Żebraczka spod kościoła Świętego Sulpicjusza - Ksawery de Montepin - ebook

Żebraczka spod kościoła Świętego Sulpicjusza ebook

Ksawery de Montepin

5,0
55,40 zł

lub
Opis

Hrabia Emmanuel d’Areynes, stojąc u progu śmierci po ataku apopleksji, myśli już tylko o rozporządzeniu swoim majątkiem tak, by nie dostał się on w niepowołane ręce: pruskiego najeźdźcy lub męża bratanicy – cynicznego rozpustnika i hulaki, Gilberta Rollina. Bratanek hrabiego, młody i nieskazitelny ksiądz Raul, przychodzi z pomocą w sporządzeniu testamentu w taki sposób, aby kapitał został zabezpieczony dla mającego się narodzić dziecka Gilberta i Marii Henryki.

Joanna Rivat niedawno wyszła za mąż. Teraz wiedzie ubogie, lecz szczęśliwe życie u boku kochającego męża, Pawła, z którym spodziewa się dziecka.

Gdy wojska pruskie podchodzą pod Paryż i zwykli obywatele muszą stanąć do walki, a ludzka podłość upomina się coraz bardziej o zabezpieczenie własnych interesów, losy mieszkańców zaczynają się krzyżować w zdumiewający sposób, który zapoczątkuje ciąg niebezpiecznych intryg.

Żebraczka spod kościoła Świętego Sulpicjusza to oryginalna bogato ilustrowana powieść francuska z XIX wieku, której akcja rozgrywa się częściowo w realiach wojny francusko-pruskiej oraz rządów Komuny Paryskiej i wersalczyków. Przedstawia niezwykłą wielowątkową historię przesiąkniętą wiarą w to, że nawet największy triumf zła nie jest triumfem ostatecznym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1072

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Okładka

Strona tytułowa

KSAWERY DE MONTÉPIN

ŻEBRACZKA SPOD KOŚCIOŁA ŚWIĘTEGO SULPICJUSZA

POWIEŚĆ W CZTERECH TOMACH Z CZASÓW WOJNY FRANCUSKO-PRUSKIEJ PRZEŁOŻYŁ Z FRANCUSKIEGO WŁADYSŁAW IZDEBSKI ILUSTROWAŁ RAYMOND DE LA NÉZIÈRE

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Le Mendiante de Saint-Sulpice

Autor:

Ksawery de Montépin

Tłumaczenie z języka francuskiego:

Władysław Izdebski

Ilustracje:

Raymond de La Nézière

Redakcja:

Agata Duplaga

Korekta:

Natalia Lechoszest

Dominika Wilk

Skład:

Alicja Malinka

Wydanie książki nie byłoby możliwe, gdyby nie przychylność Pana Jana Dobrzyniaka z Łodzi.

ISBN 978-83-65843-81-4

Wektory na wyklejce

© GarryKillian – Freepik.com

© 2018 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

Rzeszów, wydanie I

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Druk: Drukarnia Abedik

Książkę wydrukowano na papierze Ecco Book 1.6 60g dostarczonym przez Antalis Poland Sp. z o. o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

TOM I WŚRÓD HUKU DZIAŁ

I

Godzina ósma wieczorem. Wśród zapadającego zmroku rysowały się wyraźnie na szczycie płaskowzgórza kontury wspaniałego gmachu. Zmierzch spływał z wolna, a mimo to światła w zamku jeszcze nie rozpalono. Chwilami tylko wpadające z zewnątrz migotliwe odbłyski oświetlały głębię obszernej sali na park wychodzącej, w której wielkie drzwi oszklone, sięgające aż po sklepienie, otwierały się na balkon.

Ściany tej wielkiej sali pokrywały bogate tkaniny flandryjskie objęte listwami z dębu przez czas sczerniałego. Na obiciach rzędy rodzinnych portretów przedstawiały to rycerzy zakutych w zbroice, to innych w dworskich ubiorach. Na wprost owych olbrzymich balkonowych podwojów widać było dwoje drzwi dębowych, a między nimi monumentalny kominek z umieszczoną ponad nim tarczą herbową z chartem złotym na lazurowym tle, zdobną hrabiowską koroną. Podtrzymywały tarczę dwa lwy walczące, a jako dewizę heraldyczną wyryto pod nią te słowa: „D’Areynes’owie zawsze na czele”.

Kredensy, szafy, stoły i krzesła w sali, wszystko to, jak dziś mówią, staroświeckie, misternej roboty, we wzorowym porządku utrzymane. Na wysokim sklepieniu namalowane były skrzynie na proch, błękitne i czerwone, otoczone zwojem białych lilii.

W tej wielkiej sali, jaką opisaliśmy, mrok coraz większy zapada. Słychać z oddalenia głuchy huk dział łączący się z trzaskiem karabinowych wystrzałów, jakie ponurym echem rozbiegają się po szczytach okolicznych gór i lasów.

Za oszklonymi balkonowymi drzwiami, z czołem wspartym na szybie, stoi starzec wyniosłego wzrostu. Spojrzenie utkwił w horyzoncie, którego głęboką ciemność jakby wzrokiem przebić pragnąc, z wzrastającą trwogą nasłuchuje huku kanonady.

Powieść nasza rozpoczyna się w początkach września, w owym roku strasznym, gdzie właśnie dnia tego, od godziny piątej po południu walka nierówna, zabójcza prowadzona była między dywizją francuskiej armii a całą masą wojsk niemieckich.

Opisany przez nas zamek Fenestranges należał do okręgu tegoż nazwiska. Położony w departamencie Meurthe i Mozela, wraz z przyległą mu wioską, leżał na głównym punkcie trójkąta utworzonego przez miasta: Metz, Nancy i Strasburg, a tym sposobem w pobliżu granicy Wielkiego Księstwa Badeńskiego.

Ten gmach wspaniały, należący niegdyś do książąt lotaryńskich, datuje swoje istnienie od czterech wieków.

Zbudowany wśród odwiecznych lasów, których część wycięto na park, obwiedziony murem, zachował wśród XIX stulecia swój wygląd feudalny, tak samo jak jego właściciel, hrabia Emmanuel d’Areynes, który pomimo lat siedemdziesięciu czterech posiadał imponującą postać dawnego dzielnego rycerza, jednego z owych, noszących wysoko sztandar Francji, a wraz z nim i jej chwałę.

Hrabia, jak mówiliśmy, był mężczyzną wyniosłego wzrostu, mimo to trzymał się prosto, a jego chód był tak krzepkim, jak przed trzydziestoma laty.

Szerokie jego barki zdawały się utworzonymi do dźwigania rycerskiej zbroicy pradziadów, a jego olbrzymie ramię do władania ciężką lancą lub szpadą.

Na obliczu starca zaledwie kilka zmarszczek dostrzec się dawało, a jego oczy o źrenicach błękitnostalowych nie utraciły młodzieńczego blasku, silne wszelako rumieńce na twarzy, tworzące dziwną sprzeczność z włosami i brodą śnieżnobiałą, znamionowały w nim skłonność do apopleksji.

Z zaciśniętymi pięściami, wzrokiem pałającym nienawiścią i gniewem, stoi w oknie uparcie, badając zaciemniony widnokrąg rozświetlony chwilowo armatnimi wystrzałami, które w nastąpionych przerwach czynią ciemność bardziej jeszcze głęboką.

Nagle uderzył nogą z wściekłością tak, że posadzka zadrżała.

– Czyż znowu zwyciężą? – wyszepnął głucho. – Bóg miałżeby być przeciw nam? O Francjo... jestżeś więc przeklętą? Jestżeś zawyrokowaną?!...

A po tych słowach, wróciwszy na swoje obserwacyjne stanowisko, wsparł znowu czoło na szybie. Kilka minut upłynęło w milczeniu, pośród którego lekki szmer zwrócił jego uwagę. Zdawało mu się, że ktoś puka lekko do drzwi sali. Natężył słuch, by się przekonać o prawdzie. Tym razem zapukano mocniej. Hrabia postąpił ku środkowi i silnym głosem:

– Proszę wejść! – zawołał.

Drzwi się otwarły, a w nich ukazał się mężczyzna pięćdziesięcioletni, czarno ubrany, trzymający zapaloną lampę w ręku. Postawiwszy światło na stole, cofnął się ku drzwiom, oczekując rozkazów.

Był to kamerdyner oraz zaufany powiernik pana d’Areynes’a.

– A! To ty Renaud... – rzekł, spostrzegłszy go hrabia. – Przynosisz mi jaką nową wiadomość, a nade wszystko szczęśliwą?

– Niestety! Panie hrabio, nic pomyślnego!

– Niemcy więc?...

– Zajęli drogę do Nancy!

– I idą naprzód?

– Rzecz pewna, ponieważ dobiega huk armat...

– A zatem bijemy się, cofając? Jeden raz więcej zostaliśmy zwyciężeni! – gdy mówił to, usta mu drżały z wściekłości i upokorzenia.

– Można się obawiać wszystkiego! – wyszepnął Renaud z przygnębieniem.

D’Areynes pochylił głowę, a silne drganie, podobne do agonii umierającego, wstrząsało jego barkami, po czym nierównym, gorączkowym krokiem zaczął przemierzać salę, wymieniając urywane słowa.

Nagle zatrzymał się na wprost służącego, zapytując:

– Rajmund Schloss jest w zamku?

– Wyszedł.

– Sam?

– Sam, panie.

– Dokąd poszedł?

– Połączyć się z przyjaciółmi, swymi współziomkami.

– Prawda... Noc szczególnie im sprzyja na urządzanie tych łowów na przednie straże niemieckie.

Tu starzec westchnął głęboko, a po chwili:

– Daremne poświęcenia! – wyszepnął. – Wobec przemagającej liczby są bezsilnymi.

– Nie byliby nimi, gdyby wszyscy chcieli ich naśladować – mruknął Renaud.

– Masz słuszność, ale nie wszyscy są im podobnymi. Tym mocniej podziwiam odwagę tych ludzi, ich patriotyzm i zaparcie się siebie. Potyczki w ciemnościach nocy są bardzo niebezpiecznymi. Podejmujący je są prawdziwymi bohaterami. Lecz na co się to przyda? Co może zdziałać jeden przeciw tysiącom? Gdyby Rajmund padł w tej walce, śmierć jego nie przyniosłaby pożytku. A! Czyliż na to Bóg mi żyć jeszcze pozwala, abym patrzył na siłę brutalną przewodniczącą prawu i depcącą je nogami?

Hrabia mówił to silnie wzburzony, żyły mu nabiegły na skroniach, a rumieńce na jego twarzy przybrały fioletową barwę.

– Uspokój się pan, na Boga!... – prosił Renaud ze wzruszeniem.

– Uspokoić się... czyż podobna, wobec tego co się dzieje?

– Pan sobie szkodzisz na zdrowiu!...

– Eh! Co to znaczy!... Rad bym umrzeć! O! Czemuż nie umarłem przed tą fatalną wojną!... Szczęśliwi, którym nie dano widzieć Francji upokorzonej! – Oczy hrabiego d’Areynes’a krwią zaszły, żyły na skroniach wyprężały się z każdą chwilą coraz bardziej.

