swoim wy­kształ­ce­niem w miej­scach pu­blicz­nych. To od­stra­sza sta­ra­ją­cych się.

– W ta­kim ra­zie musi pani uwa­żać. – Uśmiech­nął się miękko. – Szkoda by­łoby, gdyby ja­kiś in­te­li­gentny ko­men­tarz wy­mknął się pani w nie­od­po­wied­nim mo­men­cie.

Poppy ode­tchnęła z ulgą, gdy usły­szała dys­kretne pu­ka­nie do drzwi. Po­ko­jówka zja­wiła się znacz­nie szyb­ciej, niż przy­pusz­czała. Nie­zna­jomy po­szedł jej otwo­rzyć. Uchy­lił drzwi i mruk­nął coś do mło­dej dziew­czyny, która skło­niła się i znik­nęła.

– Do­kąd ona po­szła? – za­py­tała Poppy z kon­ster­na­cją. – Miała mnie prze­cież ode­skor­to­wać do mo­jego po­koju.

– Po­sła­łem ją po her­batę.

Poppy aż za­nie­mó­wiła.

– Nie mogę wy­pić z pa­nem her­baty.

– To nie po­trwa długo. Po­ślą ją na górę windą.

– To nie­istotne. Na­wet gdy­bym miała czas, nie mo­gła­bym wy­pić z pa­nem her­baty! Je­stem pewna, że ro­zu­mie pan, ja­kie by­łoby to nie­sto­sowne.

– Pra­wie tak jak skra­da­nie się po ho­telu bez eskorty.

Na­chmu­rzyła się.

– Nie skra­da­łam się, ści­ga­łam fretkę. – Gdy do­tarła do niej śmiesz­ność jej oświad­cze­nia, za­ru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej. – To nie była moja wina. Znajdę się w bar­dzo po­waż­nych ta­ra­pa­tach, je­śli na­tych­miast nie wrócę do po­koju. Je­śli bę­dziemy cze­kać, może pan wplą­tać się w skan­dal, a tego pan Ru­tledge z pew­no­ścią by nie po­chwa­lił.

– Fakt.

– Pro­szę więc we­zwać po­ko­jówkę z po­wro­tem.

– Za późno. Mu­simy po­cze­kać, aż wróci z her­batą.

Poppy wes­tchnęła ciężko.

– Cóż za okropny po­ra­nek. – Zer­k­nęła na fretkę i zo­ba­czyła kępki kłacz­ków i koń­skiego wło­sia szy­bu­jące w po­wie­trzu. Zbla­dła. – Do­dger, nie!

– Co się stało? – za­py­tał męż­czy­zna, po­dą­ża­jąc za Poppy, która po­pę­dziła w kie­runku za­ję­tej fretki.

– On zjada pana fo­tel – stwier­dziła po­nuro, chwy­ta­jąc zwie­rzę w ob­ję­cia. – A ra­czej fo­tel pana Ru­tledge’a. Chyba wije so­bie gniazdo. Tak mi przy­kro. – Spoj­rzała na dziurę w kosz­tow­nym ak­sa­mit­nym obi­ciu. – Za­pew­niam pana, że moja ro­dzina po­kryje wszel­kie koszty.

– Nic się nie stało. W bu­dże­cie ho­telu jest wy­dzie­lony spe­cjalny fun­dusz na ta­kie na­prawy.

Poppy opa­dła na ko­lana – co wcale nie jest pro­ste, gdy ma się na so­bie gor­set i usztyw­nione halki – i za­częła gar­ściami upy­chać wy­peł­niacz w dziu­rze.

– Je­śli zaj­dzie taka po­trzeba, do­star­czę panu pi­semne oświad­cze­nie, w któ­rym wy­ja­śnię, jak to się stało.

– A pani re­pu­ta­cja? – za­py­tał miękko nie­zna­jomy, pod­no­sząc ją z ko­lan.

– Moja re­pu­ta­cja jest ni­czym w po­rów­na­niu z utratą źró­dła utrzy­ma­nia. Mogą pana za to zwol­nić. Na pewno ma pan ro­dzinę, żonę, dzieci. Ja ja­koś prze­żyję kom­pro­mi­ta­cję, ale pan może nie być w sta­nie tak szybko zna­leźć no­wej po­sady.

– To bar­dzo miłe z pani strony – po­wie­dział, od­bie­ra­jąc Poppy fretkę i kła­dąc ją z po­wro­tem w fo­telu – ale ja nie mam ro­dziny. I nikt nie może mnie zwol­nić.

– Do­dger! – za­wo­łała Poppy, gdy kłęby wło­sia znów za­częły fru­wać w po­wie­trzu. Fretka naj­wy­raź­niej do­sko­nale się ba­wiła.

– Fo­tel i tak jest znisz­czony. Pro­szę mu na to po­zwo­lić.

Poppy zdu­miała się, wi­dząc, z jaką ła­two­ścią nie­zna­jomy go­dzi się po­świę­cić kosz­towny me­bel dla roz­rywki zwie­rzę­cia.

– Pan zu­peł­nie nie przy­po­mina in­nych za­rząd­ców ho­telu.

– A pani in­nych ko­biet.

Uśmiech­nęła się do niego cierpko.

– Już mi to mó­wiono.

Niebo po­wle­kło się oło­wiem. Na po­kryte żwi­rem i bru­kiem ulice spa­dła ciężka mżawka, spłu­ku­jąc gry­zący kurz, który uno­sił się spod kół prze­jeż­dża­ją­cych po­jaz­dów.

Poppy ostroż­nie po­de­szła do okna i wyj­rzała na ulicę. Prze­chod­nie otwie­rali pa­ra­sole i szli da­lej.

Stra­ga­nia­rze tło­czyli się na chod­niku, za­chwa­la­jąc swoje to­wary nie­cier­pli­wymi okrzy­kami. Sprze­da­wali do­słow­nie wszystko: po­wią­zaną w war­ko­cze ce­bulę i im­bryki, kwiaty, za­pałki, skow­ronki i sło­wiki w klat­kach. Ci ostatni na­prawdę utrud­niali ży­cie Ha­tha­wayom, bo Be­atrix upie­rała się przy ra­to­wa­niu każ­dego ży­wego stwo­rze­nia, które zna­la­zło się w za­sięgu jej wzroku. Ich szwa­gier, pan Ro­han, był więc zmu­szany do ku­po­wa­nia mnó­stwa pta­ków i wpusz­cza­nia ich po­tem na wol­ność na te­re­nie ich wiej­skiej po­sia­dło­ści. Ro­han przy­się­gał, że jest wła­ści­cie­lem po­łowy po­pu­la­cji pta­ków w Hamp­shire.

Poppy od­wró­ciła się od okna i zo­ba­czyła, że nie­zna­jomy opiera się ra­mie­niem o jedną z pó­łek. Pa­trzył na nią tak, jakby nie wie­dział, co ma o niej my­śleć. Jego syl­we­tka była zre­lak­so­wana, ale Poppy wy­czu­wała wy­raź­nie, że gdyby tylko spró­bo­wała ucieczki, na­tych­miast by ją po­chwy­cił.

– Dla­czego nie jest pani za­rę­czona? – za­py­tał z obu­rza­jącą bez­po­śred­nio­ścią. – Bywa pani w to­wa­rzy­stwie od dwóch, trzech lat?

– Od trzech – od­parła Poppy obron­nym to­nem.

– Pani ro­dzina ma ogromny ma­ją­tek, można więc za­ło­żyć, że w grę wcho­dzi po­kaźny po­sag. A pani brat jest wi­ceh­ra­bią, to ko­lejna za­leta. Dla­czego jesz­cze nie wy­szła pani za mąż?

– Za­wsze za­daje pan tak oso­bi­ste py­ta­nia lu­dziom, któ­rych do­piero pan po­znał?

– Nie za­wsze. Pani wy­daje mi się szcze­gól­nie... in­te­re­su­jąca.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się nad od­po­wie­dzią, po czym wzru­szyła ra­mio­nami.

– Nie chcia­ła­bym za męża żad­nego z dżen­tel­me­nów, któ­rych w ciągu ostat­nich trzech lat spo­tka­łam. Ża­den z nich nie wy­dał mi się na­wet odro­binę po­cią­ga­jący.

– A jaki typ pa­nią po­ciąga?

– Ktoś, z kim mo­gła­bym dzie­lić ci­che, zwy­czajne ży­cie.

– Więk­szość mło­dych ko­biet ma­rzy o przy­go­dach i ro­man­sie.

Uśmiech­nęła się cierpko.

– Ja z ko­lei wy­jąt­kowo ce­nię so­bie pro­za­icz­ność.

– Czy nie są­dzi pani, że Lon­dyn to nie naj­lep­sze miej­sce, by szu­kać ci­chego, zwy­czaj­nego ży­cia?

– Oczy­wi­ście. Ale ja mogę szu­kać tylko tu. – Wie­działa, że po­winna za­milk­nąć. Nie było po­trzeby snuć dal­szych wy­ja­śnień. Poppy jed­nak uwiel­biała roz­ma­wiać i tak jak Do­dger nie mógł oprzeć się szu­fla­dzie peł­nej pod­wią­zek, tak ona nie po­tra­fiła zwal­czyć swej ga­da­tli­wo­ści. – Pro­blem po­wstał, gdy mój brat, lord Ram­say, odzie­dzi­czył ty­tuł.

Nie­zna­jomy uniósł brwi.

– To pro­blem?

