Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Osiemnastka, magia i odpowiedzialność za równowagę światów? Tosia zdecydowanie nie prosiła o takie wakacje.
Zasada numer trzy: kiedy podpisujesz pakty z zaświatami, zawsze czytaj drobny druczek.
Wakacje na Mazurach pachną słońcem i sprayem na komary, ale błogie lenistwo nie mieści się w korzyściach bycia Welesówną. Jak tu spać do południa, gdy wiły podejrzanie się mnożą, bies knuje coś związanego z wymiarami (nie każcie Ted tego tłumaczyć, nie zdaje matury z fizyki!), a wodnik i wikary sądzą się o władzę nad jeziorem?
Tosia, z dojrzałością właściwą narwanej osiemnastolatce, próbuje jak najlepiej wypełniać swoje zadania Welesówny. Postanawia przestać przejmować się tym, na co nie ma wpływu. W teorii brzmi dobrze, prawda?
W praktyce wizyty biesa o czwartej nad ranem, jego podejrzane propozycje, nieobecność Welesa i Witek, który nie przejmuje się swoją przyszłością, to tylko czubek góry lodowej problemów, które aż proszą się o rozwiązanie, na przykład przy użyciu fulgurytu.
Dobra Welesówna nigdy się nie poddaje, nawet gdy w grę wchodzą dziwnie zachowujący się rodzice, pakty z demonami i chłopak, który o uczuciach milczy w wielu językach. Jedno jest pewne, Tosia jest świetną Welesówną. Tylko musi w to uwierzyć!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
OKŁADKA
TYTUŁOWE
DEDYKACJE
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
POSŁOWIE
PODZIĘKOWANIA
REDAKCYJNA
REKLAMY
Wszystkim nastolatkom, które dopiero uczą się walczyć o swoje – wierzę w Was
Mateuszowi, z podziękowaniami za barwną przyjaźń, która przetrwała próbę czasu i światów
Każda nastolatka myśli, że jest wyjątkowa, ale ja naprawdę miałam ku temu niezłe przesłanki. Bóg śmierci i bydła we własnej osobie udawał, że mu na mnie zależy, i dopiero w lutym odkryłam, jaka to była całkowita ściema.
Przyznaję, moje ego potrzebowało chwili, żeby się po tym pozbierać.
A co było jeszcze gorsze? Weles urządził to całe przedstawienie dla Witka. Dla innego faceta. Potrzebował Witka tak bardzo, że gdy chłopak popełnił karygodny błąd i podjął decyzję niezgodną z preferencjami boga, ten prawie wyszedł z siebie, by uchronić go przed konsekwencjami własnych działań.
A że przypadkiem odbyło się to moim kosztem? Drobiazg.
Przez ostatnich parę miesięcy, odkąd zrezygnowałam z korepetycji u niego, widywałam Witka rzadziej. Jasne, dalej umawialiśmy się na wspólne patrole i wpadaliśmy na siebie w podstawówce, gdy odbierałam Nikę, ale ogółem dobrze działało mi na głowę to, że nie widywałam go celowo. Poza moim obitym ego istotny był też fakt, że nastąpił lipiec, czyli ostatni miesiąc Witka w Brzózce. A kto by chciał się przywiązywać do człowieka, który zaraz weźmie i zniknie, prawda? Ja nie mogłam się do niego przywiązać.
A przynajmniej nie bardziej, niż już to zrobiłam.
Poza tym byłam strasznie zajęta. Na przykład parę godzin temu demony poinformowały mnie, że w lesie za domem pani Leonki grasują dzikie wiły. Skąd się wzięły i co poza grasowaniem robiły? Nikt nie wiedział albo nie chciał mi powiedzieć – brak kości kurczaka pod ręką stawiał mnie w tych dyskusjach na z góry przegranej pozycji. Uznałam jednak, że wypada to sprawdzić, i o północy wymknęłam się z domu, korzystając z nowo otrzymanej wolności. W tym tygodniu spotkało mnie największe błogosławieństwo dostępne osiemnastoletniej dziewczynie, czyli wakacje.
Przysięgam, niewiele więcej potrzebowałam do szczęścia.
Mogłam zaprowadzać sprawiedliwość wśród demonów do trzeciej nad ranem, a potem wracać do siebie i spać beztrosko do południa. Szkoła skończyła się zaledwie tydzień temu, ale Weles mi świadkiem, że już korzystałam z tej swobody w szczytnym celu do oporu.
Zsiadłam z roweru, kiedy ścieżka skręciła w las i poprowadziłam go dalej między drzewa, a piach i kamienie trzeszczały pod kołami. Przystanęłam na skrzyżowaniu. Na prawo ciemno, na lewo również ciemno. Trudny wybór.
Zdecydowałam się na ciemno z prawej i zawołałam półgłosem:
– Czaruś! Leszek!
Ktoś z pewnością kręcił się po okolicy, a mnie w tej chwili bardzo by się przydało jakiekolwiek towarzystwo. Byłam przecież niewinną nastolatką, samiuteńką w lesie pełnym potworów i kompletnie bezbronną. To znaczy poza nożem z fulgurytu, workiem soli, asortymentem butelek z gazem pieprzowym, poświęconym medalikiem z komunii i czerwoną wstążeczką na kostce.
Ach, młotek, taki nieduży, też ze sobą wzięłam.
Jak przystało na letnią noc, w lesie było głośno. W koronach drzew cały czas intensywnie huczało, ćwierkało, trzeszczało i postękiwało. Gdyby ktoś zaszedł mnie od tyłu, istniała możliwość, że nawet bym go nie usłyszała.
Poza tym byłoby miło przynajmniej mieć z kim pogadać.
– Lucynka! – zawołałam nawet w akcie desperacji.
Trzasnęło. Natychmiast przystanęłam. Czy faktycznie usłyszałam coś podejrzanego? Jeszcze przez moment nie byłam pewna, czy mi się wydawało, ale dźwięk się powtórzył: głośny trzask wysuszonego podszycia i następujący po nim jęk. Rozważyłam w myślach wszystkie możliwości i uznałam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie tarzałby się w tym królestwie kleszczy dobrowolnie. Odstawiłam rower, wyciągnęłam z plecaka fulguryt i uniosłam go na wysokość ramienia w pozycji gotowej do ataku.
Pora skończyć z udawaniem bezbronnej nastolatki.
Dopiero niedawno przyznałam przed sobą, że szczerze polubiłam robotę Welesówny. Nie miałam pojęcia, kiedy to się wydarzyło, ale chyba gdzieś zimą. Moich gorących uczuć nie ochłodził ani fakt, że bóg śmierci wykorzystał mnie do załatwienia Witkowi nieśmiertelności, a zaraz potem porzucił, ani też to, że wcześniej spędziłam przecież dobre dziesięć lat na ignorowaniu demonów i buntowaniu się przeciwko moim nietypowym umiejętnościom.
Oczywiście w życiu bym się przed nikim nie przyznała. Po pierwsze dlatego, że jeszcze rok temu z ulgą oddałabym cały ten wielki i magiczny dar. Po drugie, bo byłam nastolatką i generalnie nie miałam zamiaru deklarować publicznie, że lubię cokolwiek, bo było to trochę żenujące. Pewnych rzeczy w moim wieku robić nie wypada.
Coś mignęło mi w oddali, w miejscu, gdzie leśne ciemności częściowo rozpraszało księżycowe światło. Na widok dwóch czarnych sylwetek odruchowo przykleiłam się do pnia i wychyliłam zza niego ostrożnie.
Pośrodku polany stał Witek. Odwrócony do mnie plecami, z dłońmi w kieszeniach, sprawiał wrażenie, jakby wyszedł na spacer, by podziwiać gwiazdy na Mazurach.
Tylko że zamiast gwiazd podziwiał tańczącego demona.
Moje łobuzy dobrze podpowiedziały, że po okolicy grasuje wiła. Była szczupła i wysoka, trochę biała, a trochę bezbarwna, o twarzy uroczej dziewczyny – prawie tak uroczej jak Lucynka, ale pozbawionej lucynkowej parszywości – a gdy tańczyła wokół Witka, jej wielkie białe skrzydła o rozpiętości półtora metra z hakiem migotały w ciemności. Przyglądałam się scenie z uwagą, próbując domyślić się, na co tak właściwie patrzę. Czy ja im przeszkodziłam w schadzce? Wiła kręciła piruety i co jakiś czas lekko dotykała ramion chłopaka.
– Chodź, chodź – syczała. – Zatańcz ze mną, kochany.
Od zeszłych świąt byłam dumną właścicielką bestiariusza słowiańskiego, do którego w ramach powtórki materiału zajrzałam przed wyjściem. Wiedziałam więc, że główną robotą wił było sprowadzanie na ludzi szaleństwa. W bestiariuszu pisano, że wiły najczęściej przybierały postać olśniewająco pięknych dziewczyn o jasnych włosach i oczach błyszczących jak tafla jeziora oświetlona księżycem w pełni, ale w tej książce wszystkie opisy były równie dramatyczne. Poza tym istoty te uwielbiały tańczyć nocami na polanach, a człowiek, który usłyszał ich śpiew, wracał do domu odmieniony – albo bez pamięci zakochany, albo kompletnie obłąkany. Niektóre wiły były tylko złośliwe, inne mściwe, szczególnie gdy ktoś przerwał im zabawę albo próbował odmówić tego, czego od niego zażądały.