Nagle przerwał i zwrócił się ku drzwiom, którymi wszedł jego sługa.

W tych drzwiach, popchniętych gwałtownie, ukazał się mężczyzna trzydziestokilkuletni i wbiegł z pośpiechem do sali.

Ubrany w kostium strzelecki z ciemnozielonego aksamitu, trzymał w ręku karabin. Twarz miał sczerniałą od prochu i dymu.

Hrabia podbiegł z okrzykiem ku niemu.

– Nareszcie jesteś, Rajmundzie! – zawołał. – Jaką mi przynosisz wiadomość?

– Klaudiusz Reiss padł obok mnie zabity! – jęknął głucho Rajmund.

– Znowu zatem mniej o jednego dzielnego!...

– Jakub ranny...

– Niebezpiecznie?

– Obawiam się tego.

– I on więc jeszcze!...

– Trzeba nam się było bić, cofając, ponieważ zostaliśmy otoczeni. Otóż i porażka!...

– Znowu porażka!

– Tak i wszędzie!... – zawołał Rajmund z wściekłością. – Ach! Jesteśmy zgubieni!

Tłumione łkanie rozdzierało mu piersi.

– Zgubieni... – powtórzył hrabia. – Lecz nie bez nadziei?

– Bez nadziei!

– Nie! Nie wierzę ci!... Nie chcę ci wierzyć!

– Widocznie pan o niczym nie wiesz. Sedan został wzięty przez Prusaków!

Hrabia przerażony, z rozszerzonymi oczyma, otworzył usta, jak gdyby chcąc wydać krzyk grozy, ale ten krzyk zamarł w milczeniu.

– Armia francuska została uwięzioną!

– Niepodobna!... Niepodobna!... – jąkał pan d’Areynes.

– Marszałek Bazaine zablokowany w Metzu z dwustoma tysiącami ludzi!

– Wyjdzie stamtąd i rozpocznie walkę na nowo.

– Żadna walka nie będzie już możebną – mówił Rajmund zaledwie dosłyszalnym głosem. – Cesarz Napoleon oddał szpadę królowi pruskiemu. Jest więźniem, tak jak i cała jego armia!

Tym razem straszny okrzyk wściekłości wybiegł z piersi hrabiego, wzniósł ręce w górę, ku sklepieniu, wołając:

– A zatem koniec wszystkiemu!... Przed upływem dwóch tygodni Prusacy staną u bram Paryża!... O! Czemuż ziemia ich nie pochłonie... a nasze działa nie rozniosą kartaczami tych hord najezdniczych? Czemuż uczucie nienawiści nie poda tym wszystkim, którzy broń nosić mogą, do ręki kosy lub wideł? Czemuż ich nie natchnie odwagą bronienia swych ognisk domowych i pokonania najeźdźcy?...

Straszna była rozpacz starca! Kłęby białej piany zaczęły się ukazywać w kątach ust jego. Twarz skutkiem napływu krwi zmieniła się nie do poznania. Usta, poruszane nerwowym drganiem, wygłaszały bełkotliwie bez związku wyrazy, gdy nagle obezwładnione to ciało jak dąb podcięty toporem runęło całym ciężarem na podłogę.

Rajmund wraz z Piotrem Renaudem podskoczyli ku hrabiemu, usiłując go podtrzymać, niestety, było już za późno.

Upadli na kolana obok obezwładnionego.

– Boże! Mój Boże! – wołał kamerdyner, blady z przerażenia. – To atak apopleksji! Było to do przewidzenia! Od rozpoczęcia się wszystkich tych strasznych wypadków, pan hrabia trapił się, szkodząc sobie na zdrowiu, aż i ot co nastąpiło!

– Co począć? – pytał Rajmund, nie mniej przelękniony.

– Ach! Czyż ja wiem?!

– A jednak trzeba coś przedsięwziąć... Nie można dozwolić umrzeć mu bez ratunku. Trzeba doktora... jak najprędzej doktora Pertuiseta.

– Ale gdzie go odnaleźć?

– U niego... w Fenestranges.

– Dwa dni temu zaciągnął się jako lekarz do wojennych ambulansów [1]. Nie odnajdę go! Bądź co bądź biegnę, może się dowiem, gdzie on jest.

Podskoczyli ku hrabiemu, usiłując go podtrzymać, niestety, było już za późno.

Tu Rajmund Schloss skoczył ku drzwiom.

W chwili, gdy miał próg przestąpić, cofnął się, a na jego obliczu zawidniała trwoga i przerażenie.

II

Szmer pomieszanych głosów, szczęk broni oraz kroki szybkie a ciężkie słyszeć się dały od strony zamkowego dziedzińca.

Rajmund, otworzywszy okno, wyjrzał, lecz jednocześnie się cofnął.

– Co się dzieje? – pytał Renaud.

– Prusacy zajmują Fenestranges... Park otoczyli... Wchodzą do zamku!...

Kamerdyner, klęczący dotąd przy ciele swego pana, zerwał się jak tknięty iskrą elektryczną.

– Wchodzą do zamku? – powtórzył, bledniejąc. – O! Biedny mój panie!

Rajmund pochwycił karabin rzucony na kobierzec, w chwili gdy śpieszył na ratunek hrabiemu. Zbliżył się do okna, otworzył je, a założywszy broń na ramię:

– Zapewne tam się znajduje który z oficerów – rzekł. – Zejdę na dół, a tymczasem...

Tu wycelował, naciskając kurek.

Piotr Renaud chwycił go za rękę.

– Czyś pan oszalał? – zawołał. – Przede wszystkim trzeba nam ratować hrabiego, a gdyby rozpoczęła się rzeź, zamek podpalą!

– Masz słuszność – wyjąkał Schloss, zdejmując karabin i rzucając go z wściekłością na pobliskie krzesło.

Renaud, wychyliwszy się przez okno, wyjrzał na dziedziniec oświetlony latarniami niesionymi przez pruskich żołnierzy.

– Niosą ranionego – orzekł, zwracając się do Rajmunda: – Towarzyszy im niemiecki doktor wojskowy. Trzeba nam pohamować swój gniew w tej chwili. Trzeba nakazać milczenie patriotyzmowi. Wyjdź pan naprzeciw tych ludzi.

– Naprzeciw wrogów? Nigdy! Nie mógłbym ukryć nienawiści, jaką dla nich czuję!

– Trzeba jednakże! Otwórz im pan wszystkie drzwi zamku. Wprowadź ich tu!

A gdy Rajmund cofał się z gestem oburzenia:

– Opatrzność nam ich tu zsyła w tej chwili – dodał kamerdyner. – Wspomnij, że ten doktor niemiecki może uratować naszego pana, a przede wszystkim chodzi o ocalenie hrabiego.

– Dobrze mówisz! – odparł Rajmund Schloss. – Idę, lecz do pioruna, drogo mi za to ci ludzie zapłacą!

Wyszedł z pośpiechem, podczas gdy Piotr klęknął powtórnie przy ciele pana d’Areynes’a.

W kilka sekund później Rajmund zszedł na podwórze, gdzie stali zebrani domownicy, nie wiedząc, co odpowiedzieć bawarskiemu chirurgowi żądającemu, aby mu udzielono pokoju i łóżka dla rannego oficera.

Niemieccy posługacze lazaretowi nieśli na noszach omdlałego, a kilku żołnierzy pod wodzą podoficera służyło im za eskortę.

Rajmund zbliżył się do wojskowego doktora, a usiłując powściągnąć nienawiść, jaka płonęła w jego spojrzeniu, rzekł przerywanym głosem:

– Wszystko, czego pan żądasz, udzielonym ci zostanie, ale zaklinam, pójdź ze mną! Śpiesz się ocalić naszego pana, ratować go, jeśli czas jeszcze!

– Któż jest twym panem? – spytał Bawarczyk, łamaną francuszczyzną.

– Jest to właściciel zamku, hrabia d’Areynes.

– Cóż mu się stało?

– Został tknięty atakiem apopleksji.

– Przyjdę do pana, skoro tylko ułożę mego ranionego – rzekł.

Rajmund wydał rozkaz służbie, ażeby wprowadzono posługaczów z ich ciężarem do małego apartamentu na parterze, wychodzącego na dziedziniec.

Upewniwszy się, że raniony dobrze umieszczonym zostanie, doktor zwrócił się do Rajmunda:

– Prowadź mnie pan teraz – rzekł.

I szedł za nim po schodach, do wnętrza sali.

Pan d’Areynes leżał wciąż nieruchomy na kobiercu, w miejscu, gdzie go widzieliśmy upadającego bez życia. Piotr, blady jak widmo, spoglądał z trwogą.

Trzymał rękę przyłożoną do serca hrabiego i zdawało mu się, że to serce bić już przestało.

Grube łzy popłynęły z zaczerwienionych powiek wiernego sługi.

– Ach! – zawołał, spostrzegłszy wchodzącego chirurga. – Ratuj go pan!... A mimo że jesteś naszym wrogiem, błogosławić cię będę.

– Doktor nie jest niczyim wrogiem – rzekł Niemiec. – Wśród wojny i całej jej grozy on człowieczeństwo przedstawia!

Po tej krótkiej przemowie przyklęknął przy ciele starca.

– Światła! – zawołał.

Rajmund zbliżył się z lampą w ręku.

Teraz można było dokładnie widzieć oblicze hrabiego. Miało ono barwę fioletową, prawie czarną.

Doktor uniósł lekko jedną z powiek.

Glob oka ukazał się krwią zaszły.

– Ani sekundy dłużej nie można bez ratunku pozostawiać tego człowieka!... – wyszepnął. – Trzeba go przenieść i ułożyć w siedzącej postawie...

Tu wskazał kanapę z kilkoma poduszkami.

Rajmund wraz z Piotrem przenieśli hrabiego i posadzili, podkładając mu poduszki pod plecy z prawej i lewej strony, ażeby go podtrzymać. Bawarczyk wziął lampę, postawił ją na stole przy kanapie, a wziąwszy pęk drobnych kluczyków, otworzył skórzane puzderko, które miał przewieszone przez siebie na rzemieniu i wysypał pod blaskiem lampy na stół stalowe narzędzia.

– Proszę obnażyć lewe ramię chorego! – zawołał szorstko. – Mówiłem, że nie ma chwili do stracenia!

Piotr pośpieszył wypełnić rozkaz, a ponieważ nie można było myśleć o rozebraniu hrabiego, przeciął w całej długości rękaw ubrania i koszulę.

Chirurg zastosował zadraśnięcie lancetem, ściskając ramię.

Na dany znak kamerdynera Rajmund pobiegł po miednicę i bieliznę dla zrobienia bandaży.

Skoro powrócił, Niemiec dokonał upuszczenia krwi według wszelkich reguł, po czym oczekiwał.

Krew nie ukazywała się wcale.

– Umarł więc? – zawołał Piotr, powstrzymując łkanie.

