Zjazd rodzinny - Agnieszka Gładzik - ebook
NOWOŚĆ

Zjazd rodzinny ebook

Agnieszka Gładzik

0,0

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Z okazji osiemdziesiątych piątych urodzin cioci Waci planowany jest zjazd rodzinny. Gracjana, perfekcyjna gospodyni i orędowniczka zasad, chce, by wszystko było idealne. Długo nie zauważa, że w cieniu przygotowań dojrzewa dramat jej nastoletniej córki Julianny, która padła ofiarą cyberprzemocy. Kiedy do rezydencji w Mierzynie przybywają dwie kuzynki – Angela i „czarna owca” Elwira – napięcie rośnie…

Każda z kobiet niesie ze sobą coś, o czym w rodzinie się nie mówi: urazy, wstyd i tajemnice. Tym samym spotkanie staje się konfrontacją nie tylko pokoleń, lecz także życiowych postaw. Pozory pękają jak szklanka w zmywarce i dochodzi do wielkiej eksplozji.

Zjazd rodzinny Agnieszki Gładzik to przenikliwa, temperamentna opowieść o współczesnych kobietach rozdartych między potrzebą bliskości a pragnieniem wolności. O tym, że aby wyjść z narzuconych przez rodzinę ról, trzeba czasem przewrócić stół 😉.

Smaku całej historii dodają sceny przyrządzania dań kuchni z całego świata oraz indeks kulinarny egzotycznych potraw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 278

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Iza Szewczyk

Redakcja

Marta Jakubowska | Słowa na warsztat

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Elwira Zapałowska | Słowa na warsztat

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2026

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Tekst © Agnieszka Gładzik

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

ISBN 978-83-68674-52-1

Prolog

Śniadanie na mieście

Mierzyn, lipiec 2025 r.

– Jula! Śniadanie! – Głos matki ledwie przebijał się przez szum lecącej z prysznica wody.

Dziewczyna zignorowała rodzicielkę i roztarła kolejną warstwę mydła na ciele. W ruch poszła gąbka. Julianna szorowała skórę, aż ta stała się czerwona i szczypiąca. W międzyczasie woda z ciepłej zrobiła się gorąca, wręcz parząca.

– Śniadanie! – Ton rodzicielki z neutralnego przeszedł w zniecierpliwiony.

Julianna zakręciła kurek z wodą. Chciałaby się pospieszyć, lecz jej ciało było wyjątkowo nieposłuszne tego poranka. Zamiast płynnych ruchów dziewczyna co chwilę zastygała w określonej pozie. Zimne powietrze, wlatujące z uchylonego okna, nieprzyjemnie owiewało rozpaloną skórę. Drżała.

– Weź jej wreszcie coś powiedz, bo nie da się z nią wytrzymać! – Matka nie kryła poirytowania.

Na te słowa Julianna sięgnęła odruchowo po ręcznik i zaczęła się wycierać. Po chwili do łazienki zapukał jej młodszy brat, Ksawery.

– Ej, młoda, ogarnij się, bo matka dostanie kolejnego ataku menopauzy – oznajmił znudzonym tonem.

– Dwie minuty – odpowiedziała Julianna.

Zeszła na dół z zarzuconą na piżamę bluzą dresową, z mokrymi, ociekającymi wodą włosami. Spod ciemnych końcówek gdzieniegdzie połyskiwały fioletowe pasemka, jej nagroda za najlepszy wynik w klasie.

– Siadaj – nakazała Juliannie matka, ściągając usta w wąską kreskę.

Dziewczyna usiadła przy suto zastawionym stole i wyciągnęła z kieszeni smartfon.

– Żadnych komórek! – Ojciec wyrwał jej telefon z dłoni i odłożył obok siebie, tuż przy wcześniej skonfiskowanym urządzeniu Ksawerego. – Posiłek to czas dla rodziny, a nie okazja do oglądania bzdurnych rolek.

Jego słowa spotkały się z cichą aprobatą matki. Ksawery milczał jak zaklęty. „Pewnie liczy, ile stracił punktów” – pomyślała Julianna.

Matka odchrząknęła.

– Jedzcie, jedzcie, bo zaraz będzie zimne – ponagliła, zmieniając wyraz twarzy na pogodny.

Juliannę nagłe metamorfozy rodzicielki przerażały bardziej niż doniesienia o katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia. Jasne, długofalowo lepiej, żeby Ziemia się nie podgrzewała, ale czy próbowaliście kiedyś przeżyć pod jednym dachem z kobietą bardziej zmienną niż pogoda latem nad polskim morzem?

W ruch poszły półmiski z jajecznicą, frankfurterkami, smażonym boczkiem i innym jedzeniem, na widok którego Juliannie skręcał się żołądek. Sięgnęła po miskę z sałatką z fetą, ściągając na siebie krytyczne spojrzenia ojca i matki.

– Niedobory będziesz miała – wymamrotał pod nosem ojciec, dziabiąc widelcem we własnym talerzu. – Włosy ci zaczną wypadać, a skóra poszarzeje.

– A ja chętnie zjem za ciebie – wtrącił się Ksawery, nakładając sobie kolejną porcję kiełbasek.

Matka pokręciła głową, myślami była gdzie indziej. Julianna rozpoznała to spojrzenie, rodzicielka analizowała właśnie w głowie rozkład dnia każdego z domowników, by gładko przejść do dalszych etapów zaawansowanego planowania. Wizja, że i ona kiedyś będzie musiała wejść w taką rolę, przyprawiała Juliannę o dreszcze. To był w zasadzie jedyny plus jej obecnego położenia. O radosnej (jeśli można tak to nazwać) rodzinnej przyszłości może jedynie pomarzyć.

Rozległo się gwałtowne walenie do drzwi, aż rodzice podskoczyli. Po chwili do jadalni wpadła ciotka Sylwia, zziajana, z potarganymi włosami i komicznie czerwoną twarzą.

– Słyszałaś? – Nie przywitała się nawet z domownikami, tylko zwróciła bezpośrednio do matki. – Karierowiczka przyjeżdża!

Przez twarz matki przeszło tornado emocji, których nawet nie starała się powściągnąć. Karierowiczka, czyli ciotka Elwira, kuzynka matki, przypomniała sobie Julianna. Drugiego czy trzeciego stopnia, to już wyleciało jej z głowy.

– O, proszę – powiedziała matka i zachęciła ciotkę Sylwię, by usiadła przy stole. Ojciec mechanicznie podał jej talerz. – Wielka dama z metropolii wreszcie przypomniała sobie o rodzinie. No, no, no…

Elwira była czarną owcą, kuzynką wyklętą i bodajże najczęściej obgadywaną osobą na rozmaitych przyjęciach i rodzinnych spędach. Julianna nie pamiętała, co było przyczyną takiego statusu krewnej. Chyba coś w związku z zerwaniem więzi z rodzicami albo rzecz w podobnym stylu. Nie było to teraz istotne. Ważne, że temat Elwiry rozgrzewał rodziców i absorbował ich uwagę do tego stopnia, iż Ksawery i Julianna mogli niepostrzeżenie opuścić jadalnię. Tak też oboje zrobili, uciekając przed znanymi na pamięć tekstami: „Kim ona myśli, że jest?”, „Wszyscy teraz tacy mądrzy, tylko krzywd z dzieciństwa się doszukują” i podobne złote myśli. Zwykle plotki ze świata dorosłych fascynowały Juliannę i uwielbiała im się przysłuchiwać, jednak teraz zbyt szybko gubiła wątek.

Zgarnęła ze stołu smartfon i przemknęła do swojego pokoju. Upewniła się, że zamknęła drzwi na klucz, i wybudziła laptop z uśpienia. Ekran przywitał ją kolejną stroną dla dorosłych, podesłaną jej w międzyczasie przez „życzliwych” kolegów z klasy.

