Zerythar: Pamięć Zaihonu Historia Zephyra Eurusa Tom I - J. M. Jazgarski - ebook

Zerythar: Pamięć Zaihonu Historia Zephyra Eurusa Tom I ebook

J. M. Jazgarski

0,0

Opis

Trzecia wyprawa wschodnia Unaro wyrusza odnaleźć dwie zaginione ekspedycje i zbadać nieznany ląd Zaihonu. Kartograf-idealista Zephyr Eurus trafia w centrum sporów i tajemnic sięgających dawnych zapomnianych epok.

W świecie Zerythar nie ma czarów i zaklęć — istnieje tylko magia pamięci, przechowana w artefaktach, które potrafią w teraźniejszości przebudzić przeszłość i odmienić przyszłość.

Tom otwierający cykl epickiego archeofantasy.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 729

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zerythar: Pamięć Zaihonu

Historia Zephyra Eurusa

Tom I

J. M. Jazgarski

Okładka: Magdalena Klipo

Redakcja: J. M. Jazgarski

© Wydawnictwo Memoro, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-980524-0-5

Self-publishing

SPIS TREŚCI

PROLOG

AKT Ø

I

II

III

IV

V

VI

VII

AKT I

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

AKT II

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

AKT III

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

XL

XLI

EPILOG

MAPY

GLOSARIUSZ

SPIS BOHATERÓW

PODZIĘKOWANIA

O AUTORZE

WIĘCEJ O ZERYTHAR

Praememoro celatas en materie, nur fortuno povas ĝin revelare.

PROLOG

Port w Urbo de Oriento tętnił życiem mimo wczesnej pory dnia — gwarem wręcz nadzwyczajnym, choć oba słońca dopiero wstawały nad horyzontem. W oknach kamiennych domostw i przy straganach w części portowej gromadziły się tłumy cywilów.

W powietrzu mieszały się zapachy smoły, ryb i soli z dźwiękami dzwonów okrętowych i stukotem młotków. Dzieci biegały po alejkach między wozami i ładunkami, a rodzice wraz z marynarzami próbowali je temperować, by nie przeszkadzały w pracach.

Inni w milczeniu albo cichych rozmowach obserwowali przygotowania w doku do wielkiej wyprawy. Mimo że wszyscy wiedzieli, nikt nie używał słowa „trzecia”.

Dwie poprzednie przestały istnieć w dyskusjach — jakby brak powrotu był czymś, do czego ludzie przywykli już dawno. Część z czekających w porcie przeżyła to już dwa razy. Ten kolejny nie niósł ze sobą tej samej wagi.

Nie miało to znaczenia dla rytmu życia miasta. Ponad dachami domostw piętrzyły się smukłe, kamienne, otwarte wieżyczki o przeznaczeniu dawno zapomnianym. Z daleka przypominały palce wyciągnięte ku niebu, jak gdyby samo miasto chciało nimi czegoś sięgnąć. Wiele lat po ich powstaniu zawieszono w nich dzwony, które swym dźwiękiem regulowały rytm życia miasta. Wkrótce miały rozbrzmieć donośnie — gdy wyprawa ruszy ku morskim toniom.

Wzdłuż nabrzeża widać było ciężkie bramy prowadzące w głąb miasta. Nad nimi powiewały sztandary znane wszystkim mieszkańcom Dwukontynentu. Razem tworzyło to charakter niepowtarzalny i niemal mistyczny, jakiego nie sposób znaleźć nigdzie indziej poza północno-wschodnimi krańcami tego lądu.

W porcie trwały ostatnie przygotowania do ekspedycji, która mogła odmienić losy regionu, a może i całej prowincji Jagirskiej. Ta z kolei była jedną z pięciu części wielkiego Unaro — organizmu, którego nie sposób nazwać ani królestwem, ani imperium, ani sojuszem czy unią. Było czymś więcej: Wspólnotą prawa i porządku, rozciągającą się na cały Dwukontynent. W jej granicach dawne narody powoli rozmywały się w uniwersalnej idei Jedności.

Doki wypełniały się coraz bardziej gwarem. Ciężkie wozy podskakiwały na nierównych kamiennych płytach nabrzeża. Tragarze, sapiąc, przepychali beczki lub nieśli ciężkie opieczętowane laką skrzynie.

Jedna z nich różniła się od pozostałych. Nie była drewniana, lecz metalowa, gładka, lśniąca, inna od znanych stopów, chłodna w wyglądzie. Odbijała światło w odcieniu błękitno-fioletowym za każdym razem, gdy promienie wschodzących słońc padały na jej powierzchnię.

Pozostałe skrzynie wyglądały tak, jak należało się spodziewać. Na ich wiekach widniały niebiesko-czarne znaki Unaro — pięciokąt zamknięty między dwoma słońcami, z pustą przestrzenią pośrodku. Od niej odchodziły nieregularne linie, jak od promieni dużego słońca, rozlewającego się aż po krawędzie wieloboku. Symbol jedności, prawdy i wspólnoty błyszczał głębią w blasku porannego światła.

Do portowych dźwięków pracy dołączał nieustanny śpiew codzienności: krzyk mew zataczających koła nad masztami, szum fal rozbijających się o kamienne nabrzeża, plusk sieci wyciąganych z wody przez rybaków. Wąskie łodzie chybotały się nieopodal, obładowane rybami błyszczącymi w świetle wschodzących słońc. Rybacy, wciągając kolejne połowy, podobnie jak ludzie na lądzie, spoglądali ku temu, co miało miejsce w dokach.

Wśród dziesiątek zakotwiczonych jednostek trzy przyciągały uwagę gawiedzi. Największa z nich, górująca nad całym portem, nosiła na dziobie złocisty napis Citadelo. Była to morska forteca wojskowych Pretoroj — potężny bastionŝipo, o drewnianych burtach wzmocnionych stalą i dziobowym działem, które górowało nad resztą portu niczym baszta. Gapiów przechodził dreszcz na sam widok tej konstrukcji — jedni szeptali o sile Unaro, inni o nienasyconej ambicji.

Obok, chronione jego cieniem, czekały dwie mniejsze jednostki: Rememoro i Percepto, smukłe eksplorŝipoj o wysokich masztach i eleganckiej linii kadłuba. Choć przypominały tradycyjne karawele, wyróżniały się konstrukcją trójpokładową: niewidocznym pojemnym dolnym pokładem, przestronnym środkowym oraz górnym, na którym mieściły się ster i kajuta kapitana.

Przy trapie Rememoro panował zgiełk. Marynarze w połatanych koszulach i zawsze pomocni w prostych zadaniach Vivtenisoj krzyczeli na siebie, pchając beczki i skrzynie. Żołnierze komórek Pretoroj stali w równych rzędach — nieruchomi, z twarzami twardymi i niewzruszonymi. Dwa konie, zziębnięte i niespokojne, prychały głośno, szarpiąc się na krótkich uwięziach.

Wkrótce wśród tłumu, niemal równocześnie z trzech różnych stron nabrzeża, pojawiło się pięć postaci w długich, ciężkich płaszczach. Wyglądało to tak, jakby spotkały się przypadkiem, nie znając się wcale lub jedynie przelotnie. Każda z nich ciągnęła skrzynię, której dno uginało się pod ciężarem. Ich wygląd wyróżniał się na tle marynarzy i żołnierzy. Byli to badacze Unaro — Kuratoroj, którym powierzono odkrywanie wszelkich tajemnic świata.

Trzej z nich wyróżniali się charakterystycznymi kapeluszami z przypinkami ze znakiem Unaro oraz trzema błękitnymi pasami na płaszczach, świadczącymi o ich pozycji. To wystarczyło, aby wiedzieli, do kogo mają się zbliżyć. Porzucili swoje skrzynie przy dwójce towarzyszy i bez wahania ruszyli w stronę Citadelo.

Ci, pozostawieni sami sobie, zajęci od razu załadunkiem z pomocą portowych pracowników, nie mieli ani chwili na rozmowy. Tymczasem trójka wyższych rangą, gdy tylko dotarła na skraj doku, od razu dała się wciągnąć w żywą dyskusję z innymi uczonymi, pełną gestów i urywanych zdań.

Z szerzej nieznanego powodu uwagę wielu przykuło zdarzenie typowe dla portowego zgiełku. Jedna ze skrzyń wysunęła się z rąk tragarzy i runęła na kamienne płyty nabrzeża. Rozległ się głuchy huk, a z rozbitego wieka wysypały się narzędzia. Pozostali uczestnicy portowego życia natychmiast rzucili się, by pomóc zebrać rozsypane przedmioty, pozostawiając w nieładzie wszystko, co nieśli. Wywołało to tylko dodatkowy rwetes. Gdy zamieszanie ucichło, nikt nie potrafiłby powiedzieć, czy wszystkie skrzynie wróciły na właściwe miejsca.

W porcie takich scen było wiele. Wszyscy spieszyli się, odkładali obowiązki na później, byle tylko zdążyć przed wybiciem dzwonów.

W pewnej chwili uwaga wszystkich przesunęła się ku jednej sylwetce. Przy Rememoro stał młody mężczyzna — jedna z dwóch postaci, którym trzej wyżej postawieni uczeni powierzyli swoje skrzynie.

Jeszcze przed chwilą pomagał tragarzom przepchnąć kufry w stronę wyznaczonych kajut, teraz jednak zatrzymał się u podstawy trapu. Dłoń wciąż spoczywała na uchwycie jego bagażu, poniekąd nie chcąc oderwać się od obowiązku.

Spojrzenie jednak błądziło raz ku portowym ładowniom, raz ku masztom statku. Zdawał się uważnie nasłuchiwać czegoś, co wyłącznie on słyszał spośród wszystkich ludzi obecnych w tym doku — dźwięków tak cichych i obcych, że w całym tym gwarze były tylko nieistotnym niuansem. Szeptem, który nie miał prawa mieć znaczenia.

W końcu potrząsnął głową i uniósł ją dumnie, stawiając swój ostatni krok ku pokładowi — krok, który miał poprowadzić go dalej, niż ktokolwiek w tym porcie mógł tego dnia przewidzieć.

AKT Ø

I

Paca, I/1, 294

Wpis I w dzienniku III wyprawy wschodniej autorstwa Zephyra Eurusa, Młodszego Scivolaro, protegowanego mistrza map miasta Urbo de Oriento, prowincji Jagirskiej, Vilhelma Thalassinosa. Przypisana jednostka — Rememoro.

Cała wyprawa liczy trzy statki: dwie jednostki typu Eksplorŝipo — Rememoro oraz Percepto, jedna jednostka typu Bastionŝipo — Citadelo. Załogi dwa razy po czterdzieści osób oraz sto osób. Aprowizacja naszej jednostki przygotowana na dwa miesiące podróży, z uwzględnieniem paszy dla dwóch koni. Wszystkie statki zaopatrzone w broń dalekiego zasięgu oraz ręczną, zapasowe części oraz narzędzia.