Doktor milczał.

Jak gdyby dla udzielenia zaprzeczającej odpowiedzi na pytanie zrozpaczonego sługi, kropla krwi ciemnopurpurowej ukazała się na brzegu nacięcia lancetem i za chwilę krew wytrysnęła gęsta, prawie czarna, następnie błyszcząca, pięknej barwy czerwonej.

Drżenie wstrząsnęło członkami hrabiego, oznajmiając w nim powrót do życia. Jego powieki uniosły się nieco, podczas gdy głębokie westchnienie wybiegło z ust półotwartych.

Przez kilka sekund chirurg dozwolił krwi płynąć, po czym zatrzymał ją, kładąc kompres na zadraśnięcie i owijając bandażami.

Z wolna hrabia d’Areynes odzyskiwał przytomność umysłu, dotąd zaciemnioną zupełnie. Pierwsze jego spojrzenie padło na ratującego go nieznajomego mężczyznę. Drgnął nagle, jego przygasłe oczy strasznym ogniem zabłysły.

Piotr zrozumiał wyraz spojrzenia swojego pana.

– Dotkniętym pan nagle zostałeś – rzekł – panie hrabio, uderzeniem krwi do głowy, i byłeś bliskim śmierci. Ten pan jest doktorem – dodał, wskazując na Bawarczyka. – On ciebie ocalił... Pan mu zawdzięczasz swe życie.

Starzec chciał przemówić. Jego usta poruszyły się, tak jak i język, wszak niepodobna mu było wygłosić ani jednego słowa wyraźnie.

Piotr przestraszonym wzrokiem badał doktora.

– Paraliż! – rzekł krótko Niemiec.

Hrabia widocznie tego nie dosłyszał. Jego oblicze pozostało obojętne. Źrenice zdawały się przygasać na nowo.

– Groźne niebezpieczeństwo zostało zażegnanym – mówił doktor. – Napiszę bezzwłocznie receptę, według której proszę kazać przyrządzić lekarstwo jak najprędzej. Tymczasowo trzeba przenieść chorego do łóżka i starać się, ażeby miał głowę wspartą wysoko. Odwiedzę go jeszcze tej nocy.

A zwróciwszy się do Rajmunda:

– Prowadź mnie pan – rzekł – do ranionego oficera, któregośmy tu przynieśli, a który należy do oddziału generała von der Than.

– Proszę iść za mną!

– Nade wszystko głowa wysoko, nie zapomnieć... – powtórzył Niemiec Piotrowi i wyszedł z Rajmundem.

Hrabia, zostawszy sam z kamerdynerem, usiłował przemówić i skinąć ręką, lecz ramię, tak jak i język, nieposłuszne się okazały. Ręka pozostała bezwładna, a język niemy.

Piotr zrozumiał, że hrabia chciał go pytać o dokonane wypadki, podczas gdy pozostawał bezprzytomnym. Wytłumaczył mu więc obecność w zamku niemieckiego chirurga.

Starzec, przymknąwszy oczy, westchnął głęboko. Widocznie myślał: „Niemcowi zatem zawdzięczam życie! Czyliż nie lepiej, ażebym był umarł?”.

Rajmund powrócił za chwilę i obaj z Piotrem Renaudem, przeniósłszy pana d’Areynes’a do jego pokoju, ułożyli go na łóżku, gdzie zasnął twardo pod strażą dwojga swoich sług wiernych.

Według wydanego przez Rajmunda Schlossa rozkazu posługacze lazaretowi umieścili ranionego oficera na parterze w zamku Fenestranges i do niego to został wprowadzony doktor Blasius Wolff po odejściu od pana d’Areynes’a.

Pruski porucznik d’Angelis otrzymał ranę w piersi kulą wymierzoną z francuskiego karabinu.

Silne omdlenie, w jakim się znajdował, pozwalało chirurgowi dokładnie i według woli ranę wybadać. Omdlenie to ustąpiło dopiero po wysondowaniu, ponieważ Bawarczyk chciał się przekonać o możności lub niemożności wyjęcia kuli.

Blasius Wolff, mężczyzna trzydziestokilkuletni, niski i krępy, szwankował na punkcie elegancji, dawała się wszelako dostrzec iskra inteligencji w jego spojrzeniu i na jego pucołowatej twarzy okolonej rudawym zarostem. Grube, wydatne wargi oznajmiały w nim pewną dobrotliwość. Był to w rzeczy samej jeden z sumiennych naukowych ludzi, lekarz znający swą sztukę.

Zastosował nacięcie, wyjął kulę ugrzęzłą ukośnie w boku ranionego, przyłożył kompres, zostawił polecenia niemieckiemu żołnierzowi, który miał czuwać nad chorym, i wyszedł, ażeby się udać powtórnie do pana d’Areynes’a.

Stan zdrowia starca nie polepszał się bynajmniej, co spostrzegłszy, Bawarczyk zmarszczył brwi z niezadowoleniem.

– Czy nie mógłbyś mi dostarczyć potrzebnych medykamentów z sąsiedniego miasta, zajętego przez nasze wojska? – pytał Piotra Renauda.

– Mamy, panie, w zamku apteczkę...

– To dobrze... Prowadź mnie do niej.

Wyszli obaj.

Piotr, zapaliwszy świecę, wprowadził niemieckiego doktora do przyległego pokoju, od którego miał klucz w kieszeni.

Ściany tegoż były szczelnie założone oszklonymi szafkami. Na półkach poza szybami widać było w należytym porządku ustawione flaszeczki, butelki, słoiki, naczynia różnego rodzaju, a wszystko skrupulatnie opatrzone etykietami, zawierające mnogość przedmiotów farmaceutycznych najbardziej będących w użyciu.

– Oto, co posiadamy, panie! – rzekł sługa.

Blasius nałożył okulary, a zbliżywszy się do witryn, rzucił okiem na etykiety, poruszeniem głowy okazując zadowolenie.

– W rzeczy samej – rzekł – bardzo to kompletne, więcej, niż spotkać się spodziewałem. Znajdę na pewno to, czego mi trzeba do przygotowania lekarstwa dla twojego pana, a zarazem i dla ranionego oficera. Daj mi dwie próżne flaszeczki, podaj wagę i narzędzie do liczenia kropel.

– Oto są, panie... – rzekł kamerdyner, przynosząc i kładąc przedmioty żądane.

III

Doktor zabrał się do mieszania niektórych substancji we flaszeczce, ważąc skrupulatnie ich ilość.

Piotr wpatrywał się weń strwożony, dręczyła go chęć zapytania o stan zdrowia hrabiego, nie śmiał wszelako wymówić słowa, z obawy, by nie otrzymał jakiej zabijającej odpowiedzi.

Po długim wahaniu odważył się wreszcie.

– Czy panu hrabiemu zagraża niebezpieczeństwo? – zagadnął drżącym głosem.

– Tak, i bardzo groźne... – odparł Bawarczyk. – Jego życie trzyma się prawie na włosku.

Kamerdyner zaczął łkać.

– Będę próbować wszystkiego, ażeby złe pokonać – mówił dalej Niemiec. – Wezmę się energicznie do walki z chorobą, ale za skutek ręczyć nie mogę. W ciągu kilku godzin będę zmuszonym opuścić ten zamek, radzę wam przeto, ażebyście postarali się o innego lekarza, który by mógł dalej rozciągać opiekę i prowadzić kurację waszego pana.

Piotr w milczeniu opuścił głowę na piersi. Płakał cicho.

Blasius Wolff, nie uważając na niego, przygotowywał mikstury.

– To – rzekł, wskazując jeden z flakonów – jest dla ranionego oficera naszej armii, to drugie zaś – dodał, podając służącemu flaszeczkę – dla waszego pana. Proszę mu to zacząć dawać natychmiast, po łyżeczce co godzinę, aż do zupełnego zużycia.

– Dobrze, panie. Zastosuję się ściśle do udzielonych rozkazów.

I wziąwszy flaszkę, Piotr odszedł, udając się do pokoju pana d’Areynes’a, gdzie Rajmund czuwał przy chorym.

Bawarczyk udał się do swego ranionego.

Porucznik w przystępie strasznej gorączki rzucał się, zrywał i z wielkim trudem ledwo udało się chirurgowi udzielić mu przygotowanego lekarstwa. Dokonał jednakże tego i po kilku minutach dało się dostrzec pewne uspokojenie.

Gorączka zmniejszyła się, szał był mniej przestraszającym. Doktor zwrócił się natenczas do żołnierza pełniącego służbę przy chorym:

– Gdzie są ci ludzie, którzy nam tutaj służyli za eskortę? – zapytał po niemiecku.

– Połączyli się z naszymi, osadzonymi w sąsiedniej wiosce.

– Musisz i ty udać się do nich – rzekł Blasius Wolff. – Ja wkrótce tam przybędę.

Stając w postawie wojennej, według reguł, jako niższy przed zwierzchnikiem, żołnierz mimo to nie ruszał się z miejsca. Patrzył przed siebie wystraszonym wzrokiem.

– Czyżeś nie słyszał? – powtórzył ostro doktor, widząc, że go nie słuchano.

– Jeśli odejdę – wyjąknął z przestrachem żołnierz – kto będzie pilnował porucznika?

– Ludzie z tego zamku. Mówiłem, odejdź!

Karność wojskowa jest niewzruszoną.

Niemiec zasalutował i wyszedł wolno z pokoju, rzuciwszy smutne spojrzenie na ranionego, którego zdawał się opuszczać wbrew własnemu sercu.

Widocznie raczej wolałby był pełnić obowiązek dozorcy przy chorym niż z bronią na ramieniu iść w ogień bojowy.

Na dziedzińcu zamkowym znajdowały się dwa konie: oficera i żołnierza, uwiązane do sztab żelaznych u okien na parterze.

Żołnierz, wsiadłszy na swego konia, ruszył galopem.

Zaniepokojony hałasem Rajmund wyszedł na schody, aby się dowiedzieć, co zaszło.

– To ordynans ranionego oficera odjechał – rzekł jeden ze służby zamkowej.

– Zaprowadzić do stajni konia porucznika i dać mu pożywienie – rozkazał Rajmund.

I wyszedł z zamku, kierując się ku wiosce leżącej w pobliżu. Udawał się do Fenestranges do mieszkania pana Pertuiseta, zaufanego lekarza hrabiego.

Wbrew przypuszczeniom niemieckie straże nie czyniły mu w przejściu trudności.

Świtać zaczynało, gdy przybył do domu doktora.

Zapukał do drzwi.

Okno natychmiast się otworzyło i doktor, który tylko co wrócił z ambulansu, ukazał się w nim.

– Kto tam? – zapytał.

– Ja! Rajmund Schloss.

– Pan... tak rano? – zawołał Pertuiset z niepokojem. – Ależ przynajmniej u was nic się tam złego nie zdarzyło?

– Musisz, doktorze, natychmiast udać się ze mną do zamku!

– Miałożby jakie nieszczęście spotkać hrabiego?

– Uległ atakowi apopleksji.