Ejjjjj, to ty?

Julianna ukryła twarz w dłoniach i stłumiła szloch.

*

Gdańsk, lipiec 2025 r.

Sączący się słodko przez słuchawki głos Chappel Roan stopniowo niknął, zagłuszany biciem serca Elwiry. Opaska fitness na jej nadgarstku złowrogo zawibrowała, sugerując swojej właścicielce, że powinna zwolnić. Elwira wykrzywiła usta, jednak dostosowała tempo biegu. Myślała, że już nadszedł czas, by wreszcie przyspieszyć, podkręcić treningi, ale nie, jeszcze nie osiągnęła odpowiedniego stopnia wytrzymałości. Cóż, musi się uzbroić w cierpliwość. Co za problem, przecież ćwiczyła się w tym przez całe życie.

Tętno spadło i Elwira ponownie zaczęła rozróżniać słowa piosenki. Pora zawracać, jeśli tego nie zrobi, przyjdzie do pracy za późno i wyjdzie o równie beznadziejnej porze. Zawinęła tuż przed zejściem do Parku Reagana. Przebiegła Czarnym Dworem przez Bora-Komorowskiego, kierując się na nowoczesne osiedle, wypełnione niskimi bloczkami. Wpadła na klatkę schodową, odbiła się od drzwi i zerknęła na ekran opaski. Ujdzie. Ledwo, ale na dziś musiało wystarczyć. Szybki prysznic, wbicie się w służbowy T-shirt i jeansy i była gotowa do wyjścia. Złapała wcześniej przygotowane overnight oats z lodówki oraz małą buteleczkę z cold brew, wrzuciła do plecaka i już znajdowała się na zewnątrz, drepcząc w stronę lokalnego korporacyjnego zagłębia.

Zmieniła słuchawki na nauszne, dobrze tłumiące odgłosy z zewnątrz. Przestawiła playlistę na coś bardziej agresywnego, odpowiadającego jej obecnemu nastrojowi. W zasadzie Elwira miała permanentnie pracę zdalną, jednak od czasu do czasu jej manager organizował zespołowe spotkania w biurze. Na szczęście nie wpadał na taki pomysł zbyt często, mimo to każda integracja (bo te spotkania miały w sobie niezawodnie element integracyjny) sprawiała, że człowiekowi odechciewało się żyć. Komu w ogóle przychodziło do głowy przymuszanie grupy dorosłych inżynierów do gier i zabaw rodem z podstawówki? Elwira przynajmniej mieszkała blisko, ale co mieli powiedzieć ludzie ściągający z regionu tylko po to, by po pracy pojeździć na gokartach albo postrzelać na strzelnicy?

Elwira dołączyła do strumienia wysiadających z SKM pracowników korporacji. Przed pandemią było ich dużo więcej, jednak ilościowo nadal robili wrażenie. „Byle nie spotkać nikogo znajomego, byle nie spotkać nikogo znajomego” – powtarzała w głowie niczym mantrę. Poprawiła słuchawki na uszach. Szkoda, że nie wzięła ze sobą bluzy, mogłaby przynajmniej zarzucić kaptur.

Dotarła na recepcję bez wymuszonego kontaktu z innymi ludźmi. Zawsze to mały sukces. Odbiła się na bramce i przywołała windę. Jej casualowy strój zabawnie kontrastował ze sztywnymi garsonkami i garniturami pracowników firmy audytowej, której siedziba znajdowała się tuż nad biurem Elwiry. Szczerze podziwiała stopień odpicowania tych ludzi. Wyglądali jak mała armia biurokratów z jakiegoś bogatego kraju. Na nadgarstkach lśniły zegarki z wyższej półki albo drogie smartwatche. W uszach błyszczały złote kolczyki, czasem drobne brylanciki, delikatnie trącane przez zadbane dłonie z długimi bladoróżowymi paznokciami. Przy nich Elwira w swoim firmowym T-shircie i białych trampkach wyglądała jak stworzenie z innego świata. Tak też zresztą było, między korpo IT a tradycyjnym zionęła wielka, nieprzekraczalna przepaść.

Winda zabrała Elwirę na jedno z wyższych pięter. Pracodawca zadbał o to, żeby biuro w Gdańsku miało obowiązkowy widok na morze. Panorama istotnie była piękna, choć z czasem powszedniała. Elwira odnalazła zarezerwowany przez szefa pokój i nacisnęła klamkę. W środku już siedziało kilku jej kolegów. Powitali się uprzejmymi skinięciami głowy. Wybrała sobie odpowiednio odizolowane miejsce i rozstawiła sprzęt. Gdy tylko odpaliła służbowy komunikator, w rogu zamigotała wiadomość od recepcji budynku. Elwira zmarszczyła brwi. Tego jeszcze nie grali. Otworzyła okno i przebiegła wzrokiem po ekranie.

Pani gość czeka na recepcji.

„Ki grzyb?” – pomyślała Elwira. Nie miewała gości, a zwłaszcza o takiej porze. I to w miejscu pracy.

To pomyłka, nie spodziewam się nikogo – odpisała szybko i zminimalizowała okno. Po chwili jednak rozświetliło się na nowo.

Pani Elwira Sądecka, firma Softsmart Solutions – odpisała recepcja.

Elwira zaklęła pod nosem. Zablokowała komputer i ruszyła z powrotem na parter, by wyjaśnić to nieporozumienie.

*

W recepcji czekało na nią stworzenie ubrane w letnią sukienkę z kraciastej bawełny, jakby wyciągniętą wprost z amerykańskiego snu lat pięćdziesiątych, który się właśnie ziścił. Elwira od dziecka miała problem z rozpoznawaniem twarzy, a co za tym idzie – odróżnianiem od siebie ludzi. Najczęściej radziła sobie w taki sposób, że zapamiętywała charakterystyczne cechy stylu albo zachowania. Przy tej osobie to nie zadziałało, więc złapała się na tym, że bezczelnie gapi się na kobietę, nie mogąc przypasować jej do żadnego konkretnego wspomnienia. „No, dziewczyno, odezwij się i pomóż mi sobie przypomnieć” – pomyślała ze zniecierpliwieniem.

Nieznajoma potrząsnęła głową, jej złociste loki zalśniły w promieniach letniego słońca, które wpadały przez okno recepcji.

– Naprawdę mnie nie poznajesz? – zapytała z niedowierzaniem. Jej głos był bardzo melodyjny z nutą zadziorności.

„Świetnie – jęknęła w duchu Elwira. – Przecież ja się nie zadaję z podobnymi ludźmi”.

– Odśwież moją pamięć – zaproponowała.

Kobieta wydęła wargi, najwyraźniej urażona brakami w pamięci swojej rozmówczyni.

– Angelika, jedna z niewielu twoich kuzynek – odparła z drwiącym uśmieszkiem. – Trzymałyśmy się przez jakiś czas razem, gdy przeprowadziłaś się do Gdańska.

Z tym „trzymaniem się razem” to lekko przesadzała. Bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że obie mniej więcej w podobnym czasie zdecydowały się odciąć rodzinną pępowinę i spróbować życia na własną rękę, z dala od kontrolujących oczu krewnych. A jak powszechnie wiadomo, wspólne doświadczenia potrafią ludzi do siebie zbliżać, więc przez moment utrzymywały ze sobą kontakt. Ich ścieżki jednak szybko się rozeszły z przyczyn tak prozaicznych jak chociażby tempo dorosłego życia w dużym mieście – samotnego, dorosłego życia, w którym człowiek był zdany wyłącznie na siebie.

– Okej, czegoś potrzebujesz? – zapytała Elwira, przekrzywiając głowę. – Jestem tak jakby w pracy.

