Mroczniejszy odcień magii - V.E. Schwab - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Intrygująca powieść fantasy, w której magicznej wizji równoległych Londynów dorównuje oryginalna kreacja barwnych bohaterów

Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina.

Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador Czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…

„Napisana z polotem, świetnie skonstruowana powieść fantasy. Błyskotliwe pomysły i wspaniałe pióro – otrzymujemy cudownie żywiołową, porywającą przygodę!”.

„Publishers Weekly”

Finalistka plebiscytu w kategorii „najlepsza fantastyka roku 2015” najwiĘkszego portalu czytelniczego Goodreads

Jedna z najlepszych powieści fantastycznych 2015 roku wg Barnes & Noble

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


V.E. Schwab Mroczniejszy odcień magii ISBN: 978-83-65521-61-3 TYTUŁ ORYGINAŁU: A Darker Shade of Magic Copyright © 2015 by Victoria Schwab All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Cover art by Will Staehle Redakcja: Magdalena Wójcik Wydanie I Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Jeden. Podróżnik

I

Kell nosił bardzo szczególne okrycie.

Nie posiadało jednej strony, co byłoby typowe, ani dwóch, co byłoby nieoczekiwane, lecz miało ich kilka, co było — oczywiście — niemożliwe.

Po przejściu z jednego Londynu do drugiego Kell zawsze najpierw zdejmował okrycie i odwracał je na inną stronę — raz, dwa razy (albo nawet trzy), aż znalazł tę, której potrzebował. Nie wszystkie wyglądały modnie, ale niemal każda służyła jakiemuś celowi. Były takie, które wtapiały się w tło, i takie, które się wyróżniały; jedna niczemu nie służyła, ale Kell po prostu bardzo ją lubił.

Kiedy więc przeszedł przez zamkową ścianę i wkroczył do przedpokoju, minęła dobra chwila, zanim odzyskał równowagę — przemieszczanie się pomiędzy światami wymagało ofiary krwi — po czym zdjął czerwony płaszcz z wysokim kołnierzem i odwrócił go na inną stronę, a wtedy płaszcz zmienił się w prostą czarną marynarkę. Albo raczej prostą czarną marynarkę elegancko obszytą srebrną nitką i ozdobioną dwoma rzędami lśniących srebrnych guzików. Za granicą Kell musiał oczywiście wybierać skromniejszą paletę barw (ponieważ nie chciał obrażać lokalnego władcy ani przyciągać niczyjej uwagi), nie znaczyło to jednak, że nie mógł ubierać się stylowo.

„Ach, na królów!” — żachnął się, zapinając guziki marynarki. Zaczynał myśleć jak Rhy.

Na ścianie za sobą dostrzegał jeszcze słaby symbol własnego przejścia, niczym powoli znikający ślad stopy odciśniętej w piasku.

Akurat z tej konkretnej strony nigdy nie oznaczał drzwi, po prostu dlatego, że w żadnym wypadku tą drogą nie wracał. Podróż z Windsoru do Londynu była szalenie niedogodna, zważywszy na fakt, że przemieszczając się między światami, trafiał dokładnie w te same punkty geograficzne. A problem polegał na tym, że o dzień drogi od Czerwonego Londynu nie było windsorskiego zamku królewskiego. Aby tu dotrzeć, Kell przekroczył po prostu kamienną ścianę dziedzińca domu należącego do zamożnego dżentelmena w mieście o nazwie Disan. Miasto Disan było, ogólnie rzecz ujmując, bardzo przyjemnym miejscem.

Windsor natomiast nie.

Niewątpliwie imponujący, ale nie przyjemny.

Wzdłuż ściany biegł marmurowy kontuar, a na nim — jak zwykle — czekała na Kella miska z wodą. Opłukał zakrwawioną rękę, a także monetę, srebrną koronę, której użył do przejścia. Sznurek z monetą zawiesił sobie na szyi, a następnie wsunął z powrotem pod kołnierz. W korytarzu za sobą słyszał szuranie stóp oraz ciche mamrotanie służących i strażników. Specjalnie wybrał ten przedpokój, żeby uniknąć spotkania z nimi wszystkimi. Doskonale wiedział, jak bardzo księciu regentowi nie podoba się jego pobyt tutaj, i nie miał ochoty trafić na osoby, które złożą szczegółowe sprawozdanie z jego wizyty w sali tronowej.

Ponad kontuarem i miską wisiało lustro w złoconej ramie, więc szybko się w nim przejrzał — rudawobrązowe włosy opadały mu na jedno oko, ale ich nie odgarnął, chociaż poświęcił chwilę na wygładzenie rękawów marynarki — a następnie przeszedł przez drzwi i udał się na spotkanie z królem.

W sali było duszno i gorąco — mimo pięknego październikowego dnia okna szczelnie zamknięto, a w palenisku szalał potężny ogień.

Jerzy III siedział obok paleniska, w szacie narzuconej na zasuszone ciało, u jego kolan stała taca z nietkniętą herbatą. Kiedy Kell wszedł, król chwycił się kurczowo krawędzi tronu.

— Kto tam?! — zawołał, nie odwracając się. — Rabusie? Duchy?

— Nie wierzę, że duchy odpowiadają, Wasza Wysokość — odparł Kell, zamiast się przedstawić.

Niedomagający władca uśmiechnął się krzywo.

— Panie Kell — powiedział. — Kazałeś na siebie czekać.

— Nie dłużej niż miesiąc — odrzekł i zrobił krok w stronę tronu.

Król Jerzy zmrużył niewidzące oczy.

— Dłużej, jestem tego pewny.

— Przysięgam, że nie.

— Może nie dla ciebie! — odparował władca. — Ale czas nie płynie tak samo dla szaleńca jak dla ślepca.

Kell uśmiechnął się, bo król był dziś w dobrej formie; nie zawsze tak bywało. Nigdy nie miał pewności, w jakim stanie znajdzie Jego Wysokość. Może król Jerzy sądził, że minęło już więcej niż miesiąc, ponieważ w trakcie ostatniej wizyty popadł w paskudny nastrój i Kell ledwie zdołał uspokoić jego zszargane nerwy na czas, który pozwolił przekazać wiadomość.

— Może to rok się zmienił — kontynuował król — a nie miesiąc.

— Och, nie, rok jest ten sam.

— Czyli który?

Kell zmarszczył czoło.

— Tysiąc osiemset dziewiętnasty.

Przez twarz króla przemknął cień, a potem on sam tylko potrząsnął głową.

— Czas — powiedział, jak gdyby to jedno słowo mógł obarczyć winą za wszystko. — Siadaj, siadaj — dodał, wskazując ogólnie na pomieszczenie. — Gdzieś tutaj musi być jeszcze jedno krzesło.

Żadnego nie było. Wyposażenie komnaty przedstawiało się skandalicznie skromnie, a Kell miał pewność, że drzwi do korytarza można otworzyć jedynie z zewnątrz, nie stąd.

Król wyciągnął sękatą dłoń. Zdjęto mu pierścienie, żeby się nie poranił, a paznokcie miał przycięte bardzo krótko.

— Mój list — polecił i w tej chwili Kell ujrzał przebłysk dawnego króla Jerzego. Monarchy.

Poklepał się po kieszeniach marynarki i uświadomił sobie, że przed zmianą zapomniał wyjąć pismo. Zdjął pospiesznie marynarkę i na moment odwrócił ją na czerwoną stronę, po czym przetrząsał fałdy, aż znalazł kopertę. Kiedy wcisnął ją w rękę króla, Jerzy obmacał i pogładził woskową pieczęć — godło tronu Czerwonego Londynu, czyli kielich mszalny ze wschodzącym słońcem — a potem podniósł papier do nosa i powąchał.

— Róże — oznajmił tęsknie.

Miał na myśli magię. Kell nigdy nie wyczuł nawet słabego zapachu Czerwonego Londynu, który rzekomo przylgnął do jego ubrań, ale kiedykolwiek podróżował, zawsze ktoś mu powtarzał, że pachnie świeżo ściętymi kwiatami. Niektórzy mówili, że to tulipany. Inni wymieniali storczyki. Chryzantemy. Piwonie. Dla króla Anglii zawsze były to róże. Kell cieszył się, że woń jest przyjemna, nawet jeśli sam jej nie czuł. Wyczuwał aromat Szarego Londynu (dym) i Białego Londynu (krew), ale Czerwony Londyn pachniał dla niego po prostu domem.

— Otwórz ją dla mnie — polecił król. — Tylko nie uszkodź pieczęci.

Kell zrobił, jak mu polecono, i wyjął z koperty zawartość. Przynajmniej ten jeden raz był wdzięczny, że król jest ślepy i nie może zobaczyć, jak krótki list dostał. Trzy niedługie wersy. Uprzejmość wyświadczona niedomagającemu figurantowi, nic więcej.

— Jest od mojej królowej — wyjaśnił Kell.

Monarcha skinął głową.

— Kontynuuj — rozkazał, robiąc dostojną minę, która nie pasowała do jego kruchej postury i drżącego głosu. — Kontynuuj!

Kell przełknął ślinę.

— „Pozdrowienia dla Waszej Wysokości, królu Jerzy III — odczytał — z sąsiedniego tronu”.

