Zerythar: Pamięć Gyo Historia Zephyra Eurusa Tom II - J. M. Jazgarski - ebook

Zerythar: Pamięć Gyo Historia Zephyra Eurusa Tom II ebook

J. M. Jazgarski

0,0

Opis

Po trafieniu do opuszczonego miasta Gyo Zephyr Eurus staje na czele grupy, która rozpoczyna walkę o przetrwanie i wyścig z czasem.

Misja powierzona przez Unaro wciąż trwa — choć świat, który znali, zdradza teraz swoje prawdziwe oblicze. Im dalej sięgają w historię Zaihonu, tym mniej pewne staje się to, co ich otacza i w co wierzą: cel, tożsamość i to, komu i czemu mogą ufać.

W świecie Zerythar pamięć nie jest tylko wspomnieniem, a siłą czerpiącą z przeszłości, aby kreować przyszłość.

Kontynuacja epickiego cyklu archeofantasy.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 683

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zerythar: Pamięć Gyo

Historia Zephyra Eurusa

Tom II

J. M. Jazgarski

Okładka: Magdalena Klipo

Redakcja: J. M. Jazgarski

© Wydawnictwo Memoro, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-980524-2-9

Wydanie pierwsze

SPIS TREŚCI

PROLOG

AKT I

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

AKT II

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

AKT III

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

EPILOG

MAPY

DODATEK

GLOSARIUSZ

SPIS BOHATERÓW

PODZIĘKOWANIA

O AUTORZE

WIĘCEJ O ZERYTHAR

Sorei ni sumu wa, toki o koeru koto.

PROLOG

Przedmieścia miasta Gyo wiały pustką o nocnej porze. Cisza przeszywała zmysły, a księżyc w pełni świecił bladym światłem. W domach z czerniejących belek i przy zapadniętych kramach nie tlił się już żaden lampion. Jedynie wiatr zaglądał przez rozdarte papiery shōji i rozsunięte drzwi. W progach pochylonych domostw leżały porzucone sandały i połamane wachlarze. Patrząc wyłącznie na te przedmioty, można by uwierzyć, że mieszkańcy po prostu wyszli i nie wrócili.

Inne zmysły zdradzały smutną prawdę. W powietrzu mieszał się zapach spróchniałego drewna i pyłu unoszącego się raz za razem przy lekkim powiewie. Nikt nie wychodził, nikt nie strzegł tych pustych ulic.

Na horyzoncie, ponad dachami drewnianych chat, piętrzyły się masywne, popękane mury miejskie, a na końcu drogi majaczyła wyłamana brama. Za obwarowaniami rysowały się kontury wielkich dachów, podobnych do tych widzianych z wyniesienia nad jeziorem. Te zdawały się jednak jeszcze bardziej majestatyczne niż te, które spoczywały na wodzie. Im bliżej kamiennych ścian, tym wyraźniej można było dostrzec ich rany — wżarte w tynk ślady kul armatnich, pęknięcia jak rozcięcia skóry czy miejsca, w których ogień osmalił belki i zniekształcił dachówki.

Po dawnej świetności stolicy Szogunatu Gyo o tej samej nazwie nie pozostało niemal nic: każdy herb został skuty dłutem, każdy relief zatarty przez wiatr, deszcz i czas. Miasto wyglądało, jak gdyby ktoś z rozmysłem próbował wymazać jego wspomnienie z powierzchni ziemi, jednocześnie zostawiając ruiny ku przestrodze. A jednak właśnie ta pustka nadawała mu niepowtarzalny, niemal mistyczny charakter — zupełnie niespotykany na Zaihon.

Ulica prowadząca do zniszczonego przejścia była wypełniona kilkudziesięcioma sylwetkami, których kroki, a nawet najcichsze szepty, rozdzierały ciszę. Szli ostrożnie, nie wiedząc, co czeka na nich w tym miejscu. Spokój tego kamiennego cmentarza wypełniły wreszcie krótkie krzyki — nie z lęku, a z bólu od samego powietrza i wspomnień uderzających w skronie. Potem wszystko cichło; zostawały tylko przekleństwa i jęki, gdy odzyskiwali oddech.

Do tej kakofonii dołączyła natura: huczenie sowy, trzepot nietoperzych skrzydeł, cykanie świerszczy w gęstej trawie, która częściowo obrosła popękane, gliniano-kamienne płyty dawnej drogi.

Grupa maszerowała dalej, przechodząc przez mury i wchodząc na teren właściwy Gyo. Szli ostrożnie, jak ludzie, którzy wiedzą, że cofnięcie się bywa gorsze niż wejście w nieznane. Patrzyli na zniszczone kamienne ściany, które nie chroniły już niczego, a jedynie trwały. W świetle księżyca wyglądały jak wyłamane ramy obrazu.

Za bramą rozpościerało się miasto, którego ulice przypominały kamienno-drewniane żyły starego organizmu. Po lewej i prawej stronie stały jeszcze resztki domów z późniejszego okresu, zdające się odstawać od tych bardziej wyniosłych — krzywe, czasami na palach, zbite z desek, trzymające się na sznurkach i woli dawnych mieszkańców. Po niektórych pozostały jednak tylko połamane belki i gliniane naczynia, w których zebrała się woda po ostatnim deszczu.

Gyo za murami miejskimi wyglądało mimo to inaczej niż przed nimi. Tam panowała ruina, tu — dziwny porządek, jakby woda ułożyła miasto według własnych reguł. W ciszy można było niemal usłyszeć echo kroków tych, którzy kiedyś przemierzali tę drogę w stronę pałaców. Co jakiś czas wiatr wprawiał w ruch papierowe amulety przybite do belek — zapewne pozostałość po ostatnich mieszkańcach, którzy próbowali ułaskawić pamięć miejsca.

Głębiej, w stronę centrum, zaczynały się zabudowania jeszcze starsze. Kamienne płyty, popękane i przechylone, znikały miejscami po lewej stronie pod wodą, a między nimi rosła trawa i czerwonawe zielska. Po bokach ciągnęły się rzędy sklepików i warsztatów — wszystkie jednak otwarte, jakby ktoś zapomniał je zamknąć przed odejściem, a w niektórych stały drzewa i bambusy niczym nowi właściciele. Szli dalej na północ, gdzie było mniej wody.

Przemierzona arteria kończyła się szerokim placem, który musiał być niegdyś miejscem uroczystości lub zgromadzeń. Stały tam kamienne wsporniki latarni, przechylone, z zapadniętymi głowicami, a między nimi martwe liście. Na środku placu, na jego najsuchszej części, wyrastało samotne drzewo — suche i blade jak kość, ale wciąż zachowujące swój kształt.

Dalej rozciągał się ogród, którego granice trudno było odróżnić od miasta i ogrodzenia pałacowego dziedzińca. Tam widniały resztki mostków i kamiennych ścieżek prowadzących w stronę wzniesienia. Woda w oddali zdawała się sięgać miejscami do kolan.

Za ogrodem i ogrodzeniem pałacu, po lewej stronie od wejścia, rozciągał się wewnętrzny plac zebrań, rozbity i pofalowany jak wyschnięte dno jeziora. Pośrodku sterczał kamienny postument, na którym zapewne niegdyś stał jakiś posąg. Teraz pozostały po nim tylko pusta wnęka i ślady zardzewiałych bolców.

Wokół placu wznosiły się filary bram i arkad — połowa z nich pochylona, reszta zanurzona w wodzie po same kapitele. Z płytkiej toni wystawały okute słupy, na których dawniej rozpinano sztandary rodów. Teraz rosły wśród nich wodne trawy, kołyszące się leniwie na wietrze.

Obok dawnego placu stały dwa pałace — bliźniacze, lecz o odmiennym losie. Jeden tonął w wodzie. Jego górne kondygnacje przypominały wyspy. Czasem między nimi przemykały ryby, jakby i one pilnowały ciszy tego miejsca. Drugi, położony wyżej, zachował nienaruszoną sylwetkę. Kamienna podstawa była jedynie podmywana wodą jeziora. Nad głównym wejściem wisiały resztki zdobień, a na drzwiach widać było kolejny zatarty znak — zbyt niewyraźny, by rozpoznać jego znaczenie.

Grupa zatrzymała się na moment u stóp szerokich schodów. Z wnętrza pałacu dobiegł głuchy odgłos, jak gdyby gdzieś w środku poruszył się kamień. Nie powiedzieli nic. W milczeniu zaczęli wspinać się po stopniach, a każdy ich krok brzmiał jak echo dawnej obecności ludzi, którzy już dawno przestali wracać do tego miejsca. Zrobili ostatni krok przed progiem — krok, od którego miały zależeć przyszłe dni Zaihonu.

AKT I

I

Kuraĝa, III/6, 294

Dzień 61 Zaihon

Wpis XCV

Poranek

Pierwsza noc w ruinach pałacu w Gyo za nami.

Nadal nie potrafię pojąć, co się wczoraj wydarzyło. Nie wierzę, że Nerius naprawdę nie żyje… Szok po ujrzeniu miasta dodał mi sił, by przemówić do grupy, lecz gdy zamknąłem oczy na tej zatęchłej posadzce, wszystko wróciło naraz: strach, gniew, smutek, ulga, bezradność.

Nie mogę być Protektaro. Ktoś inny powinien przejąć tę rolę.

W końcu przeżyło nas więcej niż przypuszczałem — więcej niż nasza dziewiątka. Na pewno jest ktoś bardziej godny…

Część osób, która tu dotarła, nie była nawet z naszej grupy przeszukującej twierdzę, a z tej, która próbowała wydostać się z Nikyo. Dziś mają opowiedzieć, co się wydarzyło w tunelu. Anari twierdzi, że coś o tym wie… Skąd? Nie mam pojęcia.

Zrozumiałem też wczoraj, dlaczego Nerius wybrał właśnie Gyo. To opuszczone miejsce jest źródłem pamięci — reakcja Volkmara oraz kilku innych osób na pierwszy kontakt z jego szeptami tylko to potwierdziła. Źródło zapewne nie stanowi idealnej zasłony, ale da nam schronienie. Przynajmniej na jakiś czas, dopóki nie ustalimy dalszych działań. Nie jest tłumione przez sanaconid, więc nie ma tej gęstości co Ogrody Shinrina w Shokyo. Może właśnie dlatego jego obecność jest mniej pochłaniająca, bardziej rozproszona.