Było w tym opisie coś, co mnie zaniepokoiło. Przypomniałam sobie, że parę dni temu zaszłam do salonu kosmetycznego mamy i Róża Leszczyk powiedziała mi, że narzeczony ją zostawił – a jej narzeczony to był Sontowski, i tak jak wszyscy Sontowscy, nie urodził się ze zdolnością do samodzielnego myślenia. Wątpiłam, żeby na starość, czyli po trzydziestce, nagle mu się odmieniło. Ale demony? To brzmiało sensowniej.
Nasze demony nie takie rzeczy już odstawiały w Brzózce.
Zmrużyłam oczy, próbując sobie przypomnieć, czego jeszcze dowiedziałam się o wiłach. Podobno wywodziły się z dusz zmarłych młodo kobiet, które miały niedokończone sprawy na ziemi, co też mnie mocno zaintrygowało, bo nikt młody nie umarł ostatnio w Brzózce – może oprócz tego chłopaka na budowie, ale po pierwsze, nie ta płeć, więc nie pasował mi na seksowną wiłę, a po drugie, załatwiłam go fulgurytem w kilka dni po jego śmierci. Wrócił jako strzyga, a ja przyłapałam go, gdy próbował włamać się do sypialni pani Magdy Borkowej, która dopiero niedawno przeprowadziła się do Brzózki i miejscowi kawalerowie gromadnie padali jej do stóp. Tak przynajmniej mówiły mi panie w salonie.
W ogóle to sporo demonów ostatnio wracało. Miałam co robić.
– Pani Helu, pani wie, że to na mnie nie działa – powiedział Witek, przerywając moje rozważania. – Jestem opiekunem działającym w imieniu Welesa, co czyni mnie odpornym na magię i wasze uroki.
Zamarłam. I tyle by było, jeśli chodzi o rzetelne informacje z bestiariusza. Pani Hela! Emerytowana nauczycielka, która miała osiemdziesiąt parę lat, zmarła wiosną. Kojarzyłam ją, bo ciocia Marzenka czasem do niej zachodziła na herbatkę.
I ona została wiłą? Jakie niedokończone sprawy miała niby osoba w tym wieku?
Co prawda nie wszystkie demony jakieś miały. Niektóre po prostu budziły się po śmierci z planem mordu i nic z tym nie można było zrobić, poza zastosowaniem szybkiego ciosu fulgurytem w pierś. Może lokalizacja grobu na naszym urokliwym cmentarzu w Brzózce im się nie podobała? Z demonami to nigdy nie wiadomo.
– Nie chcę rzucać na ciebie uroku – powiedziała wiła.
– Nie?
– Chcę tylko zatańczyć.
– Z pracownikiem Welesa?
– Z tobą, Witku.
Wiła szeptała uwodzicielsko, a jej miękki głos rozmywał się w szumie liści. Przewróciłam oczami, bo z pewnością Witek nie byłby tak głupi, by…
Złapać wyciągniętą rękę i dołączyć do wiły.
Przyglądałam się im z niedowierzaniem i wysoce zniesmaczona, gdy koło mnie wreszcie pojawiło się towarzystwo. Czaruś, wyżłopodobny demon o skrzydłach przerośniętego nietoperza, sfrunął spomiędzy gałęzi i przysiadł mi na ramieniu.
– Dobry wieczór, pani Ted.
Ledwo zwróciłam na niego uwagę, zbyt zaabsorbowana przyglądaniem się Witkowi tańczącemu z uroczym demonem. Materiał, z którego stworzono sukienkę wiły, był półprzezroczysty, ciasno opinał jej ciało i mimo półmroku odkrywał niemal tyle samo, co zakrywał. Przewróciłam oczami.
– Skąd one wszystkie biorą te skąpe sukienki? – burknęłam. – Jestem pewna, że w niczym podobnym jej nie pochowali.
– Taki ich los, pani Ted.
– W tym wieku to nie…
– W każdym wieku wypada – przerwał mi Czaruś surowo.
Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się wokoło, bo demon brzmiał, jakby słuchał nas ktoś, kogo moje słowa mogłyby obrazić. Nikogo nie dostrzegłam, więc uznałam, że jedyną osobą, którą obraziłam, był Czaruś. Nie wiedziałam, ile ma lat, ale być może więcej, niż mu się podobało.
– Racja, Czarusiu – zgodziłam się na wszelki wypadek.
– Wybierasz się na wieczerynkę u Strzygomira?
Skinęłam głową.
– Jasne, w życiu bym jej nie przegapiła. Chciałam tylko najpierw załatwić sprawę z tą wiłą, ale widzę, że nie będę chyba potrzebna. Nie będę im przeszkadzać w… czymkolwiek, co teraz robią.
Zapatrzyliśmy się bez słowa na Witka tańczącego w objęciach wiły. Kręcili na skrawku polany piruety i odstawiali jakieś skomplikowane figury akrobatyczne, o których uczestnicy studniówek mogli tylko pomarzyć. Scenę okraszał perlisty śmiech wiły.
Obrzydliwe.
– Magia demonów na nas nie działa, prawda? – upewniłam się słabo.
– Mhm.
Przechyliłam głowę.
– Nie będę im przeszkadzać – uznałam.
– Mhm.
Ja naprawdę nie żywiłam wobec Witka żadnych romantycznych uczuć. Żadnych absolutnie. Kumplowaliśmy się, ale nie zapomniałam, że przez pół zimy chłopak ściemniał mi w twarz. No dobra, może nie do końca ściemniał, może tylko nie wspomniał mi o kilku istotnych faktach, ale na jedno wychodziło – dla mnie jako kosmetyczki gadanie było obowiązkowym elementem życia, a jeśli ktoś nie gadał ze mną szczerze, to ja kogoś takiego nie chciałam. Spędziłam całą wiosnę, dochodząc do tych wniosków we własnej głowie i przypominając je sobie, gdy zdarzało mi się o nich zapomnieć.
Tylko teraz ten widok kuso odzianej wiły w objęciach Witka mnie trochę irytował i nawet nie zastanawiałam się czemu… Ale gdybym się zastanowiła, wymyśliłabym zaraz całe mnóstwo powodów – bo kto to słyszał, żeby tańczyć z wiłami po lesie bez oglądania się na kleszcze i inne obrzydliwe robaki, czające się w poszyciu.
– Jeśli będzie dłużej tańczył, spóźnimy się do Strzygo-mira – zauważyłam.
– Mhm.
Uniosłam dłoń i mocniej chwyciłam fulguryt.
– Ja mu tylko pomagam. Wiesz czemu? Bo dobra ze mnie koleżanka.
– Mhm.
Zakradłam się do nich, trzymając się linii drzew i starając się nie robić zbyt wiele hałasu. Z bliska miałam okazję przyjrzeć się ponownie pani Heli, z czego skwapliwie skorzystałam, próbując przełożyć sobie wspomnienie białowłosej, pulchnej staruszki na wiotkie dziewczę tańczące w objęciach Witka. Nie wyglądała znajomo, nic a nic, ale nagłe odmłodnienie o sześćdziesiąt lat prawdopodobnie zmienia trochę człowieka na twarzy.
Podobnie jak spotkanie w środku nocy.
Zatrzymałam się jakieś pół metra od tańczącej pary, która nadal mnie nie dostrzegała. Wiła wygięła się w męskich ramionach zdecydowanie nieprzyzwoicie, aż musiałam sobie przypomnieć, że śpieszymy się oboje, Witek i ja, na domówkę do Strzygomira. Uznałam, że nie mogę tracić czasu i podstawiłam pani Heli nogę.
Męskie ramiona opustoszały, a wiła straciła równowagę i wyrżnęła twarzą o ziemię, czym natychmiast poprawiła mi humor. Przeskoczyłam nad wyciągniętym ciałem i chciałam usiąść na niej okrakiem, ale zdążyła się odwrócić. Witek też, dzięki czemu w końcu mnie zauważył.
– O, Tosia – mruknął sennie.
Wiła powitała mnie jeszcze mniej entuzjastycznie, bo wyrzuciła w powietrze szponiaste łapy i machnęła nimi. Nie zamachnęła się na mnie – ona serio machnęła nimi przed sobą, pół metra od mojej twarzy. Właśnie w ten sposób odkryłam, że wiły potrafią kontrolować powietrze.
Kolejna rzecz, o której bestiariusz nie wspomniał. Będę musiała zgłosić reklamację, a jako dowód pokażę własne podbite oko.
Wiła machnęła łapą, a pęd wiatru zwalił mnie z nóg, przeturlał kilka metrów i przycisnął do ziemi. Udało mi się nie wypuścić fulgurytu z dłoni. Ledwie się zatrzymałam, spróbowałam unieść się na łokciach, ale wiła zachichotała i machnęła łapą raz jeszcze, unieruchamiając mnie w miejscu.
– Pani Helu, naprawdę nie ma takiej potrzeby – mruknął Witek i wyciągnął do niej rękę. – Wróćmy do tańca. To tylko jakiś dzieciak.
– Welesówna – syknęła wiła.
– Która zaraz sobie pójdzie.
Witek pomógł jej się podnieść, a gdy wiła spróbowała odwrócić się w moją stronę, chwycił ją za brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Niewidzialny nacisk na moje ciało zelżał. Podniosłam się i odruchowo zacisnęłam palce na fulgurycie. Tak długo, jak go miałam, czułam się bezpieczna.
– Chciałaś zatańczyć – mruknął Witek.
– Nie przy Welesównie. Ja jej…
– Nie. Zatańcz ze mną.
Głos Witka nie brzmiał ani trochę zapraszająco; rozkaz był zimny i ostry, wiła nie mogła mu odmówić. Chłopak zaczął się cofać, nadal trzymając wiłę w żelaznym uścisku. Drugą ręką złapał jej dłoń.