Królowa nie użyła określenia „czerwony tron” ani nie przesłała pozdrowień z Czerwonego Londynu (chociaż dzięki wszechobecnemu intensywnemu światłu odbijającemu się od tamtejszej rzeki miasto naprawdę było całkiem karmazynowe), ponieważ nie myślała w ten sposób o swojej stolicy. Ona i wszyscy inni, którzy zamieszkiwali tylko jedno z miast, nie mieli potrzeby podkreślania różnic. Kiedy władcy jednego Londynu konwersowali z władcami drugiego, nazywali ich po prostu „innymi”, „sąsiadami” lub — od czasu do czasu — używali mniej pochlebnych słów (w szczególności w odniesieniu do tych z Białego Londynu).

Jedynie ci nieliczni, którzy mogli się przemieszczać między światami, odczuwali konieczność stosowania pełnych określeń. Kell również — pod wpływem wspomnienia o utraconym mieście powszechnie znanym jako Czarny Londyn — nadawał kolor każdej pozostałej metropolii.

„Szary” dla miasta pozbawionego magii.

„Czerwony” dla królestwa zrównoważonego.

„Biały” dla świata przymierającego głodem.

W rzeczywistości same miasta bardzo się od siebie różniły (a całe państwa jeszcze bardziej). Fakt, że wszystkie nazywały się Londyn, stanowił prawdziwą tajemnicę, chociaż przeważała teoria, że jedno z nich przyjęło to miano dawno temu, na długo zanim wszystkie drzwi szczelnie zamknięto i można było przejść przez nie jedynie z listem od króla lub królowej. Nie było zgody w kwestii, które miasto ma prawo rościć sobie pretensje do pierwszeństwa nazwy.

— „Mamy nadzieję usłyszeć, żeś zdrów — ciągnął Kell — i że pogoda o tej porze roku jest w twoim mieście równie piękna, jak w naszym”.

Przerwał. W liście nie było nic więcej poza podpisem. Król Jerzy zacisnął dłonie w pięści.

— To wszystko? — jęknął.

Kell się zawahał.

— Nie — odparł, składając list. — To dopiero początek.

Odchrząknął i zaczął chodzić po sali, zbierając myśli i układając je w słowa od królowej.

— „Dziękuję ci za pytanie o naszą rodzinę. Król i ja miewamy się dobrze. Książę Rhy, z drugiej strony, nadal w równej mierze wzbudza podziw i wściekłość, przynajmniej jednak w tym miesiącu nie skręcił karku ani nie przedstawił nam nieodpowiedniej narzeczonej. Dziękujemy Kellowi, że nie dopuścił do żadnej z tych rzeczy”.

Chętnie pozwoliłby królowej rozwodzić się dłużej nad jego własnymi zaletami, ale w tym momencie zegar na ścianie wybił piątą po południu i Kell zaklął pod nosem. Był spóźniony.

— „Aż do mojego następnego listu — zakończył pospiesznie — pozostań szczęśliwy i w dobrym zdrowiu. Z wyrazami sympatii, Jej Wysokość Emira, Królowa Arnes”.

Poczekał, aż król Jerzy coś powie, lecz ten nieruchomo utkwił ślepe oczy w jakimś odległym punkcie i Kell miał obawy, że go stracił. Umieścił złożoną kartkę na tacy z herbatą i był już w połowie drogi do ściany, kiedy władca się odezwał:

— Nie mam dla niej epistoły — mruknął.

— Nic nie szkodzi — zapewnił go łagodnie Kell. Król Jerzy od lat nie potrafił napisać listu. W niektóre miesiące próbował, na chybił trafił ciągnąc pióro po pergaminie, w inne dyktował Kellowi, ale w trakcie większości jego wizyt po prostu przekazywał ustnie wiadomość, a Kell obiecywał ją zapamiętać.

— Rozumiesz, nie miałem czasu — dodał król, starając się ocalić resztki godności.

Kell nie zaprzeczył.

— Rozumiem — odrzekł. — Przekażę od ciebie rodzinie królewskiej wyrazy szacunku.

Odwrócił się znowu z zamiarem odejścia i ponownie stary król polecił mu się zatrzymać.

— Czekaj, czekaj — powiedział. — Wracaj.

Kell przystanął. Zerknął na zegar. Robiło się coraz później. Wyobraził sobie księcia regenta, jak siedzi przy stole w St. James, ściska krzesło i wszystko się w nim gotuje. Na tę myśl uśmiechnął się i znów spojrzał na króla Jerzego, który niezgrabnymi palcami wyjmował coś z fałd szaty.

To była moneta.

— Słabnie — wyznał stary król, trzymając w pomarszczonych dłoniach metalowy krążek, niczym coś drogocennego i delikatnego. — Nie wyczuwam już jej magii. Nie czuję jej zapachu.

— Moneta jak moneta, Wasza Królewska Mość.

— Nie jest tak, i dobrze o tym wiesz — odburknął Jerzy. — Wywróć kieszenie.

Kell westchnął.

— Wpędzisz mnie w kłopoty.

— No dalej — nalegał król. — Nasz mały sekret.

Kell wcisnął rękę do kieszeni. Gdy za pierwszym razem odwiedził króla Anglii, dał mu monetę na dowód tego, kim jest i skąd przybywa. Opowieść o innych Londynach przekazywano w rodzinie królewskiej z pokolenia na pokolenie, ale od poprzedniego przybycia podróżnika mijały wówczas całe lata. Król Jerzy raz tylko zerknął na szczupłego chłopaka, zmrużył oczy i wyciągnął mięsistą dłoń, a Kell położył na niej monetę. Był to zwyczajny lin, bardzo podobny do szarego szylinga, tyle że oznaczony czerwoną gwiazdą zamiast królewskiego oblicza. Jerzy zacisnął pięść na monecie i podniósł ją do nosa, wdychając zapach. A potem się uśmiechnął, wsunął monetę w fałdy płaszcza i zaprosił Kella do środka.

Od tamtego dnia za każdym razem, gdy Kell odwiedzał dwór, król Jerzy upierał się, że magia opuściła monetę, i żądał wymiany na nową, prosto z kieszeni. Kell stale mu mówił, że to zakazane (było, i to kategorycznie), ale monarcha nieodmiennie twierdził, że to będzie ich mały sekret. Kell zawsze zatem wzdychał i wyciągał z kieszeni świeży metalowy krążek.

Teraz wyjął z ręki króla starego lina i zastąpił nową monetą, po czym lekko zacisnął na niej sękate palce Jerzego.

— Tak, tak — zamruczał do monety w dłoni niedomagający władca.

— Uważaj na siebie — powiedział Kell, odchodząc.

— Tak, tak — powtórzył król. Stawał się coraz bardziej rozkojarzony, aż zupełnie stracił zainteresowanie swoim otoczeniem i gościem.

Kell dotarł do zasłon w kącie pokoju i odsunął ciężki materiał na bok, odsłaniając ślad na wzorzystej tapecie. Prosty okrąg, przecięty na pół kreską wyrysowaną krwią miesiąc temu. Na innej ścianie w innej sali w innym pałacu znajdował się taki sam znak. Były jak dwie klamki po przeciwnych stronach tych samych drzwi.

Krew Kella, w połączeniu z symbolem, pozwalała mu się przemieszczać pomiędzy światami. Nie potrzebował wtedy ustalać miejsca, ponieważ w innym świecie trafiał w ten sam punkt. Jeśli jednak, tak jak teraz, chciał stworzyć przejście wewnątrz jednego świata, obie strony drzwi musiały nosić identyczny symbol. Nie wystarczyło być blisko. Przekonał się o tym wcześniej w bardzo bolesny sposób.

Symbol na ścianie będący pamiątką po jego poprzedniej wizycie wciąż pozostawał wyraźny, tylko krawędzie nieznacznie się rozmazały. Ale te szczegóły nie miały znaczenia. I tak trzeba było pokryć go od nowa.

Kell podwinął rękaw i wydobył nóż, który nosił przypięty pod przedramieniem. Był to piękny przedmiot, dzieło sztuki, srebrne od czubeczka po rękojeść, ozdobione monogramem złożonym z liter „K” i „L”.

Stanowił jedyny relikt wcześniejszego życia.

Życia, którego Kell nie znał. Albo przynajmniej nie pamiętał.

Przyłożył ostrze do przedramienia. Wyżłobił już dziś jedną kreskę, dla drzwi, które przywiodły go tutaj. Teraz wykonał drugą. Jego krew, intensywnie ciemnoczerwona, wezbrała i spłynęła, więc wsunął nóż do pochewki i dotknął palcami najpierw nacięcia, a potem ściany, ponownie rysując okrąg i przecinającą go linię. Opuścił rękaw na ranę — wszystkie nacięcia zawsze leczył w domu — rzucił ostatnie spojrzenie za siebie, na mamroczącego króla, po czym przycisnął płasko dłoń do znaku na ścianie.

Znak zaszumiał magią.

— As Tascen — wypowiedział zaklęcie Kell. „Przenieś”.

Wzorzysty papier zmarszczył się, stracił ostrość i ustąpił pod jego dotykiem, a Kell zrobił krok do przodu i przeszedł.

II

Pomiędzy jednym jego krokiem a drugim posępny zamek Windsor zmienił się w elegancki pałac St. James, duszna komnata stała się pomieszczeniem z pogodnymi gobelinami i wypolerowanym srebrem, a mamrotanie szalonego króla zastąpiła ciężka cisza. Siedzący u szczytu bogato zdobionego stołu mężczyzna, który trzymał kielich z winem, wyglądał na bardzo zdenerwowanego.

— Spóźniłeś się — zauważył oschle książę regent.

— Wybacz — odparł Kell ze zbyt krótkim ukłonem. — Miałem sprawę do załatwienia.

Książę regent odstawił kielich.

— Myślałem, że to dla mnie załatwiasz sprawy, panie Kell.