Nahuili przekazała mi po drodze, że udało im się wykraść z magazynów tych czarnych rycerzy sporo memoria — w tym moją muszlę. Niektórzy z grupy zaczęli zgłaszać po dotarciu do pałacu, że słyszą coś innego niż głosy ze źródła. Będziemy dziś rozdzielać artefakty — skoro same pragną ich natchnąć, niech to się stanie naturalnie. Isandra była jedną z tych osób…

Yorin natomiast wspomniała o czymś niepokojącym. Płaczący odezwał się do niej swoim niezrozumiałym językiem, gdy mijaliśmy samotne drzewo przed bramami pałacu. Łkał głośniej niż zwykle, jakby nakłaniał ją, by dotknęła tego suchego, martwego próchna. Kolejna rzecz do sprawdzenia.

Musimy dziś wykonać inwentaryzację, by ustalić, co komu udało się przetransportować aż do twierdzy. Yorin i ja nie straciliśmy naszych koszy… Jednak wszystko, co w nich było, okazało się bezużyteczne albo zaginęło. Po konfrontacji z Txorianem moje pióra i pędzle połamały się, a kałamarze popękały, przez co straciłem też zapasowe ubrania, część pustych pergaminów oraz cały prowiant. Na szczęście mapy nie zostały poważnie uszkodzone.

Straty Yorin były zgoła odmienne. Może nie rozlała atramentu, lecz jej kosz rozerwał się u podstawy po jednym z ataków zuribeltza i wszystko wyleciało tak szybko, że w ferworze walki nawet tego nie zauważyliśmy.

Będziemy również planować kolejne ruchy i spróbujemy dowiedzieć się, co dzieje się obecnie na Zaihon. Zielone chusty wypowiedziały wojnę Cesarstwu dynastii Aorin i wszystko wskazuje na to, że na Nikyo ich ataki się nie skończą. Zapewne maszerują dalej — w imię Strażnika Morza i Gór — Kaiganrina. Gdyby tylko wiedzieli, kto naprawdę stworzył ich wielbione Itsas-zaindari…

I ostatnia rzecz warta odnotowania. Nadzwyczaj dziwna. Widziałem we śnie — a może bardziej w wizji niż śnie — Eidolona w Drugiej Stolicy. Rozmawiał z kimś. Słyszałem jedynie niewyraźnie jego odpowiedzi. Ostatnie zdanie brzmiało inaczej — niedającą się określić barwą głosu, którą zdawał się odtwarzać w myślach… Jedno było pewne — rozmawiał ze swoim stwórcą, czego nie mógł robić, będąc uwięzionym we mnie.

Z jakiegoś powodu żaden z nich nie zauważył mojej obecności. Było to jednak coś innego niż wizje czy sny w świecie cienia. Byłem tam jedynie cząstką własnej świadomości jako bierny obserwator i słuchacz. To było Nikyo z tej nocy. Sam Eidolon zachowywał się równie nienaturalnie. Obco jak na niego. Inaczej niż go znałem.

Gdy tylko znajdę chwilę, muszę porozmawiać o tym z Doloránem i czcigodnym Munjo. Tak jak z Yorin, Severianem i Isandrą… Pewne jest, że cień przetrwał starcie z kościanym rycerzem i będzie kolejnym zagrożeniem dla naszej misji.

Światło poranka przeciskało się przez rozdarte w oknie papiery washi, rozlewając się na podłodze w delikatnych plamach. Część paneli byōbu była porwana, inne nasiąkły wilgocią i falowały jak cienie wspomnień.

Zephyr obudził się powoli. Przejechał dłonią po swoich ciemnych włosach z rudawym refleksem, chcąc się upewnić, że nic w nich nie zostało z resztek podłogi, oraz po twarzy, na której pod opuszkami palców wyczuwał pierwsze ślady, jakie zostawiła na niej ta wyprawa.

Ciepło, które utrzymywało się przez całą noc, ustępowało teraz lekkim podmuchom chłodu — zwiastunom nadchodzącej pory jesienno-zimowej. Dopisało im szczęście, że mogli spać w takich warunkach bez żadnych nakryć. Podłoże, na którym leżał, było wciąż wilgotne, a zapach stęchłego drewna mieszał się z metaliczną nutą wody. Kiedy siedział, starannie oczyścił swoje ubranie z pyłu i brudu.

Przez chwilę słyszał tylko własny oddech, później — szept wiatru przeciskającego się przez rozdarcia papieru. Wstał, by odsunąć resztki przesłony.

Za nią rozciągało się jezioro — spokojne, rozświetlone barwami wschodu. Dwa słońca wynurzały się zza dalekich wzgórz, a ich blaski przecinały mgłę i rozlewały się po wodzie w pomarańczowych i perłowych smugach. Na tafli unosiły się liście i zarośnięte fragmenty drewna, a między nimi wystawały szczyty zatopionych budowli. Niektóre wyglądały jak wyspy, inne ledwie rysowały się pod powierzchnią, próbując jeszcze wrócić w majakach do dawnej świetności.

Zephyr zastygł na chwilę, pozwalając światłu przejść przez siebie i swoje zielone oczy, jakby chciał się upewnić, że to nie sen. Spał w tym pomieszczeniu sam, mimo usilnych próśb części grupy, by trzymać się razem na terenie pałacu. Ich strach był wciąż żywy, tak jak wspomnienia wczorajszego dnia. Większość nocowała w dawnej sali audiencyjnej, dużej przestrzeni na pierwszym piętrze. Jeden Marŝistaro oraz Vivteniso zdecydowali się pełnić wartę na parterze razem z Volkmarem, który zdawał się już dojść do siebie po pierwszym szoku przebywania w Gyo.

Sam Scivolaro udał się jednak na jedno z wyższych pięter, stawiając kroki tam, gdzie światło księżyca zdawało się go prowadzić. Dotarł do zrujnowanej komnaty, w której niegdyś mógł mieszkać sam szogun — przestronnej, lecz ograbionej do cna. Z pozłacanych paneli pozostały jedynie resztki, a z dawnych malowideł na licznych byōbu i fusumach — strzępy barw i pęknięcia przypominające zbite szkło. Na podłodze wciąż leżały rozsypane fragmenty ceramiki i drewna, a w jednym z rogów — przewrócona podstawa po dawnym parawanie.

Mimo utraty własnych przyborów nie został bez narzędzi — ktoś z grupy posiadał zapas i podzielił się nim hojnie, gdy tylko wkroczyli do pałacu. Muszę podziękować — pomyślał, uświadamiając sobie, że noc skończyła się jedynie ciszą przerywaną jego poleceniami oraz cichymi rozmowami o Nikyo. Kiedy wczoraj wchodził po schodach, rzucił mimochodem prośbę o atrament i pióro, nawet nie przyglądając się swojemu dawcy.

Kałamarz postawił na drewnianej belce okiennej. Trzymając dziennik w dłoni, notował wszystko, co przychodziło mu do głowy. Wpis rozrastał się, aż w końcu, gdy atrament wysechł, zaczął wertować strony poświęcone Neriusowi — jakby próbował odtworzyć jego postać, szukając wskazówek, co ma teraz uczynić.

Znał jego plan, ale to było za mało. Zephyr chciał osiągnąć więcej — nie z ambicji, lecz z samozaparcia i poczucia sprawiedliwości. Dla Neriusa. Dla wszystkich, którzy zginęli na Zaihon i jego wodach lub uciekali przez góry Nikyo. I dla samego siebie.

Czemu Zaihon prowadził Unaro i innych ku zgubie na morzu? Co w sobie krył — przed obcymi i przed własnym ludem?

Rozmyślania przerwało nagłe pukanie we framugę rozsuwanych drzwi.

— Można? — spytał go nieznany głos.

— Nie musisz pytać. — Zephyr odwrócił się leniwie, by spojrzeć na rozmówcę. W progu stał młody chłopak, może szesnasto- lub siedemnastoletni. Nosił szaty Unaro o kroju, którego Zephyr nie rozpoznawał — zapewne z czasów samodzielnych wypraw katedr. Wyglądał na dziecko kogoś, kto trafił do Nikyo wiele lat temu.

Taka praktyka na Zaihon była powszechna. Stroje w tej kolonii nie były unifikowane. Każdy mógł nosić taki krój, jaki chciał — zresztą sam Zephyr miał na sobie ubiór wzorowany na drugiej wyprawie wschodniej. Nawet ludzie z pierwszej nosili różne odzienie: Nerius nosił barwy swojej ekspedycji, a Pretoro Rabke z tej samej wyprawy co on nosiła starszy krój. Bliższy temu, który miał teraz na sobie chłopak.

— O co chodzi? — spytał Zephyr.

— Protektaro Eurus — zaczął niepewnie młodzieniec. — Zostałem tutaj wysłany przez Protektaro Navarrosa, aby pana znaleźć i —

— Skończmy z tym panem… — przerwał Zephyr i zaczął rozmasowywać skronie niczym mistrz Vilhelm po winie. Nawet od takiej skromnej ilości formalności i myśli o tym, co na dole mówił Dexion, głowa mu żywo pulsowała.

— Po prostu Zephyr. A ty? Jak mam się do ciebie zwracać?

Chłopak wyprostował się z żołnierską manierą i przedstawił w modle łączącej zaihonską tradycję z unarską:

— Celsus Ryohantu, Młodszy Marŝistaro… — zawahał się na chwilę, jakby nagle uświadomił sobie, że wypowiada słowa należące już do przeszłości.

Po krótkiej pauzie powtórzył nieco ciszej, lecz wyraźnie:

— Celsus Ryohantu, Młodszy Marŝistaro Unaro, z czwartego pokolenia rodziny Celsus w Nikyo.

Przypuszczenia się potwierdziły. Mieszane imię było tego świadectwem — pomijając już samą wzmiankę o pokoleniu, bo na Dwukontynencie nikt się tym nie chwalił przy przedstawianiu. Chłopak urodzony na Zaihon, w rodzinie, której nazwisko musiało trafić tu z Tusci. Związki mieszane według Yorin nie były zakazane, lecz należały już do rzadkości. Nie wspominała mu jednak nic o nadawaniu nazwisk. W tym przypadku najwyraźniej rodzina zdecydowała się zachować to po przodku, który rozbił się o skały tego lądu.

Zephyr patrzył chwilę na chłopaka, widząc w nim odbicie samego siebie. Nie z czasów Dnia Przemiany, a sprzed kilku miesięcy — gdy szykował się w Urbo de Oriento do tej przeklętej wyprawy. Wyprostowany na każdy rozkaz, pełen motywacji do działania.

