Zgromadzenie cieni - V.E. Schwab - ebook
Opis

„Oto ideał powieści fantasy”.

                                                                                                „Publishers Weekly”

Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego.

Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła. Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim.

Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...

„Bogate szczegóły rozświetlają każdy wymiar niezwykłego miasta zalanego magią, a skomplikowane postacie okazują się intrygującymi osobowościami. W tej barwnej scenerii toczy się trzymająca w napięciu akcja... Schwab już nam każe czekać na dalszy ciąg”.

„Entertainment Weekly”

„Schwab jest fantastyczną pisarką, toteż akcja tej powieści płynie szybko: to świat, w który łatwo się zanurzyć, a cztery Londyny, które mamy szansę odwiedzić, stanowią ucztę dla zmysłów: są żywe, interesujące i szczegółowo pokazane.  Zmyślone światy prezentują się imponująco i już choćby z tego względu warto sięgnąć po tę książkę.

„io9”

„Jest tu wszystko: magia i romans, przygoda i intryga, podstęp i oszustwo, a także trochę tajemnic ze świata piratów... Ta powieść przyciągnie zarówno dorosłych czytelników fantasy, jak i tych młodszych, lubujących się w gatunku young adult”.

 „Booklist”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 568

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


V.E. Schwab Zgromadzenie cieni Tytuł oryginału A Gathering of Shadows ISBN Copyright © 2016 by Victoria SchwabAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Cover art by Will Staehle Redakcja Magdalena Wójcik Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla tych, którzy nigdy się nie poddają
Magia i mag muszą pozostawać w równowadze. Magia sama w sobie jest chaosem. Mag musi pozostać opanowany. Człowiek niepewny jest dla mocy równie marnym naczyniem jak popękany dzban, gdyż magia niepowstrzymanie uchodzi z niego każdą szczeliną. TIEREN SERENSE, arcykapłan Londyńskiego Sanktuarium

I

Morze Arnezyjskie

Delilah Bard ciągle pakowała się w kłopoty.

Zawsze myślała, że ten sposób jest lepszy niż czekanie, aż kłopoty same ją znajdą, chociaż dziś, dryfując pośrodku oceanu w małej dwuosobowej łódce bez wioseł, bez widoku lądu i ze sznurami więżącymi jej nadgarstki, zaczynała zmieniać zdanie.

Noc była bezksiężycowa, morze i niebo ze wszystkich stron odbijały gwiaździstą ciemność; różnicę pomiędzy górą a dołem na dobrą sprawę wyznaczało jedynie falowanie wody pod kołyszącą się łodzią.

Zazwyczaj w takim nieskończonym otoczeniu Lila czuła się jak w centrum wszechświata. Ale tej nocy, unosząc się na falach, miała ochotę wrzeszczeć.

Patrzyła jednak tylko spod na wpół przymkniętych powiek na migoczące w oddali światła, których czerwonawy odcień odróżniał latarnie statku od poświaty gwiazd. Obserwowała, jak statek — jej statek — powoli, lecz zdecydowanie odpływa.

Ogarnęła ją panika, ale nie zamierzała się jej poddać.

„Jestem Delilah Bard — myślała, kiedy sznury wbijały jej się w skórę. — Jestem złodziejką, podróżniczką i piratem. Weszłam w trzy różne światy i przeżyłam. Przelewałam krew królów i trzymałam w rękach magiczne przedmioty. A łajba pełna mężczyzn nie potrafi dokonać tego, co ja. Nie potrzebuję żadnego z was”.

„Cholera, jestem jedyna w swoim rodzaju!”

Czując się dostatecznie wzmocniona tą myślą, odwróciła się plecami do statku i zapatrzyła w rozciągającą się przed nią noc.

„Mogło być gorzej” — rozumowała, tuż przed tym, nim poczuła, jak zimna woda obmywa jej botki. Spojrzała w dół i zobaczyła, że w dnie łodzi jest dziura. Otwór był pozornie nieduży, ale jego rozmiar stanowił niewielką pociechę; przez mały otwór woda może zatopić łódkę tak samo skutecznie, tyle że nie tak szybko.

Lila jęknęła i zerknęła na szorstki sznur zaciśnięty mocno na przegubach jej dłoni, po dwakroć wdzięczna, że te łotry pozostawiły jej wolne nogi, nawet jeśli jej ruchy ograniczała okropna… sukienka. Cienkie zielone paskudztwo z pełną spódnicą, zbyt dużą ilością jedwabnej koronki i talią tak obcisłą, że ledwie mogła oddychać, myśląc: „Dlaczego, na litość boską, kobiety to sobie robią?!”.

Woda w łódce podniosła się nieco wyżej i Lila postanowiła się skoncentrować na problemie. Zrobiła wdech, na tyle, na ile pozwalał strój, i szczegółowo rozważyła swój mizerny, szybko nasiąkający wodą stan posiadania: jedna beczka piwa ale (prezent pożegnalny), trzy noże (wszystkie ukryte), pół tuzina flar (zostawionych przez mężczyzn, którzy wysłali ją na ocean w tej łódce), wyżej wspomniana sukienka (niech ją szlag) oraz zawartość jej spódnic i kieszeni (przedmioty niezbędne, jeśli miała przetrwać).

Wzięła jedną z flar — przedmiotów podobnych do fajerwerków, które, potarte o dowolną powierzchnię, wyzwalały strumień barwnego światła. Nie eksplozję koloru, ale jednolity snop, na tyle silny, że ciął ciemność jak nóż. Każda flara powinna się spalać przez kwadrans, a ich różne kolory określał na otwartej wodzie stosowny kodeks: żółte dla tonącego statku, zielone dla choroby na pokładzie, białe dla wszelakiego niebezpieczeństwa i czerwone na okoliczność ataku piratów.

Na pokładzie były flary w każdym kolorze i Lila przez chwilę przesuwała po nich palcami, rozważając dostępne opcje. Przez moment obserwowała podnoszącą się wodę, po czym zdecydowała się na flarę żółtą, wzięła ją w obie ręce i potarła o burtę małej łodzi.

Rozbłysło światło, gwałtowne i oślepiające, rozdzierające świat na dwoje — na złocistą biel flary i gęstą czarną nicość wokół niej. Lila przez dłuższą chwilę przeklinała, mrugając, by przegonić wywołane blaskiem łzy, a flarę trzymała wysoko, z dala od twarzy. Później zaczęła odliczać. Akurat kiedy oczy w końcu przyzwyczaiły się do jasności, flara osłabła, zamigotała i zgasła. Lila zlustrowała horyzont, szukając jakiegoś okrętu, żadnego jednak nie było, a poziom wody w łodzi nadal wolno, lecz nieubłaganie podnosił się po cholewce jej buta. Wzięła drugą flarę — białą, na oznaczenie niebezpieczeństwa — i przesunęła nią po drewnie, równocześnie osłaniając sobie oczy. Potem odliczała upływające minuty, wpatrując się w noc za łodzią i szukając oznak życia.

— No przypłyń — szeptała. — Chodź tutaj, chodź tutaj, chodź… — Słowa utonęły w syku gasnącej flary i znów zapadła ciemność.

Lila zacisnęła zęby.

Po poziomie wody w małej łodzi oceniała, że ma jedynie kwadrans (czyli czas użytkowania jednej flary), zanim naprawdę będzie jej groziło zatonięcie.

Wtedy coś przesunęło się wzdłuż drewnianej burty łódki. Coś z zębami.

„Jeśli istnieje jakiś bóg — pomyślała — jakaś niebiańska istota, jakaś boska moc czy ktokolwiek nad nami… lub pod nami… ktoś, kto może po prostu chciałby, żebym przeżyła kolejny dzień, z litości albo dla rozrywki, teraz jest dobry moment na interwencję”.

Z tą myślą uniosła czerwoną flarę — tę, która oznaczała atak piratów — i zapaliła ją, zalewając noc wokół siebie upiornym szkarłatnym światłem. Na sekundę przypomniała sobie rzekę Isle w Londynie. Nie w jej Londynie (jeśli tamto posępne miasto mogła kiedykolwiek nazwać własnym) ani w przerażająco wyblakłym Białym, skąd pochodzili Athos i Astrid oraz Holland, ale w jego Londynie. Londynie Kella.

Kell niczym ta flara mignął w jej wspomnieniach — kasztanowe włosy, nieustanna marsowa zmarszczka między brwiami, jedno oko niebieskie, jedno czarne. Antari. Mag. Chłopiec. Książę.

Wpatrywała się w czerwone światło flary, aż wyimaginowany obrazek zniknął. Miała teraz pilniejsze problemy. Woda się podnosiła. Flara gasła. Jakieś cienie przesuwały się obok łodzi.

Dokładnie w chwili, kiedy czerwone światło „pirackiej” flary zaczęło się wyczerpywać, Lila zobaczyła wyczekiwany statek.

Najpierw był prawie niewidoczny — ledwie pasemko mgły na powierzchni morza — szybko jednak mgła przybrała zarys fantomowego okrętu. Wypolerowany do połysku czarny kadłub i lśniące czarne żagle niemal się nie wyróżniały na tle nocy, latarnie na pokładzie były zaś tak niewielkie i przyćmione, że można by je pomylić z blaskiem gwiazd. Dopiero kiedy zbliżył się na tyle, że zamierające światło flary zatańczyło na jego ciemnych powierzchniach, okręt nabrał kształtów. A wtedy niemal już dotykał małej łodzi.

W gasnącym błysku Lila dostrzegła nazwę wymalowaną na kadłubie połyskliwą farbą. Is Ranes Gast.

„Miedziany Złodziej”.

Ze zdumienia i ulgi aż szerzej otworzyła oczy. Uśmiechnęła się nieznacznym, sekretnym uśmieszkiem, a później przybrała stosowniejszą minę — coś pomiędzy wdzięcznością a błaganiem, z odrobiną ostrożnej nadziei.

Flara zamigotała i zupełnie zgasła, ale okręt znajdował się na tyle blisko, że widać już było twarze mężczyzn pochylających się nad barierką.

— Tosa! — zawołała Lila po arnezyjsku, wstając tak, by nie rozkołysać małej tonącej łódki.

„Pomocy”. Rzadko dopuszczała do głosu własną bezbronność, ale ze wszystkich sił starała się udawać bezradną istotę teraz, kiedy mężczyźni patrzyli z góry na nią, uwięzioną na niewielkiej, wypełnionej wodą przestrzeni, w przemoczonej zielonej sukience i ze związanymi nadgarstkami. Poczuła się niedorzecznie.

— Kers la? — spytał jeden z marynarzy, zwracając się bardziej do pozostałych niż do Lili. „A cóż to takiego?”

— Podarek? — spytał drugi.

— Trzeba się będzie podzielić — wymamrotał trzeci.

Kilku innych wygłosiło nieco mniej przyjemne uwagi i Lila napięła mięśnie, równocześnie zadowolona, że marynarze mówią oceanicznym slangiem i z akcentem, który uniemożliwiał jej wychwycenie wszystkich słów, nawet gdyby znała ich znaczenie.

— Co robisz tam, na dole? — spytał jeden z nich, mężczyzna o skórze tak ciemnej, że jego sylwetka niemal zlewała się z nocą.

Jej arnezyjski wciąż był daleki od doskonałości, ale cztery miesiące na morzu, w otoczeniu ludzi, którzy nie mówili po angielsku, bez wątpienia go poprawiły.