Oba słońca bez zmian w układzie. Wiatr stały ze wschodu, uderzający wprost w żagle. Zmusza jednostki do halsowania już od początku rejsu. Żagle narażone na częste trzepotanie, konieczne ciągłe poprawy lin. Citadelo utrzymuje kurs wolniej, lecz stabilniej. Fale umiarkowane, bez większego zagrożenia. Załoga przyjęła spodziewane warunki dla tej szerokości.

Morale: wysokie. Gotowość do realizacji misji: wysoka.

Cel: odkryć nowy ląd i jego zasoby ku chwale Unaro i bezpiecznie wrócić do Urbo de Oriento.

Zephyr zamknął ostrożnie dziennik, opierając się o reling rufy statku. Wziął głęboki wdech, by poczuć w nozdrzach morską bryzę.

— Wreszcie…

Szepnął, choć nie chciał tego powiedzieć na głos.

Spoglądał na majaczące w oddali starożytne Miasto Wschodu — Urbo de Oriento, które przez ostatnie sześć lat było jego domem i szkołą. Tam uczył się żeglugi, pracując na statkach i pływając wzdłuż brzegów Dwukontynentu podczas zadań terenowych. Poznawał podstawy kartografii czy astronomii i, mimo wyznaczonej profesji, próbował rozwijać swoje inne pasje.

Choć naczelni Kuratoroj przypisali go do Scivolaroj, komórki zajmującej się odkrywaniem nowych ziem ich świata, Zephyra zawsze ciągnęło ku naukom historycznym.

Zdarzało mu się przesiadywać godzinami z Praktykami z komórki Arkivaroj — strażnikami pamięci i prawa — słuchając ich wykładów o dawnych wiekach. Nie było w tym nic dziwnego — w końcu urodził się w Wiecznym Palatynum, marmurowym pomniku dziejów. Mieście, od którego powstania w czasach dawnego Imperium Tusci zaczęto liczyć czas. Jako dziecko w wolnych chwilach uciekał do Biblioteki Palatyńskiej, gdzie czytał aż do zamknięcia jej bram.

Pod tym względem był szczęściarzem — umiał czytać od najmłodszych lat, co pod koniec trzeciego wieku Jedności wciąż nie było powszechne. Nauka czytania była obowiązkowa w całym Unaro, lecz na dalekich rubieżach wszystkich prowincji Dwukontynentu często traktowano ją po macoszemu.

Wraz z końcem roku dwieście osiemdziesiątego siódmego, kilkadziesiąt dni po swoich piętnastych urodzinach, udał się z rodzicami pod bramy siedziby Unaro w rodzinnej metropolii.

Uczynili to w Dzień Przemiany — jeden z pięciu w roku, który uprawniał każdego człowieka do porzucenia swego dawnego życia i otrzymania nowego, w zamian za oddanie się misji Unaro.

To był też dzień, kiedy po raz ostatni widział ojca i matkę, którym zawdzięczał tak wiele. Nie sprzeciwili się jego decyzji i wiedzieli, że taka przyszłość w tym świecie jest dla niego najlepszym wyjściem.

Po przekroczeniu bramy katedry Unaro w Palatynum stał się oficjalnie Praktykiem Wspólnoty — Unaristo. Częścią Jedności.

Z zamyślenia wyrwała go nagła fala, która lekko zakołysała statkiem.

Spojrzał ponownie za rufę — na horyzoncie widział już tylko wieże Miasta Wschodu — orientalnego sanktuarium prastarej kultury, która z biegiem czasu zniknęła z kart historii. Nikt do tej pory nie znał przeznaczenia tych budowli. Jedni twierdzili, że wzniesiono je ku czci bogów, inni, że zbudowano je, aby sięgnąć nieba, jeszcze inni, aby rozświetlać drogę żeglarzom. Dziś w ich wnętrzach biją dzwony, obwieszczające najważniejsze wydarzenia dla miasta — takie jak ich wyprawa.

Świetny przykład wciąż niezbadanych dziejów… Myśl została przerwana, gdy usłyszał znajomy głos dochodzący zza pleców.

— O, tu jesteś, Zephyrze — odezwał się pogodnie mężczyzna w płaszczu i charakterystycznym kapeluszu z przypinkami.

— Przepraszam, mistrzu. Naszła mnie nostalgia i zapatrzyłem się na nasz dom — odparł Zephyr, szybko obracając się ku nadchodzącej postaci.

— Trzeba przyznać, że Urbo de Oriento ma aurę, której nie znajdziesz nigdzie indziej na Dwukontynencie. Potrafi zahipnotyzować nawet z tak daleka. Pamiętaj jednak, młody adepcie. „Twój dom jest tam, gdzie spotkasz jego mieszkańców”. Przez najbliższe dni musisz potraktować Rememoro jako to miejsce i dbać o nie jak o własną kwaterę w naszej katedrze.

— Oczywiście. — Zephyr przytaknął i zaraz spytał. — Jakie są dalsze wytyczne?

— Dopóki płyniemy po znanych wodach, skupimy się na niezbędnych pomiarach i rutynowych weryfikacjach map pływów. Na ten moment przygotuj moje stanowisko w kajucie kapitańskiej i pomóż swojej koleżance, adeptce Arkivaroj, w urządzeniu kajuty badawczej. Razem z kapitanem ogłosimy dalsze instrukcje, gdy tylko nadejdzie sygnał z Citadelo.

Zephyr nie odpowiedział, co w rozmowie z mistrzem oznaczało milczącą zgodę.

— Dobrze. Spotkamy się później na zebraniu Kuratoroj. I pamiętaj, żeby ostrożnie obchodzić się z naszymi narzędziami nawigacyjnymi. Pamiętasz, co stało się z ostatnią busolą? — Mistrz zaśmiał się lekko, chwytając go czule za ramię, jak miał w zwyczaju w kontaktach z ludźmi.

— Tak, mistrzu Vilhelmie — odparł adept, wyraźnie poirytowany, gdy Starszy Scivolaro Thalassinos odwrócił się już na pięcie i ruszył ku schodom. Zephyr podążył za nim, urażony żartem.

Mistrz Vilhelm Thalassinos był jego opiekunem od ponad pięciu lat. Tak jak Zephyr, przybył do Urbo de Oriento z odległych stron Dwukontynentu, z północnej części prowincji Tusci. W strukturach Praktyków przyjęte było, że starszy członek komórki Kuratoroj obejmował opieką jednego ucznia, a czasem kilku, jeśli adeptów było więcej niż mistrzów. Taka więź trwała zwykle sześć lat, dlatego Zephyr wiedział, że ta wspólna misja mogła być jedną z ich ostatnich. Pomimo wyraźnych różnic charakterów łączyło ich dobre porozumienie.

Vilhelm miał w sobie ojcowską cierpliwość i ciepły uśmiech, które napawały Zephyra optymizmem — choć wieczorami, przy winie, ujawniała się jego bardziej chaotyczna natura. Był niskim mężczyzną, bez zarostu, o łagodnych oczach, które zawsze napawały spokojem jego rozmówców.

Zephyr podszedł do relingu przy schodach prowadzących na środkowy pokład, czując pod stopami drżenie całego kadłuba. Na dole, między linami i beczkami, uwijali się Maristaroj — marynarze Pretoroj. Dwudziestu ludzi, spoconych i sporadycznie milczących, dźwigało na barkach ciężar całej wyprawy. To oni unosili żagle, skręcali liny, zmagali się ze słoną mgłą — jakby statek był ich wspólnym ciałem.

Obok nich wyróżniał się kapitan i jednocześnie Protektaro, formalnie Kuratoroj, lecz delegowany do tej roli przez Najwyższego Pretoro z Jagirskiej. Strzegł dyscypliny, a pod jego rozkazami trwała oprócz marynarzy dodatkowa drużyna: dziesięciu Marŝistaroj — piechurów, którzy poruszali się po pokładzie z wojskową sztywnością, dwóch Rajdistaroj — jeźdźców, których konie znosiły znój podróży morskiej pod pokładem i trzech Pafistaroj — artylerzystów zajmujących się działami i prochem.

Z Kuratoroj płynęły jeszcze cztery osoby: dwóch Arkivaroj, najczęściej pochylonych nad zwojami i księgami oraz dwóch Scivolaroj.

Razem na Rememoro było więc czterdziestu ludzi: marynarzy, wojowników, odkrywców i historyków. Każda z komórek miała wyznaczone swoje miejsce i zadania. A mimo to statek wydawał się ciasny, jakby całe Unaro spróbowano zmieścić na deskach jednego pokładu.

Zephyr pomyślał, że tak właśnie wygląda ich Wspólnota — sieć ściśle splecionych ról. Pretoroj walczyli, Kuratoroj badali i zapisywali, Vivtenisoj dbali o to, by machina Unaro mogła się w ogóle poruszać. I gdzieś pośrodku — dziesiątki innych komórek, każda ze swoim miejscem i zadaniem, o których istnieniu wiedział, lecz z którymi rzadko lub nigdy nie obcował. Patrząc na to, poczuł, że nawet na pokładzie jednego statku unarska sieć dyscypliny oplatała go szczelnie niczym pajęczyna.

Pozwolił, by zmysły prowadziły go przez kolejne przestrzenie Rememoro. Statek oddychał ciężko: skrzypiał, pachniał smołą i wilgocią, a każde uderzenie fal drżało w deskach pod stopami.

Na górnym pokładzie znajdowały się ster i kajuta mistrzów, zwana kapitańską. To tam dzielił przestrzeń Starszy Scivolaro Vilhelm Thalassinos, Starszy Arkivaro Erythros Sero i Protektaro Zerantas Arkonel Magnus. Pomieszczenie z zewnątrz wydawało się wąskie, a każdy przedmiot musiał znaleźć swoje miejsce. Powietrze nosiło w sobie napięcie trzech różnych, acz bliskich sobie światów: odkrywcy, archiwisty i żołnierza-intelektualisty.

Środkowy pokład był sercem statku, na którym tętniło codzienne życie. Tuż pod kajutą kapitańską, od sterburty, umieszczono niewielkie pomieszczenie dla uczniów, wydzieloną izbę badawczą i mały składzik. To właśnie w dwóch pierwszych Zephyr miał spędzać większość czasu, między własną koją a zapachem pergaminu i atramentu.

Niżej, przez szeroki luk, schodziło się na dolny pokład. Tam panowały ścisk i ciężkie powietrze: koje marynarzy i żołnierzy, zbrojownia, stajnia czy magazyn żywności oraz narzędzi. Echo rozmów i brzdęk metalu odbijały się od belek niczym w piwnicy, której nigdy nie wietrzono.