Formuły przedstawienia komórki, której użył — typowej dla Unaro — on sam użył po raz ostatni w sposób równie poprawny i oficjalny nie w Katedro de Unueco de Nikyo — tam już wszyscy wiedzieli, kim jest, zanim przybył — lecz w domku Shenraku w Asamizu. Kapłan zwrócił mu uwagę na długość jego tytułów. Od tamtego dnia minęły dwa miesiące.

— W czym mogę pomóc, Ryohantu? — spytał ospale Zephyr, wracając wzrokiem do widoku jeziora i jego ruin.

— Wszyscy czekają na dalsze wytyczne — odpowiedział chłopak, nadal stojąc na baczność.

— Czy „Protektaro” Navarros nie może ich sam dostarczyć?

— Powiedział, że bez pana… znaczy, bez ciebie, Zephyrze, nie jest to możliwe. Oprócz tego wszyscy inni zdają się go ignorować i…

Chłopak zamilkł — zapewne uświadamiając sobie własny błąd i naiwność.

— Spocznij, piechurze, i podejdź tu — powiedział łagodnie Zephyr, bez ironii, klepiąc dłonią drewnianą ramę okna.

Żołnierz niepewnym krokiem wykonał polecenie i stanął obok niego.

— Ile masz lat? — zapytał Zephyr.

— Szesnaście.

— Pochodzisz z Zaihonu. Czemu jesteś tutaj z nami?

Teraz i Ryohantu patrzył na taflę przed nimi i wreszcie wymamrotał już bez żołnierskiej maniery:

— W hołdzie dla mojego pradziadka…

— Wiesz, co chcemy osiągnąć? Do czego dążymy? — spytał Zephyr.

— Zgadza się. Wydarzenia w twierdzy na wyspie stały się dla mnie jawnym dowodem, że on i Arkivaro Dracca mieli rację…

— To znaczy? — wciął się Zephyr, wciąż szukając powodu jego obecności.

— Zaihon nie jest w pełni wolny, a to Unaro nie jest tym samym, co te za morzami na zachód. Moja matka to Zaihonka, ojciec z korzenia Tusci. I nawet ona wspierała jego i moje bycie we Wspólnocie. Sama nie chciała wstąpić, a raczej nawet nie wiedziała, że się da, do czasu twojej interwencji w sprawie Intertraktaro Okabe. Wierzyła jednak, że nasza idea Jedności wydaje się słuszna, mimo pokrętności w jej wyegzekwowaniu.

— Pokrętności? — Zephyr uniósł brwi, czując autentyczne zaciekawienie.

— Nie znam się na historii, panie… — poprawił się szybko, jakby obawiał się własnego błędu. — Nie znam się na historii, ale z tego, co wiem, część ludzi z Nikyo za czasów moich dziadów trzymała urazę do naszej katedry i nie raczyła dzielić się z nami powodami. Powtarzano tylko, że to była dla nich zniewaga, że istniejemy.

— Jak w takim razie poznałeś Neriusa? — zapytał Zephyr i nagle dodał: — Powiem wprost, Ryohantu. Nie dziwi mnie obecność ludzi świeżo przybyłych na Zaihon — nawet tych sprzed piętnastu lat. Jeśli odkryjemy, co się tutaj dzieje, to wywróci cały świat do góry nogami…

— Właśnie dlatego tu jestem! — odparł pewniej. — Chcę to wiedzieć. Jestem wdzięczny losowi za to, że dzięki jego zrządzeniu mój pradziadek dał początek mojej rodzinie. Jednak i on zostawił nam tę samą misję, którą chciał realizować pan Dracca.

Wziął wdech i dodał:

— Mój ojciec, który również jest Marŝistaro, przedstawił nas sobie. Mi zaś powiedział: „Ja, ze względu na twoją matkę, nie mogę spełnić woli mego dziadka, lecz ty — młody i z niczym niezwiązany — możesz tego dokonać. Nie będziemy na ciebie źli, jeśli zdecydujesz się na ten krok i wyruszysz z Neriusem Draccą”.

Stali obaj wpatrzeni w jezioro, na którym oba słońca świeciły już pełnym, nieprzyćmionym przez góry blaskiem. Zephyr trawił słowa chłopaka. Rodzina Celsus najpewniej przekazywała sobie w sekrecie cel wyprawy przodka od około stu lat. Ten tutaj chłopak, który nigdy nie postawił stopy na Dwukontynencie, chciał się poświęcić dla sprawy mu tak dalekiej i zdawałoby się obcej. Dla idei, która wcale nie musiała go dotyczyć.

Uczucie ciepła ogarnęło Zephyra w pełni. Patrzył na chłopaka raptem sześć lat młodszego od siebie, który zdawał się uosobieniem cnót Wspólnoty — naiwnym jak on, lecz jednocześnie czystym i wiernym.

Ta krótka rozmowa dała mu lekki impuls. Wyprostował się, opierając się o ramę okna otwartymi dłońmi.

— Dziękuję ci, Ryohantu, za to wyznanie i wybacz mi to maglowanie. Nie będę tego zrzucał na warunki noclegu — wszyscy nie mieliśmy łatwo, ale chyba po prostu posłanie nie było najświeższe. — Zaśmiał się Zephyr i zatoczył półokrąg ręką nad popróchniałą posadzką, na co chłopak parsknął lekko śmiechem.

Po tej rozmowie obaj ruszyli ostrożnie po schodach na pierwsze piętro pałacu, uważając na dziury w podłogach i niepewne panele. Pokój, w którym nocował Zephyr, był na czwartym piętrze. Idąc, co jakiś czas zaglądali do innych pomieszczeń, sprawdzając ich stan i to, co w nich można znaleźć. Budowla nagryziona przez ząb czasu i obrabowana ze wszelkich dóbr zdawała się sama w sobie nie mieć wiele do zaoferowania poza ścianami.

Wreszcie dotarli do korytarza prowadzącego w dół ku południowemu skrzydłu pałacu. To nie było główne wejście do sali audiencyjnej, lecz jedno z bocznych, przeznaczone niegdyś dla służby i niższych szczeblem urzędników. Wąskie przejście wiodło między zbutwiałymi ścianami, których papierowe przegrody dawno już ustąpiły miejsca powietrzu i pajęczynom.

Zephyr musiał się pochylić — nadproże było obniżone, a belki zwisały pod ciężarem czasu. Po kilku krokach korytarz otworzył się szerzej i przed nimi ukazała się sala audiencyjna. Była rozległa, ale pogrążona w półmroku.

Z wysoko sklepionego stropu zwisały strzępy jedwabnych tkanin — zapewne niegdyś chorągwi z herbami szoguna Gyo, dziś zniszczonych i niemal nierozpoznawalnych. Ściany w większości pokryte były wypłowiałymi malowidłami: przedstawiały góry i fale. W niektórych miejscach zdawały się zlewać z prawdziwymi zaciekami po wodzie. Na podłodze było widać fragmenty podwyższenia — tronowego podestu, z którego dawniej przemawiano do zgromadzonych. Teraz zalegały tam tylko pył i kurz.

W pomieszczeniu znajdowało się kilkadziesiąt osób. Twarze bliskie, znajome z widzenia i zupełnie obce. W strojach Unaristoj, w szatach mieszczan i częściowych zbrojach gwardii Nikyo. Gdy Zephyr tylko pojawił się w cieniu sali, podszedł do niego chłopczyk — młody Milen, wnuk Radosza. Jego mina zwiastowała złą nowinę.

— Milen! Czemu tutaj jesteś?! — spytał zszokowany Zephyr.

— Wspólniku Zephyrze…

Chłopiec nie był w stanie powiedzieć więcej, a z jego oczu popłynęły łzy. Scivolaro Eurus przykucnął i objął chłopczyka, domyślając się, co mogło zajść.

W tej samej chwili niemal biegiem dołączyła do nich Nahuili, wyraźnie szukająca chłopca. Ryohantu, widząc ją, stanął odruchowo na baczność, choć nie musiał.

Kobieta wywodziła się z nieznanego Zephyrowi ludu z Xoxetecte, który ponoć miał leżeć na zachód od Unaro. Jej nietypowa perłowa opalizująca skóra i tatuaże w połączeniu z olśniewającą urodą, którą Nerius zawsze uwypuklał, odróżniały ją od innych. Nie należała do Unaro, ale niemal każdy wiedział o bardzo bliskiej relacji jej i Arkivaro Dracci, którą los tak brutalnie przerwał.

Ona sama doświadczyła straty podczas starcia w twierdzy. Znała Milena i jego dziadka od lat — być może od jego narodzin — teraz łączyła ich również wspólna rana. Chłopiec jednak przeżywał to drugi raz.

Zephyr nie znał szczegółów. Velesław mu jedynie napomknął o tym, gdy kurował się w piwnicy Radosza. Matka Milena zmarła zaraz po porodzie. O ojcu nie wiedział nic poza tym, że był. Teraz został sam.

— Vocisceptorze — wyrwało jej się na jego widok. — Czekaliśmy na twoje przybycie, choć nie wszyscy są obecni.

— To nie wszyscy? — niedowierzał Zephyr.

— Wygląda na to, że Neriemu zależało, aby uratować jak najwięcej istnień. Mówił, że gotowych do opuszczenia Nikyo było ponad trzysta osób. Nie wiem, ile jest nas tu obecnie. Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt…

Milen szybko odbiegł od Zephyra i przytulił się do Xoxetki.

— Wiesz, co się stało? — spytał przygaszonym głosem Scivolaro, patrząc na chłopca.

— Tintazar… — odparła kobieta. — Według relacji świadków, gdy część grupy wchodziła do tunelu, pojawił się niespodziewanie na dziedzińcu. Rozpoznałam go po opisach jego kościanej przyłbicy. Asqai i jego ludzie nie zdążyli zareagować i część grupy… stanęła w płomieniach tej dziwnej włóczni, którą władali wojownicy w czarnym metalu.

Zephyr i stojący obok na baczność Ryohantu zareagowali ciszą i zadumą na tę nowinę.

— Radosz uratował Milena, odpychając go najdalej, jak zdołał. W ostatniej chwili. Próbowali się ratować, tarzając się po ziemi, ale ogień nie chciał gasnąć…

Na te słowa chłopczyk mocniej pochwycił jej koszulę i przycisnął twarz tak, aby zasłonić uszy. Cisza, która zapadła, stała się ich wspólnym hołdem dla starego karczmarza i jego poświęcenia.

