Złuda - Mika Modrzyńska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Złuda ebook i audiobook

Mika Modrzyńska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

46 osób interesuje się tą książką

Opis

ON: Popularny autor bestsellerowych romansów, który potrafi uwieść każdego czytelnika. W zaciszu mazurskiego domu pisze jednak zupełnie inny, mroczny scenariusz.

ONA: Kobieta, która dla miłości rzuciła krakowską karierę, a dziś na odludziu uczy się maskować sińce na nadgarstkach.

Wyprowadzka na mazurską wieś miała być dla Samanty początkiem wymarzonego życia. Choć w mediach społecznościowych dba wyłącznie o profesjonalny, idealny wizerunek pisarza, ich prywatna rzeczywistość szybko staje się klatką. Miejscowy listonosz jako jedyny dostrzega na ciele dziewczyny ślady, które budzą jego najgorsze przeczucia.

Kiedy Samanta znika, a Jacek tłumaczy to nagłym wyjazdem, w małej wiosce gęstnieje zmowa milczenia. Prawdziwy mrok skrywa się jednak w okolicznym lasku – to tam od dwudziestu lat czają się sekrety sąsiadów, które lada chwila mogą runąć na wszystkich z siłą lawiny.

Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy na tym odciętym od świata odludziu niespodziewanie pojawia się ktoś z zewnątrz. Czy ta nowa, nieświadoma zagrożenia osoba zdoła przejrzeć sieć lokalnych kłamstw, zanim sama wpadnie w śmiertelną pułapkę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 344

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 18 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Hanka Tyszkiewicz

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Mika Modrzyńska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Magdalena Białek, Sandra Popławska

Projekt okładki i strony tytułowe: Mariusz Banachowicz

Projekt okładki został przygotowany z wykorzystaniem elementów graficznych wygenerowanych przez narzędzia AI.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68952-33-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Umiera tak szybko, że nie zdąży nawet krzyknąć.

Traci równowagę na szczycie schodów. Odruchowo próbuje zacisnąć dłoń na poręczy – której nie ma – i postawić stopę na stopniu niżej, ale w niego nie trafia. Podobno w chwili śmierci ludzie widzą całe swoje życie, które przewija się jak film, ale tym razem tak nie jest.

Widzi swojego mordercę – a potem nie ma przed oczami już nic.

Chwilę później zderza się ze stopniami ponownie, a jako pierwsze twardej powierzchni dotykają bark i przedramię. Trwa to niedługo, bo niesione siłą pędu ciało odbija się i leci dalej. Czuje eksplodujący ból, gdy ląduje na boku, potem obrywa w biodro i znowu ramię. Te schody wcale nie są długie, ale wydaje jej się, że spada w nieskończoność. Zatrzymuje się dopiero na trzecim stopniu od końca, kiedy kark gwałtownie wbija się w nieotynkowaną ścianę. Słyszy chrupnięcie gdzieś z tyłu głowy i wie, że to już koniec.

Bierze swój ostatni wdech i umiera.

Rolka #158120 tys. wyświetleń2654 polubienia120 komentarzyLokalizacja: Chcę Ciebie

Na ekranie młody, przystojny mężczyzna o mocnej szczęce i szerokich plecach. Ma na sobie koszulę w czerwoną kratę, z rękawami podwiniętymi na umięśnionych ramionach. Za nim widać metalowy stelaż traktora, w którego kabinie siedzi. W tle szarobrązowe, puste pole. Mężczyzna trzyma w dłoni książkę brzegiem do kamery, w taki sposób, żeby nie było widać jej tytułu.

– Ten romans zmienił moje życie – mówi z zapałem. – Czytałem go do piątej nad ranem, śmiałem się i płakałem, i nie mogłem go odłożyć. Łyknąłem go w jedną noc i wiem, że wy też tak zrobicie. Nie znajdziecie lepszego enemies to… Co tam miało być?

Odpowiada mu kobiecy głos zza kamery:

– To lovers.

– Nie znajdziecie lepszego enemies to lovers!

1

Borys

Za wioską nagle robi się cicho, jakby wszyscy pomarli.

Borys od dwóch lat jest miejscowym listonoszem i wie, że do południa na drodze za Rogożem panuje niezmienny spokój. Od czasu do czasu poboczem przejdzie głupi Franek z domu pod lasem, innym razem wpadnie na niego staruszek mieszkający przy głównej drodze z jednym ze swoich wielkich, dziwnych pakunków, ale poza tym w okolicy nic się nie dzieje. Nie ma dzieci, które trzeba odprowadzać do szkoły, a jedyną osobą wychodzącą rano do pracy jest młody Smarzek, zatrudniony w magazynie za Działdowem.

Borys lubi ten kawał drogi między polami, bo nikt mu się tu nie przygląda. Wrzuca listy do skrzynek, robi swoje i jedzie dalej. Nie to co w Rogożu. Po tym, co odwalił kilka lat temu, ludzie wciąż się na niego gapią, jakby miał im coś zrobić. Ale co właściwie? Ukraść ich listy? Śmieszne. To był jeden głupi błąd, w dodatku popełniony tak dawno temu, ale na wsi wszyscy wszystko wiedzą. Kierownik poczty załatwił mu tę pracę po znajomości, a od jej utraty dzieli go tylko jedna skarga.

Ale żadnej do tej pory nie było – już on tego pilnuje.

Tutaj jest inaczej. Nikt się na niego nie gapi, nikt się nim nie interesuje. Waldemar, staruszek z domu przy głównej drodze, zawsze przystaje, żeby z nim porozmawiać. Głupi Franek krzyczy głośno, że dzień dobry. Od niedawna w domu młodego Smarzka mieszka urocza, młoda kobieta, jego nowa partnerka. Paczki przychodzą do Samanty Woźnickiej – śmieszne imię, które bardzo się Borysowi podoba. Samanta szybko wpasowała się w ten krajobraz, jakby od zawsze była jego częścią.

Po plecach Borysa przebiega dreszcz niepokoju.

Nie potrafi wyjaśnić czemu, ale coś z tą kobietą jest nie tak. Borys nikomu o tym nie mówi, ale czasem tak ma, że czuje w kościach nadchodzące kłopoty. Czuł je, gdy jego znajomy zaproponował mu…

Nie, to teraz nieważne.

Z tą całą Samantą też mu się wydaje, że coś jest nie tak. Nie umie wyjaśnić, skąd to wrażenie – nie ma tego zresztą z kim omówić. Tylko to dziwne uczucie. Może samo przejdzie.

Borys jedzie drogą gruntową w małym, niezgrabnym samochodzie wypełnionym przesyłkami. Wszystko przebiega w codziennym porządku. Jak zwykle o tej porze mija głupiego Franka, który w ciągu dnia wędruje między domem a wioską i zaczepia każdego, kogo spotyka, bo nic innego nie ma do roboty.

– Dzień dobry, dzień dobry! – woła Franek.

Borys odmachuje mu dłonią zza kierownicy i zwalnia, żeby nie stało się nic złego. Droga tutaj jest wąska, pobocze dziurawe i liche, a samochód pocztowy za stary, by mu ufać.

A Borys nie może sobie pozwolić na żaden błąd.

Jeszcze przez pół roku nie.

***

Do drzwi młodego Smarzka dzwoni łokciem, bo karton utrudnia mu swobodne ruchy. Z tymi paczkami też jest coś na rzeczy, choć Borys nawet nie próbuje zgadywać. Przychodzą regularnie i są zawsze ciężkie, jakby wypchane kamieniami. Z początku myślał, że Samanta robi zakupy przez internet. Waldemar wspomniał mu kiedyś, że jest miastowa, a miastowe tak mają, ale Borys doskonale wiedział, ile ważą zakupy z internetu – z ubraniami, kosmetykami i niepotrzebnymi bibelotami do domu. Niewiele. Większość tego to chińskie śmieci, które przychodzą trzy razy mniejsze, niż się wydawały na ekranie, w maleńkich, wypełnionych powietrzem paczkach.

Ale te paczki są ciężkie.

Oczywiście on się nie wychyla, nie jego sprawa, co robi Samanta. On nie chce wiedzieć nic więcej ponad to, co zauważa przypadkowo w trakcie pracy i na co nie ma wpływu. Dlatego gdy drzwi się otwierają, ledwie unosi wzrok znad przesyłki.

– Dzień dobry! Paczuszka dla pani.

Kobieta stojąca w progu jest koło trzydziestki. Krótkie, mysie włosy sięgają jej ramion. Na sobie ma różową sukienkę przed kolano. Nie, nie sukienkę, poprawia się w myślach Borys. Różowy fartuch. Samanta rozchyla usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Borys unika jej wzroku, bo przecież nie od tego jest, żeby się gapić.

– Tu proszę – mamrocze z oczami wbitymi w tablet. – I podpis.

Kobieta wciąż nic nie odpowiada. Unosi drżącą rękę, a wtedy Borys dostrzega siniaki na jej skórze, tuż nad nadgarstkiem. Ślady są bladosine, ledwie widoczne i listonosz nie zauważyłby ich w ogóle, gdyby nie musiał podać jej tabletu.

Samanta składa podpis i wyciąga ręce po paczkę.

– Mogę wnieść – oferuje Borys, bo czuje, że coś jest nie tak. Nie chce się interesować niczym więcej, to nie jego sprawa, ale zwykła ludzka przyzwoitość wymaga, żeby zaproponował.

Kobieta potrząsa głową, bierze od niego karton i natychmiast ugina się pod jego ciężarem. Dopiero wtedy z jej ust wypada ochrypłe, niemal szorstkie:

– Dziękuję.

Zamyka drzwi przed Borysem, który jeszcze przez chwilę stoi na wycieraczce. Jak nic widział te cholerne siniaki na przedramieniu. Wcale nie chciał, ale je zobaczył. Zastanawia się, czy powinien coś zrobić. Nie chce. Nie od tego zresztą jest listonosz, żeby się mieszać w cudze sprawy, prawda?

On przecież tylko rozwozi paczki.