Rememoro nie przypominał ani zwykłych karawel, które Zephyr widywał w portach Urbo de Oriento ani tych, na których uczył się żeglugi. To nie był już statek handlowy ani transportowy. Teknikaroj, wynalazcy z Kuratoroj, przebudowali go tak, by sprostał wymogom ekspedycji. Wprowadzili miejsca, których próżno by szukać na innych jednostkach: osobną kajutę dla uczniów, kącik badawczy pod izbą mistrzów, większe magazyny i pojemniejszy skład broni.

Nawet maszt wyglądał inaczej. Wzmocniony, opleciony nowymi wiązaniami, sprawiał wrażenie gotowego stawić czoła sztormom, które złamałyby konstrukcję zwykłego statku.

Rememoro — podobnie jak Percepto — był pływającym archiwum i warsztatem badawczym, pomostem między światem znanym a tym, którego jeszcze nie widzieli. Eksplorŝipo — samo brzmienie tej nazwy niosło w sobie obietnicę odkryć.

Będąc już przy drzwiach kajuty, Zephyr lekko nacisnął klamkę. Ciężkie, dębowe drzwi otworzyły się z piskiem i zatrzasnęły gwałtownie, gdy wiatr uderzył w nie ze swoją mocą. Huk był tak silny, że marynarze wiążący liny niedaleko nich aż podskoczyli, zerkając w górę, czy nic nie stało się z masztem. Po chwili spojrzeli na młodego Scivolaro gniewnym wzrokiem. W końcu na morzu hałas potrafił oznaczać kłopot — pękniętą linę lub mocowanie czy poluzowany węzeł.

Zephyr ponownie je otworzył i szybko wskoczył do kajuty, zatrzasnąwszy drzwi i opierając się o nie plecami.

— Widzę, że należysz do niezdarnych — usłyszał żeński głos. — Nasza część kajuty jest po prawej, wasza po lewej. Środkowego biurka nie ruszaj, bo kapitan Arkonel wyrzuci cię za burtę. Podobno nie znosi, gdy ktoś grzebie w jego rzeczach.

Zephyr nie zdążył jeszcze złapać oddechu, gdy kobieta licząca sobie najpewniej około dwudziestu lat, podeszła pewnym krokiem i wyciągnęła dłoń. Karnację miała ciemniejszą od niego, bardziej typową dla Urbo de Okcidento, Miasta Zachodu czy prowincji Iberii.

Oczy pełne, brązowe, błyszczące, nieustannie oceniające rozmówcę. Długie, czerwone włosy opadały jej na ramiona i plecy w falach, a każdy ruch głowy sprawiał, że światło odbijało się od nich jak od miedzi.

Była mniej więcej jego wzrostu, o smukłej, ale wyraźnie kobiecej linii. Jej krok miał naturalny wdzięk — lekki, nieuchwytny rytm, który sprawiał, że wyglądała, jak gdyby pokład należał do niej.

Zdawała się szybka i zdecydowana, a w wyciągniętej dłoni nie było ani odrobiny nieśmiałości. Kącik ust unosił się lekko, a w każdym spojrzeniu kryła się zadziorna uwaga lub gotowy do wypowiedzenia żart.

— Isandra Sero. A ty to zapewne Zephyr Eurus, zgadza się?

— Widzę, że sprawdzałaś rejestr pokładowy. Miło mi — odparł zaskoczony, ściskając jej dłoń. — Zbieżność nazwisk z mistrzem Erythrosem nie jest przypadkowa?

— Absolutnie nie. To mój ojciec. Zadbał, żebym została historykiem-kronikarzem, tak jak on. Twojego nazwiska nie kojarzyłam, dopóki nie przejrzałam rejestru, więc zakładam, że nie urodziłeś się w Urbo de Oriento.

— Szybko mnie rozgryzłaś. — Zephyr uśmiechnął się z uznaniem, podchodząc do biurka swojego mistrza i ostrożnie otwierając skrzynię obok. — Jeśli mogę spytać, które pokolenie we Wspólnocie?

— Trzecie. Moja babcia od strony ojca wstąpiła do Unaro w Erykanopolis.

Zephyr skinął lekko głową z uznaniem.

W Unaro liczenie pokoleń miało inne znaczenie niż w dawnych królestwach. Nie oznaczało to tylko więzów krwi, ale także to, jak długo dana rodzina należała do Wspólnoty. Trzecie pokolenie znaczyło więc, że jej ród żył już całkowicie w obrębie Unaro — praktycznie bez pamięci dawnych prowincji.

— Czyli wyspiarskie korzenie. Pasja do historii zapisana we krwi.

— Można tak powiedzieć. Choć moja matka, Logikaro, by się z tym nie zgodziła.

— Rodzice w dwóch komórkach? To naprawdę nietypowe.

— Efekt wyprawy badawczej w Górach Hezurskich. Poza zebraniami mistrzów katedr czy przelotnymi rozmowami na korytarzach, to jedyna okazja, by poznać kogoś bliżej spoza własnej komórki — powiedziała z lekkim uśmiechem i znaczącym spojrzeniem.

Dopiero po chwili zrozumiał, co miała na myśli, i speszył się nieznacznie.

— Po nazwisku wnioskuję, że jesteś z Tusci? — pytała dalej Isandra.

Zephyr otrząsnął się szybko, kiwnął głową, dodając dumnym tonem:

— Z Palatynum, z Dzielnicy Cechów. Mój ojciec miał warsztat płatnerski.

— Nie poszedłeś w jego ślady?

— Najwyraźniej kochałem monografie i kroniki dziejów, które czytywałem w Bibliotece Palatyńskiej, bardziej niż miech. Te pozwoliły mi wybrać życiową drogę i obecnie jestem tu, gdzie jestem — odparł, zaczynając rozpakowywanie rzeczy swojego mistrza.

Gdy Zephyr wyjmował busolę, Isandra rzuciła prowokacyjnie z kąśliwym uśmiechem:

— A jak z miłością do płci przeciwnej?

Na te słowa niemal upuścił przyrząd. Speszył się, a młoda Arkivaro wybuchnęła śmiechem. Odkładając ostatnią księgę, dodała:

— Widzimy się w kajucie badawczej. Masz szczęście, że już wszystko tam przygotowałam, gdy podziwiałeś widoki. Do zobaczenia za krótką chwilę.

Ostentacyjnie machnęła czerwonymi włosami i wyszła, zostawiając oszołomionego Zephyra z przyciśniętą do piersi busolą.

— Spostrzegawcza żartownisia… — mruknął, gdy tylko drzwi się za nią zamknęły. Wrócił do układania narzędzi z najwyższą ostrożnością, aby tym razem historia z busolą się nie powtórzyła.

Po uporządkowaniu części należącej do mistrza Vilhelma, młody Scivolaro zszedł po wąskich schodkach na środkowy pokład, kierując się do kajuty badawczej — skromnego pomieszczenia, w którym razem z mistrzami mieli prowadzić dokumentację wyprawy.

Postanowił po drodze zajrzeć do ich pokoju, by sprawdzić, czy kufer pozostawiony tam wcześniej nadal stoi przy koi. Gdy tylko otworzył drzwi, ujrzał, że przestrzeń oddziela zasunięta kotara.

To po to ją dodali… — pomyślał. Wnosząc swój kufer, nie był pewien jej przeznaczenia. Odchylił materiał, aby zajrzeć do swojej części kajuty i upewnić się, że skrzynia jest na miejscu. Chwilę po tym wycofał się ostrożnie z ich wspólnej klitki i szybko ruszył do drzwi obok, gdzie czekało zebranie.

W kajucie badawczej zastał Isandrę siedzącą na taborecie z książką w dłoni. Czekała na pozostałych.

— Szybko się uwinąłeś, płatnerzu — rzuciła z lekkim uśmiechem, poprawiając włosy.

— Płatnerzu? — Zephyr zmarszczył brwi, choć od razu wyczuł tę zgryźliwość.

Nie zdążyli jednak rozwinąć wątku. Do kajuty weszli mistrzowie Kuratoroj.

— Widzę, że już się zaprzyjaźniliście — powiedział mistrz Vilhelm, klepiąc Zephyra po ramieniu i dając mu znak, by zrobił miejsce innym.

Za nim weszli kolejno mistrz Arkivaro Erythros Sero oraz Protektaro Zerantas Arkonel, zwany Magnusem — Wielkim. Przydomek zdobył nie dzięki swojej aparycji, a podczas wcześniejszych wypraw rozpoznawczych na Morzu Wschodnim, gdy nieraz potrafił ocalić członków swoich załóg przed grożącymi im niebezpieczeństwami. Isandra odłożyła książkę i stanęła na baczność, czekając na dalsze słowo. Zephyr poszedł w jej ślady.

— Zamknij drzwi, Zephyrze — poprosił łagodnym głosem jego mistrz.

Kiedy kajuta była już częściowo odcięta od zewnętrznego gwaru, kapitan Zerantas rozpoczął spotkanie:

— Skoro wszystko zostało przygotowane, a kajuty zaopatrzone, możemy przystąpić do krótkiej narady. Moi ludzie wiedzą już, co mają robić. Was, moi bracia, proszę o przygotowanie siebie i uczniów do pracy ścisłej. Zapasy atramentu i papieru znajdziecie w magazynie na tym pokładzie. Umieściliśmy je tu, by nadmiernie nie zwilgotniały ani nie zostały zalane w razie uszkodzeń kadłuba. Vilhelmie, Erythrosie, wiecie zapewne, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Przestrzegliście uczniów o ryzykach wiążących się z tą wyprawą?

Zephyr i Isandra nie mrugnęli nawet, gdy ich wywołano. Wiedzieli, co może ich czekać. Była to ekspedycja naukowo-eksploracyjna — nieformalnie w głowie Zephyra przygoda w nieznane, której zakończenia nikt nie znał. Protektaro Arkonelowi chodziło najpewniej o jej najgorszy możliwy wynik — śmierć na morzu.

— Zgodnie z obowiązującym protokołem muszę odnotować — jest to trzecia oficjalna wyprawa przez Morze Wschodnie prowadzona w strukturach Unaro na polecenie samego Konsilio de Koronar. Tym razem zakrojona na nieznaną wcześniej skalę. Poza jednostkami Kuratoroj i Maristaroj towarzyszy nam stu żołnierzy świetnie wyszkolonych w żegludze morskiej. Zostali specjalnie wyselekcjonowani ze struktur Pretoroj i umieszczeni na bastionŝipo Citadelo w celu zapewnienia nam ochrony na nieznanych wodach.

Tu Protektaro Arkonel lekko chrząknął i zniżył głos:

— Pierwsze dwie ekspedycje zaginęły bez wieści, stąd decyzja o udziale armii Unaro w tej próbie…

Na wzmiankę o zaginionych na morzu zarówno Zephyr, jak i Isandra wymienili się krótkim spojrzeniem. Kapitan szybko zmienił ton, by nie wybrzmiała z jego ust żadna nuta niepokoju.