– O tak. Wi­dzi pan, nikt z nas nie był na to przy­go­to­wany. By­li­śmy da­le­kimi ku­zy­nami po­przed­niego lorda Ram­saya. Ty­tuł przy­padł Leo w wy­niku se­rii nie­spo­dzie­wa­nych zgo­nów. Ha­tha­way­owie nie mieli po­ję­cia o ety­kie­cie, nie wie­dzie­li­śmy nic na te­mat by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie. By­li­śmy na­prawdę szczę­śliwi w Prim­rose Place.

Przy­po­mniała so­bie pełną ra­do­ści, krytą strze­chą chatkę, ogród, w któ­rym oj­ciec ho­do­wał swoje słynne róże ap­te­kar­skie, kła­po­uche bel­gij­skie kró­liki, które miesz­kały w klatce za do­mem, stosy ksią­żek w każ­dym ką­cie. Te­raz opusz­czona chatka ob­ra­cała się w ru­inę, a ogród le­żał odło­giem.

– Nie można jed­nak cof­nąć czasu. – Po­chy­liła się, by przyj­rzeć się przed­mio­towi na dol­nej półce. – Co to? Ach, tak. Astro­la­bium. – Pod­nio­sła mo­siężny dysk z wy­gra­we­ro­wa­nymi ta­le­rzami, na brzegu któ­rego wid­niały cy­fry ozna­cza­jące stop­nie kąta.

– Wie pani, co to jest astro­la­bium?

– Oczy­wi­ście, to na­rzę­dzie, któ­rego uży­wają astro­no­mo­wie i na­wi­ga­to­rzy. Astro­lo­dzy rów­nież. – Poppy spoj­rzała na ma­lutką mapę gwiazd wy­rytą na jed­nym z dys­ków. – To jest per­skie. Musi mieć około pię­ciu­set lat.

– Pięć­set dwa­na­ście.

Poppy uśmiech­nęła się z sa­tys­fak­cją.

– Mój tata był uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w epoce śre­dnio­wie­cza. Miał całą ko­lek­cję ta­kich astro­la­biów. Na­uczył mnie na­wet, jak je ro­bić z drewna, sznurka i gwoź­dzia. – Ostroż­nie odło­żyła dysk. – Kiedy się pan uro­dził?

Nie­zna­jomy za­wa­hał się, jakby nie po­do­bało mu się, że musi udzie­lić tak oso­bi­stej in­for­ma­cji.

– Pierw­szego li­sto­pada.

– Jest pan więc Skor­pio­nem.

– Wie­rzy pani w astro­lo­gię? – za­py­tał z od­cie­niem drwiny w gło­sie.

– A nie po­win­nam?

– Nie ma żad­nych na­uko­wych pod­staw.

– Mój oj­ciec za­chę­cał mnie do otwar­to­ści na ta­kie kwe­stie. – Prze­su­nęła pal­cem po ma­pie nieba i uśmiech­nęła się chy­trze. – Skor­piony są ra­czej bez­względne, wie pan? Dla­tego wła­śnie jed­nemu z nich Ar­te­mida na­ka­zała uśmier­cić swego wroga, Oriona. W na­grodę umie­ściła skor­piona na nie­bie.

– Nie je­stem bez­względny. Ro­bię po pro­stu, co trzeba, by osią­gnąć cel.

– I to nie jest bez­względ­ność? – za­py­tała Poppy ze śmie­chem.

– Bez­względ­ność za­kłada okru­cień­stwo.

– A pan nie jest okrutny?

– Tylko wtedy, gdy mu­szę.

Roz­ba­wie­nie Poppy znik­nęło.

– Czło­wiek ni­gdy nie musi być okrutny.

– Nie wi­działa pani zbyt wiele, skoro pani tak są­dzi.

Poppy po­sta­no­wiła nie kon­ty­nu­ować tego te­matu. Sta­nęła na pal­cach, by doj­rzeć za­war­tość naj­wyż­szej półki. Stała na niej ko­lek­cja in­try­gu­ją­cych bla­sza­nych za­ba­wek.

– A to co?

– Au­to­maty.

– Do czego służą?

Nie­zna­jomy zdjął z półki jedną z za­ba­wek i po­dał jej.

Poppy uważ­nie się jej przyj­rzała. Na okrą­głym po­stu­men­cie stały ma­lut­kie ko­nie wy­ści­gowe, każdy na swoim to­rze. Poppy po­cią­gnęła za sznu­rek, zwi­sa­jący z boku po­stu­mentu. Uru­cho­miła tym we­wnętrzny me­cha­nizm – ko­nie ze­rwały się do biegu, do­kład­nie tak jak na wy­ści­gach.

Ro­ze­śmiała się z za­chwy­tem.

– Ja­kie to zmyślne! Szkoda, że moja sio­stra Be­atrix nie może tego zo­ba­czyć. Skąd to się tu wzięło?

– Pan Ru­tledge kon­stru­uje je w wol­nym cza­sie, dla re­laksu.

– Mogę obej­rzeć po­zo­stałe? – Poppy była ocza­ro­wana tymi za­baw­kami, a ra­czej ma­łymi cu­dami tech­niki. Zna­la­zła tam ad­mi­rała Nel­sona na po­kła­dzie mio­ta­nego fa­lami okrętu, małpkę wspi­na­jącą się na ba­na­no­wiec, kota igra­ją­cego z my­szą, po­skra­mia­cza lwów strze­la­ją­cego z bata i lwa, który po­trzą­sał na to głową.

Wy­raź­nie za­chwy­cony en­tu­zja­zmem Poppy męż­czy­zna po­ka­zał jej ob­ra­zek na ścia­nie, przed­sta­wia­jący pary tań­czące walca na balu. Na jej oczach ob­ra­zek ożył, dżen­tel­meni po­pro­wa­dzili swe part­nerki w rytm mu­zyki.

– Wiel­kie nieba! – po­wie­działa zdu­miona Poppy. – Jak to moż­liwe?

– To me­cha­nizm ze­ga­rowy. – Zdjął ob­ra­zek ze ściany i po­ka­zał jej jego tył. – Tu jest, przy­mo­co­wany do koła za­ma­cho­wego tą ta­śmą. Bolce wpra­wiają w ruch te dźwi­gnie... tu­taj... a to z ko­lei uru­cha­mia po­zo­stałe dźwi­gnie.

– Nie­zwy­kłe! – Na fali en­tu­zja­zmu Poppy cał­kiem za­po­mniała o po­wścią­gli­wo­ści i ostroż­no­ści. – Pan Ru­tledge musi być nie­zwy­kle uta­len­to­wany. Przy­po­mina mi to bio­gra­fię mni­cha fran­cisz­kań­skiego Ro­gera Ba­cona, którą nie­dawno czy­ta­łam. Mój oj­ciec był go­rą­cym wiel­bi­cie­lem jego prac. Oj­czu­lek Ba­con rów­nież pa­rał się wy­na­laz­czo­ścią, przez co zo­stał na­wet oskar­żony o czary. Po­do­bno kie­dyś zbu­do­wał me­cha­niczną głowę z brązu, która... – Urwała gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że znów traj­ko­cze. – Wi­dzi pan? I tak wła­śnie ro­bię na wszyst­kich ba­lach i wie­czor­kach. To mię­dzy in­nymi dla­tego nie cie­szę się wiel­kim wzię­ciem.

Nie­zna­jomy się uśmiech­nął.

– My­śla­łem, że na tego typu spo­tka­niach wła­śnie na­leży roz­ma­wiać.

– Ale nie tak jak ja.

Oboje od­wró­cili głowy, sły­sząc stu­ka­nie do drzwi. Po­ko­jówka wró­ciła.

– Mu­szę już iść – stwier­dziła nie­spo­koj­nie Poppy. – Moja dama do to­wa­rzy­stwa bę­dzie zła, je­śli się obu­dzi i zo­ba­czy, że mnie nie ma.

Ciem­no­włosy męż­czy­zna wpa­try­wał się z nią przez długą chwilę.

– Jesz­cze z pa­nią nie skoń­czy­łem – oznaj­mił ze zdu­mie­wa­jącą swo­bodą. Zu­peł­nie tak, jakby ni­gdy w ży­ciu nie usły­szał od­mowy. Jakby pla­no­wał za­trzy­mać ją tak długo, jak so­bie tego ży­czył.

Poppy ode­tchnęła głę­boko.

– Nie­mniej jed­nak wy­cho­dzę – od­parła spo­koj­nie i po­de­szła do drzwi.

Ru­szył za nią i oparł dłoń na fra­mu­dze.

Poppy spoj­rzała na niego z obawą. W jej gar­dle, nad­garst­kach i w ko­la­nach ode­zwało się gwał­towne pul­so­wa­nie. Stał zbyt bli­sko, pra­wie sty­kał się z nią swym dłu­gim twar­dym cia­łem. Przy­tu­liła się do ściany.

– Za­nim pani wyj­dzie – po­wie­dział miękko – dam pani radę. Młoda ko­bieta nie po­winna sa­mot­nie spa­ce­ro­wać po ho­telu, to nie­bez­pieczne. Niech pani nie po­dej­muje wię­cej rów­nie głu­piego ry­zyka.

Poppy ze­sztyw­niała.

– Ten ho­tel cie­szy się nie­po­szla­ko­waną opi­nią. Nie mam się czego oba­wiać.

– Oczy­wi­ście, że tak – mruk­nął. – Choćby tego.

Za­nim zdo­łała po­my­śleć, po­ru­szyć się, czy cho­ciaż ode­tchnąć, po­chy­lił głowę i za­wład­nął jej ustami.

Zdu­miona Poppy za­marła pod jego mięk­kimi pa­lą­cymi war­gami, tak sub­tel­nymi w swych na­le­ga­niach, że na­wet nie wie­działa, kiedy jej wła­sne wargi się roz­chy­liły. Nie­zna­jomy do­tknął jej pod­bródka i uniósł jej głowę do góry.