Borys unosi rękę, żeby ponownie zapukać, ale wciąż się waha. Błyskawicznie znajduje kolejne argumenty, by odwieść samego siebie od tego pomysłu. Nie powinien mieszać się w życie tej kobiety. Nie musi tego robić. To w ogóle nie jest jego interes. Zresztą może mu się tylko przywidziało. Sień w domu Smarzka jest ciemna, a sińce na przedramieniu nie były wielkie. Wystarczyło, żeby cień dziwnie padł na jej rękę. Kobieta mogła też nabić je sobie sama. Może wpadła na drzwi albo użyła młotka pierwszy raz w życiu. Wypadki się zdarzają.

I gdyby Samanta potrzebowała pomocy, dałaby mu przecież znać.

Z pewnością by to zrobiła.

To w końcu dorosła kobieta.

Borys opuszcza dłoń i odchodzi. Wsiada do samochodu, sprawdza, dokąd ma się udać dalej, i ostatni raz rzuca okiem na budynek, przed którym zaparkował. Dom Smarzków jest stary i z bliska widać kruszący się tynk na elewacji. Smarzek może nie potrafi jej samodzielnie uszykować, a może nie ma pieniędzy na takie wydatki. Borys kojarzy, że jest magazynierem, a nie brzmi to jak robota przyszłego milionera.

Budynek jest też duży, piętrowy – taki, jak budowało się trzydzieści lat temu, z miejscem na młodsze pokolenie. W środku musi się znajdować przynajmniej pięć pomieszczeń. Borys zastanawia się, jak się żyje we dwójkę w takiej przestrzeni. On ma swoje mieszkanko w Działdowie, piętnaście kilometrów stąd, i nie zamieniłby go na samodzielną chatę. Nigdy. Może nie zawsze było mu po drodze z ludźmi, ale nie mieści mu się w głowie, żeby żyć tak daleko od nich.

Co, gdyby ktoś potrzebował pomocy?

Co, jeśli teraz ta kobieta potrzebuje pomocy?

Borys zerka na kolejną paczkę, którą ma dzisiaj dostarczyć, i do głowy przychodzi mu rozwiązanie jego problemu.

Porozmawia o tym wszystkim z Waldemarem.

***

Waldemar mieszka z żoną przy głównej drodze w malutkim parterowym domku, na dole tego samego wzgórza co Smarzek. Borys dzwoni do drzwi z niewielką paczką w dłoni. Otwiera mu staruszek i przytrzymuje klamkę przy sobie, jakby coś ukrywał.

– Dobry, dobry! To dla mnie?

Borys się wita i podsuwa mu tablet do podpisu, nie próbując zaglądać do środka. Waldemar nic nie ukrywa, wszyscy wiedzą o jego żonie.

Staruszek dobiega siedemdziesiątki. Całe życie pracował na roli – jak większość mieszkańców tej okolicy – a teraz żyje z emerytury. Po latach pracy fizycznej jest przygarbiony i skurczony, a stawy w dłoniach ma brzydko powykręcane.

– Ach, doskonale. To dla mojej Jadzi. Na rocznicę – opowiada Waldemar. – Widzi pan, jak teraz jest łatwo? W sklepie powiedziałem, czego chcę, i oni mi to zamówili i wysłali. Co za czasy.

Borys wyrozumiale kiwa głową. Dla wielu ludzi jest coś wyjątkowego w starzeniu się razem, coś, co budzi cichą tęsknotę. Jakby przeżycie z kimś większości życia samo w sobie miało wielką wartość. On nigdy nie patrzył na to w ten sposób. Jest czterdziestoletnim rozwodnikiem i wie, że jego szansa na złote gody przepadła bezpowrotnie, ale nie czuje z tego powodu żalu. Mimo to słucha Waldemara.

– Wygodne czasy, tak panu powiem – odpowiada Borys.

– Za wygodne, ot co – zgadza się staruszek, bo jest już w wieku, gdy zyskuje się umiejętność narzekania na wszystko, także na rzeczy dobre i piękne.

– To która to rocznica?

– Czterdziesta. A zleciało! Sam nie wiem kiedy.

– Szmat czasu.

– Sam się dziwię.

– Ale że żona z panem tyle wytrzymała…

Waldemar nieruchomieje i przez krótki moment, może ułamek sekundy, szeroko otwiera oczy, jakby ze złością. Nie, to nie złość, to z pewnością tylko zaskoczenie. Staruszek zanosi się głośnym, długim, może nawet trochę wymuszonym śmiechem. Borys nie uważa się za tak zabawnego, ale wie, jak to bywa ze starszymi ludźmi, których każda interakcja z drugim człowiekiem nadmiernie cieszy.

To też z pewnością tylko przesadny entuzjazm.

– Ma pan chwilę na herbatę? – Waldemar uchyla drzwi szerzej.

– Chciałbym, ale nie tym razem. Mam pół powiatu do obskoczenia. Tylko zapytać muszę: pan coś może wie o tej nowej kobiecie Jacka?

Staruszek przechyla głowę.

– O Samancie? Co z nią?

Borys się zastanawia, jak można dyplomatycznie zapytać drugiego człowieka, czy jego sąsiad leje sąsiadkę. Nic mu nie przychodzi do głowy, więc ostatecznie decyduje się na mało zobowiązujące:

– Czy wszystko u nich dobrze?

Nie wie, jak podejść do tematu. Nigdy nie miał wprawy w słowach. Jego była żona, Anka, też tego nienawidziła – kiedy przychodziła pora na poważną rozmowę, musiała mówić za nich oboje. Ale on po prostu nie umiał inaczej.

No a potem Borys zrobił to, co zrobił, a Anka nie została, by wysłuchać wyjaśnień.

Może to i lepiej, bo nie mógłby jej ich podać.

Waldemar rozchyla usta, ukazując żółte zęby, zapewne starą protezę.

– Wszystko dobrze? – powtarza. – Nie wiem, chyba dobrze, a jak ma być?

– Oni tam długo razem siedzą?

Waldemar klepie się po brzuchu i kręci głową.

– Panie Borysie, ja pana nie podejrzewałem o chętkę na ploteczki! To może jednak zdąży pan na tę herbatkę, co? Ja zaraz zaparzę, posiedzimy sobie, pogadamy. Jadziunia śpi, nie będzie nam przeszkadzać.

Listonosz uśmiecha się z zakłopotaniem.

– To nie to. Zaszedłem tam i może mi się wydawało, ale Samanta chyba miała siniaki na ręku. Nie wiem. Myślałem, że może wy tutaj będziecie wiedzieli, czy tam coś się dzieje.

– A co ma się dziać?

Borys zaciska usta. Nie przyszedł tutaj, żeby kogokolwiek oskarżać, i nie chce robić sobie pod górkę, ale staruszek jak na złość nie może się domyślić, o co mu chodzi.

– Nie wiem, o to właśnie pytam. Dobrze im się z Jackiem układa? – dociska.

Waldemar wreszcie rozumie. Na jego policzki wstępuje rumieniec, a staruszek zaperza się tak, że przez moment nie jest w stanie nic wykrztusić.

– C-co, że… że Jacek by ją lał? Bzdura.

Borys niepewnie kiwa głową i nagle żałuje, że próbował się czegoś dowiedzieć. To zupełnie nie tak miało wyglądać. Nie chciał nikogo zdenerwować ani zwrócić uwagi na siebie i swoje wścibstwo. Ma nauczkę, by się nie interesować cudzymi sprawami.

– Przepraszam, nie chciałem nikogo urazić. To ja już będę…

Robi krok do tyłu, ale staruszek nie przerywa:

– Ja bym wiedział – dodaje szybko. – Jacek nie jest z takich. To dobry chłopak. Pan wie, że on pisarzem? Pisze romanse, prawdziwe książki, czytelniczki go uwielbiają. Taki jest popularny. Taki człowiek nie bije swojej kobiety, to niemożliwe.

Borys uśmiecha się krzywo, bo nie ma tyle wiary w ludzkość, co Waldemar. Za dużo w życiu widział. Ale staruszek mieszka z Jackiem po sąsiedzku, więc pewnie wie lepiej.

W takich małych społecznościach zawsze się wie.

– A ten siniak to sobie pewnie sama zrobiła – ciągnie. – Ona taka dziwna jest. Miastowa. Spaceruje po polu, jakby to było nie wiem co. Nie każdy siniak musi zrazu znaczyć, że dzieje się krzywda.

– To prawda, prawda – zgadza się Borys.

Wycofuje się na ścieżkę przed domem, a Waldemar wychodzi za nim na ganek. Listonosz nie wie, czy staruszek chce ciągnąć tę rozmowę z samotności, czy aż tak zależy mu na wyjaśnieniu sytuacji Samanty.

– Ja bym tam był ostrożny z takimi posądami – kończy dobitnie.

Borys kiwa głową.

– Dlatego wolałem zapytać pana, zamiast robić problemy – wyjaśnia i pośpiesznie zmienia temat: – I mówi pan, że Jacek jest pisarzem? No proszę, ale się chłopakowi udało.

To by wyjaśniało ciężar przesyłek. Kilkadziesiąt książek w jednym kartonie waży swoje. Nie ma co prawda pojęcia, czemu przychodzą tak regularnie, bo po co pisarzowi jego własne książki? Ale to nieistotne. Borys i tak już czuje wyrzuty sumienia z powodu swojego wścibstwa, nie będzie drążył tego tematu. Nie powinien się interesować.

– Popularnym pisarzem – dodaje znacząco staruszek.

– Myślałem, że on w Działdowie na magazynie robi.

Staruszek odprowadza Borysa do bramki energicznym krokiem, a Borys dotrzymuje mu tempa. Ma poczucie, że przesadził, i chce tylko zakończyć tę rozmowę.

Waldemar wzdycha ciężko.

– No, robi – potwierdza. – Ja tam nie wiem czemu. Wiem tylko, co mi Jacek powiedział.

Borys kiwa głową.

– Oczywiście.