— Pamiętajcie jednak. Zadaniem Citadelo i jego garnizonu jest osłona naszych statków. Statki typu bastionŝipoj nie bez powodu nazywa się morskimi fortecami. W razie zagrożenia waszym priorytetem pozostają obserwacja i zapis relacji. Odnotujcie każdy detal. Jeśli my, Pretoroj, poniesiemy klęskę, to kolejna wyprawa będzie przygotowana dzięki wiedzy, którą dostarczycie bezpiecznie do domu.

— Nie zawiedziemy, gdyż jesteśmy jednością! — zagrzmieli wszyscy, cytując motto Unaro.

— Zerantasie, rozmawiałeś przed rejsem z innymi Protektaroj. Jak oceniacie nasze szanse na powodzenie tej ekspedycji? — zapytał Erythros.

— Wysoko. Nie wykazują trwogi w związku z delegowaniem bastionŝipo. Ja również tak uważam. Ale wiemy, że nic nie jest pewne w tym życiu i na tych przeklętych wodach — odparł, głaszcząc swoją brodę.

— Kurs pozostaje bez zmian? Zgodnie z twoimi notatkami i innych badaczy? — dopytał Vilhelm.

— Zgadza się. Najbliższe dwadzieścia sześć lub osiem dni powinno upłynąć nam jednostajnym tempem rejsu, jeśli nie natrafimy na sztormy lub inne niepokojące zjawiska. Wiemy, jak halsować na tym wietrze i trzymać kurs na tym prądzie. Do tego czasu macie względny spokój — potwierdził kapitan.

Wszyscy stali i milczeli, czekając na dalsze wytyczne.

— Jeśli nie macie więcej pytań, podejrzewam, że kolejną naradę w tym gronie odbędziemy dopiero za około cztery tygodnie. Was, Vilhelmie i Erythrosie, zobaczę zapewne częściej w naszej kajucie. A wam, młodzi adepci, życzę powodzenia. Wykorzystajcie ten czas i utrwalcie wiedzę, by później zastosować ją w praktyce — podsumował Zerantas.

— Tak, mistrzu! — odparli Zephyr i Isandra jednym głosem.

Spotkanie dobiegło końca i wszyscy rozeszli się do swoich zadań.

Resztę dnia Zephyr spędził w towarzystwie mistrza Vilhelma. Razem pochylali się nad mapami, notując kurs i korygując wcześniejsze zapisy. Zephyr kreślił linie piórem, słuchając uwag mistrza i nanosząc poprawki w starannym piśmie. Kreślenie znaków kompasowych i sprawdzanie busoli wydawało się rutyną, lecz na pełnym morzu każda drobnostka nabierała znaczenia. W ciszy, przerywanej jedynie skrzypieniem kadłuba, szumem fal czy skrzekiem mew, czuł on, że nawet te proste zadania mają wielką wagę.

Gdy oba słońca zaszły, pozostawiając po sobie wąskie pasma czerwieni i złota na horyzoncie, na statku zapadł względny spokój. Zephyr wrócił do kajuty, która od teraz przez bliżej nieokreślony czas miała być jego domem. Isandry jeszcze nie było — jej koja była pusta.

Przeszedł przez jej część i zasunął ciężką kotarę. Lampa naftowa drżała w rytm kołysania, a w połyskującej blasze okucia skrzyni dostrzegł własne odbicie.

Miał jeszcze młodzieńcze rysy, niecałe dwadzieścia dwa lata życia za sobą, choć w spojrzeniu pojawiało się coraz więcej powagi. Ciemne włosy z rudawymi refleksami spadały mu na czoło, a zielone oczy zdradzały czujność. Sam dopiero uczył się ją w sobie rozpoznawać. Smukła sylwetka i dłonie, przyzwyczajone raczej do pergaminów niż do lin i narzędzi rzemieślniczych, zdradzały go. Doświadczenia w cechu ojca nie zmieniły tego. Dopiero uczył się, jak być odkrywcą. W głębi przeczuwał jednak, że ta podróż zmieni go na zawsze.

Skrzypienie zawiasów i poświata lampy przerwały mu myśli w dobrym momencie. Do kajuty weszła Isandra, zapaliła swoją lampę i zza kotary spytała:

— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, żebym jeszcze poczytała?

— Nie — odparł krótko Zephyr, sięgając do swojej skrzyni. — Skoro ty nie idziesz spać, ja też oddam się lekturze.

— Co ze sobą zabrałeś?

— Moją ulubioną kronikę: O zjednoczeniu, czyli Era Odrodzenia autorstwa Licyniusza. Odkąd dowiedziałem się o Unaro i jego misji, wszystkie inne kroniki sprzed istnienia Wspólnoty wydawały mi się zapętlać w konfliktach i niekończących się sporach. Ten tekst mi uświadamia, że zawsze istnieje droga do znalezienia porozumienia. A ty?

— Pakując skrzynię, długo rozmyślałam, co wziąć. Ojciec ma sporą prywatną biblioteczkę, więc miałam w czym wybierać. Padło na Dary i Klątwy Memorii spisane przez Waleriana Kastorinusza.

— Legendy o pamięci świata i jej magii? Na pewno cenny dodatek do wiedzy o świecie. Które wydanie?

— Czterdzieste piąte. Wiesz, że oryginał powstał ponad tysiąc pięćset lat temu?

— Dlatego pytam. W Bibliotece Palatyńskiej trafiłem na dziesiąte. Rozsypujące się od starości. Nie zdążyłem, a raczej nie dałem rady go skończyć.

— Rozpadło się, czy nie wierzysz w te relacje? — ironizowała Isandra, wyraźnie rozdrażniona i jednocześnie rozbawiona odpowiedzią Zephyra.

— To drugie — odparł chłodniej. — Wierzę w to, że ludzkość zatraciła swoją wielkość, a Unaro jest odpowiedzią na jej odzyskanie. Bez magicznych kamieni czy patyków, które ją ponoć wytrąciły.

— Popularne podejście w tych czasach… — burknęła Isandra.

Po tych słowach przestała się tej nocy do niego odzywać. Po dłuższej chwili zgasła jej lampa. Zephyr jeszcze przez moment czytał, nim i on zgasił swoją. Leżąc na koi, rozmyślał. Ostatnim obrazem, jaki zachował w pamięci, były dwa słońca gasnące nad horyzontem i świadomość, że żadna noc na tym morzu nie będzie już zwyczajna.

II

[…]

Paca, IV/6, 294

Wpis XXVII w dzienniku III wyprawy wschodniej.

Warunki atmosferyczne trudne. Upał i wysoka wilgoć utrudniają pracę na pokładzie. Trwa okres Półcieni — oba słońca znajdują się najdalej od siebie. Pierwsze stoi wysoko, drugie zawieszone nisko, przez co różnica w ich pozycji utrudnia ocenę południa i dodatkowo wydłuża cienie. Światło słabsze niż zwykle, a nagrzewanie pokładu przyspieszone. Wiatr zmienny, raz cichnie, raz wraca w podmuchach. Konieczne częste wachlowanie żaglami, by utrzymać kurs. Atrament rozmazuje się w tym cieple szybciej, niż powinien. Załoga zmęczona, lecz zdyscyplinowana, bez oznak buntu. Citadelo trzyma się stabilnie, eksplorŝipo Percepto spóźnia manewry przy zmianie wiatru.

Protektaro Zerantas Arkonel Magnus usatysfakcjonowany postępem. Razem z mistrzem Vilhelmem zlecili mi przygotowanie mapy pływów, gdy wejdziemy na nieznane wody.

Stosunki z Isandrą: poprawne.

Morale: dobre. Gotowość do realizacji misji: wysoka.

Cel: niezmieniony — odkryć nowy ląd i jego zasoby ku chwale Unaro i bezpiecznie wrócić do Urbo de Oriento.

Wyprawa trwała już prawie cztery tygodnie.

Zephyr jeszcze chwilę pozostawił swój dziennik otwarty, samotnie siedząc w kajucie badawczej. To, co napisał, było prawdą, lecz pominął jeden szczegół — swoje własne zmęczenie.

Nie spodziewał się takiego trudu na otwartym morzu. Jego wcześniejsze rejsy nigdy nie trwały dłużej niż dwa tygodnie i zawsze kończyły się zawinięciem do portów wschodnich wybrzeży Dwukontynentu — by uzupełnić zapasy albo rozprostować nogi na lądzie. Tym razem było inaczej.

Mimo uciążliwości dnia codziennego łatwiej było mu to znosić dzięki Isandrze. Początkowo ich wspólna kajuta była źródłem nieustannych tarć — kłócili się o przestrzeń, porządek czy nawet o to, kto ma prawo gasić pierwszy swoją lampę. Jednak z czasem oswoili się ze sobą.

Teraz, zamiast sporów, częściej szeptali do późna o wszystkim, co zaprzątało im głowy: o historii Unaro, podejściu do rzeczy niestworzonych i legend, politycznych sporach między prowincjami, mapach, które rysowali, tekstach, które opracowywali, a nawet o rzeczach błahych, jak ulubione potrawy czy wspomnienia z dzieciństwa.

To były nocne rozmowy, które umilały czas długiego rejsu, a ona stawała się mu coraz bliższa — bliższa niż ktokolwiek z uczniów w Mieście Wschodu, których znał.

Relacje z resztą załogi, składającej się z Pretoroj, były mniej złożone. Maristaroj trzymali się zazwyczaj razem, a żołnierze Marŝistaroj czy Rajdistaroj mieli własne zwyczaje i rytm dnia. Kuratoroj byli dla nich zawsze trochę obcy.

Zephyr jednak czuł, że z każdym dniem granica nieufności powoli topniała. Razem nosili beczki z wodą, łowili ryby, wspinali się na reje, by zrzucić podarte żagle albo wspólnie znosili kąśliwe uwagi mistrzów, gdy spóźnili się z przyniesieniem im posiłków.

Wielu marynarzy zaczęło traktować Zephyra i Isandrę jak pełnoprawnych członków załogi — ale tylko na tyle, by „powierzyć im miotłę i szorowanie pokładu”. To była rola nowicjuszy, młodzików, którzy dopiero uczyli się, jak utrzymać równowagę na falach. Tak właśnie wyglądała ich wartość w oczach bardziej doświadczonych Pretoroj.

Szczególnie że płynęli niemal cały czas pod wiatr, co wymagało ogromnego wysiłku, aby utrzymać kurs. Maristaroj walczyli z siłami natury wszystkimi środkami, a nierzadko także żołnierze musieli pomagać im w utrzymaniu statku.