– Atak? Na imię nieba! Źle więc jest?

– Źle, w rzeczy samej, ale ocalić go można. Nie ma minuty do stracenia. Śpiesz pan!

– Idę natychmiast!

Okno się zamknęło. Rajmund oczekiwał.

Po upływie trzech minut klucz skrzypnął w zamku. Doktor Pertuiset wyszedł.

Obaj mężczyźni szli drogą wiodącą do zamku. Idąc, Rajmund oznajmił doktorowi, co zaszło. Opowiedział mu o udzielonej pomocy bawarskiego chirurga, dzięki której pan d’Areynes nie umarł bez odzyskania przytomności.

Francuz duszą i sercem, gorący patriota – jak są nimi wszystkie dzieci ojczystego kraju Joanny d’Arc, Lotaryngii – doktor Pertuiset zdał sobie sprawę, jak strasznym ciosem uderzyć musiała w starego szlachcica wiadomość o wzięciu Sedanu. Nie zdziwił go rezultat tej wiadomości.

– Biedny hrabia! Biedny przyjaciel!... – poszeptywał, słuchając opowiadania Rajmunda.

Za przybyciem do zamku znaleźli niemieckiego lekarza przy łóżku hrabiego d’Areynes’a. Opóźnił on swój wyjazd, ażeby mieć możność porozumienia się ze swym francuskim kolegą.

Wymienili pomiędzy sobą zimne powitanie, jak tego wymagała sytuacja.

– Czyniłem wszystko, com mógł, ażeby uratować życie właścicielowi tej posiadłości – rzekł Blasius Wolff. – Pan jesteś jego domowym lekarzem, ustępuję ci zatem miejsca. Prowadź pan dalej kurację, którą ja starałem się rozpocząć najlepiej.

Doktor Pertuiset, skinąwszy głową w milczeniu, podszedł do łóżka chorego.

Na widok przyjaciela wzrok pana d’Areynes’a zabłysł radością, usiłował podać rękę przybyłemu, ale nadaremno, ręka bezwładną pozostała.

Ująwszy ją, doktor uścisnął w swych dłoniach i zauważył, że była zlodowaciałą jak ręka trupa.

– Mój przyjacielu... biedny przyjacielu!... – wyszepnął ze wzruszeniem.

Blasius Wolff mu przerwał.

– Mam przekonanie – rzekł – iż paraliż umiejscowionym zostanie. Dzięki ścisłej kuracji, jaką pan rozciągniesz nad chorym, sprowadzisz w jego stan zdrowia rychłe i ważne polepszenie.

– Mam nadzieję... – odparł Pertuiset i dodał: – Napisałeś pan receptę?

– Tak.

– Proszę mi ją dać.

– Oto jest... – ozwał się Piotr Renaud, podając Pertuisetowi arkusz papieru, na którym nakreślony był przepis.

– Atak był silny – mówił Blasius. – Ale na szczęście odnalazłem w tutejszej domowej apteczce substancje, jakich użyć bezzwłocznie było trzeba.

Doktor francuski czytał receptę z uwagą.

Tak – odrzekł chory powtórnie spojrzeniem.

– Dobrze – rzekł wreszcie. – Zrobiłeś pan to, co ja byłbym uczynił. Nadal zobaczę, jak mi postępować wypadnie. Pozostaje mi podwójnie panu podziękować, w imieniu nauki i mego starego przyjaciela, hrabiego d’Areynes’a.

– Nie dziękuj mi pan, bo ja to raczej winienem zaskarbić sobie twą łaskę...

– Moją łaskę... W jakim celu?

– Porucznik armii niemieckiej raniony niebezpiecznie został przyniesionym dzisiejszej nocy do tego zamku. Zmuszony jestem opuścić go, ażeby się połączyć z oddziałem, do którego należę. Chcę zatem prosić pana, ażebyś poszedł ze mną odwiedzić tego oficera i zechciał po moim odjeździe nie odmówić starań, jakich wymaga stan jego zdrowia.

– Spełnię mój obowiązek, jak pan swój spełniłeś – odrzekł Pertuiset. – Możesz pan liczyć na mnie. Idźmy do pańskiego ranionego. Powrócę później do pana d’Areynes’a.

Hrabia nie stracił jednego słowa z tej rozmowy, a jego spojrzenie mówić się zdawało:

– Tak... tak! Powracaj jak najprędzej!

Pertuiset, pozdrowiwszy go ręką, wyszedł z Blasiusem.

W pokoju na parterze pruski oficer rzucał się w gorączkowym paroksyzmie.

Sługa zamkowy czuwający przy nim zaledwie powstrzymać go zdołał, aby nie spadł z łóżka, owładnięty szałem.

Blasius udzielił potrzebnych objaśnień lotaryńskiemu doktorowi, powiadomił go o wyjęciu kuli, która w swoim przebiegu przez ciało spowodowała ważne zadraśnięcia, i wskazał mu środki przez siebie zarządzone.

Pertuiset, nie zadowalając się tymi wyjaśnieniami, zapragnął sam obejrzeć ranę.

Zdjęto kompres umieszczony na niej przez Bawarczyka i doktor francuski rozpoczął swe chirurgiczne badanie.

Trwało ono dość długo, po czym lekarz przyłożył okład i podniósł się, mówiąc:

– Ten oficer został straszliwie zranionym!... Powierzasz mi pan do spełnienia misję bardzo delikatnej natury, a przy tym niezmiernie trudną!

– Co począć! – odparł Blasius. – Jeżeli umrze, to prawo wojny... Cokolwiek się stanie, spełnisz pan swój obowiązek jako lekarz i człowiek.

Obaj doktorzy zamienili z sobą zimne pożegnanie i chwilę później Bawarczyk wyjeżdżał z zamku Fenestranges, a Pertuiset, zaleciwszy słudze czuwającemu przy Prusaku pilność, dążył do pana d’Areynes’a, w pokoju którego Piotr Renaud z Rajmundem niecierpliwie nań oczekiwali.

Fizjonomia doktora nie była uspokajającą.

– Ach! Tak... – wyszepnął, jak gdyby odpowiadając własnym swoim myślom. – Trzeba działać energicznie.

Hrabia utkwił badawczy wzrok w starego medyka, mógł teraz już bowiem poruszać powiekami.

Pertuiset pochwycił ten ruch jego spojrzenia.

– Chciałbyś mówić, mój przyjacielu... nieprawdaż? – zapytał paralityka. – Rad byś powierzyć mi jakieś zlecenie.

Wzrok pana d’Areynes’a odpowiedział twierdząco.

– Dobrze, rozprosz obawy... Uspokój się... Niezadługo, za dni kilka, wrócę ci możność mówienia!

Hrabia opuścił powieki, a jego oblicze nagle sposępniało, co nie uszło uwagi bacznego obserwatora, lekarza.

– Rozumiem cię – rzekł Pertuiset. – Jesteś w obawie, czy się nie mylę?... Wszak zgadłem?

– Tak – mówiło spojrzenie chorego.

– Należy wszystko przewidzieć – ciągnął doktor dalej. – Jesteś dobrym Francuzem, dobrym chrześcijaninem, przy tym dzielnym i odważnym. Śmierć zatem przestraszać cię nie powinna. Mogę więc mówić otwarcie i szczerze, nieprawdaż?

– Tak – odrzekł chory powtórnie spojrzeniem.

– A więc... czy uczyniłeś, hrabio, testamentowe rozporządzenia?

IV

Na to pytanie d’Areynes jak gdyby poruszył głową. Wysiłek woli zgalwanizował [2] na moment nerwy i muskuły, obezwładnione paraliżem.

Dźwięk chrypliwy, rodzaj świszczenia, wybiegł z jego zaciśniętego gardła.

Mimo że ów dźwięk był bardzo niewyraźnym, obecni zrozumieli, że hrabia chciał przecząco odpowiedzieć.

– To źle!... Źle bardzo... – rzekł doktor. – Bo choć mam wszelką nadzieję uratowania ciebie i przywrócenia ci mowy, Bóg tylko jest Panem życia ludzkiego. Jeżeli chcesz, hrabio, sprowadzę notariusza, możesz pisać testament bez świadków.

– Nie! – odpowiedział chory spojrzeniem.

– To może wobec którego z członków twojej rodziny?

– Tak – rzekł ruchem powiek.

– Kogóż więc sobie życzysz? – pytał Pertuiset dalej.

– Ach! Ja wiem, kogo pan żąda!... – zawołał Piotr Renaud. – Wiem, panie!

– Kogo?

– Księdza d’Areynes’a, który jest wikarym w parafii Świętego Ambrożego. Jestem pewien, że się nie mylę! Spojrzyj pan na twarz pana hrabiego!...

Uszczęśliwiony, że go zrozumiano, chory w rzeczy samej miał twarz rozpromienioną. Dwukrotnie podniósł i opuścił powieki, co znaczyło:

– Tak... tak!

– Masz słuszność – rzekł doktor. – Takim jest rzeczywiście życzenie mojego przyjaciela, ale na nieszczęście zdaje mi się ono niemożebnym do wykonania. Ksiądz d’Areynes przebywa w Paryżu. Pisać do niego lub posłać mu depeszę niepodobna, ponieważ Prusacy zajęli poczty i wszystkie linie telegraficzne. Żadna droga nie jest dla nas otwarta. Armia niemiecka idzie w tej chwili na Paryż, pozbawiając nas wszelkich środków korespondencji.

Bolesna zmarszczka zarysowała się na czole hrabiego. Utkwił spojrzenie w Rajmundzie.

– Zrozumiałem! – zawołał tenże, wyciągając obie ręce ku paralitykowi. – Zrozumiałem, mój dobry panie. Żaden list ani depesza przedostać by się obecnie nie zdołały, lecz można znaleźć posłańca, który by, przeprawiwszy się przez hordy pruskie, przybył do Paryża, zanim oni staną pod jego murami. Tym posłańcem ja będę.

Źrenice hrabiego radością zapromieniały. Nie liczył na taką ofiarę ze strony wiernego sługi.

– Ty byś to uczynił, Rajmundzie? – wykrzyknął Pertuiset zdziwiony, o tyle bowiem ów zamiar zdawał mu się trudnym i niebezpiecznym.

– Będę się starał, panie doktorze, i mam nadzieję, że mi się uda. Jeżeli Niemcy zajęli główne drogi, stary kupiec Rajmund Schloss zna kręte ścieżki, niedostępne przejścia dla tych, którzy o nich nie wiedzą. Nie mówię, ażeby mi to dokonać się udało bez trudu, lecz przejdę... przysięgam, że przejdę. Zanim zostałem strzelcem, a potem ogólnym nadzorcą lasów u pana hrabiego, odbyłem ze dwadzieścia razy taką pieszą wędrówkę z Fenestranges do Paryża. Nie zabłądzę więc i jakkolwiek chytrymi są ci przeklęci Niemcy, ja będę od nich chytrzejszym... Przedostanę się i przybędę!

Oblicze hrabiego rozpogadzało się z każdą chwilą. Usiłował się poruszyć, ale paraliż przykuwał go w miejscu.