Oto­czył ją ra­mie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie. Poppy wdy­chała jego po­nętny za­pach, woń ka­dzi­dła i piżma, kroch­malu i mę­skiej skóry. Wie­działa, że po­winna wal­czyć w jego ra­mio­nach... ale jego usta prze­ko­ny­wały tak czule, tak zmy­słowo, obie­cy­wały roz­kosz i nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­su­nął wargi na jej szyję, wy­czuł puls i zsu­nął się ni­żej, ob­sy­pu­jąc ją lek­kimi jak je­dwab po­ca­łun­kami, aż za­częła drżeć.

– Nie – za­pro­te­sto­wała słabo.

Chwy­cił jej pod­bró­dek de­li­kat­nie i zmu­sił ją, by na niego spoj­rzała. Oboje za­marli. Gdy Poppy w końcu pod­nio­sła wzrok, za­uwa­żyła w jego oczach błysk kon­ster­na­cji i wro­go­ści, jakby nie­zna­jomy wła­śnie do­ko­nał ja­kie­goś nie­przy­jem­nego od­kry­cia.

Pu­ścił ją ostroż­nie i otwo­rzył drzwi.

– Pro­szę wnieść tacę – po­le­cił po­ko­jówce, która sta­nęła na progu.

Słu­żąca na­tych­miast wy­peł­niła roz­kaz. Była zbyt do­brze wy­szko­lona, by po­ka­zać po so­bie zdzi­wie­nie na wi­dok Poppy.

Męż­czy­zna pod­niósł Do­dgera, który spał głę­boko w fo­telu i po­dał go Poppy. Wzięła od niego zwie­rzątko, mru­cząc coś nie­zro­zu­miale, i uło­żyła je so­bie w za­gię­ciu ra­mie­nia. Fretka na­wet nie otwo­rzyła oczu. Jej ma­lut­kie serce biło mia­rowo pod jej pal­cami.

– Czy to wszystko, pro­szę pana? – za­py­tała po­ko­jówka.

– Nie, od­pro­wadź tę damę do jej apar­ta­mentu. I wróć tu, by mnie po­in­for­mo­wać, że do­tarła bez­piecz­nie.

– Do­brze, pa­nie Ru­tledge.

Pan Ru­tledge?

Serce Poppy sta­nęło. Od­wró­ciła się, by spoj­rzeć na nie­zna­jo­mego. W jego zie­lo­nych oczach bły­snęły dia­bo­liczne ogniki. Do­słow­nie de­lek­to­wał się jej jaw­nym zdu­mie­niem.

Harry Ru­tledge... ta­jem­ni­czy wła­ści­ciel ho­telu, który wie­dzie ży­cie pu­stel­nika. Nie tak go so­bie wy­obra­żała.

Zdu­miona i prze­ra­żona Poppy od­wró­ciła się. Gdy prze­szła przez próg, drzwi za­mknęły się za nią ci­cho. Cóż to za podły czło­wiek, by tak się ba­wić jej kosz­tem! Na szczę­ście za­pewne ni­gdy go już nie zo­ba­czy.

Wy­szła na ko­ry­tarz w to­wa­rzy­stwie po­ko­jówki... na­wet nie po­dej­rze­wa­jąc, że ta chwila od­mie­niła całe jej ży­cie.

Roz­dział 3

Harry pod­szedł do ko­minka, w któ­rym pło­nął ogień.

– Poppy Ha­tha­way – szep­nął, jakby jej na­zwi­sko było ja­kimś ma­gicz­nym za­klę­ciem.

Dwu­krot­nie wcze­śniej wi­dział ją z od­dali, raz, gdy wsia­dała do po­wozu, i po­tem na balu wy­da­wa­nym w Ru­tledge. Nie brał w nim wtedy udziału, ale ob­ser­wo­wał go­ści przez kilka mi­nut z bal­konu na gór­nym pię­trze. Mimo jej wy­su­bli­mo­wa­nego piękna i ma­ho­nio­wych wło­sów nie po­świę­cił jej do­tąd ani jed­nej my­śli.

Spo­tka­nie z nią w cztery oczy było jed­nak ob­ja­wie­niem.

Harry pod­szedł do fo­tela i za­uwa­żył po­darty ak­sa­mit i kłębki wy­peł­nia­cza roz­sy­pane wo­kół przez fretkę.

Uśmiech­nął się nie­chęt­nie i pod­szedł do dru­giego fo­tela.

Poppy. Była taka na­tu­ralna, gdy roz­ma­wiała z nim swo­bod­nie o astro­la­biach i fran­cisz­kań­skich mni­chach. Wy­rzu­cała z sie­bie słowa bły­sko­tli­wymi gar­ściami, jakby roz­sy­py­wała kon­fetti. Ema­no­wała z niej ra­do­sna prze­ni­kli­wość, która po­winna być iry­tu­jąca w od­bio­rze, a jemu do­star­czyła nie­spo­dzie­wa­nej przy­jem­no­ści. Było w niej coś ta­kiego... coś, co Fran­cuzi na­zy­wali esprit, ży­wość umy­słu i du­cha. I ta jej twarz... taka nie­winna i świa­doma za­ra­zem, taka otwarta.

Pra­gnął jej.

Za­zwy­czaj Jay Harry Ru­tledge otrzy­my­wał wszystko, za­nim jesz­cze o czymś za­ma­rzył. W jego ak­tyw­nym, do­sko­nale po­ukła­da­nym ży­ciu po­da­wano po­siłki, za­nim po­czuł głód, wy­mie­niano fu­lary, za­nim po­ja­wiły się na nich oznaki zu­ży­cia, a ra­porty lą­do­wały na biurku, za­nim o nie po­pro­sił. Ko­biety były wszę­dzie, za­wsze do­stępne, a każda z nich mó­wiła mu do­kład­nie to, co za­kła­dała, że chce usły­szeć.

Wie­dział, że już naj­wyż­szy czas, by się oże­nić. Tak za­pew­niali go jego zna­jomi, cho­ciaż on był prze­ko­nany, że ro­bili to tylko dla­tego, że sami dali już so­bie za­ło­żyć pę­tlę na szyję i ocze­ki­wali, że on pój­dzie w ich ślady. My­ślał o tym bez en­tu­zja­zmu. Ale Poppy Ha­tha­way była zbyt po­cią­ga­jąca, by mógł się jej oprzeć.

Się­gnął do le­wego rę­kawa i wy­jął z niego list Poppy. Nadawcą był pan Mi­chael Bay­ning. Harry przez chwilę za­sta­na­wiał się, co wie o tym mło­dym czło­wieku. Bay­ning uczęsz­czał do Win­che­ster, gdzie do­brze się spi­sy­wał dzięki swej pra­co­wi­to­ści. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich ko­le­gów z uni­wer­sy­tetu ni­gdy nie po­padł w długi, nie cią­żyły też na nim żadne skan­dale. Ko­biety lgnęły do niego, bo był przy­stojny i miał w przy­szło­ści odzie­dzi­czyć ty­tuł i ma­ją­tek.

Marsz­cząc brwi, Harry za­czął czy­tać.

Naj­droż­sza Poppy,

roz­pa­mię­ty­wa­łem na­szą ostat­nią roz­mowę, ca­łu­jąc miej­sce na nad­garstku, na które upa­dły Twoje łzy. Jak mo­żesz wąt­pić w to, że ja także opła­kuję każdy dzień i noc, które spę­dzamy w od­da­le­niu? Spra­wi­łaś, że mogę my­śleć tylko o To­bie. Sza­leję z mi­ło­ści do Cie­bie, mam na­dzieję, że choć w to nie wąt­pisz.

Je­śli zdo­bę­dziesz się na jesz­cze odro­binę cier­pli­wo­ści, już wkrótce nada­rzy się oka­zja, bym mógł po­roz­ma­wiać z oj­cem. Gdy tylko zro­zu­mie, jak głę­bo­kie jest moje uczu­cie do Cie­bie, na pewno udzieli zgody na na­sze mał­żeń­stwo. Łą­czy nas bli­ska więź, Ojca i mnie. Wie­lo­krot­nie wspo­mi­nał, że chciałby mnie wi­dzieć w rów­nie szczę­śli­wym sta­dle, w ja­kim żyli on i moje matka, niech spo­czywa w po­koju. Jak ona by Cię ko­chała, Poppy... Twoje prak­tyczne, we­sołe uspo­so­bie­nie, Twoje od­da­nie ro­dzi­nie i do­mowi. Gdyby mo­gła tu być i po­móc mi prze­ko­nać ojca, że nie ma dla mnie lep­szej żony niż Ty...

Cze­kaj na mnie, Poppy, tak jak ja cze­kam na Cie­bie.

Po­zo­staję, jak za­wsze, pod Twoim uro­kiem.

M.

Harry prych­nął ci­cho z po­gardą i za­pa­trzył się w ogień z nie­od­gad­nioną miną, ukła­da­jąc w my­ślach ko­lejny plan. Jedno z po­lan prze­ła­mało się i upa­dło na pa­le­ni­sko, wznie­ca­jąc snop bia­łych iskier. Bay­ning chce, by Poppy cze­kała? Wy­dało mu się to nie­po­jęte, gdy każda ko­mórka jego ciała była prze­peł­niona na­glą­cym po­żą­da­niem.

Za­ci­snął na bi­le­ciku palce z tro­ską czło­wieka, który wie, jak cenną wa­lutę trzyma w ręku i wsu­nął go do kie­szeni.

Gdy tylko Poppy do­tarła bez­piecz­nie do ro­dzin­nego apar­ta­mentu, uło­żyła Do­dgera w jego ulu­bio­nym po­sła­niu – ko­szyku, który jej sio­stra Be­atrix wy­mo­ściła mięk­kim płót­nem. Fretka na­wet się nie po­ru­szyła, po­grą­żona w głę­bo­kim śnie.