Na domiar złego mistrz Vilhelm i Starsza Maristaro Venka Om zauważyli, że zapasy pokładowe znikają mimo ścisłej aprowizacji. Zephyr domyślał się, co go czeka: praca zupełnie niezgodna z jego profesją — przeganianie myszy i szczurów z pokładu.

Zarówno on, jak i Isandra, otrzymywali w ostatnich dniach zadania pomocnicze. Skoro te obszary morskie były już w dużej mierze zbadane, oboje mogli poświęcać się nauce. Ta jednak nie wypełniała całego czasu, dlatego delegowano ich też do zwykłych prac pokładowych. Zephyr, zniechęcony nowym obowiązkiem, przypiął dziennik do pasa i chwycił za miotłę stojącą pod ścianą.

Powszechnie wiadomo, że gryzonie na statkach są niemal nieodłącznymi towarzyszami. Są powodem ubywania zapasów, chorób, ale też źródłem marynarskich przesądów. Wierzono, że jeśli szczury zaczynają uciekać spod pokładu, to oznacza rychłą katastrofę okrętu. Tym razem to miotła Zephyra miała stać się zwiastunem ich końca.

Od niedawna młody Scivolaro częściej schodził pod dolny pokład. Poza zadaniami od Maristaroj pomagał w noszeniu prowiantu i butelek wina dla mistrzów podczas ich „nocnych narad”. Najtrudniejsze było zejście tam po zmroku: nawet światło lampy naftowej nie oświetlało drogi dostatecznie, a nieraz zdarzało mu się wpaść na koję śpiącego marynarza. W rewanżu dostawał kilka kuksańców w ramię.

Za dnia toczył walkę z myszami — i trwało to już trzeci dzień.

Zlecone zadanie zaczynał zawsze od kontroli spiżarni i stajni, gdzie czasem zatrzymywał się, by pogłaskać konie. Skład broni pozostawał zamknięty grubą kłódką. Klucze mieli tylko kapitan i dwaj mistrzowie, którzy ponoć osobiście sprawdzali to pomieszczenie, by żaden gryzoń tam nie myszkował.

Pozostawał więc jeszcze schowek na narzędzia — bardzo wąska przestrzeń od strony rufy. Gdy pierwszy raz otworzył magazyn w trakcie polowania, okazało się, że jest tak zapchany szpargałami, że ledwo mógł się w nim zmieścić. Po rutynowej kontroli spiżarni i stajni ruszył w stronę tego magazynku.

Tym razem coś było nie tak — drzwi były uchylone, a zaraz potem coś upadło w środku. Zephyr był pewien — znalazł szkodniki.

Ostrożnie podszedł i jednym ruchem otworzył drzwi, miotając miotłą na wszystkie strony. Po jednym z machnięć usłyszał krótkie „Ała!”. Szybko zauważył, że między skrzyniami wystawała czyjaś noga — a raczej nóżka, bo była drobna.

Zephyr chwycił ją lewą ręką, a drugą z trudem podniósł skrzynię. Przeciągnął pasażera na gapę po podłodze, który okazał się być małą dziewczynką.

Jej kosztowne odzienie, choć schludne, nosiło już ślady podróży, którą najwyraźniej dzielili od pierwszego dnia. Wyglądała najwyżej na dziesięć lat. Starannie ułożone włosy, mimo mocnego rozczochrania, bursztynowa, bogato zdobiona spinka i wstążki zdradzały, że pochodziła raczej z zamożnej rodziny.

Nim Zephyr zdołał się jej dokładniej przyjrzeć, kopnęła go wolną nogą w kostkę i zaczęła się szarpać. Młody Scivolaro nie odczuł przesadnie tego uderzenia i nie odpuścił, wzmacniając chwyt, aby uspokoić małą gapowiczkę.

Dziewczynka przestała nareszcie wierzgać, a Zephyr uspokoił ją gestem ręki.

— Tak lepiej. Nie skrzywdzę cię — zaczął Zephyr łagodnym tonem, jednocześnie zmniejszając nacisk na kostce dziewczynki. — Rozumiesz, co mówię? Znasz uaento?

Dziewczynka lekko skinęła głową.

— Dobrze. Powiedz mi, jak się nazywasz?

— Larethe — powiedziała nieśmiało.

— Miło mi cię poznać, Larethe. Jestem Zephyr. — Uśmiechnął się, próbując nie przestraszyć dziecka, choć wiedział, jakie konsekwencje może mieć to znalezisko. — Opowiesz mi, jak trafiłaś na ten statek?

Dziewczynka milczała. Usta pozostały zamknięte.

Przesłuchanie Zephyra przerwało nagłe pojawienie się jednego z marynarzy.

Dexion Navarros stanął za jego plecami i wykrzyknął:

— Co to za hałasy?! Część z nas próbuje spać przed zmianą! — urwał nagle, gdy zobaczył dziecko. — Co tu się…?! Zep, to jest ten szczur, którego szukałeś? — dodał szyderczo, próbując powstrzymać śmiech.

Zanim Zephyr zdążył odpowiedzieć, dziewczynka wybuchła płaczem tak głośnym, że Maristaroj na kojach zaczęli krzyczeć i obrzucać obu mężczyzn inwektywami, których dziecko ewidentnie nie powinno słuchać.

— Idziemy do kapitana — wrzasnął Dexion już wyraźnie mniej rozbawiony, po czym odepchnął Zephyra i wyszarpnął dziewczynkę z magazynku, chwytając ją błyskawicznie za nadgarstek.

— Dex, poczekaj! Daj mi to załatwić z mistrzami.

— Słuchaj, Zep. Ta mała sierota rozkradała nam zapasy, a cholera wie, ile jeszcze będziemy płynąć tymi przeklętymi wodami. Wywalimy ją za burtę i chociaż tyle z tego będzie. Może jeszcze zrobi za przynętę przy połowie.

Płacz dziewczynki tylko się wzmógł, tak jak wrzaski reszty śpiącej na kojach załogi. Do tego dołączyło rżenie koni i tak zaniepokojonych tym rejsem. Dexion jednak nie zwlekał i zaczął prowadzić małą gapowiczkę w mocnym uścisku korytarzem ku pokładowi, podczas gdy Zephyr podejmował ostatnie próby negocjacji.

Jak wspominała Isandra pierwszego dnia wyprawy, młody Scivolaro zyskiwał nowe przyjaźnie wśród członków innych komórek Unaristoj. Jednym z nich był właśnie Dexion Navarros, z którym często rozmawiał na pokładzie podczas sprzątania.

Mimo porywczej natury marynarz był towarzyski i na swój sposób inteligentny. Łączył ich podobny wiek, bo ten miał skończone dwadzieścia dwa lata. Był postawny i wysoki, co pomagało przy pracach na żaglach, połowach oraz… porządkach pokładu. Karnacją przypominał bardziej Isandrę niż jego — tym bardziej dziwiły włosy w odcieniu blond, zbyt jasne jak na taką cerę.

W czasach stacjonowania w porcie między rejsami zajmował się rybołówstwem, dostarczając połowy do portowych kuchni Miasta Wschodu, ale zawsze marzył o wielkiej wyprawie. Nie chciał, by zakończyła się niepowodzeniem — aż do przesady trzymał się zasad, a sprawa Larethe była tego dobitnym przykładem. Był względnie nowym nabytkiem marynarki Unaro i minimalnie wyżej w hierarchii żeglarzy niż Zephyr, ale i tak próbował rozstawiać go, jakby był jego przełożonym. Stąd też tak kochał przestrzegać wszystkich reguł.

Gdy weszli na pokład, marynarze tam obecni i żołnierze idący za Dexionem natychmiast zebrali się wokół źródła hałasu. Dziewczynka płakała i szarpała się, próbując wyrwać nadgarstek z jego uścisku. Wkrótce pojawili się mistrz Erythros i Isandra Sero, a chwilę po nich z górnego pokładu zeszli mistrz Vilhelm i kapitan Arkonel.

Erythros Sero wydawał się na pierwszy rzut oka poruszony znaleziskiem. Sam, będąc rodzicem, musiał przeżywać szok na widok małej dziewczynki na otwartym morzu. Okulary na nosie wisiały już na jego czubku, a ręce lekko drżały. Według Isandry była to oznaka zdenerwowania i troski w jednym. Miał podobne rysy twarzy do swojej córki, lecz inne oczy o odcieniu szarości i błękitu. Był wysoki i chudy. Czarne włosy powoli zbierały pierwsze oznaki siwizny.

— Co to za jazgot? — wrzasnął wyraźnie poirytowany Protektaro.

— Kapitanie! — zameldował Dexion. — Ten tutaj Młodszy Scivolaro Zephyr Eurus i ja, Młodszy Maristaro Dexion Navarros, raportujemy, że znaleźliśmy złodziejaszka w schowku na narzędzia i zapasowe części. To ona podkradała nasze zapasy żywności!

Mistrz Zerantas zmarszczył brwi i nagle wybuchnął śmiechem, wprawiając resztę załogi w zakłopotanie, wyraźnie nierozumiejącej jego reakcji.

— Chcecie mi powiedzieć, marynarzu, że to dziecko was przechytrzało przez prawie cztery tygodnie? Żaden mężczyzna ani kobieta pod pokładem jej nie zobaczyli, a co gorsza, nie usłyszeli? I dopiero ten tu kartograf musiał wam udzielić wsparcia, choć schodzi pod pokład rzadziej niż wy?

Twarz Dexiona poczerwieniała — z zażenowania czy ze złości, trudno było ocenić. Zanim zdążył odpowiedzieć, kapitan mówił dalej:

— Domyślam się, Navarros, że dzieci jeszcze nie macie?

— Nie, kapitanie — odpowiedział ze spuszczoną głową.

— Widać. Puśćcie ją, bo jeszcze jej dłoń złamiecie.

Dexion wykonał polecenie bez zająknięcia. Kapitan zwrócił się do niej:

— Czy ci dwaj panowie wyrządzili ci krzywdę?

Larethe wskazała tylko na Dexiona. Ten wzdrygnął się i wyszczerzył na nią zęby, na co odpowiedziała płaczem. Kapitan skarcił marynarza srogim spojrzeniem i skupił się na uspokojeniu dziecka.

Gdy to się udało, rozkazał:

— Załoga, wracać do obowiązków! Erythrosie. Vilhelmie. Pozwólcie, że sam się tym zajmę. Pożyczę tylko waszych protegowanych.

Obaj mistrzowie skinęli głowami i odeszli do kajuty badawczej.

— Zephyr, Isandra, za mną na górny pokład — rzucił kapitan.

Cała czwórka udała się we wskazane miejsce.

I gdy Zephyr zamknął za nimi drzwi, kapitan Arkonel zwrócił się do niego życzliwym tonem:

— To teraz na spokojnie. Jak ją znalazłeś?