Kell wyprostował się.

— Miałem rozkazy, Wasza Wysokość, żeby najpierw spotkać się z królem.

— Wolałbym, żebyś mu nie dogadzał — stwierdził książę regent, który również miał na imię Jerzy (Kell uważał typowy dla Szarego Londynu zwyczaj, zgodnie z którym synowie nosili te same imiona co ojcowie, zarówno za niepotrzebny, jak i dezorientujący). Książę lekceważąco machnął ręką. — To go podnosi na duchu.

— Czy to źle? — spytał Kell.

— Dla niego tak. Później będzie szalał. Tańczył na stołach, mówił o magii i innych Londynach. Jaką sztuczkę pokazałeś mu tym razem? Przekonałeś go, że potrafi latać?

Kell jedynie raz popełnił ten błąd i podczas następnej wizyty dowiedział się, że król Anglii o mało nie wypadł przez okno. Z trzeciego piętra.

— Zapewniam cię, że nie robiłem żadnych pokazów.

Książę Jerzy ścisnął sobie nasadę nosa.

— On nie może opowiadać takich rzeczy jak do tej pory. Dlatego trzymamy go za zamkniętymi drzwiami.

— Został zatem uwięziony?

Książę Jerzy przesunął dłonią po złoconej krawędzi stołu.

— Windsor jest absolutnie przyzwoitym miejscem na takie odosobnienie.

„Przyzwoite więzienie nadal pozostaje więzieniem” — pomyślał Kell, wyjmując z kieszeni okrycia drugi list.

— Twoja korespondencja, panie.

Musiał stać, podczas gdy książę czytał wiadomość (nigdy nie komentował, że list pachnie kwiatami), a potem wyjmował z wewnętrznej kieszeni na wpół gotową odpowiedź i dopisywał ciąg dalszy. Książę robił to powoli, wyraźnie starając się rozzłościć swego gościa, ale Kell o to nie dbał. Dla rozrywki bębnił w tym czasie palcami o brzeg złoconego stołu. Za każdym razem, kiedy unosił mały palec i opuszczał wskazujący, gasła jedna z wielu świec rozświetlających pomieszczenie.

— Chyba jest przeciąg — rzekł zadumanym głosem, gdy książę regent mocniej przycisnął gęsie pióro. Zanim Jerzy skończył wiadomość, złamał dwa pióra i popadł w zły nastrój, natomiast Kell odkrył, że jemu samemu humor bardzo się poprawił.

Wyciągnął rękę po list, ale książę regent mu go nie dał. Zamiast tego odsunął się z krzesłem od stołu.

— Zesztywniałem od tego siedzenia. Przejdź się ze mną.

Kell nie miał na to szczególnej ochoty. Ale musiał posłuchać, ponieważ nie mógł odejść z pustymi rękoma. Najpierw jednak wziął ze stołu ostatnie całe pióro i schował je do kieszeni.

— Wracasz od razu? — spytał książę, prowadząc go korytarzem do dyskretnych drzwi częściowo ukrytych za kotarą.

— Wkrótce — odparł, wlokąc się o krok za nim.

W korytarzu dołączyli do nich dwaj członkowie królewskiej straży i teraz szli za nimi jak cienie. Czuł na sobie ich wzrok i zastanawiał się, ile im o nim powiedziano. Członkowie rodzin królewskich wiedzieli o takich jak on, ale nie zawsze informowali służbę i strażników.

— Sądziłem, że wszelkie sprawy załatwiasz wyłącznie ze mną — powtórzył książę.

— Jestem wielbicielem twojego miasta — odpowiedział Kell lekkim tonem. — Ale moja praca jest wycieńczająca. Pójdę się przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza, a potem wracam.

Książę zacisnął usta.

— Obawiam się, że powietrze tu, w mieście, nie jest tak ożywcze jak na wsi. Jak nas nazywasz… Szary Londyn…? Obecnie nazwa wydaje się aż nazbyt trafna. Zostań na kolację.

Książę niemal każde zdanie kończył kropką. Nawet zdania pytające. Rhy robił to samo i Kell podejrzewał, że mówili w ten sposób, gdyż nigdy od nikogo nie usłyszeli słowa „nie”.

— Tutaj będzie ci o wiele lepiej — naciskał książę. — Odzyskasz siły przy winie i w dobrym towarzystwie.

Propozycja wydawała się dość uprzejma, ale książę regent nie składał takich ofert z życzliwości.

— Nie mogę zostać — odparł Kell.

— Nalegam. Nakryto już do stołu.

„Ciekawe, kto przychodzi?” — zastanowił się Kell.

I co zamierzał książę? Pochwalić się nim? Często podejrzewał, że tamten pragnąłby tak postąpić, choćby dlatego, że uważał sekrety za coś uciążliwego, za coś, co należy ujawnić. Ale mimo wszystkich swoich wad książę nie był głupcem, a tylko głupiec pozwoliłby komuś takiemu jak Kell zagrać pierwsze skrzypce. Szary Londyn już dawno temu zapomniał o istnieniu magii. To nie Kell jednak powinien tutejszym o niej przypominać.

— Bardzo to łaskawie ze strony Waszej Wysokości, lepiej wszakże, jeśli pozostanę zjawą, miast się pokazywać. — Kell odchylił głowę tak, że włosy w kolorze miedzianym odsłoniły jego oczy, ujawniając nie tylko czysty błękit lewego, lecz i absolutną czerń prawego. Czerń, która biegła od brzegu do brzegu, wypełniając zarówno białko oka, jak i jego tęczówkę. W tym oku nie było nic ludzkiego. Było czystą magią. Znakiem maga krwi nazywanego antari.

Gdy książę regent próbował wytrzymać jego spojrzenie, Kell delektował się widokiem uczuć, które pojawiły się w jego oczach. Ostrożność, skrępowanie… i strach.

— Czy wiesz, książę, dlaczego nasze światy zostały od siebie odseparowane? — Nie czekał, aż regent odpowie. — Dla waszego bezpieczeństwa. Otóż był czas, przed wiekami, kiedy nie były tak całkowicie oddzielone. Kiedy istniały drzwi pomiędzy twoim światem i moim, i pomiędzy innymi, a mógł przez nie przejść każdy, kto posiadał choć odrobinę mocy. Sama magia mogła przez nie przechodzić. Ale magia, jak to magia — dodał — żerowała i na tych nieugiętych, i na tych o słabym charakterze, aż jeden ze światów nie był już w stanie nad nią panować. Ludzie żywili się magią, a magia żywiła się nimi, i w końcu pochłonęła ich ciała i umysły, a potem dusze.

— Czarny Londyn — wyszeptał książę regent.

Kell kiwnął głową. Nie wymienił nazwy tego miasta. Ale wszyscy — przynajmniej w Czerwonym Londynie i w Białym, a także ci nieliczni z Szarego, którzy w ogóle cokolwiek wiedzieli — znali legendę Czarnego Londynu. To była bajka do poduszki. Baśń. Ale i ostrzeżenie! Przed miastem — i światem — którego nie było, już nie.

— Wiesz, co Czarny Londyn i twój mają ze sobą wspólnego? — Książę regent zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. — Obu brakuje umiaru — ciągnął Kell. — Oba pożądają mocy. Twój Londyn nadal istnieje tylko z jednego powodu: ponieważ został odcięty. Nauczył się zapominać. Nie chcesz, żeby sobie przypomniał.

Nie dodał, że Czarny Londyn posiada bogate zasoby magii, a Szary — niemal żadnych. Chciał tylko dać księciu do myślenia. I najwyraźniej mu się udało. Tym razem, gdy wyciągnął rękę po list, Jerzy mu nie odmówił i nijak się nie sprzeciwił. Kell wsunął pergamin do kieszeni wraz ze skradzionym piórem.

— Dziękuję ci, jak zawsze, za twoją gościnność — pożegnał się, składając przesadny ukłon.

Książę regent przywołał straże, strzeliwszy palcami.

— Dopilnujcie, żeby pan Kell dotarł tam, dokąd zmierza.

A potem, bez słowa, odwrócił się i odmaszerował zamaszystym krokiem.

Królewscy strażnicy zostawili Kella na skraju parku. Za nim majaczył pałac St. James. Przed nim leżał Szary Londyn. Kell zrobił głęboki wdech i poczuł w powietrzu dym. Chociaż ogromnie pragnął wrócić do domu, miał tu jeszcze do załatwienia pewną sprawę, zresztą po kontakcie z niedomagającym królem i źle nastawionym księciem chętnie napiłby się czegoś mocniejszego. Opuścił rękawy, postawił kołnierz i ruszył ku sercu miasta.

Stopy poniosły go przez St. James Park, a później deptakiem, który biegł wzdłuż rzeki. Słońce zachodziło, powietrze było rześkie, jeśli nie czyste, jesienny wietrzyk szarpał lekko połami czarnej marynarki. Kell podszedł do drewnianego mostu dla pieszych, przerzuconego nad wodą, a kiedy go przekraczał, jego wysokie buty subtelnie stukotały. Zatrzymał się pośrodku. Za sobą miał oświetlony latarniami pałac Buckingham, przed sobą Tamizę. Woda chlupotała łagodnie pod drewnianymi deskami. Oparł łokcie na barierce i popatrzył w dół. W zadumie zgiął palce, a wtedy nurt się zatrzymał, rzeka uspokoiła, jej powierzchnia stała się gładka jak szkło.

Kontemplował własne odbicie.

„Nie jesteś aż taki przystojny” — powiedziałby Rhy, gdyby przyłapał Kella na wpatrywaniu się w lustro.