— Sensan — odpowiedziała. „Tonę”, co wywołało śmiech wśród członków gromadzącej się załogi. Wyraźnie jednak nie śpieszyli się z wciągnięciem jej na pokład. Podniosła ręce, pokazując im sznur. — Chętnie skorzystam z pomocy — wyrecytowała powoli wyuczoną formułę.

— Właśnie widzę — odparł pierwszy mężczyzna.

— Kto wyrzuca takie ślicznotki? — dorzucił drugi.

— Może całkiem ją wykorzystali.

— Nie!

— Ejże, dziewczyno! Jesteś cała czy nieco naruszona?

— Lepiej sprawdźmy!

— Co to za krzyki? — zagrzmiał czyjś głos i chwilę później przy burcie okrętu pojawił się chorobliwie chudy mężczyzna o głęboko osadzonych oczach i rzedniejących czarnych włosach. Przez szacunek dla niego marynarze się wycofali, on zaś zacisnął ręce na drewnianej barierce i popatrzył na Lilę. Otaksował spojrzeniem ją, jej sukienkę, sznur, beczkę i łódź.

Kapitan, bez dwóch zdań.

— Wyraźnie masz kłopoty — zawołał do niej. Nie wysilał głosu, lecz ten i tak się niósł, a arnezyjski akcent mężczyzny był lekki, lecz niewątpliwy.

— Cóż za spostrzegawczość — odkrzyknęła, zanim zdążyła się zastanowić. Bezczelność stanowiła ryzyko, lecz Lila bez względu na sytuację zawsze świetnie potrafiła odczytywać sygnały. I rzeczywiście, chudzielec się uśmiechnął. — Mój statek przejęto — kontynuowała — a mój nowy nie przetrwa długo, jak widzisz…

Przerwał jej.

— Może łatwiej będzie rozmawiać, jeśli wejdziesz tutaj, na górę?

Lila z ulgą pokiwała głową. Zaczynała się obawiać, że odpłyną i zostawią ją tutaj, żeby się utopiła. Co, sądząc po sprośnych słowach i lubieżnych spojrzeniach członków załogi, może byłoby faktycznie lepszą opcją; chociaż nie, tu, na dole, Lili nie czekało nic, a tam, na górze, miała przynajmniej szansę.

Ktoś przerzucił przez burtę linę, której obciążony koniec wylądował w podnoszącej się wodzie obok jej stóp. Lila złapała linę i użyła jej do przyciągnięcia swojej łódki do burty okrętu, gdzie opuszczono drabinkę, zanim jednak zdążyła się na nią wspiąć, dwaj mężczyźni zeszli i wskoczyli do łódki, co spowodowało, że ta zaczęła tonąć znacznie szybciej. Żaden z nich nie wydawał się tym faktem zaniepokojony. Jeden wziął beczkę z piwem, a drugi — ku wielkiej konsternacji Lili — zajął się nią. Przerzucił ją sobie przez ramię i musiała się mocno powstrzymywać — a przecież nigdy nie cechowała się szczególnym opanowaniem — żeby nie wbić mu noża w plecy, zwłaszcza gdy jego ręce zawędrowały pod jej spódnicę i sunęły w górę.

Zamiast tego wbiła więc sobie paznokcie w dłonie i do czasu, aż mężczyzna postawił ją w końcu na pokładzie okrętu obok czekającej beczki („Cięższa, niż na to wygląda — wymamrotał — i tylko w połowie tak delikatna…”), zrobiła sobie w skórze osiem małych półksiężyców.

— Łajdak — warknęła pod nosem po angielsku. Mężczyzna puścił do niej oko i mruknął coś o delikatności, tam gdzie potrzeba, a Lila w myślach poprzysięgła, że go zabije. Powoli.

A potem się wyprostowała i zobaczyła, że stoi w kręgu ma­rynarzy.

Nie, nie marynarzy, oczywiście.

Piratów!

Brudni, spłowiali od morskiej soli i słońca, o pociemniałej skórze, w wyblakłych ubraniach, a każdy z wizerunkiem noża wytatuowanym na szyi. Znak piratów „Miedzianego Złodzieja”. Lila naliczyła wokół siebie siedmiu, pięciu zajmowało się olinowaniem i żaglami, poza tym zakładała, że kilku przebywa pod pokładem. Osiemnastu? Około dwudziestu.

Chudy jak szczapa mężczyzna wyszedł z kręgu i zrobił krok do przodu.

— Solase — powiedział, rozkładając ręce. — Chociaż moi ludzie mają sporo odwagi, brakuje im manier. — Wyciągnął ręce ku jej ramionom w zielonej sukience. Pod paznokciami miał krew. — Trzęsiesz się.

— Miałam kiepską noc — odrzekła, a obserwując szorstkich członków załogi, żywiła nadzieję, że sytuacja się jeszcze bardziej nie pogorszy.

Chudzielec uśmiechnął się, szczerząc, co zadziwiające, pełen komplet zębów.

— Anesh — zauważył — ale teraz jesteś w lepszych rękach.

Sporo słyszała o załodze „Miedzianego Złodzieja”, więc podejrzewała, że nie jest to prawda, udawała jednak niczego nieświadomą.

— Czyje to miałyby być ręce? — spytała, kiedy chudy jak szkielet osobnik chwycił jej palce, uniósł dłoń i przycisnął popękane wargi do jej kłykci, ignorując szczelnie zaciśnięty wokół jej przegubów sznur.

— Baliz Kasnov — przedstawił się. — Znamienity kapitan „Miedzianego Złodzieja”.

Idealnie. Kasnov był legendarną postacią na Morzu Arnezyjskim. Załogę miał małą, ale złożoną z ludzi bystrych, słynących z upodobania do wślizgiwania się na pokłady statków, podcinania gardeł w najciemniejszych godzinach przed świtem, wymykania się z ładunkiem i pozostawiania za sobą trupów, by sczezły. Może wyglądał na półżywego z głodu, ale był łasy na skarby, szczególnie na towary konsumpcyjne, a Lila wiedziała, że „Miedziany Złodziej” żegluje w stronę Sol, miasta na północnym wybrzeżu, w nadziei na wciągnięcie w zasadzkę jakiś szczególnie duży transport przednich trunków.

— Baliz Kasnov — powtórzyła, wymawiając imię i nazwisko w taki sposób, jakby nigdy przedtem go nie słyszała.

— A ty? — spytał.

— Delilah Bard — odparła. — Poprzednio ze „Złotej Rybki”.

— Poprzednio? — naciskał, podczas gdy jego ludzie, najwyraźniej znudzeni faktem, że dziewczyna nadal jest w pełni ubrana, zaczęli dobierać się do beczki z piwem. — No cóż, panno Bard — powiedział, otaczając jej ramiona jednoznacznym gestem. — Może opowiesz mi, jak się znalazłaś w tej małej łódce? Morze nie jest miejscem dla takich przyzwoitych młodych dam jak ty.

— Vaskens — wyznała. „Piraci”. Jak gdyby nie miała pojęcia, że słowo to doskonale pasuje do jej obecnych towarzyszy. — Ukradli mój statek. To był prezent od mojego ojca z okazji ślubu. Mieliśmy popłynąć do Faro… Wyruszyliśmy dwie noce temu… Ale tamci pojawili się znikąd, wtargnęli na „Złotą Rybkę”… — Wcześ­niej przećwiczyła całą tę przemowę, nie tylko słowa, lecz także pauzy. — I… zabili mojego męża. Mojego kapitana. Wybili większość mojej załogi. — Tutaj Lila pozwoliła sobie na zdanie po angielsku: — To się wydarzyło tak szybko…

Speszyła się, jakby zdanie wymsknęło się jej niechcący.

Ale przyciągnęła uwagę kapitana, który dał się złapać niczym ryba na haczyk.

— Skąd jesteś?

— Z Londynu — odparła, starając się mówić z wyraźnym akcentem. Przez grupę przeszedł pomruk. Lila kontynuowała, zdecydowana dokończyć swoją historię: — „Rybka” to mały statek — wyjaśniała — ale drogocenny. Po brzegi załadowany zapasami na miesiąc. Jedzenie, napitki… pieniądze. Jak wspomniałam, to był prezent. A teraz zniknął.

Ale nie na zawsze, co to, to nie. Lila zerknęła ponad relingiem. Jej statek był plamą na dalekim horyzoncie. Już się nie oddalał, raczej zdawał się czekać. Piraci podążyli za jej spojrzeniem głodnym wzrokiem.

— Ilu ludzi? — spytał Kasnov.

— Dostatecznie dużo — odparła. — Siedmiu? Ośmiu?

Piraci uśmiechnęli się łakomie, a ona wiedziała, co sobie myślą. Było ich dwukrotnie więcej i mieli okręt, który skrywał się w ciemności jak cień. Gdyby mogli schwytać ten umykający łup… Wyczuwała, że Baliz Kasnov przypatruje się jej głęboko osadzonymi oczyma. Spojrzała na niego i przez głowę przeszła jej myśl, czy on nie potrafi przypadkiem uprawiać magii. Większość statków można było ochronić przy użyciu kilku zaklęć — zapewniających bezpieczeństwo i komfort ludziom — ale z zaskoczeniem odkryła, że większość mężczyzn, których spotkała na morzu, miało niewielki talent do magii żywiołów. Alucard powiedział jej, że biegłość w czynieniu czarów jest umiejętnością niezwykle cenną i że ci najbardziej utalentowani wybierają zazwyczaj jakąś działalność zarobkową na lądzie. Magowie na morzu niemal zawsze skupiali się na żywiołach z nim związanych — wodzie i powietrzu — lecz tylko nieliczni potrafili odwrócić bieg rzeczy, a w końcu większość i tak wybierała dobrą, staroświecką stal. Co Lila oczywiście potrafiła docenić, skoro nawet obecnie miała przy sobie kilka ukrytych ostrzy.

— Dlaczego cię oszczędzili? — spytał Kasnov.

— A oszczędzili? — sprzeciwiła się.

Kapitan oblizał wargi. Wiedziała, że już postanowił, co zrobi z jej statkiem, teraz zaś decydował, co zrobić z nią. Załoga „Miedzianego Złodzieja” nie słynęła z miłosierdzia.

— Baliz… — odezwał się jeden z piratów, mężczyzna o skórze ciemniejszej niż pozostali. Ścisnął ramię kapitana i wyszeptał mu coś do ucha. Do Lili dotarło jedynie kilka z wymamrotanych słów. „Londyńczycy”. „Bogata”. I „okup”.

Usta Kasnova rozciągnęły się w leniwym uśmiechu.

— Anesh — powiedział, kiwając głową. A później rzucił do całej załogi: — Żagle na maszt! Kurs na południowy zachód! Mamy do złowienia złotą rybkę.

Mężczyźni zagrzmieli z aprobatą.

— Moja pani — przemówił, prowadząc Lilę ku schodom. — Za tobą ciężka noc. Pozwól, że ci pokażę moją kajutę, gdzie na pewno będzie ci wygodniej.

Kiedy kapitan wiódł ją pod pokład, usłyszała za sobą odgłos otwieranej beczki i nalewanego piwa i szeroko się uśmiechnęła.

* * *

Kasnov, dzięki Bogu, nie ociągał się z wyjściem.

Zostawił ją w swoich kwaterach ze sznurem wciąż na nadgarstkach i ulotnił się, zamykając za sobą drzwi na klucz. Po drodze Lila z ulgą naliczyła pod pokładem tylko trzech mężczyzn. Oznaczało to piętnastu na całym okręcie.