Młody Scivolaro opowiedział krok po kroku, co zaszło i czego dowiedział się o dziewczynce. W trakcie opowieści mistrz Zerantas poprosił Isandrę, by podała Larethe owoc ze słoja i kubek wody. Dziewczynka jadła łapczywie, raz spoglądając na Zephyra, raz na kapitana.

— Szlachcianka? — zastanawiał się Arkonel, głaszcząc brodę. — Bursztyn we włosach faktycznie na to wskazuje. Urodzona najpewniej w zamożnej rodzinie… Skoro nasza pasażerka zna uaento, to może sama coś nam powie.

Kapitan Zerantas Arkonel był niezwykle rosłym, barczystym i już nie najmłodszym mężczyzną. Charakteryzował go jego bujny zarost, a na nim spiczasta broda, którą lubił się bawić, przemawiając lub analizując sytuacje. Mimo wagi i zwodniczej postury, chodził sprawnie i było pewne, że na statkach zjadł zęby. Nikt nie mógł podważyć jego doświadczenia. Był rubaszny, ale i srogi, gdy przychodziło do osądów.

Protektaro zwrócił się do dziewczynki ciepłym głosem:

— Mam nadzieję, że pomarańcze w zalewie ci smakowały, choć nie są pierwszej świeżości.

Larethe uśmiechnęła się i skinęła głową.

— Dobrze. — Zerantas odwzajemnił uśmiech. — Powiedz, czy twoi rodzice byli z tobą w porcie, gdy wypływaliśmy?

Dziewczynka posmutniała na wzmiankę o rodzicach i milczała. Zephyr chciał się odezwać, lecz Isandra powstrzymała go stanowczym gestem dłoni.

— Rozumiem twój smutek — powiedział kapitan łagodniej. — Ja, gdy byłem niewiele starszy od ciebie, też cierpiałem, gdy nie mogłem odnaleźć się w nowym miejscu bez rodziców. Podejrzewam, że masz osiem lat?

Oburzona Larethe wyciągnęła obie dłonie, pokazując wszystkie palce.

— Dziesięć! — odpowiedziała.

— Ja miałem piętnaście i nie byłem tak dzielny jak ty. — Roześmiał się Zerantas dobrodusznie. — Ani tak zaradny. Jak ci się udało przechytrzyć tylu marynarzy?

— Wszyscy mocno chrapali i spali. A ja wiedziałam, kiedy inni szli na górę i wtedy wychodziłam ze schowka do spiżarni — odpowiedziała cicho Larethe.

Kapitan klasnął w dłonie i zaśmiał się tak głośno, że Zephyr i Isandra aż się wzdrygnęli.

— I rozumiem, że to Zephyr pierwszy cię nakrył?

— Tak… — szepnęła niepewnie, lecz zmieniła ton. — Bo on przychodził o różnych porach.

— A skąd wiedziałaś, jaka to pora? — kapitan Arkonel spytał ostrożnie.

— Przez szparę w drzwiach i deskach widziałam, czy są słońca na niebie lub marynarze schodzili częściej z lampą, czy bez niej. I konie też szły spać, więc gdy je czasami odwiedzałam, to wiedziałam, że już noc.

Oklaskom kapitana nie było końca. Sięgnął po nie najświeższe jabłko z patery, obrał je sprawnie nożem i podał dziewczynce. Ta znów jadła łapczywie.

— Widzicie, młodzi adepci? — mówił z uśmiechem. — Dziecięcy spryt nie zna granic. A ta mała, choć życia w biedzie raczej nie zaznała, potrafiła przeżyć wśród czterdziestu obcych ludzi i trzydziestu pięciu pod pokładem zwodzić przez prawie cztery tygodnie.

Isandra ledwo powstrzymywała śmiech, a Zephyr patrzył w milczeniu.

Kapitan znów zwrócił się do dziewczynki:

— No dobrze, Larethe. Muszę wreszcie spytać: jak weszłaś na nasz statek? Na pewno słyszałaś rozmowy moich ludzi o tym, co tutaj robimy?

— Płyniecie daleko i nie wiecie, gdzie ani po co — odparła dziewczynka.

— Mniej więcej. — Uśmiechnął się kapitan, najpewniej układając już w głowie przemowę dla załogi. — A jak weszłaś na pokład?

— W skrzyni.

— A co w niej robiłaś?

— Szukałam kogoś — wyszeptała lekko zawstydzona, co nie zmieniało faktu, że zaskoczyła kapitana i adeptów.

— Kogo dokładnie? — spytał Arkonel, próbując zachować pogodną twarz, lecz w jego głosie pojawiła się nuta niepokoju.

— Tego chłopca, co siedział w jednej z nich — odpowiedziała speszona.

Kuratoroj spojrzeli po sobie zdezorientowani.

— Jakiego chłopca? Ktoś był z tobą w tej lub innej skrzyni?

— Nie. Ten chłopczyk był w innej. Gdy byłam z bratem w porcie, powiedział, że chce się pobawić w chowanego i mam go znaleźć.

— I co dalej? — wyrwało się Zephyrowi, a kapitan go nie uciszył.

— Zaczęłam szukać skrzyni i weszłam do jednej. Zatrzasnęła się i nie mogłam wyjść.

— Mistrzu, skrzynie w składziku były źle ułożone. Pewnie większa fala je poruszyła, gdy wypływaliśmy, i ta, w której była Larethe, się odblokowała — wtrącił Zephyr.

Kapitan zignorował jego wyjaśnienie i spytał dziewczynkę:

— Larethe, czy później znów rozmawiałaś z tą osobą?

— Tak. Za ścianą przy tym pokoju z dużą kłódką.

Na te słowa mistrz Zerantas się gwałtownie poruszył, a po uśmiechu na jego twarzy nie było śladu. Od razu wydał polecenie:

— Isandra, zostań z małą. Zephyr, powiadom swego mistrza i Erythrosa. Niech natychmiast zejdą do zbrojowni.

Kapitan wyszedł szybko, a Zephyr za nim, widząc, jak kapitan Arkonel sięga po pęk kluczy. Młodzieniec przekazał wiadomość starszym Praktykom. Ci odesłali go do Isandry i Larethe, sami kierując się pod pokład.

Kiedy Zephyr wrócił do kajuty kapitana, zobaczył Larethe bawiącą się klepsydrą i wyraźnie zaniepokojoną Isandrę. Ta niemal podbiegła do niego i spytała:

— I jak sytuacja?

— Mistrzowie poszli do zbrojowni. Nic więcej nie powiedzieli. Pewnie sprawdzają skrzynie.

Isandra zagryzła wargę i zaczęła nerwowo bawić się kosmykiem włosów. Zephyr znał już ten tik — znak, że coś intensywnie analizuje.

— Nawet jeśli ktoś tam był, to po czterech tygodniach bez jedzenia, a tym bardziej pitnej wody, nie mógł przeżyć i… — próbował ją uspokoić, choć te wyjaśnienia nie miały prawa osiągnąć tego efektu.

Isandra spojrzała na niego z niedowierzaniem — nie znosiła, gdy ktoś traktował ją jak niedouczoną i naiwną.

— Co? — mruknął Zephyr.

Odpowiedź nie nadeszła i po dłuższej chwili do pokoju wszedł mistrz Vilhelm.

— Moi drodzy adepci, zabierzcie małą na środkowy pokład. Umyjcie ją, nakryjcie kocami, a jej odzienie wytrzepcie i doprowadźcie do względnego porządku. Za chwilę kapitan i pan Sero wrócą, więc musimy odbyć naradę w sprawie tego rzekomego tajemniczego osobnika w skrzyni.

— Znaleźliście ciało? — spytał Zephyr.

Isandra tylko przewróciła oczami, a Vilhelm odparł spokojnie:

— Możecie być spokojni. Żadnego chłopca — ani żywego, ani martwego — nie znaleźliśmy. A teraz, proszę, zabierzcie małą.

Tak też uczynili. Zephyr jednak znał swego mistrza wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że coś przemilczał. Jego ciepły wzrok był wystraszony.

Dzień powoli dobiegał końca. Młodej Larethe przygotowano hamak w kajucie uczniów, czyniąc z niej jeszcze ciaśniejszą przestrzeń. Zephyr skończył sprzątać pokład razem z Dexionem, a po krótkiej rozmowie i opowiedzeniu mu, co jeszcze się wydarzyło, pożegnał go i ruszył w stronę górnego pokładu, by zgłosić zakończenie prac.

Już miał podejść bliżej drzwi, gdy usłyszał donośny głos mistrza Vilhelma — zwykle takim tonem mówił po kilku kielichach wina. Nie słynął z mocnej głowy, a tym razem najwyraźniej poszło o jeden kubek za dużo.

Zephyr ostrożnie zbliżył się do ich kajuty. Cel jego kroku zmienił się w chwili, gdy dobiegły go pierwsze słowa zza drzwi. Podszedł w kierunku bliższej burty i udał, że sprawdza liny, nadstawiając ucha.

— Jakim cudem to się znalazło na naszym statku?! Przecież takie ładunki miały być umieszczane na Citadelo! Po co nam to w ogóle dostarczono?! — wrzeszczał rozdrażniony mistrz Vilhelm.

— Spokojnie, Vilhelmie. To dziecko na pewno coś sobie uroiło, a sama skrzynia o niczym nie świadczy. Wręcz powinna uniemożliwić to, co ponoć słyszała — próbował go uspokajać Arkivaro Sero.

— Ty, Erythrosie, powinieneś wiedzieć najlepiej, że to fatalny znak. Prawie omen! Po co Rada wysyła nas na te misje, skoro już posiada to, czego szuka i upycha to w skrzyni? — odwarknął Vilhelm.

— Skrzynia jest po to, żeby to przetransportować. A że znalazł się w niej akurat jakiś przedmiot, o niczym nie świadczy. Do tej pory nic złego nam się nie przydarzyło, więc skrzynia działa. Powtórzę to wyraźnie — dziewczynka bawiła się z bratem w porcie. To zapewne jego sprawka, że zatrzasnęła się w jednym z ładunków. Ot, żart. A przedmiot w przegrodzie to zwykłe niedopatrzenie kustosza w Urbo de Oriento — odpowiedział spokojnie pan Sero.

— Panowie, dość — uspokajał ich kapitan. — Erythros ma rację, Vilhelmie. Przekazałem wieści na Citadelo. Protektaro Mogon i ich Logikaroj mają podobne przypuszczenia jak ja i Erythros. Nie będziemy robić postojów, by przekazać skrzynię. A w razie ewakuacji lepiej, jeśli zostanie na Rememoro.

— Ach, z wami… — burknął Vilhelm.

W tej samej chwili drzwi kajuty otworzyły się gwałtownie.