Angelika przewróciła oczami.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odparła. – Potrzebuję z tobą dzisiaj pilnie porozmawiać. Nie musi być teraz, może być po twojej pracy. – Rzuciła Elwirze krzywe spojrzenie. – Tylko nie próbuj mi uciec, wiem, gdzie mieszkasz.

„Detektyw w szpilkach się znalazła” – sarknęła w duchu Elwira. Nie miała najmniejszej ochoty spotykać się z niewidzianą od kilku lat kuzynką. Z drugiej strony nie pozbędzie się Angeliki, jeśli nie przystanie na tę głupią „rozmowę”.

– W porządku – powiedziała. – Siedemnasta trzydzieści, tutaj. Pójdziemy sobie na śniadanie.

Brwi Angeliki podjechały do góry.

– Śniadanie? O takiej porze? – zapytała.

– Niektórzy wtedy zaczynają swój dzień – odparła Elwira.

*

Usiadły naprzeciwko siebie w modnej knajpce oferującej te same dania śniadaniowe w wersji wegańskiej i mięsnej. Miejsce było dość popularne, jednak udało im się złapać wolny stolik bez stania w kolejce. Angelika przestudiowała kartę, po czym zaczęła bębnić w nią długimi paznokciami. Wymanikiurowanymi, rzecz jasna, choć Elwira nie potrafiła odróżnić, czy były to hybrydy, żele czy Latający Potwór Spaghetti wie, co jeszcze.

– Zapłacę – rzuciła Angelice, widząc jej niezdecydowanie.

– Ach, no tak, złota robota w IT – odparła kuzynka. – Całkiem przyjemne stanowisko, z tego co słyszałam. Wysokie starszeństwo. Nie patrz tak na mnie. – Uchwyciła zaniepokojone spojrzenie Elwiry. – Wszystko to można wyczytać z twojego profilu na LinkedInie, poza tym mam znajomych w tej branży, więc wiem co i jak.

Elwira dodała do swojej mentalnej listy skasowanie profilu na LinkedIn. To samo wcześniej zrobiła z innymi mediami społecznościowymi. Sam koncept posiadania profilu jej nie drażnił, natomiast ludzkie wścibstwo i sprawdzanie absolutnie każdego w sieci – i owszem.

Podeszła do nich kelnerka, by przyjąć zamówienie. Elwira poszła w klasykę, zamawiając zestaw z wege bao, kimchi oraz frytkami z batatów. Angelika wybrała smażonego gofra z konfiturą z cebuli, smażonym serem góralskim oraz wędzonym łososiem. A do tego dodatkowy sos hollandaise. Elwira poczuła, jak treść żołądka podchodzi jej do góry.

– Napoje? – zapytała kelnerka.

Obie wzięły domową lemoniadę.

– Dobra, do rzeczy – powiedziała Elwira, gdy tylko kelnerka znalazła się poza zasięgiem słuchu. – Wykonałaś całą tę pracę godną Sherlocka Holmesa, więc zakładam, że sprawa jest poważna.

– Byłoby łatwiej, gdybyś odbierała telefon i odpisywała na wiadomości – odparła Angelika.

Kelnerka przyniosła szklanki z lemoniadą. Elwira chwyciła swoją i pociągnęła kilka łyków.

– Zbliżają się osiemdziesiąte piąte urodziny cioci Waci. – Angelika podjęła wątek. – Chcę, żebyś pojechała na nie ze mną.

Elwira zakrztusiła się lemoniadą. Poklepując się w piersi, odpowiedziała:

– Na… naprawdę? Po to mnie śledziłaś? Imieniny cioci Waci?

– Urodziny – poprawiła ją Angelika.

– Jeden pies – odparła zniecierpliwiona Elwira, z wolna odzyskując kontrolę nad oddechem. – Odpowiedź brzmi: nie.

Na stoliku pojawiły się ich dania. Gofr Angeliki wyglądał jak oblany żółtym sosem żywieniowy odpowiednik zatoru żył głębokich.

– Pomyśl, na tę okazję zjedzie się cała znana nam rodzina. Ciocia Wacia ponoć już mocno niedomaga, obawiają się, że to ostatnia okazja do spotkania w takim gronie. – Angelika wbiła nóż w wierzch gofra i zaczęła ciąć przez kolejne warstwy, odsłaniając wściekły róż łososia i czerwonofioletowy odcień konfitury z cebuli.

„Ja bym przełamała tę paletę jakimś zimnym kolorem – pomyślała Elwira. – Guacamole albo sałata”.

– Znasz moje zdanie na temat spędów rodzinnych – odparła, otrząsnąwszy się z zamyślenia. Ujęła swoje bao w dłonie, wciągając zapach słodkiego, azjatyckiego sosu, w którym usmażono warzywa i tofu. – Jeśli nie chcesz jechać sama, to nie jedź w ogóle. Odwiedź ciotkę w innym czasie albo zadzwoń – dodała, wgryzając się w ciasto.

Angelika spuściła wzrok. Nagle z pewnej siebie kobiety przeistoczyła się w pozbawiony życia cień. Wszystkie kolory odpłynęły z jej twarzy. Było to tak nagłe i widoczne, że nawet Elwira to zauważyła.

– Rzecz… rzecz w tym, że muszę tam pojechać – powiedziała Angelika, łapiąc się za brzuch. – Jest coś, co muszę zrobić, a nie wiem, czy w obecnym stanie dam radę… – Po jej policzkach zaczęły ściekać łzy. – Przepraszam. – Wygrzebała z torebki chusteczkę i wytarła nią kąciki oczu.

Elwira westchnęła w duchu. „Niech przeklęte będzie moje dobre serce” – pomyślała.

– Opowiadaj – zwróciła się do Angeliki. – Powiedz mi tyle, ile chcesz i z czym czujesz się komfortowo.

Dziewczyna skinęła głową. Odłożyła chusteczkę obok talerza.

– Cóż, to uczciwa propozycja – rzekła. – Pozwól, że cofnę się kilka miesięcy…

*

Szczecin, lipiec 2025 r.

– Aaaaauuuummm… – Gracjana usiłowała się dostroić do reszty grupy i zatracić w prostej mantrze. Bezskutecznie. Jej umysł wędrował wciąż ku dzisiejszemu porankowi i sensacyjnej wiadomości dostarczonej przez kuzynkę Sylwię. „Skup się, do cholery jasnej” – powiedziała sobie w duchu, usiłując oczyścić umysł ze zbędnych myśli.

– Aaaaaauuuuummmmm… – powtarzały wciąż pozostałe uczestniczki zajęć, wiernie podążając za przykładem prowadzącej, szczupłej joginki o barwie głosu przypominającej kaskadę wody.

Zazwyczaj joga pozwalała Gracjanie oderwać się od rzeczywistości i codziennych zmartwień, lecz dziś wywoływała uczucie wyłącznie rozdrażnienia. Nagle mądre, otwierające trzecie oko zajęcia trąciły jej naiwną ezoteryką, a ćwiczące z nią koleżanki z nowoczesnych kobiet przeistoczyły się w bandę podążających za trendami idiotek.

Wreszcie zbiorowa medytacja, czy Bóg wie jak to nazwać, dobiegła końca i Gracjana wystrzeliła do szatni. Nalała sobie wody z cytryną do jednorazowego kubeczka i wypiła całość trzema haustami.

– …wrażenie jak na moich zajęciach z muzykoterapii. Wiesz, możesz poczuć tę jedność z otaczającym cię światem…

– Ha, ha, ha, pozytywne wibracje i tego typu historie?

– Śmiej się, śmiej, a to wszystko ma ugruntowanie w nauce!