Wreszcie i inni zaczęli dostrzegać poruszenie na końcu pomieszczenia. Kolejno odwracali głowy, a potem ruszali w stronę Zephyra. Pierwszy podszedł Dexion, stanął przed nim i przemówił głośno do zebranych, tak aby każdy go usłyszał:

— Skoro jest z nami Zephyr, to jako jego prawa ręka oddaję mu przywództwo nad naszą ekspedycją. Od teraz —

Nie zdążył dokończyć, bo jego usta zasłoniła dłoń Anari Ikariun. Na jej twarzy malował się cień zażenowania z nutą troski. Po chwili odwróciła się do Zephyra i rzekła:

— Dobrze, że jednak zdecydowałeś się zejść. I dzięki, Ryohantu, że go znalazłeś.

Marŝistaro Celsus na jej słowa wyprostował się jak struna i tonem pełnym dumy odpowiedział:

— Wedle rozkazu, Rajdistaro Ikariun.

Dexion wyrwał się jej i tylko prychnął, co ona skwitowała swoim typowym uśmiechem. Ten drobny gest wystarczył, by rozładować napięcie.

— Nie będziemy stać w rogu sali — oznajmił i wskazał palcem na określony punkt. — Zróbcie okrąg w jej centralnej części, a Zephyra umieścimy na środku, aby wszyscy go dobrze słyszeli i mogli zadawać pytania!

Tym razem Anari mu nie przerwała. Kiwnęła głową na znak zgody, a Dexion wyraźnie się rozpromienił. Zebrani powoli ruszyli zgodnie z poleceniem ku pustej przestrzeni, omijając spróchniałe deski.

Zephyr rozglądał się, szukając znajomych twarzy. Nie dostrzegł Yorin Okabe, Isandry Sero, Volkmara Hohenhofa i Severiana Varronela. Nahuili skinęła mu głową i zabrała Milena w stronę jednego z bocznych korytarzy, aby chłopak nie musiał słuchać narady.

Gdy wszyscy się ustawili w okręgu, Zephyr stanął na jego środku. Obok niego Dexion oraz Anari. Z tłumu wyszła również Aldonza de la Sierra, a Ryohantu zajął miejsce bliżej otwartej przestrzeni, stając na baczność.

Wokół przeważali młodzi. Sporadycznie widać było starsze twarze, a w tłumie na przedzie dało się dostrzec także dwie mniejsze sylwetki dzieci — prawdopodobnie przy swoich rodzicach. Jego towarzysze również stanęli na wewnętrznym brzegu kręgu. Wszyscy patrzyli na jego centralny punkt, w którym stał Zephyr.

Czekali na pierwsze słowo, które doda im nadziei w tym trudnym momencie. Zebrał myśli, wziął wdech i zrozumiał.

Nie było już odwrotu od tej nowej roli.

II

Zephyr rozejrzał się po grupie. Wszyscy wpatrywali się w niego z mieszanymi minami. Jedni pełni nadziei, inni niepewni jutra. Otaczali go ludzie z kilku środowisk i każdy dążył do czegoś innego, opuszczając Nikyo. Poszli za Neriusem, który połączył ich w tym jednym celu. Teraz oczekiwano od niego, aby ich prowadził, choć nie był pewien, czy jest tego godny i czy ma wystarczającą wiedzę i umiejętności.

Po wzięciu dłuższego oddechu przemówił:

— Wiem, że wszyscy liczyliście, że w tym miejscu będzie stał Arkivaro Nerius Dracca. Wiecie też zapewne, że oddał swoje życie, abyśmy mogli trwać w tym gronie. Chciał zapewne uratować znacznie więcej istnień.

Nikt nie reagował.

— Ja sam nie wiem, czemu Nerius mnie tak cenił. Nie znałem go tak długo jak zapewne większość z was. Nie wiem, czemu uznajecie mnie za równego jemu, skoro jest tu tylu zdolnych, silnych, odważnych.

Drobne chrząknięcia w tłumie nie wybiły Zephyra z rytmu:

— Wiem jednak jedno: pozwolił nam przeżyć, abyśmy razem mogli zrealizować naszą misję. Jeśli ktoś z was nie słyszał mnie wczoraj, powtórzę to — musimy dotrzeć na Dwukontynent i przekazać Radzie Królów prawdę o tym lądzie. Dowiedzieć się, czemu nikt z was nie mógł opuścić Nikyo… I dokonać więcej niż to!

Spojrzał w stronę, gdzie zniknęli Nahuili z Milenem.

— Wszyscy straciliśmy kogoś w Drugiej Stolicy. I nie mówię tu wyłącznie o śmierci. Mówię też o rozłące z bliskimi, o złamanych przyjaźniach. Wielu z naszych przemierza teraz góry, aby dotrzeć tam, gdzie im wskazano. Nie wiem, ilu z nich zdołamy odnaleźć ani ilu już nigdy nie wróci.

Pomruki i cicha zgoda potwierdziły jego słowa.

— Ale jeśli coś ma przetrwać, to będziemy to my i nasza pamięć. Dlatego tu jestem i będę dla was. Nie jako dowódca. Nie jako uczony. Nawet nie jako Vocisceptor. A jako towarzysz tej wyprawy w nieznane! I chcę, żebyśmy razem znaleźli sens tego, co tu się dzieje — zanim świat, który nas wysłał, zapomni, że istnieliśmy. Nie zawiedziemy, gdyż jesteśmy jednością!

Wrzawa w sali audiencyjnej rozgorzała mocniej niż Zephyr się spodziewał. Nie był nigdy dobrym mówcą, a ta naprędce sklecona mowa zdawała mu się nie do końca pasować do niego samego.

W tłumie padło pytanie, na które był przygotowany:

— Jakie mamy plany, Protektaro Eurus?

— Przygotować się do dłuższego pobytu w Gyo, które będziemy wykorzystywać jako bazę wypadową. Zaihon ma obecnie na głowie nie tylko nas i naszych towarzyszy w górach Nikyo, ale również zielone chusty. O nas wiedzą najmniej i podejrzewam, że dopóki nie będziemy się wychylać, uda nam się zbudować podstawy do realizacji kolejnych kroków.

Ludzie uważnie go słuchali. Nikt nie przerywał.

— Przede wszystkim ten pałac wydaje się w tym momencie najbezpieczniejszym miejscem — zarówno do zasiedlenia, jak i obrony, jeśli zajdzie taka potrzeba. Musimy doprowadzić go do względnej użyteczności i przygotować na chłodniejszy okres, który, jak słyszałem, ma nadejść niebawem. Czy są wśród nas jacykolwiek Metiistaroj, rzemieślnicy lub cieśle z Nikyo?

W kręgu cztery osoby podniosły ręce.

— Świetnie. Będę was prosił o dokładne obejście całego kompleksu i sporządzenie wstępnej oceny stanu konstrukcji. Sprawdźcie, które kondygnacje i pomieszczenia są bezpieczne do zamieszkania, a które grożą zawaleniem. Jeśli znajdziecie materiały, które można odzyskać — deski, gwoździe, narzędzia — zabezpieczcie je w jednym miejscu na dziedzińcu.

Zephyr przerwał na chwilę, spoglądając po twarzach w kręgu, a potem dodał z powagą:

— Nie ryzykujcie życia dla belek i kamieni. Gyo nie musi być odbudowane. Ma jedynie dać nam schronienie. Jeśli ocaleją choć trzy pomieszczenia zdolne do ogrzania, to już będzie zwycięstwo.

Wziął głębszy oddech i kontynuował:

— Teraz pozostaje kwestia aprowizacji. Wiem, że wielu z was posiada jeszcze jakieś zapasy lub przedmioty z Nikyo — część zapewne na prośbę Neriusa, a część z własnej potrzeby, by zabrać to, co najważniejsze do przetrwania. Wymagam wiele, ale chciałbym prosić wszystkich, którzy mają przy sobie kosze lub toboły, aby podzielili się swoimi zapasami z tymi, którzy mają niedużo… lub nie mają nic.

W tym momencie jego brzuch wybrał idealną chwilę, by zaburczeć. Po sali przeszedł lekki śmiech, a napięcie rozproszyło się na krótką chwilę. Nie wyszło najgorzej — pomyślał Zephyr, pozwalając sobie na cień uśmiechu.

— Czy mamy wśród nas kogokolwiek, kto mógłby się tym zająć? Provizaroj, Majordomaroj czy Purigistaroj? — dodał, spoglądając po zgromadzonych.

W tłumie uniosła się jedna ręka. Ku jego zaskoczeniu należała do wiekowego Vivteniso Hartulfa — tego samego Majordomaro, którego spotkał pierwszego dnia w katedrze w Nikyo.

— Hartulf… nie spodziewałem się ciebie tutaj. — Zephyr zrobił krok w jego stronę. — Czy podejmiesz się organizacji zgromadzonych zapasów?

Starszy mężczyzna skinął powoli głową, a jego głos zabrzmiał spokojnie, lecz stanowczo:

— Jeśli Gyo ma stać się naszym schronieniem, to ktoś musi pilnować, by panował w nim porządek, zanim wypełnimy naszą misję. Podejmuję się.

Zephyr odwzajemnił skinienie w zaihonskiej manierze.

— Dalej mamy kwestie związane z wyżywieniem — kontynuował, starając się utrzymać wcześniejszy rytm przemowy. — Zapasy, które mamy, na pewno nie starczą na długo. Proponuję, abyśmy zebrali wszystkie shinju, które nam pozostały, i wysłali naszych zaihonskich towarzyszy po nasiona czy nawet trzodę do najbliższej wioski. Możliwe, że znajdą tam coś, co da się szybko uprawiać, zanim nadejdą chłody i —

Tu przerwało mu chrząknięcie cienkiego, ale pewnego głosu z tłumu:

— Mistrz Dracca przygotował nas na to, że możemy gdzieś utknąć na dłużej — odezwał się ten głos. — Dlatego kazał nam zabrać różne nasiona: ryż, proso, fasolę, daikon i długą kapustę. Mamy też kilka sadzonek bambusa i owoców morwy.

Zephyr uniósł brwi z uznaniem.

— To wspaniała wiadomość! — odparł z wyraźną ulgą, ale nim zdążył przejść dalej, ten sam głos ponownie przemówił:

— Podejmuję się założenia pól uprawnych w dawnych ogrodach pałacowych i znalezienia najlepszych źródeł wody.

Pomysł nie był pozbawiony sensu. Teren wokół Gyo był podmokły i mógł wciąż nadawać się do upraw — woda mogła okazać się sprzymierzeńcem, jeśli odpowiednio poprowadzić kanały. Ryż i rośliny wodne miały tu szansę przetrwać, zwłaszcza jeśli wyższe partie pałacowych ogrodów pozostawały nad poziomem zbiornika.