– Więc nie trzeba się martwić. Nic złego się nie dzieje.

Borys żegna się ze staruszkiem i wsiada do samochodu. Rozmowa z Waldemarem trochę go uspokoiła. Może nie sam jej ton, bo staruszek zapewniał go o niewinności Jacka nerwowo, jakby chodziło o jego własny honor, ale Borys decyduje się mu zaufać. Wie, jak działają społeczności na wsi. W tak małych miejscowościach niewiele można ukryć przed sąsiadami.

Gdyby z Samantą działo się coś złego, inni już by o tym wiedzieli.

Mężczyzna uruchamia silnik i opuszcza zakątek za wioską z ciężkim sercem. Powinien czuć się uspokojony. Zareagował odpowiednio, zweryfikował swoje podejrzenia i być może zasiał ziarno wątpliwości u Waldemara, który od tej chwili będzie miał dom Smarzka na oku.

Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś tam się działo.

Ale z pewnością się nie dzieje.

2

Samanta

Samanta czuje dziś wdzięczność.

Czuje ją codziennie od przeprowadzki i nawet w trudniejsze dni stara się o niej pamiętać. Jest szczęściarą. Życie zaoferowało jej spełnienie największych, najskrytszych marzeń, o których nie sądziła, że kiedykolwiek mogłyby się zrealizować, a ona wzięła tę szansę i wycisnęła ją jak cytrynę.

Nie, „jak cytrynę” jest zbyt oklepane.

Samanta odstawia karton z książkami na stół w kuchni i wraca do zmywania naczyń, a w myślach szuka odpowiednio oryginalnych słów na opisanie szczęśliwego życia. Ledwie dostrzega białą pianę spływającą po garnku, który wczoraj przypaliła. Patrzy przed siebie ze wzrokiem utkwionym w suszarce na naczynia i myśli. Wycisnęła życie jak… jak… W końcu się poddaje i cofa o pół zdania.

Życie zaoferowało jej spełnienie marzeń, a ona…

Nie, coś dalej nie gra.

Ona, Samanta Woźnicka, otrzymała od losu szansę na spełnienie marzeń i wykorzystała ją bez oglądania się na innych. Koniec. Kobieta poddaje się i uznaje, że nic lepszego już nie wymyśli. Opłukuje garnek pod bieżącą wodą i odstawia go na suszarkę.

Następne w kolejności jest przygotowanie obiadu, bo Jacek kończy dzisiaj pracę o piętnastej, a ona planuje powitać go czymś wyjątkowo przyjemnym. Wyciąga z lodówki paczkę mielonego i kładzie je głośno na deskę. Następnie uśmiecha się do siebie.

Pół roku temu została kurą domową. Nikt ze znajomych jej nie rozumiał. Samanta spędziła ostatnich osiem lat w dziale marketingu w krakowskim korpo, gdzie wypruwała sobie żyły i szła po trupach od jednego awansu do drugiego. Była najmłodszą kierowniczką w zespole, na prostej drodze do zostania najmłodszą wiceprezeską działu.

Mówi „znajomi” na swoich współpracowników. Nie ma przyjaciół. Nigdy nie potrafiła ani nie lubiła spoufalać się z obcymi. To właśnie oni przeżyli szok, gdy złożyła wypowiedzenie, a w pracy powiedziała, że pakuje się i wyprowadza na drugi koniec kraju za miłością swojego życia. Byli wtedy z Jackiem od pół roku w związku i zbieg okoliczności sprawił, że tak wcześnie mogli podjąć decyzję o wspólnym mieszkaniu. Trochę szybko, ale kiedy się wie, to się wie.

Samanta jest bardzo wdzięczna za to, jak to się wszystko ułożyło.

Staje przy blacie, ale zamiast łapać za nóż, obejmuje dłonią posiniaczony nadgarstek. To nie jest nic wielkiego, zawsze łatwo wychodzą jej siniaki – wystarczy mocniej ścisnąć i zaraz robi się fioletowo. Przygląda się skórze na przedramieniu.

To nic wielkiego.

Skutek uboczny spełniania marzeń.

Pełna wdzięczności kroi cebulę, wrzuca ją na patelnię i przygotowuje mięso. Jacek jest od niej inny, ale to głównie kwestia wychowania. Samanta dorastała w dużym mieście, jej mąż – tutaj. Gdy ona chciała świętować, szła na sushi albo ramen. On szedł po mrożonego burgera z supermarketu. Dwa różne światy.

Samantę fascynuje prostota jego życia.

Dlatego też dzisiaj w ramach świętowania przygotowuje lasagne. Wrzuca na patelnię kolejne składniki, wystawia na blat produkty do zrobienia sosu beszamelowego i nagle odkrywa, że zostało jej kilka wolnych minut.

Ma pomysł, na co może je przeznaczyć.

Wyciera dłonie w różowy fartuch, sięga po nóż i podchodzi do stołu kuchennego z odłożonym na nim pudłem, które przyszło dzisiaj pocztą. Rozcina je ostrożnie. Wie doskonale, co znajdzie w środku, więc widok ciemnoczerwonych okładek jej nie zaskakuje. Wydawca napisał, że podpisane egzemplarze znowu zeszły, więc przysyła paczkę z kolejnymi książkami. Jest ich dokładnie sześćdziesiąt. Po złożeniu autografów wrócą do wydawnictwa, które wystawi je na swojej stronie jako wyjątkowe egzemplarze w równie wyjątkowej cenie.

Samanta uśmiecha się z dumą.

Każdym twoim oddechem zostało bestsellerem. To też dla nikogo nie było niespodzianką, bo konta Jacka w mediach społecznościowych obserwowało już dwadzieścia tysięcy osób, więc wydawca od początku spodziewał się ogromnego zainteresowania książką.

Samanta ostrożnie bierze w dłoń jedną z nich i cieszy oczy widokiem wypukłych, beżowych liter, które oplata czerwony bluszcz. Nad tytułem widnieje nazwisko autora: Jacek Rydel. Wybrali ten pseudonim wspólnie, po tym jak Samanta uznała, że Smarzek nie jest wystarczająco czarującym nazwiskiem dla autora romansów. Jacek z początku nie był zachwycony, ale ostatecznie się zgodził. Kobieta zrobiła listę trzech nazwisk odpowiednich na pseudonim artystyczny, Jacek wybrał sobie Rydla.

Tak naprawdę to miał pewnie rację, twierdząc, że nie potrzebowali pseudonimu, bo książka i tak by się sprzedała. Jacek już wcześniej był popularny, a romans – cholernie dobry. Samanta wie o nim wszystko. Nikt nie spędził więcej czasu w sieci na przeglądaniu kolejnych recenzji, których przez ostatnie trzy miesiące wpadło mnóstwo, a werdykt był jednoznacznie pozytywny. Czytelnicy pokochali Każdym twoim oddechem.

Ale to Samanta pokochała je pierwsza.

Wciąż nie może uwierzyć, że to wszystko się dzieje i że ten sukces jest tak oszałamiający, więc z wdzięcznością przygląda się ciemnoczerwonej książce tak długo, aż woda na makaron w garnku zaczyna bulgotać. To wyrywa Samantę z zamyślenia. Odkłada książkę i doskakuje do kuchenki, zmniejsza ogień, podnosi pokrywkę. Dość marzeń na dziś.

Teraz pora okazać Jackowi wdzięczność.

***

Samanta uchyla drzwiczki piekarnika, by temperatura w środku opadła. Do powrotu ukochanego z pracy została ponad godzina – to jej wina, nudziła się i za szybko zabrała do obiadu. Są chwile, gdy jej wdzięczność nieco słabnie, a ona rozgląda się po mieszkaniu i wtedy do niej dociera, że została kurą domową na końcu świata, z dala od normalnych, zwykłych rozrywek, które wypełniały ostatnią dekadę jej życia. W takich chwilach zwykle zajmuje się pracą. Na przykład gotowaniem.

Lubi mieć ręce pełne roboty, bo wtedy mniej myśli. Kiedy sprząta, łatwiej zapomina o życiu w Krakowie, o znajomych i wyścigu szczurów, który zostawiła gdzieś za sobą. O tym, że przez całe życie była cholernie ambitna i z jaką łatwością przychodziło jej pięcie się po szczeblach kariery, choć dziś tak niewiele jej z tego przyszło.

Nie myśli też o tym, że całymi dniami siedzi na tym kawałku pola sama jak palec. Z domu widzi zaledwie dwa inne budynki. W jednym mieszka mężczyzna z niepełnosprawnością intelektualną, w drugim – starsze małżeństwo. Jacek twierdził, że oni też mają nierówno pod sufitem, ale tak samo mówił o listonoszu i o sklepowej, i o jakiejś kobiecie, która prawie w nich wjechała w Rogożu. Kiedy mu to wytknęła, tylko wzruszył ramionami.

– Tutejsi ludzie są dziwni i lepiej trzymać się od nich z daleka – wyjaśnił. – Przecież masz internet. Możesz rozmawiać ze znajomymi online.

Tyle że Samanta nie ma znajomych. Nie tak naprawdę. Miała kolegów w pracy, ale nie może do nich napisać. Jej zespół doznałby szoku, że pierwsza pracoholiczka Krakowa chce z nimi rozmawiać.

Marzenia zawsze mają swoją cenę, prawda?

Zresztą akurat samotność Samanta uważa za zaletę nowej sytuacji. W zeszłym roku zaczęły ją męczyć stany lękowe, które przypałętały się nie wiadomo skąd i nie wiadomo za co. Za nimi podążył zestaw leków od psychiatry i kobieta w końcu odkryła, że to nie świat nagle stał się przerażający, tylko ona zapracowywała się na śmierć.

W końcu musiała za to zapłacić.

Tuż przed wyjazdem z Krakowa było już tak źle, że na pożegnalną imprezę w pracy zbierała się pół wieczoru i tylko podwójna dawka Propranololu sprawiła, że w ogóle wyszła z łóżka.

