Uwiedź mnie - Lisa Kleypas - ebook + audiobook

Uwiedź mnie ebook i audiobook

Lisa Kleypas

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Kev Merripen pokochał Winnifred Hathaway w chwili, gdy jej rodzina ocaliła go od pewnej śmierci. Ona jest subtelna i dobrze urodzona, on milczący, nieprzystępny i naznaczony mroczną przeszłością, o której wolałby zapomnieć. Kev wie, że nie jest mężczyzną dla Win. Dlatego przez lata robi wszystko, by oprzeć się uczuciu, które z każdym dniem staje się silniejsze. Aż los ich rozdziela.

Kiedy po kilku latach Win wraca do Anglii, nie jest już kruchą dziewczyną, którą Kev pamięta. Wie, czego pragnie i kogo pragnie. Merripen jednak uparcie odrzuca jej miłość, przekonany, że tylko w ten sposób może ją ochronić.

Kiedy u boku Win pojawia się przystojny i czarujący wielbiciel, Kev musi wreszcie zmierzyć się z tajemnicą własnego pochodzenia i zawalczyć o miłość, której tak długo sobie odmawiał.

„Uwiedź mnie” to drugi tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 382

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Domalewska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka e-bo­oka au­tor­stwa Lisy Kley­pas pod ty­tu­łem „Uwiedź mnie”, bę­dąca dru­gim to­mem se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”, przed­sta­wia szki­co­waną ilu­stra­cję obej­mu­ją­cej się i ca­łu­ją­cej się pary ubra­nej w stroje z epoki wik­to­riań­skiej na tle wzoru z kwia­tów i wstą­żek. Męż­czy­zna w cy­lin­drze obej­muje ko­bietę w fio­le­to­wej sukni i ozdob­nym ka­pe­lu­szu z fio­le­to­wym kwia­tem, na dole wid­nieje czarna wstążka z na­pi­sem „Ro­dzina Ha­tha­way” oraz fio­le­towa wstążka z ty­tu­łem „Uwiedź mnie”, a z boku okrą­gła pla­kietka z na­pi­sem „Tom 2”.
Lisa Kley­pas; Uwiedź mnie. Tom 2 se­rii „Ro­dzina Ha­tha­way”; Prze­kład: Agnieszka My­śliwy; Gyl­den­dal Astra; 2026

Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Se­duce me at Sun­rise

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka My­śliwy

Co­py­ri­ght © Lisa Kley­pas, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8153-701-7

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Roz­dział 1

Lon­dynZima 1848 roku

Win od za­wsze była zda­nia, że Kev Mer­ri­pen jest piękny – tak jak piękny może być su­rowy kra­jo­braz czy zi­mowy dzień. Kev był po­tęż­nym, ude­rza­jąco przy­stoj­nym, pod każ­dym wzglę­dem bez­kom­pro­mi­so­wym męż­czy­zną. Eg­zo­tyczne, zu­chwałe rysy jego twa­rzy sta­no­wiły do­sko­nałą oprawę dla oczu tak ciem­nych, że gra­nica mię­dzy źre­nicą a tę­czówką się za­cie­rała. Jego włosy były gę­ste i czarne jak skrzy­dło kruka, brwi pro­ste i mocne, a jego sze­ro­kie wargi wy­krzy­wiał stale po­nury gry­mas, na który Win nie była obo­jętna.

Mer­ri­pen, jej uko­chany, ale nie ko­cha­nek. Znali się od dzie­ciń­stwa, jej ro­dzina go przy­gar­nęła. Choć Ha­tha­way­owie za­wsze trak­to­wali go jak swo­jego, Mer­ri­pen wo­lał peł­nić rolę słu­żą­cego. Opie­kuna. Ob­cego.

Przy­szedł do sy­pialni Win i stał te­raz w progu, ob­ser­wu­jąc, jak dziew­czyna pa­kuje do ku­fra kilka oso­bi­stych przed­mio­tów z gór­nej szu­flady ko­mody. Szczotka do wło­sów, szpilki, na­rę­cze chu­s­te­czek, które wy­szyła dla niej jej sio­stra, Poppy. Win wkła­dała rze­czy do skó­rza­nej torby, bo­le­śnie świa­doma nie­wzru­szo­nej obec­no­ści Mer­ri­pena. Wie­działa, co kryje się za jego spo­ko­jem, bo w środku od­czu­wała tę samą tę­sk­notę.

Myśl o odej­ściu od niego ła­mała jej serce. A jed­nak nie miała wy­boru. Od na­padu szkar­la­tyny, który prze­żyła dwa lata wcze­śniej, miała pro­blemy ze zdro­wiem. Była szczu­pła i kru­cha, ła­two się mę­czyła i mdlała. Słabe płuca, po­wta­rzali le­ka­rze. Nic nie można zro­bić, trzeba się z tym po­go­dzić. Ży­cie spę­dzone na od­po­czynku i przed­wcze­sna śmierć.

Win nie miała za­miaru się z tym go­dzić.

Ma­rzyła o wy­zdro­wie­niu, o roz­ko­szo­wa­niu się rze­czami, które więk­szość lu­dzi uzna­wała za pew­nik. O tańcu, śmie­chu, spa­ce­rach. Pra­gnęła ko­chać... wyjść za mąż… pew­nego dnia za­ło­żyć ro­dzinę.

W swoim obec­nym sta­nie nie miała na to naj­mniej­szych szans. I to się mu­siało zmie­nić. Tego dnia wy­jeż­dżała do kli­niki we Fran­cji, gdzie ener­giczny młody le­karz, Ju­lian Har­row, osią­gał za­dzi­wia­jące re­zul­taty w le­cze­niu pa­cjen­tów ta­kich jak ona. Jego me­tody były nie­kon­wen­cjo­na­lne, kon­tro­wer­syjne, ale Win o to nie dbała. Po­wa­ży­łaby się na wszystko, byle tylko wy­zdro­wieć. W prze­ciw­nym ra­zie ni­gdy nie zdo­bę­dzie Mer­ri­pena.

– Nie jedź – po­wie­dział tak ci­cho, że le­d­wie go usły­szała.

Wal­czyła, aby nie po­ka­zać po so­bie zde­ner­wo­wa­nia, choć jej cia­łem wstrzą­sały dresz­cze.

– Pro­szę, za­mknij drzwi – zdo­łała szep­nąć. Po­trze­bo­wali odro­biny pry­wat­no­ści, aby od­być tę roz­mowę.

Mer­ri­pen się nie po­ru­szył. Na jego sma­głą twarz wy­stą­pił ru­mie­niec, a jego czarne oczy roz­bły­sły gnie­wem, który rzadko oka­zy­wał. W tej chwili był Ro­mem – emo­cje bu­rzyły się w nim tuż pod skórą, na co rzadko so­bie po­zwa­lał.

Win sama za­mknęła drzwi. Od­su­nął się, gdy po­de­szła, jakby ja­ki­kol­wiek kon­takt z nią mógł spo­wo­do­wać tra­giczne skutki.

– Dla­czego nie chcesz, że­bym po­je­chała, Kev? – za­py­tała miękko.

– Nie bę­dziesz tam bez­pieczna.

– Oczy­wi­ście, że będę – od­parła. – Ufam dok­to­rowi Har­ro­wowi. Jego me­toda wy­daje mi się roz­sądna, a fakt, że od­niósł tak wiele suk­ce­sów...

– Po­ra­żek ma tyle samo. Tu, w Lon­dy­nie, są lepsi le­ka­rze. Po­win­naś naj­pierw udać się do nich.

– My­ślę, że to dok­tor Har­row jest moją szansą. – Win uśmiech­nęła się do jego su­ro­wych, czar­nych oczu, świa­doma rze­czy, któ­rych on nie może wy­znać. – Wrócę do cie­bie, obie­cuję.

Zi­gno­ro­wał ją. Każdy jej wy­si­łek, aby ob­na­żyć ich uczu­cia, spo­ty­kał się z nie­ugię­tym opo­rem z jego strony. Ni­gdy nie przy­znałby, że wi­dzi w niej ko­goś wię­cej niż kru­chą in­wa­lidkę, która po­trze­buje jego opieki. Mo­tyl za szkłem.

A on tym­cza­sem ko­lek­cjo­no­wał ko­lejne pod­boje. Był bar­dzo dys­kretny, ale Win była prze­ko­nana, że nie­jedna ko­bieta od­dała mu swoje ciało, które on wy­ko­rzy­stał dla wła­snej przy­jem­no­ści. Po­czuła po­nury gniew na myśl o Mer­ri­pe­nie dzie­lą­cym łoże z kimś in­nym. Wszy­scy, któ­rzy ją znali, by­liby za­szo­ko­wani tym, jak bar­dzo ona go po­żąda. Naj­bar­dziej zdu­miony byłby pew­nie sam Mer­ri­pen.

Do­sko­nale, Kev, po­my­ślała na wi­dok jego po­zba­wio­nej wy­razu twa­rzy. Za­cho­wam sto­icki spo­kój, je­śli ta­kie jest twoje ży­cze­nie. Po­że­gnamy się uprzej­mie i chłodno.

Po­tem od­cho­ruje to w za­ci­szu swo­jej sy­pialni, świa­doma tego, że upły­nie cała wiecz­ność, za­nim znów go zo­ba­czy. Wie­działa jed­nak, że tak bę­dzie le­piej – nie mo­gła znieść my­śli, że mogą już do końca jej dni żyć obok sie­bie, roz­dzie­leni cho­robą.

– Cóż – oznaj­miła żwawo – nie­długo wy­jeż­dżam. Nie ma po­wodu do zmar­twień, Kev. Leo za­opie­kuje się mną w cza­sie po­dróży do Fran­cji, a...

– Twój brat na­wet o sa­mego sie­bie nie umie się za­trosz­czyć – od­parł gniew­nie Mer­ri­pen. – Ni­g­dzie nie je­dziesz. Zo­sta­jesz tu­taj, gdzie będę mógł... – Przy­gryzł wargę.

Win do­sły­szała w jego gło­sie głę­boko skry­waną nutę wście­kło­ści czy bólu. To sta­wało się co­raz bar­dziej in­te­re­su­jące. Jej serce za­częło tłuc się w piersi.

– Jest… – Mu­siała prze­rwać, aby zła­pać od­dech. – Jest tylko jedna rzecz, która mo­głaby mnie po­wstrzy­mać przed wy­jaz­dem.

Po­słał jej czujne spoj­rze­nie.

– Jaka?

Przez chwilę zbie­rała się na od­wagę, aby prze­mó­wić.

– Po­wiedz mi, że mnie ko­chasz. Po­wiedz to, a zo­stanę.

Czarne oczy roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia. Od­głos gwał­tow­nego od­de­chu prze­ciął po­wie­trze jak cios sie­kiery. Mer­ri­pen za­stygł w mil­cze­niu.

Win czuła fale roz­ba­wie­nia i roz­pa­czy, cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź.

– Ja... Za­leży mi na każ­dym członku two­jej ro­dziny...

– Nie. Wiesz, że nie o to pro­szę. – Win po­de­szła do niego, unio­sła swoje blade dło­nie do jego piersi i oparła je na twar­dych, nie­ustę­pli­wych mię­śniach. Jego ciało za­re­ago­wało gwał­tow­nie. – Pro­szę – po­wtó­rzyła, nie­na­wi­dząc się za ton de­spe­ra­cji w swoim gło­sie. – Mo­gła­bym umrzeć na­wet ju­tro, gdy­bym choć raz to usły­szała...

– Nie – wark­nął w od­po­wie­dzi, od­su­wa­jąc się.

Od­rzu­ca­jąc całą ostroż­ność, Win po­szła za nim. Chwy­ciła fałdy jego ko­szuli.

– Po­wiedz mi. Wy­znajmy w końcu prawdę i...

– Ci­cho już. Jesz­cze się roz­cho­ru­jesz.

Win roz­wście­czyła świa­do­mość, że on ma ra­cję. Już czuła zna­jomą sła­bość, za­wroty głowy, któ­rym to­wa­rzy­szyło gwał­tow­nie przy­spie­szone tętno i ciężki od­dech. Prze­klęła za­wo­dzące ją ciało.

– Ko­cham cię – oznaj­miła ża­ło­śnie. – Gdy­bym była zdrowa, żadna siła ziem­ska by mnie nie po­wstrzy­mała. Gdy­bym była zdrowa, wzię­ła­bym cię do łóżka i po­ka­zała ci, jak wiele pa­sji może kryć się w ko­bie­cie, która...

– Nie. – Uniósł dłoń do jej ust, żeby ją uci­szyć, ale cof­nął ją gwał­tow­nie, gdy wy­czuł cie­pło jej warg.

– Je­śli nie boję się tego wy­znać, dla­czego ty miał­byś się bać? – Przy­jem­ność by­cia bli­sko niego, do­ty­ka­nia go, była jak sza­leń­stwo. Przy­lgnęła do niego od­waż­nie. Pró­bo­wał ją od­su­nąć tak, aby jej nie skrzyw­dzić, ale przy­warła do niego z całą siłą, jaka jej po­zo­stała. – A je­śli wi­dzimy się po raz ostatni? Nie bę­dziesz ża­ło­wał, że nie wy­zna­łeś mi, co czu­jesz? Nie chciał­byś...

Mer­ri­pen przy­krył jej usta swo­imi, de­spe­racko pra­gnąć, aby w końcu za­mil­kła. Oboje wes­tchnęli i za­sty­gli w bez­ru­chu, wchła­nia­jąc w sie­bie to uczu­cie. Jego od­dech ude­rzał fa­lami cie­pła o jej po­li­czek. Oto­czył ją ra­mio­nami, otu­lił swoją siłą i przy­cią­gnął do swego twar­dego ciała. A po­tem wy­buchł pło­mień, w któ­rym oboje się za­tra­cili.