Nagle wtrącił się Dexion:

— My, Maristaroj, spróbujemy złowić coś z jeziora. Przygotujemy tratwę i poszukamy sieci. A jak się nie znajdą — zbudujemy prowizoryczne wędki.

Zephyr uśmiechnął się i skinął głową w stronę obu mężczyzn.

— Świetnie. Doceniam każdą inicjatywę.

Wykonał lekki obrót, by spojrzeć na ludzi za plecami i powoli krążył drobnymi krokami w centrum kręgu:

— W przypadku samego pałacu proponuję, by wszyscy nadal spali tutaj — w sali audiencyjnej i przyległych komnatach, tak jak tej nocy. Dopóki nie upewnimy się, które piętra są bezpieczne, nie ma sensu się rozpraszać. Jeśli jednak komuś przeszkadza tłok, na górze jest kilka pomieszczeń nadających się do zamieszkania. Ja sam należę do tej grupy…

Wziął głębszy oddech, uświadomiwszy sobie, że ta samolubność nie jest najlepszą cechą przywódczą. Odgonił myśli i przeszedł do kolejnego punktu ze swojej długiej listy:

— Ilu mamy ludzi powiązanych z Pretoroj lub gwardią Nikyo?

Na to pytanie spora część obecnych podniosła ręce — wśród nich Anari, Dexion i Ryohantu. Aldonza zawahała się, co Zephyr zauważył, więc celowo pominął ją przy liczeniu.

— Widzę dwadzieścia sześć rąk… Nie ma z nami mojego przyjaciela Volkmara. Kogoś jeszcze brakuje?

Z końca sali dobiegł głos informujący o jeszcze jednej osobie.

— Czyli łącznie dwudziestu ośmiu wojowników Unaro i Zaihonu. — Zephyr skinął z uznaniem. — Mam do was prośbę: podzielcie się zadaniami między sobą. Część z was zajmie się renowacją pałacu, część będzie patrolować okolice i szukać zapasów — nie dalej niż do murów miejskich. Z koncentracją na tych domostwach i dobudówkach zbudowanych najpóźniej. Możliwe, że nawet same konstrukcje i ich szkielety się do czegoś przydadzą.

Zwrócił wzrok ku reszcie zgromadzonych.

— Zachęcam też tych, którzy nie należą do Unaro i opuścili Nikyo, by przyłączyli się do jednej z grup. Każda para rąk się przyda. To samo tyczy się mnie i pozostałych Kuratoroj — nikt nie będzie tu tylko obserwatorem.

Na koniec spojrzał w stronę dzieci, które stały między dorosłymi, wpatrzone w niego z mieszaniną ciekawości i niepokoju.

— Dzieci niech odpoczną. Później będą mogły pomóc przy prostszych pracach — z rodzicami lub tymi, którzy ich potrzebują.

Rozejrzał się po sali, czekając, aż ucichną rozmowy.

— Czy ktoś ma pytania? — zakończył spokojnie swoją przemowę.

— Jak to jest słyszeć trzy głosy jednocześnie? — spytał ktoś z kręgu.

Zephyr nie spodziewał się takiego pytania. Podrapał się nieświadomie po głowie i odpowiedział:

— Nietypowo. To tak, jakby trzy osoby naraz szeptały ci coś do ucha. Po dłuższym obcowaniu da się przyzwyczaić, ale kiedy traciłem którąś z tych pamięci, czułem pustkę. — Uśmiechnął się krzywo, lecz nie miał czasu na zbieranie myśli, bo padło kolejne pytanie.

— Protektaro Eurus! — odezwał się mężczyzna z Marŝistaroj. — Jak ci się udało zranić tego „płonącego lwa” w twierdzy?

Zephyr speszył się przez chwilę, po czym odparł:

— To był ślepy łut szczęścia i atak w jedno wrażliwe miejsce — próbowaliśmy uszkodzić kamienną „skórę”, która go chroniła. Nie polecam powtarzać tej metody bez przygotowania na wyziewy gazu, które wybuchają po kontakcie z ogniem lub iskrami.

Szmer przeszedł przez krąg, a szepty w jego głowie narastały. Ktoś spytał o newralgiczny temat:

— Skoro już o nich. Kim byli ci wojownicy zakuci w czarny metal i kościane naramienniki? Mistrz Nerius mówił, że twierdza będzie pusta.

Zephyr wbił wzrok w podłogę i po zastanowieniu się spojrzał na mężczyznę, który zadał pytanie. Musiał blefować i dać jakąś satysfakcjonującą odpowiedź.

— Ci zakuci w czerń wojownicy są częścią choroby trawiącej Zaihon. Nie byliśmy pewni, czy pojawią się w twierdzy. Na nasze nieszczęście tak się stało.

Kolejne szmery po sali narastały coraz żywiej. Na szczęście padło pytanie, na które czekał i które ożywiło tłum:

— Część z nas słyszy nie tylko echo tego miejsca, ale też drobne szepty z sorei wykradzionych z twierdzy. Czy będziemy mogli czerpać z ich tchnienia?

— W sprawie artefaktów. Po tej krótkiej naradzie rozdysponujemy je między wszystkich, którzy cokolwiek usłyszą. Niestety nie mamy przy sobie żadnego metalum, dlatego zapewne słyszycie nęcenie tych przedmiotów z różną siłą. Ci z was, którzy nie czerpią z żadnego sorei, mogą być spokojni — rwane szepty ucichną, gdy tylko dotkniecie przedmiotu.

Skupił się, czekając, aż rozmowy przycichną, po czym mówił dalej:

— Zanim jednak to się wydarzy, mam kilka ważnych informacji dla Słyszących. Po pierwsze: jeśli ktokolwiek zauważy, że szept jest niepokojący, złowrogi lub namawia do czynienia krzywdy — ma natychmiast oddać artefakt mnie lub Nahuili. Sam z takim przedmiotem się nie spotkałem, ale wiem, że istnieją. Są jak klątwy, które odtwarzają cudze wspomnienia w nas samych i karmią nimi naszą jaźń, aby doprowadzić do tragedii.

Kończąc to zdanie, sam nadal nie był pewien, jak klasyfikować Dolorána i Eidolona.

— Po drugie: nie wolno korzystać z pamięci wbrew jej woli. Wsłuchujcie się w nią uważnie. To nic, że nie zrozumiecie wszystkich słów czy dźwięków — czekajcie, aż usłyszycie coś bardziej znajomego. Jeśli zwątpicie, pytajcie Yorin, Nahuili, Severiana lub mnie. Nigdy nie nadużywajcie pamięci przedmiotu. Z szacunku dla tego tchnienia.

Zrobił krótką pauzę, by wreszcie zakończyć:

— I po trzecie: nie korzystajcie ze zdolności sorei w pałacu ani nigdzie w pobliżu Gyo. Źródła pamięci rozpraszają lub wzmacniają działanie artefaktów, przez co stają się one niestabilne. W samym mieście próbujcie tylko poznawać ich historie, słuchać szeptów. Do korzystania z ich zdolności przejdziemy dopiero później.

— Wszystkich, którzy coś usłyszeli, proszę, by zostali. Reszta może się rozejść do zadań lub odpoczynku, jeśli czujecie zmęczenie. — Zawiesił głos. — Dziękuję wam. W imieniu swoim… i Neriusa.

W tłumie rozległy się pojedyncze oklaski i krótkie gwizdy uznania. Część zebranych wykonała unarskie saluty, unosząc dłoń do skroni. Chwila ulgi przeszła przez salę niczym ciepły podmuch — jak gdyby wszyscy na moment zapomnieli o ruinach wokół siebie. Gdy ludzie zaczęli rozbijać krąg i rozchodzić się do wyznaczonych zadań, Zephyra naszła jeszcze jedna myśl. Zanim jednak zdążył się nią podzielić, jej ślad rozmył się wśród gwaru — właśnie pojawiły się osoby, które deklarowały, że słyszą szepty.

Wśród nich była Anari — wyraźnie zmieszana i jakby sama niepewna, czy powinna się przyznać.

— Anari? — spytał z niedowierzaniem Zephyr.

— Yhm? — odparła typowym dla siebie dźwiękiem, w którym mieszały się pytanie i obrona.

— Jesteś pewna?

— Absolutnie… Słyszałam to już w twierdzy, gdy uciekałam przed rycerzem. Cichy szept, ledwo przebijający się przez maskę, którą niosłam dla Neriusa.

Zaskoczenie ścięło go na krótki moment z nóg. Nie zdążył dopytać o mityczny artefakt, bo do grupy podeszli Isandra i Volkmar.

— Zephyr! — zawołał ten drugi. — Słyszałem tylko końcówkę przemowy, ale czapki z głów! Jakbym słyszał mojego pierwszego Kapitanero spod Jagirskogi!

— Dzięki. — Zephyr uśmiechnął się krzywo, po czym uniósł brew. — Ty też?

— Tak. — Volkmar przytaknął z wyraźnym zakłopotaniem. — Usłyszałem w nocy jakieś biadolenie w języku, którego nie znam. Brzmiało trochę jak zai, ale nie do końca.

Zephyr spojrzał na Isandrę. Ta unikała jego wzroku, jakby czekała, aż temat jej zachowania w Nikyo sam się rozmyje. Nie musiał pytać — znał ten gest aż za dobrze. Jej palec krążył wokół czerwonego kosmyka włosów; zawsze robiła tak, gdy walczyła z myślą, której nie chciała wypowiedzieć na głos lub gdy analizowała wątki.

W tym samym czasie podeszła do nich Nahuili wraz z Milenem. Chłopak wyglądał już znacznie lepiej — może rzeczywiście doszedł do siebie, a może tylko próbował to zagrać.

— Gdzie umieściłaś artefakty? — zapytał ją Zephyr.

— W komnacie rad. Tej z bocznym widokiem na jezioro — odpowiedziała bez wahania.

— Świetnie. Jeśli nikt inny się nie zgłasza, zaczniemy w tym składzie.

Poprosił pozostałych, by chwilę poczekali. Nahuili zostawiła Milena przy Anari i ruszyła z Zephyrem w stronę wskazanego pomieszczenia. Po drodze zapytała cicho, niemal z szacunkiem:

— Któryś do ciebie przemówił, Vocisceptorze?