– Masz więc nadzieję, że ci się uda? – zapytał doktor Pertuiset.

– Więcej niż nadzieję... Mam pewność!

– Przypuśćmy, że będziesz się mógł przedostać, ale czy powrócić zdołasz?

– Dlaczego nie?

– Jakże sobie poradzisz, mój biedny Rajmundzie?

– Tego jeszcze nie wiem, lecz poszukamy sposobów obydwaj z księdzem d’Areynes’em i odnajdziemy je niewątpliwie. Jakem Lotaryńczyk, wypłatamy Niemcom figla! Zresztą wszak nie ma ich jeszcze w Paryżu! Znajdują się Francuzi we Francji i mam nadzieję, że każde miasto, każda wieś, osada bronić się będzie i iść im naprzód nie pozwoli, chociażby mężczyźni nie mieli innej broni nad stare zardzewiałe strzelby i widły, jak w roku tysiąc osiemset czternastym, gdy wieśniacy przez trzy miesiące wstrzymywali pochód wojsk sprzymierzonych.

Pertuiset potrząsnął smutnie głową. Nie podzielał ufności i zapału Rajmunda Schlossa.

– Bądź co bądź, kiedy wyjedziesz? – zapytał.

– Nie można opóźniać ani godziny – ozwał się Renaud. – Każda chwila zwiększa niebezpieczeństwo. Trzeba jechać natychmiast. Wszakże tak, panie hrabio?

Powieki paralityka uniosły się i opuściły twierdząco.

– Jechać natychmiast, niepodobna! – odparł strzelec. – Do wykonania planu, jaki powziąłem, potrzebuję ciemności... Widzę jasno wśród nocy, jak koty i sowy, i zrobię więcej drogi niż we dnie. Pragnę tylko jednego, a to, iżbym wyprzedzić zdołał kilkoma godzinami pochód pruskiej armii.

Hrabia zaczął poruszać powiekami, co strzelec wytłumaczył sobie w ten sposób:

– Rajmund dobrze zrobi... Liczę na niego... Zostawcie, niech działa według woli.

– Masz pan słuszność – rzekł sługa. – Można mi ufać. Oddałbym dla ciebie ostatnią kroplę krwi mojej. Doktor uratuje ci życie, powróci mowę i za powrotem znajdę cię, panie, gotowym na przyjęcie tego, którego widzieć pragniesz, a którego przyprowadzę... przysięgam!

Wzruszenie hrabiego było tak bardzo silnym, iż zdawało się, że omdleje.

– Pan d’Areynes potrzebuje spoczynku, moi przyjaciele – rzekł doktor. – Pozwólmy mu zasnąć. Chodźcie ze mną.

Tu wprowadził obu mężczyzn do przyległej apteczki.

– Moje dzieci – rzekł z cicha. – Chcieć z niepodobieństwem walczyć, jest to rzeczą hazardowną, skąd wynika skutek bardzo niepewny. Nie łudźcie się, ażeby niebezpieczeństwo śmierci usuniętym zostało od waszego pana. Przez jaki czas zdołam przedłużyć mu życie, jest mi to niewiadomym, ale użyję całej potęgi nauki, aby opóźnić katastrofę, pewną niestety, a nieszczęściem nader bliską. Trzeba więc, Rajmundzie, abyś się śpieszył. Musisz tu użyć całej szybkości, a jakkolwiek będziesz podążał, kto wie, czy za przybyciem nie znajdziesz zamku Fenestranges w żałobie...

– Ach, panie doktorze!... – zawołał Schloss. – Czyń wszystko, aby mu przedłużyć życie!... Proszę cię... błagam o dziesięć dni czasu!

– Za skutek moich usiłowań poręczać nie mogę!

Obaj służący zaczęli łkać z cicha.

Doktor w milczeniu przyrządzał lekarstwo, po czym wszyscy trzej razem wrócili do pokoju paralityka.

Pan d’Areynes leżał z przymkniętymi oczyma, świszczący oddech wybiegał z ust jego.

Pozostawiwszy doktora z Piotrem przy chorym, Rajmund zszedł na parter, gdzie pruski oficer majaczył w gorączce.

Służący czuwający przy nim drzemał na fotelu.

– Wyjdź, Ludwiku, na śniadanie – rzekł do niego Rajmund. – Ja cię zastąpię chwilowo. Gdy się pożywisz, wrócisz tu i obejmiesz nadzór nad chorym.

– Będę się śpieszył, panie Rajmundzie.

Tu sługa wyszedł.

Pozostawszy sam na sam z ranionym owładniętym gorączką, Rajmund rzucił szybko wzrokiem wokoło siebie.

Na szezlongu leżał mundur porucznika, krwią zbryzgany i pokryty kurzem. Broń jego i czapka leżały na krześle. Wszystko rozrzucone w największym nieładzie.

Rajmund zaczął pomienione przedmioty przeglądać szczegółowo. Zdawały się przypadać w zupełności do jego figury. Obejrzał podszewkę i kieszenie. W jednej od spodni znajdował się woreczek, nóż o kilku ostrzach i pęk kluczyków.

Rajmund wysypał na dłoń pieniądze z sakiewki. Była to suma około sześciuset franków, tak w złocie francuskim, jak i niemieckiej srebrnej monecie. Przeliczywszy je, włożył do woreczka i zawiązał, nóż i kluczyki wsunął, po czym przystąpił do zrewidowania munduru. Obok mapy Francji i różnych papierów znajdowała się tu koperta zapieczętowana, a na niej napis w niemieckim języku: „Stan służby porucznika”.

Rajmund Schloss wydał okrzyk radości.

– Oto mój paszport! – wyszepnął i ułożył wszystko, jak było.

Uczyniwszy to, zasiadł na fotelu przy chorym i wsparłszy głowę na ręku, zadumał się głęboko.

Wejście doktora Pertuiseta wyrwało go z zamyślenia.

Gorączkowy paroksyzm oficera zwiększał się w sposób przestraszający. Wydawał to dzikie okrzyki, to jęczał głucho.

Rzucał się bezustannie w konwulsyjnym drganiu. Twarz ściśnięta kurczem bolesnym wyrażała gniew i cierpienie.

– Ten człowiek stracony! – rzekł doktor, spojrzawszy na ranionego.

– Bez odwołania? – zapytał żywo Rajmund.

– Tak, nic uratować go nie jest w stanie.

– Ileż mu czasu do życia pozostaje?

– Dwadzieścia cztery godziny, najwyżej!

– A skoro umrze, co pan uczynisz?

– Zawiadomię o tym naczelnika okręgu w Fenestranges.

– Tak? – wyszepnął Rajmund w zamyśleniu. – I co nastąpi wtedy?

– Staraniem niemieckich władz wojskowych ciało zostanie pochowane na wiejskim cmentarzu po spisaniu formalności administracyjnych.

– Sądzisz pan, panie doktorze, że będą się upominać o jego broń i mundur?

– Więcej niż pewna... Ale dlaczego o to zapytujesz?

– Dlatego, że mundur i broń zniknąć muszą...

– Zniknąć? – powtórzył doktor zdumiony.

– Tak.

– Z jakiej przyczyny... dlaczego?

– Ponieważ ich potrzebuję dla przejścia linii wojsk pruskich.

Pertuiset wpatrywał się w strzelca zdumiony, po czym ująwszy jego rękę:

– Zrozumiałem! – rzekł. – Jest to myśl genialna, jaką powziąłeś!

– Znajdujesz ją więc pan dobrą i sądzisz, że mi się uda?

– Wierzę w to niezłomnie i jestem pewien, że dojdziesz do celu przy Bożej pomocy.

– Ale w jaki sposób wytłumaczysz pan, panie doktorze, zniknięcie broni i munduru?

– Nic jeszcze nie wiem. Bóg, który natchnął ciebie, ześle i mnie może jaką myśl zbawienną!

Generalny nadzorca lasów hrabiego Emmanuela d’Areynes’a Rajmund Schloss, mający pod swym zarządem kilkunastu strzelców, był, jak mówiliśmy, trzydziestopięcioletnim mężczyzną. Urodzony w Fenestranges, do siedemnastego roku życia nie oddalał się od swej rodzinnej wioski. Syn dzielnych wieśniaków, dzierżawców hrabiego, uprawiał ziemię wraz z rodzicami, nie mając wszelako do tego rodzaju pracy zamiłowania. Czynny, ruchliwy, inteligentny, pragnął innej, bardziej awanturniczej egzystencji. Chciał zwiedzić i poznać kraj ojczysty, w osiemnastym więc roku życia, wziąwszy na ramiona ładunek składający się ze sztuk przeróżnych materii i drobnych przedmiotów służących do domowego użytku, rozpoczął podróż po Francji jako kupiec wędrowny.

Mając lat dwadzieścia jeden, powrócił, ażeby stanąć do spisu wojskowego, a po wyciągnięciu dobrego numeru, jaki uwalniał go od służby wojskowej, wziąwszy nowy ładunek towarów, rozpoczął dalszą swą podróż.

Po latach dziesięciu wezwany do rodzinnej wioski dla odebrania sukcesji po zmarłych rodzicach, zapragnął spokojniejszego życia.

Wtedy to właśnie hrabia d’Areynes zaproponował mu objęcie posady zarządzającego lasami w Fenestranges.

Żyć na otwartej przestrzeni i powietrzu, wśród lasów, ze strzelbą na ramieniu biegać całe dni, nic bardziej nie mogło podobać się Rajmundowi. Przyjął to z wdzięcznością.

Lasy należące do posiadłości hrabiego były bardzo rozległe, nikt lepiej ich nie znał ponad Rajmunda Schlossa, który od dziecka biegał pośród nich, zastawiając sidła na króliki i ptaki.

Hrabia lubił bardzo Rajmunda, z przyczyny jego energii, prawości charakteru i jego miłości dla Francji. Strzelec nawzajem uwielbiał swego pana, gotów oddać życie dlań bez wahania. Złożył na to dowód, przygotowując się obecnie do przejścia armii niemieckiej pośród tysiącznych niebezpieczeństw, aby powiadomić księdza d’Areynes’a, że jego stryj bliski zgonu wzywa go do siebie.

V

Zmrok wieczorny zapadł.

Horyzont bez księżyca, pokryty chmurami, zwiększał ciemność głęboką.

Wśród tej ciemności furtka wycięta w obmurowaniu okalającym park łączący się z lasem, a z drugiej strony przylegającym do zamku Fenestranges, otwarła się cicho.

Ukazał się w niej mężczyzna w mundurze pruskiego oficera wiodący na wędzidle konia osiodłanego po wojskowemu.

Zamknąwszy furtkę za sobą, szedł z ostrożnością, zagłębiając się w las.

Podkowy prowadzonego przezeń konia pokryte pakułami poprzywiązywanymi starannie do nóg wierzchowca tłumiły tętent na kamienistym gruncie ścieżynki.