Przysiadła na krawędzi kapitańskiej koi i policzyła do dziesięciu, do dwudziestu, do trzydziestu, podczas gdy nad głową nadal słyszała kroki, a „Miedziany Złodziej” skręcił w stronę jej uciekającego statku. Ci tutaj nawet się nie potrudzili, żeby poszukać u niej broni, co uznała za nieco aroganckie, gdy wydobyła ostrze ze swojego botka, po czym jednym wprawnym ruchem obróciła je w palcach i przecięła sznur. Upadł na podłogę, ona zaś pocierała przeguby dłoni, nucąc pod nosem szantę o Sarows, zjawie, która rzekomo nawiedza w nocy zbłąkane statki.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?

(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

Ujęła stan swojej sukienki w obie ręce i szarpnęła, oddzierając spódnicę, pod którą miała obcisłe czarne spodnie (nad każdym kolanem widniała przypięta pochewka z nożem), wciśnięte w botki. Chwyciła ponownie ostrze i wsunęła je w gorset na plecach, przecinając wstążki, dzięki czemu znów mogła oddychać.

Kiedy wiatr zamiera, lecz jeszcze śpiewa ci w uszach,

(W uszach, w głowie, we krwi, w kościach).

Rzuciła zieloną spódnicę na koję i rozcięła ją od rąbka po wystrzępiony pas. Tam, w koronce, ukryła pół tuzina cienkich patyczków, które miały uchodzić za fiszbiny, a wyglądały bardziej jak flary, lecz nie były ani jednymi, ani drugimi. Wsunęła ostrze z powrotem do wysokiego buta i wyjęła patyczki.

Kiedy prąd jest słaby i statek dryfuje,

(Dryfuje, odpływa, odpływa samotnie).

Nad głową usłyszała głuchy odgłos, jakby upadło coś ciężkiego. A potem drugi i kolejny, gdy zaczęło działać wypite piwo. Podniosła kawałek czarnej tkaniny, potarła z jednego boku węglem drzewnym i zawiązała ją sobie na twarzy.

Kiedy księżyc i gwiazdy skryją się przed ciemnością,

(Ponieważ ciemność wcale nie jest pusta).

(Nie jest pusta nic a nic).

Ostatnią rzeczą, jaką wyjęła z fałd zielonej spódnicy, była maska. Czarna, skórzana, zakrywająca całą twarz, prosta, poza rogami wykręcającymi się nad czołem z dziwną i przerażającą gracją. Lila przyłożyła maskę do nosa i zawiązała ją.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?

(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

W narożniku kapitańskiej kajuty stało oparte o ścianę zwierciadło, ze starości na wpół przesrebrzone, i Lila dostrzegła w nim swoje odbicie, gdy na schodach rozległy się odgłosy kroków.

Dlaczego ty nie, ty nie, ty nie zobaczysz jej nadejścia,

(Wcale nie zobaczysz, jak nadchodzi).

Uśmiechnęła się pod maską. A potem się odwróciła i przycis­nęła plecami do ściany. Potarła patyczek o drewno, podobnie jak wcześniej flary, lecz w przeciwieństwie do flar patyczek się nie rozświetlił, pojawiły się za to kłęby bladego dymu.

W następnej minucie drzwi kapitańskiej kajuty gwałtownie się otworzyły, ale piraci byli zbyt wolni. Lila rzuciła świecę dymną na środek pokoju i usłyszała, że mężczyźni potykają się i kaszlą, po czym… dym ich po prostu powalił.

„Dwóch z głowy” — pomyślała, przestępując nad ciałami.

„Trzynastu do pokonania”.

II

Okrętem nikt nie sterował.

Przechylał się na falach, wznosił lub opadał, uderzany przez wodę w burtę zamiast w dziób, przez co nieprzyjemnie kołysał się pod stopami.

Lila była w połowie drogi do schodów, kiedy wpadł na nią pierwszy pirat. Był mężczyzną masywnym, lecz posuwał się krokiem spowolnionym i nieco niezdarnym z powodu rozpuszczonego w piwie narkotyku. Lila oswobodziła się z uścisku mężczyzny i kopnęła go butem w mostek, aż trzasnął w ścianę tak mocno, że połamał sobie kości. Zajęczał i osunął się na drewniane deski, bluzgając przekleństwem, a wtedy czubek jej buta trafił go w szczękę. Kopniak odrzucił w bok jego głowę, która następnie opadła do przodu, na pierś.

„Dwunastu”.

W górze rozbrzmiały echem kroki. Lila zapaliła drugą świecę i rzuciła ją przed siebie, na stopnie, akurat w momencie, gdy kolejnych trzech piratów zbiegało pod pokład. Pierwszy z nich zobaczył dym i próbował się wycofać, ale zastąpili mu drogę pędzący za nim drugi i trzeci, i już po chwili wszyscy trzej zanosili się kaszlem, krztusili, a potem padli na drewniane schody.

„Dziewięciu”.

Lila kopnęła lekko najbliższego pirata, po czym przeszła nad nimi wszystkimi i wspięła się po stopniach. Zatrzymała się na krawędzi pokładu, ukryła w cieniu schodów i stamtąd wypatrywała oznak życia. Nie zobaczywszy nikogo, odsunęła pokrytą węglem tkaninę od ust, głęboko wciągnęła kilka razy rześkie zimowe powietrze, a następnie wyszła w noc.

Na pokładzie pokotem leżały ciała. Idąc, policzyła je, odejmując każde od liczby przebywających na okręcie piratów.

„Ośmiu”.

„Siedmiu”.

„Sześciu”.

„Pięciu”.

„Czterech”.

„Trzech”.

„Dwóch”.

Znów stanęła i przyglądała się mężczyznom. I wtedy coś poruszyło się przy relingu. Wyciągnęła z pochewki na udzie nóż — jeden ze swoich ulubionych, grube ostrze z rękojeścią w kształcie metalowego kastetu — i zamaszystym krokiem przeszła ku dostrzeżonej postaci, nucąc sobie po cichu.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?

(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

Mężczyzna posuwał się przez pokład na czworakach, twarz miał zapuchniętą od zaprawionego piwa. Początkowo Lila go nie rozpoznała. Później jednak popatrzył na nią z dołu i zobaczyła, że to ten mężczyzna, który wniósł ją na pokład. Ten, który nie potrafił utrzymać przy sobie rąk. Ten, który mówił o znajdowaniu jej delikatnych miejsc.

— Głupia suka — mruknął po arnezyjsku.

Z powodu jego świszczącego oddechu niemal trudno jej było go zrozumieć. Narkotyk nie był środkiem zabójczym, przynajmniej nie w małych dawkach (chociaż Lila na wszelki wypadek wrzuciła do beczki więcej niż mniej), ale powodował nabrzmienie żył i dróg oddechowych, a gdy ofierze brakowało tlenu, traciła przytomność.

Spoglądając teraz z góry na pirata o obrzękniętej twarzy i sinych wargach i widząc, jak oddycha gwałtownymi sapnięciami, przypuszczała, że może jednak wsypała za mało. Mężczyzna próbował wstać, choć mu się nie udawało. Sięgnęła w dół, wsunęła palce wolnej ręki pod kołnierzyk jego koszuli i pomogła mu się podnieść.

— Jak mnie nazwałeś? — spytała.

— Powiedziałem — wyrzęził — głupia… suka. Zapłacisz… za to. Zamierzam…

Nie zdołał skończyć zdania. Lila mocno pchnęła go w tył i mężczyzna dosłownie przeleciał nad barierką i runął do wody.

— Okaż Sarows nieco szacunku — wymamrotała, obserwując, jak pirat przez chwilę młóci powietrze rękoma, a potem znika pod powierzchnią fali.

„Jeden”.

Usłyszała, że deski za nią skrzypią, i zdążyła podnieść nóż tuż przed tym, zanim lina owinęła jej się wokół szyi. Szorstkie włókna drapały jej skórę, na szczęście przecięła je i się uwolniła. Gdy jej się udało, zrobiła krok do przodu i obróciła się wokół własnej osi, aż stanęła przed kapitanem „Miedzianego Złodzieja”, który wzrok miał przytomny i stał pewnie.

Baliz Kasnov nie raczył się piwem ze swoją załogą.

Odrzucił na bok kawałki liny, a Lila mocniej zacisnęła dłoń na nożu, przygotowując się na walkę, jednak kapitan nie wyjął broni. Wyciągnął jedynie przed siebie ręce, dłońmi do góry.

Lila przekrzywiła głowę, dźgając w jego stronę rogami maski.

— Poddajesz się? — spytała.

Ciemne oczy kapitana błysnęły, a usta mu zadrgały. W świetle latarni tatuaż w kształcie noża zdawał się lśnić.

— Nikt nie przejmuje „Miedzianego Złodzieja” — odparował.

Jego usta się poruszały, a palce drżały, kiedy przeskoczyły po nich płomienie. Lila spojrzała w dół, zobaczyła zniszczone znaki u jego stóp i wiedziała, co mężczyzna zamierza zrobić. Większość statków była strzeżona przed ogniem, kapitan jednak najwyraźniej przerwał ochronny czar. Skoczył ku najbliższym żaglom, a Lila obróciła w ręku ostrze i rzuciła nim. Było źle wyważone, z metalową osłoną na rękojeści, dlatego trafiło mężczyznę nie w głowę, lecz w szyję. Kasnov runął do przodu, wyrzucając ręce, żeby powstrzymać upadek, i wyczarowany ogień dotknął zwojów liny zamiast żagla.

Ogień chwycił, lecz większość zdusiło ciało upadającego kapitana. Jeszcze więcej ugasiła płynąca z jego szyi krew. Tylko kilka płomyków nie dawało za wygraną, pnąc się po linie. Lila wyciągnęła rękę w stronę ognia; kiedy zacisnęła palce w pięść, płomyki zgasły.

Uśmiechnęła się i wyrwała ulubiony nóż z gardła martwego kapitana, a później wytarła krew z ostrza o jego ubranie. Wsuwała właśnie nóż do pochwy, kiedy usłyszała gwizd. Podniosła głowę i zobaczyła swój statek — „Nocna Iglica” sunęła obok „Miedzianego Złodzieja”.

Członkowie załogi „Iglicy” zebrali się wzdłuż barierki i Lila przeszła całą szerokość „Złodzieja”, pozdrawiając ich i unosząc maskę na czoło. Większość marynarzy krzywiła się, ale na pewno nie wysoka postać w środku, mężczyzna z czarną szarfą i rozbawionym uśmiechem, zaczesanymi w tył rudobrązowymi włosami i szafirem w brwi. Alucard Emery. Jej kapitan.

— Mas aven — warknął z niedowierzaniem pierwszy oficer Stross.

— Niemożliwe, kurde — ocenił kucharz Olo, przyglądając się rozrzuconym na pokładzie ciałom.

Przystojniak Vasry i Tavestronask (nazywany po prostu Tavem) klaskali, Kobis przypatrywał się z założonymi na piersi ramionami, a Lenos gapił się, głupawo rozdziawiwszy usta.

Lila, delektując się mieszaniną szoku i aprobaty, podeszła do barierki i rozłożyła szeroko ręce.

— Kapitanie — powiedziała wesoło. — Wydaje mi się, że mam dla ciebie okręt.

Alucard odpowiedział uśmiechem.

— Najwyraźniej.

Między dwoma statkami rozłożono drewniany trap i Lila przeszła po nim sprawnie wielkimi krokami, ani razu nie spoglądając w dół. Wylądowała na pokładzie „Nocnej Iglicy” i odwróciła się do tyczkowatego młodego mężczyzny, który miał pod oczyma tak ciemne cienie, jakby nigdy nie sypiał.