Czuła w jego od­de­chu sło­dycz ja­błek, go­rycz kawy i jego bo­gaty smak. Pra­gnąc wię­cej, wspięła się na palce. Przy­jął jej nie­winne za­pro­sze­nie z ni­skim, dzi­kim ję­kiem.

Po­czuła do­tyk jego ję­zyka. Otwo­rzyła się na niego i po­cią­gnęła go głę­biej, z wa­ha­niem od­da­jąc swój ję­zyk je­dwa­bi­stej piesz­czo­cie. Za­drżał, za­chły­snął się po­wie­trzem i przy­tu­lił ją moc­niej. Za­lała ją ko­lejna fala sła­bo­ści, jej zmy­sły umie­rały z tę­sk­noty za jego dłońmi, ustami i cia­łem... Cała jego moc na niej i w niej... Och, tak bar­dzo go pra­gnęła...

Mer­ri­pen ca­ło­wał ją wy­głod­niale, jego usta ata­ko­wały ją szorst­kimi, na­mięt­nymi po­ca­łun­kami. Jej zmy­sły pło­nęły z roz­ko­szy; wstrzą­sana dresz­czami, ucze­piła się go z ca­łych sił, pra­gnąc zna­leźć się jesz­cze bli­żej.

Wy­czu­wała przez war­stwy spód­nic na­cisk jego bio­der, które po­ru­szały się ryt­micz­nie. In­stynk­tow­nie wy­cią­gnęła dłoń, aby go do­tknąć, ukoić; jej place na­po­tkały twardy do­wód jego po­bu­dze­nia.

Jej usta stłu­miły jego ago­na­lny jęk. Chwy­cił jej dłoń i za­ci­snął na so­bie na je­den pa­lący mo­ment. Win otwo­rzyła sze­roko oczy, wy­czu­wa­jąc pul­so­wa­nie. Na­pię­cie wo­kół nich było tak gę­ste, że gro­ziło eks­plo­zją.

– Kev... łóżko... – szep­nęła, pą­so­wie­jąc od po­licz­ków do pal­ców stóp. Pra­gnęła go tak de­spe­racko, od tak dawna, i w końcu miało się to wy­da­rzyć. – Weź mnie...

Mer­ri­pen prze­klął i ode­pchnął ją od sie­bie. Dy­szał ciężko.

Win przy­su­nęła się do niego.

– Kev...

– Nie zbli­żaj się do mnie – rzu­cił tak wście­kle, że od­sko­czyła z prze­ra­że­nia.

Przez chwilę stali w bez­ru­chu, a w po­wie­trzu uno­siły się tylko ich gwał­towne od­de­chy.

Mer­ri­pen prze­mó­wił pierw­szy. W jego gło­sie tlił się gniew i od­raza, ale nie można było roz­po­znać, prze­ciwko komu są one skie­ro­wane.

– To się już ni­gdy wię­cej nie wy­da­rzy.

– Bo bo­isz się, że mo­żesz mnie skrzyw­dzić?

– Bo nie chcę cię w ten spo­sób.

Ze­sztyw­niała z obu­rze­nia i ro­ze­śmiała się z nie­do­wie­rza­niem.

– Re­ago­wa­łeś na mnie. Czu­łam to.

Jego ru­mie­niec stał się jesz­cze wy­raź­niej­szy.

– Z każdą inną ko­bietą by­łoby tak samo.

– Ty... ty chcesz, że­bym uwie­rzyła, że nic do mnie nie czu­jesz?

– Pra­gnę je­dy­nie chro­nić cię, tak jak każ­dego in­nego członka two­jej ro­dziny.

Wie­działa, że to kłam­stwo; czuła to. Ale jego bez­duszna re­ak­cja uła­twiała jej po­że­gna­nie.

– Ja... – Z tru­dem wy­do­by­wała z sie­bie głos. – To bar­dzo szla­chetne z two­jej strony. – Pró­bo­wała iro­ni­zo­wać, ale za­dy­szka psuła efekt. Głu­pie, słabe płuca.

– Zmę­czy­łaś się – od­parł Mer­ri­pen, pod­cho­dząc bli­żej. – Mu­sisz od­po­cząć...

– Nic mi nie jest – oznaj­miła gwał­tow­nie Win, pod­cho­dząc do umy­walni i chwy­ta­jąc się jej brze­gów dla rów­no­wagi. Zmo­czyła lekko ręcz­nik i przy­ło­żyła go do roz­pa­lo­nych po­licz­ków. Spoj­rzała w lu­stro i przy­brała swoją zwy­kłą, ła­godną ma­skę. Zdo­łała ja­koś uspo­koić głos. – Będę miała cie­bie ca­łego albo w ogóle – oświad­czyła. – Wiesz, co po­wie­dzieć, abym zo­stała. Je­śli tego nie po­wiesz, wy­jadę.

At­mos­fera w po­koju była ciężka od emo­cji. Nerwy Win krzy­czały w pro­te­ście, gdy ci­sza się prze­dłu­żała. Wpa­try­wała się w lu­stro, w któ­rym od­bi­jał się za­rys jego sze­ro­kich ra­mion. A po­tem Kev się po­ru­szył, drzwi otwo­rzyły się i za­mknęły.

Win mu­skała twarz chłod­nym ręcz­ni­kiem, ocie­ra­jąc z niej stru­mie­nie łez. Od­kła­da­jąc płótno, za­uwa­żyła, że dłoń, która go in­tym­nie do­ty­kała, za­cho­wała wspo­mnie­nie jego cie­pła. Na war­gach wciąż czuła mro­wie­nie od jego słod­kich, moc­nych po­ca­łun­ków, a jej pierś wy­peł­niał ból de­spe­rac­kiej mi­ło­ści.

– Cóż – po­wie­działa do swego za­ru­mie­nio­nego od­bi­cia – te­raz przy­naj­mniej masz mo­ty­wa­cję. – Ro­ze­śmiała się drżąco i za­częła ocie­rać ko­lejne łzy.

Cam Ro­han nad­zo­ro­wał za­ła­du­nek po­wozu, który miał wkrótce udać się do lon­dyń­skich do­ków, i nie mógł prze­stać się za­sta­na­wiać, czy nie po­peł­nia błędu. Obie­cał swo­jej mło­dej żo­nie, że za­trosz­czy się o jej ro­dzinę, a dwa mie­siące po ślu­bie od­sy­łał jedną z jej sióstr do Fran­cji.

– Mo­żemy za­cze­kać – po­wie­dział Ame­lii po­przed­niej nocy, gdy trzy­mał ją w ra­mio­nach i gła­skał jej gę­ste, brą­zowe włosy, które spły­wały falą na jego pierś. – Je­śli chcesz za­trzy­mać przy so­bie Win tro­chę dłu­żej, mo­żemy ją po­słać do kli­niki na wio­snę.

– Nie, ona musi wy­je­chać naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Dok­tor Har­row ja­sno dał nam do zro­zu­mie­nia, że zmar­no­wano już zbyt wiele czasu. Je­dyną na­dzieją Win na po­prawę jest na­tych­mia­stowe roz­po­czę­cie le­cze­nia.

Cam uśmiech­nął się, sły­sząc prag­ma­tyczny ton Ame­lii. Jego żona ce­lo­wała w skry­wa­niu emo­cji, za­cho­wu­jąc tak nie­za­chwianą po­stawę, że tylko kilka osób wie­działo, jaka jest w głębi du­szy wraż­liwa. Cam był je­dy­nym czło­wie­kiem, przy któ­rym opusz­czała gardę.

– Mu­simy być roz­sądni – do­dała.

Cam prze­wró­cił ją na plecy i spoj­rzał na jej małą, śliczną twarz, na którą pa­dało świa­tło lampy. Te wiel­kie, błę­kitne oczy, mroczne jak serce pół­nocy.

– Tak – przy­znał miękko. – Ale to nie za­wsze jest ła­twe, prawda?

Ame­lia po­trzą­snęła głową, jej oczy zwil­got­niały. Cam czub­kami pal­ców do­tknął jej po­liczka.

– Mój biedny ko­li­be­rek – szep­nął. – Prze­ży­łaś tak wiele zmian w ostat­nich mie­sią­cach, a nasz ślub nie był wcale naj­więk­szą z nich. A te­raz od­sy­łam twoją sio­strę.

– Do kli­niki, żeby tam wy­zdro­wiała. Wiem, że to dla jej do­bra. Tylko że... Będę za nią tę­sk­nić. Win to naj­droż­szy, naj­ła­god­niej­szy czło­nek na­szej ro­dziny. Za­wsze nas go­dziła. Pew­nie się po­za­bi­jamy pod jej nie­obec­ność. – Jęk­nęła ci­cho. – Nie waż się ni­komu zdra­dzić, że pła­ka­łam, bo się z tobą po­li­czę.

– Nie, mo­ni­sha – koił ją i przy­tu­lał, gdy po­cią­gała no­sem. – Twoje se­krety są ze mną bez­pieczne. Prze­cież wiesz.

Sca­ło­wał łzy z jej po­licz­ków, po­woli zdjął z niej ko­szulę nocną i ko­chał się z nią le­ni­wie.

– Moja mi­ło­ści – szep­tał, gdy drżała pod nim. – Po­zwól mi za­dbać o sie­bie... – Gdy brał w po­sia­da­nie jej ciało, po­wta­rzał jej w ob­cym ję­zyku, że wielbi ją pod każ­dym wzglę­dem, że ko­cha jej wnę­trze i że ni­gdy jej nie opu­ści. Choć Ame­lia nie ro­zu­miała jego słów, sam ich dźwięk ją pod­nie­cał. Jej pa­znok­cie prze­su­wały się po jego ple­cach, a jej bio­dra uno­siły się pod jego cię­ża­rem. Za­do­wa­lał ją i sam czer­pał przy­jem­ność, aż jego żona od­pły­nęła w pe­łen za­spo­ko­je­nia sen.

Jesz­cze długo po­tem Cam tu­lił ją do sie­bie, gdy z za­ufa­niem uło­żyła głowę w za­gię­ciu jego ra­mie­nia. Był te­raz od­po­wie­dzialny za Ame­lię i za jej całą ro­dzinę.

Ha­tha­way­owie byli grupą od­mień­ców skła­da­jącą się z czte­rech sióstr, brata i Mer­ri­pena, który był Ro­mem, jak Cam. Nie­wiele o nim wie­dziano, poza tym, że zo­stał przy­gar­nięty przez Ha­tha­wayów jako dziecko, po tym jak ran­nego w ob­ła­wie na Cy­ga­nów po­rzu­cono go na pewną śmierć. Był kimś wię­cej niż sługą, ale nie cał­kiem człon­kiem ro­dziny.

Trudno było prze­wi­dzieć, jak Mer­ri­pen bę­dzie się pro­wa­dził pod nie­obec­ność Win, ale Cam miał prze­czu­cie, że nie bę­dzie przy­jem­nie. Nie mo­gli się od sie­bie bar­dziej róż­nić – ja­sno­włosa in­wa­lidka i po­tężny Rom. Ona tak wy­ra­fi­no­wana i ete­ryczna, on ciem­no­skóry, nie­ocio­sany i pra­wie nie­ucy­wi­li­zo­wany. Ist­niała jed­nak po­mię­dzy nimi więź, jak szlak ja­strzę­bia, który za­wsze wraca do tego sa­mego lasu, po­dą­ża­jąc za wska­zów­kami nie­wi­dzial­nych map, two­rzo­nych przez samą na­turę.

Gdy za­koń­czono za­ła­du­nek, a ba­gaż zo­stał za­bez­pie­czony skó­rza­nymi pa­sami, Cam wró­cił do apar­ta­mentu ho­te­lo­wego, w któ­rym się całą ro­dziną za­trzy­mali. Ze­brali się w sa­lo­nie, aby się po­że­gnać.

Nie­obec­ność Mer­ri­pena była po­dej­rzana. Tło­czyli się w ma­łym po­koju – sio­stry i ich brat, Leo, który je­chał do Fran­cji jako to­wa­rzysz i eskorta Win.

– Już wy­star­czy – po­wie­dział szorstko Leo, kle­piąc po ple­cach naj­młod­szą z nich, Be­atrix, która wła­śnie skoń­czyła szes­na­ście lat. – Nie ma sensu urzą­dzać scen.

Dziew­czyna wtu­liła się w niego jesz­cze moc­niej.

– Bę­dziesz taki sa­motny, z dala od domu. Może weź­miesz jedno z mo­ich zwie­rzą­tek, żeby ci do­trzy­mało to­wa­rzy­stwa?

– Nie, ko­cha­nie. Będę się mu­siał za­do­wo­lić ludz­kim to­wa­rzy­stwem, które znajdę na po­kła­dzie. – Leo zwró­cił się do Poppy, osiem­na­sto­let­niej, rdza­wo­wło­sej pięk­no­ści. – Do wi­dze­nia, sio­strzyczko. Ciesz się swoim pierw­szym se­zo­nem w Lon­dy­nie. Spró­buj nie za­ak­cep­to­wać pierw­szego, który ci się oświad­czy.

Poppy po­de­szła, aby go ob­jąć.

– Drogi Leo – po­wie­działa, przy­ci­ska­jąc twarz do jego ra­mie­nia – spró­buj się za­cho­wy­wać w tej Fran­cji.