Na najmniejszy szelest tak powszednio zdarzający się w lesie, bądź to skutkiem spadnięcia suchej gałęzi, bądź zatrzepotania skrzydłami ulatującej sowy, mężczyzna ów zatrzymywał się, nasłuchując, po czym szedł dalej po suchych liściach trzeszczących pod jego stopami.

Posuwał się z wolna przez blisko dwie godziny, a doszedłszy na brzeg lasu, przystanął i zaczął wzrokiem badać ciemności.

Wprost niego rozciągała się nieskończona równina.

Rozsypane w oddaleniu światełka przebłyskiwały wśród nocy jak gwiazdy, mgłą spowite.

Były to ognie biwaków tylnych straży pruskiej armii, obozujących wokoło zajętych wiosek.

Podróżny zadumał przez kilka sekund, po czym wyciągnąwszy rękę ku lewej stronie:

– Nancy, jest tam! – wyszepnął. – Za godzinę mogę być na gościńcu... Tą drogą więc udać się trzeba.

Zdjął pakuły i bandaże z kopyt końskich, a wskoczywszy na siodło z lekkością wprawnego jeźdźca, puścił się w bieg galopem.

Wierzchowiec rasowy, doskonale wyćwiczony, rozwinął chód wspaniały, sunąc bez hałasu, po nie mniej kamienistym, lecz wilgotnym i elastycznym gruncie.

Mgła drobna, gęsta, zaczęła się opuszczać z obłoków.

Koń biegł wciąż bez przerwy, przez trzy kwadranse blisko, gdy nagle wstrzymany został przez jeźdźca.

Chrypliwy głos niedojrzanego szyldwacha [3] ozwał się nagle:

– Wer da?

– Służący majora! – odrzekł jeździec po niemiecku.

– Jedź według rozkazu.

Jednocześnie pruski kapitan z bronią na ramieniu wysunął się z kępy drzew leśnych rosnących ponad drogą i podszedł ku przybyłemu.

Wyjąwszy z kieszeni płaszcza wielką kopertę, opieczętowaną lakiem czerwonym, jeździec podał ją dowódcy oddziału zagradzającego mu drogę.

– Ordynans majora! – powtórzył. – Do generała von der Than.

– Światła! – zawołał kapitan.

Sierżant trzymający w ręku płonącą latarnię z reflektorem nacisnął sprężynę dla poświecenia dowódcy.

Kapitan obejrzał z uwagą podaną sobie kopertę, nie rozpieczętowując jej. Przegląd, jak się zdawało, wypadł pomyślnie.

– Dokąd jedziesz? – zapytał.

– Ku przednim strażom!

– W okolice Nancy?...

– Tak, o milę od Nancy... jeśli mnie dobrze powiadomiono.

– Powiadomiono cię dobrze, ale puściłeś się złą drogą. Zwróć się na prawo, w tę boczną drożynę. Nasi ułani opanowali w tej chwili cesarski gościniec wiodący do Nancy i otoczyli drogę żelazną...

Kapitan obejrzał z uwagą podaną sobie kopertę, nie rozpieczętowując jej.

– Dziękuję, kapitanie.

I ów służący majora, spiąwszy konia ostrogą, pomknął galopem w stronę wskazaną.

Nie jechał nią jednak długo.

Przebiegłszy około dwustu metrów, zakryty gęsto rosnącym chmielnikiem tworzącym jak gdyby poza nim zasłonę, zwrócił się na lewo, aby dosięgnąć gościńca, który mu właśnie ominąć polecono.

Zaledwie tam dojechał, gdy powtórnie został wstrzymanym.

– Wer da? – wykrzyknął szyldwach, tuż przed nim.

I po raz drugi zmuszony był odpowiadać na zapytania oficera ułanów, który obejrzawszy kopertę, jechać mu dalej pozwolił.

Równo ze świtem tajemniczy jeździec dzięki krętym drożynom, jakimi podążał, wyprzedził przednie straże wojsk niemieckich.

Znajdował się natenczas o godzinę drogi od starożytnej stolicy książąt Lotaryngii.

Przybywszy tam, zsiadł z konia, rozpiął zawiniątko przytwierdzone do siodła i dobył zeń ubiór wieśniaczy.

Gęste zarośla z cierni posłużyły mu za gabinet toaletowy do zamiany munduru na ubiór chłopski. Po wyjęciu z pierwszego portmonetki wraz z papierami, zagrzebał uniform i broń w głębokim rowie.

Ordynans pruskiego porucznika d’Angelisa stał się w jednej chwili Rajmundem Schlossem, nadzorcą generalnym lasów hrabiego d’Areynes’a. Ów były niegdyś kupiec wędrowny spełnił pierwszą część tego niebezpiecznego zadania szczęśliwie.

Puściwszy wolno pruskiego wierzchowca na opustoszałe pola wśród wioski, zwrócił się ku Nancy, lecz już nie gościńcem, ale bocznymi ścieżynkami.

O porażce francuskiej armii, o uwięzieniu cesarza i szybkim pochodzie wojsk niemieckich na Paryż wiedziano już w stolicy, pogrążonej w żałobie, którą nieprzyjaciel miał zająć w posiadanie nazajutrz.

Linia drogi żelaznej do Nancy nie była jeszcze przeciętą. Wyjechał więc Rajmund tego wieczora ostatnim pociągiem wychodzącym z Nancy do Paryża.

Wagony zapełnione były ludźmi, oszołomionymi boleścią, którzy z zamąconym umysłem opuszczali swoje domostwa, nie stawiając nawet oporu, jaki zdawał się im być daremnym, i biegli szukać schronienia w stolicy, gdzie ich obecność mogła uszczuplić środki wyżywienia, dość już natenczas niewystarczające.

Czwartego września, w niedzielę rano, Paryż dowiedział się o straszliwej klęsce, jaka spadła na Francję. Wzburzona ludność wybuchnęła, wiodąc w następstwach do aktu, jaki potomność kiedyś osądzi: rewolucji wobec wroga!

Porażka została ogłoszoną, rzeczpospolita proklamowaną, zamianowano rząd tymczasowy.

Wieczorem bulwary zapełnione ludnością przedstawiały dziwnie przestraszający widok. Zgorączkowane tłumy huczały jak fala wzburzona, owładnięte szałem, w którym Komuna znalazła sprzyjające dla siebie ziarno.

Nazajutrz widok się zmienił. Gorączka tłumów nie przycichła wprawdzie, ale objawiała się paroksyzmem innego rodzaju, przybrała pozór bardziej narodowy. Rozpatrywano z krwią zimniejszą niebezpieczeństwo wytworzone przez porażkę. Zaczęto przygotowywać obronę Paryża.

Niemcy się zbliżali.

Postanowiono zatamować im wejście, postawić przeszkody, o które masy ich armii rozbić by się mogły.

Widziano natenczas osiwiałych profesorów wespół z ulicznymi włóczęgami wożących ziemię taczkami do fortyfikacji. Widziano też zepsutą, arystokratyczną, elegancką młodzież, jak przywdziawszy grube żołnierskie opończe, nazbyt przestronne na ich wychudłe ramiona, ćwiczyła się w robieniu bronią.

Kobiety urządzały ambulanse, przygotowywały szarpie [4], nabijały ładunki.

Skwery i publiczne ogrody zamieniono w parki dla bydła. Zwożono zapasy zboża do miejskich spichlerzów.

Mosiężne paszcze armat wydłużały się na wałach, a zwodzone mosty, naprędce zbudowane, zamykały wejście do fortyfikacji.

Od czasu do czasu straszliwy huk dział płynący z oddalenia wstrząsał szybami w oknach domów.

Wysadzono most w powietrze w okolicach Paryża.

Ta wielka wszechświatowa stolica stała się jednym obozowiskiem.

Wyjechawszy z zamku Fenestranges w dniu 8 września, równo ze zmierzchem, strzelec hrabiego przybył do Paryża 11 wieczorem. Potrzebował na przejazd z Nancy aż trzy dni czasu, trzy dni mąk i śmiertelnej trwogi!

Nie sam wszelako wysiadł na stacji.

Od Châlons, gdzie pociąg zatrzymał się dość długo, aby dozwolić wysiąść żołnierzom różnych oddziałów, śpieszącym do obozu w celu utworzenia na nowo armii, Rajmund w przedziale, który zajmował, miał za towarzyszkę podróży młodą kobietę.

Skromne i przyzwoite zachowanie tej kobiety zwróciło jego uwagę, zjednawszy dla niej jego sympatię.

Podróżna, wchodząc do wagonu, wniosła doń z sobą dwa wielkie pakunki i kwadratowe pudło służące jej za walizę. Schloss, pomógłszy jej umieścić te rzeczy, o ile można było najdogodniej, wsuwając je pod ławkę przedziału trzeciej klasy, ustąpił jej miejsca w kątku, które sam dotąd zajmował.

Przedział ten, opróżniony przez żołnierzy, jacy na stacji powysiadali, został w jednej chwili zapełniony uciekającymi, dla których Paryż zdawał się najbezpieczniejszym schronieniem.

Maszyna świsnęła i pociąg, ciężko obładowany, zaczął posuwać się z wolna.

Ubiór nowo przybyłej wskazywał, że była żoną lub córką robotnika. Mały perkalowy czepeczek, olśniewającej białości, zalotnie włożony, podwajał wdzięk regularnych rysów jej twarzy.

Ładna była w istocie ta młoda kobieta. Spod bujnych czarnych włosów, we dwa grube sploty nad czołem ujętych, wyzierała twarz o delikatnie różowawej cerze. Wielkie, ciemnobłękitne oczy spoglądały smętnie i tkliwie, małe usta purpurowe, otwarte w półuśmiechu, dawały dostrzec zęby przedziwnej białości, zaś nosek lekko zarysowany i nieco w górę wzniesiony na wzór Kleopatry, dopełniał uroczej całości portretu podróżnej, jaka zwróciła na siebie uwagę generalnego nadzorcy pana d’Areynes’a. Mogła mieć ona lat około dwudziestu pięciu. Lata te mniej więcej dawał jej Rajmund, spoglądając na nią ukradkiem.

W wagonie rychło się zawiera znajomość, szczególnie podróżując trzecią klasą; a w niezwykłych warunkach, przyznać trzeba, spotkały się z sobą te dwie osobistości.

Dzielny nasz Lotaryńczyk, nie tylko wiedziony ciekawością, ile dla rozerwania myśli, zaczął rozmowę ze swoją piękną sąsiadką.

VI

– Panienka jedziesz do Paryża? – zapytał.

Podróżna się uśmiechnęła.

– Nie „panienka” – odpowiedziała, spoglądając łagodnie na mówiącego – lecz „pani”. Od siedmiu miesięcy jestem zamężną.

– Ach! Proszę przebaczyć!... Tak łatwo omylić się można. Pani wyglądasz tak młodo!

– Nie gniewam się wcale... A nawet mi to pochlebia... Tak, panie, jadę do Paryża.

– Do swej rodziny zapewne?