— Płać, Lenosie.

Marynarz zmarszczył czoło.

— Kapitanie — jęknął błagalnie i zaśmiał się nerwowo.

Alucard wzruszył ramionami.

— Założyłeś się — wytknął mu. — Ty i Stross — dodał, kiwając głową w stronę swojego pierwszego oficera, brodacza o wyglądzie brutala. — Stawialiście pieniądze i… głowy.

Tak było. Lila chełpiła się, że potrafi sama przejąć „Miedzianego Złodzieja”, a oni byli absolutnie pewni, że jej się to nie uda. Potrzebowała niemal miesiąca, zanim kupiła dostatecznie dużo narkotyku do świec i do piwa, trochę za każdym razem, gdy jej statek gdzieś dokował. Ale było warto.

— Tyle że to była sztuczka! — odparował Lenos.

— Głupcy — wtrącił się Olo niskim, grzmiącym głosem.

— Wyraźnie to zaplanowała — mruknął Stross.

— Tak — zgodził się Lenos — skąd mieliśmy wiedzieć, że to zaplanowała?

— Przede wszystkim, zanim założysz się z Bard, musisz najpierw pomyśleć. — Alucard dostrzegł jej spojrzenie i mrugnął. — Zasady to zasady i jeżeli nie chcecie zostać wraz z ciałami na tym okręcie, kiedy tu skończymy, proponuję zapłacić mojej złodziejce, co jej się uczciwie należy.

Stross wyjął z kieszeni sakiewkę.

— Jak to zrobiłaś? — zapytał, wpychając ją dziewczynie w ręce.

— To nie jest ważne — odparła Lila, przyjmując monety. — Liczy się tylko, że to zrobiłam.

Lenos oddał własną kiesę, lecz Lila potrząsnęła głową.

— Nie tego chciałam i wiesz o tym.

Młokos zgarbił się jeszcze bardziej niż zwykle, lecz odpiął ze skrytki pod pachą ostrze.

— Nie masz dość noży? — zrzędził z kwaśną miną.

Uśmiechnęła się złowróżbnie.

— Taka sytuacja nie istnieje — odrzekła, zaciskając palce na rękojeści.

„Poza tym — pomyślała — ten jest wyjątkowy”. Pragnęła tej broni, odkąd po raz pierwszy zobaczyła, jak Lenos jej używa, jeszcze w Kormie.

— Wygram ją od ciebie i odzyskam — wymamrotał.

Poklepała go po ramieniu.

— Możesz spróbować.

— Anesh! — zahuczał tubalnie Alucard, uderzając ręką o deskę trapu. — Wystarczy tego bezczynnego stania, moje Iglice, trzeba splądrować okręt. Bierzcie wszystko. Niech te gnojki obudzą się wyłącznie z własnymi fiutami w rękach.

Marynarze wznieśli radosne okrzyki, a Lila — wbrew sobie — zachichotała.

Nigdy nie spotkała człowieka, który kochałby swoją robotę bardziej niż Alucard Emery. Kapitan cieszył się nią w sposób, w jaki dzieci traktują zabawę, a ludzie teatru — aktorstwo, oddając się graniu wesoło i z pasją. We wszystkim, co robił, była zresztą jakaś doza teatralności. Lila zastanawiała się, jak wiele innych ról Alucard potrafi zagrać. I która, jeśli któraś, nie była rolą, lecz skrywającym się za maską aktorem.

Teraz w ciemnościach jego oczy znalazły jej. Jego były burzą błękitu i szarości, niekiedy pogodne, innymi razy prawie bezbarwne. Niemo kiwnął głową w kierunku swoich kwater i Lila poszła tam za nim.

Jego kajuta pachniała jak co dzień — letnim winem, czystym jedwabiem i przygasającym żarem. Alucard lubił ładne przedmioty, co było dosyć oczywiste. Jednak, w odróżnieniu od kolekcjonerów czy rozmaitych pyszałków, którzy obwieszają się ozdobami, byle tylko ich w nich widywano i im zazdroszczono, on trzymał swoje skarby tutaj, gdzie cieszył się nimi w samotności.

— No cóż, Bard — powiedział, przechodząc na angielski natychmiast, kiedy zostali we dwoje. — Zamierzasz mi powiedzieć, jak ci się udało tego dokonać?

— Wtedy nie byłoby zabawy — oznajmiła wyzywająco, osuwając się na jeden z dwóch foteli z wysokim oparciem stojących przed paleniskiem, gdzie słaby ogień płonął, jak zawsze, a na stole czekały na napełnienie dwie niskie szklaneczki. — Tajemnice są zazwyczaj bardziej ekscytujące niż prawda.

Kapitan podszedł do stołu i podniósł butelkę, a w tym czasie jego biała kotka, Esa, otarła się o botek Lili.

— Składasz się wyłącznie z tajemnic?

— Były zakłady? — spytała, ignorując i mężczyznę, i jego kotkę.

— Oczywiście — przyznał Alucard, odkorkowując butelkę. — Drobne zakłady o wszystko. Czy się utopisz, czy załoga „Złodzieja” faktycznie cię zabierze, czy znajdziemy jakieś części twojego ciała, jeśli tamci… — Nalał bursztynowego płynu do szklaneczek i wyciąg­nął jedną w stronę Lili. Przyjęła szklankę, a wtedy kapitan zerwał jej z głowy maskę z rogami i rzucił ją na stół między nimi. — To był imponujący występ — ocenił, zajmując własny fotel. — Ci na pokładzie, którzy nie obawiali się ciebie przed dzisiejszym wieczorem, teraz z pewnością zaczną się lękać.

Lila wpatrywała się w szklankę tak, jak niektórzy wpatrują się w ogień.

— Był na pokładzie ktoś, kto się mnie nie bał? — spytała łobuzersko.

— Wiesz, niektórzy z nich ciągle nazywają cię Sarows — zadumał się — kiedy nie ma cię w pobliżu. Mówią to szeptem, jakby myśleli, że potrafisz ich usłyszeć.

— Może potrafię. — Obróciła szklankę w palcach.

Nie otrzymała żadnej błyskotliwej riposty, popatrzyła więc znad szklaneczki i zobaczyła, że Alucard ją obserwuje, jak zawsze, przeszukując jej twarz w sposób, w jaki złodzieje obszukują kieszenie, próbując coś znaleźć.

— No cóż — oznajmił w końcu, podnosząc szklankę. — Za co powinniśmy wznieść toast? Za Sarows? Za Baliza Kasnova i jego miedzianych głupców? Za przystojnych kapitanów i eleganckie statki?

Ale Lila potrząsnęła głową.

— Nie — stwierdziła, podnosząc szklankę z ostrym uśmiechem. — Za najlepszą złodziejkę.

Alucard się roześmiał, cicho, niemal bezgłośnie.

— Za najlepszą złodziejkę — powtórzył.

Stuknął swoją szklaneczką o jej, a potem oboje wypili.

III

Cztery miesiące wcześniej

Czerwony Londyn

Odejść było łatwo.

Trudniej było nie obejrzeć się za siebie.

Lila wiedziała, że Kell za nią patrzy, toteż zatrzymała się dopiero, gdy nie mógł jej już zobaczyć. Znów była sama. Wolna! Mogła pójść gdziekolwiek. Być każdym. Ale wraz z zachodem słońca jej odwaga zaczęła słabnąć. Nad miasto nadciągnęła noc i Lila zaczęła się czuć mniej jak zdobywca, a bardziej jak samotna dziewczyna w obcym świecie, bez znajomości języka i z niemal pustymi kieszeniami — oprócz pożegnalnego podarku Kella (kuferka z żywiołami), srebrnego zegarka i garstki monet, które przed wyjściem buchnęła pałacowemu strażnikowi.

Miała już w życiu mniej, niewątpliwie, ale miewała też więcej.

I wiedziała, że nie zajdzie dalej, na pewno nie bez statku.

Otworzyła kieszonkowy zegarek, potem go zamknęła i przyjrzała się zarysom kołyszących się statków na rzece Isle, której czerwony poblask był bardziej widoczny w zapadającym mroku. Lila skupiła wzrok na jednym statku w szczególności, obserwowała go z zazdrością przez cały dzień. Był zachwycający, kadłub i maszty miał wyrzeźbione z ciemnego, zdobionego srebrem drewna, żagle, zależnie od światła, zmieniały się z granatowych w czarne. Nazwa biegła wzdłuż kadłuba — Saren Noche, co, jak Lila dowiedziała się później, znaczyło „Nocna Iglica”. Na razie wiedziała jedynie, że pożąda tego statku. Ale nie mogła po prostu wparować na pełen ludzi pokład i oznajmić, że statek należy do niej. Była dobra w kradzieżach, lecz nie aż tak dobra. Poza tym istniała też ponura prawda, że formalnie rzecz biorąc, Lila w ogóle… nie potrafiła żeg­lować. Oparła się więc o gładki kamienny mur, idealnie wtapiając się w ciemność w czarnym stroju, i przyglądała się, aż pod wpływem łagodnego kołysania statku i hałasów Nocnego Targowiska wpadła w swoisty trans.

Z tego transu wyrwało ją poruszenie — kilku mężczyzn opuściło pokład statku i głośno tupiąc, zeszło po drewnianym trapie w ciężkich buciorach; monety brzęczały im w kieszeniach, a z gardeł rozlegał się wrzaskliwy śmiech. Wcześniej, przez cały dzień, przygotowywano statek do wyjścia w morze i mężczyźni pracowali z szaleńczym entuzjazmem, który wiele mówił o planowanej ostatniej nocy na lądzie. Wyglądali na gotowych do zabawy. Jeden rozpoczął szantę, pozostali zaś podłapali pomysł i ponieśli pieśń ku tawernom.

Lila ponownie zatrzasnęła kopertę kieszonkowego zegarka, odepchnęła się od ściany i poszła za nimi.

Nie miała żadnego przebrania, wyłącznie własny strój, który był męski w kroju, ciemne włosy, które wpadały w oczy, i ostre rysy. Żywiła nadzieję, że gdy obniży głos, może uchodzić za chudego młokosa. Maskę mogła nosić w ciemnawych bocznych uliczkach i na maskaradach, ale nie w tawernie. O ile nie chciała przyciągać nadmiernej uwagi.

Mężczyźni przed nią zniknęli w jakimś przybytku. Lokal nie miał żadnego widocznego szyldu z nazwą, ale znak nad drzwiami wykonano z metalu, prawdopodobnie lśniącej miedzi, która skręcała się i zwijała wokół srebrnego kompasu. Lila wygładziła płaszcz, podniosła kołnierz i weszła do lokalu.

Zapach uderzył ją od razu.

Nie był to obrzydliwy czy zatęchły smród, jak w znanych jej nadbrzeżnych tawernach, ale też nie aromat kwiatów, jak w pałacu królewskim, lecz ciepła, prosta i sycąca woń świeżego gulaszu zmieszana z fajczanym dymem i oparami soli z dalekich mórz.

W narożnych paleniskach płonął ogień, a kontuar znajdował się nie pod jedną ze ścian, lecz w samym środku pomieszczenia, nierówny metalowy okrąg, który imitował kształt kompasu znad drzwi. Stanowił niesamowity przykład kunsztu, pojedynczy kawał srebra, a wskazówki wycelowano w cztery paleniska z ogniem.