Dziś nie ma już tego problemu. Od przeprowadzki nie musi nigdzie wychodzić. Zakupy zwykle robi Jacek po pracy. Nie mają żadnych znajomych, a czasem mija cały tydzień, zanim Samanta widzi kogokolwiek poza listonoszem i tą starą wariatką, która bladym świtem wychodzi w pole i tańczy z duchami. Jest tutaj całkowicie sama. Żadnych ludzi. Żadnego towarzystwa. Tylko ona i Jacek. Czego chcieć więcej?

Idzie na piętro i wyciąga z szafy grubszy płaszcz. Ma czas do obiadu, więc może pójść za przykładem starej wariatki i też się przespacerować. Gdy już jest gotowa, owija się jeszcze szalikiem, bo w listopadzie na Mazurach temperatura nie rozpieszcza.

Wygląda przez okno, a wcześniejszy pośpiech znów zostaje zastąpiony przez wdzięczność. Aż po horyzont roztacza się ciemne i wilgotne pole, obecnie zaorane i złożone w stan spoczynku przed zimą. Czasami rano wisi nad nim gęsta, nieprzejrzysta mgła. Na horyzoncie majaczy zagajnik, który Samanta już kilkukrotnie odwiedziła.

W Krakowie mogłaby tylko marzyć o tak cichej scenerii.

To właśnie po tym polu biega czasem ta wariatka w powłóczystej białej sukni. Samanta kojarzy, że kobieta mieszka na drugim końcu pola, w domku przy głównej drodze do Rogoża, ale na tym jej wiedza się kończy. Pytała o to Jacka, ale ją zbył. Nie wiedział nic o żadnym bieganiu po polu, zapewne dlatego, że większą część dnia spędzał na magazynie, a czas w domu – przed ekranem komputera. Przyglądał się tylko Samancie z rozbawieniem, gdy mu o tym opowiadała.

Powiedział jej kiedyś, że ma bujną wyobraźnię.

Samanta kończy przebieranie się, gdy słyszy na parterze cichy trzask. Normalnie pewnie nie zwróciłaby na niego uwagi, bo w starych domach często coś trzeszczy, ale ten dobiegł z kuchni. Zatrzymuje się z ręką na klamce. Nasłuchuje. Czy dźwięk się powtórzy? Nigdy nie miała pojęcia, za które z jej myśli odpowiada paranoja. Stany lękowe, które tak ją męczyły w zeszłym roku, mogą w każdej chwili wrócić. Poza tym kobieta całe życie mieszkała wśród ludzi. Dzieliła z nimi przestrzeń, mieszkała w blokach, okazjonalnie słyszała remonty sąsiadów, dźwięki telewizora, muzykę puszczaną przy gotowaniu czy spłuczkę w toalecie. Zawsze była świadoma cudzej obecności.

Tutaj to poczucie zostało, choć jest sama.

Czasem ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Po takich trzaskach nierzadko chodzi od pokoju do pokoju, zagląda do szafy i pod łóżko. Zawsze jest sama.

Samanta czeka jeszcze przez chwilę, ale dźwięk się nie powtarza. Na wszelki wypadek bierze z komody staroświecką lampę ze szklanym kloszem, odpina ją od kontaktu i tak uzbrojona wychodzi na korytarz. Prawdopodobnie za jej omamy dźwiękowe odpowiada paranoja, ale nie zaszkodzi być ostrożną.

Schodzi po schodach na parter, a drewno skrzypi pod ciężarem jej kroków. Gdyby w domu ktoś był, już by o niej wiedział.

Ale nikogo tutaj nie ma.

Samanta jest tego prawie pewna.

Zatrzymuje się w sieni i wstrzymuje oddech. Znowu się przesłyszała. To przez tę zmianę. Przeprowadzka na wieś była trudna, a ona nie przywykła jeszcze do życia w domu na końcu świata. Dopiero niedawno odstawiła leki na stany lękowe i potrzebuje czasu, nim dojdzie do siebie.

Ale wtedy skrzypienie rozlega się ponownie, a Samanta jest już pewna, że w kuchni ktoś się kręci. Po plecach przebiega jej dreszcz, a w uszach szumi krew. Adrenalina popycha ją do działania. Kobieta musi zareagować, musi coś zrobić, ale nie wie co i nie ma czasu, by się namyślić. Gdyby się zastanowiła, zapewne po prostu wybiegłaby z domu. Ale na to już za późno, bo naciska klamkę i wpada do kuchni z wysoko uniesioną lampką.

Mężczyzna na jej widok zaczyna krzyczeć.

***

Intruz przewraca się na podłogę obok piekarnika, a łyżka, którą dobierał się do lasagne, z brzdękiem upada na kafelki. W kuchni zapada grobowa cisza. Samanta patrzy na otwarte na oścież drzwiczki piekarnika, a jednocześnie jej nozdrzy dobiega zapach zapiekanego sera i sosu pomidorowego. Widzi, że lasagne w brytfance jest rozbabrana i naruszona z jednej strony.

Włamywacz wydaje z siebie przerażony szloch.

– Och, już dobrze, dobrze – mówi ciężko Samanta. – Nie chciałam cię przestraszyć, Franku. Wstawaj.

Mężczyzna podnosi się z podłogi, ale się nie odzywa. Przestępuje niepewnie z nogi na nogę. Kobieta nie ma serca się na niego gniewać.

– Ładnie pachniało, co?

– Tak, proszę pani. Myślałem, że można.

– Nie wiem dlaczego – mruczy pod nosem.

To może piąty raz od jej przeprowadzki tutaj, jak przyłapuje Franka w swojej kuchni. Mężczyzna mieszka w rozsypującej się chatce po drugiej stronie zagajnika i jest w jakimś stopniu opóźniony intelektualnie. Podobno lubi wchodzić ludziom do domów. Za każdym razem Samanta mu tłumaczy, że tak nie wolno robić, i prosi go, by używał dzwonka do drzwi, ale najwyraźniej nieskutecznie.

Jacek kazał jej wyrzucać go bez słowa.

– Usiądź przy stole.

Mężczyzna spełnia polecenie, a długie nogi próbuje podwinąć pod krzesło. Ma prawie dwa metry wzrostu, więc mu się to nie udaje. Samanta zgrabnie go omija. Ściąga szalik, wyjmuje z szuflady rękawicę kucharską i wyciąga lasagne na drewnianą podkładkę.

– Jak się dzisiaj czujesz? – pyta łagodnie.

– Nudno. Nie ma co robić.

– Dlatego przyszedłeś do mnie?

Uśmiecha się do niej szeroko.

– Ty tu jesteś.

– Jestem – potwierdza Samanta. – A pamiętasz, co ci mówiłam o wchodzeniu tutaj bez pytania?

Franek się waha, a uśmiech znika z jego twarzy. Wygląda jak przyłapane na gorącym uczynku dziecko, aż kobietę zalewa fala wyrzutów sumienia. Franek jest chory. Nie powinna być wobec niego zbyt surowa.

– Że nie wolno?

– Właśnie tak. Nie wolno.

Samanta wyciąga kawałek lasagne na talerz i stawia go przed mężczyzną. Żal jej go, bo z tego, co słyszała od Jacka, Franek miał w życiu pecha. Jako ośmiolatek uległ wypadkowi i przestał się rozwijać. Zatrzymał się w czasie, wciąż jest jak dziecko. Dwumetrowe, trzydziestoparoletnie dziecko. Mieszka sam, w małym domku przerobionym z dawnej szopki, na końcu pola Jacka. Samanta wie, że czasem zaglądają do niego pracownicy socjalni, ale to chyba jedyni jego goście. Zapewne dlatego całymi dniami chodzi po wiejskich drogach i zaczepia mieszkańców wioski.

Samanta siada po drugiej stronie stołu i patrzy bez słowa, jak Franek pochłania obiad. Zawsze było jej szkoda ludzi, którzy nie wybierają samotności dobrowolnie.

Nawet jeśli po raz piąty włamują się im do domu.

Ale o tym będzie musiała porozmawiać z Jackiem. Może pora zainstalować jakiś alarm?

– Przepraszam panią – mówi cicho Franek.

– Nie szkodzi. Wiem, że nie chciałeś zrobić nic złego. Ale to się nie powtórzy, prawda?

Mężczyzna energicznie kręci głową. Jacek nie miał pojęcia, czemu tak upodobał sobie ich dom. Sugerował, że może Franek wyjątkowo ją polubił, i kazał zamykać drzwi na klucz. Samanta przeklina pod nosem. Zapomniała to zrobić po tym, jak dostała paczkę z książkami.

– Obiecuję, proszę pani – poważnieje. – Już nie będę.

Samanta wymusza na twarzy uśmiech, choć jest coś nieprzyjemnego w tej dziecięcej powadze na twarzy dorosłego mężczyzny. Oczywiście to nie jego wina, że tak się zachowuje. Ale ona nie może wyzbyć się poczucia, że coś tu się nie zgadza.

– Bardzo dobrze – mówi. – Ale jeśli chcesz tu przyjść, to możesz. Musisz tylko zadzwonić do drzwi i poczekać, aż ci otworzę.

Franek kończy lasagne i odsuwa talerz. Kręci głową i się krzywi, jakby Samanta próbowała mu wmówić jakieś głupoty, ale on jest za cwany, by dać się jej oszukać.

– Nie – informuje ją z powagą. – Jacek nie pozwala.

– Jacek… rozmawiał z tobą o tym?

Franek przytakuje.

– A co?

– Nic, nic. Nie wiedziałam.

Samanta bierze talerz i przepłukuje go pod bieżącą wodą, odwrócona plecami do mężczyzny. Jacek nie wspominał jej o tym, że poszedł do Franka i wyjaśnił z nim sprawę włamań. Po prostu to zrobił. Wiedział, że miała problem, i rozwiązał go za nią. Mężczyzna, który słuchał jej narzekania i potrafił na nie zareagować. Zjawisko praktycznie niespotykane w dotychczasowej historii związków Samanty.

A jednak cuda się zdarzają.

Dokładnie takiego zachowania oczekiwała od swojego partnera.