– Nikt się nie za­cho­wuje we Fran­cji – od­parł Leo. – Dla­tego wszy­scy ją tak lu­bią. – Od­wró­cił się do Ame­lii. Jego pewna sie­bie fa­sada za­częła się roz­pa­dać. Ode­tchnął nie­pew­nie. Z ca­łego ro­dzeń­stwa to Leo i Ame­lia naj­czę­ściej i naj­bar­dziej za­pal­czy­wie się kłó­cili. A jed­nak to ona była jego ulu­bie­nicą. Prze­szli ra­zem tak wiele, gdy opie­ko­wali się młod­szym ro­dzeń­stwem po śmierci ro­dzi­ców. Na oczach Ame­lii Leo za­mie­nił się z obie­cu­ją­cego mło­dego ar­chi­tekta we wrak czło­wieka. Odzie­dzi­cze­nie wi­ceh­ra­bio­stwa w ni­czym nie po­mo­gło. W za­sa­dzie nowo na­byty ty­tuł i sta­tus tylko przy­spie­szyły upa­dek Leo. To jed­nak nie po­wstrzy­mało Ame­lii przed walką o niego. Na każ­dym kroku pró­bo­wała go ra­to­wać, co go sza­le­nie iry­to­wało.

Ko­bieta po­de­szła do niego i oparła czoło na jego piersi.

– Leo – po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem. – Je­śli Win coś się sta­nie, za­biję cię.

De­li­kat­nie po­gła­skał ją po gło­wie.

– Gro­zisz mi śmier­cią od lat i nic z tego nie wy­nika.

– Cz-cze­ka­łam na wła­ściwy po­wód.

Leo uśmiech­nął się, uniósł jej głowę i zło­żył po­ca­łu­nek na jej czole.

– Przy­wiozę ją całą i zdrową.

– A sie­bie?

– Sie­bie rów­nież.

Ame­lia wy­gła­dziła za­gnie­ce­nia jego płasz­cza, jej wargi za­drżały.

– Więc może le­piej już ze­rwij z ży­ciem pi­ja­nego utra­cju­sza.

Leo uśmiech­nął się sze­roko.

– Ale ja za­wsze wie­rzy­łem, że na­leży roz­wi­jać swoje na­tu­ralne ta­lenty. – Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. – A zresztą ty nie mo­żesz da­wać rad na te­mat pro­wa­dze­nia się. Prze­cież wy­szłaś za czło­wieka, któ­rego le­dwo znasz.

– To była naj­lep­sza rzecz, jaką mo­głam zro­bić.

– Nie będę się kłó­cił, skoro to on opłaca moją po­dróż do Fran­cji. – Leo wy­cią­gnął rękę i uści­snął dłoń Cama. Ich zna­jo­mość nie za­częła się naj­le­piej, ale obaj męż­czyźni szybko się po­lu­bili. – Do wi­dze­nia, phral – po­wie­dział Leo, uży­wa­jąc rom­skiego słowa, któ­rego Cam go na­uczył. Zna­czyło: brat. – Wiem, że do­sko­nale so­bie po­ra­dzisz, opie­ku­jąc się ro­dziną. Mnie się już po­zby­łeś, a to obie­cu­jący po­czą­tek.

– Wró­cisz do od­bu­do­wa­nego domu i kwit­ną­cej po­sia­dło­ści, mi­lor­dzie.

Leo ro­ze­śmiał się ni­sko.

– Nie mogę się już do­cze­kać, kiedy zo­ba­czę twoje osią­gnię­cia na wła­sne oczy. Wiesz, nie każdy par po­wie­rzyłby swoje dzie­dzic­two dwóm Cy­ga­nom.

– Je­stem prze­ko­nany, że ty je­steś je­dyny.

Gdy Win po­że­gnała się z sio­strami, Leo po­mógł jej wsiąść do po­wozu i usiadł obok. Po­czuli lek­kie szarp­nię­cie, gdy czwórka ru­szyła, wio­ząc ich w kie­runku lon­dyń­skich do­ków.

Leo przy­glą­dał się pro­fi­lowi Win. Jak zwy­kle nie oka­zy­wała zbyt wielu emo­cji, jej piękna twarz była spo­kojna i opa­no­wana. Do­strzegł jed­nak plamy ko­loru na jej bla­dych po­licz­kach i palce za­ci­śnięte na ha­fto­wa­nej chu­s­teczce, którą trzy­mała na ko­la­nach. Za­uwa­żył, że Mer­ri­pen nie przy­szedł się z nimi po­że­gnać. Za­sta­na­wiał się, czy on i Win się po­sprze­czali.

Wes­tchnął ci­cho i ob­jął ra­mie­niem jej szczu­płą, kru­chą fi­gurkę. Ze­sztyw­niała, ale nie od­su­nęła się. Po chwili chu­s­teczka po­wę­dro­wała do góry; Win otarła oczy. Była prze­ra­żona, chora i nie­szczę­śliwa.

A on był wszyst­kim, co miała.

Boże do­po­móż.

– Nie po­zwo­li­łaś chyba Be­atrix wmu­sić so­bie jed­nego z jej zwie­rza­ków? – Spró­bo­wał ją roz­we­se­lić. – Ostrze­gam, je­śli masz przy so­bie jeża albo szczura, wy­rzucę go za burtę, gdy tylko znaj­dziemy się na statku.

Win po­trzą­snęła głową i wy­dmu­chała nos.

– Wiesz – oznaj­mił swo­bod­nym to­nem, wciąż ją przy­tu­la­jąc – je­steś naj­mniej za­bawną ze wszyst­kich mo­ich sióstr. Jak to się w ogóle stało, że jadę z tobą do Fran­cji?

– Mo­żesz mi wie­rzyć – pa­dła mo­kra od łez od­po­wiedź – że nie by­ła­bym taka nudna, gdy­bym tylko miała ja­kiś wy­bór. Gdy wy­zdro­wieję, za­cznę się bar­dzo źle za­cho­wy­wać.

– Jest więc na co cze­kać. – Przy­tu­lił po­li­czek do jej ja­snych wło­sów.

– Leo – za­py­tała po chwili – dla­czego ofia­ro­wa­łeś się po­je­chać ze mną do tej kli­niki? Czy to dla­tego, że także chcesz wy­zdro­wieć?

Nie­winne py­ta­nie wy­wo­łało w nim falę wzru­sze­nia i iry­ta­cji. Win, tak jak po­zo­stali człon­ko­wie jego ro­dziny, trak­to­wali jego pi­cie jak cho­robę, którą może ule­czyć okres abs­ty­nen­cji i zmiana oto­cze­nia. A tym­cza­sem było ono tylko ob­ja­wem praw­dzi­wej cho­roby – bólu tak upar­tego, że cza­sami bał się, że jego serce się prze­zeń za­trzyma.

Nie było le­kar­stwa na utratę Laury.

– Nie – od­parł. – Nie mam ta­kich aspi­ra­cji. Będę po pro­stu kon­ty­nu­ował moje sza­leń­stwo w no­wej sce­ne­rii. – Jego słowa zo­stały na­gro­dzone ci­chym śmie­chem. – Win... czy po­kłó­ci­łaś się z Mer­ri­pe­nem? To dla­tego nie przy­szedł się po­że­gnać? – Po dłu­giej chwili ci­szy Leo prze­wró­cił oczami. – Je­śli na­prawdę za­mie­rzasz mil­czeć, sio­strzyczko, czeka nas bar­dzo długa po­dróż.

– Tak, po­kłó­ci­li­śmy się.

– O co? O kli­nikę Har­rowa?

– Nie do końca. To zna­czy po czę­ści, ale... – Win wzru­szyła ra­mio­nami. – To zbyt skom­pli­ko­wane. Wy­ja­śnie­nie tego za­ję­łoby mi całą wiecz­ność.

– Mamy do po­ko­na­nia ocean i pół Fran­cji. Zdą­żymy, mo­żesz mi wie­rzyć.

Gdy po­wóz od­je­chał, Cam udał się do stajni za ho­te­lem, schlud­nego bu­dynku, w któ­rym mie­ściły się boksy dla koni i po­wo­zów. Tak jak się spo­dzie­wał, za­stał Mer­ri­pena przy wierz­chow­cach. Ho­te­lowe staj­nie za­spo­ka­jały tylko część po­trzeb swo­ich miesz­kań­ców, dla­tego też nie­które prace mu­sieli wy­ko­ny­wać wła­ści­ciele zwie­rząt. Mer­ri­pen czy­ścił wła­śnie czar­nego wa­ła­cha Cama, trzy­latka o dźwięcz­nym imie­niu Puka.

Ru­chy Mer­ri­pena były lek­kie, szyb­kie i me­to­dyczne, gdy prze­cią­gał zgrze­błem po błysz­czą­cych bo­kach ru­maka.

Cam ob­ser­wo­wał go przez chwilę, do­ce­nia­jąc jego zręcz­ność. Le­genda o tym, że Cy­ga­nie naj­le­piej zaj­mują się końmi, nie była zmy­ślona. Ro­mo­wie trak­to­wali ko­nie jak to­wa­rzy­szy, zwie­rzęta po­ezji i he­ro­izmu. Puka ak­cep­to­wał obec­ność Mer­ri­pena z sza­cun­kiem, któ­rego nie oka­zy­wał zbyt wielu lu­dziom.

– Czego chcesz? – za­py­tał Mer­ri­pen, na­wet na Cama nie pa­trząc.

Cam wszedł do otwar­tego boksu le­ni­wym kro­kiem i uśmiech­nął się, gdy Puka po­chy­lił łeb i szturch­nął go w pierś.

– Nie, chłop­cze... żad­nego cu­kru. – Po­kle­pał mu­sku­larny kark. Rę­kawy miał pod­wi­nięte do łokci; na jego przed­ra­mie­niu wid­niał ta­tuaż przed­sta­wia­jący czar­nego la­ta­ją­cego ko­nia. Cam nie pa­mię­tał, skąd go ma... Był tam od za­wsze, z po­wo­dów, któ­rych jego babka mu nie ob­ja­śniła.

Ry­su­nek od­wzo­ro­wy­wał le­gen­dar­nego ir­landz­kiego wierz­chowca, pukę, za­ra­zem zło­wro­gie i szla­chetne stwo­rze­nie, które mó­wiło ludz­kim gło­sem i prze­miesz­czało się no­cami na sze­roko roz­po­star­tych skrzy­dłach. We­dług le­gendy puka po­ja­wiał się nie­za­po­wie­dziany pod oknami lu­dzi o pół­nocy i za­bie­rał ich na prze­jażdżki, które na za­wsze od­mie­niały ich ży­cie.

Cam ni­gdy nie wi­dział u ni­kogo po­dob­nego sym­bolu. Do czasu, gdy spo­tkał Mer­ri­pena, który zo­stał nie­dawno ranny w po­ża­rze. Gdy le­czyli jego opa­rze­nia, od­kryli na ra­mie­niu ta­tuaż.

To spro­wo­ko­wało Cama do ko­lej­nych py­tań.

Zo­ba­czył, że Mer­ri­pen ukrad­kiem spo­gląda na jego rękę.

– Co można po­my­śleć o Ro­mie, no­szą­cym ir­landzki sym­bol? – za­py­tał Cam.

– W Ir­lan­dii też są Ro­mo­wie, to nic ta­kiego.

– Ten ta­tuaż skrywa ta­jem­nicę – oznaj­mił spo­koj­nie Cam. – Ni­gdy wcze­śniej ta­kiego nie wi­dzia­łem. Ty masz taki sam. A ze zdu­mie­nia Ha­tha­wayów tym fak­tem wnio­skuję, że bar­dzo się sta­ra­łeś, by go ukryć. Dla­czego, phral?

– Nie na­zy­waj mnie tak.

– Je­steś czę­ścią ro­dziny Ha­tha­wayów od dzie­ciń­stwa. A ja się wże­ni­łem. To czyni nas braćmi, nie­praw­daż?

Je­dyną od­po­wie­dzią było po­gar­dliwe spoj­rze­nie.

Cam czer­pał per­wer­syjną przy­jem­ność z przy­ja­ciel­skiego trak­to­wa­nia Roma, który tak otwar­cie nim gar­dził. Ro­zu­miał do­sko­nale, co było źró­dłem wro­go­ści Mer­ri­pena. Nowy męż­czy­zna w ro­dzi­nie, vitsa, kom­pli­ko­wał sy­tu­ację, jego sta­tus po­wi­nien być niż­szy. Cam, obcy, który wkro­czył znie­na­cka i z mar­szu prze­jął rolę głowy ro­dziny, był po pro­stu nie do znie­sie­nia. Nie po­ma­gał także fakt, że Cam był po­sh­ram, mie­szań­cem zro­dzo­nym ze związku Cy­ganki i ir­landz­kiego ga­dzia. A co gor­sza, był do tego wszyst­kiego za­możny, co ucho­dziło za praw­dziwą hańbę w oczach każ­dego Roma.

– Dla­czego go ukry­wa­łeś? – za­py­tał Cam.

Mer­ri­pen prze­rwał szczot­ko­wa­nie ko­nia i po­słał mu zimne, mroczne spoj­rze­nie.

– Po­wie­dziano mi, że to znak klą­twy. W dniu, w któ­rym od­kryję, co ten ry­su­nek ozna­cza, umrę ja lub ktoś mi bli­ski.

Cam nic po so­bie nie po­ka­zał, ale po­czuł na karku dreszcz nie­po­koju.

– Kim ty je­steś, Mer­ri­pen? – za­py­tał ci­cho.

Po­stawny Rom wró­cił do pracy.

– Ni­kim.

– By­łeś kie­dyś czę­ścią ple­mie­nia. Mu­sia­łeś mieć ro­dzinę.

– Ojca nie pa­mię­tam. Matka zmarła przy moim po­ro­dzie.

– Tak jak moja. Wy­cho­wy­wała mnie babka.

Zgrze­bło za­sty­gło w bez­ru­chu. Ża­den z nich się nie po­ru­szył. W stajni za­pa­dła mar­twa ci­sza, sły­chać było tylko po­chra­py­wa­nie koni.