Odchodzili ode mnie.
– Nie chcę z tobą tańczyć – odkryła nagle pani Hela. – Chcę zabijać.
– Później.
Wiła jednak podjęła już decyzję. Uniosła łapy i rozprostowała palce, a powietrze odepchnęło Witka z takim impetem, że skończył na pobliskim pniu drzewa. Wreszcie przestał udawać. Ledwo dostrzegalnym gestem wyciągnął z kieszeni fulguryt i schował dłoń za plecami.
Zerwałam się na nogi.
– Pani Helu? – zaćwierkałam, żeby odwrócić jej uwagę. – Pani Helu, bo ja muszę pani coś ważnego powiedzieć, moja ciocia Marzenka by chciała pani przekazać… Pamięta pani ciocię Marzenkę? Chodziła do pani na kawkę?
Wiła odwróciła się do mnie i zatrzepotała białymi skrzydłami. Uniosła dłoń i nagle tuż przed nią w powietrzu zawisł drewniany, ostro zakończony pal. Wisiał pół metra od niej i mnie stresował, bo takie pale mają to do siebie, że w łapach demonów kończą zwykle wbite w kogoś.
Rzuciłam kontrolne spojrzenie na Witka znajdującego się za jej plecami. Musiałam działać, to była moja szansa.
To znaczy szansa dla Witka, żeby zakończył ten temat.
– Czego? – burknęła pani Hela.
Tak daleko nie planowałam. W panice szukałam tematu, którym mogłabym ją zagadać. Musiałam trochę poszczebiotać, żeby dać Witkowi czas na odklejenie się od pnia i zamachnięcie fulgurytem.
– Ma pani coś na nosie – palnęłam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Nie znajduję dla siebie żadnej wymówki poza tą, że mnie również było wstyd za słowa, które padły z moich ust. Jestem starszą siostrą, a Oskar ma trzynaście lat i jak czasem powie coś głupiego, to takie teksty zostają z człowiekiem na długo i wracają w najmniej odpowiednich momentach. Na przykład kiedy szuka się mądrego zdania, a głowa pustoszeje tak, że prawie słychać, jak wiatr w niej świszczy.
Wiła dała się na to nabrać.
– Co? Co mam na nosie?
Wyciągnęłam dłoń w stronę jej twarzy, jakbym chciała ściągnąć niewidzialny pyłek, a gdy zamarła, złapałam ją za kark.
– Moje kolano – powiedziałam życzliwie.
Szarpnęłam ją w dół, gdzie jej głowa napotkała uniesioną przeze mnie nogę. Tak jak już mówiłam, w chwilach paniki ratowało mnie zwykle posiadanie młodszego rodzeństwa.
Pewne rzeczy trzeba w życiu zaakceptować.
Pani Hela zawyła i złapała się za twarz, jakbym jej coś złamała, co było niemożliwe z racji jej martwoty. Zamachnęła się na mnie łapą, ale na tym repertuar ciosów się skończył, bo Witek unieruchomił jej ramiona za plecami. Nie wypuścił nawet noża z ręki. Pomyślałam z zazdrością, że najwyraźniej w tym fachu bardzo opłaca się mieć duże dłonie.
– Chcesz czynić honory? – zagadnął.
Wiła szarpała się w uścisku Witka. Uniosłam fulguryt i przymierzyłam się do ciosu. Tak naprawdę celność nie miała żadnego znaczenia, każde wbicie noża z fulgurytu w ciało demona powodowało unicestwienie, a nawet najmniejsze draśnięcie skutkowało odpadającymi kończynami, ale lubiłam precyzję.
– Za momencik – powiedziałam. – Pani Helu, dlaczego pani tak brzydko robi? Może chce pani pogadać? Coś panią dręczy? Możemy jakoś z Witkiem pomóc?
Chłopak przymknął oczy i jęknął głośno.
Wiła przestała się szarpać. Zamiast tego rozchyliła usta i przyglądała mi się z niedowierzaniem spod zmarszczonych brwi.
– Co? – spytała z niedowierzaniem.
– Mówię tylko – spróbowałam jeszcze raz – że gdyby pani mordercze żądze miały swoje źródło w jakichś rozwiązywalnych problemach, to my bardzo chętnie pani pomożemy. Prawda, Witku?
Uśmiechnął się krzywo, w mroku jego oczy błyszczały morderczym blaskiem. Wiła szarpnęła się w uścisku, ale jej nie puścił. Dobry był z niego kolega.
– Cokolwiek sobie życzysz, Tosiu.
– Życzę sobie – potwierdziłam. – Więc, pani Helu, dlaczego pani zabija?
Wiła wydęła usta.
– Bo mogę.
– Żadnych dodatkowych powodów?
Zastanowiła się.
– I…
– No? – naciskałam z przejęciem.
– Bo to lubię.
Westchnęłam ciężko. Moje próby resocjalizacji demonów Welesa rzadko kończyły się sukcesem, ale starałam się każdemu dać szansę. Nawet jeśli pomagałam jednemu demonowi na dziesięć.
– Nie rób takiej zawiedzionej miny – pocieszył mnie Witek. – Jestem pewien, że znajdziesz mnóstwo innych demonów, na których będziesz mogła przeprowadzić terap…
Jego ciałem nagle szarpnęło. Zesztywniał, wywrócił oczami tak, że widać było same białka, a powietrze przeszył chrupot łamanych kości. Wiła jednym mocnym ruchem wyrwała mu się z uścisku i uwolnioną ręką cisnęła we mnie powietrze. Zaryłam brodą w ziemię praktycznie w tym samym momencie co Witek, który bezładnie runął obok mnie. Z brzucha wystawał mu pal, który przeszył jego ciało na wylot. Na szarej bluzie rozlewała się czarna plama. Nie ruszał się. Może stracił przytomność? Tak byłoby mu z pewnością milej umierać.
Wile to nie wystarczyło. Uniosła dłonie i ostrym podmuchem wykręciła głowę Witka tyłem do przodu z głośnym, absolutnie obrzydliwym chrupnięciem łamanego kręgosłupa. O ile wcześniej miałam jeszcze jakąś nadzieję, to właśnie mi przeszło. Nawet pracownicy Welesa nie mogą przeżyć skręconego karku.
Wiła machnięciem dłoni ściągnęła sobie chmurę z nieba. Wyciągnęła do niej rękę, jakby łapała taksówkę. Osłupiałam – no ale co, miałam nie osłupieć? Każdy by się zdziwił, gdyby zobaczył szarawy obłoczek zstępujący z niebios na łąkę i zatrzymujący się przy demonie akurat na wysokości kolan.
Ocknęłam się dopiero, gdy wiła zaczęła się na niego gramolić. Poderwałam się z ziemi i pobiegłam. Dotarłam do niej, kiedy akurat obracała się w moją stronę, i wskoczyłam jej na plecy, przykładając fulguryt do szyi. Myślałam naiwnie, że jeśli będę w tej pozycji, z nogami skrzyżowanymi w kostkach na jej brzuchu, to już mi nie ucieknie. Gdy Nika w ten sposób wisiała na mnie, żadna siła nie była w stanie jej zrzucić.
Niestety, wiła miała w zanadrzu jeszcze jedną niespo-dziankę.
– Pani Ted, uważaj! – zawołał Czaruś nad moją głową.
Zrobił to odrobinę za późno. Ktoś złapał mnie za włosy i siłą ściągnął z pleców pani Heli. W obawie o zdrowie moich cebulek rozplotłam kostki i pozwoliłam wytrzeć sobą ziemię. Ledwie uścisk osłabł, przeturlałam się i trochę na oślep przyłożyłam komuś w… chyba w brzuch? Ale komu?
Demon jęknął, a ja poderwałam się do klęczek, odgarnęłam włosy z twarzy i uniosłam rękę z fulgurytem do ataku.
Przede mną stała wiła.
Nie pani Hela, tylko zupełnie nowa, nieznana mi wiła.
Zmarszczyłam brwi. Nie, ale serio, o co w tym chodziło? Brzózka liczyła sobie kilka tysięcy mieszkańców, nowe demony pojawiały się tu może raz na rok, a większość stałych nieumarłych żyła w spokoju od stuleci. Czemu tak ostatnio obrodziło? Naprawdę chciałabym się dowiedzieć, jakie warunki i koniunktura gwiazd są potrzebne, żeby z trupa zrobić demona, bo Brzózka miała do tego wyjątkowe szczęście.
– Ona chce cię zabić, pani Ted – poinformował mnie Czaruś z przejęciem. Przysiadł na gałęzi niedaleko nas, wczuwając się w rolę komentatora sportowego.
– Nie zauważyłam.
– Jak dobrze, że mnie masz.
Zerknęłam mimochodem na leżące wciąż nieruchomo ciało Witka i przewróciłam oczami. To było po prostu nieuprzejme z jego strony, żeby tak mnie zostawić. Miałam prawo się irytować.
– Już nie wiedział, kiedy umrzeć – mruknęłam.
Wiła zaczęła się wycofywać w kierunku pani Heli, a ja uświadomiłam sobie, że przez nieuprzejmość Witka przeciwnik zyskał nade mną przewagę liczebną. I nie miał ani jednego powodu, by się teraz tak łagodnie wycofywać ku czekającej nieopodal chmurze.
Ruszyłam za demonami z fulgurytem w dłoni.
– Jestem pewien, że gdyby mógł, to dla pani by nie umarł, pani Ted – zapewnił mnie gorąco Czaruś. – On dla pani to by wszystko zrobił.