„Nie mogę się na siebie napatrzeć” — odparłby, chociaż tak naprawdę nigdy się sobie nie przyglądał, przynajmniej nie ogólnie; patrzył sobie jedynie w oko. W prawe. Tym okiem wyróżniał się nawet w Czerwonym Londynie, gdzie magia kwitła. Znakowało go ono jako kogoś odmiennego od reszty.

Na prawo od niego zabrzmiał czyjś perlisty śmiech, po czym nastąpiło chrząknięcie i kilka innych, mniej wyraźnych odgłosów. Kell rozluźnił rękę i prąd strumienia gwałtownie ruszył. On też szedł dalej, aż park ustąpił miejsca ulicom Londynu, a potem zamajaczyła bryła Westminsteru. Miał słabość do opactwa i teraz skinął mu głową, niczym staremu przyjacielowi. Mimo sadzy i nieczystości, śmieci i biedoty Szary Londyn miał coś, czego brakowało Czerwonemu. Swego rodzaju opór wobec zmian. Uznanie dla trwałości i dla wysiłku, jakiego wymagało jej zachowanie.

Ile lat zajęła budowa opactwa? Jak długo ono jeszcze postoi? W Czerwonym Londynie gusta zmieniały się równie często jak pory roku. Wraz z nimi budynki wzrastały, rozpadały się i znowu wzrastały, w różnych formach. Magia upraszczała sprawy.

„Czasami — pomyślał Kell — upraszcza je za bardzo”.

W swoim Londynie miał w niektóre noce wrażenie, że kładzie się do łóżka w jednym miejscu, a budzi w innym.

A tutaj zawsze stało opactwo westminsterskie, chętne, by go powitać.

Szedł obok strzelistej kamiennej konstrukcji, ulicami zatłoczonymi powozami, potem zaś wąską drogą przy dziedzińcu otoczonym murem z omszałego kamienia. Wąska droga nadal się zwężała, aż skończyła się przed karczmą.

Tu Kell się zatrzymał. Zdjął okrycie, odwrócił je jeszcze raz ze strony prawej na lewą, wymieniając czarną marynarkę ze srebrnymi guzikami na skromniejszą, przetartą na łokciach, pasującą do ulicy brązową kurtę z wysokim kołnierzem i postrzępionymi brzegami. Poklepał kieszenie i zadowolony, że jest gotów, wszedł do środka.

III

Rzut Kamieniem to była dziwna mała karczma.

Ściany miała spłowiałe, podłogi poplamione i chociaż Kell wiedział na pewno, że jej właściciel, Barron, rozwadnia napitki, wbrew temu wszystkiemu ciągle tu wracał.

Fascynowało go to miejsce, ponieważ mimo niechlujnego wnętrza i jeszcze bardziej niechlujnych klientów, za sprawą przypadku lub nie, Rzut Kamieniem zawsze tu był! Och, oczywiście, nazwa się zmieniała, tak jak zmieniały się trunki, które podawano w lokalu, ale dokładnie w tym samym punkcie w Szarym, Czerwonym i Białym Londynie stała karczma. Nie była źródłem jako takim, jak Tamiza, Stonehenge czy dziesiątki mniej znanych magicznych miejsc na świecie, czymś jednak była. Fenomenem. Punktem stałym.

A jako że Kell robił w tej karczmie interesy (czy na szyldzie widniało „Rzut Kamieniem”, „Pod Zachodzącym Słońcem” czy „Osmalona Kość”), sam również stawał się swego rodzaju punktem stałym.

Tylko nieliczni mogliby docenić zawartą w tym poezję. Na przykład mag Holland. O ile w ogóle cokolwiek cenił.

Ale, pomijając kwestię poezji, karczma stanowiła idealne miejsce na interesy. Schodzili się tutaj ci nieliczni mieszkańcy Szarego Londynu, którzy wierzyli w magię — ci dziwacy, którzy kurczowo trzymali się jej idei, łapali jakiś jej szept czy woń. Przychodzili, wabieni poczuciem czegoś innego, czegoś więcej. Kella także do tego ciągnęło. Różnica była taka, że Kell doskonale wiedział, co ich przyciąga.

Oczywiście zainteresowani magią goście Rzutu Kamieniem nie zjawiali się w karczmie jedynie za sprawą subtelnego, a równocześnie przejmującego oddziaływania mocy ani dzięki obietnicy czegoś odmiennego, czegoś więcej. Przyciągał ich też sam Kell lub przynajmniej krążące na jego temat plotki. Przekaz ustny jest także swego rodzaju magią, a tutaj, w Rzucie Kamieniem, słowo „mag” wypowiadano równie często, jak zamawiano rozwodnione piwo ale.

Siedział, obserwując bursztynowy płyn w kuflu.

— Dobry wieczór, Kellu — zagaił właściciel, podchodząc z dolewką.

— Dobry wieczór, Barronie — odparł.

Nigdy nie mówili do siebie nic więcej.

Karczmarz byłby zbudowany jak ceglany mur — gdyby ceglany mur postanowił zapuścić brodę. Wysoki, szeroki w barach i imponująco opanowany. On także był bez wątpienia nieco dziwny, lecz najwyraźniej nigdy go to nie peszyło.

A może po prostu potrafił zachować dla siebie swoją opinię.

Zegar na ścianie za kontuarem wybił godzinę siódmą i Kell wyjął z brązowej kurty przedmiot. Było to drewniane pudełko, mniej więcej rozmiaru dłoni, zamknięte na prosty metalowy zatrzask. Kiedy odgiął zatrzask i kciukiem odsunął wieczko, pudełko rozłożyło się w coś na kształt szachownicy z pięcioma wyżłobieniami, z których każde zawierało jeden żywioł.

W pierwszym znajdowała się grudka ziemi.

W drugim — łyżka wody.

W trzecim — zamiast powietrza — naparstek sypkiego piasku.

W czwartym — kropla oliwy, wysoce łatwopalnej.

I w piątym, ostatnim rowku — kawałek kości.

W świecie Kella pudełko wraz z zawartością nie było jedynie zabawką, lecz służyło do testu, dzięki któremu dziecko dowiadywało się, do jakich żywiołów je ciągnie, a jakie samo potrafi przyciągnąć. Większość malców szybko wyrastała z tej gry i doskonaliła umiejętności, albo ucząc się rzucać zaklęcia, albo korzystając z większych, bardziej skomplikowanych wersji. Ze względu na ograniczone możliwości zestawu z żywiołami można go było znaleźć w Czerwonym Londynie niemal w każdym domostwie i — najprawdopodobniej — również w osadach poza stolicą (chociaż Kell nie miał co do tego pewności). Ale tutaj, w mieście bez magii, pudełko stanowiło prawdziwą rzadkość i Kell nie miał wątpliwości, że klient je zaaprobuje. Mężczyzna był przecież Kolekcjonerem.

W Szarym Londynie Kella szukali bowiem jedynie ludzie należący do jednego z dwóch rodzajów.

Kolekcjonerzy lub Entuzjaści.

Kolekcjonerzy byli zamożni i znudzeni, i zazwyczaj nie interesowali się samą magią — nie odróżniliby run uzdrawiających od zaklęcia wiążącego — a Kell ogromnie się cieszył z ich mecenatu.

Entuzjaści byli bardziej kłopotliwi. Uważali się za prawdziwych magów i pragnęli świecidełek z innych Londynów nie po to, by je posiadać lub pokazywać innym, lecz do „użytku własnego”! Kell Entuzjastów nie lubił — po części dlatego, że uważał ich aspiracje za stratę czasu, a poza tym, gdy robił z nimi interesy, bardziej czuł, że popełnia zdradę — i właśnie z tego powodu, kiedy podszedł i usiadł obok niego młody mężczyzna, a Kell podniósł wzrok, spodziewając się umówionego Kolekcjonera, i zamiast niego zobaczył nieznanego Entuzjastę, nastrój znacznie mu się pogorszył.

— Czy to miejsce jest zajęte? — spytał Entuzjasta, chociaż już siedział.

— Odejdź — rzekł ze spokojem Kell.

Niestety, tamten nie odchodził.

Kell wiedział, że mężczyzna jest Entuzjastą — był tykowaty i niezgrabny, nosił odrobinę zbyt krótką jak na swoją sylwetkę marynarkę, a kiedy podniósł długie ręce i oparł je na kontuarze, rękaw nieco się uniósł i Kell dostrzegł fragment tatuażu. Była to kiepsko wydziergana runa mocy, przeznaczona, by wiązać magię do ciała.

— Czy to prawda? — naciskał Entuzjasta. — To, co mówią?

— Zależy od tego, kto — odparł Kell i zamknął pudełko, zsuwając wieczko i zabezpieczając zatrzask — i co mówi.

Robił takie uniki już ze sto razy. Kącikiem niebieskiego oka obserwował teraz, jak wargi mężczyzny układają się do następnej wypowiedzi. Gdyby gość był Kolekcjonerem, może Kell by mu odpuścił, ale ludzie, którzy wchodzą do wody, twierdząc, że potrafią pływać, nie powinni domagać się tratwy.

— Że sprowadzasz różne rzeczy — odrzekł Entuzjasta, strzelając wzrokiem po karczmie. — Przedmioty z innych miejsc.

Kell wypił łyk, a Entuzjasta uznał jego milczenie za potwierdzenie.

— Przypuszczam, że powinienem się przedstawić — kontynuował mężczyzna. — Edward Archibald Tuttle Trzeci. Ale zwą mnie Ned.