Po­tem Poppy wy­pro­sto­wała się, oparła o ścianę i za­mknęła oczy. Z jej płuc wy­do­było się wes­tchnie­nie.

Dla­czego on to zro­bił?

A co waż­niej­sze, dla­czego ona mu na to po­zwo­liła?

Nie tak męż­czy­zna po­wi­nien ca­ło­wać nie­winną dziew­czynę. Poppy była prze­ra­żona tym, że sama po­sta­wiła sie­bie w ta­kiej sy­tu­acji, jak rów­nież tym, że za­cho­wała się w spo­sób, który go­rąco by po­tę­piła w przy­padku ko­goś in­nego. Ani przez chwilę jed­nak nie zwąt­piła w siłę swo­ich uczuć do Mi­cha­ela.

Dla­czego więc za­re­ago­wała tak mocno na Harry’ego Ru­tldge’a?

Pra­gnęła z kimś o tym po­roz­ma­wiać, ale in­tu­icja pod­po­wia­dała jej, że le­piej bę­dzie o ca­łej spra­wie za­po­mnieć.

Przy­brała we­sołą minę i za­pu­kała do drzwi swo­jej damy do to­wa­rzy­stwa.

– Panno Marks?

– Już nie śpię – do­biegł ją słaby głos.

Poppy we­szła do ma­łej sy­pialni i zo­ba­czyła pannę Marks w ko­szuli noc­nej przed umy­wal­nią.

Ko­bieta wy­glą­dała kosz­mar­nie – jej twarz miała barwę po­piołu, pod jej błę­kit­nymi spo­koj­nymi oczami ma­lo­wały się fio­le­towe sińce. Jej ja­sno­brą­zowe włosy, za­zwy­czaj za­ple­cione i spięte szpil­kami w cia­sny wę­zeł, były roz­pusz­czone i po­plą­tane. Wy­sy­pała na ję­zyk pro­szek od bólu głowy i po­piła go wodą.

– Co mogę dla pani zro­bić? – za­py­tała Poppy miękko.

Panna Marks po­trzą­snęła głową i wy­krzy­wiła wargi.

– Nic, Poppy. Dzię­kuję, je­steś bar­dzo miła.

– Znów te kosz­mary? – Poppy ob­ser­wo­wała z tro­ską, jak panna Marks pod­cho­dzi do ko­mody i prze­trząsa szu­flady w po­szu­ki­wa­niu poń­czoch i bie­li­zny.

– Ow­szem. Nie po­win­nam była spać tak długo. Prze­pra­szam.

– Nie ma za co prze­pra­szać. Szkoda tylko, że pani sny nie były bar­dziej przy­jemne.

– Za­zwy­czaj są. – Panna Marks uśmiech­nęła się blado. – Naj­bar­dziej lu­bię po­wra­cać w snach do Ram­say Ho­use, gdy kwitną bzy, a ko­wa­liki wiją gniazda w ży­wo­pło­tach. Wszystko jest ta­kie spo­kojne i bez­pieczne. Tak bar­dzo mi tego bra­kuje.

Poppy także tę­sk­niła za Ram­say Ho­use. Lon­dyn ze swymi wy­ra­fi­no­wa­nymi roz­ryw­kami nie do­ra­stał Hamp­shire do pięt. I bar­dzo chciała zo­ba­czyć swoją star­szą sio­strę, Win, któ­rej mąż, Mer­ri­pen, za­rzą­dzał po­sia­dło­ścią Ram­say.

– Se­zon wkrótce się koń­czy – po­wie­działa. – Nie­długo tam wró­cimy.

– Je­śli tego do­żyję – mruk­nęła panna Marks.

Poppy uśmiech­nęła się ze współ­czu­ciem.

– Może wróci pani do łóżka? Zro­bię pani zimny okład na czoło.

– Nie, nie mogę się temu pod­dać. Ubiorę się i na­piję moc­nej her­baty.

– Wie­dzia­łam, że pani to po­wie.

Panna Marks była ty­pową An­gielką, ży­wiącą głę­bo­kie po­dej­rze­nia wo­bec wszyst­kiego, co sen­ty­men­talne i cie­le­sne. Była też młodą ko­bietą, nie mo­gła być wiele star­sza od Poppy, a jej nie­na­tu­ralne wręcz opa­no­wa­nie po­zwa­lało jej zno­sić bez mru­gnię­cia okiem wszel­kie nie­szczę­ścia. Wpa­dała w gniew tylko w obec­no­ści Leo – jego sar­ka­styczne po­czu­cie hu­moru do­pro­wa­dzało ją do bia­łej go­rączki.

Dwa lata wcze­śniej panna Marks zo­stała za­trud­niona jako gu­wer­nantka Poppy i Be­atrix – jed­nak nie po to, by uzu­peł­nić braki w ich wy­kształ­ce­niu, lecz by na­uczyć ich mnó­stwa za­sad, które po­winny znać młode damy, by bez prze­szkód po­ru­szać się wśród elity. Z cza­sem przy­jęła na sie­bie także rolę przy­zwo­itki i damy do to­wa­rzy­stwa.

Po­cząt­kowo Poppy i Be­atrix z wielką nie­chę­cią od­no­siły się do na­uki ety­kiety.

– Zro­bimy z tego za­bawę – oświad­czyła im panna Marks i na­pi­sała dla nich se­rię krót­kich wier­szy­ków do za­pa­mię­ta­nia.

Na przy­kład:

Je­śli damą chcesz być ofi­cjal­nie,

Za­cho­wuj się ce­re­mo­nial­nie.

Gdy do stołu za­siąść przyj­dzie pora,

Nie rób z sie­bie gło­do­mora.

Nie wy­ma­chuj łyż­kami.

Nie po­luj na mięso wi­del­cami.

Nie baw się je­dze­niem,

I kon­ten­tuj się mil­cze­niem.

Od­no­śnie do pu­blicz­nych spa­ce­rów na­pi­sała coś ta­kiego:

Po uli­cach nie bie­gaj.

A je­śli spo­tkasz ob­cego,

Nie przed­sta­wiaj się sama,

Ku przy­zwo­itce się skła­niaj.

Gdy prze­kra­czasz ka­łużę,

nie po­ka­zuj zbyt dużo.

Spód­nicę unieś w pół kroku,

Nie trzy­maj ko­stek na wi­doku.

Po­wstał rów­nież wiersz spe­cjal­nie dla Be­atrix:

Gdy idziesz w go­ści,

Za­kli­nam na wszyst­kie świę­to­ści:

Miej ka­pe­lusz i rę­ka­wiczki,

I za­trza­skuj po­wozu drzwiczki

Przede wszyst­kim, co może pisz­czeć i dy­szeć,

Bo nie po­winno ci to­wa­rzy­szyć.

Nie­kon­wen­cjo­na­lne po­dej­ście za­dzia­łało i dało Poppy i Be­atrix na tyle pew­no­ści sie­bie, że mo­gły wziąć udział w se­zo­nie bez przy­no­sze­nia so­bie wstydu. Ro­dzina wy­chwa­lała pod nie­biosa pannę Marks za jej mą­drość. Tylko Leo stwier­dził sar­ka­stycz­nie, że Eli­za­beth Bar­rett Brow­ning nie musi oba­wiać się kon­ku­ren­cji. A panna Marks od­parła mu wtedy, że wątpi w lotny umysł Leo i jego zdol­ność do oceny ja­kiej­kol­wiek po­ezji.

Poppy nie miała po­ję­cia, dla­czego jej brat i panna Marks oka­zują so­bie tak jawną wro­gość.

– Pew­nie w ta­jem­nicy się lu­bią – wy­ja­śniła jej spo­koj­nie Be­atrix.

Poppy tak zdu­miała ta idea, że wy­buch­nęła śmie­chem.

– Wal­czą ze sobą za każ­dym ra­zem, gdy znajdą się w jed­nym po­koju, co, dzięki Bogu, nie zda­rza się zbyt czę­sto. Dla­czego mó­wisz coś ta­kiego?

– Je­śli weź­miesz pod uwagę ry­tu­ały go­dowe nie­któ­rych zwie­rząt, na przy­kład fre­tek, okaże się, że ich za­loty też są do­syć ob­ce­sowe...

– Bea, pro­szę, nie wspo­mi­naj gło­śno o ry­tu­ałach go­do­wych – po­wie­działa Poppy, wal­cząc z uśmie­chem. Jej dzie­więt­na­sto­let­nia sio­stra nie­zmien­nie oka­zy­wała ra­do­sne lek­ce­wa­że­nie kon­we­nan­som. – Je­stem pewna, że to wul­garne, i... A skąd ty w ogóle wiesz co­kol­wiek o oby­cza­jach go­do­wych?

– Głów­nie z pod­ręcz­ni­ków we­te­ry­na­rii. I od czasu do czasu coś doj­rzę. Zwie­rzęta nie są zbyt dys­kretne, wiesz?

– Pew­nie nie. Ale za­trzy­maj te uwagi dla sie­bie, Bea. Gdyby panna Marks cię usły­szała, na pewno uło­ży­łaby ko­lejny wiersz do za­pa­mię­ta­nia na tę oko­licz­ność.

Bea przy­glą­dała się sio­strze przez chwilę nie­win­nie.

– Młode damy nie kon­tem­plują... spo­so­bów, w ja­kie zwie­rzęta pro­kreują...

– Bo ich przy­zwo­itka go­towa... jesz­cze się zi­ry­to­wać – do­koń­czyła za nią Poppy.

Be­atrix uśmiech­nęła się sze­roko.