Wiły cofały się powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Wszystko oprócz pozostania w Brzózce – mruknęłam.
– A, pani Ted… jakby mu tak nogi razem i łapy razem i siup, do krypty Strzygomira?
– Co?
– Nawet pani dałaby mu radę – zapewnił mnie ciepło.
– Chcesz, żebym związała Witka i zatrzymała go siłą w Brzózce?
– Wtedy nigdzie by nie odszedł.
Nie mogłam walczyć z objawem tak żelaznej logiki.
Ponieważ wciąż szłam w stronę demonów, wiły wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i zmieniły taktykę. Rozdzieliły się i otoczyły mnie w trzech skokach. Przenosiłam wzrok z jednej na drugą, nie opuszczając ręki z fulgurytem.
Nieco dłużej przyglądałam się nowej wile. Działałam jako lokalna opiekunka demonów od listopada i poznałam większość moich podopiecznych. Jej wcześniej nie spotkałam, a po nieporadności ruchów i po problemach z poskromieniem żywiołu powietrza zgadywałam, że dopiero uczyła się kontroli nad swoim ciałem i mocami.
Co oznaczało, że tak samo jak ja, była nowa.
– Skąd wy się tutaj bierzecie? – spytałam z zacieka-wieniem.
– A skąd ty się wzięłaś? Miałyśmy ochotę, to se przyszłyśmy. Nie moja wina, że próbujecie nas załatwić za niewinne spacery po lesie.
– Nie, mam na myśli: co robicie w Brzózce?
– Jesteśmy z Brzózki – wyjaśniła pani Hela cierpliwym tonem, jakby zwracała się do dziecka. – To jest nasz dom.
Westchnęłam głęboko. Brałam na siebie winę za to nieporozumienie – powinnam pytać dokładniej, komunikacja z demonami jest wymagająca.
– Dlaczego wstałyście po śmierci jako demony? – spróbowałam jeszcze raz.
Pani Hela wzruszyła ramionami.
– Takie się obudziłyśmy i tyle.
– Po mnie przyszedł ten ciemny – wtrąciła druga. – Ale przyszedł za późno, bo już i tak byłam wiłą. Nic nie mógł zrobić, więc sobie poszedł.
– Co? Kto, o kim mówicie?
Nadstawiłam uszu, ale pani Hela najwyraźniej uznała, że starczy wyjaśnień. Wskazała coś drugiej wile i zwróciła się do mnie:
– Zostaw nas w spokoju. Poważnie mówię. Wy nie będziecie się mieszać, to i my nie będziemy przeszkadzać. Tu pola i lasu jest dużo, pomieścimy się wszyscy.
Rozłożyłam ręce z frustracją.
– Dopiero co zabiłyście człowieka! Pracownika Welesa!
Pani Hela prychnęła.
– A co, takich to niby zabijać nie wolno? Bo kto tak powiedział?
– No przecież Weles!
– Nikt nam nic nie mówił, a w ogóle to była jego wina, bo sam się podłożył. Trzeba było mnie zostawić w spokoju, to i wszyscy byliby teraz cali. Dobrze, my teraz pójdziemy. Nie ścigaj nas.
– Chwila, poczekajcie…!
Żeby mieć pewność, że zostawię je w spokoju, wiła wyciągnęła łapę i znowu powaliła mnie na plecy. Z poziomu kleszczowej metropolii przyglądałam się, jak obca wiła wskakuje na chmurę, a pani Hela rozpościera białe skrzydła i obie odlatują w ciemną noc. Prawdę mówiąc, wciąż nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Chmury do transportu. I po co one im właściwie, skoro mają skrzydła? Żeby się afiszować, ot co. Mój sąsiad, Marecki, tak samo się chwalił ściągniętym od Niemca BMW, więc coś o tym wiem.
Leżałam chwilę na plecach, żeby dojść do siebie. Musiałam z żalem przyznać, że nie popisałam się dzisiaj. Nie dość, że nie powstrzymałam demonów przed mordowaniem, to jeszcze poobijałam sobie wszystkie kości.
Zerknęłam w stronę leżących nieopodal zwłok Witka.
A, no i straciłam drugiego opiekuna demonów.
Westchnęłam ciężko. Musiałam wstać. Nawet gdybym nie miała żadnych obowiązków, to i tak musiałam. Tarzałam się przecież w wilgotnej ściółce pełnej wszelkiego obrzydlistwa.
Obraz przesłoniły mi nagle przerośnięte trochę kurze, trochę psie łapy, a zaraz po tym brzydki pysk Czarusia. Pochylił się i zajrzał mi w oczy. Myślałam, że może się o mnie zaniepokoił albo nawet sprawdzał, czy żyję, ale byłam w błędzie – Czaruś potrzebował skończyć swój monolog.
– Wracając do tematu, być może powinna pani powiedzieć Witoldowi, że go potrzebuje i chce, żeby został – ciągnął, jakby ostatnich parę minut się nie wydarzyło. – Nie była pani dla niego w ostatnim czasie zbyt miła.
Uniosłam się na łokciach.
– Ja? Niemiła? Naprawdę nie wiem, o czym mówisz, Czarusiu.
Przyklękłam obok zwłok Witka i szturchnęłam jego ramię. Zero odzewu. Ciało chłopaka zakołysało się i nawet nie drgnęło, więc cofnęłam dłoń. Na szarej bluzie wykwitła czarna plama krwi, a z dziury pośrodku wystawał drewniany pal.
– Chodź, wyciągniemy mu to z pleców.
Czaruś wykrzywił z niesmakiem pysk. Przeanalizował sytuację i oznajmił:
– Nie, dziękuję. Nie chcę.
Ja też nie chciałam, ale nikt mnie nie pytał o zdanie. Oparłam kolano na plecach chłopaka w okolicy nerek, jedną dłoń położyłam na jego ramieniu, a drugą chwyciłam pal. Szarpnęłam. Był wbity głębiej, niż się spodziewałam, i zablokował się chyba na połamanych żebrach, więc potrzebowałam kilku naprawdę porządnych szarpnięć, żeby go wyciągnąć. W końcu ustąpił.
Jednym z nielicznych benefitów roboty dla Welesa było posiadanie nieco większej siły, niż powinnam mieć jako nastolatka, ale na to nie miałam zamiaru narzekać. Przydawało się. Gdybym otrzymała jakiekolwiek inne korzyści, również bym nie narzekała.
Odłożyłam zakrwawiony pal, poprawiłam wykręconą głowę Witka i usiadłam koło jego ciała na zwiniętej w kłębek bluzie. Przymknęłam oczy. Lipiec w tym roku był wyjątkowo upalny, więc nawet o północy nie wiało chłodem – powietrze było przyjemnie orzeźwiające, a ziemia tylko lekko zimnawa.
– Co teraz robimy? – spytał Czaruś.
– Czekamy.
– Spóźnimy się na wieczerynkę.
– A co mam zrobić, zostawić go tutaj?
– To ty jesteś potworem bez serca, który nie może poprosić ukochanego, by został u twego boku – stwierdził nonszalancko.
Siedział obok mnie, więc skorzystałam z okazji i trzepnęłam go w krzywy czerep. Zasłużył sobie.
– Za co to?! – oburzył się demon.
– Chętnie bym ci opowiedziała, ale wtedy siedzielibyśmy tu do rana. Czaruś, słuchaj, ja mam nową filozofię życiową. Wszystko jest okej, nic mnie nie martwi. Trzeba akceptować rzeczy, które przynosi nam los, i te, które zabiera. I wszystko to, czego nie można zmienić. Co mi przyjdzie z biadolenia w sytuacjach, na które nie mam żadnego wpływu? Nic. Szkoda nerwów.
Czarusiowi zrzedła mina.
– I to mówisz w temacie wyjazdu Witolda?
Była to tylko połowa prawdy.
– Nie, Czarusiu. Mówię tak ogólnie, życiowo. Jestem dojrzałym, poważnym człowiekiem, który nie traci energii na to, co jest poza jego kontrolą. Akceptuję sprawy takimi, jakie są.
Rzuciłam ukradkowe spojrzenie na twarz martwego chłopaka. Z przymkniętymi powiekami wyglądał spokojnie i jak zwykle czarująco. Jasne włosy miał rozrzucone w nieładzie. Nawet w ciemności dostrzegałam kilka piegów na jego nosie, które niemal rok temu załatwiły mnie na amen. Ale teraz, po tylu miesiącach przyjaźni i współpracy zawodowej, już nawet nie mogłam wkręcać, że chodziło o piegi – i to właśnie było najgorsze. Ja lubiłam Witka za jego charakter.
Wiem, obrzydliwe.
Tymczasem Czaruś gapił się na mnie z niepokojem, jakby całkiem mi odbiło.
– Odkryłam, że muszę priorytetyzować moje własne zdrowie psychiczne – ciągnęłam. – No spójrz tylko na to, co się działo w lutym. Bies miał wymordować wszystkie demony w Brzózce, a potem nagle wziął i zapadł się pod ziemię. I co? Nic nie mogłam z tym zrobić. Czekałam, czekałam i nic się nie wydarzyło. Niepotrzebnie się tylko zamartwiałam.
Czaruś zapewne nie zrozumiał połowy tego, co próbowałam mu wytłumaczyć, ale to nigdy nie powstrzymywało go od wyrażania własnego zdania.
– Mhm – mruknął teraz z pogardą.
– No i na co mi było to całe zamartwianie? Na nic. Dlatego od teraz przestaję.
Z gardła Czarusia wydobył się warkot rozpaczy.