— Słyszę kilka szeptów — odparł bez ogródek Zephyr. — Ale nauczono mnie, żeby nie sięgać po każde sorei, nawet jeśli mnie woła. Czasem czeka na kogoś bardziej dopasowanego. — Głos Shenraku znów zabrzmiał dzisiaj w jego myślach.

— Mądre słowa. Świadczą o twojej dojrzałości w sztuce słyszenia pamięci — powiedziała Nahuili z uznaniem.

Komnata rad, jak nazwała ją Xoxetka, znajdowała się tuż po lewej stronie sali audiencyjnej. Jej rozsuwane drzwi z pożółkłego papieru shōji były porwane w kilku miejscach, ale nadal trzymały się w ramach, które, choć wygięte od wilgoci, zachowały solidność. Wnętrze wypełniało miękkie światło odbite od jeziora, wpadające przez boczne okna.

Pośrodku stał długi, niski stół — stary, lecz zadziwiająco stabilny. Ktoś z grupy musiał go oczyścić, bo kurz i zbutwiałe zwoje zniknęły, a powierzchnię częściowo przykryto prostym płótnem. W powietrzu nadal unosił się zapach drewna i atramentu, lecz przebijała się też nuta świeżej wilgoci jak po deszczu.

Na środku stołu leżały artefakty — kilkanaście przedmiotów różnego kształtu i pochodzenia, starannie ułożonych w rzędach. Niektóre połyskiwały w świetle, inne wydawały się pochłaniać jego blask.

Wśród przedmiotów rozpoznał trzy: muszlę, fragment płetwy delfina i bransoletę.

— Jesteś pewna, że…? — zaczął Zephyr, patrząc na dwa ostatnie artefakty.

— Tego by chciał, żeby przeszły dalej w kolejne ręce i pomogły w jego misji — przerwała mu spokojnie Nahuili. — Oddał mi je nie tylko w tym celu. Jestem więcej niż pewna, że pragnął też, aby nie przepadły razem z nim, gdy zakładał maskę.

Przez chwilę milczeli, oboje wpatrzeni w dwa artefakty. Zephyr myślał o Neriusie i przeczuwał, że ona również — tylko nie potrafiła tego ubrać w słowa.

— Jak działamy? — spytał w końcu.

— Proponuję wpuszczać wszystkich pojedynczo — odparła. — Nie spodziewam się, by ktoś usłyszał więcej niż jeden. Jeśli jednak tak się stanie… będziemy musieli przemyśleć, co z taką osobą począć.

— Nigdy nie widziałem nikogo, kto dobywa artefaktu — przyznał. — Mam własne doświadczenia, ale nie wiem, czy będą adekwatne.

— Jeśli objawiało się to w postaci skumulowanego szeptu, który wpływał na twoją głowę lub ciało, to może być podobne zjawisko. Wszystko zależy od czułości osoby na pamięć świata.

Zawahała się na moment, po czym dodała:

— Z twoich znajomych najbardziej martwi mnie ten żołnierz.

— Volkmar? — dopytał.

— Nie inaczej. Jego reakcja na źródło była bardzo bolesna. — Na jej twarzy pojawił się grymas, jakby sama odczuwała tamto cierpienie.

— Nahuili — odezwał się Zephyr po chwili milczenia. — Wiem, że to już raczej przesądzone, ale… uważasz, że naprawdę powinienem dowodzić tej misji?

— Tak jak ci powiedziałam, gdy tutaj trafiliśmy, o Vocisceptorze — odpowiedziała spokojnie. — Widzę w tobie to samo światło co w Nerim. Wierzę, że oswoisz się z tym i poprowadzisz nas ku wielkości.

— Dziękuję. — Wypuścił powietrze, jakby zrzucał z siebie ciężar. Już miał wyjść po pierwszą osobę, lecz Xoxetka uniosła rękę i zatrzymała go w progu.

— Pozwól mi wywoływać nowych Słyszących.

Został sam w pomieszczeniu, spoglądając to na przedmioty, to na widok za oknem. Jezioro było tak samo spokojne jak o poranku, lekko poruszane przez wiatr.

Przymknął oczy, wsłuchując się w szepty źródła, które zdawało się wciąż powielać dramat tego miejsca. A jednak między tym echem dawnych tragedii Zephyrowi zdawało się, że słyszy cieplejsze barwy — wspomnienia chwil, które nie rodziły się z bólu. Nie każde wspomnienie musi być napędzane tragedią… Myśl pojawiła się i zniknęła równie szybko.

W drzwiach pojawiła się pierwsza osoba. Nie znał jej. Nahuili przedstawiła ją z zachowaniem zwyczajowej formuły Zaihonu:

— Akora Haruin.

Kobieta ukłoniła się krótko, wyraźnie zmęczona.

— Młodsza Farmistaro, z siódmego pokolenia rodziny Akora w Nikyo — dokończyła spokojnie.

Była niska, miała proste czarne włosy, które opadały jej na ramiona, i oczy zdradzające niewyspanie bardziej niż emocje. Niczym się nie wyróżniała i musiała być bliska wiekiem jemu samemu. Zephyr przyglądał się jej jeszcze przez moment, próbując pogodzić obraz tej drobnej, cichej dziewczyny z faktem, że pochodziła z rodu mającego unarskie korzenie — rodu, którego przodek przybył na Zaihon niemal dwieście lat temu.

Chciał zadać jej wiele pytań, ale ostatecznie tylko skinął ręką, dając znak, by podeszła do stolika. Zrobiła jeden krok i zachwiała się, jakby miała mdleć.

Zephyr i Nahuili jednocześnie podbiegli, chwytając ją pod ramiona, zanim zdążyła uderzyć głową o podłogę. Delikatnie podprowadzili ją do okna, by mogła zaczerpnąć powietrza. Xoxetka natychmiast odwróciła się i udała po wodę.

— Spokojnie, oddychaj głęboko — mówił Zephyr cicho i z troską. — To się zdarza.

— Przepraszam, Protektaro Eurus… — wydusiła po chwili między oddechami.

— Nic się nie stało. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. To naturalne, że to wszystko nas przytłacza.

— Pana nie… — urwała, po czym z trudem dokończyła. — Prawie wszyscy tutaj pana podziwiamy. To, że pan jest z nami… Protektaro Dracca naprawdę…

Jej głos się załamał. Zephyr chciał coś odpowiedzieć, lecz w tym momencie do komnaty weszła Nahuili z bukłakiem wody. Tuż za nią pojawił się Dexion, niosąc niewielki pieniek. Postawił go obok kobiety z ledwie widocznym uśmiechem.

— Przyda się — rzucił krótko, po czym ruszył w stronę wyjścia.

Gdy minął drzwi, na chwilę się zatrzymał, jakby coś przyciągnęło jego uwagę. Zephyr natychmiast to zauważył.

— Usłyszałeś któryś? — spytał.

— Nie jestem pewien… — odpowiedział Dexion półgłosem, po czym bez słowa wyszedł z pomieszczenia, zasuwając drzwi.

Haruin po dłuższej chwili doszła do siebie. Wstała powoli i ponownie podeszła do stolika z przedmiotami. Grymas bólu, który jeszcze przed chwilą marszczył jej twarz, rozmył się równie szybko, jak się pojawił.

W jej dłoni znalazł się pęk cienkich gałązek splecionych czerwoną nicią — przypominał modlitewny amulet, którego mogli używać wyznawcy jakichś zapomnianych wierzeń na Zaihon.

— Tak jak wspominał Vocisceptor. Nie zrażaj się, nawet jeśli nic nie zrozumiesz. Pozwól tej pamięci się — tu zamyśliła się, szukając słowa, i wreszcie dokończyła — wyszumieć.

— Zdaje mi się, że rozumiem… — wyszeptała kobieta. — Słyszałam głos w zai.

— Jeśli tylko zauważysz coś niepokojącego, jesteśmy tu dla ciebie — podsumował Zephyr i uśmiechnął się, by dodać jej otuchy.

Po niej przyszła kolej na kolejne dwie osoby — obie przeszły przez szukanie artefaktu bez większych komplikacji. W pomieszczeniu panował coraz większy spokój. Pamięć rezonowała coraz słabiej z każdym kolejnym przydziałem.

Wreszcie do środka wszedł Volkmar Hohenhof. Nie było w nim już śladu uśmiechu z sali audiencyjnej. Jego twarz była blada, a spojrzenie puste. Ten, o którego najbardziej się obawiali, stanął naprzeciw stołu.

III

Volkmar zamarł, wzrokiem wbitym w drewno i płótno, jakby miało zaraz pęknąć lub się rozerwać. Zephyr znał to spojrzenie — widział je raz, w Ogrodach Shinrina, gdy młodego Berga uderzyła moc źródła.

Piechur miał słabość do używek. Kochał rozrywkę i hazard. Nie był wzorem cnót, ale był dobrym człowiekiem. Zagubionym. Zapewne nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy szept. Do tej pory unikał wszystkiego, co ocierało się o tajemnice pamięci świata — albo los nie zbliżył go do niej tak blisko.

I mimo to został wyróżniony. Pamięć naznaczyła i jego, by mógł usłyszeć czyjąś historię. Jak to możliwe — nikt do końca nie wiedział. Uczeni z Dwukontynentu przez stulecia próbowali pojąć, czym jest ów zmysł, który pozwala jednym słyszeć pamięć świata, a innym nie. Snuli wiele teorii.

Zephyr wiedział równie mało. Nigdy nie zagłębiał się w te rozważania szerzej, niż to było potrzebne. Jedna niepełna lektura Prowsta była kroplą w morzu jego obecnych potrzeb, a bez Neriusa i Nikyo nie miał już dostępu do bibliotek, których pożądał.

Z zamyślenia wyrwał go stłumiony dźwięk — jakby jęk czy westchnienie.

— Volkmar?! Wszystko w porządku? — spytał przejęty Zephyr.

— Pewnie — odparł tamten niewyraźnie i ruszył ku stołowi. Deski pod jego stopami skrzypnęły, a powietrze nagle zgęstniało.

Cierpienie widać było w każdym jego ruchu. Krok po kroku ciało Volkmara stawało się cięższe. Nahuili szła za nim bez słowa, miękko, ostrożnie, by w razie potrzeby podtrzymać go na wypadek, gdyby upadał. Zephyr stał przy stoliku, napięty, gotów doskoczyć.

Wreszcie Volkmar przystanął. Deski pod jego nogami trzasnęły głucho. Usiadł ciężko, oparł łokcie o blat, który zaskrzypiał, i wyciągnął dłoń ku przedmiotowi błyszczącemu w świetle dnia — bransolecie Neriusa.