– Nie ro­zu­miem, dla­czego mie­liby się nie lu­bić. Leo jest wi­ceh­ra­bią, i to cał­kiem przy­stoj­nym, a panna Marks jest in­te­li­gentna i śliczna.

– Ni­gdy nie sły­sza­łam, by Leo wy­ra­ził chęć po­ślu­bie­nia in­te­li­gent­nej ko­biety – stwier­dziła Poppy. – Ale zga­dzam się, że panna Marks jest śliczna. Zwłasz­cza ostat­nio. Kie­dyś była taka prze­raź­li­wie chuda i blada, a te­raz tak ład­nie się wy­peł­niła.

– Przy­było jej co naj­mniej dzie­sięć fun­tów – zgo­dziła się Be­atrix. – I wy­daje się szczę­śliw­sza. Gdy ją po­zna­ły­śmy, wy­glą­dała tak, jakby miała za sobą ja­kieś okropne prze­ży­cia.

– Też tak po­my­śla­łam. Cie­kawe, czy kie­dyś się do­wiemy, co to było.

Poppy nie była tego pewna. Gdy jed­nak tego ranka zo­ba­czyła umę­czoną twarz panny Marks, po­my­ślała, że jej po­wra­ca­jące kosz­mary mu­szą mieć coś wspól­nego z jej ta­jem­ni­czą prze­szło­ścią.

Poppy we­szła do gar­de­roby i za­częła prze­glą­dać rząd schlud­nych czy­stych sukni w neu­tral­nych ko­lo­rach ze sztyw­nymi bia­łymi koł­nie­rzy­kami i man­kie­tami.

– Którą suk­nię pani po­dać? – za­py­tała miękko.

– Któ­rą­kol­wiek. Wszystko mi jedno.

Poppy wy­brała tę z gra­na­to­wego dia­go­nalu i po­ło­żyła ją na po­mię­tej po­ścieli. Od­wró­ciła głowę, gdy przy­zwo­itka zdjęła ko­szulę nocną i na­ło­żyła ko­szulkę, re­formy i poń­czo­chy.

Nie chciała kło­po­tać panny Marks, gdy bo­lała ją głowa, ale mu­siała się ko­muś zwie­rzyć z wy­da­rzeń tego po­ranka. Mu­siała przy­go­to­wać swą damę do to­wa­rzy­stwa, bo wia­do­mość o jej po­czy­na­niach, w które za­an­ga­żo­wał się też Harry Ru­tledge, mo­gła wkrótce uj­rzeć świa­tło dzienne.

– Panno Marks – roz­po­częła ostroż­nie – nie chcę po­gar­szać pani bólu głowy, ale mu­szę pani coś po­wie­dzieć... – Urwała, gdy panna Marks po­słała jej krót­kie, pełne cier­pie­nia spoj­rze­nie.

– Co się stało, Poppy?

Nie, to nie naj­lep­sza chwila, zde­cy­do­wała Poppy w du­chu. W za­sa­dzie... czy na­prawdę po­winna o tym w ogóle wspo­mi­nać? Prze­cież za­pewne nie zo­ba­czy już ni­gdy wię­cej Harry’ego Ru­tledge’a. Nie by­wał on na tych sa­mych przy­ję­ciach co Ha­tha­way­owie. I po co miałby przy­czy­niać kło­po­tów dziew­czy­nie, któ­rej do­tych­czas na­wet nie za­uwa­żał? Nie miał nic wspól­nego z jej świa­tem, tak jak ona z jego.

– Po­bru­dzi­łam czymś sta­nik mo­jej ró­żo­wej mu­śli­no­wej sukni wczo­raj przy ko­la­cji – za­im­pro­wi­zo­wała na­prędce. – Te­raz mam na nim tłu­stą plamę.

– Och, moja droga. – Panna Marks prze­rwała sznu­ro­wa­nie gor­setu w po­ło­wie. – Roz­pu­ścimy w wo­dzie tro­chę amo­niaku i spie­rzemy plamę. Mam na­dzieję, że zej­dzie.

– Do­sko­nały po­mysł.

Czu­jąc nie­znaczne tylko ukłu­cie winy, Poppy pod­nio­sła po­rzu­coną na łóżku ko­szulę nocną panny Marks i zło­żyła ją pie­czo­ło­wi­cie.

Roz­dział 4

Jake Va­len­tine przy­szedł na świat jako fi­lius nul­lius, syn z nie­pra­wego łoża. Jego matka, Edith, była po­ko­jówką u do­sko­nale pro­spe­ru­ją­cego oks­fordz­kiego ad­wo­kata, a oj­cem był tenże ad­wo­kat. Chcąc po­zbyć się matki i syna za jed­nym za­ma­chem, ad­wo­kat prze­ku­pił nie­okrze­sa­nego chłopa, by ten oże­nił się z Edith. Ma­jąc dzie­sięć lat i dość prze­śla­do­wań ze strony oj­czyma, Jake po­rzu­cił dom ro­dzinny i udał się do Lon­dynu.

Dzie­sięć lat prze­pra­co­wał w kuźni, gdzie urósł w siłę i zdo­był so­bie re­pu­ta­cję czło­wieka, który nie boi się cięż­kiej pracy i jest go­dzien za­ufa­nia. Jake nie pra­gnął zbyt wiele od ży­cia. Miał pracę, pe­łen brzuch, a świat poza Lon­dy­nem w ogóle go nie in­te­re­so­wał.

Pew­nego dnia przy­szedł do kuźni ciem­no­włosy męż­czy­zna i po­pro­sił Jake’a o roz­mowę. Onie­śmie­lony jego wy­kwint­nym ubra­niem i wy­ra­fi­no­wa­nymi ma­nie­rami Jake od­po­wia­dał ci­cho na nie­zli­czone py­ta­nia do­ty­czące jego ży­cia i do­świad­cze­nia. A po­tem dżen­tel­men zdu­miał Jake’a, ofe­ru­jąc mu po­sadę swego oso­bi­stego słu­żą­cego z pen­sją prze­wyż­sza­jącą po wie­lo­kroć to, co ten za­ra­biał do­tych­czas.

Pe­łen po­dej­rzeń chło­piec za­py­tał męż­czy­znę, dla­czego pra­gnie za­trud­nić no­wi­cju­sza, któ­remu brak wy­kształ­ce­nia i ogłady.

– Mógłby pan prze­cież wy­bie­rać spo­śród naj­lep­szych słu­żą­cych w Lon­dy­nie – wy­tknął mu. – Dla­czego więc ktoś taki jak ja?

– Bo ci słu­żący to no­to­ryczni plot­ka­rze, któ­rzy utrzy­mują zna­jo­mo­ści ze służbą naj­świet­niej­szych do­mów An­glii i kon­ty­nentu. Wieść głosi, że ty umiesz trzy­mać gębę na kłódkę, a to ce­nię so­bie wy­żej niż do­świad­cze­nie. I wy­glą­dasz mi na ta­kiego, który da so­bie radę w bójce.

Jake zmru­żył po­wieki.

– A po co pana słu­żący miałby się bić?

Męż­czy­zna się uśmiech­nął.

– Bę­dziesz za­ła­twiał dla mnie różne sprawy. Jedne będą pro­ste, inne nie. Idziesz?

I tak oto Jake roz­po­czął pracę dla Jaya Harry’ego Ru­tledge’a, naj­pierw jako oso­bi­sty słu­żący, po­tem jako asy­stent.

Jake ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał ko­goś ta­kiego jak eks­cen­tryczny, zde­ter­mi­no­wany, wy­ma­ga­jący, ma­ni­pu­lu­jący in­nymi Ru­tledge, który ro­zu­miał ludzką na­turę le­piej niż kto­kol­wiek. Wy­star­czało za­zwy­czaj kilka mi­nut, by oce­nił czło­wieka z bez­błędną traf­no­ścią. Wie­dział, jak spra­wić, by lu­dzie speł­niali jego ży­cze­nia i pra­wie za­wsze osią­gał cel.

Jake był prze­ko­nany, że mózg Ru­tledge’a ni­gdy nie od­po­czywa, na­wet pod­czas nie­zbęd­nego do ży­cia snu. Jego pra­co­dawca był stale ak­tywny. Jake nie­raz wi­dy­wał go, jak roz­waża ja­kiś pro­blem w my­ślach i jed­no­cze­śnie pi­sze list albo pro­wa­dzi cał­kiem składną roz­mowę. Jego ape­tyt na wie­dzę był nie­na­sy­cony, miał także do­sko­nałą pa­mięć. Je­śli Ru­tledge raz coś zo­ba­czył, prze­czy­tał, czy usły­szał, zo­sta­wało to w jego mó­zgu na za­wsze. Lu­dzie nie byli w sta­nie go okła­mać, a je­śli byli na tyle głupi, by to zro­bić, na­tych­miast ich de­ma­sko­wał.

Nie były mu jed­nak obce do­broć i sza­cu­nek dla in­nych, rzadko też wpa­dał w gniew. Jake nie był jed­nak pe­wien, czy na kim­kol­wiek w ży­ciu mu za­leży. W głębi serca Ru­tledge był zimny jak lo­do­wiec. Chło­pak wie­dział o nim wiele, ale w za­sa­dzie po­zo­sta­wali so­bie obcy.

To jed­nak nie miało zna­cze­nia. Jake był go­tów od­dać za niego ży­cie. Ho­te­larz za­skar­biał so­bie lo­jal­ność swo­ich słu­żą­cych uczci­wym trak­to­wa­niem i hoj­nym upo­sa­że­niem w za­mian za ciężką pracę. Ocze­ki­wał od nich tylko jed­nego – by za­go­rzale strze­gli jego pry­wat­no­ści. Ru­tledge przy­jaź­nił się z naj­wy­żej po­sta­wio­nymi oso­bami w pań­stwie, ale rzadko dys­ku­to­wał o tych zna­jo­mo­ściach. Był także nie­zwy­kle skru­pu­latny w do­bo­rze lu­dzi, któ­rych do­pusz­czał do sie­bie bli­żej.