– Mnie wy­cho­wy­wał wuj. Na asha­ribe.

– Aha. – Cam nie po­ka­zał po so­bie współ­czu­cia, które wy­peł­niło jego wnę­trze.

Nic dziw­nego, że Mer­ri­pen tak do­brze wal­czył. Nie­które cy­gań­skie ple­miona wy­bie­rały naj­sil­niej­szych chłop­ców i przy­uczały ich do walk na gołe pię­ści, wy­sta­wia­jąc ich prze­ciwko so­bie na jar­mar­kach i w za­jaz­dach. Ga­pie ob­sta­wiali wy­niki. Nie­któ­rzy z tych chłop­ców do­zna­wali trwa­łych uszczerb­ków, inni gi­nęli. A tych, któ­rzy prze­trwali, da­lej za­pra­wiano w bo­jach, aby stali się wo­jow­ni­kami.

– Cóż, to by tłu­ma­czyło twój słodki cha­rak­ter – za­drwił Cam. – To dla­tego zde­cy­do­wa­łeś się zo­stać z Ha­tha­way­ami po tym, jak cię przy­gar­nęli? Bo nie chcia­łeś już dłu­żej żyć jak asha­ribe?

– Tak.

– Kła­miesz, phral – po­wie­dział Cam, przy­pa­tru­jąc się mu uważ­nie. – Zo­sta­łeś z in­nego po­wodu. – Ru­mie­niec na twa­rzy Mer­ri­pena zdra­dził mu prawdę. – Zo­sta­łeś dla niej – do­dał ci­cho.

Roz­dział 2

Dwa­na­ście lat wcze­śniej

Nie było w nim do­bra. Ani ła­god­no­ści. Od ma­łego spał na twar­dej ziemi, jadł nie­wy­szu­kaną strawę, pił zimną wodę i na roz­kaz bił się z in­nymi chłop­cami. Je­śli od­mó­wił wzię­cia udziału w walce, bił go jego wu­jek, rom baro, przy­wódca klanu. Nie miał matki, która by się za nim wsta­wiła, ani ojca, który mógłby sta­nąć na dro­dze su­ro­wym ka­rom rom baro. Nikt ni­gdy nie do­ty­kał go ina­czej niż z nie­na­wi­ścią. Eg­zy­sto­wał po to, by wal­czyć, kraść i wy­stę­po­wać prze­ciwko ga­dziom.

Więk­szość Cy­ga­nów nie da­rzyła nie­na­wi­ścią bla­dych, zie­mi­stych An­gli­ków, któ­rzy miesz­kali w schlud­nych do­mach, no­sili ze­garki w kie­sze­niach i czy­tali książki przy ko­minku. Nie ufali im tylko. Ale ple­mię Keva po­gar­dzało ga­dziami, bo po­gar­dzał nimi rom baro. A ka­prysy, prze­ko­na­nia i upodo­ba­nia wo­dza stają się two­imi.

Tam, gdzie ple­mię rom baro roz­kła­dało obóz, wy­rzą­dzało za­zwy­czaj tyle szkód i cier­pie­nia, że osta­tecz­nie ga­dzio­wie zde­cy­do­wali się wy­gnać je ze swo­jej ziemi. An­glicy przy­byli na ko­niach, pod bro­nią. Strze­lali, bili pałką. Śpią­cych Ro­mów za­ata­ko­wano w ich wła­snych łóż­kach, ko­biety i dzieci krzy­czały i pła­kały. Obóz zo­stał zbu­rzony, miesz­kańcy wy­gnani, a wozy vardo pod­pa­lone. Ga­dzio­wie ukra­dli też ko­nie.

Kev pró­bo­wał z nimi wal­czyć, bro­nić swo­jej vitsa, ale otrzy­mał cios w głowę ciężką kolbą strzelby. Ktoś inny dźgnął go ba­gne­tem. Ple­mię po­rzu­ciło go na pewną śmierć. Le­żał sam, pół­przy­tomny, na brzegu rzeki i przy­słu­chi­wał się szem­rzą­cej wo­dzie, czu­jąc pod sobą chłód twar­dej, mo­krej ziemi, mgli­ście świa­domy tego, że jego krew wsiąka w zie­mię cie­płymi stru­my­kami. Cze­kał bez stra­chu na wiel­kie koło, które prze­to­czy go w ciem­ność. Nie miał po co żyć.

Gdy jed­nak Po­ra­nek wy­szedł na spo­tka­nie swo­jej sio­stry Nocy, Kev po­czuł, że ktoś go pod­nosi i umiesz­cza na ma­łym, wiej­skim wo­zie. Zna­lazł go ga­dzio, który po­pro­sił miej­sco­wego chłopca, aby po­mógł mu od­wieźć umie­ra­ją­cego Roma do jego domu.

Po raz pierw­szy w ży­ciu Kev zna­lazł się pod da­chem cze­goś in­nego niż vardo. Czuł się roz­darty po­mię­dzy za­cie­ka­wie­niem tym ob­cym oto­cze­niem a gnie­wem na ga­dzia, przez któ­rego bę­dzie umie­rać w upo­ko­rze­niu w domu. Kev był jed­nak zbyt słaby, czuł zbyt wiele bólu, aby choć kiw­nąć pal­cem w swo­jej obro­nie.

Po­kój, który za­jął, był nie­wiele więk­szy od koń­skiego boksu, stały w nim łóżko i krze­sło. Były po­szewki, po­duszki, opra­wione ro­bótki na ścia­nach, ozdo­biona ko­ra­li­kami i frędz­lami lampa. Gdyby Kev nie był tak chory, osza­lałby w tym prze­ła­do­wa­nym, ma­łym wnę­trzu.

Ga­dzio, który go tu przy­niósł... Ha­tha­way… był wy­so­kim, szczu­płym męż­czy­zną z ja­snymi, żół­tymi wło­sami. Jego ła­god­ność i wstrze­mięź­li­wość wzbu­dzały w Ke­vie wro­gość. Dla­czego Ha­tha­way go oca­lił? Czego mógł chcieć od cy­gań­skiego chłopca? Kev nie chciał z nim roz­ma­wiać i od­mó­wił przyj­mo­wa­nia le­ków. Od­rzu­cał każdy przy­ja­zny gest. Nic nie za­wdzię­czał temu Ha­tha­way­owi. Nie chciał zo­stać oca­lony, nie chciał żyć. Le­żał więc w mil­cze­niu i wzdra­gał się, ile­kroć męż­czy­zna zmie­niał mu opa­tru­nek.

Kev prze­mó­wił tylko raz, gdy Ha­tha­way za­py­tał o jego ta­tuaż.

– Co to za znak?

– To klą­twa – wy­du­sił Kev przez za­ci­śnięte zęby. – Nie mów o tym ni­komu, albo spad­nie także na cie­bie.

– Ro­zu­miem. – Męż­czy­zna miał miły głos. – Do­trzy­mam two­jej ta­jem­nicy. Ale po­wiem ci, że jako ra­cjo­na­li­sta nie wie­rzę w prze­sądy. Klą­twa ma tylko tyle mocy, ile jej przy­da­jemy.

Głupi ga­dzio, po­my­ślał Kev. Wszy­scy wie­dzieli, że ten, kto za­prze­cza klą­twie, ściąga na sie­bie nie­szczę­ście.

Do­mo­stwo było ha­ła­śliwe, pełne dzieci. Kev sły­szał je przez za­mknięte drzwi po­koju, w któ­rym go umiesz­czono. Było jed­nak coś jesz­cze... czy­jaś ni­kła, słodka obec­ność. Uno­siła się w po­wie­trzu, tuż za ścianą, poza jego za­się­giem. A on tę­sk­nił za nią, pra­gnął jej, bo nio­sła wy­ba­wie­nie od mroku, go­rączki i bólu.

W zgiełku sprze­cza­ją­cych się, śmie­ją­cych i śpie­wa­ją­cych dzieci sły­szał szmer, który wy­wo­ły­wał u niego gę­sią skórkę. Dziew­częcy głos. Uro­czy, ko­jący. Chciał, aby ona do niego przy­szła. Ma­rzył o tym, gdy tak le­żał, a jego rany go­iły się z mę­czącą po­wol­no­ścią. Przyjdź do mnie...

Ona jed­nak ni­gdy się nie zja­wiła. Je­dy­nymi oso­bami, które go od­wie­dzały byli Ha­tha­way i jego żona, sym­pa­tyczna, lecz nie­ufna ko­bieta, która przy­pa­try­wała się Ke­vowi jak dzi­kiemu zwie­rzątku, które od­na­la­zło drogę do cy­wi­li­zo­wa­nego domu. A on za­cho­wy­wał się od­po­wied­nio, war­cząc i pry­cha­jąc, ile­kroć ktoś się do niego zbli­żył. Gdy tylko od­zy­skał siły, umył się w mi­sce cie­płej wody, którą zo­sta­wili mu w po­koju. Nie jadł przy nich, lecz cze­kał, aż zo­sta­wią tacę przy jego łóżku. Cała jego siła woli kon­cen­tro­wała się na tym, aby wy­zdro­wieć na tyle, by móc uciec.

Kilka razy przez szparę uchy­lo­nych drzwi do po­koju za­glą­dały dzieci – dwie małe dziew­czynki o imio­nach Poppy i Be­atrix, które chi­cho­tały i pisz­czały, gdy na nie war­czał. Była także star­sza córka, Ame­lia, która pa­trzyła na niego z taką samą dozą scep­ty­cy­zmu jak jej matka. I wy­soki, nie­bie­sko­oki chło­piec, Leo, który nie mógł być wiele star­szy od Keva.

– Chcę ci coś wy­ja­śnić – oznaj­mił chło­pak od progu ci­chym gło­sem. – Nikt tu­taj nie chce wy­rzą­dzić ci krzywdy. Mo­żesz stąd odejść, gdy tylko od­zy­skasz siły. – Spoj­rzał na Keva po­sęp­nym, go­rącz­ko­wym wzro­kiem. – Mój oj­ciec to do­bry czło­wiek. Sa­ma­ry­ta­nin. Ja nie. Więc na­wet nie myśl o skrzyw­dze­niu czy ob­ra­że­niu ko­go­kol­wiek z Ha­tha­wayów, bo bę­dziesz miał ze mną do czy­nie­nia.

Ke­vowi spodo­bały się te słowa. Na tyle, aby lekko ski­nął Leo głową. Rzecz ja­sna, gdyby był zdrowy, z ła­two­ścią po­ko­na­łby chło­paka, po­słałby go na zie­mię krwa­wią­cego i po­ła­ma­nego. Kev za­czął jed­nak wie­rzyć, że ta dzi­waczna ro­dzinka nie wy­rzą­dzi mu krzywdy. I nic od niego nie chce. Dają mu tylko schro­nie­nie i opiekę, jak bez­pań­skiemu psu. A w za­mian nie ocze­kują ni­czego.

To jed­nak nie umniej­szało jego po­gardy dla nich i dla ich ab­sur­dal­nie mięk­kiego, wy­god­nego świata. Nie­na­wi­dził ich wszyst­kich pra­wie tak bar­dzo, jak nie­na­wi­dził sie­bie. Był wo­jow­ni­kiem, zło­dzie­jem pła­wią­cym się w prze­mocy i oszu­stwie. Nie wi­dzieli tego? Wy­da­wali się w ogóle nie poj­mo­wać, jak wiel­kie za­gro­że­nie spro­wa­dzili do swo­jego domu.

Po ty­go­dniu go­rączka Keva spa­dła, a jego rana za­skle­piła się na tyle, aby mógł się po­ru­szać. Wie­dział, że musi odejść, za­nim sta­nie się coś strasz­nego, za­nim coś zrobi. Pew­nego ranka obu­dził się więc wcze­śnie i ubrał się po­woli w to, co mu po­da­ro­wano, a co kie­dyś na­le­żało do Leo.

Każdy ruch po­wo­do­wał cier­pie­nie, ale Kev igno­ro­wał dud­nie­nie w gło­wie i pa­lący ból w ple­cach. Wło­żył do kie­szeni nóż i wi­de­lec z tacy, oga­rek świecy i skra­wek my­dła. Do po­koju wpa­dły przez małe okno pierw­sze pro­mie­nie słońca. Oni wkrótce wstaną. Kev ru­szył do drzwi, czu­jąc za­wroty głowy i opadł w omdle­niu na ma­te­rac. Dy­sząc ciężko, spró­bo­wał się pod­nieść.

Roz­le­gło się pu­ka­nie. Roz­chy­lił wargi, aby wark­nąć na in­truza.

– Mogę wejść? – usły­szał miękki, dziew­częcy głos.

Prze­kleń­stwo za­marło mu na ustach. Jego zmy­sły osza­lały. Za­mknął oczy, od­dy­chał ciężko i cze­kał.

To ty. Przy­szłaś.

Na­resz­cie.

– Tak długo by­łeś sam – po­wie­działa, pod­cho­dząc do niego – że po­my­śla­łam, że po­trzebne ci to­wa­rzy­stwo. Mam na imię Win­ni­fred.

Kev sy­cił się jej za­pa­chem i gło­sem, jego serce tłu­kło się w piersi. Ostroż­nie uło­żył się na ple­cach, igno­ru­jąc prze­szy­wa­jący ból. Otwo­rzył oczy.

Był prze­ko­nany, że żadna An­gielka nie może się rów­nać z Cy­gan­kami. Ale ona była nie­zwy­kła, jak istota nie z tego świata, blada jak świa­tło księ­życa, ze srebr­nymi wło­sami i twa­rzą, na któ­rej ma­lo­wała się czuła po­waga. Była słodka, nie­winna i de­li­katna. Była wszyst­kim, czym on nie mógł być. Całe jego je­ste­stwo za­re­ago­wało na nią tak gwał­tow­nie, że wy­cią­gnął dło­nie i schwy­cił ją z ci­chym po­mru­kiem.