Cisza rozlała się po sali. Nawet Nahuili, zwykle kamienna jak posąg, miała twarz rozbitą zdumieniem. Wyszeptała tylko:

— Norihaku…

To imię zawisło w powietrzu jak dźwięk dzwonka. Nerius opowiadał o mnichu, który żywił się samym powietrzem, światłem i aurą pamięci, wierząc w bóstwa, których imion nikt już nie pamiętał. Mówił, że ten człowiek żył właśnie tutaj, w Gyo — może w cieniu tego pałacu.

Kolor wrócił mu na policzki. Oddychał ciężko, lecz z wyraźną ulgą, jakby zrzucił z siebie zapomniane brzemię. Zephyr już chciał coś powiedzieć, gdy Volkmar odezwał się pierwszy:

— Po reakcji siostry Nahuili wnioskuję, że ta bransoleta należała do Neriusa Dracci?

— Zgadza się — odparła spokojnie. Uklękła obok niego i oparła dłonie o krawędź stołu. — Cieszę się, że znalazł się ktoś, kto ponownie pozna historię Norihaku i kogo dotknie swoimi wspomnieniami.

— Ty ją znasz? — spytał zdziwiony, choć po chwili sam zrozumiał, jak głupio to zabrzmiało.

Nahuili nie odpowiedziała. Wstała i zwróciła się do Zephyra:

— Vocisceptorze. Pozwolisz, że pomogę temu żołnierzowi w poznaniu pamięci tego artefaktu.

— Nie widzę innej możliwości — rzekł Zephyr, wpatrzony w Volkmara. Gdy zobaczył, że ten odzyskuje siły, dodał z przekornym błyskiem w oku:

— Wiesz, jak działa ta bransoleta?

— Severian coś wspominał.

— Domyślasz się, czemu pytam?

— Nie bardzo — odparł zmieszany Volkmar.

— Jeśli kiedyś dorwiesz się do butelki, pamiętaj, żeby najpierw ją zdjąć. Inaczej nic nie poczujesz.

Volkmar spojrzał na niego zdezorientowany. Nahuili zaśmiała się cicho — pierwszy raz, odkąd są w Gyo. Volkmar potrząsnął głową. Uśmiechnął się, odkręcił rękaw koszuli i wsunął bransoletę pod materiał — tak jak robił to kiedyś Nerius.

Obaj ruszyli ku sobie niemal jednocześnie. Uścisk dłoni trwał krótko, ale wystarczył, by zetrzeć dawne tarcia. Nigdy się nie pokłócili i nawet starcia w Shokyo nie traktowali jako sprzeczkę. Byli od siebie kompletnie różni — i może właśnie to ratowało ich przed otwartym konfliktem.

Berg i Xoxetka opuścili pokój. Zephyr został sam, a przez uchylone okno znów widział spokojną taflę jeziora. Z oddali dobiegały krzyki — Dexion i Maristaroj pewnie już sprawdzali, gdzie zacząć połowy. Z drugiej strony, bliżej ogrodów, brzmiał rytm pracy Farmistaroj: dźwięk narzędzi, śmiech, nawoływania. Ruiny pałacu w Gyo zaczynały przypominać żywe miasto.

Drzwi rozsunęły się tym razem bezgłośnie. Do środka weszła Nahuili z kobietą i dzieckiem. Przez chwilę Zephyr był zaskoczony, ale zaraz wszystko zrozumiał. Przypomniał sobie słowa kapitana Arkonela — chłonne głowy młodych.

Chłopiec zatrzymał się kilka kroków od stołu, trzymany przez matkę, patrząc raz na Zephyra, raz na leżące na nim przedmioty. Nie było w nim lęku ani napięcia. Były tylko spokój i ciekawość.

— Szanowny dowódco — zaczęła kobieta w zai, trzymając chłopca za ramię. — Mój syn twierdzi, że też słyszy. Może to tylko dziecięca fantazja albo magia tego miejsca, ale…

— To możliwe, pani…? — Zephyr lekko przechylił głowę.

— Nyuan Ameha.

— To możliwe, pani Nyuan. Młodzi słyszą pamięć świata częściej niż starsi. — Spojrzał jej w oczy. — Jako matka to pani zdecyduje, czy syn powinien poznać wołający go przedmiot.

Kobieta milczała chwilę, po czym spojrzała na chłopca. W jego oczach błyszczała czysta ekscytacja. Gdyby nie jej uścisk, już pędziłby do stołu.

Zephyr zbliżył się, przyklęknął i przemówił w zai do dziecka:

— Jak się nazywasz?

— Renzo.

— Co słyszysz, Renzo?

— Szczekanie.

Na te słowa Zephyr spojrzał na matkę i skinieniem głowy poprosił, by go puściła. Gdy palce kobiety poluzowały uścisk, chłopiec ruszył, lecz Zephyr powstrzymał go dłonią.

— Zanim to zobaczymy, Renzo, musisz dać mi chwilę. To nie potrwa długo.

Głos miał łagodny, ale pewny. Chłopiec zatrzymał się i przytaknął. W pomieszczeniu zapadła cisza — ta szczególna, która zawsze poprzedza dotyk memorio.

Zephyr przymknął oczy. Nasłuchiwał.

Tak jak mówił Nahuili, część głosów docierała do niego. Wśród nich wyłowił ten jeden szczekający. Krótki, urwany, pełen radości. Jednocześnie pojął, że jest inaczej niż wcześniej: jeden z wcześniejszych szeptów ucichł. Wiedział więc, że jeden z poprzednich artefaktów — najpewniej bransoleta Norihaku — zamilkł dla niego po trafieniu do innego Słyszącego.

Nie był to wisiorek Neriusa ani muszla — te zawsze były dla niego nieme.

Otworzył oczy i spojrzał na kobietę:

— Ten głos nie niesie zagrożenia. To pamięć starego psa, który kochał rodzinę, z którą żył. Więcej nie powiem — nie jestem natchniony na tyle, by poznać całą jego historię.

Pani Nyuan zakryła usta z wrażenia. Nahuili tylko skinęła, a w jej oczach zabłysło uznanie.

— Zgoda — wyszeptała kobieta. Chłopiec wyskoczył zza Zephyra, chwycił skrawek starej obroży i biegał po sali, szczekając wesoło, jakby naprawdę towarzyszył mu pies.

Dźwięk jego głosu rozlewał się po pokoju, przenikając przez cienkie ściany shōji.

— Zanim was puścimy — zaczął Zephyr, wstając, i zwrócił się do kobiety. — Jeśli mogę spytać… Czemu zdecydowała się pani opuścić Nikyo wraz z synem —

— …i z mężem — kobieta mu przerwała i dokończyła cicho. Spojrzała ku podłodze.

— Rozdzieliliście się?

— Podczas ataku tego wojownika w czarnym metalu. Mój mąż był w gwardii Nikyo, pomagał kapitanowi w odparciu napastnika i…

Nie musiała kończyć. Nagły ciężar wypełnił pomieszczenie, w którym słychać było tylko poszczekiwanie dziecka.

Zephyr pochylił głowę.

— Niech pamięć o nim przetrwa — powiedział cicho i lekko się skłonił. Nahuili uczyniła to samo.

Za ich plecami Renzo wciąż szczekał z całych sił. Jego głos unosił się nad porwanymi tatami i zniknął za oknem, w stronę jeziora.

— Gdy go niosłam, mój mąż kazał mu nie patrzeć. Miał zamknięte oczy, kiedy wyszliśmy na plac. Weszliśmy do tunelu i… nagle byliśmy już na polach przed Gyo. Później powiedziano nam, że to dzięki poświęceniu pana Dracci.

— Czemu zdecydowaliście się na ucieczkę? — powtórzył pytanie Zephyr.

— Mój mąż był blisko kapitana Keshdura. O panu słyszałam pierwszy raz jeszcze przed pańskim przybyciem do Nikyo. To on był wśród tych, którzy eskortowali pana na odprawę po zejściu na ląd. Obawiano się pana, a raczej…

Zawiesiła głos. Przez chwilę słychać było tylko szelest papieru shōji. Zaczęła od nowa, ciszej:

— Kapitan Keshdur miał dość obłudy, jaką karmiono naszych ludzi. Nie był Zaihonczykiem, ale kochał nasz ląd. Zwierzył się kilku zaufanym, że na wyspie krążą wojownicy, którzy nie pochodzą stąd… i że mogą mieć wpływ na samego Tenrina. Gdy tamci dowiedzieli się, że jest pan natchniony przez sorei, zaczęli się pana obawiać.

Zephyr analizował jej słowa uważnie.

— Gdy oddał pan ten przedmiot. — Wskazała na muszlę na stoliku. — Mój mąż powiedział mi w sekrecie, że tamci byli zadowoleni. Spotkali się z kapitanem w ratuszu i odebrali zarekwirowane sorei.

Kobieta wzięła oddech i dokończyła:

— To był jeden powód. Drugim był napływ obcych ludzi do miasta — z pieczęciami cesarza. Kapitan Keshdur i mój mąż byli pewni, że wydarzy się coś złego związanego z Tenrinem i tymi czarnymi wojownikami. Dzień przed wybuchem zamieszek kazano nam się przygotować do ucieczki. Zebraliśmy się przy twierdzy, obok Dzielnicy Zaihonu. Nasi mężowie pomogli nam i innym w dotarciu do ratusza razem z pańskimi towarzyszami. Przy dużym wsparciu panienki Okabe weszliśmy do tuneli.

Zephyr słuchał w milczeniu.

Już wtedy, w podziemnym tunelu pod wodami Nikyo, przeczuwał, że kapitan Keshdur nie był tym, za kogo się podawał, gdy go poznał. Jego wrogie zachowanie podczas przesłuchania miało sens dopiero teraz — był po tej samej stronie co Nerius. Chciał poznać prawdę o rycerzach i o Zaihonie, nawet jeśli musiał zdradzić Unaro. Poświęcił się, by ocalić ląd, który pokochał.

Brak jego obecności w Gyo mógł jednak oznaczać tylko tragiczny finał.

— Dziękuję za przedstawienie tej historii, pani Nyuan — powiedział po chwili Zephyr. — I przepraszam, że musiała pani wracać do tych wspomnień. Próbuję zrozumieć, co wydarzyło się wczoraj.

— Wszyscy jesteśmy panu wdzięczni — odparła cicho. — Gdyby nie pan i pan Dracca, tych potworów przy wejściu do tunelu byłoby więcej. Mój mąż walczył za to, za co pan i panienka Okabe. My również pomożemy, jak potrafimy.