Głosy jej koleżanek rozmywały się w tle, przegrywając starcie z narastającym w Gracjanie gniewem. Innego dnia być może by się zastanowiła, dlaczego praktyka jogi wywołała w niej podobny wybuch emocji, lecz dziś nie miała do tego głowy. Chciała być wściekła, dać się spalić gniewowi.

Rzuciła szybkie pożegnanie koleżankom, zmieniła koszulkę i opuściła eleganckie studio jogi w centrum Szczecina. Podreptała na pobliskie miejsce parkingowe, mijając grupkę roześmianych młodych ludzi. Przypomnieli Gracjanie o jej córce, która w ostatnich tygodniach nie uśmiechała się wcale, a jedynie egzystowała, niczym duch przypadkiem nawiedzający swoich bliskich. Julianna była skryta od dzieciństwa, a na dodatek skłonna do nagłych napadów melancholii, jednak taki obrót spraw wydawał się niepokojący. Gracjana zanotowała w głowie, by umówić dziewczynę do psychologa, jak tylko upora się z drugim problemem.

Odblokowała SUV-a, wsiadła za kierownicę i włączyła się do ruchu. Od razu jakiś pajac niemal zajechał jej drogę, więc solidnie go obtrąbiła.

– Jak ja nie znoszę tego miasta… – wymamrotała pod nosem, manewrując jednokierunkowymi uliczkami.

Gdyby mogła, najchętniej nie opuszczałaby swojego willowego osiedla na Mierzynie, jednak realia życia na terenach podmiejskich były nieubłagane. Każda większa zachcianka czy potrzeba wymuszała wizytę w mieście. Gracjana nie rozumiała ludzi, dla których życie w metropolii było spełnieniem marzeń. Wystarczył jej sporadyczny kontakt z miejskim brudem, biedą i apatią, by natychmiast zatęsknić za domem. Nie to co Elwira.

Na wspomnienie młodszej kuzynki Gracjana zazgrzytała zębami. „Daj ludziom żyć po swojemu, za bardzo się w to emocjonalnie angażujesz” – powtarzał jej mąż. Jak zwykle rozmijał się z prawdą – Gracjana nie „wczuwała się”, jakby to powiedziała młodzież, a jedynie miała swoje zasady. Święte zasady, pryncypia, imponderabilia, których przekroczenie tudzież złamanie nie powinno mieć nigdy miejsca. Było to jej zdaniem zdrowe, rozsądne podejście do dorosłego życia, wymagającego przecież mocnego kręgosłupa moralnego, w szczególności wśród rodziców.

Przede wszystkim dla Gracjany rodzina stanowiła świętość. Szacunek dla starszych, wobec naturalnej hierarchii, to były podstawowe wartości, godne obrony. Rodzina wyznaczała rytm życia, pomagała korygować błędny kurs. No właśnie, drugą sprawą była akceptacja nieubłaganego upływu czasu. Śmieszyły ją trzydziesto- i czterdziestokilkuletnie panny, młode i świeżo upieczone matki uzurpujące sobie prawo do „drugiej młodości” albo wręcz twierdzące, że nie są jeszcze stare, czy – ładniej rzecz ujmując – dojrzałe. Oszukiwały same siebie, Gracjana wielokrotnie zdążyła to zaobserwować. „Czasy się zmieniły” – powtarzali wszyscy naokoło. Być może, jednak ludzka natura i biologia pozostawały niezmienne. Na pewne rzeczy był właściwy czas i miejsce, od zawsze przecież tak określano czyjś sukces lub prognozowano porażkę. Trzecią i ostatnią wartością stawianą przez Gracjanę na piedestale była empatia. Wymagała jej zarówno od kobiet, jak i mężczyzn. Nie można przecież żyć dobrym życiem, będąc ślepym na potrzeby i emocje drugiego człowieka. Wracając do Elwiry, cóż, Elwira żyła w poprzek i na przekór wszystkiemu i wszystkim. Była ludzkim buldożerem niezważającym na wyrządzone przez siebie szkody. Łamała zasady – tak, to drażniło Gracjanę najmocniej.

Zaparkowała samochód pod domem. Zbliżał się wieczór, do urodzin cioci Waci pozostał mniej niż tydzień. Gracjana zgodziła się zorganizować imprezę u siebie, przy ładnej pogodzie będzie można wykorzystać ogród, a jak zacznie padać, to dla wszystkich wystarczy miejsca wewnątrz. Miała mało czasu, lada dzień trzeba będzie zacząć planować. Miała świadomość, że jest to ważna uroczystość rodzinna… Nagle ciąg myśli został przerwany przez wibrujący telefon. Wiadomość od Angeli.

Przyjeżdżam w środę z Elwirą.

Rozdział pierwszy

Kimchi

Mierzyn, wtorek

– Nie mogę na was patrzeć! – Matka jak zwykle się czepiała. – Wakacje w pełni, a wy w smartfonach mózgi sobie smażycie tymi rolkami. Pomoglibyście mi, urodziny cioci za pasem, trzeba wszystko przygotować!

– A nie możesz jak normalny człowiek zamówić catering albo zarezerwować miejsce w knajpie? – odburknął Ksawery, nawet nie odrywając wzroku od ekranu iPhone’a.

Matka puściła jego komentarz mimo uszu. Po chwili zarówno on, jak i Julianna dostali zwiniętymi w kulkę szmacianymi torbami zakupowymi.

– Co do…? – Ksawery w porę ugryzł się w język.

– To do – odparła triumfalnie matka. – Wysyłam wam listę zakupową i zaraz przeleję pieniądze. Nie pokazujcie mi się na oczy, dopóki nie znajdziecie wszystkiego.

Telefony rodzeństwa zawibrowały jednocześnie. Julianna przeskrolowała swoją listę.

– Czy my się szykujemy na ruską inwazję? – burknął Ksawery. – Przecież tu jest milion rzeczy, trzeba będzie jechać do miasta, żeby to ogarnąć.

– Macie rowery, jest ładna pogoda. – Na twarzy matki wykwitł paskudny uśmieszek zadowolenia. – Młodzież w wakacje powinna się ruszać, a nie gnić i tyć!

Rodzeństwo spojrzało po sobie i niemal symultanicznie wzniosło oczy ku niebiosom. Zwlekli się z kanapy i ruszyli do garażu po rowery.

*

– Przysięgam, ta kobieta z mema wypełzła – burczał Ksawery. – Jak te baby, co najpierw wezmą na siebie wszystkie obowiązki domowe, nie poproszą o pomoc, a potem się srają, że „nikt mi w tym domu nie pomaga, wszystko muszę robić sama” – przedrzeźniał, zarzucając przy tym komicznie głową.

Julianna parsknęła śmiechem. Ich matka lubiła myśleć o sobie jako o kobiecie nowoczesnej, ale przy każdej możliwej okazji wychodziła z niej typowa Polka. Wystarczyło jedynie odpalić protokół pod tytułem „święta” albo „rodzinna impreza” i budził się buldog tradycji. Nagle cały luz znikał, zmieciony nawałem dziwacznych oczekiwań rodem z poprzedniego stulecia.

– Widziałem na TikToku rolkę, że kobietom w jej wieku pomaga branie kwasu. Podobno łagodzi objawy menopauzy – tonem znawcy oznajmił Ksawery. Od jakiegoś czasu sprawy damsko-męskie i – jak to określał – „trudna prawda o kobietach, z którą każdy mężczyzna musi się zmierzyć”, niezwykle go zajmowały.

Julianna miała obawy co do nowej zajawki brata, pamiętając, w jaką stronę skręciło wielu kolegów z jej klasy.

– Myślę, że realniej byłoby, gdyby znalazła sobie pracę na pełen, a nie na pół etatu – odparła. – Nie jesteśmy już dziećmi, nie musi nas ciągle doglądać. Miałaby zajęcie, a my święty spokój.