Ko­biety ob­le­gały go, rzecz ja­sna... Jego sza­le­jąca ener­gia czę­sto znaj­do­wała upust w ra­mio­nach róż­nych pięk­no­ści. Gdy jed­nak dama da­wała choćby po­zór uczu­cia, Jake był de­le­go­wany do jej po­sia­dło­ści z li­stem, który zry­wał wszel­kie kon­takty. In­nymi słowy, do obo­wiąz­ków Jake’a na­le­żało ko­je­nie łez, gniewu i in­nych skom­pli­ko­wa­nych emo­cji, któ­rych Ru­tledge nie to­le­ro­wał. A Jake współ­czułby tym da­mom, gdyby za li­stem nie po­stę­po­wał za­zwy­czaj mon­stru­al­nie kosz­towny pre­zent w po­staci bi­żu­te­rii, która miała uła­go­dzić zra­nioną dumę.

Do pew­nych dzie­dzin ży­cia Ru­tledge’a ko­biety nie miały do­stępu. Nie po­zwa­lał im by­wać w swo­ich pry­wat­nych apar­ta­men­tach, nie wpusz­czał ich także do swo­jego po­koju oso­bli­wo­ści. To tam Ru­tledge roz­my­ślał nad naj­bar­dziej zło­żo­nymi kwe­stiami. Gdy nie mógł spać, sia­dy­wał przy stole kre­ślar­skim i ba­wił się swo­imi au­to­ma­tami, pra­cu­jąc na czę­ściach od ze­garka, skraw­kach pa­pieru i dru­tach, do­póki nie uspo­koił swego nad­po­bu­dli­wego mó­zgu.

Gdy więc po­ko­jówka dys­kret­nie do­nio­sła Jake’owi, że młoda dama od­wie­dziła Ru­tledge’a w tym wła­śnie po­koju, chło­pak od razu po­jął, że stało się coś waż­nego.

W po­śpie­chu do­koń­czył śnia­da­nie, na które skła­dały się pa­sta ja­jeczna i chru­piący sma­żony be­kon. Nor­mal­nie jadłby po­woli, roz­ko­szu­jąc się strawą, nie mógł się jed­nak spóź­nić na po­ranne spo­tka­nie z Ru­tledge’em.

– Nie tak szybko – po­wie­dział An­dre Bro­us­sard, szef kuchni, któ­rego Ru­tledge pod­kradł fran­cu­skiemu am­ba­sa­do­rowi dwa lata wcze­śniej. Bro­us­sard był chyba je­dy­nym pra­cow­ni­kiem ho­telu, który sy­piał jesz­cze mniej niż Ru­tledge. Młody mistrz był znany z tego, że wstaje o trze­ciej nad ra­nem, by od­wie­dzić targ, gdzie oso­bi­ście wy­bie­rał naj­lep­sze pro­dukty. Miał ja­sne włosy i był drob­nej po­stury, ale ce­cho­wała go dys­cy­plina i silna wola ge­ne­rała ar­mii.

Prze­rwał na chwilę ubi­ja­nie sosu i spoj­rzał z roz­ba­wie­niem na Jake’a.

– Może spró­bu­jesz po­gryźć, Va­len­tine?

– Nie mam na to czasu – od­parł Jake, od­kła­da­jąc ser­we­tkę. – Mam ode­brać po­ranną li­stę od pana Ru­tledge’a za... – Prze­rwał, by spoj­rzeć na ze­ga­rek. – Za dwie i pół mi­nuty.

– Ach, tak, po­ranna li­sta. – Mistrz wy­krzy­wił wargi, pa­ro­diu­jąc swego pra­co­dawcę. – Va­len­tine, chcę, byś za­aran­żo­wał wie­czo­rek na cześć por­tu­gal­skiego am­ba­sa­dora we wto­rek. Ma się za­koń­czyć po­ka­zem pi­ro­tech­nicz­nym. Po­tem pędź do biura pa­ten­to­wego z ry­sun­kami mo­jego naj­now­szego wy­na­lazku. A w dro­dze po­wrot­nej za­trzy­maj się na Re­gent Street i kup sześć ba­ty­sto­wych fran­cu­skich chu­s­te­czek, gład­kich, bez wzoru, i Boże broń, bez ko­ronki...

– Wy­star­czy, Bro­us­sard – prze­rwał mu Jake, wal­cząc z uśmie­chem.

Ku­charz wró­cił do mie­sza­nia sosu.

– A tak na mar­gi­ne­sie, Va­len­tine… gdy do­wiesz się, kim była ta dziew­czyna, wróć tu na­tych­miast i mi po­wiedz. W za­mian może po­zwolę ci zbli­żyć się do wózka z wy­pie­kami, za­nim po­ślę go do ja­dalni.

Jake rzu­cił mu su­rowe spoj­rze­nie, mru­żąc brą­zowe oczy.

– Jaka dziew­czyna?

– Do­sko­nale wiesz, jaka. Ta, z którą pan Ru­tledge spo­tkał się dziś rano.

Jake zmarsz­czył brwi.

– Kto ci po­wie­dział?

– Co naj­mniej trzy osoby wspo­mniały o tym w ciągu ostat­niej pół go­dziny. Wszy­scy o tym mó­wią.

– Per­so­nel Ru­tledge nie może plot­ko­wać.

Bro­us­sard wy­wró­cił oczami.

– Z oso­bami z ze­wnątrz, tak. Ale pan Ru­tledge nie mó­wił ni­gdy, że nie wolno nam plot­ko­wać mię­dzy sobą.

– Nie ro­zu­miem, dla­czego obec­ność dziew­czyny w po­koju oso­bli­wo­ści wzbu­dza ta­kie za­in­te­re­so­wa­nie.

– Cóż... może dla­tego, że Ru­tledge ni­gdy żad­nej tam nie wpu­ścił? A może dla­tego, że wszy­scy, któ­rzy dla niego pra­cują, mo­dlą się, by zna­lazł so­bie w końcu żonę, która od­wróci jego uwagę na tyle, by prze­stał cią­gle się we wszystko mie­szać.

Jake po­trzą­snął głową z ża­lem.

– Wąt­pię, czy on kie­dy­kol­wiek się ożeni. Ho­tel to jego ko­chanka.

Ku­charz spoj­rzał na niego pro­tek­cjo­nal­nie.

– A co ty tam wiesz. Pan Ru­tledge ożeni się, gdy znaj­dzie od­po­wied­nią ko­bietę. Jak ma­wiają moi ro­dacy: ciężko zna­leźć do­brą żonę i do­brego me­lona. – Przez chwilę ob­ser­wo­wał, jak Jake za­pina ma­ry­narkę i po­pra­wia fu­lar. – Wróć z in­for­ma­cjami, mon ami.

– Wiesz, że ni­gdy nie oma­wiam de­tali pry­wat­nego ży­cia Ru­tledge’a.

Bro­us­sard wes­tchnął.

– Lo­jalny aż do prze­sady. Po­dej­rze­wam, że gdyby Ru­tledge zle­cił ci mor­der­stwo, wy­ko­nał­byś je? – Py­ta­nie za­dane zo­stało lek­kim to­nem, ale w oczach ku­cha­rza mi­gnęła tro­ska.

Nikt, na­wet Jake, nie był do końca pe­wien, do czego zdolny jest Ru­tledge i jak da­leko po­su­nąłby się chło­pak w swoim po­słu­szeń­stwie.

– Nie po­pro­sił mnie o to – od­rzekł Jake i do­dał po chwili z iskierką hu­moru: – Jesz­cze.

Gdy spie­szył tyl­nymi scho­dami do pry­wat­nego apar­ta­mentu z mnó­stwem po­koi na trze­cim pię­trze, mi­jał po dro­dze wielu pra­cow­ni­ków. Te schody i wej­ścia na ty­łach ho­telu słu­żyły per­so­ne­lowi i do­staw­com. Kilka osób pró­bo­wało za­trzy­mać Jake’a swo­imi pro­ble­mami i tro­skami, ale on tylko po­trzą­sał głową i przy­spie­szał kroku. Ni­gdy nie spóź­niał się na po­ranne spo­tka­nia z Ru­tledge’em. Kon­sul­ta­cje były za­zwy­czaj krót­kie, nie trwały dłu­żej niż kwa­drans, ale pryn­cy­pał bez­względ­nie do­ma­gał się punk­tu­al­no­ści.

Jake za­trzy­mał się na chwilę przed drzwiami apar­ta­mentu, po czym wszedł bez­sze­lest­nie do ma­łego pry­wat­nego holu wy­ło­żo­nego mar­mu­rem i ozdo­bio­nego bez­cen­nymi dzie­łami sztuki. We­wnętrzny ko­ry­tarz wiódł do ukry­tej klatki scho­do­wej, by Ru­tledge nie mu­siał uży­wać głów­nego wej­ścia do ho­telu. Wła­ści­ciel ho­telu lu­bił wie­dzieć wszystko o wszyst­kich, ale sam trzy­mał się na ubo­czu. Więk­szość po­sił­ków spo­ży­wał sa­mot­nie, wy­cho­dził i wra­cał, kiedy mu się po­do­bało, przed ni­kim się nie opo­wia­dał.

Jake za­pu­kał i cze­kał, do­póki nie usły­szał stłu­mio­nego za­pro­sze­nia.