Skłoniła się jeszcze raz, zawołała syna i odeszła. Ich kroki na spróchniałych deskach powoli cichły.

Nahuili nie wyszła za nimi. Zatrzymała się, jakby coś sobie ułożyła w myślach. Zephyr dostrzegł to w jej czarnych, perłowych oczach.

— Też o tym pomyślałaś? — spytał półgłosem.

— Odkąd usłyszałam pierwsze historie o ataku na przejście prowadzące poza Nikyo, coś mi się nie zgadzało.

— Powinniśmy porozmawiać z Anari. To może nam rozjaśnić sprawę.

Nahuili skinęła i wyszła. Po chwili wróciła z Rajdistaro Ikariun.

Anari była spokojna, jak zawsze. Na jej twarzy widać było tylko delikatny grymas — jakby coś ją ukłuło w czoło.

Zephyr podszedł i położył jej dłoń na ramieniu, jak niegdyś czynił mistrz Vilhelm, gdy chciał podjąć rozmowę.

— Anari — zaczął łagodnie. — Po sięgnięciu memorio chciałbym, żebyśmy porozmawiali o tym, co zaszło w twierdzy.

— Yhm — odpowiedziała krótko. Nawet ten dźwięk zabrzmiał jak ból.

Zephyr cofnął rękę. Jeźdźczyni podeszła do stolika i niemal natychmiast pochyliła się, by podnieść ozdobną szpilkę do włosów. Zephyr widział podobne w wielu miejscach na Zaihon — Yorin nazywała je kanzashi.

Anari wpięła ją we włosy jednym pewnym ruchem. Zrobił krok naprzód, by ją powstrzymać, ale Nahuili uniosła rękę i zatrzymała go. Zdawała się wiedzieć, co się wydarzy. Anari odwróciła się do nich. Twarz miała już spokojną, jakby z niej zdjęto ciężar.

— Miała na imię Meirin — szepnęła. — Jeździectwo było jej pasją, podobnie jak moją. Kochała podróże.

Po policzku popłynęła łza.

— Dotykając tej szpilki, nagle usłyszałam rżenie koni oraz ciepły głos mężczyzny, lecz zdawał się dobiegać z oddali, jakby zza ściany, niesiony przez wiatr. Przemawiał w zai. Dopiero gdy kobieta przemówiła, dźwięki stały się wyraźne. Usłyszałam jedno klarownie brzmiące słowo: Meirin — tak ją nazwał ten mężczyzna.

Zephyr skinął głową. Nie dziwiło go, że Anari rozumiała — w końcu uczyła się zai w Shokyo i pewnie szlifowała go aż do teraz. Wiedział, że jest silna i wytrwała mimo swojej nieśmiałości. Ale za każdym razem, gdy to widział, zaskakiwało go to tak samo.

— O czym chciałeś porozmawiać, Zephyrze? — spytała krótko Rajdistaro Ikariun.

— Chciałem poruszyć dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy twierdzy. Wspomniałaś dziś, że Nerius poprosił cię o przyniesienie maski. Jak —

— Gdybym tylko wiedziała, czym ona jest i co z nią zrobi… — przerwała mu, nie odrywając wzroku. — Poprosił mnie o to, kiedy przekazał mi mapy tuneli pod Nikyo. Powiedział, że na wyższych kondygnacjach znajduje się najważniejszy artefakt i że musimy go zdobyć. Nie wiem, skąd wiedział, że właśnie mi się uda.

Zacisnęła dłonie.

— Gdy zaatakował nas ten rycerz z dziobem na przyłbicy… — urwała i spuściła głowę. — Przepraszam, że was wtedy zostawiłam.

— Nie musisz… — chciał wtrącić Zephyr, ale Anari mówiła dalej:

— Uznałam to za jedyny moment. W twierdzy mieli być trzej rycerze. Jeden z wami, Yorin i Volkmarem. Drugiego widziałam na placu walczącego z kapitanem Keshdurem i jego ludźmi. A trzeci… trzeci zdradził swoją obecność wybuchem po drugiej stronie kompleksu. Pomyślałam, że to nasza druga grupa.

Zamilkła na moment, jak gdyby znów tam była. Zadrżała na to wspomnienie i szukała skupienia. Wzięła wdech i kontynuowała:

— Dotarłam na najwyższe piętro. Nerius wcześniej opisał mi, jak wyglądają metala. Znalazłam jedno — razem z maską. Gdy tylko jej dotknęłam i usłyszałam szept… nade mną rozległy się ciężkie kroki. Ktoś zbliżał się do miejsca, w którym byłam. Zaczęłam uciekać, plątałam się w korytarzach i na piętrach, ale ten, kto mnie ścigał, zdawał się nie spieszyć. Kroki były miarowe i powolne…

Anari przerwała i przymknęła na krótko oczy, zdając się odganiać ten obraz. Zephyr i Nahuili spojrzeli po sobie. Jej słowa dostarczyły brakujący fragment w ich podejrzeniach — w twierdzy był czwarty rycerz.

W oczach Xoxetki pojawił się cień smutku, ten sam, który znał z wczoraj, gdy żegnała Neriusa. Jej dłonie drżały.

— Powiedział ci, że założy tę maskę? — spytała Nahuili, cicho, jakby bała się własnych słów.

— Tak jak mówiłam na początku. Nie wiedziałam, czym jest ten przedmiot ani co z nim zrobi — odparła spokojnie Anari, ale w spojrzeniu miała ostrość i pewność swoich słów.

Patrzyły na siebie długo. Jakby każda z nich chciała w oczach drugiej odnaleźć kłamstwo.

— Możesz jej zaufać, Nahuili — wtrącił ostatecznie Zephyr. — Ręczę za szczerość Anari.

Obie kobiety milczały jeszcze chwilę. Potem, niemal równocześnie, opuściły wzrok. Powietrze w pokoju wreszcie drgnęło — jak po długim, wstrzymanym oddechu.

— Druga sprawa — zaczął szybko, jakby chciał uciec przed ciszą. — Ze względu na to, że w naszej grupie jest najwięcej Pretoroj, powinniście wyłonić spośród siebie Kapitanero. To ułatwi komunikację i —

— Załatwione — przerwała mu Anari.

Powiedziała to sucho, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając za sobą echo własnych kroków.

— Nahuili — zwrócił się do niej Zephyr, zanim doszła do drzwi. — Czy Nerius wspominał ci o tym, że w twierdzy jest maska?

— Nie — odpowiedziała, odwrócona plecami. — Wiedział o tym, że w twierdzy są artefakty, ale nie podzielił się ze mną wiedzą o masce. Obecnie mogę jedynie się domyślać czemu… — odparła przygaszona i opuściła pokój.

Po kolejnym nowym Słyszącym zarządzono przerwę na lichy posiłek. Hartulf, jak zwykle skrupulatny, robił inwentaryzację i wyznaczył miejsce na tymczasowy magazyn. Był najstarszy w grupie, więc nikt nie sprzeciwiał się jego manierze wydzielania porcji co do łyżki. Kleik ryżowy z daikonem musiał wystarczyć.

Po przerwie pozostały już tylko trzy osoby. Jedna zareagowała spokojnie, druga gwałtownie — podobnie jak Haruin Akora.

A potem przyszła kolej Isandry. Wizyty, której Zephyr jednocześnie pragnął i bał się.

Nahuili wyszła po nią, zostawiając go samego. On stał przy bocznym oknie, patrząc na jezioro. Słońca schodziły ku horyzontowi, dzień zbliżał się do końca — była może piąta, może szósta godzina Umbreny.

Z zewnątrz nie dochodził już gwar, tylko pojedyncze głosy i skrzypienie zbutwiałych desek pałacu.

Drzwi wreszcie się otworzyły. Odwrócił się — i zobaczył Isandrę. Samą.

Pomyślał, że Nahuili musiała rozmawiać z Neriusem o jego „problemach osobistych” jeszcze przed ucieczką z Nikyo.

Gdy się poznali, on wchodził do kajuty kapitańskiej na eksplorŝipo Rememoro, niepewnie zamykając za sobą drzwi.

Teraz ona zrobiła to samo — z lekkim piskiem zasunęła skrzypiące drzwi, jakby życie drwiło z nich obojga, odbijając ich dawne gesty w lustrze.

— Widzę, że należysz do niezdarnych — szepnął Zephyr, odwracając głowę w jej stronę.

Kącik ust Isandry drgnął na jego słowa. Nie pomylił się — dobrze pamiętała, co wtedy do niego powiedziała. Jej brązowe oczy wciąż miały ten sam błysk, choć w spojrzeniu czaiło się zmęczenie i coś zgaszonego.

Zatrzymała się, wciągnęła powietrze pachnące kurzem i starością desek, po czym przemówiła słabym głosem, parafrazując własne słowa sprzed miesięcy:

— Nie musimy się sobie tym razem przedstawiać, zgadza się?

Zephyr ruszył w jej stronę. Gdy się zbliżył, Isandra nagle się zachwiała i zaczęła osuwać. Podbiegł i złapał ją, zanim upadła.

Nie pierwszy raz dziś widział podobną reakcję. Podniósł ją i posadził na tym samym pieńku, który Dexion wcześniej przyniósł z dziedzińca. Sięgnął po bukłak z wodą.

Isandra oparła się o ścianę, oddychając ciężko.

— Nie przejmuj się mną… To…

— Nic nie mów — przerwał jej łagodnie. Podał wodę, a gdy napiła się kilka łyków, odetchnęła z ulgą.

— Dzisiaj tak jest cały dzień. Było lepiej, gdy wyszłam z pałacu… to efekt —

— Ekspozycji na memorio — dokończył za nią szeptem.

— Nadal brzmi to dziwnie z twoich ust… albo gdy słyszę te opowieści o tobie. — Uśmiechnęła się lekko i cicho zaśmiała.

Zephyr odwzajemnił ten uśmiech. Wstał od niej i podszedł do stolika.

— Co robisz? — spytała Isandra.

— Ułatwię ci sprawę — odrzekł i ostrożnie uniósł blat, pilnując, by nic z niego nie spadło.

Na stole zostało zaledwie pięć przedmiotów: muszla znaleziona przez Zephyra, naszyjnik Neriusa, dwa kamienie oraz kawałek drewna przypominający kołek.

Zephyr postawił stolik przed pieńkiem i stanął obok Isandry. Patrzyła przez chwilę na przedmioty w milczeniu, po czym wyciągnęła rękę w kierunku, który go zaskoczył.

Chwyciła muszlę.