Kell uniósł brew. Młody Entuzjasta wyraźnie czekał, aż mu odpowie i również się przedstawi, ale ponieważ przybysz ewidentnie już miał pojęcie, kim Kell jest, ten pominął formalności i spytał wprost:

— Czego chcesz?

Edward Archibald — czy też Ned — poruszył się na siedzeniu i konspiracyjnie pochylił do przodu.

— Szukam kawałka ziemi.

Kell zamachał kuflem w stronę drzwi.

— Sprawdź w parku.

Młody mężczyzna zarechotał cicho i nieprzyjemnie. Kell dopił napój. Kawałek ziemi! Prośba wydawała się błaha. Nie była taka. Większość Entuzjastów wiedziała, że w ich świecie mało jest mocy, wielu jednak wierzyło, że jeśli zdobędą fragment innego świata, uzyskają dostęp do jego magii.

I swego czasu ich rozumowanie można było uznać za logiczne. Wówczas drzwi były otwarte na źródła mocy, ona sama przepływała między światami i każdy osobnik z odrobiną magii w żyłach i symbolem innego świata w ręce mógł nie tylko tę moc wydobyć, lecz także przejść wraz z nią z jednego Londynu do drugiego.

Ale ten czas już minął.

Drzwi zniknęły. Zniszczono je stulecia temu po tym, jak Czarny Londyn upadł i zabrał ze sobą resztę swojego świata, nie pozostawiając po sobie nic poza opowieściami. Teraz wyłącznie antari posiadali dość mocy, żeby stworzyć nowe drzwi, i tylko oni mogli przez nie przejść. Antari zawsze byli nieliczni, nikt jednak nie wiedział, jak bardzo — do czasu, aż pierwotne drzwi zostały zamknięte i stan liczebny magów krwi zaczął się zmniejszać. Źródło ich mocy zawsze pozostawało tajemnicą (nie wiązało się z faktem dziedziczenia), ale jedno było pewne — im dłużej światy były od siebie odcięte, tym mniej antarich się pojawiało.

Teraz ostatnimi przedstawicielami tej szybko wymierającej rasy byli najprawdopodobniej Kell i Holland.

— No i? — naciskał Ned. — Przyniesiesz mi tę ziemię czy nie?

Kell spojrzał na tatuaż na nadgarstku Entuzjasty. Wielu mieszkańców Szarego Londynu bez wątpienia nie pojmowało, że zaklęcie jest jedynie tak silne jak osoba, które je rzuca. Jaką mocą dysponował ten człowiek?

Lekko się uśmiechnął i przesunął w kierunku mężczyzny pudełko.

— Wiesz, co to jest?

Ned podniósł dziecięcą grę tak ostrożnie, jak gdyby w każdej chwili mogła stanąć w płomieniach (Kell przez moment rozważał, czyby nie kazać jej zapłonąć, ale się powstrzymał). Obrócił pudełko, aż jego palce znalazły zatrzask, i plansza ze żłobieniami otworzyła się na kontuarze. Żywioły zaskrzyły się w migotliwym świetle karczmy.

— Coś ci powiem — ciągnął Kell. — Wybierz jeden żywioł. Przenieś go z jego miejsca w inne, oczywiście bez dotykania, a wtedy sprowadzę dla ciebie grudę ziemi.

Ned zmarszczył czoło. Zastanowił się nad możliwościami, po czym dźgnął palcem wodę.

— Ten.

„Przynajmniej nie jest na tyle głupi, żeby wybrać kość” — pomyślał Kell.

Powietrzu, ziemi i wodzie najłatwiej było rozkazywać — nawet Rhy, który nie miał szczególnego talentu, potrafił je wzbudzić. Ogniem nieco ciężej było władać, lecz zdecydowanie najtrudniej było ruszyć kawałek kości. Nie bez przyczyny. Ci, którzy umieli przenosić kości, mogli też przenosić ciała. To była silna magia, nawet w Czerwonym Londynie.

Kell przyglądał się, jak Ned unosi rękę nad planszę. Zaczął pod nosem szeptać do wody w jakimś języku, który może był łaciną, a może zwyczajnym bełkotem, ale z pewnością nie był królewskim angielskim. Kell skrzywił się. Żywioły nie miały swojego języka i można było do nich przemawiać w dowolnym. Same słowa były mniej ważne niż skupienie, które przenosiły do umysłu mówiącego, związek, który pomagały tworzyć, moc, którą wydobywały. Krótko mówiąc, nie liczył się język, a jedynie zamiar. Entuzjasta mógł się odezwać do wody prostym angielskim (zyskałby ten sam efekt), a mimo to mamrotał dalej we własnym, zmyślonym języku. Poruszał przy tym ręką nad małą planszą w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara.

Kell westchnął, wsparł na kontuarze łokieć, głowę położył na ręce, a tymczasem Ned zmagał się z wodą i twarz czerwieniała mu z wysiłku.

Po kilku długich chwilach woda raz lekko się zmarszczyła (mogło to spowodować ziewnięcie Kella lub ruch mężczyzny, który kurczowo złapał kontuar), po czym znieruchomiała.

Ned wpatrywał się w dół, na planszę; nabrzmiały mu żyły. Rękę zacisnął w pięść i przez chwilę Kell się martwił, że młodzieniec roztrzaska małą grę, na szczęście mocno uderzył kłykciami obok niej.

— Och, no cóż — mruknął Kell.

— To oszustwo — warknął Ned.

Kell podniósł głowę.

— Doprawdy? — spytał. Lekko poruszył palcami i bryłka ziemi uniosła się z rowka, a następnie swobodnie podryfowała do jego dłoni. — Jesteś tego pewien? — dodał, kiedy mały podmuch porwał piasek i zawirował drobinkami w powietrzu, wokół jego przegubu. — Może tak… — Cząsteczki wody połączyły się w dużą kroplę, która zestaliła się w jego dłoni w kawałek lodu. — …A może nie… — dodał, kiedy oliwa zapaliła się w swoim wyżłobieniu. — Może… — powtórzył, gdy w powietrze wzniósł się kawałek kości — …po prostu brakuje ci choćby pozorów mocy.

Ned gapił się na Kella, kiedy pięć żywiołów wirowało w lekkim tańcu wokół jego palców. Antari usłyszał w myślach karcące słowa Rhya: „Popisujesz się”. Po chwili tak swobodnie jak wcześniej nakazał żywiołom się wznieść, pozwolił im opaść. Ziemia i lód uderzyły w swoje rowki z głuchym odgłosem i brzękiem, piasek spoczął bezszelestnie na swoim miejscu, a tańczący na oliwie płomień po prostu zgasł. Pozostała tylko kość, która wisiała w powietrzu pomiędzy nimi. Kell patrzył na nią, czując przez cały czas ciężar głodnego spojrzenia Entuzjasty.

— Ile za to? — zapytał mężczyzna.

— Nie na sprzedaż — odparł Kell. A potem się poprawił: — Nie dla ciebie.

Ned zerwał się ze stołka i odwrócił do wyjścia, ale Kell jeszcze z nim nie skończył.

— Gdybym ci przyniósł ziemię — powiedział — co byś mi za nią dał?

Entuzjasta się zatrzymał.

— Podaj swoją cenę.

— Moją cenę? — Kell wszak nie przemycał świecidełek dla pieniędzy! Pieniądze się zmieniały. Co by zrobił z szylingami w Czerwonym Londynie? A funty? Więcej by zyskał, spalając je, niż próbując kupić za nie cokolwiek w alejkach Białego Londynu. Przypuszczał, że mógłby wydać pieniądze tutaj, ale na co?! Nie, wolał innego rodzaju wymianę. — Nie zależy mi na twoich pieniądzach — wyjaśnił. — Chcę czegoś, co ma znaczenie. Czegoś, czego nie chciałbyś stracić.

Ned pospiesznie kiwnął głową.

— Świetnie. Zostań tutaj, a ja pójdę…

— Nie dziś wieczorem — uciął Kell.

— Więc kiedy?

Kell wzruszył ramionami.

— W ciągu miesiąca.

— Spodziewasz się, że będę siedział tutaj przez miesiąc i czekał?!

— Niczego się po tobie nie spodziewam! — odparował Kell, wzruszając ramionami. To było okrutne, wiedział o tym, pragnął się jednak przekonać, jak daleko Entuzjasta jest skłonny się posunąć. Zdecydował, że jeśli Ned zachowa determinację i zjawi się tutaj w przyszłym miesiącu, da mu woreczek ziemi. — Teraz odejdź.

Mężczyzna otworzył i zamknął usta, a potem zrobił naburmuszoną minę i powoli odszedł, w drodze do drzwi prawie wpadając na niskiego osobnika w okularach.

Kell zebrał kawałek kości z powietrza i włożył go do pudełka. Okularnik już podchodził do wolnego teraz stołka.

— O co chodziło? — spytał, zajmując miejsce.

— O nic, czym należałoby się przejmować — odpowiedział Kell.

— Czy to dla mnie? — spytał mężczyzna, skinieniem głowy wskazując na grę.

Kell potwierdził i podał pudełko Kolekcjonerowi, który wziął je ostrożnie z jego ręki. Przez chwilę patrzył, jak klient je obraca, po czym pokazał mu, jak gra działa. Kolekcjoner otworzył szeroko oczy.

— Wspaniałe, wspaniałe — ocenił, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął złożoną chustkę. Kiedy położył ją na kontuar, rozległ się głuchy odgłos. Kell wyciągnął rękę, rozpakował zawiniątko i znalazł migoczącą srebrną skrzyneczkę z miniaturową korbką z boku.

„Pozytywka”. Uśmiechnął się do siebie.

Mieli muzykę w Czerwonym Londynie, mieli też pozytywki, lecz większość tych urządzeń wygrywała melodie dzięki czarom, a nie mechanice. Kell podziwiał trud wykonania przedmiotu. Tak wiele rzeczy ze świata Szarego Londynu cechowało się lichym wykonaniem, od czasu do czasu jednak brak magii rekompensowano pomysłowością. Na przykład takie pozytywki. Skomplikowane, a równocześnie eleganckie. Iluż użyto części, ileż włożono pracy — a wszystko dla uzyskania melodyjki.

— Muszę ci wyjaśnić…? — spytał Kolekcjoner.

Kell potrząsnął głową.

— Nie — odrzekł łagodnie. — Mam kilka takich.

Mężczyzna ściągnął brwi.

— Ale wystarczy jako zapłata?

Antari pokiwał głową i zaczął owijać przedmiot w chusteczkę, żeby go zabezpieczyć.

— Nie chcesz jej posłuchać?

Kell chciał, lecz nie tutaj, nie w tej obskurnej małej karczmie, gdzie nie mógłby się delektować dźwiękiem. W dodatku musiał już wracać do domu.

Zostawił przy kontuarze Kolekcjonera majstrującego przy dziecięcej grze, który zachwycał się faktem, że niezależnie od tego, jak mocno potrząsał pudełkiem, ani stopiony lód, ani piasek nie opuszczały swoich miejsc — i wyszedł w noc. Szedł ku Tamizie, słuchając odgłosów otaczającego go miasta, pobliskich powozów i odległych krzyków: z rozkoszy lub bólu (chociaż i tak były niczym w porównaniu z wrzaskami, które niosły się przez Biały Londyn). W zasięgu wzroku szybko pojawiła się rzeka, smuga czerni na tle nocy, a wtedy w oddali dzwony kościelne wybiły osiem razy.

Pora iść.

Kell dotarł do ceglanej ściany sklepu zwróconego witryną ku wodzie, skrył się w jego cieniu i podwinął rękaw. Ramię zaczęło go już boleć od pierwszych dwóch cięć, niemniej wyjął nóż i wykonał nim trzecie, po czym dotknął palcami najpierw krwi, a potem ściany.

Na jednym ze sznurków nosił na szyi czerwony lin, podobny do tego, który oddał mu tego popołudnia król Jerzy. Teraz chwycił tę monetę i przycisnął do krwi na cegłach.

— Dobrze zatem — powiedział. — Chodźmy do domu. — Często odkrywał, że mówi do magii. Nie rozkazuje, a po prostu mówi.

Magia była czymś żywym — każdy to wiedział — lecz dla Kella była jeszcze czymś więcej: przyjaciółką, członkiem rodziny. Była, mimo wszystko, jego częścią (dużo bardziej niż w przypadku większości osób) i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że go rozumiała, że wiedziała, co czuł — nie tylko wtedy, kiedy ją przywoływał, ale zawsze, w każdym uderzeniu serca i każdym oddechu.

Koniec końców był przecież antarim.

A antari potrafią przemawiać do krwi. Do życia. Do samej magii. Pierwszego i ostatniego żywiołu, tego, który żył we wszystkim i do nikogo nie należał.

Poczuł pod dłonią magiczne drżenie; wraz z nią ściana z cegły równocześnie rozgrzewała się i ochładzała. Zawahał się, czekając, czy magia odpowie mimo braku pytania. Ale ona zwlekała, czekając na rozkaz. Magia żywiołów potrafi przemawiać dowolnym językiem, ale magia antari — magia prawdziwa, magia krwi — mówiła jednym i tylko jednym. Przycisnął palce do ściany.

— As Travars — powiedział. „Podróżuj”.

Tym razem magia usłyszała go i posłuchała. Świat zafalował, a Kell zrobił krok do przodu i wszedł przez drzwi w ciemność, odrzucając Szary Londyn jak własne okrycie.

Dwa. Król Czerwonego Londynu

I

— Sanct! — obwieścił Gen, rzucając kartę na stos, figurą do góry. Przedstawiała zakapturzoną postać z pochyloną głową i trzymającą runę o wyglądzie kielicha. Gen uśmiechnął się triumfalnie ze swego krzesła.

Parrish wykrzywił usta i rzucił na stół pozostałe karty, figurami do dołu. Mógłby oskarżyć Gena o oszustwo, ale to nie miało sensu. On również oszukiwał przez większą część godziny, a i tak nie wygrał ani jednego rozdania. Zrzędził, przesuwając monety przez wąski stół ku wysokiemu stosikowi drugiego strażnika.

Gen zebrał wygraną i zaczął tasować karty.

— Zagramy jeszcze raz? — spytał.

— Spasuję — odparł Parrish, wstając. Ciężkie fałdy płaszcza, rozchodzące się promieniście w czerwieni i złocie, przesunęły się po jego okrytych zbroją ramionach, a warstwy metalowych płytek napierśnika i nagolenników zabrzęczały, odpowiednio się układając.

— Ir chas era — powiedział Gen, przechodząc z języka królewskiego na prosty arnezyjski.

— Nie jestem rozgoryczony — odburknął Parrish. — Jestem spłukany.

— Daj spokój — podpuszczał go Gen. — Do trzech razy sztuka.

— Muszę się odlać — mruknął Parrish, poprawiając krótki miecz.

— Więc idź sikać.

Parrish zawahał się, sondując wzrokiem korytarz i szukając oznak kłopotów. Korytarz wyglądał spokojnie i pustawo, z wyjątkiem ładnych przedmiotów: portretów rodziny królewskiej, trofeów czy stołów (jak ten, przy którym grali); a na jego końcu znajdowała się para bogato zdobionych drzwi. Wykonane z drewna wiśniowego, nosiły żłobione i pokryte stopionym złotem królewskie godło kraju Arnes, czyli kielich i wschodzące słońce; ponad nim nici metalicznego światła tworzyły na wypolerowanym drewnie literę „R”.

Drzwi prowadziły do prywatnych komnat księcia Rhya, a Gen i Parrish jako członkowie jego osobistej straży trwali przed nimi na posterunku.

Parrish lubił księcia. Ten był zepsuty, oczywiście, ale to samo dotyczyło każdego władcy — tak przynajmniej Parrish przypuszczał, chociaż służył tylko jednemu — był też jednak dobroduszny i nadzwyczaj wyrozumiały dla swoich strażników (do diabła, sam dał Parrishowi talię kart, piękną, z pozłacanymi brzegami), a czasami, po nocy picia, porzucał pretensjonalny angielski i rozmawiał z nimi prostym językiem (jego arnezyjski był nieskazitelny). Jeśli już, Rhy zdawał się mieć poczucie winy z powodu ciągłej obecności strażników, jak gdyby uważał, że na pewno mają coś lepszego do roboty, niż stać przed jego drzwiami i zachowywać czujność (i, w rzeczywistości w trakcie większości nocy była to bardziej kwestia dyskrecji niż czujności).

Najlepsze były te wieczory, kiedy Rhy i pan Kell wychodzili do miasta, a Parrish i Gen mogli podążać w pewnej odległości za tamtymi lub książę całkowicie zwalniał ich z obowiązku i pozwalał pozostać przy sobie raczej dla towarzystwa niż dla ochrony (wszyscy wiedzieli, że pan Kell potrafi zapewnić księciu bezpieczeństwo lepiej niż ktokolwiek z jego straży). Ale obecnie Kell wciąż był daleko — co wpędzało wiecznie niespokojnego Rhya w paskudny nastrój — więc książę wcześnie wycofał się do swoich komnat, strażnicy stanęli na warcie i Gen pozbawił Parrisha większej części jego zapłaty.

Parrish zagarnął ze stołu hełm i poszedł sobie ulżyć; do wyjścia towarzyszył mu odgłos liczenia monet przez Gena. Nie spieszył się, czując, że towarzysz jest mu to winien, skoro wygrał od niego tak wiele linów. Lecz kiedy w końcu wrócił powoli do korytarza przed książęcymi pokojami, z przykrością znalazł go pustym. Nigdzie nie widział Gena. Zmarszczył brwi; tu kończyła się pobłażliwość. Hazard to jedno, ale jeśli pozostawią pokoje księcia bez nadzoru, ich kapitan będzie bardzo niezadowolony.

Karty nadal leżały na stole i Parrish zaczął je sprzątać, lecz przerwał, kiedy usłyszał w komnacie księcia męski głos. Ten fakt sam w sobie nie był dziwny — Rhy lubił przyjmować gości i nie ukrywał swoich odmiennych preferencji, a Parrish na pewno nie miał prawa kwestionować jego skłonności.

Jednak Parrish natychmiast rozpoznał ów głos; nie należał do żadnego z ulubieńców Rhya. Mężczyzna ów wymawiał słowa po angielsku, lecz z obcym akcentem, bardziej twardo niż po arnezyjsku.

Ten głos brzmiał jak cień w lesie pośród nocy. Był cichy, mroczny i zimny.

I należał do Hollanda. Antariego z daleka.

Parrish nieco pobladł. Wielbił pana Kella — za co Gen codziennie go krytykował — lecz Holland go przerażał. Nie wiedział, czy powodem jest osobliwy spokój w tonie tamtego, jego wyblakły wygląd, czy może nawiedzone oczy — jedno oczywiście czarne, drugie mętnie zielone. A może chodziło o to, że wydawał się stworzony bardziej z wody i kamienia niż z ciała, krwi i duszy. Jakkolwiek było, obcy antari zawsze przyprawiał Parrisha o gęsią skórkę.

Niektórzy ze strażników nazywali go za plecami panem Horrorem, ale Parrish nigdy się nie ośmielił.

„Co? — zadrwiłby Gen. — Przecież nie potrafi cię usłyszeć przez ścianę dzielącą nasze światy”.

„Nie wiesz tego — odpowiedziałby Parrish szeptem. — Może i potrafi”.

A teraz Holland znajdował się w pokoju Rhya. Powinien tam być? Kto pozwolił mu wejść?

„Gdzie jest Gen?” — zastanowił się Parrish, kiedy zajmował swoje miejsce przed drzwiami. Nie zamierzał podsłuchiwać, ale między lewą stroną drzwi a prawą była szpara, kiedy więc odwrócił nieznacznie głowę, przez ową szczelinę dotarły do niego słowa.

— Przepraszam za najście — powiedział Holland opanowanym, cichym głosem.

— Absolutnie nic nie szkodzi — odrzekł od niechcenia Rhy. — Ale cóż to sprowadza cię do mnie zamiast do mojego ojca?

— Byłem już u niego w interesach — stwierdził Holland. — Do ciebie przyszedłem po coś innego.

Pod wpływem kuszącego tonu Hollanda Parrishowi poczerwieniały policzki. Może byłoby lepiej opuścić posterunek, niż podsłuchiwać. Nie ruszył się jednak i słuchał, jak Rhy opada na pokryte poduszkami siedzenie.

— A cóż to takiego? — spytał książę Rhy podobnie flirciarskim tonem.

— Są prawie twoje urodziny, czyż nie?

— Prawie — przyznał Rhy. — Powinieneś wziąć udział w uroczystości. O ile twój król i królowa poradzą sobie bez ciebie.

— Boję się, że sobie nie poradzą — odparł Holland. — Ale przyszedłem tu właśnie z ich powodu. Kazali mi dostarczyć upominek.

Parrish usłyszał w głosie Rhya wahanie.

— Hollandzie — zaczął, a do Parrisha dotarł szelest przesuwanych poduszek, gdy książę pochylał się do przodu na siedzeniu — znasz prawo. Nie mogę przyjąć…

— Znam prawo, młody książę — uspokoił go Holland. — Jeśli chodzi o ten dar, przyniosłem go tutaj, do twojego miasta, w imieniu moich państwa.

Na długą chwilę zapadło milczenie, po czym Parrish usłyszał, że Rhy wstaje.

— Dobrze zatem — powiedział książę.

Słychać było odgłos podawania i otwierania paczki.

— Co daje? — spytał Rhy po kolejnej chwili ciszy.

Holland dziwnie się zaśmiał, a może tylko uśmiechnął; tak czy inaczej, Parrish nie był wcześniej świadkiem żadnej z tych sytuacji.

— Siłę — odparł antari.

Rhy zaczął coś mówić, lecz w tym momencie w całym pałacu rozdzwoniły się zegary, oznajmiając godzinę i zagłuszając ostatnie zdania, które wymienili ze sobą mężczyźni w pokoju. Dzwony wciąż jeszcze rozbrzmiewały echem w korytarzu, gdy drzwi się otworzyły i wyszedł Holland, a jego różnobarwne oczy od razu spoczęły na Parrishu.

Antari zamknął za sobą drzwi i przyjrzał się królewskiemu strażnikowi z westchnieniem pełnym rezygnacji. Przeciągnął dłonią po czarnych włosach.

— Odsyłasz jednego — mruknął, po części do siebie — a jego miejsce zajmuje drugi.

Zanim Parrish zdążył wymyślić odpowiedź, Holland wyjął z kieszeni monetę i pstryknął ją w powietrze ku niemu.

— Nie było mnie tutaj — oznajmił, kiedy moneta wzniosła się i opadła. Od momentu, w którym spoczęła w dłoni Parrisha, strażnik był w korytarzu sam i wpatrując się w monetę, zadawał sobie pytanie, jak tam trafiła, mając pewność, że o czymś zapominał. Ścisnął monetę, jak gdyby mógł w ten sposób złapać wymykające się wspomnienie i je zachować.

Ale wspomnienie już uleciało.

II

Nawet w nocy rzeka błyszczała na czerwono.

Kiedy Kell przeszedł z brzegu jednego Londynu na brzeg drugiego, ciemne wody Tamizy zastąpił ciepły, równomierny blask rzeki Isle. Mieniła się jak klejnot, oświetlona z wnętrza, ta strużka stałego światła wijącego się przez Czerwony Londyn. Źródło.

Żyła mocy. Arteria.

Niektórzy sądzili, że magia pochodzi z umysłu, inni, że bierze się z duszy, z serca lub z woli.

Ale Kell wiedział, że magia pochodzi z krwi.

Krew była magią, która się objawiała. Tam się rozwijała. I tam zatruwała. Kell widział już, co się dzieje, kiedy moc walczy z ciałem, obserwował, jak ciemniała w żyłach zdeprawowanych, zmieniając ich krew z karmazynowej w czarną. Jeśli czerwony był kolorem magii w równowadze — harmonii pomiędzy mocą i człowieczeństwem — to w takim razie czarny był kolorem magii bez równowagi, bez porządku, bez ograniczeń.

Jako antari był stworzony z obu, z równowagi i chaosu; krew w jego żyłach, jak Isle Czerwonego Londynu, płynęła lśniącym, zdrowym szkarłatem, natomiast jego prawe oko miało kolor rozlanego atramentu, pełnej blasku czerni.

Chciał wierzyć, że jego siła pochodzi wyłącznie z krwi, lecz nie mógł zignorować podpisu mrocznej magii, który szpecił mu twarz. Magia wpatrywała się w niego z każdego zwierciadła i każdej pary zwykłych oczu, kiedy rozszerzały się z respektu lub strachu. Szumiała mu w czaszce, ilekroć wzywał moc.

Jednak jego krew nigdy nie ciemniała. Płynęła — prawdziwa i czerwona. Dokładnie tak samo jak Isle.

Na rzece, na moście ze szkła, brązu i kamienia, stał pałac królewski. Był znany jako Soner Rast. „Bijące Serce” miasta. Jego zakrzywione wieże skrzyły się niczym kropelki światła.

Ludzie gromadzili się obok pałacu nad rzeką dniem i nocą, niektórzy z zamiarem przedstawienia swojej sprawy królowi lub królowej, ale większość po prostu pragnęła być blisko płynącej poniżej Isle. Uczeni przychodzili na brzeg studiować źródło, magowie — z nadzieją na wykorzystanie jego mocy, natomiast goście z okolic stolicy chcieli przyjrzeć się pałacowi i rzece oraz wszędzie wzdłuż brzegu złożyć kwiaty — od lilii po pierwiosnki, od azalii po dzwoneczki.

Kell zatrzymał się w cieniu sklepu po drugiej stronie ulicy od strony Isle. Patrzył na świetlisty niczym wschodzące nad miastem słońce pałac i przez chwilę widział go w taki sposób, w jaki najpewniej postrzegali go goście. Podziwiał.

A potem ból szarpnął jego ramieniem i Kell się opamiętał. Skrzywił się, zawiesił ponownie podróżną monetę na szyi i ruszył ku rzece, której brzegi tętniły życiem.

Nocne Targowisko działało pełną parą.

W kolorowych namiotach w światłach Isle, latarni i księżyca przekupnie sprzedawali towary — jedni produkty żywnościowe, a inni ozdoby, magiczne i zwyczajne — miejscowym i pielgrzymom. Młoda kobieta oferowała śniedki, które goście mogli położyć na pałacowych schodach. Starzec prezentował na wyciągniętym ramieniu dziesiątki naszyjników, a każdy ozdobiony wypolerowanym kamykiem i symbolami, które miały wzmacniać kontrolę nad którymś z żywiołów.

Delikatna woń kwiatów ulotniła się przytłoczona aromatem gotowanego mięsa i świeżo zerwanych owoców, intensywnych przypraw korzennych i grzanego wina. Mężczyzna w ciemnych szatach zachwalał smażone w cukrze śliwki, a kobieta obok niego sprzedawała kamienie do wróżenia. Jeden ze sprzedawców nalewał parującą herbatę do małych szklanych kieliszków, naprzeciwko jaskrawy stragan drugiego wabił maskami, trzeci zaś oferował maleńkie flakoniki z wodą zaczerpniętą z Isle, a ich zawartość wciąż jeszcze słabo mieniła się blaskiem rzeki. Każdej nocy roku targowisko żyło, oddychało i prosperowało. Stragany ciągle się zmieniały, lecz energia pozostawała, stanowiąc część miasta, tak samo jak i rzeki, której mocą się żywiła. Kell szedł brzegiem, przeciskając się przez wieczorny tłum, delektując się smakiem i zapachem powietrza, upajając odgłosami śmiechu i muzyki, dudnieniem magii.

Uliczny czarodziej pokazywał gromadce dzieci sztuczki z ogniem. Kiedy z jego złączonych rąk buchnęły płomienie i ułożyły się w kształt smoka, jeden z chłopców cofnął się zaskoczony i wpadł prosto na Kella. Antari chwycił go za rękaw, żeby nie upadł na uliczne kamienie, i pomógł mu się wyprostować.

Chłopiec już miał wymamrotać podziękowanie i przeprosiny, kiedy podniósł głowę, dostrzegł pod włosami Kella jego czarne oko i wytrzeszczył dwoje własnych — jasnobrązowych.