Może jutro upiecze mu ciasteczka. Tak, to doskonały pomysł. Niedawno wpadł jej w oko świetny przepis, a i tak chciała wybrać się na zakupy. Już chyba z miesiąc nie odpalała swojego czerwonego Forda – najwyższa pora sprawdzić, czy akumulator wciąż działa.

Kobieta odwraca się z uśmiechem do Franka i postanawia, że zrobi dodatkową porcję ciasteczek specjalnie dla niego. W podziękowaniu za to, że zdradził jej ten sekret: że Jacek o nią dba.

Franek na widok jej uśmiechu cały się rozpromienia.

– Ta pani wcześniej nie była taka miła jak ty – stwierdza radośnie. – Ciebie to ja lubię bardziej.

3

Waldemar

W malutkim domku, który toi przy drodze, Waldemar odpakowuje przesyłkę. Zostawia karton na kuchennym blacie, obok garnka stygnącego gulaszu, i podziwia pokryte aksamitem pudełko. To nie był drogi naszyjnik, na więcej Waldemarowi byłoby szkoda pieniędzy, ale jego zdaniem sprawia przyjemne wrażenie.

Ot, słodka błyskotka na okrągłą rocznicę.

Z salonu dobiegają dźwięki ulubionej telenoweli Jadzi, więc Waldemar postanawia wstrzymać się z podarunkiem. Korzysta z chwili spokoju, chowa gulasz do lodówki i myśli nad słowami listonosza. Nie bardzo ufa Borysowi – nie po tym, co usłyszał na jego temat we wsi. Nie wie nawet, dlaczego zaprosił go na herbatę, chyba tylko z samotności, bo żal mu było siedzieć w dniu rocznicy samemu.

Ale żeby oskarżać Jacka o przemoc?

Niedoczekanie. Zaraz wiadomo, że Borys jest nietutejszy, bo nikt stąd nie wymyślałby takich głupot. Ale czego się spodziewać po listonoszu z miasta, który ma tyle za uszami. Już Waldemar zna takich jak on.

Jest pewien, że mężczyzna się myli.

Waldemar na emeryturze ma przestrzeń na to, by mimochodem obserwować świat, którym do tej pory słabo się interesował. Ma dużo czasu, by myśleć o tym, co widzi. Ma, prawdę mówiąc, ogółem trochę za dużo czasu.

Przeszedł na emeryturę dwa lata temu i nie potrafi się jeszcze przestawić na ten nowy tryb życia, w którym jego obowiązki są ograniczone do małego domku w dolinie. Koniec z pobudkami o czwartej nad ranem i pracą w polu. Koniec z jedynym życiem, jakie znał. Waldemar był rolnikiem, tak jak jego ojciec i dziadek przed nim. Tak wyglądało jego życie, odkąd tylko sięgał pamięcią, od kiedy z rana chodził krowy pasać i gdy powinien chodzić na lekcje, ale tego nie robił, bo dawniej to się we wrześniu dzieci rolników do szkoły nie posyłało. Nikt nie musiał go usprawiedliwiać nauczycielce. Takie były czasy.

A teraz to wszystko się skończyło.

Wciąż zdarza mu się o tym zapomnieć. Bywają dni, że budzi się o świcie, idzie do kuchni zaparzyć herbatę i dopiero wtedy przypomina sobie, że nie musi wychodzić.

Nie wie, co zrobić z nadmiarem tej wolności. Z okna w kuchni ma, na przykład, doskonały widok na dom Jacka i Samanty. Z pudeł po przeprowadzce wyciągnął nawet lornetkę, przez którą czasem widuje sąsiadkę w oknie na piętrze – kilka miesięcy temu zdjęli firanki w tych górnych i nigdy ich nie zawiesili. Kobieta często siedzi przy stole, pochylona nad czymś, może nad telefonem?

Waldemar zastanawia się wtedy, co robi.

Najprzyjemniej jest w momencie, gdy drogą przejeżdża Jacek. Waldemar staje wówczas w oknie i patrzy, jak młody mężczyzna zatrzymuje samochód za domem, a Samanta czasem wybiega na podwórze, żeby go przywitać. Taka jest w nim zakochana.

Waldemar nie chce być wścibski. Nie uważa nawet, żeby robił coś złego, bo przecież dobrze mieć oko na sąsiadów, prawda? Gdyby w ich domu wybuchł pożar, byłby jedyną osobą w okolicy, która mogłaby zadzwonić na straż. Waldemar uważa swoje obserwacje za sąsiedzką przysługę.

Nawet by mu do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby nie chcieć, by go obserwowano.

W saloniku rozlega się brzdęk, od którego staruszek zamiera. W ciszy nasłuchuje, czy dźwięk się powtórzy albo Jadzia się odezwie, ale jedyne, co dobiega zza ściany, to krzyki z telewizora – Esmeralda właśnie odkryła, że jej martwy narzeczony nie dość, że żyje, to na dodatek jest jej bratem.

Waldemar rozluźnia ramiona i oddycha głęboko. Ma jeszcze chwilę, zanim zajdzie do żony. Rozkłada gazetę, ale jego wzrok ślizga się po tekście, a mężczyzna wędruje myślami z powrotem do słów listonosza. Ma tak od przejścia na emeryturę, że jeśli w jego spokojnym, poukładanym życiu pojawi się jakieś niewielkie nawet zakłócenie, wytrąca go to z równowagi bardziej, niż powinno.

Może zapyta Halinkę, właścicielkę jedynego w Rogożu sklepu, co ten listonosz tak węszy po sąsiadach. Bo też co to za pomysł, żeby oskarżać chłopaka wychowanego tutaj o takie okropieństwa? Waldemarowi nie mieści to się w głowie.

Borys jest tu nowy, jest więc obcy. Jacek urodził się tutaj, wychował i dorastał. Jeśli Waldemar miałby wybierać między nimi, to nie ma takiej siły, która zmusiłaby go do zaufania listonoszowi. Nawet gdyby nie zaglądał czasem do sąsiadów za pomocą starej lornetki. Nawet gdyby nie miał pewności, że wszystko u niej dobrze.

Waldemar jest lojalny wobec swoich, a Borys… Ach, szkoda gadać.

Borys nie jest swój.

Telenowela się kończy, a gorące wyznania zastępuje huk reklam. Mężczyzna odkłada gazetę, bierze aksamitne pudełko i przechodzi do salonu. Pomieszczenie jest pogrążone w półmroku i zagracone bardziej, niż Waldemar by chciał – do emerytury mieszkali w znacznie większym domu i teraz musieli zmieścić cały dobytek w dwóch pomieszczeniach. W rogu stoją kwietniki, w kolejnym meblościanka wypełniona bibelotami – wyrobami dziecięcych rączek, które szkoda im było wyrzucać – i pamiątkami z ostatnich kilku pokoleń ich rodziny. Waldemar zatrzymuje się w progu i zaciska pomarszczoną dłoń na pudełku z rocznicowym prezentem.

Myśli, że naszyjnik spodoba się Jadzi.

Kobieta odrywa wzrok od ekranu telewizora. Jej rozbiegane spojrzenie, częste u niej po gwałtownych emocjach – takich jak odkrycie Esmeraldy – wędruje po pomieszczeniu. Staruszka jest szczupła i drobna, a w głębokim fotelu i pod grubym, ciężkim kocem wygląda bardziej jak brzydkie, pomarszczone dziecko niż dorosła kobieta. Potrzebuje chwili, by zauważyć stojącego w progu Waldemara, ale gdy już go poznaje, na jej twarz wślizguje się uśmiech.

– Kamienie powiedziały mi, że będzie dzisiaj padało – oznajmia. – Schowałeś nietoperze?

Waldemar poprawia się w myśli: dawnej Jadzi naszyjnik by się spodobał.

***

Każdy dzień w życiu Waldemara wygląda tak samo. Pobudka o szóstej. Sprawdzenie, czy Jadzia śpi obok niego. Śniadanie dla dwojga o siódmej. Sprawdzenie, gdzie jest Jadzia. Roboty w ogrodzie do południa. Sprawdzenie, czy Jadzia nie wymknęła się w czasie, gdy on siedział w szopie. Zakupy, jeśli Jadzia ma dobry dzień. Wspólne oglądanie telewizji, jeśli nie ma.

W dobre dni nie wini jej za to, jak wygląda ich życie. W ogóle nie powinien narzekać. Wie, że inni mają znacznie gorzej, ale nie zawsze o tym pamięta. Miewa takie dni, kiedy jedyne, o czym marzy, to odzyskanie dawnej Jadzi. Gdy bezsilność go przerasta, wychodzi do szopki i rąbie drewka na opał. Albo cokolwiek innego, co wymaga użycia mięśni, skupienia i mało myślenia.

Dziś wypada właśnie taki dzień.

Jadzia czuje się dobrze, więc całe popołudnie siedzi przy otwartej szafce, z której wyciąga bluzki, składa je i buduje z nich wieże na stole, a towarzystwa dotrzymuje jej rozkręcony głośno telewizor. Waldemar zjada z nią obiad w milczeniu, bo nie ma siły na rozmowę. Takie dni też zdarzają mu się coraz częściej. Po obiedzie ucieka do szopki i wyciąga siekierę.

Wielu rzeczy Waldemar żałuje. Mało spraw w jego życiu potoczyło się tak, jak tego chciał, a z konsekwencjami podejmowanych w dobrej wierze decyzji musi mierzyć się do dzisiaj. A intencje zawsze miał dobre. Naprawdę chciał jak najlepiej.

To tylko życie płatało mu kolejne psikusy i na intencjach się kończyło.

Waldemar ustawia drewko i rozbija je siekierą. Jeden cios to za mało, więc powtarza proces z kolejnymi szczapami, których stosik rośnie pod ścianą szopki w tempie imponującym dla człowieka w jego wieku. Przestaje dopiero w momencie, gdy zaczyna czuć pulsujący ból w ramieniu. Coraz bliżej mu do siedemdziesiątki, ale zwykle udaje mu się o tym zapomnieć.