– Też prawda – przytaknął Ksawery. – A tak w ogóle, to czy tylko mi się wydaje, czy ona ma jakąś dziwną obsesję na punkcie tej całej Elwiry?

Julianna wzruszyła ramionami.

– Na to wygląda, ale nie wiem dlaczego. Laska wyprowadziła się stąd, jak byliśmy małymi dziećmi, i żyje sobie w innym mieście – odparła.

– Zazdro – skwitował Ksawery. – Jak będę dorosły, to też się stąd wyprowadzę i nikt mi już nie będzie brzęczał nad uchem.

Zaparkowali przed hipermarketem. Julianna odpaliła listę zakupową na telefonie, Ksawery zajął się wózkiem. Rodzeństwo zaczęło krążyć między alejkami, mozolnie odhaczając kolejne produkty z listy. Ze sklepowych głośników sączyła się okropna, marketowa muzyczka, nieudane covery znanych przebojów.

– Strata czasu. – Ksawery wciąż marudził. – Po to wynaleziono dostawę do domu, żeby nie marnować życia na bzdury.

– Ale wtedy nie mogłaby nas ukarać. – Julianna rzuciła w Ksawerego workiem z cebulami. – A taki chyba był zamysł.

Nie zdołała go przekonać, jednak na jakiś czas zamilknął, skupiając się na manewrowaniu coraz bardziej wypełnionym wózkiem. Jego oczy leniwie przesuwały się po wyłożonych na półkach towarach, niekiedy wędrując ku innym ludziom. O tej porze w sklepie przeważali dorośli, zaglądając tu po pracy w poszukiwaniu składników na późny obiad, ewentualnie kolację. Ich ubrania, po dniu spędzonym w biurze, zmaltretowane upałem, lepiły się do zmęczonych, zgarbionych ciał.

– Same stare kaszaloty – mruknął.

– Ksawery! – Julianna nadepnęła bratu na stopę, aż się skrzywił. – Musimy się cofnąć na mięsny, przeoczyłam jedną rzecz.

Poczuli ulgę, ponownie znajdując się w strefie lodówek. Nagle Juliannę przeszedł dziwny dreszcz, wywołując gęsią skórkę na przedramionach. Nie było jej zimno, miała niejasne przeczucie, że jest obserwowana.

– Siema! – Przed jej oczami wyrósł jakiś chłopak, którego mgliście kojarzyła ze szkoły. Musiał być klasę albo dwie wyżej od niej.

– Eee… cześć. – Julianna spuściła wzrok.

– Spokojnie, nie zamierzam nic ten… – Chłopak wyszczerzył się do niej. – Widzę przecież, że jesteś w poważnych biznesach. Chciałem tylko dać ci znać, że ja i moi koledzy jesteśmy pod wrażeniem twoich umiejętności i życzymy ci długiej kariery…

Przy tym ostatnim zdaniu za plecami Julianny wybuchła salwa śmiechu. Julianna poczuła, że jej twarz przybiera kolor dorodnego buraka. Nie miała odwagi podnieść wzroku i spojrzeć chłopakowi prosto w oczy.

– Dobra, typie, pogadałeś, a teraz zostaw moją siostrę w spokoju – warknął Ksawery, prostując się i prężąc swoją mizerną pierś.

Chłopak podniósł ręce w geście niewinności.

– Jasne, jasne… ciao, gwiazdeczko – zwrócił się drwiąco do Julianny, po czym zniknął, zabierając ze sobą rechoczących towarzyszy.

Julianna zaczęła się cała trząść.

– Idziemy stąd. – Ksawery złapał ją za rękę. Drugą ciągnął wózek.

– Nie mamy wszystkiego z listy – zaprotestowała Julianna.

– Później po to wrócę – odparł Ksawery.

Sprawdzili, czy przy kasie nie czyha na nich ponownie grupka chłopaków. Zapłacili, załadowali zakupy do plecaków i toreb i pojechali do domu. Ksawery zrobił scenę, jak tylko on potrafi, udając, że nagle pośrodku sklepu złapał go okropny skurcz i dlatego wrócili bez wszystkiego. Matka machnęła ręką.

*

– Jula, o co, do cholery, chodziło? – Ksawery poszedł za nią do jej pokoju.

Julianna usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała opowiadać bratu o swoim upokorzeniu, ale wiedziała, że prędzej czy później ten filmik do niego trafi. Równie dobrze mogła mu o nim powiedzieć sama. „Hola, hola, Ksawery to gówniarz” – przypomniała sobie.

– Czy ktoś ci coś zrobił? – zapytał, nagle poważniejąc. – Bo jeśli tak, to ja… Ja jemu coś zrobię!

Julianna spojrzała na młodszego brata. Może i był gówniarzem, lecz prawdopodobnie lepiej ją zrozumie niż rodzice. Być może. Taką miała nadzieję.

– Ja… – Nie wiedziała, jak zacząć. – Nie mów rodzicom, dobrze?

– Oczywiście, że im nie powiem. – Ksawery przewrócił oczami. – To chyba podstawowa zasada między nami.

Julianna skinęła głową. Wzięła głęboki wdech.

– Ktoś… dokleił moją twarz do… – Głos uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie tego powiedzieć. Podeszła do swojego laptopa i pokazała filmik Ksaweremu.

– O kurwa – wyrwało mu się.

– To jest wszędzie… – Julianna na moment opanowała płacz. – Zgła… zgłaszam to za każdym razem, ale to nic… to nic nie daje.

Ksawery milczał. Jego ciało było naprężone. Wyglądał, jakby zaraz miał pęknąć, dojść do granic wytrzymałości.

– Musisz to zgłosić na policję – powiedział wreszcie. – Gołym okiem widać, że to nie ty i ktoś to robi, żeby cię zgnoić.

Julianna potrząsnęła głową.

– Jestem niepełnoletnia, myślisz, że mnie posłuchają? – Otarła łzy. – Poza tym powiedzą rodzicom. Wyobraź to sobie.

Obraz zszokowanych rodziców musiał wsiąknąć w mózg Ksawerego, gdyż chłopak aż się wzdrygnął na samą myśl.

– Powiedzą, że to moja wina – rzekła ponuro Julianna. – Że sama to sprowokowałam… Wiesz przecież, jak to się skończy.

– Nie możemy tak tego zostawić – odparł Ksawery. – To nie zniknie samo z siebie, nie będziesz miała życia w szkole.

– Myślisz, że o tym nie wiem? – odburknęła Julianna.

Ksawery spuścił głowę.

– Coś wymyślimy – powiedział, niezdarnie ściskając dłoń siostry. – Nie wiem co, ale coś wymyślimy.

Julianna skinęła głową. Powstrzymała odruch przytulenia brata, wiedziała, że tego nie lubił. Poza tym jako nastoletnie rodzeństwo cieszyli się pełnoprawną więzią będącą mieszaniną miłości i obrzydzenia własną rodzącą się dojrzałością. Poczuła nikłą ulgę na myśl o tym, że ktoś stoi po jej stronie. Nawet jeśli był to taki gówniarz jak Ksawery.

*

– Potrzebuję postoju… – wymamrotała Angela, kuląc się na siedzeniu pasażera.

Elwira stuknęła w ekran nawigacji i dodała pobliskie stacje benzynowe oraz MOP-y.

– Piętnaście minut?! – jęknęła Angela. – Co to jest za pustkowie?

– Ostrzegałam cię – odparła Elwira. – Mogłyśmy jechać pociągiem.

Angela rzuciła jej zirytowane spojrzenie, co najmniej jakby Elwira zaproponowała coś skandalicznego. Na przykład zakup podrobionych torebek albo, nie daj Boże, przemyślenie kwestii zamawiania olbrzymiej kawy mrożonej na początku długiej i niewygodnej trasy.