Wy­dała stłu­miony okrzyk, ale nie po­ru­szyła się. Kev wie­dział, że nie po­wi­nien jej do­ty­kać. Nie znał ła­god­no­ści. Skrzyw­dziłby ją, na­wet się o to nie sta­ra­jąc. A jed­nak roz­luź­niła się pod jego do­ty­kiem i spoj­rzała na niego swymi spo­koj­nymi, nie­bie­skimi oczami.

Dla­czego się go nie bała? Wła­ści­wie to on bał się o nią, bo wie­dział, do czego jest zdolny.

Nie­świa­do­mie przy­cią­gał ją co­raz bli­żej. Czuł tylko, że część jej cię­żaru opiera się na nim, a jego palce wbi­jają się w mięk­kie ciało jej ra­mion.

– Puść – po­wie­działa ła­god­nie.

Nie chciał tego. Ni­gdy. Pra­gnął tu­lić ją do sie­bie, roz­pu­ścić jej war­kocz i prze­cze­sy­wać pal­cami jej ja­sne, je­dwa­bi­ste włosy. Chciał ją unieść ze sobą na krańce ziemi.

– Jak cię pusz­czę – mruk­nął – to zo­sta­niesz?

De­li­katne wargi wy­gięły się w słod­kim, roz­kosz­nym uśmie­chu.

– Głup­ta­sie, oczy­wi­ście, że zo­stanę. Prze­cież przy­szłam cię od­wie­dzić.

Po­woli roz­luź­nił uścisk. My­ślał, że uciek­nie, ale zo­stała.

– Po­łóż się – po­le­ciła. – Dla­czego je­steś już ubrany? – Otwarła sze­roko oczy. – Och, nie mo­żesz odejść, do­póki cał­kiem nie wy­zdro­wie­jesz.

Nie mu­siała się mar­twić. Prze­stał pla­no­wać ucieczkę w chwili, gdy ją zo­ba­czył. Uło­żył się wy­god­nie na po­dusz­kach i nie spusz­czał z niej oczu, gdy sia­dała na krze­śle. Miała na so­bie ró­żową su­kienkę. Jej brzegi, de­kolt i rę­kawki były ozdo­bione marsz­cze­niami.

– Jak masz na imię? – za­py­tała.

Kev nie­na­wi­dził mó­wić. Nie­na­wi­dził roz­ma­wiać. Ale był go­tów na wszystko, aby ją przy so­bie za­trzy­mać.

– Mer­ri­pen.

– To twoje imię?

Po­trzą­snął głową.

– A zdra­dzisz mi swoje imię?

Nie mógł. Rom mógł dzie­lić się tą wie­dzą tylko z in­nymi Ro­mami.

– Zdradź cho­ciaż pierw­szą li­terę – po­pro­siła.

Kev wpa­try­wał się w nią w zdu­mie­niu.

– Nie znam zbyt wielu cy­gań­skich imion. Luca? Marko? Ste­fan?

Kev zro­zu­miał na­gle, że ona pró­buje go roz­ba­wić. Kpi so­bie z niego. Nie wie­dział, jak na to za­re­ago­wać. Za­zwy­czaj, gdy ktoś z niego kpił, otrzy­my­wał mocny cios pro­sto w twarz.

– Któ­re­goś dnia mi po­wiesz – oznaj­miła, uśmie­cha­jąc się lekko. Po­ru­szyła się, chcąc wstać z krze­sła, a wtedy ręka Keva wy­strze­liła do przodu i chwy­ciła jej ra­mię. Na jej twa­rzy bły­snęło za­sko­cze­nie.

– Po­wie­dzia­łaś, że zo­sta­niesz – rzu­cił szorstko.

Win wolną ręką do­tknęła tej, która za­ci­snęła się na jej nad­garstku.

– Zo­stanę. Uspo­kój się, Mer­ri­pen. Przy­niosę nam tylko ka­na­pki i her­batę. Puść mnie. Za­raz wrócę. – Jej dłoń była lekka i cie­pła, gdy ocie­rała się o jego rękę. – Zo­stanę cały dzień, je­śli tylko chcesz.

– Nie po­zwolą ci.

– Oczy­wi­ście, że po­zwolą. – Wy­swo­bo­dziła się, de­li­kat­nie od­gi­na­jąc jego palce. – Nie de­ner­wuj się tak. Mój Boże, a ja my­śla­łam, że Cy­ga­nie z za­sady są we­seli.

Pra­wie się uśmiech­nął.

– Mia­łem ciężki ty­dzień – po­wie­dział po­nuro.

– Tak, wi­dzę. Jak od­nio­słeś rany?

– Ga­dzio­wie za­ata­ko­wali moje ple­mię. Mogą tu po mnie przyjść. – Na­dal wpa­try­wał się w nią wy­głod­nia­łym wzro­kiem, ale zmu­sił się, aby ją pu­ścić. – Nie je­stem tu bez­pieczny. Mu­szę odejść.

– Nikt się nie od­waży cię stąd za­brać. Mój oj­ciec jest bar­dzo sza­no­wa­nym czło­wie­kiem. Na­ukow­cem. – Wi­dząc scep­tyczne spoj­rze­nie Mer­ri­pena, do­dała: – Pióro jest sil­niej­sze od mie­cza.

Tak mógłby po­wie­dzieć tylko ga­dzio. Prze­cież nie miało to naj­mniej­szego sensu.

– Lu­dzie, któ­rzy w ze­szłym ty­go­dniu za­ata­ko­wali moją vitsa, nie byli uzbro­jeni w pióra.

– Bie­dac­two – po­wie­działa ze współ­czu­ciem. – Tak mi przy­kro. Twoje rany mu­siały się za­ognić od tego wier­ce­nia się. Przy­niosę ci le­kar­stwo.

Ni­gdy wcze­śniej nikt nie oka­zy­wał Ke­vowi współ­czu­cia. Nie po­do­bało mu się to. Ura­żało jego dumę.

– I tak go nie we­zmę. Le­kar­stwa ga­dziów nie dzia­łają. Je­śli je przy­nie­siesz, wrzucę je do...

– Do­brze. Nie eks­cy­tuj się tak. Je­stem prze­ko­nana, że to ci szko­dzi. – Po­de­szła do drzwi, a Kev po­czuł sza­loną de­spe­ra­cję. Był pe­wien, że ona nie wróci. A tak bar­dzo pra­gnął jej obec­no­ści. Gdyby tylko miał siłę, wy­sko­czyłby z łóżka i znów ją zła­pał. Ale nie był w sta­nie. Od­pro­wa­dził ją więc po­nu­rym spoj­rze­niem i mruk­nął:

– A idź so­bie. Niech cię dia­bli.

Win­ni­fred przy­sta­nęła w progu i spoj­rzała na niego przez ra­mię z za­gad­ko­wym uśmie­chem.

– Ależ ty je­steś prze­korny i za­gnie­wany. Wrócę z her­batą, ka­nap­kami i książką, i zo­stanę tak długo, jak bę­dzie trzeba, że­byś się uśmiech­nął.

– Ja się nie uśmie­cham.

Ku jego zdu­mie­niu Win wró­ciła. Spę­dziła z nim więk­szość dnia, czy­ta­jąc mu ja­kąś nudną, roz­wle­kłą hi­sto­rię, która na­peł­niła go sen­nym za­do­wo­le­niem. Nic, ani mu­zyka, ani szum drzew w le­sie, ani śpiew pta­ków nie spra­wiły mu ni­gdy tyle ra­do­ści, co jej de­li­katny głos. Cza­sami za­glą­dał do nich inny czło­nek jej ro­dziny, ale Kev już na nich nie war­czał. Wy­peł­niał go spo­kój, po raz pierw­szy, od­kąd się­gał pa­mię­cią. Nie po­tra­fił nie­na­wi­dzić, gdy był tak bli­ski szczę­ścia.

Na­stęp­nego dnia Ha­tha­way­owie prze­nie­śli go do głów­nego po­miesz­cze­nia w domu, sa­lo­niku, za­sta­wio­nego znisz­czo­nymi me­blami. Każda wolna po­wierzch­nia po­kryta była szki­cami, ro­bót­kami ręcz­nymi i sto­sami ksią­żek. Nie można było się ru­szyć, żeby cze­goś nie prze­wró­cić.

Kev le­żał na so­fie, młod­sze dziew­czynki ba­wiły się na dy­wa­nie, pró­bu­jąc na­uczyć wie­wiórkę Be­atrix no­wych sztu­czek. Leo grał z oj­cem w sza­chy. Ame­lia i jej matka go­to­wały w kuchni obiad. A Win usia­dła przy Ke­vie, aby się za­jąć jego wło­sami.

– Masz grzywę jak dzika be­stia – sko­men­to­wała, roz­dzie­la­jąc pal­cami zmierz­wione pu­kle i de­li­kat­nie je roz­cze­su­jąc. – Nie ru­szaj się. Pró­buję spra­wić, że­byś wy­glą­dał bar­dziej cywi... Och, prze­stań się wier­cić. Nikt nie ma tak wraż­li­wej głowy.

Kev nie wier­cił się jed­nak z po­wodu splą­ta­nych wło­sów, czy grze­bie­nia. Po pro­stu nikt ni­gdy go tak długo nie do­ty­kał. Był prze­ra­żony, cały trząsł się w środku... Gdy jed­nak ro­zej­rzał się ostroż­nie po po­koju, do­strzegł, że nikt nie zwraca uwagi na to, co robi Win.

Od­chy­lił się na opar­cie z przy­mknię­tymi oczami. Grze­bień po­cią­gnął go zbyt mocno, a Win wy­mam­ro­tała prze­pro­siny i za­częła roz­cie­rać po­draż­nione miej­sce czub­kami pal­ców. Tak de­li­kat­nie. Ści­snęło go w gar­dle, a pod po­wie­kami po­czuł łzy. Po­ru­szony, oszo­ło­miony, zdła­wił w so­bie to uczu­cie. Po­zo­stał czujny, ale pa­syw­nie zga­dzał się na jej do­tyk. Pra­wie nie mógł od­dy­chać z roz­ko­szy, którą mu da­wała.

Win owi­nęła mu szyję ręcz­ni­kiem i wzięła no­życzki.

– Je­stem w tym na­prawdę do­bra – po­wie­działa, po­chy­la­jąc mu głowę i cze­sząc loki na karku. – A ty po­trze­bu­jesz cię­cia. Na two­jej gło­wie jest tyle wło­sów, że wy­star­czy­łoby na ma­te­rac.

– Uwa­żaj, chłop­cze – wtrą­cił we­soło pan Ha­tha­way. – Pa­mię­taj, co spo­tkało Sam­sona.

Kev pod­niósł głowę.

– Co?

Win znów po­pchnęła ją w dół.

– Włosy były źró­dłem siły Sam­sona – wy­ja­śniła. – Gdy Da­lila je ob­cięła, osłabł i zo­stał wzięty do nie­woli przez Fi­li­sty­nów.

– Nie czy­ta­łeś Bi­blii? – za­py­tała Poppy.

– Nie – od­parł Kev. Za­stygł w bez­ru­chu, gdy no­życzki ostroż­nie za­częły prze­rze­dzać gę­ste fale na jego karku.

– Je­steś po­ga­ni­nem?

– Tak.

– Ta­kim, co zjada lu­dzi? – za­py­tała Be­atrix z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem.

Win od­po­wie­działa sio­strze, za­nim Kev zdo­łał to zro­bić.

– Nie, Be­atrix. Można być po­ga­ni­nem bez by­cia ka­ni­ba­lem.

– Ale Cy­ga­nie je­dzą jeże – stwier­dziła Be­atrix. – A to jest rów­nie złe jak zja­da­nie lu­dzi. Jeże też mają uczu­cia, wie­cie? – Prze­rwała, ob­ser­wu­jąc opa­da­jący na pod­łogę ciężki lok. – Jaki ładny! – krzyk­nęła. – Mogę go wziąć, Win?

– Nie – rzu­cił po­nuro Mer­ri­pen.

– A dla­czego?

– Ktoś mógłby go użyć, aby rzu­cić zły urok. Albo mi­ło­sne za­klę­cie.

– Ja ni­gdy bym tego nie zro­biła – przy­znała z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią Be­atrix. – Chcia­ła­bym nim wy­mo­ścić gniazdo.

– Nie, ko­cha­nie – po­wie­działa spo­koj­nie Win. – Je­śli to nie­po­koi na­szego przy­ja­ciela, twoje zwie­rzątka będą mu­siały zna­leźć coś in­nego do mosz­cze­nia gniazda. – No­życzki kon­ty­nu­owały pracę. – Czy wszy­scy Cy­ga­nie są tak prze­sądni jak ty?

– Nie. Więk­szość jest jesz­cze gor­sza.

Jej lekki śmiech po­ła­sko­tał go w ucho, a cie­pły od­dech wy­wo­łał gę­sią skórkę.

– A co by­łoby twoim zda­niem gor­sze, Mer­ri­pen... zły urok, czy mi­ło­sne za­klę­cie?

– Mi­ło­sne za­klę­cie – od­parł bez wa­ha­nia.

Z ja­kie­goś po­wodu cała ro­dzina za­częła się śmiać. Mer­ri­pen zmie­rzył ich złym wzro­kiem, ale nie zna­lazł w nich drwiny, tylko przy­ja­ciel­skie roz­ba­wie­nie.