Ta żeglarska tawerna nie przypominała żadnego przybytku, jaki Lila kiedykolwiek widziała. Na podłodze niemal nie było plam krwi, nigdzie też mężczyźni nie bili się ani nie prowokowali do wyjścia na zewnątrz i dokończenia tam sprzeczki. Jałowa Fala w Londynie Lili — nie, nie jej, już nie — obsługiwała znacznie bardziej szorstkich mężczyzn, tu natomiast połowa gości nosiła królewskie barwy i najwyraźniej służyła koronie. Pozostali składali się na zbieraninę, nikt wszakże nie wyglądał na wymizerowanego ani nie miał desperacko głodnych oczu. Wielu — jak ludzie, za którymi tu weszła — było opalonych po miesiącach na morzu, ale ich buty wyglądały na wypolerowane, a broń trzymali bezpiecznie, w pochwach.

Lila strząsnęła włosy nad swoje sztuczne oko, przybrała spokojną, lecz pewną siebie minę i nieśpiesznie podeszła do baru.

— Avan — powiedział barman, szczupły mężczyzna o przyjaznym spojrzeniu.

Od razu uderzyło ją wspomnienie — Barron, w Rzucie Kamieniem, ze swoim surowym ciepłem i stoickim opanowaniem — ale wzięła się w garść, by się nie rozkleić. Wsunęła się na wysoki stołek, a barman zadał jej jakieś pytanie i chociaż nie znała słów, potrafiła odgadnąć ich znaczenie. Postukała w dostrzeżoną obok prawie pustą szklankę i mężczyzna odwrócił się po napój. Ów napój pojawił się moment później — miłe dla oka, spienione piwo w kolorze piasku; Lila wypiła długi, uspokajający łyk.

Przy kontuarze, w okolicy sąsiedniej wskazówki, jakiś mężczyzna bawił się z roztargnieniem monetami, a Lila dopiero po długiej chwili zrozumiała, że w rzeczywistości w ogóle tych monet nie dotykał. Metalowe krążki przemieszczały się nad i pod jego palcami, jak gdyby za sprawą magii, ponieważ… naprawdę tak było. Inny mężczyzna, po drugiej stronie kontuaru, pstryknął palcami i zapalił fajkę płomieniem, który uniósł się w powietrze nad opuszkiem jego kciuka. Ich gesty jej nie zaskoczyły, co ją zastanowiło — ledwie tydzień przebywała w tym świecie, a wydawał jej się bardziej naturalny, niż Szary Londyn był kiedykolwiek.

Odwróciła się na siedzeniu i rozpoznała ludzi z „Nocnej Iglicy”, którzy teraz rozproszyli się po sali. Dwóch rozmawiało obok paleniska, jednego wciągnęła w najbliższy kąt biuściasta kobieta, trzech zasiadało do gry w karty z paroma marynarzami odzianymi w czerwień i złoto. Jeden z tych trzech przyciągnął wzrok Lili, nie dlatego, że był szczególnie przystojny — był właściwie raczej szpetny, z tego, co mogła dojrzeć przez gęstwinę przesłaniających mu twarz włosów — ale ponieważ oszukiwał.

Tak przynajmniej sądziła. Nie mogła być tego pewna, jako że gra miała najwyraźniej podejrzanie mało reguł. A jednak Lila była przekonana, że widziała, jak mężczyzna chowa do kieszeni kartę i wyjmuje inną. Rękę miał szybką, lecz nie dość szybką dla oka Lili. Poczuła, że wyzwanie ją kusi, łaskocząc jej nerwy, gdyż jej spojrzenie podążyło od jego palców do niskiego stołka, na którym oszust siedział i gdzie leżała jego sakiewka. Była przywiązana do paska skórzanym rzemykiem i wyglądała na ciężką od monet. Ręka Lili bezwiednie przeniosła się do biodra, gdzie w pochewce tkwił krótki, ostry nóż. Wyciągnęła go.

„To niebezpieczne” — wyszeptał głos w jej głowie, a Lilę raczej zakłopotało odkrycie, że kiedyś taki głos zdawał się należeć do Barrona, teraz natomiast brzmiał jak głos Kella. Zignorowała go, jej krew na myśl o ryzyku popłynęła szybciej, ale sama Lila raptownie zamarła, kiedy mężczyzna się odwrócił i popatrzył bezpośrednio na nią — nie, nie na nią, lecz na stojącego tuż za nią barmana. Wskazał na swój stolik w uniwersalnym geście, którym zamawia się kolejne drinki.

Dopiła piwo, rzuciła na ladę kilka monet, obserwując, jak barman stawia na tacy kolejkę napojów, a wtedy zjawił się drugi mężczyzna, który miał zanieść zamówienie do stolika.

Dostrzegła swoją szansę i zeszła ze stołka.

Poczuła, jak sala zakołysała się na skutek wypitego ale, które okazało się mocniejsze od piw, do jakich była przyzwyczajona, uczucie jednak szybko minęło. Lila poszła za kelnerem z tacą, skupiając wzrok na drzwiach za nim, nawet gdy jej botek musnął jego piętę. Mężczyzna potknął się i chociaż zdołał utrzymać równowagę, nie udało mu się uratować tacy z napojami; butelki i szklanki pofrunęły do przodu, na stolik, i połowa kart uniosła się na fali rozlanego trunku. Siedzący zerwali się z miejsc, przeklinając, krzycząc i usiłując ocalić przed zalaniem pieniądze i ubrania, a gdy już zawstydzony służący mógł się odwrócić i sprawdzić, kto go podciął, rąbek czarnego płaszcza dziewczyny znikał za drzwiami.

* * *

Szła powoli ulicą, w jednej ręce trzymając skradzioną sakiewkę. Dobra złodziejka musi mieć nie tylko szybkie palce. Chodziło raczej o stworzenie sposobności do kradzieży. Lila zważyła w dłoni sakiewkę, uśmiechając się na myśl o jej ciężarze. Krew triumfalnie buzowała jej w żyłach.

I wtedy, z tyłu za nią, ktoś krzyknął.

Odwróciła się i znalazła się twarzą w twarz z brodatym jegomościem, którego dopiero co obrabowała. Nie zamierzała się wypierać — nie znała wystarczająco dobrze języka arnezyjskiego, aby próbować, a sakiewka wciąż zwisała z jej palców. Zamiast tego schowała zdobycz do kieszeni i przygotowała się na walkę. Mężczyzna był od niej dwa razy potężniejszy i o dobre trzydzieści centy­metrów wyższy, a teraz, między jednym krokiem a następnym, w jego rękach pojawiło się wygięte ostrze, jakby miniaturowa wersja kosy. Powiedział coś do Lili, cichy pomruk w tonie rozkazu. Może dawał jej szansę pozostawienia skradzionego łupu i odejścia bez szwanku. Mało prawdopodobne, by zraniona duma pozwoliła mu na to, zresztą nawet gdyby tak było, Lila potrzebowała pieniędzy tak bardzo, że postanowiła zaryzykować. Ludzkość przetrwała dzięki ostrożności, lecz do rozwoju potrzebna jest śmiałość.

— Znalezione, nie kradzione — powiedziała, obserwując, jak zaskoczenie rysuje się na twarzy mężczyzny.

„Do diabła!”

Kell ostrzegał ją wszak, że angielski ma w tym świecie swoje znaczenie i służy konkretnym celom. W tym języku mówiła rodzina królewska, a nie piraci. Jeśli Lila zamierza zatrudnić się na statku, będzie musiała się pilnować, aż nie nauczy się tutejszej mowy.

Brodacz coś wymamrotał i przesunął dłonią po krzywiźnie swego noża. A nóż wyglądał na bardzo, bardzo ostry.

Lila westchnęła i wyciągnęła własną broń, ząbkowane ostrze z rękojeścią dopasowaną do pięści i metalowymi kłykciami, które zaokrąglały się, tworząc osłonę. A potem, po ponownym przypatrzeniu się przeciwnikowi, wyjęła drugi nóż. Krótki, spiczasty, ten, którego wcześniej użyła do odcięcia sakiewki.

— Wiesz co? — podjęła po angielsku, ponieważ nikt poza mężczyzną nie mógł jej usłyszeć. — Ciągle możesz tego uniknąć.

Brodacz rzucił w jej kierunku zdanie, które kończyło się słowem pilse. To było jedno z nielicznych określeń, które znała. I wiedziała, że nie jest uprzejme. Nadal była zajęta rozmyślaniem o zniewadze, kiedy przeciwnik wykonał pchnięcie. Odskoczyła w tył i sparowała kosę oboma swoimi ostrzami, a odgłos metalu o metal zadźwięczał przeraźliwie na całej ulicy. Nawet mimo szumu morza i hałasów dobiegających z okolicznych oberży oni dwoje niedługo będą tu sami.

Odepchnęła ostrze, starając się równocześnie odzyskać równowagę i uniknąć kolejnego ataku mężczyzny, który tym razem chybił o włos od jej gardła.

Lila dała nura w bok, obróciła się szybko i podniosła do pionu, odpierając następne ciachnięcie kosą własnym głównym nożem. Oba ostrza przesuwały się, aż jego zaczęło muskać rękojeść jej sztyletu. Przesunęła rękę z nożem i teraz jej ostrze znalazło się nad kosą, a jednocześnie trzasnęła metalowymi kłykciami w szczękę mężczyzny. Zanim zdołał się otrząsnąć z ciosu, Lila uniosła dłoń z drugim ostrzem i wbiła je mężczyźnie między żebra. Ranny zakaszlał, krew pociekła mu na brodę, zamierzał jednak zamachnąć się na dziewczynę całą pozostałą siłą, tyle że Lila szarpnęła wbitą w ciało bronią w górę, przez miękkie narządy i kości, toteż w końcu mężczyzna wypuścił z rąk kosę, a jego ciało zwiotczało.

Przez moment przemknęło jej wspomnienie innej śmierci, innego ciała poharatanego przez jej ostrze — chłopca w zamku w ponurym, białym świecie. To nie było jej pierwsze zabójstwo, lecz pierwsze, które wciąż do niej powracało. Pierwsze, które zabolało. Wspomnienie błysnęło i zniknęło, i Lila znów była w dokach, a poczucie winy uszło z niej jak krew z umierającego mężczyzny. To się zdarzyło tak szybko.

Wyciągnęła nóż i ciało upadło na ulicę. W uszach wciąż rozbrzmiewał jej szczęk broni i czuła podekscytowanie związane z walką. Zrobiła kilka uspokajających wdechów, po czym odwróciła się z zamiarem ucieczki, lecz wówczas znalazła się twarzą w twarz z piątką innych mężczyzn ze statku.

Członkowie załogi wydali pomruk.

Wyciągnęli broń.

Lila zaklęła pod nosem, na moment powędrowała za wzrokiem mężczyzn, ku pałacowi leżącemu nad rzeką, zaświtała jej bowiem odległa myśl — trzeba było zostać, mogła zostać, byłaby bezpieczna — ale przegoniła ją i mocniej chwyciła noże.

Była Delilah Bard i przeżyje lub umrze na własnych cholernych…

Ktoś trzasnął ją pięścią w brzuch, przerywając ciąg myślowy. Druga pięść trafiła ją w szczękę. Lila padła ciężko na ulicę, jedno ostrze wyleciało z jej dłoni, przed oczyma zobaczyła gwiaździste aureole. Starała się unieść na czworaki, trzymając kurczowo drugie ostrze, jednak w tym momencie ktoś nastąpił jej mocno butem na nadgarstek. Inny but uderzył ją w żebra. Coś trafiło w skroń i na kilka długich chwil świat stracił na ostrości, a gdy powoli zaczęła widzieć wyraźnie, czyjeś silne ręce postawiły ją na nogi. Pod brodą poczuła dotyk ostrza miecza i przygotowała się na śmierć, lecz jej życie nie miało się od tego ostrza skończyć.