Odstawia siekierę pod ścianę i zamiera.

Cisza. Ona nigdy nie jest w ich domu dobrym znakiem, bo to jak z małymi dziećmi – oznacza, że coś się dzieje.

Waldemar przytrzymuje nadwyrężone ramię i wchodzi do domu, a podłoga skrzypi pod jego ciężkimi roboczymi butami. Zagląda do salonu, gdzie pół godziny wcześniej zostawił swoją żonę. Telewizor jest wyłączony. Rozwalone stosy ubrań leżą na stole, obok stoi niedosunięte krzesło.

– Jadzia?!

W salonie nikogo nie ma. Waldemar przechodzi do ich sypialni. Tu też jest pusto. W głowie zaczyna mu szumieć, a serce bije głośno pod koszulą w kratę. Nie powinien był odchodzić. Nie powinien był zajmować się dzisiaj drewkami.

– Jadzia!

Powtarza sobie, że świat się przecież nie wali. Żona może chodzić sama po okolicy i nie sprawia nikomu problemów. Jest pod tym względem trochę podobna do Franka, choć zdaniem Waldemara Franek radzi sobie lepiej z samodzielnym życiem. Zna tę okolicę od urodzenia, obszedł każdy skraj ziemi i każdą ścieżkę we wsi. Wszyscy go znają i wiedzą, żeby mieć na niego oko. O Jadzię Waldemar boi się bardziej, bo jest nieprzewidywalna. Wszystko u niej zależy od tego, jaki ma dzień.

Powtarzanie, że nic jej się nie stanie, szybko przestaje działać. Zapomina całkiem o nadwyrężonym ramieniu. Zarzuca na siebie grubą kurtkę i nerwowo zagląda ostatni raz do wszystkich trzech pomieszczeń w ich niewielkim parterowym domku. Nie wie, czemu to robi, chyba tylko z przezorności, bo Jadzia jest głośna i nie ukryłaby się przed nim na długo. Nie byłaby w stanie zniknąć na tak małej przestrzeni.

Waldemar wypada z domu i rozgląda się wokoło. Okolica jest pusta. Puste pole, dom Jacka na horyzoncie i trochę drzew za nim. Nikogo na drodze gruntowej, która ciągnie się od drogi na Rogoż wzdłuż pola.

Jadzia jest od niego kilka lat młodsza, ale jej ciała nie zniszczyła praca na roli. Do tej pory potrafi poruszać się z werwą, której jemu brakuje już od lat. Mężczyzna podchodzi do płotu i się zastanawia. Mógłby czekać tutaj na jej powrót. Są dni, kiedy Jadzia zachowuje się jak dziecko, i dni, kiedy jest niemal taka sama jak wtedy, gdy ją poznał czterdzieści lat temu. Czasem te dni zamieniają się w godziny albo chwile. Ale mężczyzna nie wyobraża sobie, by miał po prostu czekać. Wzdycha i zamyka za plecami bramkę, która zgrzyta przeciągle.

W okolicy znajduje się kilka miejsc, do których Jadzia lubi zachodzić. Waldemar dokonuje w myślach przeglądu, choć nie musi się długo zastanawiać. Jest jedno miejsce, które jego żona odwiedza częściej niż inne.

Znajdzie ją przy grobie.

4

Samanta

Franek nie mówi nic więcej o kobiecie, która przed nią bywała w tym domu, więc po kilku pytaniach Samanta odpuszcza. Byłe Jacka nie są przecież dla niej końcem świata. Ma jeszcze chwilę na spacer przed powrotem ukochanego, więc wraz z sąsiadem wychodzą na dwór, a ona starannie zamyka drzwi na klucz i chowa go do kieszeni. Żegna się z mężczyzną i odprowadza go wzrokiem, by się upewnić, że wróci do siebie. Wychudzona sylwetka maleje między drzewami za domem.

To naprawdę tragiczne, że ktoś w jego położeniu mieszka sam.

Częściowo właśnie tego się spodziewała po życiu na wsi. Przeprowadziła się do najbiedniejszej części Mazur, której mentalność bliższa była temu, co żartobliwie przypisywano Podlasiu czy Podkarpaciu. Nie wszyscy w okolicy mieli się za co leczyć, wielu żyło tylko z renty, zasiłku albo pracowało na czarno za grosze. Wyrzutki, pijacy, chorzy. Jak zepsute zabawki rozrzucone w piaskownicy, myśli, bo mimowolnie szuka najtrafniejszych słów, by opisać życie, które od niedawna stało się jej udziałem. Tutaj każdy radzi sobie, jak może.

Niektórzy nie radzą sobie wcale.

Samanta patrzy z uwagą, jak Franek ostatecznie znika między drzewami. Gdzieś za nimi, w dolinie, znajduje się jego dom – nigdy nie była w środku, ale widuje go z drogi. Przed pożegnaniem wymusiła na mężczyźnie powtórzenie obietnicy, by nigdy więcej nie wchodził do Jacka bez pytania.

Franek sumiennie obiecał, że tego nie zrobi.

Gdy sąsiad znika, Samanta cofa się na ganek i naciska klamkę, żeby się upewnić, że użyła klucza. Odchodzi na kilka kroków, patrzy na wielki budynek i oddycha głęboko. Choć jej stany lękowe należą już do przeszłości, wciąż miewa dni, w które zwykły spacer wymaga od niej wysiłku.

Samanta doskonale pasuje do zbioru zepsutych zabawek, rozsianego po okolicy.

Ale dzisiaj wie dokładnie, dokąd się wybiera: w jej ulubione miejsce. Odkryła je przypadkiem kilka dni temu i od razu się w nim zakochała, bo od reszty ustronnych zaułków różniło je jedno: historia. Samanta nie zna jeszcze tej historii, ale podświadomie czuje, że w niewielkim zagajniku doszło kiedyś do czegoś wyjątkowego. Zawsze miała nosa do takich tematów.

Idzie przez pole, pozwalając swoim myślom błądzić nieskrępowanie. W jej głowie wirują obrazy Jacka i ich wspólnych chwil po jego powrocie – i wcale nie myśli teraz o przepysznej, pachnącej ziołami prowansalskimi lasagne. Ma pewien pomysł na to, jak urozmaicić im spokojny wieczór na tym odludziu.

Kluczowym rekwizytem planu na tę noc jest cienka skórzana smycz. Znalazła ją na dnie swojej walizki przy okazji porządków i pomyślała, że najwyższa pora znowu zrobić z niej użytek.

Nie przejmuje się słowami Franka o tym, jaka była poprzednia pani domu. Oboje z Jackiem są koło trzydziestki, a w tym wieku to normalne, że mają jakąś przeszłość. Przeszłość Samanty jest raczej skromna, bo pracoholizm stał na drodze przyjemnościom. Ma za sobą dwa dłuższe związki, które rozsypały się z tak banalnych powodów, że kobieta miałaby dziś problem z przypomnieniem ich sobie.

W przeciwieństwie do niej Jacek ma zaskakująco bogatą przeszłość. To tym dziwniejsze, że w okolicy nie ma nikogo w ich wieku. Samanta dostrzegła to przy okazji pierwszych zakupów w pobliskim supermarkecie, a Jacek potwierdził później – większość młodych osób zaraz po szkole ucieka do miasta. Zapytała go wtedy, dlaczego on też tego nie zrobił, ale zbył ją jakimś żartem.

Mimo to Jacek w jakiś sposób zdobył wystarczające doświadczenie w kwestiach romantycznych, by o trzy lata od niego starsza Samanta nigdy nie poczuła różnicy między nimi. Zapewne któraś z jego byłych dziewczyn tu zaglądała, może nawet jakiś czas mieszkała. Może tak samo jak ona siadała czasem z Frankiem i słuchała, jak ten opowiadał jej o lesie.

Samanta zaczyna wyobrażać sobie tę kobietę, aż gwałtownie przerywa.

Nie może robić takich rzeczy.

Dochodzi do zagajnika, w którym kilka dni temu dokonała odkrycia. Spomiędzy drzew powoli wyłania się wielki szary cokół, postawiony tam tak dawno, że mech wypełnił wykute w kamieniu litery. Pomnik sięga Samancie do pasa, jest prosty, bez dodatkowych dekoracji czy zdobień, i chyba właśnie ta prostota tak ją urzekła od pierwszego wejrzenia.

Kobieta klęka na wilgotnej, lodowatej o tej porze roku ziemi. Nie wytrzyma tu długo, ale chce nacieszyć oczy tym widokiem. Przed pomnikiem stoją trzy czerwone znicze z dawno wypalonymi wkładami i jedna wiązka plastikowych kwiatów – ślady tego, że ktoś we wsi jeszcze pamięta o dawnej tragedii.

Ale co tak właściwie się tu wydarzyło?

Samanta nie wie. Na pomniku wyryto kilka słów, żadnych wyjaśnień:

PAMIĘCI OFIAR

17.02.1997

ALEKSANDRA, MARTYNA, KATARZYNA, JAN, MAGDALENA, MATEUSZ, PAWEŁ, PIOTR, WIKTOR, ZOFIA

ŚWIEĆ, PANIE, NAD ICH DUSZAMI

Samanta nie ma zbyt wielu informacji, ale układa sobie w głowie wszystko to, czego się doliczyła. Dwadzieścia dwa lata temu w tym zagajniku, jakiś kwadrans drogi piechotą od domu Jacka, w niewyjaśnionych okolicznościach życie straciło dziesięć osób.

To wszystko, co Samanta wie.

A czego Samanta nie wie, to lubi sobie dopowiedzieć.

W życiu nie przyznałaby się na głos, że zawsze intrygowały ją masowe groby, wypadki, w których wiele osób traciło życie, czy wielkie katastrofy. Fascynuje ją śmierć, która zbiera swoje żniwo w spektakularny sposób. Nie ma pojęcia dlaczego i trochę się tego wstydzi.

A może to tylko groza.

Może chorobliwa ciekawość.