– Czegoś tutaj nie rozumiem – rzekła Elwira. – Jeździsz przecież do rodziny częściej ode mnie, więc jakim cudem nie pamiętasz, ile to trwa?

– Bo żaden z moich facetów się tak nie wlókł – odgryzła się Angela. – Przelotowa dwieście na godzinę i jesteś na miejscu w trzy godziny, a nie pięć! Aua!

Elwira ugryzła się w język, by nie uświadomić kuzynki, iż z matematycznego (oraz logicznego) punktu widzenia to, co powiedziała, było bzdurą. Doświadczenie nauczyło ją, że niezależnie od ukończonych studiów ścisłych i pracy w IT, większość kobiet, a w zasadzie i ogólnie ludzi, w podobnej kwestii prędzej uwierzy przeciętnemu Sebiksowi niż jej.

– Jest opcja zjechać pod las – rzuciła. – Bierzesz czy wolisz stację?

– Zaaatrzymaaaj sięęę – jęknęła Angela.

Elwira posłusznie zjechała na pobocze i wypuściła kuzynkę. Angela niemal na czworaka wypadła z samochodu i doczołgała się na skraj lasu.

– Tylko uważaj na papierzaki! – krzyknęła za nią kuzynka.

– Spadaj! – Usłyszała w odpowiedzi.

Po kilku minutach Angela wróciła, już w całkiem normalnej pozycji, i mogły ruszyć dalej. Chwilowo wyczerpały im się tematy do rozmowy, więc Elwira puściła muzykę. Z głośników popłynął delikatny głos Mariyi Takeuchi. Elwira złapała bakcyla japońskiego city popu podczas jednej delegacji w San Francisco. Od tamtej pory zbierała i wyszukiwała winyle z oryginalnymi nagraniami. Podobne rzeczy w Polsce były praktycznie nie do dostania, Elwira przywiozła swoje najcenniejsze łupy z Seulu. Uśmiechnęła się na wspomnienie godzin spędzonych na przeglądaniu płyt w miejscowych antykwariatach i sklepikach wyspecjalizowanych w obrocie winylami.

– Po co ci lodówka turystyczna? – zapytała Angela, zakłócając piękny ciąg wspomnień.

– Eee, słoik kimchi, słoiki z hummusem, zakwas – odparła Elwira. – Puszka matchy.

Angela parsknęła śmiechem.

– Boisz się, że rodzina puści cię głodną? – zakpiła.

– To jest dla rodziny – uściśliła Elwira. – W ramach prezentu i urozmaicenia.

„I żeby od razu mieć alternatywę dla tradycyjnego polskiego jedzenia” – dodała w myślach.

– Aha – mruknęła Angela.

*

Nie rozmawiały już więcej aż do samego wjazdu do Szczecina. Elwira podrzuciła Angelę pod dom rodzinny, czyli typowe polskie blokowisko w okolicach Netto Areny, swą historią sięgające lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

– Jesteś pewna, że wolisz hotel? – zapytała jeszcze raz Angela.

– Absolutnie – odparła Elwira. – Ale dziękuję za ofertę.

Oddaliła się, nim rodzice Angeli zeszli na dół, by przywitać dawno niewidzianą córkę. Zajechała pod hotel, zameldowała się i zamówiła room service. Ktoś urządzał przyjęcie urodzinowe w hotelowej restauracji i Elwira nie miała siły spędzać ani minuty dłużej w hałaśliwym otoczeniu. Położyła się na łóżku i przymknęła oczy, chłonąc otaczającą ją ciszę i spokój. Potrzebowała pilnie naładować swoją socjalną baterię przed nadchodzącym spędem rodzinnym. Kontakt z ludźmi wysysał z niej energię, najlepiej wypoczywała i żyła w samotności.

Pokojówka przyniosła jej kolację. Elwira zamówiła jedyne wegańskie danie z karty, warzywa stir-fry z tofu w sosie słodko-kwaśnym. Wgryzła się w strączek groszku cukrowego. Przyzwoite, choć całość pozostawiała posmak dania zrobionego na odwal się, bo właściciel restauracji przeczytał, że współcześnie nie wypada nie mieć opcji roślinnej w menu.

– Przedsmak tego, co mnie czeka – mruknęła.

Zrobiła sobie kawę w ekspresie kapsułkowym (w porządku) i rozstawiła swój sprzęt na wąskim biureczku. Nienawidziła pracować przed ekranem laptopa, ale zabieranie osobnego monitora na krótki wyjazd było drobną przesadą. Zresztą i tak nie miałaby go gdzie ustawić.

Zalogowała się do hotelowej sieci i włączyła środowisko testowe. Nasunęła słuchawki na uszy i zaczęła tworzyć.

*

Śniadanie w hotelu nieco poprawiło jej nastrój zepsuty niezbyt udaną kolacją w okolicznej knajpce, w której sekcja dań wegańskich i wegetariańskich składała się ze smutnej sałatki i tekturowej w smaku potrawki z tofu. Elwira spokojnie dopijała zieloną herbatę, przyglądając się ruchowi ulicznemu za oknem. O tej porze w restauracji hotelowej przebywała jedynie ona i para starszych Niemców planująca całodniowe zwiedzanie Szczecina. Wydawali się autentycznie przejęci tą perspektywą, co Elwira uznała za całkiem sympatyczne. Jej telefon zawibrował. Widać Angela również postanowiła wstać dziś wcześniej.

Obiad u Gracjany na czternastą. Przyjedź po mnie.

Elwira westchnęła w duchu. Właśnie została nieoficjalnie mianowana naczelnym szoferem jaśnie pani Angeliki. Cudownie, jakby już jej mało pomogła! Z drugiej strony była to znakomita wymówka, by nie pić alkoholu, a to zawsze w cenie.

Spojrzała na smartwatcha. Miała idealny czas. W sam raz na spacer po mieście i poranną kawę.

*

Angela wpakowała się do samochodu z naburmuszoną miną. Wyglądała lepiej niż wczoraj, nie miała worków pod oczami, choć mogła to być też zasługa makijażu. Angela z niemal nabożną czcią dbała o swoją cerę i lubiła eksperymentować z kosmetykami. Ciężko przeżyła czas pandemii, gdy nie można było nigdzie wychodzić, a jeśli już się to zdarzyło, to połowę twarzy należało zasłonić maseczką. Elwira wręcz przeciwnie, z radością pozbyła się ostatnich, przeterminowanych maskar i cieni do oczu. Nigdy nie wróciła do wyczerpującego rytuału nakładania na swoje oblicze bojowego kamuflażu.

– Wiesz, jak jechać? – zapytała Angela.

– Nawigacja wie – odparła Elwira.

Angela spojrzała na ekran i potrząsnęła głową.

– Nie, masz stary adres – zauważyła. – Wbiję ci nowy. – Wystukała odpowiednią nazwę ulicy na klawiaturze. – Gracjana ma teraz dużo większy dom, bliżej miasta.

„No tak, moja bananowa kuzynka” – pomyślała Elwira. Ona i Gracjana miały ze sobą niewiele styczności, gdy Elwira jeszcze mieszkała w Szczecinie. Natomiast te nieliczne okazje, podczas których weszły ze sobą w kontakt, nie zostawiły zbyt dobrych wspomnień. Gracjana ochoczo wchodziła w rolę doświadczonej, starszej kuzynki, ale nie po to, by pomagać czy doradzać młodszym krewnym, a raczej by tyranizować i wydawać surowe osądy w stylu „w twoim wieku to ja już” i dalej następowało standardowe bla, bla, bla. Kiedyś uraczyła kuzynkę Nikolę, bezdzietną mężatkę, tekstem: „Trzy lata po ślubie? To ja już w drugiej ciąży byłam!”, rzucając przy tym spojrzeniem surowej matrony. Fajnie, Gracjana, empatia tysiąc procent, zwłaszcza że Nikola z mężem już drugi rok byli pod opieką specjalistycznej kliniki leczenia niepłodności.