– Jedyne, co panią ratuje, pani Ted, to pani młody wiek – stwierdził z niesmakiem.
– I szkoła – dodałam. – Wiesz, to więzienie, które do tej pory pożerało mi większość wolnego czasu. Z pewnością niedługo się poprawię.
Bies naprawdę wyparował. Wiem to, bo cały marzec spędziłam na dodatkowych patrolach, zagadując demony leśne, wodne i polne, i każdego nieumarłego, który wpadł mi w ręce, w poszukiwaniu odpowiedzi. Jednego kłobuka nastraszyłam niechcący tak, że potem Strzygomir doniósł mi o jego wyprowadzce za Olsztyn. Biesa nikt nie widział, nikt o nim nie słyszał, nikt nic nie wiedział. Weles też nie przyszedł już więcej na moje wezwanie – i może to lepiej dla niego, bo gdybym dostała go w swoje ręce, skończyłby jak Witek, nabity na pal.
Co zabawne, wikary był tym zniknięciem równie zdziwiony. On z paktu z biesem czerpał masę korzyści, więcej niż ja z umowy z Welesem: bies zabierał od niego cierpienie po śmierci Martyny i wygłuszał złe myśli w zamian za drobne przysługi. Gdy zniknął, wikary został z żałobą sam. Oferowałam mu pomoc. Proponowałam spotkania czy rozmowy, mimo że wikary zachowywał się jak paskudna szumowina za każdym razem, gdy się widzieliśmy. Mało uprzejmie mi odmawiał. Witek nic mu nie oferował, bo od czasu, gdy został przez niego zabity nad jeziorem, chował do wikarego urazę.
Na tym w każdym razie stanęło: bies zniknął, wikary przestał mordować demony, a my żyliśmy długo i szczęś-liwie.
Nagle Witek głośno wciągnął powietrze i usiadł. Rozejrzał się w panice, przeczesując palcami runo leśne, chyba odruchowo szukając fulgurytu. Skupił wzrok na mnie i odetchnął głęboko, a panikę na jego twarzy szybko zastąpił nonszalancki uśmiech. Pokręcił głową.
– Ty się starzejesz chyba – stwierdziłam. – To już drugi raz, jak walczymy z demonami i udaje im się ciebie zabić. Trzeci, wliczając zmorę Zuzi.
Witek roześmiał się, ale rozbawienie nie sięgało jego oczu. Widziałam to nawet w półmroku. Tak było od niedawna, ale ja z całych sił starałam się to ignorować. Po pierwsze, skończyłam z naprawianiem ludzi wbrew ich woli, bo nigdy nie wychodziło to nikomu na dobre, po drugie, zgodnie z moją nową filozofią życiową, akceptowałam rzeczy, na które nie miałam wpływu. Byłam przecież dojrzała. Pełnoletnia. Nigdy wcześniej nie miałam osiemnastu lat i osobiście uważałam, że to już naprawdę poważny wiek. Powinnam się więc stosownie do niego zachowywać.
Nie naciskałam na Witka, mimo że miałam na to ochotę. Było to niezwykle dojrzałe z mojej strony, czyż nie?
– A więc co za szczęście, że jestem nieśmiertelny, prawda? – odpowiedział.
Po potwierdzeniu, że Witek dalej wybiera się na wieczerynkę do Strzygomira, ruszyliśmy poboczem drogi w kierunku Brzózki. Ja prowadziłam rower, Witek szedł obok mnie z Czarusiem na ramieniu. Na bluzie miał wielką, zakrwawioną dziurę, ale poza tym jak zwykle wyszedł z (dosłownego!) spotkania ze śmiercią bez szwanku. Niektórzy po prostu rodzą się pod szczęśliwą gwiazdą.
Czy będę na to narzekać? Nie, bo akceptuję rzeczy takimi, jakimi są.
– Przy następnej okazji złapiemy wiły – obiecał Witek. – To okropne szkodniki, musimy się ich szybko pozbyć. No, chyba że planujesz przeprowadzać ich resocjalizację.
Wzruszyłam ramionami.
– Może przy kolejnym demonie – zgodziłam się łaskawie.
Witek ukrył fulguryt w kieszeni bluzy.
– Nigdy nie powiedziałaś mi, jak je odzyskałaś – zagadnął, kiedy spacerowaliśmy poboczem wzdłuż drogi na Dąbki.
W lutym wikary ukradł obydwa fulguryty i odebranie mojej i Witka własności kosztowało mnie wiele kości kurczaka. Miałam nadzieję, że pierwszy i ostatni raz w życiu musiałam włamać się na plebanię, bo jako niezamierzona przedstawicielka wierzeń pogańskich niezręcznie czułam się na poświęconej ziemi.
– Bo byś tylko marudził – wykręciłam się od odpo-wiedzi.
Witek po koleżeńsku zarzucił mi ramię na plecy.
– Ależ Tosiu, ja? No coś ty! Co dokładnie zrobiłaś i jak bardzo narażałaś swoje życie?
– Nie bardziej niż ty, przytulając mnie, kiedy mam w kieszeni fulguryt – odgryzłam się.
Witek nadal mnie obejmował, więc gdy zadarłam głowę, nasze spojrzenia się spotkały. Wiedziałam, że robił to wyłącznie po to, by wytrącić mnie z równowagi. Każdego by wytrącił z równowagi przystojny chłopak, do którego się wzdychało w młodości.
Ale ja też mogłam grać w tę grę. Uniosłam dłoń i wsunęłam Witkowi palec pod brodę, nie przestając się słodko uśmiechać.
– Oboje wiemy, że będziesz spał spokojniej, nie znając szczegółów.
Witek spoważniał nagle. Chciał chyba coś powiedzieć, ale obcy głos sprowadził nas na ziemię.
– Obrzydliwe – stwierdził Czaruś. – Jesteście obrzydliwi. Do zobaczenia na cmentarzu.
Urok chwili prysnął. Demon odbił się od ramienia Witka tak gwałtownie, że chłopakiem szarpnęło. A skoro szarpnęło nim, to i mną. Upuściłam rower i zaraz przykucnęłam, żeby złapać kierownicę. Przerwaliśmy uścisk, ale to nawet lepiej, biorąc pod uwagę wyjazd Witka z Brzózki i tak dalej.
Witek niewzruszenie ciągnął temat wikarego i moich uchybień w karierze Welesówny. Uznałam z żalem, że tylko mi się przed chwilą wydawało i chłopak wcale nie spoważniał po to, żeby mi się na przykład rzucić do stóp i deklarować, że dla mnie nigdy nie opuści Brzózki.
– Ja mogę ryzykować – ciągnął. – Ty nie. Więc nie ma powodu, żebyś to robiła.
– Wikary nie jest przecież niebezpieczny.
Witek zmrużył oczy.
– Wikary mnie zamordował.
– Dobrze wiemy, że to było prawie niechcący. Ale jeśli się tym martwisz, to mogę cię zapewnić, że nie włamałam się na plebanię w pojedynkę.
– Ściągnęłaś demony na chatę facetowi, który odgrażał się, że wymorduje wszystkich nieumarłych w Brzózce?
– Tylko stały na czatach. – Czułam, że zaczynam się plątać, więc postanowiłam nieszczególnie subtelnie zmienić temat. – Lucynka będzie!
– Co?
– I Maurycy!
– Na wieczerynce? To wspaniale. A teraz…
– I wprost nie mogę się już doczekać, żeby zobaczyć Strzygomira, w końcu prawie dwa miesiące go nie było – szczebiotałam dalej ze złośliwym uśmiechem. – A ty?
Witek odpuścił z cichym westchnieniem.
– Tak, ja też.
Pierwszą osobą, którą spotkaliśmy tej nocy, jeszcze na głównej drodze, był mój kolega z klasy, Maurycy. Latarnie wyłączono kilka minut wcześniej i malejący księżyc oświetlał pogrążoną we śnie Brzózkę, a także ciemnoszare ulice, ciemniejsze od nich domki i najciemniejsze zaułki między nimi. Ogólna pustka i ciemność otoczenia sprawiły, że chudy chłopak w pomarańczowej koszulce, biegnący w naszym kierunku, rzucał się w oczy jak neon.
Witek pokręcił głową.
– Co on tu robi?
– Wydaje mi się, że biegnie – poinformowałam go konspiracyjnym szeptem. – Ale mogę się mylić.
Maurycy pojawił się w moim życiu nagle i został na dłużej, niespodziewanie dla nas obojga. Pół roku temu przeprowadził się do Brzózki i dzielił ze mną szkolną ławkę. Z początku wydawał mi się podejrzanym typem, no bo kto poza mną wałęsa się w nocy po cmentarzu? Ale potem przyłapałam go na randce ze Strzygomirem i odkryłam, że mamy ze sobą znacznie więcej wspólnego niż niedolę życia na wsi. I nie mówię tu nawet o relacjach z nieumarłymi.
– Nie powinien kręcić się tu w nocy.
– Daj spokój, korzysta z wolności. Przeżył swoje pierwsze zlecenie. I demony też je przeżyły. Nie wiem, kto jest tym bardziej zdziwiony.
W czasie urlopu Strzygomira, który spędził dwa miesiące u przyjaciół pod Królewcem, Maurycy pełnił obowiązki rządcy cmentarza dla tutejszych demonów. Miał księgi, w których notował liczbę okolicznych nieumarłych i pilnował, by nic jej zbyt drastycznie nie zmniejszało.
Jeśliby zmniejszało, to miał niczego nie dotykać, tylko dzwonić po mnie.