W mil­cze­niu przy­słu­chi­wał się ich roz­mo­wom, gdy Win ob­ci­nała mu włosy. Była to naj­dziw­niej­sza kon­wer­sa­cja, ja­kiej kie­dy­kol­wiek był świad­kiem – dziew­częta swo­bod­nie dys­ku­to­wały z bra­tem i oj­cem. Zmie­niali te­maty, de­ba­to­wali nad pro­ble­mami, które ich w ogóle nie do­ty­czyły, i sy­tu­acjami, które nie miały na nich bez­po­śred­niego wpływu. To wszystko nie miało sensu, ale oni wy­da­wali się do­sko­nale ba­wić.

Nie miał do­tych­czas po­ję­cia, że tacy lu­dzie ist­nieją. I nie po­tra­fił zgad­nąć, jak udało im się tak długo prze­trwać.

Ha­tha­way­owie byli na­iwni, eks­cen­tryczni, pełni ra­do­ści i po­chło­nięci książ­kami, mu­zyką i sztuką. Miesz­kali w roz­pa­da­ją­cym się domku, ale za­miast re­pe­ro­wać fu­tryny i dziury w da­chu, oni ho­do­wali róże i pi­sali po­ezje. Je­śli uła­mała się noga krze­sła, wkła­dali pod nią na­rę­cze ksią­żek. Ich prio­ry­tety były dla Keva za­gadką. Za­sko­czyli go jesz­cze bar­dziej, gdy po tym, jak wy­le­czyli jego rany, za­pro­sili go, aby z nimi za­miesz­kał.

– Mo­żesz zo­stać, jak długo ze­chcesz – oznaj­mił mu pan Ha­tha­way – choć po­dej­rze­wam, że pew­nego dnia za­pra­gniesz nas opu­ścić i udać się na po­szu­ki­wa­nia swego ple­mie­nia.

Ke­vin nie miał już jed­nak ple­mie­nia. Zo­sta­wili go na pewną śmierć. To była od te­raz jego przy­stań.

Za­czął zaj­mo­wać się rze­czami, na które Ha­tha­way­owie nie zwra­cali uwagi – ła­tał dziury w su­fi­cie i bu­twie­jące belki pod ko­mi­nem. Bał się wy­so­ko­ści, ale uło­żył na da­chu nowe da­chówki. Za­jął się ko­niem i krową, do­glą­dał wa­rzyw­nych grzą­dek i na­wet na­pra­wiał im buty. Wkrótce pani Ha­tha­way za­częła po­wie­rzać mu pie­nią­dze, za które ro­bił w wio­sce za­kupy.

Tylko raz jego obec­ność w chatce Ha­tha­wayów zo­stała pod­dana w wąt­pli­wość, gdy przy­ła­pano go na bójce z wiej­skimi chło­pa­kami.

Pani Ha­tha­way prze­ra­ziła się na wi­dok jego po­obi­ja­nej twa­rzy i krwa­wią­cego nosa, i za­żą­dała, aby po­wie­dział jej, co się wy­da­rzyło.

– Po­sła­łam cię po ser, a wra­casz z pu­stymi rę­kami w ta­kim sta­nie – krzy­czała. – Co zro­bi­łeś?

Kev się nie tłu­ma­czył, stał ci­cho z po­nurą twa­rzą w progu, gdy ona go gro­miła.

– Nie będę to­le­ro­wać prze­mocy pod moim da­chem. Je­śli nie chcesz wy­ja­śnić mi, co się wy­da­rzyło, za­bierz swoje rze­czy i odejdź.

Za­nim jed­nak Kev zdo­łał prze­mó­wić, do domu we­szła Win.

– Nie, mamo – po­wie­działa spo­koj­nie. – Ja wiem, co się stało. Moja przy­ja­ciółka Laura wszystko mi opo­wie­działa. Jej brat tam był. Mer­ri­pen bro­nił na­szej ro­dziny. Dwaj chłopcy gło­śno mio­tali obe­lgi na Ha­tha­wayów i Mer­ri­pen ich za to zbił.

– Ja­kiego ro­dzaju obe­lgi? – za­py­tała zdu­miona pani Ha­tha­way.

Kev wpa­try­wał się w pod­łogę, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Win nie bała się prawdy.

– Kry­ty­kują na­szą ro­dzinę, bo przy­gar­nę­li­śmy Roma. Nie­któ­rym miesz­kań­com wio­ski się to nie po­doba. Boją się, że Mer­ri­pen ich okrad­nie, rzuci na nich klą­twę, i tego typu non­sensy. Ob­wi­niają nas, bo go przy­gar­nę­li­śmy.

Kev drżał, wstrzą­sany par­ko­sy­zmami gniewu. A jed­no­cze­śnie prze­peł­niało go uczu­cie po­rażki. Był dla tej ro­dziny cię­ża­rem. Nie mógł żyć wśród ga­dziów, nie wy­wo­łu­jąc kon­flik­tów.

– Odejdę – po­wie­dział. To naj­lep­sze, co mógł zro­bić.

– Do­kąd? – za­py­tała Win za­ska­ku­jąco ostrym gło­sem, jakby sama wzmianka o jego odej­ściu ją zi­ry­to­wała. – Tu jest twoje miej­sce. Nie masz do­kąd pójść.

– Je­stem Ro­mem – od­parł zwy­czaj­nie. Jego miej­sce było wszę­dzie i ni­g­dzie.

– Nie ma mowy o odej­ściu – oznaj­miła pani Ha­tha­way. – Na pewno nie z po­wodu wiej­skich zbi­rów. Jaki przy­kład da­ła­bym swoim dzie­ciom, gdy­bym po­zwo­liła zwy­cię­żyć igno­ran­cji i nik­czem­no­ści? Nie, zo­sta­niesz. Nie można po­stą­pić ina­czej. Ale nie wolno ci się bić, Mer­ri­pen. Igno­ruj ich, a w końcu stracą za­in­te­re­so­wa­nie.

Głu­pie sen­ty­menty ga­dziów. Igno­ro­wa­nie ni­gdy nie od­no­siło skutku. Naj­szyb­szy spo­sób, aby uci­szyć prze­śla­dowcę, to zbić go na kwa­śne jabłko.

Do roz­mowy włą­czył się nowy głos.

– Je­śli zo­sta­nie – za­uwa­żył Leo, wcho­dząc do kuchni – bę­dzie mu­siał się bić, mamo.

Leo wy­glą­dał rów­nie źle jak Kev – miał pod­bite oko i roz­ciętą wargę. Uśmiech­nął się krzywo do matki i sióstr, a po­tem spoj­rzał na Keva.

– Obi­łem jed­nego czy dwóch, któ­rych ty prze­ga­pi­łeś – wy­ja­śnił.

– Moje bie­dac­two – po­wie­działa z roz­pa­czą pani Ha­tha­way, bio­rąc w dłoń rękę syna, po­si­nia­czoną i krwa­wiącą w miej­scu, w któ­rym kły­kieć mu­siał się ze­tknąć z czy­imś zę­bem. – To dło­nie stwo­rzone do trzy­ma­nia ksią­żek, nie do walki.

– My­ślę, że ra­dzą so­bie z jed­nym i dru­gim – od­parł kpiąco Leo. Spo­waż­niał, gdy spoj­rzał na Mer­ri­pena. – Niech mnie dia­bli, je­śli po­zwolę ko­mu­kol­wiek dyk­to­wać so­bie, kto ma prawo miesz­kać w moim wła­snym domu. Tak długo jak u nas zo­sta­niesz, Mer­ri­pen, będę cię bro­nił jak brata.

– Nie chcę do­kła­dać wam zmar­twień – wy­mam­ro­tał Kev.

– To nic ta­kiego – od­parł Leo, ostroż­nie zgi­na­jąc palce. – Nie­które ide­ały są warte tego, aby się za nimi ująć.

Roz­dział 3

Ide­ały. Za­sady. Su­rowe re­alia po­przed­niego ży­cia Keva nie po­zwa­lały na­wet my­śleć o ta­kich rze­czach, ale stały kon­takt z Ha­tha­way­ami zmie­nił go – dzięki nim za­czął do­strze­gać war­to­ści wyż­sze niż tylko prze­trwa­nie. Rzecz ja­sna, ni­gdy nie zo­stałby na­ukow­cem czy dżen­tel­me­nem. Całe lata jed­nak przy­słu­chi­wał się oży­wio­nym dys­ku­sjom Ha­tha­wayów na te­mat Szek­spira, Ga­li­le­usza, prze­wagi sztuki fla­mandz­kiej nad we­necką, de­mo­kra­cji, mo­nar­chii i teo­kra­cji. Na­uczył się czy­tać, przy­swoił so­bie ła­cinę i kilka fran­cu­skich słów. Zmie­nił się w ko­goś, kogo jego ple­mię by nie po­znało.

Nie my­ślał o pań­stwu Ha­tha­way w ka­te­go­riach ro­dzi­ców, ale zro­biłby dla nich wszystko. Nie było w nim pra­gnie­nia, aby na­wią­zy­wać bli­skie re­la­cje z in­nymi ludźmi. To wy­ma­ga­łoby znacz­nie wię­cej za­ufa­nia i in­tym­no­ści, niż w so­bie znaj­do­wał. Ale na­prawdę za­le­żało mu na gro­madce Ha­tha­wayów, na­wet na Leo. I była jesz­cze Win, za którą Kev od­dałby ży­cie po ty­siąc­kroć.

Ni­gdy nie ośmie­liłby się zhań­bić jej swoim do­ty­kiem, czy za­kła­dać, że może za­jąć w jej sercu ja­kieś inne miej­sce niż tylko opie­kuna.

Była zbyt do­sko­nała, zbyt wy­jąt­kowa. Sta­wała się ko­bietą, a jej piękno urze­kało każ­dego męż­czy­znę w hrab­stwie.

Obcy po­strze­gali Win jako lo­dową dzie­wicę, upo­rząd­ko­waną, nie­wzru­szoną sa­wantkę. Nie­wiele wie­dzieli o jej in­te­li­gent­nym po­czu­ciu hu­moru i cie­ple, które prze­bi­jało przez jej ide­alną fa­sadę. Nie wi­dzieli, jak uczyła Poppy ka­dryla, aż obie opa­dły na pod­łogę, po­kła­da­jąc się ze śmie­chu. Nie wi­dzieli, jak po­lo­wała na żaby z Be­atrix, z far­tusz­kiem peł­nym pod­ska­ku­ją­cych pła­zów. Ani jak za­baw­nie czy­tała Dic­kensa, na­śla­du­jąc całą masę gło­sów i dźwię­ków, i wy­wo­łu­jąc salwy śmie­chu u słu­cha­czy.

Kev ją ko­chał. Nie tak, jak mi­łość opi­sują ar­ty­ści i po­eci. Nie tak ba­nal­nie. Jego uczu­cie prze­kra­czało gra­nice ziemi, nieba czy na­wet pie­kła. Każda chwila bez niej była dla niego ago­nią; każda chwila z nią przy­no­siła spo­kój. Każdy do­tyk jej dłoni zo­sta­wiał na jego du­szy od­cisk. Wo­lałby się za­bić, niż do tego przy­znać. Prawda ta zo­stała jed­nak głę­boko po­grze­bana w jego sercu.

Nie wie­dział, czy Win od­wza­jem­nia jego uczu­cie. Wie­dział tylko, że tego nie chce.

– Pro­szę, pro­szę – po­wie­działa Win pew­nego dnia, gdy po wę­drówce do­liną usie­dli na tra­wie w swoim ulu­bio­nym miej­scu. – Pra­wie ci się udało.

– Co mi się pra­wie udało? – za­py­tał Kev le­ni­wie. Uło­żyli się pod kępą drzew, obok któ­rej prze­pły­wał po­roz­to­powy stru­myk, wy­sy­cha­jący la­tem. Trawa usiana była fio­le­to­wymi ze­rwami i białą wią­zówką, która na­sy­cała wil­gotne po­wie­trze za­pa­chem mig­da­łów.

– Uśmiech­nąć się. – Win unio­sła się na łok­ciach i po­tarła pal­cami jego wargi. Kev wstrzy­mał od­dech.

Z po­bli­skiej ga­łęzi wzbił się w niebo świer­go­tek, wy­da­jąc z sie­bie długi, wy­soki trel.

Sku­piona na swoim za­da­niu Win wy­gięła ką­ciki ust Keva do góry i przy­trzy­mała je tak przez chwilę.

Po­bu­dzony i roz­ba­wiony Kev prych­nął śmie­chem i od­su­nął jej dłoń.

– Po­wi­nie­neś się czę­ściej uśmie­chać – po­wie­działa Win, nie spusz­cza­jąc zeń wzroku. – Je­steś wtedy bar­dzo przy­stojny.

Była bar­dziej olśnie­wa­jąca niż słońce, jej włosy były jak kre­mowy je­dwab, usta miała lekko za­ró­żo­wione. Na pierw­szy rzut oka mo­gło się wy­da­wać, że pro­wa­dzi przy­ja­ciel­skie śledz­two, ale Kev wie­dział, że Win pró­buje od­kryć jego se­krety.

Pra­gnął po­cią­gnąć ją na trawę i przy­kryć swoim cia­łem. Już cztery lata miesz­kał z Ha­tha­way­ami. Co­raz trud­niej było mu kon­tro­lo­wać swe uczu­cia wzglę­dem Win.

– O czym my­ślisz, gdy tak na mnie pa­trzysz? – za­py­tała miękko.

– Nie mogę po­wie­dzieć.

– Czemu?

Kev po­czuł, że na jego war­gach znów błąka się uśmiech, tym ra­zem pod­szyty kpiną.

– Prze­stra­szy­ła­byś się.

– Mer­ri­pen – za­prze­czyła zde­cy­do­wa­nie – nic, co mógł­byś po­wie­dzieć czy zro­bić, mnie nie prze­stra­szy. – Zmarsz­czyła brwi. – Po­wiesz mi w końcu, jak masz na imię?