Może ulga, że padło na kogoś innego, bo te zbiorowe śmierci są zawsze takie… przypadkowe. Czasem ci się uda, czasem nie. Czasem idziesz do pracy i już z niej nie wracasz. Czasem spóźniasz się na lot, który kończy się na dnie oceanu. W opisach katastrof zawsze jest mnóstwo takich historii, które budzą dreszczyk emocji – jak przy uprawianiu hazardu. Bo ktoś nie zdążył na samolot. Ktoś się rozchorował i nie poszedł do pracy. Ludzie wychodzą z wypadków cało w najgłupszych zbiegach okoliczności.

Samanta klęczy przed pomnikiem i przygląda się imionom wyrzeźbionym w kamieniu. Wstyd jej, że jest nim tak zafascynowana, ale nikt się o tym nie dowie. To tylko jej sekret. Kim była Martyna? Kim był Mateusz?

Co zakończyło ich życie siedemnastego lutego?

– Jednego brakuje. Marysię pochowali w mieście. Jedenastka ich wtedy była, jedenastka zginęła. W tej śnieżycy.

Głos rozlega się za jej plecami blisko i tak nagle, że Samanta wciąga głośno powietrze. Zrywa się z ziemi i odwraca gwałtownie. Przed nią stoi siwowłosa staruszka, szczupła i niepozorna. Musiała zakraść się tutaj, gdy Samanta się zamyśliła, bo nie usłyszała jej kroków – a w lasku zwykle trudno ukryć swoją obecność.

Kobieta przykłada dłoń do serca, które bije jej jak szalone, i przygląda się staruszce z niepokojem. Zna ją z widzenia, sąsiadka mieszka w domku przy głównej drodze, który widać z okien ich sypialni. To ona czasem biega po polu w kozakach i koszuli nocnej. Czego tutaj szuka?

– Pani… Pani Jadwiga, tak?

Staruszka odrzuca na plecy siwy warkocz i wskazuje pomnik. Wygląda przy tym tak poważnie i dostojnie, że Samanta wątpi, czy to na pewno jej szalona sąsiadka.

– To była taka śnieżyca, że znaleźli ciała dopiero kilka dni później – mówi ze wzrokiem utkwionym w kamieniu. – Zaspy większe od tych dzieci. Maluchy nie mogły przez nie przejść. Nie mogły sobie poradzić.

Samancie krew odpływa z twarzy.

– To… To były dzieci? Te imiona na pomniku?

– Nie mieli jak przenieść tylu ciał, a ziemia była skuta lodem. Zostawili je w starej gawrze po niedźwiedziu i przykryli deskami. To miał być tymczasowy grób. Sołtys tak mówił. Kryzysowy. A jak na wiosnę puścił mróz i spróbowali ich przenieść, to już się nie dało, więc proboszcz się zgodził na mogiłę tutaj, żeby wszyscy zleżeli razem. Wszyscy poza Marysią.

Samanta zaczyna rozumieć.

To nie jest pomnik, tylko grób.

Dreszcz przebiega jej po plecach, więc próbuje przywołać się do porządku. Groby nie są przecież straszne. Na cmentarzu jest ich pełno. Więc dlaczego teraz, gdy słucha drżącego głosu sąsiadki, towarzyszy jej ten dziwny, uwierający niepokój?

Czuje pod stopami ciała dzieci, więc cofa się o krok.

– Co im się stało? Czy pani wie, co się stało?

Jadwiga wybucha śmiechem.

***

Coś się zmienia.

Samanta nie ma pojęcia co, bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się takie samo: listopadowy wiatr delikatnie szumi w zagajniku, ziemia pod ich butami jest zimna i wilgotna, ciemnoszare chmury zasłaniają każdy skrawek nieba. Śmiech Jadwigi na początku jest przeszywający i trochę hienowaty, ale urywa się nagle, a staruszka przytomnieje. Chyba przytomnieje. Samanta przygląda się jej z niezrozumieniem.

– Wszystko w porządku? – upewnia się.

Staruszka również na nią zerka.

– Oczywiście, czemu pytasz?

Samanta wzrusza ramionami. Spojrzenie kobiety jest teraz jasne i przytomne, zaszła w niej jakaś dostrzegalna gołym okiem zmiana.

– Też przyszłaś się do nich pomodlić? – pyta nagle Jadwiga.

– Eee… Tak. Tak.

– To był okropny wypadek.

Samanta ściąga brwi i odruchowo obejmuje się ramionami, nie z zimna, tylko dla ochrony. Spogląda za siebie, ale nie widać stąd domu Jacka. Kusi ją, by wycofać się i uciec, ale jest ciekawa. Chce dowiedzieć się czegoś więcej o dziesiątce dzieci, które straciły tu życie.

– Wie pani może, co dokładnie się tutaj stało? – pyta łagodnie, uważnie pilnując, żeby jej głos nie zabrzmiał zbyt nachalnie.

Jadwiga zaciska usta.

– Każdy tutaj to wie.

– Ja nie jestem stąd.

– Więc co tu robisz?

W każdych innych okolicznościach Samanta chętnie odpowiedziałaby na to pytanie, ale nie teraz. Jak ma streścić w kilku słowach, że przyjechała na Mazury za miłością swojego życia, bo ataki paniki zamieniły jej codzienność w koszmar, a kręcić rolki z Jackiem może z każdego miejsca na świecie? Wystarczyłoby, żeby Jadwiga zapytała, czym są rolki, i kompletnie zmieniłaby kierunek ich rozmowy.

– Spacerowałam – wyjaśnia zwięźle. – Mówiła pani coś o śnieżycy?

Jadwiga opuszcza wzrok na trzy czerwone znicze, jakby na moment zapomniała o obecności Samanty. Może właśnie tak jest. Samanta nie jest pewna, na ile kobieta zdaje sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje.

– Tak, była wtedy śnieżyca.

– I co się stało z tymi dziećmi? Jak się tu znalazły?

Jadwiga błądzi nieprzytomnym wzrokiem. Patrzy na powykręcane ze starości drzewa. Na grób, w którym spoczywają zwłoki.

– Nie mogli ich pochować w osobnych grobach na wiosnę, bo nie byli w stanie rozdzielić ciał. Na wiosce potem gadali o stosach kości i lejącym się, zgniłym mięsie. Ja wszystko słyszałam. I dopiero w marcu wyprawili im uroczysty pogrzeb. Każdy z okolicy się stawił. Nigdy nie byliśmy bardziej razem niż wtedy, gdy połączyła nas tragedia.

Samanta długo nie odpowiada. Jeszcze przed chwilą Jadwiga wydawała się taka przytomna, ale to wrażenie się rozwiało. Staruszka błądzi wzrokiem po nagrobku i okolicy, ale na niczym nie może się skupić.

– Mieszkała tu pani wtedy? – pyta łagodnie młodsza z kobiet.

Rezygnuje z dopytywania o przyczyny tragedii. Nawet w normalnych okolicznościach byłoby jej dziwnie o tym rozmawiać, a już szczególnie teraz, gdy kontakt ze staruszką jest tak rozchwiany.

– W okolicy.

– To miło, że wciąż pani tu zagląda.

Jadwiga zaciska usta.

– Poprawiam kwiaty i przynoszę nowe wkłady do zniczy – wyjaśnia. – Nie jestem jedyna.

– To wciąż bardzo miłe z pani strony. – Samanta przygląda się staruszce z namysłem i odwraca wzrok. Czuje się nie na miejscu, jakby nagle została wrzucona w środek prywatnych spraw obcych ludzi. – Wiele razy się zastanawiałam, co się tutaj stało – dodaje usprawiedliwiająco.

– Cóż, nie powinnaś. Nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości, same kłopoty z tego potem wychodzą. Co było, to było i się nie odstanie.

– Nie, oczywiście, ja tylko…

– Nie powinnaś zakłócać zmarłym spoczynku. Oni potrzebują ciszy.

Samanta znowu się wycofuje. Jest zawstydzona, bo staruszka ma rację. Nie przychodzi tutaj, żeby doglądać grobu. Ona była po prostu ciekawa. Zobaczyła imiona dziesięciu martwych osób i nie mogła wyrzucić ich z głowy. Postanawia zostawić Jadwigę w spokoju, ale wtedy staruszka oznajmia rzeczowo:

– Czasem, gdy szumi wiatr, możesz usłyszeć ich płacz.

– C-co?

– Ale tylko wtedy, gdy wieje naprawdę mocno. Ten płacz jest wtedy nieznośny. Nawet gdy zatykasz uszy, wciąż go słyszysz. Dlatego nie próbuj im przeszkadzać. Oni potrzebują leżeć w ciszy.

Jadwiga odchodzi i znika między drzewami, pozostawiając Samantę z poczuciem niedosytu. Chciałaby słuchać staruszki dalej – nie tylko historii nieszczęścia, ale także o życiu społeczności, do której ma nadzieję dołączyć. Mogłaby być dla niej nieocenioną pomocą.

Następnym razem spróbuje porozmawiać z nią dłużej. Dzisiejsze spotkanie nie było zbyt fortunne, ale może stać się zalążkiem znajomości. Znajdzie na to sposób. Dziwne zachowanie staruszki jej nie przeszkadzało, właściwie całkiem wpisywało się w klimat mazurskiej wsi. Ta okolica w porównaniu do Krakowa jest jak pustynia – a bez krytycznego wzroku sąsiadów każdy robi to, na co ma ochotę. Franek całymi dniami wędruje po polach, Jadwiga opowiada o martwych dzieciach, a Samanta planuje, jak uwieść Jacka za pomocą smyczy.

Właśnie dlatego tak jej się tutaj podoba.

Czuje się wolna.

Tuż przed odejściem zauważa jeszcze przekrzywioną wiązankę. Przyklęka i ją podnosi, a następnie otrzepuje mokre grudki przyklejone do plastikowych liści. Wokół pomnika znajduje się szeroki pas ciemnobrązowej, wyrównanej grabiami ziemi. Samanta myśli, że to trochę dziwne, bo trawa w tym miejscu wyglądałaby ładniej, ale może celowo pozostawiono tę przestrzeń niezarośniętą. Może tak zaznaczyli, że to nie tylko pamiątkowy pomnik, ale i grób dziesięciu osób.