Poza tym fucha rządcy bardzo wyszła Maurycemu na zdrowie, bo dodała mu odrobinę pewności siebie. Co prawda nie mogę jeszcze powiedzieć, że przestał się bać własnego cienia, ale bał się go jakby odrobinę mniej. Moja obecność też w tym pewnie trochę pomogła, bo Maurycemu naprawdę brakowało w życiu starszej siostry, która bezlitośnie wykpi jego wszystkie życiowe błędy, ale też wkurzy wystarczająco, by ruszył cztery litery.
Nie robiłam tego wyłącznie z dobroci serca. Ukończyłam trzecią klasę liceum z najwyższą średnią w mojej ponadpodstawowej karierze i nie była to zasługa jedynie umiejętnego ściągania.
– Myślałem, że żadna siła nie odklei go od Strzygomira po tak długiej rozłące – powiedział Witek.
Wzruszyłam ramionami.
– Ach, wiesz, jak to jest z tymi nastolatkami, powzdycha pięć minut i mu przechodzi.
Witek zacisnął usta i wsadził dłonie do kieszeni. Nie odwracał oczu od Maurycego, który pędził środkiem pustej ulicy. Przystanęliśmy, żeby na niego poczekać.
Maurycy był w dalszym ciągu zauroczony Strzygomirem, jednak w raju pojawiły się pierwsze problemy, którymi nie mogłam dzielić się z Witkiem. Nie dlatego, że nie chciałam, bo bardzo bym chciała, ale w kwestii cudzych sekretów zawsze starałam się trzymać język za zębami. Mama dawno mnie nauczyła, że kosmetyczka jest od słuchania, nie od kłapania dziobem.
Witek wiedział oczywiście, że Maurycy jest nekro-mantą.
No, początkującym nekromantą.
No, właściwie to miał wyłącznie zadatki na nekromantę. Póki co jego zakres umiejętności był mocno ograniczony, ale pracowaliśmy nad tym.
– Ktoś cię goni? – zainteresowałam się, kiedy Maurycy wreszcie do nas dotarł. Chłopak zgiął się wpół i długo łapał oddech. W przeciwieństwie do mnie jego nadprzyrodzony talent nie wiązał się z lepszą kondycją fizyczną.
Witek rozejrzał się po okolicy badawczo.
– Strzygomir już wrócił? – spytał.
– Nie wiem, nie byłem jeszcze na cmentarzu. Potrzebuję pogadać z Ted. To pilne. Ted, dawaj na bagażnik, pojedziemy przodem. Panu to nie przeszkadza?
Dziwnie się czułam, słysząc, że ktokolwiek mówi do Witka „pan”, ale to chyba dlatego, że ja znałam go od dzieciństwa, z czasów, kiedy brakowało mu jedynek i miał pozdzierane kolana. Tamten łobuz nigdy nie mógł zostać żadnym „panem”, to byłoby wbrew wszelkim prawom logiki i rozsądku.
– Jedźcie – stwierdził krótko Witek.
Maurycy wyrwał mi kierownicę i wskoczył na rower.
– Stary, ty mnie nie udźwigniesz – stwierdziłam.
– Udźwignę, wskakuj.
– Boję się o swoje życie.
Witek posłał mi rozbawione spojrzenie. Westchnęłam głęboko, zajęłam miejsce na bagażniku i zacisnęłam palce na metalowym uchwycie pod siodełkiem. Maurycy odbił się od ziemi i ruszyliśmy powoli, chybotliwie, a chrzęst żwiru pod kołami przeplatał się z dźwiękiem przeskakujących przerzutek. Toczyliśmy się w takim tempie, że jeszcze przez chwilę Witek szedł równo z nami.
Moje wątpliwości, czy Maurycy mnie udźwignie, nie zostały rozwiane.
– Ta twoja nieśmiertelność to jest jednak fajna rzecz – rzuciłam grobowo do Witka na odchodnym.
Rozchylił usta, nic jednak nie powiedział. Mogłabym przysiąc, że przez jego twarz przemknął cień, ale chyba tylko mi się wydawało. W końcu było ciemno, dodatkowo w Brzózce lampy uliczne gasły o północy, więc kto by tam wiedział.
A w ogóle to nie powinnam się tym interesować.
Maurycy przy narodzinach prawie umarł, ale jego mamie udało się ściągnąć jego duszę z Nawii. Gatunkowo kwalifikował się na porońca i choć jego definicja kompletnie nie zgadzała się z tym, co znalazłam w bestiariuszu, musiałam się zgodzić, że blady, chudy i przygarbiony chłopak wyglądał na kogoś, kto powinien być martwy i tylko cudem mu to nie wyszło. Był ode mnie o głowę niższy, panie w salonie kosmetycznym myślały, że chodzi do klasy z Oskarem, a gdy kichał, bałam się czasem, że złamie się wpół i już nie podniesie. Maurycy twierdził, że to dlatego, że nie wrócił z zaświatów w całości. Usterka ta miała swoje korzyści, bo tak samo jak ja widział demony i od niedawna tę umiejętność wykorzystywał. I nie mówię tu tylko o zarządzaniu cmentarzem.
– Dlaczego porwałeś mnie z objęć najprzystojniejszego opiekuna demonów w Brzózce? – spytałam dramatycznie.
– Bo potrzebuję twojej pomocy i wiem, że nasza przyjaźń jest dla ciebie ważniejsza niż jakiś tam facet, który i tak cię zaraz zostawi.
– Wiesz, że mogłabym cię zrzucić z tego roweru?
– Potłukłabyś się.
Pomyślałam o tym, jak bardzo wszystko bolało mnie po spotkaniu z wiłami.
– Jestem gotowa na poświęcenie.
Turlaliśmy się asfaltem w kierunku cmentarza w tempie tak żałosnym, że miałam ochotę zrzucić Maurycego z siodełka i wyrwać mu rower z rąk. Nie żebym sama planowała wieźć go na bagażniku. Mógł iść obok.
– Planujesz zdradzić mi kiedyś, jakiej pomocy potrzebujesz? – zagadnęłam, bo zbliżaliśmy się do cmentarza, a jedyne, co dobiegało mnie od strony kierowcy, to postękiwanie chłopaka.
W końcu nie wytrzymałam i zeskoczyłam z bagażnika. Szłam po chodniku obok Maurycego w tempie odrobinę szybszym niż spacerowe. Zgraliśmy się elegancko, a Witek był tak daleko za nami, że i tak nie usłyszałby żadnych sekretów.
– Potrzebuję porady w kwestiach romantycznych – wydusił w końcu.
– I przychodzisz z tym do mnie? Czy całe województwo padło trupem i nikt mi o tym nie powiedział?
– Nie mam innych przyjaciół w Brzózce.
– To nie znaczy, że ja się do tego nadaję.
– Zgadzam się, że się nie nadajesz – potwierdził Maurycy. – Słuchaj, Ted, bo ja… Bo mi głupio było spotkać Strzygomira, więc nie zajrzałem wcześniej do niego. On zresztą do mnie też nie zajrzał, więc na pewno nic a nic mu na mnie nie zależy i przez te dwa miesiące mu się wszystko odwidziało.
Zsiadł z roweru i prowadził go powoli obok mnie, zapewne dlatego, że wciąż gubił oddech po przejechaniu całych dwustu metrów.
– To możliwe – zgodziłam się.
– Ted! Nie to miałaś mi powiedzieć.
Dotarliśmy do cmentarza, na którym panowało wyjątkowe, nawet jak na środek nocy, poruszenie. Przez drewniane sztachetki podejrzałam cmentarne aktywności, ale w mroku widziałam jedynie dziesiątki ruchomych kształtów. Najwyraźniej wiele demonów przyszło, żeby powitać Strzygomira.
– No co, mam cię po głowie głaskać? – zdziwiłam się. – Typ ma prawie tysiąc lat i pożyje pewnie drugie tyle, całe twoje życie to będzie dla niego mała chwilka. Nie wiem, co się przejmujesz.
– Ted…
– Nie mówiąc już o tym, że jako nekromanta wkrótce będziesz mógł wydawać polecenia jego ciału, co jest nieszczególnie etyczne, no chyba że tysiącletnim upiorom nie przeszkadza brak zgody…
– Ted!
– Co ty ode mnie chcesz, na co czekasz?
Przystanęliśmy oboje przed główną bramą cmentarza. Maurycy stał trochę bardziej niż ja, bo z wybałuszonymi ślepiami, rozchylonymi ustami i generalnym szokiem na twarzy. Patrzył na coś kawałek dalej, więc podążyłam za jego wzrokiem.
Strzygomir wypadł przez bramę cmentarza i znalazł się przed nami w dwóch dużych krokach. Upiór o białej skórze i równie białych, gładko zaczesanych do tyłu włosach, miał na sobie odświętny, bordowy garnitur, a w dłoni jak zwykle trzymał kieliszek prawdopodobnie-nie-wina.
– Cześć, Strzygomirku – przywitałam się życzliwie w obawie, że jeśli się nie odezwę, to będziemy tak wszyscy stali do białego rana.
Zostałam mało życzliwie zignorowana. Strzygomir nie odrywał wzroku od Maurycego, który, jak sobie uświadomiłam z niepokojem, również gapił się na swojego ukochanego. W umyśle powoli kształtowała mi się nieprzyjemna konkluzja, że zauroczenie mojego przyjaciela może wpłynąć bezpośrednio na stan roweru – Maurycy wyglądał, jakby zaraz miał go upuścić, by rzucić się w ramiona wampira.