– Nie.

– Po­wiesz. Zmu­szę cię. – Za­częła uda­wać, że za­daje mu ciosy pię­ściami.

Kev chwy­cił jej szczu­płe nad­garstki i z ła­two­ścią ją obez­wład­nił. Jego ciało po­dą­żyło za dłońmi, wię­żąc Win pod sobą. To było złe, ale nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. Unie­ru­cho­mił ją swoim cię­ża­rem, a gdy po­czuł, jak ona in­stynk­tow­nie wierci się pod nim, aby się do­pa­so­wać, spa­ra­li­żo­wała go pier­wotna przy­jem­ność. Spo­dzie­wał się walki, a ona le­żała spo­koj­nie w jego ra­mio­nach i uśmie­chała się do niego.

Mgli­ście pa­mię­tał je­den z mi­tów, któ­rych Ha­tha­way­owie byli za­go­rza­łymi wiel­bi­cie­lami... ten grecki, o Ha­de­sie, bogu pod­zie­mia, który po­rwał młodą Per­se­fonę z ukwie­co­nej łąki i po­cią­gnął ją za sobą w dół, do swo­jego mrocz­nego świata, w któ­rym mógł ją po­siąść. Sio­stry Ha­tha­way były obu­rzone lo­sem Per­se­fony, ale Kev w du­chu sym­pa­ty­zo­wał z Ha­de­sem. Kul­tura Ro­mów ide­ali­zo­wała ideę po­rwa­nia ko­biety, którą chciało się po­jąć za żonę. Po­do­bny gest po­wta­rzano przy każ­dych pra­wie kon­ku­rach.

– Nie ro­zu­miem, dla­czego zo­stała ska­zana na ży­cie z Ha­de­sem w pod­zie­miach tylko dla­tego, że zja­dła kilka pe­stek gra­natu – oznaj­miła wzbu­rzona Poppy. – Nikt jej uprze­dził, ja­kie są za­sady. To nie było uczciwe. Je­stem pewna, że nic by tam nie tknęła, gdyby wie­działa, co się wy­da­rzy.

– I na­wet się nie naja­dła – do­dała zde­ner­wo­wana Be­atrix. – Ja na jej miej­scu po­pro­si­ła­bym o pud­ding albo cho­ciaż pasz­te­cik.

– Może wcale nie była nie­szczę­śliwa, że mu­siała zo­stać – za­su­ge­ro­wała Win z bły­skiem w oku. – Prze­cież Ha­des uczy­nił ją swoją kró­lową. A mit głosi, że po­sia­dał „wszyst­kie bo­gac­twa ziem­skie”.

– Za­moż­ność męża – wtrą­ciła Ame­lia – nie zmie­nia faktu, że główna re­zy­den­cja Per­se­fony znaj­do­wała się w nie­cie­ka­wej lo­ka­li­za­cji. Po­my­śl­cie o trud­no­ściach, ja­kie mu­siała na­po­ty­kać, gdy chciała ją wy­na­jąć poza se­zo­nem.

Jed­no­myśl­nie zgo­dziły się, że Ha­des był okrop­nym ło­trem.

Kev jed­nak do­sko­nale ro­zu­miał, dla­czego bóg pod­zie­mia zde­cy­do­wał się po­rwać Per­se­fonę na swoją ob­lu­bie­nicę. Pra­gnął odro­biny słońca, cie­pła dla sie­bie w po­nu­rych mro­kach swego pod­ziem­nego pa­łacu.

– Człon­ko­wie two­jego ple­mie­nia, któ­rzy cię po­rzu­cili na pewną śmierć... – po­wie­działa Win, wy­ry­wa­jąc Keva z za­dumy – ...mogą znać twoje imię, a ja nie?

– Ow­szem. – Kev ob­ser­wo­wał grę świa­tła i cie­nia na jej twa­rzy. Za­sta­na­wiał się, co by po­czuł, gdyby przy­ci­snął wargi do tej de­li­kat­nej, ja­snej skóry.

Po­mię­dzy pło­wymi brwiami Win za­ry­so­wała się uro­cza zmarszczka.

– Dla­czego? Dla­czego nie chcesz mi po­wie­dzieć?

– Bo je­steś ga­dziem. – Jego ton był znacz­nie czul­szy, niż po­wi­nien.

– Twoim ga­dziem.

Serce Keva ści­snęło się bo­le­śnie. Ona nie na­le­żała do niego i ni­gdy nie bę­dzie na­le­żeć. Chyba że w jego sercu.

Prze­to­czył się nad nią i wstał.

– Czas wra­cać – rzu­cił szorstko. Wy­cią­gnął rękę, ujął jej małą dłoń i po­de­rwał ją do góry. Win wpa­dła na niego z im­pe­tem. Jej spód­nice za­trze­po­tały wo­kół jego nóg, a szczu­pły, ko­biecy kształt jej ciała do­pa­so­wał się do niego na­tu­ral­nie. De­spe­racko szu­kał siły, woli, aby ją ode­pchnąć.

– Spró­bu­jesz ich od­na­leźć, Mer­ri­pen? – za­py­tała. – Odej­dziesz ode mnie pew­nego dnia?

Ni­gdy, po­my­ślał żar­li­wie.

– Nie wiem – po­wie­dział za­miast tego.

– Je­śli to zro­bisz, pójdę za tobą. I spro­wa­dzę cię do domu.

– Wąt­pię, aby czło­wiek, któ­rego po­ślu­bisz, ci na to ze­zwo­lił.

Win uśmiech­nęła się tak, jakby usły­szała coś ab­sur­dal­nego. Od­su­nęła się i pu­ściła jego rękę. Wra­cali do Hamp­shire Ho­use w mil­cze­niu.

– To­bar? – za­py­tała Win po dłu­giej chwili. – Gar­ri­dan? Palo?

– Nie.

– Rye?

– Nie.

– Co­oper?... Stan­ley?...

– Nie.

Cała ro­dzina była dumna z Leo, który zo­stał przy­jęty do Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Pa­ryżu, gdzie przez dwa lata stu­dio­wał sztukę i ar­chi­tek­turę. Jego ta­lent był tak obie­cu­jący, że część cze­snego po­krył z wła­snej kie­szeni wy­bitny lon­dyń­ski ar­chi­tekt, Row­land Tem­ple, za­pra­sza­jąc Leo do od­pra­co­wa­nia długu w roli jego kre­śla­rza po po­wro­cie.

Leo wy­rósł na spo­koj­nego, ła­god­nego mło­dzieńca, ob­da­rzo­nego in­te­lek­tem i po­czu­ciem hu­moru. Jego ta­lenty i am­bi­cje były za­po­wie­dzią ko­lej­nych suk­ce­sów. Po po­wro­cie do An­glii Leo za­miesz­kał w Lon­dy­nie, aby wy­peł­nić swoje zo­bo­wią­za­nia wo­bec Tem­ple’a, czę­sto jed­nak od­wie­dzał ro­dzinę, przy oka­zji za­le­ca­jąc się do ślicz­nej, ciem­no­wło­sej Laury Dil­lard.

Pod jego nie­obec­ność Kev ro­bił, co mógł, opie­ku­jąc się Ha­tha­way­ami. A pan Ha­tha­way nie­raz pró­bo­wał po­móc Ke­vowi za­pla­no­wać przy­szłość. Roz­mowy te za każ­dym ra­zem jed­nak koń­czyły się dla nich obu ata­kiem fru­stra­cji.

– Mar­nu­jesz się tu­taj – mó­wił pan Ha­tha­way z za­nie­po­ko­joną miną.

Kev pry­chał coś w od­po­wie­dzi, ale Ha­tha­way się nie pod­da­wał.

– Mu­simy roz­wa­żyć twoją przy­szłość. I za­nim co­kol­wiek po­wiesz, po­zwól mi za­uwa­żyć, że je­stem świa­domy tego, że Ro­mo­wie żyją te­raź­niej­szo­ścią. Ale ty się zmie­ni­łeś, Mer­ri­pen. Za­sze­dłeś zbyt da­leko, aby od­rzu­cać to, co w to­bie ro­śnie.

– Chce­cie, że­bym od­szedł?

– Wiel­kie nieba, oczy­wi­ście, że nie. Mó­wi­łem ci już nie­raz, że mo­żesz zo­stać z nami tak długo, jak bę­dziesz tego chciał. Ale moim obo­wiąz­kiem jest uświa­do­mić ci, że zo­sta­jąc tu­taj, po­świę­casz wiele oka­zji do do­sko­na­le­nia się. Po­wi­nie­neś wy­je­chać w świat, tak jak Leo. Zdo­być prak­tykę w ja­kimś za­wo­dzie, na­uczyć się han­dlu, może za­cią­gnąć do ar­mii...

– I co bym z tego miał?

– Na po­czą­tek za­ro­bił­byś wię­cej, niż te marne gro­sze, które ja mogę ci pła­cić.

– Nie po­trze­buję pie­nię­dzy.

– Ale w obec­nej sy­tu­acji nie masz środ­ków na to, aby się oże­nić, ku­pić szmat ziemi...

– Nie chcę się że­nić. Ani po­sia­dać ziemi. Nikt jej nie po­siada.

– W oczach bry­tyj­skiego rządu, Mer­ri­pen, czło­wiek zde­cy­do­wa­nie może po­sia­dać zie­mię, a na niej dom.

– Na­miot sta­nie tam, gdzie upad­nie pa­łac.

– Wo­lał­bym się kłó­cić z setką uczo­nych niż z jed­nym Cy­ga­nem. Do­brze więc, zo­stawmy na ra­zie tę sprawę. Ale miej na uwa­dze, Mer­ri­pen... ży­cie to coś wię­cej niż po­dą­ża­nie za pry­mi­tyw­nymi im­pul­sami. Męż­czy­zna musi od­ci­snąć na ziemi swoje piętno.

– Dla­czego? – py­tał Kev, au­ten­tycz­nie zdu­miony.

Mniej wię­cej rok po po­wro­cie Leo z Pa­ryża ro­dzinę Ha­tha­wayów spo­tkała tra­ge­dia. Do tej pory żadne z nich nie znało praw­dzi­wego smutku, stra­chu czy żalu. Żyli w chro­nio­nym ja­kąś ma­gią ro­dzin­nym kręgu. Pew­nego wie­czoru pan Ha­tha­way za­czął jed­nak na­rze­kać na oso­bliwe, ostre bóle w piersi, co jego żona zdia­gno­zo­wała jako nie­straw­ność po wy­jąt­kowo ob­fi­tej ko­la­cji. Pan Ha­tha­way po­ło­żył się do łóżka wcze­śniej, z po­sza­rzałą twa­rzą. Na­stęp­nego ranka po­grą­żona w łzach pani Ha­tha­way oznaj­miła zdu­mio­nym dzie­ciom, że ich oj­ciec nie żyje.

To był do­piero po­czą­tek ich nie­szczęść. Wy­da­wało się, że ro­dzina zo­stała ob­ło­żona klą­twą, zsy­ła­jącą na nich tyle cier­pie­nia, ile prze­żyli szczę­ścia. „Nie­szczę­ścia cho­dzą trój­kami”, ma­wiał Mer­ri­pen i ku jego gorz­kiemu roz­ża­le­niu, tym ra­zem po­wie­dze­nie miało się oka­zać praw­dziwe.

Po po­grze­bie męża pani Ha­tha­way po­grą­żyła się w nie­utu­lo­nym żalu. Nie ja­dła i nie piła, nie wy­cho­dziła z łóżka. Za­biegi dzieci, które pró­bo­wały ją na­kło­nić do po­wrotu do nor­mal­nego ży­cia, nie od­no­siły skutku. Mar­niała w oczach.

– Czy można umrzeć z po­wodu zła­ma­nego serca? – za­py­tał Leo po­sęp­nie pew­nego wie­czoru po wi­zy­cie le­ka­rza, który oznaj­mił im, że nie wi­dzi fi­zycz­nych przy­czyn po­gor­sze­nia się stanu zdro­wia ich matki.

– Po­winna chcieć żyć cho­ciaż dla Poppy i Be­atrix – po­wie­działa Ame­lia ci­cho. Poppy wła­śnie kła­dła Be­atrix do łóżka. – One są za młode, aby obyć się bez matki. Nie­ważne jak długo mu­sia­ła­bym żyć ze zła­ma­nym ser­cem, zmu­si­ła­bym się do tego, aby o nie za­dbać.

– Ale ty je­steś ze stali – od­parła Win, po­kle­pu­jąc sio­strę po ple­cach. – Sama dla sie­bie je­steś źró­dłem siły. Oba­wiam się, że mama za­wsze czer­pała swoją siłę z ojca. – Spoj­rzała na Mer­ri­pena peł­nymi de­spe­ra­cji oczami. – Mer­ri­pen, a co Rom za­le­ciłby na me­lan­cho­lię? Czy jest coś, co­kol­wiek, co mo­głoby jej po­móc? Co zro­bi­liby twoi lu­dzie?

Kev po­trzą­snął głową i od­wró­cił wzrok do ognia.

– Zo­sta­wi­liby ją w spo­koju. Ro­mo­wie oba­wiają się nad­mier­nej ża­łoby.

– Dla­czego?

– Ona pro­wo­kuje zmar­łych do po­wrotu i na­wie­dza­nia ży­ją­cych.

Wszy­scy czworo umil­kli, wsłu­chani w syki i trza­ski ognia.

– Ona pra­gnie być z tatą – po­wie­działa w końcu Win w za­du­mie. – Gdzie­kol­wiek on się znaj­duje. Ma zła­mane serce. Chcia­ła­bym, aby tak nie było. Za­mie­ni­ła­bym się z nią na ży­cia, serca, gdyby to tylko było moż­liwe. Chcia­ła­bym... – Urwała, gdy dłoń Keva za­ci­snęła się na­gle na jej ra­mie­niu.