– Do męża, panie. Urodziłam się w Châlons nad Marną, gdzie dotąd mieszka moja matka i u niej to teraz bawiłam parę tygodni. Miałam zamiar pozostać dłużej, ale obecne wypadki nakazują mi wracać do Pawła. Paweł jest to imię mojego męża, panie.

Młoda kobieta wyrażała się płynnie i w sposób poprawny. Znać było, że otrzymała pewne wykształcenie.

Sympatia Rajmunda ku niej wzrastała.

– Pracy zabraknie niezadługo w Paryżu – odrzekł. – Skutkiem tej wojny przeklętej! Kto może zgadnąć, co nam przyszłość przyniesie?

– Pracy już teraz brak, panie.

– Czy podobna?

– Tak jest niestety! Otrzymałam przed dwoma dniami list od męża... Ruch fabryk wszędzie wstrzymano. Warsztaty zamknięto z przyczyny braku zamówień. Rzemiosło Pawła, który pracował dotąd w fabryce kufrów podróżnych, upadło, jak pisze do mnie, i otóż zaciągnął się do Gwardii Narodowej. Tworzą bataliony we wszystkich okręgach Paryża. Paweł, wyznać muszę, nazbyt wszystko żywo odczuwa. O! Nie ganię go bynajmniej za to, że kocha swój kraj rodzinny, lękam się jednak, aby mu myśl jaka niespodziewana nie wpadła do głowy... Nie uspokoję się, dopóki nie znajdę się przy nim. Będę może mogła swym wpływem powstrzymać go od popełnienia jakiegoś szaleństwa.

Jestem Lotaryńczykiem.

– Jakież szaleństwo mógłby popełnić mąż pani?

– A! Gdyby chciał zaciągnąć się do armii i bić z Prusakami.

– Ach! – odrzekł Schloss. – Mylnie nazywasz to pani szaleństwem. Spełniłby natenczas swój obowiązek.

– Tak, masz pan słuszność, spełniłby obowiązek. Lecz gdyby zginął, ja pozostałabym sama... a nie tylko sama, ale...

Młoda kobieta nie dokończyła rozpoczętego zdania, żywy rumieniec okrasił jej lica. Rajmund spojrzał na nią i odgadł, co chciała powiedzieć.

„Sama – pomyślał – i z dzieckiem, które na świat przyjdzie”.

– Pan jedziesz także do Paryża? – zapytała po chwili.

– Tak, pani.

– Zamieszkujesz pan więc stale w Paryżu?

– Nie. Przyjechałem chwilowo, dla załatwienia interesów, i dziś zarówno mam sobie poleconą ważną misję do spełnienia.

– Zatem pan jesteś mieszkańcem prowincji?

– Jestem Lotaryńczykiem.

– Ach! Biedny ten kraj!... – zawołała młoda kobieta, ze współczuciem załamując ręce. – Jak oni musieli go zniszczyć, spustoszyć, ci Niemcy barbarzyńcy.

Strzelec hrabiego wstrząsnął się groźnie. Wzrok mu zapłonął nienawiścią.

– Ale pan będziesz oczekiwał w Paryżu ukończenia wojny, nie wyjedziesz wcześniej? – pytała dalej podróżna.

– Przeciwnie, zaraz wyjadę.

– Dlaczego?

– Ponieważ tak trzeba!

Nasza podróżna, jak większa część kobiet, lubiła rozmawiać. Nie było w tym zresztą nic złego. Pierwsze lody zostały złamane po wymienionych wzajemnie słowach.

– Czy mogłabym pana zapytać – ciągnęła dalej – w jakim okręgu Paryża masz pan do załatwienia interesy?

– W Popincourt.

– Ach! To tak blisko nas!... Mieszkamy przy ulicy Saint-Maur. W kościele Świętego Ambrożego odbyły się moje zaślubiny przed siedmioma miesiącami.

– W kościele Świętego Ambrożego? – powtórzył Rajmund z zaciekawieniem.

– Tak, i tam to również odbędzie się chrzest mojego pierwszego dziecka.

– Co zapewne niedługo nastąpi?

– O! Nie tak prędko jeszcze... – odpowiedziała, rumieniąc się z lekka.

– A zatem – zaczął Schloss – skoro pani mieszkasz w parafii Świętego Ambrożego i tam ślub zawierałaś, to ksiądz d’Areynes musi ci być znanym.

– Wikary... nasz wikary?...

– Tak.

– Och! Zapytujesz pan, czy go znam!... Jak najlepiej! Wszak to on połączył mnie z Pawłem. Pan go więc znasz także?

– Do niego właśnie jadę.

– Jak się to dziwnie składa! – zawołała rozradowana. – Ksiądz d’Areynes, jakiż to szlachetny człowiek i zacny kapłan. Niewypowiedzianie dobry, miłosierny, pobłażliwy. Otóż trzeba wiedzieć, jak go powszechnie kochają, szanują, poważają, nawet ci ateusze, którzy w nic nie wierzą! W całym naszym okręgu wszyscy go znają. Iluż on biedaków uchronił od śmierci głodowej!

– To człowiek godzien uwielbienia! – dodał z dumą Rajmund.

– O tak! Lecz obok tego umie i napomnieć surowo, gdy trzeba. Potrafi zgromić i przywieść do należytego opamiętania owych młokosów bez wiary, gdyby który poważył się wystąpić z jakimś niewłaściwym dowcipem wobec niego.

– Są ludzie, niestety, którzy nie uszanują nikogo.

– Ksiądz d’Areynes nie pozwoliłby sobie ubliżyć, jest o tyle dumnym, o ile łagodnym i wyrozumiałym. Do niego więc pan jedziesz?

– Tak.

– Znasz go pan od dawna?

– Och! Od bardzo dawna. A mimo że jest młodszym ode mnie o lat kilka, razem niegdyś bawiliśmy się w pacholęcym wieku i razem zastawialiśmy sidła na króliki w lesie jego stryja.

Pociąg zatrzymał się.

Wyjście kilku podróżnych, a przybycie innych, przerwało rozmowę.

Po kwadransie wyruszono dalej.

Zbliżano się do Paryża.

Przez okna wagonów widać było drogi zapełnione żołnierstwem, oddziały artylerii, wozy naładowane sprzętami, na wierzchołkach których siedziały kobiety i dzieci.

Przerażona ludność uciekała z wiosek, płynąc falą ku stolicy. Żołnierze nagle wezwani, podążali w nieładzie ku Châlons.

– A mąż pani wie, że wracasz do Paryża? – zagadnął Schloss młodą kobietę, zawiązując na nowo rozmowę.

– Donosiłam mu o tym po odebraniu jego listu. Prosiłam, ażeby był na stacji obecnym i dopomógł mi w zabraniu pakunków.

– Gdyby wypadkiem nie przyszedł, ja pani oferuję mą pomoc – rzekł Rajmund uprzejmie. – Wezmę fiakra [5], ponieważ udajemy się na jedną i tę samą ulicę, więc będę mógł odwieźć panią do domu.

– Serdecznie dzięki za pańską grzeczność, wszak jestem pewną, że mój mąż tam będzie.

Punktualnie o czwartej wieczorem pociąg, w którym się znajdowali nasi podróżni, wjechał na stację w Paryżu.

Schloss dopomógł młodej kobiecie w przeniesieniu bagażów, aż do głównych drzwi wyjścia, gdzie rozradowana padła w objęcia młodego człowieka, przybranego w mundur gwardzisty. Był to jej mąż, Paweł Rivat, rosły i silny mężczyzna, około dwudziestu ośmiu lat mieć mogący.

– Ach! Moja żonko!... – zawołał, przytulając ją do piersi. – Jak dobrze, że powróciłaś! Tak mi było smutno bez ciebie! Gdybyś była się opóźniła o jakiś tydzień, mógłbym na pewno się rozchorować.

Rozradowana padła w objęcia młodego człowieka, przybranego w mundur gwardzisty.

Uścisnęli się kilkakrotnie.

– A gdzież są twoje pakunki? – zapytał Paweł.

Joanna wskazała mu stojącego przy nich swego towarzysza podróży.

– Podziękuj temu panu – rzekła. – On mi dopomógł w przeniesieniu bagażów.

Paweł z serdecznością wyciągnął rękę ku Rajmundowi.

– Ależ za co? – zapytał tenże, ujmując podaną sobie dłoń robotnika. – Zrobiłem to, co pan byś na moim miejscu również uczynił.

– To pewna! Nie zawsze jednak spotykamy uprzejmych współtowarzyszy podróży. Chciej pan wstąpić do nas, wypijemy razem szklankę wina.

– Niepodobna!

– Odmowa zatem?

– Wbrew mojej woli, upewniam. Bardzo się śpieszę, kilka minut opóźnienia mogłoby sprowadzić opłakane następstwa w interesach, jakie załatwić mi polecono.

– Nie będę więc nalegał. Gdybyś pan jednak zabawił dni kilka w Paryżu, mam nadzieję, że nas odwiedzisz.

– Przyrzekam i będę się starał dotrzymać słowa.

– Nie zapomnij pan mego nazwiska i adresu. Paweł Rivat, numer sto pięćdziesiąty siódmy, ulica Saint-Maur, obecnie gwardzista narodowy pięćdziesiątego siódmego batalionu, trzeciej kompanii.

– Będę pamiętał.

I uścisnąwszy powtórnie dłoń Pawła, Rajmund wyszedł ze stacji z pośpiechem.

Spostrzegłszy próżny fiakier na placu, przywołał go i wsiadł weń.

– Ulica Popincourt, numer pięćdziesiąt dziewięć – zawołał. – Jedź żywo!

Fiakier, ciągniony przez spracowaną, wychudłą szkapę, potoczył się z wolna.

Podczas drogi, trwającej około pół godziny, Schloss mógł się naocznie przekonać o gorączkowym chaosie panującym na ulicach Paryża. Gdzie spojrzeć, mundury, artyleria, uruchomione oddziały, gwardia narodowa, wszystko to poruszało się, snuło jak rój os oszołomionych niebezpieczeństwem.

Podmuch szaleństwa powiewał nad tymi masami, w zamieszaniu, nieładzie, poruszającymi się, wrzącymi w pełnym wzburzeniu.

Na lewo, na prawo, w tyle, na przedzie słychać było dźwięki trąb i bicie w bębny.

Stolica świata była obecnie jednym wielkim obozem, gdzie uzbrojone masy bez energii, bez władzy, nie ulegały żadnemu porządkowi, żadnym rozkazom dowódców.

Przybyłe na pomoc oddziały z Charenton, nie wiedząc, czego od nich żądano, pożerały się między sobą wzajemnie.

Strzelec hrabiego d’Areynes’a, patrząc na to wszystko zasmuconym wzrokiem, zapytał siebie:

– Czyliż ci ludzie walczyć i bronić się zdołają?!

I na to zapytanie odpowiadał pełnym powątpiewania poruszeniem głowy.

VII

Fiakier zatrzymał się nareszcie. Przybyli na ulicę Popincourt, numer 59.

Schloss, zapłaciwszy woźnicy, wbiegł w głąb ciemnego korytarza starego trzypiętrowego domu i zatrzymał się przed okienkiem odźwiernego.