– Widzę, że impreza już się zaczęła? – zagadnęłam znowu, nie spuszczając wzroku z pojazdu.
Nikt mi nie odpowiedział.
Nie miałam zamiaru ryzykować. Obeszłam Maurycego i wyjęłam mu kierownicę z rąk. Chyba nawet tego nie zauważył, bo ledwie zrobił krok do przodu, Strzygomir zamknął go w objęciach. Gdybym nie trzymała roweru, poleciałby na ziemię.
To był mój sygnał, by się oddalić. Planowałam ukryć pojazd w krzakach za zakładem pogrzebowym, tuż przy wschodniej ścianie cmentarza. Zerknęłam na nich ostatni raz i ruszyłam w kierunku zarośli.
Odprowadzałam rower wzdłuż płotu, myśląc o tym, że zmieniłam zdanie – romantyczne uniesienia, jeśli nie przeżywało się ich samemu, były jednak szalenie obrzydliwe.
Cmentarz tętnił życiem, a życiu nie przeszkadzała jego martwota.
Ukryłam rower w krzakach, i ponieważ cofnięcie się do bramy wymagałoby wyminięcia Strzygomira i Maurycego, zamiast tego przelazłam przez płot. Tutaj, za ostatnimi nagrobkami, kryło się kilka demonów – smutnych, zdeformowanych stworzeń, które były martwe tak długo, że stały się pokracznymi wydmuszkami dawnych siebie. To one czaiły się między grobami i straszyły mnie, gdy byłam dzieckiem.
Widziałam nieumarłych, odkąd sięgałam pamięcią. Przez kilkanaście lat wszystkie moje listopadowe wizyty na grobach kończyły się atakami paniki, więc ledwie trochę podrosłam, zaczęłam symulować milion chorób jakoś tak tuż przed Wszystkimi Świętymi. W końcu mama dopisała to do listy moich dziwactw i dała mi spokój.
W zeszłym roku zmarła nauczycielka matematyki, natomiast Weles porwał moją przyjaciółkę i wkręcał mi bezdusznie, że jestem ważna, wybrana i wyjątkowa, a on potrzebuje mojego wkładu w społeczność demoniczną. Jak się później okazało, potrzebował tylko mojej obietnicy, żeby uczynić Witka nieśmiertelnym. Typowy bóg.
Weles może nieszczególnie mnie potrzebował, ale ja dalej zajmowałam się demonami. Im lepiej poznawałam ich świat, tym bardziej stawałam się jego częścią. Dodatkowo ostatnich parę dni, od kiedy z mojego napiętego grafiku wypadła szkoła, uświadomiło mi, że demony całkiem zdominowały moje życie. No i wcale nie były takie przerażające – a rozwiewanie dziecięcych strachów to zawsze miłe doświadczenie.
Większość demonów kręciła się po głównej alei, biegnącej przez środek cmentarza wzdłuż strzelających pod niebo świerków. Rzuciło mi się w oczy przede wszystkim to, jak wiele ich było. Wydawało mi się dotychczas, że poznałam większość nieumarłych mieszkańców Brzózki, ale teraz w mroku raz za razem migały mi obce pyski. Demony chyliły łby w pokłonach i co chwilę słyszałam paniczne lub pełne zaintrygowania „pani Ted”, więc uśmiechałam się do nich z zakłopotaniem i szłam dalej. Nagle poczułam się jak nowa uczennica w szkole, którą wszyscy znają, choć ona nie zna nikogo. Czy ja aby na pewno wystarczająco miło traktowałam Maurycego, gdy przeprowadził się do Brzózki? Teraz pomyślałam, że zdecydowanie powinnam być wtedy milsza.
Szukałam znajomej twarzy, kogokolwiek, z kim mogłabym zamienić parę słów. Nie planowałam zostać długo, tylko kilka minut – przywitać się ze Strzygomirem i wysłuchać ploteczek o jego znajomych w Królewcu, których nie widział od stuleci. Nie przewidziałam, że jego wieczerynka opuści grób Schreiberów i rozprzestrzeni się na cały cmentarz, ale najwyraźniej nie doceniłam popularności Strzygomira. Nie sądziłam też, że mój gospodarz zostanie zatrzymany przed bramą przez swojego chłopaka.
Na drugim końcu ścieżki, przy starszych grobach, mignął mi Witek. Odetchnęłam z ulgą, ale zanim zdołałam ruszyć w jego stronę, drogę zastąpiła mi inna, równie znajoma postać. A właściwie nie tylko ją zastąpiła, bo też mnie objęła, wyściskała i odrobinę poddusiła, szczególnie gdy złote włosy wlazły mi do ust i nosa, odcinając dostęp powietrza.
– Lucynka – wymamrotałam i zaraz tego pożałowałam, bo poczułam kłaki na języku. – Jak miło. Zabijesz mnie.
Wycisnęła mi mokrego całusa na policzku.
– Gdybym chciała cię zabić, to byś o tym wiedziała. Nie lubię mordować w ciemno.
– Nie?
– Strach ofiary sprawia mi wiele przyjemności.
Lucynka odgarnęła włosy z mojej twarzy, ale nie wypuściła mnie z uścisku, więc ostatecznie go odwzajemniłam. Południca zachichotała gardłowo. Była moją oficjalną podopieczną od kilku miesięcy, od kiedy po tym, jak zamordowała niewinnego, przejęłam nad nią kuratelę. Wielokrotnie tego później żałowałam, bo trzymanie południcy na strychu było ponad moją cierpliwość.
– Przerażasz mnie – westchnęłam. – Jak ci się podoba twoje nowe pole?
– Jakoś je zniosę, dopóki nie oddacie mi wolności. Ładnie pachniesz.
– Niech zgadnę, strachem?
– Nie, proszkiem do prania twojej mamy. Słodko jak rumianek.
Ponieważ mój strych nie funkcjonował zbyt dobrze jako więzienie, a Lucynka nie funkcjonowała zbyt dobrze jako więźniarka, kilka tygodni temu postanowiłam ją przeprowadzić. Wybór padł na pole za cmentarzem, które było wystarczająco rozległe, by każda południca mogła się wybiegać do woli, a dwie obecne mieszkanki tej okolicy, demony znacznie uprzejmiejsze od Lucynki, łaskawie wyraziły zgodę na podzielenie się z nią tym skrawkiem ziemi.
Maurycy, który w związku ze swoimi obowiązkami rządcy bywał ostatnio na cmentarzu niemal codziennie, obiecał mieć na nią oko. Nawet nie musiałam wymuszać na nim tej obietnicy groźbami.
Bałam się, że Weles może mieć problem z Lucynką, gdyby ta nieroztropnie spróbowała swoje pole opuścić. W lutym powiedział, że jeśli kiedykolwiek wybierze się poza granice Brzózki, przyjdzie i ją zabije, a ja nie byłam pewna, gdzie dokładnie leżała ta granica. Na razie jednak nie przyszedł i jej nie zabił, więc uznałam, że albo zaakceptował obecny stan rzeczy, albo cała ta sprawa nic go nie obchodziła. Dopóki nie będzie z tego problemów, nie miałam zamiaru się przejmować.
– Jesteś grzeczna na tym nowym polu? – upewniłam się.
– Zawsze.
– Nie mordujesz?
– Ostatnio nie.
– Maurycego się słuchasz?
– A w życiu, to dziecko.
– Jest w moim wieku!
Lucynka odsunęła się i obejrzała mnie z politowaniem i lekkim niesmakiem. Pokiwała współczująco głową.
– No właśnie.
– Jak to jest możliwe, że za każdym razem, gdy rozmawiamy, udaje ci się mnie obrazić? – spytałam.
Nie odpowiedziała. Nagle puściła moje ramię i ruszyła szybkim krokiem na drugi koniec cmentarza, gdzie najwyraźniej zobaczyła coś, co pochłonęło całą jej uwagę. Albo tym sposobem ostatecznie chciała dokopać mojej samoocenie.
Poprawiłam bluzę, której kaptur się przekrzywił i zacisnęłam dłonie na szelkach plecaka. Rozejrzałam się. Główną aleją szli Strzygomir i Maurycy. Na pierwszy rzut oka pomyślałam, że trzymają się za ręce, ale myliłam się – spletli wyłącznie swoje małe palce, co było absolutnie najsłodszym widokiem na świecie i nawet moja zgorzkniała, nieromantyczna dusza niemal doceniała urok sytuacji. Uśmiechnęłam się do siebie. Kilka kroków za nimi szedł Witek, znowu z Czarusiem na ramieniu. W mroku i z daleka wyglądał trochę jak pirat ze swoją dzielną papugą.
Strzygomir przystanął pośrodku zgromadzenia, a demony ucichły. Upiór uniósł kieliszek wina. Goście, którzy do tej pory plotkowali rozpierzchnięci po całym cmentarzu, podeszli bliżej i zamarli w oczekiwaniu. Przyglądałam się ich paskudnym mordkom, pełnym rogów, zwisających języków, kłów, łusek i innych deformacji. Lubiłam te demony. Naprawdę je lubiłam.
Strzygomir wszedł na ławeczkę i odchrząknął.
– Wiecie, że nie odpuszczę sobie tej okazji, by uraczyć was przemową, prawda? – powiedział głośno. – Bo jak mój drogi przyjaciel, Władymir spod Królewca, mawia…
Myślałam, że żartuje, ale nikt się nawet nie uśmiechnął. Demony zamarły w oczekiwaniu, więc i ja nie miałam wyjścia – wysłuchałam uprzejmie całej upiornej (i upiornie długiej) przemowy.