Zephyr odskoczył, by go nie zauważono. Mistrz Vilhelm wyszedł chwiejnym krokiem i podszedł do relingu nad środkowym pokładem. Młody Scivolaro miał szczęście. Mistrza zaczepił jeden z marynarzy, którzy akurat wchodzili po przeciwległych schodach od tych, które miał bliżej Zephyr. Dzięki temu mógł przemknąć wzdłuż sterburty.

Kiedy wszedł do swojej kajuty, Larethe już spała w hamaku, a Isandra czytała książkę.

— Dzisiaj zeszło ci dłużej niż zwykle — mruknęła, widząc, jak Zephyr pośpiesznie zamyka drzwi.

— Zagadałem się z Dexionem i mistrz Vilhelm pogonił mnie do koi.

Zamknęła swoją lekturę i spojrzała na niego w pełnym skupieniu.

— Zastanawiam się nad tym, co się dzisiaj stało.

— Przecież mistrzowie sprawdzili zbrojownię — odpowiedział Scivolaro najpewniejszym głosem, na jaki się zdobył.

— Tak. Ale to, co zaszło w przypadku naszej nowej lokatorki, przypomina mi jedną z historii z Darów i Klątw Memorii — odparła Isandra, wyraźnie poruszona swoim odkryciem.

— Kastorinusz pisał o dziewczynkach w skrzyniach na statkach dalekomorskich? — próbował zażartować Zephyr.

— Pisał o wyraźnych szeptach, które przemawiają do ludzi, półgłówku — odcięła się zgryźliwie. — To, co tu się stało, nie jest normalne. Ja to wiem. I wnioskuję po reakcji mistrzów i zejściu do zbrojowni, że oni też to wiedzą.

Isandra wstała i pewnym ruchem zasłoniła kotarę. Jej lampa zgasła.

Zephyr zrobił to samo chwilę później, pogrążając się w ciemności kajuty. Leżąc w koi, długo nie mógł zasnąć. W mroku nocy kołysały się tylko sznury, a ciche oddechy Larethe i Isandry towarzyszyły tym dźwiękom podobnie jak szum morza.

Słowa mistrza Vilhelma wciąż odbijały mu się w głowie:

To fatalny znak. Prawie omen. Po co Rada wysyła nas na te misje, skoro już posiada to, czego szuka i upycha to w skrzyni?

Nie wierzył w omeny. Nie wierzył w memoria i ich przekleństwa. Ani w szepty, którymi straszono dzieci. Ciche głosy istnieją na Dwukontynencie do teraz — niczym bzyczenie owadów, które irytuje i przeszkadza w zebraniu myśli. Często są jednak ignorowane, bo nie mają sensu i nie są niczym magicznym. Nikt dzięki nim nie jest w stanie dokonywać czynów, o których słyszało się za czasów Ery Objawień.

Są jedynie anomalią zmysłów. Zaburzeniem. Badanym dla pojedynczych i ciekawszych przypadków, w których echo przeszłości jest faktycznie słyszalne.

Wierzył za to, że mistrzowie wiedzą więcej, niż im mówią. Jeśli skrzynia nie była zwykłym ładunkiem, to Konsilio de Koronar musiało zlecić ich przełożonym jakąś dodatkową, sekretną misję związaną z tymi przedmiotami…

Zephyr obrócił się na bok i zamknął oczy, próbując nie myśleć o tych tajemnicach.

III

Paca, IV/7, 294

Wpis XXVIII w dzienniku III wyprawy wschodniej.

Morze gładkie, wiatr umiarkowany, prądy wyczuwalne w drobnych przesunięciach lin. Naniesiono na mapy pierwsze warstwy tutejszych wód — głębia cięższa, barwa znacznie ciemniejsza niż na wodach przybrzeżnych Jagirskiej, ruch stały, nieprzerwany. Dwa słońca oddzielone w pełni, światło jasne, lecz niepalące skóry, mimo obecności na otwartym morzu; cienie nadal dłuższe, kąty nieregularne.

Załoga w stanie dobrym, praca spokojna, dyscyplina zachowana. Znaleziona przeze mnie wczoraj pod pokładem pasażerka na gapę, Larethe, również nie wykazuje oznak przemęczenia.

Pojawiły się pierwsze przypadki osłabienia i choroby dziąseł marynarzy. Źródło — nieprzestrzeganie zaleceń medyków Logikaroj dotyczących racji i naparów. Opatrzono ich, stan nie zagraża wyprawie.

Morale: stabilne. Gotowość do realizacji misji: niezmienna.

Cel: odkryć nowy ląd i jego zasoby ku chwale Unaro i bezpiecznie wrócić do Urbo de Oriento oraz…

Zephyr jeszcze przez chwilę przyglądał się swojemu wpisowi, trzymając pióro w ręku nad nieskończonym zdaniem i rozważając wydarzenia minionego dnia.

Nieprzespana noc dawała mu się we znaki, lecz nie mógł porzucić obowiązków. Dziś jego głównym zadaniem było zastąpienie Isandry w jej pracy — zajmowała się teraz małą Larethe, która miała stać się ich protegowaną na pokładzie, a przynajmniej taką rolę widzieli dla niej mistrzowie do czasu powrotu na Dwukontynent.

Dziewczynka po przebudzeniu opowiedziała więcej o sobie i swojej rodzinie.

Jej pełne imię to Larethe Vezakar. Kiedy młodzi adepci je usłyszeli, natychmiast skojarzyli je z Flotą Vezakarską — północno-wschodnią kompanią zajmującą się transportem morskim oraz handlem dziełami sztuki i surowcami do ich tworzenia. Larethe wspominała, że miała ojca, matkę i starszego brata imieniem Goratz.

To z nim bawiła się w porcie, czekając na rodzica, kiedy usłyszała głos i weszła do skrzyni.

O tym zdarzeniu również chętnie mówiła.

Twierdziła, że chłopiec, który zaprosił ją do zabawy, nie brzmiał staro i wydawał się bardzo miły, choć jego głos był nietypowy. Oprócz zabawy w chowanego wypytywał ją o rodzinę, miejsce zamieszkania i jej ulubione rozrywki.

Po zatrzaśnięciu w skrzyni jego głos nagle zamilkł. Ponownie usłyszała go dopiero na statku, tuż po uwolnieniu, na początku rejsu. Przyznała jednak, że nie rozumiała go do końca — szeptał niejako sam do siebie. Zwrócił się do niej wyłącznie raz, lecz nie ujawniła, co powiedział. Przez kolejne dni głosu już nie słyszała.

Zephyr i Isandra mieli odmienne zdania o tej historii. Dla młodego Scivolaro była to dziecięca fantazja wywołana przez wygłupy brata, które doprowadziły do katastrofy w ich rodzinie.

Isandra wciąż widziała w opowieści echo relacji opisanych w księdze o memoriach. Zarówno poranek, jak i noc, która go poprzedziła, zakończyły się sprzeczką między nimi.

Po tym, jak Młodsza Arkivaro Sero doprowadziła małą do porządku, wyraźnie można było dostrzec, skąd pochodziła.

Dla ludzi z tej części prowincji Jagirskiej charakterystyczne są dwie rzeczy — kolor włosów oraz barwy ubrań. Wiele osób ma tam blond włosy w różnych odcieniach z dodatkowymi refleksami. U Larethe był to srebrzysty połysk.

Mieszkańcy miast w Górach Hezurskich lubują się w strojach czarno-złotych lub czarno-białych. Moda często była elementem tożsamości rodowej lub monarszej na całym Dwukontynencie.

Sam Zephyr nigdy jednak nie widział dawnych herbarzy tych ziem, bo najwyraźniej nie należały do popularnych lub żywych. Nawet szlachcice w tym rejonie zdawali się korzystać ze wzorów dziwnych i niepasujących do nich samych.

Natrafiał co jakiś czas na tarcze herbowe: wyblakłe, wypaczone przez czas i ludzką rękę na budynkach w Urbo de Oriento. Najczęściej przedstawiały motywy śmierci, krzyże albo ptaki przypominające bażanta bądź zupełnie mu nieznanego gatunku, z długim, poszarpanym ogonem. Doszedł więc do wniosku, że barwy ich odzienia odzwierciedlają popularne pigmenty, znane z zapomnianych dziś herbów.

Isandra poprawiła fryzurę dziewczynki, zostawiając jej bursztynową spinkę na swoim miejscu, i uzupełniła warkocze wstążkami z prostych tkanin z zapasu pokładowego. Nie były one tak szlachetne jak poprzednie, ale dobrze spełniały swoją rolę. Kobiety na statku podkreślały nawet, że bardziej wydobywały szarość jej oczu.

Larethe stała się ulubienicą wielu.

Wykazywała się bystrością, odwagą i spostrzegawczością. Zagadywała każdego i biegała po całym statku. Od bakburty po sterburtę. Od rufy po dziób.

Poza Dexionem, który patrzył na nią spode łba, gdy tylko ją spotykał. Mała nie pozostawała mu dłużna i szczerzyła na niego zęby. Imitowała tak jego minę, gdy dzień wcześniej kapitan go za to zrugał.

Dzień trwał, a mistrzowie byli wyraźnie zmęczeni po ostatniej „nocnej naradzie”, a Starszy Scivolaro Thalassinos nie wyszedł z kajuty przez pierwszą połowę dnia.

W tym samym czasie Isandra instruowała Larethe w nowych obowiązkach, a Zephyra ponownie czekało starcie z myszami i ćwiczenie biegłości w użyciu miotły. Liczył, że tym razem, zamiast dziwnych znalezisk, uda mu się trafić na prawdziwe gryzonie.

Po wymianie kilku uszczypliwości z Dexionem i Artem Kessanem, innym członkiem Maristaroj dzielącym z nim kolumnę koi, młody Scivolaro kontynuował swoją walkę z małymi szkodnikami.

Mijając stajnię, dostrzegł kobietę stojącą przy jednym koniu — najpewniej należącą do Rajdistaroj, gdyż na ramieniu miała charakterystyczny rynsztunek tej jednostki. Widział ją również wśród żołnierzy idących za nim i Dexionem, gdy wyprowadzali gapowiczkę na środkowy pokład.

Zdziwił się, że dopiero teraz ją spotkał. Wiedział, że na statku jest trzydziestu dwóch mężczyzn i osiem kobiet, a z Larethe — dziewięć. Poza Isandrą z Arkivaroj znał sześć Maristaroj płci żeńskiej i słyszał tylko o jednej jeźdźczyni — Anari Ikariun.

— To twój koń? — spytał Zephyr, zaskakując ją swoją obecnością.

— Yhm — odpowiedziała lekkim westchnięciem Anari, wyraźnie przestraszona, że ktoś się za nią pojawił.

— Nie mieliśmy okazji poznać się mimo tak długiego rejsu. Jestem…

— Młodszy Scivolaro Zephyr Eurus — dokończyła za niego. — Wczoraj było o tobie głośno z powodu twojego znaleziska, a marynarze śmieją się z twojej wojny przeciw gryzoniom.