Wszedł do apar­ta­mentu skła­da­ją­cego się z czte­rech po­koi, który można było roz­sze­rzyć na­wet do pięt­na­stu.

– Dzień do­bry, pa­nie Ru­tledge – po­wie­dział.

Ho­te­larz sie­dział przy ma­syw­nym ma­ho­nio­wym biurku wy­po­sa­żo­nym w szafkę pełną szu­flad i skry­tek. Me­bel jak zwy­kle za­słany był pa­pie­rami, książ­kami, ko­re­spon­den­cją, wi­zy­tów­kami, pie­czę­ciami i przy­bo­rami do pi­sa­nia. Ru­tledge za­kle­jał wła­śnie list, przy­ci­ska­jąc pie­częć do kro­pli go­rą­cego wo­sku.

– Dzień do­bry, Va­len­tine. Jak spo­tka­nie per­so­nelu?

Jake po­dał mu plik co­dzien­nych ra­por­tów od za­rząd­ców.

– Wszystko idzie gładko, przy­naj­mniej w więk­szo­ści. Było kilka pro­ble­mów z grupą dy­plo­ma­tów z Na­ga­raja.

– Do­prawdy?

Ma­lut­kie księ­stwo Na­ga­raja, wci­śnięte po­mię­dzy Birmę i Sy­jam, wła­śnie zo­stało bry­tyj­skim so­jusz­ni­kiem. Bry­tyj­czycy za­ofe­ro­wali Na­ga­raj­czy­kom po­moc w po­wstrzy­ma­niu wdzie­ra­ją­cych się na ich te­ry­to­rium Sy­jam­czy­ków, a te­raz chcieli uczy­nić kraj swoim pro­tek­to­ra­tem. Przy­po­mi­nało to sy­tu­ację, w któ­rej lew trąca cię łapą, a na­stęp­nie za­pew­nia, że je­steś cał­kiem bez­pieczny. Bry­tyj­czycy byli obec­nie w sta­nie wojny z Birmą i zaj­mo­wali pro­win­cje na lewo i prawo, a Na­ga­raj­czycy ży­wili wciąż jesz­cze de­spe­racką na­dzieję, że uda im się za­cho­wać nie­za­leż­ność. W tym celu wy­słali do An­glii z mi­sją dy­plo­ma­tyczną trzech wy­soko po­sta­wio­nych po­słów i masę kosz­tow­nych po­dar­ków dla kró­lo­wej Wik­to­rii.

– Kie­row­nik re­cep­cji mu­siał trzy­krot­nie za­mie­niać im po­koje – wy­ja­śnił Jake.

Ru­tledge uniósł brwi.

– Był ja­kiś pro­blem z po­ko­jami?

– Nie z sa­mymi po­ko­jami... z ich nu­me­rami, które zgod­nie z wie­rze­niami Na­ga­raj­czy­ków były nie­po­myślne. Osta­tecz­nie od­da­li­śmy im apar­ta­ment dwie­ście osiem­na­ście. Wkrótce po­tem kie­row­nik dru­giego pię­tra wy­czuł dym wy­do­by­wa­jący się spod drzwi apar­ta­mentu. Naj­wy­raź­niej od­pra­wiali ja­kąś ce­re­mo­nię z oka­zji zna­le­zie­nia się na no­wej ziemi, któ­rej ele­men­tem było roz­pa­le­nie ogni­ska na tacy z brązu. Nie­stety ogień wy­mknął się spod kon­troli i stra­wił dy­wan.

Wargi Ru­tledge’a wy­gięły się w uśmie­chu.

– O ile wiem, Na­ga­raj­czycy mają ce­re­mo­nię na każdą oka­zję. Do­pil­nuj, by zna­le­ziono im od­po­wied­nie miej­sce, w któ­rym będą mo­gli roz­pa­lać tyle świę­tych ognisk, ile będą chcieli, bez ry­zyka, że pusz­czą ho­tel z dy­mem.

– Do­brze, pro­szę pana.

Ru­tledge prze­kart­ko­wał ra­porty za­rząd­ców.

– Ja­kie mamy obec­nie ob­ło­że­nie? – za­py­tał, nie pod­no­sząc głowy.

– Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent.

– Do­sko­nale. – Ru­tledge wró­cił do ra­por­tów.

Jake rzu­cił okiem na biurko. Za­uwa­żył list ad­re­so­wany do panny Poppy Ha­tha­way od pana Mi­cha­ela Bay­ninga.

Jak Ru­tledge wszedł w po­sia­da­nie li­stu? Poppy Ha­tha­way... jej ro­dzina za­trzy­my­wała się w tu­taj w se­zo­nie. Tak jak inne ary­sto­kra­tyczne ro­dziny, które nie miały wła­snej re­zy­den­cji w mie­ście, byli zo­bli­go­wani do wy­na­ję­cia ume­blo­wa­nego domu, bądź po­bytu w pry­wat­nym ho­telu. Ha­tha­way­owie byli lo­jal­nymi go­śćmi Ru­tledge już od trzech lat. Czy to moż­liwe, by Poppy była ta­jem­ni­czą dziew­czyną, z którą ho­te­larz spo­tkał się tego ranka?

– Va­len­tine – rzekł nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym to­nem Ru­tledge. – Jedno z krze­seł w po­koju oso­bli­wo­ści wy­maga po­now­nego obi­cia. Rano zda­rzył się tam mały wy­pa­dek.

Jake wie­dział, że pra­co­dawca nie lubi py­tań, ale tym ra­zem nie zdo­łał się po­wstrzy­mać.

– Ja­kiego ro­dzaju wy­pa­dek, pro­szę pana?

– Fretka. Chyba pró­bo­wała uwić gniazdo w sie­dzi­sku.

Fretka? Ha­tha­way­owie na pewno byli w to za­an­ga­żo­wani.

– Czy zwie­rzę na­dal jest na wol­no­ści? – za­py­tał Jake.

– Nie, zo­stało zła­pane.

– Przez jedną z sióstr Ha­tha­way? – do­py­ty­wał chło­pak.

W zie­lo­nych oczach mi­gnęło ostrze­że­nie.

– Tak. – Ru­tledge odło­żył ra­porty na bok i od­chy­lił się na opar­cie. Wy­da­wał się roz­luź­niony, ale pal­cami wciąż bęb­nił w blat biurka. – Mam dla cie­bie kilka spraw, Va­len­tine. Naj­pierw pój­dziesz do re­zy­den­cji lorda An­do­vera przy Up­per Brook Street. Za­aran­żu­jesz dla mnie pry­watne spo­tka­nie z lor­dem w prze­ciągu ko­lej­nych dwóch dni, naj­le­piej tu­taj. Daj im ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nikt nie może o tym wie­dzieć i prze­ko­naj An­do­vera, że to sprawa naj­wyż­szej wagi.

– Do­brze, pro­szę pana. – Jake nie są­dził, by mógł na­po­tkać ja­kieś pro­blemy. Gdy Harry Ru­tledge chciał się z kimś spo­tkać, jego ży­cze­nie speł­niano nie­zwłocz­nie. – Lord An­do­ver jest oj­cem pana Mi­cha­ela Bay­ninga?

– Tak.

Co tu się, u dia­bła, dzieje?

– Na­stęp­nie za­nie­siesz to – Ru­tledge po­dał Jake’owi plik do­ku­men­tów ści­śnięty skó­rza­nym sznur­kiem – panu Ge­ral­dowi z Mi­ni­ster­stwa Wojny. Prze­każ to do rąk wła­snych. A po­tem pój­dziesz do Wa­ther­stona i ku­pisz na mój ra­chu­nek na­szyj­nik lub bran­so­letkę. Coś ład­nego, Va­len­tine. I do­star­czysz to do re­zy­den­cji pani Raw­lings.

– Z wy­ra­zami sza­cunku? – za­py­tał z na­dzieją Jake.

– Nie, z tym bi­le­tem. – Ru­tledge po­dał mu za­la­ko­waną ko­pertę. – Mu­szę się jej po­zbyć.

Jake zmar­kot­niał. Boże. Ko­lejna scena.

– Wo­lał­bym udać się do wschod­niego Lon­dynu i dać się obić ulicz­nym zło­dzie­jom, pro­szę pana.

Na twarz Ru­tledge’a wy­pły­nął uśmiech.

– Ty­dzień się jesz­cze nie skoń­czył.

Jake po­słał pra­co­dawcy wy­mowne spoj­rze­nie i wy­szedł.

Poppy do­sko­nale wie­działa, że ma swoje plusy i mi­nusy, je­śli cho­dzi o mał­żeń­stwo.

Na po­czet plu­sów na­le­żało za­li­czyć jej fakt, że miała za­moż­nych krew­nych, co ozna­czało po­kaźny po­sag.

Na po­czet mi­nu­sów na­to­miast to, że Ha­tha­way­owie nie byli dys­tyn­go­wani, a w ich ży­łach nie pły­nęła błę­kitna krew, mimo tego, że Leo miał ty­tuł.

Była atrak­cyjna. Ale też ga­da­tliwa i nie­zdarna, czę­sto jed­no­cze­śnie, a gdy się de­ner­wo­wała, obie przy­pa­dło­ści się po­głę­biały.

Ary­sto­kra­cja nie mo­gła jed­nak po­zwa­lać so­bie na taką wy­bred­ność, jak kie­dyś. Po­tęga pa­rów roz­wie­wała się po­woli, a do głosu do­cho­dziła klasa przed­się­bior­ców i kup­ców. Co­raz czę­ściej za­wie­rano mał­żeń­stwa po­mię­dzy bo­ga­tymi ple­be­ju­szami a zu­bo­żałą ary­sto­kra­cją. Pa­ro­wie mu­sieli go­dzić się na za­ty­ka­nie nosa i mie­sza­nie się z tymi ni­żej uro­dzo­nymi.