Zamiast tego rzemieniem, bardzo podobnym do tego, który odcięła, kradnąc sakiewkę, związano jej przeguby dłoni i zaciśnięto go mocno, a później mężczyźni poprowadzili ją do portu.

Ich głosy wypełniły jej głowę jednostajnym szumem, choć jedno słowo docierało do niej częściej niż inne.

Casero. Nie wiedziała, co to znaczy.

Poczuła smak krwi, lecz nie potrafiła powiedzieć, skąd płynęła — z nosa, ust czy gardła. Szczegół ten nie miał znaczenia, jeśli mężczyźni planowali wrzucić jej ciało w wody Isle, o ile nie było to świętokradztwem (to kazało jej się zastanowić, co właściwie tutejsi ludzie robią z ciałami swoich zmarłych), ale po paru chwilach gorącej dyskusji zabrali ją po trapie na statek, który obserwowała wcześ­niej przez całe popołudnie. Usłyszała głuchy odgłos, a gdy obejrzała się za siebie, zobaczyła, że ciało brodacza rzucono na deski trapu.

„Interesujące — pomyślała bezwiednie. — Nie wnieśli go na pokład”.

Przez cały czas trzymała język za zębami i jej milczenie wyraźnie denerwowało członków załogi. Wrzeszczeli do siebie i na nią. Pojawiło się więcej mężczyzn. Więcej razy wykrzyczano słowo casero. Żałowała, że na naukę arnezyjskiego mogła do tej pory poświęcić ledwie parę dni Czy termin casero znaczył „proces”? „Śmierć”? „Morderstwo”?

Później zamaszystym krokiem przemaszerował przez pokład jakiś przepasany czarną szarfą mężczyzna w wytwornym kapeluszu, z lśniącym mieczem i niepokojącym uśmiechem, a wówczas wrzawa ucichła. I Lila zrozumiała.

Słowo casero oznaczało kapitana.

* * *

Kapitan „Nocnej Iglicy” był niezwykle przystojny. I niezwykle młody. Skórę miał opaloną, lecz gładką, włosy, intensywnie brązowe i przetykane miedzianymi kosmykami, spinał z tyłu elegancką klamrą. Jego oczy, tak ciemnoniebieskie, że niemal czarne, popatrywały teraz od ciała na deskach, przez tłumek zgromadzonych marynarzy, po Lilę. W jego lewej brwi dostrzegła szafir.

— Kers la? — spytał.

Pięciu mężczyzn, którzy zaciągnęli ją na pokład, zaczęło krzyczeć jeden przez drugiego. Lila nawet nie próbowała ich słuchać czy wyłapywać słów, gdy na nią pomstowali. Zamiast tego skupiła spojrzenie na kapitanie, a on, chociaż z pewnością słuchał ich pretensji, również nie odrywał wzroku od niej. Kiedy mężczyźni się wykrzyczeli, kapitan zaczął ją przesłuchiwać, czy też przynajmniej usiłował ją strofować. Nie wydawał się szczególnie rozgniewany, raczej zmartwiony. Uciskał sobie palcami grzbiet nosa i mówił bardzo szybko, w oczywisty sposób nie zdając sobie sprawy z tego, że Lila nie zna po arnezyjsku więcej niż kilka słów. Czekała, aż mężczyzna to sobie uprzytomni, a on w końcu najwidoczniej dostrzegł w jej oczach pustkę wskazującą na brak zrozumienia, ponieważ zamilkł.

— Shast — mruknął do siebie, a potem podjął przemowę, próbując szeregu różnych języków, które brzmiały albo bardziej gard­łowo, albo nieco melodyjniej niż arnezyjski.

Wciąż miał nadzieję, że zobaczy światełko zrozumienia w jej oczach, lecz Lila tylko potrząsała głową. Znała kilka słów po francusku, ale prawdopodobnie nie pomogą jej w tym świecie. Tu przecież w ogóle nie było Francji!

— Anesh — powiedział ostatecznie kapitan. To arnezyjskie słowo, na ile je rozpoznała, było powszechnie stosowanym potwierdzeniem. — Ta… — wskazał na nią — …vasar… — zrobił palcem kreskę w powietrzu na wysokości swojej szyi  — …mas… — wskazał na siebie — …erangast.

Wtedy wskazał na ciało mężczyzny, którego zadźgała.

Gast. Znała już to słowo. „Złodziej”.

Ta vasar mas eran gast.

„Zabiłaś mojego najlepszego złodzieja”.

Lila uśmiechnęła się wbrew sobie, dodając nowe słowa do swojego mizernego arsenału.

— Vasar es — powiedział jeden z mężczyzn, pokazując na nią. „Zabić ją”. A może „zabić go”, ponieważ była raczej przekonana, że nie wiedzą jeszcze, iż mają do czynienia z dziewczyną. A ona nie miała zamiaru ich o tym informować. Może była daleko od domu, ale pewne sprawy nigdzie się nie zmieniają i wolała być uważana za mężczyznę, nawet jeśli oznaczało to mężczyznę martwego. Załoga wydawała się żądać takiego właśnie końca, ponieważ szmer aprobaty przeszedł przez grupę, przerywany od czasu do czasu przez słowo vasar.

Kapitan przesunął ręką po włosach, najwyraźniej rozważając propozycję. Uniósł brew, patrząc na Lilę, jak gdyby pytał: „No i? Co mam zrobić?”.

Lila wpadła na pewien pomysł. Był bardzo głupi. Ale głupi pomysł jest lepszy niż żaden, przynajmniej w teorii. Więc ułożyła sobie w głowie zdanie i wygłosiła je ze swoim zadziornym uśmiechem.

— Nas — powiedziała powoli. — An to eran gast.

„Nie. Ja jestem twoim najlepszym złodziejem”.

Mówiąc to, wytrzymała spojrzenie kapitana, a podbródek zadarła wysoko i dumnie. Pozostali mężczyźni zrzędzili i wydawali pomruki, lecz oni się dla niej nie liczyli, nie istnieli. Świat zwęził się do niej, Lili, i kapitana statku.

Jego uśmiech był prawie niedostrzegalny. Zaledwie lekkie drgnięcie warg.

Inni marynarze wyglądali na jeszcze mniej rozbawionych jej pokazem. Dwóch z nich ruszyło ku niej, a ona w tym czasie cofnęła się o krok i wyciągnęła w ich stronę rękę z nożem. Co stanowiło nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę rzemień, który krępował jej nadgarstki. Kapitan gwizdnął, a ona nie wiedziała, czy rozkazuje coś swoim ludziom, czy wydaje odgłos uznania. Nie miało to znaczenia. Ktoś grzmotnął ją pięścią w plecy i Lila zatoczyła się do przodu, padając na kapitana, który złapał ją za przeguby dłoni i ścisnął je. Ból przeszedł całą jej rękę aż do barku i nóż zastukotał na pokładzie. Spiorunowała wzrokiem oblicze casero. Było jedynie o kilka centymetrów od jej twarzy, a kiedy jego oczy się w nią wwiercały, poczuła, że mężczyzna ją sonduje.

— Eran gast? — spytał. — Anesh… — I wtedy, ku jej zdumieniu, kapitan ją puścił. Klepnął się dłonią w płaszcz na wysokości piersi. — Casero Alucard Emery — powiedział, przeciągając sylaby. Potem wskazał na nią z pytającym spojrzeniem.

— Bard — odparła.

Kiwnął głową, raz, w zadumie, a następnie odwrócił się do czekającej załogi. Zaczął do nich przemawiać, słowa płynęły zbyt gładko i szybko, aby Lila cokolwiek pojęła. Skinął w kierunku ciała na deskach, a później ku niej. Członkowie załogi nie wyglądali na zadowolonych, ale każdy kapitan jest z jakiegoś powodu kapitanem, więc słuchali. A kiedy skończył, stali, nieruchomi i posępni. Emery odwrócił się i odszedł przez pokład do schodów, które prowadziły w dół, pod pokład.

Kiedy jego but dotknął pierwszego stopnia, kapitan zatrzymał się i popatrzył za siebie z nowym uśmiechem, tym razem wyraźnym.

— Nas vasar! — polecił. „Nie zabijać”.

W końcu posłał Lili spojrzenie, które mówiło: „Powodzenia”, i zszedł po schodach.

* * *

Mężczyźni owinęli zwłoki w płótno i zostawili je w dokach.

Lila sądziła, że chodzi o przesąd związany z niewnoszeniem zmarłych na pokład statku. Na czole zabitego umieszczono złotą monetę, może w ramach zapłaty za pochówek. Z tego, co widziała, Czerwony Londyn nie był miejscem szczególnie religijnym. Jeśli jego mieszkańcy cokolwiek czcili, czcili magię, co — jak przypuszczała — stanowiłoby w Szarym Londynie herezję. Ale z drugiej strony, chrześcijanie oddawali cześć jakiemuś staremu mężczyźnie w niebie i gdyby musiała w tej chwili zdecydować, co wydaje się bardziej rzeczywiste, wybrałaby magię.

Na szczęście nigdy nie była pobożna. Nigdy nie wierzyła w siły wyższe, nigdy nie chodziła do świątyni, nigdy nie modliła się przy łóżku. Właściwie jedyną osobą, do której Lila kiedykolwiek się modliła, była ona sama.

Zastanowiła się, czy nie buchnąć złotej monety, ale z bogami czy bez bogów, taki czyn wydał jej się niewłaściwy, więc stała na pokładzie i z rezygnacją przyglądała się przebiegowi zdarzeń. Trudno czuć się źle z powodu zabicia takiego człowieka (gdyby nie ona jego, on zabiłby ją), na dodatek żaden z pozostałych marynarzy nie wydawał się jakoś szczególnie przygnębiony z powodu tej straty… Ale koniec końców, sądziła, że nie jest odpowiednią osobą, żeby oceniać wartość drugiego człowieka poprzez tych, którym go będzie brakowało. Nie, skoro ludzie, których mogłaby nazwać rodziną, wegetowali gdzieś, w innym świecie. A kto znalazł ciało Barrona? Kto go pogrzebał? Odsunęła od siebie te pytania. To go jej nie przywróci.

Zbliżyła się do niej grupka marynarzy. Jeden z nich podszedł prosto do niej, a ona rozpoznała w jego dłoni swój sztylet z kastetem w rękojeści. Mężczyzna burknął coś pod nosem, a potem podniósł sztylet i wbił jego czubek w skrzynię obok głowy Lili. Na korzyść mężczyzny świadczyło, że nie wbił go jej w głowę, a na korzyść Lili, że nawet nie drgnęła. Przysunęła skrępowane nadgarstki do ostrza i pociągnęła je w dół jednym gwałtownym ruchem, uwalniając się ze sznura.

Statek był niemal gotowy do stawiania żagli, a ona najprawdopodobniej zdobyła sobie na nim miejsce, chociaż nie była całkowicie pewna jako kto lub co: więzień, ładunek czy członek załogi. Zaczął siąpić lekki deszcz, ale pozostała na pokładzie i na uboczu, podczas gdy statek oddawał cumy; biło jej serce, kiedy wypływał na środek rzeki Isle, odwracając się tyłem do roziskrzonego miasta. Ściskała poręcz na rufie „Nocnej Iglicy” i przypatrywała się kurczącemu się w oddali Czerwonemu Londynowi. Stała tak długo, aż ręce zdrętwiały jej z zimna, a ona sama do końca zrozumiała szaleństwo swego czynu.