– Jesteś pewna, że dasz sobie radę? – zapytała Elwira, skupiona na prowadzeniu auta.

Angela wzruszyła ramionami.

– Dam, nie dam, nie mam wyjścia, muszę to przeżyć – odparła z udawaną obojętnością. – Plus mam ciebie jako żywą tarczę.

– Tak, tak, genialna strategia – przytaknęła kąśliwie Elwira. – Weź ze sobą czarną owcę i rzuć ją rodzince na pożarcie. Sukces gwarantowany.

Angela nie podjęła wątku, zatapiając się w myślach. Nic dziwnego, w jej sytuacji Elwira również analizowałaby w głowie możliwe scenariusze i potencjalne rozwiązania. Różnica między nimi była taka, że ona, w przeciwieństwie do Angeli, potrzebowała samotności, by móc swobodnie myśleć.

Zajechały pod dom Gracjany. Zaiste, słowo „dom” nie oddawało pełni splendoru tego miejsca. Elwira odniosła wrażenie, że wylądowała przed rezydencją, dworkiem, ba, współczesnym zamkiem, świątynią wystawioną na cześć dobrobytu współczesnej klasy średniej wyższej. Wszystko się tutaj zgadzało i ze sobą współgrało. Bryła budynku ewidentnie zaprojektowana przez topowego architekta – jest, drogie samochody „czołgi” (Elwira nie znosiła SUV-ów) – jak cholera, monitoring i widoczny już z podjazdu basen – takoż. Mogłaby się założyć, że w przydomowym (ups! przyzamkowym) ogrodzie znajdują się okazy rzadkich roślin sprowadzone specjalnie z Borneo. Ta ostatnia teza była trudna do zweryfikowania, gdyż Elwira nie znała się w ogóle na zieleninie i gardziła grzebaniem w ziemi jako takim.

Na powitanie wybiegł im pies, rzecz jasna kundel ze schroniska, ale zadbany, dobrze ułożony, nie jakaś salonowa zabaweczka. Za nim pojawiła się Gracjana. Elwira nieszczególnie zwracała uwagę na wygląd zewnętrzny otaczających ją ludzi, jednak spędziła dostatecznie dużo czasu wśród bogatych inżynierów i ich rodzin, by rozpoznawać pewne wzorce. Ubranie z wyższej półki owszem, lecz nie logomania, żadne tam droższe sieciówki czy oklepani projektanci. Skrywane pod nimi ciało nijak się miało do ciał pokolenia ich matek steranych pracą i wychowywaniem dzieci oraz mężów. O nie, sylwetka Gracjany była wyrzeźbiona, zdyscyplinowana, mięśnie zarysowane, ale nie natrętnie uwypuklone. Włosy długie, spływające kaskadami na łopatki. W uszach błyszczały delikatne kolczyki sztyfty z brylantami.

– Gracjanko, jak ty pięknie wyglądasz! – W Angelę jakby wstąpiło drugie życie. Przybrała okropny, wysoki ton głosu, jaki często można usłyszeć w grupie podekscytowanych nastolatek. Cała jej mimika i mowa ciała uległy natychmiastowej przemianie. – Ten twój mąż to powinien cię wielbić i na rękach nosić, taką boginię!

To ostatnie zdanie sprawiło, że Elwira przygrzmociła w dach samochodu, siłując się z przenośną lodówką. „Poziom żenady przekroczył wszelkie dopuszczalne normy – westchnęła w duchu. – A nawet jeszcze nie znalazłyśmy się w środku”.

– Nie mogę narzekać, nie mogę narzekać – odparła Gracjana, kontynuując ów przedziwny rytuał damskiego składania sobie fałszywych hołdów. – Poza tym spójrz na siebie! Wyglądasz kwitnąco! Podobają mi się twoje kolczyki, takie boho!

„Chyba zapożyczenie kulturowe od Latynosek” – prychnęła w myślach Elwira. Wielkie koła zdobiące uszy Angeli miały tyle wspólnego z boho co ona z Gracjaną. Dwa przeciwne bieguny. Wzięła głęboki wdech i wynurzyła się z auta. Tym razem obyło się bez obijania sobie głowy.

– Cześć – rzuciła drętwo w stronę Gracjany. Podniosła lodówkę do góry. – Mam trochę ciekawych rzeczy.

Oczy kuzynki się zwęziły.

– Witaj, Elwiro – odparła. Powiało chłodem. – To bardzo miłe z twojej strony, że o nas pomyślałaś. Chodźcie do środka, obiad już prawie gotowy.

„Teraz w tle powinien rozbrzmieć jakiś deathmetalowy kawałek – pomyślała Elwira. – Bo właśnie wkraczamy do niezłej rzeźni”.

*

Kimchi i hummus. Tupet tej dziewczyny!

– Sama robiłaś? Och, musisz mi zdradzić przepis – powiedziała Gracjana, posyłając Elwirze jeden ze swoich zwyczajowych uśmiechów. Nazywała go „uśmiechem kulturalnym”, który miał przekazać rozmówcy, że uważa go za idiotę, ale jest zbyt dobrze wychowana, by otwarcie obrażać czyjąś inteligencję. Oczywiście Elwira była absolutnie odporna na wszelakie sygnały płynące z otoczenia, stanowiło to u niej problem już od wczesnego dzieciństwa.

– Przy produkcji hummusu korzystam z kilku przepisów, kwestia wieloletnich prób i błędów – rzekła kuzynka. – Co do kimchi, to z góry ostrzegam, że używam tradycyjnego koreańskiego przepisu, który jest dość hmmm… hardcore’owy.

„Niewątpliwie można to wyczuć” – przeszło przez myśl Gracjanie. Doprawdy nie rozumiała tych mód kulinarnych, a obecna fascynacja kuchnią koreańską była dla niej wielką aberracją. Szczęśliwie Julianna nigdy nie złapała k-popowego bakcyla, bo inaczej musiałaby chodzić z nią po tych wszystkich restauracjach i udawać, że smakują jej ostre kiszonki i smażone mięso. Wyłożyła kimchi do metalowej miseczki. Nijak nie będzie pasować do reszty obiadu, ale lepiej się od razu tego pozbyć i nie trzymać w lodówce.

– Rozgośćcie się w salonie – powiedziała do Elwiry i Angeli. – Zaraz zawołam dzieci i będziemy mogli zacząć.

Gdy kuzynki zniknęły za przeszklonymi drzwiami, Gracjana wyciągnęła telefon i napisała do Julianny, że ma zejść z Ksawerym na obiad. Następnie wyłożyła uprzednio przygotowane dania na reprezentacyjne, porcelanowe półmiski, odziedziczone po matce. Mięso, dziczyzna w suszonych owocach, pachniało obłędnie, a wyglądało jeszcze lepiej. Skórka była przypieczona w doskonałym stopniu zapewniającym chrupkość i chroniącym soczyste wnętrze. Gracjana skinęła głową z uznaniem przed własnym kunsztem. Do tego serwowała dwie sałatki, nic nadzwyczajnego, oraz piure ziemniaczane.

Ale najpierw zupa.

Gracjana wyjątkowo tego dnia zrobiła odstępstwo od reguły i przygotowała zupę cebulową według przepisu Julii Child. I gdzie to stawia twoje nędzne kimchi, Elwiro?

– O, doskonale, możecie zanosić jedzenie naszym gościom. – Przyszpiliła wzrokiem schodzących po schodach Ksawerego i Juliannę.