Tyle że oj­ciec Mi­cha­ela Bay­ninga, wi­ceh­ra­bia, był czło­wie­kiem wy­so­kich stan­dar­dów, zwłasz­cza je­śli w grę wcho­dziła przy­szłość syna.

– Wi­ceh­ra­bia bę­dzie mu­siał wziąć pod uwagę ten zwią­zek – wy­ja­śniła Poppy panna Marks. – Może i po­siada nie­na­ganny ro­do­wód, ale jego for­tuna ku­leje. Jego syn musi po­jąć za żonę dziew­czynę z za­moż­nego domu. Rów­nie do­brze może to być Ha­tha­way­ówna.

– Mam na­dzieję, że masz ra­cję – od­parła wtedy z uczu­ciem Poppy.

Nie miała wąt­pli­wo­ści, że jako żona Mi­cha­ela Bay­ninga bę­dzie szczę­śliwa. Był in­te­li­gentny, czuły, skory do śmie­chu... uro­dzony i wy­cho­wany jako dżen­tel­men. Ko­chała go – uczu­cie nie bu­chało z niej ża­rem na­mięt­no­ści, lecz pło­nęło cie­płym, spo­koj­nym ogniem. Uwiel­biała jego uspo­so­bie­nie, pew­ność sie­bie nie­ska­żoną na­wet cie­niem aro­gan­cji i jego wy­gląd, choć dama nie po­winna przy­zna­wać się do ta­kich rze­czy. Mi­chael miał gę­ste kasz­ta­nowe włosy i cie­płe brą­zowe oczy, a jego syl­we­tka była wy­soka i fo­remna.

Gdy Poppy go po­znała, wszystko wy­dało się jej wręcz zbyt ła­twe... Za­ko­chała się w mgnie­niu oka.

– Mam na­dzieję, że pani ze mną nie igra – po­wie­dział jej Mi­chael pew­nego wie­czoru, gdy spa­ce­ro­wali po ga­le­rii jed­nej z lon­dyń­skich po­sia­dło­ści na pro­szo­nym wie­czorku. – To zna­czy, mam na­dzieję, że nie po­my­li­łem się, bio­rąc pani uprzej­mość za coś zna­czą­cego. – Przy­sta­nął przed du­żym kra­jo­bra­zem w oleju. – Prawda jest taka, panno Ha­tha­way... Poppy... że każda mi­nuta spę­dzona w pani to­wa­rzy­stwie do­star­cza mi ta­kiej ra­do­ści, że z tru­dem zno­szę roz­sta­nia.

Spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

– Czy to moż­liwe? – szep­nęła.

– Że cię ko­cham? – szep­nął Mi­chael w od­po­wie­dzi, uśmie­cha­jąc się cierpko. – Poppy Ha­tha­way, cie­bie nie da się nie ko­chać.

Ode­tchnęła drżąco, całe jej ciało wy­peł­niło się ra­do­ścią.

– Panna Marks nie po­wie­działa mi, co dama po­winna uczy­nić w ta­kiej sy­tu­acji.

Mi­chael uśmiech­nął się sze­rzej i po­chy­lił się ku niej, jakby chciał jej po­wie­rzyć ja­kiś se­kret.

– Po­win­naś dać mi ja­kiś dys­kretny znak za­chęty.

– Ja też cię ko­cham.

– To nie było dys­kretne. – Jego brą­zowe oczy roz­bły­sły. – Ale bar­dzo miłe.

O ofi­cjal­nych za­lo­tach nie mo­gło być mowy. Oj­ciec Mi­cha­ela, wi­ceh­ra­bia An­do­ver, był bar­dzo opie­kuń­czy w sto­sunku do syna. Do­bry czło­wiek, po­wie­dział Mi­chael, ale su­rowy. Mi­chael po­pro­sił o czas, by mógł prze­ko­nać wi­ceh­ra­biego o słusz­no­ści tego ma­riażu. Poppy była go­towa dać mu go tyle, ile tylko po­trzeba.

Po­zo­stali Ha­tha­way­owie nie byli jed­nak tak ule­gli. Dla nich Poppy była skar­bem i za­słu­gi­wała na to, by za­le­cać się do niej otwar­cie i z dumą.

– Czy mam omó­wić tę kwe­stię z An­do­ve­rem? – za­py­tał Cam pew­nego wie­czoru, gdy całą ro­dziną od­po­czy­wali w swoim apar­ta­men­cie po ko­la­cji. Spo­czy­wał na so­fie obok Ame­lii, która trzy­mała w ra­mio­nach ich sze­ścio­mie­sięczne dziecko. Dla ga­dziów chło­piec na­zy­wał się Ro­nan Cole, ale ro­dzina uży­wała jego rom­skiego imie­nia: Rye.

Poppy i panna Marks zaj­mo­wały drugą sofę, a Be­atrix ba­wiła się przy ko­minku ze swoim je­żem, Me­duzą. Do­dger le­żał w swoim ko­szyku na­dą­sany z po­wodu na­uczki, którą dała mu Me­duza, gdy pró­bo­wał ba­wić się jej kol­cami.

Poppy z na­my­słem zmarsz­czyła brwi, od­ry­wa­jąc wzrok od swo­jej ro­bótki.

– To by nie­wiele dało – po­wie­działa z ża­lem szwa­growi. – Znam twój dar prze­ko­ny­wa­nia... ale Mi­chael bar­dzo sta­now­czo wy­raża się na te­mat spo­so­bów ra­dze­nia so­bie z oj­cem.

Cam po­padł w za­my­śle­nie. Z czar­nymi zbyt dłu­gimi wło­sami, lśniącą mio­dową skórą i dia­men­to­wym kol­czy­kiem w uchu wy­glą­dał bar­dziej jak po­gań­ski książę niż biz­nes­men, który do­ro­bił się for­tuny w prze­my­śle. Od swego ślubu z Ame­lią Ro­han był de facto głową ro­dziny Ha­tha­wayów. Ża­den męż­czy­zna nie byłby w sta­nie pa­no­wać nad tą nie­po­korną gro­madką tak zręcz­nie jak on. Jego ta­bor, jak ich na­zy­wał.

– Sio­strzyczko – rzekł do Poppy swo­bod­nie – Ro­mo­wie po­wia­dają, że bez świa­tła sło­necz­nego drzewo nie wyda owo­ców. Nie wi­dzę po­wodu, dla któ­rego Bay­ning miałby nie po­pro­sić o po­zwo­le­nie na za­le­ca­nie się do cie­bie otwar­cie, tak jak to za­zwy­czaj ro­bią ga­dzio­wie.

– Cam, wiem, że Ro­mo­wie mają... cóż, bar­dziej bez­po­śred­nie po­dej­ście do za­lo­tów...

Ame­lia zdu­siła śmiech. Cam z roz­my­słem ją zi­gno­ro­wał. Panna Marks spoj­rzała na nich z prze­ra­że­niem, naj­wy­raź­niej nie ma­jąc po­ję­cia, że cy­gań­ska tra­dy­cja za­lo­tów za­kłada po­rwa­nie ko­biety z jej łóżka.

– Ale wiesz rów­nie do­brze jak i my – kon­ty­nu­owała Poppy – że dla bry­tyj­skiej ary­sto­kra­cji sprawa jest bar­dziej zło­żona.

– W za­sa­dzie – wtrą­ciła su­cho Ame­lia – bry­tyj­ska ary­sto­kra­cja ne­go­cjuje mał­żeń­stwo rów­nie ro­man­tycz­nie jak trans­ak­cje ban­kowe.

Poppy spoj­rzała z wy­rzu­tem na star­szą sio­strę.

– Ame­lio, po czy­jej ty je­steś stro­nie?

– Za­wsze po two­jej. – Nie­bie­skie oczy Ame­lii na­peł­niły się tro­ską. – I dla­tego nie da­rzę za­ufa­niem tych ukrad­ko­wych za­lo­tów... od­dziel­nie przy­by­wa­cie na przy­ję­cia, ni­gdy nie za­biera cie­bie i panny Marks na prze­jażdżki po­wo­zem... jakby się cie­bie wsty­dził. Jak­byś była kom­pro­mi­tu­ją­cym se­kre­tem.

– Wąt­pisz w szcze­rość in­ten­cji pana Bay­ninga?

– Ależ skąd. Ale nie po­do­bają mi się jego me­tody.

Poppy wes­tchnęła lekko.

– Nie je­stem kon­wen­cjo­nal­nym wy­bo­rem dla syna para. I dla­tego pan Bay­ning musi po­stę­po­wać z roz­wagą.

– Je­steś naj­bar­dziej kon­wen­cjo­na­lną osobą w ca­łej ro­dzi­nie.

Poppy spoj­rzała na sio­strę po­nuro.

– Sta­tus naj­bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nego Ha­tha­waya to ra­czej nie po­wód do dumy.

Zi­ry­to­wana Ame­lia zwró­ciła się do damy do to­wa­rzy­stwa.

– Panno Marks, moja sio­stra jest prze­ko­nana, że jej ro­dzina jest tak cu­daczna, tak od­mienna od reszty, że pan Bay­ning po pro­stu musi ucie­kać się do tych wszyst­kich po­dej­rza­nych środ­ków, bo nie może po pro­stu sta­nąć przed wi­ceh­ra­bią i oznaj­mić mu otwar­cie: „Oj­cze, za­mie­rzam po­ślu­bić Poppy Ha­tha­way i pro­szę cię o bło­go­sła­wień­stwo”. Czy mo­głaby mi pani wy­ja­śnić, dla­czego pan Bay­ning musi być taki ostrożny?

Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu pan­nie Marks za­bra­kło słów.