Samanta wyciąga dłoń przed siebie i uklepuje wzburzoną ziemię. Wtedy coś dostrzega. Biały przedmiot ledwie wystaje ponad powierzchnię. Podnosi go i na otwartej dłoni przybliża do twarzy. Gładki, jasny kamień jest podłużny, wąski i krótki na może trzy centymetry.

W końcu dociera do niej, co trzyma, i z piskiem to upuszcza.

Kość. Jest malutka. Pewnie należy do jakiegoś leśnego zwierzęcia.

Samanta się pochyla i ostrożnie odkłada ją na miejsce, pod plastikową wiązankę. Dla pewności zakrywa miejsce ziemią. Wzdryga się z obrzydzenia, więc próbuje to sobie zracjonalizować. Takie rzeczy się zdarzają. Może jakiś królik padł w tym miejscu albo nietoperz, albo…

Cóż, być może ta kość ma ponad dwadzieścia lat.

Skoro mieszkańcy wioski zakopali ciała w zagajniku zamiast na cmentarzu, to kto wie, co jeszcze się tu wtedy działo. Może nie mogli przebić się przez korzenie okolicznych drzew i dlatego pochowali dzieci płytko, blisko powierzchni. Jeśli dobrze zrozumiała Jadwigę, nie było żadnych drewnianych trumien, które oddzielałyby ciała od ziemi.

Samanta ostatni raz poprawia wiązankę i odchodzi. Miała wyjść tylko na kilka minut, żeby zdążyć przed powrotem Jacka. Jej serce zostaje przeszyte znajomym niepokojem. Wciąga powietrze i puszcza się przed siebie biegiem.

Nie może się spóźnić.

5

Jacek

Zdaniem Jacka życie jest ostatnio wspaniałe – poszczęściło mu się tak, że aż słów brakuje.

Podjeżdża pod dom kilka minut po trzeciej. W progu zrzuca buty.

– Wróciłem!

Samanta już na niego czeka w kuchni, w kusej sukience, która podwija się na pośladki przy każdym ruchu, i w seksownym fartuszku – trochę jak u staroświeckiej gospodyni, a trochę pokojówki z filmów dla dorosłych. Ten fartuszek to taka ich zabawa. Bardzo lubią wymyślać sobie różne zabawy.

Mieszkanie na końcu świata, gdzie mają tylko siebie, bardzo im służy.

Na powitanie Samanta podbiega do niego i wskakuje mu w ramiona, a nogi oplata wokół jego bioder. Jacek ją całuje, a dla zachowania równowagi przyciska jej plecy do ściany. Jego dłonie wślizgują się pod sukienkę, gdzie odkrywa, że kobieta nie ma na sobie majtek. Jacek chucha ciepłym oddechem do jej ucha. Powietrze łaskocze skórę Samanty, która z rozkoszą odchyla głowę.

– Tęskniłaś? – pyta ją.

– Tęskniłam.

W tym momencie nic więcej mu nie trzeba do szczęścia, chce się skupić na tu i teraz, a wszystkie obowiązki zignorować. Jest zmęczony – jego dzień zaczął się wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Teraz chce tylko zjeść i nacieszyć się towarzystwem swojej ślicznej dziewczyny.

– Pokażesz mi, jak bardzo?

Samanta chichocze, a po jego szyi prześlizguje się powietrze. Liczy na to, że tym razem uda mu się ją przekonać, ale wystarczy jeden rzut oka na jej twarz, by wiedzieć, że mu nie odpuści.

Dla niego życie jest dobre, gdy jest pełne przyjemności.

Dla niej – gdy wszystko chodzi jak w zegarku.

– Później ci pokażę – obiecuje Samanta. – Ale najpierw praca.

– Ale ja cię potrzebuję.

Chce nacieszyć się nią jeszcze chwilę dłużej. Prześlizguje dłońmi po jej talii i wsuwa je pod materiał sukienki. Dopiero wtedy Samanta go upomina.

– Idź szybko pod prysznic – szepcze i wyciska na jego szyi drobne pocałunki. – Musimy łapać światło dzienne, póki coś jeszcze jest. A potem mam dla ciebie niespodziankę.

– Tak? – mruczy. – Jaką?

– Zobaczysz. Jestem pewna, że ci się spodoba.

Samanta śmieje mu się w pierś. Próbuje rozluźnić nogi i się z niego zsunąć, ale Jacek jeszcze przez chwilę przytrzymuje ją w górze. Jest od niej dużo wyższy, ma prawie dwa metry wzrostu i szerokie ramiona. Samanta przyznała mu się kiedyś, że na początku nie była w stanie traktować go poważnie, bo wyglądał za bardzo jak książkowy bad boy z romansów, którymi zaczytywała się po pracy.

A teraz z przyjemnością odgrywał dla niej tę rolę, ilekroć sobie tego zażyczyła.

– Najpierw praca, potem przyjemności – dodaje Samanta.

– Ale ja już dziś pracowałem.

Nie wspomina, że to tylko część prawdy. O tym powie jej w swoim czasie. W przeciwieństwie do niej woli najpierw sięgać po przyjemności, a pracę i różne przykrości odwlekać na później. Dlatego zresztą doskonale do siebie pasują: bo są swoimi przeciwieństwami. Poza tym Jacek naprawdę podziwia to, jak ambitna i pracowita jest jego dziewczyna. Wiele jej zawdzięcza.

Dlatego swój sekret zachowuje dla siebie.

– No to czym jest dla ciebie kilka minut więcej? Szybko. Dziś eksplodował nowy trend, na który musimy wskoczyć.

Normalnie nagrywają rolki w weekendy, by łapać w ciągu dnia światło słoneczne, ale w ostatni weekend cały czas padało, więc materiał do promocji wyszedł średniej jakości – mimo lamp w garażu. Poza tym Jacek dobrze wie, że trendy najlepiej wyłapywać i podchwytywać jak najszybciej. Nie wie wprawdzie, co to są trendy ani dlaczego ich wykorzystywanie jest takie ważne, ale to już zmartwienie jego dziewczyny. On ma tylko, jak to mówi Samanta, ładnie wyglądać.

Właśnie dlatego to życie doskonale mu odpowiada.

Puszcza Samantę i idzie pod prysznic. Wciąż nie może uwierzyć w to, jak zmieniło się jego życie przez kilka ostatnich miesięcy. Rok temu był zerem – i może to częściowo jego wina, bo choć miał wiele pomysłów, do każdego z nich szybko tracił zapał, zwykle jeszcze przed tym, nim zabrał się do działania.

Ale pewnego dnia Samanta postanowiła zrobić z niego swój projekt.

Poznali się przypadkiem, gdy odwiedzał znajomego na weekend w Krakowie. Samanta zaimponowała mu wtedy, informując go przy drinku o swoich preferencjach w łóżku. Preferencją Jacka był po prostu seks, na wszystko inne reagował bardziej lub mniej entuzjastycznym „tak”. Spędzili ze sobą noc. Jacek myślał, że na tym się skończy, ale wymienili się kontaktami i zaledwie kilka dni później zaczęli ze sobą rozmawiać.

I nigdy nie przestali.

Okazało się, że Jacek był wszystkim tym, co Samanta mogła ukształtować pod swoje wymagania. To jej zawdzięcza fakt, że jest dzisiaj bestsellerowym pisarzem – co prawda dopiero jednej, ale za to świetnie rokującej książki – a jego twarz kojarzą tysiące obserwujących w mediach społecznościowych. Samanta dzięki swojemu doświadczeniu w marketingu wiedziała doskonale, jak stworzyć jego publiczną personę – seksownego rolnika, który po ciężkiej fizycznej pracy zakłada okrągłe okulary w cienkiej ramce i rozkoszuje się romansami. Fakty nie stanęły na przeszkodzie starannie budowanej fantazji – Jacek nigdy nie był rolnikiem, oddawał pole w dzierżawę sąsiadowi, a traktor od dwudziestu lat nie jeździł. Liczyło się tylko wrażenie, a Samanta wiedziała, jak je zbudować, by wydawcy zabijali się o jego książkę.

Wyjaśniła mu kiedyś, że jest – jak to ona nazwała – niszą. Romanse czytają niemal wyłącznie kobiety, wśród których jest rodzynkiem. Mężczyzna, który czyta romanse? Szokujące. Przystojny mężczyzna, który czyta romanse i jeszcze się do tego publicznie przyznaje? Ewenement na skalę światową (Jacek uwielbiał czuć, że jest wyjątkowy). Przy każdym wrzuconym filmiku wyobrażał sobie zachwyt jego obserwatorek, wypieki na ich policzkach, wilgoć w majtkach.

Śmiał się z tego, dopóki nie zobaczył, w jakim tempie rośnie jego konto.

Dzięki Samancie zrozumiał, jak bardzo jest wyjątkowy.

Gdy wraca spod prysznica, jego dziewczyna ma już na sobie płaszcz i buty. Jacek zakłada ciemnoczerwoną koszulę w kratę, jedną z może trzech, które kobieta pozwala mu nosić do nagrań, bo spójność wizualna coś tam, coś tam. Razem idą do warsztatu jego ojca w przybudówce, którą kilka tygodni temu Samanta odnowiła i – jak to określiła – podkręciła estetykę, by warsztat wyglądał odpowiednio seksownie w soczewce kamery. Narzędzia – z których Jacek nigdy w życiu nie korzystał, bo mimo dorastania na roli do prac fizycznych ma dwie lewe ręce – wiszą na ściankach symetrycznie jak na wystawie, a gdyby mężczyzna im się przyjrzał, dostrzegłby pewnie kolorystyczną synchronizację czy coś równie durnego. Samanta uwielbiała takie rzeczy. Jego nie mogłyby one mniej obchodzić.

Przeciwieństwa się przyciągają.