Potem kapitan wrzasnął jej nazwisko: — Bard! — i wskazał na grupę mężczyzn zmagających się ze skrzyniami, więc poszła pomóc. I tak po prostu (chociaż oczywiście niezupełnie po prostu, ponieważ było wiele ciężkich nocy i wygranych potyczek, najpierw przeciwko, a potem u boku tych mężczyzn, sporo przelanej krwi i przejętych okrętów) Lila Bard stała się członkiem załogi „Nocnej Iglicy”.

IV

Kiedy przebywała na pokładzie „Nocnej Iglicy”, niemal się nie odzywała (Kell byłby zachwycony). Każdą chwilę spędzała na próbie opanowania języka arnezyjskiego, z trudem tworząc sobie zasoby słownictwa — ale chociaż dość szybko chwytała słówka, i tak wciąż łatwiej było tylko się przysłuchiwać, niż włączać się do rozmowy.

Załoga bardzo często rzucała słowa w jej kierunku, starając się odgadnąć, jaki jest jej ojczysty język, rozpracował ją jednak sam Alucard Emery.

Przebywała na pokładzie ledwie tydzień, kiedy pewnej nocy kapitan natknął się na nią, jak bluzgała na Castera, swój rewolwer skałkowy, za to, że jest „rozmokłym gównem, w którego lufie utknęła ostatnia kulka”.

— No proszę, jaka niespodzianka.

Lila podniosła wzrok i zobaczyła stojącego w pobliżu Alucarda. Najpierw pomyślała, że jej arnezyjski chyba bardzo się poprawił, ponieważ od razu zrozumiała jego słowa, potem jednak uświadomiła sobie, że mężczyzna nie odezwał się po arnezyjsku. Mówił po angielsku! I nie dość, że mówił w jej języku, to jeszcze miał dobry akcent, właściwą wymowę i odpowiednią intonację, czyli, ogólnie rzecz biorąc, wydawał się biegły w królewskiej mowie. Jego angielski nie wyglądał na wyuczony, kapitan nie musiał szukać słów, powyższe stwierdzenie przyszło mu naturalnie. Przypominał pod tym względem raczej Kella czy Rhya, kogoś, kto używa tego języka wszędzie i od zawsze.

W innym świecie, na szarych ulicach dawnego miasta Lili, ta płynność wymowy niewiele by znaczyła, lecz tutaj sugerowała, że Alucard nie jest zwyczajnym wilkiem morskim.

By zachować swój sekret, Lila, łapiąc się ostatniej deski ratunku, udała, że go nie rozumie.

— Och, nie rób ze mnie idioty, Bard — mruknął. — Zaczynasz mnie coraz bardziej interesować.

Byli sami w tej części statku skrytej pod krawędzią górnego pokładu. Palce dziewczyny podryfowały do noża przy pasie, ale mężczyzna podniósł rękę.

— Może będziemy kontynuować tę rozmowę w moich kwaterach? — zaproponował z błyskiem w oku. — No chyba że chcesz robić sceny.

Lila przypuszczała, że lepiej nie podcinać kapitanowi gardła na widoku.

Mogła to przecież zrobić na osobności.

* * *

W chwili, gdy zostali we dwoje, obróciła się do niego.

— Mówisz po angiel… — zaczęła, po czym ugryzła się w język. — Po królewsku. — Tak go tutaj nazywano.

— Oczywiście — przyznał Alucard. Bez wysiłku przeskoczył na arnezyjski. — Ale dla mnie to nie jest język ojczysty.

— Tac — odparła w tym samym języku. — Kto mówi, że dla mnie jest?

Kapitan posłał jej szelmowski uśmiech i wrócił do angielskiego.

— Po pierwsze, ponieważ twój arnezyjski jest okropny — złajał ją. — I po drugie, ponieważ taka jest zasada wszechrzeczy, że każdy przeklina w swoim języku ojczystym. A, muszę powiedzieć, twoja wiązanka była całkiem barwna.

Kiedy Alucard wprowadzał ją do swojej kajuty, Lila zacisnęła zęby, poirytowana własnym potknięciem. Pomieszczenie było eleganckie, lecz przytulne, z koją umieszczoną w niszy wzdłuż jednej ściany i paleniskiem wzdłuż drugiej, dwoma fotelami z wysokim oparciem przed słabym ogniem. Na biurku z ciemnego drewna, niczym przycisk do papieru, na mapach leżała zwinięta biała kotka. Powitała ich, machnąwszy ogonem i otworzyła jedno lawendowe oko, podczas gdy kapitan podszedł do biurka i przerzucał jakieś dokumenty. W zamyśleniu podrapał zwierzątko za uszami.

— Esa — powiedział, przedstawiając kotkę. — Pani mojego statku.

Stał teraz odwrócony plecami i Lila znowu przesunęła rękę do sztyletu przy biodrze. Zanim jednak zdążyła dosięgnąć broni, palce mężczyzny zadrgały, a wtedy jej ostrze wyskoczyło z pochwy, przeleciało przez kajutę i wpadło w jego dłoń, uderzając o nią rękojeścią. Kapitan nawet nie popatrzył. Lila zmrużyła oczy. W przeciągu tygodnia, który spędziła na statku, nie widziała, by ktokolwiek uprawiał tu magię. Teraz Alucard odwrócił się do niej z niewymuszonym uśmiechem, jak gdyby przed chwilą wcale nie zamierzała go zaatakować. Rzucił sztylet gestem od niechcenia na biurko (na ten odgłos Esa ponownie machnęła ogonem).

— Możesz mnie zabić później — oświadczył, wskazując dwa fotele przed ogniem. — Najpierw porozmawiajmy.

Na stoliczku między siedziskami stanęła karafka oraz dwa kieliszki i mężczyzna nalał do jednego z nich napój w kolorze jagód, a potem wyciągnął kieliszek ku Lili. Nie przyjęła go.

— Dlaczego? — spytała.

— Ponieważ lubię język królewski — wyjaśnił — i chciałbym mieć kogoś do rozmów. — Było to uczucie, które Lila rozumiała. Najzwyklejsza ulga rozmowy po tak długim milczeniu była dla niej jak rozciąganie mięśni po kiepskim śnie, jak walka z zesztywnieniem. — Nie chciałbym, żeby podczas mojego pobytu na morzu język zardzewiał.

Opadł na jeden z foteli i sam się napił; kamień szlachetny w jego brwi błyszczał w świetle paleniska. Pusty kieliszek mężczyzna postawił przed drugim fotelem i wtedy Lila przyjrzała się kapitanowi, rozważyła swoje możliwości, a potem zajęła miejsce. Karafka z purpurowym winem stała na stole między nimi. Lila nalała go sobie do kieliszka i rozparła się w fotelu, naśladując pozę Alucarda — kieliszek postawiła na poręczy, nogi wyciągnęła przed siebie, stopy skrzyżowała w kostkach. Uosobienie nonszalancji. Kapitan w zadumie przekręcał na palcu jeden ze swoich pierścieni, srebrne pióro wygięte w krąg.

Przez moment przyglądali się sobie w milczeniu, jak dwóch szachistów przed pierwszym ruchem. Lila nigdy nie lubiła szachów. Nie miała do nich cierpliwości.

Alucard poruszył się jako pierwszy, jako pierwszy też się odezwał:

— Kim jesteś?

— Mówiłam ci — odparła po prostu. — Nazywam się Bard.

— Bard! — wypalił. — Nie ma arystokratycznego domu o takim nazwisku. Z której rodziny tak naprawdę pochodzisz? Roseców? Casinów? Lorenich?

Lila prychnęła cicho, nic jednak nie odpowiedziała. Alucard zrobił założenie, jedyne, jakiego mógł dokonać Arnezyjczyk — że ponieważ mówiła po angielsku czy po królewsku, na pewno jest arystokratką. Damą dworu, nauczoną błyskać angielskimi słowami jak klejnotami, skoncentrowaną na imponowaniu członkom rodziny królewskiej, zdobyciu tytułu, korony. Wyobraziła sobie księcia, Rhya, z jego nieskrępowanym urokiem i zalotnym zachowaniem. Gdyby tylko zechciała, prawdopodobnie potrafiłaby przykuć jego uwagę. I wtedy jej myśli pofrunęły do Kella, stojącego jak cień za ekstrawaganckim następcą tronu. Kella o rudawobrązowych włosach, czarnym oku i wiecznie zasępionej minie.

— Świetnie — przerwał ciszę Alucard. — Łatwiejsze pytanie. Masz imię, panno Bard?

Lila uniosła brew.

— Tak, tak, wiem, że jesteś kobietą. Na dworze królewskim mogłabyś rzeczywiście uchodzić za bardzo ładnego chłopca, ale mężczyźni, którzy pracują na statkach, mają raczej nieco więcej…

— Mięśni? — zaryzykowała.

— Zamierzałem powiedzieć o zaroście na twarzy.

Lila wbrew sobie uśmiechnęła się ironicznie.

— Od kiedy wiesz?

— Odkąd weszłaś na pokład.

— A jednak pozwoliłeś mi zostać.

— Pomyślałem, że jesteś interesująca. — Ponownie napełnił swój kieliszek. — Powiedz mi, co cię sprowadziło na mój statek?

— Twoi ludzie.

— Ale widziałem cię tamtego dnia. Pragnęłaś wejść na pokład.

Lila popatrzyła na niego z uwagą, po czym wyznała:

— Spodobał mi się twój statek. Wyglądał na kosztowny.

— Och, jest taki.

— Zamierzałam poczekać, aż załoga zejdzie na brzeg, a później zabić ciebie i przejąć „Iglicę” na własność.

— Cóż za szczerość — wycedził i wypił łyk wina.

Wzruszyła ramionami.

— Zawsze chciałam mieć okręt piracki.

Słysząc to, Alucard roześmiał się głośno.

— Z jakiego powodu sądzisz, że jestem piratem, panno Bard?

Na twarzy Lili pojawił się smutek. Nie zrozumiała. Ledwo dzień wcześniej widziała, jak przejmowali jakiś statek, chociaż sama pozostała na „Iglicy” i obserwowała z gniazda ich wtargnięcie, walkę, a później powrót ze świeżym łupem.

— Kim innym miałbyś być?

— Jestem kaprem! — wyjaśnił, unosząc z dumą brodę. — Na usługach dobrej arnezyjskiej korony. I żegluję za pozwoleniem Mareshów. Obserwuję ich morza i rozwiązuję wszelkie problemy, które tam napotkam. Dlaczego twoim zdaniem mój język królewski jest taki nienaganny?

Zaklęła pod nosem. Nic dziwnego, że ludzi Alucarda tak chętnie witano w tawernie z kompasem. Byli wszak porządnymi żeglarzami. Na tę myśl trochę straciła zapał.

— Ale nie wywiesiłeś królewskiej bandery? — spytała.

— Przypuszczam, że mógłbym…

— Więc dlaczego jej nie masz? — warknęła ostro.

Wzruszył ramionami.