– Dlaczego to jest na talerzach? – Ksawery podniósł naczynie z ustawionym nań ramekinem z zupą i przechylił je niebezpiecznie.

– Uważaj – syknęła Gracjana. – Żebyś się nie oparzył, dlatego.

Ksawery przewrócił oczami (doprawdy, gdzie te dzieciaki się nauczyły, jak najprościej wyprowadzić swoich rodziców z równowagi?), ale bez szemrania zabrał dwa talerze z zupą. Z gracją godną zawodowego kelnera wkroczył wyprężony do salonu. Julianna z kolei wyglądała na jeszcze bardziej przykurczoną niż dzień wcześniej. Dziewczyna, ku wiecznej sromocie Gracjany, miała tendencję do garbienia się. „Znów będę ją musiała posłać na jakąś gimnastykę” – pomyślała. Kolejna pozycja na nigdy niekończącej się liście matki.

*

Przy stole siedzieli Sylwia z partnerem, rzecz jasna Elwira i Angela, Ksawery, Julianna, ciocia Marzena i ciocia Wacia. Mąż Gracjany, Sylwester, musiał zostać dłużej w pracy i dał znać, że najprawdopodobniej się spóźni.

– Ciociu Elwiro, czy czasem zdarza ci się, no wiesz, zhakować coś? – Ksawery był bardzo ciekawy nieznanej sobie krewnej.

– Hmmm, powiedzmy – odparła Elwira, balansując łyżką na palcu. – Chociaż to nie wygląda tak, jak to przedstawiają na filmach czy w grach. Sam proces jest dużo bardziej mozolny i zdecydowanie niespektakularny.

– I tak super – ocenił Ksawery. – Kobieta programista to brzmi dumnie. I pewnie hajs się zgadza?

– Nie narzekam – przyznała Elwira. – To dochodowa branża, zwłaszcza jeśli ktoś jest dobry w tym, co robi.

– A to nie mieli was zaraz wszystkich zastąpić sztuczną inteligencją? – Gracjana posłała młodszej kuzynce kolejny ze swoich uśmiechów. – Słyszałam, że zawody przyszłości będą powiązane z umiejętnościami miękkimi, a nie technologią.

Elwira wzruszyła ramionami.

– Wyeliminuje na pewno kodujące małpy – powiedziała. – Natomiast jej umiejętności są na razie niezbyt imponujące, jeśli mam być szczera.

– Ale nie możesz być pewna przyszłości – podkreśliła Gracjana.

– A czy ktokolwiek może być jej pewien? – odparła Elwira. – Równie dobrze jutro może mi spaść na głowę dachówka, jednak nie mamy sposobności przygotować się na rzeczy, które jeszcze nie istnieją albo których istnienia nie jesteśmy świadomi.

– Ach, was młodych to teraz nie idzie w ogóle zrozumieć! – wtrąciła się ciocia Marzena. – Sztuczne inteligencje, programowanie, jakbym oglądała jakiś amerykański film fantasy! Co ty na to, Waciu?

Ciocia Wacia wyglądała na zagubioną. Być może w ogóle nie przysłuchiwała się toczącej się przy stole dyskusji. Ostatnimi czasy często traciła wątek.

– Myślę, że zupa była dobra, i czekam na drugie danie – rzekła powoli.

– I to rozumiem! – zawołała triumfalnie Gracjana.

Zebrała sprawnie miseczki po zupie i zaserwowała gościom drugie danie, nie skąpiąc szczegółów dotyczących jakości i pochodzenia składników.

– A to… – Z głuchym trzaśnięciem położyła na stole miseczkę z kimchi. – Niespodzianka od naszej Elwiry. Kiszonka prosto z Korei.

– Ooo! – Ciocia Wacia niespodziewanie się ożywiła. – Dajcie mi tego koreańskiego! Nigdy nie jadłam nic stamtąd. Wiecie, że za mojej młodości to tam była bida z nędzą? Pomoc humanitarną im wysyłaliśmy, tak było!

– Prawda – przytaknęła Elwira. – A potem cud gospodarczy i azjatycki tygrys. – Nałożyła cioci Waci odrobinę kimchi.

Staruszka nadziała na widelec niewielką porcję sfermentowanej kapusty i włożyła do ust.

– Ma kopa – zawyrokowała po przełknięciu. – Będzie dobre na trawienie. A ty, dziecko, powiedz mi lepiej – zwróciła się do Elwiry. – Byłaś tam u nich? U Koreańczyków?

Elwira przytaknęła.

– I jak tam jest? Jak żyją? – dopytywała ciocia Wacia. – Czasem sobie z Marzenką te ich dramy oglądamy i się zastanawiam, czy tam faktycznie tak jest, jak na tych ich filmach.

Elwira zmrużyła oczy, myśląc nad odpowiedzią.

– I tak, i nie – odrzekła po chwili. – Byłam tam już dwa razy, ale nadal mam poczucie niedosytu.

– Byłaś w Korei? – wtrącił się Ksawery. – Wow, my tylko na zmianę Chorwacja i Grecja.

– Czasem Turcja wleci – uzupełniła Julianna.

– Podobny klimat – żachnął się Ksawery.

Gracjana obserwowała swoją rodzinę z niedowierzaniem. Jej obiad, przygotowany specjalnie pod ich gusta kulinarne, stygł na talerzach, podczas gdy oni zachwycali się koreańską kiszonką! I Elwirą, inżynierką, co to świat zwiedza!

– Ciocia brzmi, jakby miała teraz ochotę na azjatyckie jedzenie, a nie nasze, swojskie – zażartowała.

– Wiesz, dziecko, za moich czasów takich rzeczy nie było – odparła ciocia Wacia. – A człowiek, choć stary, pozostaje ciekawy świata, nowych smaków. Poleciałoby się do tych wszystkich krajów, ale kto ze sobą taką starą babę weźmie?

– O, to może sprawdzimy, czy można cioci wyprawić urodziny w jednej ze szczecińskich koreańskich restauracji? – podchwyciła Angela.

Pomysł spotkał się z entuzjazmem wszystkich poza Gracjaną. Pani domu odchrząknęła, ściągając na siebie uwagę. Musiała odzyskać kontrolę nad sytuacją.

– Wszystko już jest zaplanowane na urodziny drogiej cioci – przypomniała. – Wątpię, by dało się na ostatnią chwilę zrobić rezerwację dla tak licznej grupy.

Entuzjazm zgromadzonych wyraźnie ostygnął. „Dobrze, niech już zejdą na ziemię” – pomyślała Gracjana. I wtedy akurat musiała się odezwać Elwira.

– Cóż, mogę przygotować małe co nieco w koreańskim stylu i nie tylko – powiedziała. – Żeby ciocia miała szansę odbyć kulinarną podróż, o której marzy.

– Ooo, super pomysł! – Nawet Sylwia, poczciwa, wierna Sylwia, najstarsza sojuszniczka Gracjany, dała się złapać na to szaleństwo. – Co o tym myślisz, Gracja? Będzie urozmaicenie.

– Och tak, niewątpliwie. – Gracjana starała się za wszelką cenę zapanować nad emocjami, by nie wybuchnąć. – Możemy nawet pokusić się o drobny… konkurs kulinarny. Ja przygotuję kilka dań, Elwira kilka, a ciocia osądzi, który kierunek podoba jej się najbardziej. – Wymyślała na gorąco, bez uprzedniego przeanalizowania sprawy.

– Niech zwycięży lepsza wizja – podchwyciła Elwira.

Pozostali również wyrazili swoją aprobatę. „Nie myśl, że masz jakiekolwiek szanse – pomyślała Gracjana, patrząc na zblazowaną Elwirę. – Już za kilka dni odeślę ciebie i twoje nowomodne jedzenie tam, gdzie wasze miejsce”.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Rozdział pierwszy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie