Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po pojmaniu przez czarnych rycerzy Zephyr Eurus trafia na dwór tajemniczego ludu Hezurkaroi jako gość honorowy wyjątkowej kobiety, która wie o nim i o pamięci świata więcej, niż powinna.
Stając naprzeciw niej, rozpoczyna samotną i nierówną walkę, której znaczenie i stawka wykraczają poza jego świat, misję i towarzyszy.
Tom zamykający pierwszą odsłonę Historii Zephyra Eurusa w cyklu archeofantasy Zerythar.
Zalecane dla czytelników od 18. roku życia. Zawiera sceny przemocy i nagość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 893
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zerythar: Pamięć Hezurkaroi
Historia Zephyra Eurusa
Tom III
J. M. Jazgarski
Okładka: Magdalena Klipo
Redakcja: J. M. Jazgarski
© Wydawnictwo Memoro, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-980524-4-3
Wydanie pierwsze
Uwaga dla Czytelnika
Zerythar: Pamięć Hezurkaroi to książka dla dorosłych odbiorców. Zawiera sceny drastycznej przemocy, wulgarny język, motywy manipulacji psychicznej i cielesnej oraz opisy nagości i sytuacji intymnych.
Zalecana dla czytelników od 18. roku życia.
SPIS TREŚCI
PROLOG
AKT I
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
AKT II
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
AKT III
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
XXXIII
XXXIV
XXXV
XXXVI
XXXVII
XXXVIII
XXXIX
EPILOG
MAPY
GLOSARIUSZ
SPIS BOHATERÓW
PODZIĘKOWANIA
O AUTORZE
WIĘCEJ O ZERYTHAR
Ez gara bizi garena — Minaiz eta oroitz gara, heriotzaren ondoren ere iraungo dutenak.
Czwarty dzień pierwszego tygodnia Unumy roku dwieście dziewięćdziesiątego czwartego.
Dzień narodzin Zephyra Eurusa. Jego dwudzieste drugie urodziny.
Rocznica, która zdawała się ważna w życiu każdego człowieka. Każdej żywej istoty, która przychodzi na ten świat i która na nim świadomie trwa. Data początkująca każdą pojedynczą historię i stanowiąca stępkę dla każdej pamięci.
Sam Zephyr nie przykładał jednak do niej dużej wagi. Znał ją, bo musiał znać dla celów urzędowych, lecz nigdy jej szczególnie nie celebrował.
Pamiętał jedynie, jak jego rodzice starali się umilać mu ten dzień. Dawali wolne w cechu, kupowali słodkie bułeczki i pozwalali mu przesiadywać w Bibliotece Palatyńskiej do jej zamknięcia, gdy sami wracali do pracy po obiedzie.
Tak wyglądały niemalże wszystkie jego urodziny do piętnastego roku życia.
Również gdy wstąpił do Unaro w trakcie piątego Tago de Ŝanĝo roku dwieście osiemdziesiątego siódmego Ery Jedności. W dzień pozwalający każdemu mieszkańcowi Dwukontynentu stać się częścią wielkiego dzieła idei Jedności. Wówczas dowiedział się, że Wspólnota na swój sposób również celebruje ten dzień.
Każdy Unaristo otrzymywał od swojego mistrza słowne życzenia i zwolnienie z posługi na „poszerzanie horyzontów poznawczych”. Zephyr cenił te dni, bo mógł robić to, co niegdyś w Palatynum — poznawać historię świata Zerythar i Dwukontynentu oraz uczęszczać na wykłady w komórce Arkivaroj katedry w Urbo de Oriento.
W tamtym czasie należał do Scivolaroj — Ciekawości — jednostki odpowiedzialnej za odkrywanie świata na mapach i badanie nieznanego. Zephyr postrzegał badanie historii jako element swojej posługi: by móc szerzyć ideę Unaro na nieznanych lądach i podpierać się rzeczową wiedzą o powstaniu ich Wspólnoty. Nie należał jeszcze do Virtaroj, lecz traktował nauki historyczne i archeologiczne jako pokrewne tym badanym przez inne komórki Kuratoroj.
W końcu wszystko ma swój początek… W końcu…
— W końcu się obudziłeś, drogi Zephyrze. Naprawdę długo spałeś… I zanim o cokolwiek spytasz, wiedz, że dziś czwarty dzień pierwszego tygodnia Unumy… Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Takie słowa przywitały go w dzień jego dwudziestych drugich urodzin, gdy ocknął się po zasadzce, w jaką wpadł razem z Yorin i Severianem w mieście Furukawa, raptem jeden dzień wcześniej.
Melodyjny głos jasnowłosej kobiety, która hipnotyzowała go spojrzeniem, dźwięczał, gdy leżał w najmiększym łożu, w jakim kiedykolwiek dane mu było spoczywać.
Jej delikatny uśmiech od razu go onieśmielił, mimo że jej nie znał. Żadne słowo nie było w stanie wydobyć się z ust Zephyra po tym, co usłyszał i zobaczył. Wpatrywał się w nią oszołomiony, nie mogąc pojąć, co dzieje się wokół niego.
Czuł kojący zapach kadzideł i słodycz, która pojawiła się, gdy poruszyła lekko głową, składając mu urodzinowe życzenia — znany mu aromat, a jednocześnie odległy i obcy.
Myśli nie potrafiły ułożyć spójnej narracji…
Wpadliśmy w zasadzkę… w mieście Furukawa… zastawioną przez czarnych rycerzy…
Nadal tonął w głębi patrzących na niego popielatych oczu, w których delikatnie pulsowały dwie widoczne czarne obwódki — na tęczówce i na jej środku.
Zostałem zaproszony… jako honorowy gość…
Ona nie ruszała się, jakby delektowała się jego przerażeniem, niedowierzaniem i ludzkim szokiem.
Yorin i Severian… uratowałem ich… i…
Uśmiech na jej twarzy się nie zmieniał i pozostawał tak samo troskliwy i ciepły.
Po uśpieniu… przeniesiono mnie… najpewniej na ich dwór…
Gdy ostatnia myśl spajała się w całość, ona mrugnęła, niemalże wytrącając go z rytmu własnego toku rozumowania.
Na dwór… Ludu Kościanych Twierdz…
Nie musiał nic mówić — jasnowłosa kobieta zdawała się wiedzieć, co pomyślał, i skwitowała to tylko szerszym ciepłym uśmiechem.
Tak wyglądał początek Zephyra na dworze ludu Hezurkaroi.
Pewne opamiętanie przyszło z innego kąta pokoju, w którym znajdował się razem z jasnowłosą kobietą.
— Obudził się, Pani Siostro? — Znajomy ton głosiku, tym razem już nie w uaento, lecz w hezari, uderzył jego involontaire — nagle i bez ostrzeżenia. Dźwięki morza i krzyki marynarzy wróciły niczym żywe.
Podniósł się ostrożnie, spojrzał przed siebie, a potem w prawo za podporę baldachimu. Tam dostrzegł ją, Larethe Vezakar, dziesięcioletnią gapowiczkę z ich eksplorŝipoRememoro, którym wspólnie płynęli na Zaihon. Bursztynowa spinka wciąż tkwiła w jej włosach, lecz fryzura przypominała teraz tę, którą miała siedząca obok kobieta.
Dziewczynka nosiła coś w rodzaju dworskiej sukni — uszytą z czarnej tkaniny, przeszywaną białymi nićmi. Na szyi połyskiwał łańcuszek z białego złota z osadzonym wisiorkiem z kościanym ornamentem.
W oczach Larethe nie pojawiły się łzy. Skoro minął już jeden dzień, odkąd się pojawił w tym miejscu, musiała oswoić się z widokiem przed swoimi oczami. Widokiem żywego Zephyra.
Podbiegła od drugiej strony łoża i wspięła się na wysokie posłanie. Przytuliła go za szyję, a on — bez namysłu — objął ją ramieniem.
Była ostatnią osobą, którą spodziewał się ujrzeć. Gdziekolwiek się właśnie znajdowali.
Przez cały ten czas zerkał na kobietę siedzącą obok. Nie poruszyła się ani na chwilę. Na jej twarzy tkwił sam uśmiech, ten sam wzrok — jakby czekała, aż sam coś powie.
— Jak? — spytał wreszcie Zephyr w hezari, kierując słowa do siedzącej obok kobiety.
— Moja słodka Larethe została uratowana tak samo jak wy wszyscy — odparła w tym samym języku. — Dzięki dobroci pobratymców Oliego. Rozpoznali w niej jedno z naszych dzieci, dlatego trafiła tutaj.
Zephyr przez krótką chwilę próbował pojąć, kim jest „Oli”. Szybko ułożył fakty. Taki podpis widniał w piśmie skradzionym z Sankyo. A skoro wspomniała o Shinrinie Olorikaze z taką lekkością, musiała —
Nie dokończył myśli. Na posłanie wskoczyło niewielkie stworzenie o ognistym futrze i pręgowanym, puszystym ogonie, którego koniec przypominał wachlarz z płomieni zakończonych białymi refleksami. Uszy miało trójkątne, a oczy błyszczały jak wypolerowany bursztyn.
— Spokojnie, Suun. Daj naszemu gościowi jeszcze chwilę odpoczynku. Potem się z nim pobawisz. — Kobieta uśmiechnęła się cieplej, zerkając na pupila. Jej głos, mimo twardych spółgłosek hezari, brzmiał jak cicha melodia, którą łatwo było śledzić, a trudno przerwać.
Zwierzę podeszło bliżej niego i dziewczynki, po czym polizało ich po policzkach. Larethe zaśmiała się cicho i od razu przytuliła futrzaka, chowając twarz w jego miękkim, miedziano-złotym futrze.
Zephyr usłyszał wtedy delikatne kroki — krótkie, rytmiczne uderzenia pazurów o kamień posadzki.
Z drugiej strony łoża podeszło drugie podobne, nieco większe stworzenie. Miało ciemniejsze, brunatnoczarne futro z przebłyskami szarości jak popiół w ogniu. Ogon był dłuższy i cięższy, przypominał segmentowane żebra, a oczy — mlecznobiałe, zapewne ślepe — zdawały się śledzić i tak każdy ruch.
— To jest Paar — odezwała się kobieta, po raz pierwszy zmieniając pozycję. Lewą ręką pogłaskała zwierzaka po karku i spytała po chwili, zerkając na swojego gościa:
— Wiesz, czym są czerwone pandy?
— Nawet nie wiedziałem, że to są pandy — odparł Zephyr, sam zdziwiony, jak uprzejmie to zabrzmiało i jak łatwo wszedł w rozmowę.
— To bardzo rzadkie ssaki. Te dwie dostałam na swoje dziesiąte urodziny. Symbolizują unikalność, cierpliwość i wytrwałość. Są moimi kochanymi pupilami i nie opuszczają mnie na krok od piętnastu lat.
Ostatnie słowa wypowiedziała z tym samym spojrzeniem co przy jego przebudzeniu — miękkim, lecz nieprzeniknionym.
Zephyr zmusił się do kalkulacji. Dwudziestopięciolatka. Rzadkie zwierzęta. „Pani siostra” z ust Larethe. Oli. Cała ta otoczka.
Już miał zadać pytanie, gdy kobieta nagle wstała — jakby ponownie wyczuła jego intencje. Przemówiła do dziewczynki nadal w hezari:
— Moja słodka Larethe. Tak jak rozmawiałyśmy. Pomóż Zephyrowi dojść do siebie, odpowiednio przygotuj i przyjdź z nim do moich komnat. I pamiętaj…
Przyłożyła palce do ust i przekręciła nimi przy wargach niczym zamkiem. Uśmiechnęła się łagodnie. Dziewczynka powtórzyła gest i rozpromieniła się.
Wtedy Zephyr dostrzegł jej całą sylwetkę. Dzięki cienkim szatom dało się zauważyć proporcje jej ciała — wysoka, o pół głowy wyższa od niego, smukła, pełna gracji i spokoju, który bardziej przypominał czujność niż łagodność. Poruszała się płynnie, jakby każdy ruch był częścią zaplanowanego rytuału. Włosy sięgały niemal do ud — proste, lśniące, z jednym czarnym pasmem przecięcia na lewej stronie.
Poczuł lekkie ukłucie w głowie, gdy jej prawa dłoń objęła lewą. Dwa kościane pierścienie na palcu wskazującym i serdecznym, a także naszyjnik z nieznanym mu symbolem. Nie miał wątpliwości, czym była część jej biżuterii.
Odwróciła się, a końcówki włosów niemal nie drgnęły, zostając w miejscu. Dopiero gdy ruszyła, opadły z opóźnieniem, jak gdyby powietrze nie chciało jej dotknąć. Zapach jej słodkich perfum wypełnił przestrzeń mimo kadzideł.
Zephyr patrzył na to ponownie oszołomiony, dopóki ciepły język Suun nie musnął jego policzka. Stworzenie zeskoczyło z łoża i dołączyło do Paara.
Cała trójka — kobieta i oba zwierzęta — ruszyła w stronę drzwi. Te rozsunięto od zewnątrz, a czarna stalowa rękawica, która przytrzymała framugę, nie pozostawiała wątpliwości, że wyjście było obstawione przez znanych mu rycerzy.
Zephyr zdołał z siebie wydusić jedno pytanie:
— Czy jestem twoim więźniem?
Odwróciła głowę w jego stronę. Ruch był spokojny, zmysłowy, wykonany tylko po to, by dać mu nadzieję, że usłyszy prawdę. W świetle płynącym z korytarza jej oko błysnęło niczym kawałek szkliwa.
— Honorowym gościem tego dworu, drogi Zephyrze. Myślałam, że tutejsi rycerze przekazali ci tę informację. Porozmawiamy dłużej przy posiłku. Na razie zrelaksuj się i rozkoszuj chwilą, a po niej na pewno przyjdzie oświecenie…
Odwróciła się powoli i wyszła. Drzwi zamknęły się za nią tą samą dłonią w stalowej rękawicy. Przez chwilę słychać było tylko rytmiczne kroki — metalowe trzewiki zbrojnych uderzające o kamień, jak i pazurki czerwonych pand — aż w końcu i one ucichły.
Czy to możliwe, że faktycznie nikt nie stał za drzwiami? Może nie kłamała?
Larethe zeskoczyła z posłania i ruszyła w stronę stolika stojącego w głębi pokoju.
Zephyr, wciąż siedząc na łóżku, rozejrzał się po otoczeniu. Całe pomieszczenie wydawało się wykończone czarnym marmurem. Ściana za jego plecami była niemal pusta — jedynie kandelabry stojące na dwóch szafkach nocnych rozjaśniały mrok tej części pokoju migotliwym światłem. Na jednej z nich leżały jego trzy artefakty, co wyjaśniało, czemu dalej korzystał z mowy hezari. Przed nim płonęło drewno w kominku, dając ciepły, równy blask. Obok znajdował się okrągły stolik z wazą i kielichami, do którego zmierzała dziewczynka. Za nim umieszczono dużą, ciężką szafę.
Po lewej stronie stało misternie rzeźbione krzesło z tego samego ciemnego drewna co łoże. Po prawej — wysokie okna zasłonięte ciężkimi czarnymi kotarami, przez których wąskie szpary wdzierało się mleczne światło dnia. Przed nimi znajdował się długi stół z kadzielnicami, które dalej tliły się gęstym dymem.
W skrajnym rogu sali połyskiwała czarna tafla fortepianu. Na podłodze, po obu stronach łóżka i na środku komnaty, leżały czerwono-czarne dywany z barwionej wełny, utkane w gęsty, spiralny wzór przypominający splątane korzenie.
Zephyr przemówił do dziewczynki już w uaento:
— Rozumiem, że nic mi nie powiesz — zważywszy na ten gest kłódki na ustach?
— Pani Siostra chce ci wszystko sama opowiedzieć — odparła radośnie. Przystanęła przy stoliku, wzięła karafkę i nalała płyn do srebrnego kielicha. Potem ostrożnie podeszła do łóżka, niosąc napój w obu dłoniach.
— Wszystkiego najlepszego! — krzyknęła z radością, a on uśmiechnął się niepewnie. Wykonała lekki ukłon i wystawiła kielich w jego stronę.
Wziął go od niej ostrożnie, bojąc się, że jakoś zniszczy ten moment. Patrzył w kielichu na swoje odbicie i zieleń własnych oczu. Gęste, ciemne wino rozjarzało się rubinowo w świetle świec. Upijając łyk, poczuł, że jego oczy rozjaśniają się mimowolnie. Nigdy nie pił niczego lepszego.
Entuzjazm dziewczynki nagle zgasł. Spojrzała w dół, jakby coś sobie przypomniała.
— Czy ten straszny cień dalej jest z tobą? — spytała cicho. — Bo nadal słyszę tego chłopca… Tylko teraz brzmi łagodniej.
Zephyr zamarł, trzymając kielich w dłoni.
— Już nie, Larethe — odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. — Dużo się wydarzyło przez te kilka miesięcy.
— Rozumiem — powiedziała szeptem. — Gdy spadaliśmy… a statek się rozpadał i widziałam go za tobą… Bałam się, że coś ci zrobi.
Zephyr zakrztusił się winem.
— Widziałaś to?! — wyrwało mu się, a czerwony płyn rozlał się na dłoń i spłynął po palcach na posłanie.
Kiwnęła główką i po chwili znowu się rozpromieniła.
— Tak — odparła szybko. — Byłam też pewna, że go usłyszałam, kiedy cię tu ułożyli. Pani Siostra też mi mówiła, że już go przy tobie nie ma. Ale musiałam to usłyszeć od ciebie — dodała ciszej, jakby sama niepewna, czy powinna o to pytać.
— A czy… Isandra albo pan Sero przeżyli ten upadek? Anari? Pan Zerantas lub Vilhelm? Nawet ten niemiły marynarz? Ktokolwiek?
Zamilkła i spuściła wzrok, gdy nie odpowiedział jej od razu.
— Isandra, Anari i Dexion mają się dobrze — odpowiedział spokojnie, po czym spojrzał na posłanie i plamy wina. Mistrz Erythros najpewniej nie przetrwał na morzu. Ostatnia nadzieja na jego ratunek przepadła wraz z jej smutkiem. Pamięć o reszcie towarzyszy ponownie uczcił w myśli.
Sam Zephyr jednocześnie zastanawiał się, co począć z tą sytuacją. Nie miał pojęcia, gdzie właściwie się znajduje. Na pewno gdzieś na północy, choć bramy łączyły cały Zaihon i rycerze mogli go przenieść gdziekolwiek.
Myśl o Yorin przemknęła przez jego głowę mimochodem. Miał nadzieję, że udało się jej i Severianowi wrócić do jaskini… lecz myśl natychmiast przeszła do obrazu całej kolonii w Gyo. Na pewno będą skonsternowani, co robić.Poradzą sobie beze mnie, dopóki nie znajdę sposobu na opuszczenie tego miejsca.
— To dobrze… — szepnęła przygaszona dziewczynka po dłuższej chwili, po czym ruszyła w stronę szafy. — Pani Siostra prosiła, żebyś się ubrał wygodnie na ucztę. Tutaj znajdziesz wszystkie ubrania. Ludzie Tirko zmierzyli cię, gdy spałeś, i przygotowali kilka strojów.
Patrzył na nią, wciąż trzymając kielich. Myślał, jak z nią rozmawiać, zanim nadejdzie ta „uczta”. Larethe musiała wiedzieć więcej niż mówiła. W końcu jawnie zostało to zamanifestowane i spędziła tu najpewniej cały swój pobyt na Zaihon.
Jego „gospodyni” rozpoznawała artefakty, mówiła o rzeczach, których normalna osoba nie mogła wiedzieć. O jej pozycji nie wspominając. Musiał się choćby jakkolwiek przygotować na to spotkanie.
W końcu spytał, przechodząc na hezari:
— Jak szybko nauczyłaś się tej mowy?
Dziewczynka, wyraźnie zaskoczona, że spytał ją w tym języku, odpowiedziała również w hezari, z twardszym akcentem niż jego gospodyni:
— W ponad miesiąc. Uczono mnie, odkąd się tu obudziłam. Bardzo łatwo mi się to udało. Jakbym znała ten język od zawsze. — Wskazała na niego palcem. — A ty czemu tak ładnie mówisz w hezari?
Zephyr sięgnął na szafkę nocną po przycisk do zwoju pamięci Munjo i odpowiedział łagodnie:
— Mam drobne wsparcie z tego artefaktu.
Po wskazaniu przedmiotów, Larethe powiedziała dumnie:
— Pani Siostra sama je tu położyła i kazała nikomu ich nie dotykać. Tylko tobie po wybudzeniu — odparła, opierając ręce na biodrach dla podkreślenia wagi tych słów.
Uznał to za kolejny dowód tego, że chyba faktycznie nie był więźniem. Zazwyczaj każdy próbowałby odebrać mu artefakty.
— Pani Siostra wydaje się bardzo miła — powiedział, zerkając na puste krzesło. Słowa zabrzmiały w jego ustach zbyt miękko, zbyt ulegle. Nie spodziewał się tego tonu po sobie.
Nagłe ukłucie niepokoju przeszyło mu myśli. Zerknął na kadzidła — czy otumaniali go w ten sposób? Nie, to nie mogło być to. Larethe nie wyglądała, jakby była pod wpływem czegokolwiek.
Przerwała jego rozważania.
— Oczywiście! Tak miła jak ty, Isandra, Anari czy wasi mistrzowie — powiedziała z uśmiechem. — Gdy tylko się ocknęłam, od razu się mną zajęła i —
Urwała i zrobiła palcami ten sam gest zachowania sekretu — przekręcania klucza przy ustach.
Była czujna. Przecież każdy chwalił ją za bystrość jeszcze na statku — pomyślał Zephyr.
— Jak ci się tu w takim razie podoba? — Spróbował z innej strony.
— Bardzo! — odparła z zapałem i podbiegła do fortepianu. — Pani Siostra umie przepięknie grać. Ja też umiem, bo mój tata mnie uczył w Urbo de Oriento, ale ćwiczyłam też tutaj. Chcesz, żebym ci coś zagrała?
Kiwnął głową. Dziewczynka usiadła na stołku, ledwo dosięgając pedałów. Dźwięk rozlał się po pokoju lekką, nierówną melodią — zagraną z dziecięcą prędkością, pełną pauz i niepewnych tonów, a mimo to przypominającą kołysankę.
Zephyr zdjął z siebie okrycie i dopiero wtedy dostrzegł, że ma na sobie bordową, miękką dwuczęściową szatę nocną z cienkiego jedwabiu i delikatnie haftowaną przy mankietach. Trzymając kielich w dłoni, opuścił gołe stopy na kamienną posadzkę. Ta była ciepła, więc system grzewczy działał podobnie jak w pałacu w Gyo. Podszedł do kotary i lekko ją odsunął.
Larethe spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała — najwyraźniej mógł to uczynić.
Za wysokim oknem padał śnieg. Górskie szczyty znikały w chmurach, a świat zdawał się otulony srebrem i zimową ciszą. Byli wysoko — powietrze wydawało się rzadsze, a światło jaśniejsze niż powinno.
Pod budynkiem i za jego placem wiła się wąska ścieżka nad przepaścią, znikając wśród głazów, a niżej rozciągało się miasto wykute w kamieniu. Nie było duże — może wielkości połączonego Minkyo i Zbrojnego Kła w Pierwszej Stolicy — ale wyglądało niczym wyrastające z samej skały.
Dostrzegł jego znajome smukłe dymiące wieżyczki, na których mimo ciepła z ognisk wciąż odkładały się czapy śniegu. Dalej rys murów, które zdawały się nie mieć końca. Widok przypominał mu znajome miasta z Jagirskiej, a w szczególności jedno.
Nie miał już wątpliwości, a dręcząca go zagadka niewyjaśnionych dziejów została rozwiązana widokiem z okna — Urbo de Oriento na Dwukontynencie należało dawniej do Hezurkaroi.
Z myśli wyrwała go ponownie Larethe:
— Ładnie? — spytała z nadzieją w głosie.
— Bardzo. Dawno nie słyszałem dźwięku fortepianu — odparł Zephyr, odchodząc od zasłony. Postawił kielich na stole i dolał sobie wina.
Nagle rozległ się dźwięk przypominający gong, co sprawiło, że dziewczynka podbiegła do szafy niemal w tym samym momencie.
— Musimy się spieszyć — rzuciła, otwierając drzwi. — Pani Siostra najbardziej lubi czerń i biel. Jeśli ubierzesz się w tych kolorach, na pewno będzie jej miło.
Zephyr odstawił kielich i spojrzał na rząd ubrań. Na drążkach wisiało kilkanaście kreacji, każda inna — jedne proste, inne ozdobione cienkimi pasami srebrnej lub złotej nici i kostnymi naszywkami. Podrapał się po głowie, czując się nieswojo.
Od czasu, gdy opuścił Nikyo, nosił niemal wciąż te same zniszczone ubrania — cerowane i prane przez Hartulfa, Lykaïe, a potem najpewniej przez innych Vivtenisoj. Nowe, które dostał od uciekinierów z katedry, leżały nietknięte w jego komnacie. Nie chciał ich zakładać, dopóki stare całkiem się nie rozpadną.
Rozejrzał się jeszcze po pokoju. Po jego dawnych rzeczach nie było śladu. Sam fakt, że miał coś „wybrać”, wydał mu się obcy.
We Wspólnocie, jak i w jego rodzinnym domu, ubiór nie był kwestią gustu, lecz funkcji. Każdy strój miał przypominać, kim jesteś i komu służysz. Szaty w dorosłości dobierano raz — potem tylko cerowano i czyszczono. Starsi przekazywali swoje niepasujące ubrania młodszym. Ewentualnie szyto nowe, jak stare się doszczętnie rozpadły. Tylko ludzie z wyższych sfer mogli pozwolić sobie na luksus wyboru.
Tkaniny rzadko pachniały nowością i świeżością, a te wyglądały faktycznie tak, jakby je przygotowano wczoraj wyłącznie dla niego.
Larethe znowu przerwała mu myśl. Stając na palcach, sięgnęła po skrzynkę z wyższej półki szafy i postawiła na stoliku.
— Jak już coś wybierzesz, tu masz perfumy — oznajmiła z dumą.
W środku znajdowały się małe flakoniki z grubego szkła, zamknięte ozdobnymi zatyczkami. Zephyr dostrzegł kilka nazw zapisanych cienkim pismem w hezari: Aroka Maro — zapach gorzkiego kwiatu, który podobno rośnie tylko nad morzem; Luminai — delikatny, z nutą popiołu i miodu; Sennor — cięższy, o woni drewna zroszonego piżmem.
Dziewczynka wskazała potem na dół szafy.
— Tu masz buty.
Następnie otworzyła szuflady.
— A tu bieliznę i pończochy — dodała, zerkając na niego tak poważnie, jakby sama miała co najmniej dwadzieścia pięć lat.
Po chwili zniknęła za szafą i po pokoju rozległo się szuranie przesuwanego drewna. Zephyr podszedł szybko, aby jej pomóc w tym, co robiła. Dziewczynka próbowała wysunąć parawan z płóciennymi skrzydłami, na których namalowano czarno-srebrne ptaki na białym tle.
— Wiem, co z tym zrobić. — Uśmiechnął się i pomógł jej go rozstawić.
— Pani Siostra najbardziej lubi męski Luminai — powiedziała, unosząc paluszek w stronę skrzynki. — Wyjdę, żebyś mógł się przebrać. Gdy skończysz, wyjdź na korytarz. I nie ociągaj się!
— Jasne. Dziękuję. — Skłonił się jej lekko.
Dziewczynka dygnęła z dworską manierą, pełną powagi, której nie spodziewałby się po dziesięciolatce. Potem, przeskakując przez dywan jak po rozgrzanych kamieniach, podbiegła do drzwi.
Rozsunęła je sama — bez większego oporu szyny — i zniknęła za nimi.
Przez chwilę słychać było tylko krótkie echo jej kroków, a potem w komnacie znów zapadła dziwna, miękka cisza.
Zephyr podrapał się po głowie i podszedł po kielich. Spojrzał na rozstawiony w rogu parawan. Skoro był sam, nie potrzebował go, ale najwyraźniej Larethe widziała nieraz, jak inni z niego korzystają.
Przystanął przy oknie i rozszerzył zasłonę szerzej. Dym z kadzideł zatańczył w powietrzu, a chłodne światło rozlało się po pomieszczeniu. Zerknął na otwartą szafę i sięgnął do skrzynki po wskazany flakon.
Wyjął Luminai i postawił z czcią na stoliku. Odkorkował i wciągnął powietrze — zapach był miękki, słodko-popielny, przypominał faktycznie dym. To wystarczyło, by zdecydować.
Po chwili był już ubrany w odświętne szaty. Dwa artefakty schował do kieszeni, a naszyjnik zawiesił z powrotem na szyi.
Drugi gong rozległ się głucho, a zza drzwi dobiegł głos Larethe:
— Szybciej, Zephyrze!
Nie wiem, co się będzie działo — pomyślał i sięgnął myślą Dolorána:
— Bądź czujny, przyjacielu.
— Jestem — odpowiedziała pamięć w jego głowie. — Nie lubię tego miejsca, w którym jesteś. Pan Munjo i Dafri też nie.
— Ja również — mruknął i przygryzł niepewnie wargę, zdając się bić sam w myślach.
Szarpnął drzwiami, przyzwyczajony do tych ciężkich z Gyo. Te rozsunęły się lekko, z miękkim łoskotem o koniec szyny ze względu na włożoną siłę.
Larethe aż podskoczyła i spojrzała na niego zaskoczona. Szybko odzyskała rezon.
— Dobrze. Ładnie. Możemy iść. Nie ma czasu — powiedziała, chwytając go za rękę.
Korytarz błyszczał tak samo jak komnata, w której spał, gdy okna były w niej zasłonięte — połyskiwał od światła świec i chłodu kamienia.
Na ścianach wisiały liczne obrazy i malowidła zarówno w stylu tych zaihonskich, jak i bliższych twierdzy w Nikyo czy nawet tych z Dwukontynentu. Ich barwy jawiły się przytłumione przez wiek i dym kadzideł. Wysokie kandelabry stojące po obu stronach korytarza płonęły spokojnym ogniem; wosk świec spływał po nich leniwie i zastygał w mlecznych naciekach na metalowych talerzykach.
Co jakiś czas mijali inne drzwi, zza których przeważnie nie wydobywał się żaden dźwięk. Całość korytarzy była perfekcyjnie utrzymana, bez śladu kurzu czy zapachu stęchlizny znanego mu z Nikyo.
W końcu minęli kogoś, zdającego się należeć do służby pałacowej. Kobieta na ich widok skłoniła się nisko i odeszła bokiem. Czarna szata zakrywała ją od szyi po stopy, a ukłon był tak głęboki, że nie pozwalał dostrzec twarzy.
Po krótkim marszu krętymi korytarzami dotarli do nowej sali. Tu zaczynała się obszerna komnata kolumnowa, przypominająca tę w twierdzy w Nikyo. Po bokach znajdowały się dwa wyjścia, a przed nimi — masywne drzwi, zdobione wzorem skrzyżowanych żeber.
Widok stojących przed nimi postaci przeszył go natychmiast.
Czekali tam Itsarmin — którego oczy o kolorze ciemnego granatu pozostały równie zimne jak wtedy na placu w Furukawie — oraz niewzruszona na jego widok Urdinea. Ta sama, którą widział ostatnio w Drugiej Stolicy w formie pamięci bestii zwanej w uaento jako litvorago. Z nimi kolejnych czterech czarnych rycerzy bez kościanych zdobień. Spojrzenie Itsarmina nie pozostawiało wątpliwości — nie był zadowolony, że znów go widzi.
Kobieta w przyłbicy litvorago odezwała się w hezari do Larethe:
— Zaraz wybije trzeci gong.
— Przepraszam, Urdineo — odparła dziewczynka z lekkim dygnięciem, wskazując na Zephyra. — Ociągał się.
Hełm kobiety obrócił się w jego stronę, lecz nie padło z jej ust żadne słowo. Odbierał tę reakcję podobnie jak wzrok Itsarmina.
Z jednego z bocznych przejść wyszedł kolejny rycerz. Jego przyłbica miała kształt czaszki z długą trąbką przypominającą konika morskiego. Nie nosił jednak dodatkowych czaszek ani trofeów na zbroi. Zephyr zmrużył oczy. Nie był pewien, ale wreszcie rozpoznał i jego. Był to Tintazar, najstarszy z trójki, która przebywała wcześniej w Nikyo.
— Ważne, że zdążyli, Urdineo — powiedział, kierując spojrzenie na niego i dziewczynkę. — Zapraszamy, panie Eurus.
Dwójka rycerzy bez charakterystycznych kościanych masek podeszła jednocześnie i otworzyła masywne drzwi, pchając je do wewnątrz. Za nimi kryła się ciężka kotara. Kiedy się poruszyła z obu stron, Zephyr dostrzegł dłonie, które od wewnątrz uchyliły materiał.
Spojrzał na Larethe. Dziewczynka skinęła mu głową i drobnym gestem dłoni wskazała, by ruszył naprzód.
Szedł po miękkim dywanie w nowych, eleganckich trzewikach, patrząc pewnie przed siebie.
Mijając ich, analizował opcje. Nie miał z nimi szans sam w bezpośrednim starciu. Ucieczki nawet nie widział jako realną opcję. Musiał na razie zagrać w tę grę, którą mu podsunięto.
Przekroczył próg i wszedł za kotarę. Drzwi za nim zamknęły się z lekkim stukiem, a echo odbiło się od ścian jak westchnienie. Później opadła również kotara z lekkim powiewem.
Komnata była przestronna i bogato zdobiona — znacznie większa od jego własnej. W rogach sali stały kadzielnice o smukłych szyjach, z których unosił się dym o tym samym opiumowym zapachu. Z sufitu zwisały ciężkie, złocone żyrandole z płonącymi świecami, a duży kominek na wprost buchał żywym ogniem.
Przed nim ustawiono dwa fotele, niską sofę obitą czarną tkaniną i niewielki stolik kredensowy z drewna malowanego tym samym kolorem. W rogu, przy ścianie, stał otwarty fortepian — jego nogi i klawisze wykończono kością błyszczącą jak perła.
Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy szaf z księgami i półki pełne zwojów. Na samym środku sali dominował masywny okrągły pusty stół z czarnego marmuru, przy którym stały dwa identyczne krzesła pasujące kolorem do reszty wystroju, ozdobione arabeskami i drobnymi kośćmi wplecionymi w ornament.
Poza głównymi wrotami, przez które wszedł, w pokoju znajdowało się jeszcze troje drzwi. Jedne znajdowały się na tej samej ścianie, drugie naprzeciw pierwszych; trzecie, większe, tuż za marmurowym stołem między okiennicami. Przy każdych podwójnych wrotach stali ukłonieni służący w długich, czarnych szatach.
— Proszę poczekać z zajęciem miejsca do pojawienia się pani — powiedział uniżenie służący, który wcześniej uchylał kotarę.
Zephyr kiwnął głową i podszedł do jednej z półek z księgami.
Tytulatura względem jego gospodyni użyta przez tego mężczyznę zastanowiła go. Z jakiegoś powodu brzmiała nienaturalnie, wymuszona w użyciu.
Chodził po pomieszczeniu. Służący nawet na niego nie patrzyli.
I gdy już przystanął przy szafie i miał sięgnąć po jeden z woluminów — wybił trzeci gong.
Drzwi za jego plecami otworzyły się.
Stała w nich „Pani Siostra” w innej szacie niż wtedy, gdy była w jego pokoju. Wysoka, wyprostowana, jakby cała sala należała do niej od zawsze.
Miała na sobie długą czarno-białą szatę, której wzór układał się w stylizowany motyw kości ludzkiego szkieletu. Czerń tkaniny kontrastowała z jasnymi liniami, tworząc wrażenie, jak gdyby sama nosiła na sobie życie i śmierć.
Nad piersiami połyskiwał ten sam srebrny medalion: dwa współśrodkowe okręgi, przecięte ukośnym krzyżem o ramionach wychodzących poza pole zewnętrznego kręgu oraz z czteroramienną gwiazdą między nimi — znak, którego Zephyr jeszcze nie znał. Jej włosy spływały po ciele jak wcześniej. Wzdłuż ramion niczym srebrno-białe nici, idealnie proste, przecinane jednym pasmem głębokiej czerni po lewej.
Szła tak samo jak wtedy — z gracją i niepokojącą płynnością, a włosy znów zdawały się nie nadążać za jej ruchem. Każdy krok był tak cichy, że zdawało się, jakby nie dotykała ziemi.
Zephyr wykonał w jej kierunku kilka kroków, zbliżając się do marmurowego stołu. Popielate oczy kobiety, otoczone czarnymi obręczami, przyglądały mu się z tym samym spokojem co wcześniej — tym razem jednak przesunęły się po nim od stóp po ramiona, jakby oceniały nie tyle jego wygląd, co jego stan.
Ubrał się zgodnie z radą Larethe: czarne spodnie i biała koszula z wysokim kołnierzem, na to krótki surdut o prostym kroju, spięty srebrną sprzączką. Czerń i biel odbijały się w blasku ognia, tworząc z jego sylwetki echo jej własnej.
Służący za jej plecami odsunęli krzesło. Ku zaskoczeniu Zephyra, ci stojący za nim zrobili to samo — niemal jednocześnie, z tą samą, nienaganną precyzją.
Zawahał się. Czytał kiedyś o dworskich etykietach, ale żadna księga nie mówiła, jak zachować się przy takiej osobistości w sytuacji sam na sam.
— Podejdź do stołu i przysiądź, drogi Zephyrze — powiedziała, a jej głos nadal pozostawał miękki i melodyjny; każde słowo układało się w dźwięk instrumentu.
Zrobił, co kazała. Gdy on sięgnął oparcia, ona uczyniła to samo — siedli niemal równocześnie.
Oparła łokieć o stół, nie przejmując się zasadami. Podparła podbródek na otwartej dłoni i, przyglądając mu się z niezmiennym uśmiechem, powiedziała:
— Doceniam wybór. Uwielbiam Luminai.
Na dźwięk jej słów boczne drzwi otworzyły się. Do komnaty weszli służący, niosąc tace pełne naczyń z porcelany, metalu i kości. Powietrze wypełniło się zapachem przypraw i kadzidła.
Uczta właśnie miała się rozpocząć.
Służba weszła bezszelestnie, niosąc tace, jakby każdy ruch był zapamiętany z próby.
Na czarny marmur spływały kolejno misternie ułożone naczynia — dzbanki z kości, duże talerze z matowego metalu, cienkie noże o zakrzywionych ostrzach i porcelanowe dodatki. Zephyr stracił rachubę po trzecim widelcu i łyżeczce, z których wszystkie miały inny kształt.
Trunek przelano do przezroczystych kieliszków. Czerwone wino połyskiwało w świetle świec jak roztopiony rubin. Zapach był głęboki, z nutą wiśni i drewna z beczki, w której dojrzewało.
Gdy służba opuściła komnatę, Zephyr uniósł naczynie, zakręcił nim lekko i upił łyk. Przez moment zapomniał, gdzie siedział.
To było najlepsze wino, jakie kiedykolwiek pił — gładsze i pełniejsze nawet od tego, które podano mu w jego komnacie. Ciepło rozlało się po gardle, a w smaku była równowaga: słodycz owocu i cień dymu, jakby wino pamiętało ogień, z którego się narodziło.
Ona trzymała swój kieliszek w dłoni, ale nie piła. Uśmiechnęła się tylko subtelnie, dostrzegając jego zachwyt i coś jeszcze…
Błąd w etykiecie. Napił się przed nią.
— Cieszę się, że ci smakuje, drogi Zephyrze — powiedziała do niego w hezari z uśmiechem, a w jej głosie brzmiała miękka nuta rozbawienia.
— Najmocniej przepraszam — odparł speszony, nie mogąc skupić wzroku na jej oczach.
— Jesteśmy sami — odrzekła spokojnie, unosząc kieliszek i obracając go w dłoniach. — Konwenanse możemy włożyć między półki. Przynajmniej dopóki ktoś nie wejdzie. Lub służba nie przyniesie dania… albo sami jej nie wezwiemy — powiedziała, wskazując wolną ręką na dzwonki po obu stronach stołu.
Uśmiech nie zniknął. Jej oczy błysnęły lekko, jakby bawił ją ten moment, w którym oboje mogli udawać, że to tylko obiad.
Pierwsze danie wniesiono chwilę później — jasną, białą, niemal mleczną zupę, która z mlekiem nie miała nic wspólnego. Podano ją w czarnych misach, a nad powierzchnią wywaru unosił się delikatny zapach znajomych ziół, z których często korzystał w kuchni również Hartulf z Lykaïą. Ona jadła powoli, w milczeniu, a Zephyr, nie chcąc popełnić kolejnego błędu, naśladował jej ruchy.
Po zabraniu talerzy odsunął się odrobinę od stołu. Wiedział, że cisza przedłuża się zbyt długo. Znał tę fałszywą zaihonską gościnność i musiał przejąć inicjatywę.
Wreszcie zebrał się na odwagę i odezwał:
— Nie chcę wyjść na nieuprzejmego wobec takiej gościnności… ale nadal nie poznałem twojego imienia, o Pani.
Kobieta zakręciła kieliszkiem, a rubinowy refleks wina zatańczył na jej dłoni. Spojrzała na niego głęboko — tak jakby samo pytanie było testem i cała ta cisza powstała tylko dla tego momentu.
— Erdene Hezurzainara.
Płomienie zadrżały i pochyliły się ku niej, zdając się uznawać to imię. Upiła drobny łyk, nim dodała cicho, tonem zbyt spokojnym jak na wagę słów:
— Niektórzy lubią mnie nazywać przydomkiem Berezi.
Upiła kolejny łyk.
— Inni dłużej: Erdene Hezurzainara Berezi, Władczynią Kościanych Twierdz, Królową Nowego Dominatu Hezurkaroi, Sto Osiemdziesiątą Pierwszą Czytającą Karn’tul, Kaiganrinem, Strażnikiem Morza i Gór.
Na ostatni drgnął jej kącik ust. A sposób, w jaki wymieniała tytuły, przypominał formułkę wypowiadaną przez kogoś, kto już dawno przestał w nią wierzyć mimo tak młodego wieku.
Zephyr nie był zaskoczony tą rewelacją. Wpatrywał się w jej oczy — w ten hipnotyzujący, nienaturalnie spokojny wzrok.
Każde z nich próbowało czytać drugie, lecz ona robiła to lepiej.
Milczenie po tym przedstawieniu przeciągało się. Czuł, że ona czekała, aż padnie pytanie, którego nie wypowie nikt inny poza nim. Cała służba w pałacu, włącznie z Larethe, zdawała się poinstruowana tylko dla tej chwili. Aby jej imię i tytulatura nie padły do tego momentu.
I ten przydomek — Berezi. O znaczeniu bolesnym dla niego samego…
— Jak mam się zwracać do Waszej Wysokości? — spytał wreszcie, bez ceremonialnego tonu, ale z wyczuwalnym ciężarem w głosie.
— Po prostu Erdene, drogi Zephyrze — odpowiedziała krótko, bez zmiany wyrazu twarzy.
Sposób, w jaki wypowiedziała swoje imię, sprawił, że zabrzmiało to jak zaproszenie i ostrzeżenie jednocześnie.
Po chwili spytała w uaento, z tą samą miękką melodią w głosie, której nie sposób było rozpoznać jako zagrożenie:
— Czy mogę zwracać się do ciebie, Zephyrze? Czy wolisz pełny tytuł: Zephyr Eurus Młodszy Scivolaro Urbo de Oriento — zawiesiła głos, a jej oczy nie drgnęły — czy Virtaro Kolonoj Zaihona de Nikyo?
Zrobiła krótką pauzę.
— Ten nie pasuje. Może raczej… Bardziej aktualny — Protektaro Gyo?
Ostatnie słowa przeszyły go jak zimny powiew. Wiedziała tak jak i on, co właśnie zaszło. Wiedziała o wszystkim i użyła jednego słowa, aby mu o tym powiedzieć — to, że ma informacje o jego towarzyszach, o kolonii, o misji.
Mimowolny ruch mięśni na jego twarzy wystarczył, by się uśmiechnęła szerzej.
— To będzie mój pierwszy prezent dla ciebie — powiedziała ciepło. — Z okazji twoich urodzin. Obiecuję ci spokój. To, że nic nie stanie się twoim towarzyszom z Unaro, dopóki jesteś gościem na moim dworze.
Zephyr nie zdążył nawet przetworzyć tego, co właśnie zaszło.
W tej samej chwili boczne drzwi komnaty otworzyły się cicho, niczym na jej bezdźwięczne zawołanie. Służba weszła z tacami, niosąc drugie danie. Zapach mięsa i przypraw wypełnił powietrze, przykrywając echo jej słów.
To różniło się od pierwszego w każdym elemencie.
Na talerzach, poza typowymi dodatkami, spoczywały grube kawałki mięsa — gęste, ciężkie, błyszczące od tłuszczu i czerwonego sosu. Zapach wina mieszał się z żelaznym aromatem krwi. W świetle świec mięso lśniło, jakby wciąż tętniło życiem pod upieczoną cienką warstwą.
Erdene sięgnęła po nóż i widelec z precyzją pokazującą, że nie po raz pierwszy je takie danie. Odkroiła kawałek, uniosła go bez cienia wahania, eksponując mu krwiste mięso, i powoli wsunęła do ust. Przez chwilę słychać było tylko delikatne muśnięcie sztućców o porcelanę.
Zephyr przełknął ślinę. Nigdy nie jadł niczego tak surowego. Nawet w Gyo, gdzie na początku zdarzało się im nie dopiekać lub spalać ryby i ptactwo, mięso zawsze miało w sobie choć cień wewnętrznego ognia. A to… to wyglądało na usmażone tylko z zewnątrz. Gdy wbił widelec, z wnętrza wypłynęła ciemna strużka.
Zerknął na Erdene. Jadła spokojnie, z tą samą królewską elegancją co wcześniej, jakby krew na talerzu była dodatkiem do sosu.
— To danie powstało ponoć pierwszy raz w kuchni lokalnego możnego z Mardaby. Na północ od Gór Ilun na Dwukontynencie — powiedziała ponownie w hezari, kończąc swoją porcję, nie odrywając wzroku od talerza.
— Przyrządza się je tak, by zachowało pamięć życia. Podobno ten człowiek chciał, by jego goście czuli, że jedzą coś więcej niż mięso.
Zawiesiła głos i dodała niemal szeptem:
— Niektórzy mówią, że tylko wtedy ma smak.
Zephyr opuścił wzrok na swój talerz, nie wiedząc, czy bardziej wstrząsa nim zapach czy znaczenie jej słów.
Pamięć życia — czyli tchnienie. Jak często to słyszał, ale nigdy w tak dosłownym sensie na Zaihon. A przynajmniej tak myślał, że do tego nawiązuje…
Erdene uniosła kieliszek do ust, spoglądając na niego znad krawędzi szkła.
— Smak, który przypomina, że śmierć to tylko początek innej formy trwania.
Przetarła usta serwetą, spojrzała w jego stronę i zapytała tonem uprzejmym, jak gdyby zaczynała rozmowę o pogodzie:
— Z tego, co wiem, Urbo de Oriento leży w Odolhezurartei. Dawniej Nditenshi, prawda?
Zephyr odwrócił wzrok i zajął się mięsem. Wiedziała, że jej nie odpowie, ale i tak mówiła dalej — powoli, z precyzją kogoś, kto czerpie przyjemność z ciszy między zdaniami.
— To faktycznie dość daleko od północnego Cyplu Marda… więc mogłeś tam nie dopłynąć. Ciekawe, czy ta potrawa dalej jest tam popularna. — Przesunęła palcem po brzegu kieliszka. — Mam nadzieję, że kanał na Półwyspie Gaskor nadal istnieje. Ułatwiał podróż przybrzeżną.
Zamilkła, po czym uniosła wzrok. Oczy zalśniły, gdy zobaczyła, jak Zephyr nieporadnie przełyka kawałek mięsa.
— Byłeś kiedyś w ruinach miasta zwanego Hezurkaroi? — spytała miękko, łagodnie. W głosie wybrzmiała nuta ironii, która ciągnęła się jak cienka nić pod słowami.
Zephyr przełknął kęs, sięgnął po wino i dopiero po chwili odpowiedział, tonem zmęczonym i przybitym:
— Nie ma obecnie takiego miasta na Dwukontynencie.
Świece ponownie zadrżały, jakby jego słowa obraziły samą przestrzeń. Jej głos zmienił się niczym zwalniająca melodia.
— Tak też słyszałam… — powiedziała cicho, a na chwilę w jej oczach pojawił się cień prawdziwego smutku. — Myślałam, że może o nim coś wiesz.
Uśmiechnęła się — zbyt sztucznie, by uwierzyć w żal — i napiła się wina, patrząc, jak Zephyr męczy się z posiłkiem.
— Nie smakuje ci? — spytała łagodnie, tonem niemal czułym.
Zephyr jadł w milczeniu. Wiedziała, że nie odpowie, i mówiła dalej, jakby prowadziła rozmowę sama ze sobą.
— Podobno bardzo malownicze jest też Hezur-Atezar w Volkorda. Zwłaszcza zimą, kiedy cała przełęcz lśni od śniegu i blasku dwóch słońc…
Nagle klasnęła w dłonie.
— To mi przypomniało! — powiedziała z dziecinnym entuzjazmem, który brzmiał nienaturalnie po chwili ciszy. — Muszę cię zabrać na spacer po naszym mieście. Obiecuję, że nie będziesz żałował.
W jej spojrzeniu znów błysnęło coś niepokojącego.
— To mówienie o historii i miejscach przypomniało mi coś jeszcze. Ostatnio przeczytałam bardzo ciekawą sentencję, lecz nie do końca pamiętam, kto był jej autorem. Na Dwukontynencie mają powiadać, że „twój dom jest tam, gdzie spotyka się jego mieszkańców”.
Na te słowa Zephyr lekko drgnął, a usta same się rozchyliły. Wspomnienie Urbo de Oriento i ciepłego spojrzenia mistrza Vilhelma uderzyło go niczym obuch. Ona kontynuowała:
— Widzisz, drogi Zephyrze. Skoro tak jest, to może nie powinnam się kompletnie przejmować tym, że nasz lud został ograbiony z dziedzictwa i ziemi, skoro tutaj są jego mieszkańcy… Co o tym sądzisz?
Nie odpowiadał. Ona pochwyciła dzwonek, wyraźnie rozbawiona jego reakcją, a raczej jej brakiem. Dźwięk rozszedł się po sali — trzy czyste tony, z jedną pauzą po drugim, jak wzór, który znało tylko to miejsce.
Z bocznych drzwi wyszedł służący, niosąc na tacy ciężką księgę. Skłonił się głęboko przed Erdene, po czym podszedł do Zephyra i podał mu tom, nie patrząc w oczy.
Okładka była czarna, zdobiona wytłoczoną kością, chłodna w dotyku. Na grzbiecie widniał napis w hezari: Garezur Kroniga — Kronika Czaszek.
— To mój drugi prezent — powiedziała, a jej głos znów przybrał ten sam ciepły, kojący ton, który potrafił rozbroić czujność. — Wiedza, której jeszcze nie posiadasz, ale której — jestem pewna — pożądasz, aby pojąć to, o czym mówię.
Zerknęła na niego, a w jej oczach zatańczyło coś między ciekawością a rozbawieniem.
— Wiem to przynajmniej z raportów o tobie, że jesteś bardzo ciekawski i lubisz czytać.
Jej twarz nie zmieniła wyrazu, po czym dodała miękko:
— Gdy zapoznasz się z tą lekturą, obiecuję, że dam ci więcej.
Zephyr poczuł ciężar księgi w dłoniach. Nie daru, lecz próby — sprawdzającej, czy podźwignie jej zawartość i sekret.
— Możesz ją oddać memu słudze. Tom będzie czekał w twojej komnacie — podpowiedziała, widząc, jak bada swój prezent. Zgodnie z jej sugestią odłożył kronikę na tacę.
Zbierał myśli. Każde jej słowo, każdy gest, każde milczenie — wszystko układało się tak, jak chciała.
Napił się wina, licząc, że odrobina ciepła z kieliszka pozwoli mu odzyskać grunt. Wypił praktycznie całą zawartość na raz.
Gdy sięgnął i chwycił karafkę, by dolać sobie więcej, Erdene chrząknęła cicho. Spojrzał na nią pytająco. Uśmiechnęła się tylko czule i wskazała dłonią delikatnie na dzwonek.
— Jeden raz na dolanie wina — poinstruowała.
Nawet ta czynność należała do niej i kontrolowała tak prostą rzecz.
Zephyr odłożył niechętnie naczynie i zadzwonił, czując w sobie ciężar cichej kapitulacji. Poddał się, czekając na dolanie wina.
Służba wreszcie przyniosła deser.
Ten był cichym cudem po ciężkim posiłku: chłodny jak poranny oddech, biały jak świeży śnieg, pachnący miodem i kwiatami. Konsystencja przypominała lód, który topniał powoli, wahając się między twardością a delikatnością.
Z każdym przełknięciem Zephyr czuł, że powietrze w sali gęstnieje, a zapach słodyczy nie koił, lecz przytłaczał — wiedział, że sama uczta miała cel, którego wciąż nie rozumiał i wykraczał poza jego urodziny.
Erdene trzymała łyżeczkę przy ustach, patrząc na niego z tym samym kojącym spojrzeniem. Nabrawszy odrobinę deseru, dotknęła ust i pozwoliła, by chłód rozpuścił się na języku.
Po chwili spytała cicho:
— Wiesz, czym jest samotność?
Zephyr zerknął na nią znużony i ciekawy w jednym rzuconym spojrzeniu. Nie był już pewien, czy próbuje z nim rozmawiać, czy go badać. Pytanie brzmiało neutralnie, więc odpowiedział:
— Zdawało mi się ją poznać. Nawet wśród ludzi, którzy nazywają się wspólnotą równych. I wśród tych, których sam odtrącałem.
— Mam podobnie — odparła, wpatrując się w łyżeczkę. — Do tego jestem podobno kimś, do kogo ludzie się modlą. Choć nigdy o to nie chodziło, gdy rodziła się filozofia Zhanshou. Tyle zmarnowanych słów bez poczucia ich bliskości.
Jej głos stwardniał.
— Oli też tego nie znosi, a ten starzec Getsurei… on się tym karmi. Kąpie się w blasku, który sam sobie wymyślił. — Skrzywiła się na własne słowa. — Trudno się dziwić, skoro Aorinowie nazwali swój pałac i jego teren Boskim Miastem. Megalomańska forma samotności podszyta fałszywą boskością.
Unosząc wzrok, zapytała:
— Byłeś tam kiedyś? W Shinkyo?
— Jest to zakazane dla cudzoziemców i wszystkich nieuprawnionych mieszkańców Zaihonu — odpowiedział pewnie.
— A jednak należysz do tych, którzy nie przejmują się zakazami i przyszedłeś do Furukawy. O wejściu do mojego sanktuarium w Nikyo czy Oliego w Sankyo nie wspominając — powiedziała, odkładając łyżeczkę na salaterce. Pochyliła się lekko nad stołem; w jej spojrzeniu było coś miękkiego i niebezpiecznego zarazem. — Co do zwiedzania zakazanych lokacji… Jak ci się podobała Wieża Oliego?
— Wyjątkowe miejsce — odparł Zephyr, po czym włożył do ust kolejną łyżeczkę lodów, byle zająć czymś usta.
— Nic więcej nie powiesz? — spytała łagodnie, prosząc tym tonem o rozwinięcie i czekając, aż przełknie.
Odłożył swoją łyżeczkę i niechętnie kontynuował:
— Wydaje się drzewem bez końca. Sięgającym nieba i dna świata. Jakby to od tej wieży zależało, czy w Sankyo popłyną wodospady, czy zapadnie cisza. Sama korona reguluje to, czy słońca oświetlą dolinę, czy zostanie ogarnięta cieniem. — Mówił spokojnie, lecz każde słowo zdawało się ważone na języku.
Erdene słuchała z zainteresowaniem, które wydawało się zbyt przesadne, by było szczere.
— Mniej więcej się zgadza — podsumowała miękko. — Musieliście zwiedzić spory kawałek tej wieży, skoro wiesz, jak głęboko można zejść. A skoro tak… to zapewne jesteś świadomy tego — ażeby dostać się do niektórych miejsc, trzeba znać mowę drzewiastych basokoi…
Zrobiła krótką pauzę, sięgając po deser i biorąc łyżeczkę do ust. Spokojnie czekała, aż skruszony lód się rozpuści. Jej nadal łagodny wzrok przybrał niepokojącą ostrość, gdy wreszcie dopytała:
— Oli wspominał, że macie ze sobą lokalną dziewczynę, która włada ich mową. Yerin, tak?
Ton pozostał mimo to ciepły. Zbyt ciepły, skoro lód chwilę wcześniej stopniał w ustach.
Spojrzał na nią surowiej. Poczuł niesłychaną złość na to prawdopodobnie celowe przejęzyczenie. Rozdrażniony na wskroś, że przekręciła jej imię.
— Yorin — poprawił sucho, próbując jej tego nie pokazać.
Wymieniali się spojrzeniami, gdy niespodziewanie Erdene zaśmiała się i machnęła ręką, jakby odganiała owada.
— Czytam dziennie tyle raportów, że czasami mylę imiona…
Zephyr, nie chcąc o tym dłużej rozmawiać, nabrał lodu do ust. Jej spojrzenie zmieniło się jednak w jednej chwili. Zdawała się czekać na to, aż sięgnie po deser. Nie było już w nim żadnych pozorów — z łagodnego stało się w pełni drapieżne. Przerodziło się z ciekawości w coś, co przypominało jawne namiętne kuszenie i urazę w jednym. Tym razem nie czekała, aż przełknie.
— Podoba ci się? — spytała cicho. — Kochasz ją?
Zaskoczyła go kompletnie. Lód stanął mu w gardle i piekł jeszcze mocniej. Nie potrafił odpowiedzieć, mimo że był pewny, co powinien zrobić czy powiedzieć. Odpowiedziało jej jego krztuszenie.
Erdene oparła się ciężko o krzesło, wypuszczając powietrze z ust z cichym westchnieniem. Nie czekała na odpowiedź i ta jedna reakcja jej najwyraźniej wystarczyła.
— Zazdroszczę jej… — Na moment jej ton zabrzmiał prawdziwie. — Mnie otaczają same staruchy, bestie, wróże, skryby, panicze i bandy osiłków. Razem z tymi za masywnymi drzwiami moich komnat.
Zerknęła w stronę wrót z ironią w oczach, po czym znów wróciła wzrokiem do niego.
— Z jakiegoś powodu praktycznie wszyscy mnie wielbią, choć nigdy o to nie prosiłam. Ludzie wręcz do mnie lgną, jakby nie mieli wyboru. Widzę w tym moją definicję samotności — istnieć w cudzej świadomości i być niezrozumianym przez tych, którzy ponoć są blisko słowem i ciałem.
Na jej twarzy pojawił się krzywy grymas.
— W końcu dlatego mój ojciec bez pytania nadał mi ten przydomek. Berezi.
Zephyr spojrzał na topniejący deser z nutą niepotrzebnego zrozumienia. Nie miał przecież prawa jej współczuć. A jednak coś w jej słowach poruszyło w nim znajome echo. Słowa same wypłynęły z jego ust:
— Chyba wiem, o czym mówisz…
Erdene uniosła brew. Zdziwienie było zbyt idealne, by mu uwierzyć.
— Jak to? Czym się wyróżniasz? Co sprawia, że tak się czujesz?
Zawahał się. Czuł, że nie powinien odpowiadać szczerze — a jednocześnie pragnął, by ktoś wreszcie zrozumiał ten ciężar. Ktoś, kto sam był nim obarczony. Nawet jeśli tym kimś była jego przeciwniczka.
Uśmiechnęła się, jakby wyczuła jego myśl.
— Może będzie ci łatwiej, jeśli ja ci powiem o swoim przypadku. W końcu to tylko rozmowa między nami, prawda?
Patrzył na nią uważnie.
— I dla jasności. Nie chodzi tu o moją krew i jej pochodzenie. To jest trywialne w całym rozumieniu pamięci świata.
Wzięła głęboki wdech i znów przemówiła tym samym melodyjnym tonem, w którym każde słowo brzmiało jak idealna nuta:
— Zanim zacznę. Wiesz, czym jest Pamięć Hezurkaroi?
Zephyr spojrzał na nią uważnie i pokręcił głową. Pamięć Ludu Kościanych Twierdz, której pożądało Unaro. Wiedział tylko tyle o samym artefakcie. Musiał słuchać i nie zdradzać po sobie, że wie tylko to.
— To artefakt. Karn’tul. Ale ja wolę nazwę w uaento — Ossamer. Bardzo stary.
Zawiesiła głos, jakby szukała właściwego słowa.
— Ponoć sięga czasów powstania świata. Zawarta w nim pamięć jest tak gęsta, że nie trzeba go nawet dotykać, by ją zobaczyć. Wystarczy spojrzenie. Każdy może to zrobić.
Na twarzy dalej jaśniał ten sam uśmiech, z którym zaczęła mówić.
— Skutkiem ubocznym jest tylko to, że tracisz świadomość. I podświadomość. Generalnie nie masz po co żyć.
Zaśmiała się beztrosko, jakby opowiadała coś dziecinnego, niewinnego.
— Mówi się też, że każda taka pamięć jest powiązana z Maskami Niewyjaśnionych Wspomnień. — Jej ton głosu zgęstniał, a sama nazwa miała wagę zaklęcia. — Ale gdy je zakładasz… umierasz. Więc raczej nie pomogą ci w odczytaniu niczego konkretnego, jeśli planujesz się podzielić tą wiedzą. — Znów parsknęła śmiechem, cichym i niepokojąco radosnym. Szybko jednak spoważniała.
— Jest jednak sposób. — Położyła dłoń na stole, jakby chciała, by zapamiętał to zdanie. — W naszej tradycji istnieją przedmioty z przezroczystego obsydianu, prawie tak cienkiego jak szkło. Jeśli ktoś spojrzy przez nie na Ossamer, może dostrzec więcej i nie zatracić się w tym spojrzeniu. Czasem nawet pozwala przebudzić w sobie zdolność słyszenia szeptów.
Na wzmiankę o szkiełku myśl Zephyra powędrowała do jakiegoś wspomnienia z przeszłości, którego nie mógł sobie pod ciężarem tej rozmowy odtworzyć. Przeklęte volontaire — pomyślał kolejny raz tego dnia.
Chwyciła kieliszek. Wino na moment rozświetliło szkło niczym krew w płomieniu świecy i upiła z niego ostatni łyk.
— Dla przypomnienia — zaczęła cicho — jestem Sto Osiemdziesiątą Pierwszą Czytającą Karn’tul. Każdy władca naszego ludu musi potrafić odczytać choć jeden jego fragment i uzupełnić nim Kronikę Czaszek. Najbliżsi dworu muszą zaś dostąpić łaski słyszenia pamięci. Jeśli im się nie uda — stają się zbyteczni.
Zephyr zacisnął dłonie na oparciach krzesła. Patrzył na nią, gdy zwróciła wzrok ku kominkowi, a cienie zatańczyły na jej twarzy.
Po chwili spojrzała z powrotem na niego — z tym samym spokojem, który potrafił gasić wszystko wokół.
— Jestem i ja — Erdene Hezurzainara Berezi. Wyjątkowa — skończyła z półuśmiechem, choć w jej oczach błysnęło coś niepokojąco chłodnego. — Wielu władców Hezurkaroi mogło patrzeć na Ossamer bez tego „wspomagacza”. Jednak z tych wszystkich ludzi tylko cztery osoby mogły przebywać w obecności tej pamięci bez oporu. W tym pierwszy legendarny król Hezurkaroi.
Nachyliła się ku niemu, zdając się chcieć mu zdradzić tajemnicę:
— Ale tylko jedna z nich przeczytała go praktycznie w całości w tak młodym wieku.
Chrząknęła z gracją i sięgnęła po dzwonek. Jednym brzdęknięciem poprosiła o wino, nadal patrząc na Zephyra.
Po uzupełnieniu obu kieliszków wzięła swój, oparła się wygodnie na krześle i poprosiła łagodnie:
— Teraz twoja kolej.
Zephyr wziął wdech. Głos wyszedł przyciszony.
— Odkąd pojawiłem się na Zaihon, wszyscy mi powtarzają, że jestem „wyjątkowy”. Nie z powodu pochodzenia — bo nie mam skąd się wywodzić, by się tym szczycić. Szczególnie w twojej obecności… — Przełknął te słowa i dodał: — Przybyłem na wasz ląd z… niematerialnym artefaktem.
Erdene pokręciła kieliszkiem w dłoni, przyglądając się Zephyrowi z zaciekawieniem.
— Czytałam w raporcie, że oszukałeś tych biedaków w Nikyo na ten temat — powiedziała spokojnie. — Co właściwie z nim zrobiłeś? Jak go ukryłeś w swojej podświadomości?
Zephyr odwrócił się i spojrzał w ogień kominka, szukając w nim odwagi. Głos miał już inny: mniej obronny, bardziej rozbity. Wreszcie się przełamał:
— Ta pamięć była samoświadoma. Przemówiła do mnie i wdarła się do mojego umysłu razem z przedmiotem. I aby to było jasne. To ona ukryła się w swojej własnej podświadomości i przyczepiła się do mojej. W końcu groziła. Do tego więziła i jednocześnie spajała się z rozszczepioną pamięcią chłopca, który wiele wycierpiał za życia. Chciałem go uratować i podzieliłem artefakt. Rozszczepiłem to, co już było rozszczepione i spaczone.
Przerwał, przełykając z trudem. Napił się sporo wina duszkiem i kontynuował:
— Ponoć nie powinno być to możliwe. Nie dość, że to uczyniłem, to uwolniłem ten byt, który w nim istniał. I ta istota zagraża obecnie życiu i pamięci na całym Zaihonie.
W jego słowach nie było patosu, tylko surowy żal: nie tłumaczył się, nie bronił. Mówił jak ktoś, kto właśnie policzył straty.
Przechyliła lekko głowę i powiedziała z prawdopodobnie udawaną troską:
— O tym też czytałam. Staraliśmy się śledzić tego osobnika, ale to trudne. — Zrobiła krótką pauzę i uśmiechnęła się troskliwie. — To nie jest wyłącznie twoja wina, że to wszystko się dzieje. Ale… do tego dojdziemy zaraz.
Jej ton zabrzmiał jak zapowiedź kolejnego rozdziału przesłuchania. Zephyr, mimo nuty ciekawości, nie przerwał.
— Tak jak wspomniałem. Według znanej wiedzy to, czego dokonałem, można uznać za fenomen.
Głos miał spokojny, lecz pod spodem drżała nuta wstydu.
— Rozszczepiłem pamięć artefaktu we własnej jaźni. Oryginalny przedmiot opuścił moje ciało razem z pamięcią potwora, a ja… — Spojrzał na nią, chcąc sam się przekonać, czy ona dalej podąża za jego słowami i czy mu uwierzy.
— Stałem się żywym artefaktem. Naczyniem cudzej pamięci. Wspomnień chłopca, którego uratowałem. Według wielu fenomenem pamięci świata.
Erdene lekko otworzyła usta. Tym razem prawdopodobnie bez gry. Przez moment wyglądała, jakby naprawdę nie wiedziała.
— Tak wygląda moja wyjątkowość. Bo widziałem więcej niż inni po waszym ataku na nasze statki. Bo tak łatwo słyszę szepty. By wreszcie mieć, według wielu, wrodzony dar przywódcy, który sprawdził się w boju. Ale to nie żadna łaska.
Dotknął dłonią klatki piersiowej.
— Zdecydował przypadek. Nic z tego, co osiągnąłem, nie byłoby możliwe, gdyby nie ten rubin. Słyszę szepty, które nie należą do mnie i o których w normalnych okolicznościach nigdy bym nie wiedział. To nie dar, tylko echo, które zostało we mnie po moim czynie na pamięci. Zrobił ze mną to samo, co dla was czyni Ossamer. Obudził te zdolności. Wyostrzył szósty zmysł…
Erdene upiła z gracją z kieliszka kolejny łyk.
— Zrobił nawet coś więcej… — zaczęła z powagą, patrząc na niego zza szkła, po czym nagle dodała cieplej:
— To, co mówisz, jest tylko częściowo prawdą. Ty, Zephyrze, jesteś wyjątkowy w zupełnie inny sposób. Głębszy niż tylko twój fenomen.
Słowa, zaskakująco podobne do tych, które kiedyś wypowiedziała Yorin, zabrzmiały w jego głowie jak echo. Spojrzał na nią zaskoczony.
— Upór w dążeniu do celu, oddanie sprawie bez oczekiwania na nagrodę, trwanie we własnych przekonaniach mimo presji otoczenia, inteligencja, szczerość i jawność działania… Mogłabym tak wymieniać jeszcze chwilę — kontynuowała, odstawiając kieliszek na stół.
— I co najważniejsze. Przetrwałeś ze mną ten posiłek w tej jakże miłej atmosferze. — Zaśmiała się szczerze, rozbrajająco. — Takim cię widzę po tym doświadczeniu. I po tym, co o tobie czytałam. I po historiach słodkiej Larethe.
Zawiesiła wzrok na nim i dodała z błyskiem w oku:
— Nawet po opowiastce Oliego z waszego krótkiego spotkania w Sankyo. Wiesz, że ten stary basokoi powiedział mi, iż jeszcze nikt nigdy przed widmem własnej śmierci nie odważył się spytać go o jego filozoficzne biadolenie, gdy miał go właśnie mordować? A on żyje ponad tysiąc lat! — Roześmiała się głośniej, tym razem bardzo szczerze. Wino najwyraźniej musiało zacząć na nią działać.
Zephyr nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Faktycznie mówił wiele przypowieściami, gdy miał mnie wykańczać… — przyznał onieśmielony.
Poczuł prawdziwe ciepło w sercu, choć wciąż walczył ze sobą, by je odegnać. Patrzył na rozbawioną kobietę, która właśnie — zupełnie otwarcie, mimo skrytej intencji — przyznała się do swojego planu na ten posiłek. Jeszcze chwilę temu czuł się okropnie; wiedział, że w każdej chwili mogła zaatakować go słowem, gestem, spojrzeniem. A jednak teraz śmiała się, a on razem z nią i nie potrafił oderwać od niej wzroku.
Hipnotyzowała sobą nawet wtedy, gdy patrzyła gdzie indziej.
Wziął wdech i powiedział spokojnym tonem, sam będąc zaskoczony, że tak pomyślał:
— Ty też jesteś inna, Erdene. — Spojrzał jej wreszcie prosto w oczy. — Nie spodziewałem się, że Kaiganrin okaże się tak intrygującą kobietą. Nie dlatego, że potrafi to, czego inni nie potrafią…
Jej oczy zalśniły, a na policzkach pojawił się rumieniec — może od wina, może faktycznie od jego komplementu. Nie potrafił jej nadal w pełni odczytać.
— …a dlatego, że tak dobrze rozumie ludzką naturę — dokończył speszony, patrząc na jej rozjaśnioną twarz. — Imponuje mi to i zdaje mi się, że pojąłem twoje zamiary względem naszego obiadu. Mam przyjaciółkę, która nie znosi przegrywać. Ja też mam tę złą cechę. A teraz, mimo twoich słów uznania… — Uśmiechnął się krzywo i spuścił na moment wzrok. — Czuję się, jakbym właściwie z tobą przegrał tę grę pozorów.
Erdene zwęziła powieki, jak gdyby ważyła jego słowa.
— Doceniam, że to dostrzegłeś — odparła miękko. — To tylko podkreśla to, co mówiłam o tobie wcześniej. I dobrze cię rozumiem. Dlatego mam dla ciebie pewną propozycję. Chcesz mieć okazję na rewanż?
Nie rozumiał, o co jej chodzi, ale i tak kiwnął potwierdzająco głową.
— Dobrze. To będzie twój trzeci prezent z okazji urodzin. Poczucie spełnienia po tej porażce.
Uśmiech i rumieniec nie schodziły jej z twarzy, gdy sięgała po dzwonek. Uderzyła nim cztery razy. Do pomieszczenia natychmiast weszła służba, a w tle rozległ się głęboki ton gongu — zapewne znak końca uczty. Gdy odsunięto im krzesła, Erdene wstała z tą samą gracją, z jaką wcześniej siadała.
— Aby go odebrać, musimy się udać w jedno miejsce.
Wrota za Zephyrem otworzyły się szeroko, a powietrze wypełnił słodkawy zapach perfum przy jej ruchu. Kierowała się w stronę wyjścia, a każdy stawiany krok był jak część misternej procesji.
Tuż przed rozwartymi kotarami obejrzała się przez ramię w stronę Zephyra.
— Idziemy? — zapytała łagodnie w uaento, półgłosem, z tą samą zmysłową pewnością, z jaką wcześniej mówiła o śmierci i pamięci. Tonem i słowem tak bliskim Zephyrowi, że poczuł je z taką samą siłą praktycznie od razu. Użyła go dokładnie tak jak Yorin, kiedy razem chodzili na spacery.
Pomyślał o niej i ich wspólnym czasie, lecz spojrzenie Erdene od razu rozmyło w nim obrazy tamtych chwil.
Nie musiał odpowiadać, aby wiedzieć, co uczynić.
Erdene kroczyła pierwsza. Obok niej pandy — jasna Suun i ciemny Paar — które czekały dotąd przy wrotach w sali kolumnowej. Larethe szła tuż za nią, równo z Zephyrem, a dalej trzej czarni rycerze z kostnymi ornamentami wraz z kolejnymi przybocznymi.
W ciszy przerywanej jedynie krokami zbrojnych i dźwiękami pazurów przemierzali korytarze, aż doszli do jednych wrót. Królowa odwróciła się przez ramię.
— Tintazarze, zaprowadź Zephyra po jego prezent. — Zatrzymała spojrzenie na swoim gościu. — Gdy już go odbierzesz, drogi Zephyrze, przyjdź na górę.
Obaj ukłonili się jej. Zephyr ruszył za Tintazarem i jego ludźmi ku spiralnym schodom. Rycerz niósł ze sobą włócznię z ogniowym rdzeniem, który w świetle pochodni jarzył się jak żywy.
Na widok broni i samej przyłbicy z czaszką przypominającą pysk konika morskiego, Zephyr poczuł złość i obrzydzenie. Wyobrażał sobie, co ten uczynił tą włócznią w Nikyo przed wejściem do drugiego tunelu wobec uciekających bezbronnych ludzi. Czas zemsty za ten czyn musiał jednak poczekać…
Schody ciągnęły się stosunkowo długo i kończyły kratą — masywną, połyskującą mieszaniną sanaconidu, jakby błękitna krew pamięci zastygła w tym stopie. Tintazar otworzył ją i wprowadził Zephyra do małego, ciemnego pomieszczenia z jedną pochodnią z dodatkową kratą z tego samego metalu.
Rycerz wyjął klucz i stanął przed drugim przejściem. Nie ruszył dalej.
— Mimo że jest pan naszym honorowym gościem, nie zamierzam życzyć powodzenia — powiedział cicho, nie odwracając się twarzą do Zephyra. — Zrozumie pan to, albo nie, dopiero, gdy zmierzy się z tym, co tam czeka.
Klucz trafił do zamka i obrócił się w nim z głuchym stuknięciem, które przypominało uderzenie serca.
Gdy Zephyr przekroczył próg, krata zatrzasnęła się za nim głucho, gasząc ostatni oddech wolności. Przed nim wznosiły się ciężkie wrota z przytwierdzonym łańcuchem do ich otwierania.
Metal jęknął. Mechanizm ruszył, powoli rozjaśniając otaczającą go ciemność. Płomienie zapalały się po kolei, jakby ktoś prowadził je wzdłuż ścian niewidzialną dłonią.
Przez moment Zephyr poczuł się jak w Palatynum — tam, gdzie przed wiekami wojownicy walczyli o uznanie imperatora. Tyle że tutaj nie było wiwatów. Tylko echo, chłód i milczący osąd szarego kamienia.
Ruszył naprzód, przywołując pamięć Dolorána — nie z ostrożności, lecz z przyzwyczajenia. Powietrze zgęstniało, a esencja uformowała jego podwójny miecz. Domyślał się, co może się zaraz wydarzyć.
Arena na planie koła rozciągała się przed nim: utwardzona betonem z popiołu wulkanicznego, szara jak zastygły dym. Wyżej lśnił czarny marmur, a na jego tle — Erdene. Siedziała na tronie z kości i kamienia. U jej stóp, na poduszkach, spoczywały pandy i Larethe. Po bokach — siedzieli na ławach trzej czarni rycerze.
Naprzeciw Zephyra otworzyły się drugie wrota. Wyszedł z nich mężczyzna już znacznie po trzydziestce — zarośnięty, obdarty, o zgaszonych oczach. U pasa miał przypiętą kościaną maskę ptaka z czarno-białym dziobem.
Ich spojrzenia przecięły się w połowie drogi. Zephyr uniósł wzrok ku Erdene.
— Trzeci prezent, Zephyrze. — Jej głos niósł się czysto po arenie, odbijając się od kamienia. — Aby zbić smak porażki ze mną i poczuć spełnienie.
Zatrzymała wzrok na przybyszu.
— Zapewne znasz Txoriana.
Maska u jego boku wyjaśniała wszystko — czarno-biały dziób mitycznego ptaka zuribeltza.
— Powiedzmy, że skrzywdził nas oboje — zaczęła cicho, ale głos i tak roznosił się po arenie. — Mnie, bo pozwolił, by bestia, o której rozmawialiśmy, uciekła z naszego sanktuarium w Nikyo. Była zapewne słabsza niż teraz. Wystarczył jeden skuteczny czyn, jeden prosty gest lub komunikat. „Cień” zrozumienia sytuacji. Teraz całe ziemie Zaihonu trzęsą się w strachu przez jego niedopatrzenie.
Zamilkła na ułamek chwili. Głos stwardniał, gdy wrócił, odbijając się od ścian:
— A potem uczynił wobec mnie coś, czego nie da się wypowiedzieć.
Kiedy echo poprzednich słów zniknęło, zaczęła mówić dalej:
— Ciebie też skrzywdził. Ciebie i twoją Yerin — przekręciła i przeciągnęła imię ponownie z premedytacją — a potem zbezcześcił ciało twojego przyjaciela Neriusa Dracci i wielu innych Praktyków. Nawet cywilów. Moich zagubionych dzieci…
Spojrzała na Zephyra, jakby wbijała w niego to wspomnienie.
Poczuł coś, co przypominało nieokiełznany gniew — ale nie wiedział wobec kogo. Głos Erdene niósł się dalej, coraz mocniejszy:
— Ktoś tak oddany swojej misji jak pan Dracca… Poświęcający się, by ratować innych… Poćwiartowany i spalony na placu jak pospolity śmieć…
Oczy Erdene rozbłysły głębią ich popielatej szarości.
— Jak śmiałeś, Txorianie! — krzyknęła i ułożyła się w teatralnej pozie, lekko odchylając głowę i przykładając dłoń do twarzy. Udawała, że to przeżywa, co Zephyr łatwo rozpoznał po jej mowie ciała.
Mimo to furia narastała w nim jak ciśnienie w zamkniętej komorze. Tak samo jak wtedy w Shokyo — gdy stracił panowanie i Eidolon wylał z siebie pokłady mrocznej esencji. Wiedział, że Erdene go prowokuje. Wiedział też, że Txorian zrobił jej coś, co w jej oczach zasługiwało na śmierć. I uczyniła z niego kata swojego rycerza. Ale miał powody, by wykonać ten wyrok. Walczył sam ze sobą tylko o to, czy powinien sprawić jej tę przyjemność.
Txorian podszedł powoli w stronę balkonu, na którym siedziała, i uklęknął z grymasem bólu na twarzy.