– Ksiądz d’Areynes tu mieszka? – zapytał.

– Na pierwszym piętrze.

– Jest u siebie?

– Jest, panie!

Zamknąwszy okienko, pośpieszył na schody.

Przybywszy na pierwsze piętro, pociągnął za sznur od dzwonka wiszący po prawej stronie przy jedynych drzwiach, jakie się tu znajdowały, po czym oczekiwał.

Po upływie kilku sekund odgłos kroków dał się słyszeć wewnątrz mieszkania. Drzwi się otwarły i mężczyzna w sutannie, z odkrytą głową ukazał się w progu.

Był to ksiądz Raul d’Areynes, pełniący służbę wikarego w kościele Świętego Ambrożego.

Synowiec [6] hrabiego Emmanuela d’Areynes’a miał lat około trzydziestu. Wysokiego wzrostu, podobnie jak jego stryj, o rozrosłych barkach i piersiach, był mężczyzną o herkulesowej sile. Gęste, ciemne włosy, z lekka kędzierzawiące się nad czołem, poczynały mu srebrnieć na skroniach. Oblicze jego na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać surowe, gdyby oczy anielskiej łagodności nie zmniejszały tego wrażenia; chwilami jednak z tych oczu przebłyskujące żywe światło oznajmiało w księdzu d’Areynie niepospolitą siłę charakteru.

Ujrzawszy Schlossa przed sobą, wikary stanął w osłupieniu.

– Co widzę... ty! W Paryżu, Rajmundzie?... – zawołał, podając mu rękę. – Ty... w obecnej chwili w Paryżu?

I wprowadził przybyłego do pokoju, będącego jednocześnie gabinetem pracy i sypialnią.

– Jakiż nadzwyczajny wypadek cię sprowadza? – pytał ze wzrastającym niepokojem. – Mów... mów co prędzej!

– Smutny wypadek – odparł Rajmund.

Ksiądz d’Areynes pobladł.

– Mój stryj... – wyjąknął z cicha.

– Tak, przybywam z jego polecenia.

– Cóż się więc stało w Fenestranges?

– Pan hrabia dostał nagłego uderzenia krwi do głowy, posłyszawszy o naszej porażce, skąd wyniknął atak paraliżu!

Ksiądz załamał ręce z przerażeniem.

– Boże! Co ty powiadasz? – zawołał.

Wierny sługa hrabiego opowiedział w krótkości, co zaszło w zamku. Wikary słuchał z trwogą.

– A więc pozostawiłeś umierającym mego biednego stryja! – zawołał, gdy Rajmund skończył opowiadanie.

– Pozostawiłem go bardzo chorego, to pewna, lecz doktor Pertuiset czuwa nad nim z poświęceniem bez granic.

– Upewnia, że żyć będzie?

– Nie! Ma tylko nadzieję, że zdoła oddalić, o ile się da, katastrofę.

– Mój stryj więc żąda, abym przyjechał?

– Przyrzekłem, że księdza z sobą przywiozę i dokonam tego, choćby mi przyszło przypłacić to życiem!

– Mnie więc tylko samego chce widzieć?

– Tak!

– Nie objawił życzenia, aby przybyła wraz ze mną jego synowica, Henryka Rollin?

– Mówił tylko o was, księże wikary, i was oczekuje.

– A o mężu Henryki nie wspominał?

– Usta jego są nieme... mówi tylko spojrzeniem. Powtarzam, bo was tylko widzieć pragnie, a śpieszyć się nam trzeba, bo gdyby drugi atak nastąpił, nic go ocalić nie zdoła!

Ksiądz d’Areynes otarł łzy spływające mu obficie po twarzy.

– Lecz w jaki sposób przedostać się do Fenestranges? – wyszepnął. – Wszystkie drogi zamknięte są dla nas przez wroga, który przyśpieszonym marszem podąża na Paryż. Komunikacja pociągów na drogach żelaznych przerwana. Zostaniemy przytrzymani przez pruskie straże przednie.

– Bądź co bądź przedostać się musimy... – rzekł Rajmund. – I przejdziemy!

Ksiądz d’Areynes objął drżącymi rękoma rozpalone czoło, po czym kilka sekund stał zadumany głęboko z półprzymkniętymi oczyma, wznosząc myśl ku Bogu z prośbą o zesłanie sobie natchnienia.

– A więc... tak! – zawołał nagle, podnosząc głowę i przesuwając ręką po oczach, pełnych żywego blasku. – Przejdziemy!

– Ach! Byłem pewien, że ksiądz mi w ten sposób odpowie! – zawołał z radością Rajmund Schloss.

– Tak – odparł wikary. – Nie mogę jednak opuścić mojej parafii, nie uzyskawszy na to u mej władzy zezwolenia. Owóż czy otrzymać zdołam to zezwolenie?

– Niewątpliwie! – zawołał Rajmund. – Przedstawiwszy tak ważne powody, jakie cię przynaglają do wyjazdu.

– Upoważnienie to musi być własnoręcznie podpisane przez arcybiskupa Paryża.

– Miałożby to spowodować zwłokę czasu?

– Zwłokę kilku godzin, co najwięcej. A kto wie, czy to pozwolenie na wyjazd nie dopomoże nam do przejścia pruskich linii? Oczekuj tu na mnie, Rajmundzie. Magdalena, moja służąca, wyszła za kupnem żywności. Skoro powróci, powiesz jej, że przybędę nieco później. Niechaj się nie niepokoi i poda ci obiad... Siądź do stołu beze mnie, mój przyjacielu. Idę przede wszystkim do proboszcza. Muszę uzyskać od niego pozwolenie jako od mego zwierzchnika, bez czego nie mógłbym przedstawić mej prośby arcybiskupowi.

– Będę oczekiwał na ciebie, księże wikary.

Tak rozmawiając, ksiądz d’Areynes wdział pelisę i wziął w rękę kapelusz.

Uścisnął rękę Schlossa.

– Do widzenia – rzekł i wyszedł, udając się na probostwo położone w pobliżu.

Po zaanonsowaniu się został natychmiast przyjętym.

Proboszcz parafii Świętego Ambrożego, starzec siedemdziesięcioletni, zostawał w nader życzliwych stosunkach z synowcem hrabiego d’Areynes’a. W krótkich słowach wikary przedstawił mu rzecz całą.

– Moje dziecię – rzekł proboszcz – żądanie twoje ma za sobą wszelkie powody słuszności i jest opartym na zbyt ważnych zasadach, ażebym odmówić miał zezwolenia na wyjazd. Jedź!... Jeśli masz nadzieję pokonania przeszkód, jakie na każdym kroku drogę tamować ci będą. Arcybiskup Paryża, jestem przekonany, udzieli potrzebnego tobie na wyjazd zezwolenia.

– Mógłżebym prosić o nakreślenie słów kilku w tym celu do Jego Ekscelencji arcybiskupa?

– Więcej dla ciebie uczynię – rzekł proboszcz. – Sam pójdę z tobą do niego!

– Ach! Jakże wdzięcznym pozostanę!... – powiedział ksiądz d’Areynes.

– Bez podziękowań! Szczęśliwy jestem, mogąc cię przekonać o mojej życzliwości. O tej porze zastaniemy prawdopodobnie naszego arcypasterza, śpieszyć się nam jednak potrzeba. Zajmij się przeto sprowadzeniem powozu, zanim ja się ubiorę; będę gotów za kilka minut.

Wikary wyszedł i bez trudu znalazł fiakra, a w pięć minut później jechali obydwaj do arcybiskupiego pałacu.

Proboszcz z parafii Świętego Ambrożego słusznie powiedział Raulowi, iż jest on wielce poważanym przez arcybiskupa Paryża, tego człowieka pełnego cnót, godnego uwielbienia, który w parę miesięcy później padł ofiarą, zostawszy nikczemnie rozstrzelany w więzieniu Grande Roquette przez bandę złoczyńców, wyrzutków społeczeństwa, godnych służalców Komuny.

Ksiądz d’Areynes posiadł rzadki dar wymowy. Był on słynnym kaznodzieją, poruszającym do głębi serca słuchaczy. Zbierano się tłumami z najodleglejszych dzielnic Paryża, ażeby go usłyszeć. Rozgłos tak sprawiedliwie zasłużony doszedł do arcybiskupa, który chciał poznać i usłyszeć młodego kaznodzieję. Widział go, słyszał i ocenił jako człowieka i kapłana.

Jako człowiek miał Raul d’Areynes duszę gorącą, czystą i prawą, pełną chrześcijańskiego miłosierdzia. Jako kapłan posiadał wiarę, niewzruszoną wiarę, która tworzy apostołów i męczenników!

Takimi to arcypasterz Paryża chciał widzieć księży, takimi otaczać się pragnął. Głęboko wzruszony zapałem owej wybranej natury, arcybiskup wezwał do siebie natenczas wikarego, winszował mu i powierzył trudny obowiązek kaznodziei w kościele Świętego Sulpicjusza podczas Wielkiego Tygodnia.

Działanie słowa księdza d’Areynes’a było potężne; wszyscy jednozgodnie wskazywali mu miejsce między najsławniejszymi mówcami Kościoła.

Tak, ksiądz Raul d’Areynes był apostołem w rozleglejszym i najszlachetniejszym zarazem tego słowa znaczeniu. Należał do tych ludzi urodzonych dla ofiary, dla ukochania ludzkości, którym jedyną radością jest pracować dla szczęścia drugich, do tych wybranych, dla których kochać jest pierwszą duszy potrzebą, którzy czując, że ich podniosłej miłości nie zaspokoi pocałunek kobiety, serca nie zadowalają przelotne rozkosze życia, oddają się mistycznej żądzy ukochania całej ludzkości.

Bynajmniej nie fanatyk, wielce pobłażliwy wikary z parafii Świętego Ambrożego, o wysoce wykształconym umyśle, zgłębił życie pod różnymi tegoż postaciami, tak w jego najszlachetniejszych, jak i najnędzniejszych objawach.

Badał do głębi serca ludzkie, ażeby w nich odkryć rany do zabliźnienia, do uleczenia zgniliznę.

– Zadaniem księdza – mawiał – jest pocieszać, przebaczać i uszlachetniać.

Ówczesny arcybiskup Paryża zrozumiał i ocenił dążności księdza d’Areynes’a.

– Oto kapłan! – powtarzał, wskazując na młodego wikarego.

Sam będąc apostołem z duszą męczennika, pokochał księdza Raula.

VIII

Sekretarz arcybiskupa, przyjąwszy obu przybyłych, wprowadził ich bezzwłocznie do gabinetu pracy Jego Eminencji.

Na widok wchodzących arcybiskup podniósł się i postąpił parę kroków.

– Cóż was sprowadza do mnie, moi przyjaciele?... – zapytał dobrotliwie.

Tu wskazał dwa fotele, dając poznać, ażeby przybyli usiedli obok niego, a potem dodał:

– Mocno się cieszę, widząc was obu u siebie; a teraz mówcie, czego żądacie.