– Nie mów tak – mruk­nął. Pa­mię­tał na tyle dużo ze swo­jej prze­szło­ści, aby wie­dzieć, że ta­kie słowa ku­szą los.

– Dla­czego? – szep­nęła.

Bo to nie swoje serce od­da­jesz.

Twoje serce na­leży do mnie, po­my­ślał dziko. Do mnie.

Nie po­wie­dział tego na głos, ale Win go usły­szała. Jej oczy roz­sze­rzyły się, po­ciem­niały, a na jej po­liczki wy­stą­piły ru­mieńce. I wła­śnie wtedy, w obec­no­ści brata i sio­stry, po­chy­liła głowę i przy­ci­snęła po­li­czek do grzbietu dłoni Keva.

Pra­gnął ją po­cie­szyć, po­kryć jej skórę po­ca­łun­kami, oto­czyć swoją siłą. Za­miast tego uwol­nił ostroż­nie jej ra­mię i spoj­rzał nie­uf­nie na Ame­lię i Leo. Ona wy­cią­gała wła­śnie kilka po­lan z ko­sza przy ko­minku, aby do­rzu­cić je do okna. On wpa­try­wał się w Win in­ten­syw­nie.

Nie mi­nęło sześć mie­sięcy od śmierci jej męża, a pani Ha­tha­way zo­stała zło­żona w gro­bie obok niego. Za­nim ro­dzeń­stwo zdo­łało po­go­dzić się z na­głym osie­ro­ce­niem, ude­rzyła w nich trze­cia tra­ge­dia.

– Mer­ri­pen. – Win stała na progu domu, wa­ha­jąc się, czy wejść do środka. Miała tak oso­bliwy wy­raz twa­rzy, że Kev od razu po­de­rwał się na nogi.

Był śmier­tel­nie zmę­czony i brudny, bo wła­śnie wró­cił po ca­łym dniu pracy od są­siada, któ­remu po­ma­gał w bu­do­wie ogro­dze­nia i bramy. Mu­siał wy­ko­pać dziury na słupki w ziemi, która już tward­niała pod wpły­wem przy­mroz­ków. Do­piero co usiadł przy stole z Ame­lią, która pró­bo­wała do­czy­ścić su­kienkę Poppy piór­kiem za­mo­czo­nym w ter­pen­ty­nie. Che­miczny za­pach wgryzł się w jego noz­drza, gdy gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze. Po twa­rzy Win po­znał, że stało się coś bar­dzo złego.

– Spę­dzi­łam dzień z Laurą i Leo – oznaj­miła Win. – Laura się roz­cho­ro­wała... Bo­lało ją gar­dło i głowa, od­pro­wa­dzi­li­śmy ją więc do domu, a jej ro­dzice po­słali po le­ka­rza. To szkar­la­tyna.

– O Boże – wes­tchnęła Ame­lia z po­bla­dłą twa­rzą. Wszy­scy troje za­mil­kli z prze­ra­że­nia.

Nie było go­rączki, która ata­ko­wa­łaby gwał­tow­niej i roz­prze­strze­niała się szyb­ciej. Cho­roba ob­ja­wiała się drob­no­pla­mi­stą, czer­woną wy­sypką i siała w or­ga­ni­zmie prze­ra­ża­jące spu­sto­sze­nia. Bak­te­rie prze­no­siły się w wy­dy­cha­nym po­wie­trzu, pa­smach wło­sów, na skó­rze. Je­dy­nym spo­so­bem, aby się przed nimi uchro­nić, było od­izo­lo­wa­nie pa­cjenta.

– To pewne? – za­py­tał Kev opa­no­wa­nym gło­sem.

– Tak, ob­jawy były jed­no­znaczne. Po­wie­dział też, że... – Urwała, gdy Kev się pod­niósł. – Nie, Mer­ri­pen! – Wy­cią­gnęła przed sie­bie szczu­płą, białą dłoń z tak de­spe­rac­kim zde­cy­do­wa­niem, że przy­sta­nął. – Nikt nie może się do mnie zbli­żać. Leo jest z Laurą. Nie opu­ści jej. Po­wie­dzieli mu, że może zo­stać, a ty… mu­sisz wziąć Poppy, Be­atrix i Ame­lię, i od­wieźć je do na­szych krew­nych w Hed­ger­ley. Nie ucie­szą się z wi­zyty, ale przyjmą je i...

– Ja ni­g­dzie się nie wy­bie­ram – oznaj­miła Ame­lia spo­koj­nie, choć jej głos lekko drżał. – Je­śli masz go­rączkę, bę­dziesz mnie po­trze­bo­wać.

– Ale je­śli się za­ra­zisz…

– Prze­cho­dzi­łam ła­godny atak, gdy by­łam mała. To chyba zna­czy, że nic mi te­raz nie grozi.

– A Leo?

– Oba­wiam się, że on nie. Co zna­czy, że ry­zy­kuje. – Ame­lia spoj­rzała na Keva. – Mer­ri­pen, czy ty...

– Nie wiem.

– Po­wi­nie­neś więc zo­stać z dziew­czyn­kami, do­póki to się nie skoń­czy. Pój­dziesz po nie? Ba­wią się przy stru­mie­niu. Ja je spa­kuję.

Kev nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić, że mógłby zo­sta­wić chorą Win. Nie było jed­nak wy­boru. Ktoś mu­siał od­wieźć jej sio­stry w bez­pieczne miej­sce.

Nie mi­nęła na­wet go­dzina, a Kev zna­lazł Be­atrix i Poppy, za­pa­ko­wał je do po­wozu i za­wiózł do Hed­ger­ley. Za­nim po­wie­rzył je ku­zy­no­stwu i wró­cił do wio­ski, było już do­brze po pół­nocy.

Za­stał Ame­lię przy ko­minku, w ko­szuli noc­nej i szla­froku. Jej włosy opa­dały w cięż­kim war­ko­czu na plecy. Sie­działa przy ogniu z po­chy­lo­nymi ra­mio­nami.

Za­sko­czona po­de­rwała głowę, gdy Kev wszedł do domu.

– Nie po­wi­nie­neś tu być. Nie­bez­pie­czeń­stwo...

– Jak ona się czuje? – prze­rwał jej Kev. – Są już oznaki go­rączki?

– Dresz­cze. Bo­le­ści. Tem­pe­ra­tura się jesz­cze nie pod­nio­sła, o ile wiem. Może to do­bry znak. Może to zna­czy, że prze­bieg bę­dzie lekki.

– Są ja­kieś wie­ści od Dil­lar­dów? Od Leo?

Ame­lia po­trzą­snęła głową.

– Win po­wie­działa, że za­mie­rzał sy­piać w sa­lo­niku i cho­dzić do niej, gdy tylko mu po­zwolą. To nie do końca wła­ściwe, ale je­śli Laura... cóż, je­śli tego nie prze­żyje... – Głos Ame­lii za­czął się ła­mać, urwała więc, by prze­łknąć łzy. – Po­dej­rze­wam, że je­śli do tego doj­dzie, nie będą chcieli po­zba­wiać Laury ostat­nich chwil z uko­cha­nym.

Kev usiadł obok Ame­lii i w ci­szy przy­po­mi­nał so­bie te wszyst­kie ko­mu­nały, które pra­wili so­bie ga­dzio­wie w ta­kich chwi­lach. O wy­trzy­ma­ło­ści, go­dze­niu się z wolą Wszech­mo­gą­cego i o świa­tach znacz­nie lep­szych niż ten. Nie mógł się jed­nak zmu­sić, aby po­wtó­rzyć to Ame­lii. Jej cier­pie­nie było zbyt szczere, jej mi­łość do ro­dziny zbyt praw­dziwa.

– To zbyt wiele – usły­szał po chwili jej szept. – Nie zniosę ko­lej­nej straty. Tak się boję o Win. I o Leo. – Po­tarła dło­nią czoło. – Brzmię pew­nie jak naj­gor­szy tchórz?

Kev po­trzą­snął głową.

– Mu­sia­ła­byś być sza­lona, żeby nie od­czu­wać lęku.

Roz­legł się ci­chy, drwiący śmiech.

– W ta­kim ra­zie zde­cy­do­wa­nie nie je­stem sza­lona.

Do rana Win miała już wy­pieki i wy­soką go­rączkę, jej nogi po­ru­szały się nie­spo­koj­nie pod ple­dami. Kev pod­szedł do okna i roz­chy­lił za­słony, wpusz­cza­jąc do po­koju słabe świa­tło świtu.

Obu­dziła się, gdy pod­szedł do łóżka. Jej nie­bie­skie oczy były ogromne w roz­pa­lo­nej czer­wie­nią twa­rzy.

– Nie – wy­chry­piała, pró­bu­jąc się od niego od­su­nąć. – Nie po­wi­nie­neś tu być. Nie pod­chodź bli­żej; za­ra­zisz się. Odejdź, pro­szę...

– Ci­cho – prze­rwał jej Kev, sia­da­jąc na ma­te­racu. Chwy­cił Win, gdy pró­bo­wała się cof­nąć i przy­ło­żył dłoń do jej czoła. Po­czuł pa­lące pul­so­wa­nie pod jej de­li­katną skórą, żyły roz­pa­lała sza­le­jąca go­rączka.

Gdy wal­czyła, aby go ode­pchnąć, Kev ze zdu­mie­niem za­uwa­żył, jaka jest słaba. Tak szybko.

– Nie – za­łkała, wi­jąc się. Po jej po­licz­kach po­pły­nęły łzy. – Pro­szę, nie do­ty­kaj mnie. Nie chcę cię tu. Nie chcę, że­byś za­cho­ro­wał. Pro­szę, odejdź…

Kev przy­cią­gnął ją do sie­bie, jej ciało było jak żywy pło­mień w cien­kiej ko­szuli noc­nej. Ja­sne, je­dwa­bi­ste włosy roz­sy­pały się po­mię­dzy nimi. Ujął jej twarz w dło­nie, mocne, znisz­czone dło­nie pię­ścia­rza.

– Je­steś sza­lona – po­wie­dział ni­skim gło­sem – je­śli my­ślisz, że cię te­raz zo­sta­wię. Do­pil­nuję, że­byś wy­zdro­wiała. Za wszelką cenę.

– Ja tego nie prze­żyję – szep­nęła.

Keva zszo­ko­wały te słowa i jego wła­sna re­ak­cja na nie.

– Umrę – do­dała – i nie za­biorę cię ze sobą.

Kev przy­gar­nął ją jesz­cze bli­żej, jej prze­ry­wany od­dech mu­skał mu twarz. Wier­ciła się z ca­łych sił, ale jej nie pusz­czał. Od­dy­chał jej po­wie­trzem, wcią­ga­jąc je głę­boko do płuc.

– Prze­stań – pro­siła, de­spe­racko pró­bu­jąc się od­su­nąć, aż jej twarz po­ciem­niała z wy­siłku. – To sza­leń­stwo... Och, ty uparty nędz­niku, puść mnie!

– Ni­gdy. – Kev gła­dził jej roz­bu­rzone, piękne włosy, pa­sma, które ciem­niały w miej­scach, na które pa­dały łzy. – Spo­koj­nie – mruk­nął. – Nie prze­mę­czaj się. Od­po­czy­waj.

Win prze­stała się wy­ry­wać, gdy zro­zu­miała, że to bez­ce­lowe.

– Je­steś taki silny – stwier­dziła słabo to­nem nie po­dziwu, lecz po­tę­pie­nia. – Taki silny...

– Tak – od­parł Kev, ro­giem po­szewki osu­sza­jąc jej twarz. – Je­stem bru­ta­lem, ale ty za­wsze o tym wie­dzia­łaś, prawda?

– Tak – szep­nęła.

– Bę­dziesz więc ro­bić, co ci każę. – Przy­tu­lił ją do piersi i po­dał jej wodę.

Upiła kilka ły­ków.

– Nie mogę – zdo­łała szep­nąć, od­wra­ca­jąc twarz.

– Jesz­cze – po­na­glił ją, przy­ci­ska­jąc fi­li­żankę do jej ust.

– Po­zwól mi za­snąć, pro­szę...

– Jak wy­pi­jesz wię­cej.

Nie ustą­pił, do­póki go z ję­kiem nie po­słu­chała. Uło­żył ją na po­dusz­kach, po­zwo­lił jej chwilę po­drze­mać, po czym wró­cił z bu­lio­nem i na­mo­czoną w nim grzanką. Zmu­sił ją do zje­dze­nia kilku ły­żek.

Gdy tylko Ame­lia się obu­dziła, po­szła do po­koju Win. Je­dy­nie mru­gnęła dwu­krot­nie na wi­dok sio­stry opie­ra­ją­cej się na ra­mie­niu Keva, który ją kar­mił.

– Po­zbądź się go – po­pro­siła Win ochry­ple. – Tor­tu­ruje mnie.

– Cóż, od za­wsze wie­dzie­li­śmy, że to dia­beł – od­parła Ame­lia spo­koj­nym to­nem, sta­jąc przy łóżku. – Jak śmiesz, Mer­ri­pen? Na­cho­dzisz bez­bronną dziew­czynę i kar­misz ją to­stem.

– Za­częła się go­rączka – po­wie­dział Kev, za­uwa­ża­jąc wy­sypkę, która wy­stą­piła na szyję i po­liczki Win. Jej je­dwa­bi­sta skóra stała się grud­ko­wata i czer­wona. Po­czuł na ple­cach dłoń Ame­lii, która za­ci­snęła się kur­czowo na jego ko­szuli. Jakby mu­siała się go przy­trzy­mać, żeby za­cho­wać rów­no­wagę.