Zephyr zaśmiał się lekko, by podtrzymać nastrój, choć w duchu irytował się na Dexiona, który rozsławiał go w taki sposób na pokładzie.

— To dokładnie ja — odparł z lekkim uśmiechem. — Rzadko wychodzisz na górny pokład?

— Nie wychodzę praktycznie wcale.

— Podziwiam. Ciężko tu wytrzymać dłużej. Zaduch, ciemno…

Rozmowa ewidentnie nie szła po jego myśli. Wreszcie spytał:

— A jak twój koń? Oba wydają się spokojne, mimo że często mierzą się z czymś dla nich nienaturalnym. Czasem, gdy „wojuję” z gryzoniami, zajrzę do stajni, pogłaszczę i dokarmię je — rzucił, próbując pociągnąć ją do konwersacji jej własnym żartem.

— Yhm.

— Podobno nasza pasażerka na gapę, Larethe, też je odwiedzała.

— Wiem.

— Jak to?! — powiedział głośniej niż zamierzał.

— Spotkałam ją tu tego samego dnia, co ty odnalazłeś, gdy szłam do mojego Nuyaki. Było ciemno… nie byłam pewna, czy mi się nie przywidziało — odparła spokojnie.

— Nuyaki? — podpytał Zephyr, nie znając tego słowa.

— Przepraszam, do mojego wierzchowca. Nazywa się Nuyaki. W moich rodzinnych stronach nazywamy tak konie — naszych towarzyszy podróży. Skoro pozwolono nam je nazywać, dałam mu to imię. — Pogładziła rumaka po pysku.

— Pochodzisz ze stepu Sikuani?

— Yhm.

— To tłumaczy taką bliskość z końmi.

— Moi rodzice byli pasterzami i pracowali dla lokalnego Aureati. Gdy przekroczyłam progi katedry Unaro w Kangeq, wiedziałam, że chcę oddać się sztuce jeździectwa. Kuratorzy też to dostrzegli.

— Dołączyłaś do Unaro nie przez armię? — Wyraźnie zaskoczyło to Zephyra. Nie była to typowa ścieżka przyłączenia do Wspólnoty i jej wojska.

Komórki Pretoroj były jedynymi, do których każdy mieszkaniec Dwukontynentu mógł wstąpić niezależnie od Dni Przemiany. Aby tego dokonać, wystarczyło się zgłosić do lokalnej jednostki armii Unaro.

— Rodzice mieli inne plany, gdy wysłali mnie do Kuratoroj, ale przywiązanie do jazdy i stepu zwyciężyło — odparła jednostajnym głosem.

— Imponujące! — prawie krzyknął Zephyr, lecz informacja o dziewczynce nie dawała mu spokoju. — Wracając do Larethe…

W tym momencie koń zarżał, spłoszony przez widok i piski myszy.

— Twoja ofiara, Młodszy Scivolaro Eurus — powiedziała Anari, odwracając się do niego.

Mimo półmroku Zephyr dostrzegł rysy dziewczyny: szczupłą twarz o delikatnej karnacji, oczy węższe niż u mieszkańców północnych i południowych prowincji Unaro. Bliższe centrum, gdzie słońca i stepowe wiatry nadawały ludziom inny wygląd niż ich krewnym z południa. Czarne włosy miała związane w kucyk z lekką grzywką na czole, a pod prawym okiem zauważył malutki, ale dodający jej uroku pieprzyk, który zwykle w takich warunkach skrywałby cień. Jak przystało na jeźdźca, była smukła i niezbyt wysoka. Była stosunkowo młoda i nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.

— Chyba pobiegła w stronę naszych koi — wyrwała go z zamyślenia Anari.

— Tak… Faktycznie. Lecę na łowy. Miło było cię poznać i dziękuję — odpowiedział jej w biegu Zephyr, zostawiając ją razem z Nuyaki.

Walka była zawzięta, lecz w tej konfrontacji zwycięstwo przypadło władcy miotły, który zdołał nawet złapać szkodnika. Zwierzę spłoszyło się, widząc marynarzy idących w jego kierunku. Było to nie lada sztuką, zważywszy na zwinność tych ssaków.

Przy okazji Zephyr podpytał napotkanych członków Maristaroj o Anari. Dowiedział się, że cierpi na chorobę morską i ponoć najlepiej czuje się pod pokładem. Dołączyła do ekspedycji w ostatniej chwili w zastępstwie innego, znacznie starszego Rajdistaro, wcześniej niemal wcale nie mając styczności z wyprawami morskimi. Przynajmniej jedna tajemnica się wyjaśniła — pomyślał Zephyr, wciąż zastanawiając się, czemu Anari nie sprawdziła tego, że dostrzegła Larethe.

Reszta dnia minęła na typowych dla niego obowiązkach: pracą nad mapami pływów, porządkami głównego pokładu z Dexionem i przygotowaniem kajuty kapitańskiej na niesławne nocne posiedzenia.

Wracając na górny pokład z butelką wina, usłyszał nad sobą głosy Isandry i jej ojca. Mimo że mówili zniżonym tonem, wyraźnie było słychać, że oboje są rozemocjonowani.

Nie zauważyli go, więc Zephyr ukucnął przy schodach, aby lepiej usłyszeć toczącą się rozmowę.

— …wiesz, co to znaczy. To musi być to! Dlaczego nie rozumiesz?

— Isandra! Sprawa jest zamknięta i nie zaprzątaj sobie nią głowy.

— Larethe jest pewna, że to nie był jej brat. Z jakiego innego powodu miałaby wejść do skrzyni, jeśli nie dlatego, że ktoś ją do tego zachęcił? Może nawet skusił? Tak jak w kronikach —

— Isandra! Dość! Sprawa jest zamknięta — powtórzył mistrz Sero, dodając:

— Musimy skupić się na naszych zadaniach i prowadzić jak najdokładniejszy zapis podróży, a nie śledzić legendy. Temat postaci w zbrojowni jest skończony!

Nad głową Zephyra rozległy się delikatne kroki, które przypisał Isandrze. Gdy ucichły, ostrożnie wyszedł spod schodów i zaszedł ją od tyłu udając, że właśnie przechodził od strony przejścia na dolny pokład:

— Wszystko w porządku? — spytał.

— Nie. I szczerze, nie mam ochoty teraz rozmawiać — odparła głosem, jakby miała zaraz uronić łzę, co nie było do niej podobne.

Zephyr już się odwracał, ale powstrzymał się i zdecydował pociągnąć temat:

— Nie chcę wyjść na wścibskiego, ale przypadkiem podsłuchałem twoją rozmowę z mistrzem Erythrosem.

— Czyli wiesz, że macie obaj podobne zdanie na temat tego, co się wczoraj stało. I pewnie jesteś zadowolony — wyszeptała oschle.

— Będę szczery. Nie wiem, co o tym myśleć po naszej rozmowie i po tym, czego jeszcze się dowiedziałem.

Zephyr uznał, że opowie jej o tym, co usłyszał dzień wcześniej pod kajutą kapitańską, mając nadzieję, że da jej to odrobinę otuchy.

Gdy chciał zacząć, usłyszeli kroki. Isandra przyłożyła mu dłoń do ust na znak milczenia. Jedna z Maristaroj, Maraĵa, skinęła im głową i ruszyła dalej na obchód.

Kiedy zniknęła na schodach prowadzących na górny pokład, Zephyr postanowił najpierw dokończyć swoją posługę. Oboje złożyli wizytę na górnym pokładzie. Scivolaro tylko odstawił trunek do kajuty kapitańskiej, a później, zwolniony ze służby, poszedł z Isandrą do ich sypialni.

Zamknął za sobą ostrożnie drzwi, by nie obudzić śpiącej Larethe. W półmroku, korzystając ze światła księżyca wpadającego przez deski, powoli przedostał się do swojej koi.

Gdy już na niej usiadł, opowiedział o zajściu z wczoraj.

— To, o czym rozmawiali — zaczęła powoli, układając słowa z jego historii w spójną myśl — to prawdopodobnie metalum.

— Metalum? — powtórzył Zephyr, nie znając tego słowa ani przedmiotu.

— Tak, wymawia się dokładnie tak, jak pisze. Metalum.

— I co to dokładnie jest?

— Myślałam, że interesujesz się historią, metalurgią i płatnerstwem — wyszeptała ironicznie.

— Oczywiście, że tak. Ale jeśli chodzi o twoje legendy i baśnie, to nie zaprzątałem sobie nimi głowy. A płatnerstwo to lekka przesada — odburknął Zephyr, który nie lubił jej uwag do fachu ojca.

— Oczywiście, że tak — powtórzyła po nim, próbując go naśladować, i kontynuowała. — Dobrze. Przejdźmy do sedna. Z tego, co wiem, metalum jest skrzynią wykonaną ze stopu kilku metali, który nazywano sanaconid…

Nagle lekko się poderwała.

— Aha! — wymsknęło się jej głośniej. Zerwała się z posłania, chwyciła za swoją lekturę i zaczęła ją wertować, siadając tak, aby światło księżyca padało na strony.

— Coś sobie przypomniałaś?

— Tak. Przecież nawet w tej książce Kastorinusza jest krótki tekst o tym.

Po chwili triumfalnie oznajmiła stłumionym okrzykiem:

— Mam! Posłuchaj tego.

Metalum zwie się skrzynie wykonane ze stopu sanaconid, przeznaczone do przechowywania memoria niebezpiecznych, zwodniczych lub przeklętych. Nazwano je tak, gdyż ów metal został stworzony, aby wyciszać i zamykać głosy artefaktów w nim umieszczanych.

I dalej czytała:

Do metalum wkładano memoria, które kusiły człowieka swoim szeptem, a nie pożądano ich wpływów i mocy. Skrzynia zamykana była srebrnym ryglem osadzonym w gniazdach z bizmutu. Ciężar i spasowanie sprawiały, że przypadkowe otwarcie było niemożliwe. Tradycja nakazywała, by po zamknięciu memoria, skrzynia pozostawała trzy dni pod obserwacją; jeśli przez ten czas nie odnotowano żadnych anomalii, uznawano metalum za gotowe do transportu lub złożenia w archiwach.

W tym miejscu skończyła cytat i zamknęła książkę, wyraźnie podekscytowana tym, co znalazła.

Położyła się w koi i po złapaniu oddechu powiedziała:

— Niesamowite. Nigdy nie widziałam metalum, choć słyszałam, że w Urbo de Oriento w archiwach są ich egzemplarze — powiedziała Isandra z zachwytem, po chwili sobie uświadamiając:

— A obecnie jedno znajduje się praktycznie pod nami! — dodała, pełna ekscytacji.