— Mniej zabawy, jak sądzę. — Obrzucił ją nowym uśmiechem, tym razem nieco nikczemnym. — Mógłbym wywiesić królewskie barwy, gdybym chciał wystawiać się na atak na każdym kroku albo pragnąłbym odstraszać potencjalne ofiary. Ale za bardzo lubię ten statek i nie chciałbym patrzeć, jak tonie, nie chciałbym też stracić dotychczasowej pozycji i nie móc już działać z ukrycia. „Iglica” preferuje subtelniejszą formę infiltracji. Ale nie, nie jesteśmy piratami. — Najwidoczniej dostrzegł rozczarowanie Lili, ponieważ dodał: — Daj spokój, nie bądź taka zawiedziona, Bard. Nie ma znaczenia, jak to nazwiesz, piractwem czy kaperstwem, to tylko różnica w określeniu. Jedyne, co się naprawdę liczy, to fakt, że jestem kapitanem tego statku. I zamierzam zachować zarówno tę posadę, jak i życie. I tu nasuwa się pytanie, co mam zrobić z tobą… Ten mężczyzna, którego zadźgałaś pierwszej nocy, Bels… Twoją skórę uratowało tylko to, że zabiłaś go na lądzie, a nie na morzu. Na naszych jednostkach pływających panują konkretne zasady, Bard. Gdybyś przelała jego krew na pokładzie mojego statku, nie miałbym wyboru, musiałbym przelać twoją.

— I tak mogłeś — zauważyła. — Twoi ludzie na pewno by się nie sprzeciwili. Dlaczego więc mnie oszczędziłeś? — Pytanie dręczyło ją od ich pierwszego spotkania.

— Zaciekawiłaś mnie — wyjaśnił, wpatrując się w spokojne, blade światło ognia w palenisku. — Ponadto — dodał i jego ciemne oczy znowu strzeliły w jej stronę — sam od miesięcy szukałem sposobu pozbycia się Belsa… Okradał mnie, podstępny drań. Przypuszczam zatem, że wyświadczyłaś mi przysługę, i postanowiłem ci się za to odwdzięczyć. Na szczęście dla ciebie większość członków mojej załogi tak czy inaczej nie znosiła tego gnojka.

Obok jego fotela pojawiła się Esa, a jej wielkie lawendowe oczy wpatrywały się w Lilę, a raczej ją piorunowały. Kotka ani na moment nie zamrugała. Lila była przekonana, że koty powinny mrużyć oczy.

— Tak więc — podjął kapitan, prostując się — weszłaś na pokład z zamiarem zabicia mnie i zrabowania mojego statku. Miałaś tydzień, czyli że chyba za bardzo się nie starałaś?

Wzruszyła ramionami.

— Nie byliśmy na brzegu.

Alucard zachichotał.

— Zawsze jesteś taka urocza?

— Tylko w swoim języku ojczystym. Mój arnezyjski, co mi wytknąłeś, pozostawia wiele do życzenia.

— Dziwne, biorąc pod uwagę, że nigdy nie spotkałem nikogo, kto by potrafił mówić językiem dworskim, ale nie znał mowy potocznej…

Umilkł, w widoczny sposób oczekując odpowiedzi. Lila sączyła wino, a cisza gęstniała.

— Coś ci powiem — kontynuował, kiedy było jasne, że dziewczyna nie zamierza ustąpić. — Spędzaj ze mną noce, a pomogę ci poprawić język.

Lila o mało nie zakrztusiła się winem, po czym popatrzyła na Alucarda spode łba. Roześmiał się — to był taki niewymuszony, naturalny dźwięk, chociaż kotka, słysząc go, zjeżyła się.

— Nie miałem tego na myśli — uściślił, odzyskując nad sobą panowanie.

Lila poczuła, że jej policzki przybierają odcień pozostałego w jej kieliszku wina. Twarz wręcz ją paliła. Chciała tego mężczyznę trzas­nąć pięścią.

— Po prostu dotrzymuj mi towarzystwa — spróbował znowu — a ja dotrzymam twojej tajemnicy.

— I niech załoga myśli, że ze mną sypiasz?!

— Och, wątpię, żeby tak pomyśleli — odparował, machnąwszy ręką. Lila usiłowała nie czuć się obrażona. — I obiecuję — dorzucił — chodzi mi jedynie o przyjemność konwersacji z tobą. Pomogę ci nawet z twoim arnezyjskim.

Lila stukała palcami o poręcz fotela, rozważając ofertę.

— No zgoda — obwieściła. Wstała i podeszła do biurka, gdzie jej sztylet ciągle leżał na mapach. Pomyślała o tym, w jaki sposób kapitan wyrwał go jej wcześniej z pochewki. — Ale chcę w zamian przysługi.

— Zabawne, myślałem, że wyświadczyłem ci przysługę, gdy pozwoliłem ci pozostać na moim statku, mimo że jesteś kłamczuchą, złodziejką i zabójczynią. Ale, proszę, mów, co ci chodzi po głowie.

— Magia — odrzekła krótko, wsuwając ostrze z powrotem do pochwy.

Mężczyzna podniósł na nią ozdobioną szafirem brew.

— Co z nią?

Lila się zawahała, starając się odpowiednio dobrać słowa.

— Potrafisz ją czynić.

— No i?

Wyjęła z kieszeni dar od Kella i położyła na stole.

— No i chcę się tego nauczyć. — Jeśli ma mieć jakieś szanse w tym nowym świecie, musi poznać jego prawdziwy język.

— Nie jestem zbyt dobrym nauczycielem — wyznał Alucard.

— Ale ja szybko się uczę.

Mężczyzna przechylił głowę i przyglądał się jej z uwagą. A potem podniósł prezent od Kella i odgiął zatrzask, a wtedy pudełko otworzyło się na jego dłoni.

— Co chcesz wiedzieć?

Wróciła na fotel, usiadła i pochyliła się do przodu, łokcie opierając na kolanach.

— Wszystko.

V

Morze Arnezyjskie

Lila nuciła, zmierzając ku trzewiom statku. Wsunęła jedną rękę do kieszeni i zacisnęła palce na odłamku białego kamienia, który tam trzymała. Przypomnienie.

Było późno i „Nocna Iglica” odpłynęła już od przebranych szczątków „Miedzianego Złodzieja”. Trzynastu piratów, których Lila nie zabiła, obudzi się niedługo i odkryje, że ich kapitan zginął, a okręt został splądrowany. Mogło być gorzej; ktoś mógł im wszystkim poderżnąć gardła wzdłuż wytatuowanych ostrzy. Alucard wolał jednak, żeby darowała życie piratom, twierdząc, że ciekawiej jest „złowić i wypuścić”.

Jej ciało było rozgrzane od wina i miłego towarzystwa, a ponieważ statek kołysał się lekko pod jej stopami, morskie powietrze owiewało jej ramiona, fale zaś mruczały swoją pieśń, tę kołysankę, której zawsze pragnęła, uprzytomniła sobie, że jest szczęśliwa.

„Odejdź” — syknął jej w ucho jakiś głos.

Rozpoznała go, nie z morza, lecz z ulic Szarego Londynu — należał do niej, do dziewczyny, którą była przez tak wiele lat. Zrozpaczonej, nieufającej niczemu, co nie było jej i tylko jej własnością.

„Odejdź stąd” — naciskał głos. Ale nie chciała odchodzić.

I ten właśnie fakt przeraził ją bardziej niż cokolwiek. Potrząsnęła głową i nuciła szantę o Sarows, aż dotarła do swojej kajuty, a te akordy były jak ostrzeżenie przed kłopotami, chociaż od miesięcy nie przytrafiły się żadne na pokładzie jej statku. Tyle że to nie był jej statek, nie do końca, jeszcze nie.

Jej kajuta była mała — ledwie mieściła się w niej koja i kufer — ale tylko w tym jednym miejscu na całym statku mogła być naprawdę sama, a gdy zamknęła drzwi, ciężar osoby, którą udawała, zsuwał się z jej barków niczym płaszcz.

Jedno tylko okno przerywało ciąg drewnianych desek przeciwległej ściany, światło księżyca odbijało się za nim od falującego oceanu. Lila podniosła ze szczytu kufra latarnię, a ta w jej ręku zapłonęła tym samym zaczarowanym ogniem, który wypełniał palenisko Alucarda (nie Lila wypowiedziała zaklęcie, nie do niej należała magia). Powiesiwszy latarenkę na ściennym haku, pozbyła się botków, a także wszelakiej broni, układając wszystkie elementy na kufrze — wszystkie oprócz sztyletu z kastetem, który zatrzymała przy sobie. Mimo że miała teraz własny pokoik, nadal sypiała odwrócona plecami do ściany i z bronią przy kolanie, czyli tak jak na początku. Stare nawyki. Niezbyt jej to przeszkadzało. Od lat nie spała twardo. Życie na ulicach Szarego Londynu nauczyło ją, jak odpoczywać, tak naprawdę nie śpiąc.

Obok jej broni leżało małe pudełko, które Kell dał jej tamtego dnia. Pachniało jak on, więc można powiedzieć, że pachniało jak Czerwony Londyn, jak kwiaty i świeżo zaorana ziemia, i za każdym razem, kiedy Lila je otworzyła, odczuwała w duszy ulgę, że ta woń wciąż wypełnia pudełko z żywiołami. Więź z miastem i z Kellem. Wzięła je ze sobą na koję, siadając po turecku i stawiając je przed kolanami na grubym kocu. Była zmęczona, ale ta czynność stała się już częścią jej wieczornego rytuału i wiedziała, że jeśli go nie odprawi, nie będzie spała dobrze, o ile w ogóle.

Pudełko wykonano z ciemnego, karbowanego drewna i miało zamknięcie w postaci małej srebrnej sprzączki. Było piękne i Lila mogłaby je sprzedać za niezłą sumkę, a jednak je zachowała. Nie z sentymentu, jak sobie powtarzała (srebrny zegarek kieszonkowy był jedynym przedmiotem, do sprzedaży którego nie mogła się zmusić), ale dlatego, że było użyteczne.

Odsunęła srebrny zatrzask i otworzyła się przed nią szachownica z wyżłobieniami, w których na jej działanie czekały żywioły — ziemia, powietrze, ogień, woda i kość. Poruszyła palcami. Wiedziała, że większość osób potrafi kontrolować tylko jeden żywioł, może dwa, a ona, będąc z innego Londynu, nie powinna być w stanie panować nad żadnym.

Ale nigdy nie brała pod uwagę statystyk.

Poza tym ten stary kapłan, mistrz Tieren, powiedział jej kiedyś, że widzi w niej moc. Musiała nad tą mocą po prostu popracować.

Teraz podniosła ręce z obu stron kropli oliwy w rowku, wnętrzem dłoni do dołu, jak gdyby chciała je ogrzać. Nie znała słowa przywołującego magię. Alucard upierał się, że nie musi się uczyć innego języka, że słowa są bardziej dla użytkownika niż dla obiektu, że ich celem jest tylko pomoc w koncentracji, a jednak bez właś­ciwego zaklęcia Lila czuła się głupia. Była jedynie szaloną dziewczyną gadającą do siebie w ciemnościach. Potrzebowała czegoś i wyobraziła sobie, że takim rodzajem zaklęcia może być wiersz. A przynajmniej był czymś więcej niż tylko słowami.

— „Tygrysie, błysku”… — wymamrotała pod nosem.

Nie znała zbyt wielu wierszy — życie złodziejki nie łączy się z badaniem literatury — ale ten wiersz Blake’a znała na pamięć dzięki swojej matce. Nie pamiętała za bardzo tej zmarłej ponad dekadę temu kobiety, lecz pamiętała noce, kiedy zasypiała przy Pieśniach niewinności i doświadczenia