Gdy już każda prośba o opowiedzenie, jak żyje się na północy została spełniona, demony rozeszły się po cmentarzu i zaczęły dyskutować o problemach stworzeń martwych we własnym gronie. Ja tymczasem siedziałam na nagrobku Schreiberów razem z Maurycym.
– Mama by mnie zamordowała za siedzenie tutaj – powiedziałam, moszcząc swoje obtłuczone cztery litery na granitowym kamieniu. Nie były stworzone do takich miejsc.
– Nawet jeśli grób jest pusty?
Spojrzałam na niego ponuro.
– Chodzi o złapanie wilka. Bezczeszczenie grobu to w drugiej kolejności.
Strzygomir rozmawiał z jakimś demonem kilka kroków dalej. Kiwał głową energicznie, a ja wciąż nie mogłam wyjść ze podziwu, jak wiele się zmieniało, gdy ściągał tę swoją szlafmycę z głowy. Nadal wyglądał antycznie, ale w ciemnym garniturze i z włosami zaczesanymi do tyłu z daleka mógł uchodzić za mafioza. W takiej wersji niemal rozumiałam, czemu wpadł w oko Maurycemu. Niestety, zwykle potem naciągał sobie na łeb szlafmycę i znów przestawałam to rozumieć.
Upiór podszedł do nas z szerokim uśmiechem, który ukazywał kły.
– Dziękuję, że pani przyszła, pani Ted. Żałuję, że nie mieliśmy czasu zamienić tego wieczoru więcej niż kilku słów, tak tu tłoczno. Musi pani do mnie zajść za parę dni na dłuższą pogawędkę.
– W życiu bym nie przepuściła takiej okazji – zapewniłam go. – Przez całe pięć minut mogłam poudawać, że mam życie towarzyskie.
– Trochę masz – zaprotestował Maurycy. – Panie z salonu kosmetycznego cię lubią. Demony cię… lubią. Tylko ludzie w naszym wieku nie.
Mogłam go z łatwością zepchnąć z grobu i bardzo mnie ta możliwość kusiła.
– To jak było w podróży? – zagadnęłam Strzygomira.
– Dobrze znów być w domu.
– Tęskniłeś za nami?
Upiór zasępił się.
– Niepokoiłem się, co zastanę po powrocie – przyznał. – Spodziewałem się zgliszczy, wymordowanych demonów, zwłok Witka, wikarego ujeżdżającego biesa na twoim grobie…
– Ja też się cieszę, że nam ufasz.
– To był trudny rok dla nas wszystkich, pani Ted, z pewnością się zgodzisz. Dobrze, że już wszystko złe się skończyło i możemy dojść do siebie.
Zerknęłam na Witka. Jego złota czupryna odznaczała się ponad najwyższymi nagrobkami. Rozmawiał z demonem, którego nie znałam, a siedzący mu na ramieniu Czaruś ciągnął go za włosy. W ramach akceptowania rzeczy, których nie można zmienić, powinnam odczuwać wdzięczność, że spędziłam ten rok z Witkiem w Brzózce.
>– Oraz uczyć się na własnych błędach – ciągnął Strzygomir.
Jego słowa sprowadziły mnie na ziemię. Wyprostowałam się gwałtownie i zerknęłam na Maurycego, ale on miał równie zdziwioną minę.
– Chwila, co?
Strzygomir uniósł brwi wyzywająco.
– Jak wam szła opieka nad Lucynką?
Zmarszczyłam czoło.
– Doskonale – powiedziałam szybko i raz jeszcze spojrzałam na mojego przyjaciela, który chyba na wszelki wypadek postanowił się nie odzywać. – Prawda, że doskonale, Maurycy?
Pokiwał głową.
– Dlaczego pytasz akurat o Lucynkę? – spytałam upiora nieufnie. – Dopiero co mnie wyściskała. Co ci powiedziała? Bo jeśli narzekała na mój szampon, to…
– Nie, pani Ted.
– Na moją pościel?
– Nie, pani Ted.
>– Ach, pewnie na pole. No może i jest małe, ale dziewczyny…
– Pytałem, bo chwilę temu zobaczyłem, jak odjeżdża pani rowerem, i zastanawiałem się, z jakiego powodu wynosi się pani w połowie wieczerynki.
Zerwałam się z nagrobka i podbiegłam do płotu, gdzie w krzakach zostawiłam rower. Jęknęłam głośno. Krzaki były puste. Oczywiście, wybrała idealny moment, kiedy nikt nie zwracał na nią uwagi, bo wszyscy byli zajęci Strzygomirem.
Odwróciłam się do chłopaków.
– Weszło jej to w nawyk – oznajmiłam. – Nawyk, który z przyjemnością wybiję jej z tej pięknej głowy.
Pracę nad Welesówną rozpoczęłam jako studentka w 2017 roku, a zakończyłam w maju 2026, co oznacza, że trzymasz w dłoniach zwieńczenie prawie dekady mojego życia. Przez ten czas dorastałam z Tosią – razem uczyłyśmy się świata, popełniałyśmy błędy, zadawałyśmy niewygodne pytania i próbowałyśmy znaleźć swoje miejsce na ziemi.
Wszystko, co uważałam za ważne dla młodej osoby u progu dorosłości, starałam się ukryć między stronami tej trylogii. Na łamach powieści Ted narzeka na brak Poradnika małej Welesówny, a ja chciałam zawsze, żeby jej przygody stanowiły jeśli nie poradnik, to przynajmniej wsparcie emocjonalne dla młodych czytelniczek.
Bardzo zależało mi na stworzeniu bohaterki zbuntowanej – dziewczyny, która wchodzi w dorosły świat na własnych zasadach i nie boi się kwestionować granic narzucanych jej przez innych. Bunt Tosi nie zawsze był zasadny, ale zawsze tak samo ważny. Chciałam, żeby czytelniczki pamiętały, że mają prawo się buntować, sprzeciwiać – ale też mylić. Każdy popełnia błędy. Każdy ma też prawo do zmiany zdania. Wiedza o tym jest bardzo potrzebna w dorosłym życiu. Być może dzięki tej książce zdobędziecie ją trochę wcześniej?
Przede wszystkim jednak chciałam napisać postać będącą całkowitym przeciwieństwem cichej, wycofanej, ukrywającej się przed światem nastolatki, którą byłam ja. Nastoletniej Mice bardzo przydałoby się towarzystwo przebojowej i wygadanej Ted – bo czasem dobrze jest sobie przypomnieć, że można wyrażać głośno swoje zdanie, nawet jeśli komuś ono nie odpowiada. Mam nadzieję, że moim młodym czytelniczkom pomoże jej obecność.
Dziewczyny – mówcie, co myślicie. Wyrażajcie swoje opinie i buntujcie się. I nigdy nie pozwólcie sobie wmówić, że wasze zdanie nie jest ważne.
Wy jesteście ważne.
Przez ostatnich dziesięć lat swoją cegiełkę do serii o Welesównie dołożyło wiele osób, którym należą się podziękowania.
Michał był przez lata moim pierwszym czytelnikiem, nadzorował logikę i spójność wszystkich książek oraz opowiadań ze świata Welesówny, który rozrósł się po drodze do porażających rozmiarów – dziękuję.
Dziękuję Mateuszowi, który poza podrzucaniem mi najlepszych eurowizyjnych kawałków typu Azerbejdżan 1997 wspierał mnie również w kwestiach medycznych. Bardzo zależało mi na tym, by bohaterowie tej serii (i wszystkich moich pozostałych powieści) umierali w sposób poprawny anatomicznie. Cieszę się, że mogliśmy to wspólnie osiągnąć. PS. Twój gust muzyczny czasem mnie przeraża.
Dziękuję Iwonie i Soni, moim dwóm najwspanialszym wiedźmom, za przyjaźń i wsparcie, z którego bezwstydnie korzystam każdego dnia. Jesteście cudowne i uważam to za zaszczyt, że już od tylu lat trzymamy się razem.
Chciałabym bardzo podziękować mojemu gronu przyjaciół-pisarzy, którzy towarzyszą mi w tej drodze codziennie od lat i bez których całkiem prawdopodobnie nadawałabym do Was teraz z pokoju bez klamek. Kacper, Kamil, Agata, Halina, Ania, Marcin, Marcin, Amelia, Aga, Piotr, Asia oraz Weronika – dziękuję Wam za wszystko.
Dziękuję ogromnie moim czytelnikom, którzy wysyłają mi wiadomości z raportami z lektury, wrzucają zdjęcia, recenzje, komentują i polecają moje książki innym. Uwielbiam mieć z Wami kontakt i to dla Was siedzę w tym internetowym piekiełku ;)
Dziękuję każdemu czytelnikowi, który dał szansę Wele-sównie.
Na koniec podziękowania najważniejsze – ogromnie dziękuję Ewie Cat Mędrzeckiej, mojej zdolnej redaktorce, która prowadziła całą tę serię. Cieszę się, że Tosia mogła dorastać pod Twoim czujnym okiem.
Welesówna. Pakty z zaświatami
Copyright © Mika Modrzyńska 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redaktorka prowadząca – Kasia Kotynia
Redakcja – Ewa Cat Mędrzecka
Korekta – Jagoda Kubiesza, Katarzyna Myszkorowska
Opracowanie typograficzne i skład – Aleksandra Niedziółka
Przygotowanie e-booka – Aleksandra Niedziółka
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Ilustracja na okładce – Magdalena Babińska
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN (mobi): 9788384062135
ISBN (epub): 9788384062142
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia, Edyta Gara
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja:Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i it: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.sqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