— Mathieu — zganiła malca jakaś kobieta, kiedy oderwał się od ręki Kella i uciekł pod jej pelerynę. — Wybacz, panie — powiedziała po arnezyjsku, potrząsając głową. — Nie wiem, co mu…

W tym momencie zobaczyła twarz Kella i zamilkła. Przyzwoitość nie pozwoliła jej się odwrócić i uciec, jak zrobił to syn, lecz jej zachowanie było znacznie gorsze. Ukłoniła się na ulicy tak nisko, że Kella ogarnęła obawa, czy kobieta się nie przewróci.

— Aven, Kell — oznajmiła, zadyszana.

Antari poczuł ucisk w żołądku i chciał złapać ją za ramię, mając nadzieję podnieść ją, zanim ktoś inny zobaczy jej poddańczy gest, ale nie znajdował się dostatecznie blisko, zresztą było już na to za późno.

— Chłopiec… nie… nie patrzył — wyjąkała, szukając w głowie słów po angielsku, w języku królewskim.

Z tego powodu Kell wzdrygnął się jeszcze mocniej.

— To była moja wina — powiedział łagodnym tonem po arnezyjsku, chwytając ją za łokieć i skłaniając do powstania z ukłonu.

— On po prostu… po prostu… cię nie rozpoznał — ciągnęła kobieta, wyraźnie wdzięczna, że może mówić zwyczajnym językiem. — To przez twój strój.

Kell spojrzał w dół, na siebie. Zamiast typowego ubrania nadal nosił brązową, postrzępioną kurtkę z Rzutu Kamieniem. Wcale nie zapomniał jej zmienić. Po prostu chciał się pokręcić anonimowo po jarmarku, tylko przez kilka minut, niczym jeden z miejscowych lub pielgrzymów. Niestety, fortel się nie udał. Słyszał teraz, że nowina rozchodzi się wśród zebranych, a kiedy goście Nocnego Targowiska uświadomili sobie, kto jest wśród nich, atmosfera całkowicie się zmieniła.

Do czasu, aż antari puścił ramię kobiety, tłum rozstępował się przed nim, śmiech i krzyki osłabły do nabożnych szeptów. Rhy wiedział, jak sobie radzić w takich chwilach, jak je wykorzystać, jak obrócić na własną korzyść.

A Kell chciał tylko zniknąć.

Spróbował się uśmiechnąć, ale wiedział, że jego mina przypomina raczej grymas, więc życzył kobiecie i jej synowi dobrej nocy, po czym ruszył szybko brzegiem rzeki. Gdy szedł, ciągnęły się za nim szepty ulicznych handlarzy i klientów. Nie odwracał się, lecz mamrotania towarzyszyły mu przez całą drogę, aż do zasypanych kwiatami schodów królewskiego pałacu.

Kiedy wspinał się po stopniach, strażnicy nie ruszyli się ze swoich stanowisk, potwierdzając jego obecność jedynie lekkim kiwnięciem. Był wdzięczny, że większość z nich się nie kłania — tylko strażnik Rhya, Parrish, wyraźnie nie był w stanie się oprzeć, ale przyzwoitość przynajmniej kazała mu zachować dyskrecję. Idąc po schodach, Kell zdjął kurtkę i odwrócił ją z prawej strony na lewą. Gdy wsunął ponownie ręce w rękawy, nie były już obszarpane i poplamione sadzą. Teraz miał na sobie strój piękny, elegancki, błyszcząco czerwony, tak jak płynąca pod pałacem Isle.

Czerwień zarezerwowano tu dla członków rodziny królewskiej.

Kell przystanął na najwyższym stopniu schodów, zapiął lśniące złote guziki i wszedł.

III

Znalazł ich na dziedzińcu, gdzie pod bezchmurnym nocnym niebem i baldachimem jesiennych drzew pili późną herbatkę.

Król i królowa siedzieli przy stole, podczas gdy Rhy leżał rozciągnięty na sofie, znowu rozwodząc się nad swoimi urodzinami i mnóstwem atrakcji, które miały się z nimi łączyć.

— Urodziny to jeden dzień — złajał go król Maxim, strzelisty mężczyzna o szerokich barach, błyszczących oczach i czarnej brodzie, nie podnosząc wzroku znad stosu dokumentów, które czytał. — Nie parę dni i na pewno nie tydzień.

— Dwadzieścia lat! — odparował książę Rhy, machając pustą filiżanką. — Dwadzieścia! Kilka dni świętowania z pewnością nie wydaje się przesadą. — Jego bursztynowe oczy skrzyły się psotnie. — A poza tym połowa fety i tak jest dla ludzi. Kim jestem, aby odmawiać im rozrywki?

— A druga połowa? — spytała królowa Emira. Długie ciemne włosy nosiła przeplecione złotą wstążką i zebrane w ciężki warkocz na plecach.

Rhy błysnął charakterystycznym dla siebie, ujmującym uśmiechem.

— Matko, to ty postanowiłaś znaleźć mi narzeczoną.

— Tak — przyznała z roztargnieniem, ustawiając równo zastawę — jednak wolałabym nie zmieniać z tej okazji pałacu w lupanar.

— Żaden lupanar! — obruszył się Rhy, przeczesując palcami gęste czarne włosy i naruszając wsunięty w nie cienki złoty okrąg. — Chodzi jedynie o skuteczny sposób oceny wielu koniecznych atrybutów u kogoś, kto… Ach, Kell! Kell mnie poprze w moich dążeniach.

— Uważam ten pomysł za okropny — wyznał antari, który szedł ku nim wielkimi krokami.

— Zdrajca! — mruknął Rhy, udając znieważonego.

— Ale — dodał Kell, podchodząc do stołu — on zrobi to i tak. Równie dobrze możecie zorganizować przyjęcie w pałacu, gdzie utrzymacie go z dala od kłopotów. Albo je w każdym razie zminimalizujecie.

Rhy się rozpromienił.

— Brzmi logicznie, brzmi logicznie — oznajmił, przedrzeźniając głęboki głos swego ojca.

Król odłożył dokument, który trzymał, i przyjrzał się Kellowi.

— Jak twoja podróż?

— Dłuższa, niżbym chciał — odparł Kell, przetrząsając kieszenie swoich okryć, aż znalazł list od księcia regenta.

— Zaczynaliśmy się martwić — zauważyła królowa Emira.

— Król nie miewa się dobrze, a książę jeszcze gorzej — odrzekł Kell, podając liścik. Maxim wziął go i odłożył na bok bez czytania.

— Siadaj — zaleciła królowa. — Blado wyglądasz.

— Dobrze się czujesz? — spytał król.

— Dość dobrze, panie — powiedział Kell, opadając z wdzięcznością na krzesło przy stole. — Jestem jednak zmęczony.

Królowa wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka. Cerę miała smaglejszą niż Kell — członkowie rodziny królewskiej cechowali się intensywną opalenizną, dzięki której, wraz z miodowymi oczyma i czarnymi włosami, wyglądali jak wyrzeźbieni z polerowanego drewna. Z powodu swojej jasnej karnacji i rudawych włosów Kell stale czuł, że do nich nie pasuje. Królowa odgarnęła z jego czoła kilka miedzianych kosmyków. Zawsze szukała prawdy w jego prawym oku, jak na tablicy do wróżb, w którą można zajrzeć, by zobaczyć przyszłość. Ale tym, co widziała, nigdy się nie dzieliła. Kell wziął jej dłoń i pocałował.

— Nic mi nie jest, Wasza Wysokość. — Posłała mu znużone spojrzenie, więc się poprawił: — Matko.

Pojawił się służący z herbatą, słodką i zaprawioną miętą. Kell wypił duży łyk i pozwolił swojej rodzinie rozmawiać, a jego umysł błądził wśród ich uspokajających głosów.

Kiedy prawie nie mógł już utrzymać otwartych oczu, przeprosił, gdyż zamierzał odejść. Rhy również wstał z sofy. Kell nie był zaskoczony. Odkąd zajął miejsce, czuł na sobie spojrzenie księcia. Teraz, kiedy życzyli rodzicom dobrej nocy, Rhy wyszedł za nim na korytarz, bawiąc się złotym kręgiem wsuniętym w czarne loki.

— Co przegapiłem? — spytał Kell.

— Niewiele — odrzekł Rhy. — Holland złożył wizytę. Dopiero co odszedł.

Kell zmarszczył brwi. Londyny Czerwony i Biały pozostawały w dużo bliższych kontaktach niż Czerwony i Szary, ale ich stosunki były dość formalne. Holland zjawił się niemal o tydzień za wcześnie.

— Z czym wróciłeś dziś wieczorem? — spytał Rhy.

— Z bólem głowy — odpowiedział Kell, przecierając oczy.

— Wiesz, o czym mówię — naciskał książę. — Co przeniosłeś przez drzwi?

— Nic poza kilkoma naszymi monetami. — Kell rozłożył szeroko ramiona. — Obszukaj mnie, jeśli chcesz — dodał z uśmieszkiem. Rhy nigdy nie zdołał się zorientować, że jego okrycie ma wiele stron, i Kell już chciał odejść, uważając sprawę za załatwioną, kiedy książę go zaskoczył — sięgnął nie do jego kieszeni, lecz ku jego ramionom, po czym przyparł go do ściany. Energicznie. Pobliskie malowidło przedstawiające króla i królową zatrzęsło się, ale nie spadło. Strażnicy rozstawieni w korytarzu zerknęli, jednak żaden nie ruszył się ze swojego miejsca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki